Miasto, którym się staliśmy - N.K. Jemisin - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Miasto, którym się staliśmy ebook i audiobook

N.K. Jemisin

4,5

Opis

„Chodź, Miasto Które Nigdy Nie Śpi. Pokażę ci, co kryje się w ciemnych rewirach, w które boją się zbłądzić nawet koszmary”

Młody student wysiada z metra na Manhattanie i nagle dociera do niego, że nie pamięta, kim jest i skąd pochodzi, ani nawet jak się nazywa. Ale wyczuwa bicie potężnego serca Nowego Jorku, widzi jego historię i czuje jego moc.

Wywodząca się z rdzennego plemienia Lenape dyrektorka galerii sztuki odkrywa na Bronksie kolejne osobliwe graffiti, tak piękne i wyraziste, że gotowa jest przysiąc, że woła do niej swoim własnym głosem.

Polityczka i matka spacerująca ulicami Brooklynu uprzytamnia sobie, że słyszy pieśń swojego miasta, która brzmi jej w głowie w rytm wystukiwany na chodniku przez jej nowe louboutiny.

Jest ich więcej.

Każde wielkie miasto posiada duszę. Niektóre są Przedwieczne jak mity, inne młode i nie mniej niszczycielskie od dzieci.

A Nowy Jork? On ma tych dusz aż sześć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 562

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 6 min

Lektor: Nora K. Jemisin

Oceny
4,5 (11 ocen)
7
2
2
0
0
Sortuj według:
kas69

Nie oderwiesz się od lektury

ekstra
00
Elena_1981

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, oryginalna, świeża! Coś zupełnie nowego w gatunku sci-fi. Na pewno sięgnę jeszcze po książki tej autorki ;)
00
mirror_dreams

Całkiem niezła

wysoki próg wejścia ale generalnie spoko
00
Wolnelitery

Nie oderwiesz się od lektury

Jeśli jesteście fanami fantastyki, a do tego mocnego urban fantasy, to zdecydowanie ta lektura powinna być dla Was obowiązkowa. Książka trzyma w napięciu od pierwszych stron, a przeniesie nas do mrocznego Nowego Jorku! To właśnie tutaj dzieje się coś złego, coś czego na samym początku nie będziemy za bardzo rozumieli, ale szybko odpowiednie puzzle zaczną wskakiwać na swoje miejsce. Autorka zbudowała dla nas wielowątkową i wielowymiarową powieść. To tak naprawdę dopiero preludium, do tego co nastąpi, ponieważ jest to dopiero pierwszy tom tej serii! Nie chcę Wam za dużo zdradzać, bo ta książka powinna być zaskoczeniem dla czytelnika! Powoli odsłaniać przed nim swoje karty. Uwierzcie mi tylko - Nowego Jorku w takim wydaniu jeszcze nie znacie, a ten na pewno wciągnie Was w swoje sidła! Zdecydowanie i z całego serca - POLECAM!
00
silwana

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka, ciężko się od nie oderwać. Zdecydowanie polecam.
00

Popularność




„Człowiek natychmiast staje się własnością Nowego Jorku, jest nim owładnięty już w pięć minut po przybyciu, jakby był tu od pięciu lat”.

Thomas Wolfe

PROLOGA to było tak…

Usta moje zanoszą pod niebiosa pieśń tego miasta.

Pies to trącał, cholera. Stoję na dachu budynku, w którym nie mieszkam. Rozpościeram szeroko ramiona, wypełniam powietrzem płuca i wyję. Wykrzykuję jakieś bzdury w kierunku placu budowy, który zasłania mi widok. Ale tak naprawdę śpiewam dla widniejącej w oddali panoramy wielkiego miasta. Miasto zrozumie, o co mi chodzi.

Wschodzi słońce. Spodnie mam śliskie od rosy. A może dlatego, że nie prałem ich od tygodni? Zdobyłem drobne na pralnię, sęk w tym, że nie mam pary na zmianę. Może znajdę jakąś w lumpie dwa bloki dalej… ale to potem. Mam jeszcze kilka zwrotek do wywrzeszczenia: AAAaaaAAAaaa (wdech) AAAaaaAAAaaa… Ściany pobliskich gmachów zwrócone w moją stronę odpowiadają mi półsylabami. Ale w mojej głowie brzmi to, jakby cała orkiestra rżnęła Odę do radości na bicie Busta Rhymesa. Mój głos spina wszystko do kupy.

– Zamknij ryj! – woła ktoś, więc skłaniam się i schodzę ze sceny.

Lecz zanim opuszczę dach, odwracam się jeszcze z ręką na klamce drzwi prowadzących na klatkę i wytężam słuch – bo przez moment wydawało mi się, że słyszę coś jeszcze, coś zarówno odległego, jak i intymnie bliskiego, pieśń śpiewaną basem. Jakąś taką wstydliwą.

Skądś dalej dobiega mnie coś jeszcze: narastające, dysharmonijne warczenie. A może to tylko skowyt policyjnych syren? W każdym razie nic, czego lubiłbym słuchać. Idę sobie.

* * *

– Te rzeczy powinny działać w określony sposób – mówi Paulo. Znowu kopci, drań parszywy. Jeszcze nigdy nie widziałem, by coś jadł. Zdaje się, że morda służy mu tylko do palenia, picia kawy i trajkotania. Szkoda. Bo to całkiem ładna morda.

Siedzimy w kafejce. Jestem tu z nim, ponieważ postawił mi śniadanie. Bywalcy kawiarni szpilą go wzrokiem. Nie jest dość biały jak na ich gust, ale przecież nie powiedzą mu tego w oczy. Gapią się też na mnie, bo ja jestem wypisz wymaluj czarny, a przetarcia na moich ciuchach nie są odzwierciedleniem panującej mody, lecz oznaką pospolitej nędzy. Nie śmierdzę, ale ci ludzie z odległości wyczuwają każdego, kto nie ma funduszu powierniczego.

– No tak – odpowiadam, wgryzając się w kanapkę z jajkiem i o mało nie sikając po nogach z radości. Prawdziwe jajko! I ser, taki z dziurami! O niebo lepsze od tego gówna, którym faszerują ludzi w maku.

Ten facet uwielbia brzmienie własnego głosu. Mnie także mile brzmi mi w uszach jego akcent: nosowy i świszczący, zupełnie niehiszpański. Ma wielkie oczy. Matko, ile przypałów uszłoby mi na sucho, gdybym to ja miał takie wielkie szczeniaczkowe oczęta. Mimo wszystko wydaje się starszy, niż wygląda – znacznie, znacznie starszy. Wypatrzyłem kilka kiełkujących mu na skroniach siwych włosków, które nadają mu wcale dostojny wygląd. Rozmawiając z nim, odnoszę wrażenie, że chodzi po świecie od setek lat.

On sam także wpija się we mnie wzrokiem, i to nie w sposób, do którego przywykłem.

– Słuchasz ty mnie? – pyta. – To ważne.

– Jasne – potwierdzam i znowu wgryzam się w kanapkę.

Mój rozmówca pochyla się na krześle.

– Ja sam nie od razu w to uwierzyłem. Hong musiał zawlec mnie do kanałów, prosto w cuchnącą ciemność. Tam pokazał mi pulsujące korzenie i pączkujące zęby. Przez całe życie słyszałem, jak coś oddycha. Myślałem, że wszyscy słyszą. – Milknie. – A ty usłyszałeś już?

– Niby co? – pytam, a właściwie odpowiadam, i to niewłaściwie. To nie tak, że go nie słucham. Słucham, tylko w dupie mam, co mówi.

Wzdycha, rozczarowany.

– Słuchaj.

– No przecież słucham!

– Nie. Znaczy, tak, słuchasz, ale mnie. – Wstaje, rzuca na stół dwudziestaka, zresztą niepotrzebnie, bo za kawę i kanapkę zapłacił wcześniej przy kontuarze, a w tej kawiarni nie podaje się zamówień do stolików. – Widzimy się tutaj w czwartek.

Biorę banknot, bawię się nim w palcach, a potem chowam do kieszeni. Puknąłbym go za tę kanapkę, albo i bez kanapki, takie ma te oczęta, ale trudno, dwudziestak piechotą nie chodzi.

– A potem do ciebie czy do mnie?

Mruga oczami, po czym na jego twarzy rozpełza się złość.

– Słuchaj, wytęż słuch – powtarza rozkaz i wychodzi.

Siedzę, jak długo mogę, starając się możliwie powoli trawić wtranżoloną kanapkę. Dopijam resztki jego kawy, rozkoszuję się chwilą normalności. Przyglądam się ludziom, oceniam ich w myślach po wyglądzie. Spontanicznie kleci mi się w głowie wierszyk o życiu jako bogata biała dziewczyna, która doznaje załamania nerwowego na widok czarnoskórego obszarpańca w swojej ulubionej kawiarence. Wyobrażam sobie, że Paulo przyklaskuje moim językowym talentom i nienagannym manierom, że odnosi się do mnie z podziwem – zupełnie nie jak do przygłupiego ulicznika, który nawet słuchać nie umie. Wyobrażam sobie, że wracam do schludnego mieszkania z miękkim łóżkiem i lodówką pełną wałówy.

Wtedy do kafejki wchodzi gliniarz, rumiany tłuściel, i zamawia dla siebie i pozostawionego w aucie partnera po pszenicznym piwie, po czym omiata obojętnym wzrokiem salę. Wizualizuję sobie, jak wokół mojej głowy krąży cylinder złożony z luster, który odbija jego spojrzenie. Żaden cylinder, oczywiście, się nie materializuje – to tylko gra wyobraźni, w którą gram, by mniej się bać czających się na mnie drapieżców. Ale sztuczka tym razem działa. Policjant omija wzrokiem jedyną ciemną twarz w pomieszczeniu. Mam dziś szczęście, ale ponieważ szczęściu trzeba pomóc, zwijam się stąd.

* * *

Ręce moje malują oblicze miasta. Gdy chodziłem do szkoły, w niektóre piątki wpadał do nas malarz, artysta z prawdziwego zdarzenia, który nawijał do nas o perspektywie, światłocieniu i innych gównach, o których biali uczą się w szkołach plastycznych. Tylko że ten, który też robił to wszystko, był czarny jak ja. Pierwszy raz widziałem na oczy czarnoskórego malarza. Przez chwilę myślałem, że skoro on nim został, to może i mnie kiedyś się uda.

I czasem rzeczywiście bywam artystą. Po zmroku czaję się na dachu budynku w chińskiej dzielnicy. W obu rękach mam po puszce spreju, a na przedramieniu wiadro farby do tynku, którą ktoś porzucił po przemalowaniu salonu na liliowo. Poruszam się na ugiętych nogach, przemykam bokiem wzdłuż ścian niczym krab. Lepiej nie korzystać z farby w wiadrze za często, i tak zaraz zmyje ją deszcz. Co innego spreje. Ale nie o samą trwałość mi chodzi, tylko o kontrast faktur – liliowe tło, na nim wyraźny czarny kształt, kontur muśnięty czerwienią. Maluję dziurę. Przypomina gardziel, która nie zaczyna się ustami i nie kończy na płucach – to raczej oddzielny organizm – oddycha i przełyka, nigdy nie zaspokajając apetytu. Nikt nie zobaczy mojego dzieła, wyjąwszy pasażerów samolotów kierujących się z południowego zachodu do lotniska LaGuardia, wycieczkowiczów oglądających miasto z pokładu helikoptera oraz obserwatorów lotniczych nowojorskiej policji. Zresztą nie dbam o to, kto i co zobaczy. Nie maluję tego dla nich.

Jest już bardzo późno. Nie znalazłem noclegu, więc maluję, żeby nie myśleć o spaniu. Gdyby to nie był koniec miesiąca, zabunkrowałbym się w metrze, ale ponieważ jest, zaraz przysraliby się gliniarze, którzy nie wyrobili normy. Muszę mieć się na baczność; za zachód od Chrystie roi się od przygłupich chińskich gówniarzy, którzy bawią się w gangsterów obsikujących terytorium. Próbuję się nie rzucać w oczy. Jestem szczupły i mam ciemną skórę – to pomaga wtopić się w noc. Chcę tylko pomalować, człowieku, muszę wywalić z siebie to, co we mnie siedzi. Muszę otworzyć to gardło, żeby każdy zobaczył, co jest w środku. Muszę, po prostu muszę… tak. Tak właśnie.

Gdy kładę ostatnie plamy czerni, dobiega mnie cichy, dziwny dźwięk. Nieruchomieję i rozglądam się, skołowany, a potem z gardła za moimi plecami dobywa się westchnienie. Silny podmuch ciężkiego, wilgotnego powietrza porusza mi włoski na skórze. Nie boję się. Przecież po to to zrobiłem, choć zaczynając, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Nie bardzo wiem, jak to się stało, że teraz sobie zdaję. Ale gdy się odwracam, widzę tylko farbę na dachu.

Paulo nie ściemniał. No proszę. A może mamuś miała rację i jednak mam zryty beret.

Podskakuję i wołam z radości – nie wiem czemu.

Kolejne dwa dni spędzam na mieście, maluję dyszące gardła, gdzie tylko trzyma się farba, aż w końcu skrobię pędzlem o dno wiadra.

* * *

Tego dnia, kiedy ustawiłem się z Paulo, jestem tak zrypany, że prawie wpadam do kawiarni przez okno wystawowe. Paulo łapie mnie za łokieć i ciągnie do ławki dla klientów.

– Słyszysz – stwierdza z zadowoleniem.

– Słyszę, że kawa się robi – odpowiadam tonem nasączonym aluzją, nie kłopocząc się nawet, by zakryć ziewające usta. Mija nas radiowóz. Jestem zmęczony, ale nie aż tak, żeby nie wyobrazić sobie, że jestem niczym, niezauważalnym pyłkiem w powietrzu, którego nie warto nawet skopać dla przyjemności. Działa. Pojechali w cholerę.

Paulo ignoruje moją sugestię. Siada obok mnie i widzę, jak na moment rozmydla mu się wzrok.

– Tak. Miasto oddycha lżej – mówi. – Robisz dobrą robotę, nawet bez szkolenia.

– Staram się.

Przybiera rozbawioną minę.

– Nie umiem orzec, czy mi nie wierzysz, czy po prostu masz to gdzieś.

Wzruszam ramionami.

– Wierzę ci. Ale też trochę mam to gdzieś, bo umieram z głodu.

Burczy mi w brzuchu. Wciąż mam tego dwudziestaka, którego mi dał, ale planuję wydać go na tej kościelnej wyprzedaży, o której usłyszałem na Prospekcie. Kupię kurczaka, ryż, zielone warzywa i chleb kukurydziany i zapłacę mniej, niż tu kosztuje sojowe latte.

Spuszcza wzrok na mój brzuch, słysząc, jak ten domaga się śniadania. Okazja czyni złodzieja: udaję, że się przeciągam, i drapię mój kaloryferek, upewniając się, że koszulka podwinie się na tyle, by go zauważył. Tamten artysta przyprowadził kiedyś do naszej szkoły modela, byśmy go narysowali. Wskazał ciąg mięśni wokół bioder i nazwał go pasem Apolla. Paulo natychmiast wbija w niego wzrok. Kici, kici, koteczku. W końcu muszę się gdzieś przespać.

Potem zwęża powieki i znowu spogląda mi w oczy.

– Zapomniałem – mówi przyciszonym, zamyślonym tonem. – Prawie… To było bardzo dawno temu, ale byłem kiedyś chłopcem z faweli.

– Trudno w Nowym Jorku o dobre meksykańskie ciacho – odpowiadam.

Mruga oczami i jego twarz na chwilę się rozpromienia, po czym przywołuje się do porządku.

– To miasto umrze – oświadcza. Nie podnosi głosu, wcale nie musi. Słucham go teraz uważniej. Najeść się i przeżyć, przede wszystkim to się dla mnie liczy. – Jeśli nie nauczysz się rzeczy, których chcę cię nauczyć… Jeśli mi nie pomożesz… Gdy przyjdzie godzina próby, zawiedziesz, a to miasto podzieli los Pompejów, Atlantydy i dziesięciu innych, których nazw nikt już dziś nie pamięta, choć wraz z nimi zginęły setki tysięcy ludzi. Albo dojdzie do poronienia: martwa skorupa miasta przeżyje i może jeszcze się kiedyś rozrośnie, choć jego płomień dopali się, tak jak dopalił się płomień Nowego Orleanu… Tak czy inaczej, ty zginiesz. Ty jesteś katalizatorem. Czy przemienienia, czy unicestwienia, to się dopiero okaże.

Gada tak, odkąd się pojawił – miejsca, które nigdy nie istniały, omeny i zwiastuny zguby. Klasyfikuję to jako zwykłe pierdololo, bo opowiada o tym mnie, dzieciakowi, którego wykopała z domu własna matka, bo mnie nienawidzi i pewnie modli się codziennie, bym zdechł gdzieś na ulicy.

Bóg też mnie nienawidzi, jak amen w pacierzu. Ale ta nienawiść jest odwzajemniona, więc niby czemu miałby wybrać mnie do czegokolwiek? Dopiero teraz zaczynam słuchać Paulo, przez tego Boga. Nie muszę w coś wierzyć, żeby to coś zasrało mi życie.

– Powiedz, co mam zrobić – proszę.

Paulo kiwa głową z cwaniackim wyrazem twarzy. Myśli, że ma mnie w garści.

– Aaa, widzę, że jednak chcesz przeżyć.

Wstaję, przeciągam się ponownie i czuję, jak ulice wokół mnie wydłużają się i miękną w potężniejącej spiekocie dnia. (Czy to się dzieje naprawdę, czy tylko w mojej wyobraźni? A może to dzieje się w rzeczywistości, a ja wyobrażam sobie tylko, że ma to jakiś związek ze mną).

– Pierdol się. Nie o to chodzi.

– A więc nawet na życiu ci nie zależy – mówi, zabarwiając stwierdzenie pytającym tonem.

– Tu nie chodzi tylko o to, by przeżyć. – Jak któregoś dnia nie umrę z głodu, to pewnie zamarznę pewnej pięknej zimowej nocy albo złapię coś, co wyżre mnie od środka do tego stopnia, że jakiś szpital będzie musiał mnie przyjąć, choć nie mam ani pieniędzy, ani nawet adresu. Ale do tej chwili będę malować i tańczyć, i ruchać się, i wrzeszczeć do miasta, bo ono jest moje. To miasto jest, kurwa, moje. O to jeszcze chodzi, ale tego mu nie mówię. – Tylko o to, by żyć – kończę, po czym odwracam się, by wbić w niego wzrok. Jeśli tego nie rozumie, to może mnie w dupę pocałować. – Powiedz, co mam zrobić.

Widzę jakąś zmianę na jego twarzy. Teraz to on słucha mnie. On – mnie. Wstaje i bez słowa prowadzi mnie na moją pierwszą prawdziwą lekcję.

* * *

Oto ona: wielkie miasta, jak każdy inny organizm, rodzą się, dorastają, a potem starzeją i, gdy przychodzi czas, umierają.

Phi – myślicie – powiedz nam coś, czego nie wiemy. Każdy, kto odwiedził kiedyś miasto z prawdziwego zdarzenia, czuje to w taki czy inny sposób. Ludzie ze wsi, którzy nienawidzą miast, boją się czegoś, czego ze wszech miar należy się obawiać. Duże miasta zasadniczo różnią się od miasteczek. Odciskają się w materii świata, rozdzierają ją, niczym… no, powiedzmy: czarne dziury. Tak. (Chadzam czasem do muzeów. W środku jest chłodno, a mnie kręci powłóczyste spojrzenie Neila deGrasse’a Tysona). Im więcej ludzi pojawia się w mieście, przynosząc ze sobą własne osobliwości, a potem znika z niego lub zostaje zastąpionych przez innych, tym bardziej to rozdarcie się powiększa. Wreszcie staje się tak głębokie, że formuje kieszeń, połączoną jedynie cieniutkim włóknem z czymś… no, z czymś. Z tym czymś, z czego zrobione są miasta.

W każdym razie oddzielanie rozpoczyna pewien proces – w tej kieszeni wiele części aglomeracji mnoży się i dziwaczeje. Kanały rozciągają się do miejsc, które nie potrzebują dostępu do wody. Slumsom rosną zęby, a galeriom sztuki szpony. Wewnątrz niej zwykłe rzeczy, takie jak ruch na ulicach, zastygłe nocą place budowy i tak dalej – zaczynają pulsować na podobieństwo bijącego serca, co doskonale słychać, gdy nagra się ich odgłosy i puści w przyspieszeniu. I wtedy miasto… rośnie.

Jednak nie każde dożywa do tego momentu. Istniało na tym kontynencie kilka wielkich miast, ale to było w czasach, zanim Kolumb wyruchał Indian, musieliśmy więc zacząć od nowa. Nowy Orlean poniósł porażkę – jak powiedział Paulo – ale przetrwał, a to już coś, i może niedługo spróbuje znowu. Wszystko wskazuje na to, że stolica Meksyku idzie we właściwym kierunku. Nowy Jork jest pierwszym amerykańskim miastem, które dotarło do tego etapu.

Dojrzewanie może potrwać dwadzieścia lat, albo dwieście, a nawet dwa tysiące, ale w końcu się dopełni. Wtedy włókno zostanie przecięte, a metropolia stanie się samodzielnym bytem, gotowym dźwignąć się na chwiejne nogi i zrobić… cokolwiek zechce przedsięwziąć żywa, myśląca istota w kształcie jebitnego miasta.

I, jak w każdym innym zakątku natury, także w tym istnieją stworzenia, które czekają na tę chwilę, by upolować to słodkie, nowe życie i wyżreć mu z brzucha trzewia, gdy jeszcze będzie dychać.

To dlatego Paulo chce mnie uczyć. Dlatego udrażniam drogi oddechowe miasta, rozciągam i masuję jego asfaltowe członki. Bo, widzicie, jestem takim akuszerem. Położnym, który ma mu pomóc się narodzić.

* * *

To miasto kręci się dzięki mnie. Gdyby nie ja, rozpadłoby się w drobny mak.

Paulo zabiera mnie do domu. To tylko czyjaś letnia podnajemka na Lower East Side, ale czuję się w niej jak w domu. Biorę u niego prysznic i bez pytania wyjadam mu trochę owoców z lodówki, tylko żeby zobaczyć, jak zareaguje. Nie reaguje. Siedzi i pali. Chyba specjalnie, bo wie, że mnie to wkurza. Z ulicy dobiega mnie wycie syren. Brzmią często i gęsto, skądś blisko. Z jakiegoś powodu zaczynam się zastanawiać, czy może jadą po mnie. Nie mówię tego na głos, ale Paulo zauważył, że drgnąłem.

– Nieprzyjaciel kryje się pośród pasożytów miasta – wygłasza. – Strzeż się ich.

Wiecznie wylewa mu się z ust ten kryptyczny bełkot. Zdarza mu się powiedzieć coś z sensem, na przykład gdy rozważa, czy przypadkiem nie ma w tym wszystkim jakiejś ukrytej celowości, czy może jest jakiś powód istnienia wielkich miast i czy proces ich powstawania jest w jakiś sposób sterowany. Poczynania Nieprzyjaciela – czyli atakowanie w momentach słabości, żerowanie na odsłoniętym podbrzuszu – mogą przecież być tylko rozgrzewką przed zmasowaną ofensywą. Ale pomijając to, Paulo pieprzy jak potłuczony – choćby kiedy próbuje namówić mnie na medytacje, by lepiej dostroić się do potrzeb metropolii. Już lecę zaplątać się w pozycję lotosu na jodze ze stadkiem białych dziewczątek z dobrych domów.

– Stadko białych dziewczątek. – Paulo kiwa głową. – A może hinduskich mężczyzn? Mecz racquetballa z maklerami, piłka ręczna z licealistami, balet i merengue, świetlice związkowe i biura domowe. Staniesz się ucieleśnieniem miasta milionów. Nie musisz nimi być, ale wiedz, że oni wszyscy są częścią ciebie.

Wybucham śmiechem.

– Racquetball? Co ja mogę mieć wspólnego z ludźmi, którzy w to grają?

– Spośród wielu miasto wybrało właśnie ciebie. Wiele istnień zależy od ciebie.

Możliwe. Ale ja wciąż chodzę głodny i zmęczony, do tego ciągle się boję i nigdy nie czuję się bezpiecznie. Co z tego, że taki niby jestem bezcenny, skoro nikt mnie nie ceni?

Pokumał się, że nie mam ochoty gadać, więc wstał i poszedł spać. Wtapiam się w kanapę, martwy dla świata. Martwy dokumentnie.

Śpię jak zabity i śni mi się śmierć – z mrocznego miejsca nakrytego ciężkimi, zimnymi falami coś się wynurza, rozwija się ze śliskim szelestem, a potem zwraca się w stronę ujścia rzeki Hudson, gdzie jej wody wnikają w toń morza. Tam właśnie jestem i to coś bierze mnie na cel. Jestem zbyt słaby i bezbronny, zmrożony strachem; nie mogę kiwnąć palcem, gdy ogniskuje na mnie drapieżne ślepia.

Wtedy coś przychodzi od południa. (Nic z tego nie wydaje się szczególnie realne. Wszystko wisi na cienkim włóknie, które łączy rzeczywistość miasta z rzeczywistością świata. Paulo powiedział mi kiedyś, że efekt zachodzi w rzeczywistym świecie. Przyczyna skupia się na mnie). Porusza się między mną, gdziekolwiek bym był, i tą rozplatającą się istotą, gdziekolwiek ona by była. Ochrania mnie jakaś potęga – ten jeden raz, w tym jednym miejscu – choć z gdzieś bardzo daleka dociera do mnie obecność innych, trzymających się obrzeży, narzekających na coś, wznoszących się do gotowości. Ostrzega Nieprzyjaciela, że musi się dostosować do zasad regulujących użycie siły, które od zawsze rządzą tym pradawnym polem bitwy. Nie wolno mu ruszyć na mnie zbyt szybko.

Mój obrońca w tej eterycznej przestrzeni snu pozwala ros­nąć klejnotowi o fasetkach oblepionych brudem, czemuś, co pachnie czarną kawą, rozmokłą murawą boiska futbolowego, jazgotem ulic i znajomą wonią papierosowego dymu. Okazuje mi wrogość, błyskając dźwigarami w kształcie szabli. Tylko przez chwilę, ale wystarczy. Rozplatający się stwór cofa się, na powrót kryje w swojej zimnej jaskini, łypiąc po­gardliwym wzrokiem. Ale wróci. To również należy do tradycji.

Budzę się, czuję, jak słońce grzeje mi twarz. Więc to był tylko sen? Na sztywnych nogach wtaczam się do sypialni Paulo.

– São Paulo – szepczę, nie budząc go. Wpełzam mu pod kołdrę. Gdy się budzi, nie sięga do mnie, ale i nie odpycha.

Okazuję mu wdzięczność i daję powód, by mnie jeszcze później zaprosił. Reszta będzie musiała poczekać, aż skombinuję kondomy. Paulo przeciera dłonią twarz, zawstydzony. Później znowu idę pod jego prysznic, ubieram się w ciuchy wyprane w zlewie, a potem wychodzę, słysząc, jak smacznie chrapie.

Biblioteki są bezpieczne. Jest tam ciepło zimą. Nikogo nie obchodzi, jak długo tam siedzisz, jeśli tylko nie lepisz się wzrokiem do kąta, gdzie trwają zajęcia dla dzieci, ani nie brandzlujesz się przy bibliotecznych pecetach. Ta na Czterdziestej Drugiej – z lwami – do nich nie należy. Tam nie wypożycza się książek. Mimo to czuję się w niej bezpiecznie jak w bibliotece, więc siedzę sobie w kącie i czytam, co wpadnie mi w ręce: o reformach miejskiego systemu podatkowego, o gatunkach ptaków występujących w Hudson Valley oraz o tym, czego się spodziewać, jeśli ma się zamiar wychowywać dziecko w Nowym Jorku. Widzisz, Paulo? Mówiłem, że słucham.

Gdy słońce zbliża się do zenitu, wychodzę. Na schodach tłoczą się ludzie, śmieją się, gadają, strzelają selfiacze telefonami na kijkach. Kawałek dalej przy wejściu do metra stoją gliniarze w pancerzach, błyskając spluwami, tak by turyści czuli się bezpiecznie na wywczasie w Nowym Jorku. Zamawiam polską kiełbasę i pochłaniam całą u łap jednego z lwów. Tego imieniem Męstwo, a nie Cierpliwość. Znam swoje mocne strony.

Mam brzuszek pełen mięska, jestem rozluźniony i myślę sobie o rzeczach niekoniecznie ważnych, na przykład: jak długo Paulo pozwoli mi u siebie kiblować i czy mogę podawać jego adres, załatwiając na mieście różne sprawy. Przez to zagapiam się i nie spoglądam w porę na jezdnię. Sprowadza mnie na ziemię zimny dreszcz, który przepełza mi po boku. Wiem, co go spowodowało, jeszcze zanim moje ciało automatycznie składa się do reakcji, lecz wówczas znowu się rozkojarzam, próbując pochwycić wzrokiem jego przyczynę. Ty durniu jeden, wczoraj się urodziłeś czy co? Gliny w Baltimore przetrąciły facetowi kręgosłup za to, że spojrzał im w oczy.

Gdy znajduję ich spojrzeniem na rogu naprzeciwko schodów do biblioteki – niskiego, bladego facecika i ciemnowłosą kobietę, oboje w mundurach – zauważam coś jeszcze i to na moment rozprasza mój strach, takie jest dziwne.

Jest jasny, bezchmurny dzień. Ludzie mijający policjantów rzucają w popołudniowym słońcu krótki, ciemny cień, zaledwie obwódkę stóp. Lecz wokół tych dwojga gromadzą się i wiją cienie, jakby stali pod dwoma prywatnymi burzowymi chmurkami. Na moich oczach ten niski facet zaczyna… jakby się wyciągać; jego sylwetka drga, jedno oko na krótką chwilę pęcznieje, dwukrotnie zwiększając swoje rozmiary. Wtedy na jego prawym ramieniu puchnie narośl, wygląda jak gula rosnąca w miejscu przemieszczenia stawu. Jego partnerka jakby tego nie zauważa.

O nie, mowy nie ma. Wstaję i ruszam schodami z powrotem do budynku, przedzierając się przez wylewający się ze środka tłum. Robię to, co zawsze, usiłując zrzucić z siebie ich wzrok, ale czuję, że tym razem się nie wywinę. Coś zapaćkało mi lustra, jakaś włóknista substancja przypominająca lepką, żutą zbyt długo tanią gumę balonową. Czuję, że zaczynają mnie śledzić – coś wielkiego i groźnego kieruje się w moją stronę.

Nie mam całkowitej pewności, bo wielu zwykłych gliniarzy wydziela podobnie sadystyczną aurę, ale nie zamierzam ryzykować. Moje miasto jest bezbronne, jeszcze nienarodzone, a nie ma tu Paulo, który mógłby mnie ochronić. Muszę sam o siebie zadbać – zresztą jak zawsze.

Rozgrywam to na spokojnie, dopóki nie chowam się za rogiem, dopiero wtedy daję drapaka… albo próbuję, bo turystów jest tu jak mrówków. Spacerują sobie złą stroną chodnika, zatrzymują się, by zerknąć na mapę i zrobić zdjęcie jakichś pierdół, na które nikt poza nimi nawet by się nie wysrał. Zapamiętale klnę na nich wszystkich w myślach, aż zapominam, że oni także mogą być niebezpieczni. Ktoś krzyczy i łapie mnie za ramię, gdy przebijam się przez tłum z impetem futbolisty.

– Przepraszam bardzo, on próbował zabrać tej pani torebkę!

Gówno prawda. Wywijam się i prę dalej. Widzę, jak inna turystka sięga po telefon, by zadzwonić po bagiety. Zaraz każdy gliniarz w okolicy będzie walił jak do kaczek do wszystkich czarnych chłopców, mężczyzn i starców.

Muszę stąd spadać.

Widzę przed sobą Grand Central i gościnnie otwierające się przede mną zejście do metra, ale na drodze stoją mi trzej policjanci, więc skręcam ostro w prawo i ruszam Czterdziestą Pierwszą. Za Lexem tłum rzednie, jednak ja i tak nie bardzo wiem, dokąd właściwie iść.

Pokonuję Trzecią biegiem. Ruch jest gęsty, ale wykorzystuję odstępy między pojazdami. Tylko że zaczynam się męczyć, bo jestem chudym gościem, który nie dość, że nie reprezentuje szkoły w biegu na stówę, to na dodatek nie dojada.

Biegnę dalej, choć boki mnie palą. Czuję tych gliniarzy, wysłanników Nieprzyjaciela, uczepionych mojego ogona. Ziemia drży pod ich ciężkimi stopami.

Dwa bloki dalej wyje syrena. Coraz głośniej. Cholera, zbliżam się do siedziby ONZ. Jeszcze tego brakuje, żeby miśki z Secret Service wsiadły mi na kark. Skręcam w aleję po lewej stronie i potykam się o drewnianą paletę. Ale znów dopisuje mi szczęście – chwilę po tym, jak padam na ziemię, w wylocie uliczki miga mi przejeżdżający radiowóz. Siedzący w nim gliniarze mnie nie zauważyli. Nie wstaję, łapię oddech, tymczasem warkot silnika cichnie w oddali. Dopiero gdy stwierdzam, że jest już bezpiecznie, podnoszę się na nogi. Oglądam się za siebie, bo miasto wokoło wije się, beton drży i dyszy, wstrząsy niosą się od skalnego podłoża aż po dachy – wszystko popędza mnie naprzód. Idź. Idź.

W alei za moimi plecami tłoczy się… co to jest, do cholery? Nie umiem opisać tego słowami. Zbyt wiele ramion i nóg, zbyt wiele oczu, a wszystkie skupione na mnie. Gdzieś w tej masie kończyn dostrzegam ciemne i jasne loki. Natychmiast pojmuję, że to są moi dwaj policjanci. Zroś­nięci w jedno spotworniałe okropieństwo. Ściany pękają pod jego naporem, gdy wciska się między nie i pełznie w moją stronę.

– No bez jaj, kurwa… – dyszę.

Wstaję i rzucam się naprzód. Od strony Drugiej Alei nadjeżdża radiowóz, którego nie zauważam w porę, by zdążyć się schować. Z głośników pojazdu dobiega jakiś nieczytelny jazgot – pewnie coś w stylu „zabijemy cię jak psa” – a ja nie posiadam się ze zdumienia. Czy oni nie widzą tego stwora za mną? Czy po prostu mają go w dupie, bo nie dostaną za niego premii? A dobra, niech mnie zastrzelą. Lepiej skończyć tak, niż trafić w ręce tej kreatury.

Skręcam w Drugą, gdzie radiowóz nie będzie mógł za mną podążyć ze względu na ruch, ale wątpię, by to powstrzymało tego podwójnego glinę. Czterdziesta Piąta. Na Czterdziestej Siódmej czuję, że nogi mam jak z granitu. Na Pięćdziesiątej dociera do mnie, że umrę. O wiele za młody, by paść na serce. Biedny chłopak, powinien był jeść więcej organicznej żywności. Szkoda, że się tyle stresował i złościł. Świat nie zrobi ci krzywdy, jeśli tylko będziesz ignorował wszystko, co jest z nim nie tak, a przynajmniej dopóki – no wiesz – w końcu jednak cię nie zabije.

Rozczłapanym krokiem przechodzę na drugą stronę ulicy, po czym oglądam się za siebie i widzę, jak to coś wtacza się na chodnik, przebierając przynajmniej ośmioma nogami i pomagając sobie trzema czy nawet czterema ramionami, by z wysiłkiem odkleić się od budynku, a potem obraca się w moją stronę i znowu bierze mnie na cel. Megaglina podjął łowy i nadrabia dzielący nas dystans. O cholera, cholera, cholera. Błagam, tylko nie to.

Mogę zrobić tylko jedno.

Skręcam w prawo, w Trzydziestą Trzecią, i biegnę pod prąd. Dom starców, park, promenada… w dupie je mam. Most dla pieszych? Jebać to. Kieruję się prościutko na FDR-kę, sześć pasów kompletnego szaleństwa i studzienek kanalizacyjnych, których nie powinno się przekraczać pieszo, chyba że ktoś ma zamiar udekorować pół drogi do Brook­lynu rozbryzgami własnych wnętrzności. A co jest dalej? East River, ale żeby do niej dotrzeć, najpierw muszę przeżyć ruchliwą FDR-kę. Owszem, jestem tak przerażony, że rozważam wskoczenie do tego ścieku miejskich pomyj, nazywanego wielkodusznie rzeką. Jednak wedle wszelkiego prawdopodobieństwa padnę na twarz na trzecim pasie i przejedzie po mnie pięćdziesiąt samochodów, zanim komuś przyjdzie na myśl dać po hamulcach.

Megaglina wydaje z siebie dramatyczne charknięcie, jakby usiłował oczyścić gardło lub coś przełknąć. Przesadzam barierkę i w dwa kroki pokonuję pas zieleni, po czym wskakuję na jezdnię, srebrne auto, dwa pasy, klakson, klakson, trzy pasy, ciężarówka z nacze…

– CO CIĘŻARÓWKA Z NACZEPĄ ROBI NA FDR-CE? NIE WIESZ, ŻE JEST ZA WYSOKA, WSIOKU JEDEN? – drę japę, wbiegając na czwarty pas i cudem unikając bliskiego spotkania z zieloną taksówką. O mało nie wpadam na zmyślnego, haha, smarta, kiedy ostatnie wrzask­liwe sylaby brzmią jeszcze w rozszumianym powietrzu, a moja stopa spada na piąty pas.

Ciężarówa, szósty, niebieski lexus muska moje rozwiane ciuchy, kierowca ładuje do mnie z klaksonu, jazgot świdruje mi uszy. Metal, opony, rzeczywistość wyciąga się jak guma i nikt nie zatrzymuje się przed Megagliną. On nie przynależy do tego miejsca, a FDR-ka jest ważną arterią tego miasta, która wpompowuje w jego wygłodniałe tkanki wartości odżywcze, całą siłę i adrenalinę, samochody zaś to białe krwinki, co każe usadowić Megaglinę na pozycji wirusa, jakiejś infekcji szturmującej rozbuchany organizm Nowego Jorku, pies nie zasługuje na litość, nie jest godzien pardonu.

Klakson i huk, i wizg, Megaglina zostaje rozerwany na strzępy przez trucka i taksówkę, i lexusa, i nawet tamtego słodziutkiego smarta, który wręcz koryguje kurs, by z poślizgiem wbić się w szczególnie rozedrgany kawałek bąblowatego cielska. Padam na trawnik po drugiej stronie, drżąc i dysząc, wlepiam wzrok w tratowane kilkanaście splecionych bezładnie kończyn, rozciapciane pędzącymi kołami kilkadziesiąt oczu i w rozdziawioną boleśnie paszczę, której wnętrze wyścielone jest od żuchwy po podniebienie bezzębną różowiną dziąseł. Kawałki cielistej masy migoczą jak monitor z wadliwym kablem AV, raz są przejrzyste, potem zbite, potem znowu się rozmazują, ale bezlitosna FDR-ka nie zatrzymuje się dla nikogo, chyba że pustoszeje dla konwoju prezydenckiego lub czopuje się przed meczem Knicksów, a to cholerstwo to raczej nie jest Carmelo Anthony. Wkrótce nie zostaje z Megagliny nic poza smugą na asfalcie.

Żyję. O, Boże, żyję.

Płaczę sobie przez chwilę. Nie ma tu konkubenta matki, nikt nie strzeli mnie w pysk i nie powie, że to niemęskie. Tata by powiedział, że łzy to nic złego, przeciwnie – dowodzą, że żyjesz – ale tata nie żyje. Za to ja owszem.

Palą mnie mięśnie, ramiona uginają się pode mną, ale jakoś udaje mi się stanąć, a potem znowu upadam. Wszystko rwie bólem. Czy ja jednak mam ten zawał? Mdli mnie. Wszystko się trzęsie i rozmazuje. Może to udar? Nie trzeba być starym dziadem, żeby dostać udaru, nie? Dotaczam się jakoś do śmietnika, potykając się o własne nogi, i noszę się z myślą, by do niego zwymiotować. Na ławce obok leży jakiś luj – to ja za dwadzieścia lat, jeśli dożyję.

Otwiera jedno oko, widzi mnie uwieszonego na śmietniku i wstrząsanego torsjami. Krzywi się z pogardą, jakby sam potrafił lepiej się wycharchać przez sen.

– Już czas – skrzeczy i odwraca się do mnie plecami.

Czas. Nagle czuję, że muszę lecieć. Jestem wykończony i właśnie zwracam do kibla, ale czuję, że coś… że coś mnie do siebie przyciąga. Woła mnie na zachód, w kierunku centrum. Odpycham się od śmietnika i otaczam ramionami, drżąc i potykając się w drodze na chodnik. Idę na przełaj przez pasy ruchu, które przed chwilą przeciąłem pędem, spuszczam wzrok na połyskujące resztki Megagliny, które sto samochodów zdążyło już wgnieść w czarny asfalt. Rozsiane tu i ówdzie globulki biomasy wciąż drgają, co zupełnie mi się nie podoba. Zakażenie, wtargnięcie. Chcę, żeby to coś przestało istnieć.

My chcemy, żeby przestało. Tak jest. Już czas.

Mrugam i nagle znajduję się w Central Parku. Jakim cudem, do chuja pana? Jestem zdezorientowany. Dwie pary czarnych policyjnych buciorów zauważam dopiero wtedy, gdy gliniarze mnie mijają, nie zaczepiając. A przecież zwyk­le to robią na widok chudego dzieciaka, który drży z zimna, choć mamy czerwiec. Robią to, nawet jeśli tylko po to, by zawlec go gdzieś i zwiedzić dupę przepychaczem. Powinni jakoś na mnie zareagować. A zamiast tego po prostu mnie minęli, jakby w ogóle mnie tam nie było. Ralph Ellison miał rację, cuda się zdarzają, alleluja.

Lake George. Bow Bridge. Miejsce przemiany. Tam się zatrzymuję i nagle… doznaję olśnienia.

Wszystko, co powiedział mi Paulo, to prawda. Gdzieś poza granicami miasta przebudza się Nieprzyjaciel. Rozesłał swoich zwiastunów, a oni zawiedli, lecz skażenie, jakie rozsiał w mieście, rozrasta się z każdym samochodem, który przejeżdża przez niewidoczną już pewnie kałużę po Megaglinie. A to prostuje Nieprzyjacielowi ścieżkę. On wykorzysta tę kotwicę, by wydźwignąć się z ciemności ku światu, ku ciepłu i blaskowi, ku obrońcy, którym jestem ja, i ku rozkwitającemu bytowi, którym jest moje miasto. Nieprzyjaciel nie skupił w tej napaści wszystkich swoich sił, to oczywiste. Siła, jaka nadchodzi, stanowi zaledwie niewielki odłamek starej, prastarej potęgi Nieprzyjaciela, lecz nawet ta odrobina powinna wystarczyć, by zmiażdżyć jednego nędznego, wycieńczonego dzieciaka, który nie może liczyć na wsparcie ze strony pełnoprawnej metropolii.

A przynajmniej jeszcze nie może. Wybiła godzina, czas pokaże, co dalej.

Na Drugiej, Szóstej i Ósmej Alei odchodzą mi wody. Znaczy, odchodzi w niebyt magistrala wodna. Konkretnie: psuje się rurociąg. Istny pożar w burdelu, wieczornym rozkładem jazdy można się już tylko podetrzeć. Zamykam oczy i widzę, czego nie widzi nikt inny. Czuję rytm i ruch rzeczywistości, przypływy i odpływy możliwości. Sięgam ręką i chwytam się balustrady mostu, czuję biegnący przez nią silny puls.

Dobrze ci idzie, maleństwo. Świetnie sobie radzisz.

Coś zaczyna się zmieniać. Rozrastam się, obejmuję przestrzeń wokoło. Czuję, że wnikam w firmament i staję się potężny niczym fundamenty miasta. Są tu ze mną inni. Krążą nade mną, obserwują. Moi przodkowie, kości zaległe pod Wall Street, moi poprzednicy, krew wrośnięta w ławki Christopher Parku. Nie, to nowi inni, członkowie mojego nowego ludu, niezacieralne ślady w tkance czasoprzestrzeni. São Paulo kuca najbliżej, a jego korzenie ciągną się aż do gnatów martwego Machu Picchu, przygląda się wzrokiem mędrca i drży z lekka, tknięte wspomnieniem własnych, względnie niedawnych, lecz trudnych narodzin. Paryż obserwuje nas bez zainteresowania, może nieco urażony, że jakieś miasto, które powstało w łonie naszej pozbawionej dobrego smaku, niewydarzonej krainy zdołało rozpocząć proces przemiany. Z kolei Lagos raduje się, widząc nowego kompana, który będzie rozumiał zgiełk, szum i tumult. Jest ich więcej, o wiele więcej, i wszystkie obserwują, chcą się przekonać, czy ich liczba się powiększy, czy jednak nie. Przynajmniej ujrzą, jak ja, jak my, staliśmy się wielcy na jeden, krótki, świetlisty moment.

– Uda nam się – mówię, ściskając balustradę. Czuję, jak miasto kurczy się i rozkurcza niczym mięsień. Coś trzeszczy w uszach wszystkich mieszkańców, jakby wokoło zmieniło się ciśnienie powietrza, rozglądają się, zdezorientowani. – Jeszcze tylko trochę. No dajesz. – Boję się, ale tego nie da się przyspieszyć. Lo que pasa, pasa… Cholera, teraz wkręciła mi się ta piosenka. Mówiąc „mi”, mam na myśli cały Nowy Jork. Wszystko tu jest, tak jak powiedział Paulo. Nic już nie dzieli mnie od miasta.

A gdy nieboskłon drży, osuwa się i rozrywa, Nieprzyjaciel wypełza z otchłani z rykiem na ustach, a ten ryk wprawia w drżenie całą fizyczną rzeczywistość.

Jednak jest już za późno. Włókno zostało przecięte i jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Stajemy się! Stajemy na własnych nogach, pewnie i twardo, niezależni i niezachwiani. Ogarnęliśmy to, a ty, koleś, sfrajerzyłeś po całości. To miasto nigdy nie śpi, a tobie nie zadzwonił budzik. Lepiej nie zawracaj nam więcej dupy swoimi galaretami z piekła.

Unoszę ramiona, aleje dają susa naprzód. (To się dzieje naprawdę, ale tak naprawdę nie dzieje się wcale. Grunt się zaszamotał, a ludzie pomyśleli, że to pewnie metro zgrzytnęło na torach). Osadzam stopy mocniej w ziemi, a one stają się dźwigarami, fundamentem, kamieniem węgielnym wieżowca mojego ciała. Bestia z otchłani wyje, a ja bucham śmiechem, dopada mnie głupawka wzniecona przez poporodowe endorfiny.

No, dajesz!

Kiedy rusza na mnie, biorę go na bioderko i jadę z nim po BQE jak po bandzie, potem dostaje z liścia Inwood Hill Parkiem, a na końcu poprawiam z łokcia Południowym Bronxem. (W wieczornym wydaniu wiadomości będą dziś mówić o dziesięciu placach budowy, gdzie wznoszone gmachy rozpadły się jak domki z kart, jakby przetoczyła się przez nie rozszalała ekipa rozbiórkowa z rozbujaną stalową kulą. Powinni tam lepiej pilnować bezpieczeństwa, straszne, co tu się dzieje, panie szanowny). Nieprzyjaciel próbuje wierzgać, majta mackami, a ja obnażam zęby i wgryzam się w tę najbliższą, bo nowojorczycy wcinają prawie tyle samo sushi co tokijczycy, z całą rtęcią, jaką tylko zdołają wsiorbać.

Ooo, popłakał się! Co jest, próbujesz uciekać? O nie, synek, na pewno nie. Nie wiesz, z kim tańcujesz. Opieram mu łeb o krawężnik i ładuję z buta w potylicę z mocą całego Queensu, a w bestii coś idzie w drzazgi, jej opalizująca krew bryzga i chlusta na całe istnienie. To dla niej szok, ponieważ od stuleci nikt jej nie sprzedał takiego gonga. Odwija się wściekle, tak szybko, że nie udaje mi się zablokować ciosu, i z miejsca, którego większość miasta nie widzi, macka długa jak drapacz chmur spręża się nagle i spada z mocą na New York Harbor. Wrzeszczę i padam, słysząc, jak z impetem druzgocze mi żebra, a potem – no nie! – potężne trzęsienie ziemi miota całym Brook­lynem pierwszy raz od dekad. Rozpięty nad cieśniną East River Williamsburg Bridge skręca się i łamie jak zapałka. Manhattan jęczy i pęka, ale na szczęście jeszcze trzyma się w kupie. Odczuwam każdą śmierć, jakbym to ja umierał po tysiąckroć.

Zajebię cię za to, ty kurwo jedna – nie-myślę. Furia i żal wzbudziły we mnie dziki szał zemsty. Ten ból to nic, to nie jest moje pierwsze rodeo. Jęk potrzaskanych żeber niesie się po całym moim ciele, gdy dźwigam się na nogi ułożone w pozycji „szczam z platformy na świat cały”. I wtedy spuszczam na Nieprzyjaciela deszcz ciosów wymierzonych w obmierzłe cielsko całym promieniowaniem Long Island i toksycznymi odpadami Gowanusa. Nieprzyjaciel wyje z bólu i obrzydzenia, ale pierdol się, to nie jest twoje miasto, to jest moje miasto, więc z łaski swojej wypierdalaj! By mój komunikat dotarł, tnę skurwiela ruchem na LIRR, długimi, wściekle roztrąbionymi pasami ruchu biegnącymi od Manhattanu aż do Long Island, a potem, żeby bardziej bolało, nacieram te rany niczym solą wspomnieniem podróży autobusem do LaGuardii i z powrotem.

A później, żeby do uszczerbku na ciele dodać ten na umyśle, chlaszczę go po ryju Hobokenem (topiąc w pijackim szale dziesięć tysięcy ziomeczków), który spada mu na łeb niczym młot samego Boga. Zarząd portu mianuje go honorowym nowojorczykiem. Właśnie zrobiłem ci z dupy wakajki w New Jersey.

Nieprzyjaciel jest naturze niezbędny w tym samym stopniu co każde miasto. Nie da się go doszczętnie zniszczyć, ale nam nic już nie zdoła przeszkodzić w przeistoczeniu. Skopałem tylko niewielką część jego przepastnej dupy, ale wiem, że ta jeszcze długo będzie nosić odciski moich podeszew. I dobrze mu tak. Kiedy przyjdzie czas na ostateczną konfrontację, dwa razy się zastanowi, zanim ze mną zadrze.

Mną. Nami. Tak właśnie – nami.

Gdy rozluźniam ręce i otwieram oczy, by ujrzeć Paulo zmierzającego mostem w moją stronę z kolejnym cholernym papieroskiem w ustach, przelotnie znowu widzę go takim, jakim jest naprawdę: rozrastającą się kreaturą z mojego snu, najeżoną lśniącymi iglicami, cuchnącymi slumsami i skradzionymi rytmami, skrytą za elegancką maską, zza której wylewa się wrodzone okrucieństwo. Wiem, że on też ujrzał prawdziwego mnie: buchającego jasnym światłem fanfarona. Zresztą kto wie, może zawsze to widział, lecz teraz dostrzegam w jego oczach podziw, który sprawia mi przyjemność. Podchodzi i zawiesza mnie sobie na ramieniu.

– Gratulacje – mówi, a ja odpowiadam wyszczerzem.

Oddycham tym miastem. Ono rozwija się i jest moje. Jestem godnym go awatarem i wiecie co? Nigdy już nie będziemy się ba… O, kurwa, coś jest nie tak.

PRZERYWNIK

Awatar chwieje się i zwisa z balustrady ze starego, grubego i twardego drewna, choć Paulo robi, co może, żeby go złapać. Tryumf niesie się echem przez cały Nowy Jork, a miasto drży w posadach.

Paulo kuca przy nieprzytomnym chłopcu, który ucieleś­nia Nowy Jork, przemawia jego głosem i walczy o niego, a potem marszczy brwi, spoglądając w połyskujące niebo. Najpierw widzi malujący się na północnym wschodzie mętny czerwcowy błękit południa, a potem wyłaniającą się z niego czerwonawą plamę, jakby zaraz miało zajść słońce. Mruży powieki, wczepiwszy się wzrokiem w tę czerwonawą łatę, a tymczasem drzewa Central Parku zaczynają połyskiwać, podobnie jak woda i samo powietrze. Jaśnieją, ciemnieją, potem znowu rozbłyskają; powierzchnie falują, następnie uspokajają się, po czym znowu marszczy je fala; wilgoć rozwiewa lekki powiew wiatru, który niknie, przyniósłszy ze sobą nutę gryzącego dymu, a potem znowu wzbiera wilgoć.

Chwilę później awatar znika z ramion Paulo. To swoista wariacja zjawiska, które już wcześniej się wydarzyło. Paulo przez chwilę nieruchomieje ze zgrozy… ale nie. Miasto nie umarło, dzięki Bogu. Paulo czuje obecność i żywotność otaczającej go istoty… lecz owa obecność jest słaba, o wiele słabsza, niż być powinna. To nie jest symptom poronienia, ale też na pewno nie oznaka zdrowia. Nastąpiły jakieś poporodowe komplikacje.

Paulo wydobywa z kieszeni telefon i wystukuje na klawiaturze zagraniczny numer. Po jednym dzwonku osoba, z którą chce się skontaktować, odbiera i wzdycha do telefonu.

– Właśnie tego się obawiałem.

– A więc powtórka z Londynu – mówi Paulo.

– Na pewno jest trudno, ale tak, jak na razie wygląda to jak Londyn.

– Jak myślisz, ile? Większy obszar metropolitalny rozciąga się na trzy stany…

– Żadnych zgadywanek. Załóż, że więcej. Znajdź jedną. Oni sami się poznajdują. – Pauza. – Miasto wciąż jest bezbronne. To dlatego zabrało go na przechowanie.

– Wiem. – Paulo wstaje, żeby przepuścić biegnącą parę. Za nią przemyka rowerzysta, choć ten kawałek chodnika wydzielony jest tylko dla pieszych. Trzy samochody przejeżdżają pobliskim pasem jezdni, choć ten obszar Central Parku jest przeznaczony wyłącznie dla pieszych i rowerzystów. Miasto wbrew sobie robi sobie na złość. Paulo orientuje się, że instynktownie poszukuje oznak zagrożenia w ludziach naokoło: morfującego ciała, osób stojących idealnie nieruchomo albo wpatrujących się w coś z łapczywą intensywnością. Nie dostrzega nic podobnego.

– Nieprzyjaciel został rozgromiony – relacjonuje do telefonu. – Bitwa okazała się… decydująca.

– Tak czy inaczej, miej się na baczności. – Głos milknie, a potem rozlega się ostry, smogowy kaszel. – A miasto żyje, nie jest więc całkiem bezbronne. Na pewno w niczym ci nie pomoże, ale rozpozna swoich. Popędź ich do roboty. To nigdy nie jest dobre, utknąć z miastem w połowie drogi.

– Będę uważał – obiecuje Paulo, wciąż skanując wzrokiem otoczenie. – Chyba dobrze mi z wiedzą, że się przejmujesz. – Odpowiedzią jest cyniczne prychnięcie, które mimo wszystko wzbudza uśmiech na twarzy Paulo. – Jakiś pomysł, gdzie najlepiej zacząć?

– Manhattan brzmi nieźle.

Paulo ściska palcami nasadę nosa.

– To dość spore terytorium do ogarnięcia.

– W takim razie na co czekasz? – Rozmówca się rozłącza.

Poirytowany Paulo wzdycha i bierze się do pracy.

ROZDZIAŁ 1 Zaczynamy od Manhattanu i Bitwy na FDR-ce

Zapomina swojego imienia gdzieś w tunelu do Penn Station.

Z początku nie zauważa. Jest zbyt zajęty rzeczami, o jakich zwykle myślą ludzie, którzy zaraz wysiadają: wyrzucić do śmieci pustą torbę po preclach i plastikową butelkę po napoju, wcisnąć luźny kabel ładowarki do kieszeni torby na ramię, upewnić się, że ma się pod ręką wszystkie walizki, dostać małego ataku paniki, zanim się człowiek zorientuje, że przecież ma tylko tę jedną. Bo druga już pojechała i będzie czekać na niego w mieszkaniu w Inwood, gdzie jego współlokator dotarł kilka tygodni temu. Obaj wkrótce rozpoczną studia na…

Hm… Zapomniał, jak się nazywa uczelnia, na którą się dostał. W każdym razie zapoznanie jest dopiero w czwartek, co oznacza, że ma aż pięć dni na zaaklimatyzowanie się w tym całym Nowym Jorku.

I wygląda na to, że przyda mu się tych kilka dni.

Pociąg zaczyna hamować, ludzie mruczą coś, szepczą do siebie, zerkają niecierpliwie na telefony i tablety, a na ich twarzach odznacza się zmartwienie. Co jest? Most zwalił się komuś na głowę? A może wydarzył się atak terrorystyczny, jak ten jedenastego września? On będzie mieszkał i pracował w jednej z lepszych dzielnic, więc nie powinno to za bardzo wpłynąć na jego nowe życie, ale… może to nie jest najlepszy moment na przeprowadzkę do Nowego Jorku.

Czy w ogóle istnieje coś takiego jak dobry moment na przeprowadzkę do Nowego Jorku? Jakoś sobie poradzi. Zrobi znacznie więcej, niż tylko sobie poradzi.

Pociąg wreszcie staje, a on jest pierwszy przy drzwiach. Wzbiera w nim ekscytacja, ale próbuje się z nią nie zdradzić. W mieście będzie całkowicie na swoim. Płyń, chłopaku, bo utoniesz! Wśród kolegów i członków jego rodziny znaleźli się tacy, którzy uznali jego przeprowadzkę za wygnanie, za porzucenie, choć – w związku z całym tym zaaferowaniem – nie pamiętał teraz ani jednego imienia, ani jednej twarzy.

To nieważne, bo oni po prostu nie rozumieją. Znali osobę, którą kiedyś był, i może tę, którą jest teraz. A Nowy Jork to przyszłość.

Na peronie panuje skwar. Na ruchomych schodach roi się od ludzi, ale on czuje się zupełnie w porządku. I właś­nie dlatego robi mu się dziwnie, gdy dociera na szczyt i nagle – w momencie gdy jego stopa staje na wyglancowanej betonowej podłodze – cały świat wywija kozła. Wszystko w jego polu widzenia przekręca się; brzydki, fluorescencyjny sufit gaśnie, a podłoga pod nogami… rzuca się, wybrzusza, podskakuje? Dzieje się to w ułamku sekundy. Świat wywraca się na lewą stronę, żołądek przyrasta mu do kręgosłupa, a uszy wypełnia tytaniczny ryk wielu gardeł. To znajomy odgłos – w pewnym stopniu. (Słyszał go każdy, kto był na stadionie w czasie ważnego meczu). Przy Penn Station mieści się Madison Square Garden – może to stąd? Ale nie, ten dźwięk jest głośniejszy, donośniejszy. To nie tysiące, a miliony ludzi, do tego każdy osobny głos jest zdublowany, pęcznieje, rozlewa się na warstwy rzeczywistości poza barierą dźwięku, zabarwia kolory, wprawia w drżenie materię i uderza w emocje, aż w końcu chłopak musi zatkać uszy dłońmi i zacisnąć powieki, lecz to i tak nie ucina potwornej lawiny głosów. W całej tej ogłuszającej kakofonii da się słyszeć zwartą linię melodyczną, powtarzający się motyw złożony z tonów, słów i myśli. Jeden, wściekły, wrzeszczący głos.

Pierdol się! To nie jest twoje miejsce, to miasto należy do mnie! Wynocha!

Skonfundowany młodzieniec pyta się w przerażeniu:

– O mnie chodzi? Nie moje miejsce?

Odpowiedź nie pada.

Narasta w nim zwątpienie, potężnieje, nie dając się ignorować, brzmi w tle jak ukryty pod zwałami nut podkład.

Raptem ryk milknie. A potem rozlega się nowy. Dobiega skądś bliżej, niesie się echem… Jest jakby cichszy. Jedną jego warstwą jest nagrany komunikat, który leci z głośników nad jego głową: „Pociąg osobowy do New Jersey zatrzymał się przy peronie piątym”. Pozostałe to gwar i szum głosów ludzi zajętych swoimi sprawami. Wtedy sobie przypomina. Coś zaskakuje mu w głowie: to jest Penn Station. Nie pamięta, jak wylądował pod rozkładem jazdy na jednym kolanie z głową otoczoną drżącymi dłońmi. Czy on przed chwilą nie jechał ruchomymi schodami? Nie poznaje też dwojga ludzi, którzy kucają przed nim.

Krzywi się na nich.

– Czy to wy kazaliście mi właśnie wyjechać z miasta?

– Nie. Pytałam, czy mam zadzwonić po policję – odpowiada kobieta i podaje mu butelkę wody. Wydaje się raczej nieufna niż zatroskana, jakby chłopak mógł markować osłabienie, które powaliło go na kolano na środku dworca.

– Znaczy… nie, dzięki. – Potrząsa głową, próbując zebrać myśli. Ani woda, ani policja nie uciszą dziwnego szumu w jego głowie ani nie rozwieją halucynacji, które nagle go dopadły. – Co się właściwie stało?

– Jakbyś klepkę zgubił – odpowiada pochylony nad nim mężczyzna. Korpulentny, w średnim wieku i blady jak na latynosa. Mówi z ciężkim nowojorskim akcentem, głos ma przyjazny. – Złapaliśmy cię i odciągnęliśmy na bok.

– O, dzięki. Wciąż mi jakoś dziwnie. – Świat przestał już wirować, ale ten okropny, wielowarstwowy ryk wciąż brzmi mu w głowie, tylko wyciszony i przytłumiony otaczającą go nieustającą kakofonią Penn Station. – Ale chyba już… lepiej.

– Nie wydaje mi się – powątpiewa mężczyzna.

I ma rację. Chłopak kręci głową, a potem znowu, gdy kobieta podsuwa bliżej butelkę z wodą.

– Masz, ja się napiłam w pociągu. A może cukier ci spadł? – Zabiera butelkę i mierzy go badawczym spojrzeniem. Młodzieniec dopiero teraz widzi przycupniętą przy niej małą dziewczynkę. Skóra zdarta z matki – obydwie czarnowłose, piegowate, o azjatyckich twarzach naznaczonych charakterystyczną powagą. – Kiedy ostatnio jadłeś?

– Jakieś, nie wiem, dwadzieścia minut temu? – Nie kręci mu się w głowie, nie czuje się też osłabiony. Czuje się jakiś taki… – Nowy – mruczy, nie myśląc. – Czuję się… jak nówka sztuka.

Krępy mężczyzna i poważna kobieta patrzą po sobie, a dziewczynka rzuca mu taksujące spojrzenie podkreślone regularnym łukiem uniesionych brwi.

– W sensie jesteś tu nowy? – dopytuje facet.

– W pewnym sensie. O nie! Moja torba! – Zapala się, ale zaraz znajduje ją przy sobie. Dobrzy samarytanie przysunęli ją tu od schodów i ustawili poza torem ruchu przemierzających stację ludzi. Uświadamia sobie, że to zawieszenie przytomności czy napad halucynacji wydarzył się w tysięcznym tłumie, wydaje mu się to z lekka surrealistyczne. Czyżby nikt tego nie zauważył? Nikt poza tą trójką. Czuje się sam w wielkim mieście. I czuje się otoczony troską i opieką w tymże samym mieście. Przyzwyczajenie się do tego roz­dźwięku zajmie mu trochę czasu.

– Pewnie sponiewierały cię jakieś niezłe prochy – stwierdza kobieta, uśmiechając się szeroko. Jak się uśmiecha, to chyba spoko. Czyli pewnie nie zadzwoni na policję. Chłopak przypomina sobie, jak przeczytał gdzieś, że w Nowym Jorku nie pytają wariatów, czy chcą się leczyć, tylko nawet wbrew ich woli zamykają ich w zakładach, gdzie mogą spędzić całe tygodnie. Dochodzi do wniosku, że lepiej przekonać swoich wybawców, iż nie ma kuku na muniu.

– Przepraszam – mówi, wstając. – Może za mało dziś zjadłem albo coś. Pójdę… wziąć coś na wzmocnienie.

I wtedy to dzieje się znowu. Dworzec faluje mu pod nogami i nagle zmienia się w ruinę. A wokół nikogo nie ma. Tekturowa wystawa przed sklepem przewróciła się i wszędzie leżą rozsypane książki Stephena Kinga w twardej oprawie. Chłopak słyszy jęk dźwigarów, z góry sypie się pył i drobinki tynku, gdy coś w suficie pęka. Lampy migoczą, element instalacji powyżej wygląda, jakby zaraz miał mu się zwalić na głowę. Bierze wdech, by krzyknąć.

A potem mruga i znowu wszystko wraca do normy. Nikt wokoło nie wydaje się zaalarmowany. Wlepia wzrok w sufit, po czym wraca nim do faceta i facetki. Wciąż się na niego gapią. Widzieli jego reakcję na to, co ujrzał, ale sami nie zobaczyli zrujnowanej stacji. Dłoń mężczyzny ląduje na jego ramieniu, bo najwidoczniej chłopak zachwiał się na nogach. Te psychotyczne epizody musiały zaburzyć pracę błędnika.

– Zjedz banana – sugeruje. – Trochę potasu postawi cię na nogi.

– Albo zjedz coś porządnego. – Kobieta kiwa głową. – Pewnie miałeś dziś w ustach tylko jakieś chipsy, co? Dania w jadalnym są drogie jak piorun, ale przynajmniej się człowiek naje.

– A ja lubię hot dogi – udziela się dziewczynka.

– To szajs, nie jedzenie, malutka. Ale jak lubisz, to lub. – Bierze małą za rękę. – No, komu w drogę. Na pewno już ci lepiej?

– Tak, tak – zapewnia chłopak. – Dziękuję za pomoc. Słyszy się wkoło, że nowojorczycy są nieprzyjemni, a ja… Dziękuję.

– E tam, jesteśmy nieprzyjemni tylko dla dupków – odpowiada kobieta z uśmiechem. A potem bierze dziewczynkę i odchodzi.

Tęgi facet klepie go w ramię.

– No, nie widzi mi się, żebyś miał puścić pawia. Kupić ci coś na ząb? A może jakiś sok? Albo banana? – dodaje znacząco.

– Nie, naprawdę dziękuję. Już mi lepiej, serio.

Mężczyzna nie wydaje się przekonany, ale zaraz mruga, jakby coś do niego dotarło.

– Nie masz kasy? To nic, nie przejmuj się. Ja stawiam.

– O. Znaczy, dziękuję, naprawdę nie trzeba. – Pokazuje mu torbę na ramię, która, jak pamięta, kosztowała tysiąc sześćset dolarów. Mężczyzna patrzy, nie rozumiejąc. – No, pewnie w środku jest cukier – poprawia się, wskazując sterczący z bocznej kieszeni plastikowy kubek termiczny Starbucksa, w którym pluska wiadomy płyn. Demonstruje mężczyźnie, upijając łyk. Kawa jest zimna i obrzydliwa. Ostatnio napełniał go jakoś wczoraj, zanim wsiadł do pociągu w rodzinnym mieście…

Czyli w…

Wtedy uprzytamnia sobie, że nie wie, skąd pochodzi.

I choć usilnie próbuje sobie przypomnieć, wciąż nie wie, na jaki uniwerek się dostał.

Dociera do niego, że nie pamięta nawet własnego imienia.

Stoi jak słup soli, powalony tą potrójną epifanią nicości, a korpulentny facet wskazuje nosem kubek w kieszeni torby.

– Skoro już tu jesteś, postaw sobie prawdziwą kawę. Z jakiejś dobrej portorykańskiej kawiarni. I przy okazji zjedz coś treściwego. A tak w ogóle jak się nazywasz?

– Hmm… – Chłopak pociera kark dłonią i udaje, że po prostu musi się akurat przeciągnąć, a tymczasem, zdjęty cichą paniką, rozgląda się i stara się wymyślić jakieś wiarygodne imię. Nie wierzy, że to dzieje się naprawdę. Jak można zapomnieć, jak się człowiek nazywa? Na myśl przychodzą mu tylko fikcyjne imiona albo takie najzwyklejsze jak Bob albo Jimmy. Już prawie decyduje się na to drugie, gdy nagle, strzelając wzrokiem naokoło, natrafia na coś, co przykuwa jego uwagę.

– To znaczy, no… Manny – wypala. – A pan?

– Jestem Douglas. – Mężczyzna osadza dłonie na biodrach, widocznie nad czymś główkując. Wreszcie wyławia z kieszeni portfel i wręcza chłopakowi wizytówkę: Douglas Acevedo, hydraulik.

– Przepraszam, ale nie mogę się zrewanżować wizytówką. Jeszcze nie zacząłem pracy.

– Spoko – odpowiada Douglas. Wciąż się nad czymś namyśla. – Słuchaj, wielu nas kiedyś trafiło do Nowego Jorku po raz pierwszy. Daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebował, dobra? Mówię poważnie, bez krępacji. Kanapa na nocleg, talerz prawdziwego żarcia, kościół z wyrozumiałym spowiednikiem… Czego dusza zapragnie.

– To szalenie miłe z pana strony. – Manny nie usiłuje nawet ukryć zdumienia. – Wow, człowieku. Po prostu wow. Pierwszy raz widzisz mnie na oczy. Mógłbym być seryjnym zabójcą albo kimś jeszcze gorszym.

Douglas wybucha śmiechem.

– Jakoś nie wyglądasz na takiego, co sprawia problemy. Raczej na… – Urywa, jego rysy łagodnieją. – Wyglądasz jak mój syn. Po prostu robię dla ciebie to, co chciałbym, żeby ktoś zrobił dla niego…

Ot, wszystko. Manny jest pewien, że syn Douglasa nie żyje.

– Kumam – odpowiada miękko. – Jeszcze raz dziękuję.

– Está bien, mano, no te preocupes. – Hydraulik macha chłopakowi, a potem kieruje się w miejsce, z którego odjeżdżają pociągi A/C/E.

Manny odprowadza go wzrokiem, chowając wizytówkę do kieszeni i myśląc o trzech sprawach. Pierwsza to spóźniona konstatacja, że facet wziął go za Portorykańczyka. Druga – niewykluczone, że poprosi Douglasa o nocleg, zwłaszcza jeśli w ciągu kilku najbliższych minut nie przypomni sobie adresu swojej stancji.

Trzecia sprawia, że podnosi wzrok na tablicę z przyjazdami/odjazdami, gdzie przed chwilą odnalazł słowo, które stało się jego nowym imieniem. Nie wyjawił jego pełnej formy Douglasowi, bo w dzisiejszych czasach tylko biała kobieta mogłaby nadać dziecku takie imię, nie wzbudzając salw śmiechu. Lecz nawet w zmodyfikowanej formie to słowo, ta tożsamość, wydaje mu się bliższa niż cokolwiek, co uważał w życiu za swoje. Tym właśnie był, choć nawet sobie tego nie wyobrażał. Oto kim jest. I to wszystko, czym kiedykolwiek potrzebował być.

To słowo brzmi: Manhattan.

* * *

The City We Became

Copyright © by N.K. Jemisin 2020

Copyright © for the translation by Grzegorz Gajek & Maciej Pawlak 2022

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2022

Redakcja – Marta Pustuła

Korekta – Kornelia Dąbrowska, Paulina Stoparek, Anna Strożek

Projekt typograficzny i skład – Natalia Patorska

Projekt okładki – Lauren Panepinto

Adaptacja okładki – Natalia Patorska

Fotografie na okładce – Arcangel, Shutterstock

Mapa – Lauren Panepinto

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2022

ISBN mobi: 9788382106169

ISBN epub: 9788382106176

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Karolina Prewysz-Kwinto, Paulina Gawęda, Piotr Jankowski, Barbara Chęcińska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga, Mateusz Wesołowski

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski

Administracja: Klaudia Sater, Monika Kuzko, Małgorzata Pokrywka

Finanse: Karolina Żak, Honorata Nicpoń

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl