Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 638 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 16 godz. 18 min Lektor: Maciej Stuhr

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 16 godz. 18 min Lektor: Maciej Stuhr

Opis ebooka Wołanie kukułki - Robert Galbraith

Ciało supermodelki Luli Landry zostaje znalezione pod balkonem jej londyńskiego apartamentu. Policja stwierdza samobójstwo, lecz brat ofiary nie wierzy w tę wersję i zatrudnia prywatnego detektywa, Cormorana Strike’a.

Strike jest weteranem wojennym, podczas służby w Afganistanie ucierpiał i fizycznie i psychicznie. Ma kłopoty finansowe i właśnie rozstał się z kobietą swojego życia. Sprawa Luli to dla detektywa szansa na odbicie się od dna, ale im bardziej wikła się w skomplikowany świat wyższych sfer, tym większe grozi mu niebezpieczeństwo.

Wołanie kukułki to wciągająca klimatyczna powieść zanurzona w londyńskiej atmosferze spokojnych uliczek Mayfair, ciasnych barów East Endu i tętniącego życiem Soho. Książka otwiera cykl kryminałów z Cormoranem Strikem. Robert Galbraith to pseudonim J.K. Rowling.

Opinie o ebooku Wołanie kukułki - Robert Galbraith

Fragment ebooka Wołanie kukułki - Robert Galbraith

Przełożyła z angielskiego

Anna Gralak

Tytuł oryginału The Cuckoo’s Calling
Projekt okładki: LBBG – Sian Wilson
Ilustracje na okładce
© Arcangel Images/Ilona Wellmann
© Trevillion Images/Yolande De Kort
Redakcja: Małgorzata Grochocka
Korekta: Anna Kurzyca
Redakcja techniczna: Adam Kolenda
Copyright © 2013 Robert Galbraith Limited.
Polish editions © Publicat S.A. MMXIII (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Powieść wydana po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii w 2013 roku przez Sphere. Osobiste prawa autorskie zastrzeżone.
Wszelkie postaci i wydarzenia opisane w tym utworze, poza znajdującymi się w domenie publicznej, są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment niniejszego utworu nie może być reprodukowany, przechowywany ani przesyłany w żadnej formie ani żadnymi środkami, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy. Utwór nie może też być rozpowszechniany w oprawie lub okładce innej niż oryginalna oraz w formie innej niż ta, w której został wydany.
Wydanie elektroniczne 2013
ISBN 978-832-715-118-6
Wydawnictwo Dolnośląskie
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62
oddział Publicat S.A. w Poznaniu
tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

Prawdziwemu Deeby’emu

z podziękowaniami

Czemu się urodziłaś wraz ze śniegu nastaniem?

Powinno było cię witać kukułki wołanie

Albo winne grona, co w zieleni trwają

Lub chociaż jaskółki, które się zbierają

Do wyścigu ze światem,

By nie umrzeć latem.

Czemu umarłaś, nim owce skończyły skubanie?

Powinno było cię żegnać jabłek z drzew spadanie,

Gdy konika polnego koniec jest już blisko,

PROLOG

Is demum miser est, cuius nobilitas miserias nobilitat.

Nieszczęśliwy ten, którego sława rozsławia jego nieszczęścia.

Lucjusz Akcjusz, Telephus

Gwar na ulicy przypominał bzyczenie much. Tłum fotoreporterów za obstawionymi policją barierkami trzymał w pogotowiu długonose aparaty, a wydychane przez niego powietrze unosiło się jak para. Śnieg nieustannie padał na czapki i ramiona; palce w rękawiczkach przecierały szkło obiektywów. Od czasu do czasu rozlegało się niemrawe pstrykanie. To gapie urozmaicali sobie czas oczekiwania, robiąc zdjęcia ustawionego na środku ulicy białego płóciennego namiotu, widocznych za nim drzwi wysokiego apartamentowca z czerwonej cegły i balkonu na ostatnim piętrze, z którego wypadło ciało.

Za zwartym tłumem paparazzich stały białe vany z olbrzymimi talerzami satelitarnymi na dachach, a dziennikarze, także z zagranicy, mówili do mikrofonów, przy których sterczeli dźwiękowcy w słuchawkach. Między nagraniami reporterzy przytupywali i ogrzewali ręce o gorące kubki z kawą przyniesione z zatłoczonej kawiarni kilka przecznic dalej. Dla zabicia czasu kamerzyści w wełnianych czapkach filmowali plecy fotoreporterów, balkon i namiot zasłaniający zwłoki. Potem ustawiali się do szerokich ujęć chaosu, który rozpętał się na spokojnej i zaśnieżonej ulicy Mayfair między szeregami lśniących czarnych drzwi otoczonych portykami z białego kamienia i sztucznie kształtowanymi krzewami. Wejście do budynku numer osiemnaście odgrodzono taśmą. Za nią, w korytarzu, przemykali funkcjonariusze policji, a wśród nich ubrani na biało eksperci z zakresu medycyny sądowej.

Stacje telewizyjne podawały tę wiadomość już od kilku godzin. Po obu stronach ulicy tłoczyli się ludzie trzymani w bezpiecznej odległości przez policję. Niektórzy przyszli specjalnie, żeby popatrzeć, inni przystanęli w drodze do pracy. Wielu podnosiło telefony komórkowe, by przed odejściem porobić zdjęcia. Pewien młody mężczyzna, nie wiedząc, o który balkon chodzi, sfotografował wszystkie po kolei, nawet środkowy, zastawiony rzędem iglaków utrudniających dostęp każdemu, kto chciałby się przecisnąć między tymi trzema zadbanymi gęstymi kulami.

Grupa dziewczyn przyniosła kwiaty i wśród kamer przekazała je policjantom, a ci, nie wiedząc jeszcze, gdzie je umieścić, ostrożnie ułożyli bukiety z tyłu policyjnej furgonetki, czując, jak obiektywy śledzą każdy ich ruch.

Korespondenci przysłani przez całodobowe stacje informacyjne serwowali nieprzerwany strumień komentarzy i spekulacji skupiających się na kilku sensacyjnych faktach, do których udało im się dotrzeć.

– ...około drugiej w nocy ze swojego apartamentu. Policję zawiadomił ochroniarz zatrudniony w budynku...

– ...nic nie wskazuje na to, by szykowano się do zabrania ciała, więc niektórzy zaczynają spekulować...

– ...żadnych informacji na temat tego, czy w chwili, gdy wypadała z balkonu, była sama...

– ...ekipy weszły do środka w celu dokładnego przeszukania budynku.

Namiot wypełnił się chłodnym światłem. Dwaj mężczyźni kucnęli przy zwłokach, gotowi włożyć je wreszcie do plastikowego worka. Z głowy wyciekło na śnieg trochę krwi. Twarz była roztrzaskana i opuchnięta, jedno oko zamieniło się w szparkę, a drugie w skrawek zmatowiałej bieli między nabrzmiałymi powiekami. Cekiny połyskujące na bluzce denatki w subtelnie zmieniającym się świetle stwarzały nieprzyjemne wrażenie ruchu, jakby znów oddychała albo napinała mięśnie, szykując się do wstania. Odgłosy śniegu padającego na płócienny dach namiotu przypominały uderzenia opuszków palców.

– Gdzie ta cholerna karetka?

Komisarz Roy Carver coraz bardziej się denerwował. Był brzuchatym mężczyzną o twarzy koloru peklowanej wołowiny, a pod pachami jego koszuli widniały z reguły kręgi potu. Ograniczone zasoby cierpliwości komisarza wyczerpały się już wiele godzin temu. Tkwił tu prawie tak długo jak zwłoki. Tak bardzo zmarzły mu stopy, że ledwie je czuł, a z głodu kręciło mu się w głowie.

– Będzie za dwie minuty – odpowiedział bezwiednie na pytanie przełożonego sierżant Eric Wardle, który wszedł właśnie do namiotu z komórką przyciśniętą do ucha. – Przed chwilą znalazłem dla niej miejsce.

Carver coś burknął. Jego zły humor jeszcze bardziej pogarszało przekonanie, że Wardle’a cieszy obecność dziennikarzy. Miał wrażenie, że gdy kilka razy wychodzili z namiotu, chłopięco przystojny Wardle z gęstymi falowanymi brązowymi włosami, które teraz przyprószył śnieg, specjalnie zwlekał z powrotem.

– Kiedy zabiorą zwłoki, zniknie stąd to całe towarzystwo – powiedział Wardle, nie odrywając wzroku od dziennikarzy.

– Nikt nie zniknie, dopóki będziemy się zachowywać, jakby ta ulica była pieprzonym miejscem zbrodni – warknął Carver.

Wardle nie odpowiedział na zaczepną aluzję, ale Carver i tak wybuchnął.

– Ta żałosna kretynka skoczyła! Nikogo oprócz niej nie było w mieszkaniu. Jej sąsiadka, twój tak zwany świadek, naćpała się jak...

– Jedzie – przerwał mu Wardle i ku zniesmaczeniu Carvera wyślizgnął się z namiotu, by wśród kamer zaczekać na karetkę.

Wiadomość zepchnęła na dalszy plan doniesienia ze świata polityki, relacje z wojen i katastrof, a wszystkie jej wersje obfitowały w zdjęcia nieskazitelnej twarzy denatki i jej gibkiego, wyrzeźbionego ciała. W ciągu kilku godzin nieliczne znane fakty dotarły do milionów niczym wirus: publiczna kłótnia ze sławnym chłopakiem, samotny powrót do domu, usłyszane przypadkiem krzyki i na końcu śmiertelny lot...

Chłopak uciekł do kliniki odwykowej, ale policja dalej robiła swoje. Tropiła tych, którzy spędzili z denatką wieczór poprzedzający jej śmierć. Wypełniono tysiące kolumn w gazetach i długie godziny telewizyjnych serwisów informacyjnych. Kobieta, która przysięgała, że tuż przed śmiercią modelki słyszała przypadkiem drugą kłótnię, też na chwilę zdobyła sławę i w nagrodę znalazła się na mniejszych zdjęciach obok podobizn pięknej zmarłej dziewczyny.

Niestety, przy wtórze niemal słyszalnego jęku rozczarowania udowodniono jej kłamstwo. Ona także zaszyła się w klinice odwykowej, i to akurat wtedy, kiedy sławny główny podejrzany z niej wyszedł, jakby byli panem i panią z wilgotnościomierza w kształcie domku, którzy nigdy nie pokazują się na zewnątrz jednocześnie.

Więc jednak to było samobójstwo – po chwilowym zastoju historia znów lekko nabrała wiatru w żagle. Pisano, że denatka była niezrównoważona, rozchwiana emocjonalnie, że nie radziła sobie ze statusem wielkiej gwiazdy, w który wepchnęła ją egzotyczna uroda, że obracała się wśród niemoralnych bogaczy i zeszła przez nich na złą drogę, że nowy dekadencki styl życia wstrząsnął jej już i tak kruchą psychiką. Stała się bohaterką przesiąkniętej radością z cudzego nieszczęścia opowieści ku przestrodze, a ponieważ tak wielu felietonistów robiło aluzje do Ikara, „Private Eye” poświęciło temu specjalny artykuł.

W końcu wrzawa ucichła i powiało nudą; nawet dziennikarze nie mieli już nic do dodania, choć i tak powiedzieli za dużo.

TRZY MIESIĄCE PÓŹNIEJ
CZĘŚĆ PIERWSZA

Nam in omni adversitate fortunae infelicissimum est genus infortunii, fuisse felicem.

Spośród wszelkich przeciwności Fortuny największym nieszczęściem jest zaznać szczęścia.

Boecjusz, O pocieszeniu, jakie daje filozofia

(tłum. G. Kurylewicz, M. Antczak)

1

Choć w życiu dwudziestopięcioletniej Robin Ellacott zdarzały się dramatyczne i brzemienne w skutki chwile, jeszcze nigdy nie obudziła się z tak wyraźnym przeświadczeniem jak dzisiaj, że na zawsze zapamięta rozpoczynający się dzień.

Tuż po północy Matthew, z którym była od wielu lat, oświadczył jej się pod pomnikiem Erosa na środku Piccadilly Circus. Po chwili niezmiernej ulgi, jaką poczuł, gdy się zgodziła, wyznał, że zamierzał poprosić ją o rękę w tajskiej restauracji, gdzie właśnie zjedli kolację. Ostatecznie jednak postanowił to zrobić z dala od milczącej pary, która siedziała przy stoliku obok i podsłuchiwała każde ich słowo. Dlatego mimo zapadającego mroku i protestów Robin, że obydwoje muszą wcześnie wstać, zaproponował spacer. W końcu spłynęło na niego olśnienie i zaprowadził swoją zdumioną dziewczynę na schody pod pomnik. Tam, rzucając dyskrecję na chłodny wiatr (co było do niego zupełnie niepodobne), przyklęknął na jedno kolano i oświadczył się w obecności trzech kloszardów, którzy siedzieli przytuleni na schodach, dzieląc się czymś, co wyglądało na butelkę denaturatu.

Robin uznała to za najdoskonalsze oświadczyny w historii małżeństwa. Matthew miał nawet w kieszeni pierścionek z szafirem i dwoma brylantami, który teraz nosiła na palcu. Pasował idealnie i przez całą drogę do domu bez przerwy zerkała na spoczywającą na kolanie dłoń. Mieli teraz z Matthew historię do opowiadania, zabawną rodzinną anegdotę w rodzaju tych, jakie opowiada się dzieciom: obejmującą pokrzyżowane plany (była zachwycona, że Matthew to wszystko zaplanował) oraz spontaniczny gest, który uratował sytuację. Była zachwycona pijakami, księżycem i spanikowanym, roztrzęsionym Matthew klęczącym na jednym kolanie. Była zachwycona Erosem i starym brudnym Piccadilly, a także czarną taksówką, którą wrócili do domu w Clapham. W zasadzie była o krok od pokochania całego Londynu – spędziła tu już miesiąc, ale dotychczas nie poczuła do tego miasta sympatii. Blask pierścionka dodawał uroku nawet bladym i zaczepnym pasażerom stłoczonym wokół niej w wagonie metra. Gdy wychodząc na marcowy chłód na stacji Tottenham Court Road, pogłaskała kciukiem spód platynowej obrączki, ogarnęło ją niewyobrażalne szczęście na myśl o tym, że w porze lanczu będzie mogła kupić kilka czasopism dla przyszłych panien młodych.

Kiedy omijała roboty drogowe na końcu Oxford Street i zerkała na trzymaną w ręku karteczkę, mężczyźni odprowadzali ją wzrokiem. Robin była ładna pod każdym względem: wysoka i apetycznie zaokrąglona, z długimi jasnorudymi włosami, które falowały, gdy energicznie szła przed siebie. Chłodne powietrze dodawało koloru jej bladym policzkom. Właśnie rozpoczynała pierwszy z pięciu dni pracy na stanowisku sekretarki. Odkąd sprowadziła się do Matthew do Londynu, podejmowała się prac tymczasowych, ale to miało się już niedługo zmienić. Była umówiona na spotkania w sprawie „normalnej” pracy.

Często największym wyzwaniem związanym z nijakimi tymczasowymi zleceniami okazywało się znalezienie biura. Londyn, w porównaniu z jej miasteczkiem w Yorkshire, wydawał się ogromny, skomplikowany i nieprzebyty. Matthew odradził jej chodzenie z nosem w mapie, żeby nie wyglądała jak bezradna turystka. Dlatego najczęściej polegała na mapkach nieporadnie rysowanych przez kogoś z agencji pracy tymczasowej. Wątpiła jednak, czy dzięki temu bardziej przypomina rodowitą mieszkankę Londynu.

Metalowe barierki i ścianki z niebieskiego plastiku wokół placu budowy bardzo utrudniały orientację w terenie, gdyż zasłaniały połowę charakterystycznych obiektów narysowanych na jej karteczce. Przeszła przez rozkopaną ulicę przed wysokim biurowcem, opatrzonym na mapce nazwą „Centre Point” i z powodu gęstej siatki identycznych kwadratowych okien przypominającym olbrzymiego wafla z betonu, po czym ruszyła mniej więcej w kierunku Denmark Street.

Znalazła tę ulicę właściwie przypadkiem, idąc wąską alejką o nazwie Denmark Place, która prowadziła do uliczki z rzędem kolorowych witryn pełnych gitar, keyboardów i najróżniejszych akcesoriów muzycznych. Wokół następnej dziury w asfalcie stały czerwono-białe barykady i robotnicy w jaskrawych kurtkach powitali ją gwizdami. Udała, że nie słyszy.

Spojrzała na zegarek. Jak zwykle wyszła wcześniej, w razie gdyby zabłądziła, więc dotarła do celu piętnaście minut przed czasem. Nijakie pomalowane na czarno drzwi, których szukała, mieściły się po lewej stronie 12 Bar Café. Nazwisko lokatora zajmującego lokal na drugim piętrze napisano na kawałku kartki w linię przyklejonym przezroczystą taśmą obok przycisku domofonu. W zwykły dzień, bez nowiutkiego pierścionka połyskującego na palcu, pewnie by się zniechęciła, ale dziś wyświechtana karteczka i drzwi obłażące z farby były, podobnie jak poprzedniego wieczoru kloszardzi, jedynie malowniczymi szczegółami na tle jej wielkiego romansu. Jeszcze raz spojrzała na zegarek (szafir zalśnił i serce zabiło jej mocniej; miała patrzeć na błysk tego kamienia do końca życia), a potem, w przypływie euforii, postanowiła zjawić się w biurze przed czasem i pokazać, że pali się do pracy, która tak naprawdę zupełnie jej nie obchodziła.

Gdy wyciągnęła rękę w stronę domofonu, czarne drzwi z impetem otworzyły się od środka i na ulicę wybiegła jakaś kobieta. Przez jedną dziwnie nieruchomą sekundę patrzyły sobie prosto w oczy, szykując się na zderzenie. W ten uroczy poranek zmysły Robin były niezwykle wyczulone. Ułamek sekundy, w którym widziała tę białą twarz, wywarł na niej tak silne wrażenie, że chwilę później, kiedy zdołały uniknąć kontaktu, mijając się zaledwie o centymetr, i gdy kobieta w czerni wybiegła na ulicę, a potem skręciła za róg i zniknęła jej z oczu, Robin pomyślała, że mogłaby ją dokładnie narysować. Nie tylko ze względu na niespotykaną urodę twarzy, która zapisała jej się w pamięci, lecz z powodu malującej się na tej twarzy miny: wściekłej, a jednak dziwnie radosnej.

Robin złapała drzwi, zanim zdążyły się zamknąć przed obskurną klatką schodową. Staromodne metalowe schody wznosiły się spiralnie wokół równie staroświeckiej windy kojarzącej się z klatką dla ptaków. Skupiając się na tym, by wysokie obcasy nie utknęły w ażurowych stopniach, Robin weszła na pierwsze piętro. Minęła drzwi z laminowanym i oprawionym w ramę plakatem z nazwą „Crowdy Graphics”. Dopiero gdy dotarła do przeszklonych drzwi na drugim piętrze, odkryła, czym zajmuje się firma, do której została wysłana jako sekretarka. Nikt z agencji jej tego nie powiedział. Na szybie w drzwiach wygrawerowano to samo nazwisko, które zobaczyła na kartce przy domofonie: C.B. Strike. Poniżej widniały słowa: „Prywatny detektyw”.

Robin stała zupełnie bez ruchu, z lekko otwartymi ustami. Przez chwilę na jej twarzy malowało się zdumienie, którego nie zrozumiałby nikt ze znających ją osób, gdyż nikomu (nawet Matthew) nigdy nie zwierzyła się ze skrywanych ambicji towarzyszących jej od dziecka. I pomyśleć, że spotkało ją to akurat dzisiaj! Czuła się tak, jakby Bóg puścił do niej oko (co w pewien sposób także wiązała z magią tego dnia oraz z Matthew i pierścionkiem, mimo że jeśli się dobrze zastanowić, jedno nie miało z drugim nic wspólnego).

Delektując się chwilą, bardzo powoli podeszła do przeszklonych drzwi. Wyciągnęła lewą rękę (w tym słabym świetle spowitą szafirowym półmrokiem), lecz zanim dotknęła klamki, drzwi niespodziewanie się otworzyły.

Tym razem jej się nie upiekło. Uderzyło w nią sto kilo niewidzącej rozmamłanej męskiej masy. Robin straciła równowagę i wyrzuciwszy gwałtownym ruchem torebkę, młócąc rękami powietrze, runęła do tyłu w pustkę śmiercionośnej klatki schodowej.

2

Strike zamortyzował siłę uderzenia. Słysząc przenikliwy krzyk, zareagował instynktownie: błyskawicznie wyciągnął rękę i chwycił kawałek ubrania razem z ciałem. Drugi krzyk bólu odbił się echem od kamiennych ścian, a Strike zdecydowanym szarpnięciem zdołał wciągnąć dziewczynę z powrotem na twardy grunt. Echo jej krzyków nadal pobrzmiewało na klatce schodowej. Zdał sobie sprawę, że sam też zawołał:

– Jezu Chryste!

Obolała dziewczyna stała oparta o drzwi i pojękiwała, zgięta w pół. Widząc przekrzywienie jej zgarbionej sylwetki oraz rękę, którą wsunęła głęboko pod klapę płaszcza, Strike pojął, że ocalił ją dzięki chwyceniu sporego kawałka jej lewej piersi. Większą część poczerwieniałej twarzy dziewczyny zakrywała gęsta falująca zasłona jasnych włosów, ale Strike zauważył łzy bólu wypływające z jej odsłoniętego oka.

– O kurwa, przepraszam! – Jego donośny głos zawibrował na klatce schodowej. – Nie zauważyłem cię... Nie wiedziałem, że ktoś tu stoi...

– Co się tam dzieje? – zawołał dziwny i stroniący od ludzi grafik z lokalu na pierwszym piętrze. Chwilę później dobiegły stłumione pretensje z góry świadczące o tym, że hałas zaniepokoił, a być może obudził kierownika baru z parteru. Jego mieszkanie na poddaszu znajdowało się nad agencją Strike’a.

– Wejdź...

Strike popchnął drzwi opuszkami palców, żeby uniknąć przypadkowego kontaktu z przytuloną do nich kobietą.

– Wszystko w porządku? – zawołał grafik płaczliwym tonem.

Strike zatrzasnął za sobą drzwi.

– Nic mi nie jest – skłamała Robin drżącym głosem, nadal zgarbiona i z ręką na piersi. Stała plecami do Strike’a. Kilka sekund później wyprostowała się i odwróciła. Wciąż była oblana szkarłatnym rumieńcem i miała mokre oczy.

Jej przypadkowy napastnik okazał się olbrzymem. Wzrostem i ogólną włochatością połączoną z lekko wystającym brzuchem przypominał niedźwiedzia grizzly. Jedno oko miał spuchnięte i sine, tuż pod brwią pękła mu skóra. Na lewym policzku i nad wymiętoszonym, rozchełstanym kołnierzykiem koszuli z prawej strony szyi w wypukłych i pobielałych na krawędziach śladach po paznokciach krzepła krew.

– P-pan Strike? – wyjąkała.

– Tak.

– J-jestem tymczasowa.

– Jaka?

– Tymczasowa. Z Tymczasowych Rozwiązań.

Nazwa agencji nie starła niedowierzania z jego zmaltretowanej twarzy. Gapili się na siebie nieprzyjaźnie, wytrąceni z równowagi.

Podobnie jak Robin, Cormoran Strike wiedział, że ostatnie dwanaście godzin zapamięta jako przełomową noc w swoim życiu. I wyglądało na to, że Parki właśnie przysłały mu emisariuszkę w schludnym beżowym trenczu, by zadrwić z jego życia, które z bulgotem sunęło ku katastrofie. Nie potrzebował żadnej tymczasowej. Zwolnienie poprzedniczki Robin miało rozwiązać umowę.

– Na ile cię przysłali?

– N-na początek na tydzień – powiedziała Robin, której jeszcze nigdy nie witano z takim brakiem entuzjazmu.

Strike przeprowadził w głowie błyskawiczne obliczenia. Według wygórowanej stawki agencji pośrednictwa tydzień wepchnąłby jego zadłużenie jeszcze głębiej w rejony nieodwracalnych strat. Może nawet spowodowałby, że jego najważniejszy wierzyciel straciłby w końcu cierpliwość, do czego zresztą nieustannie robił aluzje.

– Przepraszam na chwilę.

Wyszedł z agencji przez przeszklone drzwi i od razu skręcił w prawo, do maleńkiej zawilgoconej toalety. Zamknął się na zasuwkę i wlepił wzrok w popękane i poplamione lustro nad umywalką.

Twarz, która na niego patrzyła, nie była przystojna. Strike miał wysokie, wypukłe czoło, szeroki nos i gęste brwi młodego Beethovena, który zasmakował w boksowaniu, a coraz bardziej spuchnięte i sine oko tylko wzmacniało to skojarzenie. Przez gęste kręcone włosy, sprężyste jak dywan, miał w młodości mnóstwo przezwisk, wśród których był „Łonogłów”. Liczył sobie trzydzieści pięć lat, ale wyglądał starzej.

Wcisnął korek do odpływu, napełnił popękaną i niedomytą umywalkę zimną wodą, nabrał powietrza i całkowicie zanurzył pulsującą bólem głowę. Nadmiar wody chlusnął mu na buty, ale nie zwrócił na to uwagi i skupił się na uldze, jaką sprawiło dziesięć sekund bezruchu z zamkniętymi oczami w lodowatej wodzie.

W umyśle migały mu oderwane obrazy z poprzedniego wieczoru: wyjmowanie dobytku z trzech szuflad i wkładanie go do sportowej torby przy akompaniamencie wrzasków Charlotte; popielniczka, która trafiła go w łuk brwiowy, kiedy odwrócił się na progu; nocny marsz przez miasto do agencji, gdzie przespał parę godzin w fotelu przy biurku. A potem ostatnia obrzydliwa scena, gdy Charlotte wytropiła go wczesnym rankiem, by wbić ostatnie banderillas, czego nie udało jej się zrobić, zanim opuścił mieszkanie. Postanowienie, by pozwolić jej odejść, kiedy, podrapawszy mu twarz, wybiegła na korytarz. A na końcu chwila szaleństwa, gdy rzucił się w ślad za nią. Jego pościg skończył się równie szybko, jak się zaczął, za sprawą mimowolnej interwencji przypadkowej dziewczyny, którą następnie musiał ocalić, a potem udobruchać.

Wynurzył się z zimnej wody przy wtórze zduszonego okrzyku i stęknięcia, z przyjemnie zdrętwiałą i lekko szczypiącą twarzą. Wytarł się zawieszonym na drzwiach ręcznikiem o teksturze kartonu i jeszcze raz wlepił wzrok w swoje ponure odbicie. Zadrapania, z których zmył krew, wyglądały teraz najwyżej jak odcisk pogniecionej poduszki. Charlotte pewnie już dotarła do metra. Wśród szalonych myśli, które kazały mu za nią pobiec, był strach, że rzuci się na tory. Raz, po wyjątkowo zaciekłej kłótni, kiedy mieli mniej więcej po dwadzieścia pięć lat, wspięła się na dach, a potem kołysała się, odurzona alkoholem, i przysięgała, że skoczy. Może powinien się cieszyć, że Tymczasowe Rozwiązanie zmusiło go do przerwania pościgu. Po porannej scenie, którą właśnie przeżył, nie można było zawrócić. Tym razem to był koniec.

Odciągając przemoczony kołnierzyk od szyi, Strike popchnął zardzewiałą zasuwkę, wyszedł z toalety i wrócił do agencji.

Na ulicy odezwał się młot pneumatyczny. Robin stała przed biurkiem zwrócona plecami do drzwi. Kiedy wchodził, pospiesznie odsunęła rękę od przodu płaszcza, więc od razu się domyślił, że znowu masowała sobie pierś.

– Wszystko... Nic ci nie jest? – spytał Strike, starając się nie patrzeć na miejsce, które ucierpiało w wyniku ich zderzenia.

– Przeżyję. Niech pan posłucha, jeśli nie jestem tu potrzebna, to sobie pójdę – oznajmiła z godnością.

– Nie... Nie, nie ma mowy – odparł głos wydobywający się z ust Strike’a, choć właściciel słuchał go z obrzydzeniem. – Tydzień... Tak, będzie w sam raz. Hm... korespondencja jest tutaj... – Podniósł koperty z wycieraczki i rzucił je na puste biurko jak ofiarę przebłagalną. – No, otwórz to, jeśli możesz, odbieraj telefony i ogólnie trochę tutaj ogarnij... Hasło do komputera do Hatherill23, zapiszę ci...

– Zrobił to, czując na sobie jej nieufne, powątpiewające spojrzenie.

– Gotowe. Będę u siebie.

Wszedł do sąsiedniego pomieszczenia, ostrożnie zamknął za sobą drzwi i stanął zupełnie nieruchomo, gapiąc się na sportową torbę pod pustym biurkiem. Zawierała wszystko, co posiadał, gdyż wątpił, by kiedykolwiek miał jeszcze zobaczyć dziewięć dziesiątych swojego dobytku pozostawionego u Charlotte. Podejrzewał, że tamte rzeczy znikną jeszcze przed lanczem, podpalone, wyrzucone na ulicę, pocięte i zmiażdżone, oblane wybielaczem. Za oknem bez przerwy dudniło wiertło.

A teraz jeszcze niemożność spłacenia astronomicznych długów, przerażające konsekwencje nieuchronnego upadku jego agencji, wiszące w powietrzu, nieznane, lecz z pewnością potworne następstwa jego odejścia od Charlotte. Strike był tak wyczerpany, że to wszystko przesuwało mu się przed oczyma jak jakiś potworny kalejdoskop nieszczęść.

Nie zauważył, że odszedł od drzwi, ale nagle spostrzegł, że znowu siedzi w fotelu, w którym spędził ostatnią część nocy. Po drugiej stronie cienkiej ścianki działowej rozlegały się stłumione dźwięki. Tymczasowe Rozwiązanie bez wątpienia włączyło komputer i już wkrótce zauważy, że od trzech tygodni nie dostał ani jednego mejla w sprawie pracy. Potem, na jego własną prośbę, zacznie otwierać wszystkie ostateczne wezwania do zapłaty. Wyczerpany, obolały i głodny jeszcze raz osunął się twarzą na biurko, po czym zasłonił oczy i uszy rękami, żeby nie słyszeć, jak jakaś obca kobieta za ścianą odkrywa jego hańbę.

3

Pięć minut później rozległo się pukanie do drzwi i Strike, który już prawie zasypiał, gwałtownie wyprostował się w fotelu.

– Słucham?

Jego podświadomość znowu splotła się z Charlotte. Ze zdziwieniem zobaczył, że drzwi otwiera ta obca dziewczyna. Zdjęła płaszcz, odsłaniając dopasowany, a nawet uwodzicielsko obcisły kremowy sweterek.

– Tak? – odezwał się Strike, skupiając spojrzenie na linii jej włosów.

– Przyszedł do pana klient. Mam go poprosić?

– Kto przyszedł?

– Klient, panie Strike.

Wpatrywał się w nią przez kilka sekund, próbując przyswoić tę informację.

– A, racja, w porządku... Nie, Sandro, daj mi, proszę, dwie minuty i dopiero wtedy go wpuść.

Wycofała się bez słowa.

Strike zmarnował najwyżej sekundę na zadanie sobie pytania, czemu mówi do niej Sandra, a potem zerwał się z miejsca i skupił na tym, żeby w mniejszym stopniu wyglądać i pachnieć jak człowiek, który spał w ubraniu. Zanurkował pod biurko, otworzył torbę, wyjął tubkę pasty do zębów i wycisnął siedmiocentymetrowy pasek wprost do otwartych ust. Potem zauważył, że krawat nasiąkł mu wodą z umywalki, a przód koszuli jest pochlapany krwią. Zdarł z siebie jedno i drugie, tak że guziki stuknęły o ścianę i szafę na dokumenty, wyciągnął z torby czystą, lecz bardzo pogniecioną koszulę i włożył ją na siebie, gorączkowo zapinając guziki grubymi palcami. Usunął z widoku torbę, którą wcisnął za pustą szafę na dokumenty, pospiesznie usiadł z powrotem za biurkiem i sprawdził, czy nie ma śpiochów w kącikach oczu. Cały czas się zastanawiał, czy ten tak zwany klient istnieje naprawdę i czy jest gotowy zapłacić za usługi detektywistyczne. Sunąc od półtora roku po spirali ruiny finansowej, zdążył się nauczyć, że żadna z tych rzeczy nie jest oczywista. Nadal ścigał dwóch klientów, którzy nie zapłacili rachunku, trzeci zaś odmówił wyłożenia choćby grosza, gdyż to, co Strike odkrył, nie przypadło mu do gustu. Sytuacja, w jakiej znalazł się Strike, nie pozwalała na wynajęcie adwokata – wpadał w coraz większe długi, a zmiana stawki czynszu w okolicy stawiała pod znakiem zapytania jego dalszy pobyt w lokalu znajdującym się w centrum Londynu. Brutalniejsze, bardziej bezwzględne metody odzyskiwania długów były teraz stałym elementem jego fantazji. Ujrzenie najbardziej zadowolonych z siebie dłużników drżących w cieniu kija bejsbolowego sprawiłoby mu ogromną przyjemność.

Drzwi znowu się otworzyły. Strike pospiesznie wysunął palec z nosa i usiadł prosto, próbując sprawiać wrażenie człowieka bystrego, skupionego.

– Panie Strike, to jest pan Bristow.

Za Robin wszedł potencjalny klient. Z wyglądu nieznajomy bardzo przypominał królika, jego krótka górna warga nie była w stanie zasłonić olbrzymich siekaczy. Miał rudawozłote włosy i sądząc po grubości szkieł w okularach, był krótkowidzem. Pierwsze wrażenie było jednak korzystne. Nosił pięknie skrojony ciemnoszary garnitur, a lśniący bladoniebieski krawat, zegarek i buty wyglądały na drogie.

Na widok śnieżnobiałej gładkości koszuli przybysza Strike dwa razy bardziej przejął się mniej więcej tysiącem zagnieceń na własnej. Wstał, by Bristow mógł ujrzeć jego metr osiemdziesiąt siedem w całej okazałości, wyciągnął owłosioną rękę i spróbował odeprzeć konfekcyjną przewagę gościa, stwarzając wrażenie człowieka zbyt zajętego, żeby zawracać sobie głowę prasowaniem.

– Cormoran Strike, miło mi.

– John Bristow – powiedział mężczyzna, ściskając mu rękę. Jego głos zabrzmiał przyjemnie, kulturalnie i niepewnie. Spojrzenie zatrzymało się na spuchniętym oku Strike’a.

– Czy mogę panom zaproponować herbatę albo kawę? – spytała Robin.

Bristow poprosił o małą czarną kawę, ale Strike nie odpowiedział. Właśnie zauważył młodą kobietę o grubych brwiach ubraną w mało gustowny tweedowy kostium. Siedziała na wytartej sofie obok drzwi wejściowych. Ewentualność, że dwoje potencjalnych klientów zjawiło się w tej samej chwili, nie mieściła mu się w głowie. Chyba nie przysłali mu drugiej tymczasowej?

– A dla pana, panie Strike? – spytała Robin.

– Co? A, proszę czarną kawę z dwiema łyżeczkami cukru, Sandro – powiedział, zanim zdołał się powstrzymać. Zobaczył, jak tymczasowa sekretarka z grymasem na twarzy zamyka drzwi, i dopiero wtedy przypomniał sobie, że nie ma kawy, cukru ani nawet kubków.

Bristow usiadł na miejscu wskazanym przez Strike’a i rozejrzał się po zapuszczonym pomieszczeniu z miną, która, jak obawiał się gospodarz, wyrażała rozczarowanie. Potencjalny klient wydawał się zdenerwowany, jakby miał coś na sumieniu, co Strike nauczył się już kojarzyć z podejrzliwymi mężami. Jednocześnie roztaczał wokół siebie subtelną atmosferę władzy, wytwarzaną przede wszystkim przez niewątpliwie drogi garnitur. Strike był ciekaw, w jaki sposób Bristow go znalazł. Raczej nie mógł mu go nikt polecić, gdyż jedyna klientka Strike’a nie miała (jak regularnie mu wyznawała, łkając w słuchawkę) żadnych przyjaciół.

– Czym mogę służyć, panie Bristow? – spytał, siadając z powrotem w fotelu.

– Chodzi o to, że... eee... W zasadzie zastanawiam się, czy... Chyba już się znamy.

– Naprawdę?

– Nie pamięta mnie pan, to było wiele lat temu... ale chyba przyjaźnił się pan z moim bratem Charliem. Z Charliem Bristowem. Zginął w wypadku, kiedy miał dziewięć lat.

– A niech mnie – powiedział Strike. – Charlie... Tak, pamiętam.

I rzeczywiście, pamiętał doskonale. Charlie Bristow należał do licznych przyjaciół, których Strike zgromadził w czasie swojego skomplikowanego wędrownego dzieciństwa. Ujmujący, szalony i zuchwały Charlie, przywódca najfajniejszej paczki w nowej szkole Strike’a w Londynie, rzucił jedno spojrzenie na ogromnego nowego chłopaka z ciężkim kornwalijskim akcentem i mianował go swoim najlepszym przyjacielem i porucznikiem. Tak rozpoczęły się dwa wspaniałe miesiące wielkiej przyjaźni i wielkiego rozrabiania. Strike, którego zawsze fascynowało sprawne funkcjonowanie domów innych dzieci wraz z ich zdrowymi, uporządkowanymi rodzinami i pokojami zamieszkiwanymi przez długie lata, zachował żywe wspomnienie wielkiego, luksusowego domu Charliego. Zapamiętał też długi, skąpany w słońcu trawnik, domek na drzewie i mrożoną lemoniadę serwowaną przez panią Bristow.

A potem, pierwszego dnia po powrocie do szkoły z przerwy wielkanocnej, zaczął się koszmar: wychowawczyni powiedziała klasie, że Charlie już nie wróci, że nie żyje, że podczas pobytu w Walii jechał rowerem i spadł z krawędzi kamieniołomu. Nauczycielka była starą podłą suką i nie potrafiła się powstrzymać od dodania, że Charlie, jak zapewne wszyscy pamiętają, „często nie słuchał się dorosłych” i pojechał tam mimo „wyraźnego zakazu” zbliżania się do kamieniołomu, „być może żeby się popisać” – ale w tym momencie musiała zamilknąć, bo dwie dziewczynki w pierwszym rzędzie uderzyły w płacz.

Od tego dnia, ilekroć Strike spoglądał na jakiś kamieniołom albo go sobie wyobrażał, miał przed oczami rozpadającą się na kawałki roześmianą twarz jasnowłosego chłopca. Wcale by się nie zdziwił, gdyby się okazało, że wszyscy z dawnej klasy Charliego Bristowa też nadal czują strach przed wielką ciemną jamą, stromym urwiskiem i bezlitosnym kamieniem.

– Jasne, pamiętam Charliego – powiedział.

Grdyka Bristowa leciutko podskoczyła.

– No tak. Widzi pan, chodzi o pańskie nazwisko. Doskonale pamiętam, jak Charlie o panu mówił w czasie tamtej przerwy świątecznej, zanim zginął: „Mój przyjaciel Strike”, „Cormoran Strike”. Niezwykłe, prawda? Skąd się właściwie wzięło pańskie nazwisko? Wie pan? Nigdzie indziej się z nim nie spotkałem.

Bristow nie był pierwszym znanym Strike’owi człowiekiem, który chwytał się jakiegoś zastępczego tematu – pogody, opłaty za wjazd do centrum Londynu, swoich ulubionych gorących napojów – żeby odwlec rozmowę o tym, co go sprowadziło do agencji detektywistycznej.

– Podobno ma coś wspólnego ze zbożem – odrzekł. – Z jakąś miarą objętości zboża.

– Naprawdę? A nie ze strajkowaniem, ha, ha... Nie?... No dobrze. Widzi pan, kiedy szukałem kogoś, kto mógłby mi pomóc i zauważyłem pańskie nazwisko w książce telefonicznej – kolano Bristowa zaczęło podrygiwać – chyba może pan sobie wyobrazić, że, no cóż, to było niczym... niczym jakiś znak. Znak od Charliego, że postępuję słusznie.

Jego grdyka podskoczyła, gdy przełknął ślinę.

– Aha – niepewnie powiedział Strike, mając nadzieję, że nie został wzięty za medium.

– Widzi pan, chodzi o moją siostrę – podjął Bristow.

– Rozumiem. Wpadła w jakieś kłopoty?

– Nie żyje.

Strike w ostatniej chwili powstrzymał się od pytania: „Co? Ona też?”.

– Przykro mi – powiedział ostrożnie.

Bristow przyjął kondolencje gwałtownym pochyleniem głowy.

– To... to nie jest dla mnie łatwe. Po pierwsze, powinien pan wiedzieć, że moja siostra nazywa się... nazywała się... Lula Landry.

Wskrzeszona na krótką chwilę nadzieja, że oto zjawił się klient, runęła niczym granitowy kamień nagrobny i z bolesnym impetem wylądowała w żołądku Strike’a. Siedzący przed nim człowiek cierpiał na urojenia, o ile nie był kompletnie stuknięty. Prawdopodobieństwo, że ten królikowaty facet o ziemistej cerze powstał z tych samych zasobów genetycznych co brązowoskóra Lula Landry o smukłych nogach i nieskazitelnej urodzie, było równie małe jak szanse na znalezienie dwóch identycznych płatków śniegu.

– Rodzice ją adoptowali – wyjaśnił ze spokojem Bristow, jak gdyby czytał w myślach Strike’a. – Wszyscy byliśmy adoptowani.

– Uhm – mruknął Strike.

Miał wyjątkowo dobrą pamięć. Wracając myślami do tego olbrzymiego, chłodnego, uporządkowanego domu i rozgrzanych słońcem połaci ogrodu, przypomniał sobie ospałą jasnowłosą matkę czyniącą honory domu przy stole piknikowym, daleki tubalny głos onieśmielającego ojca, opryskliwego starszego brata grzebiącego widelczykiem w placku owocowym i samego Charliego, który rozśmieszał matkę pajacowaniem. Ale nie widział tam żadnej dziewczynki.

– Nie mógł pan poznać Luli – ciągnął Bristow, jakby znowu Strike wypowiedział swoje myśli na głos. – Rodzice adoptowali ją dopiero po śmierci Charliego. Kiedy do nas przyszła, miała cztery lata. Wcześniej przez dwa wychowywała się w domu dziecka. Ja miałem prawie piętnaście. Pamiętam do dziś, jak stałem na progu i patrzyłem na ojca, który niósł ją po podjeździe. Miała na głowie czerwoną wełnianą czapeczkę. Matka zachowała ją na pamiątkę.

I nagle, ku przerażeniu Strike’a, John Bristow wybuchnął płaczem. Łkał w dłonie, przygarbiony, dygotał, a łzy i smarki wypływały mu między palcami. Ilekroć się wydawało, że już nad sobą zapanował, znów zanosił się szlochem.

– Przepraszam... przepraszam... Jezu...

Sapiąc i czkając, wycierał okulary od środka zwiniętą chusteczką, próbując dojść do siebie.

Otworzyły się drzwi i znowu pojawiła się Robin, tym razem z tacą. Bristow odwrócił głowę, ale jego ramiona nadal gwałtownie podskakiwały i drżały. Przez otwarte drzwi Strike znowu zobaczył kobietę w kostiumie siedzącą w sąsiednim pomieszczeniu. Tym razem mierzyła go nienawistnym spojrzeniem znad „Daily Express”.

Robin postawiła na stole talerz z herbatnikami czekoladowymi, mlecznik, cukiernicę i dwie filiżanki, których Strike nigdy wcześniej nie widział, zareagowała na jego podziękowanie zdawkowym uśmiechem i odwróciła się w stronę wyjścia.

– Zaczekaj, Sandro – powiedział. – Czy mogłabyś...?

Wyjął z biurka kartkę i położył ją sobie na kolanie. Podczas gdy Bristow przełykał ślinę, Strike bardzo szybko i najwyraźniej, jak potrafił, napisał:

Podał kartkę Robin, a ona wzięła ją bez słowa i wyszła.

– Przepraszam... Bardzo przepraszam – wykrztusił Bristow, kiedy drzwi się zamknęły. – Chodzi o to, że... Ja zazwyczaj nie... Już wróciłem do pracy, spotykam się z klientami... – Wziął kilka głębokich oddechów. Zaczerwienione oczy jeszcze bardziej upodobniły go do królika albinosa. Jego prawe kolano nadal podrygiwało. – Po prostu przechodzę trudne chwile – szepnął, znowu głęboko oddychając. – Lula... A moja matka umiera...

Strike’owi ciekła ślinka na widok herbatników czekoladowych, bo czuł się tak, jakby nie jadł od wielu dni. Uznał jednak, że wydałby się gruboskórny, gdyby zaczął je chrupać w obecności dygoczącego, pociągającego nosem i wycierającego łzy Bristowa. Pneumatyczne wiertło na ulicy nadal dudniło jak karabin maszynowy.

– Gdy Lula umarła, matka zupełnie się poddała. To ją dobiło. Rak już się cofał, ale wrócił. Podobno nic nie można zrobić, gdyż to już drugi raz. Po śmierci Charliego przeżyła załamanie. Ojciec myślał, że następne dziecko jej pomoże. Zawsze chcieli mieć córkę. Musieli się bardzo starać, żeby wzięto ich pod uwagę, ale Lula miała mieszane pochodzenie rasowe i trudno było znaleźć dla niej dom, więc – dokończył, tłumiąc szloch – udało im się ją zdobyć. Zawsze była pie-ękna. O-odkryto ją na Oxford Street, kiedy robiła zakupy razem z naszą matką. Zatrudniła ją Athena. To jedna z najbardziej prestiżowych agencji. Już jako siedemnastolatka Lula pracowała na pełnych obrotach. W chwili śmierci była warta około dziesięciu milionów. Nie wiem, czemu to wszystko panu mówię. Pewnie już pan wie. Wszyscy wiedzą, kim była Lula, a przynajmniej tak im się wydaje.

Niezdarnie sięgnął po filiżankę. Tak bardzo trzęsły mu się ręce, że pochlapał kawą kant starannie wyprasowanych spodni.

– Czego właściwie pan ode mnie oczekuje? – spytał Strike.

Bristow drżącą ręką odstawił filiżankę na biurko, a potem mocno splótł dłonie.

– Mówią, że moja siostra się zabiła. Ja w to nie wierzę.

Strike przypomniał sobie zdjęcia z telewizji: czarny worek na noszach migoczący w błysku fleszów w chwili wnoszenia do karetki, fotoreporterów ściśniętych wokół ruszającego pojazdu i zbliżających aparaty do przyciemnionych szyb, białe światło odbijające się od czarnego szkła. Wiedział o śmierci Luli Landry więcej, niż zamierzał czy chciał, podobnie jak prawie każda obdarzona czuciem istota w Wielkiej Brytanii. Pod ciągłym ostrzałem tej historii człowiek zaczynał się nią interesować wbrew woli i zanim się obejrzał, był tak doskonale poinformowany, miał tak wyrobioną opinię o faktach związanych ze sprawą, że nie nadawałby się na ławnika.

– Było dochodzenie, prawda?

– Tak, ale policjant prowadzący sprawę od początku był przekonany, że to samobójstwo, tylko dlatego że Lula brała lit. Przeoczył mnóstwo spraw... Niektóre zauważyli nawet internauci.

Bristow niedorzecznie wycelował palcem w puste biurko Strike’a, na którym powinien był stać komputer.

Rozległo się krótkie pukanie i drzwi znów się otworzyły. Do środka weszła Robin i podała Strike’owi złożoną karteczkę, a następnie się wycofała.

– Pozwoli pan? – spytał Strike. – Czekałem na tę wiadomość.

Rozłożył karteczkę na kolanie, żeby Bristow nie mógł zobaczyć treści pod światło, i przeczytał:

Strike pogniótł liścik i wrzucił go do kosza u swoich stóp. Zbaraniał. John Bristow nie był mitomanem, a jemu, Strike’owi, przysłano tymczasową sekretarkę, która wykazywała więcej inicjatywy i lepiej znała zasady interpunkcji niż wszystkie jej poprzedniczki.

– Przepraszam, proszę mówić dalej – powiedział do Bristowa. – Wspomniał pan coś o dochodzeniu?

– Tak – potwierdził Bristow, wycierając koniuszek nosa mokrą chusteczką. – No cóż, nie przeczę, że Lula miała problemy. W zasadzie mama przeszła przez nią piekło. Zaczęło się mniej więcej wtedy, kiedy umarł tata. Pewnie już pan to wszystko wie, Bóg mi świadkiem, że prasa wystarczająco się o tym rozpisywała... Wyrzucono ją ze szkoły za eksperymentowanie z narkotykami, wyjechała z Londynu, mama znalazła ją w jakiejś ruderze, gdzie mieszkała z narkomanami. Narkotyki doprowadziły do zaostrzenia problemów psychicznych. Lula uciekła z kliniki, sceny i awantury nie miały końca. Wreszcie zdiagnozowali u niej chorobę dwubiegunową i przepisali odpowiednie leki. Od tamtej pory wszystko było w porządku, pod warunkiem że brała tabletki. Nikt by się nie domyślił, że coś jej dolega. Nawet koroner przyznał, że brała leki, autopsja to potwierdziła. Ale policja i koroner widzieli w niej tylko dziewczynę cierpiącą na problemy psychiczne. Uparli się, że miała depresję, lecz mogę panu osobiście zaświadczyć, że wcale na nią nie chorowała. Widziałem się z nią rano w dniu jej śmierci i absolutnie nic jej nie dolegało. Doskonale jej się wiodło, zwłaszcza w życiu zawodowym. Właśnie podpisała kontrakt, który przyniósłby jej pięć milionów w ciągu dwóch lat. Poprosiła, żebym go przejrzał, to była cholernie dobra umowa. Projektant to jej serdeczny przyjaciel, nazywa się Somé. Domyślam się, że pan o nim słyszał. Grafik miała już zapełniony na całe miesiące, zbliżał się czas zdjęć w Maroku, a ona uwielbiała podróże. Sam pan widzi, że nie było najmniejszego powodu, by odebrała sobie życie.

Strike uprzejmie pokiwał głową, ale w głębi ducha nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Wiedział z doświadczenia, że samobójcy potrafią doskonale udawać zainteresowanie przyszłością, w której nie mają zamiaru uczestniczyć. Poranny różowy, szampański nastrój Luli Landry z łatwością mógł się zmienić w ponurą beznadzieję w ciągu dnia i połowy nocy poprzedzającej jej śmierć. Wiedział, że takie rzeczy się zdarzają. Pamiętał pewnego porucznika z Królewskiego Korpusu Karabinierów: facet obudził się w nocy po własnej imprezie urodzinowej, na której według zgodnych relacji wszystkich gości był prawdziwą duszą towarzystwa. Napisał liścik do rodziny, prosząc, żeby zadzwoniła po policję i nie wchodziła do garażu. Wiszące tam ciało znalazł jego piętnastoletni syn, który nie zauważył liścika, gdy biegł po rower.

– To nie wszystko – odezwał się Bristow. – Są dowody, mocne dowody. Na przykład zeznania Tansy Bestigui.

– To ta sąsiadka, która mówiła, że słyszała kłótnię w mieszkaniu na górze?

– Właśnie! Na chwilę przed wypadnięciem Luli przez balkon słyszała krzyki jakiegoś mężczyzny! Policja uznała jej zeznania za bzdury, tylko dlatego że... no cóż, ta kobieta zażyła kokainę. Ale to nie oznacza, że nie wiedziała, co słyszy. Tansy do dzisiaj twierdzi, że kilka sekund przed śmiercią Lula kłóciła się z jakimś mężczyzną. Wiem o tym, gdyż niedawno sam z nią rozmawiałem. Nasza kancelaria prowadzi jej sprawę rozwodową. Na pewno uda mi się ją namówić, żeby się do pana zgłosiła. Poza tym – dodał Bristow, mierząc Strike’a niespokojnym spojrzeniem i próbując ocenić jego reakcję – jest jeszcze nagranie z miejskiego monitoringu. Mniej więcej dwadzieścia minut przed śmiercią Luli w stronę Kentigern Gardens idzie jakiś mężczyzna, który potem ucieka stamtąd na złamanie karku. Nie ustalili, kto to był, nie udało im się natrafić na jego ślad.

Bristow z nieco powściąganą skwapliwością wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki lekko pogniecioną czystą kopertę i podał ją Strike’owi.

– Spisałem to wszystko. Dokładny czas i tak dalej. Wszystko. Zobaczy pan, że pasuje idealnie.

Pojawienie się koperty ani trochę nie zwiększyło wiary Strike’a w trafność oceny Bristowa. Z takimi przypadkami miał już do czynienia: nabazgrane dowody samotniczych i chybionych obsesji, jednotorowe myślenie podporządkowane ulubionej teorii, skomplikowane harmonogramy ponaginane tak, by pasowały do wyssanych z palca scenariuszy. Prawnikowi drżała lewa powieka, jedno kolano podskakiwało, a trzymające kopertę palce wyraźnie się trzęsły.

Przez kilka sekund Strike analizował te oznaki stresu na tle bez wątpienia ręcznie robionych butów Bristowa i zegarka Vacheron Constantin, który ukazał się na bladym nadgarstku podczas gestykulowania. Ten człowiek mógł i chciał wydawać pieniądze, być może wystarczająco długo, by Strike’owi udało się spłacić najbardziej zniecierpliwionego wierzyciela. Strike westchnął i przeklinając w duchu swoje sumienie, powiedział:

– Panie Bristow...

– Proszę mi mówić John.

– John... Będę z tobą szczery. Branie od ciebie pieniędzy nie byłoby w porządku.

Na bladej szyi Bristowa i na jego przeciętnej twarzy wykwitły czerwone plamy, lecz nie cofnął ręki z kopertą.

– Jak to: nie byłoby w porządku?

– Myślę, że śmierć twojej siostry została przeanalizowana najdokładniej, jak to możliwe. Każdy ruch policjantów śledziły miliony ludzi i media z całego świata. Na pewno starali się dwa razy bardziej niż zwykle. Samobójstwo to coś, z czym trudno się pogodzić...

– Ja się z tym nie pogodzę. Nigdy się z tym nie pogodzę. Ona się nie zabiła. Ktoś ją zepchnął z balkonu.

Młot pneumatyczny za oknem nagle ucichł, więc głos Bristowa donośnie zadźwięczał w pokoju. Ta gwałtowna wściekłość przywodziła na myśl potulnego człowieka, któremu w końcu puściły nerwy.

– Rozumiem. Jasne. Jesteś po ich stronie, tak? Następny pieprzony psycholog od siedmiu boleści! Charlie nie żyje, mój ojciec nie żyje, Lula nie żyje, a matka umiera. Straciłem wszystkich, więc nie potrzebuję detektywa, tylko terapeuty, który pomoże mi przeboleć stratę. Myślisz, że nie słyszałem tego od pieprzonych stu osób przed tobą?

Bristow wstał, robiąc wrażenie mimo swoich króliczych zębów i plamistej skóry.

– Jestem dosyć bogaty, Strike. Wybacz, że mówię o tym tak prostacko, ale to prawda. Ojciec zostawił mi spory fundusz powierniczy. Sprawdziłem aktualne stawki za tego typu usługi i z radością zapłaciłbym ci podwójnie.

Podwójna stawka. Sumienie Strike’a, jeszcze niedawno twarde i nieelastyczne, osłabło pod wieloma ciosami losu, a teraz zaliczyło nokaut. Jego „ja” już pędziło w podskokach ku królestwu radosnych spekulacji: przez miesiąc pracy zarobiłby wystarczająco dużo, by zapłacić Tymczasowej i uregulować część zaległego czynszu; po dwóch miesiącach starczyłoby na spłatę co bardziej naglących długów... Po trzech pożegnałby się ze sporą częścią debetu na koncie... Po czterech...

Ale John Bristow już mówił przez ramię, gdyż właśnie szedł w stronę drzwi, ściskając i mnąc kopertę, której Strike nie chciał przyjąć.

– Przyszedłem do ciebie ze względu na Charliego, ale wcześniej trochę o tobie poczytałem, nie jestem żadnym cholernym skończonym kretynem. Wydział do spraw Specjalnych żandarmerii wojskowej, prawda? Odznaczenia. Nie powiem, żeby twoje biuro zrobiło na mnie wrażenie. – Bristow już prawie krzyczał i Strike zauważył, że stłumione żeńskie głosy za ścianą nagle umilkły. – Ale widocznie się myliłem i stać cię na odrzucanie zleceń. Dobrze! Cholera, nie ma sprawy. Na pewno znajdę kogoś innego. Przepraszam, że zawracałem ci głowę!

4

Od paru minut rozmowa mężczyzn coraz wyraźniej dobiegała zza cienkiej ścianki działowej. Teraz, w nagłej ciszy, która nastąpiła po zamilknięciu młota pneumatycznego, słowa Bristowa słychać było doskonale.

Wyłącznie dla zabawy, przez wzgląd na swój doskonały nastrój w tym szczęśliwym dniu, Robin starała się przekonująco grać rolę stałej sekretarki Strike’a i nie zdradzić dziewczynie Bristowa, że pracuje dla prywatnego detektywa dopiero od pół godziny. Najlepiej jak umiała ukryła zaskoczenie i podekscytowanie wywołane wybuchem kłótni za ścianą, ale bez względu na przyczynę konfliktu instynktownie wzięła stronę Bristowa. Praca Strike’a i jego podbite oko miały wprawdzie pewien szorstki urok, ale detektyw traktował ją fatalnie, a lewa pierś nadal j ą bolała.

Odkąd na tle warkotu młota pneumatycznego dał się słyszeć głos mężczyzn za ścianą, dziewczyna Bristowa gapiła się na zamknięte drzwi. Była przysadzista, miała bardzo ciemne włosy ścięte na oklapłego pazia i brwi, które bez skubania tworzyłyby zapewne jedną całość, więc już z wyglądu wydawała się rozzłoszczona. Robin często zauważała, że ludzie mają tendencję do łączenia się w pary z kimś o zbliżonym poziomie atrakcyjności, choć oczywiście takie czynniki jak pieniądze często zapewniały partnera o znacznie lepszym wyglądzie. Robin urzekło, że Bristow, który, sądząc po eleganckim garniturze i prestiżowym miejscu zatrudnienia, mógł się zainteresować kimś o wiele ładniejszym, wybrał akurat tę dziewczynę – z pewnością serdeczniejszą i milszą, niż wskazywał jej wygląd.

– Na pewno nie masz ochoty na kawę, Alison? – spytała.

Dziewczyna rozejrzała się, zdziwiona, że ktoś się do niej odezwał, jakby w ogóle zapomniała o obecności Robin.

– Nie, dzięki – odpowiedziała niskim, lecz zaskakująco melodyjnym głosem. – Wiedziałam, że się zdenerwuje – dodała z dziwną satysfakcją. – Próbowałam go odwieść od tego pomysłu, ale nie chciał mnie słuchać. Wygląda na to, że ten tak zwany detektyw właśnie mu odmawia. I dobrze robi.

Widocznie zauważyła zdziwienie Robin, bo wyjaśniła z lekkim zniecierpliwieniem:

– Byłoby lepiej dla Johna, gdyby przyjął do wiadomości fakty. Ona popełniła samobójstwo. Reszta rodziny się z tym pogodziła. Nie wiem, dlaczego on nie potrafi.

Nie było sensu udawać, że Robin nie wie, o czym mowa. Wszyscy słyszeli, co się stało z Lulą Landry. Robin doskonale pamiętała, gdzie była, kiedy się dowiedziała, że w mroźną styczniową noc modelka skoczyła z balkonu: stała przy zlewozmywaku w kuchni w domu swoich rodziców. Wiadomość dotarła do niej przez radio i Robin wydała z siebie cichy okrzyk zdziwienia, a potem wybiegła z kuchni w koszuli nocnej, żeby powiedzieć o tym Matthew, który spędzał u niej weekend. Jak to możliwe, że porusza cię śmierć kogoś, kogo nawet nie znasz? Robin ogromnie podziwiała wygląd Luli Landry. Własna mleczna karnacja nie bardzo jej się podobała. Modelka była śniada, drobnokoścista, olśniewająca i wybuchowa.

– Od jej śmierci minęło niewiele czasu.

– Trzy miesiące – uściśliła Alison, potrząsając egzemplarzem „Daily Express”. – Czy ten człowiek w ogóle jest coś wart?

Robin zauważyła pogardę, z jaką Alison przyglądała się zapuszczonej i niezaprzeczalnie brudnej małej poczekalni. Przed chwilą na monitorze wyświetliła jej się nieskazitelnie czysta, wspaniała kancelaria, w której pracowała ta kobieta. Dlatego odpowiadając, kierowała się raczej szacunkiem dla samej siebie niż pragnieniem wzięcia Strike’a w obronę.

– O, tak – odparła chłodno. – Mało kto może się z nim równać.

Z miną kobiety, która codziennie ma do czynienia ze znacznie bardziej złożonymi i intrygującymi zadaniami, niż Alison mogłaby sobie wyobrazić, rozcięła różową kopertę ozdobioną wizerunkami kociąt.

Tymczasem Strike i Bristow mierzyli się wzrokiem, stojąc po dwóch stronach gabinetu: jeden był wściekły, a drugi próbował znaleźć sposób, by zmienić stanowisko, nie tracąc przy tym szacunku do samego siebie.

– Jedyne, na czym mi zależy, Strike – powiedział Bristow zachrypniętym głosem, jeszcze bardziej czerwieniejąc na twarzy – to sprawiedliwość.

Podziałało to tak, jakby uderzył w boski kamerton: ostatnie słowo zadźwięczało w obskurnym pomieszczeniu, wywołując niedosłyszalną, ale donośną nutę w piersi Strike’a. Bristow znalazł płomyczek, który Strike osłaniał, gdy wszystko inne obracało się w pył. Rozpaczliwie potrzebował pieniędzy, ale Bristow dał mu inny, lepszy powód, by odrzucić skrupuły.

– W porządku. Rozumiem. Naprawdę, John. Rozumiem. Wracaj i siadaj. Jeśli nadal chcesz skorzystać z mojej pomocy, chciałbym ci jej udzielić.

Bristow spiorunował go wzrokiem. W biurze było słychać tylko dalekie pokrzykiwanie robotników na ulicy.

– Chciałbyś, żeby twoja... eee, żona, tak?... do nas dołączyła?

– Nie – odparł Bristow, ciągle jeszcze spięty i z ręką na gałce drzwi. – Alison uważa, że nie powinienem tego robić. W zasadzie nie wiem, czemu tu ze mną przyszła. Pewnie miała nadzieję, że mi odmówisz.

– Usiądź, proszę. Przeanalizujmy to, jak należy.

Bristow się zawahał, ale po chwili ruszył w stronę opuszczonego krzesła.

Samokontrola Strike’a w końcu osłabła i sięgnął po herbatnika czekoladowego, którego w całości wepchnął do ust. Wyjął z szuflady biurka czysty notes, otworzył go zgrabnym ruchem, wziął długopis i zdążył połknąć herbatnika, zanim Bristow ponownie zajął miejsce.

– Mam to wziąć? – spytał, wskazując kopertę, którą Bristow nadal ściskał.

Prawnik podał mu ją, ale tak jakby nie był pewny, czy powinna trafić w ręce takiego człowieka. Strike, który nie chciał przetrząsać jej zawartości przy Bristowie, odłożył kopertę na bok i lekko przyklepał, co miało dowodzić, że stała się cennym elementem dochodzenia, a następnie przygotował się do pisania.

– John, byłoby bardzo dobrze, gdybyś mógł w kilku słowach opisać, co zaszło w dniu śmierci twojej siostry.

Strike, z natury metodyczny i skrupulatny, nauczył się prowadzić śledztwa zgodnie z rygorystycznymi standardami. Po pierwsze, należało pozwolić, by świadek sam przedstawił zdarzenia: nieskrępowany potok słów często ujawniał szczegóły, pozorne niekonsekwencje, które później okazywały się nieocenionymi dowodami. Po pierwszej fali wrażeń i wspomnień nadchodziła pora na rygorystyczne i precyzyjne pozyskiwanie i porządkowanie faktów: ludzi, miejsc, mienia...

– Och – powiedział Bristow, który po gwałtownym wybuchu nie był pewien, od czego zacząć. – W zasadzie to nie... Niech się zastanowię...

– Kiedy ją widziałeś po raz ostatni? – podpowiedział Strike.

– To musiało być... Tak, rano w dniu jej śmierci. Doszło do... Szczerze mówiąc, pokłóciliśmy się, ale dzięki Bogu zdążyliśmy się pogodzić.

– Która to była godzina?

– Wczesna. Nie minęła jeszcze dziewiąta, jechałem do kancelarii. Może za piętnaście dziewiąta?

– A o co się pokłóciliście?

– Och, o jej chłopaka Evana Duffielda. Właśnie do siebie wrócili. Cała rodzina myślała, że to już koniec i bardzo się cieszyliśmy. To okropny człowiek, narkoman chronicznie goniący za sławą. Miał na Lulę najgorszy wpływ, jaki można sobie wyobrazić. Możliwe, że traktowałem ją trochę za ostro, teraz to widzę. Była jedenaście lat młodsza ode mnie. Chciałem ją chronić, rozumiesz. Chyba czasami zachowywałem się jak despota. Ciągle mi powtarzała, że nie rozumiem.

– Czego?

– No cóż... wszystkiego. Miała mnóstwo problemów. Problemy z tym, że ją adoptowano. Z tym, że była czarna i dorastała w białej rodzinie. Mówiła, że mi było łatwiej... Sam nie wiem. Może miała rację.

Oczy za okularami gwałtownie zamrugały.

– W zasadzie ta kłótnia była dalszym ciągiem kłótni, którą zaczęliśmy poprzedniego dnia wieczorem przez telefon. Po prostu nie mogłem uwierzyć, że Lula okazała się taka głupia i wróciła do Duffielda. Kiedy ze sobą zerwali, poczuliśmy ogromną ulgę... No bo biorąc pod uwagę jej problemy z narkotykami, zadawanie się z narkomanem... – Nabrał powietrza. – Nie chciała o tym słyszeć. Jak zwykle. Wściekła się na mnie. Wydała nawet polecenie ochroniarzowi budynku, żeby następnego dnia rano nie wpuścił mnie na górę, ale, no cóż, Wilson i tak pozwolił mi wejść.

Upokarzające – pomyślał Strike. – Być zdanym na litość portiera.

– Nie pojechałbym tam – powiedział Bristow żałosnym tonem, a na jego chudej szyi znowu wystąpiły ciemne plamy – ale musiałem jej oddać kontrakt z Somém. Wcześniej prosiła, żebym go przejrzał, musiała go podpisać... Czasami zupełnie nie dbała o takie sprawy. W każdym razie raczej się nie ucieszyła, że wpuszczono mnie na górę, i znów się pokłóciliśmy, ale dość szybko nam przeszło. Uspokoiła się. Wtedy jej powiedziałem, że powinna odwiedzić mamę. Widzisz, mama właśnie wyszła ze szpitala. Przeszła histerektomię. Lula powiedziała, że chyba wpadnie do niej później, ale nie była pewna. Miała coś do załatwienia.

Bristow wziął głęboki oddech. Jego prawe kolano znowu zaczęło podrygiwać, a dłonie z guzowatymi knykciami ocierały się o siebie, jakby je mył.

– Nie chcę, żebyś myślał o niej źle. Ludzie uważali ją za egoistkę, ale była najmłodsza w rodzinie i dosyć rozpieszczona, a potem zachorowała i naturalnie znalazła się w centrum uwagi. Jeszcze później rzuciła się w wir tego niezwykłego życia, gdzie wszystko i wszyscy kręcili się wokół niej, ciągle ścigali ją paparazzi. To nie było normalne.

– Nie – przyznał Strike.

– W każdym razie powiedziałem Luli, że mama jest otumaniona lekami i cierpi, a ona odparła, że później postara się do niej wpaść. Wyszedłem. Podskoczyłem do kancelarii po akta od Alison, ponieważ tamtego dnia chciałem pracować u mamy, żeby jej dotrzymać towarzystwa. Przed południem zastałem u niej Lulę. Przez chwilę siedziała w sypialni, dopóki nie przyjechał wujek, a potem zajrzała do gabinetu, w którym pracowałem, żeby się pożegnać. Uścisnęła mnie, a później...

Załamał mu się głos i Bristow utkwił wzrok w swoich kolanach.

– Jeszcze kawy? – zaproponował Strike.

Bristow pokręcił pochyloną głową. Chcąc mu dać chwilę, żeby mógł dojść do siebie, Strike wziął tacę i wyszedł.

Gdy zjawił się w poczekalni, dziewczyna Bristowa podniosła głowę znad gazety i zmierzyła go nienawistnym spojrzeniem.

– Jeszcze nie skończyliście? – spytała.

– Jak widać nie – odpowiedział Strike, nie siląc się na uśmiech.

Spiorunowała go wzrokiem, a on zwrócił się do Robin:

– Mógłbym prosić o jeszcze jedną kawę...?

Robin wstała i bez słowa wzięła od niego tacę.

– O wpół do jedenastej John powinien być z powrotem w kancelarii – poinformowała Alison lekko podniesionym głosem. – Musimy stąd wyjść najpóźniej za dziesięć minut.

– Będę to miał na uwadze – zapewnił ją beznamiętnie Strike, po czym wrócił do gabinetu, w którym Bristow siedział jak pogrążony w modlitwie, z pochyloną głową i złożonymi rękami.

– Przepraszam – wymamrotał, kiedy Strike usiadł. – Nadal trudno mi o tym mówić.

– Nie ma sprawy – odrzekł Strike, znowu sięgając po notes. – Więc Lula odwiedziła matkę? O której to było?

– Koło jedenastej. W czasie śledztwa ustalono, co zrobiła potem. Kazała się zawieźć do swojego ulubionego butiku, a potem wróciła do mieszkania. Była tam umówiona ze znajomą wizażystką i dołączyła do nich jej przyjaciółka Ciara Porter. Na pewno ją kojarzysz. To modelka. Ma bardzo jasne włosy. Na jednej z sesji występowały razem jako aniołki. Przypuszczam, że wiesz, o co chodzi: jeśli nie liczyć torebek i skrzydeł, były nagie. Po śmierci Luli Somé wykorzystał jedno z tych zdjęć w swojej kampanii reklamowej. Ludzie uznali, że to było niesmaczne. No więc Lula i Ciara spędziły u Luli popołudnie, a potem wyszły na kolację, gdzie spotkały Duffielda i jeszcze jakichś ludzi. Całą grupą przenieśli się do Uzi, tego klubu nocnego, i wyszli dopiero po północy. Tam Lula pokłóciła się z Duffieldem. Mnóstwo ludzi to widziało. Trochę się z nią szarpał, próbując ją zatrzymać, ale ostatecznie wyszła z klubu sama. Potem wszyscy myśleli, że to on ją wypchnął, ale okazało się, że ma żelazne alibi.

– Został uwolniony od podejrzeń dzięki zeznaniom swojego dilera, prawda? – spytał Strike, nie przerywając pisania.

– Właśnie. No więc... Lula wróciła do domu mniej więcej dwadzieścia po pierwszej. Sfotografowano ją, kiedy wchodziła do środka. Pewnie pamiętasz to zdjęcie. Potem wszędzie je pokazywano.

Strike pamiętał: jedna z najczęściej fotografowanych kobiet, z pochyloną głową i spuszczonym wzrokiem, przygarbiona, mocno opleciona rękami, odwracała się od aparatu. Gdy w końcu stwierdzono samobójstwo, ten wizerunek nabrał makabrycznego wydźwięku: bogata i piękna młoda kobieta niespełna godzinę przed śmiercią usiłowała ukryć swoje nieszczęście przed obiektywami, które dotąd kokietowała i które tak ją uwielbiały.

– Czy pod jej drzwiami zawsze stali fotoreporterzy?

– Tak, zwłaszcza jeśli wiedzieli, że jest z Duffieldem, albo kiedy chcieli ją przyłapać, jak wraca pijana. Ale tamtego wieczoru nie przyszli wyłącznie dla niej. Miał się tam zatrzymać amerykański raper Deeby Macc. Jego wytwórnia płytowa wynajęła apartament pod Lulą. Ostatecznie nawet się tam nie zjawił. Gdy po całym budynku zaczęła się kręcić policja, łatwiej mu było pojechać do hotelu. Ale fotoreporterzy, którzy jechali za Lulą z Uzi, dołączyli do tych czekających na Macca przed wejściem do budynku, więc zebrał się tam spory tłum, tylko że niedługo potem wszyscy się rozeszli. Dostali cynk, że Macc przyjedzie dopiero za kilka godzin. Tamtej nocy było potwornie zimno. Padał śnieg. Temperatura spadła poniżej zera. Więc kiedy Lula runęła z balkonu, na ulicy było pusto.

Bristow zamrugał i upił kolejny łyk zimnej kawy, a Strike pomyślał o paparazzich, którzy zniknęli, zanim zginęła Lula Landry. Ciekawe, pomyślał, za ile by poszło zdjęcie, na którym modelka popełnia samobójstwo. Pewnie można by od razu przejść na emeryturę.

– John, twoja dziewczyna mówi, że musisz gdzieś być o wpół do jedenastej.

– Co?

Bristow najwyraźniej odzyskał zmysły. Spojrzał na drogi zegarek i wydał z siebie zduszony okrzyk.

– Dobry Boże, nie miałem pojęcia, że siedzę tu tyle czasu. Co... co teraz? – spytał, sprawiając wrażenie lekko oszołomionego. – Przeczytasz moje zapiski?

– Tak, jasne – zapewnił go Strike. – I odezwę się za parę dni, po przeprowadzeniu wstępnego rozpoznania. Przypuszczam, że będę miał wtedy o wiele więcej pytań.

– W porządku – powiedział Bristow, niepewnie podźwigając się z miejsca. – Proszę, to moja wizytówka. W jakiej formie chciałbyś otrzymać wynagrodzenie?

– Będzie super, jeśli zechcesz zapłacić za miesiąc z góry – powiedział Strike.

Tłumiąc leciutkie ukłucie wstydu i przypominając sobie, że Bristow sam zaproponował podwójną stawkę, wymienił astronomiczną kwotę, która, ku jego ogromnej radości, nie skłoniła Bristowa do targowania się, spytania, czy przyjmuje karty kredytowe ani nawet do obiecania, że podrzuci pieniądze później, lecz jedynie do sięgnięcia po prawdziwą książeczkę czekową i długopis.

– A gdyby, powiedzmy, jedna czwarta tej kwoty została wypłacona gotówką... – dodał Strike, kusząc los, po czym osłupiał po raz drugi tego ranka, gdy Bristow odparł:

– Zastanawiałem się, czy nie będziesz wolał...

I odliczył plik pięćdziesiątek, który dorzucił do czeku.

Otworzyli drzwi w chwili, gdy Robin miała właśnie wejść do środka z gorącą kawą dla Strike’a. Dziewczyna Bristowa wstała i złożyła gazetę z miną osoby, której kazano zbyt długo czekać. Wzrostem prawie dorównywała Bristowowi, miała potężną sylwetkę, niezadowoloną minę i duże, męskie dłonie.

– Więc jednak się pan zgodził? – spytała Strike’a.

Odniósł wrażenie, że kobieta podejrzewa go o chęć wykorzystania jej bogatego chłopaka. Bardzo możliwe, że miała rację.

– Tak, John mnie zatrudnił – odparł.

– No cóż – powiedziała opryskliwie. – Domyślam się, że jesteś zadowolony, John.

Prawnik uśmiechnął się do niej, a ona westchnęła i poklepała go po ramieniu jak tolerancyjna, lecz lekko poirytowana matka. John Bristow podniósł rękę na pożegnanie i wyszedł z biura w ślad za swoją dziewczyną, a na metalowych schodach coraz ciszej pobrzmiewały ich kroki.

5

Strike odwrócił się do Robin, która usiadła z powrotem przy komputerze. Jego kawa stała na biurku obok ułożonych w rządek stosików starannie posortowanej korespondencji.

– Dzięki – powiedział, upijając łyk. – Za informacje też. Czemu pracujesz jako tymczasowa?

– Jak to: czemu? – spytała podejrzliwie.

– Znasz ortografię i interpunkcję. Szybko się uczysz. Wykazujesz inicjatywę. Skąd wzięłaś filiżanki i tacę? Kawę i herbatniki?

– Pożyczyłam to wszystko od pana Crowdy’ego. Obiecałam oddać przed lanczem.

– Od kogo?

– Pan Crowdy to sąsiad z dołu. Ten grafik.

– I tak po prostu ci to dał?

– Tak – powiedziała, nieco urażona. – Pomyślałam, że skoro zaproponowaliśmy klientowi kawę, powinniśmy mu ją zapewnić.

Zaimek w liczbie mnogiej połechtał jego morale.

– No cóż, taka zaradność zdecydowanie przewyższa wszystko, co do tej pory podsyłały tu Tymczasowe Rozwiązania, wierz mi. Przepraszam, że ciągle mówiłem do ciebie Sandra, tak miała na imię poprzednia dziewczyna. Jak się naprawdę nazywasz?

– Robin.

– Robin – powtórzył. – Rudzik. Łatwo zapamiętać.

Przyszło mu do głowy, żeby zrobić żartobliwą aluzję do Batmana i jego niezawodnego pomagiera, ale ten słaby żarcik zastygł mu na ustach, bo twarz Robin poczerwieniała jak burak. Zbyt późno zdał sobie sprawę, że jego niewinne słowa mogły wzbudzić bardzo niefortunne skojarzenie. Robin pospiesznie obróciła fotel z powrotem w stronę monitora i Strike widział już tylko skrawek jej płonącego policzka. W jednej zastygłej chwili obopólnego zażenowania biuro skurczyło się do wielkości budki telefonicznej.

– Muszę na chwilę wyskoczyć – odezwał się Strike, odstawiając niedopitą kawę, i wycofał się rakiem w kierunku drzwi, sięgając po wiszący obok nich płaszcz. – Jeśli ktoś zadzwoni...

– Panie Strike, zanim pan wyjdzie, chyba powinien pan coś zobaczyć.

Robin, wciąż zarumieniona, sięgnęła do sterty otwartych listów obok komputera i wzięła leżącą na wierzchu jaskraworóżową kartkę wraz z pasującą do niej kopertą, które wcześniej umieściła w czystej foliowej koszulce. Gdy ją podnosiła, Strike zauważył na jej palcu pierścionek zaręczynowy.

– Ktoś grozi panu śmiercią – powiedziała.

– A, tak – odparł Strike. – Nie ma się czym przejmować. Przychodzą średnio raz w tygodniu.

– Ale...

– To niezadowolony były klient. Trochę stuknięty. Myśli, że zmyli mnie tą papeterią.

– Nie powinien pan tego pokazać policji?

– Żeby mieli się z czego śmiać?

– To nie jest śmieszne, ktoś grozi panu śmiercią! – powtórzyła, a wtedy Strike zrozumiał, czemu włożyła list razem z kopertą do foliowej koszulki. Trochę go to wzruszyło.

– Po prostu dorzuć go do pozostałych – odparł, pokazując stojącą w kącie szafę na dokumenty. – Gdyby naprawdę zamierzał mnie zabić, już by to zrobił. Znajdziesz tam jego listy z ostatniego półrocza. Poradzisz sobie sama, jeśli na chwilę wyjdę?

– Jakoś wytrzymam – powiedziała, a jego rozbawił cierpki ton jej słów połączony z widocznym rozczarowaniem tym, że nikt nie zamierza zdjąć odcisków palców z ozdobionego kotkami listu pełnego pogróżek.

– Jeśli będziesz mnie potrzebowała, numer mojej komórki jest na wizytówkach w górnej szufladzie.

– W porządku – odparła, nie patrząc ani na szufladę, ani na niego.

– A jeśli będziesz chciała wyjść na lancz, nie krępuj się. Gdzieś w biurku jest zapasowy klucz.

– Okej.

– No to do zobaczenia.

Zatrzymał się tuż za przeszklonymi drzwiami, na progu maleńkiej zawilgoconej łazienki. Ciśnienie w jelitach zaczynało sprawiać mu ból, ale uznał, że Robin należą się pewne względy w podziękowaniu za jej zaradność i bezinteresowną troskę o jego bezpieczeństwo. Postanowił więc się wstrzymać i pójść do pubu.

Na ulicy zapalił papierosa, skręcił w lewo i minąwszy zamknięty 12 Bar Café, przeszedł wąskim Denmark Place obok witryny z różnokolorowymi gitarami i ścian pokrytych łopoczącymi ulotkami, oddalając się od uporczywego dudnienia młota pneumatycznego. Okrążając zagruzowaną i rozkopaną ulicę tuż przy Centre Point, przemaszerował do Dominion Theatre po drugiej stronie ulicy. Przy wejściu stał olbrzymi złoty pomnik, który przedstawiał Freddiego Mercury’ego z pochyloną głową i uniesioną pięścią, kojarzącego się z jakimś pogańskim bogiem chaosu.

Zdobiona wiktoriańska fasada pubu Tottenham wznosiła się nad gruzem i robotami drogowymi. Strike, przyjemnie świadomy obecności wielkiej kwoty pieniędzy w swojej kieszeni, wparował do środka i znalazł się w pogodnej wiktoriańskiej atmosferze mosiężnych okuć i lśniących, krętych ornamentów z ciemnego drewna. Niskie przepierzenia z matowego szkła, wiekowe skórzane ławy, barowe lustra w pozłacanych ramach, cherubiny i rogi obfitości opowiadały o niezawodnym, uporządkowanym świecie, który przyjemnie kontrastował z rozbebeszoną ulicą. Strike zamówił kufel doom bara i poniósł go w głąb prawie zupełnie opustoszałego pubu, a następnie, postawiwszy piwo na wysokim okrągłym stoliku pod pstrokatą szklaną kopułą sufitu, ruszył prosto do męskiej toalety, która mocno zalatywała moczem.

Dziesięć minut później Strike, znacznie bardziej odprężony, był już o jedną trzecią bliżej końca kufla piwa, które pogłębiło jego zmęczenie. Kornwalijskie piwo smakowało domem, spokojem i dawno utraconym bezpieczeństwem. Dokładnie naprzeciwko niego wisiał ogromny i niewyraźny obraz, na którym tańczyła wiktoriańska dziewica z różami w dłoniach. Kokieteryjnie podrygując, spoglądała na niego zza deszczu płatków. Jej olbrzymie piersi były obleczone bielą i miała tyle wspólnego z prawdziwą kobietą co stolik, na którym stało jego piwo, albo co otyły facet z kucykiem obsługujący nalewaki za barem.

Wszystkie myśli Strike’a popłynęły z powrotem ku Charlotte, która bez wątpienia była prawdziwa. Prawdziwa, piękna, niebezpieczna jak osaczona lisica, bystra, chwilami zabawna i – jak stwierdził najstarszy przyjaciel Strike’a – „popieprzona do szpiku kości”. Czy tym razem to był koniec, naprawdę koniec? Siedząc w kokonie zmęczenia, Strike wspominał sceny z poprzedniego wieczoru i ranka. W końcu zrobiła coś, czego nie potrafił wybaczyć, i wiedział, że gdy znieczulenie przestanie działać, ból bez wątpienia okaże się potworny. Tymczasem jednak należało się zmierzyć z praktyczną stroną tej zmiany. Dotychczas mieszkał u Charlotte, w jej stylowym, drogim dwupoziomowym mieszkaniu przy Holland Park Avenue, a to oznaczało, że od drugiej w nocy dobrowolnie stał się bezdomny.

(Po prostu zamieszkaj u mnie, Rudzielcu. Na litość boską, sam wiesz, że to dobre rozwiązanie. Będziesz mógł zaoszczędzić i rozkręcić interes, a ja o ciebie zadbam. Nie powinieneś wracać do zdrowia w samotności. Nie bądź niemądry, Rudzielcu...

Już nikt nigdy nie nazwie go Rudzielcem. Rudzielec umarł).

Po raz pierwszy w długiej i burzliwej historii ich związku to on odszedł od niej, a nie odwrotnie. Wcześniej Charlotte trzy razy mówiła: dość. Zawsze towarzyszyła im milcząca świadomość, że jeśli kiedykolwiek odejdzie Strike – jeśli to on uzna, że nie chce tego dłużej ciągnąć – rozstanie będzie miało zupełnie inny charakter niż wszystkie rozstania inicjowane przez Charlotte – tamte, choć bolesne i nieprzyjemne, nigdy nie wydawały się ostateczne.

Wiedział, że Charlotte nie spocznie, póki się nie zemści, raniąc go najmocniej, jak tylko zdoła. Poranna scena, gdy wytropiła go w agencji, niewątpliwie stanowiła jedynie przedsmak tego, co miało nastąpić w najbliższych miesiącach, a nawet latach. Nie znał nikogo z większym apetytem na zemstę.

Pokuśtykał do baru, zamówił drugi kufel i wrócił do stolika, by dalej snuć ponure myśli. Odejście od Charlotte postawiło go na skraju prawdziwego ubóstwa. Był tak bardzo zadłużony, że od śpiwora w bramie dzielił go jedynie John Bristow. Gdyby Gillespie zażądał zwrotu pożyczki, dzięki której Strike wpłacił zaliczkę za biuro, to detektywowi nie pozostałoby nic innego, jak tylko zacząć spać na ulicy.

(Dzwonię, żeby sprawdzić, co u pana słychać, panie Strike, w tym miesiącu nie wpłynęła jeszcze pańska rata... Czy możemy się jej spodziewać w ciągu kilku najbliższych dni?)

I wreszcie (skoro już zaczął się przyglądać niedoskonałościom swojego życia, czemu nie miałby przeprowadzić kompleksowej analizy?) ostatnio przybrał na wadze. Całe dziewięć i pół kilo. Czuł się z tego powodu nie tylko gruby i powolny, lecz także niepotrzebnie dodatkowo obciążał protezę nogi, którą teraz opierał na mosiężnym drążku pod stolikiem. Strike zaczynał lekko utykać tylko dlatego, że nadprogramowy ciężar doprowadził do otarcia. Długi spacer przez Londyn w środku nocy ze sportową torbą na ramieniu na pewno mu nie pomógł. Wiedząc, że zmierza ku nędzy, postanowił dotrzeć do celu w najtańszy sposób.

Poszedł do baru po trzeci kufel. Wróciwszy do stolika pod kopułą, wyjął komórkę i zadzwonił do kumpla z londyńskiej policji, z którym przyjaźń połączyła go zaledwie kilka lat temu, ale za to w wyjątkowych okolicznościach.

Tak jak Charlotte była jedyną osobą, która nazywała go Rudzielcem, tak komisarz Richard Anstis był jedynym człowiekiem nazywającym Strike’a Tajemniczym Bobem i właśnie to przezwisko wykrzyczał do słuchawki na dźwięk głosu przyjaciela.

– Potrzebuję informacji – powiedział Strike.

– Wal.

– Kto prowadził sprawę Luli Landry?

Szukając numeru telefonu, Anstis spytał Strike’a o interesy, prawą nogę i narzeczoną. Strike skłamał na temat wszystkich trzech.

– Miło to słyszeć – odrzekł wesoło Anstis. – Okej, to numer Wardle’a. Gość jest w porządku. Zakochany w sobie, ale lepiej uderzyć do niego niż do Carvera. Carver to cipa. Mogę szepnąć Wardle’owi słówko. Jeśli chcesz, od razu do niego zadzwonię.

Strike wyciągnął turystyczną ulotkę z drewnianego stojaka przy ścianie i zapisał numer Wardle’a obok zdjęcia Horse Guards.

– Kiedy wpadniesz? – spytał Anstis. – Przyprowadź kiedyś Charlotte.

– Tak, byłoby super. Zadzwonię. Na razie mam mnóstwo roboty.

Rozłączywszy się, Strike na chwilę pogrążył się w myślach, a potem zadzwonił do kogoś, kogo znał o wiele dłużej niż Anstisa i kogo życie poprowadziło w zupełnie przeciwnym kierunku.

– Dzwonię, bo chcę cię prosić o przysługę, stary – powiedział Strike. – Potrzebuję informacji.

– Na jaki temat?

– Ty mi powiedz. Szukam czegoś, czym mógłbym zachęcić glinę do współpracy.

Rozmowa trwała dwadzieścia pięć minut. Składało się na nią wiele chwil milczenia, które coraz bardziej się wydłużały i były coraz bardziej wymowne, aż w końcu Strike dostał przybliżony adres i dwa nazwiska, które też zapisał obok Horse Guards, oraz przestrogę, której nie zanotował, lecz przyjął zgodnie z duchem, w jakim najprawdopodobniej została wypowiedziana. Rozmowa zakończyła się w przyjaznym tonie i Strike, ziewając z szeroko otwartymi ustami, wybrał numer Wardle’a. Prawie natychmiast w słuchawce odezwał się donośny szorstki głos.

– Wardle.

– Witam. Jestem Cormoran Strike i...

– Kto?

– Cormoran Strike – powtórzył Strike. – Tak się nazywam.

– A, jasne – powiedział Wardle. – Przed chwilą dzwonił Anstis. Jesteś tym prywatnym detektywem? Podobno chcesz porozmawiać o Luli Landry?

– Zgadza się – potwierdził Strike i powstrzymując następne ziewnięcie, zaczął oglądać malunki na suficie: bachiczne hulanki, które gdy się przyjrzał, okazały się ucztą wróżek. Sen nocy letniej, człowiek z głową osła. – Ale najbardziej zależy mi na kartotece.

Wardle się roześmiał.

– To nie ja zawdzięczam ci pieprzone życie, koleś.

– Mam informacje, które mogą cię zainteresować. Pomyślałem, że zrobimy wymianę.

Nastąpiło krótkie milczenie.

– Zakładam, że nie chcesz przeprowadzać tej wymiany przez telefon?

– Zgadza się – potwierdził Strike. – Może miałbyś ochotę napić się gdzieś piwa po ciężkim dniu pracy?

Strike zapisał nazwę pubu niedaleko Scotland Yardu i oznajmiając, że za tydzień (z braku szans na wcześniejszy termin) też mu pasuje, zakończył połączenie.

Ale nie zawsze tak było. Jeszcze dwa lata temu potrafił zmusić do uległości świadków i podejrzanych. Był takim facetem jak Wardle: jego czas miał większą wartość niż czas większości osób, z którymi się zadawał, i to on mógł wybierać, kiedy i gdzie dojdzie do rozmowy oraz jak długo będzie trwała. Podobnie jak Wardle, nie potrzebował munduru – stale otaczała go aura biurokracji i prestiżu. A teraz był utykającym gościem w pogniecionej koszuli wykorzystującym dawne znajomości i próbującym ubijać interesy z policjantami, którzy kiedyś z radością odbieraliby od niego telefony.

– Dupek – powiedział na głos do kufla rozbrzmiewającego echem. Trzecie piwo spłynęło mu do gardła z taką łatwością, że na dnie została już tylko resztka.

Zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz i zobaczył numer agencji. Robin na pewno próbowała mu powiedzieć, że Peter Gillespie upomniał się o pieniądze. Od razu przełączył ją na pocztę głosową, opróżnił kufel i wyszedł.

Na ulicy było jasno i zimno, chodnik zrobił się wilgotny, a kałuże mieniły się srebrem, bo po niebie przemykały chmury. Strike wyszedł z pubu, zapalił następnego papierosa i stał na progu Tottenham, zaciągając się i patrząc na robotników, którzy krążyli wokół dziury w ziemi. Gdy skończył palić, ruszył na spacer po Oxford Street, czekając, aż Tymczasowe Rozwiązanie pójdzie do domu i będzie mógł się spokojnie wyspać.

6

Robin odczekała dziesięć minut, aby się upewnić, że Strike nie zawróci, a potem wykonała kilka rozkosznych telefonów ze swojej komórki. Przyjaciółki przyjmowały wieść o jej zaręczynach albo piskiem, albo pełnymi zazdrości komentarzami i obie te reakcje sprawiały Robin wielką przyjemność. W porze lanczu pozwoliła sobie na godzinną przerwę, kupiła paczkę herbatników do zwrotu grafikowi (zakładając za Strike’a czterdzieści dwa pensy, gdyż w kasetce, czyli w oznakowanej puszce po ciastkach, nie znalazła pieniędzy) oraz trzy pisma dla przyszłych panien młodych. Gdy wróciła do pustej agencji, cała podekscytowana spędziła w szczęściu czterdzieści minut, oglądając bukiety i suknie ślubne.

Kiedy jej samowolna przerwa na lancz dobiegła końca, Robin umyła filiżanki i tacę, po czym oddała je panu Crowdy’emu razem z odkupionymi herbatnikami. Zauważywszy, z jaką gorliwością próbował ją zatrzymać rozmową podczas tej drugiej wizyty i jak błądził wzrokiem od jej ust do piersi, postanowiła go unikać przez resztę tygodnia.

Strike nadal nie wracał. Szukając jakiegoś zajęcia, Robin uporządkowała zawartość szuflad w biurku, wyrzucając to, co uznała za odpadki zgromadzone przez inne tymczasowe sekretarki: dwie kostki zakurzonej czekolady mlecznej, spiłowany pilniczek do paznokci oraz mnóstwo karteczek z anonimowymi numerami telefonów i bazgrołami. Było tam też pudełko staromodnych metalowych klipsów do papieru, jakich jeszcze nigdy nie widziała, i pokaźna liczba czystych niebieskich notesików, które mimo braku zapisków roztaczały atmosferę biurokracji. Robin, obyta w biurowym świecie, podejrzewała, że zostały podprowadzone z szafki w jakiejś instytucji.

Od czasu do czasu w agencji dzwonił telefon. Wyglądało na to, że jej nowy szef jest człowiekiem o wielu imionach. Jeden człowiek pytał o  „Oggy’ego”, inny o „Żółwia”, a jakiś oschły urywany głos poprosił, żeby „pan Strike” jak najszybciej oddzwonił do pana Petera Gillespiego. Robin za każdym razem telefonowała na komórkę Strike’a, ale łączyła się jedynie z pocztą głosową. Zostawiła zatem wiadomości głosowe, zapisała nazwiska i numery rozmówców na samoprzylepnej karteczce, zaniosła ją do gabinetu Strike’a i starannie przykleiła do biurka.

Za oknem bez końca dudnił młot pneumatyczny. Około drugiej sufit zaczął skrzypieć, gdyż uaktywnił się lokator z mieszkania piętro wyżej. Poza tym Robin była chyba sama w całym budynku. Po jakimś czasie osamotnienie połączone z czystą radością, która groziła rozerwaniem klatki piersiowej, ilekroć spojrzenie Robin padało na pierścionek na palcu lewej ręki, dodało jej odwagi. Zaczęła sprzątać i porządkować maleńkie pomieszczenie znajdujące się pod jej tymczasową kontrolą.

Mimo ogólnego zapuszczenia i dominującego w biurze brudu Robin szybko odkryła wyraźną strukturę organizacyjną, która ucieszyła jej schludną i poukładaną naturę. Tekturowe teczki (dziwnie staromodne w epoce jaskrawego plastiku) ustawione na półkach za jej biurkiem uporządkowano chronologicznie, każda miała na grzbiecie napisany odręcznie numer seryjny. Otworzyła jedną z nich i zobaczyła, że metalowe klipsy służą do spinania luźnych kartek w poszczególnych teczkach. Większość materiałów w środku została spisana zwodniczym, trudnym do odczytania pismem. Może właśnie tak pracowała policja. Może Strike był kiedyś policjantem.

W środkowej szufladzie szafy na dokumenty, obok cienkiego pliku umów o poufności, odkryła stertę różowych listów z pogróżkami, o których wspomniał Strike. Wyjęła jedną z umów i przeczytała: prosty formularz zobowiązywał sygnatariusza do powstrzymania się od rozmów na temat osób i informacji, z którymi mógł się zetknąć podczas pracy. Po zastanowieniu Robin starannie podpisała i opatrzyła datą jeden z egzemplarzy, zaniosła go do gabinetu Strike’a i położyła na biurku, żeby mógł dopisać swoje nazwisko w wykropkowanym miejscu. Złożywszy to jednostronne przyrzeczenie poufności, na nowo poczuła aurę tajemnicy, a nawet prestiżu, którą spodziewała się zastać za przeszklonymi drzwiami, zanim gwałtownie się otworzyły i Strike o mało nie zrzucił jej ze schodów.