Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
600 osób interesuje się tą książką
MILIONY SPRZEDANYCH EGZEMPLARZY
LITERACKI FENOMEN ROKU
Życie Natalie to spełnienie marzeń o tradycyjnym, idealnym domu. Mieszka na wsi z przystojnym mężem i szóstką wyjątkowych dzieci. Jej obserwatorzy (a ma ich miliony!) nie znają jednak całej prawdy. Bo czy to aż tak ważne, że za kulisami jej życia pracuje sztab producentów, a dziećmi opiekują się nianie?
Te wszystkie rozwścieczone kobiety, które ją krytykują i nazywają przeciwniczką feminizmu, po prostu jej zazdroszczą. Bo Natalie ma nie tylko życie, o którym większość ludzi może wyłącznie pomarzyć, ale i własne biznesowe imperium. Jest konserwatywną kobietą sukcesu.
Pewnego ranka budzi się jednak w dziwnej, przerażającej rzeczywistości. Jej dom, mąż i dzieci – wszystko to wydaje się znajome, ale coś jest nie tak. Czy to mistyfikacja? Reality show? A może to Bóg wystawia ją na próbę? Dwóch rzeczy jest pewna: to nie jest jej idealne życie i za wszelką cenę musi się z niego wydostać.
Debiutancka powieść Caro Claire Burke wzbudza ogromne zainteresowanie na całym świecie. Na podstawie książki powstanie niebawem film. O prawa do ekranizacji walczyły aż 4 studia. W główną rolę wcieli się Anne Hathaway, która będzie również producentką wykonawczą filmu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 530
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Yesteryear
Copyright © 2026 by Caro Claire Burke Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Janota, 2026
Redaktorka nabywająca • Paulina Surniak
Redaktorka prowadząca • Agata Ługowska
Marketing i promocja • Agata Gać, Katarzyna Schinkel-Barbarzak
Redakcja • Małgorzata Sikora-Tarnowska
Korekta • Magdalena Wołoszyn-Cępa, Anna Zientek
Projekt typograficzny i łamanie • Mateusz Czekała | czekala.net.pl
Projekt okładki • Jo Thomson
Ilustracje na okładce • © Agnew’s, London | Bridgeman Images, Woman | Stocksy
Fotografia autorki na wyklejce • Riley Haakon
Adaptacja okładki i strony tytułowe • Florian Rychlik
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68952-71-1
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
To ostatni dzień życia, które dla siebie wymyśliłam.
Obudziłam się jak zwykle dwie minuty przed budzikiem. Piąta pięćdziesiąt osiem i pyk: oczy szeroko otwarte, gotowa powitać nowy dzień. Nigdy nie miałam problemu z wczesnym wstawaniem. Nigdy, ani razu, nie wcisnęłam też drzemki. Abstynencja pomaga. Nie pijam alkoholu. Pomaga również dyscyplina. Urodziłam się z nieprzebranymi ilościami dyscypliny, praktycznie nią ociekam – chyba właśnie dlatego nic nigdy nie sprawiało mi większego kłopotu. Ani macierzyństwo, ani małżeństwo, ani rozwijanie biznesu, ani służba Najwyższemu. Wszystko jawiło mi się jako seria zadań, które należy wykonać każdego dnia we właściwym momencie i w odpowiednim porządku chronologicznym. Wiem, że innym ludziom nie przychodzi to łatwo, ale mnie tak.
To dlatego ci wszyscy nieznajomi tak bardzo mnie lubili.
A, no i pieniądze. Pieniądze też z całą pewnością pomagały.
Była zima. Styczeń. Przez przełęcz przeszedł właśnie zimny front. Przy oknie mojej sypialni kaloryfer wydmuchiwał gorące powietrze. Niebo na zewnątrz powlekło się czernią głęboką jak śmierć i miało takie pozostać jeszcze przez kilka godzin. Nasza farma przycupnęła wśród pofałdowanych niecek między dwoma pasmami górskimi w Idaho, co znaczyło, że w zimowych miesiącach nie oglądaliśmy słońca mniej więcej do dziewiątej. Do naszego domu prowadziła długa, kręta żwirowa wiejska droga. Nawet samoloty nie latały nam nad głowami.
W ciemności nasłuchiwałam odległego muczenia Sasafras, naszej ukochanej mlecznej krowy. Na podstawie wysokości i rejestru jej jęków byłam w stanie stwierdzić, że mój mąż, Caleb, właśnie ją doi. W samą porę. Dobry z niego człowiek.
Zanim się poznaliśmy, mój mąż nie był zdyscyplinowany. Urodził się jako najmłodszy z pięciu chłopców, najsłabszy w miocie pewnej amerykańskiej dynastii. Jego ojciec był ostatnim z długiej linii senatorów i obecnie toczył zaciekłą walkę o fotel prezydenta (do trzech razy sztuka!); matka męża zajmowała się domem i przez większość życia tonęła w chardonnay. Wspólnymi siłami, na skutek niemal zabójczego połączenia ojcowskiego zaniedbania z matczynym współczuciem, wychowali Caleba na miękkiego, rozpieszczonego i słodkiego młodzieńca. Jednak od człowieka o zaletach danych przez Boga cenniejszy jest tylko człowiek gotowy się uczyć, a ten człowiek, mój mąż, taką gotowość w sobie miał.
Kim byłam ja?
Nienaganną chrześcijanką. Radosną, szaloną dziewczyną rodem z amerykańskiego snu zamieszkującą najgłębiej skrywane, najmroczniejsze fantazje naszej nacji. Matką, jaką chciała być każda kobieta, żoną, do której chciał po pracy wracać każdy mężczyzna. Jak zakonnica w pornosie – nie miało to sensu, ale, na Boga, jakimś cudem działało.
Nazywam się Natalie Heller Mills i byłam doskonała w życiu pełnią życia.
W ciszy pomiędzy niemal ludzkimi pomrukami rozkoszy wydawanymi przez Sasafras (czasem żartowałam w sieci, że mój mąż ma krowią kochankę, ha, ha!) słyszałam odległe trajkotanie dochodzące z kurnika, to medytacyjne gdakgdakgdakgdakgdak, które na farmie służyło nam za generator białego szumu. Kochałam nasze kury. Były udomowione jak psy, niegroźne niczym kilkuletnie brzdące. Czasem szłam do kurnika tylko po to, by z nimi posiedzieć. Lubiłam głaskać je po jedwabistych szyjach, pozwalałam, by delikatnie wydziobywały karmę z moich złączonych dłoni.
Wkrótce je zabijemy. W ciemności ślinka napłynęła mi do ust. Marzył mi się ostatnio świeży rosół na kości. Kiedy raz zrobi się go samodzielnie, kupny nabiera zjełczałego posmaku.
Przez uchylone drzwi sypialni napłynęła fala chłopięcego śmiechu. Na dole dzieci jadły śniadanie. Zamknęłam oczy, wczuwając się w rytmy domu przypominające bicie serca. Niania Louise – dar niebios dla naszej rodziny – stała przy piecu i smażyła pankejki. Producentka Shannon – moja prawa ręka – gdzieś w okolicach zlewu szykowała sprzęt wideo na długi dzień pracy. Stetson i Samuel – moi ukochani mali mężczyźni – siedzieli przy stole jednakowo zaspani, szarpiąc się i szturchając. Clementine – moja najstarsza, dziewczynka, która uczyniła mnie matką – zajęła miejsce u szczytu stołu i ignorując braci, czytała książkę. Niania Aimee – zastępczyni głównodowodzącej – poruszała się w odległych zakamarkach domu, budząc maluchy, całowała senne powieki i delikatnie wprowadzała moje dwa szkraby w nowy dzień. Później przyprowadzi jedną z córek do kuchni, przekaże ją niani Louise i wróci po drugą.
Z zamkniętymi oczami wyszeptałam modlitwę, jak co dzień dziękując Panu za wszystko, co mi dał.
Dziękuję Ci, Ojcze, za Caleba. Dziękuję za Spadek. Dziękuję za Clementine, Samuela, Stetsona, Jessę, Junebug i małego aniołka, któremu nie nadaliśmy jeszcze imienia.
Moja dłoń instynktownie powędrowała do brzucha i spoczęła na szczycie wypukłości. Miałam trzydzieści dwa lata. Byłam w szóstym miesiącu ciąży z naszym szóstym dzieckiem. Znosiłam ją najłatwiej z dotychczasowych ciąż – choć wszystkie przebiegały stosunkowo gładko. Urodziłam się, by być matką. Nigdy nie czułam się bardziej z Nim związana niż wtedy, gdy powierzał mi noszenie pod sercem jednego ze swoich stworzeń.
(Rozumiecie, o czym mówię? Doskonałość).
Czułam, jak moja mała dziewczynka przekręca się na bok. Moja morska istotka. Tak bardzo ją kochałam.
Dziękuję Ci, Panie, że czuwasz nad zwierzętami i że pomogłeś nam w tym tygodniu przekroczyć pięć milionów na Instagramie. Tylko kilka dusz dzieli nas, Panie, od miliona na YouTubie. Twoja wola i tylko Twoja wola sprawia, że udało mi się dotrzeć do tylu serc i umysłów. W Twoje imię głoszę Twoją prawdę.
Przetoczyła się przeze mnie fala mdłości, którą przecierpiałam w mroku. Czasem naprawdę robiło mi się niedobrze na myśl o tym, jak doskonałe jest moje życie i jaka świetna jestem w jego przeżywaniu.
Na szafce nocnej mój telefon hałaśliwie zbudził się do życia. Wyciągnęłam rękę, by go wyciszyć, a potem odrzuciłam kołdrę i wstałam.
Nie zawsze mieliśmy tyle pomocy. Przez kilka pierwszych lat byliśmy tylko my, dzieci i farma. Gdy po raz czwarty zaszłam w ciążę, zatrudniliśmy nianię Louise. Kiedy zdarzyło się to po raz piąty, zatrudniłam nianię Aimee, a wkrótce potem wspólnie zaangażowaliśmy producentkę Shannon. W tej chwili mieliśmy aż za dużo wsparcia. Dzięki temu mogłam przez cały długi dzień być obecna zarówno przy dzieciach, jak i obserwatorach, kiedy tylko chciałam i na wszelkie możliwe sposoby. Tak to wygląda, gdy jest się jednocześnie matką, żoną i influencerką: trochę jakbyś karmiła piersią troje dzieci naraz. Jakbyś uwodziła trzech kochanków.
Dlaczego nigdy nie pokazuje pani, ile pomocy macie za kulisami?
„Kochamy nasze pracowniczki jak rodzinę, dlatego robimy, co w naszej mocy, by tak jak sobie życzą, chronić ich prywatność. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby moje konto w mediach społecznościowych w jakikolwiek sposób naraziło je na szwank”.
Kiedy weszłam do kuchni, producentka Shannon stała w rogu i majstrowała przy statywie, a czworo starszych dzieci jadło śniadanie przy stole, każde ubrane w gruby wełniany sweter. Niania Louise pomagała Jessie, naszej trzyipółlatce, nalewającej sobie soku pomarańczowego do szklanki.
– Umiem sama! – marudziła Jessa.
Niania Louise, która pracowała też jako nauczycielka edukacji domowej, pokiwała głową i odparła:
– Oczywiście, że umiesz. Zobacz. Właśnie to robisz. Całkiem sama. Duża dziewczynka.
Jessa uśmiechnęła się szeroko – werbalne zapewnienie o autonomii wystarczyło, by zapomniała o dłoniach niani Louise, które nie rozstawały się z naczyniem.
– Duża dziewczynka – zawtórowała.
Niania Louise przechyliła szklankę, a moja maluszka zaczęła łapczywie pić. Z aprobatą przyglądałam się, jak miąższ ścieka jej po brodzie. Był to sok pomarańczowy domowej roboty. Tutorial miał pojawić się w sieci jeszcze w tym tygodniu.
– Dzień dobry! – przywitałam wszystkich obecnych.
Pięć głów obróciło się w moim kierunku. W odpowiedzi rozległo się chóralne i radosne: „Bry, mamusiu!”.
Obeszłam stół, całując każdy doskonały policzek, mierzwiąc czuprynę na każdej doskonałej główce. Wszystkie moje dzieci, nawet chłopcy, nosiły długie włosy. Dziewczynki wyglądały całkiem jak ja: wąskie piegowate twarze, ciemne jak gleba włosy, rysy łatwo układające się w wyraz przenikliwej powagi. Przyłapcie którąś z nas z nadąsaną miną, a z miejsca wybaczę wam skojarzenie z szesnastowieczną męczennicą urządzającą strajk głodowy. Chłopcy natomiast przypominali Caleba: rumiane policzki i szerokie uśmiechy z mnóstwem zębów. Kiedy szli gdzieś razem (co zdarzało się często; chłopcy uwielbiali Caleba), przywodzili mi na myśl trio maszerujących równym krokiem polityków, przeczesujących okolicę w poszukiwaniu niemowląt, które można by ucałować.
Rzadko zwracałam uwagę na różnice między dziećmi. Zarówno dziewczynki, jak i chłopcy w podobny sposób mówili, w podobny sposób się śmiali. Ich ubrania tworzyły tęczę neutralnych barw. Identyczne sterty oliwkowego, beżu i ochry od ponad dekady zsuwały się w dół naszego rozrastającego się drzewa genealogicznego.
Niesamowite, jak długo może wytrzymać bawełna dobrej jakości.
Podeszłam do chłopców, Stetsona i Samuela. Stetson miał osiem lat, był o cały rok młodszy od Samuela, ale zeszłego lata zrównali się pod względem wzrostu i wagi. Z powodu włosów sięgających ramion i ponieważ wszystko – od biegania, przez zabawę i wykonywanie obowiązków domowych, po szuflowanie jedzenia do ust – robili w niezdarnym, szarpanym synchronicznym rytmie, przypominali mi parę tresowanych kucyków.
Położyłam im ręce na głowach, podczas gdy z apetytem typowym dla małych chłopców pochłaniali płatki śniadaniowe, i poczułam, jak ich czaszki ruszają się pod moimi dłońmi niczym opętane manetki buldożera.
– Co dziś w planach, chłopcy?
– Trza zbudować nową zagrodę dla Sasafras – odparł Stetson z pełnymi ustami.
– Mmm – przytaknęłam. – Ważna sprawa. Papa będzie wdzięczny za pomoc.
– Papa powiedział, że da mi użyć gwoździarki.
Samuel pchnął Stetsona, wytrącając mu z ręki łyżkę płatków, tak że z brzękiem wylądowała na podłodze.
– Teraz moja kolej na używanie gwoździarki!
– Obaj będziecie używać gwoździarki – zapewniłam. – Nianiu Louise...?
Skinęła głową, otarła brodę i policzki Jessy z gęstego od miąższu soku, po czym wstała, by posprzątać bałagan.
Ludzie nie chcieli wierzyć, że moje maleństwa są takie posłuszne, jak wydają się w sieci. Nie ma szans, że tak wygląda ich prawdziwe życie!!!! – wypisywały Wściekłe Kobiety. (Tak je z Calebem nazywaliśmy. Wściekłymi Kobietami). Na co odpowiadałam: nijak, oczywiście. Najważniejszym zadaniem matki jest ochrona dzieci przed światem. Nie było potrzeby, żeby jakaś nienawistna jędza z Manhattanu oglądała, jak Samuel wdaje się w bójki z bratem (a czasem nawet z siostrami), nie musiały świadkować codziennym atakom szału Stetsona z powodu arytmetyki (kochałam tego chłopca, ale nie przypadła mu w udziale standardowa porcja intelektu). Gdyby Wściekłe Kobiety dowiedziały się o którymś z niedociągnięć moich dzieci, zapałałyby szaleńczą żądzą krwi. Poza tym byłyby zdruzgotane. Rzecz jasna żadna z nich nie zdawała sobie z tego sprawy, lecz potrzebowały mnie tak samo jak ja ich. Tkwiłyśmy w symbiotycznej relacji. Ja byłam rekinem, a one pięcioma milionami maleńkich rybek podskubujących substancje odżywcze przywarte do mojego brzucha.
Idiotki jedne. Tak strasznie chciały mnie zjeść. Nie miały pojęcia, że to ja utrzymuję je przy życiu.
Jakie to uczucie wiedzieć, że miliony ludzi na całym świecie znają intymne szczegóły z życia pani dzieci?
„Pokazuję tylko nieliczne, wybrane momenty z życia moich dzieci. Poza tym żadne z nich nie ma dostępu do jakichkolwiek urządzeń – tak na marginesie: widzieliście wyniki badań? Na temat tego, co ekrany robią z dziecięcymi mózgami? Jeśli chcecie znać moją opinię, moje dzieci dużo lepiej mają się w tym domu, gdzie od czasu do czasu pojawią się w filmikach na moim koncie, niż byłoby im w innym, gdzie przez cały wieczór gapiłyby się w iPady. No bo naprawdę”. Pełne współczucia cmoknięcie. „To epidemia. Smutna sprawa. Temu powinniście się przyjrzeć”.
– Wcześnie wstałaś – zwróciłam się do producentki Shannon i nalałam sobie kawy.
– Nie mogłam spać – wyjaśniła.
Ze zmarszczonym czołem i naburmuszoną miną obracała jakimś pokrętłem przy kamerze to w jedną, to w drugą stronę. Gdy Shannon zjawiła się na ranczu, miała dziewiętnaście lat, różowe włosy i kolczyk w nosie, właśnie odpadła ze studiów w Barnard College i była gotowa wykonywać profesjonalną robotę za studencką stawkę. Teraz skończyła dwadzieścia jeden lat. Kolczyk w nosie został; z różowych włosów zrezygnowała na rzecz naturalnie brązowych. Nie byłam pewna, czy wynikało to z jakiejś przemiany osobowościowej, czy z praktycznej akceptacji realiów związanych z mieszkaniem godzinę drogi od najbliższego miasta. W pobliżu naszej dwustuhektarowej farmy nie było zbyt wielu opcji, jeśli chodzi o wykwalifikowane fryzjerki.
Zawahałam się, po czym delikatnie spytałam:
– Znów masz te sny?
Spojrzała na mnie.
– Kto ci powiedział?
W snach Shannon stała na zboczu nieodległego wzgórza i patrzyła, jak farma spala się do gołej ziemi. Dom, kurnik, ogrody: wszystko stało w płomieniach. Z ciemnofioletowych niebios spadały kule ognia wielkości samochodów. Kiedy pożar rozprzestrzeniał się na pola, dziewczyna rzucała się do ucieczki – lub przynajmniej próbowała – a tymczasem waliła się stodoła, spod gruzów dochodził ryk zwierząt. Czasem dostrzegała w oddali, jak do niej machamy. A czasem – jeśli sen trwał wystarczająco długo – widziała wystrzeliwujące z nieba snopy światła opromieniające łaską dzieci, Caleba i mnie. Ratujące wszystkich poza nią.
– Niania Louise się o ciebie martwi – oznajmiłam w przekonaniu, że to bardziej dyplomatyczna odpowiedź niż: „Niania Louise ma dość krzyków budzących ją w środku nocy”. Wszystkie osoby zatrudnione na farmie mieszkały w pokojach nad stajniami, obok klasy szkolnej do edukacji domowej.
– Nic mi nie będzie – oświadczyła Shannon. – To nic takiego.
Schyliła się, by podłączyć do prądu ładowarkę akumulatorową. Przez chwilę milczałyśmy, stojąc ramię w ramię w ciasnym kącie domu, gdzie razem spędzałyśmy prawie cały czas na jawie.
Jest pani właścicielką chyba najbardziej uwielbianej kuchni w Ameryce. Może nam pani trochę o niej opowiedzieć?
„Ojejku – od czego by tu zacząć?”
Przestrzeń do gotowania, przefiltrowana przez wybiórcze oko kamery, sprawiała wrażenie doskonale zagraconej: tu na wpół wypełniony słoik z wodą, tam odrobina rozsypanej mąki, kilka zapomnianych ciętych kwiatów rozrzuconych na wysłużonej desce do krojenia. Wyglądało to jak miejsce, w którym pracuje matka; jak kuchnia w prawdziwym świecie, tylko oczywiście lepsza niż wszystko, co prawdziwy świat ma do zaoferowania. Ludziom wydaje się, że chcą minimalizmu, wydaje im się, że chcą mieszkać bez przedmiotów, podczas gdy w rzeczywistości doskonale niezagracony dom przyprawia ich o myśli samobójcze. Przestrzeń zawsze musi wyglądać na zamieszkaną, żeby ktoś miał ochotę w niej mieszkać. To oczywista oczywistość, wystarczy chwilę się nad tym zastanowić, tyle że większość ludzi nie poświęca ani chwili, by zastanawiać się nad czymkolwiek. Większość ludzi to kretyni.
Kolejnym plusem tej części kuchni było to, że znajdowała się tuż obok długiego rzędu okien, dzięki czemu po wschodzie słońca światło bez względu na porę wydawało się idealnie miękkojasne. Samo stanie w tym kącie sprawiało, że czułam się i wyglądałam o dobrych sześć lat młodziej. Zesłana przez Boga chirurgia plastyczna – tak to nazywałam na własny użytek, choć przez myśl by mi nie przeszło, żeby powiedzieć coś takiego online. Wściekłe Kobiety zeżarłyby mnie żywcem.
Czy cokolwiek sobie pani poprawiała?
Śmiech, śmiech, śmiech.
„Boże, nie. Przepraszam, bez obrazy dla tych, które to robią, ale ja? Szczerze? Ja bym nie mogła”.
Shannon tępo wpatrywała się w okna, które we wczesne zimowe poranki zdawały się portalem do spowitego czernią świata. Wiedziałam, że rozmyśla o swoich snach. Widać było, że nie ma bladego pojęcia, co mogą oznaczać. Jak mogła być taka głupia? Bóg wyraźnie próbował do niej dotrzeć, już bardziej wprost się nie dało, wysyłał jej sygnały dymne i gołębie pocztowe, pisał wiadomości na niebie, a ona to wszystko ignorowała. Prędzej pewnie umówiłaby się na rozmowę z jakąś naciągaczką tłumaczącą sny, niż choćby wzięła pod uwagę możliwość, że mózg podsuwa jej zupełnie niemetaforyczną przestrogę. Przykro było patrzeć, jak totalnie przegapia objawienie, ale wcale mnie to nie zdziwiło. Jej mózg, częściowo wyedukowany w Barnard, był jak tępe narzędzie, świeckie i gładkie; do bezpośrednich rozmów z Bogiem nadawał się mniej więcej tak, jak dwie gumowe szpatułki do operacji na otwartym sercu.
A dlaczego Pan tak rozpaczliwie pragnął dotrzeć do Shannon?
Cóż. Dziewczyna zeszła na manowce.
Shannon podniosła wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Zarumieniłam się, bo przyłapała mnie na wpatrywaniu się w nią z miną wyrażającą nieskrywany osąd.
– Przy okazji – zagaiła – dziś przyszedł mój nowy telefon. Jeszcze raz dzięki, że pozwoliłaś mi wykupić ekspresową dostawę.
– No jasne.
Podobno w zeszłym tygodniu jedno z dzieci upuściło jej komórkę do kałuży. A ponieważ byłam taką świetną szefową, natychmiast temu zaradziłam, wręczając dziewczynie firmową kartę płatniczą, by zamówiła sobie nowe urządzenie, przy czym rzuciłam nawet beztroski żarcik: „Nie chciałabym, żebyś utknęła na tym odludziu bez dostępu do prawdziwego świata!”.
– Nie miałaś dziś włożyć fioletowego fartucha?
– Ach! – zawołałam ze śmiechem. – Ups! Ciążowy mózg. – Nienawidziłam tego wyrażonka, ale dzięki niemu łatwiej się było ze mną utożsamić. Przez zapomnienie włożyłam granatowy fartuch. Tymczasem dzisiejsze nagrania miałyśmy wykorzystać jako zajawkę nowych odcieni fartuchów w naszym sklepie internetowym (trzydzieści pięć dolarów i dziewięćdziesiąt dziewięć centów, sto procent bawełny, guziki z recyklingowanego plastiku, wyprodukowano w Hiszpanii). – Już po niego idę.
Gdy opuszczałam kuchnię, do środka weszła niania Aimee z moją małą Junebug. Jessa, opróżniwszy szklankę, wstała od stołu i ruszyła za mną slalomem niczym puszek dmuchawca. Po drodze chwyciła Junebug za rękę i razem zaczęły wspinać się za mną po schodach, ignorując pełne skargi wołania niań.
– Nic nie szkodzi! – krzyknęłam przez ramię. – Mogą iść ze mną.
To, że Stwórca pobłogosławił nas trzema dziewczynkami z rzędu, uważałam za wyjątkowy dar. Oczywiście wszystkie dzieci są darem od Boga, ale grupki dziewcząt, niewielkie, dwu- lub trzyelementowe zestawy błyskotek – z tym nic nie może się równać. Jedna dziewczynka jest urocza, jeden chłopiec milutki, ale dziewczynki w liczbie mnogiej to uosobienie tęczy i słodyczy. Świetliste kłębuszki rozkoszności. Takie społeczne z nich istoty! W miarę jak nasza trzódka młodych dam się powiększała, powolutku zaczynały trzymać się coraz prościej, promienieć nieco jaśniej. Nosiły się nawzajem jak lalki. Zaplatały sobie włosy. Upiększały się, stroiły i obsesyjnie, jak matki dzieciom, dawały sobie szturchańce.
Lubiłam powtarzać, że gdy będziemy starzy i zniedołężniali, chłopcy zadbają, byśmy nie głodowali, ale dziewczynki? Dziewczynki będą tańczyć wokół naszych wózków inwalidzkich, rzucać płatki róż na nasze groby. Poza tym przyznaję: łatwiej je było wytresować. Chłopcy od czasu do czasu stawiali opór, frustrowali się albo nudzili, ale one – nigdy. Potrafiły występować przed kamerą godzinami, bez słowa skargi, zupełnie jak mamusia.
– Mamo.
Wzdrygnęłam się odruchowo, po czym znów przybrałam łagodny wyraz twarzy.
– Tak, skarbie?
Stałam przed lustrem w sypialni, wiążąc nowy fartuch, gdy w drzwiach zjawiła się moja najstarsza córka, Clementine. Latem skończyła dwanaście lat i parę dni później przestała nazywać mnie mamusią. Powieka drgała mi za każdym razem, gdy zwracała się do mnie per mamo; nienawidziłam tego słowa. Miało brzydkie brzmienie, krótkie i męskie, znacznie mniej dźwięczne niż preferowane przeze mnie określenie. Nie walczyłam z tym jednak. Clementine wchodziła w wiek nastoletni, co znaczyło, że testowała moje granice. Najgorsze, co mogłam zrobić, to dać jej odpór.
W lustrze obserwowałam, jak przecina pokój, by usiąść obok dziewczynek na moim łóżku.
– Co to znaczy „tradwife”?
Jak igłą po winylu.
– Gdzie usłyszałaś to słowo?
– A co? Jest brzydkie?
– Tradwife – zagruchała Jessa i zachichotała. Odrzuciła głowę w tył i powtórzyła: – Traaaaadwife!
Prawie miałam wrażenie, że Clementine słyszy mechaniczne szczękanie mojego mózgu, który zaczął pracować na najwyższych obrotach, kiedy próbowałam wybrać jedną z pięciuset możliwych odpowiedzi na to pytanie. Najstarsza córka przypominała mnie nie tylko z wyglądu, ale też z usposobienia: intelekt trzymała niczym nóż za plecami. Teraz, gdy małymi kroczkami zmierzała w stronę kobiecości, podobieństwa między nami zaczęły mi się wydawać odrobinę niepokojące. Jakbym obserwowała swojego klona powoli zbliżającego się z odległego punktu na horyzoncie: co się stanie, gdy dotrze na miejsce?
Zdaję sobie sprawę, że nie takie uczucia powinno się żywić do córki. Ale macierzyństwo też jest swego rodzaju przedstawieniem. Chcę przez to powiedzieć, że zanim sama zostałam matką, wszystkie znajome okłamywały mnie, jak to będzie.
Gdyby pani dzieci zostały kiedyś influencerami, byłaby pani z nich dumna?
„Chcę tylko, żeby były szczęśliwe”.
Szeroki, dziąsłowy uśmiech.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
