70,00 zł
Jeszcze raz poddajcie się urokowi Diany i Matthew w oszałamiającej kulminacji opowieści zapoczątkowanej przez "Księgę czarownic" i "Cień nocy".
Świat czarownic, demonów i wampirów. Manuskrypt zawierający tajemnice ich przeszłości i klucz do przyszłości. Historia zakazanej miłości Diany i Matthew.
Po podróży w czasie w "Cieniu nocy", drugim tomie fascynującego cyklu Deborah Harkness, historyczka i czarownica Diana Bishop i naukowiec wampir Matthew Clairmont wracają do teraźniejszości, żeby stawić czoło nowemu kryzysowi i starym wrogom. W rodzinnym domu Matthew we Francji ponownie spotykają się ze swoimi rodzinami... z jednym smutnym wyjątkiem. Ale prawdziwe zagrożenie dla ich przyszłości dopiero ma się pojawić, a wtedy naglącą sprawą stają się poszukiwania nieuchwytnego rękopisu Ashmole 782 i jego brakujących stron. Korzystając ze starej wiedzy i współczesnej nauki, Diana i Matthew w końcu dowiadują się, co przed wiekami odkryły czarownice.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 734
Muchy nie mają dużo masy. Składają się głównie ze wspomnień i serca. Na jednej z okrągłych wież Sept-Tours Emily Mather przycisnęła przezroczystą rękę do piersi, którą nawet teraz dławił lęk.
Czy kiedyś będzie łatwiej? Jej głos był prawie niesłyszalny. Patrzenie? Czekanie? Wiedza?
Nie zauważyłem, odparł krótko Philippe de Clermont. Stał niedaleko i wpatrywał się w swoje równie przeświecające palce. Ze wszystkich rzeczy w byciu martwym, których nie lubił – tego, że nie może dotknąć żony Ysabeau, że nie czuje jej zapachu ani smaku, że nie ma mięśni, żeby stoczyć pojedynek – na szczycie listy znajdowała się niewidzialność. Ona wciąż mu przypominała, jaki się stał nieważny.
Emily wydłużyła się mina, a Philippe przeklął się w myślach. Odkąd czarownica umarła, była jego stałą towarzyszką, dzieliła jego samotność. Co sobie myślał, żeby warczeć na nią jak na służącą?
Może będzie łatwiej, kiedy już przestaną nas potrzebować, odezwał się Philippe łagodniejszym tonem. Może i był bardziej doświadczonym duchem, ale to Emily rozumiała metafizykę ich sytuacji. To, co mu powiedziała, zupełnie nie zgadzało się z tym, co on sam myślał o zaświatach. Sądził, że żywi widzą zmarłych, bo czegoś od nich potrzebują: pomocy, wybaczenia, odpłaty. Emily twierdziła, że to tylko ludzkie mity i że martwi mogą się ukazać żywym wyłącznie wtedy, kiedy ci odpuszczą i pójdą dalej.
Dzięki tej informacji łatwiej było mu znosić to, że Ysabeau go nie widzi. Ale niewiele łatwiej.
– Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć reakcję Em. – Ciepły alt Diany popłynął w stronę blanków. – Będzie taka zaskoczona.
Diana i Matthew, powiedzieli jednocześnie Emily i Philippe, zerkając w dół na brukowany dziedziniec otaczający château.
Tam. Philippe wskazał na podjazd. Nawet martwy zachował wzrok wampira, ostrzejszy niż ludzki. Z szerokimi ramionami i szatańskim uśmiechem nadal był aż nazbyt przystojnym mężczyzną. Spojrzał z tym właśnie uśmiechem na Emily, a ona nie mogła się powstrzymać; musiała go odwzajemnić. Są piękną parą, prawda? Spójrz, jak zmienił się mój syn.
Wampiry nie powinny się zmieniać wraz z mijającym czasem, dlatego Emily spodziewała się, że zobaczy te same ciemne włosy, czarne z granatowym połyskiem; te same zmienne szaro-zielone oczy, chłodne jak zimowe morze; tą samą bladą skórę i duże usta. Ale podobnie jak Philippe ona też zauważyła kilka subtelnych różnic. Włosy Matthew były krótsze, a z brodą wyglądał jeszcze groźniej niż zwykle, jak pirat. Emily wydała stłumiony okrzyk zaskoczenia.
Czy Matthew jest… większy?
Tak. Podtuczyłem go, kiedy on i Diana byli tutaj w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym. Przez książki robi się miękki. Musi więcej walczyć, a mniej czytać. Philippe zawsze uważał, że istnieje coś takiego jak nadmiar edukacji. Matthew był na to żywym dowodem.
Diana też wygląda inaczej. Bardziej jak jej matka z tymi długimi miedzianymi włosami, stwierdziła Em, odnotowując najbardziej widoczną zmianę u swojej siostrzenicy.
Diana potknęła się na bruku, a Matthew natychmiast wyciągnął rękę, żeby ją przytrzymać. Kiedyś Em uważała jego nadopiekuńczość za przejaw zaborczości charakterystycznej dla wampirów. Teraz, z nowej perspektywy, zrozumiała, że on po prostu dzięki nadnaturalnej spostrzegawczości widział najdrobniejszą zmianę wyrazu twarzy i nastroju Diany, każdą oznakę zmęczenia czy głodu. Jednakże dzisiaj jego troska wydawała się zwielokrotniona.
Zmieniły się nie tylko jej włosy. Na twarzy Philippe’a odmalowało się zdumienie. Diana nosi dziecko… dziecko Matthew.
Emily uważniej przyjrzała się siostrzenicy, korzystając z większej wnikliwości, którą dała jej śmierć. Philippe miał rację, częściowo. Chciałeś powiedzieć: „dzieci”. Diana będzie miała bliźnięta.
Bliźnięta, powtórzył z zachwytem Philippe. Jego wzrok przyciągnęła żona. Spójrz, tam są Ysabeau, Sara, Sophie i Margaret.
Co się teraz stanie, Philippie? Serce Emily ściskał coraz większy lęk.
Końce. Początki. Philippe celowo mówił niejasno. Zmiana.
Diana nigdy nie lubiła zmian, stwierdziła Emily.
To dlatego, że boi się tego, czym musi się stać, odparł Philippe.
***
Marcus Whitmore widział wiele okropności od tamtej nocy w roku 1781, kiedy Mathew de Clermont uczynił go wampirem. Ale żadna nie przygotowała go na dzisiejszą próbę: poinformowanie Diany Bishop, że jej ukochana ciocia Emily Mather nie żyje.
Marcus odebrał telefon od Ysabeau, kiedy razem z Nathanielem Wilsonem oglądali w rodzinnej bibliotece wiadomości telewizyjne. Żona Nathaniela Sophie i ich córka Margaret drzemały na kanapie.
– Świątynia – rzuciła naglącym tonem Ysabeau. – Przyjdź. Natychmiast.
Marcus bez pytania posłuchał babki. W drodze do drzwi zatrzymał się tylko po to, żeby zawołać swojego kuzyna Gallowglassa i ciotkę Verin.
W letnim przedwieczornym świetle dotarł do polany na szczycie wzgórza, rozjaśnionej przez nadprzyrodzony blask, który przesączał się między drzewami. Od wiszącej w powietrzu magii Marcusowi zjeżyły się włosy.
Potem wyczuł obecność wampira Gerberta z Aurillac. I jeszcze kogoś. Czarownicy.
Lekkie, zdecydowane kroki rozbrzmiały na korytarzu, przenosząc Marcusa z powrotem do teraźniejszości. Ciężkie drzwi otworzyły się ze skrzypieniem.
– Cześć, kochanie.
Marcus odwrócił wzrok od krajobrazu Owernii i wziął głęboki wdech. Zapach Phoebe Taylor przypominał mu gęstwinę bzów, które rosły przed czerwonymi drzwiami jego rodzinnej farmy. Delikatny, ale zdecydowany aromat zapowiadał wiosnę po długiej zimie Massachusetts i zawsze przywoływał obraz jego od dawna nieżyjącej matki i jej wyrozumiałego uśmiechu. Teraz kojarzył mu się jedynie ze stojącą przed nim drobną kobietą o żelaznej woli.
– Wszystko będzie dobrze. – Phoebe poprawiła mu kołnierzyk. Jej oliwkowe oczy były pełne troski.
Przerzucił się na bardziej oficjalne ubrania niż T-shirty mniej więcej w tym czasie, kiedy zaczął podpisywać listy imieniem i nazwiskiem Marcus de Clermont zamiast Marcus Whitmore, pod którym to nazwiskiem znała go Phoebe, zanim opowiedział jej o wampirach, ojcach liczących sobie tysiąc pięćset lat, francuskim zamku pełnym groźnych krewnych i o czarownicy Dianie Bishop. Według Marcusa z cudem graniczyło to, że dziewczyna z nim została.
– Nie będzie. – Marcus pocałował ją w dłoń. Phoebe jeszcze nie poznała Matthew. – Zostań tu z Nathanielem i resztą. Proszę.
– Mówię ci po raz ostatni, Marcusie Whitmore, że będę stała u twojego boku, kiedy będziesz witał swojego ojca i jego żonę. Nie wierzę, że nadal musimy o tym dyskutować. – Phoebe wyciągnęła do niego rękę. – Idziemy?
Marcus ujął jej dłoń, ale zamiast ruszyć do drzwi, tak jak narzeczona się spodziewała, przyciągnął ją do siebie. Phoebe popatrzyła na niego zaskoczona, z jedną ręką w jego dłoni, drugą przyciśniętą do jego serca.
– Dobrze. Ale jeśli ze mną pójdziesz, musisz spełnić pewne warunki. Po pierwsze, przez cały czas będziesz ze mną albo z Ysabeau.
Phoebe otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale uciszyło ją poważne spojrzenie Marcusa.
– Po drugie, jeśli każę ci wyjść z pokoju, zrobisz to. Bez zwłoki. Bez pytań. Idź prosto do Fernanda. On będzie w kaplicy albo w kuchni. – Marcus przyjrzał się jej twarzy i zobaczył na niej niepewność, ale też akceptację. – Po trzecie, pod żadnym pozorem nie znajdziesz się w zasięgu ręki mojego ojca. Zgoda?
Phoebe pokiwała głową. Jako dobra dyplomatka była gotowa przestrzegać jego zasad… na razie. Jednakże jeśli ojciec Marcusa okaże się takim potworem, za jakiego uważano go w tym domu, ona zrobi to, co musi.
***
Fernando Gonçalves wylał ubite jajka na gorącą patelnię, pokrywając nimi smażone ziemniaki. Jego tortilla espańola była jedną z niewielu potraw, którą jadała Sarah Bishop, a akurat dzisiaj wdowa potrzebowała sił.
Gallowglass siedział przy kuchennym stole i wydłubywał krople wosku z pęknięć w starych deskach. Z blond włosami sięgającymi do kołnierza i muskularną budową wyglądał jak ponury niedźwiedź. Jego przedramiona i bicepsy pokrywały kolorowe zawijasy tatuaży. Ich tematyka stanowiła odbicie tego, co Gallowglass myślał w momencie ich robienia, ponieważ na wampirze tatuaże utrzymywały się przez zaledwie kilka miesięcy. Teraz wielkolud najwyraźniej myślał o swoich korzeniach, bo jego ręce były pokryte celtyckimi węzłami, runami i baśniowymi stworzeniami z norweskich i gaelickich mitów i legend.
– Przestań się martwić. – Głos Fernanda był ciepły i dojrzały jak sherry starzone w dębowych beczkach.
Gallowglass podniósł na chwilę wzrok i wrócił do swojego zajęcia.
– Nikt nie przeszkodzi Matthew w tym, co on musi zrobić. Pomszczenie śmierci Emily to sprawa honoru.
Fernando wyłączył kuchenkę i podszedł do stołu, sunąc bezszelestnie bosymi stopami po kamiennej podłodze. Idąc, odwinął rękawy białej koszuli, nieskazitelnie czystej mimo godzin spędzonych tego dnia w kuchni. Wepchnął koszulę za pasek dżinsów i przeczesał palcami ciemne falujące włosy.
– Marcus spróbuje wziąć na siebie winę, przecież wiesz – stwierdził Gallowglass. – Ale śmierć Emily to nie wina chłopaka.
Scena, którą ujrzał na górze, była dziwnie spokojna, zważywszy na okoliczności. Gallowglass przybył do świątyni chwilę po Marcusie. Zastał tam tylko ciszę i Emily Mather klęczącą w kręgu wytyczonym przez jasne kamienie. Za nią stał czarownik Peter Knox z rękami na jej głowie i wyrazem oczekiwania – nawet głodu – na twarzy. Gerbert z Aurillac, wampir i najbliższy sąsiad de Clermontów, przyglądał się im z zainteresowaniem.
– Emily! – Udręczony krzyk Sarah przeszył powietrze z taką siłą, że nawet Gerbert cofnął się o krok.
Zaskoczony czarownik puścił Emily Mather, a ona osunęła się na ziemię nieprzytomna. Sarah zaatakowała Knoksa tak potężnym zaklęciem, że ten przeleciał przez całą polanę.
– Nie, Marcus jej nie zabił – powiedział Fernando. – Ale jego zaniedbanie…
– Brak doświadczenia – przerwał mu Gallowglass.
– Zaniedbanie – powtórzył Gonçalves – odegrało rolę w tej tragedii. Marcus o tym wie i bierze na siebie odpowiedzialność.
– Marcus nie prosił o przywództwo – zagrzmiał Gallowglass.
– Nie. Ja wyznaczyłem go na to stanowisko, a Matthew zgodził się, że to słuszna decyzja. – Fernando krótko uścisnął ramię olbrzyma i wrócił do kuchenki.
– To dlatego przyjechałeś? Bo czułeś się winny, że odmówiłeś kierowania zakonem, kiedy Matthew poprosił cię o pomoc?
Nikt bardziej od Gallowglassa nie był zaskoczony, kiedy Fernando zjawił się w Sept-Tours. Gonçalves unikał tego miejsca, odkąd ojciec Gallowglassa Hugh de Clermont umarł w czternastym wieku.
– Jestem tutaj, bo Matthew był przy mnie, kiedy francuski król kazał stracić Hugh. – Zostałem wtedy sam na całym świecie, nie licząc mojej żałoby. – Głos Fernanda był szorstki. – A odmówiłem dowodzenia Rycerzami Świętego Łazarza, bo nie jestem de Clermontem.
– Byłeś partnerem mojego ojca! – zaprotestował Gallowglass. – Jesteś tak samo de Clermontem jak Ysabeau albo jej dzieci!
Fernando starannie zamknął drzwi piekarnika.
– Jestem partnerem Hugh – oświadczył nadal odwrócony plecami do stołu. – Twój ojciec nigdy nie będzie dla mnie przeszłością.
– Przepraszam – powiedział ze smutkiem Gallowglass. Choć Hugh nie żył od prawie siedmiu wieków, Fernando nigdy nie przebolał straty. A on wątpił, czy to kiedykolwiek się stanie.
– A jeśli chodzi o to, czy jestem de Clermontem – ciągnął Fernando, wpatrując się w ścianę nad kuchenką – Philippe się na to nie zgadzał.
Gallowglass znowu zaczął nerwowo wyskubywać wosk ze szpar. Fernando nalał dwa kieliszki czerwonego wina i zaniósł je do stołu.
– Proszę. – Wręczył jeden pasierbowi. – Ty też będziesz dzisiaj potrzebował sił.
W tym momencie do kuchni wpadła Marthe. Gospodyni Ysabeau rządziła tą częścią château i nie była zadowolona, że widzi w niej intruzów. Posławszy Fernandowi i Galloglassowi kwaśne spojrzenie, pociągnęła nosem i otworzyła piekarnik.
– To moja najlepsza brytfanna! – rzuciła oskarżycielskim tonem.
– Wiem – powiedział Fernando i napił się wina. – Dlatego jej używam.
– Pańskie miejsce nie jest w kuchni, dom Fernando. Proszę iść na górę i zabrać ze sobą Gallowglassa.
Marthe sięgnęła do półki nad zlewem po paczkę herbaty. I wtedy zobaczyła imbryk owinięty w ścierkę, stojący na tacy obok filiżanek, spodków, mleka i cukru. Mars na jej twarzy się pogłębił.
– Co jest nie w porządku w mojej obecności tutaj? – zapytał Fernando.
– Nie jest pan służącym – odparła Marthe. Zdjęła pokrywkę z imbryka i podejrzliwie powąchała zawartość.
– Ulubiona Diany. Mówiłaś mi, co ona lubi, pamiętasz? – Fernando uśmiechnął się ze smutkiem. – I wszyscy w tym domu służą de Clermontom, Marthe. Jedyna różnica polega na tym, że ty, Alain i Victoire dostajecie za to sowitą zapłatę. Reszta z nas ma być wdzięczna za ten przywilej.
– I nie bez powodu. Inni manjasang marzą o tym, żeby być częścią tej rodziny. Proszę pamiętać o tym na przyszłość, dom Fernando. – Marthe położyła nacisk na jego wielkopański tytuł. Wzięła tacę. – I o cytrynie. A przy okazji, jajka się palą.
Gonçalves skoczył im na ratunek.
– Jeśli chodzi o ciebie – Marthe wbiła wzrok w Gallowglassa – nie powiedziałeś nam o Matthew i jego żonie tego, co powinieneś.
Gallowglass wpatrywał się ze skruszoną miną w swoje wino.
– Twoja babka później się z tobą policzy. – Po tej mrożącej krew w żyłach zapowiedzi Marthe wymaszerowała z kuchni.
– Co znowu zrobiłeś? – zapytał Fernando, stawiając na kuchence tortillę, jeszcze nie spaloną, Alhamdullillah. Doświadczenie nauczyło go, że cokolwiek nabroił Gallowglass, miał dobre intencje i całkowitą pogardę dla możliwych konsekwencji.
– Nooo… – Gallowglass przeciągnął samogłoskę, jak to tylko Szkot potrafi – być może pominąłem w opowieści jedną czy dwie rzeczy.
– Na przykład? – naciskał Fernando, wyczuwając pośród domowych kuchennych zapachów woń katastrofy.
– Na przykład to, że cioteczka jest w ciąży… i to z nikim innym jak z Matthew. I że dziadek ją adoptował. Panie, jego przysięga krwi była ogłuszająca. – Gallowglass się zamyślił. – Myślisz, że nadal będziemy mogli ją usłyszeć?
Fernando stał z rozdziawionymi ustami.
– Nie patrz tak na mnie. Podzielenie się nowiną o dziecku wydawało mi się niewłaściwe. Kobiety potrafią być dziwne w takich sprawach. A Philippe przed śmiercią powiedział cioteczce Vertin o przysiędze krwi i ona też nie pisnęła o tym słowa od tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego!
Powietrze rozdarł huk, jakby zdetonowano niewielką bombę. Coś zielonego i ognistorudego przemknęło za kuchennym oknem.
– Co to było, do diabła? – Fernando gwałtownie otworzył drzwi i osłonił oczy przed jasnym blaskiem słońca.
– Pewnie wkurzona wiedźma. – Ton Gallowglasa był posępny. – Sarah musiała powiedzieć Dianie i Matthew o Emily.
– Nie eksplozja, tylko to! – Fernando wskazał na dzwonnicę w Saint-Lucien.
Okrążała ją skrzydlata dwunożna istota ziejąca ogniem. Gallowglass wstał, żeby lepiej się przyjrzeć.
– To Corra – powiedział rzeczowym tonem. – Ona jest zawsze tam, gdzie cioteczka.
– Ale to przecież smok. – Fernando spojrzał na pasierba dzikim wzrokiem.
– To żaden smok. Nie widzisz, że ma tylko dwie nogi? Corra to smok ognisty. – Gallowglass wykręcił ramię, żeby zademonstrować tatuaż ze skrzydlatą istotą, która bardzo przypominała latającą bestię. – Właśnie taki. Mogłem pominąć ze dwa szczegóły, ale ostrzegałem wszystkich, że cioteczka Diana nie będzie taką samą czarownicą jak wcześniej.
***
– To prawda, skarbie. Em nie żyje.
Stres związany z wyznaniem prawdy Dianie i Matthew najwyraźniej okazał się dla niej zbyt silny. Sarah mogłaby przysiąc, że widzi smoka. Fernando miał rację. Powinna ograniczyć whiskey.
– Nie wierzę ci. – Głos Diany był piskliwy i ostry.
Przeszukała salon Ysabeau, jakby się spodziewała, że znajdzie Emily ukrytą za jedną z ozdobnych sof.
– Emily nie ma. – Ściszony głos Matthew był pełen żalu i czułości. – Odeszła.
– Nie. – Diana próbowała go ominąć, ale on chwycił ją w ramiona i przytulił.
– Tak mi przykro, Sarah – powiedział.
– Nie mów, że ci przykro! – krzyknęła Diana, próbując się uwolnić z silnego uścisku. Zabębniła pięścią w ramię męża. – Em żyje! To koszmar. Obudź mnie, Matthew, proszę! Chcę się obudzić w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym pierwszym.
– To nie jest koszmar – Długie, samotne tygodnie uświadomiły Sarah, że śmierć Em to straszna prawda.
– Więc wybrałam niewłaściwy zakręt… albo zawiązałam zły węzeł w zaklęciu. Nie tutaj mieliśmy trafić! – Diana cała się trzęsła z żalu i szoku. – Em obiecała, że nigdy nie odejdzie bez pożegnania.
– Em nie miała czasu się pożegnać… z nikim. Ale to nie znaczy, że cię nie kochała. – Sarah przypominała to sobie setki razy w ciągu dnia.
– Diana powinna usiąść – stwierdził Marcus, przyciągając krzesło.
Syn Matthew teraz też wyglądał jak dwudziestoparoletni surfer, który zeszłej jesieni w październiku zjawił się w domu Bishopów. Skórzany rzemyk z dziwną kolekcją przedmiotów zbieranych przez stulecia nadal wisiał na jego szyi wplątany w blond włosy. Na stopach Marcus miał ulubione converse’y. Nowy był jedynie smutny, pełen rezerwy wyraz jego oczu.
Sarah była wdzięczna za obecność Marcusa i Ysabeau, ale osobą, którą naprawdę pragnęła mieć w tej chwili przy sobie, był Fernando. W tym trudnym okresie okazał się dla niej opoką.
– Dziękuję, Marcusie – powiedział Matthew, sadzając żonę na krześle.
Phoebe próbowała wcisnąć jej do ręki szklankę wody. Kiedy Diana spojrzała na nią pustym wzrokiem, Matthew wziął naczynie i postawił je na stole.
Wszyscy patrzyli na wdowę.
Sarah nie czuła się pewnie w takich sytuacjach. To Diana była w rodzinie historyczką. Wiedziała, od czego zacząć i jak uporządkować ciąg zagmatwanych wydarzeń w spójną opowieść ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem, może nawet z wiarygodnym wytłumaczeniem, dlaczego Emily umarła.
– Nie ma łatwego sposobu, by to opowiedzieć – zaczęła Sarah.
– Nic nie musisz nam mówić – odezwał się Matthew z oczami pełnymi współczucia. – Wyjaśnienia mogą poczekać.
– Nie. Oboje musicie wiedzieć. – Sarah sięgnęła po szklaneczkę whiskey, którą zwykle miała pod ręką. Teraz jej nie znalazła. Z niemą prośbą spojrzała na Marcusa.
– Emily umarła w starej świątyni – powiedział Marcus, biorąc na siebie trudne zadanie.
– Tej poświęconej bogini? – zapytała szeptem Diana, marszcząc w skupieniu czoło.
– Tak. – Sarah zakaszlała, żeby usunąć gulę z gardła. – Emily spędzała tam ostatnio coraz więcej czasu.
– Była sama? – Wyraz twarzy Matthew już nie był ciepły i pełen zrozumienia. Jego głos stał się lodowaty.
W pokoju zapadła cisza, tym razem ciężka i niezręczna.
– Emily nie pozwalała nikomu ze sobą chodzić – wyjaśniła Sarah, stawiając na szczerość. Gdyby minęła się z prawdą, Diana od razu by się zorientowała. Też była czarownicą. – Marcus próbował ją przekonać, żeby kogoś ze sobą zabierała, ale Emily odmawiała.
– Dlaczego chciała być sama? – spytała Diana, widząc niepokój ciotki. – Co się działo, Sarah!
– Od stycznia Em zwracała się ku wyższej magii. – Sarah odwróciła wzrok od wstrząśniętej siostrzenicy. – Miała straszne przeczucia śmierci i nieszczęścia. Chciała je zrozumieć.
– Ale Em zawsze mówiła, że wyższa magia jest zbyt mroczna, żeby czarownice mogły bezpiecznie się nią posługiwać – powiedziała Diana silniejszym głosem. – Mówiła, że czarownica, która uważa, że jest odporna na zagrożenia, przekona się boleśnie, jak potężne są te moce.
– Mówiła z doświadczenia – potwierdziła Sarah. – Ta magia potrafi uzależniać. Ona poznała jej atrakcyjność, ale nie chciała, żebyś o tym wiedziała, skarbie. Od dziesięcioleci nie dotknęła kamienia do wróżb ani nie próbowała wzywać duchów.
– Wzywać duchów? – Matthew zmrużył oczy. Z ciemną brodą wyglądał naprawdę groźnie.
– Myślę, że próbowała wezwać Rebeccę. Gdybym zdawała sobie sprawę, jak daleko posunęła się w tych swoich próbach, starałabym się ją powstrzymać. – Oczy Sarah wypełniły się łzami. – Peter Knox musiał wyczuć moc Emily, a wyższa magia zawsze go fascynowała. Gdy ją znalazł…
– Knox? – powtórzył Matthew cicho, a Sarah zjeżyły się włoski na karku.
– Kiedy ją znaleźliśmy, Knox i Gerbert też tam byli – wyjaśnił Marcus z nieszczęśliwą miną. – Em dostała ataku serca. Musiała być w ogromnym stresie, kiedy próbowała stawić opór Knoksowi. Była ledwo przytomna. Próbowałem ją reanimować. Sarah również. Ale nic nie mogliśmy już zrobić.
– Dlaczego Knox i Gerbert tam byli?! – krzyknęła Diana. – I co, u licha, Knox chciał uzyskać, zabijając Em?
– Nie sądzę, żeby Knox chciał ją zabić, kochanie – powiedziała Sarah. – Czytał w jej myślach albo usiłował to zrobić. Jej ostatnie słowa brzmiały: „Znam tajemnicę Ashmole’a nr 782, a ty nigdy jej nie poznasz”.
– Ashmole’a nr 782? – Diana osłupiała. – Jesteś pewna?
– Tak. – Sarah żałowała, że siostrzenica znalazła ten rękopis w Bibliotece Bodlejańskiej. Właśnie on był powodem większości ich obecnych problemów.
– Knox twierdził, że de Clermontowie mają brakujące strony manuskryptu i znają jego sekrety – odezwała się Ysabeau. – Verin i ja mówiłyśmy mu, że się myli, ale jedyne, co odciągało go od tego tematu, to dziecko. Margaret.
– Nathaniel i Sophie poszli za nami do świątyni – wyjaśnił Marcus w odpowiedzi na zdumione spojrzenie Matthew. – Margaret była z nimi. Zanim Emily upadła nieprzytomna, Knox zobaczył Margaret i zapytał, jakim cudem dwa demony spłodziły czarownicę. Powołał się na przymierze. Zagroził, że Kongregacja przeprowadzi śledztwo, czy nie doszło, jak to określił, do „poważnego naruszenia prawa”. Gdy my próbowaliśmy ocucić Emily i zabrać dziecko w bezpieczne miejsce, Gerbert i Knox się wymknęli.
Do niedawna Sarah zawsze uważała Kongregację i przymierze za zło konieczne. Nie było łatwo trzem gatunkom z innego świata – demonom, wampirom i czarownikom – żyć wśród ludzi. Wszystkie one w którymś momencie historii padały ofiarą ludzkiego strachu i przemocy, więc już dawno temu zgodziły się na przymierze w celu zminimalizowania ryzyka, że ich świat przyciągnie niepotrzebną uwagę. Ograniczało ono bratanie się gatunków, a także udział w ludzkiej polityce czy religii. Dziewięcioosobowa Kongregacja wprowadziła te ustalenia w życie i pilnowała, żeby byty ich przestrzegały. Teraz, kiedy Diana i Matthew wrócili do domu, Kongregacja mogła iść do diabła i zabrać ze sobą swoje przymierze, jeśli chodzi o Sarah.
Diana odwróciła głowę, a po jej twarzy przemknął wyraz niedowierzania.
– Gallowglass? – wyszeptała, czując w salonie zapach morza.
– Witaj w domu, cioteczko.
Złota broda zalśniła w blasku słońca. Diana przez chwilę ze zdumieniem patrzyła na wielkoluda, potem wyrwał się jej szloch.
– No, no! – Gallowglass porwał ją w niedźwiedzi uścisk. – Minęło trochę czasu od chwili gdy mój widok doprowadził kobietę do łez. Poza tym to ja powinienem płakać. Jeśli chodzi o ciebie, rozmawialiśmy zaledwie parę dni temu, a dla mnie minęły wieki.
Wokół Diany zamigotał tajemniczy blask, jakby powoli rozpalającej się świecy. Sarah zamrugała. Naprawdę będzie musiała odstawić alkohol.
Matthew i jego bratanek wymienili spojrzenia. Kiedy łzy Diany popłynęły większym strumieniem, a blask wokół niej stał się intensywniejszy, na twarzy jej męża odmalowała się jeszcze większa troska.
– Niech Matthew zabierze cię na górę. – Gallowglass sięgnął do kieszeni i wyjął z niej pogniecioną żółtą bandanę. Podał ją Dianie.
– Wszystko z nią dobrze? – zaniepokoiła się Sarah.
– Jest trochę zmęczona – odparł Gallowglass, prowadząc razem z Matthew Dianę do pokoju w odległej wieży.
Gdy wszyscy troje wyszli, Sarah straciła resztki kruchego opanowania i zaczęła płakać. Codziennie wciąż na nowo przeżywała śmierć Em, ale rozmowa z Dianą okazała się jeszcze bardziej bolesna. Fernando zbliżył się do niej z zatroskaną miną, przytulił ją i powiedział cicho:
– Wszystko w porządku, Sarah. Wyrzuć to z siebie.
– Gdzie byłeś, kiedy cię potrzebowałam? – zapytała Sarah, szlochając głośno.
– Teraz jestem. – Fernando zaczął kołysać ją delikatnie. – A Diana i Matthew wrócili bezpiecznie do domu.
***
– Nie mogę przestać się trząść. – Dianie szczękały zęby, a nogi i ręce dygotały, jakby pociągały je niewidzialne sznurki.
Gallowglass zacisnął usta i odsunął się na bok, kiedy jego stryj otulał żonę kocem i masował jej ramiona.
– To szok, mon coeur – powiedział cicho Matthew, całując ją w policzek. Nie chodziło tylko o śmierć Emily, ale również o wspomnienie wcześniejszej, traumatycznej utraty rodziców. – Możesz przynieść trochę wina, Gallowglassie?
– Nie powinnam. – Wyraz twarzy Diany zmienił się raptownie, wróciły łzy. – Dzieci… Nigdy nie poznają Em. Nasze dzieci będą dorastać, nie znając Em.
– Proszę. – Gallowglass podał stryjowi srebrną piersiówkę.
Matthew spojrzał na niego z wdzięcznością.
– Jeszcze lepiej – powiedział, wyjmując korek. – Tylko łyk, Diano. Nie zaszkodzi bliźniętom, a pomoże ci się uspokoić. Każę Marthe przynieść czarną herbatę z dużą ilością cukru.
– Zabiję Petera Knoksa – rzuciła gwałtownie Diana, kiedy wypiła odrobinę whiskey. Blask wokół niej pojaśniał.
– Nie dzisiaj – uciął twardo Matthew, oddając piersiówkę bratankowi.
– Czy glaem cioteczki jest taki jasny, odkąd wróciliście? – Gallowglass wprawdzie nie widział Diany Bishop od 1591 roku, ale nie pamiętał, żeby wtedy ten blask był tak zauważalny.
– Tak, ale nosiła czar maskujący. Szok musiał go osłabić. – Matthew posadził żonę na kanapie. – Diana chciała, żeby Emily i Sarah cieszyły się tym, że zostaną babciami, nim zaczną wypytywać o jej większą moc.
Gallowglass zmełł w ustach przekleństwo.
– Lepiej? – zapytał Matthew, muskając wargami palce żony.
Diana pokiwała głową, choć zęby nadal jej szczękały. Gallowglass cierpiał na samą myśl, ile wysiłku musi ją kosztować panowanie nad sobą.
– Tak mi przykro z powodu Emily – powiedział Matthew, ujmując w dłonie twarz żony.
– Czy to nasza wina? Zostaliśmy w przeszłości zbyt długo, tak jak uważał tata? – Diana mówiła tak cicho, że nawet Gallowglass z trudem ją słyszał.
– Oczywiście, że nie – rzucił szorstko. – Zrobił to Peter Knox. Nikogo innego nie można obwiniać.
– Nie martwmy się tym, kogo obwiniać – rzekł Matthew, ale jego spojrzenie było gniewne.
Gallowglass pokiwał głową. Wiedział, że jego stryj będzie miał dużo do powiedzenia o Knoksie i Gerbercie… później. Teraz troszczył się o żonę.
– Emily chciałaby, żebyś skupiła się na sobie i Sarah. Na razie to wystarczy. – Matthew odgarnął miedziane pasma przyklejone do mokrych od łez policzków.
– Powinnam zejść na dół – stwierdziła Diana, przykładając do oczu żółtą bandanę Gallowglassa. – Sarah mnie potrzebuje.
– Zostańmy tu jeszcze trochę. Poczekajmy, aż Marthe przyniesie herbatę. – Matthew usiadł obok żony.
Diana oparła się o niego. Jej oddech był urywany, kiedy próbowała powstrzymywać łzy.
– Zostawiam was – mruknął Gallowglass.
Matthew skinął mu głową w niemym podziękowaniu.
– Dziękuję, Gallowglassie – powiedziała Diana, oddając mu bandanę.
– Zatrzymaj ją.
Wielkolud ruszył w stronę schodów.
– Jesteśmy sami – powiedział Matthew. – Teraz już nie musisz być silna.
Gallowglass zostawił stryja i jego żonę splecionych ze sobą w objęciach, z twarzami wykrzywionymi z bólu i smutku, dodających sobie nawzajem otuchy, której oddzielnie by nie znaleźli.
***
Nie powinnam cię tu wzywać. Trzeba było znaleźć inny sposób, żeby uzyskać odpowiedzi. Emily odwróciła się do najlepszej przyjaciółki. Powinnaś być ze Stephenem.
Wolę być tutaj z córką niż gdzie indziej, odparła Rebecca Bishop. Stephen rozumie. Spojrzała na Dianę i Matthew, nadal smutnych i splecionych w objęciach.
Nie bój się. Matthew się nią zaopiekuje. Philippe nadal próbował rozgryźć Rebeccę Bishop, która okazała się istotą bardzo trudną i równie wprawną w strzeżeniu tajemnic jak wampiry.
Nawzajem o siebie się zatroszczą, stwierdziła Rebecca, trzymając rękę na sercu. Wiedziałam, że tak będzie.
Matthew popędził w dół krętymi schodami łączącymi jego pokoje na wieży z głównym piętrem château Sept-Tours. Ominął śliskie miejsce na trzynastym stopniu i szorstkie na siedemnastym, którego brzeg Baldwin wyszczerbił w czasie jednej z ich bijatyk.
Matthew zbudował wieżę jako swoją prywatną kryjówkę, z dala od wiecznego zamieszania i krzątaniny w części Philippe’a i Ysabeau. Rodziny wampirów były duże i hałaśliwe, z dwiema albo trzema liniami rodu starającymi się żyć razem jak jedno szczęśliwe stado. Coś takiego rzadko się zdarzało wśród drapieżników, nawet tych chodzących na dwóch nogach i mieszkających w pięknych domach. W rezultacie baszta Matthew została pierwotnie zaprojektowana do obrony. Nie miała drzwi tłumiących ciche kroki wampira ani drugiego wejścia. Te przezorne rozwiązania wiele mówiły o stosunkach jej twórcy z braćmi i siostrami.
Tego wieczoru izolacja wieży jawiła się raczej jako ograniczenie, a życie tutaj okazało się dalekie od tego, które on i Diana stworzyli sobie w elżbietańskim Londynie otoczeni przez rodzinę i przyjaciół. Praca Matthew jako szpiega królowej stanowiła wyzwanie, ale dawała dużo satysfakcji. Dzięki miejscu w Kongregacji udało mu się uratować kilka czarownic przed śmiercią. Diana rozpoczęła wtedy długotrwały proces oswajania się ze swoją magiczną mocą. Przygarnęli również dwoje osieroconych dzieci i dali im szansę na lepszą przyszłość. Ich egzystencja w szesnastym wieku nie zawsze była łatwa, ale tamte dni wypełniały miłość i nadzieja, które towarzyszyły Dianie wszędzie, dokądkolwiek szła. W Sept-Tours wydawało się, że otaczają ich tylko de Clermontowie i śmierć.
Ta sytuacja przyprawiała Matthew o niepokój, a gniew, który w obecności Diany trzymał na wodzy, teraz znajdował się niebezpiecznie blisko powierzchni. Szał krwi, choroba, którą odziedziczył po Ysabeau, potrafił błyskawicznie opanować umysł i ciało wampira, nie zostawiając miejsca na rozum czy samokontrolę. Walcząc z tą przypadłością, Matthew niechętnie zgodził się zostawić Dianę pod opieką teściowej, a sam postanowił się przespacerować z psami Falonem i Hectorem. Chciał odzyskać jasność myślenia.
Jego bratanek nucił morskie szanty w wielkiej sali château. Z powodu, którego Matthew nie potrafił zgłębić, co drugi wers był okraszony przekleństwami i ultimatami. Po chwili niezdecydowania zwyciężyła w nim ciekawość.
– Przeklęty smok ognisty. – Gallowglass ściskał w ręce pikę z arsenału znajdującego się przy wejściu i wymachiwał nią w powietrzu. – Żegnajcie i adieu, hiszpańskie damy. Chodź tu natychmiast, zarazo, bo inaczej babcia namoczy cię w białym winie i nakarmi tobą psy. Dostaliśmy rozkaz pożeglować na chwałę starej Anglii. Co ty sobie myślisz, że tak latasz po domu jak wściekła papuga? Możemy już nigdy was nie ujrzeć, o, piękne panie.
– Co ty wyprawiasz, do diabła? – odezwał się Matthew.
Bratanek skierował na niego spojrzenie dużych niebieskich oczu. Miał na sobie czarny T-shirt ozdobiony czaszką i skrzyżowanymi piszczelami. Przez tył koszulki od lewego ramienia do prawego biodra biegło długie cięcie. Dziury w dżinsach wyglądały na rezultat znoszenia, a nie walki, włosy były zmierzwione nawet jak na standardy Gallowglassa. Ysabeau zaczęła nazywać wnuka „sir Wagabundą”, ale to nie wpłynęło na poprawę jego wyglądu.
– Próbuję złapać bestię twojej żony.
Bratanek gwałtownie dźgnął piką w powietrze. Rozległ się wrzask zaskoczenia, z góry spadł grad jasnozielonych łusek i rozsypał się po podłodze jak mika. Jasne włoski na przedramieniu wikinga zalśniły od opalizującego zielonego pyłu. Gallowglass kichnął.
Corra, towarzyszka Diany, trzymała się pazurami galerii minstreli, trajkocząc jak szalona i cmokając językiem. Powitała męża swojej pani machnięciem kolczastego ogona, przy okazji przebijając bezcenny gobelin z jednorożcem uwiecznionym w ogrodzie. Matthew się skrzywił.
– Zagoniłem ją do kaplicy na ołtarz, ale to przebiegła dziewczyna. – W głosie Gallowglassa zabrzmiała nutka dumy. – Z szeroko rozłożonymi skrzydłami ukryła się na grobie dziadka. Mylnie wziąłem ją za rzeźbę. Tylko spójrz na nią. Siedzi teraz pod krokwiami, chełpliwa jak diabli, a ja mam dwa razy większy kłopot. Przejechała ogonem po jednej z ulubionych draperii Ysabeau. Babcia dostanie apopleksji.
– Jeśli Corra jest choć trochę podobna do swojej pani, zapędzenie jej w kozi róg nie skończy się dobrze – ostrzegł Matthew. – Spróbuj przemówić jej do rozsądku.
– O, tak, bo to jest bardzo skuteczne, jeśli chodzi o cioteczkę Dianę. – Gallowglass prychnął. – Co was opętało, żeby spuścić Corrę z oczu?
– Im bardziej aktywny jest smok ognisty, tym spokojniejsza wydaje się Diana – odparł Matthew.
– Może, ale Corra źle działa na wystrój domu. Po południu stłukła wazon z Sèvres.
– Jeśli to nie był ten niebieski z głową lwa, który podarował maman Philippe, nie martwiłbym się zbytnio. – Matthew jęknął, kiedy zobaczył wyraz twarzy bratanka. – Merde!
– Alain też tak powiedział. – Gallowglass oparł się na pice.
– Ysabeau będzie musiała sobie poradzić z mniejszą liczbą fajansu – skwitował Matthew. – Corra może i jest utrapieniem, ale Diana śpi lepiej po raz pierwszy, odkąd tu przyjechaliśmy.
– No, to w takim razie w porządku. Po prostu powiedz Ysabeau, że niezdarność Corry jest dobra dla jej wnucząt. Babcia da jej w ofierze wszystkie wazony. Spróbuję tymczasem zabawić tę latającą sekutnicę, żeby cioteczka mogła pospać.
– Jak zamierzasz to zrobić? – zapytał sceptycznym tonem Matthew.
– Oczywiście śpiewem.
Gallowglass spojrzał w górę. Corra zagruchała, widząc jego nowe zainteresowanie, i rozprostowała skrzydła, tak że zalśniło na nich światło pochodni wetkniętych w ścienne uchwyty. Wielkolud odebrał jej reakcję jako zachętę, wziął głęboki wdech i grzmiącym głosem zaintonował kolejną balladę.
– Obracam głowę, cały płonę, kocham jak smok. Powiedzże, znasz imię mojej pani?
Corra zatrajkotała z aprobatą. Gallowglass uśmiechnął się szeroko i zaczął poruszać piką jak metronomem. Patrząc na stryja, uniósł brwi i zaśpiewał następną zwrotkę.
Bez końca słałem jej błyskotki,
Klejnoty, perły, żeby była milsza,
A kiedy nie miałem już nic,
Wysłałem ją… do piekła.
– Powodzenia – rzucił Matthew, mając nadzieję, że Corra nie rozumie tej poezji.
Zajrzał do najbliższych komnat, żeby skatalogować przebywające w nich osoby. Hamish Osborne siedział w rodzinnej bibliotece i, sądząc po skrzypieniu pióra i słabym zapachu lawendy i mięty, zajmował się robotą papierkową. Po krótkim wahaniu Matthew otworzył drzwi.
– Czas dla starego przyjaciela? – zapytał.
– Już zaczynałem myśleć, że mnie unikasz.
Osborne odłożył pióro i poluzował krawat w letnie kwiatowe wzory, na jakie nie odważyłaby się większość mężczyzn. Nawet na francuskiej wsi Hamish ubrał się w granatowy prążkowany garnitur i lawendową koszulę jak na spotkanie z członkami parlamentu. Prezentował się jak elegancki relikt z czasów edwardiańskich.
Matthew wiedział, że demon próbuje sprowokować kłótnię. On i Hamish od wielu lat byli przyjaciółmi z Oksfordu. Ich zażyła przyjaźń opierała się na wzajemnym szacunku i podobnych, ostrych jak brzytwy intelektach. Nawet prosta wymiana zdań potrafiła być skomplikowana i strategiczna jak partia szachów rozgrywana przez dwóch mistrzów. Było jednak za wcześnie, żeby pozwolić Hamishowi na zepchnięcie go do defensywy i zdobycie przewagi.
– Jak Diana? – Osborne zauważył, że Matthew celowo nie chwycił przynęty.
– Tak jak można się spodziewać.
– Oczywiście sam bym ją zapytał, ale twój bratanek mnie wygonił. – Hamish podniósł kieliszek do ust. – Wina?
– Pochodzi z mojej piwnicy czy Baldwina? – Na pozór niewinne pytanie stanowiło subtelne przypomnienie, że teraz, kiedy on i Diana wrócili, Hamish może będzie musiał wybierać między nim a resztą de Clermontów.
– To bordeaux. – Osborne zakręcił winem w kieliszku, czekając na reakcję przyjaciela. – Drogie. Stare. Dobre.
Matthew wykrzywił wargi.
– Nie, dziękuję. W przeciwieństwie do mojej rodziny nigdy za nim nie przepadałem. – Zapasem cennego bordeaux Baldwina wolałby napełnić fontannę w ogrodzie niż je wypić.
– Co to za historia ze smokiem? – Mięsień w szczęce Hamisha zadrgał, ale Matthew nie potrafił stwierdzić, czy to z rozbawienia, czy z gniewu. – Gallowglass mówi, że Diana przywiozła go jako suwenir, ale nikt mu nie wierzy.
– Ona należy do Diany – powiedział Matthew. – Będziesz musiał sam ją zapytać.
– Sprawiłeś, że wszyscy w Sept-Tours trzęsą się ze strachu. – Hamish nagle zmienił temat. – Reszta jeszcze nie zauważyła, że najbardziej przerażoną osobą w château jesteś ty.
– A jak William? – Matthew potrafił równie skutecznie zmieniać temat jak demon.
– Słodki William gdzie indziej ulokował uczucia. – Osborne wykrzywił usta i odwrócił głowę. Jego wyraźne cierpienie doprowadziło ich grę do nieoczekiwanego końca.
– Tak mi przykro. – Matthew sądził, że ten związek przetrwa. – William cię kochał.
– Nie dość. – Hamish wzruszył ramionami, ale nie mógł ukryć bólu w oczach. – Obawiam się, że swoje romantyczne nadzieje będziesz musiał przenieść na Marcusa i Phoebe.
– Prawie wcale nie rozmawiałem z tą dziewczyną – stwierdził Matthew. Westchnął i nalał sobie kieliszek bordeaux Baldwina. – Co możesz mi o niej powiedzieć?
– Młoda panna Taylor pracuje w jednym z domów aukcyjnych w Londynie: Sotheby albo Christie. Nigdy ich nie potrafię odróżnić. – Hamish zagłębił się w skórzany fotel stojący przy zimnym kominku. – Marcus poznał ją, kiedy odbierał coś dla Ysabeau. Myślę, że to poważna sprawa.
– Bo jest. – Matthew wziął kieliszek i ruszył wzdłuż regałów ustawionych pod ścianami. – Zapach Marcusa jest na niej całej. On znalazł partnerkę.
– Tak podejrzewałem. – Hamish sączył wino, obserwując niespokojne kroki przyjaciela. – Oczywiście nikt nic mi nie powiedział. Twoja rodzina naprawdę mogłaby nauczyć MI6 co nieco o tajemnicach.
– Ysabeau powinna była to zakończyć. Phoebe jest za młoda na związek z wampirem. Nie może mieć więcej niż dwadzieścia dwa lata, a Marcus połączył się z nią nierozerwalną więzią.
– O, tak, zabronić Marcusowi się zakochać! – Szkockie „r” Hamisha stało się jeszcze wyraźniejsze. – Jak się okazuje, on jest równie uparty jak ty, jeśli chodzi o miłość.
– Może gdyby myślał o swoim stanowisku przywódcy Zakonu Rycerzy Świętego Łazarza…
– Przestań, Matthew, zanim powiesz coś tak niesprawiedliwego, że może nigdy ci tego nie wybaczę. – Głos Hamisha zabrzmiał jak trzask bicza. – Wiesz, jak trudno jest być wielkim mistrzem zakonu. Od Marcusa oczekiwano, że wejdzie w o wiele za duże buty, a on, wampir czy nie, nie jest dużo starszy od Phoebe.
Zakon Rycerzy Świętego Łazarza założono w czasach krucjat jako zakon rycerski, który miał bronić interesów wampirów w świecie coraz bardziej zdominowanym przez ludzi. Pierwszym wielkim mistrzem został Philippe de Clermont, mąż Ysabeau, postać legendarna nie tylko wśród wampirów, ale także wśród innych bytów. Dorównanie mu było niemożliwe.
– Wiem, ale żeby się zakochać… – W Matthew narastał gniew.
– Nie ma żadnych „ale” – przerwał mu Hamish. – Marcus wykonał świetną robotę. Zwerbował nowych członków i nadzorował finansowe szczegóły wszystkich naszych operacji. Zażądał, żeby Kongregacja ukarała Knoksa za to, co tutaj zrobił w maju, i formalnie poprosił o anulowanie przymierza. Nikt nie mógłby zrobić więcej. Nawet ty.
– Ukaranie Knoksa nie cofnie tego, co się stało. On i Gerbert zakłócili spokój mojego domu. Knox zamordował kobietę, która była dla mojej żony jak matka. – Matthew wychylił wino do dna, żeby zapanować nad gniewem.
– Emily miała atak serca – przypomniał mu Hamish. – Marcus twierdzi, że da się określić jego przyczyny.
– Ja wiem dość – oświadczył z nagłą furią Matthew i cisnął pustym kieliszkiem przez pokój. Szkło rozbiło się o brzeg jednego z regałów, odłamki posypały się na gęsty dywan. – Nasze dzieci nie będą miały szansy poznać Emily. A Gerbert, który od wieków jest w zażyłych stosunkach z naszą rodziną i wie, że Diana jest moją żoną, stał i patrzył na to, co robi Knox.
– Wszyscy w domu uważali, że nie pozwolisz, żeby Kongregacja wymierzyła sprawiedliwość. Ja im nie uwierzyłem. – Hamishowi nie podobały się zmiany, które dostrzegł w przyjacielu. Zupełnie jakby pobyt w szesnastym wieku otworzył jakąś starą, zapomnianą ranę.
– Powinienem był rozprawić się z Gerbertem i Knoksem, kiedy pomogli Satu Järvinen porwać Dianę i przetrzymywać ją w La Pierre. Gdybym to zrobił, Emily by żyła. – Plecy Matthew zesztywniały. – Ale Baldwin mi tego zabronił. Powiedział, że Kongregacja ma dość kłopotów.
– Masz na myśli zabójstwa? – spytał Hamish.
– Tak. Powiedział, że jeśli wyzwę Gerberta i Knoksa, tylko pogorszę sprawy.
Wieści o tych morderstwach – o ofiarach z rozszarpanymi żyłami, o braku śladów krwi, o niemal zwierzęcych atakach na ludzkie ciała – trafiły do gazet od Londynu do Moskwy. W artykułach skupiano się na dziwnych metodach zabójców, co groziło ściągnięciem na wampiry uwagi ludzi.
– Nie popełnię znowu błędu milczenia – zapowiedział Matthew. – Zakon Rycerzy Świętego Łazarza i de Clermontowie nie byli w stanie ochronić mojej żony i jej rodziny, ale ja z pewnością mogę.
– Nie jesteś zabójcą, Matthew – sprzeciwił się Hamish. – Nie pozwól, żeby gniew cię zaślepił.
Kiedy Clairmont spojrzał na niego pustym wzrokiem, Osborne zbladł. Choć zdawał sobie sprawę, że przyjacielowi bliżej do królestwa zwierząt niż większości istot chodzących na dwóch nogach, nigdy nie widział, żeby Matthew wyglądał tak wilczo i tak niebezpiecznie.
– Jesteś pewien? – Obsydianowe oczy łypnęły na niego groźnie. Potem wampir odwrócił się i wyszedł z pokoju.
***
Podążając za wyraźnym zapachem korzenia lukrecji zmieszanym z upajającą wonią bzów, Matthew z łatwością znalazł swojego syna w rodzinnych apartamentach na drugim piętrze château. Sumienie go gryzło, kiedy pomyślał, co dzięki słuchowi wampira Marcus mógł usłyszeć z jego ożywionej rozmowy z Hamishem. Zacisnął wargi, gdy węch zaprowadził go pod drzwi znajdujące się tuż przy schodach, i zdusił iskrę gniewu, kiedy sobie uświadomił, że Marcus korzysta z dawnego gabinetu Philippe’a.
Zapukał i pchnął ciężkie drewniane skrzydło, nie czekając na zaproszenie. Z wyjątkiem lśniącego srebrnego laptopa na biurku, gdzie kiedyś leżała suszka, pokój wyglądał dokładnie tak samo jak w dniu, kiedy Philippe de Clermont zmarł. Na stole pod oknem stał ten sam bakelitowy telefon. Stosy cienkich kopert i pożółkłego papieru czekały, aż Philippe napisze jeden z wielu listów. Do ściany była przypięta stara mapa Europy, której jego ojciec używał, żeby śledzić ruchy wojsk Hitlera.
Matthew zamknął oczy, gdy nagle poczuł ostry ból. Philippe nie przewidział, że wpadnie w ręce nazistów. Jednym z nieoczekiwanych darów ich podróży w czasie była szansa ujrzenia ojca i pojednania się z nim. Ceną, którą Matthew musiał zapłacić za to spotkanie, było jeszcze silniejsze poczucie straty, kiedy znalazł się z powrotem w świecie bez Philippe’a.
Gdy otworzył oczy, zobaczył przed sobą wściekłą twarz Phoebe Taylor. Marcus potrzebował jedynie ułamek sekundy, żeby stanąć między ojcem a narzeczoną. Matthew ucieszył się, kiedy zobaczył, że jego syn nie stracił całego rozumu, łącząc się w parę z ciepłokrwistą, choć gdyby on chciał skrzywdzić Phoebe, dziewczyna już byłaby martwa.
– Marcusie. – Matthew spojrzał na kobietę stojącą za plecami syna. Phoebe w ogóle nie była w typie jego potomka, który zawsze wolał rude. – Przy naszym pierwszym spotkaniu nie było czasu, żeby właściwie się przedstawić. Jestem Matthew de Clermont, ojciec Marcusa.
– Wiem, kim pan jest. – Brytyjski akcent Phoebe był wspólny dla szkół publicznych, wiejskich domów i podupadłych arystokratycznych rodów. Marcus, rodzinny idealista i demokrata, zakochał się w kobiecie błękitnej krwi.
– Witamy w rodzinie, panno Taylor. – Matthew ukłonił się, żeby ukryć uśmiech.
– Phoebe, proszę. – Dziewczyna wyszła zza pleców narzeczonego z wyciągniętą ręką, ale Matthew ją zignorował. – W cywilizowanych kręgach uścisnąłby pan moją dłoń, profesorze Clairmont. – Na twarzy panny Taylor, która nie cofnęła ręki, malował się wyraz irytacji.
– Jest pani otoczona przez wampiry. Dlaczego pani sądzi, że znajdzie tutaj cywilizowane kręgi? – Matthew przyjrzał się jej. Phoebe chyba poczuła się nieswojo, bo uciekła spojrzeniem. – Może pani uznać moje zachowanie za niepotrzebnie oficjalne, ale żaden wampir nie dotyka bez pozwolenia partnerki innego wampira, jego narzeczonej również. – Spojrzał na duży szmaragd na trzecim palcu jej lewej ręki. Wieki temu w Paryżu Marcus wygrał ten kamień w karty. I wtedy, i teraz klejnot był wart fortunę.
– Och, Marcus mi tego nie powiedział. – Phoebe zmarszczyła brwi.
– Nie, ale przekazałem ci kilka prostych zasad – szepnął do niej Marcus. – Może czas je sobie przypomnieć. Przećwiczymy nasze ślubne przysięgi, kiedy przyjdzie na to pora.
– Po co? Na pewno nie znajdziesz w nich słowa „posłuszeństwo”.
Zanim sprzeczka rozgorzała na dobre, Matthew odchrząknął i powiedział:
– Przyszedłem przeprosić za swój wybuch w bibliotece. Ostatnio zbyt szybko wpadam w gniew. Wybaczcie mi temperament.
Chodziło o coś więcej niż temperament, ale Marcus – podobnie jak Hamish – tego nie wiedział.
– Jaki wybuch? – Phoebe zmarszczyła brwi.
– Nic takiego – zbył ją Marcus, choć wyraz jego twarzy mówił co innego.
– Zastanawiałem się również, czy nie zbadałbyś Diany? Jak wiesz, ona nosi bliźnięta. Sądzę, że jest na początku drugiego trymestru, ale nie mieliśmy ostatnio dostępu do odpowiedniej opieki medycznej, a ja chciałbym być pewien. – Gałązka oliwna Matthew, podobnie jak wcześniej ręka Phoebe, wisiała w powietrzu przez dłuższą chwilę, zanim została przyjęta.
– O-oczywiście – wyjąkał Marcus. – Dziękuję, że powierzasz Dianę mojej opiece. Nie zawiodę cię. A Hamish ma rację. Nawet gdybym zrobił autopsję Emily, nie dałbym rady określić, czy została zabita przez magię, czy umarła z przyczyn naturalnych. Możemy nigdy się tego nie dowiedzieć.
Matthew nie zawracał sobie głowy sporami. Zamierzał ustalić, jaką dokładnie rolę odegrał Knox w śmierci Emily, bo odpowiedź miała zadecydować, jak szybko Matthew go zabije i ile najpierw czarownik wycierpi.
– Phoebe, miło było poznać – powiedział.
– Nawzajem. – Dziewczyna skłamała uprzejmie i przekonująco. Miała stać się pożytecznym nabytkiem w stadzie de Clermontów.
– Przyjdź rano do Diany, Marcusie. Będziemy na ciebie czekać.
Matthew posłał ostatni uśmiech i złożył płytki ukłon fascynującej Phoebe, po czym wyszedł z pokoju.
***
Nocne wędrówki po Sept-Tours nie złagodziły gniewu ani niepokoju Matthew. Jeśli już, to powiększyły rysy w jego samokontroli. Sfrustrowany wybrał do swojej wieży trasę powrotną przechodzącą obok twierdzy i kaplicy. Znajdowały się w niej tablice pamiątkowe większości zmarłych de Clermontów: Philippe’a, Louisy, jej brata bliźniaka Louisa, Godfreya, Hugh, a także kilkorga ich dzieci, ukochanych przyjaciół i służących.
– Dzień dobry, Matthew. – Powietrze wypełnił zapach szafranu i skórki pomarańczowej.
Fernando. Po długim wahaniu Matthew zmusił się do tego, żeby się odwrócić.
Zwykle stare drewniane drzwi kaplicy były zamknięte, bo tylko Matthew spędzał w niej czas. Tego wieczoru stały otworem, a na tle ciepłego blasku świec wylewającego się ze środka rysowała się sylwetka mężczyzny.
– Miałem nadzieję, że cię spotkam. – Fernando zrobił szeroki zapraszający gest ręką.
Patrzył, jak szwagier idzie w jego stronę, i przyglądał się jego twarzy w poszukiwaniu znaków ostrzegawczych: rozszerzonych źrenic, falowania ramion przypominającego najeżonego na grzbiecie wilka, pomruku rodzącego się w głębi gardła.
– Inspekcja wypadła pomyślnie? – zapytał Matthew z defensywną nutą w głosie.
– Ujdzie. – Fernando zamknął za nimi drzwi. – Ledwo.
Matthew lekko przesunął palcami po masywnym sarkofagu Philippe’a stojącym na środku kaplicy i ruszył dalej bezszelestnie pod czujnym spojrzeniem brązowych oczu Fernanda.
– Gratuluję małżeństwa, Matthew – powiedział Fernando. – Choć jeszcze nie poznałem Diany, Sarah opowiadała mi o niej tyle historii, że mam wrażenie, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi.
– Przykro mi, Fernando, ale… – zaczął Matthew ze skruszoną miną.
Gonçalves uciszył go gestem ręki.
– Nie ma potrzeby przepraszać.
– Dziękuję, że zaopiekowałeś się ciotką Diany – powiedział Matthew. – Wiem, jak trudno ci tu przebywać.
– Wdowa potrzebowała kogoś, kto pomyśli najpierw o jej bólu. Ty to samo zrobiłeś dla mnie, kiedy umarł Hugh.
W Sept-Tours wszyscy, od Gallowglassa i ogrodnika po Victoire’a i Ysabeau mówili o Sarah zawsze w odniesieniu do Emily, a nie po imieniu, kiedy nie było jej w pobliżu. Zwrot wyrażał szacunek, a jednocześnie wciąż przypominał o stracie.
– Muszę cię zapytać, Matthew: czy Diana wie o twoim szale krwi? – Fernando mówił cicho. Mury kaplicy były grube, ale przezorność zawsze była wskazana.
– Oczywiście, że wie.
Matthew opadł na kolana przed małym stosem zbroi i broni w jednej z nisz kaplicy. Przestrzeń była dostatecznie duża, żeby pomieścić trumnę, ale Hugh de Clermont został spalony na stosie, tak że nie zostało nic do pochowania. Matthew stworzył dla ulubionego brata rodzaj pomnika z pomalowanego drewna i metalu: tarczy, rękawic, kolczugi, zbroi płytowej, miecza i hełmu.
– Wybacz mi sugestię, że ukrywałbyś tak ważną kwestię przed tą, którą kochasz. – Fernando trzepnął go w ucho. – Cieszę się, że powiedziałeś żonie, ale zasługujesz na baty za to, że nic nie pisnąłeś Marcusowi ani Hamishowi… ani Sarah.
– Możesz spróbować. – W głosie Matthew pobrzmiewała groźba, która odstraszyłaby każdego innego członka jego rodziny… tylko nie Fernanda.
– Chciałbyś prostej kary, co? Ale nie wykpisz się tak łatwo. Nie tym razem. – Gonçalves ukląkł obok niego.
Zapadła długa cisza. Fernando czekał cierpliwie.
– Szał krwi się nasilił. – Matthew oparł głowę na dłoniach złożonych do modlitwy.
– Oczywiście, że tak. Teraz jesteś żonaty. Czego się spodziewałeś?
Chemiczne i emocjonalne reakcje towarzyszące małżeństwu były intensywne i nawet całkiem zdrowe wampiry z trudem znosiły jakikolwiek rozdzielenie z partnerem. Nawet krótkie rozstania prowadziły do niepokoju, irytacji, agresji i w rzadkich wypadkach do szaleństwa. U wampira dotkniętego szałem krwi zarówno impuls łączenia się w pary, jak i skutki rozłąki były wielokrotnie spotęgowane.
– Sądziłem, że sobie poradzę. – Matthew oparł czoło na dłoniach. – Wierzyłem, że miłość do Diany jest silniejsza niż choroba.
– Och, Matthew. Możliwe, że jesteś większym idealistą niż Hugh w swoich najlepszych czasach. – Fernando westchnął i położył dłoń na jego ramieniu.
Zawsze dawał pociechę i pomoc tym, którzy ich potrzebowali… nawet jeśli na to nie zasługiwali. Wysłał Matthew na studia u chirurga Albucasisa, kiedy brat jego partnera starał się przezwyciężyć śmiertelne ataki szału, dręczące go w pierwszych wiekach po ponownych narodzinach. To Fernando chronił Hugh – brata, którego Matthew wielbił – kiedy ten przyjeżdżał z pola bitwy do książek, a potem wracał na wojnę. Bez jego opieki Hugh stawiałby się do walki z tomikiem poezji, tępym mieczem i jedną rękawicą. To Fernando powiedział Philippe’owi, że rozkaz, żeby Matthew wrócił do Jerozolimy, byłby straszliwym błędem. Niestety, ani jeden, ani drugi go nie posłuchali.
– Z trudem zmusiłem się do tego, żeby ją dzisiaj opuścić. – Matthew przebiegł wzrokiem po kaplicy. – Nie mogę usiedzieć spokojnie. Bardzo chcę coś zabić, ale prawie niemożliwe jest oddalenie się od niej tak, żeby nie słyszeć jej oddechu.
Fernando słuchał z niemym współczuciem, choć nie rozumiał, dlaczego Matthew jest zdziwiony. Musiał sobie przypominać, że świeżo poślubione wampiry często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo ta nowa więź może na nie wpływać.
– Teraz Diana chce być blisko Sarah i mnie. Ale kiedy jej smutek z powodu śmierci Emily minie, będzie chciała wrócić do swojego życia. – Matthew był wyraźnie zmartwiony.
– Nie może. Nie, kiedy ty będziesz stał przy jej boku. – Przy nim Fernando nigdy nie owijał niczego w bawełnę. Idealiści tacy jak on potrzebowali szczerości, bo inaczej się gubili. – Diana się dostosuje, jeśli cię kocha.
– Nie będzie musiała się dostosowywać – wycedził Matthew przez zęby. – Nie odbiorę jej wolności, nieważne, ile mnie to będzie kosztować. W szesnastym wieku nie spędzałem z nią każdej minuty. Nie ma powodu, żeby to się zmieniło w dwudziestym pierwszym.
– W przeszłości panowałaś nad uczuciami, bo jeśli nawet ciebie przy niej nie było, to był Gallowglass. – Gdy zobaczył zaskoczoną minę Matthew, wyjaśnił: – Opowiedział mi wszystko o waszym życiu w Londynie i Pradze. A jeśli nie Gallowglass, przy Dianie zawsze ktoś był: Philippe, Davy, inna czarownica, Mary, Henry. Naprawdę myślisz, że telefony komórkowe dadzą ci porównywalne poczucie bliskości i kontroli?
Szał krwi czaił się tuż pod powierzchnią, Matthew nadal czuł gniew, ale jednocześnie wyglądał na przygnębionego. Fernando pomyślał, że to jest krok we właściwym kierunku.
– Ysabeau powinna cię powstrzymać przed związkiem z Dianą Bishop, kiedy stało się jasne, do czego to wszystko zmierza – rzekł surowo Fernando. Gdyby Matthew był jego dzieckiem, zamknąłby go w stalowej wieży, żeby temu zapobiec.
– Powstrzymała mnie. – Wyraz twarzy Matthew stał się jeszcze bardziej nieszczęśliwy. – Nie byłem związany z Dianą do naszego przyjazdu do Sept-Tours w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym. Dopiero Philippe dał nam błogosławieństwo.
Fernando poczuł gorycz w ustach.
– Arogancja tego człowieka nie znała granic. Bez wątpienia zaplanował wszystko przed waszym powrotem do teraźniejszości.
– Philippe wiedział, że go tu nie będzie – wyznał Matthew, a oczy Fernanda się rozszerzyły. – Nie powiedziałem mu o jego śmierci, sam się domyślił.
Fernando zaklął szpetnie. Bóg Matthew na pewno wybaczyłby mu bluźnierstwo, bo w tym wypadku było usprawiedliwione.
– I twój ślub z Dianą miał miejsce przed tym czy po tym, jak Philippe naznaczył ją przysięgą krwi?
Nawet po podróży w czasie przysięga krwi nadal była słyszalna, a według Verin de Clermont i Gallowglassa ogłuszająca. Na szczęście Fernando nie należał do tego rodu, więc pieśń Philippe’a stanowiła dla niego tylko cichy szum.
– Potem.
– Oczywiście. Przysięga krwi Philippe’a zapewniła jej bezpieczeństwo. Noli me tangere. – Fernando pokręcił głową. – Gallowglass traci czas, pilnując Diany.
– „Nie dotykaj mnie, bo należę do Cezara” – powiedział cicho Matthew. – To prawda. Żaden wampir później jej nie zaatakował. Oprócz Louisy.
– Louisa była na tyle szalona, żeby zlekceważyć życzenie ojca – skomentował Fernando. – Domyślam się, że to dlatego Philippe wysyłał ją w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym pierwszym na skraj znanego świata. – Ta decyzja zawsze wydawała mu się pochopna, a Philippe nawet nie kiwnął palcem, żeby pomścić jej późniejszą śmierć. Fernando odłożył tę informację do rozważenia później.
***
Nagle drzwi się otworzyły i przez kaplicę śmignęła szara kotka Sarah. Za nią wszedł Gallowglass z paczką papierosów w jednej ręce i srebrną piersiówką w drugiej. Tabitha zaczęła się łasić do nóg Matthew, domagając się jego uwagi.
– Dachowiec Sarah jest prawie tak nieznośny jak smok ognisty cioteczki. – Gallowglass podał butelkę stryjowi. – Napij się. To nie krew, ale i nie francuski sikacz babci. To, co ona serwuje, nadaje się do stosowania tylko jako woda kolońska.
Matthew pokręcił głową. Wino Baldwina już zakwasiło mu żołądek.
– I ty nazywasz się wampirem – rzucił drwiąco Fernando, patrząc na Gallowglassa. – Musisz się napić z powodu um pequeno dragăo.
– Spróbuj okiełznać Corrę, jeśli myślisz, że to takie łatwe. – Gallowglass wysunął papierosa z paczki i wsadził go do ust. – Albo możemy głosować, co z nią zrobimy.
– Głosować? – zdziwił się Matthew. – A od kiedy to głosujemy w tej rodzinie?
– Odkąd Marcus przejął Zakon Rycerzy Świętego Łazarza – odparł Gallowglass, wyjmując z kieszeni srebrną zapalniczkę. – Odkąd wyjechałeś, aż dławimy się demokracją.
Fernando popatrzył na niego znacząco.
– Co? – Gallowglass otworzył zapalniczkę.
– To święte miejsce, a poza tym wiesz, co Marcus sądzi o paleniu, kiedy w domu są ciepłokrwiści – przypomniał z dezaprobatą Fernando.
– I możesz sobie wyobrazić, co ja o tym sądzę, gdy na górze jest moja ciężarna żona. – Matthew wyrwał papierosa z ust bratanka.
– Ta rodzina była zabawniejsza, kiedy było w niej mniej lekarzy – stwierdził ponuro Gallowglass. – Pamiętam stare dobre czasy, kiedy sami zszywaliśmy swoje rany bitewne i nie obchodził nas żaden poziom żelaza czy witaminy D.
– O, tak. – Fernando uniósł rękę, pokazując poszarpaną bliznę. – Tamte dni rzeczywiście były wspaniałe. A twoje umiejętności, jeśli chodzi o igłę, legendarne, Bife.
– Poprawiłem się – próbował się bronić Gallowglass. – Oczywiście nigdy nie byłem tak dobry jak Matthew czy Marcus. Ale nie mogliśmy wszyscy iść na uniwersytet.
– Nie, póki Philippe był głową rodziny – przyznał Fernando. – On wolał, żeby jego dzieci i wnuki władały mieczem, a nie ideami. Dzięki temu byliście o wiele bardziej ulegli.
Ta uwaga zawierała ziarno prawdy i ocean bólu.
– Powinienem wracać do Diany. – Matthew dotknął ramienia Fernanda i ruszył do wyjścia.
– Czekanie nie ułatwi wyznania Marcusowi i Hamishowi prawdy o szale krwi, przyjacielu – ostrzegł go Fernando.
– Myślałem, że po tylu latach mój sekret jest bezpieczny – powiedział Matthew.
– Sekrety, tak jak umarli, nie zawsze pozostają pogrzebane – zauważył ze smutkiem Fernando. – Powiedz im. Jak najszybciej.
***
Matthew wrócił do swojej wieży bardziej wzburzony, niż kiedy ją opuszczał.
Ysabeau zmarszczyła brwi na jego widok.
– Dziękuję, że czuwałaś nad Dianą, maman – powiedział, całując ją w policzek.
– A ty, synu? – Ysabeau dotknęła jego policzka, wypatrując, tak jak wcześniej Fernando, oznak szału krwi. – Czy nie powinnam raczej czuwać nad tobą?
– Nic mi nie jest. Naprawdę.
– Oczywiście. – Ten zwrot oznaczał wiele rzeczy w prywatnym słowniku jego matki, ale nigdy tego, że ona się z kimś zgadza. – Będę w swoim pokoju, gdybyś mnie potrzebował.
Kiedy ucichł odgłos kroków matki, Matthew szeroko otworzył okna i przysunął do nich fotel. Zaczął chłonąć intensywne letnie zapachy lepnicy i ostatnich lewkonii. Cichy oddech Diany śpiącej na górze mieszał się z innymi nocnymi pieśniami, które mogły usłyszeć tylko wampiry: klekotem żuwaczek chrząszczy walczących ze sobą o samice, świszczącym oddechem popielic biegających po blankach, przenikliwymi piskami ćmy trupiej główki, drapaniem pazurów kun leśnych wspinających się na drzewa. Sądząc po stęknięciach i sapaniu, które dobiegało z ogrodu, Gallowglasswowi nie udawało się schwytać dzika buszującego w warzywach Marthe, podobnie jak wcześniej nie powiodło mu się z Corrą.
Normalnie Matthew rozkoszował się spokojnymi godzinami między północą a świtem, kiedy sowy przestawały pohukiwać i nawet najbardziej zdyscyplinowane ranne ptaki jeszcze nie zrzuciły z siebie kołdry. Tej nocy nawet znajome zapachy i dźwięki nie potrafiły zdziałać cudu.
Mogło mu pomóc tylko jedno.
Matthew wspiął się po schodach na szczyt wieży. Spojrzał z góry na uśpioną postać. Pogłaskał ją po włosach i uśmiechnął się, kiedy żona instynktownie przysunęła głowę do jego ręki. Choć to wydawało się niemożliwe, pasowali do siebie: wampir i czarownica, mężczyzna i kobieta, mąż i żona. Twarda pięść zaciśnięta wokół jego serca rozluźniła się o kilka cennych milimetrów.
Matthew zdjął ubranie i wśliznął się do łóżka. Pościel była oplątana wokół nóg Diany, więc wyciągnął ją i nakrył ich oboje. Wpasował się kolanami pod kolana żony i przysunął do siebie jej biodra. Wchłonął jej delikatny, miły zapach – miodu, rumianku i soku z wierzby – musnął pocałunkiem jasne włosy.
Po zaledwie kilku oddechach jego serce zwolniło, napięcie zelżało. Diana dała mu spokój, którego wcześniej nie mógł zaznać. W kręgu ramion miał wszystko, czego potrzebował. Żonę. Dzieci. Własną rodzinę. Pozwolił, żeby jego duszę przeniknęło silne uczucie prawdziwości, które zapewniała mu sama obecność Diany.
– Matthew? – wymamrotała sennie.
– Jestem tutaj – szepnął jej do ucha, przytulając ją mocniej. – Śpij. Słońce jeszcze nie wzeszło.
Diana jednak odwróciła się twarzą do niego i wtuliła w jego szyję.
– O co chodzi, mon coeur? – Matthew zmarszczył brwi i odsunął się, żeby spojrzeć na żonę. Jej twarz była napuchnięta i czerwona od płaczu, drobne zmarszczki wokół oczu pogłębiły się od troski i żalu. Ten widok go zabolał. – Powiedz mi.
– Nie ma sensu – stwierdziła ze smutkiem Diana. – Nikt nie może tego naprawić.
Matthew się uśmiechnął.
– Przynajmniej pozwól mi spróbować.
– Możesz sprawić, żeby czas stanął w miejscu? – wyszeptała Diana po chwili wahania. – Choć na trochę?
Matthew był starym wampirem, a nie czarownicą podróżującą w czasie. Ale był również mężczyzną i znał jeden sposób na osiągnięcie tego magicznego celu. Głowa mówiła mu, że to za wcześnie po śmierci Emily, ale ciało wysyłało inne, bardziej wymowne sygnały.
Powoli opuścił głowę, dając Dianie czas, żeby go odepchnęła. Ona jednak wplotła palce w jego włosy i odwzajemniła pocałunek z intensywnością, która zaparła mu dech.
Jej koszula nocna z delikatnego płótna pochodziła z dalekiej przeszłości i choć była niemal przezroczysta, nadal stanowiła barierę między ich ciałami. Matthew uniósł ją, odsłaniając miękką wypukłość, w której rosły jego dzieci, krągłość piersi dojrzewających z dnia na dzień obietnicą pokarmu. Nie kochali się od czasów Londynu. Matthew zarejestrował większe napięcie brzucha Diany, znak, że bliźnięta się rozwijają, a także zwiększony dopływ krwi do piersi i łona.
Nasycił nią oczy, palce i usta. Ale zamiast satysfakcji poczuł jeszcze większy głód. Zasypał pocałunkami jej ciało, aż dotarł do ukrytych miejsc, które znał tylko on. Diana próbowała mocniej przycisnąć do siebie jego usta, a on skubnął zębami jej udo w niemej naganie.
Gdy Diana na serio zaczęła walczyć z jego samokontrolą, domagając się czynów, on obrócił ją i przesunął chłodną dłonią po jej plecach.
– Chciałaś, żeby czas się zatrzymał – przypomniał jej.
– Zatrzymał się. – Diana naparła na niego zapraszająco.
– Więc dlaczego mnie popędzasz?
Matthew dotknął blizny w kształcie gwiazdy między jej łopatkami i półksiężyca biegnącego łukiem z jednej strony żeber na drugą. Zmarszczył brwi. W dole pleców zobaczył cień, głęboko pod skórą, perłowoszary zarys, który wyglądał trochę jak smok ognisty wgryzający się w półksiężyc, skrzydłami zasłaniający klatkę piersiową Diany, ogonem opleciony wokół jej bioder.
– Dlaczego się zatrzymałeś? – Diana odgarnęła włosy z oczu i spojrzała na niego przez ramię, wykręcając szyję. – Chcę, żeby czas się zatrzymał, ale nie ty.
– Masz coś na plecach. – Marthew przesunął palcami po skrzydłach smoka ognistego.
– Coś nowego? – zapytała Diana z nerwowym śmiechem. Nadal się martwiła, że wygojone rany ją szpecą.
– Razem z innymi twoimi bliznami przypomina mi to obraz z laboratorium Mary Sidney, ten ze smokiem ognistym chwytającym paszczą księżyc. – Zastanawiał się, czy zarys bestii byłby widoczny również dla innych, skoro potrafiły go dostrzec tylko jego oczy wampira. – Jest piękny. Kolejny dowód twojej odwagi.
– Mówiłeś, że jestem nieostrożna – przypomniała mu Diana. Zaparło jej dech, gdy jego usta dotknęły głowy smoka.
– Bo jesteś. – Matthew przesunął wargami wzdłuż krętego ogona smoka. Sięgnął niżej. – I to doprowadza mnie do szaleństwa.
Jednocześnie on doprowadzał ją do szaleństwa, przerywając to, co robił, żeby szeptać czułe słówka albo obietnice. Ona chciała spełnienia i spokoju, wraz z którym przychodziło zapomnienie, ale on pragnął, żeby ta chwila – pełna poczucia bezpieczeństwa i intymności – trwała wiecznie. Odwrócił żonę do siebie. Jej usta były miękkie i pełne, oczy rozmarzone, kiedy wsuwał się w nią powoli. Poruszał się delikatnie, aż przyśpieszone bicie jej serca powiedziało mu, że zbliża się punkt kulminacyjny.
Diana wykrzyknęła jego imię, tkając zaklęcie, które umieściło ich w centrum świata.
Potem leżeli spleceni ze sobą w ostatnich różowawych chwilach przed świtem. Diana przyciągnęła głowę męża do piersi. On spojrzał na nią pytająco, a ona pokiwała głową. Matthew przytknął usta do srebrzystego księżyca nad wyraźną niebieską żyłą.
Był to stary sposób wampirów na poznanie ukochanej, uświęcona chwila bliskości duchowej, kiedy myśli i emocje były wymieniane szczerze i bez osądzania. Wampiry były skrytymi bytami, ale kiedy piły krew z żyły nad sercem partnerki, następował moment doskonałego spokoju i zrozumienia, który uciszał stałą, tłumioną potrzebę polowania i posiadania.
Skóra Diany rozstąpiła się pod jego zębami i Matthew wypił kilka cennych uncji jej krwi. Wraz z nią zalała go fala wrażeń i uczuć: radości zmieszanej z żalem, zachwytu z powrotu do przyjaciół i rodziny, naznaczonego smutkiem, wściekłości z powodu śmierci Emily, hamowanej przez Dianę ze względu na niego i na dzieci.
– Oszczędziłbym ci tej straty, gdybym mógł – powiedział cicho Matthew, całując ślad, jaki jego usta zostawiły na jej skórze. Przetoczył się razem z nią tak, że znalazł się na plecach, a Diana na nim. Żona spojrzała mu w oczy.
– Wiem. Po prostu nigdy mnie nie zostawiaj, Matthew. Bez pożegnania.
– Nigdy cię nie zostawię – obiecał.
Diana dotknęła ustami jego czoła. Przycisnęła je do skóry między jego oczami. Większość ciepłokrwistych nie mogła uczestniczyć w rytuale wspólnoty wampirów, ale jego żona znalazła sposób na obejście tego ograniczenia, tak jak to robiła z innymi przeszkodami na swojej drodze. Odkryła, że kiedy całuje go właśnie w tym miejscu, widzi jego najskrytsze myśli i mroczne miejsca, w których są ukryte jego tajemnice i lęki.
Matthew czuł jedynie mrowienie od jej mocy, więc leżał nieruchomo, żeby Diana również mogła się nim nasycić. Odprężył się, żeby jego uczucia i myśli mogły płynąć do niej swobodnie.
– Witaj w domu, siostro.
Nieoczekiwany zapach dymu drzewnego i skórzanych siodeł zalał pokój, kiedy Baldwin zerwał kołdrę z łóżka.
Diana krzyknęła wystraszona. Matthew próbował zakryć sobą jej nagie ciało, ale było za późno. Jego żony już dotknął inny wampir.
– Już w połowie podjazdu słyszałem przysięgę krwi mojego ojca. I jesteś w ciąży. – Wzrok Baldwina de Clermonta padł na zaokrąglony brzuch Diany. Jego chłodna twarz była wściekła i jednocześnie chłodna. Obrócił jej rękę i powąchał nadgarstek. – I tylko zapach Matthew na tobie. No, no.
Baldwin puścił Dianę, Matthew ją objął.
– Wstawajcie! – rozkazał z furią wampir. – Oboje.
– Nie masz nade mną władzy, Baldwinie! – krzyknęła Diana.
Nie mogła wymyślić odpowiedzi, która bardziej rozwścieczyłaby szwagra. Baldwin nachylił się do niej bez ostrzeżenia, tak że jego twarz znalazła się cale od jej twarzy. Tylko twarda dłoń Matthew zaciśnięta na szyi brata nie pozwoliła mu zbliżyć się bardziej.
– Przysięga krwi mojego ojca oznacza, że mam. – Baldwin wbił spojrzenie w oczy Diany, starając się zmusić ją do odwrócenia wzroku. Kiedy tak się nie stało, wampir stwierdził: – Twojej żonie brakuje manier, Matthew. Naucz ją albo ja to zrobię.
– Wyuczyć? – Oczy Diany się rozszerzyły.
Gdy rozstawiła palce, wiatr owiał jej stopy gotowy odpowiedzieć na wezwanie. Wysoko w górze Corra krzyknęła, by dać znać swojej pani, że już jest w drodze.
– Żadnej magii i żadnych smoków – szepnął jej do ucha Matthew, modląc się, żeby choć ten jeden raz go posłuchała. Nie chciał, żeby Baldwin czy ktokolwiek inny w rodzinie zobaczył, jak bardzo rozwinęły się jej umiejętności, kiedy przebywali w szesnastym wieku.
Jakimś cudem Diana skinęła głową.
– Co to ma znaczyć? – W pokoju rozległ się lodowaty głos Ysabeau. – Jedynym usprawiedliwieniem twojej obecności tutaj, Baldwinie, może być to, że postradałeś rozum.
– Ostrożnie, Ysabeau. Pokazujesz pazury. – Baldwin ruszył do schodów. – Zapominasz, że ja jestem głową rodu de Clermontów. Nie potrzebuję żadnych usprawiedliwień. Spotkajmy się w bibliotece, Matthew. Ty też, Diano.
Baldwin odwrócił się i wpatrywał w brata dziwnymi złotobrązowymi oczyma.
– Nie każ mi czekać.
Biblioteka de Clermontów była skąpana w łagodnym świetle przedświtu, w którym wszystko wydawało się miękkie: brzegi książek, mocne zarysy drewnianych regałów stojących pod ścianami, dywan Aubussona w ciepłych złotych i błękitnych barwach.
Jednakże to światło nie stępiło mojego gniewu.
Przez trzy dni myślałam, że nic nie wyprze mojego żalu z powodu śmierci Emily, ale trzy minuty w towarzystwie Baldwina pokazały, że się myliłam.
– Wejdź, Diano.
Baldwin siedział przy wysokim oknie na podobnym do tronu krześle Savonaroli. Jego rudozłote włosy lśniły w blasku lampy, a ich kolor przypominał mi pióra Augusty, orła, z którym cesarz Rudolf polował w Pradze. Każdy cal muskularnego ciała wampira był napięty z gniewu i powściąganej siły.
Rozejrzałam się po pokoju. Nie my jedni zostaliśmy wezwani na rodzinne zebranie. Przy kominku czekała drobna młoda kobieta o skórze koloru odtłuszczonego mleka i czarnych sterczących włosach. Jej oczy były ciemnoszare i ogromne, okolone gęstymi rzęsami. Wciągnęła powietrze nosem, jakby wyczuwała burzę.
– Verin.
Matthew ostrzegł mnie przed córkami Philippe’a, które były tak przerażające, że rodzina kazała mu przestać je tworzyć. Ale ta tutaj nie wyglądała na groźną. Twarz miała gładką i pogodną, postawę rozluźnioną, jej oczy tryskały energią i inteligencją. Gdyby nie czarne ubranie, można by ją wziąć za elfa.
I wtedy zauważyłam rękojeść noża wystającą z jej czarnych wysokich butów na obcasach.
– Wölfling – Verin chłodno powitała brata, ale spojrzenie, które posłała mnie, było jeszcze bardziej lodowate. – Czarownica.
– Diana. – Zapłonął we mnie gniew.
– Mówiłam ci, że nie da się pomylić. – Verin nie zareagowała na moje słowa, tylko zwróciła się do najstarszego brata.
– Co tu robisz, Baldwinie? – spytał Matthew.
– Nie wiedziałem, że potrzebuję zaproszenia do domu mojego ojca – odparł brat. – Tak się składa, że przyjechałem z Wenecji, żeby zobaczyć się z Marcusem.
Spojrzenia obu mężczyzn się zwarły.
– Wyobraź sobie moje zaskoczenie, kiedy ciebie tu zastałem – ciągnął Baldwin. – Nie spodziewałem się również, że twoja partnerka jest teraz moją siostrą. Philippe umarł w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym, więc jak to możliwe, że czuję jego przysięgę krwi? Że ją słyszę?
– Może niech ktoś inny przekaże ci najnowsze wieści. – Matthew wziął mnie za rękę i odwrócił się, żeby pójść na górę.
– Żadne z was nie zniknie mi z oczu, póki się nie dowiem, jak czarownica wyłudziła przysięgę krwi z martwego wampira. – W głosie Baldwina zabrzmiała groźba.
– To nie było żadne wyłudzenie – oświadczyłam z oburzeniem.
– A zatem nekromancja? Jakiś brudne zaklęcie wskrzeszające? A może wezwałaś jego ducha i zmusiłaś go do złożenia przysięgi?
– To, co się wydarzyło między Philippe’em i mną, nie ma nic wspólnego z moją magią, a wszystko z jego wspaniałomyślnością. – Mój gniew jeszcze bardziej się rozpalił.
– Mówisz tak, jakbyś go znała – stwierdził Baldwin. – To niemożliwe.
– Nie dla podróżniczki w czasie.
– Podróżniczki w czasie? – Baldwin osłupiał.
– Diana i ja byliśmy w przeszłości – wyjaśnił Matthew. – Dokładnie mówiąc, w roku tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym. Odwiedziliśmy Sept-Tours tuż przed świętami Bożego Narodzenia.
– Widzieliście Philippe’a? – zapytał Baldwin.
– Widzieliśmy. Philippe był tamtej zimy sam. Przysłał mi monetę i kazał przyjechać do domu.
Obecni w pokoju de Clermontowie zrozumieli prywatny kod ich ojca. Kiedy senior rodu przysyłał starą srebrną monetę, odbiorca musiał bez pytania posłuchać rozkazu.
– W grudniu? To znaczy, że musimy znosić jeszcze pięć miesięcy pieśni krwi – wymamrotała Verin, ściskając mostek nosa, jakby bolała ją głowa.
Zmarszczyłam brwi.
– Dlaczego pięć miesięcy? – zapytałam.
– Według naszych legend przysięga krwi śpiewa przez rok i jeden dzień – wyjaśnił Baldwin. – Wszystkie wampiry ją słyszą, ale pieśń jest szczególnie głośna i wyraźna dla tych, którzy mają w żyłach krew Philippe’a.
– Philippe chciał usunąć wszelkie wątpliwości, że jestem de Clermont – powiedziałam, patrząc na Matthew.
Wszystkie wampiry, które poznały mnie w szesnastym wieku, musiały słyszeć tę pieśń, dlatego wiedziały, że jestem nie tylko partnerką Matthew, ale również córką Philippe’a de Clermonta. Mój teść chronił mnie na każdym etapie naszej podróży przez przeszłość.
– Żadna czarownica nie zostanie uznana za członka rodu de Clermont. – Ton Baldwina był beznamiętny i stanowczy.
– Ja już nim jestem. – Uniosłam lewą rękę, żeby zobaczył moją obrączkę. – Matthew i ja wzięliśmy ślub. Wasz ojciec był gospodarzem ceremonii. Jeśli przetrwały archiwa parafii Saint-Lucien, dowiecie się z nich, że uroczystość odbyła się siódmego grudnia tysiąc pięćset dziewięćdziesiątego roku.
– We wsi znaleźlibyśmy księgę kościelną z wyrwaną stroną – powiedziała cicho Verin. – Atta zawsze zacierał ślady.
– Nie ma znaczenia, czy się pobraliście, bo Matthew również nie jest prawdziwym de Clermontem, a jedynie dzieckiem partnerki mojego ojca – rzekł zimno Baldwin.
– To niedorzeczne – zaprotestowałam. – Philippe uważał go za swojego syna. Matthew nazywa ciebie bratem, a Verin siostrą.
– Nie jestem siostrą tego szczeniaka – oświadczyła Verin. – Nie mamy wspólnej krwi, tylko nazwisko. I dzięki Bogu.
– Przekona się pani, Diano, że małżeństwo i partnerstwo nie liczą się dla większości de Clermontów – rozległ się cichy głos z wyraźnym hiszpańskim albo portugalskim akcentem. Należał do nieznajomego, który stał w drzwiach. Jego ciemne włosy i oczy koloru espresso kontrastowały z jasnozłotą skórą i jasną koszulą.
– Nie prosiliśmy o twoją obecność, Fernando – rzucił gniewnie Baldwin.
– Jak wiecie, przychodzę, kiedy jestem potrzebny, a nie kiedy mnie wzywają. – Mężczyzna ukłonił mi się lekko. – Fernando Gonçalves. Bardzo mi przykro z powodu pani straty.
Nazwisko tego człowieka kołatało się w mojej pamięci. Już gdzieś je słyszałam.
– To pana Matthew poprosił o przywództwo nad Zakonem Rycerzy Świętego Łazarza, kiedy sam zrezygnował ze stanowiska wielkiego mistrza – stwierdziłam w końcu.
Fernando Gonçalves należał do najgroźniejszych rycerzy zakonu. Sądząc po szerokości jego ramion i ogólnej sprawności, nie wątpiłam, że to prawda.
– Tak. – Jak wszystkie wampiry miał ciepły i głęboki głos o brzmieniu jak nie z tego świata. – Ale Hugh de Clermont był moim partnerem. Odkąd zginął razem z templariuszami, miałem niewiele do czynienia z zakonami rycerskimi, bo nawet najdzielniejszym rycerzom brak odwagi, żeby dotrzymywać obietnic. – Fernando wbił wzrok w najstarszego de Clermonta. – Prawda, Baldwinie?
– Rzucasz mi wyzwanie? – Baldwin wstał.
