Wszystkie nasze sekrety. Sekrety i kłamstwa tom 1 - Martyna Szubert - ebook
BESTSELLER

Wszystkie nasze sekrety. Sekrety i kłamstwa tom 1 ebook

Martyna Szubert

4,0

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Przebojowy debiut Martyny Szubert sprawia, że nie można oderwać się od lektury!


Historia z wątkiem hate-love idealna dla fanów serii After.

 

Elisabeth od zawsze miała talent do unikania kłopotów. Pomagało jej w tym skrupulatne planowanie każdej chwili życia. Dlatego też szczegółowo rozpisała sobie ostatnie wakacje przed rozpoczęciem studiów. Niespodziewanie w jej idealnie ułożonym życiu pojawia się Archer – arogancki, egoistyczny chłopak obracający się w towarzystwie szkolnej elity.

 

W jeden dzień niszczy wszystko, nad czym Elisabeth ciężko pracowała i proponuje jej układ. Chce, by ktoś tak ułożony jak Beth, udawał jego dziewczynę podczas spotkania z rodzicami. W zamian zobowiązuje się do naprawienia szkód, które wyrządził.

 

Z każdą chwilą spędzona z Archerem na jaw wychodzi coraz więcej sekretów, a Beth zaczyna gubić się we własnych kłamstwach.

 

Czy dziewczynie uda się odzyskać normalne życie, zanim zostanie ono doszczętnie zniszczone przez tajemnice?

 

Martyna Szubert szturmem wchodzi na rynek literatury młodzieżowej! Wszystkie nasze sekrety to romans hate-love, zawierający wszystkie elementy, za które uwielbiamy ten motyw.

Anna Bellon

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (187 ocen)
78
53
40
13
3
Sortuj według:
aneta42

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna książka, lekka i przyjemna
00
DominikaCzyta

Dobrze spędzony czas

Lekka, przyjemna lektura na wakacyjne dni. Od ciągłego "zejdź mi z drogi do zakochania". Bardzo fajny debiut.
00
IwonaNiewiadoma

Całkiem niezła

dobra książka polecana dla młodszych czytelnikow
00
Egoana

Dobrze spędzony czas

szybko i lekko się czytało. nie do końca moje klimaty, ale pomysł fajny i napisana tez jest z sensem. zakończenie tez mi sie podobało, żadne 5 lat później i gromadka dzieci. takie zakończenie, bez zakończenia. polecam
00
WeronikaXD123

Dobrze spędzony czas

polecam
00

Popularność




Rozdział 1

Uderzyłam otwartą dłonią w kierownicę. To nie mogło się tak skończyć. Brak przeklętego miejsca parkingowego nie mógł zniszczyć dziesięciu miesięcy mojej pracy.

Zerknęłam na zegarek. Zostało mi dwanaście minut, a połowę tego czasu zmarnowałam na krążeniu między sektorami wypełnionymi pojazdami. Dudnienie kropel uderzających o karoserię tylko potęgowało nieprzyjemne uczucie skurczu gdzieś w okolicach mojego żołądka. Nagle ją ujrzałam. Pustą przestrzeń, wyłaniającą się spośród lawiny aut. Docisnęłam pedał gazu. Silnik starego chevroleta zawył w proteście, a ja poczułam, jak tylnymi kołami zarzuca mnie w bok. Przeklęłam pod nosem, przekręciłam kierownicę w drugą stronę i z nieco większą ostrożnością pokonałam zakręt, by wjechać we właściwą alejkę.

– Beth? Żyjesz? – Z głośnika telefonu umieszczonego w uchwycie przyczepionym do przedniej szyby popłynął głos Ciri.

– Zaraz będę. Muszę zaparkować – powtórzyłam to samo, co zaserwowałam jej dobre trzy minuty temu.

Tym razem w moim głosie musiała dosłyszeć nutę nadziei, bo wyraźnie spuściła z tonu:

– Tylko nie zabij się, zanim na dobre zaczniemy rozkręcać naszą karierę. Czekam przed salą.

Rozłączyła się, a ja odetchnęłam z ulgą. Ostatnie, czego teraz potrzebowałam, to kolejne sugestie przyjaciółki, że przecież mogłam nastawić budzik. W głębi duszy przyznałam jej rację. Najważniejsze jednak, że dotarłam na czas. Włączyłam migacz i z łatwością, o jaką nie podejrzewałam ani siebie, ani starego cheva, wsunęłam się na miejsce tuż naprzeciwko głównego wejścia. Zgasiłam silnik i schowałam kluczyki do kieszeni jeansowej kurtki. Wychyliłam się do tyłu, przez chwilę mocując się z pasem, który blokował mi ruchy. Wyciągnęłam rękę, ale do pozostawionego na tylnym siedzeniu plecaka brakowało mi jeszcze kilku centymetrów. Sapnęłam z irytacją, w końcu decydując się na odpięcie pasa. Teraz już bez trudu chwyciłam plecak i leżącą na nim folię z plikiem papierów. Przeliczyłam je szybko. Osiem stron. Wypuściłam z ulgą powietrze, nawet nie chcąc sobie wyobrażać, co by było, gdybym przypadkiem zapomniała którejś z nich. Wszystko jednak wskazywało na to, że zaspanie, utknięcie w korku, brak miejsca na parkingu i do tego deszcz, który o tej porze w Moonglass padał raczej rzadko, wyczerpało limit pecha na dziś.

Uśmiechnęłam się, czując, jak niemiły skurcz w żołądku przekształca się w ekscytujące łaskotanie. Stanowczo zbyt długo czekałam na ten dzień i nawet wcześniejsze wpadki nie mogły mi go popsuć. Otworzyłam drzwi, dość mocno popychając je prawym ramieniem. Nie zdążyłam postawić nawet jednej tenisówki na mokrym od deszczu betonie, gdy rozległ się dźwięk klaksonu. Podskoczyłam na siedzeniu i gwałtownie odwróciłam się do tyłu. Przez rozmazaną od spływającej wody szybę dostrzegłam zarys czarnego samochodu, którego właściciel właśnie opuszczał szybę.

O nie. Liczyłam na to, że moja szczęśliwa passa potrwa dłużej niż kilka sekund.

– Zajęłaś moje miejsce, Harlow. – Archer Morgan posłał mi przepełnione irytacją spojrzenie i docisnął pedał gazu, przez co jego samochód zawarczał gniewnie.

Dźwięk przywodził na myśl maszynę szykującą się do startu w wyścigu. W niczym nie przypominał tego żałosnego sapania, które mój stary chev wydusił z siebie kilka minut wcześniej. Nie zamierzałam jednak rezygnować z miejsca, które już zresztą zajęłam, tylko dlatego, że jakiś bogatszy dzieciak się o to dopomina. No dobra, może nie dzieciak. Byliśmy w tym samym wieku i nawet spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu na biologii oraz zajęciach z angielskiego. Archer Morgan należał do tak zwanej elity składającej się z członków drużyny sportowej, cheerleaderek i przewodniczących wszystkich istniejących klubów. O dziwo, on nie był członkiem żadnej z tych grup. Ale jako syn dyrektora szkoły otrzymywał zaproszenia na najlepsze imprezy. To jednak trochę za mało, by przywłaszczyć sobie miejsce parkingowe, pomyślałam, wychylając się przez uchylone drzwi.

– Myślałam, że to parking publiczny – odpowiedziałam ze spokojem i rozłożyłam parasol wyciągnięty ze schowka przy drzwiach.

Archer zmarszczył brwi, spoglądając na mnie przenikliwie. Jego wzrok powędrował po moich czarnych, trochę już znoszonych trampkach, jasnych jeansach i bluzie z kapturem, teraz częściowo przykrytej przez kurtkę w kolorze spodni. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak źle wyglądam. Nie przejmowałabym się tym, gdyby właśnie rozpoczynał się kolejny nudny dzień w szkole. Na co dzień nosiłam to, w czym czułam się dobrze i tak było również w tym przypadku. W pośpiechu założyłam to, co miałam pod ręką, kompletnie zapominając o tym, by ubrać się jakoś bardziej elegancko. Najważniejsze, że wszystkiego się nauczyłam i dobrze opanowałam materiał, przypomniałam sobie i zamknęłam samochód.

Postanowiłam zlekceważyć fakt, że Morgan w ogóle mnie zaczepił. Szarpnęłam za klamkę, by upewnić się, że nikt nie będzie w stanie ukraść mi auta. Kiedyś zdarzyło się to mojej mamie i od momentu poznania tej historii sama stałam się nieco przezorna. Nie zdążyłam odsunąć się od chevroleta nawet na kilka centymetrów, gdy za plecami usłyszałam zbliżające się kroki.

– Zwolnij mi miejsce – zażądał Archer, stając naprzeciwko.

Ten to ma tupet, pomyślałam, wymownie spoglądając w górę. Musiałam przechylić parasolkę do tyłu, by móc na niego spojrzeć. Chłopak wydawał się nie dbać o to, że krople deszczu spadają na jego starannie ułożone włosy i czarną koszulę. Woził się samochodem za pół bańki, a nie stać go było na parasol? Prychnęłam, rozbawiona tą myślą i faktem, że on naprawdę oczekiwał, że zrobię to, o co mnie poprosił. Przy czym słowo „poprosił” jest tu dużym nagięciem rzeczywistości.

– Więcej tu nie stanę, skoro tak cię to boli – powiedziałam, siląc się na uprzejmy ton.

Postanowiłam nie unosić się za bardzo honorem. Rozpoczęcie wojny ze szkolną elitą nie znajdowało się na liście moich dzisiejszych celów.

– Nie rozumiesz. – Roześmiał się krótko, lecz jego śmiech w ogóle nie brzmiał wesoło. W oczach chłopaka czaiły się złośliwe iskierki. – Jestem dla ciebie miły. Daję ci wybór. Albo przestawisz auto, albo ono przestawi się samo.

Że co proszę? Przez chwilę staliśmy w ciszy przerywanej przez krople uderzające o parasolkę i karoserie pobliskich aut. W końcu udało mi się zamknąć usta. Oderwałam wzrok od Archera, który przyglądał mi się z tą samą intensywnością jak wtedy, gdy wysiadłam z samochodu. Zerknęłam na zegarek. Zostały mi trzy minuty. No po prostu, kurde, świetnie. Normalnie odpowiedziałabym jakoś na tę głupią groźbę, ale teraz Archer był moim najmniejszym zmartwieniem.

– Powodzenia – rzuciłam z wymuszonym uśmiechem i wyminęłam go, mocniej ściskając plik kartek. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę szkolnego budynku.

Gdy tylko znalazłam się w szatni, błyskawicznie schowałam parasolkę i kurtkę do swojej szafki, po czym wbiegłam schodami na pierwsze piętro. Skierowałam się do sali matematycznej, przed którą już czekała na mnie potupująca nogą Ciri.

– Nareeeszcie. – Odetchnęła z ulgą, jednocześnie posyłając mi pełne wyrzutu spojrzenie. – Pierwsza osoba weszła już do środka, teraz pora na mnie. Masz moje…

– Tak. – Wtrąciłam się jej w zdanie i wyciągnęłam cztery pierwsze kartki. – Ułożyłam w dobrej kolejności.

Ciri przestąpiła z nogi na nogę i niepewnie powiodła wzorkiem po zadaniach zapisanych na kartkach, które jej podałam. Wyglądała tak, jakby pierwszy raz widziała je na oczy, a przecież od dwóch tygodni przerabiałyśmy je razem po szkole. Gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy i kazał rozwiązać jedno z nich, jestem pewna, że po jednej kawie doszłabym do prawidłowej odpowiedzi. No dobra, znając moje zamiłowanie do tego napoju, prawdopodobnie najpierw bym zwymiotowała, a dopiero potem rozwiązała zadanie.

– A co, jeśli specjalnie na poprawę ułożył jakieś inne zadania, a te dał tylko po to, by nas wykończyć? – Ciri rozejrzała się uważnie po prawie pustym korytarzu i ściszonym głosem dodała: – Ten stary gbur czerpie przyjemność z niszczenia ludziom marzeń. Zapewne wyobraża nas sobie jako wstrętne, małe karaluchy, które trzeba zdeptać, nim…

– Przestań – przystopowałam ją. – Za bardzo się nakręcasz. To tylko poprawa z matmy, a nie bitwa o ostatni statyw z przeceny.

– Od tej poprawy zależy nasza kariera! – Ciri z impetem cisnęła kartki na pobliską ławkę, po czym sama opadła obok nich.

Chciałabym móc powiedzieć, że przesadza. Poznałam ją na początku liceum i od tamtego czasu zdążyłam zauważyć, że ma skłonności do nadmiernego dramatyzowania. Tym razem miała jednak do tego prawo. Nasza najbliższa przyszłość naprawdę zależała od głupiej poprawy z matmy. I to tylko dlatego, że w tym roku zmienili zasady przyjęcia na Moonglass School Camp.

Na samą myśl o MSC serce mocniej zadudniło mi w piersi. Dziesięciodniowy obóz letni był marzeniem niemal każdego, kto po liceum chciał dostać się na dobrą uczelnię. Nie – nie dobrą. Najlepszą. Dyplom, który uczestnicy otrzymywali pod koniec, i doświadczenie, które zdobywali w trakcie, otwierały przed nimi drogę do nieograniczonego wyboru spośród wymarzonych uczelni. I to wszystko za sprawą tego, że na obozie warsztaty prowadzili sławni na całym świecie uczeni, gwiazdy z niesamowitym doświadczeniem artystycznym i sportowcy, których do tej pory oglądaliśmy tylko na ekranie telewizora.

Co roku ze wszystkich kół naukowych, artystycznych i sportowych wybierano po jednej osobie z każdej kategorii. I tu zaczynała się ciężka rywalizacja o punkty i oceny. Im lepsze wyniki uzyskało się w ciągu roku, tym większe szanse na MSC, gdzie liczba miejsc ograniczała się do trzydziestu. Pech chciał, że na początku września zgłosił się ogrom chętnych, dlatego dyrektor wraz z organizatorami postanowili, że uczestnicy muszą zdobywać punkty we wszystkich trzech kategoriach. I tak oto przez ponad dziewięć miesięcy ja i Ciri pogłębiłyśmy swoją wiedzę nie tylko na temat filmoznawstwa, lecz także stałyśmy się całkiem niezłymi graczami w kosza, a podstawowe testy z matematyki nie sprawiały nam już problemu. Aż do ostatniego egzaminu, który pogrążył ponad połowę naszej grupy, wliczając w to również nas.

Nagle drzwi klasy otworzyły się. Amber Anderson, szkolna biegaczka, wyszła z niej z dość nietęgą miną. Zatrzymała się na chwilę, zmarszczyła brwi i posłała nam złośliwy uśmieszek.

– Nadal się dziwię, że wy dwie nie pozabijałyście się na zajęciach z koszykówki. Na waszym miejscu oszczędziłabym sobie dalszych starań.

Zerknęłam na Ciri. Wyglądała tak, jakby Amber nagle stała się jej matką chrzestną, która właśnie zaproponowała porzucenie dotychczasowego życia i wyjazd do Meksyku. Zacisnęłam zęby. O nie, Ciri. Nie pozwolę na to, byś do końca swojego życia hodowała flamingi.

– W takim razie może sobie ich oszczędź, bo tak właściwie to jesteś na naszym miejscu. Też bierzesz udział w konkursie. – Wyprostowałam się i bez cienia skrępowania spojrzałam jej w oczy.

Po dzisiejszym dniu moje relacje z elitą i tak spisywałam na straty. Poza tym Amber od zawsze jakoś bardziej działała mi na nerwy.

– Naprawdę? – Brwi Anderson powrócił na swoje zwyczajne miejsce tylko po to, by za chwilę unieść się w nienaturalny sposób. – Zmartwiłabym się, gdybym nie miała tego.

Sięgnęła do kieszeni i pomachała mi przed nosem zawiniętymi w rulon kartkami papieru, które okazały się tym samym zbiorem zadań, co mój. Zrobienie całego zestawu w domu i jednego, wybranego ćwiczenia na poprawie było warunkiem zaliczenia przedmiotu. Anderson się udało, o czym świadczyła czerwona piątka z podpisem profesora.

– Zobaczymy się więc na MSC – odparłam pogodnie. Teraz nie było już odwrotu. Musiałyśmy zaliczyć tę poprawę!

– Wątpię – syknęła z wyraźnym naciskiem. Teatralnym ruchem złożyła kartki na pół i wcisnęła je do plecaka, po czym odeszła korytarzem.

Dopiero gdy zniknęła za zakrętem, usiadłam obok Ciri.

– Nawet nie próbuj mi mówić, że Anderson nie ma racji i że wcale nie powinnam się stresować. – Oderwała wzrok od sznurówek i przeniosła go na mnie. – Co my sobie myślałyśmy? MSC jest dla ludzi takich jak ona. Bogatych, popularnych, mających chody u dyrektora…

– Daj znać, kiedy skończysz pisać poemat ku jej chwale – pełnym sarkazmu tonem przerwałam tę głupią wyliczankę.

– Bardzo śmieszne – burknęła. – Dobrze wiesz…

Nie dane mi jednak było usłyszeć, co takiego wiem, bo Ciri urwała w momencie, kiedy drzwi klasy uchyliły się po raz drugi. Na korytarz wychylił się niski mężczyzna we flanelowej koszuli i okularach z czerwonymi oprawkami.

– Lowell, teraz ty. Zapraszam do środka. – Ciri drgnęła nieznacznie na dźwięk swojego nazwiska.

Podniosła się powoli, rzucając mi krótkie, pełne przerażenia spojrzenie, i ruszyła za profesorem, który zniknął już w środku klasy.

– Hej! – Zerwałam się i tuż przed wejściem złapałam ją za rękę. Ścisnęłam delikatnie jej dłoń. – Masz rację. Nie jesteś i nigdy nie będziesz jak Amber Anderson, a wiesz czemu? Przez cały rok sama pracowałaś na swoje wyniki, podczas gdy ona ani razu nie pojawiła się na dodatkowych zajęciach z filmoznawstwa. Nauczyłaś się koszykówki w miesiąc i to ty wpadałaś na pomysł, jak rozwiązać większość zadań ze zbioru. Weź się w garść, Ciri, i pokaż profesorowi Darlowowi, że jedziesz na ten obóz.

Ciri z lekkim zaskoczeniem pokiwała głową i odwzajemniła uścisk.

– Dziękuję – mruknęła, nabierając przy tym powietrza i trochę mniej chwiejnym krokiem weszła do sali.

Gdy tylko zniknęła za drzwiami, pewność siebie, którą miałam, zadziwiająco zmalała. Na korytarzu zrobiło się całkiem pusto i cicho. Nie mogłam pozwolić na to, by stres dopadł również mnie. Prawie w ogóle go nie odczuwałam, dopóki miałam jakieś zajęcie. By zabić czas, ruszyłam wzdłuż korytarza. Zza mijanych po drodze drzwi dobiegały do mnie przytłumione głosy nauczycieli, którzy starali się przekazać uczniom jakąś wiedzę. Biorąc pod uwagę fakt, że koniec roku zbliżał się nieubłaganie, wiedziałam, że były to naprawdę bezowocne starania.

Skręciłam w prawe skrzydło. Znajdowały się tu dwa automaty. Ze słodyczami i napojami. Odłożyłam trzymane w ręku papiery na pobliską ławkę i sięgnęłam do plecaka w poszukiwaniu drobnych. Gdzieś wyczytałam, że przed samym egzaminem dobrze jest zjeść coś słodkiego, aby pobudzić pracę organizmu i dodać sobie energii. Postanowiłam sprawdzić tę teorię. Udało mi się wygrzebać kilka monet, które od razu wrzuciłam do maszyny. Kątem oka zauważyłam, jak ktoś podchodzi do drugiego automatu. Odwróciłam się, by się przywitać. W czasie zajęć spodziewałam się tu tylko jakiegoś profesora, więc widok Archera Morgana trochę mnie zaskoczył. No cóż, przynajmniej miałam pewność, że znalazł miejsce parkingowe. Szczerze mówiąc, liczyłam też na to, że zostawi w spokoju moje auto. Co jak co, ale mój stary chev przeżył już wystarczająco przygód i kolejna mogłaby go całkowicie wykończyć.

– Cześć – przerwałam ciszę, uśmiechając się przy tym delikatnie. Musiałam rozwiązać tę sprawę w dyplomatyczny sposób.

Archer sięgnął po parujący kubek kawy i obrzucił mnie pytającym spojrzeniem. Wyglądał jakoś inaczej. Jego ciemne włosy, wcześniej zaczesane do tyłu, teraz pokręciły się delikatnie we wszystkie strony. Kilka kosmyków opadło mu na czoło, jednak nie pofatygował się, by je odgarnąć. Nadal wilgotna od deszczu koszula wyraźnie odznaczała partie wyrzeźbionych mięśni. To dziwne, pomyślałam, nigdy nie należał do bardziej aktywnych członków drużyny sportowej. Nie podejrzewałabym go o tak… dobrą formę.

– Jak na kogoś, kto z pośpiechu zajął moje miejsce parkingowe, masz zdumiewająco wiele czasu, by się na mnie gapić – zakpił, przechodząc w stronę ławek, po czym oparł się o ścianę.

Co? Cholera. Wymierzyłam sobie mentalnego plaskacza w twarz. Naprawdę aż tak było to widać? Początek rozmowy raczej nie sprzyjał jej pomyślnemu zakończeniu. Musiałam jakoś zatuszować tę gafę.

– Jeśli chodzi o tamtą sytuację z parkingu, to nie chciałam… – cię wkurzyć i sprawić, by nad moim samochodem zawisło widmo rychłej śmierci – …spóźnić się na poprawę z matmy. Jestem ostatnia na liście, ale miałam przy sobie zadania przyjaciółki, która wchodziła wcześniej i… – urwałam, bo zdałam sobie sprawę, że chłopak w ogóle mnie nie słucha.

Nawet nie próbował udawać, że to robi. W jednej dłoni trzymał kawę, którą popijał od czasu do czasu, a w drugiej telefon, którym się bawił.

– Skończyłaś? – zapytał od niechcenia i odłożył smartfona na ławkę.

– Staram się wszystko wyjaśnić. Jesteśmy dwójką dorosłych ludzi i nie musimy robić sobie na złość…

– Nie rób tego.

– Czego? – zapytałam, teraz już nieco zbita z tropu.

– Nie tłumacz się.

– Ja wcale…

– Widzisz? – Chciałam zaprzeczyć, ale uświadomiłam sobie, że chyba faktycznie to robię. Cholera. – Masz rację. Jesteśmy dorośli. Na parkingu podjęłaś decyzję, więc rozsądnie byłoby zmierzyć się z konsekwencjami.

– O czym ty mówisz? – Archer uśmiechnął się złośliwie i przechylił kubek z nadal parującą zawartością. – Ej!

Odskoczyłam w bok, wytrzeszczając oczy. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że wcale nie celował we mnie. Papiery, które zostawiłam na ławce, całkowicie przesiąkły ciemnobrązową cieczą.

– Jesteś nienormalny!

– Kto nie jest? – Spojrzał wymownie w sufit i przechodząc obok, klepnął mnie w ramię. – Nie martw się, jesteśmy kwita. Twoje auto zostawię w spokoju.

Rozdział 2

Czy ty właśnie… – Zacisnęłam ze złością zęby i się odwróciłam. – Stój!

Po tym, co zrobił, nie zamierzałam tak po prostu pozwolić mu odejść. Nie martw się, jesteśmy kwita. Twoje auto zostawię wspokoju. Jego słowa odbiły się echem w mojej głowie. Świetnie. Cóż za łaska, mój chev może kontynuować swój żywot, a ja w zamian mogę zapomnieć o MSC.

– Ty…ty chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, co zrobiłeś – wycedziłam, celując w niego palcem, jakbym miała zamiar rzucić w ten sposób złowieszczy urok.

Archer zatrzymał się, zgniótł w dłoni pusty już kubek i rzucił nim do kosza oddalonego o kilka metrów.

– Oświeć mnie – poprosił. – Tylko szybko, bo jestem już spóźniony na zajęcia.

Spóźniony? To po cholerę zatrzymałeś się, by wypić kawę? Czułam, że policzki czerwienią mi się ze złości, co przy mojej wyjątkowo bladej cerze i niemal platynowych włosach wyglądało naprawę okropnie. Nienawidziłam tego, ale również nie mogłam kontrolować. Wkurzyło mnie, że zachowywał się w tak dupkowaty sposób. Dupkowaty. Czy istnieje w ogóle takie słowo? Jeśli nie, to gratulacje, Archer, właśnie przyczyniłeś się do jego powstania.

– Papiery, które zdecydowałeś się oblać kawą, były moją ostatnią szansą, żeby dostać się na letni obóz. – Dopiero gdy wypowiedziałam te słowa na głos, dotarła do mnie powaga sytuacji. Zacisnęłam dłoń w pięść, by powstrzymać jej drżenie. – Masz to naprawić.

– Zaraz… masz na myśli ten słynny Moonglass School Camp? – Jedna brew chłopaka uniosła się delikatnie do góry. – Bierzesz w tym udział?

– Chcę wziąć w tym udział – poprawiłam go z naciskiem. – A ty właśnie znacznie mi to utrudniłeś.

Jad w moim głosie najwidoczniej go nie zraził, bo przybliżył się tak, że dzieliła nas kilkunastocentymetrowa odległość. Wiedziałam, że zdawał sobie sprawę z tego, czym jest MSC i jak wielką wagę ma dla uczniów, którzy starają się o miejsce na liście. On już się na niej znajdował. I to bez wkładu własnej pracy. Słyszałam nawet plotki, że załatwił kilka miejsc dla najbliższych znajomych.

– Sama to sobie utrudniłaś. To była twoja decyzja, pamiętasz?

– To nie ja wylałam tę cholerną kawę na swoją pracę – krzyknęłam, wyraźnie akcentując każde słowo.

Nie odpowiedział, tylko obejrzał się za siebie. Świetnie. Znowu próbował mnie olewać. Zgrzytnęłam zębami i wyminęłam go, by stanąć z nim twarzą w twarz, gdy nagle usłyszałam zbliżający się odgłos stukania obcasów. Staliśmy w ciszy, oboje wpatrując się w ścianę przed zakrętem, z którego po chwili wyłoniła się pani Garson, szkolna sekretarka. Na nasz widok zatrzymała się i oparła dłonie na biodrach.

– Co wy tu robicie? – zapytała, a na jej czole pojawiło się kilka pojedynczych zmarszczek.

W swojej szafirowej marynarce i szpilkach, dobranych idealnie pod kolor, zdecydowanie mogłaby wejść na paryski wybieg. Tymczasem ugrzęzła tu. Na szarym, szkolnym korytarzu, z wykładziną odklejającą się w rogu podłogi i dwójką nastolatków, gotową skoczyć sobie do gardeł.

Skoro liceum jest polem bitwy, to najważniejsza jest szybkość, pomyślałam. Zabij, zanim sam zostaniesz zabity. Pogrąż wroga, zanim on pogrąży ciebie. Nie wiem, czy to wojowniczy błysk w moim oku, czy fakt, że uniosłam pewnie podbródek, sprawił, że Archer przeniósł wzrok na mnie. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na kilka sekund. Chłód i niewypowiedziana groźba w jego oczach ostudziły nieco moje zapędy.

Ogarnij się, upomniałam się w myślach. Nie pozwól mu wygrać kolejnej bitwy. Kątem oka dostrzegłam zmoczony plik kartek, który teraz całkowicie przyległ do krawędzi ławki. Ten widok zadział na mnie jak katalizator. Spojrzałam prosto na panią Garson.

– Archer oblał kawą moje zadania z matematyki. Zaraz powinnam je oddać profesorowi Darlowowi, by móc poprawić ocenę – wyjaśniłam, nie próbując zapanować nad mieszanką złości i paniki, która nadal mi towarzyszyła.

Wcześniej uznałam jego spojrzenie za nieprzychylne, ale teraz twarz chłopaka wyrażała coś pomiędzy „nienawidzę cię” a „jesteś martwa”.

– Potknąłem się – wycedził, nie przejmując się tym, że jego postawa wskazuje na coś innego. – Nawet najlepszym się zdarza.

Nie odrywał ode mnie oczu, jakby liczył na to, że jego spojrzenie zadziała na mnie jak hipnoza, przez którą nagle zmienię swoje stanowisko. Uniosłam jedną brew do góry. Może ten sposób działał na jego znajomych, ale ja nie zamierzałam mu ulec.

– O ile definicja potknięcia się nie zmieniła, to wątpię, że przechylenie kubka z kawą i celowe wylanie jej można do niego zaliczyć – odparłam z pretensją w głosie.

Staliśmy na tyle blisko siebie, że dosłownie moglibyśmy skoczyć sobie do gardeł, gdyby któremuś z nas przyszła na to ochota. No dobra, on by się raczej musiał schylić.

– Masz jakiś dowód? – zapytał, a jego prawy kącik ust uniósł się delikatnie do góry – Mamy twoje słowo przeciwko mojemu, więc w obecnej sytuacji raczej niewiele możesz zrobić.

Powoli wypuściłam powietrze, zaciskając przy tym obie dłonie w pięści. Nie miałam. I nie sądziłam również, by ktokolwiek w tej sprawie zaprzątał sobie głowę sprawdzaniem szkolnego monitoringu. Czułam, jak krew buzuje w moich żyłach. O rany. Po raz pierwszy miałam ochotę komuś przywalić. Naprawdę przywalić.

– Dosyć tego. – Stanowczy głos pani Garson przywołał mnie do porządku.

Odsunęłam się od Archera i skrzyżowałam dłonie na piersiach. Wizja wyładowania złości na nim to jedno, ale z panią Garson nie zamierzałam się kłócić. Nigdy nie należałam do osób, które lubowały się w pyskowaniu nauczycielom. Właściwie, gdyby się na tym zastanowić, to nie mogłam przypomnieć sobie nawet jednej takiej sytuacji. I nawet teraz, gdy temu uprzywilejowanemu idiocie miało ujść na sucho zniszczenie mojej ciężkiej pracy, nie potrafiłam zdobyć się na pyskówkę.

Wiedziałam przecież dobrze, jak to wszystko się skończy. Brak dowodów przemawiał na jego korzyść, a pani Garson, nawet gdyby chciała, to nie mogła niczego z tym zrobić.

– Masz szlaban, Archer. Zostaniesz po lekcjach – oznajmiła spokojnie.

Poczułam się tak, jakby właśnie oznajmiła mi, że wygrałam konkurs na najlepszą fotografię miesiąca. Mrugnęłam kilka razy, patrząc to na nią, to na chłopaka. Czy ona naprawdę to powiedziała? Sądząc po wyrazie jego twarzy, który dopiero po chwili zmienił się w chłodną obojętność, tak.

– Nie, dzięki. Mam inne plany – prychnął i przeszył mnie wyzywającym spojrzeniem – Nie wylałem tej kawy celowo, a jeśli Harlow sądzi, że jest inaczej, to niech mi to jakoś udowodni.

Przygryzłam dolną wargę i uciekłam wzrokiem na bok. Miałam dość tych głupich potyczek. Mój nastrój przez ostatnie minuty zmienił się już kilka razy i to tylko za sprawą jego obecności. Może dlatego, że on sam wydawał się zmieniać emocje z zadziwiającą łatwością. Znałam go zbyt słabo, by ocenić, czy jest to gra aktorska, czy nawyk.

– Nie mówię o tym nieszczęśliwym wypadku – wytłumaczyła sekretarka, z wyraźnym zwątpieniem wypowiadając ostatnie słowa. – Powinieneś być na lekcji już trzydzieści minut, a przed chwilą sam przyznałeś się, że zamiast tego przyszedłeś tu sobie na kawę. Mógłbyś przyjrzeć się koleżance i wziąć z niej przykład. Nie pamiętam, kiedy ostatnio, o ile w ogóle, jakiś nauczyciel się na nią skarżył.

Poczułam odrobinę satysfakcji, gdy Archer bezgłośnie zaklął pod nosem. Otworzył usta, najwidoczniej mając zamiar kontynuować tę dyskusję, ale po chwili się rozmyślił. Obrócił się i odszedł bez słowa. Nie uważałam, że jeden szlaban jest wystarczającą nauczką za to, co zrobił, ale to, że w ogóle został jakoś ukarany, odrobinę mnie pocieszało. Gdy jego kroki ucichły, wróciłam wzrokiem do pani Garson.

– Nie martw się, pójdziemy razem do profesora i wyjaśnimy tę sytuację – zapewniła, gładząc mankiet białej koszuli, której rękaw wystawał spod marynarki.

Pokiwałam głową, po czym cofnęłam się do ławki, żeby zebrać swoje rzeczy. Zgniotłam przemoczony plik kartek i poczułam, jak silny zapach kawy rozchodzi się po korytarzu. Skrzywiłam się mimowolnie. Wyrzuciłam je do kosza i przyjęłam chusteczkę, którą podała mi kobieta. Wytarłam dłonie oraz resztę kawy, która pozostała na ławce.

– Dziękuję. Gdyby się pani nie pojawiła, to moje szanse na udział w obozie równałyby się zeru – przyznałam szczerze, posyłając kobiecie uśmiech wdzięczności.

– Nie ma sprawy. Lepiej już chodźmy, bo profesor jeszcze pomyśli, że zwiałaś z poprawy.

– Racja. – Zabrałam plecak i przerzuciłam go przez ramię.

Ruszyłyśmy korytarzem, a gula w moim gardle rosła z każdym krokiem, który przybliżał nas do sali. Wcześniej czułam się przygotowana, więc nie miałam powodu do stresu. Teraz wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Umiałam zadania, ale by zaliczyć poprawę, brakowało mi istotnej części. Powinnam przynieść ze sobą cały zestaw ćwiczeń zamiast zestawu wymówek. Do tego Ciri nadal była w środku. Amber też siedziała tam tak długo? Czułam, jak żołądek ściska się do rozmiarów mojej zaciśniętej w pięść dłoni. Chciałam, żeby jej się udało. Żeby nam się udało. Ten obóz był naszym marzeniem od pierwszej klasy.

Nagle drzwi klasy uchyliły się. Zatrzymałam się, wbijając w nie wzrok. Ciri wyszła na korytarz, zagryzając dolną wargę. W pierwszej chwili myślałam, że zaraz się popłacze, ale nie. Ona wcale nie miałam takiego zamiaru. Po prostu ukrywała cisnący się jej na usta uśmiech.

– Teraz twoja kolej – powiedziała, z całej siły starając się stłumić swój entuzjazm.

– Udało ci się? – upewniłam się, podchodząc do niej.

– Tak. – Tym razem nie zdołała powstrzymać szerokiego uśmiechu. – Ale tylko dzięki tobie. Gdybyś nie pomogła mi się ogarnąć, to pewnie popłakałabym się przy pierwszym zadaniu.

– Jedziesz na MSC, Ciri! – krzyknęłam, całkowicie zapominając o tym, co mnie zaraz czeka.

Mocno ją uścisnęłam. Udało się. Amber może się walić.

– Elizabeth, profesor Darlow czeka. – Pani Garson wychyliła się zza drzwi. Nawet nie zarejestrowałam, że w ogóle weszła do sali, ale ten widok przypomniał mi o tym, że moje miejsce na obozie nie jest jeszcze pewne.

– Dzień dobry – przywitała się Ciri, lekko się pesząc i odsuwając ode mnie. Od zawsze miała świra na punkcie regulaminu szkolnego. Starała się przestrzegać każdego punktu, a zwłaszcza wtedy, gdy jakiś pracownik szkoły był w pobliżu.

– Już idę. – Przełknęłam niewidzialną gulę, która utknęła mi w gardle, i uśmiechnęłam się do przyjaciółki. – Zobaczymy się za chwilę.

*

Nie wiem, dlaczego od razu nie powiedziałam Ciri prawdy. Odkąd wyszłam z sali matematycznej, zdążyłam okłamać ją już trzy razy. Szczerze mówiąc, nie mogłam sobie przypomnieć, bym kiedykolwiek dobiła do takiej liczby. Może nie licząc dnia jej urodzin, gdy z jej rodzicami szykowałam imprezę niespodziankę.

Kłamstwo numer jeden wymsknęło mi się zaraz po tym, jak razem z panią Garson rozwiązałyśmy mój problem u profesora. Ten, kiedy zrobiłam zadanie, które wskazał, zgodził się przedłużyć mi czas na drugą część poprawy. Wręczył mi nowy zestaw zadań z zaznaczeniem, że będzie oczekiwał go do jutra. Ciri, gdy tylko wyszłam, zaczęła zasypywać mnie lawiną pytań. Widziałam, że się cieszy i nie chciałam tego psuć, dlatego powiedziałam, że mi się udało. Wtedy wydawało mi się to dość rozsądnym wyjściem. Klika zadań to przecież nie taka duża przeszkoda. Wiedziałam, że jeśli się skupię i poświęcę na nie resztę dnia, to dam radę. I właśnie dlatego, gdy ta podsunęła mi propozycję wspólnego uczczenia naszego sukcesu przy dużej porcji lodów w naszej ulubionej kawiarni, skłamałam, że obiecałam pomóc w czymś mamie. Wszechświat chyba jednak zbyt poważnie potraktował moje słowa, bo zaledwie kilka minut później, gdy obie pochylałyśmy się nad zadaniem z biologii, telefon zabrzęczał mi w kieszeni. Moje drugie kłamstwo niemal przestało nim być, ponieważ moja rodzicielka w wiadomości oznajmiła mi, że jedziemy do Forteslow – jednego z większych miast, które znajdowało się w okolicy.

I tak oto wylądowałam w szkolnej bibliotece, przerażona myślą, że w obecnej sytuacji naprawdę mogę nie wyrobić się z przerobieniem całego zestawu. Skłamałam Ciri, że źle się czuję i poprosiłam, by przekazała to nauczycielce od angielskiego, która prowadziła nasze ostatnie zajęcia. Zamiast wrócić do domu, zaszyłam się między regałami, by móc skorzystać z ciszy panującej w pomieszczeniu. Im dłużej jednak siedziałam nad kolejnym zadaniem, którego nie potrafiłam rozwiązać, tym bardziej żałowałam swoich kłamstw. Byłam na sto procent pewna, że z Ciri zrobiłabym je o wiele szybciej.

Nagle usłyszałam, jak drzwi do biblioteki się otwierają. Znieruchomiałam, zresztą jak za każdym razem, gdy ktoś wchodził do pomieszczenia. Obawiałam się, że moja podświadomość w ten sposób daje mi znać o poczuciu winy. Chociaż w rzeczywistości nie miałam się czego obawiać. Moja tajna skrytka mieściła się między działami z literaturą faktu i zbiorem grubych książek w okładkach z szarego papieru. Celowo wybrałam to miejsce, świadoma, że to właśnie tu najrzadziej zaglądają uczniowie. Jeśli którykolwiek z nich w ogóle odwiedzał bibliotekę, to raczej zatrzymywał się przy pierwszych półkach, gdzie bibliotekarka ułożyła lektury szkolne i podręczniki.

Zaniepokoiłam się nieco, słysząc, jak kroki dwójki osób zmierzają znacznie dalej, zamiast urwać się na początku.

– Nie ma jej. – Zmarszczyłam brwi, rozpoznając wysoki głos Amber. Była chyba ostatnią osobą, której się tu spodziewałam. – Musiała wyjść na przerwę.

– Chodźmy tam. – Drugi głos był zdecydowanie bardziej męski.

Przylgnęłam plecami do półki, mając nadzieję, że pozostanę niezauważona. Jedno starcie z Amber na dzień w zupełności mi wystarczało. Na szczęście para nie dotarła do mojej alejki. Sądząc po odgłosie ich kroków, których uważnie nasłuchiwałam, skręcili w tę tuż przede mną. Sąsiedni regał zadrżał gwałtownie. Usłyszałam głuche uderzenie, jakby co najmniej jakaś pokaźna trylogia właśnie zwaliła się na podłogę.

– Ostrożnie – syknęła Amber, gwałtownie nabierając powietrza.

Skrzywiłam się, słysząc odgłos przypominający mlaskanie. Obawiałam się, że jedynym, co ta dwójka mogła teraz jeść, były ich własne twarze. Nie chciałam tego słuchać. Po cichu zebrałam swoje rzeczy, modląc się, by parka nadal była sobą tak bardzo zainteresowana. Chciałam szybko czmychnąć między regałami, ale zatrzymałam się gwałtownie, gdy zauważyłam ich kątem oka. Amber opierała się plecami o półkę, pozwalając, by chłopak podczas pocałunku rozpinał jej koszulę. Jej dłonie błądziły po jego klatce piersiowej, by w końcu zatrzymać się na rozporku spodni. To nie tak, że nagle zapragnęłam przyglądać się dwójce obściskujących się nastolatków. Oderwałam wzrok i ruszyłam do wyjścia. Widziałam ich zaledwie przez krótką chwilę, ale to wystarczyło, żebym zaczęła się zastanawiać: Amber umawiała się z gwiazdą szkolnej koszykówki i zarazem kapitanem drużyny – Carlem Turnerem, więc co, do cholery, robiła tu z Harveyem?

Nieważne. To nie moja sprawa. Nie zdążyłam oddalić się nawet na odległość jednej alejki, gdy poczułam, jak na kogoś wpadam.

– Poczekaj tu, Harlow. – Przede mną jak spod ziemi wyrosła pani Prince, szkolna bibliotekarka.

Sądząc po oburzeniu malującym się na jej twarzy i ostrym tonie głosu, domyśliłam się, że usłyszała dokładnie to samo co ja. Wolałam nie wyobrażać sobie, co bym zrobiła, gdyby ktoś przyłapał mnie na czymś podobnym. Zapewne zakopałabyś się pod stosem książek i nigdy więcej nie wyszła do ludzi, podsunął usłużnie wewnętrzny głos. Dlatego zupełnie nie spodziewałam się, że Amber sama wyłoni się zza regału.

Jej zwykle idealnie zaczesana fryzura była lekko nastroszona. Poza tym wyglądała całkiem normalnie, wręcz niewinnie. Zupełnie nie jak ktoś, kto jeszcze chwilę temu liczył na szybki numerek w szkolnej bibliotece.

– Coś się stało, pani Prince?

Uniosłam do góry jedną brew. Gdybym przed chwilą na własne oczy nie widziała, jak obściskuje się z Harveyem, to jej naturalna postawa kompletnie zbiłaby mnie z tropu.

– Twój towarzysz nie zechce się pokazać? – Na szczęście pani Prince była uodporniona na takie sztuczki, bo jej surowy ton głosu pozostał niezmienny.

– Szuka książki, po którą przyszliśmy. – Dziewczyna nonszalancko wzruszyła ramionami. – Przepraszamy, jeśli narobiliśmy hałasu. Niechcący upuściłam jedną z nich.

– I jesteś pewna, że właśnie to spowodowało ten hałas, moja droga? – Bibliotekarka wyminęła ją i zajrzała za regał.

Pani Prince była trochę jak śledczy, który koniecznie potrzebuje dowodu, by wreszcie wsadzić do aresztu seryjnych przestępców. Ci jednak okazali się mieć trochę rozumu i sprytnie zacierali za sobą ślady. Nic dziwnego, że w końcu chwyciła się ostatniej możliwości, jaka jej została.

– Czy ty też szukałaś z nimi książki, Harlow? – zapytała, wlepiając we mnie przenikliwe spojrzenie.

O nie, nie. Nie chciałam się w to mieszać. Nigdy nie byłyśmy z Amber przyjaciółkami i wątpiłam, czy kiedykolwiek by nam się to udało, ale nie chciałam jej wydać. Głównie dlatego, że dzisiaj narobiłam sobie już dość wrogów w tej szkole, a wkurzona cheerleaderka mogła naprawdę uprzykrzyć mi życie.

– Tak – skłamałam, spuszczając wzrok na własne sznurówki.

Niemal czułam na sobie jej świdrujące spojrzenie. Wiedziała, że ich kryję, ale niczego nie mogła z tym zrobić. Usłyszałam, jak kobieta wzdycha. Czy ja właśnie postawiłam ją w tej samej sytuacji, w której sama znalazłam się kilka godzin temu? Skłamałam, wiedząc, że ma rację i żadnych dowodów. Gratulacje, pomyślałam z przekąsem. Zachowałaś się dokładnie tak, jak ten dupek, Archer Morgan.

– Przykro mi, ale szukanie książki nie usprawiedliwia opuszczania zajęć, a te nadal trwają. Zostaniecie jutro po lekcjach. Cała trójka.

Chyba mogłam nazwać to karmą. No cóż, należało mi się.

– Jutro? – Uniosłam głowę, słysząc nieco opryskliwy ton Amber. – Dlaczego nie dzisiaj? Jutro mam trening, a jak dobrze pani wie, jestem kapitanem.

Zmarszczyłam brwi. Nie chciałam przyznawać Amber racji, ale faktycznie nie słyszałam o tym, by nauczyciele wybierali sobie dzień szlabanu. Odbywał się zwykle w dniu, w którym się go dostało.

– Pani Garson, która miałaby was dzisiaj pilnować, musi pilnie gdzieś pojechać. Dyrektor zgodził się, że najlepszym rozwiązaniem będzie przesunięcie wszystkich szlabanów o jeden dzień.

Zobaczyłam, jak Amber ostentacyjnie krzyżuje dłonie na piersi. Jej twarz przybrała buntowniczy wyraz. O nie. Nie zamierzałam w tym uczestniczyć.

– Mogę już iść? – zapytałam, zanim zaczęła się dalej wykłócać.

Bibliotekarka tylko skinęła głową, ale to mi w zupełności wystarczyło. Odwróciłam się i niemal biegiem ruszyłam do wyjścia, czując się jak ocalały, który zbiega z pola bitwy. Cholera. Liceum faktycznie było szkołą przetrwania.

Wydawnictwo Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: [email protected]

www.papierowyksiezyc.pl