Wyrocznia czarnego ptaka. Księga Wszystkich Dusz. Tom 5 - Deborah Harkness - ebook

Wyrocznia czarnego ptaka. Księga Wszystkich Dusz. Tom 5 ebook

Deborah Harkness

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Cienie padają na piątkowe południe, kiedy umierający kruk dostarcza czarownicy Dianie Bishop zaproszenie i wezwanie do powrotu do Ravenswood, uświęconej ziemi i rodziny, których nigdy nie znała.

Kiedy Diana i jej mąż Matthew Clairmont dowiadują się, że ich siedmioletnie bliźnięta muszą przejść testy magicznych mocy, Diana postanawia stworzyć nową przyszłość dla swojej rodziny i ma nadzieję, że znajdzie odpowiedzi w rodowej siedzibie Proctorów.

Tam Diana zostaje uczennicą swojej praciotki Gwyneth w dziedzinie wyższej magii. Podążając nieznaną ścieżką, musi udać się w podróż do najmroczniejszych zakątków historii swojej rodziny – i samej siebie – jeśli chce dotrzeć do źródła większej mocy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 541

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Black Bird Oracle

Copy­ri­ght © 2024 by Debo­rah Hark­ness Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Ali­cja Laskow­ska Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Elwira Wyszyń­ska Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

ISBN 978-83-68591-73-6 War­szawa 2026

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl, han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227335010, www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Tonyi i Tracy,które rozu­mieją magię bliź­niąt.

Drzewa genealogiczne Clermontów i Bishopów

Kością cza­pli i skrzy­dłem sowy,Przez ciszę sępa i śpiew kruka.Przez nie­obec­ność i pożą­da­nie, krew i strach,Odkry­cie cza­row­nic je tu spro­wa­dzi.Cztery kro­ple krwi na kamie­niu ołta­rza,Prze­po­wie­działy tę chwilę przed twym naro­dze­niem.Trzy rodziny złą­czone w rado­ści i walceBędą świad­kami wyroczni czar­nego ptaka.Dwoje dzieci, jasnych jak Księ­życ i SłońceUczyni jed­nym Mrok, Świa­tło i Cień.

Część pierwsza

Rozdział 1

W każ­dej duszy jest miej­sce zare­zer­wo­wane dla Cie­nia. Moje było bez­piecz­nie ukryte w zaka­mar­kach pamięci, pod starą raną, która, jak sądzi­łam, już dawno się zago­iła. Wtedy do New Haven przy­le­ciały kruki, nio­sąc zapro­sze­nie, któ­rego ani Cień, ani ja nie mogli­śmy odrzu­cić.

***

Kiedy to do mnie dotarło, był pią­tek pod koniec maja.

– Hej, pro­fe­sor Bishop! Wła­śnie wrzu­ci­łam naj­now­szą kore­spon­den­cję do pani skrzynki pocz­to­wej!

Pogrą­żona w myślach wra­ca­łam dobrze znaną mi trasą z gabi­netu na Uni­wer­sy­te­cie Yale do domu i tylko jed­nym uchem słu­cha­łam oży­wio­nej papla­niny Bekki, pod­czas gdy reszta mojego umy­słu błą­dziła gdzieś indziej. Nie zauwa­ży­łam, że dotar­ły­śmy do ozdob­nej żela­znej bramy strze­gą­cej naszego domu przy Orange Street ani że nasza listo­noszka Brenda wła­śnie opusz­cza pose­sję.

– Dzięki, Brendo. – Posła­łam jej słaby uśmiech. Upał przy­tła­czał. W porze zakoń­cze­nia roku zawsze tak było w New Haven, co pro­wa­dziło do wyczer­pa­nia ner­wo­wego, prze­po­co­nych stro­jów aka­de­mic­kich i dłu­gich kole­jek po mro­żoną latte w licz­nych kawiar­niach mia­steczka.

– Musisz być pod­eks­cy­to­wana powro­tem do Anglii, Becco – zauwa­żyła Brenda.

W czapce z dasz­kiem USPS i szor­tach była dobrze przy­go­to­wana na tem­pe­ra­tury i wysoką wil­got­ność powie­trza w New Haven.

– Tak. – Na potwier­dze­nie tych słów Becca aż pod­sko­czyła. – To pierw­sza podróż Tamsy, a ja wszystko jej pokażę.

Jedna z histo­rycz­nych zaba­wek, które były ostat­nim krzy­kiem mody wśród dziew­czy­nek do trzy­na­stu lat włącz­nie, została naj­now­szym człon­kiem rodziny. Mar­cus i Pho­ebe wybrali lalkę z epoki kolo­nial­nej, bo Becca zachwy­ciła się jego domem w Hadley i opo­wie­ściami o dzie­ciń­stwie, które tam spę­dził w latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych osiem­na­stego wieku. Cho­ciaż pro­du­cent zabawki nadał jej inne imię, Becca ochrzciła ją ponow­nie w chwili, gdy tylko zoba­czyła zie­lone oczy i rude włosy widoczne w okrą­głym okienku z prze­zro­czy­stego pla­stiku.

Od momentu, gdy otrzy­mała pre­zent, bujną wyobraź­nię Bekki cał­ko­wi­cie pochło­nęła Tamsy i jej świat. Lalka miała w zesta­wie różne stroje i akce­so­ria, które pomo­gły ją oży­wić, w tym konia o imie­niu Penny. I bogate wypo­sa­że­nie domu. Mat­thew dodał do niego małą replikę krze­sła Wind­sor, które kie­dyś nale­żało do grand-père Phi­lippe’a, oraz malo­waną skrzy­nię z Hadley, podobną do tej, w któ­rej Pho­ebe prze­cho­wy­wała domową pościel. Była wypo­sa­żona w mały zamek i klucz, a Becca już do niej spa­ko­wała ubra­nia Tamsy, pod­ręcz­niki szkolne, pióro i kała­marz, a także kolek­cję kape­lu­szy na podróż do Anglii.

Brenda poma­chała do Tamsy, którą Becca trzy­mała w ręce, i zwró­ciła się do mnie:

– Ty też musisz być pod­eks­cy­to­wana powro­tem do swo­ich badań.

Na koniec każ­dego roku szkol­nego Mat­thew i ja zabie­ra­li­śmy dzieci do Anglii, żeby spę­dzić let­nie mie­siące w naszym domu w Wood­stock. Dzie­liło go zale­d­wie kilka mil od Oks­fordu, co dawało mi łatwy dostęp do Biblio­teki Bodle­jań­skiej, a Mat­thew umoż­li­wiało pracę w jego cichym labo­ra­to­rium na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, bez współ­pra­cow­ni­ków i dok­to­ran­tów, któ­rzy mogliby mu prze­szka­dzać. Becca i jej brat Pip mieli hek­tary ziemi do bie­ga­nia, setki drzew do wspi­na­nia się i dom pełen skar­bów i ksią­żek, które zaj­mo­wały ich uwagę pod­czas nie­unik­nio­nych ulew. W dłu­gie, leniwe week­endy jeź­dzi­li­śmy do Fran­cji, by odwie­dzić matkę Mat­thew Ysa­beau, i spo­tkać się z Mar­cu­sem i Pho­ebe, któ­rzy część lata spę­dzali w Lon­dy­nie.

Już nie mogłam się docze­kać, żeby wsiąść do samo­lotu i zosta­wić za sobą Yale, New Haven i semestr wio­senny. Per­spek­tywa nowego pro­jektu badaw­czego doty­czą­cego żon i sióstr pierw­szych człon­ków Kró­lew­skiego Towa­rzy­stwa Nauko­wego była kusząca, a mi śpie­szyło się, żeby wziąć do ręki rzad­kie wolu­miny i ręko­pisy.

– Pew­nie masz dużo do zro­bie­nia przed jutrem – zauwa­żyła Brenda.

Nie miała nawet poję­cia, jak dużo. Jesz­cze się nie spa­ko­wa­li­śmy, rośliny donicz­kowe na­dal stały w domu, a nie na tyl­nym ganku, gdzie sąsie­dzi mogli je pod­le­wać, a mnie cze­kały co naj­mniej trzy pra­nia, zanim wyje­dziemy na całe lato.

– Wszystko jesz­cze raz spraw­dzi­łam i jeśli cho­dzi o pocztę w New Haven, jesteś gotowa do wyjazdu. – Brenda mnie uspo­ko­iła, koń­cząc naszą roz­mowę.

– Dzię­kuję – odpo­wie­dzia­łam, wyj­mu­jąc Tamsy z uści­sku Bekki i wkła­da­jąc ją nogami do przodu do torby zaku­po­wej razem z uczel­nianą kore­spon­den­cją.

– Baw się dobrze z Pipem, Becco, do zoba­cze­nia w sierp­niu – rzu­ciła na poże­gna­nie Brenda, popra­wia­jąc gruby pas torby na listy.

– Pa! – krzyk­nęła za nią Becca, macha­jąc ręką.

Pogła­dzi­łam jej lśniące włosy, czarne i opa­li­zu­jące niczym kru­cze skrzy­dła. Becca była bar­dzo podobna do Mat­thew: cha­rak­te­ry­zo­wały ich dłu­gie linie i liczne kon­tra­sty, blada skóra i gęste brwi. Cecho­wał ich rów­nież taki sam tem­pe­ra­ment: pewna sie­bie powścią­gli­wość, która w jed­nej chwili mogła prze­ro­dzić się w silne emo­cje. Pip z kolei przy­po­mi­nał mnie. Nie miał pro­ble­mów z wyra­ża­niem uczuć i łatwo się wzru­szał, a po mnie odzie­dzi­czył mocną budowę ciała, jasne włosy z mie­dzia­nymi reflek­sami i piegi na nosie.

– Mamy dużo do zro­bie­nia, orzeszku – powie­dzia­łam. – Naj­pierw musimy zająć się Ardwinną i Apol­lem i posor­to­wać całą pocztę.

Potem jesz­cze nale­żało posprzą­tać dom – a to nie lada zada­nie. Moje lokum przy Court Street było zde­cy­do­wa­nie za małe, żeby pomie­ścić wam­pira, cza­row­nicę, dwoje jasno uro­dzo­nych dzieci, gryfa i charta szkoc­kiego. Syn Mat­thew, Mar­cus, zapro­po­no­wał nam w zamian swoją oka­załą rezy­den­cję przy Orange Street. Kupił ją tuż przed wojną sece­syjną, kiedy stu­dio­wał medy­cynę na Uni­wer­sy­te­cie Yale, a w modzie domi­no­wał mahoń i ofi­cjalne przy­ję­cia. Każda powierzch­nia w domu była albo wykoń­czona na wysoki połysk, albo rzeź­biona, albo jedno i dru­gie. Utrzy­ma­nie porządku było naj­gor­szym kosz­ma­rem, a prze­stronne pokoje zbyt szybko zapeł­niały się współ­cze­snymi rupie­ciami.

Mimo ogrom­nych roz­mia­rów i nader for­mal­nego wyglądu, dom oka­zał się zaska­ku­jąco dobrze przy­sto­so­wany do życia rodzin­nego, z roz­le­głymi zada­szo­nymi weran­dami, na któ­rych dzieci mogły się bawić w desz­czowe dni, wła­snym podwór­kiem, gdzie do ich zabaw dołą­czali gryf Phi­lipa, Apollo, i mój chart szkocki Ardwinna, oraz licz­nymi poko­jami na par­te­rze, nie­gdyś przy­dzie­la­nymi miesz­kań­com według płci i peł­nio­nej funk­cji. Na początku rezy­den­cja Mar­cusa wyda­wała się zbyt oka­zała dla naszej małej grupy wam­pi­rów i cza­row­nic, ale rodziny mają to do sie­bie, że się roz­ra­stają i dopa­so­wują do zaj­mo­wa­nej prze­strzeni. To, co miało być tym­cza­so­wym poby­tem, zamie­niło się w stałe zamiesz­ka­nie.

Becca, wyczu­lona na moje zmie­nia­jące się nastroje, jakby czy­tała mi w myślach, bo powie­działa:

– Nie martw się, mamo. Pomogę ci.

Z kie­szeni na bio­drze wyjęła nie­bie­skie kazoo, które zna­la­zła w biu­rze, i zaczęła na nim grać, żeby popra­wić mi humor przez kilka ostat­nich metrów dzie­lą­cych nas od domu. Prze­ni­kliwy, brzę­czący dźwięk zanie­po­koił ptaki sie­dzące na pobli­skich drze­wach. Wszyst­kie wzbiły się w powie­trze, z iry­ta­cją trze­po­cząc skrzy­dłami, i ochry­płymi krzy­kami pro­te­stu­jąc prze­ciwko zakłó­ca­niu ich popo­łu­dnio­wej drzemki.

Osło­ni­łam oczy, zahip­no­ty­zo­wana wiru­jącą czarną chmurą pta­ków, które uno­siły się i opa­dały na prą­dach wil­got­nego powie­trza. Becca rów­nież wpa­try­wała się w ten widok sze­roko otwar­tymi, peł­nymi zachwytu oczami.

Jeden ptak wyrwał się ze zwar­tej for­ma­cji, a jego cień padł na nasze złą­czone dło­nie. Zarys jego głowy i zakrzy­wio­nego dziobu wska­zały nam na chod­niku drogę do fron­to­wych drzwi.

Nagle zro­biło się zimno. Zadrża­łam. Cie­kawa, co spo­wo­do­wało ten rap­towny spa­dek tem­pe­ra­tury, spoj­rza­łam w górę, sądząc, że zoba­czę chmury zasła­nia­jące słońce.

Oka­zało się jed­nak, że ze świata znik­nęły wszyst­kie kolory. Deli­katny kolor tynku na domu, zie­lony bal­da­chim drzew, plamy błę­kitu wyso­kich ostró­żek i kosać­ców na raba­tach z byli­nami – wszystko stało się szare jak wybla­kła foto­gra­fia zamglo­nego Lon­dynu z lat czter­dzie­stych. Moja per­spek­tywa rów­nież ule­gła zmia­nie. Dom nagle stał się zbyt wysoki i sze­roki, a drzewa zbyt niskie. Typowe let­nie aro­maty zie­leni zastą­pił wyraźny petri­chor, a wraz z nim w powie­trzu poja­wiła się led­wie wyczu­walna siar­kowa nuta. Zwy­kłe dźwięki – ruch uliczny, śpiew pta­ków, war­kot kosia­rek – były teraz bar­dzo gło­śne, podob­nie jak bicie mojego serca, kiedy ogar­nęło mnie dziwne uczu­cie.

Moc, kłu­jąca i zło­wiesz­cza, wypeł­niła moje żyły w odpo­wie­dzi na falę magicz­nej ener­gii, która oto­czyła nas tym odbar­wio­nym cału­nem. Przy­cią­gnę­łam Beccę do sie­bie i osło­ni­łam ją wła­snym cia­łem.

Samotny ptak, który wcze­śniej szy­bo­wał nad naszymi gło­wami, spadł na zie­mię tuż przed nami, z roz­po­star­tymi skrzy­dłami i głową prze­krzy­wioną pod kątem, który świad­czył o tym, że przy ude­rze­niu skrę­cił sobie kark. Zakrzy­wiony, heba­nowy dziób i nastro­szone pióra na pod­gar­dlu wska­zy­wały, że był to kruk.

Sze­lest skrzy­deł wypeł­nił moje uszy, gdy jego towa­rzy­sze wylą­do­wali na gałę­ziach pobli­skiego drzewa – ciemne, ostre reliefy w upior­nym świe­cie, rząd syl­we­tek jakby wycię­tych z czar­nego papieru. Były ich dzie­siątki.

Przez umysł prze­le­ciało mi wszystko, co wie­dzia­łam o zna­cze­niu kru­ków w kon­tek­ście magicz­nym, mitycz­nym i alche­micz­nym. Ci posłańcy mię­dzy świa­tem umar­łych a świa­tem żywych czę­sto sym­bo­li­zo­wali pierw­szy krok w alche­micz­nej prze­mia­nie pro­wa­dzą­cej do kamie­nia filo­zo­ficz­nego.

Nie­które tra­dy­cje przy­pi­sy­wały kru­kom moc prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści. Nie mia­łam poję­cia, co ozna­cza śmierć kruka na czy­ichś oczach, ale zapewne nic dobrego.

Po chod­niku roz­lała się kałuża krwi, gęstej i szkar­łat­nej. Z chwilą gdy ptaka cał­kiem opu­ściła siła życiowa, świat odzy­skał kolory. Dżin­sowe szorty Bekki znów były nie­bie­skie. Gałązki kwia­tów na mojej bluzce na powrót przy­brały różowe i jasno­żółte odcie­nie, a irysy swoją zwy­kłą barwę indygo.

– Ten ptak nie żyje, prawda?

Becca zer­k­nęła z moich objęć na nie­ru­cho­mego kruka, któ­rego oczy były na­dal otwarte i w nas wpa­trzone. Jej noz­drza roz­sze­rzyły się na zapach jego krwi, na twa­rzy poja­wił się wyraz głodu, przez co wyglą­dała w każ­dym calu jak wam­pir. Doma­gała się krwi już jako nie­mowlę i cho­ciaż z cza­sem jej żar­łocz­ność osła­bła, mie­dziany zapach na­dal budził w niej pra­gnie­nie.

– Tak. – Czer­wona kałuża mówiła sama za sie­bie, więc nie dało się unik­nąć prawdy.

– Dla­czego kolory też umarły, kiedy umarł ptak? – Oczy Bekki były tak samo sze­roko otwarte jak te mar­twego ptaka. W ich głębi dostrze­głam mroczną iskrę, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam.

– Co masz na myśli? – zapy­ta­łam ostroż­nie. Nie chcia­łam, żeby udzie­liły się jej moje obawy zwią­zane z wyda­rze­niami tego popo­łu­dnia.

– Wszystko zro­biło się szare jak popiół w kominku – wyja­śniła Becca. – Nie widzia­łaś tego?

Ski­nę­łam głową, zasko­czona, że moja córka też to zauwa­żyła. Spo­strze­gaw­czo­ścią ustę­po­wała jedy­nie Mat­thew, ale w prze­ci­wień­stwie do Pipa zazwy­czaj nie była wyczu­lona na wiru­jące wokół niej magiczne siły.

– Czy to była magia? Nie wyglą­dała jak twoja, mamo.

– Tak, kocha­nie, myślę, że tak – odpo­wie­dzia­łam.

Jaka­kol­wiek magia nawie­dziła tę oko­licę New Haven, teraz już się wyco­fała. Mimo to chcia­łam bez­piecz­nie zna­leźć się w domu, z dala od mar­twego ptaka i cie­nia, który rzu­cił na mnie i moją córkę.

Nim zdą­ży­łam pokie­ro­wać Beccę we wła­ści­wym kie­runku, stado kru­ków sie­dzą­cych na drze­wach zain­to­no­wało pieśń żałobną. Ich śpiew skła­dał się z krzy­ków peł­nych bólu, gar­dło­wego kra­ka­nia, bul­go­czą­cych chi­cho­tów i ochry­płych wrza­sków. Jeden szcze­gól­nie duży ptak wzbił się w powie­trze. Powolny, ciężki ruch jego skrzy­deł uci­szył pozo­stałe. Kruk otwo­rzył dziób i wydał z sie­bie głos przy­po­mi­na­jący dzwon. Wysoki i mocny, zastą­pił wcze­śniej­szą kako­fo­nię żalu i roz­pa­czy.

Duże pta­szy­sko wylą­do­wało przed nami na chod­niku, lekko i pew­nie. Jego pióra lśniły głę­boką czer­nią z nutą ciem­nego gra­natu, która przy­po­mi­nała mi włosy Bekki, a jego szyja tak się nastro­szyła, że wyglą­dał, jakby nosił czarną kryzę. Trza­snął potęż­nym dzio­bem i prze­krzy­wił głowę na bok.

Becca odwza­jem­niła gest i ruszyła w jego stronę.

– Ostroż­nie – szep­nę­łam, nie­pewna inten­cji tego stwo­rze­nia.

Kruki sie­dzące na drze­wach zakra­kały obu­rzone, że ktoś mógł je posą­dzić o zamiar skrzyw­dze­nia dziecka.

Becca ukuc­nęła przy mar­twym ptaku. Jego żywy towa­rzysz w kilku pod­sko­kach zmniej­szył dystans mię­dzy nimi, po czym zaczął kro­czyć w tę i z powro­tem, wyrzu­ca­jąc z sie­bie bul­go­tliwy ciąg dźwię­ków. Następ­nie wyjął coś z dzioba nie­ży­wego kruka i upu­ścił to przed moją córką.

Ta rzecz nie zabrzę­czała meta­licz­nie, ale wyglą­dała jak pier­ścień. Choć raczej taki, który paso­wałby tylko na bar­dzo szczu­pły palec.

– Nie doty­kaj tego! – krzyk­nę­łam. Ciotka Sarah Bishop nauczyła mnie, żeby ni­gdy nie ruszać nie­zna­nych magicz­nych przed­mio­tów, a ja zwy­kle prze­strze­ga­łam jej zasad.

Moja córka była jed­nak bar­dziej nie­za­leżna.

– Dzię­kuję – powie­działa do kruka, nasu­wa­jąc obrączkę na palec. Pier­ścień zosta­wił na jej kost­kach ślady pta­siej krwi.

Kruk zaśpie­wał coś w odpo­wie­dzi, a Becca słu­chała go uważ­nie, kiwa­jąc głową, jakby wszystko rozu­miała. Tamsy wpa­try­wała się w ptaka z mojej torby, od czasu do czasu mru­ga­jąc oczami, jakby chciała otrzą­snąć się ze snu.

Pod­czas roz­mowy mojej córki i ptaka poczu­łam mro­wie­nie w lewym kciuku i mię­dzy brwiami, co ozna­czało, że dziwna magia wcale się nie wyco­fała. Po pro­stu zmie­niła się w coś innego, rów­nie nie­zna­nego. Pró­bo­wa­łam zba­dać jej naturę, wysy­ła­jąc w jej stronę wraż­liwe czułki, ale oka­zała się mgli­sta i mętna, bez okre­ślo­nych zamia­rów czy jakiej­kol­wiek roz­po­zna­wal­nej struk­tury. Miała też dziwny zapach: soli mor­skiej, sosny, ber­be­rysu i siarki.

– Przy­kro mi, że twoja przy­ja­ciółka zgi­nęła – powie­działa Becca, gdy kruk w końcu zamilkł. – Musi ci być bar­dzo smutno.

Ptak uniósł i opu­ścił głowę w rytm gar­dło­wych pisków, od któ­rych pióra na jego szyi jesz­cze bar­dziej się nastro­szyły, tak że wyglą­dały jak kolce jeżo­zwie­rza.

– Pocho­wamy ją na podwórku. – Becca skrzy­żo­wała ręce na sercu, tak jak nauczył ją Mat­thew. – Obie­cuję.

Uro­czy­sta przy­sięga była dużym zobo­wią­za­niem dla tak mło­dej osóbki. Zwa­żyw­szy na ota­cza­jący nas czar, kruki nie przy­le­ciały na Orange Street przez przy­pa­dek.

Ktoś je tu wysłał, a one przy­nio­sły pre­zent dla mojej córki. Na wła­snej skó­rze prze­ko­na­łam się, że z magicz­nymi pre­zentami zawsze łączą się jakieś warunki do speł­nie­nia.

– Wejdźmy do środka i dajmy pta­kom chwilę sam na sam z ich przy­ja­ciółką – zapro­po­no­wa­łam deli­kat­nie. Na­dal wola­łam schro­nić się za zamknię­tymi drzwiami niż zostać na zewnątrz i nara­zić się na dzia­ła­nie jakie­goś skom­pli­ko­wa­nego zaklę­cia. Poda­łam Becce rękę, a ona ją ujęła.

– Nie możemy! – zapro­te­sto­wała. – Musimy zostać, aż przy­ja­ciele zaśpie­wają jej pod­czas ostat­niego lotu.

Jak na dany znak, kruki sie­dzące na gałę­ziach zain­to­no­wały kolejną przej­mu­jącą pieśń żałobną, która tym razem brzmiała niczym grze­cho­ta­nie kości o drewno i była pełna smutku i tęsk­noty. Słu­cha­nie tych wspa­nia­łych pta­ków było dla mnie zaszczy­tem. Od emo­cji ści­snęło mi się gar­dło, bo ja rów­nież czu­łam ich stratę.

Becca moc­niej chwy­ciła moją dłoń. Z jej oczu popły­nęły cięż­kie łzy i choć pró­bo­wała je otrzeć, mie­szały się z krwią mar­twego kruka, two­rząc prze­zro­czy­ste, słone kałuże w pla­mie ciem­nie­ją­cej wokół niego na chod­niku.

W końcu kruki wzbiły się w powie­trze, a ich żałobny cho­rał zmie­nił się w pieśń nadziei i dźwięk dzwo­nów znowu wypeł­nił powie­trze. Ptaki zaczęły szy­bo­wać i krą­żyć nad swoją pole­głą sio­strą, a ich pióra mie­niły się nie­ziem­skim bla­skiem.

– Dzię­kuję za dostar­cze­nie wia­do­mo­ści – powie­działa Becca do samot­nego kruka, który został na ziemi. – Nie zapo­mnę.

Ptak wyko­nał kilka potęż­nych ude­rzeń skrzy­dłami i dołą­czył do reszty stada. Potem wszyst­kie wzbiły się wyżej, aż stały się czar­nymi plam­kami na tle nieba.

– Jaką wia­do­mość prze­ka­zał ci kruk? – zapy­ta­łam, z nie­po­ko­jem patrząc na mar­twego ptaka.

– Powie­dział, że czas wra­cać do domu, i dał mi to. – Becca wycią­gnęła w moją stronę lewy palec wska­zu­jący.

Przyj­rza­łam się pier­ście­niowi naj­do­kład­niej, jak zdo­ła­łam, zwa­żyw­szy na to, że pokry­wały go krew i grudki ziemi. Miej­scami poczer­niał ze sta­ro­ści, ale gdzie indziej był biały jak kość i miał na powierzchni otworki, przez które prze­ple­ciono grube, ciemne włókno.

– Ale my już jeste­śmy w domu. To straszne, że jego przy­ja­ciółka zgi­nęła, kiedy dostar­czała wia­do­mość, któ­rej wcale nie potrze­bo­wa­ły­śmy. – Becca znów zaczęła pła­kać. – Czy to moja wina, że ona się zabiła?

– Oczy­wi­ście, że nie. – Przy­gar­nę­łam ją do sie­bie. – Po pro­stu źle oce­niła odle­głość do ziemi.

Becca pocią­gnęła nosem.

– Chodź do środka – powie­dzia­łam sta­now­czo.

– Ale ptak… – zapro­te­sto­wała Becca, sta­wia­jąc mi opór całym cię­ża­rem ciała.

– Twój ojciec zaj­mie się kru­kiem – obie­ca­łam.

Może i kolory powró­ciły, a zapa­chy let­niego New Haven wypeł­niły moje noz­drza, zastę­pu­jąc dziwną, żywiczną mie­szankę, która towa­rzy­szyła kru­kom, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że dzi­siaj na Orange Street wyda­rzyło się coś nie­zwy­kłego. Coś magicz­nego, nie­sa­mo­wi­tego i nie­zna­nego.

Kiedy weszły­śmy do chłod­nego domu o mar­mu­ro­wych posadz­kach i wyso­kich sufi­tach, wes­tchnę­łam cicho i opar­łam się o zamknięte drzwi. Prze­peł­niona torba zsu­nęła mi się z ramie­nia i dołą­czyła do poczty wrzu­co­nej przez mosiężną szcze­linę. Tamsy wypa­dła na pod­łogę, a Becca rzu­ciła się, żeby ją zła­pać.

I prze­wier­ciła mnie wzro­kiem. Była czuj­nym dziec­kiem i nie­wiele umy­kało jej uwa­dze, bez zna­cze­nia, czy to była mysz szu­ka­jąca jedze­nia w ogro­dzie, czy emo­cje ota­cza­ją­cych ją ludzi.

– Chcesz her­baty? – zapy­tała.

Wszy­scy w rodzi­nie wie­dzieli, że naj­lep­szy spo­sób na poprawę mojego humoru to wło­że­nie mi książki do jed­nej ręki, a fili­żanki her­baty do dru­giej.

– Oczy­wi­ście, że tak! – Roze­śmia­łam się. – A ty wyglą­dasz, jak­byś potrze­bo­wała cze­goś na ząb. Masło orze­chowe i jabłko?

To była ulu­biona prze­ką­ska mojej córki. Chru­piące pół­księ­życe owocu ide­al­nie paso­wały do kre­mo­wej, sło­nej pasty.

– Tak, popro­szę – odparła z powagą Becca, na­dal smutna po śmierci kruka.

Pod­nio­słam torbę i kore­spon­den­cję z pod­łogi i razem skie­ro­wa­ły­śmy się pro­sto do kuchni. To sło­neczne pomiesz­cze­nie na tyłach domu było moim ulu­bio­nym miej­scem w rezy­den­cji Mar­cusa, skąd­inąd wyło­żo­nej tape­tami i dobrze wypo­sa­żo­nej.

Ponie­waż dla wam­pi­rów celem kuchni był kom­fort, a nie szy­ko­wa­nie posił­ków i ich spo­ży­wa­nie, czę­sto przy jej urzą­dze­niu brano pod uwagę bar­dziej względy este­tyczne zamiast prak­tycz­nych potrzeb kucha­rza. W rezul­ta­cie tutej­sza kuch­nia spra­wiała wra­że­nie raczej prze­strzeni miesz­kal­nej z dużą liczbą miejsc do sie­dze­nia i cie­płym, zachę­ca­ją­cym oświe­tle­niem. Szafki poma­lo­wano na wesoły zie­lo­no­nie­bie­ski kolor i zacho­wano ory­gi­nalne szklane fronty drzwi, żeby wyeks­po­no­wać kolek­cję naczyń i błysz­czą­cych kie­lisz­ków do wina.

Przed wyj­ściem zamknę­ły­śmy Ardwinnę i Apolla w daw­nej pra­cowni kra­wiec­kiej tuż obok kuchni. Na gryfa rzu­ci­łam moje wła­sne zaklę­cie masku­jące, tak że wyglą­dał jak duży żółty labra­dor retrie­ver. Oboje powi­tali nas teraz chó­rem szcze­ka­nia i gul­go­tów.

– Może wypro­wa­dzisz zwie­rzęta? – zapro­po­no­wa­łam Becce, która na­dal obser­wo­wała mnie czuj­nie niczym jastrząb. Ręce mi drżały, gdy kła­dłam pocztę i torbę na kuchen­nym stole. Teraz, kiedy minęła tamta nie­sa­mo­wita chwila z pta­kami i spadł mi poziom adre­na­liny, uświa­do­mi­łam sobie, w jakim napię­ciu się znaj­do­wa­łam.

– Dobrze, mamo. – Becca otwo­rzyła drzwi i wypu­ściła naszych pupi­lów na podwórko, żeby roz­pro­sto­wały nogi i obwą­chały ślady pozo­sta­wione przez inne zwie­rzęta z sąsiedz­twa.

Zasta­na­wia­jąc się nad pre­zen­tem kruka i jego dziwną wia­do­mo­ścią o powro­cie do domu, pode­szłam z czaj­ni­kiem do zlewu. Byłam tak pochło­nięta pró­bami przy­po­mnie­nia sobie wszyst­kich szcze­gó­łów tajem­ni­czej magii, że zapo­mnia­łam zdjąć pokrywkę i woda ude­rzyła w nią z taką siłą, że opry­skała mnie, blat i okno. Wytar­łam wszystko, napeł­ni­łam czaj­nik i posta­wi­łam go na kuchence. Następ­nie wyję­łam z szafki małą miskę na prze­ką­skę dla Bekki i nóż z szu­flady. Wciąż roz­ko­ja­rzona, omal nie ucię­łam sobie palca zamiast jabłka.

Zanim pies i gryf obwą­chały wszyst­kie rośliny i drzewa w ogro­dzie, udało mi się bez­piecz­nie pokroić owoc, wło­żyć kilka łyżek masła orze­cho­wego do miski i zapa­rzyć sobie fili­żankę ożyw­czej her­baty.

– Naj­pierw umyj ręce – przy­po­mnia­łam Becce, gdy weszła do kuchni. Nie chcia­łam, żeby krew i brud z dzi­siej­szego popo­łu­dnia dostały się do wraż­li­wego krwio­biegu mojej córki.

W piątkę zasie­dli­śmy do pory­so­wa­nego, ale solid­nego stołu, który w cza­sach, gdy zbu­do­wano ten dom, słu­żył jako blok do kro­je­nia. Teraz było to miej­sce, gdzie zbie­ra­li­śmy się na rodzinne posiłki, zamiast spo­ży­wać je w dusz­nej jadalni. Tamsy sie­działa na wyso­kim krze­sełku, prze­chy­lona na bok, ze zdzi­wioną miną i zapi­na­nym na sprzączkę butem dyn­da­ją­cym na jej nodze. Ardwinna przy­cup­nęła jak naj­bli­żej Bekki, na wypa­dek gdyby w jej stronę skie­ro­wał się palec uma­zany masłem orze­cho­wym albo nad­gry­ziony kawa­łek jabłka, pod­czas gdy Apollo usta­wił się tak, żeby jed­nym brą­zo­wym okiem obser­wo­wać kory­tarz i wypa­try­wać powrotu Pipa.

Mojego syna i jego gryfa łączyła tajem­ni­cza więź, która powsta­wała mię­dzy tka­czami – takimi jak Pip i ja, zdol­nymi do two­rze­nia nowych zaklęć – a ich magicz­nymi pomoc­ni­kami. Moją towa­rzyszką była ogni­sta smo­czyca, a ja na­dal na myśl o niej odczu­wa­łam ból straty. Zwol­ni­łam Corrę ze służby po tym, jak pomo­gła mi ura­to­wać życie Mat­thew.

Becca nie miała przy sobie takiej istoty. Nie byli­śmy pewni, kiedy – i czy w ogóle – jakaś się w jej życiu pojawi. Magia naszej córki nie roz­wi­jała się tak szybko jak Pipa, ale Mat­thew i mnie wcale to nie mar­twiło. Jej wam­pi­ryczne instynkty były wyostrzone, a umie­jęt­no­ści łowiec­kie dosko­nałe. Tego lata jed­nak musia­łam poświę­cić wię­cej uwagi roz­wo­jowi Bekki jako cza­row­nicy. Ostat­nio tak pochła­niały mnie obo­wiązki w Yale, że nie zaj­mo­wa­łam się magią.

Tym­cza­sem Becca oce­niła mój nastrój i naj­wy­raź­niej uznała, że się popra­wił, bo zaczęła jeść, nie wspo­mi­na­jąc ani sło­wem o Yale, Bren­dzie ani mar­twym kruku. Przej­rza­łam pocztę dostar­czoną na Orange Street. Były to głów­nie rachunki, które nale­żało opła­cić przed wyjaz­dem.

Sor­tu­jąc listy, zer­ka­łam na pier­ścio­nek Bekki. Teraz, gdy nie było na nim brudu i krwi, dostrze­głam jego misterne rzeź­bie­nia. Zro­biono go z kości, ale nie potra­fi­łam roz­po­znać, jakiego pocho­dze­nia. Czarna nić prze­ple­ciona przez otwory nada­wała mu fak­turę i kolor oraz wzmac­niała deli­katną ażu­rową kon­struk­cję. Wyczu­wa­łam w nim magię i chcia­łem zba­dać go dokład­niej.

– Mogę obej­rzeć twój pier­ścio­nek? – zapy­ta­łam.

– Jasne. – Becca pró­bo­wała go zdjąć, lecz on ani drgnął. Nim zdą­ży­łam ją powstrzy­mać, wło­żyła palec do buzi i zaczęła go ssać, a następ­nie pono­wiła próbę. – Utknął.

– Ja spró­buję – powie­dzia­łam i ski­nę­łam na nią, żeby do mnie pode­szła.

Córka podała mi rękę. Czu­bek jej palca iskrzył się i świe­cił.

– Mamo, patrz! – Becca aż pod­sko­czyła. – Mój palec się pali, tak jak twój, kiedy robisz sztuczki magiczne!

– Widzę – odpo­wie­dzia­łam spo­koj­nie, choć serce zabiło mi jak bęben. Dotknę­łam pier­ścionka, mając nadzieję, że odkryję jego sekret, ale świa­tło zga­sło. Magia utknęła w pier­ścionku, tak samo jak on na palcu Bekki.

– Mogę pocze­kać na tatę i Pipa w biblio­tece? – spy­tała znie­cier­pli­wiona Becca. Tam znaj­do­wał się kolo­rowy papier, pojem­niki z mar­ke­rami, ołówki i wszyst­kie dro­bia­zgi, któ­rych uży­wała do swo­ich pro­jek­tów arty­stycz­nych, a ona zde­cy­do­wa­nie wolała się nimi bawić niż sie­dzieć ze mną w kuchni.

– Oczy­wi­ście, że możesz – zgo­dzi­łam się i puści­łam jej palec. – Nary­su­jesz to, co widzia­łaś w Yale, żeby poka­zać tacie i Pipowi, kiedy wrócą do domu?

Becca wzięła Tamsy z krze­sełka i pokrę­ciła głową.

– Nary­suję kruka, żeby nie zapo­mnieć o nim i jego wia­do­mo­ści. – Becca była wyjąt­kowo odpor­nym na wszel­kie wyda­rze­nia dziec­kiem, ale śmierć ptaka wywarła naj­wy­raź­niej na niej duże wra­że­nie.

– Dobrze, kocha­nie. Zaraz do cie­bie dołą­czę.

Becca pobie­gła do biblio­teki, a ja na­dal sączy­łam her­batę, wpa­tru­jąc się w nią, jakby mogła mi pod­po­wie­dzieć, co mam myśleć o sta­dzie kru­ków, ich dziw­nym zacho­wa­niu, jesz­cze dziw­niej­szej reak­cji Bekki i nie­usu­wal­nym pier­ście­niu.

Czy magia mojej córki w końcu się budziła? Czy za kilka lat będę miała na gło­wie dwoje nasto­let­nich tka­czy, a nie tylko jed­nego? Mat­thew z pew­no­ścią nasuną się podobne pyta­nia, gdy znaj­dzie mar­twego ptaka na chod­niku przed domem. Na razie nie mia­łam żad­nych odpo­wie­dzi ani dla niego, ani dla sie­bie.

Z wes­tchnie­niem wró­ci­łam do prze­glą­da­nia poczty. Rachunki. Ulotki rekla­mowe. Jesz­cze wię­cej rachun­ków. Szybko rzu­ci­łam je na puste krze­sło, żeby tra­fiły do recy­klingu. Nagle znie­ru­cho­mia­łam, gdy w moje ręce tra­fiła gruba, kre­mowa koperta z wło­skimi znacz­kami.

To nie była nie­chciana kore­spon­den­cja, tylko list od Kon­gre­ga­cji, rady nad­zo­ru­ją­cej sprawy istot w czę­sto wro­gim ludz­kim świe­cie.

Trzy­ma­jąc ją w pal­cach, przy­po­mnia­łam sobie biuro w Wene­cji i pracę, jaką tam wyko­ny­wa­łam, by inte­gro­wać demony, cza­row­nice i wam­piry z Kon­gre­ga­cją, naru­sza­jąc przy tym sta­tus quo i łamiąc tra­dy­cję, zgod­nie z którą takimi dzia­ła­niami powi­nien kie­ro­wać czło­nek dużej rodziny Mat­thew. Obec­nie dzie­wię­cio­oso­bo­wej radzie prze­wod­ni­czyła moja przy­ja­ciółka demon Aga­tha Wil­son, która wymy­śliła wiele kre­atyw­nych roz­wią­zań odwiecz­nych pro­ble­mów Kon­gre­ga­cji. Ona rów­nież zerwała z tra­dy­cją. Rodzinę repre­zen­to­wał wam­pir Fer­nando Gonçalves, part­ner czci­god­nego i dawno zmar­łego Hugh de Cler­monta, a nie Mat­thew czy jego star­szy brat Bal­dwin.

Odwró­ci­łam kopertę, spo­dzie­wa­jąc się ujrzeć ofi­cjalną woskową pie­częć w kolo­rach czar­nym, srebr­nym i poma­rań­czo­wym w kształ­cie pło­ną­cego trój­kąta ze słoń­cem, gwiazdą i księ­ży­cem w środku. Ta jed­nak była cała srebrna, a w jej cen­trum znaj­do­wało się nie­ru­chome wszech­wi­dzące oko.

Oso­bi­sty sym­bol Sido­nie Von Borcke, jed­nej z trzech cza­row­nic w Kon­gre­ga­cji. Ta kobieta była zmorą mojego życia, jesz­cze zanim Bal­dwin mia­no­wał mnie przed­sta­wi­cie­lem de Cler­mon­tów w owym zgro­ma­dze­niu. Kiedy zasia­da­łam w radzie nad­zor­czej, Sido­nie posta­wiła sobie za oso­bi­sty cel uda­rem­nia­nie wszyst­kich moich dzia­łań.

Przy­go­to­wana na złe wie­ści, zła­ma­łam pie­częć i otwo­rzy­łam kopertę. Z pęk­nię­tej pie­częci wydo­był się cedrowo-różany zapach. Wysu­nę­łam cha­rak­te­ry­styczny papier listowy z mar­mur­ko­wymi brze­gami, wyko­nany przez maestro mar­mo­riz­za­tore w skle­pie, w któ­rym Kon­gre­ga­cja kupo­wała arty­kuły papier­ni­cze od lat sześć­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku. List zaczy­nał się nastę­pu­jąco:

Sza­nowni Pań­stwo pro­fe­sor Bishop i pro­fe­sor Cla­ir­mont.

Jak Pań­stwo wie­cie, oce­niamy talenty i umie­jęt­no­ści wszyst­kich dzieci, w rodzi­nach któ­rych ist­nieje dzie­dzic­two wyż­szej magii. Ponie­waż oboje rodzice pro­fe­sor Bishop pocho­dzą z takiej linii, uwa­żamy, że należy jak naj­szyb­ciej przy­stą­pić do oceny Pań­stwa dzieci.

Sido­nie się myliła. Moja matka Rebecca w okre­sie nasto­let­nim i tro­chę póź­niej­szym zaj­mo­wała się mrocz­niej­szą magią. Po raz pierw­szy spo­tkała moje neme­zis, a swo­jego rywala, Petera Knoksa, pod­czas jakie­goś zgro­ma­dze­nia osób aspi­ru­ją­cych do upra­wia­nia wyż­szej magii. Jed­nakże mój ojciec Ste­phen Proc­tor nie wyróż­niał się szcze­gól­nymi zdol­no­ściami magicz­nymi. Był tka­czem, tak jak ja, i nie potra­fił wyko­rzy­sty­wać zaklęć innych sobie podob­nych. Ciotka Sarah mówiła mi, że nie inte­re­so­wał się tą sztuką, nie mówiąc już o jej zaawan­so­wa­nym prak­ty­ko­wa­niu. Jeśli cho­dzi o jego pocho­dze­nie, przy­wód­czyni sabatu Madi­son, Vivian Har­ri­son, twier­dziła, że Proc­torowie od lat nie wydali na świat jakiej­kol­wiek wiedźmy albo cza­row­nika obda­rzo­nych praw­dzi­wym talen­tem.

Skon­tak­tu­jemy się z Pań­stwem w sierp­niu, by umó­wić się na bada­nie na początku jesieni, zanim Rebecca Bishop-Cla­ir­mont i Phi­lip Bishop-Cla­ir­mont skoń­czą w listo­pa­dzie sie­dem lat.

Z powa­ża­niem, Sido­nie Von Borcke

Zadrża­łam mimo upału. Frag­men­ta­ryczne wspo­mnie­nia egza­minu u Petera Knoxa na­dal potra­fiły budzić we mnie nie­po­kój. Ten czło­wiek poja­wił się w Cam­bridge, kiedy mia­łam sie­dem lat, a moi rodzice – któ­rzy bez wąt­pie­nia dostali list podobny do tego, który spo­czy­wał w mojej ręce – zacza­ro­wali mnie przed jego przy­by­ciem, wią­żąc moją moc w supełki i usu­wa­jąc resztki dzie­cię­cej magii, by uchro­nić mnie przed zain­te­re­so­wa­niem Kon­gre­ga­cji. Dopiero gdy zna­la­złam Księgę Życia i pozna­łam Mat­thew, ich zaklę­cie osła­bło, a wspo­mnie­nia tam­tych mrocz­nych dni powoli zaczęły powra­cać wraz ze zdol­no­ściami magicz­nymi.

Lecz mimo despe­rac­kich środ­ków pod­ję­tych przez moich rodzi­ców naj­wy­raź­niej wzbu­dzi­li­śmy cie­ka­wość Knoksa, bo zaalar­mo­wał Kon­gre­ga­cję, że coś dziw­nego dzieje się w naszym domu. W rezul­ta­cie kilka tygo­dni póź­niej mama i tata wyje­chali do Nige­rii, by pro­wa­dzić bada­nia nad magią rytu­alną i tym samym odwró­cić ode mnie uwagę. Oboje zgi­nęli tam w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach, któ­rych na­dal do końca nie rozu­mia­łam, cho­ciaż rola, jaką ode­grał w nich Peter Knox i jego sojusz­nicy, była oczy­wi­sta. Po ich śmierci musia­łam samo­dziel­nie odkryć gra­nice swo­jej mocy, bez ich wspar­cia i wska­zó­wek.

– Nie – powie­dzia­łam sta­now­czo. – Abso­lut­nie nie.

Kon­gre­ga­cja nie zbada magicz­nych zdol­no­ści bliź­nia­ków, by je póź­niej wyko­rzy­stać, tak jak bez powo­dze­nia pró­bo­wał to zro­bić ze mną Peter Knox. Cza­row­nice z Wene­cji nie poznają poten­cjału moich dzieci. Sama poroz­ma­wiam o tym z Sido­nie i innymi cza­row­ni­cami.

Odwró­ci­łam torbę do góry nogami i wysy­pa­łam z niej port­fel oraz wszystko inne, co zgar­nę­łam do niej w biu­rze, na stół kuchenny, przy oka­zji roz­rzu­ca­jąc świeżo posor­to­waną kore­spon­den­cję i niwe­cząc efekty mojej wcze­śniej­szej pracy. Jak zwy­kle tele­fon znaj­do­wał się na samym dnie, więc teraz leżał na małej ster­cie uczel­nia­nej poczty, któ­rej jesz­cze nie przej­rza­łam.

Mat­thew był pierw­szym nume­rem na mojej liście szyb­kiego wybie­ra­nia. Z siłą więk­szą niż było to konieczne, naci­snę­łam przy­cisk na ekra­nie, żeby się z nim połą­czyć.

– Halo! – Cie­pły głos Mat­thew umoc­nił mnie w deter­mi­na­cji, by chro­nić Beccę i Pipa przed Sido­nie i jej poplecz­ni­kami z Kon­gre­ga­cji. – Jesteś w domu?

– Tak. I ty też musisz wró­cić. Oni chcą dzieci.

– Kto? – Ton Mat­thew stał się ostry jak brzy­twa.

– Kon­gre­ga­cja. Dosta­li­śmy list. Chcą spraw­dzić magiczne zdol­no­ści dzieci. Musisz zabrać Beccę i Pipa do Sta­rej Chaty, a ja polecę do Wene­cji i zajmę się tą sprawą.

– Zwol­nij, Diano. – Mat­thew pró­bo­wał mnie uspo­koić, ale jego słowa nie miały dla mnie więk­szego zna­cze­nia wobec powagi sytu­acji.

– Jeśli pozwo­limy Sido­nie prze­te­sto­wać dzieci, cza­row­nice z Kon­gre­ga­cji na pewno odkryją, że Pip jest tka­czem – krzyk­nę­łam. – I mogą wyczuć, czy bliź­nięta też mają skłon­ność do szału krwi.

Była to plaga wam­pi­rów, cho­roba gene­tyczna wystę­pu­jąca u potom­ków demona, czło­wieka i wam­pira. Obja­wiała się nie­kon­tro­lo­wa­nym gnie­wem, prze­mocą i żądzą krwi. Mój mąż cier­piał na tę przy­pa­dłość, podob­nie jak jego pra­wnuk Jack. Mat­thew odmó­wił jed­nak prze­pro­wa­dze­nia na dzie­ciach testów, które mia­łyby spraw­dzić, czy one rów­nież odzie­dzi­czyły po nim tę muta­cję gene­tyczną.

– Nie mogę rzu­cić zaklę­cia na Beccę i Pipa. – Pękało mi serce i łamał się głos. – Nie mogę. Myśla­łam, że w razie potrzeby dam radę, ale teraz…

– Już jadę – powie­dział Mat­thew, brzę­cząc samo­cho­do­wymi klu­czy­kami.

Połą­cze­nie zostało prze­rwane.

W ciszy, która zapa­dła po naszej roz­mo­wie, uświa­do­mi­łam sobie, jak daleko jest teraz ode mnie moja córka. Chcąc zmniej­szyć ten dystans, zgar­nę­łam zawar­tość torby. Uczel­nianą pocztę mogłam rów­nie dobrze przej­rzeć w każ­dym innym miej­scu.

Impo­nu­jąca biblio­teka Mar­cusa, wyło­żona drew­nia­nymi pane­lami, była cichym pomiesz­cze­niem na tyłach domu, z dala od ulicz­nego hałasu, i słu­żyła nam jako pokój rodzinny. Miała okna wycho­dzące na ogród, regały z książ­kami, komi­nek i stół długi jak te w Biblio­tece Ster­linga.

Becca pod­nio­sła wzrok znad rysunku i zakryła go dłońmi.

– Nie patrz, mamo. Jesz­cze nie skoń­czy­łam.

– Nie będę – odpo­wie­dzia­łam i rzu­ci­łam swoje rze­czy na drugi koniec stołu. – Przy­się­gam.

Cho­ciaż kusiło mnie, żeby rzu­cić okiem na jej dzieło, prze­rzu­ci­łam stos papie­rzysk, żeby odszu­kać swój ter­mi­narz i zacząć orga­ni­zo­wać wyjazd do Wene­cji.

Mat­thew kazał mi na sie­bie pocze­kać, ale nie było nic złego w zer­k­nię­ciu na daty, żeby dosto­so­wać nasz letni kalen­darz do nowych oko­licz­no­ści.

W końcu zlo­ka­li­zo­wa­łam cienki notes i wycią­gnę­łam go z góry kore­spon­den­cji. Pod nim zauwa­ży­łam kopertę z listem wysła­nym do mnie na adres wydziału histo­rii Uni­wer­sy­tetu Yale. W lewym gór­nym rogu wid­niało nazwi­sko nadawcy: pro­fe­sor G. E. Proc­tor, Raven­swood, Ipswich, Mas­sa­chu­setts.

Przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wa­łam się w adres zwrotny, nie mogąc uwie­rzyć w to, co widzę. Pro­fe­sor? Proc­tor? Raven­swood? Ipswich? Sarah zapew­niała mnie, że wszy­scy moi naj­bliżsi krewni nie żyją. Stem­pel pocz­towy wska­zy­wał jed­nak, że list został wysłany trzy dni temu.

O ile było mi wia­domo, duchy nie miały dostępu do usług ame­ry­kań­skiej poczty. Się­gnę­łam więc po list i roze­rwa­łam kopertę wzdłuż kra­wę­dzi. Uwol­nił się z niej zapach siarki i petri­chor, które wcze­śniej czu­łam przed domem. Na gru­bej wizy­tówce zoba­czy­łam for­malny napis: „Z biurka G. E. Proc­tor”, a poni­żej trzy linijki skre­ślone pochy­łym pismem, któ­rego już się nie uczy w ame­ry­kań­skich szko­łach.

Czas wra­cać do domu, Diano.

Twoja pra­ciotka,

Gwy­neth Proc­tor

To była ta sama wia­do­mość, którą kruk dostar­czył Becce.

To nie mógł być przy­pa­dek, że obie infor­ma­cje dotarły do nas z dwóch róż­nych źró­deł i to tego samego dnia, w któ­rym otrzy­ma­łam zło­wiesz­czy list od Kon­gre­ga­cji. Czy moja tajem­ni­cza ciotka wysłała kruki na wypa­dek, gdyby jej zapro­sze­nie zagi­nęło w poczcie? Czy zapro­sze­nie do Ipswich mogło mieć coś wspól­nego z Kon­gre­ga­cją?

„Pro­fe­sor Gwy­neth Proc­tor”. Prze­su­nę­łam pal­cem po jej imie­niu. Nie wie­dzia­łam pra­wie nic o rodzi­nie mojego ojca, więc byłam zasko­czona, gdy odkry­łam, że są wśród nich wykła­dow­czy­nie aka­de­mic­kie.

Zaj­rza­łam do koperty, by spraw­dzić, czy nie ma w niej cze­goś jesz­cze. Gdy ją prze­chy­li­łam, ze środka wypa­dła karta do gry. Ktoś nary­so­wał na niej sze­ścio­ra­mienną rozetę, naj­po­pu­lar­niej­szy sym­bol apo­tro­pa­iczny uży­wany do ochrony ludzi przed cza­row­ni­cami i magią. Przy­po­mi­nał pro­sty kwiat o sze­ściu płat­kach. Wciąż widać było małą dziurkę w miej­scu, gdzie leżał kom­pas.

Gdy pod­nio­słam kartę, nici na mojej lewej dłoni roz­bły­sły w odpo­wie­dzi. Zazwy­czaj tka­cze nosili przy sobie pęk kolo­ro­wych sznur­ków, które poma­gały im wią­zać nowe zaklę­cia z odpo­wied­nimi mocami wple­cio­nymi we wszech­świat. Swoje wchło­nę­łam podob­nie jak tajem­ni­czą Księgę Życia, tak że stały się czę­ścią mojego ciała i magii. Przez lata były uśpione, ale dzi­siej­sze wyda­rze­nia naj­wy­raź­niej je obu­dziły.

Kiedy odwró­ci­łam kartę, zoba­czy­łam postać męż­czy­zny w ciem­nym ubra­niu i solid­nych butach ze sprzącz­kami, idą­cego ciemną ścieżką z obu stron poro­śniętą niską trawą. Nad jego głową zbie­rały się chmury, a on jedną ręką wska­zy­wał drogę. Obra­zek został wycięty z jakiejś ulotki albo książki i przy­kle­jony do karty.

Dom, szep­nął mój szó­sty zmysł cza­row­nicy, gdy wpa­try­wa­łam się w wycią­gniętą rękę męż­czy­zny.

Z koperty wysu­nął się jesz­cze jeden świ­stek i opadł na moje kolana. Mały i cienki jak chu­s­teczka, sta­ran­nie zło­żony na pół. W miej­scu zagię­cia papier był miękki i wytarty, jakby wie­lo­krot­nie otwie­rano go i z powro­tem skła­dano.

Wid­niały na nim nary­so­wane ołów­kiem dwie sple­cione dło­nie, na które padał cień kruka.

Jedna dłoń nale­żała do dziecka, druga do doro­słego i na jej palcu lśnił mister­nie wyko­nany pier­ścień.

Mój pier­ścień. Pre­zent od Phi­lippe’a de Cler­monta dla matki Mat­thew Ysa­beau. Ja dosta­łam go od teścio­wej i od tam­tej pory zawsze nosi­łam. Spoj­rza­łam na swoją lewą rękę i porów­na­łam ten rzadki klej­not z rysun­kiem. Podo­bień­stwo od razu rzu­cało się w oczy, łącz­nie z małymi dłońmi trzy­ma­ją­cymi serce z dia­men­tem osa­dzo­nym w środku pier­ście­nia. Prze­bie­głam wzro­kiem kartkę, szu­ka­jąc wska­zó­wek, kto go nary­so­wał i kiedy. Na odwro­cie zoba­czy­łam napis: Rebecca i Diana, ini­cjały MFP i datę: 1972.

To nie­moż­liwe, żeby rysu­nek wyko­nany dzie­siątki lat temu, jesz­cze przed moimi naro­dzi­nami, mógł tak szcze­gó­łowo przed­sta­wiać coś, co się wyda­rzyło tego popo­łu­dnia.

Na mojej lewej dłoni wyraź­nie uwi­docz­niły się nici tka­cza, cią­gnąc się od opusz­ków pal­ców przez jej wnę­trze aż do nad­garstka pasami bieli, złota, sre­bra i czerni. W miej­scu, gdzie zwy­cza­jowo mie­rzy się tętno, poja­wił się utkany ze sznur­ków uro­bo­ros, wąż poły­ka­jący wła­sny ogon. Był to sym­bol rodu de Cler­mont, a zara­zem dzie­sią­tego węzła two­rze­nia i destruk­cji, który nie­wielu tka­czy potra­fiło zawią­zać. Jego ciem­niej­sze barwy ozna­czały wyż­szą magię. Spoj­rza­łam na prawą rękę, gdzie zwy­kle, gdy budziła się moja moc, uka­zy­wały się inne kolory: brą­zowy, żółty, nie­bie­ski, czer­wony i zie­lony.

Teraz nie było po nich śladu. Wizy­tówka i rysu­nek, które przy­słała Gwy­neth Proc­tor, przy­cią­gnęły uwagę jedy­nie nici wyż­szej magii, któ­rej rzadko uży­wa­łam.

Wyję­łam z kie­szeni pognie­ciony list Sido­nie i przy­ło­ży­łam go do pro­stej wia­do­mo­ści od mojej pra­ciotki. W jed­nej ręce trzy­ma­łam zapo­wiedź nie­bez­pie­czeń­stwa i zagro­że­nia dla mojej rodziny, w dru­giej cienką linę ratun­kową sple­cioną z nadziei i moż­li­wo­ści.

Spoj­rza­łam na rysu­nek z tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tego dru­giego roku, na któ­rym córka trzy­mała mnie za rękę, a cień kru­czych skrzy­deł padał na nasze dło­nie niczym bło­go­sła­wień­stwo. Poczu­łam inten­sywne pra­gnie­nie cze­goś, czego nie potra­fi­łam nazwać, i tęsk­notę za miej­scem, o któ­rym ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam, ale cze­kała tam na mnie moja pra­ciotka Gwy­neth Proc­tor.

Zgię­łam palce i uro­bo­ros na moim nad­garstku poru­szył się lekko tuż pod skórą, a wokół mnie w powie­trzu roz­bły­sły migo­tliwe kolory wyż­szej magii.

Nie zamie­rza­łam jechać do Anglii ani do Wene­cji. Jesz­cze nie teraz. Naj­pierw musia­łam wró­cić do domu.

Rozdział 2

Usa­do­wi­łam się w jed­nym z głę­bo­kich foteli sto­ją­cych przy kominku, opar­łam stopy na mosięż­nej osło­nie pale­ni­ska i jesz­cze raz obej­rza­łam rysu­nek – dokładny w każ­dym szcze­góle – przed­sta­wia­jący wyda­rze­nia dzi­siej­szego popo­łu­dnia. Stara karta do gry, liścik od Gwy­neth i ofi­cjalne pismo od Kon­gre­ga­cji leżały na moich kola­nach.

– Kto to nary­so­wał? – Becca zaj­rzała mi przez ramię, cicha jak pan­tera i cie­kawa niczym kot.

– Nie wiem. – Zro­bi­łam jej miej­sce na kola­nach, a moja córka na nich usia­dła i wtu­liła się w moje ramiona. – Myślę, że to mógł być ktoś z rodziny dziadka Ste­phena.

Becca wycią­gnęła rękę, a ja poda­łam jej rysu­nek, żeby mogła mu się przyj­rzeć. Wzięła go ode mnie ostroż­nie, trzy­ma­jąc za brzegi. Pho­ebe nauczyła bliź­nięta, żeby bez­cenne przed­mioty trak­to­wać z sza­cun­kiem, i cho­ciaż Pip na­dal potra­fił zacho­wać się nad wyraz bez­tro­sko przy kru­chej por­ce­la­nie, Becca oka­zała się dosko­nałą uczen­nicą.

– To twój pier­ścio­nek – stwier­dziła. – Ten, który dała ci bab­cia Ysa­beau.

Ski­nę­łam głową, muska­jąc policz­kiem jej gład­kie włosy.

– Nary­suję to, co stało się potem. – Becca zesko­czyła z moich kolan i wró­ciła do stołu i swo­ich przy­bo­rów do kolo­ro­wa­nia.

A ja zaję­łam się kartą do gry. Była stara, gruba i szorstka, nie­gdyś biała, teraz w kolo­rze kości sło­nio­wej o bursz­ty­no­wym zabar­wie­niu. Strój wędrowca pocho­dził z sie­dem­na­stego wieku, wyso­kie pióra na czapce, podob­nie jak wykoń­czone koronką man­kiety i koł­nierz wska­zy­wały, że obra­zek pocho­dzi z okresu pano­wa­nia Karola I albo Karola II. Klej, któ­rym przy­kle­jono go do tek­tury, był kru­chy i pożół­kły. Całość spra­wiała wra­że­nie, że wyko­nano ją cha­łup­ni­czo, jakby ktoś mię­dzy rokiem tysiąc sześć­set dwu­dzie­stym dzie­wią­tym a tysiąc sześć­set osiem­dzie­sią­tym pią­tym sam zro­bił kartę, uży­wa­jąc noży­czek, kleju, sta­rej talii kart i bro­szur.

Nie byłam pewna zna­cze­nia samej karty. Czy było to poje­dyn­cze ręko­dzieło do prze­cho­wy­wa­nia w pudełku na doku­menty albo mię­dzy stro­nami książki, przy­kle­jone do tek­tury dla trwa­ło­ści? Czy sze­ścio­płat­kowa rozeta ozna­czała, że ta dziwna karta jest jakimś magicz­nym tali­zma­nem? A może sta­no­wiła część więk-szej talii?

Przy­ła­pa­łam się na tym, że mam ochotę ruszyć za samot­nym męż­czy­zną do jego nie­zna­nego celu, jakby na końcu drogi znaj­do­wały się odpo­wie­dzi.

Cho­ciaż jego trasa nie była wyty­czona, moje stopy aż się rwały, by wejść w ślady pozo­sta­wione przez jego cięż­kie buty i podą­żyć za nim krok w krok.

Wra­caj do domu, mówił wędro­wiec, nama­wia­jąc mnie do przy­ję­cia zapro­sze­nia Gwy­neth. Tam znaj­dziesz odpo­wie­dzi.

Przyj­rza­łam się kar­cie jak jed­nemu z moich alche­micz­nych manu­skryp­tów, szu­ka­jąc wszyst­kiego, co mogłam prze­oczyć. Zauwa­ży­łam wybla­kłą literę, potem kolejną. Wzdłuż gór­nej kra­wę­dzi cią­gnął się ledwo widoczny numer. Się­gnę­łam po tele­fon komór­kowy i zro­bi­łam zdję­cie, a następ­nie pomaj­stro­wa­łam w usta­wie­niach, aż na małym ekra­nie poja­wiła się nega­ty­wowa wer­sja karty. Była to sztuczka, któ­rej nauczy­łam się w archi­wum i która czę­sto rato­wała mnie przed koniecz­no­ścią oświe­tla­nia zatar­tych inskryp­cji ultra­fio­le­tem.

Na szczę­ście sztuczka zadzia­łała. Dzięki powięk­sze­niu i kilku dodat­ko­wym popraw­kom udało mi się odczy­tać stare napisy kur­sywą pocho­dzące z mniej wię­cej tysiąc sie­dem­set­nego roku: Ciemna Ścieżka i liczba 47.

Zain­try­go­wana odchy­li­łam się na mięk­kie opar­cie fotela. Talie miały pięć­dzie­siąt dwie karty, ale nie zna­łam żad­nej, która nazy­wa­łaby się „Ciemna Ścieżka”, a poza tym zwy­kle ich numery koń­czyły się na licz­bie dzie­sięć. Talia tarota skła­dała się z sie­dem­dzie­się­ciu ośmiu kart, ale tylko pierw­sze dwa­dzie­ścia dwa wiel­kie arkana były nume­ro­wane. Ponie­waż tę ozna­czono liczbą czter­dzie­ści sie­dem, nie mogła pocho­dzić z talii tarota.

Nim zdą­ży­łam roz­wa­żyć inne moż­li­wo­ści, zabrzę­czał dzwo­nek i chwilę póź­niej drzwi otwo­rzyły się z hukiem.

Wró­cił Pip. Nie­za­leż­nie od tego, czy dom był pusty, czy pełen, czy towa­rzy­szył mu ktoś z klu­czem, czy nie, mój syn nie mógł się powstrzy­mać przed prze­krę­ce­niem korbki u drzwi, co powo­do­wało dono­śny, meta­liczny dźwięk zdolny obu­dzić umar­łych. Po chwili z holu dobiegł szmer gło­sów, następ­nie ostre szczek­nię­cie Ardwinny i gul­got Apolla, kiedy zwie­rzęta popę­dziły na spo­tka­nie nowo przy­by­łych.

– Cześć, mamo! – zary­czał Pip. – Jeste­śmy w domu!

– Tatuś! – wykrzyk­nęła Becca i zerwała się od stołu, by podą­żyć w ślady psa i gryfa. – Widzia­łeś mar­twego kruka?

– Tak, księ­ży­cowy pro­myku – odpo­wie­dział jej Mat­thew z głębi domu. – Gdzie twoja mama?

– W biblio­tece. – Teraz z kolei Becca wrza­snęła: – Mamo! Tata wró­cił. Pip też. I wujek Chris i cio­cia Miriam!

– Cześć, Diano! – zawo­łał Chris. – Chciał­bym dać tym cza­row­ni­com z Kon­gre­ga­cji naprawdę prze­ra­ża­jący powód do zmar­twie­nia: wku­rzo­nego ojca chrzest­nego!

– Gdzie to jest? – zapy­tał Mat­thew, sta­jąc w drzwiach biblio­teki. Jego włosy, podob­nie jak u Bekki, ciemne niczym kru­cze skrzy­dła, były nastro­szone, a brwi groź­nie ścią­gnięte nad sza­ro­zie­lo­nymi oczami.

Wzię­łam ze stołu list od Kon­gre­ga­cji i mu go poda­łam.

Mat­thew uklęk­nął obok mojego krze­sła i przyj­rzał się mojej twa­rzy, szu­ka­jąc na niej oznak nie­po­koju.

– Zała­twimy tę sprawę, mon coeur – powie­dział i musnął moją dłoń chłod­nymi ustami. – Nie będziesz musiała rzu­cać zaklę­cia na dzieci. Możemy poje­chać do Sept-Tours zamiast do Sta­rej Chaty. Tam będziemy bez­pieczni, a Bal­dwin i Fer­nando to i owo powie­dzą Kon­gre­ga­cji na temat losu naszych dzieci.

Moi rodzice sądzili, że będę bez­pieczna z Sarą w Madi­son, i byłam… przez jakiś czas.

Chcia­łam dla Bekki i Pipa cze­goś wię­cej niż chwi­lowe poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.

– Co się stało z tam­tym kru­kiem? – zapy­tał Chris, wcho­dząc do biblio­teki.

Pip wymi­nął go bie­giem, żeby mnie poca­ło­wać. Becca wpa­dła tuż za bra­tem i od razu popę­dziła do stołu.

– Przy­niósł mi wia­do­mość, wujku Chri­sie, a potem spadł na chod­nik. Zobacz! – Becca poma­chała rysun­kiem Gwy­neth Proc­tor i swoim wła­snym, który przed­sta­wiał leżącą pta­sią syl­wetkę obwie­dzioną jaskrawą czer­wie­nią. – Mama powie­działa, że to był wypa­dek. Ale nie jestem pewna. Powin­nam zapy­tać jej przy­ja­ciela.

– Cze­kaj. – Chris zro­bił zdu­mioną minę godną otrzy­ma­nia Oscara. – Dosta­łaś wia­do­mość od ptaka? Czyż­byś się zapi­sała do szkoły cza­rów i magii?

– Tamto to była sowa, wujku Chri­sie – powie­działa Becca. – A tę wia­do­mość przy­niósł kruk.

Ale oprócz niej kruki dostar­czyły do New Haven rów­nież pier­ścio­nek. Zdzi­wi­łam się, kiedy nie zoba­czy­łam go na jej palcu, zwa­żyw­szy na to, że wcze­śniej nie mogła go ścią­gnąć.

Gdzie się podział?

– Cze­ka­łaś na jakieś wie­ści od zmar­łych, Diano? – zapy­tała Miriam, wcho­dząc do pokoju swoim zwy­kłym, nie­śpiesz­nym kro­kiem. Była starą wam­pi­rzycą, w razie koniecz­no­ści szybką jak bły­ska­wica, ale z natury nie zno­siła pośpie­chu. – Bo wła­śnie je zwy­kle przy­no­szą kruki.

– Nie – wymam­ro­ta­łam pod nosem – ale i tak jedną dosta­łam.

Moje ciche słowa przy­kuły uwagę wszyst­kich doro­słych.

– Dzi­siaj dosta­li­śmy ich kilka – wyja­śni­łam. – Jedną z Wene­cji, jedną od kruka i jedną od Proc­to­rów.

– Od Proc­to­rów? – Twarz Mat­thew zasty­gła, gdy prze­twa­rzał tę infor­ma­cję. – Myśla­łem, że wszy­scy twoi naj­bliżsi krewni nie żyją.

– Ja też tak myśla­łam. – Sarah wie­lo­krot­nie mi to powta­rzała.

– Trzy wia­do­mo­ści – powtó­rzyła w zadu­mie Miriam. – Wszyst­kie magiczne. To nie może być przy­pa­dek.

– Moja ciotka Hor­tense mawiała, że nie­szczę­ścia cho­dzą trój­kami – rzekł Chris zło­wiesz­czym tonem.

– Tak samo jak prawa New­tona – powie­dzia­łam, żeby w zarodku zdu­sić te prze­sądy.

– Świ­nie też – wtrą­cił Pip, przed­sta­wia­jąc dowody ze swo­jej dzie­dziny wie­dzy. – I niedź­wie­dzie. I fran­cu­skie kury.

– I musz­kie­te­ro­wie – dorzu­ciła jego sio­stra i pod­bie­gła do ojca, trzy­ma­jąc w każ­dej ręce kartkę.

– Ostroż­nie, Becco! – Bałam się, że znisz­czy deli­katny rysu­nek. Gdy zerwa­łam się z fotela, stara karta do gry spa­dła na pod­łogę razem z liści­kiem Gwy­neth.

– Co to jest? – zain­te­re­so­wał się Mat­thew.

– List od mojej pra­ciotki Gwy­neth Proc­tor. Chce, żebym wró­ciła do domu. – Tę zaska­ku­jącą infor­ma­cję wygło­si­łam bar­dzo spo­koj­nym tonem.

Mat­thew wpił we mnie oczy, ciemne jak burza i błysz­czące. Pod­nio­słam upusz­czone przed­mioty i poda­łam je mężowi.

– Do domu? – zdzi­wił się Chris. – Prze­cież jesteś w domu.

– Domu Gwy­neth w Ipswich – wyja­śni­łam, nie odry­wa­jąc wzroku od Mat­thew, który stu­dio­wał wia­do­mość od mojej pra­ciotki. Przy sło­wie „dom” lekko zała­mał mi się głos. – W Raven­swood.

– A co z Kon­gre­ga­cją? – spy­tał Chris, marsz­cząc brwi. – Nie powin­naś jechać do Wene­cji?

– A co z Anglią? – wykrzyk­nął Pip, prze­ra­żony per­spek­tywą zmiany sta­ran­nie zapla­no­wa­nych waka­cji.

– A co ze mną? – włą­czyła się Becca. – Kruki powie­działy, że ja też muszę wró­cić do domu.

– Nic nie jest jesz­cze posta­no­wione – odpar­łam lek­kim tonem, choć byłam zde­cy­do­wana poje­chać do Mas­sa­chu­setts. – Poroz­ma­wiajmy o tym po kola­cji. Nie wiem, jak inni, ale ja jestem głodna. Kto ma ochotę na kie­li­szek wina?

Na wzmiankę o cie­płym posiłku bliź­nięta ruszyły do kuchni razem z Tamsy i zwie­rzę­tami. Chris i Miriam zostali w biblio­tece, podob­nie jak Mat­thew.

– Ipswich? – Mój mąż uniósł brwi. – Wybie­rasz się do Bostonu na pod­sta­wie kil­ku­wy­ra­zo­wego liściku od cio­tecz­nej babki, któ­rej ni­gdy nie pozna­łaś?

Oczy­wi­ście cho­dziło o coś wię­cej, i on o tym wie­dział.

– Poroz­ma­wiamy o tym po kola­cji – obie­ca­łam.

Gdy wszy­scy zebra­li­śmy się w kuchni, każdy zajął się swo­imi piąt­ko­wymi obo­wiąz­kami.

Rodzinny posi­łek pod koniec tygo­dnia stał się naszą tra­dy­cją. Mat­thew szy­ko­wał jedze­nie, a reszta z nas kar­miła zwie­rzęta, sprzą­tała, włą­czała sprzęt gra­jący, żeby posłu­chać jed­nej z play­list Chrisa, i roz­sta­wiała na stole tale­rze, sztućce, ser­wetki i szklanki nie­zbędne do nakar­mie­nia głod­nej gro­madki. Becca posa­dziła Tamsy w wyso­kim krze­sełku, a lalka obser­wo­wała ten wir aktyw­no­ści z wynio­słą miną ary­sto­kratki nad­zo­ru­ją­cej pracę służby.

Na jej szyi, na kora­lo­wym naszyj­niku, w któ­rym się u nas zja­wiła, wisiał zagi­niony kościany pier­ścień. Modląc się, żeby nikt nie zapy­tał o ten nowy doda­tek do gar­de­roby Tamsy, nala­łam każ­demu z doro­słych sporą por­cję wina i sama wypi­łam łyk, aby ukoić nerwy.

Wkrótce kuch­nię wypeł­nił miły zapach cas­so­ulet. Mat­thew przez cały semestr raz lub dwa razy w tygo­dniu goto­wał całe garnki pożyw­nych fran­cu­skich potraw i potem kar­mił nimi mnie i dzieci.

Rata­to­uille, potée auver­gnate, woło­wina i kur­czak duszone w winie – każda potrawa była pyszna i inna. Chris zaczął nazy­wać Mat­thew Julią i na jedną z naszych piąt­ko­wych kola­cji przy­niósł far­tu­szek z fal­ban­kami i kostkę masła zamiast zwy­cza­jo­wego wina i kwia­tów.

Zje­dli­śmy pyszne danie Mat­thew – które Pip traf­nie nazwał gula­szem pier­dzą­cym – i wypi­li­śmy dwie butelki czer­wo­nego wina bez żad­nych incy­den­tów, z wyjąt­kiem kilku drob­nych sprze­czek o wiel­kość por­cji i ilość fran­cu­skiej musz­tardy, którą Pip chciał dodać do swo­jej, prośby Bekki o krew, na którą na­dal miała ochotę przy spe­cjal­nych oka­zjach, oraz jed­nego bar­dzo gło­śnego pusz­cze­nia gazów przez jedno z bliź­niąt. Becca i Pip nie prze­sta­wali pro­wa­dzić nie­koń­czą­cej się, bez­tro­skiej poga­wędki i dzie­lić się waż­nymi nowi­nami z sąsiedz­twa, takimi jak naro­dziny kociąt w domu na rogu, a my, doro­śli, musie­li­śmy jedy­nie iść za ich przy­kła­dem. Mat­thew sam wypił całą butelkę bur­gunda.

Kiedy na deser poda­wa­łam lody i espresso, mój mąż już rzu­cał w moim kie­runku zna­czące spoj­rze­nia. Jego cier­pli­wość była na wyczer­pa­niu. Kiedy miseczki i fili­żanki zostały opróż­nione, pró­bo­wa­łam zapę­dzić dzieci na górę do łóżek, żeby się przy nich nie kłó­cić.

Coś mi pod­po­wia­dało, że Mat­thew nie zgo­dzi się na plan, który wymy­śli­łam pod­czas kola­cji.

– Nie mogę jesz­cze iść spać, mamo – zapro­te­sto­wała Becca, odno­sząc pustą miskę do zmy­warki. – Naj­pierw muszę zająć się kru­kiem.

– Twój ojciec to zrobi – powie­dzia­łam. Zadba­łam o świeżą wodę dla Ardwinny i napeł­ni­łam jeden z głę­bo­kich zle­wów, żeby Apollo mógł zażyć wie­czor­nej kąpieli.

– Nie! – Ostry krzyk Bekki był pod­sy­cany nad­mia­rem cukru. – Ja muszę to zro­bić, mamo. Obie­ca­łam jej przy­ja­cie­lowi, że ją pocho­wam.

Poło­ży­łam ręce na bio­drach, pró­bu­jąc oce­nić poziom zaan­ga­żo­wa­nia mojej córki w to sza­leń­stwo.

– A twoja maman wie, że nasze słowo jest święte – rzekł Mat­thew, wsta­jąc z krze­sła. Uniósł swoją dłu­go­nogą córkę w powie­trze, zakrę­cił nią i posta­wił ją z powro­tem na ziemi. – Zróbmy to porząd­nie, oui?

– Oui – potwier­dziła Becca poważ­nym tonem.

– Ja też mogę iść? – zapy­tał ją Pip. – I Cuth­bert? – Sfa­ty­go­wa­nego nie­bie­skiego kró­lika z dłu­gimi uszami już trzy­mał pod pachą.

Becca roz­wa­żyła prośbę brata.

– Myślę, że to będzie w porządku.

– A ja mogę się przy­łą­czyć? Ni­gdy nie byłem na pogrze­bie kruka.

– Pogrzeb już się odbył, wujku Chri­sie – wyja­śniła Becca. – Inne kruki się tym zajęły. To będzie tylko pochó­wek, bo ptaki nie mają rąk i potrze­bują mojej pomocy przy kopa­niu.

– Aha. – Chris spoj­rzał na nas, uno­sząc brwi. – Rozu­miem.

– A ja? – Miriam już znała odpo­wiedź, ponie­waż moja córka ni­gdy jej niczego nie odma­wiała. Podob­nie jak Pho­ebe, pra­stara wam­pi­rzyca była dla niej jed­nym ze wzo­rów do naśla­do­wa­nia i bli­ską powier­nicą.

– Idziesz, mamo? – Becca zatrzy­mała się przy drzwiach pro­wa­dzą­cych na podwórko. – Byłaś na pogrze­bie, więc nie musisz się żegnać, jeśli to dla cie­bie zbyt trudne.

– Chyba zostanę i posprzą­tam kuch­nię. – Musia­łam jesz­cze dużo zro­bić, gdy­bym miała naza­jutrz jechać do Raven­swood. – Idź­cie. Ale potem pro­sto do łóżek.

– Tak, mamo – odpo­wie­działy zgod­nym chó­rem bliź­nięta.

Zmy­wa­jąc naczy­nia, obser­wo­wa­łam, co dzieje się na zewnątrz.

W szo­pie ogro­do­wej Mat­thew i Becca zna­leźli łopatę, żeby przy jej pomocy zeskro­bać szczątki kruka z chod­nika.

Miriam nara­dziła się z moją córką, gdzie pocho­wać ptaka, i po dłu­gich roz­wa­ża­niach zde­cy­do­wały się na miej­sce pod bal­da­chi­mem maje­sta­tycz­nego drzewa rosną­cego pod oknem biblio­teki. Był to jeden z nie­licz­nych oka­zów, które prze­trwały zarazę holen­der­ską, i sąsie­dzi powie­dzieli mi, że w razie pożaru mam rato­wać drzewo, a dom niech spło­nie.

Miriam i Chris wyko­pali dół, a Mat­thew, Becca i Pip poszli na front budynku po pta­sie tru­chło. Kiedy cała trójka wró­ciła, Becca sta­nęła na czele kon­duktu pogrze­bo­wego, ostroż­nie trzy­ma­jąc przed sobą łopatę z kru­kiem. Pip, odpo­wie­dzialny za Cuth­berta i Tamsy, podą­żał za nią w roli głów­nego żałob­nika. Mat­thew zamy­kał pro­ce­sję z rękami zło­żo­nymi na sercu w modli­tew­nym geście.

Apollo, wyczu­wa­jąc, że dzieje się jakaś ważna rzecz zwią­zana z innym skrzy­dla­tym stwo­rze­niem, zaczął dzio­bać klamkę. Wypu­ści­łam go razem z Ardwinną, a sama zosta­łam w otwar­tych drzwiach i patrzy­łam, jak Becca zatrzy­muje się pod roz­ło­ży­stymi kona­rami wiązu.

– Żegnaj, kosie – powie­działa ze smut­kiem, sto­jąc obok płyt­kiego grobu. Prze­chy­liła łopatę i ptak wpadł do dołu, sztywny i lśniący. – Odwie­dzę cię, kiedy wró­cimy. Słod­kich snów.

Nasza córka zdo­łała zor­ga­ni­zo­wać wzru­sza­jącą cere­mo­nię pogrze­bową w ciągu kilku minut, wyko­rzy­stu­jąc w tym celu jedną ze swo­ich ulu­bio­nych pio­se­nek, obiet­nicę i kilka słów z naszego wie­czor­nego rytu­ału. Moje oczy wypeł­niły się łzami na widok jej empa­tii wobec mar­twej istoty i deter­mi­na­cji, by zapew­nić jej godne poże­gna­nie.

– Spa­kuj wszyst­kie moje tro­ski i smutki – zaśpie­wał Chris głę­bo­kim basem, dosto­so­wu­jąc się do nastroju uro­czy­sto­ści i nawią­zu­jąc do frag­mentu tej samej pio­senki, którą Becca wplo­tła w swoją mowę pogrze­bową. – Oto idę, śpie­wa­jąc cicho. Żegnaj, żegnaj, kosie.

– Tam, gdzie ktoś na mnie czeka, cukier jest słodki, i ona też. – Miriam dołą­czyła swój czy­sty sopran do dźwięcz­nego głosu Chrisa. – Żegnaj, kosie.

– Pościel mi łóżko i zapal świa­tło, przyjdę późno dziś wie­czo­rem. – Mat­thew dodał do chóru bary­to­nową nutę, kła­dąc dłoń na pochy­lo­nej gło­wie Bekki. – Kosie, och, kosie, żegnaj.

Otar­łam łzę z policzka. W ciszy, która zapa­dła, gdy prze­brzmiała pieśń, w ogro­dzie zami­go­tały pierw­sze świe­tliki, jakby i one rów­nież chciały wziąć udział w cere­mo­nii.

– Pro­szę, Becco. – Pip podał sio­strze Tamsy, a ona, pocią­ga­jąc nosem, ukryła twarz w rudych wło­sach lalki.

Chris i Miriam przy­sy­pali kruka kil­koma łopa­tami ziemi, a potem wszy­scy cze­kali na znak Bekki, że jest gotowa do odej­ścia.

– Teraz już wszystko jest w porządku. – Becca wzięła głę­boki oddech i poma­chała do świe­żego kop­czyka. – Żegnaj, kosie. Do zoba­cze­nia wkrótce.

Usu­nę­łam się na bok, kiedy żałob­nicy wcho­dzili z powro­tem do domu, nie­ocze­ki­wa­nie wzru­szona pta­sim pogrze­bem.

***

– Mój plan ma sens – oświad­czy­łam, kiedy poło­ży­li­śmy dzieci do łóżek, prze­czy­ta­li­śmy im obo­wiąz­kowe bajki na dobra­noc i wró­ci­li­śmy do biblio­teki, gdzie cze­kali na nas Miriam i Chris. – Ty zabie­rzesz dzieci do Anglii albo do Sept-Tours, jeśli wolisz. Ja pojadę do Raven­swood, żeby spo­tkać się z Gwy­neth Proc­tor. Ona musi wie­dzieć, dla­czego przy­le­ciały do nas kruki. Stam­tąd polecę pro­sto do Wene­cji i powiem Kon­gre­ga­cji, żeby zosta­wiła nasze dzieci w spo­koju. Dołą­czę do cie­bie w Sta­rej Cha­cie, jak tylko będę mogła.

Chris odsta­wił szkla­neczkę bour­bona i zer­k­nął na mnie z nie­do­wie­rza­niem. Miriam prze­rwała wycią­ga­nie korka z butelki vouvray. Para poro­zu­miała się wzro­kiem, po czym wyra­ziła zgodny sprze­ciw wobec mojego nie­do­rzecz­nego pomy­słu.

Mat­thew skrzy­żo­wał ramiona, oparł się o komi­nek i posłał mi kolejne z serii nie­przy­jem­nych spoj­rzeń.

– Co wła­ści­wie wyda­rzyło się dzi­siaj, że posta­no­wi­łaś prze­or­ga­ni­zo­wać na nowo nasze let­nie plany? – zapy­tał Mat­thew. – Nie wspo­mi­na­jąc już o porzu­ce­niu pro­jektu badaw­czego i o roz­po­czę­tym jesz­cze w kwiet­niu odli­cza­niu do wyjazdu?

– Zasta­nówmy się. – Z głu­chym stuk­nię­ciem odsta­wi­łam kie­li­szek z winem na blat. – Stado kru­ków oto­czyło nasz dom, jeden z nich zgi­nął, Becca roz­ma­wiała z jego towa­rzy­szem, dosta­li­śmy list od Kon­gre­ga­cji, a ja dodat­kowo rysu­nek i kartę do gry od przed­sta­wi­cielki tej gałęzi mojego drzewa gene­alo­gicz­nego, która, jak sądzi­łam, wymarła! Nazwij mnie wariatką, ale uwa­żam, że zmiana pla­nów waka­cyj­nych może być w tym wypadku wska­zana!

– Masz na myśli spi­sek kru­ków – powie­działa Miriam. – To bez wąt­pie­nia omen. Gdzie jest ten rysu­nek?

Mat­thew podał jej kartkę.

– Jaki omen? – spy­ta­łam z nie­po­ko­jem. Miriam uro­dziła się w cza­sach, kiedy odczy­ty­wa­nie zna­ków sta­no­wiło część codzien­nego życia. Mar­twe ptaki nie mogły ozna­czać nic dobrego, ale omen brzmiał dużo bar­dziej zło­wiesz­czo.

– Prze­brany za pro­roc­two. – Miriam wska­zała datę powsta­nia rysunku. – Tu jest napi­sane: tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­siąty drugi, to nie­omal pół wieku temu. Ale kruki poja­wiły się dopiero dzi­siaj.

– A na odwro­cie: Rebecca i Diana – powie­dzia­łam. – Uzna­ła­bym, że to mama i ja, gdyby nie pier­ścio­nek Ysa­beau.

– Więc to podwójna prze­po­wied­nia – stwier­dziła Miriam. – Uro­dzi­łaś się dopiero w tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym szó­stym roku. Ktoś o ini­cja­łach MFP prze­wi­dział to wszystko: twoje naro­dziny, Beccę, Mat­thew i kruki.

– Kto­kol­wiek to był, domy­ślam się, że P ozna­cza Proc­tor. Może bli­ski krewny Gwy­neth?

– Jak to moż­liwe, że tak mało wiesz o rodzi­nie swo­jego ojca? – spy­tała z nie­do­wie­rza­niem Miriam. – Ni­gdy nie byłaś jej cie­kawa?

Ja rów­nież zada­wa­łam sobie to pyta­nie, ale przy­bra­łam defen­sywny ton.

– Proc­to­ro­wie ni­gdy nie byli czę­ścią mojego życia. Nie spę­dza­li­śmy z nimi waka­cji, ani przed śmier­cią moich rodzi­ców, ani potem. Nie pamię­tam, żeby na ich pogrze­bie zja­wili się jacyś krewni. Tata ni­gdy nie wspo­mi­nał o swo­jej rodzi­nie, więc po pro­stu nie zasta­na­wia­łam się nad ich nie­obec­no­ścią. Sarah twier­dziła, że jedyni żyjący Proc­to­ro­wie to jacyś dalecy kuzyni.

– Rodziny nie zawsze są wia­ry­godne, jeśli cho­dzi o ich wła­sną histo­rię – zauwa­żył Mat­thew.

– Może to nie pierw­szy raz, kiedy ktoś z rodziny two­jego ojca skon­tak­to­wał się z wami, ale poprzed­nie próby spo­tkały się z mil­cze­niem.

– Jestem pewna, że ani Gwy­neth, ani żaden inny Proc­tor ni­gdy nie pró­bo­wał się ze mną kon­tak­to­wać. – W prze­ciw­nym razie ozna­cza­łoby to, że kiedy dora­sta­łam, Sarah i Emily ukry­wały przede mną kolejną wielką tajem­nicę.

Cho­ciaż mówi­łam z prze­ko­na­niem, drę­czyło mnie jakieś wspo­mnie­nie, pozo­sta­łość po zaklę­ciu rzu­co­nym na mnie przez rodzi­ców. Czy Em wspo­mniała kie­dyś o Proc­to­rach? Nie zdą­ży­łam podą­żyć za tą ulotną myślą, bo Mat­thew zapy­tał:

– Kiedy dokład­nie Rebecca roz­ma­wiała z kru­kiem? – Spoj­rze­nie, które mi rzu­cił, nie było deli­katne jak pła­tek śniegu, lecz prze­ni­kliwe niczym spa­da­jący sopel lodu.

– Po tym, jak świat zro­bił się szary, a tam­ten kruk spadł na chod­nik. Gdy się wykrwa­wił, kolory wró­ciły. Pozo­stałe ptaki obsia­dły oko­liczne drzewa, z wyjąt­kiem tego, który dostar­czył wia­do­mość Becce. Myślę, że był ich przy­wódcą.

Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam, żeby nasza córka roz­ma­wiała z pta­kami, ale miała tak wielu wyima­gi­no­wa­nych przy­ja­ciół, że mogłam to prze­oczyć. Obraz kruka ska­czą­cego w jej stronę ponow­nie wzbu­dził moją cie­ka­wość. Dla­czego Becca była w sta­nie się z nim poro­zu­mieć, a ja nie?

– Więc magia dzia­łała już wtedy, gdy Rebecca zło­żyła obiet­nicę. – Mat­thew zaklął i usiadł obok mnie.

– Jaka magia? – spy­tała Miriam.

– Nie jestem pewna. – Poczu­łam mro­wie­nie w lewej dłoni i wsu­nę­łam ją pod udo. – Ale były w nią zamie­szane kruki. Zaśpie­wały bar­dzo smutną pieśń. Całe stado zacho­wy­wało się jak po śmierci członka rodziny. Becca powie­działa, że kruk, który z nią roz­ma­wiał, był przy­ja­cie­lem tego mar­twego.

– Czy kie­dy­kol­wiek zaob­ser­wo­wa­łeś takie zacho­wa­nie pod­czas swo­ich badań, Mat­thew? – zacie­ka­wiła się Miriam.

Mój mąż pro­wa­dził obser­wa­cje wil­ków, a nie pta­ków. Zdez­o­rien­to­wana cze­ka­łam na jego odpo­wiedź.

– Kruki dobie­rają się w pary, podob­nie jak wam­piry i wilki. Opła­kują śmierć part­nera, a w żało­bie czę­sto uczest­ni­czy całe stado. W Nor­we­gii widzia­łem wyjące wilki, kiedy kruki żegnały zmar­łego towa­rzy­sza.

Zmarsz­czy­łam brwi.

– Mówisz, jakby kruki i wilki coś ze sobą łączyło.

Mat­thew poki­wał głową.

– W natu­rze ze sobą współ­dzia­łają. Bawią się razem, poma­gają sobie w tro­pie­niu zdo­by­czy, a nawet się nią dzielą. To nie­zwy­kły przy­kład współ­pracy mię­dzy­ga­tun­ko­wej.

– À pro­pos – ode­zwał się Chris – będziemy potrze­bo­wali ducha pracy zespo­ło­wej, żeby sta­wić czoło Kon­gre­ga­cji. Oni się zja­wią, żeby prze­te­sto­wać Beccę i Pipa, nie­za­leż­nie od tego, czy kruk jest mar­twy, czy nie. Może powin­ni­śmy na tym teraz się sku­pić, a nie na jakichś strasz­nych ome­nach!

– A jeśli to wszystko jest ze sobą powią­zane? – spy­ta­łam. Nawet czło­wiek taki jak Chris musiał zauwa­żyć, że całość wyda­rzeń z tego popo­łu­dnia była czymś więk­szym niż suma ich czę­ści.

– Może i tak jest – przy­znał Chris – ale teraz powin­ni­śmy popra­co­wać nad więk­szym zaufa­niem mię­dzy wam­pi­rami, cza­row­ni­cami i ludźmi obec­nymi w tym pokoju. Przy oka­zji, sam chyba jestem pro­ro­kiem. Wie­dzia­łem, że coś takiego się wyda­rzy, tylko nikt z was mnie nie słu­chał.

Miriam ostrze­gaw­czo pokrę­ciła głową, ale Chris mówił dalej.

– Nie możemy pozwo­lić, by kto­kol­wiek, a zwłasz­cza Kon­gre­ga­cja, dowie­dział się o Becce i Pipie cze­goś, czego sami jesz­cze nie odkry­li­śmy i się z tym nie upo­ra­li­śmy. – Każde kolejne słowo wypo­wia­dał z coraz więk­szą pew­no­ścią sie­bie. – Naj­wyż­szy czas prze­pro­wa­dzić testy gene­tyczne i dowie­dzieć się, jakie moce i zdol­no­ści odzie­dzi­czyły bliź­nięta, zanim ktoś inny nas w tym uprze­dzi.

– Już to oma­wia­li­śmy, Chri­sie – powie­dział spo­koj­nie Mat­thew, ale na jego skroni groź­nie pul­so­wała ciemna żyła. – Diana i ja chcemy, żeby Rebecca i Phi­lip roz­wi­jali swoje talenty i umie­jęt­no­ści w natu­ralny spo­sób, bez wyni­ków badań labo­ra­to­ryj­nych kształ­tu­ją­cych nasze wyobra­że­nia o tym, kim mogą się stać.

Chris uniósł ręce w geście iry­ta­cji.

– Może nie zauwa­ży­łeś, Mat­thew, ale w New Haven mieszka wielu bystrych i spo­strze­gaw­czych ludzi. Wie­dzą, że ty i Diana jeste­ście inni, nawet jeśli nie potra­fią tego wyar­ty­ku­ło­wać. Pip urósł w ciągu ostat­niego mie­siąca o dwa cen­ty­me­try, a Becca jest na dobrej dro­dze do opa­no­wa­nia try­go­no­me­trii. Nie możesz trzy­mać bliź­niąt w rezy­den­cji rodziny Addam­sów do osiem­na­stego roku życia i mieć nadzieję, że nikt nie zauważy ich bły­ska­wicz­nego roz­woju.

Chris nie tylko oglą­dał zbyt dużo tele­wi­zji, ale też nie lubił domu Mar­cusa.

– Pip i Rebecca cho­dzą do szkoły – przy­po­mnia­łam mu, bro­niąc się przed suge­stią, że nasze dzieci są zamknięte w domu.

– Myślisz, że dzięki Marii Mon­tes­sori zaczną wyglą­dać na prze­cięt­nych ludzi? – prych­nął Chris.

– To wła­ści­wie szkoła wal­dor­fska – spro­sto­wa­łam przez zaci­śnięte zęby. – Uzna­li­śmy, że dla Bekki i Pipa lep­szy będzie nacisk na roz­wi­ja­nie cie­ka­wo­ści i wyobraźni.

– Pip ma gryfa jako pupila, D – powie­dział Chris. – A Becca wkrótce sta­nie się skrzy­żo­wa­niem Alana Turinga i dok­tora Doolit­tle’a. Nie sądzę, żebyś musiała się mar­twić o ich wyobraź­nię.

– Z całym sza­cun­kiem, Chri­sto­phe­rze, to naprawdę nie twoja sprawa – rzekł Mat­thew.

– Z całym sza­cun­kiem, Mat­thew, ale to kom­pletna bzdura – odpa­ro­wał Chris, pod­no­sząc głos. – Miriam i ja jeste­śmy ich rodzi­cami chrzest­nymi.

Tak jak i połowa rodziny. Tak czy ina­czej, Chris i Miriam przy­się­gli chro­nić nasze dzieci. Mieli prawo wyra­żać swoje zda­nie, jeśli cho­dziło o zapew­nie­nie im jak naj­lep­szej przy­szło­ści.

– Teraz nie prze­pro­wa­dzimy testów – uciął Mat­thew tonem suge­ru­ją­cym, żeby nie naci­skać. – Kiedy skoń­czą osiem­na­ście lat, same zade­cy­dują, czy chcą zostać obiek­tem badań.

– A Kon­gre­ga­cja zgo­dziła się na twój har­mo­no­gram? – zapy­tała Miriam. – Bo zga­dzam się z Chri­sem, że czas poznać prawdę.

Zamiast odpo­wie­dzieć Mat­thew upił łyk wina.

Tym­cza­sem moje spoj­rze­nie padło na stary barek, na któ­rym usta­wi­li­śmy rodzinne foto­gra­fie. Ysa­beau i Phi­lippe ze szczę­śli­wych cza­sów pod­czas olim­piady w Paryżu w roku tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym obok zdję­cia ze ślubu moich rodzi­ców. W tle widoczni byli moi dziad­ko­wie ze strony matki, pro­mie­nie­jący rado­ścią. Pho­ebe rzu­ca­jąca swój ślubny bukiet w tłum życz­li­wych osób zgro­ma­dzo­nych w ogro­dzie Freyji, a obok niej roze­śmiany Mar­cus. Stało tam rów­nież kilka foto­gra­fii Sary i Em, a także Jacka i Fer­nanda, uśmiech­nię­tych od ucha do ucha na por­tu­gal­skiej plaży. Bliź­nięta uchwy­cono w bez­tro­skich chwi­lach wcze­snego dzie­ciń­stwa: Pipa pod­czas pierw­szej jazdy trój­ko­ło­wym rower­kiem w cza­sie wycieczki na farmę, Bekkę i mnie bawiące się w kosi, kosi, łapci, Mat­thew czy­ta­ją­cego im bajkę na dobra­noc. Jedy­nym przed­sta­wi­cie­lem rodziny Proc­to­rów uwiecz­nio­nym na zdję­ciach był mój ojciec. Ni­gdy mi nie wyja­śnił, dla­czego jego rodzice nie poja­wili się na żad­nej ze ślub­nych foto­gra­fii, a ja zało­ży­łam, że umarli, zanim on i mama się pobrali. Kiedy byłam już na tyle duża, żeby zada­wać pyta­nia, on rów­nież już nie żył. Pra­ciotka Gwy­neth musiała wie­dzieć, gdzie mnie zna­leźć, lecz aż do tej pory się ze mną nie kon­tak­to­wała. Może nie była twór­czy­nią skom­pli­ko­wa­nego planu, któ­rego reali­za­cja naj­wy­raź­niej się zaczęła, ale odgry­wała w nim decy­du­jącą rolę.

– Gwy­neth Proc­tor jest klu­czem do wszyst­kiego – powie­dzia­łam bar­dziej do sie­bie. – Zna­cze­nie ma jej wia­do­mość. Wie­działa, że kruki tu lecą. Musiała też wie­dzieć o Kon­gre­ga­cji. Moja cio­teczna babka ma jesz­cze wię­cej rze­czy do ujaw­nie­nia, bo ina­czej nie zapra­sza­łaby mnie do Raven­swood.

– Krewna Proc­to­rów byłaby darem nie­bios z gene­tycz­nego punktu widze­nia – stwier­dził z pod­eks­cy­to­wa­niem Chris. – Jej krew mogłaby odpo­wie­dzieć na wiele pytań doty­czą­cych DNA dzieci.

– Nie teraz, Chri­sie. – Miriam poło­żyła mu rękę na kola­nie.

On jed­nak nie dał się uci­szyć.

– Wyniki rzu­ci­łyby świa­tło na nie­ja­sno­ści w geno­mie Diany, któ­rych na­dal nie rozu­miemy. – Chris był coraz bar­dziej pod­nie­cony per­spek­tywą jesz­cze więk­szych odkryć. – Gwy­neth nie może być jedyną Proc­tor w Ipswich. Musi być ich wię­cej. Mogę jechać z tobą?

Myśl o poja­wie­niu się w Raven­swood z wia­der­kiem patycz­ków do wyma­zów i Chri­sem Robert­sem była nie do znie­sie­nia.

– Nikt ze mną nie jedzie – powie­dzia­łam sta­now­czo. – Gwy­neth zapro­siła tylko mnie do Raven­swood. Cokol­wiek ma do powie­dze­nia, to sprawa rodzinna. Raczej nie zechce dzie­lić się nią z obcymi.

– Jedziemy z tobą do Ipswich – oznaj­mił Mat­thew.

Chris przy­bił mu piątkę.

– Ty nie – uciął Mat­thew, niwe­cząc jego nadzieje. – Tylko Rebecca, Phi­lip i ja. Ta rze­koma krewna może chce cię zwa­bić w pułapkę.

Rze­koma krewna? Pułapka?

– Nie ma żad­nego wiel­kiego spi­sku istot pod­szy­wa­ją­cych się pod człon­ków mojej rodziny – odpar­łam pierw­szą z absur­dal­nych uwag Mat­thew. – Gwy­neth Proc­tor musi mieć ponad dzie­więć­dzie­siąt lat. Wąt­pię, żeby roz­sy­pała worek okrusz­ków chleba mię­dzy Con­nec­ti­cut a Mas­sa­chu­setts, żeby zło­wić mnie w sieć.

Sądząc po wyra­zie jego twa­rzy, Mat­thew nie wyklu­czał żad­nego pod­stępu ze strony Gwy­neth Proc­tor. Powstrzy­ma­łam się od kąśli­wej ripo­sty.

– Musisz posta­wić bliź­nięta na pierw­szym miej­scu, Mat­thew – powie­dzia­łam zde­cy­do­wa­nym tonem. – A jeśli nie chcesz jechać do Anglii beze mnie, to ozna­cza, że zosta­niesz tutaj, w New Haven. Dzieci nie powinny zbli­żać się do Raven­swood, dopóki nie dowiemy się cze­goś wię­cej.

– Ona ma rację, Mat­thew. – Miriam oka­zała się nie­ocze­ki­waną, ale mile widzianą sojusz­niczką.

– Moja nie­obec­ność nie potrwa długo – doda­łam łagod­niej. – Naj­wy­żej kilka dni.

– Dobrze. – Mat­thew nie­chęt­nie ustą­pił. – Zostanę tu z dziećmi, a ty prze­słu­chasz Gwy­neth Proc­tor.

Mówił o rodzin­nym spo­tka­niu jak o ope­ra­cji woj­sko­wej.

– Ale musisz mi obie­cać, że wyje­dziesz natych­miast, jeśli poczu­jesz, że coś jest nie tak, i pozo­sta­niesz z nami w kon­tak­cie. Po twoim powro­cie zde­cy­du­jemy, co robimy z Kon­gre­ga­cją i naszymi pla­nami na lato.

Czas wra­cać do domu.

Dziwne zapro­sze­nie Gwy­neth krą­żyło mi po gło­wie. Nie wie­dzia­łam, dokąd zapro­wa­dzi mnie wybrana droga ani co zastanę na miej­scu, ale bar­dzo chcia­łam podą­żyć za tajem­ni­czym wędrow­cem w kape­lu­szu z pió­rami i w butach zapi­na­nych na sprzączki.

– Nie­długo wrócę – powtó­rzy­łam, żeby go uspo­koić. – Naj­da­lej w ponie­dzia­łek albo we wto­rek. Obie­cuję…

Mat­thew uci­szył mnie jed­nym spoj­rze­niem.

– Nie skła­daj obiet­nic, któ­rych możesz nie dotrzy­mać, moja lwico.

***

Tej nocy, pod ciem­nym księ­ży­cem, zło­ży­łam swoim cia­łem obiet­nice, któ­rych Mat­thew nie był skłonny – ani zdolny – uci­szyć. Każ­dym deli­kat­nym doty­kiem i muśnię­ciem ustami jego ciała obie­cy­wa­łam jesz­cze wię­cej.

Wię­cej zaży­ło­ści wol­nej od zbyt długo skry­wa­nych tajem­nic.

Wię­cej zaufa­nia wol­nego od stra­chu, który spra­wiał, że życie wyda­wało się nie do znie­sie­nia.

Wię­cej miło­ści, nie­wy­obra­żal­nie wię­cej miło­ści, by wypeł­nić wspólne dni, które nam pozo­stały.

Mat­thew odpo­wie­dział na moje obiet­nice wła­snymi. Że nawet głę­boko skry­wane sekrety nie zagrożą naszej miło­ści. Że nic nie jest nie­moż­liwe, o ile razem sta­wimy czoła wyzwa­niom. Że nic nie powstrzyma nas przed peł­nym wyko­rzy­sta­niem każ­dej chwili. Bez­k­się­ży­cowa noc otu­liła nas aksa­mi­tem, kiedy w końcu byli­śmy nasy­ceni i spo­kojni. Wtu­li­łam się w ramiona Mat­thew i wycią­gnę­łam wzdłuż jego ciała. Zna­jome linie koiły chło­dem, do któ­rego przy­wy­kłam, żyjąc z wam­pi­rem.

– Nie­długo wrócę – szep­nę­łam jesz­cze raz, cału­jąc miej­sce nad jego ser­cem.

Mat­thew nie powie­dział ani słowa, tylko przy­tu­lił mnie moc­niej, a ja zapa­dłam w sen pełen marzeń.

Rozdział 3

Znak na tra­sie nr 1, który prze­mknął za moim oknem, poka­zy­wał, że jestem sie­dem mil od Ipswich i tylko osiem mil od Salem. Cie­nie rzu­cane przez pętle, które kie­dyś wisiały na Gal­lows Hill, były tak dłu­gie, że czu­łam ich chłód.

Nie był to mój pierw­szy raz w Ipswich. Matka kie­dyś się uparła, żeby­śmy zatrzy­mali się tam w dro­dze na let­nie waka­cje w Maine i zje­dli sma­żone małże w legen­dar­nej restau­ra­cji Clam Box. Tata był wyjąt­kowo roz­draż­niony i nie prze­bie­rał w sło­wach pod­czas jazdy z Cam­bridge, ponie­waż wolał jak naj­szyb­ciej dotrzeć do małej chatki w East Booth­bay, z mini­malną liczbą przy­stan­ków na zakupy lodów i anty­ków. Sie­dzia­łam na zewnątrz przy stole pik­ni­ko­wym i popi­ja­łam mro­żony napój korzenny, pod­czas gdy oni odbie­rali jedze­nie w okienku. Ich pod­nie­sione głosy nio­sły się aż na par­king, a ja obla­łam się rumień­cem wstydu na myśl, że wszy­scy mogą usły­szeć ich kłót­nię.

Nie pamię­ta­łam, o co się kłó­cili, ale teraz zaczę­łam podej­rze­wać, że mogło to mieć coś wspól­nego z bli­sko­ścią rodziny taty.

Zje­cha­łam z głów­nej trasy na starą drogę z Tops­field do Ipswich, zosta­wia­jąc za sobą cen­tra han­dlowe, piz­ze­rie i sie­ciówki z pącz­kami.

Gdy ruch uliczny zmniej­szył się do mini­mum, oto­czyła mnie cisza, a neo­nowe reklamy skle­pów roz­ja­śnia­jące pół­nocne przed­mie­ścia Bostonu ustą­piły miej­sca roz­le­głym sta­rym posia­dło­ściom z zie­lo­nymi traw­ni­kami. Mija­nie osiem­na­sto­wiecz­nych domów, o świeżo nie­ska­zi­tel­nie poma­lo­wa­nych ścia­nach, i drew­nia­nych pło­tów było jak powrót do prze­szło­ści.

Wje­cha­łam do cen­trum Ipswich Mar­ket Street, jedną z głów­nych arte­rii mia­sta, i zapar­ko­wa­łam samo­chód na par­kingu przed dobrze pro­spe­ru­jącą kawiar­nią Spra­gniona Koza. Na zewnątrz, pod szyl­dem z wize­run­kiem kozy w sie­dem­na­sto­wiecz­nym stroju, prze­chy­la­ją­cej głowę do tyłu, by opróż­nić kie­lich, sto­liki oku­po­wała bar­dzo róż­no­rodna grupa miesz­kań­ców: młode matki z dziećmi w wóz­kach, popi­ja­jące latte, stare wilki mor­skie w kom­bi­ne­zo­nach i zno­szo­nych czap­kach base­bal­lo­wych, ści­ska­jące w rękach papie­rowe kubki z parzą­cym napo­jem i ludzie z lap­to­pami, stu­ka­jący w kla­wia­turę i sączący mokkę. Spra­gniona Koza ewi­dent­nie sta­no­wiła serce lokal­nej spo­łecz­no­ści.

Było to rów­nież ide­alne miej­sce, by zapy­tać o drogę do Raven­swood.

Cho­ciaż po opusz­cze­niu New Haven wpi­sa­łam kod pocz­towy Gwy­neth i nazwę mojego celu, nawi­ga­cja dopro­wa­dziła mnie do cen­trum mia­sta. Bez nazwy ulicy i numeru domu musia­łam pole­gać na wie­dzy miej­sco­wych, żeby zna­leźć ciotkę.

Wyłą­czy­łam sil­nik i wzię­łam torbę z fotela pasa­żera. Roz­pacz­li­wie potrze­bo­wa­łam gorą­cej her­baty, by nabrać odwagi przed pierw­szym spo­tka­niem z Gwy­neth Proc­tor.

Kiedy moje stopy dotknęły chod­nika, wyczu­łam w powie­trzu deli­katne mro­wie­nie, jakby tysiące cza­row­nic posłało mi całusy. Rozej­rza­łam się po tłu­mie, wypa­tru­jąc wśród wóz­ków dzie­cię­cych i cza­pek z dasz­kiem źró­dła tego sygnału ostrze­gaw­czego, ale nie mogłam go zlo­ka­li­zo­wać.

Moje zmy­sły były napięte do gra­nic, gdy weszłam do kawiarni. Było to wesołe miej­sce z wyso­kim bel­ko­wa­nym sufi­tem. Świeża biel kro­kwi cią­gnęła się w dół i na wyso­ko­ści krze­seł spo­ty­kała z czer­wie­nią paneli. Na ścia­nach wisiały prace lokal­nych arty­stów.

Przy­tulna atmos­fera zmie­niła się w chłodną, gdy poczu­łam na sobie spoj­rze­nie cza­row­nicy. Potem kolejne.

Za kawiar­nianą ladą stały dwie. Jedna miała nie­sforne czarne włosy upięte w kok i kol­czyk w nosie. Jej ramiona pokry­wały tatu­aże: księ­życ w nowiu, pióro sowy, ćma, karta tarota i wiele innych, czę­ściowo ukryte pod ręka­wem czar­nego T-shirtu. Na far­tu­chu było wyha­fto­wane imię – Ann – i kolo­rowy wize­ru­nek Arcy­ka­płanki z talii tarota Rider-Waite. Druga cza­row­nica ema­no­wała więk­szym chło­dem i nie­przy­stęp­no­ścią. Na far­tu­chu zoba­czy­łam imię Meg i Kró­lową Monet, a na pla­kietce napis: Komi­sja Kwa­li­fi­ka­cyjna Sabatu.

Nawet naj­bar­dziej tępi ludzie nie mogli nie zauwa­żyć, że to są cza­row­nice. Jakby na potwier­dze­nie, dostrze­głam jeden z pro­fe­sjo­nal­nych wło­skich eks­pre­sów do kawy, które tak uwiel­biał Mat­thew. Co prawda nie był to kocio­łek, ale był czarny i stał w widocz­nym miej­scu. Od czasu do czasu wydo­by­wała się z niego chmura pary. Na tabliczce przy­kle­jo­nej do urzą­dze­nia wid­niała infor­ma­cja: „Nie ser­wu­jemy cap­puc­cino pod­czas bal­sa­micz­nego księ­życa z powodu wahań napię­cia. Skargi pro­simy kie­ro­wać do sabatu w Tops­field”.

– W czym możemy pomóc? – Ann mówiła ener­gicz­nym tonem, sta­ran­nie kon­tro­lu­jąc swoją moc. Nie taką nie­okieł­znaną jak moc cza­row­nic żywio­łów z Lon­dyń­skiej Rady ani deli­katną i pre­cy­zyjną jak u tka­czy two­rzą­cych nowe zaklę­cia. Sko­ja­rzyła mi się z dobrze wytre­no­waną, magiczną łyż­wiarką, która cier­pli­wie rysuje na lodzie skromne figury obo­wiąz­kowe, by póź­niej z łatwo­ścią wyko­nać poczwórny skok.

Uśmiech­nę­łam się pro­mien­nie.

– Popro­szę gorącą her­batę z mle­kiem, bez cukru. Na wynos. – Byłam wdzięczna, że mojego zamó­wie­nia nie ogra­ni­czała faza księ­życa, bo nie mia­łam poję­cia, w jakiej obec­nie znaj­duje się nasz sate­lita.

– Naszą spe­cjal­no­ścią jest her­bata Napar Cza­row­nicy. Nie ma jej w menu, ale to ulu­biony napój w mia­steczku. – Meg uśmiech­nęła się sar­ka­stycz­nie, a jej spoj­rze­nie stało się bar­dziej inten­sywne. Miała dziwne, cęt­ko­wane oczy o róż­nych odcie­niach: zie­lo­nym jak szkło mor­skie i brą­zo­wym jak kora drzewa, mie­szanka wody i ziemi.

– Nie macie oka traszki? – zapy­ta­łam słod­kim tonem, szu­ka­jąc w tor­bie port­fela.

– Tylko w sor­be­cie – padła szybka odpo­wiedź z ust Ann.

– English Bre­ak­fast będzie w sam raz. – Nie dałam się wcią­gnąć w ich grę. Te dwie kobiety mogły sobie do woli stra­szyć tury­stów, któ­rzy przy­pad­kiem dotarli tutaj z pobli­skiego Salem, ale ja nie zamie­rza­łam ich do tego zachę­cać.

– Coś jesz­cze? – spy­tała Meg, podejrz­li­wie mru­żąc oczy.