Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Arcydzieło horroru. Czwarty tom sagi “blackwater”.
Klasyka współczesnej powieści grozy i ukoronowanie bogatej i różnorodnej twórczości porównywanego z H.P. Lovecraftem Michaela Mcdowella.
Mroczna saga rodzinna, której akcja rozgrywa się na przestrzeni pięćdziesięciu lat w miasteczku Perdido w stanie Alabama, gdzie w niedzielę Wielkanocną 1919 roku podczas wielkiej powodzi pojawia się tajemnicza nieznajoma…
Rok 1939. Dla rodziny Caskeyów rozpoczęła się nowa era. Nieustępliwa determinacja Elinor i lata zmagań w końcu zaczynają przynosić efekty: dawne animozje wygasły, a miasto jest gotowe na zmiany. Konflikt w Europie sprowadził do Perdido nowych mieszkańców, przybyli z daleka i pragną zyskać przychylność potężnej rodziny. Jednak bliska relacja z Caskeyami ma swoją cenę i wkrótce pojawi się pytanie: kiedy blisko oznacza zbyt blisko...
Saga „Blackwater”, po latach odkryta na nowo, stała się bestsellerem w wielu krajach – w samej Europie sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy.
Wyjątkowa niespodzianka dla miłośników literatury grozy w najlepszym, klasycznym stylu. Wspaniałe – wysmakowane estetycznie i edytorsko – ilustrowane wydanie sześciotomowej sagi „Blackwater” Michaela McDowella, cenionego przez Stephena Kinga scenarzysty (autora między innymi scenariuszy do „Soku z żuka” i „Miasteczka Halloween” Tima Burtona, serialu telewizyjnego „Opowieści z krypty”, czy filmowej adaptacji powieści „Chudszy” Kinga) oraz powieściopisarza, tworzącego głównie horrory w nurcie amerykańskiego południowego gotyku.
Fascynująca. Przerażająca. Po prostu wspaniała! Stephen King
Bez cienia wątpliwości jeden z absolutnie najlepszych autorów horrorów. Peter Straub
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 192
Michael McDowell
(1950–1999)
Amerykański pisarz pochodzący z Alabamy, często porównywany do H.P. Lovecrafta. Studiował anglistykę na Harvardzie, a w 1978 roku uzyskał tytuł doktora literatury angielskiej na Uniwersytecie Brandeisa.
Zadebiutował w 1979 roku powieścią The Amulet, ale największą popularność przyniosły mu horrory napisane w stylu nazywanym „gotykiem amerykańskiego Południa”: Cold Moon Over Babylon, Żywiołaki oraz cykl Blackwater. Łącznie – pod własnym nazwiskiem i pseudonimami – McDowell napisał ponad 30 powieści. Jego ostatnią książkę, Candles Burning, dokończyła po śmierci pisarza żona Stephena Kinga, Tabitha King.
W 1985 roku zaczął pisać scenariusze dla telewizji: do seriali Opowieści z ciemnej strony, Opowieści z krypty i Alfred Hitchcock przedstawia. Jest również autorem scenariuszy filmowych, między innymi do Soku z żuka Tima Burtona oraz do słynnego filmu animowanego Miasteczko Halloween.
Tytuł oryginału: BLACKWATER IV. THE WAR
Copyright © Michael McDowell 1983
This edition published by arrangement with The Otte Company through Piergiorgio Nicolazzini Literary Agency (PNLA) in coniunction with a Book/Lab Literary Agency, Poland
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026
Polish translation copyright © Izabela Matuszewska 2026
All rights reserved
REDAKCJA: Marzena Wasilewska
KOREKTA: Dorota Jakubowska, Sabina Raczyńska
PROJEKT OKŁADKI: Pedro Oyarbide & Monsieur Toussaint
ADAPTACJA OKŁADKI: Kasia Meszka
ILUSTRACJE W KSIĄŻCE: Kasia Meszka
PROJEKT TYPOGRAFICZNY I SKŁAD: H. Meszka
ISBN 978-83-8439-121-1
2026. Wydanie I
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa
wydawnictwoalbatros.com
Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana ani w częściach, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Mamie El
Bachantka kocha – i zaciekle broni się przed natarczywością miłości. Kocha... i zabija. Z głębin seksu, z mrocznej, pierwotnej walki płci wyłania się owo rozszczepienie i rozdwojenie kobiecej duszy, w którym po raz pierwszy odnajduje ona pełnię oraz pierwotną jedność swej kobiecej świadomości. Tragedia zrodziła się tedy z samopotwierdzenia żeńskiego pierwiastka jako diady.
Wiaczesław Iwanow Esencja tragedii
Wycisnę słodycz z swego serca, Wchłonę grozę; Miłość, myśli niewieście zabiję, W duszy zachowam ich ciała gnijące, By toczyły je robaki i żądliły; choć z postaci nie mężczyzna, Z nienawiści spłodzę hordy: Zostanę ojcem świata duchów, I groby wypełnię zwłokami.
Thomas Lovell Beddoes
Minęły dwa lata od śmierci Mary-Love. Przez kilka miesięcy po pogrzebie Caskeyowie uważnie obserwowali zmiany i modyfikacje, które nieuchronnie następowały w strukturze rodziny. Transformacja była powolna i subtelna. Elinor, Oscar i Frances niewiele się zmienili, natomiast Elinor wyraźnie złagodniała w obejściu od czasu, gdy jej rywalka – i największy wróg – została ostatecznie pokonana. Frances miała szesnaście lat, chodziła do drugiej klasy liceum, a trzy lata, które spędziła w łóżku, złożona dziecięcym artretyzmem, wydawały się dalekie i mgliste i tylko od czasu do czasu budziły niepokojące wspomnienia.
Mieszkająca w sąsiednim domu Siostra nie wróciła do męża. Early regularnie przyjeżdżał do Perdido na Boże Narodzenie, a czasami również przy innych okazjach w ciągu roku, ale za każdym razem stawali się coraz bardziej sobie obcy. Nikt jednak oficjalnie nie uznał ich separacji.
– Early tak często podróżuje, że nie mam szans za nim nadążyć – powtarzała Siostra. – Wolę zostać w Perdido, gdzie Miriam mnie potrzebuje.
To ostatnie stwierdzenie nie było całkiem prawdziwe, ponieważ osiemnastoletnia Miriam uważała, że nikogo nie potrzebuje. Czuła się prawdziwą dziedziczką Mary-Love Caskey. W spadku przypadło jej coś ważniejszego niż pieniądze i papiery wartościowe, które zostały podzielone równo między Siostrę i Oscara – odziedziczyła dom, a także wrogość wobec Elinor, choć ta była jej matką. Miriam nie odzywała się do niej, kiedy mijały się na ulicy, nie machała, gdy widziały się z okien. Nie chętnie odpowiadała ojcu skinieniem głowy i nigdy nie zabrakło jej okrutnego słowa dla Frances, z którą chodziła do szkoły.
Siostra i jej bezduszna bratanica tworzyły nieszczęśliwą rodzinę, żyjącą pod jednym dachem w nieustannym napięciu, skuloną pod piętrzącą się nad ich głowami chmurą własnych sekretów. Siostra nie chciała się przyznać nawet przed Miriam, że nie kocha już męża i z trudem znosi choćby jego krótkie wizyty w Perdido. Miriam powstrzymywała się przed zadeklarowaniem otwartej wojny z Elinor wyłącznie ze strachu, że matka zmiażdży ją swymi nieporównanie wyższymi umiejętnościami strategicznymi i doświadczeniem bojowym.
W trzecim domu Caskeyów James postarzał się o całe dziesięciolecia. Mimo to czuł się szczęśliwy, wychowując siostrzeńca zmarłej żony, który skończył właśnie czternaście lat. Danjo kochał wuja i nigdy nie zrobił niczego, co mogłoby go rozczarować lub rozgniewać. Za to jego starsze rodzeństwo – Malcolm i Lucille – przysparzali matce, Queenie Strickland, nieustannych zmartwień. Malcolm miał dwadzieścia lat i wyglądało na to, że do niczego się nie nadaje. Dostał kiedyś pracę w Cantonement, ale po tygodniu go wyrzucili. Kolejną posadę, w Pensacoli, stracił jeszcze szybciej. Wrócił do matki w Perdido i zaczął ją błagać, żeby załatwiła mu pracę w tartaku. Teraz obsługiwał rębak, ale przy tej niebezpiecznej maszynie groziła mu z powodu ciągłego rozkojarzenia utrata ręki albo nawet obu. Osiemnastoletnia Lucille nadal wdzięczyła się i utyskiwała, ale była ładna, mimo ziemistej cery. Roztaczała swoje skromne wdzięki za ladą ze słodyczami w sklepie Bena Franklina i codziennie wnosiła do domu smród zjełczałego tłuszczu z popcornu. Zarówno jej, jak i Malcolmowi doskwierała świadomość, że wykonują takie poślednie prace. Należeli przecież do wszechpotężnego klanu Caskeyów.
Jako właściciele jedynego przedsiębiorstwa w mieście Caskeyowie mogliby uchodzić za właścicieli całego miasta. A jednak nic w ich sposobie życia na to nie wskazywało. Z delikatności wobec okolicznych mieszkańców, którzy na co dzień borykali się z ciężkimi warunkami, Caskeyowie nie obnosili się z bogactwem. Lata wielkiego kryzysu minęły i udało im się przetrwać, co w tych ubogich rejonach kraju należało uznać za sukces. Tartaki Turków i DeBordenave’ów, które działały przez dziesiątki lat, upadły, a ich maszyny, ziemie i pracowników przejęli świetnie prosperujący Caskeyowie. Po śmierci Mary-Love James przekazał wszystkie sprawy związane z pracą tartaku w ręce siostrzeńca, Oscara. Przestał jeździć do biura i całymi dniami przesiadywał na werandzie razem ze szwagierką, Queenie.
Przez ostatnie kilka lat Oscar zarządzał firmą bardzo ostrożnie, balansując na krawędzi bezpieczeństwa i ryzyka, korzystając z drobnych okazji, które się z rzadka nadarzały. Każdego zarobionego centa inwestował w rozwój i modernizację firmy lub zakup lasów. Przed 1938 rokiem Caskeyowie prowadzili wiele pobocznych przedsięwzięć, lecz ani tartak, ani fabryka okien, słupków ogrodzeniowych i słupów energetyczno-telefonicznych – zakłady będące w szczytowej formie i być może najbardziej zaawansowane technologicznie w kraju – nie wykorzystywały więcej niż jedną czwartą zdolności produkcyjnych. Robotnicy nierzadko wracali do domów w południe, ale dostawali wypłatę za cały dzień pracy. Caskeyowie posiadali teraz sto czterdzieści tysięcy hektarów lasów w pięciu hrabstwach Alabamy i Florydy, lecz wyrąb nigdy nie postępował dalej niż dziesięć kilometrów od Perdido – tak niewiele było zamówień.
Siostra i James nie potrzebowali zbyt wiele pieniędzy, ponieważ wiedli skromny i spokojny żywot, lecz nawet żeby dostać tak niewiele, musieli się zwracać do Oscara i dostawali od niego niezbędne minimum w gotówce o niskich nominałach. Układ ten wydawał się Siostrze i Jamesowi dziwny, ponieważ gospodarstwa Caskeyów nigdy nie musiały znosić podobnych ograniczeń. W końcu James zapytał bratanka, czy na pewno obiera właściwy kierunek w zarządzaniu majątkiem rodziny, na co Oscar odparł:
– Inwestuję każdego centa.
– Wiem o tym – powiedziała Siostra. – Ale czy nie powinniśmy mieć jakichś rezerw?
– W obecnej chwili nas na to nie stać – odrzekł Oscar. – Musimy mieć pewność, że kiedy kraj się w końcu podźwignie z kryzysu, my też staniemy na nogi i będziemy gotowi do działania.
– Ten kraj grzęźnie w depresji od dziesięciu lat – zauważył stanowczo James. – Co twoim zdaniem może go postawić na nogi? Nie martwię się o siebie, bo ja sobie zawsze poradzę. Ale chcę mieć pewność, że nie ucierpią na tym Elinor, Frances, Siostra i Miriam. Co będzie z Danjem, Queenie i jej dziećmi, jeśli coś mi się stanie?
– Czy wy mi w ogóle nie ufacie?! – zawołał Oscar. – Chyba wiecie, co próbuję zrobić?
– Nie – odparła Siostra. – Myślę, że ani ja, ani James nie mamy pojęcia, co próbujesz zrobić.
– Owszem, nie wiem – potwierdził James.
– Próbuję zarobić dla nas fortunę – oznajmił Oscar.
– Po co? – spytała Siostra. – Pięć lat temu, kiedy wszyscy klepali biedę, mieliśmy tyle pieniędzy, ile można sobie było zamarzyć, oczywiście będąc przy zdrowych zmysłach. Teraz nam mówisz, że wszystko idzie dobrze, ale jak chcę wysłać Ivey po butelkę mleka, to muszę iść do tartaku i prosić cię o drobne.
– To przejściowe trudności – zapewnił ją brat. – Poza tym sama dobrze wiesz, że nie jest aż tak źle, jak to przedstawiasz.
– A co będzie, jak wszystko diabli wezmą? – spytał James. – Co wtedy zrobimy?
– Nie wezmą. Dajcie mi trochę czasu i pozwólcie spokojnie nad tym popracować. Wy tego nie widzicie, ale nasza przyszłość maluje się w różowych barwach.
Rzeczywiście James i Siostra tego nie widzieli, postanowili jednak na razie powściągnąć złe przeczucia i zaufać Oscarowi.
– W końcu co innego możemy zrobić? – zapytał James Siostrę po rozmowie z Oscarem.
O ile stryj i siostra Oscara mieli poważne wątpliwości i nie okazywali mu wsparcia w kwestiach zarządzania tartakiem, o tyle zawsze mógł liczyć na wiarę i zaufanie żony.
– Znam cię i wiem, że postępujesz właściwie – zapewniała go nieodmiennie Elinor.
Wszyscy Caskeyowie brali udział w uroczystości ukończenia przez Miriam szkoły średniej. Z „Perdido Standard” dowiedzieli się, że Miriam osiągnęła najlepsze wyniki w szkole i w związku z tym otrzymała prawo do wygłoszenia mowy na zakończenie roku. Sama nie pisnęła o tym nikomu ani słowa, jakby nie chciała dać rodzinie sposobności do czerpania dumy z jej osiągnięć. W przemowie, którą wygłosiła spokojnie i nienagannie, porównała życie do chińskich pudełeczek, czym zaintrygowała i wprawiła wszystkich w zdumienie. Po rozdaniu świadectw pozwoliła się ucałować – nawet matce, ojcu i siostrze. Rozumiała, że przy tak oficjalnych okazjach musi się pogodzić z poniżającymi ceremoniałami. Popołudnie było okrutnie gorące i absolwenci liceum w białych szatach i biretach z frędzlami snuli się w towarzystwie rodzin po szkolnym boisku, jakby dostali udaru słonecznego.
– Zastanawiałaś się nad college’em? – spytał Oscar córkę, jakby pytał jej koleżankę, której nigdy przedtem nie widział na oczy.
Miriam nie odpowiadała przez długą chwilę.
– Myślę o tym – odrzekła w końcu.
– Jaką uczelnię bierzesz pod uwagę? – Elinor skorzystała z okazji, żeby zagadnąć córkę na ważny dla niej temat.
– Jeszcze nie wiem – powiedziała szybko Miriam, rozejrzała się i pobiegła objąć koleżankę, której nie znosiła.
Nieco później to samo pytanie zadała jej Siostra, lecz nawet ona nie dostała konkretnej odpowiedzi.
– Nie dowiemy się tego aż do dnia, w którym postanowi wyjechać – zwrócił się do Siostry James. – O ile w ogóle to zrobi.
– Jak myślisz, dlaczego tak się zachowuje?
– Przez Mary-Love, oczywiście – odparł James zaskoczony, że bratanica nie zdaje sobie z tego sprawy. – Nie zauważyłaś, że jest kropla w kroplę taka sama jak twoja mama?
I taka Miriam była. Knuła swoje plany starannie i w tajemnicy.
Gorące lato trwało w najlepsze i nikt z Caskeyów nadal nie wiedział, co dziewczyna zrobi jesienią. A było to ważkie pytanie, zwłaszcza dla Siostry, która po wyjeździe bratanicy na studia straciłaby pretekst, by pozostać w Perdido. Musiałaby znaleźć inną wymówkę, dlaczego nie wraca do męża. A wydawało się rzeczą nie do pomyślenia, żeby Miriam nie poszła do college’u – dziewczyna pochodząca z rodziny o wysokim statusie społecznym i zabezpieczonej przyszłości finansowej, dość inteligentna, żeby skończyć szkołę z najlepszymi wynikami, musiała iść na studia. Siostra tak bardzo dała się pochłonąć egoistycznej potrzebie wymyślania pretekstu, by nie powrócić do męża, że nawet przestała się zastanawiać nad tym, że Miriam może kiedyś opuścić Perdido.
Tak więc wszyscy z niecierpliwością oczekiwali jesieni, kiedy się przekonają, co zrobi Miriam. Tymczasem dziewczyna sprawiła wszystkim niespodziankę znacznie wcześniej. Pewnego dnia pod koniec czerwca była na przyjęciu w kasynie na wyspie Santa Rosa po drugiej stronie Zatoki Pensacola i od tej pory zrodziła się w niej prawdziwa obsesja na punkcie plaży. Codziennie o wpół do szóstej rano wyjeżdżała z domu małym roadsterem, którego dostała od babci, i wracała do domu na obiad. Z dnia na dzień jej skóra robiła się coraz ciemniejsza.
– Myślisz, że spotyka się z jakimś chłopcem? – spytała Queenie szwagra.
– Ciekawe – odparł James i tego samego wieczoru zadał Siostrze to samo pytanie.
– Spotykasz się z jakimś chłopcem na plaży? – spytała Siostra nazajutrz po południu bratanicę, gdy ta weszła do domu z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.
Miriam wyglądała na urażoną tym pytaniem.
– Siostro, jeżdżę do Pensacoli, kładę się na plaży i wchłaniam w siebie słońce.
– Tak się tylko zastanawiałam...
Tego samego dnia po południu dziewczyna włożyła letnią sukienkę bez rękawów, która odsłaniała jej zdumiewającą opaleniznę, poszła przez piaszczyste podwórze do domu rodziców i zapukała do drzwi. Otworzyła jej matka.
– Cześć, Elinor, czy Frances jest w domu? – spytała sztywno Miriam. Miała nadzieję, że w progu stanie siostra albo Zaddie. Działało jej na nerwy, kiedy musiała rozmawiać z matką.
– Nie, poszła do miasta, ale niedługo wróci. Chcesz wejść i poczekać?
– Nie. Czy możesz jej powiedzieć, żeby do mnie na chwilę przyszła, kiedy wróci? Chcę ją o coś zapytać.
Odwróciła się i odeszła, zanim Elinor zdążyła otworzyć usta.
Frances speszyła się i zdenerwowała tym dziwnym wezwaniem. Natychmiast pobiegła do sąsiedniego domu, żeby załatwić sprawę najszybciej, jak się da, niczym skazaniec pragnący przyspieszyć wykonanie wyroku, zamiast go odwlekać.
Miriam siedziała w swoim pokoju na piętrze i czytała przy oknie magazyn ilustrowany.
– Mama mówiła, że chciałaś ze mną porozmawiać – powiedziała Frances, stojąc w progu pokoju.
Siostra nie zaprosiła jej do środka.
– Owszem. Chciałam cię zapytać, czy nie miałabyś ochoty pojechać ze mną jutro do Pensacoli.
Słysząc ten powód niezwykłego wezwania, Frances zdumiała się jeszcze bardziej.
– Po... po co? – wyjąkała.
– Żeby opalać się na plaży.
Z osłupienia Frances zapomniała języka w gębie. Wytrzeszczyła na siostrę oczy.
– No więc jak? – rzuciła zniecierpliwiona Miriam. – Chcesz jechać czy nie?
– Tak!
– Możesz być gotowa o wpół do szóstej?
Frances pokiwała głową.
– Jeśli nie będzie cię przed domem, pojadę bez ciebie. Nie zamierzam pukać o tej godzinie do drzwi Elinor i nie mam ochoty cię wołać. Będziesz czekać czy nie?
Frances ponownie skinęła głową.
– Dobrze – skonstatowała Miriam. – Ivey przygotuje nam coś do zabrania na drogę, więc nie musisz się przejmować jedzeniem. Jeśli chcesz coś kupować w kramie na plaży, to weź ze sobą pieniądze.
– Rozumiem – odparła Frances, czekając niepewnie na dalsze instrukcje.
Lecz nie było już żadnych instrukcji. Po kilku chwilach Miriam podniosła wzrok.
– Na co jeszcze czekasz? Możesz już iść. Jestem zajęta.
Oszołomiona Frances wróciła do domu. Ani jej tata, ani mama nie potrafili zrozumieć, co może oznaczać to niespodziewane zaproszenie. Elinor zadzwoniła do Jamesa, żeby zapytać, czy on lub Queenie nie domyślają się, o co chodzi. Ponieważ żadne z nich nie potrafiło jej odpowiedzieć, James zadzwonił do Siostry. Ale i ona nie miała pojęcia, co może zwiastować ta niezwykła propozycja Miriam. Wpadła jednak na pewien pomysł.
– Może chce wszystkim udowodnić, że nie jeździ do Pensacoli na spotkania z chłopcem.
Miriam prowadziła szybko. Opuściła dach samochodu i pęd powietrza był tak głośny, że siostry nie mogły rozmawiać. Słońce stało jeszcze nisko. Pod sukienkami obie miały kostiumy kąpielowe. Droga zajęła im niewiele ponad godzinę i kiedy dojechały na miejsce, plaża była pusta. Kasyna jeszcze nie otwarto, ale na pomoście kilku mężczyzn zarzucało wędki. Miriam minęła pomost, poszła kilkaset metrów dalej na opustoszały piaszczysty brzeg i rozłożyła koc. Bez słowa wskazała miejsce, gdzie Frances powinna rozłożyć swój.
– Zabrałaś ze sobą lotion? – spytała nagle.
– Nie – odparła Frances. – A powinnam?
– Oczywiście. I tak cię słońce przypiecze, bo nie jesteś przyzwyczajona do opalania, ale bez lotionu dorobisz się okropnych poparzeń, zanim wrócimy do domu. Masz, użyj mojego.
Frances potulnie pozwoliła się posmarować chłodną emulsją. Miriam niezbyt delikatnie roztarła ją na skórze, po czym powtórzyła tę samą czynność na sobie.
– Co mam teraz robić? – spytała ją nieśmiało siostra.
– Nic. Leżeć i co jakiś czas się obracać. I nie gadać.
Leżąc na brzuchu, żeby opalać plecy, Miriam czytała. Potem przewracała się na plecy, zamykała oczy i zasypiała, a przynajmniej wydawało się, że śpi.
Frances nigdy w życiu się tak nie nudziła, nawet w czasach choroby, gdy leżała przykuta do łóżka. Nie zabrała ze sobą nic do czytania. Głowę wypełniał jej głuchy ryk Zatoki Meksykańskiej. Na nogi wskakiwały jej zmieraczki i ją gryzły. Oślepiająco biały piasek i bezchmurne, wybielone niebo wysysały z krajobrazu kolory, tak że wszystko wydawało się przytłaczająco blade i rozżarzone niczym niegasnący błysk flesza. Zaczęła ją piec skóra. Nie miała jednak śmiałości odezwać się do siostry, która stanowczo zakazała jej wszelkich rozmów.
W końcu Frances usiadła na kocu i tęsknym wzrokiem popatrzyła na ocean. Kiedy już miała wrażenie, że jej skóra się smaży, a krew gotuje się w żyłach, odwróciła się do siostry i spytała:
– Mogę tam wejść?
– Gdzie? – warknęła Miriam.
– Do wody.
– Możesz. Chociaż nie mam pojęcia po co. Nienawidzę pływać. Uważaj na meduzy. I prąd powrotny. W środę ktoś tu widział rekina.
– Będę ostrożna! – zawołała Frances, podrywając się z ręcznika.
Popędziła w stronę brzegu i skoczyła na falę, która właśnie rozbijała się o brzeg. Woda była rozkosznie chłodna, Frances uwielbiała kołysanie fal. Lubiła nawet smak soli. Nigdy przedtem nie była nad morzem. Kiedy myślała o masie wody, przychodziła jej do głowy tylko mulista Perdido. Głos rzeki był cichy, potajemny i składał się z dziesiątków innych głosów, uporczywych i niezidentyfikowanych. Morze miało jeden głos: niezmienny, potężny, nieposkromiony. Woda w rzece była ciemna i mętna, jakby próbowała ukryć w głębinie miliony sekretów. Woda w zatoce była przejrzysta, błękitno-biała i Frances mogła w niej zobaczyć własne stopy. Dno rzeki tworzyło niezgłębiony kożuch miękkiego, czarnego mułu, skrywającego pokłady martwych stworzeń i rzeczy; tymczasem pod tymi przewalającymi się falami leżał ubity biały piasek i miliony okruchów kolorowych muszelek. W Perdido tylko z rzadka można było zobaczyć przepływającego ponurego leszcza albo suma; tutaj w piasku leżały małże z otwartymi muszlami, falowały czyste, jasne wodorosty, przemykały ławice małych rybek, a nierzadko również większe ryby, które od czasu do czasu wyskakiwały nad powierzchnię fali.
Frances wypływała coraz dalej, gdzie w toni jeszcze większe ryby oddalały się leniwie od nieproszonego gościa. Wyczuła prąd powrotny, przed którym ostrzegała ją Miriam, a mimo to nie czuła zagrożenia. Dała się znieść jeszcze głębiej w morze. Zobaczyła, że pomost jest teraz tylko cienką kreską wrzynającą się w wodę, a jej siostry w ogóle nie widać. Zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie znalazła się zbyt daleko od brzegu, ale nadal nic nie wzbudzało w niej niepokoju. Płynąc niespiesznie z powrotem w stronę brzegu, ani przez chwilę nie miała wątpliwości, że da radę wrócić bez najmniejszego trudu.
– Już myślałam, że się utopiłaś – powiedziała spokojnie Miriam, podnosząc głowę znad książki, kiedy Frances, ociekając wodą, podeszła do swojego ręcznika. – Zerknęłam na morze, ale nigdzie cię nie widziałam. Musiałaś wypłynąć za daleko.
– Ależ nie...
– Czas wracać do domu.
Frances popatrzyła na nią zdziwiona.
– Już? Niemożliwe, dopiero co przyjechałyśmy.
Miriam podniosła wzrok, osłaniając oczy od słońca.
– Jak myślisz, ile czasu cię nie było?
– Dwadzieścia minut? Pół godziny?
– Spójrz na słońce – powiedziała Miriam, wskazując niebo. – Jest nad nami. Już prawie południe. Siedziałaś w wodzie ponad trzy godziny!
Frances podniosła głowę, po czym odwróciła się w stronę ciepłej, błękitnej Zatoki Meksykańskiej.
W drodze powrotnej Miriam prowadziła samochód z jedną ręką na kierownicy i w zadumie patrzyła na drogę przez ciemne okulary przeciwsłoneczne. Nie odzywała się ani słowem, ale Frances to nie przeszkadzało. Siedziała z głową na oparciu, bezwładna, lecz wcale nie czuła się wyczerpana. Kiedy dojeżdżały do Perdido, usiłowała wymyślić sposób, żeby podziękować siostrze za to niespodziewane zaproszenie, które w zaskakujący sposób okazało się tajemniczym i ważnym wydarzeniem w jej życiu. Jednak aż do samego domu nie znalazła odpowiednich słów ani odwagi.
– Dziękuję ci – powiedziała po prostu, kiedy wysiadły z samochodu, zmartwiona niewystarczającą wymową utartego zwrotu.
– Lepiej kup sobie dziś po południu lotion – rzuciła Miriam. – Nie zamierzam ci ciągle pożyczać swojego.
Frances stanęła jak wryta.
– Chcesz powiedzieć, że jutro też pojedziemy na plażę? – spytała ostrożnie.
– Ja jeżdżę codziennie – odparła Miriam, nie odpowiadając właściwie na pytanie.
– I znowu mnie zapraszasz?
Miriam za nic w świecie nie posunęłaby się tak daleko, żeby to przyznać.
– Wyjeżdżam codziennie o wpół do szóstej, a w samochodzie jest miejsce. Ale nie będę na nikogo czekać.
Frances uśmiechnęła się od ucha do ucha i pobiegła do domu. Opowiedziała osłupiałym rodzicom o tym, jak jej minęło przedpołudnie.
– I jutro też jedziesz? – spytał ojciec.
– Oczywiście! – wykrzyknęła Frances. – Spędziłam cudowne godziny!
– Jesteś poparzona, kochanie! – zauważyła Elinor. – Musisz jak najwięcej pływać, kiedy tam jeździsz. Dzięki temu słońce ci tak bardzo nie zaszkodzi.
– Och, mamusiu! Uwielbiam pływać! Już się nie mogę doczekać jutra!
Elinor Caskey wyglądała, jakby słowa córki sprawiły jej niewymowną przyjemność. Przez szereg następnych tygodni nie powiedziała ani jednego złego słowa na temat Miriam, która dała Frances okazję do codziennych kąpieli w morzu.
W czasie tej pierwszej wycieczki ustalił się rytuał na całe lato. Każdego słonecznego ranka w tygodniu Miriam i Frances jechały na plażę do Pensacoli. Miriam rzadko odzywała się do siostry, poza zdawkowym: „Jesteś gotowa?” albo „Wzięłaś pieniądze na opłatę za most?”.
Leżała na kocu, czytając albo drzemiąc, a jej skóra robiła się coraz ciemniejsza. Frances pływała w zatoce – czasem na powierzchni, pokonując fale, czasem w spokojnej głębokiej toni, czasem leniwie dając się ponieść prądowi powrotnemu. Raz znalazła się tak daleko, że otoczyło ją stado skaczących morświnów. Objęła ramionami jedno z mniejszych zwierząt i pozwoliła mu się pociągnąć z taką prędkością, jakiej dotąd nie znała. Kiedy indziej zanurkowała jak najgłębiej, żeby nie zauważyli jej ludzie na przepływającym krewetkowcu, i o mały włos nie złapała się w ich ciągniętą sieć. Kiedy się oddalili, zaczęła się zastanawiać, dlaczego celowo i instynktownie robiła wszystko, żeby jej nie zobaczyli. W końcu uprzytomniła sobie, że gdyby dała się złapać tak daleko od brzegu, wzbudziłaby podejrzenia. Żaden rybak nie uwierzyłby, że szesnastoletniej dziewczynie podskakującej na wodzie siedem kilometrów od brzegu nie grozi niebezpieczeństwo.
Z jakiegoś powodu te godziny spędzone w wodach Zatoki Meksykańskiej kojarzyły się w umyśle Frances z okresem choroby, a nawet z jeszcze dalszymi czasami, spowitymi mgłą niepamięci. Wydawało się, jakby z chwilą pierwszego uderzenia piersią o fale traciła świadomość, czy raczej świadomość swej tożsamości jako Frances Caskey. Stawała się kimś – lub czymś – innym. Mogła pływać od siódmej rano, kiedy przyjeżdżały z Miriam na plażę, do jedenastej, bez dotykania stopą dna, bez zmęczenia, bez lęku przed prądem powrotnym, rekinami, meduzami, skurczami czy utratą orientacji i kierunku. Kiedy zbliżała się pora powrotu, nie mówiła sobie: „Miriam szykuje się już do jazdy”, tylko nagle uprzytamniała sobie, że wychodzi z wody na plażę. To uczucie przypominało jej kąpiele, które mama robiła jej podczas choroby trzy lata temu. Frances niczego z nich nie pamiętała poza chwilą, gdy mama brała ją pod ramiona i wyjmowała z wanny. W tym momencie powracała do niej świadomość tego, kim jest, świadomość, którą traciła, kiedy zanurzano ją w wodzie. Podobnie teraz, wyłaniając się z fal i stając na nogi, czując pod stopami piasek zmieszany z okruchami muszli, odzyskiwała swoją dawną świadomość, a zapominała wszystkiego, co czuła i przeżywała w morzu tak daleko od brzegu.
Miriam zawsze rzucała jakąś uwagę w rodzaju:
– Rozglądałam się za tobą kilka razy, ale nigdzie cię nie było. Muszę powiedzieć Oscarowi, jak daleko wypływasz. Utopisz się i wszyscy zrzucą winę na mnie.
W drodze powrotnej do Perdido, którą zawsze odbywały w milczeniu, Frances usiłowała sobie przypomnieć, co robiła w ciągu tych godzin spędzonych w wodzie; jak daleko wypłynęła, jak głęboko nurkowała, jakie ryby widziała. Lecz słońce bezlitośnie chłostało jej powieki i nie mogła wydobyć na powierzchnię pamięci niczego poza mglistym uczuciem zanurzania się tak głęboko, że słoneczny żar zamieniał się w słaby zielonkawy poblask. Albo niewyraźnym wspomnieniem chwili, gdy siedziała ze skrzyżowanymi nogami na falującym dnie morza pięć kilometrów od brzegu. Albo podkradaniem się i pożeraniem morskich troci i krabów, które przepływały kusząco blisko. Wszystko to musiało jej się śnić, no bo jak te rzeczy mogły się wydarzyć naprawdę? Chociaż spędzała w wodzie cztery godziny i przed wyjazdem z domu niczego nie jadła, nigdy nie wracała głodna na plażę, gdzie wylegiwała się na słońcu Miriam. W domu tata namawiał ją, żeby zjadła choć odrobinę obiadu, ale mama mówiła:
– Skoro Frances mówi, że nie chce jej się jeść, to zostawmy ją w spokoju. Myślę, że wie, gdzie znaleźć jedzenie, kiedy zgłodnieje.
ZAINTERESOWANI TYM, CO BĘDZIE DALEJ?
Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:
KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI | EMPIK
Oraz w księgarniach internetowych:
swiatksiazki.pl | empik.com | bonito.pl | taniaksiazka.pl
Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!
Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków.
Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:
Virtualo | Publio | Nexto
Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.
Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.
Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.
Obserwuj nas na:
instagram.com/wydawnictwoalbatros
facebook.com/WydawnictwoAlbatros
tiktok.com/@wydawnictwoalbatros
youtube.com/@wydawnictwoalbatros7584
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
NA PLAŻY
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Strona tytułowa
Okładka
