49,99 zł
Cienie padają na piątkowe południe, kiedy umierający kruk dostarcza czarownicy Dianie Bishop zaproszenie i wezwanie do powrotu do Ravenswood, uświęconej ziemi i rodziny, których nigdy nie znała.
Kiedy Diana i jej mąż Matthew Clairmont dowiadują się, że ich siedmioletnie bliźnięta muszą przejść testy magicznych mocy, Diana postanawia stworzyć nową przyszłość dla swojej rodziny i ma nadzieję, że znajdzie odpowiedzi w rodowej siedzibie Proctorów.
Tam Diana zostaje uczennicą swojej praciotki Gwyneth w dziedzinie wyższej magii. Podążając nieznaną ścieżką, musi udać się w podróż do najmroczniejszych zakątków historii swojej rodziny – i samej siebie – jeśli chce dotrzeć do źródła większej mocy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 541
Tytuł oryginału: The Black Bird Oracle
Copyright © 2024 by Deborah Harkness Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Alicja Laskowska Korekta: Magdalena Górnicka, Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński
ISBN 978-83-68591-73-6 Warszawa 2026
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl, han[email protected]
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227335010, www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Tonyi i Tracy,które rozumieją magię bliźniąt.
Kością czapli i skrzydłem sowy,Przez ciszę sępa i śpiew kruka.Przez nieobecność i pożądanie, krew i strach,Odkrycie czarownic je tu sprowadzi.Cztery krople krwi na kamieniu ołtarza,Przepowiedziały tę chwilę przed twym narodzeniem.Trzy rodziny złączone w radości i walceBędą świadkami wyroczni czarnego ptaka.Dwoje dzieci, jasnych jak Księżyc i SłońceUczyni jednym Mrok, Światło i Cień.
W każdej duszy jest miejsce zarezerwowane dla Cienia. Moje było bezpiecznie ukryte w zakamarkach pamięci, pod starą raną, która, jak sądziłam, już dawno się zagoiła. Wtedy do New Haven przyleciały kruki, niosąc zaproszenie, którego ani Cień, ani ja nie mogliśmy odrzucić.
***
Kiedy to do mnie dotarło, był piątek pod koniec maja.
– Hej, profesor Bishop! Właśnie wrzuciłam najnowszą korespondencję do pani skrzynki pocztowej!
Pogrążona w myślach wracałam dobrze znaną mi trasą z gabinetu na Uniwersytecie Yale do domu i tylko jednym uchem słuchałam ożywionej paplaniny Bekki, podczas gdy reszta mojego umysłu błądziła gdzieś indziej. Nie zauważyłam, że dotarłyśmy do ozdobnej żelaznej bramy strzegącej naszego domu przy Orange Street ani że nasza listonoszka Brenda właśnie opuszcza posesję.
– Dzięki, Brendo. – Posłałam jej słaby uśmiech. Upał przytłaczał. W porze zakończenia roku zawsze tak było w New Haven, co prowadziło do wyczerpania nerwowego, przepoconych strojów akademickich i długich kolejek po mrożoną latte w licznych kawiarniach miasteczka.
– Musisz być podekscytowana powrotem do Anglii, Becco – zauważyła Brenda.
W czapce z daszkiem USPS i szortach była dobrze przygotowana na temperatury i wysoką wilgotność powietrza w New Haven.
– Tak. – Na potwierdzenie tych słów Becca aż podskoczyła. – To pierwsza podróż Tamsy, a ja wszystko jej pokażę.
Jedna z historycznych zabawek, które były ostatnim krzykiem mody wśród dziewczynek do trzynastu lat włącznie, została najnowszym członkiem rodziny. Marcus i Phoebe wybrali lalkę z epoki kolonialnej, bo Becca zachwyciła się jego domem w Hadley i opowieściami o dzieciństwie, które tam spędził w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych osiemnastego wieku. Chociaż producent zabawki nadał jej inne imię, Becca ochrzciła ją ponownie w chwili, gdy tylko zobaczyła zielone oczy i rude włosy widoczne w okrągłym okienku z przezroczystego plastiku.
Od momentu, gdy otrzymała prezent, bujną wyobraźnię Bekki całkowicie pochłonęła Tamsy i jej świat. Lalka miała w zestawie różne stroje i akcesoria, które pomogły ją ożywić, w tym konia o imieniu Penny. I bogate wyposażenie domu. Matthew dodał do niego małą replikę krzesła Windsor, które kiedyś należało do grand-père Philippe’a, oraz malowaną skrzynię z Hadley, podobną do tej, w której Phoebe przechowywała domową pościel. Była wyposażona w mały zamek i klucz, a Becca już do niej spakowała ubrania Tamsy, podręczniki szkolne, pióro i kałamarz, a także kolekcję kapeluszy na podróż do Anglii.
Brenda pomachała do Tamsy, którą Becca trzymała w ręce, i zwróciła się do mnie:
– Ty też musisz być podekscytowana powrotem do swoich badań.
Na koniec każdego roku szkolnego Matthew i ja zabieraliśmy dzieci do Anglii, żeby spędzić letnie miesiące w naszym domu w Woodstock. Dzieliło go zaledwie kilka mil od Oksfordu, co dawało mi łatwy dostęp do Biblioteki Bodlejańskiej, a Matthew umożliwiało pracę w jego cichym laboratorium na Uniwersytecie Oksfordzkim, bez współpracowników i doktorantów, którzy mogliby mu przeszkadzać. Becca i jej brat Pip mieli hektary ziemi do biegania, setki drzew do wspinania się i dom pełen skarbów i książek, które zajmowały ich uwagę podczas nieuniknionych ulew. W długie, leniwe weekendy jeździliśmy do Francji, by odwiedzić matkę Matthew Ysabeau, i spotkać się z Marcusem i Phoebe, którzy część lata spędzali w Londynie.
Już nie mogłam się doczekać, żeby wsiąść do samolotu i zostawić za sobą Yale, New Haven i semestr wiosenny. Perspektywa nowego projektu badawczego dotyczącego żon i sióstr pierwszych członków Królewskiego Towarzystwa Naukowego była kusząca, a mi śpieszyło się, żeby wziąć do ręki rzadkie woluminy i rękopisy.
– Pewnie masz dużo do zrobienia przed jutrem – zauważyła Brenda.
Nie miała nawet pojęcia, jak dużo. Jeszcze się nie spakowaliśmy, rośliny doniczkowe nadal stały w domu, a nie na tylnym ganku, gdzie sąsiedzi mogli je podlewać, a mnie czekały co najmniej trzy prania, zanim wyjedziemy na całe lato.
– Wszystko jeszcze raz sprawdziłam i jeśli chodzi o pocztę w New Haven, jesteś gotowa do wyjazdu. – Brenda mnie uspokoiła, kończąc naszą rozmowę.
– Dziękuję – odpowiedziałam, wyjmując Tamsy z uścisku Bekki i wkładając ją nogami do przodu do torby zakupowej razem z uczelnianą korespondencją.
– Baw się dobrze z Pipem, Becco, do zobaczenia w sierpniu – rzuciła na pożegnanie Brenda, poprawiając gruby pas torby na listy.
– Pa! – krzyknęła za nią Becca, machając ręką.
Pogładziłam jej lśniące włosy, czarne i opalizujące niczym krucze skrzydła. Becca była bardzo podobna do Matthew: charakteryzowały ich długie linie i liczne kontrasty, blada skóra i gęste brwi. Cechował ich również taki sam temperament: pewna siebie powściągliwość, która w jednej chwili mogła przerodzić się w silne emocje. Pip z kolei przypominał mnie. Nie miał problemów z wyrażaniem uczuć i łatwo się wzruszał, a po mnie odziedziczył mocną budowę ciała, jasne włosy z miedzianymi refleksami i piegi na nosie.
– Mamy dużo do zrobienia, orzeszku – powiedziałam. – Najpierw musimy zająć się Ardwinną i Apollem i posortować całą pocztę.
Potem jeszcze należało posprzątać dom – a to nie lada zadanie. Moje lokum przy Court Street było zdecydowanie za małe, żeby pomieścić wampira, czarownicę, dwoje jasno urodzonych dzieci, gryfa i charta szkockiego. Syn Matthew, Marcus, zaproponował nam w zamian swoją okazałą rezydencję przy Orange Street. Kupił ją tuż przed wojną secesyjną, kiedy studiował medycynę na Uniwersytecie Yale, a w modzie dominował mahoń i oficjalne przyjęcia. Każda powierzchnia w domu była albo wykończona na wysoki połysk, albo rzeźbiona, albo jedno i drugie. Utrzymanie porządku było najgorszym koszmarem, a przestronne pokoje zbyt szybko zapełniały się współczesnymi rupieciami.
Mimo ogromnych rozmiarów i nader formalnego wyglądu, dom okazał się zaskakująco dobrze przystosowany do życia rodzinnego, z rozległymi zadaszonymi werandami, na których dzieci mogły się bawić w deszczowe dni, własnym podwórkiem, gdzie do ich zabaw dołączali gryf Philipa, Apollo, i mój chart szkocki Ardwinna, oraz licznymi pokojami na parterze, niegdyś przydzielanymi mieszkańcom według płci i pełnionej funkcji. Na początku rezydencja Marcusa wydawała się zbyt okazała dla naszej małej grupy wampirów i czarownic, ale rodziny mają to do siebie, że się rozrastają i dopasowują do zajmowanej przestrzeni. To, co miało być tymczasowym pobytem, zamieniło się w stałe zamieszkanie.
Becca, wyczulona na moje zmieniające się nastroje, jakby czytała mi w myślach, bo powiedziała:
– Nie martw się, mamo. Pomogę ci.
Z kieszeni na biodrze wyjęła niebieskie kazoo, które znalazła w biurze, i zaczęła na nim grać, żeby poprawić mi humor przez kilka ostatnich metrów dzielących nas od domu. Przenikliwy, brzęczący dźwięk zaniepokoił ptaki siedzące na pobliskich drzewach. Wszystkie wzbiły się w powietrze, z irytacją trzepocząc skrzydłami, i ochrypłymi krzykami protestując przeciwko zakłócaniu ich popołudniowej drzemki.
Osłoniłam oczy, zahipnotyzowana wirującą czarną chmurą ptaków, które unosiły się i opadały na prądach wilgotnego powietrza. Becca również wpatrywała się w ten widok szeroko otwartymi, pełnymi zachwytu oczami.
Jeden ptak wyrwał się ze zwartej formacji, a jego cień padł na nasze złączone dłonie. Zarys jego głowy i zakrzywionego dziobu wskazały nam na chodniku drogę do frontowych drzwi.
Nagle zrobiło się zimno. Zadrżałam. Ciekawa, co spowodowało ten raptowny spadek temperatury, spojrzałam w górę, sądząc, że zobaczę chmury zasłaniające słońce.
Okazało się jednak, że ze świata zniknęły wszystkie kolory. Delikatny kolor tynku na domu, zielony baldachim drzew, plamy błękitu wysokich ostróżek i kosaćców na rabatach z bylinami – wszystko stało się szare jak wyblakła fotografia zamglonego Londynu z lat czterdziestych. Moja perspektywa również uległa zmianie. Dom nagle stał się zbyt wysoki i szeroki, a drzewa zbyt niskie. Typowe letnie aromaty zieleni zastąpił wyraźny petrichor, a wraz z nim w powietrzu pojawiła się ledwie wyczuwalna siarkowa nuta. Zwykłe dźwięki – ruch uliczny, śpiew ptaków, warkot kosiarek – były teraz bardzo głośne, podobnie jak bicie mojego serca, kiedy ogarnęło mnie dziwne uczucie.
Moc, kłująca i złowieszcza, wypełniła moje żyły w odpowiedzi na falę magicznej energii, która otoczyła nas tym odbarwionym całunem. Przyciągnęłam Beccę do siebie i osłoniłam ją własnym ciałem.
Samotny ptak, który wcześniej szybował nad naszymi głowami, spadł na ziemię tuż przed nami, z rozpostartymi skrzydłami i głową przekrzywioną pod kątem, który świadczył o tym, że przy uderzeniu skręcił sobie kark. Zakrzywiony, hebanowy dziób i nastroszone pióra na podgardlu wskazywały, że był to kruk.
Szelest skrzydeł wypełnił moje uszy, gdy jego towarzysze wylądowali na gałęziach pobliskiego drzewa – ciemne, ostre reliefy w upiornym świecie, rząd sylwetek jakby wyciętych z czarnego papieru. Były ich dziesiątki.
Przez umysł przeleciało mi wszystko, co wiedziałam o znaczeniu kruków w kontekście magicznym, mitycznym i alchemicznym. Ci posłańcy między światem umarłych a światem żywych często symbolizowali pierwszy krok w alchemicznej przemianie prowadzącej do kamienia filozoficznego.
Niektóre tradycje przypisywały krukom moc przepowiadania przyszłości. Nie miałam pojęcia, co oznacza śmierć kruka na czyichś oczach, ale zapewne nic dobrego.
Po chodniku rozlała się kałuża krwi, gęstej i szkarłatnej. Z chwilą gdy ptaka całkiem opuściła siła życiowa, świat odzyskał kolory. Dżinsowe szorty Bekki znów były niebieskie. Gałązki kwiatów na mojej bluzce na powrót przybrały różowe i jasnożółte odcienie, a irysy swoją zwykłą barwę indygo.
– Ten ptak nie żyje, prawda?
Becca zerknęła z moich objęć na nieruchomego kruka, którego oczy były nadal otwarte i w nas wpatrzone. Jej nozdrza rozszerzyły się na zapach jego krwi, na twarzy pojawił się wyraz głodu, przez co wyglądała w każdym calu jak wampir. Domagała się krwi już jako niemowlę i chociaż z czasem jej żarłoczność osłabła, miedziany zapach nadal budził w niej pragnienie.
– Tak. – Czerwona kałuża mówiła sama za siebie, więc nie dało się uniknąć prawdy.
– Dlaczego kolory też umarły, kiedy umarł ptak? – Oczy Bekki były tak samo szeroko otwarte jak te martwego ptaka. W ich głębi dostrzegłam mroczną iskrę, której nigdy wcześniej nie widziałam.
– Co masz na myśli? – zapytałam ostrożnie. Nie chciałam, żeby udzieliły się jej moje obawy związane z wydarzeniami tego popołudnia.
– Wszystko zrobiło się szare jak popiół w kominku – wyjaśniła Becca. – Nie widziałaś tego?
Skinęłam głową, zaskoczona, że moja córka też to zauważyła. Spostrzegawczością ustępowała jedynie Matthew, ale w przeciwieństwie do Pipa zazwyczaj nie była wyczulona na wirujące wokół niej magiczne siły.
– Czy to była magia? Nie wyglądała jak twoja, mamo.
– Tak, kochanie, myślę, że tak – odpowiedziałam.
Jakakolwiek magia nawiedziła tę okolicę New Haven, teraz już się wycofała. Mimo to chciałam bezpiecznie znaleźć się w domu, z dala od martwego ptaka i cienia, który rzucił na mnie i moją córkę.
Nim zdążyłam pokierować Beccę we właściwym kierunku, stado kruków siedzących na drzewach zaintonowało pieśń żałobną. Ich śpiew składał się z krzyków pełnych bólu, gardłowego krakania, bulgoczących chichotów i ochrypłych wrzasków. Jeden szczególnie duży ptak wzbił się w powietrze. Powolny, ciężki ruch jego skrzydeł uciszył pozostałe. Kruk otworzył dziób i wydał z siebie głos przypominający dzwon. Wysoki i mocny, zastąpił wcześniejszą kakofonię żalu i rozpaczy.
Duże ptaszysko wylądowało przed nami na chodniku, lekko i pewnie. Jego pióra lśniły głęboką czernią z nutą ciemnego granatu, która przypominała mi włosy Bekki, a jego szyja tak się nastroszyła, że wyglądał, jakby nosił czarną kryzę. Trzasnął potężnym dziobem i przekrzywił głowę na bok.
Becca odwzajemniła gest i ruszyła w jego stronę.
– Ostrożnie – szepnęłam, niepewna intencji tego stworzenia.
Kruki siedzące na drzewach zakrakały oburzone, że ktoś mógł je posądzić o zamiar skrzywdzenia dziecka.
Becca ukucnęła przy martwym ptaku. Jego żywy towarzysz w kilku podskokach zmniejszył dystans między nimi, po czym zaczął kroczyć w tę i z powrotem, wyrzucając z siebie bulgotliwy ciąg dźwięków. Następnie wyjął coś z dzioba nieżywego kruka i upuścił to przed moją córką.
Ta rzecz nie zabrzęczała metalicznie, ale wyglądała jak pierścień. Choć raczej taki, który pasowałby tylko na bardzo szczupły palec.
– Nie dotykaj tego! – krzyknęłam. Ciotka Sarah Bishop nauczyła mnie, żeby nigdy nie ruszać nieznanych magicznych przedmiotów, a ja zwykle przestrzegałam jej zasad.
Moja córka była jednak bardziej niezależna.
– Dziękuję – powiedziała do kruka, nasuwając obrączkę na palec. Pierścień zostawił na jej kostkach ślady ptasiej krwi.
Kruk zaśpiewał coś w odpowiedzi, a Becca słuchała go uważnie, kiwając głową, jakby wszystko rozumiała. Tamsy wpatrywała się w ptaka z mojej torby, od czasu do czasu mrugając oczami, jakby chciała otrząsnąć się ze snu.
Podczas rozmowy mojej córki i ptaka poczułam mrowienie w lewym kciuku i między brwiami, co oznaczało, że dziwna magia wcale się nie wycofała. Po prostu zmieniła się w coś innego, równie nieznanego. Próbowałam zbadać jej naturę, wysyłając w jej stronę wrażliwe czułki, ale okazała się mglista i mętna, bez określonych zamiarów czy jakiejkolwiek rozpoznawalnej struktury. Miała też dziwny zapach: soli morskiej, sosny, berberysu i siarki.
– Przykro mi, że twoja przyjaciółka zginęła – powiedziała Becca, gdy kruk w końcu zamilkł. – Musi ci być bardzo smutno.
Ptak uniósł i opuścił głowę w rytm gardłowych pisków, od których pióra na jego szyi jeszcze bardziej się nastroszyły, tak że wyglądały jak kolce jeżozwierza.
– Pochowamy ją na podwórku. – Becca skrzyżowała ręce na sercu, tak jak nauczył ją Matthew. – Obiecuję.
Uroczysta przysięga była dużym zobowiązaniem dla tak młodej osóbki. Zważywszy na otaczający nas czar, kruki nie przyleciały na Orange Street przez przypadek.
Ktoś je tu wysłał, a one przyniosły prezent dla mojej córki. Na własnej skórze przekonałam się, że z magicznymi prezentami zawsze łączą się jakieś warunki do spełnienia.
– Wejdźmy do środka i dajmy ptakom chwilę sam na sam z ich przyjaciółką – zaproponowałam delikatnie. Nadal wolałam schronić się za zamkniętymi drzwiami niż zostać na zewnątrz i narazić się na działanie jakiegoś skomplikowanego zaklęcia. Podałam Becce rękę, a ona ją ujęła.
– Nie możemy! – zaprotestowała. – Musimy zostać, aż przyjaciele zaśpiewają jej podczas ostatniego lotu.
Jak na dany znak, kruki siedzące na gałęziach zaintonowały kolejną przejmującą pieśń żałobną, która tym razem brzmiała niczym grzechotanie kości o drewno i była pełna smutku i tęsknoty. Słuchanie tych wspaniałych ptaków było dla mnie zaszczytem. Od emocji ścisnęło mi się gardło, bo ja również czułam ich stratę.
Becca mocniej chwyciła moją dłoń. Z jej oczu popłynęły ciężkie łzy i choć próbowała je otrzeć, mieszały się z krwią martwego kruka, tworząc przezroczyste, słone kałuże w plamie ciemniejącej wokół niego na chodniku.
W końcu kruki wzbiły się w powietrze, a ich żałobny chorał zmienił się w pieśń nadziei i dźwięk dzwonów znowu wypełnił powietrze. Ptaki zaczęły szybować i krążyć nad swoją poległą siostrą, a ich pióra mieniły się nieziemskim blaskiem.
– Dziękuję za dostarczenie wiadomości – powiedziała Becca do samotnego kruka, który został na ziemi. – Nie zapomnę.
Ptak wykonał kilka potężnych uderzeń skrzydłami i dołączył do reszty stada. Potem wszystkie wzbiły się wyżej, aż stały się czarnymi plamkami na tle nieba.
– Jaką wiadomość przekazał ci kruk? – zapytałam, z niepokojem patrząc na martwego ptaka.
– Powiedział, że czas wracać do domu, i dał mi to. – Becca wyciągnęła w moją stronę lewy palec wskazujący.
Przyjrzałam się pierścieniowi najdokładniej, jak zdołałam, zważywszy na to, że pokrywały go krew i grudki ziemi. Miejscami poczerniał ze starości, ale gdzie indziej był biały jak kość i miał na powierzchni otworki, przez które przepleciono grube, ciemne włókno.
– Ale my już jesteśmy w domu. To straszne, że jego przyjaciółka zginęła, kiedy dostarczała wiadomość, której wcale nie potrzebowałyśmy. – Becca znów zaczęła płakać. – Czy to moja wina, że ona się zabiła?
– Oczywiście, że nie. – Przygarnęłam ją do siebie. – Po prostu źle oceniła odległość do ziemi.
Becca pociągnęła nosem.
– Chodź do środka – powiedziałam stanowczo.
– Ale ptak… – zaprotestowała Becca, stawiając mi opór całym ciężarem ciała.
– Twój ojciec zajmie się krukiem – obiecałam.
Może i kolory powróciły, a zapachy letniego New Haven wypełniły moje nozdrza, zastępując dziwną, żywiczną mieszankę, która towarzyszyła krukom, ale nie było wątpliwości, że dzisiaj na Orange Street wydarzyło się coś niezwykłego. Coś magicznego, niesamowitego i nieznanego.
Kiedy weszłyśmy do chłodnego domu o marmurowych posadzkach i wysokich sufitach, westchnęłam cicho i oparłam się o zamknięte drzwi. Przepełniona torba zsunęła mi się z ramienia i dołączyła do poczty wrzuconej przez mosiężną szczelinę. Tamsy wypadła na podłogę, a Becca rzuciła się, żeby ją złapać.
I przewierciła mnie wzrokiem. Była czujnym dzieckiem i niewiele umykało jej uwadze, bez znaczenia, czy to była mysz szukająca jedzenia w ogrodzie, czy emocje otaczających ją ludzi.
– Chcesz herbaty? – zapytała.
Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że najlepszy sposób na poprawę mojego humoru to włożenie mi książki do jednej ręki, a filiżanki herbaty do drugiej.
– Oczywiście, że tak! – Roześmiałam się. – A ty wyglądasz, jakbyś potrzebowała czegoś na ząb. Masło orzechowe i jabłko?
To była ulubiona przekąska mojej córki. Chrupiące półksiężyce owocu idealnie pasowały do kremowej, słonej pasty.
– Tak, poproszę – odparła z powagą Becca, nadal smutna po śmierci kruka.
Podniosłam torbę i korespondencję z podłogi i razem skierowałyśmy się prosto do kuchni. To słoneczne pomieszczenie na tyłach domu było moim ulubionym miejscem w rezydencji Marcusa, skądinąd wyłożonej tapetami i dobrze wyposażonej.
Ponieważ dla wampirów celem kuchni był komfort, a nie szykowanie posiłków i ich spożywanie, często przy jej urządzeniu brano pod uwagę bardziej względy estetyczne zamiast praktycznych potrzeb kucharza. W rezultacie tutejsza kuchnia sprawiała wrażenie raczej przestrzeni mieszkalnej z dużą liczbą miejsc do siedzenia i ciepłym, zachęcającym oświetleniem. Szafki pomalowano na wesoły zielononiebieski kolor i zachowano oryginalne szklane fronty drzwi, żeby wyeksponować kolekcję naczyń i błyszczących kieliszków do wina.
Przed wyjściem zamknęłyśmy Ardwinnę i Apolla w dawnej pracowni krawieckiej tuż obok kuchni. Na gryfa rzuciłam moje własne zaklęcie maskujące, tak że wyglądał jak duży żółty labrador retriever. Oboje powitali nas teraz chórem szczekania i gulgotów.
– Może wyprowadzisz zwierzęta? – zaproponowałam Becce, która nadal obserwowała mnie czujnie niczym jastrząb. Ręce mi drżały, gdy kładłam pocztę i torbę na kuchennym stole. Teraz, kiedy minęła tamta niesamowita chwila z ptakami i spadł mi poziom adrenaliny, uświadomiłam sobie, w jakim napięciu się znajdowałam.
– Dobrze, mamo. – Becca otworzyła drzwi i wypuściła naszych pupilów na podwórko, żeby rozprostowały nogi i obwąchały ślady pozostawione przez inne zwierzęta z sąsiedztwa.
Zastanawiając się nad prezentem kruka i jego dziwną wiadomością o powrocie do domu, podeszłam z czajnikiem do zlewu. Byłam tak pochłonięta próbami przypomnienia sobie wszystkich szczegółów tajemniczej magii, że zapomniałam zdjąć pokrywkę i woda uderzyła w nią z taką siłą, że opryskała mnie, blat i okno. Wytarłam wszystko, napełniłam czajnik i postawiłam go na kuchence. Następnie wyjęłam z szafki małą miskę na przekąskę dla Bekki i nóż z szuflady. Wciąż rozkojarzona, omal nie ucięłam sobie palca zamiast jabłka.
Zanim pies i gryf obwąchały wszystkie rośliny i drzewa w ogrodzie, udało mi się bezpiecznie pokroić owoc, włożyć kilka łyżek masła orzechowego do miski i zaparzyć sobie filiżankę ożywczej herbaty.
– Najpierw umyj ręce – przypomniałam Becce, gdy weszła do kuchni. Nie chciałam, żeby krew i brud z dzisiejszego popołudnia dostały się do wrażliwego krwiobiegu mojej córki.
W piątkę zasiedliśmy do porysowanego, ale solidnego stołu, który w czasach, gdy zbudowano ten dom, służył jako blok do krojenia. Teraz było to miejsce, gdzie zbieraliśmy się na rodzinne posiłki, zamiast spożywać je w dusznej jadalni. Tamsy siedziała na wysokim krzesełku, przechylona na bok, ze zdziwioną miną i zapinanym na sprzączkę butem dyndającym na jej nodze. Ardwinna przycupnęła jak najbliżej Bekki, na wypadek gdyby w jej stronę skierował się palec umazany masłem orzechowym albo nadgryziony kawałek jabłka, podczas gdy Apollo ustawił się tak, żeby jednym brązowym okiem obserwować korytarz i wypatrywać powrotu Pipa.
Mojego syna i jego gryfa łączyła tajemnicza więź, która powstawała między tkaczami – takimi jak Pip i ja, zdolnymi do tworzenia nowych zaklęć – a ich magicznymi pomocnikami. Moją towarzyszką była ognista smoczyca, a ja nadal na myśl o niej odczuwałam ból straty. Zwolniłam Corrę ze służby po tym, jak pomogła mi uratować życie Matthew.
Becca nie miała przy sobie takiej istoty. Nie byliśmy pewni, kiedy – i czy w ogóle – jakaś się w jej życiu pojawi. Magia naszej córki nie rozwijała się tak szybko jak Pipa, ale Matthew i mnie wcale to nie martwiło. Jej wampiryczne instynkty były wyostrzone, a umiejętności łowieckie doskonałe. Tego lata jednak musiałam poświęcić więcej uwagi rozwojowi Bekki jako czarownicy. Ostatnio tak pochłaniały mnie obowiązki w Yale, że nie zajmowałam się magią.
Tymczasem Becca oceniła mój nastrój i najwyraźniej uznała, że się poprawił, bo zaczęła jeść, nie wspominając ani słowem o Yale, Brendzie ani martwym kruku. Przejrzałam pocztę dostarczoną na Orange Street. Były to głównie rachunki, które należało opłacić przed wyjazdem.
Sortując listy, zerkałam na pierścionek Bekki. Teraz, gdy nie było na nim brudu i krwi, dostrzegłam jego misterne rzeźbienia. Zrobiono go z kości, ale nie potrafiłam rozpoznać, jakiego pochodzenia. Czarna nić przepleciona przez otwory nadawała mu fakturę i kolor oraz wzmacniała delikatną ażurową konstrukcję. Wyczuwałam w nim magię i chciałem zbadać go dokładniej.
– Mogę obejrzeć twój pierścionek? – zapytałam.
– Jasne. – Becca próbowała go zdjąć, lecz on ani drgnął. Nim zdążyłam ją powstrzymać, włożyła palec do buzi i zaczęła go ssać, a następnie ponowiła próbę. – Utknął.
– Ja spróbuję – powiedziałam i skinęłam na nią, żeby do mnie podeszła.
Córka podała mi rękę. Czubek jej palca iskrzył się i świecił.
– Mamo, patrz! – Becca aż podskoczyła. – Mój palec się pali, tak jak twój, kiedy robisz sztuczki magiczne!
– Widzę – odpowiedziałam spokojnie, choć serce zabiło mi jak bęben. Dotknęłam pierścionka, mając nadzieję, że odkryję jego sekret, ale światło zgasło. Magia utknęła w pierścionku, tak samo jak on na palcu Bekki.
– Mogę poczekać na tatę i Pipa w bibliotece? – spytała zniecierpliwiona Becca. Tam znajdował się kolorowy papier, pojemniki z markerami, ołówki i wszystkie drobiazgi, których używała do swoich projektów artystycznych, a ona zdecydowanie wolała się nimi bawić niż siedzieć ze mną w kuchni.
– Oczywiście, że możesz – zgodziłam się i puściłam jej palec. – Narysujesz to, co widziałaś w Yale, żeby pokazać tacie i Pipowi, kiedy wrócą do domu?
Becca wzięła Tamsy z krzesełka i pokręciła głową.
– Narysuję kruka, żeby nie zapomnieć o nim i jego wiadomości. – Becca była wyjątkowo odpornym na wszelkie wydarzenia dzieckiem, ale śmierć ptaka wywarła najwyraźniej na niej duże wrażenie.
– Dobrze, kochanie. Zaraz do ciebie dołączę.
Becca pobiegła do biblioteki, a ja nadal sączyłam herbatę, wpatrując się w nią, jakby mogła mi podpowiedzieć, co mam myśleć o stadzie kruków, ich dziwnym zachowaniu, jeszcze dziwniejszej reakcji Bekki i nieusuwalnym pierścieniu.
Czy magia mojej córki w końcu się budziła? Czy za kilka lat będę miała na głowie dwoje nastoletnich tkaczy, a nie tylko jednego? Matthew z pewnością nasuną się podobne pytania, gdy znajdzie martwego ptaka na chodniku przed domem. Na razie nie miałam żadnych odpowiedzi ani dla niego, ani dla siebie.
Z westchnieniem wróciłam do przeglądania poczty. Rachunki. Ulotki reklamowe. Jeszcze więcej rachunków. Szybko rzuciłam je na puste krzesło, żeby trafiły do recyklingu. Nagle znieruchomiałam, gdy w moje ręce trafiła gruba, kremowa koperta z włoskimi znaczkami.
To nie była niechciana korespondencja, tylko list od Kongregacji, rady nadzorującej sprawy istot w często wrogim ludzkim świecie.
Trzymając ją w palcach, przypomniałam sobie biuro w Wenecji i pracę, jaką tam wykonywałam, by integrować demony, czarownice i wampiry z Kongregacją, naruszając przy tym status quo i łamiąc tradycję, zgodnie z którą takimi działaniami powinien kierować członek dużej rodziny Matthew. Obecnie dziewięcioosobowej radzie przewodniczyła moja przyjaciółka demon Agatha Wilson, która wymyśliła wiele kreatywnych rozwiązań odwiecznych problemów Kongregacji. Ona również zerwała z tradycją. Rodzinę reprezentował wampir Fernando Gonçalves, partner czcigodnego i dawno zmarłego Hugh de Clermonta, a nie Matthew czy jego starszy brat Baldwin.
Odwróciłam kopertę, spodziewając się ujrzeć oficjalną woskową pieczęć w kolorach czarnym, srebrnym i pomarańczowym w kształcie płonącego trójkąta ze słońcem, gwiazdą i księżycem w środku. Ta jednak była cała srebrna, a w jej centrum znajdowało się nieruchome wszechwidzące oko.
Osobisty symbol Sidonie Von Borcke, jednej z trzech czarownic w Kongregacji. Ta kobieta była zmorą mojego życia, jeszcze zanim Baldwin mianował mnie przedstawicielem de Clermontów w owym zgromadzeniu. Kiedy zasiadałam w radzie nadzorczej, Sidonie postawiła sobie za osobisty cel udaremnianie wszystkich moich działań.
Przygotowana na złe wieści, złamałam pieczęć i otworzyłam kopertę. Z pękniętej pieczęci wydobył się cedrowo-różany zapach. Wysunęłam charakterystyczny papier listowy z marmurkowymi brzegami, wykonany przez maestro marmorizzatore w sklepie, w którym Kongregacja kupowała artykuły papiernicze od lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. List zaczynał się następująco:
Szanowni Państwo profesor Bishop i profesor Clairmont.
Jak Państwo wiecie, oceniamy talenty i umiejętności wszystkich dzieci, w rodzinach których istnieje dziedzictwo wyższej magii. Ponieważ oboje rodzice profesor Bishop pochodzą z takiej linii, uważamy, że należy jak najszybciej przystąpić do oceny Państwa dzieci.
Sidonie się myliła. Moja matka Rebecca w okresie nastoletnim i trochę późniejszym zajmowała się mroczniejszą magią. Po raz pierwszy spotkała moje nemezis, a swojego rywala, Petera Knoksa, podczas jakiegoś zgromadzenia osób aspirujących do uprawiania wyższej magii. Jednakże mój ojciec Stephen Proctor nie wyróżniał się szczególnymi zdolnościami magicznymi. Był tkaczem, tak jak ja, i nie potrafił wykorzystywać zaklęć innych sobie podobnych. Ciotka Sarah mówiła mi, że nie interesował się tą sztuką, nie mówiąc już o jej zaawansowanym praktykowaniu. Jeśli chodzi o jego pochodzenie, przywódczyni sabatu Madison, Vivian Harrison, twierdziła, że Proctorowie od lat nie wydali na świat jakiejkolwiek wiedźmy albo czarownika obdarzonych prawdziwym talentem.
Skontaktujemy się z Państwem w sierpniu, by umówić się na badanie na początku jesieni, zanim Rebecca Bishop-Clairmont i Philip Bishop-Clairmont skończą w listopadzie siedem lat.
Z poważaniem, Sidonie Von Borcke
Zadrżałam mimo upału. Fragmentaryczne wspomnienia egzaminu u Petera Knoxa nadal potrafiły budzić we mnie niepokój. Ten człowiek pojawił się w Cambridge, kiedy miałam siedem lat, a moi rodzice – którzy bez wątpienia dostali list podobny do tego, który spoczywał w mojej ręce – zaczarowali mnie przed jego przybyciem, wiążąc moją moc w supełki i usuwając resztki dziecięcej magii, by uchronić mnie przed zainteresowaniem Kongregacji. Dopiero gdy znalazłam Księgę Życia i poznałam Matthew, ich zaklęcie osłabło, a wspomnienia tamtych mrocznych dni powoli zaczęły powracać wraz ze zdolnościami magicznymi.
Lecz mimo desperackich środków podjętych przez moich rodziców najwyraźniej wzbudziliśmy ciekawość Knoksa, bo zaalarmował Kongregację, że coś dziwnego dzieje się w naszym domu. W rezultacie kilka tygodni później mama i tata wyjechali do Nigerii, by prowadzić badania nad magią rytualną i tym samym odwrócić ode mnie uwagę. Oboje zginęli tam w tajemniczych okolicznościach, których nadal do końca nie rozumiałam, chociaż rola, jaką odegrał w nich Peter Knox i jego sojusznicy, była oczywista. Po ich śmierci musiałam samodzielnie odkryć granice swojej mocy, bez ich wsparcia i wskazówek.
– Nie – powiedziałam stanowczo. – Absolutnie nie.
Kongregacja nie zbada magicznych zdolności bliźniaków, by je później wykorzystać, tak jak bez powodzenia próbował to zrobić ze mną Peter Knox. Czarownice z Wenecji nie poznają potencjału moich dzieci. Sama porozmawiam o tym z Sidonie i innymi czarownicami.
Odwróciłam torbę do góry nogami i wysypałam z niej portfel oraz wszystko inne, co zgarnęłam do niej w biurze, na stół kuchenny, przy okazji rozrzucając świeżo posortowaną korespondencję i niwecząc efekty mojej wcześniejszej pracy. Jak zwykle telefon znajdował się na samym dnie, więc teraz leżał na małej stercie uczelnianej poczty, której jeszcze nie przejrzałam.
Matthew był pierwszym numerem na mojej liście szybkiego wybierania. Z siłą większą niż było to konieczne, nacisnęłam przycisk na ekranie, żeby się z nim połączyć.
– Halo! – Ciepły głos Matthew umocnił mnie w determinacji, by chronić Beccę i Pipa przed Sidonie i jej poplecznikami z Kongregacji. – Jesteś w domu?
– Tak. I ty też musisz wrócić. Oni chcą dzieci.
– Kto? – Ton Matthew stał się ostry jak brzytwa.
– Kongregacja. Dostaliśmy list. Chcą sprawdzić magiczne zdolności dzieci. Musisz zabrać Beccę i Pipa do Starej Chaty, a ja polecę do Wenecji i zajmę się tą sprawą.
– Zwolnij, Diano. – Matthew próbował mnie uspokoić, ale jego słowa nie miały dla mnie większego znaczenia wobec powagi sytuacji.
– Jeśli pozwolimy Sidonie przetestować dzieci, czarownice z Kongregacji na pewno odkryją, że Pip jest tkaczem – krzyknęłam. – I mogą wyczuć, czy bliźnięta też mają skłonność do szału krwi.
Była to plaga wampirów, choroba genetyczna występująca u potomków demona, człowieka i wampira. Objawiała się niekontrolowanym gniewem, przemocą i żądzą krwi. Mój mąż cierpiał na tę przypadłość, podobnie jak jego prawnuk Jack. Matthew odmówił jednak przeprowadzenia na dzieciach testów, które miałyby sprawdzić, czy one również odziedziczyły po nim tę mutację genetyczną.
– Nie mogę rzucić zaklęcia na Beccę i Pipa. – Pękało mi serce i łamał się głos. – Nie mogę. Myślałam, że w razie potrzeby dam radę, ale teraz…
– Już jadę – powiedział Matthew, brzęcząc samochodowymi kluczykami.
Połączenie zostało przerwane.
W ciszy, która zapadła po naszej rozmowie, uświadomiłam sobie, jak daleko jest teraz ode mnie moja córka. Chcąc zmniejszyć ten dystans, zgarnęłam zawartość torby. Uczelnianą pocztę mogłam równie dobrze przejrzeć w każdym innym miejscu.
Imponująca biblioteka Marcusa, wyłożona drewnianymi panelami, była cichym pomieszczeniem na tyłach domu, z dala od ulicznego hałasu, i służyła nam jako pokój rodzinny. Miała okna wychodzące na ogród, regały z książkami, kominek i stół długi jak te w Bibliotece Sterlinga.
Becca podniosła wzrok znad rysunku i zakryła go dłońmi.
– Nie patrz, mamo. Jeszcze nie skończyłam.
– Nie będę – odpowiedziałam i rzuciłam swoje rzeczy na drugi koniec stołu. – Przysięgam.
Chociaż kusiło mnie, żeby rzucić okiem na jej dzieło, przerzuciłam stos papierzysk, żeby odszukać swój terminarz i zacząć organizować wyjazd do Wenecji.
Matthew kazał mi na siebie poczekać, ale nie było nic złego w zerknięciu na daty, żeby dostosować nasz letni kalendarz do nowych okoliczności.
W końcu zlokalizowałam cienki notes i wyciągnęłam go z góry korespondencji. Pod nim zauważyłam kopertę z listem wysłanym do mnie na adres wydziału historii Uniwersytetu Yale. W lewym górnym rogu widniało nazwisko nadawcy: profesor G. E. Proctor, Ravenswood, Ipswich, Massachusetts.
Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w adres zwrotny, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Profesor? Proctor? Ravenswood? Ipswich? Sarah zapewniała mnie, że wszyscy moi najbliżsi krewni nie żyją. Stempel pocztowy wskazywał jednak, że list został wysłany trzy dni temu.
O ile było mi wiadomo, duchy nie miały dostępu do usług amerykańskiej poczty. Sięgnęłam więc po list i rozerwałam kopertę wzdłuż krawędzi. Uwolnił się z niej zapach siarki i petrichor, które wcześniej czułam przed domem. Na grubej wizytówce zobaczyłam formalny napis: „Z biurka G. E. Proctor”, a poniżej trzy linijki skreślone pochyłym pismem, którego już się nie uczy w amerykańskich szkołach.
Czas wracać do domu, Diano.
Twoja praciotka,
Gwyneth Proctor
To była ta sama wiadomość, którą kruk dostarczył Becce.
To nie mógł być przypadek, że obie informacje dotarły do nas z dwóch różnych źródeł i to tego samego dnia, w którym otrzymałam złowieszczy list od Kongregacji. Czy moja tajemnicza ciotka wysłała kruki na wypadek, gdyby jej zaproszenie zaginęło w poczcie? Czy zaproszenie do Ipswich mogło mieć coś wspólnego z Kongregacją?
„Profesor Gwyneth Proctor”. Przesunęłam palcem po jej imieniu. Nie wiedziałam prawie nic o rodzinie mojego ojca, więc byłam zaskoczona, gdy odkryłam, że są wśród nich wykładowczynie akademickie.
Zajrzałam do koperty, by sprawdzić, czy nie ma w niej czegoś jeszcze. Gdy ją przechyliłam, ze środka wypadła karta do gry. Ktoś narysował na niej sześcioramienną rozetę, najpopularniejszy symbol apotropaiczny używany do ochrony ludzi przed czarownicami i magią. Przypominał prosty kwiat o sześciu płatkach. Wciąż widać było małą dziurkę w miejscu, gdzie leżał kompas.
Gdy podniosłam kartę, nici na mojej lewej dłoni rozbłysły w odpowiedzi. Zazwyczaj tkacze nosili przy sobie pęk kolorowych sznurków, które pomagały im wiązać nowe zaklęcia z odpowiednimi mocami wplecionymi we wszechświat. Swoje wchłonęłam podobnie jak tajemniczą Księgę Życia, tak że stały się częścią mojego ciała i magii. Przez lata były uśpione, ale dzisiejsze wydarzenia najwyraźniej je obudziły.
Kiedy odwróciłam kartę, zobaczyłam postać mężczyzny w ciemnym ubraniu i solidnych butach ze sprzączkami, idącego ciemną ścieżką z obu stron porośniętą niską trawą. Nad jego głową zbierały się chmury, a on jedną ręką wskazywał drogę. Obrazek został wycięty z jakiejś ulotki albo książki i przyklejony do karty.
Dom, szepnął mój szósty zmysł czarownicy, gdy wpatrywałam się w wyciągniętą rękę mężczyzny.
Z koperty wysunął się jeszcze jeden świstek i opadł na moje kolana. Mały i cienki jak chusteczka, starannie złożony na pół. W miejscu zagięcia papier był miękki i wytarty, jakby wielokrotnie otwierano go i z powrotem składano.
Widniały na nim narysowane ołówkiem dwie splecione dłonie, na które padał cień kruka.
Jedna dłoń należała do dziecka, druga do dorosłego i na jej palcu lśnił misternie wykonany pierścień.
Mój pierścień. Prezent od Philippe’a de Clermonta dla matki Matthew Ysabeau. Ja dostałam go od teściowej i od tamtej pory zawsze nosiłam. Spojrzałam na swoją lewą rękę i porównałam ten rzadki klejnot z rysunkiem. Podobieństwo od razu rzucało się w oczy, łącznie z małymi dłońmi trzymającymi serce z diamentem osadzonym w środku pierścienia. Przebiegłam wzrokiem kartkę, szukając wskazówek, kto go narysował i kiedy. Na odwrocie zobaczyłam napis: Rebecca i Diana, inicjały MFP i datę: 1972.
To niemożliwe, żeby rysunek wykonany dziesiątki lat temu, jeszcze przed moimi narodzinami, mógł tak szczegółowo przedstawiać coś, co się wydarzyło tego popołudnia.
Na mojej lewej dłoni wyraźnie uwidoczniły się nici tkacza, ciągnąc się od opuszków palców przez jej wnętrze aż do nadgarstka pasami bieli, złota, srebra i czerni. W miejscu, gdzie zwyczajowo mierzy się tętno, pojawił się utkany ze sznurków uroboros, wąż połykający własny ogon. Był to symbol rodu de Clermont, a zarazem dziesiątego węzła tworzenia i destrukcji, który niewielu tkaczy potrafiło zawiązać. Jego ciemniejsze barwy oznaczały wyższą magię. Spojrzałam na prawą rękę, gdzie zwykle, gdy budziła się moja moc, ukazywały się inne kolory: brązowy, żółty, niebieski, czerwony i zielony.
Teraz nie było po nich śladu. Wizytówka i rysunek, które przysłała Gwyneth Proctor, przyciągnęły uwagę jedynie nici wyższej magii, której rzadko używałam.
Wyjęłam z kieszeni pognieciony list Sidonie i przyłożyłam go do prostej wiadomości od mojej praciotki. W jednej ręce trzymałam zapowiedź niebezpieczeństwa i zagrożenia dla mojej rodziny, w drugiej cienką linę ratunkową splecioną z nadziei i możliwości.
Spojrzałam na rysunek z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku, na którym córka trzymała mnie za rękę, a cień kruczych skrzydeł padał na nasze dłonie niczym błogosławieństwo. Poczułam intensywne pragnienie czegoś, czego nie potrafiłam nazwać, i tęsknotę za miejscem, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ale czekała tam na mnie moja praciotka Gwyneth Proctor.
Zgięłam palce i uroboros na moim nadgarstku poruszył się lekko tuż pod skórą, a wokół mnie w powietrzu rozbłysły migotliwe kolory wyższej magii.
Nie zamierzałam jechać do Anglii ani do Wenecji. Jeszcze nie teraz. Najpierw musiałam wrócić do domu.
Usadowiłam się w jednym z głębokich foteli stojących przy kominku, oparłam stopy na mosiężnej osłonie paleniska i jeszcze raz obejrzałam rysunek – dokładny w każdym szczególe – przedstawiający wydarzenia dzisiejszego popołudnia. Stara karta do gry, liścik od Gwyneth i oficjalne pismo od Kongregacji leżały na moich kolanach.
– Kto to narysował? – Becca zajrzała mi przez ramię, cicha jak pantera i ciekawa niczym kot.
– Nie wiem. – Zrobiłam jej miejsce na kolanach, a moja córka na nich usiadła i wtuliła się w moje ramiona. – Myślę, że to mógł być ktoś z rodziny dziadka Stephena.
Becca wyciągnęła rękę, a ja podałam jej rysunek, żeby mogła mu się przyjrzeć. Wzięła go ode mnie ostrożnie, trzymając za brzegi. Phoebe nauczyła bliźnięta, żeby bezcenne przedmioty traktować z szacunkiem, i chociaż Pip nadal potrafił zachować się nad wyraz beztrosko przy kruchej porcelanie, Becca okazała się doskonałą uczennicą.
– To twój pierścionek – stwierdziła. – Ten, który dała ci babcia Ysabeau.
Skinęłam głową, muskając policzkiem jej gładkie włosy.
– Narysuję to, co stało się potem. – Becca zeskoczyła z moich kolan i wróciła do stołu i swoich przyborów do kolorowania.
A ja zajęłam się kartą do gry. Była stara, gruba i szorstka, niegdyś biała, teraz w kolorze kości słoniowej o bursztynowym zabarwieniu. Strój wędrowca pochodził z siedemnastego wieku, wysokie pióra na czapce, podobnie jak wykończone koronką mankiety i kołnierz wskazywały, że obrazek pochodzi z okresu panowania Karola I albo Karola II. Klej, którym przyklejono go do tektury, był kruchy i pożółkły. Całość sprawiała wrażenie, że wykonano ją chałupniczo, jakby ktoś między rokiem tysiąc sześćset dwudziestym dziewiątym a tysiąc sześćset osiemdziesiątym piątym sam zrobił kartę, używając nożyczek, kleju, starej talii kart i broszur.
Nie byłam pewna znaczenia samej karty. Czy było to pojedyncze rękodzieło do przechowywania w pudełku na dokumenty albo między stronami książki, przyklejone do tektury dla trwałości? Czy sześciopłatkowa rozeta oznaczała, że ta dziwna karta jest jakimś magicznym talizmanem? A może stanowiła część więk-szej talii?
Przyłapałam się na tym, że mam ochotę ruszyć za samotnym mężczyzną do jego nieznanego celu, jakby na końcu drogi znajdowały się odpowiedzi.
Chociaż jego trasa nie była wytyczona, moje stopy aż się rwały, by wejść w ślady pozostawione przez jego ciężkie buty i podążyć za nim krok w krok.
Wracaj do domu, mówił wędrowiec, namawiając mnie do przyjęcia zaproszenia Gwyneth. Tam znajdziesz odpowiedzi.
Przyjrzałam się karcie jak jednemu z moich alchemicznych manuskryptów, szukając wszystkiego, co mogłam przeoczyć. Zauważyłam wyblakłą literę, potem kolejną. Wzdłuż górnej krawędzi ciągnął się ledwo widoczny numer. Sięgnęłam po telefon komórkowy i zrobiłam zdjęcie, a następnie pomajstrowałam w ustawieniach, aż na małym ekranie pojawiła się negatywowa wersja karty. Była to sztuczka, której nauczyłam się w archiwum i która często ratowała mnie przed koniecznością oświetlania zatartych inskrypcji ultrafioletem.
Na szczęście sztuczka zadziałała. Dzięki powiększeniu i kilku dodatkowym poprawkom udało mi się odczytać stare napisy kursywą pochodzące z mniej więcej tysiąc siedemsetnego roku: Ciemna Ścieżka i liczba 47.
Zaintrygowana odchyliłam się na miękkie oparcie fotela. Talie miały pięćdziesiąt dwie karty, ale nie znałam żadnej, która nazywałaby się „Ciemna Ścieżka”, a poza tym zwykle ich numery kończyły się na liczbie dziesięć. Talia tarota składała się z siedemdziesięciu ośmiu kart, ale tylko pierwsze dwadzieścia dwa wielkie arkana były numerowane. Ponieważ tę oznaczono liczbą czterdzieści siedem, nie mogła pochodzić z talii tarota.
Nim zdążyłam rozważyć inne możliwości, zabrzęczał dzwonek i chwilę później drzwi otworzyły się z hukiem.
Wrócił Pip. Niezależnie od tego, czy dom był pusty, czy pełen, czy towarzyszył mu ktoś z kluczem, czy nie, mój syn nie mógł się powstrzymać przed przekręceniem korbki u drzwi, co powodowało donośny, metaliczny dźwięk zdolny obudzić umarłych. Po chwili z holu dobiegł szmer głosów, następnie ostre szczeknięcie Ardwinny i gulgot Apolla, kiedy zwierzęta popędziły na spotkanie nowo przybyłych.
– Cześć, mamo! – zaryczał Pip. – Jesteśmy w domu!
– Tatuś! – wykrzyknęła Becca i zerwała się od stołu, by podążyć w ślady psa i gryfa. – Widziałeś martwego kruka?
– Tak, księżycowy promyku – odpowiedział jej Matthew z głębi domu. – Gdzie twoja mama?
– W bibliotece. – Teraz z kolei Becca wrzasnęła: – Mamo! Tata wrócił. Pip też. I wujek Chris i ciocia Miriam!
– Cześć, Diano! – zawołał Chris. – Chciałbym dać tym czarownicom z Kongregacji naprawdę przerażający powód do zmartwienia: wkurzonego ojca chrzestnego!
– Gdzie to jest? – zapytał Matthew, stając w drzwiach biblioteki. Jego włosy, podobnie jak u Bekki, ciemne niczym krucze skrzydła, były nastroszone, a brwi groźnie ściągnięte nad szarozielonymi oczami.
Wzięłam ze stołu list od Kongregacji i mu go podałam.
Matthew uklęknął obok mojego krzesła i przyjrzał się mojej twarzy, szukając na niej oznak niepokoju.
– Załatwimy tę sprawę, mon coeur – powiedział i musnął moją dłoń chłodnymi ustami. – Nie będziesz musiała rzucać zaklęcia na dzieci. Możemy pojechać do Sept-Tours zamiast do Starej Chaty. Tam będziemy bezpieczni, a Baldwin i Fernando to i owo powiedzą Kongregacji na temat losu naszych dzieci.
Moi rodzice sądzili, że będę bezpieczna z Sarą w Madison, i byłam… przez jakiś czas.
Chciałam dla Bekki i Pipa czegoś więcej niż chwilowe poczucie bezpieczeństwa.
– Co się stało z tamtym krukiem? – zapytał Chris, wchodząc do biblioteki.
Pip wyminął go biegiem, żeby mnie pocałować. Becca wpadła tuż za bratem i od razu popędziła do stołu.
– Przyniósł mi wiadomość, wujku Chrisie, a potem spadł na chodnik. Zobacz! – Becca pomachała rysunkiem Gwyneth Proctor i swoim własnym, który przedstawiał leżącą ptasią sylwetkę obwiedzioną jaskrawą czerwienią. – Mama powiedziała, że to był wypadek. Ale nie jestem pewna. Powinnam zapytać jej przyjaciela.
– Czekaj. – Chris zrobił zdumioną minę godną otrzymania Oscara. – Dostałaś wiadomość od ptaka? Czyżbyś się zapisała do szkoły czarów i magii?
– Tamto to była sowa, wujku Chrisie – powiedziała Becca. – A tę wiadomość przyniósł kruk.
Ale oprócz niej kruki dostarczyły do New Haven również pierścionek. Zdziwiłam się, kiedy nie zobaczyłam go na jej palcu, zważywszy na to, że wcześniej nie mogła go ściągnąć.
Gdzie się podział?
– Czekałaś na jakieś wieści od zmarłych, Diano? – zapytała Miriam, wchodząc do pokoju swoim zwykłym, nieśpiesznym krokiem. Była starą wampirzycą, w razie konieczności szybką jak błyskawica, ale z natury nie znosiła pośpiechu. – Bo właśnie je zwykle przynoszą kruki.
– Nie – wymamrotałam pod nosem – ale i tak jedną dostałam.
Moje ciche słowa przykuły uwagę wszystkich dorosłych.
– Dzisiaj dostaliśmy ich kilka – wyjaśniłam. – Jedną z Wenecji, jedną od kruka i jedną od Proctorów.
– Od Proctorów? – Twarz Matthew zastygła, gdy przetwarzał tę informację. – Myślałem, że wszyscy twoi najbliżsi krewni nie żyją.
– Ja też tak myślałam. – Sarah wielokrotnie mi to powtarzała.
– Trzy wiadomości – powtórzyła w zadumie Miriam. – Wszystkie magiczne. To nie może być przypadek.
– Moja ciotka Hortense mawiała, że nieszczęścia chodzą trójkami – rzekł Chris złowieszczym tonem.
– Tak samo jak prawa Newtona – powiedziałam, żeby w zarodku zdusić te przesądy.
– Świnie też – wtrącił Pip, przedstawiając dowody ze swojej dziedziny wiedzy. – I niedźwiedzie. I francuskie kury.
– I muszkieterowie – dorzuciła jego siostra i podbiegła do ojca, trzymając w każdej ręce kartkę.
– Ostrożnie, Becco! – Bałam się, że zniszczy delikatny rysunek. Gdy zerwałam się z fotela, stara karta do gry spadła na podłogę razem z liścikiem Gwyneth.
– Co to jest? – zainteresował się Matthew.
– List od mojej praciotki Gwyneth Proctor. Chce, żebym wróciła do domu. – Tę zaskakującą informację wygłosiłam bardzo spokojnym tonem.
Matthew wpił we mnie oczy, ciemne jak burza i błyszczące. Podniosłam upuszczone przedmioty i podałam je mężowi.
– Do domu? – zdziwił się Chris. – Przecież jesteś w domu.
– Domu Gwyneth w Ipswich – wyjaśniłam, nie odrywając wzroku od Matthew, który studiował wiadomość od mojej praciotki. Przy słowie „dom” lekko załamał mi się głos. – W Ravenswood.
– A co z Kongregacją? – spytał Chris, marszcząc brwi. – Nie powinnaś jechać do Wenecji?
– A co z Anglią? – wykrzyknął Pip, przerażony perspektywą zmiany starannie zaplanowanych wakacji.
– A co ze mną? – włączyła się Becca. – Kruki powiedziały, że ja też muszę wrócić do domu.
– Nic nie jest jeszcze postanowione – odparłam lekkim tonem, choć byłam zdecydowana pojechać do Massachusetts. – Porozmawiajmy o tym po kolacji. Nie wiem, jak inni, ale ja jestem głodna. Kto ma ochotę na kieliszek wina?
Na wzmiankę o ciepłym posiłku bliźnięta ruszyły do kuchni razem z Tamsy i zwierzętami. Chris i Miriam zostali w bibliotece, podobnie jak Matthew.
– Ipswich? – Mój mąż uniósł brwi. – Wybierasz się do Bostonu na podstawie kilkuwyrazowego liściku od ciotecznej babki, której nigdy nie poznałaś?
Oczywiście chodziło o coś więcej, i on o tym wiedział.
– Porozmawiamy o tym po kolacji – obiecałam.
Gdy wszyscy zebraliśmy się w kuchni, każdy zajął się swoimi piątkowymi obowiązkami.
Rodzinny posiłek pod koniec tygodnia stał się naszą tradycją. Matthew szykował jedzenie, a reszta z nas karmiła zwierzęta, sprzątała, włączała sprzęt grający, żeby posłuchać jednej z playlist Chrisa, i rozstawiała na stole talerze, sztućce, serwetki i szklanki niezbędne do nakarmienia głodnej gromadki. Becca posadziła Tamsy w wysokim krzesełku, a lalka obserwowała ten wir aktywności z wyniosłą miną arystokratki nadzorującej pracę służby.
Na jej szyi, na koralowym naszyjniku, w którym się u nas zjawiła, wisiał zaginiony kościany pierścień. Modląc się, żeby nikt nie zapytał o ten nowy dodatek do garderoby Tamsy, nalałam każdemu z dorosłych sporą porcję wina i sama wypiłam łyk, aby ukoić nerwy.
Wkrótce kuchnię wypełnił miły zapach cassoulet. Matthew przez cały semestr raz lub dwa razy w tygodniu gotował całe garnki pożywnych francuskich potraw i potem karmił nimi mnie i dzieci.
Ratatouille, potée auvergnate, wołowina i kurczak duszone w winie – każda potrawa była pyszna i inna. Chris zaczął nazywać Matthew Julią i na jedną z naszych piątkowych kolacji przyniósł fartuszek z falbankami i kostkę masła zamiast zwyczajowego wina i kwiatów.
Zjedliśmy pyszne danie Matthew – które Pip trafnie nazwał gulaszem pierdzącym – i wypiliśmy dwie butelki czerwonego wina bez żadnych incydentów, z wyjątkiem kilku drobnych sprzeczek o wielkość porcji i ilość francuskiej musztardy, którą Pip chciał dodać do swojej, prośby Bekki o krew, na którą nadal miała ochotę przy specjalnych okazjach, oraz jednego bardzo głośnego puszczenia gazów przez jedno z bliźniąt. Becca i Pip nie przestawali prowadzić niekończącej się, beztroskiej pogawędki i dzielić się ważnymi nowinami z sąsiedztwa, takimi jak narodziny kociąt w domu na rogu, a my, dorośli, musieliśmy jedynie iść za ich przykładem. Matthew sam wypił całą butelkę burgunda.
Kiedy na deser podawałam lody i espresso, mój mąż już rzucał w moim kierunku znaczące spojrzenia. Jego cierpliwość była na wyczerpaniu. Kiedy miseczki i filiżanki zostały opróżnione, próbowałam zapędzić dzieci na górę do łóżek, żeby się przy nich nie kłócić.
Coś mi podpowiadało, że Matthew nie zgodzi się na plan, który wymyśliłam podczas kolacji.
– Nie mogę jeszcze iść spać, mamo – zaprotestowała Becca, odnosząc pustą miskę do zmywarki. – Najpierw muszę zająć się krukiem.
– Twój ojciec to zrobi – powiedziałam. Zadbałam o świeżą wodę dla Ardwinny i napełniłam jeden z głębokich zlewów, żeby Apollo mógł zażyć wieczornej kąpieli.
– Nie! – Ostry krzyk Bekki był podsycany nadmiarem cukru. – Ja muszę to zrobić, mamo. Obiecałam jej przyjacielowi, że ją pochowam.
Położyłam ręce na biodrach, próbując ocenić poziom zaangażowania mojej córki w to szaleństwo.
– A twoja maman wie, że nasze słowo jest święte – rzekł Matthew, wstając z krzesła. Uniósł swoją długonogą córkę w powietrze, zakręcił nią i postawił ją z powrotem na ziemi. – Zróbmy to porządnie, oui?
– Oui – potwierdziła Becca poważnym tonem.
– Ja też mogę iść? – zapytał ją Pip. – I Cuthbert? – Sfatygowanego niebieskiego królika z długimi uszami już trzymał pod pachą.
Becca rozważyła prośbę brata.
– Myślę, że to będzie w porządku.
– A ja mogę się przyłączyć? Nigdy nie byłem na pogrzebie kruka.
– Pogrzeb już się odbył, wujku Chrisie – wyjaśniła Becca. – Inne kruki się tym zajęły. To będzie tylko pochówek, bo ptaki nie mają rąk i potrzebują mojej pomocy przy kopaniu.
– Aha. – Chris spojrzał na nas, unosząc brwi. – Rozumiem.
– A ja? – Miriam już znała odpowiedź, ponieważ moja córka nigdy jej niczego nie odmawiała. Podobnie jak Phoebe, prastara wampirzyca była dla niej jednym ze wzorów do naśladowania i bliską powiernicą.
– Idziesz, mamo? – Becca zatrzymała się przy drzwiach prowadzących na podwórko. – Byłaś na pogrzebie, więc nie musisz się żegnać, jeśli to dla ciebie zbyt trudne.
– Chyba zostanę i posprzątam kuchnię. – Musiałam jeszcze dużo zrobić, gdybym miała nazajutrz jechać do Ravenswood. – Idźcie. Ale potem prosto do łóżek.
– Tak, mamo – odpowiedziały zgodnym chórem bliźnięta.
Zmywając naczynia, obserwowałam, co dzieje się na zewnątrz.
W szopie ogrodowej Matthew i Becca znaleźli łopatę, żeby przy jej pomocy zeskrobać szczątki kruka z chodnika.
Miriam naradziła się z moją córką, gdzie pochować ptaka, i po długich rozważaniach zdecydowały się na miejsce pod baldachimem majestatycznego drzewa rosnącego pod oknem biblioteki. Był to jeden z nielicznych okazów, które przetrwały zarazę holenderską, i sąsiedzi powiedzieli mi, że w razie pożaru mam ratować drzewo, a dom niech spłonie.
Miriam i Chris wykopali dół, a Matthew, Becca i Pip poszli na front budynku po ptasie truchło. Kiedy cała trójka wróciła, Becca stanęła na czele konduktu pogrzebowego, ostrożnie trzymając przed sobą łopatę z krukiem. Pip, odpowiedzialny za Cuthberta i Tamsy, podążał za nią w roli głównego żałobnika. Matthew zamykał procesję z rękami złożonymi na sercu w modlitewnym geście.
Apollo, wyczuwając, że dzieje się jakaś ważna rzecz związana z innym skrzydlatym stworzeniem, zaczął dziobać klamkę. Wypuściłam go razem z Ardwinną, a sama zostałam w otwartych drzwiach i patrzyłam, jak Becca zatrzymuje się pod rozłożystymi konarami wiązu.
– Żegnaj, kosie – powiedziała ze smutkiem, stojąc obok płytkiego grobu. Przechyliła łopatę i ptak wpadł do dołu, sztywny i lśniący. – Odwiedzę cię, kiedy wrócimy. Słodkich snów.
Nasza córka zdołała zorganizować wzruszającą ceremonię pogrzebową w ciągu kilku minut, wykorzystując w tym celu jedną ze swoich ulubionych piosenek, obietnicę i kilka słów z naszego wieczornego rytuału. Moje oczy wypełniły się łzami na widok jej empatii wobec martwej istoty i determinacji, by zapewnić jej godne pożegnanie.
– Spakuj wszystkie moje troski i smutki – zaśpiewał Chris głębokim basem, dostosowując się do nastroju uroczystości i nawiązując do fragmentu tej samej piosenki, którą Becca wplotła w swoją mowę pogrzebową. – Oto idę, śpiewając cicho. Żegnaj, żegnaj, kosie.
– Tam, gdzie ktoś na mnie czeka, cukier jest słodki, i ona też. – Miriam dołączyła swój czysty sopran do dźwięcznego głosu Chrisa. – Żegnaj, kosie.
– Pościel mi łóżko i zapal światło, przyjdę późno dziś wieczorem. – Matthew dodał do chóru barytonową nutę, kładąc dłoń na pochylonej głowie Bekki. – Kosie, och, kosie, żegnaj.
Otarłam łzę z policzka. W ciszy, która zapadła, gdy przebrzmiała pieśń, w ogrodzie zamigotały pierwsze świetliki, jakby i one również chciały wziąć udział w ceremonii.
– Proszę, Becco. – Pip podał siostrze Tamsy, a ona, pociągając nosem, ukryła twarz w rudych włosach lalki.
Chris i Miriam przysypali kruka kilkoma łopatami ziemi, a potem wszyscy czekali na znak Bekki, że jest gotowa do odejścia.
– Teraz już wszystko jest w porządku. – Becca wzięła głęboki oddech i pomachała do świeżego kopczyka. – Żegnaj, kosie. Do zobaczenia wkrótce.
Usunęłam się na bok, kiedy żałobnicy wchodzili z powrotem do domu, nieoczekiwanie wzruszona ptasim pogrzebem.
***
– Mój plan ma sens – oświadczyłam, kiedy położyliśmy dzieci do łóżek, przeczytaliśmy im obowiązkowe bajki na dobranoc i wróciliśmy do biblioteki, gdzie czekali na nas Miriam i Chris. – Ty zabierzesz dzieci do Anglii albo do Sept-Tours, jeśli wolisz. Ja pojadę do Ravenswood, żeby spotkać się z Gwyneth Proctor. Ona musi wiedzieć, dlaczego przyleciały do nas kruki. Stamtąd polecę prosto do Wenecji i powiem Kongregacji, żeby zostawiła nasze dzieci w spokoju. Dołączę do ciebie w Starej Chacie, jak tylko będę mogła.
Chris odstawił szklaneczkę bourbona i zerknął na mnie z niedowierzaniem. Miriam przerwała wyciąganie korka z butelki vouvray. Para porozumiała się wzrokiem, po czym wyraziła zgodny sprzeciw wobec mojego niedorzecznego pomysłu.
Matthew skrzyżował ramiona, oparł się o kominek i posłał mi kolejne z serii nieprzyjemnych spojrzeń.
– Co właściwie wydarzyło się dzisiaj, że postanowiłaś przeorganizować na nowo nasze letnie plany? – zapytał Matthew. – Nie wspominając już o porzuceniu projektu badawczego i o rozpoczętym jeszcze w kwietniu odliczaniu do wyjazdu?
– Zastanówmy się. – Z głuchym stuknięciem odstawiłam kieliszek z winem na blat. – Stado kruków otoczyło nasz dom, jeden z nich zginął, Becca rozmawiała z jego towarzyszem, dostaliśmy list od Kongregacji, a ja dodatkowo rysunek i kartę do gry od przedstawicielki tej gałęzi mojego drzewa genealogicznego, która, jak sądziłam, wymarła! Nazwij mnie wariatką, ale uważam, że zmiana planów wakacyjnych może być w tym wypadku wskazana!
– Masz na myśli spisek kruków – powiedziała Miriam. – To bez wątpienia omen. Gdzie jest ten rysunek?
Matthew podał jej kartkę.
– Jaki omen? – spytałam z niepokojem. Miriam urodziła się w czasach, kiedy odczytywanie znaków stanowiło część codziennego życia. Martwe ptaki nie mogły oznaczać nic dobrego, ale omen brzmiał dużo bardziej złowieszczo.
– Przebrany za proroctwo. – Miriam wskazała datę powstania rysunku. – Tu jest napisane: tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty drugi, to nieomal pół wieku temu. Ale kruki pojawiły się dopiero dzisiaj.
– A na odwrocie: Rebecca i Diana – powiedziałam. – Uznałabym, że to mama i ja, gdyby nie pierścionek Ysabeau.
– Więc to podwójna przepowiednia – stwierdziła Miriam. – Urodziłaś się dopiero w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku. Ktoś o inicjałach MFP przewidział to wszystko: twoje narodziny, Beccę, Matthew i kruki.
– Ktokolwiek to był, domyślam się, że P oznacza Proctor. Może bliski krewny Gwyneth?
– Jak to możliwe, że tak mało wiesz o rodzinie swojego ojca? – spytała z niedowierzaniem Miriam. – Nigdy nie byłaś jej ciekawa?
Ja również zadawałam sobie to pytanie, ale przybrałam defensywny ton.
– Proctorowie nigdy nie byli częścią mojego życia. Nie spędzaliśmy z nimi wakacji, ani przed śmiercią moich rodziców, ani potem. Nie pamiętam, żeby na ich pogrzebie zjawili się jacyś krewni. Tata nigdy nie wspominał o swojej rodzinie, więc po prostu nie zastanawiałam się nad ich nieobecnością. Sarah twierdziła, że jedyni żyjący Proctorowie to jacyś dalecy kuzyni.
– Rodziny nie zawsze są wiarygodne, jeśli chodzi o ich własną historię – zauważył Matthew.
– Może to nie pierwszy raz, kiedy ktoś z rodziny twojego ojca skontaktował się z wami, ale poprzednie próby spotkały się z milczeniem.
– Jestem pewna, że ani Gwyneth, ani żaden inny Proctor nigdy nie próbował się ze mną kontaktować. – W przeciwnym razie oznaczałoby to, że kiedy dorastałam, Sarah i Emily ukrywały przede mną kolejną wielką tajemnicę.
Chociaż mówiłam z przekonaniem, dręczyło mnie jakieś wspomnienie, pozostałość po zaklęciu rzuconym na mnie przez rodziców. Czy Em wspomniała kiedyś o Proctorach? Nie zdążyłam podążyć za tą ulotną myślą, bo Matthew zapytał:
– Kiedy dokładnie Rebecca rozmawiała z krukiem? – Spojrzenie, które mi rzucił, nie było delikatne jak płatek śniegu, lecz przenikliwe niczym spadający sopel lodu.
– Po tym, jak świat zrobił się szary, a tamten kruk spadł na chodnik. Gdy się wykrwawił, kolory wróciły. Pozostałe ptaki obsiadły okoliczne drzewa, z wyjątkiem tego, który dostarczył wiadomość Becce. Myślę, że był ich przywódcą.
Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby nasza córka rozmawiała z ptakami, ale miała tak wielu wyimaginowanych przyjaciół, że mogłam to przeoczyć. Obraz kruka skaczącego w jej stronę ponownie wzbudził moją ciekawość. Dlaczego Becca była w stanie się z nim porozumieć, a ja nie?
– Więc magia działała już wtedy, gdy Rebecca złożyła obietnicę. – Matthew zaklął i usiadł obok mnie.
– Jaka magia? – spytała Miriam.
– Nie jestem pewna. – Poczułam mrowienie w lewej dłoni i wsunęłam ją pod udo. – Ale były w nią zamieszane kruki. Zaśpiewały bardzo smutną pieśń. Całe stado zachowywało się jak po śmierci członka rodziny. Becca powiedziała, że kruk, który z nią rozmawiał, był przyjacielem tego martwego.
– Czy kiedykolwiek zaobserwowałeś takie zachowanie podczas swoich badań, Matthew? – zaciekawiła się Miriam.
Mój mąż prowadził obserwacje wilków, a nie ptaków. Zdezorientowana czekałam na jego odpowiedź.
– Kruki dobierają się w pary, podobnie jak wampiry i wilki. Opłakują śmierć partnera, a w żałobie często uczestniczy całe stado. W Norwegii widziałem wyjące wilki, kiedy kruki żegnały zmarłego towarzysza.
Zmarszczyłam brwi.
– Mówisz, jakby kruki i wilki coś ze sobą łączyło.
Matthew pokiwał głową.
– W naturze ze sobą współdziałają. Bawią się razem, pomagają sobie w tropieniu zdobyczy, a nawet się nią dzielą. To niezwykły przykład współpracy międzygatunkowej.
– À propos – odezwał się Chris – będziemy potrzebowali ducha pracy zespołowej, żeby stawić czoło Kongregacji. Oni się zjawią, żeby przetestować Beccę i Pipa, niezależnie od tego, czy kruk jest martwy, czy nie. Może powinniśmy na tym teraz się skupić, a nie na jakichś strasznych omenach!
– A jeśli to wszystko jest ze sobą powiązane? – spytałam. Nawet człowiek taki jak Chris musiał zauważyć, że całość wydarzeń z tego popołudnia była czymś większym niż suma ich części.
– Może i tak jest – przyznał Chris – ale teraz powinniśmy popracować nad większym zaufaniem między wampirami, czarownicami i ludźmi obecnymi w tym pokoju. Przy okazji, sam chyba jestem prorokiem. Wiedziałem, że coś takiego się wydarzy, tylko nikt z was mnie nie słuchał.
Miriam ostrzegawczo pokręciła głową, ale Chris mówił dalej.
– Nie możemy pozwolić, by ktokolwiek, a zwłaszcza Kongregacja, dowiedział się o Becce i Pipie czegoś, czego sami jeszcze nie odkryliśmy i się z tym nie uporaliśmy. – Każde kolejne słowo wypowiadał z coraz większą pewnością siebie. – Najwyższy czas przeprowadzić testy genetyczne i dowiedzieć się, jakie moce i zdolności odziedziczyły bliźnięta, zanim ktoś inny nas w tym uprzedzi.
– Już to omawialiśmy, Chrisie – powiedział spokojnie Matthew, ale na jego skroni groźnie pulsowała ciemna żyła. – Diana i ja chcemy, żeby Rebecca i Philip rozwijali swoje talenty i umiejętności w naturalny sposób, bez wyników badań laboratoryjnych kształtujących nasze wyobrażenia o tym, kim mogą się stać.
Chris uniósł ręce w geście irytacji.
– Może nie zauważyłeś, Matthew, ale w New Haven mieszka wielu bystrych i spostrzegawczych ludzi. Wiedzą, że ty i Diana jesteście inni, nawet jeśli nie potrafią tego wyartykułować. Pip urósł w ciągu ostatniego miesiąca o dwa centymetry, a Becca jest na dobrej drodze do opanowania trygonometrii. Nie możesz trzymać bliźniąt w rezydencji rodziny Addamsów do osiemnastego roku życia i mieć nadzieję, że nikt nie zauważy ich błyskawicznego rozwoju.
Chris nie tylko oglądał zbyt dużo telewizji, ale też nie lubił domu Marcusa.
– Pip i Rebecca chodzą do szkoły – przypomniałam mu, broniąc się przed sugestią, że nasze dzieci są zamknięte w domu.
– Myślisz, że dzięki Marii Montessori zaczną wyglądać na przeciętnych ludzi? – prychnął Chris.
– To właściwie szkoła waldorfska – sprostowałam przez zaciśnięte zęby. – Uznaliśmy, że dla Bekki i Pipa lepszy będzie nacisk na rozwijanie ciekawości i wyobraźni.
– Pip ma gryfa jako pupila, D – powiedział Chris. – A Becca wkrótce stanie się skrzyżowaniem Alana Turinga i doktora Doolittle’a. Nie sądzę, żebyś musiała się martwić o ich wyobraźnię.
– Z całym szacunkiem, Christopherze, to naprawdę nie twoja sprawa – rzekł Matthew.
– Z całym szacunkiem, Matthew, ale to kompletna bzdura – odparował Chris, podnosząc głos. – Miriam i ja jesteśmy ich rodzicami chrzestnymi.
Tak jak i połowa rodziny. Tak czy inaczej, Chris i Miriam przysięgli chronić nasze dzieci. Mieli prawo wyrażać swoje zdanie, jeśli chodziło o zapewnienie im jak najlepszej przyszłości.
– Teraz nie przeprowadzimy testów – uciął Matthew tonem sugerującym, żeby nie naciskać. – Kiedy skończą osiemnaście lat, same zadecydują, czy chcą zostać obiektem badań.
– A Kongregacja zgodziła się na twój harmonogram? – zapytała Miriam. – Bo zgadzam się z Chrisem, że czas poznać prawdę.
Zamiast odpowiedzieć Matthew upił łyk wina.
Tymczasem moje spojrzenie padło na stary barek, na którym ustawiliśmy rodzinne fotografie. Ysabeau i Philippe ze szczęśliwych czasów podczas olimpiady w Paryżu w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym obok zdjęcia ze ślubu moich rodziców. W tle widoczni byli moi dziadkowie ze strony matki, promieniejący radością. Phoebe rzucająca swój ślubny bukiet w tłum życzliwych osób zgromadzonych w ogrodzie Freyji, a obok niej roześmiany Marcus. Stało tam również kilka fotografii Sary i Em, a także Jacka i Fernanda, uśmiechniętych od ucha do ucha na portugalskiej plaży. Bliźnięta uchwycono w beztroskich chwilach wczesnego dzieciństwa: Pipa podczas pierwszej jazdy trójkołowym rowerkiem w czasie wycieczki na farmę, Bekkę i mnie bawiące się w kosi, kosi, łapci, Matthew czytającego im bajkę na dobranoc. Jedynym przedstawicielem rodziny Proctorów uwiecznionym na zdjęciach był mój ojciec. Nigdy mi nie wyjaśnił, dlaczego jego rodzice nie pojawili się na żadnej ze ślubnych fotografii, a ja założyłam, że umarli, zanim on i mama się pobrali. Kiedy byłam już na tyle duża, żeby zadawać pytania, on również już nie żył. Praciotka Gwyneth musiała wiedzieć, gdzie mnie znaleźć, lecz aż do tej pory się ze mną nie kontaktowała. Może nie była twórczynią skomplikowanego planu, którego realizacja najwyraźniej się zaczęła, ale odgrywała w nim decydującą rolę.
– Gwyneth Proctor jest kluczem do wszystkiego – powiedziałam bardziej do siebie. – Znaczenie ma jej wiadomość. Wiedziała, że kruki tu lecą. Musiała też wiedzieć o Kongregacji. Moja cioteczna babka ma jeszcze więcej rzeczy do ujawnienia, bo inaczej nie zapraszałaby mnie do Ravenswood.
– Krewna Proctorów byłaby darem niebios z genetycznego punktu widzenia – stwierdził z podekscytowaniem Chris. – Jej krew mogłaby odpowiedzieć na wiele pytań dotyczących DNA dzieci.
– Nie teraz, Chrisie. – Miriam położyła mu rękę na kolanie.
On jednak nie dał się uciszyć.
– Wyniki rzuciłyby światło na niejasności w genomie Diany, których nadal nie rozumiemy. – Chris był coraz bardziej podniecony perspektywą jeszcze większych odkryć. – Gwyneth nie może być jedyną Proctor w Ipswich. Musi być ich więcej. Mogę jechać z tobą?
Myśl o pojawieniu się w Ravenswood z wiaderkiem patyczków do wymazów i Chrisem Robertsem była nie do zniesienia.
– Nikt ze mną nie jedzie – powiedziałam stanowczo. – Gwyneth zaprosiła tylko mnie do Ravenswood. Cokolwiek ma do powiedzenia, to sprawa rodzinna. Raczej nie zechce dzielić się nią z obcymi.
– Jedziemy z tobą do Ipswich – oznajmił Matthew.
Chris przybił mu piątkę.
– Ty nie – uciął Matthew, niwecząc jego nadzieje. – Tylko Rebecca, Philip i ja. Ta rzekoma krewna może chce cię zwabić w pułapkę.
Rzekoma krewna? Pułapka?
– Nie ma żadnego wielkiego spisku istot podszywających się pod członków mojej rodziny – odparłam pierwszą z absurdalnych uwag Matthew. – Gwyneth Proctor musi mieć ponad dziewięćdziesiąt lat. Wątpię, żeby rozsypała worek okruszków chleba między Connecticut a Massachusetts, żeby złowić mnie w sieć.
Sądząc po wyrazie jego twarzy, Matthew nie wykluczał żadnego podstępu ze strony Gwyneth Proctor. Powstrzymałam się od kąśliwej riposty.
– Musisz postawić bliźnięta na pierwszym miejscu, Matthew – powiedziałam zdecydowanym tonem. – A jeśli nie chcesz jechać do Anglii beze mnie, to oznacza, że zostaniesz tutaj, w New Haven. Dzieci nie powinny zbliżać się do Ravenswood, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej.
– Ona ma rację, Matthew. – Miriam okazała się nieoczekiwaną, ale mile widzianą sojuszniczką.
– Moja nieobecność nie potrwa długo – dodałam łagodniej. – Najwyżej kilka dni.
– Dobrze. – Matthew niechętnie ustąpił. – Zostanę tu z dziećmi, a ty przesłuchasz Gwyneth Proctor.
Mówił o rodzinnym spotkaniu jak o operacji wojskowej.
– Ale musisz mi obiecać, że wyjedziesz natychmiast, jeśli poczujesz, że coś jest nie tak, i pozostaniesz z nami w kontakcie. Po twoim powrocie zdecydujemy, co robimy z Kongregacją i naszymi planami na lato.
Czas wracać do domu.
Dziwne zaproszenie Gwyneth krążyło mi po głowie. Nie wiedziałam, dokąd zaprowadzi mnie wybrana droga ani co zastanę na miejscu, ale bardzo chciałam podążyć za tajemniczym wędrowcem w kapeluszu z piórami i w butach zapinanych na sprzączki.
– Niedługo wrócę – powtórzyłam, żeby go uspokoić. – Najdalej w poniedziałek albo we wtorek. Obiecuję…
Matthew uciszył mnie jednym spojrzeniem.
– Nie składaj obietnic, których możesz nie dotrzymać, moja lwico.
***
Tej nocy, pod ciemnym księżycem, złożyłam swoim ciałem obietnice, których Matthew nie był skłonny – ani zdolny – uciszyć. Każdym delikatnym dotykiem i muśnięciem ustami jego ciała obiecywałam jeszcze więcej.
Więcej zażyłości wolnej od zbyt długo skrywanych tajemnic.
Więcej zaufania wolnego od strachu, który sprawiał, że życie wydawało się nie do zniesienia.
Więcej miłości, niewyobrażalnie więcej miłości, by wypełnić wspólne dni, które nam pozostały.
Matthew odpowiedział na moje obietnice własnymi. Że nawet głęboko skrywane sekrety nie zagrożą naszej miłości. Że nic nie jest niemożliwe, o ile razem stawimy czoła wyzwaniom. Że nic nie powstrzyma nas przed pełnym wykorzystaniem każdej chwili. Bezksiężycowa noc otuliła nas aksamitem, kiedy w końcu byliśmy nasyceni i spokojni. Wtuliłam się w ramiona Matthew i wyciągnęłam wzdłuż jego ciała. Znajome linie koiły chłodem, do którego przywykłam, żyjąc z wampirem.
– Niedługo wrócę – szepnęłam jeszcze raz, całując miejsce nad jego sercem.
Matthew nie powiedział ani słowa, tylko przytulił mnie mocniej, a ja zapadłam w sen pełen marzeń.
Znak na trasie nr 1, który przemknął za moim oknem, pokazywał, że jestem siedem mil od Ipswich i tylko osiem mil od Salem. Cienie rzucane przez pętle, które kiedyś wisiały na Gallows Hill, były tak długie, że czułam ich chłód.
Nie był to mój pierwszy raz w Ipswich. Matka kiedyś się uparła, żebyśmy zatrzymali się tam w drodze na letnie wakacje w Maine i zjedli smażone małże w legendarnej restauracji Clam Box. Tata był wyjątkowo rozdrażniony i nie przebierał w słowach podczas jazdy z Cambridge, ponieważ wolał jak najszybciej dotrzeć do małej chatki w East Boothbay, z minimalną liczbą przystanków na zakupy lodów i antyków. Siedziałam na zewnątrz przy stole piknikowym i popijałam mrożony napój korzenny, podczas gdy oni odbierali jedzenie w okienku. Ich podniesione głosy niosły się aż na parking, a ja oblałam się rumieńcem wstydu na myśl, że wszyscy mogą usłyszeć ich kłótnię.
Nie pamiętałam, o co się kłócili, ale teraz zaczęłam podejrzewać, że mogło to mieć coś wspólnego z bliskością rodziny taty.
Zjechałam z głównej trasy na starą drogę z Topsfield do Ipswich, zostawiając za sobą centra handlowe, pizzerie i sieciówki z pączkami.
Gdy ruch uliczny zmniejszył się do minimum, otoczyła mnie cisza, a neonowe reklamy sklepów rozjaśniające północne przedmieścia Bostonu ustąpiły miejsca rozległym starym posiadłościom z zielonymi trawnikami. Mijanie osiemnastowiecznych domów, o świeżo nieskazitelnie pomalowanych ścianach, i drewnianych płotów było jak powrót do przeszłości.
Wjechałam do centrum Ipswich Market Street, jedną z głównych arterii miasta, i zaparkowałam samochód na parkingu przed dobrze prosperującą kawiarnią Spragniona Koza. Na zewnątrz, pod szyldem z wizerunkiem kozy w siedemnastowiecznym stroju, przechylającej głowę do tyłu, by opróżnić kielich, stoliki okupowała bardzo różnorodna grupa mieszkańców: młode matki z dziećmi w wózkach, popijające latte, stare wilki morskie w kombinezonach i znoszonych czapkach baseballowych, ściskające w rękach papierowe kubki z parzącym napojem i ludzie z laptopami, stukający w klawiaturę i sączący mokkę. Spragniona Koza ewidentnie stanowiła serce lokalnej społeczności.
Było to również idealne miejsce, by zapytać o drogę do Ravenswood.
Chociaż po opuszczeniu New Haven wpisałam kod pocztowy Gwyneth i nazwę mojego celu, nawigacja doprowadziła mnie do centrum miasta. Bez nazwy ulicy i numeru domu musiałam polegać na wiedzy miejscowych, żeby znaleźć ciotkę.
Wyłączyłam silnik i wzięłam torbę z fotela pasażera. Rozpaczliwie potrzebowałam gorącej herbaty, by nabrać odwagi przed pierwszym spotkaniem z Gwyneth Proctor.
Kiedy moje stopy dotknęły chodnika, wyczułam w powietrzu delikatne mrowienie, jakby tysiące czarownic posłało mi całusy. Rozejrzałam się po tłumie, wypatrując wśród wózków dziecięcych i czapek z daszkiem źródła tego sygnału ostrzegawczego, ale nie mogłam go zlokalizować.
Moje zmysły były napięte do granic, gdy weszłam do kawiarni. Było to wesołe miejsce z wysokim belkowanym sufitem. Świeża biel krokwi ciągnęła się w dół i na wysokości krzeseł spotykała z czerwienią paneli. Na ścianach wisiały prace lokalnych artystów.
Przytulna atmosfera zmieniła się w chłodną, gdy poczułam na sobie spojrzenie czarownicy. Potem kolejne.
Za kawiarnianą ladą stały dwie. Jedna miała niesforne czarne włosy upięte w kok i kolczyk w nosie. Jej ramiona pokrywały tatuaże: księżyc w nowiu, pióro sowy, ćma, karta tarota i wiele innych, częściowo ukryte pod rękawem czarnego T-shirtu. Na fartuchu było wyhaftowane imię – Ann – i kolorowy wizerunek Arcykapłanki z talii tarota Rider-Waite. Druga czarownica emanowała większym chłodem i nieprzystępnością. Na fartuchu zobaczyłam imię Meg i Królową Monet, a na plakietce napis: Komisja Kwalifikacyjna Sabatu.
Nawet najbardziej tępi ludzie nie mogli nie zauważyć, że to są czarownice. Jakby na potwierdzenie, dostrzegłam jeden z profesjonalnych włoskich ekspresów do kawy, które tak uwielbiał Matthew. Co prawda nie był to kociołek, ale był czarny i stał w widocznym miejscu. Od czasu do czasu wydobywała się z niego chmura pary. Na tabliczce przyklejonej do urządzenia widniała informacja: „Nie serwujemy cappuccino podczas balsamicznego księżyca z powodu wahań napięcia. Skargi prosimy kierować do sabatu w Topsfield”.
– W czym możemy pomóc? – Ann mówiła energicznym tonem, starannie kontrolując swoją moc. Nie taką nieokiełznaną jak moc czarownic żywiołów z Londyńskiej Rady ani delikatną i precyzyjną jak u tkaczy tworzących nowe zaklęcia. Skojarzyła mi się z dobrze wytrenowaną, magiczną łyżwiarką, która cierpliwie rysuje na lodzie skromne figury obowiązkowe, by później z łatwością wykonać poczwórny skok.
Uśmiechnęłam się promiennie.
– Poproszę gorącą herbatę z mlekiem, bez cukru. Na wynos. – Byłam wdzięczna, że mojego zamówienia nie ograniczała faza księżyca, bo nie miałam pojęcia, w jakiej obecnie znajduje się nasz satelita.
– Naszą specjalnością jest herbata Napar Czarownicy. Nie ma jej w menu, ale to ulubiony napój w miasteczku. – Meg uśmiechnęła się sarkastycznie, a jej spojrzenie stało się bardziej intensywne. Miała dziwne, cętkowane oczy o różnych odcieniach: zielonym jak szkło morskie i brązowym jak kora drzewa, mieszanka wody i ziemi.
– Nie macie oka traszki? – zapytałam słodkim tonem, szukając w torbie portfela.
– Tylko w sorbecie – padła szybka odpowiedź z ust Ann.
– English Breakfast będzie w sam raz. – Nie dałam się wciągnąć w ich grę. Te dwie kobiety mogły sobie do woli straszyć turystów, którzy przypadkiem dotarli tutaj z pobliskiego Salem, ale ja nie zamierzałam ich do tego zachęcać.
– Coś jeszcze? – spytała Meg, podejrzliwie mrużąc oczy.
