Wrota Obelisków - N.K. Jemisin - ebook
Opis

LAUREATKA NAGRODY HUGO. Nominowana do Nagród Nebula i Locus.

Tak właśnie kończy się świat – po raz ostatni.

Nastaje Sezon, a ludzkość pogrąża się w długiej, zimnej nocy.

Essun – kiedyś opiekuńcza matka, obecnie mścicielka – znalazła schronienie, nie zdołała jednak odszukać córki. Spotyka dziesięciopierściennika Alabastra, który ma do niej prośbę. Jeśli Essun ją spełni, los Bezruchu zostanie przypieczętowany na zawsze.

Daleko stamtąd jej córka, Nassun, rośnie w siłę, a jej wybory mogą doprowadzić do rozerwania świata.

Kontynuacja trylogii rozpoczętej Piątą Porą Roku:
– uhonorowaną nagrodą Hugo,
– nominowaną do nagród Nebula, Audie i Locus,
– będącą pierwszą książką wyróżnioną przez Wired.com,
– nagrodzoną tytułem Notable Book of 2015 magazynu „New York Times”.

***

Proza N.K. Jemisin stawia czytelnikowi duże wymagania, dostarczając w zamian nieporównywalnie większych emocji. Autorka nie tylko stosuje unikalny sposób opowiadania historii – tworzy zupełnie nowy podgatunek fantastyki.
Paweł Dębowski, P42

Umberto Eco mawiał, że „wartość estetyczna dzieła jest tym większa, im bogatsze są możliwości jego interpretacji”, a trzeba być naprawdę skrajnym ignorantem, aby przy każdym ponownym odczytaniu Wrót Obelisków nie dostrzec czegoś nowego. Jemisin w Piątej Porze Roku podjęła niezwykle ważkie współcześnie tematy – kryzys tożsamości, alienacja czy wyobcowanie – w drugim tomie zaś poszerzyła horyzont problematyki i konsekwentnie rozbudowała świat.
Adrian Turzański, Kawerna

Kocham książki, które są zdolne mnie poharatać. Ta zostawiła mnie poturbowanego, pozbawionego oddechu, desperacko łaknącego ostatniego tomu.
Publishers Weekly

Interesująca nowa seria.
Booklist


BIOGRAM

N.K. Jemisin
Mieszkająca w Nowym Jorku doradczyni do spraw kariery, blogerka polityczna i łakomczuch. Pisze od dziesiątego roku życia, ale jej pierwsze prace nigdy nie zobaczą światła dziennego. Za Piątą Porę Roku otrzymała nagrodę Hugo. Jej pierwsza powieść została doceniona i nagrodzona przez czytelników magazynu „Locus”, a liczne opowiadania wielokrotnie były nominowane do najważniejszych nagród literackich w dziedzinie fantastyki. Zapraszamy na stronę autorki: nkjemisin.com.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 514

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla tych, którzy są zmuszeni przygotowywać swoje dzieci do walki.

1Nassun, na skałach

Hmm. Nie. Źle to opowiadam.

W końcu każdy jest sobą, ale również innymi. To relacje z otoczeniem nadają naszemu istnieniu ostateczny kształt. Ja jestem sobą i ty jesteś sobą. Damaya była sobą oraz rodziną, która ją odrzuciła, oraz ludźmi z Fulcrum, którzy ociosali ją w ostateczną formę. Sjenit była Alabastrem oraz Innonem, oraz ludźmi z biednego Allia i Meov. Teraz ty jesteś Tirimo oraz brudnymi od popiołu wędrowcami, oraz twoimi martwymi dziećmi… a także tym jednym, które jeszcze żyje. I które odzyskasz.

Nic tu nie zdradzam. W końcu jesteś Essun. Wszystko to już wiesz. Prawda?

Pora zatem na Nassun. Nassun, która w chwili końca świata ma zaledwie osiem lat.

Nie wiadomo, o czym myślała mała Nassun, kiedy pewnego popołudnia wróciła do domu z praktyk i znalazła na podłodze swojego martwego brata, nad którego zwłokami stał jej ojciec. Możemy sobie wyobrażać, co wtedy pomyślała, co poczuła i co zrobiła. Możemy spekulować. Nie będziemy jednak wiedzieć. Być może tak jest lepiej.

Oto co wiem na pewno: wspomniałem o praktykach, prawda? Nassun szkoliła się na mędrczynię.

Bezruch i samozwańczych strażników skałowiedzy łączy dziwna relacja. Istnieją podania, z których wynika, że mędrcy funkcjonowali już za czasów mitycznego Sezonu Kruszenia. To ten, w którym emisja jakiegoś gazu sprawiła, że przez kilka lat wszystkie dzieci rodzące się na Arktyce miały kości pękające pod wpływem najlżejszego dotknięcia i garbiły się, dorastając – jeśli w ogóle dorastały. (Archeomeci z Yumenes od wieków zastanawiają się, czy przyczyną tamtego zjawiska był stront, czy arszenik, i czy w ogóle należy kwalifikować je jako Piątą Porę Roku, skoro ucierpiało zaledwie kilkaset tysięcy słabych, bladych i drobnych barbarzyńców z północnych tundr. Choć to właśnie wtedy mieszkańcy Arktyki zyskali opinię słabych). Miało to miejsce około dwudziestu pięciu tysięcy lat temu, tak przynajmniej twierdzą sami mędrcy, jednak wielu uważa, że to jawne kłamstwo. Tak naprawdę mędrcy istnieli w Bezruchu już wcześniej. Dwadzieścia pięć tysięcy lat temu stali się po prostu prawie bezużyteczni.

Nadal tutaj są, choć zapomnieli już, ile zapomnieli. W jakiś sposób porządek, w którym istnieją – jeśli można to tak nazwać – przetrwał siedem Uniwersytetów uznających ich pracę za wątpliwą i prawdopodobnie niedokładną, a także rozmaite rządy podkopujące ich wiedzę za pomocą propagandy. I oczywiście wszystkie Sezony. Dawniej mędrcy wywodzili się wyłącznie z jednej rasy o nazwie Regwo – byli to mieszkańcy Zachodniego Wybrzeża o czerwonawej skórze i czarnych ustach, którzy wiedzę o historii czcili w taki sam sposób, w jaki ludzie z mniej niebezpiecznych epok czcili bogów. Wykuwali mądrości kamienia w zboczach gór sięgających nieba, tak aby wszyscy mogli widzieć je i korzystać z wiedzy niezbędnej do przetrwania. Niestety: w bezruchu górę może zniszczyć każdy rozwrzeszczany noworodek górotwór. Zniszczenie ludzi wymaga tylko odrobinę więcej wysiłku.

Mędrcy nie należą już zatem do Regwo, ale większość z nich barwi sobie usta na czarno, aby czcić pamięć tamtej rasy. Dziś po tym właśnie można rozpoznać mędrca: po czarnych ustach, naręczach polimerowych tablic, a także po wyświechtanych ubraniach i braku prawdziwego nazwiska wspólnotowego. Mędrcy nie są jednak bezwspólnotowi. W czasie Sezonu teoretycznie mogliby wrócić do swoich macierzystych wspólnot, jednak ich funkcja wymaga od nich dalekich wędrówek i najczęściej powrót po prostu nie ma sensu. W praktyce wiele wspólnot przyjmuje ich, również w czasie Sezonu, ponieważ nawet najspokojniejsze społeczności potrzebują jakiejś rozrywki w długie i chłodne noce. Z tego względu większość mędrców kształci się w jakiejś dziedzinie sztuki – na przykład w muzyce albo w komedii. Przejmują również obowiązki nauczycieli i opiekunów młodzieży w czasach, kiedy nikt inny nie może się tym zajmować, a co ważniejsze, stanowią żywy dowód na to, że niektórym udało się przetrwać całe wieki. Potrzebuje tego każda wspólnota.

Mędrczyni, która przybyła do Tirimo, nazywa się Renthree Mędrczyni Kamień. (Wszyscy mędrcy przyjmują nazwisko wspólnotowe Kamień oraz nazwę tej rzadko występującej kasty Mędrców). Jest w zasadzie nieistotna, ale istnieje powód, dla którego powinnaś o niej wiedzieć. Kiedyś nazywała się Renthree Piastunka Tenteek, ale było to, zanim jako młoda dziewczyna zakochała się w mędrczyni, która przybyła do Tenteek i ją uwiodła, uwalniając od nudnego życia kowalki szkła. Gdyby Sezon rozpoczął się przed jej odejściem, jej życie stałoby się nieco bardziej interesujące, ponieważ zadania Piastuna w takich okresach są jasno określone – być może to też przyczyniło się do jej ucieczki. A może był to po prostu wynik szalonej, młodzieńczej miłości? Trudno powiedzieć. Ukochana Renthree w końcu zostawiła ją na peryferiach równikiadowego miasta Penphen – samą, ze złamanym sercem, głową napchaną skałowiedzą i portfelem pełnym obtłuczonych jadeitów i kaboszonów, a także z długim na stopę plastrem masy perłowej. Renthree wydała masę perłową na własny zestaw tablic, a za jadeity kupiła zapasy na drogę i opłaciła pobyt w zajazdach na czas oczekiwania, aż ciosacz przygotuje tablice. Z kolei kaboszony przeznaczyła na wiele mocnych drinków w tawernie. Następnie, z zaleczonymi ranami i wyposażona w nowe nabytki, samotnie wyruszyła w drogę. W ten właśnie sposób utrzymuje się profesja mędrców.

Kiedy Nassun pojawia się w miejscu, gdzie rozłożyła się Renthree, ta przypomina sobie własną przeszłość. (Nie myśli o uwodzeniu – Renthree woli starsze kobiety, z naciskiem na słowo „kobiety”. Dziwi się raczej temu, jaka była głupia). Dzień wcześniej Renthree mijała Tirimo, gdzie robiła zakupy na targu i uśmiechała się swoimi umazanymi na czarno ustami, aby zareklamować w ten sposób swoją obecność w okolicy. Nie widziała Nassun, która w drodze ze szkoły do domu zatrzymała się, patrząc na nią z niepokojem i nagłą, irracjonalną nadzieją.

Dziś Nassun opuściła lekcje, żeby przyjść do niej z propozycją. To bardzo typowe – to znaczy propozycja, a nie fakt, że córki nauczycielek uciekają ze szkoły. Dwaj dorośli z miasta siedzą na ławce na przystanku, słuchając Renthree, a jej kubek jest już wypełniony kolorowymi łupkami oznaczonymi symbolem kwardonu. Zdumiona Renthree mruga na widok Nassun, tykowatej dziewczynki o długich nogach i wielkich oczach, która jest zdecydowanie zbyt młoda, aby po okresie żniw przebywać poza szkołą o tak wczesnej porze.

Nassun zatrzymuje się przed przystankiem, ciężko dysząc, co nadaje jej zachowaniu dramatyzmu. Pozostali dwaj goście odwracają się w stronę cichej zazwyczaj córki Jiji i tylko ich obecność powstrzymuje Nassun przed natychmiastowym wypowiedzeniem swoich zamiarów. Matka nauczyła ją jednak dyskrecji. (Matka dowie się, że opuściła lekcje. Lecz Nassun o to nie dba). Dziewczynka przełyka ślinę i podchodzi do Renthree, wyciągając w jej stronę ciemny kawałek skały, w którym zatopiony jest niewielki, prawie idealnie sześcienny diament.

Nie ma żadnych pieniędzy oprócz kieszonkowego, a zanim dotarły do niej wieści, że w mieście pojawiła się mędrczyni, wydała już wszystko na książki i słodycze. Jednak nikt w Tirimo nie wie, że w okolicy znajdują się potężne złoża diamentów – to znaczy nikt oprócz górotworów. A i one tylko pod warunkiem, że czegoś takiego szukają. Nassun jest jedynym górotworem, który w ciągu ostatnich kilku tysięcy lat zainteresował się tymi złożami. Wie, że nie powinna była znaleźć tego diamentu. Matka nauczyła ją ukrywać swoje górotwórstwo i używać go wyłącznie podczas ich sekretnych treningów, które odbywają w pobliskiej dolinie raz na kilka tygodni. Nikt nie wykorzystuje diamentów jako waluty, ponieważ niełatwo rozdrobnić je na mniejsze kawałki, ale wciąż przydatne są one w przemyśle, górnictwie i tak dalej. Nassun wie, że diamenty mają pewną wartość, ale nie ma pojęcia, czy za ten ładny kawałek, który wręczyła właśnie Renthree, mogłaby kupić dom, czy może dwa. Ma dopiero osiem lat.

Widząc, jak oczy Renthree rozszerzają się na widok lśniącej bryłki wystającej z czarnego kawałka skały, jest tak podekscytowana, że przestaje przejmować się obecnością innych i wypala:

– Ja też chcę być mędrczynią!

Oczywiście Nassun nie wie, czym tak naprawdę zajmują się mędrcy. Wie tylko, że bardzo, bardzo chce uciec z Tirimo.

Ale o tym później.

Renthree byłaby głupia, gdyby odmówiła przyjęcia takiej propozycji, i nie robi tego. Nie daje jednak Nassun odpowiedzi od razu, po części dlatego, że jej zdaniem dziewczynka jest słodka, a jej deklaracja wynika po prostu z chwilowego zainteresowania, jak u innych dzieci. (Do pewnego stopnia ma rację: w poprzednim miesiącu Nassun chciała być żynierką). Zamiast tego prosi ją, żeby usiadła, a później przez resztę popołudnia opowiada swojej niewielkiej widowni rozmaite historie. Cienie drzew i wzgórz wokół doliny stopniowo wydłużają się w zachodzącym słońcu. Pozostali dwaj słuchacze zbierają się do domów i rzucają Nassun spojrzenia oraz uwagi, aż w końcu dziewczynka rusza z nimi – mieszkańcy Tirimo nie chcą, aby mówiło się o nich, że obrazili mędrczynię, zostawiając z nią dziecko, które przez całą noc będzie później zagadywać ją na śmierć.

Po odejściu gości Renthree rozpala ogień i zaczyna przygotowywać sobie kolację, na którą składają się boczek, jarzyny i pieczywo kukurydziane, które kupiła w mieście dzień wcześniej. Jedząc jabłko w oczekiwaniu, aż obiad się ugotuje, z zafascynowaniem obraca w dłoniach kamień Nassun. Fascynacji tej towarzyszy niepokój.

Rano udaje się do Tirimo. Po przeprowadzeniu dyskretnego śledztwa kieruje się do domu Nassun. Essun już tam nie ma – prowadzi ostatnią lekcję w swojej karierze nauczycielskiej. Nassun też wyszła już do szkoły i tylko czeka na moment, kiedy w trakcie przerwy obiadowej będzie mogła się wymknąć, żeby odnaleźć swoją mędrczynię. Jija jest w swoim „warsztacie”, jak nazywa to dodatkowe pomieszczenie piwniczne, gdzie w ciągu dnia wykonuje zlecenia przy użyciu hałaśliwych narzędzi. Uche śpi na sienniku w tym samym pomieszczeniu. Nic nie jest w stanie go obudzić. Pieśni ziemi zawsze były dla niego kołysanką.

Renthree puka do drzwi, a potem ze zdumieniem przygląda się Jiji. To kundel z Midlatów, tak samo jak Essun, ale jego korzenie sięgają bliżej Sanze: jest potężnym, opalonym i muskularnym mężczyzną o głowie ogolonej na łyso. Wzbudza respekt. A jednak powitalny uśmiech na jego twarzy jest całkowicie szczery, co sprawia, że Renthree czuje się lepiej z tym, co postanowiła zrobić. To dobry człowiek. Nie może go oszukać.

– Proszę – mówi, podając mu kawałek skały z diamentem. Nie mogłaby przyjąć od dziecka tak cennego podarunku w zamian za parę opowieści i praktyki, co do których Nassun po kilku miesiącach zapewne zmieni zdanie.

Zdumiony Jija marszczy brwi i odbiera kamień, a potem, słysząc wyjaśnienie, bardzo jej dziękuje. Obiecuje opowiedzieć wszem wobec o uczciwości Renthree, co powinno zapewnić jej dodatkowych klientów przed opuszczeniem miasta.

Renthree odchodzi, i tak kończy się jej rola w tej historii. Jest ona jednak na tyle istotna, że ci o niej opowiedziałem.

Nie było żadnego pojedynczego wydarzenia, które zwróciłoby Jiję przeciwko synowi. Przez lata dostrzegał u swojej żony i dzieci pewne rzeczy, które wzbudzały podejrzenia w dalekich zakamarkach jego umysłu. Podejrzenia te zaczęły go uwierać, a potem, w momencie rozpoczęcia się tej historii, stały się bardzo drażniące, ale zaprzeczał im i próbował o nich nie myśleć. Kochał swoją rodzinę, a prawda była po prostu… niewyobrażalna. Dosłownie.

W ten czy inny sposób w końcu by się domyślił. Powtarzam: w końcu by się domyślił. Nie można winić nikogo oprócz niego.

Jeśli jednak chcesz prostego wyjaśnienia, i jeśli istnieje jedno wydarzenie, które stało się punktem kulminacyjnym, słabym ogniwem… to była to właśnie ta skała. Bo widzisz, Jija znał tę skałę. Był świetnym ciosaczem. Znał również Tirimo i wiedział, że żyły skał magmowych z pradawnego wulkanu przecinają całą okolicę. Większość z nich nie sięgała powierzchni ziemi, ale było całkiem możliwe, że Nassun przypadkowo znalazła diament w miejscu, gdzie trafić na niego mógł każdy. Było to mało prawdopodobne. Ale możliwe.

Myśli te unoszą się na powierzchni umysłu Jiji przez resztę dnia. Prawda leży w głębinach – to lewiatan czekający na moment, kiedy będzie mógł się przebudzić – ale wody jego myśli na razie są spokojne. Moc zaprzeczenia jest wielka.

Wtedy jednak budzi się Uche. Jija prowadzi go do ziemianki i pyta, czy jest głodny. Uche odpowiada, że nie. Następnie uśmiecha się do Jiji i z nieomylną czujnością dziecka górotwora wskazuje na jego kieszeń, pytając:

– Czemu masz tam świecące, tatusiu?

Jego dziecinne seplenienie brzmi słodko. Jednak wiedza, którą posiada – bo przecież skała rzeczywiście znajduje się w kieszeni Jiji i Uche nie może o tym wiedzieć – pogrąża go.

Nassun nie wie, że wszystko zaczęło się od tego kawałka skały. Kiedy ją zobaczysz, nie mów jej tego.

Kiedy Nassun wraca tego popołudnia do domu, Uche jest już martwy. Jija stoi w ziemiance nad jego stygnącymi zwłokami i ciężko oddycha. Zatłuczenie dziecka na śmierć nie wymaga dużego wysiłku, ale zdyszał się przy tym. Kiedy Nassun wchodzi do środka, w jego krwi nadal jest za dużo dwutlenku węgla: czuje się zamroczony, skołowany, wstrząśnięty. Czuje się irracjonalnie. Dlatego kiedy Nassun przystaje nagle w progu, patrząc przed siebie i powoli rozumiejąc, co widzi, Jija wyrzuca z siebie:

– Czy ty też tym jesteś?

Jija to potężny mężczyzna. Ma donośny głos i Nassun aż podskakuje. Odrywa wzrok od ciała Uchego i spogląda na ojca, co ratuje jej życie. Szare oczy ma po matce, ale rysy twarzy odziedziczyła po nim. Na jej widok Jija wynurza się odrobinę ze stanu pierwotnej paniki, w który się osunął.

Nassun jest prawdomówna. To pomaga, bo Jija nie uwierzyłby w nic innego.

– Tak – odpowiada mu Nassun.

W tamtej chwili właściwie się nie boi. Widok ciała brata i niemożność ogarnięcia umysłem tego, co widzi, stłumiły jej zdolności poznawcze. Nie jest nawet pewna, o co pyta Jija, ponieważ zrozumienie sensu tego pytania wymagałoby od niej przyjęcia do wiadomości, że to, co jej ojciec ma na dłoniach, to krew, i że jej brat wcale nie śpi na podłodze. Nie, nie potrafi. Jeszcze nie teraz. Pozbawiona jakichkolwiek klarownych myśli robi to, co w ekstremalnych sytuacjach często robią dzieci: pozwala, aby jej umysł na chwilę się cofnął. To, co widzi, przeraża ją, nawet jeśli nie rozumie dlaczego. To z tatą zawsze była bliżej. Była jego ulubienicą: pierworodnym dzieckiem, na które nie miał już nadziei, dziewczynką o jego rysach i jego poczuciu humoru. Lubiła jeść to samo co on. Jija miał cichą nadzieję, że córka kiedyś pójdzie w jego ślady i zostanie ciosaczem.

Nassun zaczyna płakać, choć sama nie wie dlaczego. Kiedy myśli kotłują jej się w głowie, a serce mocno wali w piersi, przybliża się do ojca o krok. Jego dłonie zaciskają się w pięści, ale ona nie potrafi dostrzec w nim niebezpieczeństwa. To przecież jej ojciec. A ona potrzebuje pocieszenia.

– Tatusiu – mówi.

Jija drży. Mruga. Patrzy na nią, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.

Uświadamia sobie coś. Nie może jej zabić. Nawet jeśli ona jest… nie. To jego mała córeczka.

Nassun wykonuje kolejny krok do przodu i wyciąga rękę. Jija nie potrafi zmusić się do tego samego. Dziewczynka chwyta go za nadgarstek. On stoi okrakiem nad ciałem Uchego i Nassun nie może objąć go a pasie, jak by tego chciała. Przyciska jednak twarz do jego bicepsa, tak kojąco silnego. Drży, a Jija czuje na swojej skórze jej łzy.

Stoi tak, powoli uspokajając oddech i rozprostowując palce, a ona płacze. Po pewnym czasie Jija odwraca się do niej całkowicie, a ona obejmuje go w pasie. Skierowanie się ku niej wymaga odwrócenia się od tego, co zrobił Uchemu. To łatwe.

– Spakuj swoje rzeczy – szepcze do niej. – Tak, jakbyśmy mieli pojechać na parę dni do babci.

Kilka lat temu matka Jiji ponownie wyszła za mąż i mieszka teraz w Sume, miasteczku położonym w sąsiedniej dolinie, które już niedługo zostanie całkowicie zniszczone.

– Jedziemy do niej? – pyta Nassun z twarzą wciśniętą w jego brzuch.

Jija dotyka jej potylicy. Robi to często, bo ona bardzo to lubi. Jako dziecko zawsze gaworzyła głośniej, kiedy obejmował ją w ten sposób. To dlatego, że sejsody zlokalizowane są w tej właśnie części mózgu i kiedy Jija ją tam dotyka, ona odczuwa jego obecność w pełniejszy sposób, co jest typowe dla górotworów. Żadne z nich nigdy nie wiedziało, dlaczego Nassun tak bardzo to lubi.

– Jedziemy w takie miejsce, gdzie będzie ci lepiej – odpowiada spokojnie. – Gdzieś, gdzie, z tego co słyszałem, będą mogli ci pomóc.

Gdzie będą mogli zrobić z niej z powrotem jego małą dziewczynkę, a nie… Odwraca się również od tej myśli.

Nassun przełyka ślinę, a potem kiwa głową i wykonuje krok w tył, spoglądając na niego.

– Czy mama też jedzie?

Coś na twarzy Jiji porusza się nieznacznie – jak drgnięcie ziemi.

– Nie.

W tym momencie Nassun, która była już w pełni gotowa na ucieczkę z jakąś mędrczynią, w końcu się rozluźnia.

– Dobrze, tatusiu – mówi, a potem idzie do swojego pokoju, żeby się spakować.

Jija długo za nią patrzy. Znowu odwraca się od Uchego, zabiera swoje rzeczy i wychodzi na zewnątrz, żeby zaprząc konia do wozu. Godzinę później są już w drodze i kierują się na południe, a koniec świata depcze im po piętach.

***

Za czasów Jyamarii, która zmarła podczas Sezonu Zatopionej Pustyni, uważano, że złożenie pierworodnego dziecka w ofierze morzu pozwala powstrzymać je przed wylaniem i zabraniem wszystkich innych dzieci.

Stanowisko Piastunów, opowieść mędrców spisana w kwardonie Hanl na Zachodnim Wybrzeżu, w pobliżu Odłamanego Półwyspu. Apokryf.

2ty, ciąg dalszy

– Co takiego? – pytasz.

– Księżyc.

Alabaster, kochany potwór, rozsądny szaleniec, najpotężniejszy górotwór w Bezruchu, a wkrótce również przekąska zjadaczy kamieni, wpatruje się w ciebie. W tym spojrzeniu jest cała jego dawna intensywność, a ty wyczuwasz równocześnie jego wolę – to coś, co czyni go siłą natury i co przybiera niemal fizyczną formę. Stróże okazali się głupcami, myśląc, że być może złagodniał.

– Satelita – dodaje.

– Co?

Wydaje z siebie cichy odgłos frustracji. Poza tym, że został częściowo zamieniony w kamień, jest dokładnie taki sam jak w czasach, kiedy ty i on byliście czymś więcej niż przyjaciółmi i czymś mniej niż parą. Było to dziesięć lat i jedno życie temu.

– Astronomestria nie jest głupstwem – mówi. – Wiem, że tego właśnie cię uczono i że wszyscy w Bezruchu uważają, że nie warto zajmować się niebem, kiedy to ziemia próbuje nas zabić, ale, na podziemny ogień, Sjen. Myślałem, że po tak długim czasie nauczyłaś się już podważać status quo.

– Miałam inne rzeczy do roboty – warczysz na niego, jak dawniej. Wspomnienia dawnych czasów sprawiają, że przypominasz sobie również to, co działo się później. A to z kolei przywodzi ci na myśl wciąż żyjącą córkę, martwego syna i męża, który już wkrótce będzie bardzo byłym mężem. Przechodzi cię dreszcz. – A poza tym mówiłam ci, że teraz mam na imię Essun.

– Jak tam chcesz – wydając z siebie przeciągły jęk, Alabaster ostrożnie siada i opiera się plecami o ścianę. – Powiedzieli mi, że przyszłaś tu z geodziarką. Niech ona ci to wyjaśni. Ostatnio nie mam zbyt wiele siły. – Bycie zjadanym zapewne odbija się na zdrowiu. – Ale nie odpowiedziałaś na moje pierwsze pytanie. Potrafisz już to robić?

„Czy potrafisz wzywać do siebie obeliski?” Kiedy po raz pierwszy zadał ci to pytanie, wydało ci się ono bezsensowne, prawdopodobnie dlatego, że twoją uwagę odwracały: a) fakt, że Alabaster żyje, b) jego przemiana w kamień, c) górotwor odpowiedzialny za rozerwanie kontynentu na pół i wywołanie Piątej Pory Roku, która być może nigdy się nie skończy.

– Obeliski? – kręcisz głową, wyrażając w ten sposób raczej zdumienie niż negację. Twój wzrok pada na dziwny przedmiot obok łóżka, który wygląda jak długi szklany nóż w barwie różu i który wyczuwasz tak samo jak obeliski, choć przecież to coś nie może być jednym z nich. – Ale co ja… nie. Nie wiem. Nie próbowałam tego od czasu Meov.

Alabaster stęka cicho i zamyka oczy.

– Jesteś tak zardzewiale bezużyteczna, Sjen. Essun. Nigdy nie miałaś szacunku dla tego rzemiosła.

– Mam dla niego szacunek, ale…

– Tylko tyle, żeby przetrwać i się wyróżniać, ale dla własnych korzyści. Powiedzieli ci, jak wysoko możesz skakać, i nie próbujesz skakać wyżej; zawsze liczy się tylko lepsze mieszkanie, kolejny pierścień…

– Zależy mi na prywatności, ty dupku, i na jakiejś kontroli nad własnym życiem, i jeszcze na jakimś zardzewiałym szacunku…

– I posłuchałaś tamtego swojego Stróża, choć nikogo innego nie słuchasz…

– Hej! – Dziesięć lat pracy w zawodzie nauczyciela nadało twojemu głosowi obsydianowy ton. Alabaster milknie i wpatruje się w ciebie. – Dobrze wiesz, dlaczego go posłuchałam – dodajesz bardzo cicho.

Oboje milkniecie. Wykorzystujecie ten czas, żeby się zastanowić.

– Masz rację – odzywa się w końcu Alabaster. – Przepraszam.

Chodzi o to, że każdy Cesarski Górotwór słucha – a raczej słuchał – swojego Stróża. Ci, którzy tego nie robili, umierali albo kończyli w stacji węzła. Z wyjątkiem – znowu – Alabastra; nigdy się nie dowiedziałaś, co zrobił swojej Stróżce.

Na znak rozejmu nieznacznie kiwasz głową.

– Przeprosiny przyjęte.

Alabaster ostrożnie bierze oddech; wygląda na bardzo zmęczonego.

– Spróbuj, Essun. Spróbuj dosięgnąć obelisku. Dzisiaj. Muszę wiedzieć.

– Ale dlaczego? O co chodzi z tym księżycem? Co to ma…

– Satelita. Ale wszystko to jest nieważne, jeśli nie potrafisz kontrolować obelisków. – Oczy same mu się zamykają. Prawdopodobnie to dobrze. Jeśli ma przetrwać to, co się z nim dzieje, będzie potrzebował wszystkich swoich sił. Jeśli coś takiego w ogóle można przetrwać. – Gorzej niż nieważne. Pamiętasz, dlaczego na początku w ogóle nie chciałem mówić ci o obeliskach, prawda?

Tak. Dawno temu, kiedy w ogóle nie zwracałaś jeszcze uwagi na te olbrzymie, dryfujące po niebie kryształy, poprosiłaś Alabastra, żeby wyjaśnił ci, w jaki sposób dokonał swoich największych wyczynów górotwórczych. Nie chciał ci tego powiedzieć, a ty byłaś na niego za to wściekła, ale teraz wiesz już, jak bardzo niebezpieczna była ta wiedza. Gdybyś nie zrozumiała, że obeliski to wzmacniacze – wzmacniacze górotwórstwa – nie sięgnęłabyś po ten granatowy, aby uratować się przed Stróżem. Gdyby jednak tamten granatowy obelisk nie był na wpół martwy, popękany i wypchany zamarzniętym zjadaczem kamieni, zabiłby cię. Nie posiadałaś odpowiedniej siły i samokontroli, aby powstrzymać tę moc przed usmażeniem twojego mózgu i całej reszty.

A teraz Alabaster chce, żebyś celowo sięgnęła do jednego z obelisków i zobaczyła, co się stanie.

Potrafi czytać z twojej twarzy.

– Idź i sprawdź – mówi. Oczy ma już całkowicie zamknięte. W jego oddechu słyszysz grzechot, jakby płuca wypełnione miał żwirem. – Gdzieś w pobliżu unosi się topaz. Zawołaj go dziś wieczorem, a rano zobaczymy… – Wydaje się słabnąć, jakby nagle uszły z niego wszystkie siły. – Zobaczymy, czy przyleciał. Jeśli okaże się, że nie, powiedz mi, a ja znajdę kogoś innego. Albo sam to zrobię.

Znajdzie kogo? Albo co zrobi? Essun nie ma pojęcia.

– Czy powiesz mi, o co tu chodzi?

– Nie. Bo mimo wszystko, Essun, nie chcę, żebyś zginęła – bierze głęboki wdech i powoli wypuszcza powietrze. A potem dodaje, z większą czułością niż zwykle: – Dobrze cię widzieć.

Żeby odpowiedzieć, zaciskasz szczęki.

– Tak.

On nie mówi nic więcej i jest to wystarczające pożegnanie dla was obojga.

Wstajesz, spoglądając na stojącego nieopodal zjadacza kamieni. Alabaster nazywa go Antymoną. Antymona tkwi nieruchomo niczym posąg, i choć pozycja, którą przyjęła, jest właściwie klasyczna, twoim zdaniem zawiera się w niej jakaś ironia. Głowę przekrzywia elegancko, jedną rękę opiera na biodrze, a drugą unosi, rozluźniając palce, jakby machała w jakimś nieokreślonym kierunku. Może to wezwanie, może gest pożegnalny, a może coś, co ludzie robią, kiedy mają jakąś tajemnicę i chcą, żebyś o tym wiedziała, choć nie zamierzają ci jej zdradzić.

– Dbaj o niego – mówisz.

– Jak o każdą inną cenną rzecz – odpowiada zjadacz kamieni, nie poruszając ustami.

Nie zamierzasz nawet próbować tego interpretować. Ruszasz z powrotem w stronę wyjścia z przychodni, gdzie czeka na ciebie Hoa. Hoa, który wygląda jak zwyczajny chłopiec i który tak naprawdę jest zjadaczem kamieni, a ciebie traktuje jak coś bardzo cennego.

Obserwuje cię smutnym wzrokiem – robi to od chwili, kiedy dowiedziałaś się, czym jest. Kręcisz głową i mijasz go, wychodząc na zewnątrz. Hoa idzie za tobą, dotrzymując ci kroku.

W Castrimie jest późny wieczór. Trudno to stwierdzić, ponieważ delikatne światło geody emitowane przez tworzące ją olbrzymie kryształy nigdy się nie zmienia. Ludzie pędzą we wszystkich kierunkach, noszą różne rzeczy i krzyczą do siebie, załatwiając swoje sprawy i nie zwalniając tempa, jak miałoby to miejsce we wspólnotach, gdzie wieczorem robi się coraz ciemniej. Podejrzewasz, że przez kilka dni, do momentu, kiedy się przyzwyczaisz, możesz mieć problemy ze snem. To bez znaczenia. Obeliski nie przejmują się porą dnia.

Lerna czekał uprzejmie na zewnątrz, kiedy ty i Hoa spotkaliście się z Alabastrem i Antymoną. Wychodzisz z przychodni, a on rusza w twoją stronę z wyrazem wyczekiwania na twarzy.

– Muszę wyjść na powierzchnię – mówisz.

Lerna się krzywi.

– Strażnicy ci nie pozwolą, Essun. Nowo przybyłym mieszkańcom się tutaj nie ufa. Przetrwanie Castrimy zależy od tego, czy jej lokalizacja zostanie utrzymana w tajemnicy.

Widok Alabastra przyniósł ci wiele starych wspomnień, ale też przywołał twój dawny upór.

– Niech spróbują mnie powstrzymać.

Lerna się zatrzymuje.

– A wtedy zrobisz z nimi to samo, co zrobiłaś z Tirimo?

Na piekielną rdzę. Ty też przystajesz i aż chwiejesz się pod wpływem tego, co usłyszałaś. Hoa również się zatrzymuje, uważnie mierząc Lernę wzrokiem. Lerna wcale nie patrzy na ciebie wyzywająco. Wyraz jego twarzy jest zbyt niewinny. Cholera. Okej.

Po chwili wzdycha i podchodzi bliżej.

– Pójdziemy do Ykki – mówi. – Powiemy jej, czego potrzebujemy. Zapytamy ją, czy możemy wyjść na górę, a jeśli będzie chciała, mogą nawet towarzyszyć nam straże. Dobrze?

To tak rozsądne, że dziwisz się, dlaczego nawet o tym nie pomyślałaś. No cóż, wiesz dlaczego. Ykka może i jest górotworem, tak jak ty, ale ty spędziłaś wiele lat tłamszona i zdradzana przez inne górotwory z Fulcrum; nie zamierzasz ufać jej tylko dlatego, że jest jedną z was. Ale powinnaś dać jej szansę.

– Dobrze – odpowiadasz i idziesz za nim do Ykki.

Mieszkanie Ykki nie jest większe od twojego i nie wyróżnia się niczym oprócz tego, że zajmuje je przywódczyni wspólnoty. Nieznanym ci sposobem zostało wykute w ścianie olbrzymiego białego kryształu. Przed drzwiami czekają dwie osoby: jedna opiera się o kryształ, a druga spogląda ponad balustradą na rozległą Castrimę. Lerna ustawia się za nimi i pokazuje ci, żebyś zrobiła to samo. Trzeba poczekać na swoją kolej, ale obeliski nigdzie się przecież nie wybierają.

Kobieta przy balustradzie uważnie mierzy cię wzrokiem. Jest trochę starsza od ciebie i należy do Sanzeńczyków, choć karnację ma nieco ciemniejszą niż większość z nich, a jej włosy mają kolor popiołowy, ale są też lekko kręcone, co sprawia, że przypominają bardziej chmurę niż szorstki wiecheć. Płynie w niej zatem także krew mieszkańców Wschodniego Wybrzeża. Jak również Zachodniego: wokół oczu ma zmarszczki nakątne, a jej wzrok jest czujny, ostrożny, pozbawiony szacunku.

– To ty jesteś ta nowa – mówi. Nie jest to pytanie.

Kiwasz głową.

– Essun.

Kobieta uśmiecha się krzywo, a ty mrugasz. Jej zęby zostały naostrzone, choć Sanzeńczycy podobno przestali robić to kilka wieków temu. Po Sezonie Zęba szkodziło to ich reputacji.

– Hjarka Przywódczyni Castrima. Witamy w naszej małej dziurze w ziemi.

Jej uśmiech jest coraz szerszy. Przywołujesz na twarz podobny grymas, choć usłyszane nazwisko daje ci do myślenia. Jeśli do wspólnoty należą przedstawiciele kasty Przywódców, którzy nie są u władzy, zazwyczaj nie oznacza to nic dobrego. Niezadowoleni Przywódcy mają paskudny zwyczaj dokonywania przewrotów w czasach kryzysu. To jednak problem Ykki, nie twój.

Druga z oczekujących osób, mężczyzna oparty o kryształ, wydaje się na ciebie nie patrzeć, a ty zauważasz, że w ogóle nie porusza oczyma. Jest chudy i niższy od ciebie, a jego włosy i broda przywodzą ci na myśl truskawki pośród zeschłej trawy. Masz wrażenie, że potrafisz wyczuć jego skrywaną uwagę. Instynkt, który podpowiada ci, że to jeden z was, jest natomiast jak najbardziej rzeczywisty. Ponieważ jednak mężczyzna nie okazuje ci zainteresowania, nie odzywasz się do niego.

– Pojawił się kilka miesięcy temu – mówi Lerna, odwracając twoją uwagę od nowych sąsiadów. Przez chwilę się zastanawiasz, czy ma na myśli mężczyznę o truskawkowych włosach, a potem uświadamiasz sobie, że chodzi o Alabastra. – Po prostu pojawił się na środku Płaskiego Szczytu, czyli placyku, który pełni tutaj funkcję miejskiego rynku. – Kiwa głową w kierunku czegoś za twoimi plecami, a ty się obracasz, próbując zrozumieć, o czym mówi. Ach, tam: wśród licznych kryształów o ostrych czubkach znajduje się jeden, który wygląda, jakby został ścięty w połowie, dzięki czemu w centralnej części wspólnoty powstała szeroka sześciokątna platforma. Łączy się z nią kilka mostów z łącznikami schodowymi, widać tam również krzesła i balustradę. Płaski Szczyt.

Lerna ciągnie dalej:

– Nic tego nie zapowiadało. Najwyraźniej górotwory niczego nie wysejszyły, a pełniący wartę nieruchomi niczego nie widzieli. On i ten zjadacz kamieni nagle po prostu… tam byli.

Nie zauważa, że ze zdziwienia marszczysz brwi. Nigdy wcześniej nie słyszałaś, żeby nieruchomy używał słowa „nieruchomy”.

– Być może zjadacze kamieni wiedzieli, że nadchodzi, ale oni odzywają się zazwyczaj tylko do wybranych ludzi. A w tym wypadku nie zrobili nawet tego – mówiąc to, spogląda na Hoę, który kompletnie go ignoruje. Lerna kręci głową. – Oczywiście Ykka próbowała go wyrzucić, ale zaproponowała mu też, że możemy zapewnić mu bezbolesną śmierć. Jego rokowania są oczywiste: odpowiednie tabletki i łóżko byłyby dla niego miłosierdziem. Kiedy jednak Ykka wezwała Mocarnych, on coś zrobił. Światła zgasły. Woda i powietrze zamarły. Tylko na minutę, ale wydawało się, że trwa to cały rok. Kiedy przywrócił wszystko do dawnego stanu, ludzie byli zaniepokojeni. Dlatego Ykka powiedziała, że może zostać i że opatrzymy mu rany.

„Brzmi dobrze”.

– To dziesięciopierściennik – mówisz. – I dupek. Dajcie mu, czego chce, i bądźcie dla niego mili.

– Pochodzi z Fulcrum? – Lerna bierze głęboki wdech, a na jego twarzy maluje się coś na kształt przerażenia. – Na podziemny ogień. Nie wiedziałem, że jakiś Cesarski Górotwór przetrwał.

Spoglądasz na niego, zbyt zaskoczona, żeby się roześmiać. Ale przecież skąd miałby wiedzieć? Kolejna myśl szybko cię otrzeźwia.

– On zamienia się w kamień – mówisz cicho.

– Tak – potwierdza Lerna ze smutkiem. – Nigdy nie widziałem czegoś takiego. I jest coraz gorzej. Pierwszego dnia jego pobytu tutaj tylko palce miał… zabrane przez tego zjadacza kamieni. Nie widziałem, jak to postępuje. Dba o to, żeby robić to tylko wtedy, kiedy w pobliżu nie ma mnie ani moich asystentów. Nie wiem, czy to ona jakoś mu to robi, czy on robi to sobie sam, czy… – Kręci głową. – Kiedy go o to pytam, on uśmiecha się tylko i mówi: „Jeszcze trochę, proszę. Czekam na kogoś”.

Lerna marszczy brwi, patrząc na ciebie w zamyśleniu.

No właśnie: Alabaster jakimś sposobem wiedział, że się zbliżasz. A może wcale nie. Może liczył na to, że spotka kogoś o odpowiednich zdolnościach. Były na to spore szanse, biorąc pod uwagę, że Ykka w niewytłumaczalny sposób ściągała tu każdego roggę w promieniu wielu mil. Możesz okazać się tym, na kogo czekał, ale tylko pod warunkiem, że potrafisz wzywać obeliski.

Po kilku minutach Ykka wychyla się zza zasłony. Kiwa głową do Hjarki i patrzy na Truskawkowego tak długo, aż ten wzdycha i odwraca do niej twarz, a potem dostrzega ciebie, Lernę i Hoę.

– O. Hej. Dobrze. Wchodźcie wszyscy.

Próbujesz protestować:

– Muszę porozmawiać z tobą na osobności.

Ykka patrzy na ciebie. Mrugasz, zaskoczona, zakłopotana, rozzłoszczona. Ona wciąż patrzy. Lerna przestępuje obok ciebie z nogi na nogę, w milczeniu wywołując presję. Hoa tylko obserwuje, podążając za tobą. W końcu rozumiesz: to jej wspólnota i jej zasady, więc jeśli chcesz tu żyć… Wzdychasz i wchodzisz do mieszkania razem z innymi.

W środku jest cieplej niż w innych częściach wspólnoty, ale też ciemniej – blask ścian tłumią tu zasłony. Odnosisz wrażenie, że panuje noc, co prawdopodobnie jest prawdą. Przychodzi ci do głowy, że dobrym pomysłem byłaby kradzież takich zasłon i zamontowanie ich we własnym mieszkaniu – dopiero po chwili upominasz się w myślach, że nie powinnaś myśleć tak długoterminowo. Zaraz potem upominasz się po raz kolejny, bo straciłaś Nassun, a ślad po Jiji zaginął, więc powinnaś myśleć długoterminowo. A później…

– No dobrze – mówi Ykka znużonym głosem, siadając ze skrzyżowanymi nogami na prostej, niskiej kanapie i opierając brodę na pięści. Pozostali również siadają, ale ona patrzy na ciebie. – Planowałam wprowadzić w najbliższym czasie pewne zmiany. Wy dwoje pojawiliście się we właściwym momencie.

Przez chwilę myślisz, że mówiąc „wy dwoje”, ma na myśli również Lernę, ale ten siada na kanapie obok niej, a w jego ruchach jest jakaś swoboda, która każe ci przypuszczać, że słyszał to już wcześniej. W takim razie Ykka miała na myśli Hoę. Tymczasem Hoa siada na podłodze, przez co jeszcze bardziej przypomina dziecko… którym nie jest. Dziwnie trudno jest ci o tym pamiętać.

Siadasz ostrożnie.

– We właściwym momencie na co?

– Nadal uważam, że to zły pomysł – mówi Truskawkowy. Spogląda na ciebie, choć twarz zwróconą ma w stronę Ykki. – Nic o nich nie wiemy, Yeek.

– Wiemy, że do wczoraj przetrwali na zewnątrz – wtrąca Hjarka, pochylając się na bok i opierając ramię na podłokietniku. – A to już coś.

– To nic takiego. – Truskawkowy, którego imię bardzo chciałabyś poznać, zaciska zęby. – Nasi Łowcy też potrafią tam przeżyć.

Łowcy. Unosisz brwi. To jedna z dawnych kast, do której przynależności zakazało Cesarskie Prawo i do której w związku z tym nikt już nie wstępuje. Cywilizowane społeczności nie potrzebują łowców ani zbieraczy. To, że potrzebuje ich Castrima, mówi o stanie wspólnoty więcej niż cokolwiek, co opowiedziała wam Ykka.

– Tak, nasi Łowcy znają okolicę, podobnie jak nasi Mocarni – odpowiada Hjarka. – Najbliższą okolicę. Nowo przybyli wiedzą więcej o bardziej odległych terenach: o ich mieszkańcach, o zagrożeniach i o wszystkim innym.

– Nie jestem pewna, czy posiadam jakiekolwiek przydatne informacje – zaczynasz. Jednak już kiedy to mówisz, marszczysz brwi, bo przypominasz sobie to, na co zwróciłaś uwagę kilka zajazdów stąd: przepaski albo jedwabne szarfy na nadgarstkach wielu Równikejczyków. Uważne spojrzenia, które ci posyłali, i skupienie widoczne na ich twarzach, podczas gdy inni siedzieli pogrążeni w szoku. W każdym obozowisku widziałaś, że wśród ocalałych wypatrują Sanzeńczyków, którzy posiadali lepsze wyposażenie, wyglądali na zdrowszych albo jeszcze inaczej wyróżniali się z tłumu. Mówili do nich szeptem. Następnego ranka opuszczali zajazd większą grupą, niż się w nim pojawili.

Czy to ma jakieś znaczenie? Kiedyś normalne było, że ludzie o podobnych korzeniach trzymali się razem, ale pochodzenie od dawna jest już nieistotne. Wspólnoty oparte na jednym celu i różnych specjalizacjach sprawdzają się lepiej, czego dowiodło Stare Sanze. A jednak Yumenes jest dziś zaledwie popiołem na dnie rozpadliny, a prawa i zasady Cesarstwa już nie obowiązują. Być może jest to w takim razie pierwsza oznaka zmian. Być może za kilka lat będziesz musiała opuścić Castrimę i znaleźć wspólnotę złożoną z samych Midlaterów, którzy tak samo jak ty są brązowi, choć nie przesadnie brązowi, i wysocy, choć nie przesadnie wysocy. W tym wypadku Nassun będzie mogła pójść z tobą.

Ale jak długo we dwie mogłybyście ukrywać, czym jesteście? Żadna wspólnota nie chce u siebie roggów. Żadna oprócz tej.

– Wiesz więcej niż my – mówi Ykka, wyrywając cię z zamyślenia. – Poza tym nie mam czasu się o to spierać. Powiedziałam ci to, co jemu powiedziałam już kilka tygodni temu. – Wskazuje głową Lernę. – Potrzebuję doradców, którzy dokładnie znają tę Piątą Porę Roku. Zostaniesz takim doradcą, dopóki nie znajdę kogoś na twoje miejsce.

Jesteś bardziej niż zaskoczona.

– Ale ja nie mam zardzewiałego pojęcia o tej wspólnocie!

– To moje zadanie. I jego. I jej. – Ykka wskazuje na Truskawkowego i Hjarkę. – W każdym razie nauczysz się.

Opada ci szczęka. Zaraz potem uświadamiasz sobie, że Ykka zaprosiła na to zebranie również Hoę.

– Na podziemny ogień i zardzewiałe wiadra, chcesz mieć jako doradcę zjadacza kamieni?

– A dlaczego nie? Oni też żyją w tej okolicy. Jest ich tu więcej, niż nam się wydaje. – Spogląda na Hoę, który przygląda się jej z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. – Tak mi przynajmniej powiedziałeś.

– To prawda – odpowiada cicho Hoa. – Ale nie mogę za nich mówić. I nie należymy do waszej wspólnoty.

Ykka pochyla się, żeby posłać mu groźne spojrzenie. Na jej twarzy maluje się coś pomiędzy czujnością a wrogością.

– Wywieracie na naszą wspólnotę wpływ, nawet jeśli tylko jako potencjalne zagrożenie – mówi. Zerka na ciebie. – Wy oraz ci, do których jesteście, hmm, przywiązani, stanowicie część tej wspólnoty. Bo obchodzi was przynajmniej ich los. Prawda?

Uświadamiasz sobie, że od kilku godzin nie widziałaś zjadacza kamieni Ykki – tej kobiety o czerwonych włosach. Nie oznacza to jednak, że nie ma jej w pobliżu. Antymona nauczyła cię nie wierzyć pozorom nieobecności. Hoa nie odpowiada Ykce. Odczuwasz nagłą i irracjonalną radość z tego, że chłopiec zadaje sobie trud, aby pozostać na widoku.

– Natomiast jeśli chodzi o wybór ciebie i lekarza – ciągnie Ykka, wstając i zwracając się do ciebie, choć wciąż mierzy wzrokiem Hoę – to zrobiłam to, ponieważ potrzebuję różnych punktów widzenia. Przywódczyni, nawet jeśli nie chce przewodzić. – Zerka na Hjarkę. – Kolejny lokalny rogga, który nie powstrzymuje się przed uwagami na temat tego, jak jego zdaniem jestem głupia. – Kiwa głową w stronę Truskawkowego, a ten wzdycha. – Obrońca i lekarz, który zna drogę. Zjadacz kamieni. Ja. I ty, Essun, która możesz zabić nas wszystkich. – Uśmiecha się nieznacznie. – Dobrze byłoby chyba dać ci powód, abyś tego nie robiła.

Nie masz pojęcia, co na to odpowiedzieć. Przychodzi ci do głowy, że jeśli umiejętność zniszczenia Castrimy to odpowiednia kwalifikacja, Ykka powinna zaprosić do tego grona doradców również Alabastra. Mogłoby to jednak wzbudzić niezręczne pytania.

Zwracasz się do Hjarki i Truskawkowego:

– Oboje jesteście stąd?

– Nie – odpowiada Hjarka.

– Tak – stwierdza Ykka. Hjarka posyła jej zaskoczone spojrzenie. – Mieszkasz tutaj od dziecka, Hjar.

Hjarka wzrusza ramionami.

– Nikt oprócz ciebie tego nie pamięta, Yeek.

– Ja urodziłem się i wychowałem tutaj – wtrąca Truskawkowy.

Dwa górotwory osiągające dorosłość we wspólnocie, która ich nie zabiła.

– Jak się nazywasz?

– Rębacz Mocarny.

Czekasz. Mężczyzna uśmiecha się połową ust i żadnym z oczu.

– Sekret Rębacza wyszedł, że tak powiem, na jaw, kiedy dorastaliśmy – wyjaśnia Ykka. Opiera się o ścianę za kanapą, pocierając oczy, jakby była zmęczona. – Ludzie i tak się domyślali. Pogłosek było na tyle dużo, że za czasów poprzedniego przywódcy wspólnota nie przyjęła go w swoje szeregi. Ja oczywiście wielokrotnie proponowałam już Rębaczowi nazwisko wspólnotowe.

– Pod warunkiem że porzucę nazwisko Mocarny – odpowiada Rębacz. Nadal ledwie widocznie się uśmiecha.

Ykka opuszcza rękę. Twarz ma napiętą.

– Zaprzeczanie temu, czym jesteś, nie zmieniło faktu, że ludzie i tak o tym wiedzieli.

– Ale afiszowanie się z tym tobie też jakoś nie pomogło.

Ykka bierze głęboki wdech. Zaciska i rozluźnia szczęki.

– I to dlatego poprosiłam cię, żebyś się tym zajął. Możemy kontynuować?

Więc kontynuują.

Przez całe spotkanie siedzisz, próbując zrozumieć, o czym mowa, i wciąż nie wierzysz w to, że tu jesteś, a Ykka opowiada o problemach, z którymi musi się mierzyć Castrima. To sprawy, o których nigdy wcześniej nie musiałaś myśleć. Skargi na to, że woda w basenach komunalnych nie jest wystarczająco ciepła. Poważny niedobór garncarzy i nadwyżka ludzi, którzy potrafią szyć. Grzyb w jednym ze spichlerzy; trzeba było spalić kilkumiesięczne zapasy, żeby nie zepsuła się reszta. Brak mięsa. Od obsesyjnego myślenia o jednej osobie przechodzisz do troski o całą wspólnotę. Dzieje się to dość nagle.

– Niedawno się kąpałam – mówisz, próbując opanować myśli. – Woda była przyjemna.

– Oczywiście, że twoim zdaniem była przyjemna. Całymi miesiącami żyłaś w trudnych warunkach i kąpałaś się w zimnych strumieniach albo nie kąpałaś się wcale. Jednak wielu mieszkańców Castrimy nigdy nie zaznało braku struktury geo i w życiu nie widziało kranów z wodą. – Ykka pociera oczy. Spotkanie rozpoczęło się jakąś godzinę temu, ale wydaje się, jakby trwało dłużej. – Każdy radzi sobie z Piątą Porą Roku na swój sposób.

Narzekanie na nieistotne drobiazgi nie wydaje ci się żadnym „radzeniem sobie”, ale w porządku.

– Prawdziwym problemem jest niedobór mięsa – zauważa Lerna, marszcząc brwi. – Zwróciłem uwagę, że podczas kilku ostatnich posiłków nie było ani mięsa, ani jaj.

Ykka pochmurnieje.

– Tak. O to właśnie chodzi – potwierdza i spogląda na ciebie. – Nie mamy tu terenów zielonych, jeśli jeszcze nie zauważyłaś. Ziemia tutaj jest kiepska; nadaje się na ogródek, ale porządna trawa czy zboże tu nie wyrośnie. Na dodatek przez ostatnie kilka lat przed rozpoczęciem Piątej Pory Roku wszyscy byliśmy tak zajęci spieraniem się na temat tego, czy powinniśmy odbudować mur sprzed Sezonu Duszenia, że nikt nie pomyślał o zakupie paru wozów dobrej ziemi od jakiejś rolniczej wspólnoty – wzdycha, pocierając grzbiet nosa. – Poza tym i tak większości zwierząt nie zdołalibyśmy sprowadzić tutaj za pomocą szybów i schodów. Dlatego właśnie potrzebuję pomocy.

Jej zmęczenie nie jest dla ciebie niczym zaskakującym, za to jej gotowość do przyznania się do błędu – owszem. Jest to również niepokojące.

– Podczas Sezonu wspólnota może mieć tylko jednego przywódcę – mówisz.

– Tak, i jestem to ja. Nie zapominaj o tym. – Mogłoby to być ostrzeżenie, ale wcale tak nie brzmi. Podejrzewasz, że Ykka po prostu rzeczowo przyjmuje w ten sposób do wiadomości swoją pozycję w Castrimie: ludzie wybrali ją i na razie jej ufają. Nie znają ciebie, Lerny czy Hoi, i najwyraźniej nie ufają Hjarce ani Rębaczowi. Potrzebujesz jej bardziej niż ona ciebie. Nagle jednak Ykka kręci głową. – Nie mogę dłużej rozmawiać o tym gównie.

Dobrze, bo poczucie odrealnienia – tego ranka myślałaś tylko o drodze, o przetrwaniu i o Nassun – zaczyna cię przytłaczać.

– Muszę wyjść na powierzchnię.

Najwyraźniej jest to zbyt nagła zmiana tematu, bo przez chwilę wszyscy na ciebie patrzą.

– Po jaką rdzę? – pyta Ykka.

– Chodzi o Alabastra – odpowiadasz, a ona robi niepewną minę. – To ten dziesięciopierściennik w waszej przychodni. Poprosił mnie o coś.

Ykka się krzywi.

– Ach. On. – Nie możesz się powstrzymać i reagujesz na to uśmiechem. – Ciekawe. Bo od kiedy tu się pojawił, nie odezwał się do nikogo ani słowem. Tylko siedzi tam, łykając nasze antybiotyki i zjadając żywność.

– Właśnie przygotowałem całą partię ciliny, Ykka – mówi Lerna, wywracając oczami.

– Chodzi o zasadę.

Podejrzewasz, że Alabaster tłumi dobiegające z północy mikrowstrząsy i wstrząsy wtórne, z nawiązką zarabiając w ten sposób na swoje utrzymanie. Jeśli jednak Ykka sama potrafi to wysejszyć, tłumaczenie jest zbędne – poza tym nie wiesz jeszcze, czy możesz ufać jej na tyle, aby rozmawiać z nią o Alabastrze.

– To mój stary przyjaciel. – To odpowiednie, nawet jeśli niekompletne wyjaśnienie.

– Nie wygląda na kogoś, kto ma przyjaciół. Ty zresztą też. – Ykkaprzez chwilę mierzy cię wzrokiem. – Czy i ty jesteś dziesięciopierściennikiem?

Odruchowo zaciskasz palce.

– Kiedyś nosiłam sześć pierścieni. – Lerna odwraca głowę i wpatruje się w ciebie. No cóż. Twarz Rębacza drży w sposób, którego nie potrafisz wytłumaczyć. Dodajesz: – Alabaster był moim mentorem w czasach, kiedy należałam jeszcze do Fulcrum.

– Rozumiem. I co takiego chce, żebyś zrobiła na powierzchni?

Otwierasz usta i zaraz je zamykasz. Nie możesz się powstrzymać i spoglądasz na Hjarkę, która prycha i wstaje, a także na Lernę, który najwyraźniej uświadamia sobie, że nie chcesz mówić przy nim. Zasługuje na coś więcej, ale przecież jest… nieruchomy. W końcu mówisz:

– Chodzi o sprawy górotwórcze.

Słabe tłumaczenie. Twarz Lerny pozbawiona jest wyrazu, ale w jego oczach widać złość. Hjarka macha ręką i rusza w stronę zasłony.

– Dobra, wychodzę. Chodź, Rębaczu. W końcu jesteś tylko Mocarnym.

Mówiąc to, wybucha śmiechem.

Rębacz tężeje na twarzy, ale ku twojemu zaskoczeniu podnosi się i wychodzi za nią na zewnątrz. Spoglądasz na Lernę, ale on tylko krzyżuje ramiona na piersi. Nigdzie się nie wybiera. W porządku. Ykka patrzy na ciebie sceptycznym wzrokiem.

– Czy to jakaś ostateczna lekcja od twojego mentora? Wszyscy wiemy, że ten człowiek długo już nie pożyje.

Zaciskasz zęby.

– To się jeszcze okaże.

Ykka trwa chwilę w zamyśleniu, po czym zdecydowanie kiwa głową i wstaje z kanapy.

– W porządku. Zawołam tylko Mocarnych i możemy ruszać.

– Zaraz, ty też idziesz? Po co?

– Z ciekawości. Chcę zobaczyć, co potrafi sześciopierściennik z Fulcrum. – Uśmiecha się do ciebie i podnosi długą futrzaną kamizelkę, którą miała na sobie, gdy widziałaś ją po raz pierwszy. – A może też sprawdzić, czy i ja to potrafię.

Cała drżysz na samą myśl o tak bezmyślnej próbie nawiązania kontaktu z obeliskiem.

– Nie.

Ykka wygląda na zbitą z tropu. Lerna patrzy na ciebie, niedowierzając, że osiągnęłaś swój cel i w jednej chwili to zrujnowałaś. Natychmiast wyjaśniasz:

– Nawet dla mnie jest to niebezpieczne, bo nigdy tego nie robiłam.

– „Tego”?

Nie masz już wyjścia. Bezpieczniej byłoby, gdyby nic nie wiedziała, ale Lerna ma rację – jeśli chcesz żyć w Castrimie, musisz zdobyć zaufanie tej kobiety.

– Obiecaj mi, że jeśli ci powiem, nie będziesz tego próbować.

– Niczego nie zamierzam ci obiecywać. Nie znam cię. – Ykka krzyżuje ręce na piersi. Jesteś dużą kobietą, ale ona jest odrobinę większa, a jej włosy też nie pomagają. Wielu Sanzeńczyków lubi zapuszczać takie właśnie wielkie, popiołowe grzywy. Działają one odstraszająco, zupełnie jak w świecie zwierząt, co rzeczywiście sprawdza się, pod warunkiem że daną osobę cechuje dodatkowo pewność siebie. Ykka ma jej pod dostatkiem.

Ty jednak posiadasz wiedzę. Wstajesz i spoglądasz jej w oczy.

– Nie jesteś w stanie tego zrobić – próbujesz ją przekonać. – Nie masz doświadczenia.

– Nie wiesz, jakie mam doświadczenie.

Przypominasz sobie nagle tamtą chwilę na powierzchni, kiedy świadomość, że zgubiłaś trop Nassun, prawie cię obezwładniła. Ta dziwna, potężna fala mocy, którą Ykka przelała przez ciebie, była niczym delikatne, ale w pewnym sensie również górotwórcze uderzenie. I jeszcze ta sztuczka ze ściąganiem do Castrimy górotworów znajdujących się wiele kilometrów stąd. Ykka może nie nosi pierścieni, ale w górotwórstwie nie chodzi przecież o rangę.

Nie ma więc na to rady.

– Obelisk – mówisz, poddając się. Spoglądasz na Lernę, który marszczy brwi. – Alabaster chce, żebym wezwała obelisk. Zamierzam sprawdzić, czy to mi się uda.

Ku twojemu zaskoczeniu Ykka kiwa głową, a oczy jej błyszczą.

– Aha! Zawsze podejrzewałam, że coś się z nimi wiąże. Chodźmy więc. Zdecydowanie chcę to zobaczyć.

Jasna cholera.

Ykka zarzuca na siebie kamizelkę.

– Daj mi pół godziny i spotkajmy się przy Tarasie Widokowym. – To ta niewielka platforma przy wejściu do Castrimy, gdzie nowo przybyłych nieodmiennie zadziwia widok dziwnej wspólnoty wewnątrz geody. Po tych słowach mija cię i wychodzi z mieszkania.

Kręcisz głową i spoglądasz na Lernę. On kiwa do ciebie; też chciałby iść. A Hoa? Jak zwykle zajmuje miejsce za tobą, patrząc na ciebie spokojnie, jakby chciał powiedzieć: „Wątpiłaś w to?”. Masz więc całą drużynę.

Pół godziny później Ykka spotyka się z tobą na tarasie. Towarzyszy jej czterech mieszkańców Castrimy, uzbrojonych i ubranych w stroje o stonowanych barwach, mających zapewnić kamuflaż na powierzchni. Wejście na górę stanowi większe wyzwanie niż zejście – trzeba pokonać liczne pochyłości i schody. Po wszystkim nie jesteś tak zdyszana jak niektórzy towarzysze Ykki, ale przecież od pewnego czasu codziennie pokonywałaś wiele kilometrów, podczas gdy oni prowadzili swoje wygodne życie w podziemnym mieście. (Zwracasz uwagę, że Ykka ma tylko lekko przyspieszony oddech. Jest w formie). W końcu docieracie do piwnicy jednego z domów atrap na powierzchni. Nie jest to ta sama piwnica, którą wchodziliście, co nie powinno cię dziwić: ich „mur ochronny” na pewno ma wiele wejść i wyjść. Układ podziemnych korytarzy jest jednak bardziej skomplikowany, niż początkowo sądziłaś – powinnaś zapamiętać to, na wypadek gdyby kiedyś przyszło ci opuszczać to miejsce w pośpiechu.

W tym domu również rozmieszczono straże: niektórzy Mocarni pilnują wejścia do piwnicy, inni znajdują się na górze i obserwują drogę. Kiedy ci ostatni informują, że wszystko w porządku, wychodzisz w popołudniowy deszcz popiołu.

Ile czasu spędziłaś w geodzie Castrimy – niecałą dobę? To niesamowite, jak obcy wydaje ci się świat na powierzchni. Po raz pierwszy od tygodni naprawdę czujesz zapach siarki w powietrzu, dostrzegasz szarą mgłę i słyszysz nieprzerwane, miękkie odgłosy grubych płatów popiołu padających na ziemię i na suche liście. A także ciszę, która sprawia, że dopiero teraz uświadamiasz sobie, jak gwarna jest Castrima, pełna rozmawiających ludzi, zgrzytających wózków, brzęczących kuźni i wszechobecnego szumu tajemniczej, niewidocznej maszynerii geody. Tutaj, na górze, nie ma nic. Drzewa zrzuciły już liście, a w ich wysuszonych, zwiniętych resztkach nic się nie porusza. Z gałęzi nie dobiega żaden ptasi śpiew; podczas Sezonu większość ptaków przestaje oznaczać terytorium i odprawiać godowe rytuały, a śpiew przyciąga jedynie drapieżniki. Nie słychać żadnych innych zwierzęcych odgłosów. Na drodze nie ma podróżnych, choć zauważasz, że warstwa popiołu jest tam cieńsza. Ludzie niedawno tędy chodzili. Poza tym nawet powietrze jest nieruchome. Słońce już zaszło, choć niebo wciąż pozostaje całkiem jasne. Chmury odbijają blask Pęknięcia nawet tak daleko na południe.

– Jakiś ruch? – pyta Ykka jednego ze strażników.

– Grupa ludzi wyglądająca na rodzinę jakieś czterdzieści minut temu – odpowiada mężczyzna. Mówi bardzo cicho. – Dobrze wyposażeni. Około dwudziestu osób, w różnym wieku, wszyscy Sanzeńczycy. Szli na północ.

Po tych słowach pozostali wlepiają w niego wzrok.

– Na północ? – powtarza Ykka.

– Tak. – Strażnik o pięknych oczach z długimi rzęsami patrzy na Ykkę i wzrusza ramionami. – Wyglądali, jakby zmierzali do jakiegoś konkretnego celu.

– Hmm. – Ykka krzyżuje ręce na piersi i lekko drży, choć na zewnątrz nie jest szczególnie zimno; mrozy Piątej Pory Roku pojawiają się w pełni dopiero po kilku miesiącach. W podziemnej Castrimie jest jednak tak ciepło, że jej mieszkańcy na powierzchni odczuwają chłód. A może Ykka reaguje tak po prostu na surowość otaczającego ją krajobrazu: tyle cichych domów, martwych ogrodów i pokrytych popiołem ścieżek, po których kiedyś chodzili ludzie. Nadziemną część wspólnoty wyobrażałaś sobie jako przynętę, i rzeczywiście nią jest, bo przyciąga pożądane osoby i zniechęca te wrogie. Ale przecież kiedyś była to normalna osada: rozświetlona, tętniąca życiem, ruchliwa.

– No i? – Ykka bierze głęboki oddech i się uśmiecha, ale twoim zdaniem jest to sztuczny grymas. Następnie kiwa głową w stronę wiszących nisko popiołowych chmur. – Jeśli chciałaś zobaczyć to coś, to w najbliższym czasie raczej nie będziesz miała okazji.

Ma rację – w powietrzu unosi się mgła popiołu, a przez nabrzmiałe, czerwonawe chmury zupełnie nic nie widać. Schodzisz z ganku i mimo wszystko spoglądasz w niebo, nie wiedząc, od czego zacząć. Nie jesteś również pewna, czy w ogóle powinnaś zaczynać. W końcu za pierwszym i drugim razem, kiedy próbowałaś wejść w kontakt z obeliskiem, omal nie przypłaciłaś tego życiem. Poza tym chce tego Alabaster, czyli człowiek, który prawie zniszczył świat. Może nie powinnaś robić tego, o co prosi.

Z drugiej strony nigdy nie wyrządził ci krzywdy. Świat owszem, ale on nie. Być może świat zasługuje na zniszczenie. A może po tylu latach Alabaster zyskał po prostu odrobinę twojego zaufania.

Zamykasz więc oczy i próbujesz uspokoić myśli. W końcu uświadamiasz sobie, że jednak otaczają cię dźwięki. Ciche skrzypienie i trzaski drewnianych elementów Castrimy reagujących na zmiany temperatury powietrza oraz ciężar popiołu. Szmer stworzonek przedzierających się przez wysuszone pozostałości pobliskiego ogrodu: to zwykłe gryzonie albo coś równie drobnego, czym nie należy się przejmować. Oprócz tego z jakiegoś powodu jeden z mieszkańców Castrimy bardzo głośno oddycha.

Ciepłe drżenie ziemi pod twoimi stopami. Nie. Nie stamtąd.

W powietrzu znajduje się wystarczająco dużo popiołu, żebyś mogła w pewnym sensie pochwycić chmury swoją świadomością. Popiół to w końcu sproszkowana skała. Jednak to nie chmury cię interesują. Poruszasz się wśród nich po omacku, tak samo jak robiłabyś to w tunelu wydrążonym w ziemi, nie do końca pewna, czego szukasz…

– Długo jeszcze? – wzdycha jeden z mieszkańców Castrimy.

– A co, spieszysz się na randkę? – cedzi przez zęby Ykka.

On jest nieważny. On jest…

On jest…

Coś mocno szarpie cię na zachód. Dygoczesz i się odwracasz, żeby spojrzeć w tamtą stronę, a równocześnie przypominasz sobie tę noc sprzed wielu lat w miasteczku Allia oraz inny obelisk. Ametyst. „Nie musiał tego wiedzieć, musiał się z tym zmierzyć”. Linie widoku, linie mocy. Tak. A tam, daleko na linii twojej uwagi, sejszysz, jak świadomość przyciągana jest w stronę czegoś ciężkiego i… mrocznego.

Mrocznego, tak bardzo mrocznego. Alabaster powiedział, że to będzie topaz, prawda? Ale to nieprawda. To coś wydaje się znajome, przypomina ci granat. Nie ametyst. Dlaczego? Granat był uszkodzony, szalony (nie wiesz nawet, dlaczego to słowo pojawia się w twojej głowie), ale był też znacznie potężniejszy, choć słowo „moc” nie do końca określa to, czym one dysponują. Bogactwo. Dziwność. Im ciemniejsza barwa, tym większy potencjał? Ale jeśli tak, to…

– Onyks – mówisz na głos, otwierając oczy.

Inne obeliski brzęczą na skraju twojej linii wzroku, a może nawet bliżej, ale nie odpowiadają na twoje niemalże instynktowne wołanie. Ciemny obelisk jest bardzo daleko, za Zachodnim Wybrzeżem, gdzieś ponad Nieznanym Morzem. Pokonanie takiej odległości, nawet w powietrzu, zajmie mu kilka miesięcy. Ale.

Ale. Onyks cię słyszy. Wiesz to tak samo, jak wiedziałaś, że twoje dzieci cię słyszą, nawet jeśli udawały, że jest inaczej. Obraca się ociężale, a tajemne procesy budzą się do życia po raz pierwszy od wieków. Jednocześnie wydaje z siebie dźwięk i wibrację, które wstrząsają morzem w promieniu wielu kilometrów. (Skąd to wiesz? Nie sejszysz tego. Po prostu wiesz). A potem rusza do ciebie. Na złą, żarłoczną Ziemię.

Cofasz się po linii, która prowadzi do ciebie. Po drodze coś przykuwa twoją uwagę, a ty w ostatniej chwili wzywasz również to. Topaz. Jest lżejszy, bardziej ruchliwy, znajduje się bliżej i w pewnym sensie lepiej na ciebie reaguje, być może dlatego, że wyczuwasz w jego wnętrzu ślad Alabastra, niczym kawałek skórki cytryny dodany do aromatycznej potrawy. Alabaster przygotował go dla ciebie.

Następnie wracasz do siebie i obracasz się w stronę Ykki, która patrzy na ciebie ze ściągniętymi brwiami.

– Czułaś to?

Ykka powoli kręci głową, ale nie na znak negacji. W jakiś sposób wyczuła część tego, co się wydarzyło. Widzisz to na jej twarzy.

– Ja… to było… Nie wiem co.

– Nie sięgaj do nich, kiedy się tu pojawią – mówisz. Bo wiesz, że się pojawią. – Nie sięgaj do nich. Nigdy.

Masz opory przed wypowiedzeniem słowa „obeliski”. W pobliżu znajduje się zbyt wielu nieruchomych, i nawet jeśli jeszcze cię nie zabili, nie muszą wiedzieć, że coś może uczynić górotwory jeszcze bardziej niebezpiecznymi.

– Co mogłoby się stać, gdybym to zrobiła? – pyta Ykka z czystej ciekawości, nie z przekory, ale niektóre pytania są po prostu niebezpieczne.

Postanawiasz odpowiedzieć szczerze.

– Umarłabyś. Nie jestem pewna w jaki sposób. – Tak właściwie jesteś przekonana, że Ykka w jednej chwili zmieniłaby się we wrzeszczącą, rozgrzaną do białości kolumnę ognia i mocy, być może niszcząc przy tym całą Castrimę. Nie jesteś jednak w stu procentach pewna, dlatego trzymasz się tego, co wiesz. – Te… te rzeczy są jak baterie, których używa się w niektórych wspólnotach Równikiady. – Cholera. – Używało się. Słyszałaś o czymś takim? Bateria przechowuje energię, dzięki czemu możesz korzystać z elektryczności, nawet jeśli sieć hydro jest nieczynna, a gaz też nie…

Ykka wygląda na urażoną. No tak, jest Sanzenką, a to Sanzeńczycy wymyślili baterie.

– Wiem, do ciężkiej rdzy, co to jest bateria! Pierwszy wstrząs i oprócz innych nieszczęść masz jeszcze wszędzie oparzenia od kwasu, a wszystko to dla odrobiny zmagazynowanej energii. – Kręci głową. – To, o czym mówisz, to nie jest żadna bateria.

– Kiedy opuszczałam Yumenes, produkowano tam baterie z cukru – mówisz. Zwróciłaś uwagę, że ona też nie używa słowa „obelisk”. Dobrze; to znaczy, że rozumie. – Był bardziej bezpieczny niż kwas czy metal. Baterie można robić na wiele sposobów. Jeśli jednak jest ona zbyt mocna dla obwodu, do którego zostaje podpięta…

Uznajesz, że tyle wystarczy, żeby dać jej do zrozumienia, o co chodzi.

Ykka znowu kręci głową, ale masz wrażenie, że ci wierzy. Kiedy się odwraca i zaczyna się przechadzać w zamyśleniu, dostrzegasz Lernę. Przez cały ten czas milczał, słuchając waszej rozmowy. Teraz wydaje się głęboko pogrążony w myślach i to cię niepokoi. Nie podoba ci się, że nieruchomy tak intensywnie o tym myśli.

Wtedy jednak Lerna cię zaskakuje.

– Ykka, jak stara twoim zdaniem jest tak naprawdę ta wspólnota?

Ykka się zatrzymuje, marszcząc czoło. Pozostali mieszkańcy Castrimy poruszają się niespokojnie. Być może nie lubią, kiedy przypomina im się o tym, że mieszkają w ruinach pozostawionych przez wymarłą cywilizację.

– Nie mam pojęcia. Dlaczego pytasz?

Lerna wzrusza ramionami.

– Po prostu pomyślałem o podobieństwach.

Nagle rozumiesz. Kryształy w podziemnej Castrimie, które świecą w jakiś tajemniczy sposób. Kryształy na niebie, które unoszą się w jakiś tajemniczy sposób. Obydwa te mechanizmy stworzono specjalnie dla górotworów.

Zjadacze kamieni okazujący wyjątkowe zainteresowanie górotworami, które używają jednych i drugich. Spoglądasz na Hoę.

On jednak nie patrzy ani w niebo, ani na ciebie. Zszedł z ganku i ukucnął w popiele przy chodniku, w coś się wpatrując. Podążasz za jego wzrokiem i dostrzegasz niewielki kopiec w miejscu, gdzie kiedyś znajdowało się sąsiednie podwórko. Ma może metr wysokości i wygląda jak jedna z wielu hałd popiołu, ale po chwili widzisz, że z jednego końca wystaje wysuszona łapa jakiegoś zwierzęcia. W popiele pogrzebane są tu prawdopodobnie dziesiątki zwierzęcych szczątków; nadejście Piątej Pory Roku z pewnością zebrało krwawe żniwo. Dziwne jednak, że te zwłoki zgromadziły wokół siebie znacznie więcej popiołu niż inne miejsca.

– Za późno, młody. Do jedzenia już się nie nada – mówi jeden z mężczyzn, który również zauważył przykucniętego Hoę, ale najwyraźniej nie ma pojęcia, czym ten „młody” jest. Hoa zerka na niego i przygryza wargę z wystudiowanym wyrazem niepokoju na twarzy. Doskonale naśladuje dziecko. Następnie wstaje i podchodzi do ciebie, a ty uświadamiasz sobie, że wcale nie udaje. Coś naprawdę go zaniepokoiło.

– Inne rzeczy go zjedzą – mówi do ciebie bardzo cicho. – Powinniśmy już iść.

Co?

– Przecież ty nikogo się nie boisz.

Zaciska szczęki. Szczęki pełne diamentowych zębów. Czy diamentowe kości połączone są mięśniami? Nic dziwnego, że nigdy nie pozwolił ci się podnieść – musi być ciężki jak marmur.

– Boję się tego, co może cię skrzywdzić – mówi.

A ty… wierzysz mu. Bo, jak nagle sobie uświadamiasz, jest to wspólny mianownik jego dotychczasowego dziwnego zachowania. Jego gotowości do tego, by zmierzyć się z kirkhusem, który mógłby być szybszy nawet od twojego górotwórstwa. Jego gniewu w stosunku do innych zjadaczy kamieni. On cię chroni. W twoim życiu niewielu próbowało cię chronić. Pod wpływem impulsu unosisz dłoń i mierzwisz jego dziwne białe włosy. Hoa mruga. W jego oczach pojawia się coś całkowicie nieludzkiego. Nie wiesz, co myśleć. A jednak bierzesz do siebie jego słowa.

– Chodźmy – mówisz do Ykki i pozostałych. Zrobiłaś, o co prosił cię Alabaster. Spodziewasz się, że nie będzie rozczarowany dodatkowym obeliskiem, kiedy mu o tym powiesz. Jeżeli jeszcze tego nie wie. A teraz być może w końcu ci wyjaśni, co, u rdzy, się tu dzieje.

***

Wcześniej zgromadźcie w bezpiecznej jaskini roczne zapasy dla każdego mieszkańca: dziesięć rulet zboża, pięć rulet warzyw, ćwierć kupsa suszonych owoców i pół spichu smalcu, sera albo zakonserwowanego mięsa. Pomnóżcie to przez wymaganą liczbę lat. Następnie postawcie przed jaskinią co najmniej trzech mocarnych mieszkańców: jeden niech strzeże samego spichlerza, a dwaj pozostali niech strzegą jego.

Tablica Pierwsza, O Przetrwaniu, werset czwarty

3Schaffa, zapomniany

Tak, nim też jesteś – albo byłaś, dopóki nie opuściłaś Meov. Teraz jednak jest on kimś innym.

***

Siła, która niszczy Clalsu, to górotwórstwo skierowane w powietrze. Nie powinno się wykorzystywać go w ten sposób, jednak nie ma właściwie żadnego powodu, dla którego nie miałoby ono w tej sytuacji zadziałać. Po wydarzeniach z Allia Sjenit ma już doświadczenie w używaniu górotwórstwa na wodzie. W wodzie znajdują się minerały, a w powietrzu cząsteczki pyłu. Powietrze ma temperaturę, masę i potencjał kinetyczny tak samo jak ziemia; cząsteczki powietrza są po prostu od siebie bardziej oddalone, a jego atomy mają inny kształt. W każdym razie pojawienie się obelisku sprawia, że wszystkie te szczegóły tracą znaczenie.

Czując pulsowanie obelisku, Schaffa wie już, co się stanie. Stróż Sjenit jest stary. Bardzo stary. Wie, co zjadacze kamieni mogą zrobić potężnym górotworom, wie też, dlaczego tak ważne jest, aby trzymać górotwory na ziemi, z dala od powietrza. Widział, co się stało, kiedy czteropierściennik – bo tak właśnie nadal nazywa w myślach Sjenit – nawiązał kontakt z obeliskiem. Uświadamiasz sobie, że jemu naprawdę zależy na jej dobru (choć ona tego nie wie). Nie chodzi tylko o kontrolę. Ona jest jego małą dziewczynką, a on ochraniał ją na wiele sposobów, o których ona nawet nie wie. Myśl o jej śmierci w męczarniach jest dla niego nie do zniesienia. To dość zabawne, zważywszy na to, co ma się wydarzyć.

W chwili, kiedy Sjenit sztywnieje, jej sylwetka zostaje wypełniona światłem, a powietrze w niewielkim przedziale dziobowym Clalsu drży, zmieniając się w ścianę niepowstrzymanej siły, Schaffa stoi akurat z boku przegrody, a nie przed nią. Towarzyszący mu Stróż, który przed chwilą zabił dzikiego kochanka Sjenit, nie ma tyle szczęścia: kiedy siła odrzuca go do tyłu, przebijająca ścianę przegroda ucina mu głowę. Schaffa przelatuje natomiast przez przestronną ładownię Clalsu, która jest całkiem pusta, bo statek od pewnego czasu nie był wykorzystywany w pirackich wyprawach. W ładowni jest wystarczająco dużo miejsca, aby mógł zwolnić i aby ominęła go największa siła uderzenia Sjenit. Kiedy wreszcie zderza się z przegrodą, robi to z impetem zdolnym połamać mu kości, choć nie zmiażdżyć. W tej samej chwili przegroda zapada się i kruszy, razem z resztą statku. To również pomaga.