Woda księżycowa - Janiszewska Aga - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Woda księżycowa ebook

Janiszewska Aga

4,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Masz w sobie siłę, by odmienić całe swoje życie. A gdy ją odnajdziesz, nic nie będzie w stanie cię zatrzymać.

Życie trzydziestoletniej Natalii wydaje się smakować mdławo, niczym kawa z maszyny wendingowej, którą bohaterka wypija codziennie rano przy korporacyjnym biurku. Trudny do zidentyfikowania wewnętrzny niepokój nie pozwala jej skupić się na pracy i odpowiednio zaangażować w osiąganie targetów i spełnianie kej-pi-ajów. Mimo to nie potrafi zrobić niczego innego – paraliżuje ją lęk przed podjęciem jakiegokolwiek działania, które mogłoby odmienić szarą rzeczywistość.

W końcu jednak nadchodzi dzień, w którym frustracja Natalii osiąga poziom krytyczny. Młoda kobieta zostawia za sobą wszystko, co trzymało ją do tej pory w stolicy, i wsiada do pociągu, który zawiezie ją nad morze, do domu ukochanej babci. Ta podróż będzie początkiem wędrówki, podczas której Natalia zyska szansę, by uzdrowić swoją duszę i sięgnąć po to, co wcześniej wydawało się jej nieosiągalne…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 740

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Pyra84

Oceń książkę

Idealna książka na obecne czasy 👍
00
drzejb

Oceń książkę

Bardzo fajny klimat realizmu magicznego. polecam
00



Sio­strze Eliza całe mnó­stwo świa­tła

Kie­dy zda­je­my się na in­tu­icję, je­ste­śmy jak roz­gwież­dżo­na noc: spo­glą­da­my na świat ty­sią­cem oczu.

Cla­ris­sa Pin­ko­la Es­tés

Rozdział 1

Przy­sta­nął przy po­tęż­nym, wy­so­kim drze­wie. Od tego gi­gan­ta biła ja­kaś szcze­gól­na moc i ży­cio­daj­na siła – coś, co nie po­zwa­la­ło przejść obok bez za­trzy­ma­nia się. Ko­rze­nie były tak wy­bu­ja­łe, że na­le­ża­ło wy­so­ko pod­nieść nogi, aby je omi­nąć, a za­ra­zem zbli­żyć się do sze­ro­kie­go, ciem­no­brą­zo­we­go pnia.

Ber­nard na­brał głę­bo­ko po­wie­trza prze­peł­nio­ne­go ostrym za­pa­chem świe­żej ży­wi­cy, po czym spoj­rzał wy­so­ko w górę, na roz­ło­ży­stą ko­ro­nę drze­wa. Ga­łę­zie znaj­do­wa­ły się na ta­kiej wy­so­ko­ści, że był w sta­nie doj­rzeć je­dy­nie te naj­grub­sze ko­na­ry, a da­lej tyl­ko zle­wa­ją­cą się w jed­no­li­tą pla­mę so­czy­stą zie­leń li­ści. Pod wzglę­dem wiel­ko­ści drze­wo przy­po­mi­na­ło se­kwo­ję, jed­nak nie było igla­ste – li­ście ko­ja­rzy­ły się z okry­ciem dębu, a może bar­dziej orze­cha. Sto­jąc na dole, trud­no było stwier­dzić, a i tak naj­praw­do­po­dob­niej na­le­ża­ło do jesz­cze in­ne­go, nie­zna­ne­go ni­g­dzie in­dziej ga­tun­ku.

Wpa­tru­jąc się z po­dzi­wem w twar­dy jak ska­ła i ma­syw­ny pień drze­wa, po­my­ślał, że chy­ba nic na świe­cie nie by­ło­by w sta­nie zła­mać tego się­ga­ją­ce­go prze­stwo­rzy ol­brzy­ma. Drze­wo z całą swo­ją mocą po pro­stu było – uf­nie roz­po­ście­ra­ło ra­mio­na w górę i pew­nie osa­dza­ło się ko­rze­nia­mi w zie­mi. Tak uf­nie i pew­nie, jak­by ni­g­dzie we wszech­świe­cie nie ist­nia­ły żad­ne prze­szko­dy, trud­no­ści ani ogra­ni­cze­nia. Ema­no­wał od nie­go od­wiecz­ny, ni­czym nie­zmą­co­ny spo­kój, a jed­no­cze­śnie sty­mu­lu­ją­ca wi­tal­ność – krą­żą­ce tuż pod korą soki mu­sia­ły wy­dzie­lać ja­kieś ma­gne­tycz­ne fale, któ­re przy­cią­ga­ły w to miej­sce każ­de­go, kto tyl­ko zna­lazł się w po­bli­żu.

Wspiął się na naj­więk­szy wy­sta­ją­cy z zie­mi ko­rzeń i oparł się o cie­pły pień, przy­kła­da­jąc do nie­go po­li­czek. Usły­szał spo­koj­ny od­dech drze­wa i po­czuł, jak prze­ni­ka go ten ide­al­ny spo­kój, a tak­że mą­drość i pra­sta­ra wie­dza, któ­re są­czy­ły się z ciem­no­brą­zo­wej kory tak samo jak in­ten­syw­nie pach­ną­ca ży­wi­ca.

– Dzię­ku­ję – wy­szep­tał, a w od­po­wie­dzi otu­li­ła go ko­lej­na fala bło­go­ści. Był to cu­dow­ny stan, w któ­rym moż­na było zro­zu­mieć isto­tę wszyst­kie­go i ni­cze­go już wię­cej nie pra­gnąć.

Jed­nak po chwi­li – któ­ra mo­gła trwać za­rów­no se­kun­dę, jak i go­dzi­nę, rok albo całe stu­le­cie – ock­nął się i ze­sko­czył z ko­rze­nia. Wy­peł­nio­ny po brze­gi mnó­stwem do­dat­ko­wych sił, żwa­wo ru­szył przed sie­bie, wy­ko­nu­jąc nie­mal­że ta­necz­ny sla­lom po­śród le­śnej ro­ślin­no­ści. Ota­cza­ją­cy go las w prze­dziw­ny spo­sób był rów­no­cze­śnie ocie­nio­ny i gę­sty, jak i przej­rzy­sty i do­stęp­ny. Hoj­nie dzie­lił się z wę­drow­ca­mi bo­gac­twem swo­ich barw, aro­ma­tów, a tak­że słod­kich, so­czy­stych owo­ców.

Idąc na­przód, Ber­nard od­dy­chał głę­bo­ko i za­chłan­nie sy­cił oczy kra­jo­bra­zem wo­kół, jak gdy­by chciał wchło­nąć tak dużo z tej sur­re­ali­stycz­nej har­mo­nii i pięk­na, jak tyl­ko było to moż­li­we.

Gdy mi­jał wła­śnie do­rod­ną kępę kwit­ną­cych, się­ga­ją­cych mu do ra­mion pa­pro­ci, do­strzegł po le­wej stro­nie ja­kieś więk­sze prze­ja­śnie­nie – coś jak­by lukę w tej zwar­tej le­śnej gę­stwi­nie. Wie­dzio­ny prze­czu­ciem – a tyl­ko nim tu­taj dys­po­no­wał – od razu skie­ro­wał się w tam­tą stro­nę. Nie po­sia­dał żad­nych map, kom­pa­sów ani in­nych na­rzę­dzi – mu­siał po pro­stu wy­ka­zy­wać naj­wyż­szą czuj­ność wo­bec po­ja­wia­ją­cych się ze­wsząd zna­ków. Wie­dział, że one za­wsze się po­ja­wia­ją, jed­nak trze­ba być nie­zwy­kle uważ­nym.

Stą­pał więc mięk­ko po ciem­no­zie­lo­nym fa­li­stym mchu, ufa­jąc, że zmie­rza we wła­ści­wą stro­nę. Las stop­nio­wo się prze­rze­dzał, a przed nim roz­le­wa­ła się co­raz ja­śniej­sza pla­ma świa­tła, do któ­rej to zbli­żał się z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem. W pew­nej chwi­li jed­nak rap­tow­nie przy­sta­nął, bo uj­rzał przed sobą wi­dok tak urze­ka­ją­cy, że aż za­par­ło mu dech w pier­siach.

Prze­ja­śnie­nie oka­za­ło się ba­jecz­nie ko­lo­ro­wą po­la­ną, na środ­ku któ­rej lśni­ło je­zio­ro. W ide­al­nie gład­kiej ta­fli błę­kit­no­tur­ku­so­wej wody od­bi­ja­ła się cała le­śna flo­ra i fau­na, przez co urok lasu wy­da­wał się tu­taj zwie­lo­krot­nio­ny. W je­zio­rze prze­glą­da­ły się gib­kie ga­łę­zie smu­kłych drzew, kwit­ną­ce na fio­le­to­wo i nie­bie­sko krze­wy, a tak­że przy­brzeż­ne kwia­ty o prze­ogrom­nych ja­skra­wo­czer­wo­nych i żół­tych kie­li­chach. Co rusz za­glą­da­ły do nich mo­ty­le o fan­ta­zyj­nie wzo­rzy­stych skrzy­dłach, nad któ­ry­mi bez­sze­lest­nie szy­bo­wa­ły eg­zo­tycz­ne pta­ki. Le­śny akwen był raj­sko ko­lo­ro­wą i tęt­nią­cą ży­ciem sce­ną, na któ­rej dum­nie pre­zen­to­wa­ły się wszyst­kie obec­ne tu prze­bo­ga­te for­my ży­cia.

Ber­nard, ocza­ro­wa­ny, po­wo­li zbli­żył się do brze­gu je­zio­ra. Usiadł na mięk­kiej tra­wie i po­czuł na po­licz­kach ko­ją­ce cie­pło pro­mie­ni sło­necz­nych, któ­re do­pie­ro tu­taj mo­gły swo­bod­nie do­się­gnąć zie­mi i ogrzać też naj­niż­sze war­stwy lasu. Za­mknął oczy i prze­chy­lił gło­wę do tyłu, aby móc jesz­cze bar­dziej wy­sta­wić twarz do słoń­ca, któ­re świe­ci­ło te­raz tak moc­no, że wy­da­wa­ło się do­stęp­ne do­słow­nie na wy­cią­gnię­cie ręki.

– Dzię­ku­ję – wy­szep­tał zno­wu, tym ra­zem w kie­run­ku tej go­re­ją­cej isto­ty, któ­rej ko­ją­ce cie­pło na­pę­dza­ło do roz­wo­ju każ­dą tęt­nią­cą ży­ciem ko­mór­kę.

Trwał tak w cał­ko­wi­tej we­wnętrz­nej ci­szy, za­to­pio­ny w ota­cza­ją­cym go pięk­nie. Ktoś zer­ka­ją­cy z boku mógł­by po­my­śleć, że nic się nie dzie­je. Dzia­ło się jed­nak wszyst­ko – w swo­im ide­al­nym ryt­mie i po­rząd­ku. Każ­da żywa cząst­ka w naj­wyż­szym sku­pie­niu pra­co­wa­ła nad two­rze­niem tego za­pie­ra­ją­ce­go dech w pier­siach kra­jo­bra­zu. Kwia­ty po­wo­li otwie­ra­ły swo­je pul­su­ją­co ko­lo­ro­we kie­li­chy, drze­wa wy­pusz­cza­ły mło­de list­ki, a wiatr de­li­kat­nie mu­skał na­grza­ną zie­mię. Każ­da naj­mniej­sza dro­bin­ka tego świa­ta ist­nia­ła sama dla sie­bie, a jed­no­cze­śnie wszyst­ko ra­zem zle­wa­ło się w jed­ność – sym­fo­nicz­ną ka­ska­dę ko­lo­rów, kształ­tów, dźwię­ków i za­pa­chów. Tak har­mo­nij­nie sto­pio­nych, że trud­no by­ło­by już stwier­dzić, czy to po­ma­rań­czo­wy jest orzeź­wia­ją­co słod­ki, czy ra­czej orzeź­wia­ją­ca sło­dycz jest z na­tu­ry po­ma­rań­czo­wa. Nie mia­ło to jed­nak zna­cze­nia, bo wszyst­ko było tu po pro­stu ta­kie, ja­kie mia­ło być.

Na­gle po­czuł na po­licz­ku sub­tel­ne mu­śnię­cie. Gdy otwo­rzył oczy, zo­rien­to­wał się, że to po­kaź­nych roz­mia­rów se­le­dy­no­wy ptak – nie­co po­dob­ny do ła­bę­dzia, choć znacz­nie więk­szy – przy­jaź­nie do­tknął go dzio­bem. Ber­nard uśmiech­nął się i po­gła­skał jego ak­sa­mit­ne w do­ty­ku skrzy­dło. Za­do­wo­lo­ne stwo­rze­nie po­ma­sze­ro­wa­ło da­lej i znik­nę­ło w przy­brzeż­nym gąsz­czu ja­sno­ró­żo­wych kwia­tów, wy­glą­da­ją­cych jak wy­ra­sta­ją­ce wprost z wody wy­bu­ja­łe ma­gno­lie.

Nie miał wąt­pli­wo­ści, że był to ko­lej­ny znak; szyb­ko – choć z pew­ną dozą nie­chę­ci – po­jął jego sens. Do­tar­cie do tej po­la­ny sta­no­wi­ło ko­niec – raj­ska sce­na była kur­ty­ną za­my­ka­ją­cą etap ostat­niej bez­tro­skiej wę­drów­ki. Na­de­szła pora ru­szyć w dal­szą dro­gę, któ­ra z pew­no­ścią nie bę­dzie już tak sie­lan­ko­wa. Już wkrót­ce przyj­dzie mu przy­po­mnieć so­bie, czym są chłód i ciem­ność – po­ję­cia, któ­re w tym miej­scu wy­da­wa­ły się tak od­le­głe, że aż nie­moż­li­we do wy­obra­że­nia.

A jed­nak już te­raz po­czuł drob­ną na­miast­kę tego chło­du. Za­drżał lek­ko, a coś w jego wnę­trzu na mo­ment za­mar­ło, skur­czy­ło się.

Lija.

Rzecz ja­sna po­my­ślał o Liji. Gdzie te­raz była? Kie­dy się spo­tka­ją?

Praw­do­po­dob­nie to ona go wzy­wa­ła, po­nie­waż na­de­szła już wła­ści­wa pora. Tu­taj nie czu­ło się upły­wu cza­su, ale tam, do­kąd wy­ru­szał, czas miał fun­da­men­tal­ne zna­cze­nie.

Wie­dział, że nie po­wi­nien dłu­żej zwle­kać. Ostat­ni więc raz ro­zej­rzał się do­oko­ła i na­brał głę­bo­ko w płu­ca tego świe­że­go, cu­dow­nie orzeź­wia­ją­ce­go po­wie­trza. Po­mi­mo obaw po­czuł, że po­wo­li roz­pa­la się w nim zwy­kła i bar­dzo ludz­ka cie­ka­wość. A cie­ka­wość była wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem, aby ru­szyć.

Żeby to zro­bić, wy­star­czy­ło tu po pro­stu w od­po­wied­ni spo­sób za­mknąć oczy, da­jąc tym sa­mym znak. Kie­dy więc to zro­bił, na­raz wszyst­ko do­oko­ła gwał­tow­nie za­wi­ro­wa­ło i na uła­mek se­kun­dy zla­ło się w pul­su­ją­cą falę ko­lo­rów i świa­tła.

A za­raz po­tem cał­ko­wi­cie za­po­mniał o tym, gdzie jesz­cze chwi­lę temu prze­by­wał. Po­nie­waż gdy otwo­rzył oczy, zna­lazł się w zu­peł­nie in­nym miej­scu.

Rozdział 2

Gdy tu­taj była, to jej nie było. Ja­kaś jej część, i to chy­ba ta cał­kiem istot­na – być może du­sza, je­że­li ist­nie­je – ulat­nia­ła się już z chwi­lą, gdy zbli­ża­ła się do no­wiut­kie­go prze­szklo­ne­go biu­row­ca kla­sy A. Opusz­cza­ła ją już na par­kin­gu i z obrzy­dze­niem od­wra­ca­ła się w dru­gą stro­nę, od­ma­wia­jąc od­klik­nię­cia się przy wej­ściu. Na­ta­lia po­zo­sta­wa­ła więc zda­na na tę mar­ną reszt­kę sa­mej sie­bie – pół­ży­wą i bez ener­gii.

Tego dnia uda­ło jej się od­klik­nąć punkt dzie­wią­ta, co ozna­cza­ło, że przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie nie bę­dzie mu­sia­ła zo­sta­wać po sie­dem­na­stej. Bo prak­tycz­nie każ­de­go dnia cały wszech­świat zda­wał się kon­spi­ro­wać, żeby sie­dzia­ła jak naj­dłu­żej: mno­ży­ły się i pię­trzy­ły nie­ukoń­czo­ne za­da­nia, krzy­cza­ły e-ma­ile o naj­wyż­szym prio­ry­te­cie, a de­dlaj­ny groź­nie ły­pa­ły swo­imi mar­twy­mi oczo­do­ła­mi. Mało kto wy­cho­dził stąd o cza­sie. A im wy­żej na dra­bi­nie, tym rza­dziej. Tym dłu­żej sie­dział.

Zdję­ła kurt­kę, wje­cha­ła sre­brzy­ście po­ły­sku­ją­cą win­dą na trze­cie pię­tro, po czym wy­sia­dła i ru­szy­ła na­przód, wzdłuż rów­nych rzę­dów iden­tycz­nych biu­rek, w więk­szo­ści za­ję­tych już przez bla­dych i za­spa­nych pra­cow­ni­ków. Po­pi­ja­li do­pie­ro pierw­szą kawę – ewen­tu­al­nie dru­gą, o ile pierw­szą wy­pi­li już w domu – i zda­wa­li się głę­bo­ko roz­cza­ro­wa­ni fak­tem, że oto na­stał ko­lej­ny dzień i, na do­miar złe­go, nie był to pią­tek. Na­ta­lia wy­sła­ła kil­ka sła­bych uśmie­chów w kie­run­ku tych, z któ­ry­mi utrzy­my­wa­ła też kon­takt e-ma­ilo­wy (choć­by w CC) na fir­mo­wym ko­mu­ni­ka­to­rze we­wnętrz­nym lub roz­ma­wia­ła pod­czas te­le­kon­fe­ren­cji. Ten pół­u­śmiech był istot­ny, gdyż zgod­nie z mod­nym ostat­nio mar­ke­tin­go­wym tren­dem H2H (Hu­man to Hu­man) re­la­cje mię­dzy­ludz­kie w biz­ne­sie zy­ski­wa­ły na zna­cze­niu.

Od­po­wie­dzi na jej przy­wi­ta­nie były nie­mra­we albo żad­ne. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że wszy­scy inni też prze­łą­czy­li się na tryb prze­trwa­nia, tak że zo­sta­ły po nich te sztucz­nie uśmiech­nię­te, do­brze za­pro­gra­mo­wa­ne po­wło­ki. Na szczę­ście – tak jak wszę­dzie na świe­cie, tak i tu­taj – ist­nie­li za­da­niow­cy. Tacy ra­so­wi, któ­rzy już po prze­bu­dze­niu z pod­eks­cy­to­wa­niem za­glą­da­li do Go­ogle Ca­len­dar, mo­ni­to­ru­jąc swój wła­sny pro­gres, i – z ro­sną­cą sa­tys­fak­cją – wy­zna­cza­li so­bie ko­lej­ne am­bit­ne cele. Ta­kie pe­reł­ki o naj­więk­szym po­ten­cja­le dla fir­my obej­mo­wa­no spe­cjal­nym pro­gra­mem szko­leń i roz­wo­ju. Szczę­ścia­rze.

Mimo do­sko­na­le dzia­ła­ją­cych kli­ma­ty­za­to­rów za­wsze jej się wy­da­wa­ło, że bra­ku­je tu tle­nu. Wła­ści­wie to le­d­wo znaj­do­wa­ła siłę, żeby do­wlec się do swo­je­go bok­su. Tak samo było i tego dnia.

Opa­dła cięż­ko na fo­tel, jak­by nie prze­by­ła za­le­d­wie kil­ku­na­stu me­trów po gład­kiej i błysz­czą­cej pod­ło­dze, ale co naj­mniej kil­ka ki­lo­me­trów po dzi­kich la­sach i pu­sty­niach. Zwłasz­cza pu­sty­niach – ze wzglę­du na tę du­cho­tę. Zim­ną dusz­ność i wra­że­nie, że coś wy­pa­la ją od środ­ka.

Jej biur­ko wy­róż­nia­ło się tym, że obok sza­rej mysz­ki od lap­to­pa le­ża­ła ja­sno­ró­żo­wa za­krę­co­na musz­la. Ogól­nie wpraw­dzie obo­wią­zy­wa­ły dość su­ro­we wy­tycz­ne w ra­mach Cle­an Desk Po­li­cy, jed­nak team le­ade­rzy po­zwa­la­li pra­cow­ni­kom na pew­ną dozę sper­so­na­li­zo­wa­nia swo­je­go miej­sca pra­cy. Zdję­cie z wa­ka­cji w Pa­ry­żu, ja­kiś mo­ty­wu­ją­cy cy­tat, fota słod­kie­go ko­cia­ka (Did so­me­one say Fri­day?), no­tes z ró­żo­wo-plu­szo­wą okład­ką. Dro­bia­zgi, dzię­ki któ­rym moż­na było się tu jesz­cze bar­dziej za­do­mo­wić.

Za­po­wia­dał się szcze­gól­nie waż­ny i ner­wo­wy dzień (choć wła­ści­wie co­dzien­nie się taki za­po­wia­dał) – spię­trze­nie kil­ku kry­tycz­nych de­dlaj­nów. To­mek, na­le­żą­cy do tej naj­bar­dziej szla­chet­nej rasy za­da­niow­ców i nor­mal­nie za­miesz­ku­ją­cy spe­cjal­nie wy­dzie­lo­ny tyl­ko dla nie­go oszklo­ny boks, te­raz ner­wo­wo bie­gał po­mię­dzy biur­ka­mi swo­ich pod­wład­nych, od­bie­ra­jąc te­le­fo­ny oraz na prze­mian zwo­łu­jąc i od­wo­łu­jąc prze­róż­ne spo­tka­nia. Sta­rał się jak naj­le­piej wy­peł­nić swo­ją mi­sję i oca­lić pro­jekt przed fa­ka­pem. Na­ta­lia za­sta­na­wia­ła się, czy w ogó­le wy­cho­dził po­przed­nie­go dnia z biu­ra, bo wy­da­wa­ło jej się, że dru­gi raz z rzę­du ma na so­bie tę samą ko­szu­lę. Ale może tyl­ko jej się wy­da­wa­ło i dzi­siej­sza ko­szu­la róż­ni­ła się od wczo­raj­szej ja­kimś sub­tel­nym de­ta­lem. Na pew­no jed­nak miał wy­raź­nie pod­krą­żo­ne oczy.

Od­pa­li­ła kom­pu­ter, a w mię­dzy­cza­sie wla­ła w sie­bie pierw­szą por­cję lep­kiej kawy z ma­szy­ny ven­din­go­wej. Przez przy­pa­dek wy­bra­ła opcję z po­dwój­nym cu­krem. Trud­no, może do­sta­nie moc­niej­sze­go ener­ge­tycz­ne­go kopa (na pew­no nie – prze­cież wie­dzia­ła, że kawa z cu­krem dzia­ła­ła tyl­ko chwi­lę, a po­tem był zjazd, jak po każ­dym nar­ko­ty­ku). Nie­ste­ty, Win­dows mo­zol­nie mie­lił wła­śnie ja­kąś ak­tu­ali­za­cję i chy­ba za­wie­sił się na eta­pie sześć­dzie­się­ciu pro­cent. Mia­ła więc pre­tekst, aby jesz­cze przez chwi­lę po­zo­stać w in­nym świe­cie.

Na mo­ment przy­mknę­ła oczy i do­tknę­ła du­żej ja­sno­ró­żo­wej musz­li, któ­rą wy­ło­wi­ła kie­dyś w Bał­ty­ku (taki okaz był ra­czej rzad­ko­ścią nad pol­skim mo­rzem). Po­my­śla­ła, że jed­no­staj­ny szum ser­we­rów przy­po­mi­nał na­wet cał­kiem szum fal gdzieś na sło­necz­nej pla­ży… Jak by­ło­by przy­jem­nie… Tak, mo­gła­by za­nu­rzyć się, za­nur­ko­wać, a po­tem wy­pły­nąć i lek­ko uno­sić się na fa­lach…

– Na­ta­lia, i jak te ze­sta­wie­nia? Go­to­we? – spy­tał ktoś, bu­rząc tę sie­lan­ko­wą wi­zję.

To­mek oczy­wi­ście.

– Jesz­cze chwi­lę na to po­trze­bu­ję, bo mój lap­top… – za­czę­ła, ale nie miał cza­su jej da­lej słu­chać.

– To się fo­ku­suj i ko­niecz­nie wy­ślij do dwu­na­stej, do­bra? Po­tem o trzy­na­stej mamy spo­tka­nie w kon­fe­ren­cyj­nej na dole, będę cię ap­dej­to­wał. A za­raz dzwo­nię do Lon­dy­nu i do­wiem się, co z tym ko­lem w spra­wie kej-pi-ajów – wy­rzu­cił z sie­bie jed­nym tchem i po­biegł gdzieś da­lej.

– Ja­sne – od­par­ła nie­po­trzeb­nie, po­pra­wia­jąc so­bie na twa­rzy swój biu­ro­wy, pro­fe­sjo­nal­ny pseu­do­uśmiech. Mo­del, ja­kie­go więk­szość tu­taj uży­wa­ła.

Nie było wyj­ścia – trze­ba się osta­tecz­nie do­bu­dzić. Win­dows też chy­ba po­czuł pre­sję, bo po wy­po­wie­dzi Tom­ka na­tych­miast za­koń­czył ak­tu­ali­za­cję.

Na­ta­lia za­lo­go­wa­ła się i otwo­rzy­ła plik z ze­sta­wie­niem. Ni­czym go­rą­ca para buch­nę­ły w nią na­je­żo­ne rzę­dy cyfr, za­wi­łe for­mu­ły i ogrom­ne ta­be­le prze­staw­ne – tak skom­pli­ko­wa­ne i kom­plek­so­we, że naj­chęt­niej po­żar­ły­by jesz­cze hek­ta­ry prze­strze­ni, da­le­ko poza gra­ni­ca­mi ekra­nu, a może na­wet biur­ka. Ko­mór­ki w Exce­lu były jak no­wo­twór, któ­ry na­mna­żał się, tra­wiąc jej umysł i po­wo­du­jąc roz­sa­dza­ją­cy czasz­kę ból gło­wy. Wes­tchnę­ła cięż­ko i za­bra­ła się do żmud­nej pra­cy.

Sta­ra­ła się cał­ko­wi­cie sku­pić, ale nie do koń­ca jej się to uda­wa­ło. Ten ma­rud­ny głos ulo­ko­wa­ny gdzieś w gło­wie wiecz­nie do­ma­gał się uwa­gi. Upar­cie, choć na róż­ne spo­so­by, za­da­wał jed­no i to samo py­ta­nie, na któ­re nie mia­ła od­po­wie­dzi i któ­re­go nie chcia­ła sły­szeć. Kawa – tak, jesz­cze jed­na kawa. Może to po­mo­że i oczy­ści jej umysł (na pew­no nie). Byle wy­ro­bić się z tym do dwu­na­stej, a po­tem jesz­cze tyl­ko prze­żyć do sie­dem­na­stej.

A co po­tem? Pew­nie jak zwy­kle pad­nię­ta spę­dzi ko­lej­ny smęt­ny wie­czór w domu, cze­ka­jąc, aż Bar­tek urwie się ze swo­jej biu­ro­wej celi – łu­dzą­co po­dob­nej do tej tu­taj, choć usy­tu­owa­nej w in­nej czę­ści mia­sta. On przy­naj­mniej czuł się tam nie­co le­piej, bo lu­bił to uczu­cie, gdy ru­bry­ki w har­mo­no­gra­mach pro­jek­tów z krwi­sto­czer­wo­nych ro­bi­ły się so­czy­sto­zie­lo­ne. Być może uwa­żał na­wet, że dla ta­kich chwil war­to żyć. Bar­tek był jej ży­cio­wym part­ne­rem – nor­mal­nym chło­pa­kiem z ko­fe­iny i ko­ści, któ­ry pew­nie tego dnia zno­wu zo­sta­nie dłu­żej w pra­cy.

A ona zo­sta­nie dłu­żej sama, przez co ten na­przy­krza­ją­cy się głos jesz­cze bar­dziej się roz­sier­dzi i bę­dzie krzy­czał, py­tał i nę­kał ją swo­imi po­nu­ry­mi re­flek­sja­mi. Na szczę­ście – po­mi­mo tego, że Bar­tek fak­tycz­nie za­sie­dział się zno­wu w biu­rze – aku­rat ten wie­czór po­to­czył się cie­ka­wiej, niż prze­wi­dy­wa­ła.

Rozdział 3

Była sie­dem­na­sta trzy­dzie­ści, kie­dy skoń­czy­ła pra­cę nad jed­nym z naj­pil­niej­szych za­dań, któ­re przy­dzie­lił jej To­mek na spo­tka­niu ze­spo­łu. Jed­nym z wie­lu za­no­to­wa­nych cha­otycz­nie po obu stro­nach kart­ki A4 wy­rwa­nej z no­te­su ozdo­bio­ne­go logo ich fir­my. Za­da­nia roz­mna­ża­ły się przez pącz­ko­wa­nie – gdy tyl­ko zre­ali­zo­wa­ło się jed­no, na­tych­miast wy­ła­nia­ło się kil­ka ko­lej­nych, i to jesz­cze pil­niej­szych. Dla tych ra­so­wych za­da­niow­ców ra­dość z tego po­wo­du nie mia­ła koń­ca, ale jej ko­niec wy­da­wał się bli­ski. Cza­sa­mi (co­raz czę­ściej) za­sta­na­wia­ła się, czy w ogó­le do­cią­gnie do ju­tra, a je­śli tak, to w ja­kim wła­ści­wie celu.

Te­raz nie mo­gła się zde­cy­do­wać, czy go­rzej bę­dzie zo­stać w biu­rze, czy z nie­go wyjść. Po­win­na oczy­wi­ście zo­stać – ko­lej­ka rze­czy do zro­bie­nia nie tyl­ko pię­trzy­ła się w no­te­sie, ale wiła się i okrę­ca­ła wo­kół jej szyi ni­czym gru­by sznur. Przez to od­dy­cha­ło się jej chy­ba jesz­cze go­rzej niż rano. Cho­ciaż­by z tego po­wo­du war­to by­ło­by wyjść – poza biu­rem, mimo wszyst­ko, było odro­bi­nę wię­cej tle­nu. A gdy­by chcia­ła zre­ali­zo­wać wszyst­ko i za­słu­żyć na wy­róż­nie­nie pod­czas przy­szło­ty­go­dnio­we­go spo­tka­nia prze­glą­do­we­go, i tak mu­sia­ła­by tu chy­ba za­miesz­kać. Tak jak To­mek i paru in­nych (pa­mię­ta­jąc jed­nak o gar­de­ro­bie na zmia­nę).

Nie. Pod­da­ję się.

Stwier­dzi­ła, że na­dal pęka jej gło­wa i musi się na­tych­miast prze­wie­trzyć, na­wet je­śli na ze­wnątrz jest deszcz, smog, wiatr i cała resz­ta efek­tów spe­cjal­nych, któ­re czy­ni­ły ten dzień tak wy­jąt­ko­wo znie­chę­ca­ją­cym do prze­by­wa­nia na ja­wie.

Za­mknę­ła kom­pu­ter, wy­rzu­ci­ła pla­sti­ko­wy ku­bek po ka­wie, za­nio­sła do kuch­ni i umy­ła por­ce­la­no­wy ku­bek po dwóch ko­lej­nych ka­wach, ubra­ła się, zje­cha­ła na dół i wy­szła.

Brr.

Na szczę­ście wzię­ła z domu pa­ra­sol, bo z nie­ba lała się wła­śnie ja­kaś zim­na i mo­kra sub­stan­cja w brud­nym nie­ko­lo­rze. Może gdzieś wy­so­ko w chmu­rach wy­glą­da­ła jesz­cze jak bia­ły pu­szy­sty śnieg, ale zbli­ża­jąc się do zie­mi, rap­tow­nie top­nia­ła, sza­rza­ła i prze­kształ­ca­ła się w błot­ni­stą maź o nie­do­okre­ślo­nej kon­sy­sten­cji. Taka oto aura cią­ży­ła tego dnia na lo­ka­to­rach war­szaw­skich biu­row­ców i in­nych miesz­kań­cach sto­li­cy – w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści tym­cza­so­wych miesz­kań­cach i od-nie­daw­na-miesz­kań­cach. Sło­ikach, if you will. Ale też na tych, któ­rzy w gar­ni­tu­rach Ca­lvi­na Kle­ina za­ma­wia­li na lunch sa­łat­kę z an­cho­is i ka­pa­ra­mi.

Po­go­da – tak samo jak ko­stu­cha z ba­ro­ko­we­go ob­ra­zu Ta­niec śmier­ci – zrów­nu­je prze­cież wszyst­kich lu­dzi. W każ­dym ra­zie było na­praw­dę nie­przy­jem­nie, jak­by wszyst­kie bez­tro­sko wy­rzu­ca­ne pla­sti­ko­we śmie­ci, od­pa­dy che­micz­ne, spa­li­ny, a tak­że na­rze­ka­nia, kłót­nie i wsze­la­kie inne zło, mniej lub bar­dziej świa­do­mie emi­to­wa­ne przez umę­czo­nych i za­go­nio­nych miesz­czu­chów, wra­ca­ły te­raz do nich w po­sta­ci tej sza­ro­brud­nej sce­ne­rii.

– Też idziesz na przy­sta­nek? – ode­zwał się na­gle ktoś z boku.

Na­ta­lia pró­bo­wa­ła wła­śnie na­pro­sto­wać wy­gi­na­ją­cą się od wia­tru ciem­no­zie­lo­ną pa­ra­sol­kę, któ­ra nie była jed­nak naj­wi­docz­niej prze­zna­czo­na na tak eks­tre­mal­ne wa­run­ki po­go­do­we. Od­wró­ci­ła się i zo­ba­czy­ła Agniesz­kę Sto­siak – miłą i ład­ną dziew­czy­nę, któ­ra do­łą­czy­ła do ich ze­spo­łu za­le­d­wie trzy ty­go­dnie temu. Agniesz­ka mia­ła lek­ko fa­lu­ją­ce, gru­be ciem­no­blond wło­sy, nie­bie­skie oczy i spoj­rze­nie spło­szo­nej sar­ny. Na­ta­lia wie­dzia­ła o niej tyl­ko to, że po­cho­dzi spod Bił­go­ra­ja i ukoń­czy­ła eko­no­mię. Tyle przy­naj­mniej po­wie­dzia­ła o so­bie sama za­in­te­re­so­wa­na na ostat­nim team me­etin­gu.

– Tak. – Na­ta­lia uśmiech­nę­ła się do niej. Na­praw­dę się uśmiech­nę­ła, bo dziew­czy­na ja­koś bu­dzi­ła jej sym­pa­tię. Ta sar­na w jej spoj­rze­niu ewi­dent­nie za­plą­ta­ła się w pu­łap­kę, jed­nak Agniesz­ka sta­ra­ła się nad­ra­biać ele­ganc­kim stro­jem i po­waż­nym to­nem gło­su. Chcia­ła pew­nie spra­wiać wra­że­nie, że jest uro­dzo­nym ju­nior data en­try spe­cia­list, ro­ku­ją­cym na­dzie­ję na szyb­ki awans. Na­ta­lii wy­da­wa­ło się, że chy­ba jed­nak nie była – wła­śnie przez te oczy.

– Jak tam pra­ca? Ty też je­steś na tym no­wym pro­jek­cie? – spy­ta­ła Agniesz­ka tym tro­chę nie­na­tu­ral­nym, na siłę pro­fe­sjo­nal­nym to­nem.

– Tak, je­stem. Strasz­ny jest jesz­cze z tym cha­os – od­par­ła Na­ta­lia.

– My­ślę, że szyb­ko to wy­pro­stu­je­my! – wy­krzyk­nę­ła tam­ta en­tu­zja­stycz­nie, ale za­brzmia­ło to, jak­by obie­cy­wa­ła, że za mo­ment wyj­dzie słoń­ce i zro­bi się cie­pło i przy­jem­nie. – Poza tym do­brze, że są ta­kie ja­sne i czy­tel­ne pro­ce­du­ry i mamy się na kim bench­mar­ko­wać. Ten team z In­dii prze­ka­że nam prze­cież wszyst­kie dane, praw­da? A ty już ile je­steś na swo­im sta­no­wi­sku? – do­py­ty­wa­ła.

– Od roku. Też za­czy­na­łam od ju­nio­ra, tak jak ty – od­po­wie­dzia­ła Na­ta­lia przy­jaź­nie, choć bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia.

Naj­bar­dziej chcia­ła­by za­py­tać, czy to praw­da, że w Bił­go­ra­ju na­dal są szep­tu­chy i czy rze­czy­wi­ście po­tra­fią zdej­mo­wać z lu­dzi uro­ki. No i czym te uro­ki wła­ści­wie są, kto je rzu­ca i w ja­kim celu. Daw­no temu, na ko­lo­niach, za­przy­jaź­ni­ła się z dziew­czyn­ką z Bił­go­ra­ja, któ­ra wie­czo­rem przy ogni­sku opo­wia­da­ła in­nym dzie­ciom hi­sto­rie o szep­tu­chach, du­chach, klą­twach i uro­kach. Na­ta­lia chęt­nie do­wie­dzia­ła­by się te­raz wię­cej, jed­nak wy­da­wa­ło jej się, że po­ru­sza­nie ta­kie­go za­gad­nie­nia mo­gło­by zna­czą­co wy­kra­czać poza ety­kie­tę przy­stan­ko­we­go ne­twor­kin­gu.

– Zo­ba­czysz, jak się spraw­dzisz, to szyb­ko cię awan­su­ją na kon­sul­tan­ta. Te­raz po­trze­bu­ją masy lu­dzi przy tych prze­nie­sie­niach z Azji – do­da­ła więc tyl­ko i jesz­cze raz uśmiech­nę­ła się cie­pło do no­wej ko­le­żan­ki.

– Oby tak było, dzię­ki! – od­par­ła Agniesz­ka, zer­ka­jąc na pod­jeż­dża­ją­cy wła­śnie au­to­bus. – Ja wsia­dam w ten!

– Spo­ko, ja cze­kam na 303. Wi­dzę, że też już je­dzie. To do zo­ba­cze­nia!

– Do ju­tra! – Agniesz­ka po­ma­cha­ła jej i wsia­dła.

***

Au­to­bus był okrop­nie za­tło­czo­ny i za­pa­ro­wa­ny. Przez brud­ne od desz­czu ze śnie­giem okna świat wy­da­wał się tak roz­my­ty, mo­kry i sza­ry, że aż tra­cił na re­al­no­ści. Trud­no było uwie­rzyć, że rze­czy­wi­stość może się oka­zać aż tak brzyd­ka i przy­gnę­bia­ją­ca.

Pa­sa­że­ro­wie sta­ra­li się de­spe­rac­ko ode­rwać od tego po­nu­re­go oto­cze­nia, nur­ku­jąc w róż­ne al­ter­na­tyw­ne rze­czy­wi­sto­ści. Na­sto­lat­ki mia­ły w uszach słu­chaw­ki (małe do­usz­ne lub wiel­kie de­si­gner­skie – ja­skra­we, plu­szo­we, mod­ne). Każ­dy trzy­mał przed sobą ja­kiś ekran – smart­fon, ta­blet, czyt­nik e-bo­oków, a w osta­tecz­no­ści MP4. Ja­kaś star­sza pani dzier­ży­ła w ręku cięż­ką sta­rą no­kię (nie­do­ty­kal­ną, jak mó­wi­ła mama Na­ta­lii) i z za­cię­ciem na­ci­ska­ła kla­wi­sze. Sie­dzą­cy obok niej sta­ru­szek czy­tał książ­kę o dru­giej woj­nie świa­to­wej – taką, któ­rą moż­na było do­stać chy­ba tyl­ko w za­ku­rzo­nym an­ty­kwa­ria­cie za ro­giem (dwa me­try za spo­żyw­cza­kiem, scho­da­mi w dół) albo w za­po­mnia­nej osie­dlo­wej bi­blio­te­ce. Z mięk­ką, po­gnie­cio­ną okład­ką i po­żół­kły­mi stro­na­mi. Dwie oso­by drze­ma­ły, ude­rza­jąc gło­wa­mi o brud­ne szy­by. Jako ostat­nia de­ska ra­tun­ku słu­ży­ła jesz­cze Urba­nIN­FO.tV, któ­ra re­kla­mo­wa­ła wła­śnie usłu­gi Za­rzą­du Trans­por­tu Miej­skie­go w War­sza­wie.

W pe­wien spo­sób au­to­bus był więc pu­sty. Na­ta­lia mu­sia­ła moc­no trzy­mać się po­rę­czy, bo wy­lą­do­wa­ła na prze­gu­bie po­jaz­du, gdzie było naj­mniej sta­bil­nie. Gdy jej te­le­fon za­dźwię­czał, jed­ną ręką wy­grze­ba­ła go z tor­by, sta­ra­jąc się przy oka­zji nie wy­rzu­cić na pod­ło­gę resz­ty jej za­war­to­ści.

„Do­łącz do na­szej gry!” – za­chę­ci­ła ją ja­kaś apli­ka­cja. „Baw się i wy­gry­waj z Larą Croft”.

„Wy­czyść” – klik­nę­ła ze zło­ścią i wrzu­ci­ła te­le­fon z po­wro­tem do tor­by. Co za nie­po­trzeb­ny wy­si­łek.

– Bok­ser­ska – po­in­for­mo­wał cie­płym, do­da­ją­cym otu­chy gło­sem au­to­bu­so­wy lek­tor.

Czy­li wy­sia­da­ła na na­stęp­nym. Upew­ni­ła się, że jej pa­ra­sol­ka jest jako tako zre­ge­ne­ro­wa­na i go­to­wa do dal­szej wal­ki z si­ła­mi na­tu­ry.

Gdy au­to­bus się za­trzy­mał, z tru­dem prze­pcha­ła się przez na­pie­ra­ją­cą falę wsia­da­ją­cych, naj­wi­docz­niej chcą­cych jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w środ­ku (mo­gło to świad­czyć je­dy­nie o tym, że na ze­wnątrz nie na­le­ży spo­dzie­wać się ni­cze­go do­bre­go – przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o po­ziom wil­go­ci i siłę wia­tru). Z ulgą wy­szła na ze­wnątrz i szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła w kie­run­ku domu. Idąc, roz­ło­ży­ła pa­ra­sol­kę, jed­nak przy pierw­szym sil­niej­szym po­dmu­chu ta na­tych­miast wy­gię­ła się i opa­dła.

– Cho­le­ra ja­sna! – mruk­nę­ła ze zło­ścią i za­trzy­ma­ła się, żeby ją na­pro­sto­wać. Czy ta­kie dni w ogó­le mu­szą ist­nieć?

Gdy nada­rem­nie pró­bo­wa­ła dojść do ładu z po­wy­gi­na­ny­mi dru­ta­mi, ką­tem oka za­uwa­ży­ła, że na chod­ni­ku koło jej buta coś jak­by za­lśni­ło. Coś ko­lo­ro­we­go, czer­wo­ne­go. Po­chy­li­ła się, pró­bu­jąc spraw­dzić, co to ta­kie­go. Ja­kaś ró­żo­wo-czer­wo­na kar­ta? Schy­li­ła się i pod­nio­sła. Do­wód. Mo­kry i ubło­co­ny, ale ewi­dent­nie był to, ni mniej, ni wię­cej, czyjś do­ku­ment toż­sa­mo­ści. Wes­tchnę­ła.

I co te­raz? – spy­ta­ła z pre­ten­sją do tego ko­goś, kto zło­śli­wie skie­ro­wał jej wzrok w stro­nę zie­mi, tak że za­uwa­ży­ła do­wód, pod­nio­sła go i te­raz była już od­po­wie­dzial­na za pod­ję­cie ewen­tu­al­nych dal­szych kro­ków. De­spe­rac­ko ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, ale szan­sa, że ktoś upu­ścił go aku­rat chwi­lę temu, i do tego był tego świa­do­my, wy­da­wa­ła się ra­czej ni­kła. Ktoś, czy­li Jo­an­na Mi­łek, jak uda­ło jej się od­czy­tać w ko­lo­ro­wym świe­tle przy­stan­ko­wej ga­blo­ty re­kla­mo­wej (PO­WRÓ­CIŁ. BUR­GER DRWA­LA). Rocz­nik sie­dem­dzie­sią­ty ósmy, za­miesz­ka­ła w Gdy­ni.

Co zro­bić? Wy­słać na ad­res za­miesz­ka­nia? Od­dać do ja­kie­goś urzę­du czy na po­li­cję? Coś mu­sia­ła wy­my­ślić, bo po­now­ne po­rzu­ce­nie do­wo­du w tej ka­łu­ży bło­ta nie by­ło­by ra­czej zbyt sen­sow­nym dzia­ła­niem.

Gdy skoń­czy­ła si­ło­wać się z pa­ra­sol­ką (uda­ło się ją po­now­nie roz­ło­żyć, ale kil­ka dru­tów było nie­ste­ty po­ła­ma­nych), się­gnę­ła do to­reb­ki i wy­tar­ła do­ku­ment chu­s­tecz­ką hi­gie­nicz­ną. Na­stęp­nie znów scho­wa­ła go do kie­sze­ni kurt­ki. Za­sta­no­wi się nad tym póź­niej – te­raz chcia­ła po pro­stu jak naj­szyb­ciej zna­leźć się pod da­chem.

Była tak zmar­z­nię­ta i prze­mo­czo­na, że na­tych­miast po wej­ściu do domu rzu­ci­ła ubra­nia i to­reb­kę na pod­ło­gę w przed­po­ko­ju i we­szła pod cie­pły prysz­nic. Od razu zro­bi­ło jej się le­piej – o wie­le, wie­le le­piej. Cie­pła woda po­dzia­ła­ła roz­luź­nia­ją­co i ko­ją­co, za co chwa­ła na­le­ża­ła się Miej­skie­mu Przed­się­bior­stwu Wo­do­cią­gów i Ka­na­li­za­cji. Cie­pły prysz­nic je­sie­nią i zimą był nie­do­sko­na­łą, ale jed­nak przy­jem­ną al­ter­na­ty­wą dla let­nich i wio­sen­nych ką­pie­li w słoń­cu, któ­re wła­ści­wie były ulu­bio­nym za­ję­ciem Na­ta­lii. Przy­naj­mniej w ostat­nim cza­sie.

Prze­bra­ła się w dres, za­bra­ła z ko­ry­ta­rza mo­kre ciu­chy i włą­czy­ła pral­kę. Czu­jąc na­ra­sta­ją­cy głód, we­szła do kuch­ni, wsta­wi­ła wodę na ma­ka­ron i wy­ję­ła wa­rzy­wa z za­mra­żal­ni­ka. Do­pie­ro gdy było jej już cie­pło, su­cho, a wi­zja choć­by naj­bar­dziej ba­nal­ne­go po­sił­ku za­czę­ła na­bie­rać re­al­nych kształ­tów, znów przy­po­mnia­ła so­bie o do­wo­dzie.

Wy­ję­ła go z kie­sze­ni su­szą­cej się przy ka­lo­ry­fe­rze kurt­ki i po­ło­ży­ła na ku­chen­nym sto­le. Jo­an­na Mi­łek.

I co ja mam z tobą po­cząć? – spy­ta­ła po­god­ną ko­bie­tę na zdję­ciu. Się­gnę­ła po te­le­fon i wkle­pa­ła dane w wy­szu­ki­war­kę. Klik­nę­ła w link do Fa­ce­bo­oka. Osób o wska­za­nym imie­niu i na­zwi­sku było sie­dem. Jesz­cze raz spoj­rza­ła na zdję­cie w do­wo­dzie. Ko­bie­ta mia­ła dość cha­rak­te­ry­stycz­ne ja­sne kę­dzie­rza­we wło­sy i nie­co wy­dłu­żo­ny nos.

To chy­ba ta! Klik­nę­ła w je­den z wy­świe­tlo­nych pro­fi­li. Jo­an­na Mi­łek, za­miesz­ka­ła w Trój­mie­ście, stu­dio­wa­ła na Wy­dzia­le Nauk Spo­łecz­nych w Gdań­sku. W do­bie me­diów spo­łecz­no­ścio­wych pra­ca de­tek­ty­wa to roz­ryw­ka dla ama­to­ra.

Tak, na pew­no ta. Na zdję­ciu pro­fi­lo­wym wi­dać było tę samą ro­ze­śmia­ną ko­bie­tę, tyle że w let­niej su­kien­ce i oku­la­rach sło­necz­nych. Iden­tycz­na bu­rza ja­snych krę­co­nych wło­sów. Wszyst­ko się zga­dza­ło. Na­ta­lia na­pi­sa­ła więc krót­ką wia­do­mość: „Wi­tam, czy cza­sem nie zgu­bi­ła Pani do­wo­du na Żo­li­bo­rzu w War­sza­wie? Po­zdra­wiam”.

Odło­ży­ła te­le­fon i wró­ci­ła do go­to­wa­nia. Jaki by tu przy­go­to­wać sos? Niech będą po­mi­do­ry z pusz­ki i pie­czar­ki, a do tego jesz­cze wa­rzy­wa na pa­tel­nię. Wy­ję­ła też z lo­dów­ki sa­ła­tę, ru­ko­lę i po­mi­dor­ki kok­taj­lo­we. Umy­ła, do­pra­wi­ła oli­wą i zio­ła­mi pro­wan­sal­ski­mi. Pro­wi­zo­rycz­ny ele­ment śród­ziem­no­mor­skie­go kli­ma­tu. Wkro­iła pla­ster­ki zie­lo­ne­go ogór­ka. Świe­że­go, pro­sto z Ry­necz­ku Li­dla.

Szyb­ko przy­go­to­wa­ła sos pie­czar­ko­wo-po­mi­do­ro­wy i ra­zem z wa­rzy­wa­mi wrzu­ci­ła na pa­tel­nię. Kie­dy chcia­ła wsy­pać do garn­ka z wrzą­cą wodą brą­zo­we pen­ne, le­żą­cy na sto­le te­le­fon za­dźwię­czał – ktoś na­pi­sał na Mes­sen­ge­rze. Może Bar­tek wy­jąt­ko­wo zje z nią tego dnia obiad? Spraw­dzi­ła. Nie, to Jo­an­na Mi­łek.

„O Boże, rze­czy­wi­ście! Do­pie­ro się zo­rien­to­wa­łam, jak Pani na­pi­sa­ła. Nie mam w to­reb­ce. Przy Wy­spiań­skie­go szu­ka­łam cze­goś w port­fe­lu i tam mu­siał mi wy­paść!” I da­lej krop­ki su­ge­ru­ją­ce, że bę­dzie ciąg dal­szy wia­do­mo­ści. „Je­stem z Gdy­ni”. Po­da­ła też swój PE­SEL. „W jaki spo­sób mogę ode­brać do­wód? Je­stem dziś na­dal w War­sza­wie, mogę pod­je­chać w do­wol­ne miej­sce, gdzie­kol­wiek Pani pa­su­je”.

Na­ta­lia się za­sta­no­wi­ła. Była co­raz bar­dziej głod­na, a aura za oknem chy­ba co­raz bar­dziej ohyd­na, o ile w ogó­le dało się jesz­cze stop­nio­wać. Nie mia­ła ocho­ty ni­g­dzie się już tego wie­czo­ru ru­szać. Chy­ba po­da­nie tej ko­bie­cie ad­re­su nie bę­dzie błę­dem?

Nie roz­ma­wiaj z ob­cy­mi, nie po­da­waj ni­ko­mu ad­re­su, nie wpusz­czaj do domu.

Cie­nie daw­nych ro­dzi­ciel­skich prze­stróg jak zwy­kle od­zy­wa­ły się nie­pro­szo­ne. A niech tam. Ko­bie­ta na zdję­ciu wy­da­wa­ła się przy­ja­zna.

W koń­cu każ­dy jest obcy, za­nim nie sta­nie się bli­ski.

Po­da­ła więc ad­res ich wy­na­ję­te­go miesz­kan­ka (je­den nie­wiel­ki po­kój wy­po­sa­żo­ny w sta­re, odzie­dzi­czo­ne po wła­ści­cie­lach roz­kła­da­ne łóż­ko, wy­so­ka do su­fi­tu me­blo­ścian­ka i pro­ste biur­ko, a poza tym wą­ska kuch­nia z ja­sno­brą­zo­wą ob­dra­pa­ną za­bu­do­wą i klau­stro­fo­bicz­na ła­zien­ka z ubi­ka­cją). Sta­no­wi­ło ono po­je­dyn­czą ko­mór­kę sza­re­go post­ko­mu­ni­stycz­ne­go blo­ku, nie­pa­mię­ta­ją­ce­go już ani miesz­czą­cej się tu nie­gdyś war­szaw­skiej cy­ta­de­li, ani krwa­wych po­wstań­czych walk. Ni­czym nie­wy­róż­nia­ją­ca się, jed­na z ty­się­cy po­dob­nych sy­pial­nio-ja­dal­ni dla cięż­ko ha­ru­ją­cych na raty kre­dy­tu war­sza­wia­ków. Sło­ików albo już nie­sło­ików.

„Dzię­ku­ję! Aku­rat je­stem przy Ga­le­rii Ar­ka­dia, więc po­win­nam być w cią­gu pół h!”

„OK” – od­pi­sa­ła Na­ta­lia, odło­ży­ła te­le­fon i od­ru­cho­wo wrzu­ci­ła cały ma­ka­ron z to­reb­ki (za­miast jed­nej por­cji dla sie­bie) do go­tu­ją­cej się wody. Po­mie­sza­ła sos na pa­tel­ni i do­da­ła czosn­ku.

Trud­no, weź­mie so­bie na ju­tro do pra­cy na obiad albo Bar­tek zje wie­czo­rem.

O wil­ku mowa! Te­le­fon znów za­dźwię­czał i tym ra­zem była to wia­do­mość od nie­go.

„Mamy di­le­ja z ra­por­tem, więc chy­ba stąd nie wyj­dę przed 21. Tak że wi­dzi­my się wie­czo­rem :*” – po­in­for­mo­wał.

„Może z domu po­pra­cu­jesz? Ro­bię ma­ka­ron, do­dam ci kur­cza­ka” – spy­ta­ła w od­po­wie­dzi. I tak prze­cież pra­co­wał z domu pra­wie co­dzien­nie.

„Nie, nie dam rady wyjść te­raz. Mu­szę po­ci­snąć, pra­wie cały mój ze­spół jesz­cze sie­dzi. Był Pan Ka­nap­ka, a naj­wy­żej jesz­cze zła­pię ja­kie­goś ba­to­na” – od­po­wie­dział do­pie­ro po kil­ku mi­nu­tach.

„Aha, OK. W ta­kim ra­zie na po­cie­sze­nie chy­ba sama zjem całą pacz­kę pen­ne…” – na­pi­sa­ła, pół­świa­do­mie chcąc cho­ciaż odro­bi­nę wzbu­dzić w nim po­czu­cie winy, co jed­nak ra­czej nie przy­nio­sło żad­ne­go skut­ku.

„Smacz­ne­go, ko­cha­nie :*” – od­pi­sał po pro­stu, na od­czep­ne­go, chcąc za­pew­ne już za­koń­czyć tę cza­so­chłon­ną kon­wer­sa­cję.

Usia­dła przy sto­le i spoj­rza­ła w okno. Cał­kiem gołe ga­łę­zie ro­sną­ce­go na po­dwór­ku sta­re­go kasz­ta­now­ca ugi­na­ły się od wia­tru. Szy­ba, tak jak w au­to­bu­sie, była brud­na i mo­kra. Póź­no­je­sien­ny kra­jo­braz spra­wiał, że zro­bi­ło jej się znów smęt­nie, smut­no i sza­ro. Żeby go nie wi­dzieć, wsta­ła i opu­ści­ła ro­le­tę w ki­czo­wa­te ko­lo­ro­we pa­ski. Po­my­śla­ła, że mo­gła­by wy­ko­rzy­stać ten czas i sama po­pra­co­wać cho­ciaż z go­dzi­nę, dwie. Mia­ła wra­że­nie, że, ni­czym gra­do­wa chmu­ra za oknem, w pra­cy też gro­ma­dził się nad nią stos nie­zro­bio­nych rze­czy.

Ale ja­koś nie mo­gła – tak bar­dzo, tak nie­skoń­cze­nie bar­dzo nie mia­ła na to ocho­ty. Co było z nią nie tak? Je­śli jesz­cze tro­chę po­zo­sta­nie w tym dziw­nym le­tar­gu, to źle się to wszyst­ko skoń­czy.

To się źle skoń­czy, Na­tal­ko – usły­sza­ła wiecz­nie ten sam na­chal­ny głos, któ­ry tak na­praw­dę był mie­szan­ką naj­róż­niej­szych gło­sów, a może tyl­ko echem wy­do­by­wa­ją­cym się z ja­kiejś bez­den­nej stud­ni, gdzie to­pi­ły się wszyst­kie ra­nią­ce sło­wa, kar­cą­ce spoj­rze­nia i po­gar­dli­we ge­sty. Niby się to­pi­ły, a po­tem jed­nak wra­ca­ły.

To się źle skoń­czy, moja pan­no, sama zo­ba­czysz! Prze­stań ska­kać jak wa­riat­ka po pod­ło­dze albo za­raz przyj­dzie tu pan Ko­nec­ki i cię po­rwie!

Pan Ko­nec­ki był są­sia­dem z dru­gie­go pię­tra – pię­tra ni­żej – czy­li ich pod­ło­ga była jego su­fi­tem. To zresz­tą dość cie­ka­we, że czy­jaś pod­ło­ga może być dla ko­goś in­ne­go su­fi­tem. W każ­dym ra­zie pan Ko­nec­ki umarł pięć lat temu i osta­tecz­nie ni­g­dy nie przy­szedł, żeby po­rwać Na­ta­lię. Ani razu.

Co więc było z nią nie tak? W cią­gu dnia le­d­wo zmu­sza­ła się do pra­cy i sku­pie­nia, a po go­dzi­nach cięż­ko jej było się zmo­ty­wo­wać, żeby cho­ciaż­by spraw­dzić skrzyn­kę. Jak­by ogar­nę­ło ją ja­kieś odrę­twie­nie, pa­ra­liż. I tak już co naj­mniej od kil­ku ty­go­dni. Albo ra­czej mie­się­cy, a może na­wet dłu­żej. Może od za­wsze, tyl­ko kie­dyś dużo moc­niej i sku­tecz­niej się zmu­sza­ła. Tak czy ina­czej, nie było to po­żą­da­ne – z punk­tu wi­dze­nia pra­co­daw­cy – po­dej­ście do pra­cy. Na­sta­wie­nie nie było wła­ści­we. Bra­ko­wa­ło en­tu­zja­zmu, pa­sji, za­pa­łu. Kre­atyw­no­ści, a za­ra­zem umie­jęt­no­ści do­sto­so­wa­nia się do pro­ce­dur, re­guł. A prze­cież fir­ma da­wa­ła jej licz­ne moż­li­wo­ści, per­spek­ty­wy, ścież­ki roz­wo­ju. Wej­ściów­ki na si­łow­nię.

Do­mo­fon gwał­tow­nie wy­rwał ją z tych po­nu­rych re­flek­sji. Po­de­rwa­ła się z krze­sła i po­bie­gła do przed­po­ko­ju, żeby ode­brać.

– Jo­an­na Mi­łek, po do­wód! – usły­sza­ła sym­pa­tycz­ny, ra­do­sny głos. Ko­bie­ta mu­sia­ła być na­praw­dę za­do­wo­lo­na, że od­zy­ska do­ku­ment i unik­nie pro­ble­mów zwią­za­nych z wy­ra­bia­niem go na nowo. Nic zresz­tą dziw­ne­go, bo kto lubi włó­czyć się po urzę­dach.

– Trze­cie pię­tro! – po­in­for­mo­wa­ła Na­ta­lia i na­ci­snę­ła przy­cisk otwie­ra­nia.

Jo­an­na wy­jąt­ko­wo szyb­ko – jak­by po­tra­fi­ła la­tać – zna­la­zła się na gó­rze. Na­ta­lia otwo­rzy­ła drzwi i wpu­ści­ła obcą ko­bie­tę, dys­kret­nie się jej przy­glą­da­jąc.

– Dzień do­bry! – za­wo­ła­ła tam­ta ra­do­śnie, od­rzu­ca­jąc do tyłu kil­ka nie­sfor­nych lo­ków. – Prze­pra­szam, że pa­nią na­cho­dzę… – za­czę­ła.

Bar­dzo szczu­pła, śred­nie­go wzro­stu, mia­ła zwin­ne i ener­gicz­ne ru­chy. Je­śli nie la­tać, to z pew­no­ścią po­tra­fi­ła tań­czyć. Twarz w kształ­cie ser­ca, z nie­co wy­dłu­żo­nym no­sem, któ­ry – idąc naj­prost­szym tro­pem – mógł zwia­sto­wać cie­kaw­skie uspo­so­bie­nie. Bu­rza krę­co­nych wło­sów opa­da­ła jej na czo­ło i oczy, któ­re były ko­cio zie­lo­ne i lśnią­ce. Drob­ne zmarszcz­ki mi­micz­ne nie odej­mo­wa­ły uro­ku de­li­kat­nej por­ce­la­no­wej skó­rze. Jo­an­na była taka jak na zdję­ciu, tyl­ko żywa – sto albo ty­siąc razy bar­dziej żywa.

Nie­któ­rzy lu­dzie na zdję­ciach wy­glą­da­ją na bar­dziej ży­wych niż w rze­czy­wi­sto­ści, ale na pew­no nie do­ty­czy­ło to Jo­an­ny, od któ­rej aż try­ska­ła świe­ża, ra­do­sna ener­gia. I było to od­czu­wal­ne na­tych­miast, od pierw­szej se­kun­dy kon­tak­tu z nią.

– Dzień do­bry! – od­po­wie­dzia­ła Na­ta­lia. – Pro­szę wejść, a ja już szu­kam do­wo­du. – Sze­ro­kim ru­chem ręki za­pro­si­ła ją do środ­ka. Wła­ści­wie to po­win­na trzy­mać już do­wód w ręku i po pro­stu po­dać go ko­bie­cie przez próg. Za­bie­ra­nie so­bie na­wza­jem cza­su nie mia­ło prze­cież sen­su. Była jed­nak chy­ba zbyt po­chło­nię­ta swo­imi po­nu­ry­mi roz­wa­ża­nia­mi, żeby na to wpaść.

Zmok­nię­ta, ale po­god­na ni­czym go­rą­cy sierp­nio­wy dzień, Jo­an­na Mi­łek żwa­wo wkro­czy­ła do przed­po­ko­ju.

– Prze­pra­szam, że pa­nią na­cho­dzę! – po­wtó­rzy­ła. – Ależ tu u pani pach­nie! Pew­nie prze­szko­dzi­łam w ro­dzin­nej ko­la­cji! A tram­waj mi pod­je­chał eks­pre­so­wo! Mia­łam szczę­ście! – do­da­ła pod­eks­cy­to­wa­na, jak­by opo­wia­da­ła co naj­mniej o wy­gra­nej w tot­ka.

– Nie je­cha­ła pani au­tem? – spy­ta­ła Na­ta­lia, wpa­tru­jąc się w ja­sne, błysz­czą­ce oczy swo­je­go nie­spo­dzie­wa­ne­go go­ścia.

– Nie, auto zgar­nął dziś mąż, bo jego jest w na­pra­wie. Wła­śnie po­je­chał do ser­wi­su, pew­nie mu jesz­cze zej­dzie tro­chę cza­su, to so­bie wró­cę do ga­le­rii. Po­go­da wpraw­dzie mało spa­ce­ro­wa, ale ja to za­wsze lu­bię się prze­wie­trzyć! – Ro­ze­śmia­ła się. Wła­ści­wie to całe jej cia­ło śmia­ło się bez prze­rwy.

– To tak jak ja w su­mie. Każ­dy spa­cer do­brze robi – od­par­ła Na­ta­lia z uśmie­chem.

Jo­an­na wy­dzie­la­ła tak po­zy­tyw­ne flu­idy, że jesz­cze przed chwi­lą kiep­ski na­strój pod­sko­czył jej o kil­ka punk­tów.

– O tak! Wczo­raj też mi do­brze zro­bił spa­cer z ko­le­żan­ką po tym osie­dlu, nie ma co! – ro­ze­śmia­ła się zno­wu Jo­an­na. – By­łam tak po­chło­nię­ta roz­mo­wą, że, jak wi­dać, bez­tro­sko roz­rzu­ca­łam za­war­tość port­fe­la wo­kół sie­bie. Do­brze, że mi kar­ta płat­ni­cza przy­naj­mniej nie zgi­nę­ła! – stwier­dzi­ła w myśl za­sa­dy, że szklan­ka jest za­wsze do po­ło­wy peł­na. Nie było wąt­pli­wo­ści, że zwy­kle wła­śnie tak po­strze­ga­ła świat. – Szu­ka­łam zdję­cia, o któ­re za­py­ta­ła ko­le­żan­ka, i wte­dy mu­siał mi wy­le­cieć z prze­gród­ki – do­da­ła.

– Zdję­cia? Ja­kie­go? – spy­ta­ła Na­ta­lia, ale za­raz się zre­flek­to­wa­ła. Po co do­py­tu­je o ta­kie szcze­gó­ły? Czy to w ogó­le jej spra­wa?

Z ja­kie­goś po­wo­du – może z po­wo­du ko­lej­ne­go sa­mot­ne­go wie­czo­ru – była jed­nak cie­ka­wa.

– Ko­le­żan­ka za­py­ta­ła mnie o zdję­cie młod­szej sio­stry, bo daw­no nie wi­dzia­ła mo­jej ro­dzi­ny. Ma­rio­la to przy­ja­ciół­ka z dzie­ciń­stwa. Z pod­sta­wów­ki! – wy­ja­śni­ła. – Wy­pro­wa­dzi­ła się do sto­li­cy i wczo­raj spo­tka­ły­śmy się po wie­lu la­tach. Aku­rat mia­łam tu spo­tka­nie au­tor­skie.

– Spo­tka­nie au­tor­skie? Jest pani pi­sar­ką? – do­py­ty­wa­ła da­lej Na­ta­lia, jed­nak w mię­dzy­cza­sie przy­nio­sła już do­wód z kuch­ni i te­raz trzy­ma­ła go w ręce. Mo­gła­by, a na­wet po­win­na, po pro­stu od­dać go wła­ści­ciel­ce i się po­że­gnać.

Jed­nak żal jej było tego pro­my­ka świa­tła, któ­ry nie­ocze­ki­wa­nie wpadł do jej przed­po­ko­ju wraz z po­ja­wie­niem się tej roz­pro­mie­nio­nej ko­bie­ty. Pod­trzy­my­wa­ła więc roz­mo­wę, ner­wo­wo ob­ra­ca­jąc do­ku­ment w dło­niach.

– Tak, je­stem pi­sar­ką, zga­dza się. – Ener­gicz­nie po­ki­wa­ła gło­wą. – O, jest mój do­wód! – Spoj­rza­ła na do­ku­ment w ręku Na­ta­lii. – To ja już nie będę pani prze­szka­dzać! Je­stem prze­ogrom­nie wdzięcz­na, a tu­taj taki dro­biazg w po­dzię­ko­wa­niu. – Się­gnę­ła do ja­skra­wo­żół­tej ma­te­ria­ło­wej tor­by z na­szy­tym ha­fto­wa­nym kwia­tem i wy­ję­ła z niej bom­bo­nier­kę Se­ashells, po czym z sze­ro­kim uśmie­chem po­da­ła ją Na­ta­lii. Bia­ło-brą­zo­we musz­le, ostry­gi i roz­gwiaz­dy – ulu­bio­ne cze­ko­lad­ki Na­ta­lii. A był to wprost ide­al­ny dzień na to, żeby ko­lej­ny raz pod­nieść so­bie po­ziom en­dor­fin za po­mo­cą sło­dy­czy.

Na krót­ką chwi­lę, ale za­wsze coś.

– Nie trze­ba było! – za­pro­te­sto­wa­ła grzecz­no­ścio­wo, ale przy­ję­ła po­da­ru­nek. – To nic ta­kie­go prze­cież, cie­szę się, że mo­głam po­móc! – do­da­ła i do­pie­ro te­raz nie­chęt­nie od­da­ła Jo­an­nie nie­szczę­sny do­ku­ment toż­sa­mo­ści.

– Nie każ­de­mu by się chcia­ło za­da­wać so­bie trud! Tak że ser­decz­nie dzię­ku­ję jesz­cze raz i ucie­kam! – od­po­wie­dzia­ła Jo­an­na i zro­bi­ła ener­gicz­ny, wręcz ta­necz­ny ob­rót w kie­run­ku drzwi. Pra­wie pi­ru­et.

– A może… – za­czę­ła Na­ta­lia, sama nie wie­dząc, co po­wie­dzieć da­lej. – A może… Mó­wi­ła pani, że mąż by pa­nią ode­brał, jak skoń­czy w ser­wi­sie… Więc może na­pi­je się pani ze mną her­ba­ty? – wy­pa­li­ła. – Po­go­da fa­tal­na, a pani bez sa­mo­cho­du… I wła­ści­wie to mogę po­czę­sto­wać skrom­nym obia­dem! Za­pra­szam! – do­da­ła z en­tu­zja­zmem, któ­ry pod­ła­pa­ła chy­ba od swo­jej roz­we­se­lo­nej roz­mów­czy­ni.

Jo­an­na za­trzy­ma­ła się już w drzwiach i na mo­ment znie­ru­cho­mia­ła, wy­raź­nie się wa­ha­jąc.

– Ja… Ma pani pew­nie ko­la­cję ro­dzin­ną, nie chcia­ła­bym za­wra­cać gło­wy! Po­ra­dzę so­bie z do­jaz­dem, a Ar­tu­ro­wi to jesz­cze z go­dzi­nę może zejść albo i wię­cej! – Mach­nę­ła ręką.

„To świet­nie” – pra­wie że na głos po­wie­dzia­ła Na­ta­lia.

– To cho­ciaż pro­szę się chwi­lę ogrzać, ser­decz­nie za­pra­szam! – za­chę­ca­ła żar­li­wie, jak­by od tego za­le­ża­ło coś bar­dzo istot­ne­go. – Bo… wła­ści­wie to nie mam żad­nej ko­la­cji ro­dzin­nej, a wręcz prze­ciw­nie… Na­go­to­wa­łam przez przy­pa­dek za dużo ma­ka­ro­nu, a mój chło­pak zo­sta­nie pew­nie do pół­no­cy w pra­cy i za­mó­wi kur­cza­ka z KFC. Tak że by­ło­by miło, je­śli chcia­ła­by pani mi po­to­wa­rzy­szyć… o ile, oczy­wi­ście, ma pani ocho­tę. A po­tem za­bie­rze pa­nią mąż. Po­go­da jest na­praw­dę wstręt­na! – mó­wi­ła szyb­ko i, przy­naj­mniej mia­ła taką na­dzie­ję, prze­ko­nu­ją­co. Tak prze­ko­nu­ją­co, jak tyl­ko po­tra­fi­ła.

– To aku­rat fakt, po­go­da jest ide­al­na na go­rą­cą her­bat­kę! – ro­ze­śmia­ła się Jo­an­na. – No do­brze, je­śli jest pani pew­na, że nie prze­szka­dzam, to wej­dę na mo­ment się ogrzać – po­wie­dzia­ła i za­czę­ła zdej­mo­wać ciem­no­żół­ty płasz­czyk, któ­ry mia­ła na so­bie. Od stóp do głów była ko­lo­ro­wa – wy­so­kie ja­sno­brą­zo­we ko­za­ki, czer­wo­ne spodnie w szkoc­ką kra­tę, żół­ty płaszcz, tor­ba i żół­to-czer­wo­ny szal. Strój wła­ści­wie pod­kre­ślał jej bez­tro­ski i ży­wio­ło­wy spo­sób by­cia.

– Wspa­nia­le! – ucie­szy­ła się Na­ta­lia, po­wstrzy­mu­jąc się, żeby nie pod­sko­czyć z ra­do­ści. – Tyl­ko pro­szę do­brze scho­wać do­wód tym ra­zem! – po­ra­dzi­ła z uśmie­chem.

– Tak, to przede wszyst­kim! – od­par­ła, śmie­jąc się, Jo­an­na i scho­wa­ła do­ku­ment do port­fe­la. Była już ro­ze­bra­na – pod płasz­czem mia­ła nie mniej ko­lo­ro­wy (bor­do­wo-po­ma­rań­czo­wy) luź­ny swe­ter. Ład­ny.

– Pro­szę wejść i so­bie usiąść – Na­ta­lia wska­za­ła na wej­ście do kuch­ni, a sama po­de­szła do ku­chen­ki, gdzie bul­go­tał sos i ma­ka­ron – a ja już wsta­wiam wodę na her­ba­tę i na­kła­dam nam je­dze­nie. Ma­ka­ron już się za­go­to­wał. Sos pie­czar­ko­wo-po­mi­do­ro­wy, może być?

– Oczy­wi­ście, tyl­ko odro­bi­nę! – uśmiech­nę­ła się Jo­an­na i usia­dła na krze­śle pod oknem.

Na­ta­lia chwi­lę krzą­ta­ła się po kuch­ni, po czym po­sta­wi­ła przed ko­bie­tą ta­lerz z je­dze­niem. Na­ło­ży­ła też so­bie i umie­ści­ła mię­dzy nimi szkla­ną mi­skę z zie­lo­ną sa­łat­ką. Przy­nio­sła tak­że sól, pieprz i sztuć­ce.

– Oj, za dużo… – oce­ni­ła Jo­an­na, pa­trząc na ta­lerz. – Dzię­ku­ję bar­dzo, wy­glą­da su­per! Smacz­ne­go!

– Smacz­ne­go! – od­par­ła Na­ta­lia, za­bie­ra­jąc się do je­dze­nia.

– Czy­li pani chło­pak… dużo pra­cu­je? – spy­ta­ła pi­sar­ka, pod­no­sząc wi­de­lec.

– Tak… spo­ro… Na­ta­lia je­stem, tak w ogó­le! – po­wie­dzia­ła i wy­cią­gnę­ła rękę przez stół. – Gapa ze mnie, że do­pie­ro te­raz!

– Wła­śnie, ja też nie po­my­śla­łam… – Jo­an­na pod­chwy­ci­ła jej dłoń. Mia­ła cie­pły, moc­ny uścisk. – Cho­ciaż w tej sy­tu­acji… Znasz wszyst­kie moje dane. – Ro­ze­śmia­ła się. – Jo­an­na je­stem. Asia! – do­da­ła.

Asia – tak jak jej Aśka, naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka od sa­me­go przed­szko­la.

Gdy Jo­an­na po­chy­li­ła się nad je­dze­niem, Na­ta­lia znów uważ­nie na nią zer­k­nę­ła, chcąc wy­czy­tać jak naj­wię­cej. Wy­czy­tać, wchło­nąć, ogrzać się. Bo to nie Jo­an­na grza­ła się w miesz­ka­niu Na­ta­lii, ale Na­ta­lia ogrze­wa­ła się obec­no­ścią swo­jej we­so­łej to­wa­rzysz­ki.

Zgod­nie z da­ny­mi w do­wo­dzie Jo­an­na była od Na­ta­lii osiem lat star­sza, ale wła­ści­wie nie było to za­uwa­żal­ne. Na pierw­szy rzut oka jej wiek trud­no by­ło­by oce­nić. Biła od niej ta mło­dość du­cha – świe­żość, ra­dość, dy­na­mizm – któ­ra na­da­je płyn­ność ru­chom i ge­stom, oży­wia spoj­rze­nie. Taka iskra, któ­ra, je­śli jest na­tu­ral­nie za­si­la­na, nie prze­mi­ja ni­g­dy, na­wet w bar­dzo póź­nych la­tach ży­cia.

Ja­dły ma­ka­ron, cały czas roz­ma­wia­jąc – o po­go­dzie, o nie­daw­nym urlo­pie Jo­an­ny w Szwaj­ca­rii, o zbli­ża­ją­cych się świę­tach Bo­że­go Na­ro­dze­nia. I o przed­mio­tach, któ­re w ży­ciu zgu­bi­ły, a po­tem szczę­śli­wie zna­la­zły (albo nie).

– Naj­bar­dziej to nie lu­bię po­ży­czać ksią­żek, mu­szę się nie­ste­ty przy­znać. Rzad­ko po­wra­ca­ją, praw­da? – spy­ta­ła Jo­an­na, pod­no­sząc wi­de­lec do ust.

– To fakt, choć ja za­wsze sta­ram się od­da­wać. Ale ostat­nio mało po­ży­czam, bo nie­ste­ty mało też czy­tam… – po­wie­dzia­ła Na­ta­lia. – A… pani… zna­czy… mó­wi­łaś – po­pra­wi­ła się – że je­steś pi­sar­ką?

– Tak, pi­szę książ­ki. Czy­tam dużo róż­no­ści, ale tro­chę też pi­szę – ro­ze­śmia­ła się Jo­an­na. – Ostat­nio na­wet wię­cej pi­szę, niż czy­tam. Bo jak wsią­kam to­tal­nie w ja­kąś wła­sną hi­sto­rię, to nie mam już ocho­ty wy­ściu­biać z niej nosa. Tak jest cza­sem le­piej.

– Su­per! A o czym pi­szesz? – za­py­ta­ła pod­eks­cy­to­wa­na Na­ta­lia. Kto wie, może Jo­an­na bę­dzie przy­szłą J.K. Row­ling i Na­ta­lia bę­dzie mo­gła kie­dyś wspo­mi­nać, jak to po­czę­sto­wa­ła ją ma­ka­ro­nem w so­sie pie­czar­ko­wym?

Sła­wa i suk­ces przy­cho­dzą prze­cież naj­róż­niej­szy­mi dro­ga­mi.

– Kry­mi­na­ły po­dróż­ni­cze przede wszyst­kim – od­par­ła, na­kła­da­jąc so­bie łyż­kę sa­łat­ki.

– Wow! Skąd bie­rzesz na to po­my­sły?

– Wiesz, tak jak z tą Szwaj­ca­rią ostat­nio… Cza­sem jeź­dzi­my z mę­żem tro­chę po świe­cie, sta­ra­my się jak naj­wię­cej. I nie­mal­że za­wsze, gdy wra­cam z ja­kiejś po­dró­ży, to mam w gło­wie nową hi­sto­rię. No i mu­szę – mu­szę – je po­tem spi­sy­wać, nic na to nie po­ra­dzę – ro­ze­śmia­ła się. – Ale już te­raz mam chy­ba w gło­wie wię­cej hi­sto­rii, niż zo­sta­ło mi lat ży­cia, żeby je spi­sać! Na szczę­ście po­my­sły ewo­lu­ują, cza­sem się łą­czą. Naj­le­piej jest, kie­dy do­bre po­my­sły za­po­zna­ją się ze sobą, upra­wia­ją seks i po­wsta­ją z nich jesz­cze lep­sze po­my­sły. – Uśmiech­nę­ła się.

– A ile ksią­żek… tych hi­sto­rii już spi­sa­łaś?

– Te­raz pi­szę swo­ją dwu­na­stą książ­kę. Moje książ­ki naj­le­piej sprze­da­ją się w Niem­czech i dla­te­go czę­sto tam jeż­dżę na róż­ne spo­tka­nia, wy­wia­dy. Dużo mnie za­pra­sza­ją, a ja lu­bię ten kraj. Może to dla­te­go, że kie­dyś miesz­ka­łam tro­chę w He­idel­ber­gu – prze­uro­cze mia­sto! I tam wła­śnie na­pi­sa­łam pierw­szą po­wieść.

– Wow! – po­wtó­rzy­ła tyl­ko Na­ta­lia. – O czym jest two­ja naj­now­sza po­wieść? – do­py­ty­wa­ła da­lej.

– Naj­now­sza aku­rat dzie­je się na Sar­dy­nii. By­li­śmy tam ze­szłe­go lata. To ma­gicz­na wy­spa, do­słow­nie! To, co tam zo­ba­czy­łam… W ogó­le nie chcia­łam wra­cać. Nie­sa­mo­wi­ta, pra­sta­ra ener­gia, kli­mat taki… coś ta­kie­go jest w po­wie­trzu… – Jo­an­na roz­ma­rzy­ła się, może prze­no­sząc się w wy­obraź­ni na ja­kąś sar­dyń­ską pla­żę. – By­łaś może?

– Nie, z Włoch to tyl­ko w Me­dio­la­nie parę lat temu, ale aku­rat pa­dał deszcz. A gdzie mogę zna­leźć two­je książ­ki? – spy­ta­ła Na­ta­lia.

Może jak prze­czy­ta so­bie po­wieść Jo­an­ny, coś ją wresz­cie za­in­spi­ru­je, na­tchnie, od­mie­ni… Przej­dzie na nią choć odro­bi­na tej ra­do­ści, któ­rą ema­no­wa­ła au­tor­ka. A je­śli nie, to przy­naj­mniej prze­nie­sie się na parę go­dzin w ja­kaś inną ko­lo­ro­wą rze­czy­wi­stość, co też ma sens, bio­rąc pod uwa­gę, jak bar­dzo była znu­dzo­na swo­im obec­nym – praw­dzi­wym – świa­tem.

– Wszyst­kie są w księ­gar­niach, zwłasz­cza te naj­now­sze. Te star­sze pew­nie na za­mó­wie­nie. Ale naj­le­piej dam ci po­tem wi­zy­tów­kę z moją stro­ną, tam jest wszyst­ko, co na­pi­sa­łam… Ale… – Wzrok Jo­an­ny po­wę­dro­wał gdzieś na ścia­nę nad sto­łem, na­prze­ciw­ko za­bu­do­wy ku­chen­nej. – Cóż to ta­kie­go? – za­py­ta­ła, wy­raź­nie za­in­try­go­wa­na.

– Co? – zdzi­wi­ła się Na­ta­lia i po­dą­ży­ła za spoj­rze­niem Jo­an­ny. – A, to… A nic, nic ta­kie­go… – od­par­ła wy­mi­ja­ją­co.

– Co to za ob­raz? – drą­ży­ła ko­bie­ta, z za­in­te­re­so­wa­niem wpa­tru­jąc się w ścia­nę. Wpa­tru­jąc się w ob­raz na ścia­nie.

Ob­ra­zek.

Ba­zgro­ły ja­kieś.

– Taki tam… Ta­kie tam… moje sta­re ba­zgro­ły – od­po­wie­dzia­ła Na­ta­lia i też przez chwi­lę pa­trzy­ła na wi­szą­cy w an­ty­ra­mie ob­ra­zek, ze zdzi­wie­niem i od­kry­wa­jąc go cał­kiem na nowo. Jak­by zo­ba­czy­ła go po raz ab­so­lut­nie pierw­szy, tak jak uj­rza­ła go te­raz Jo­an­na – tymi ży­wy­mi, błysz­czą­cy­mi ocza­mi.

Na­ma­lo­wa­ny pa­ste­la­mi ob­raz przed­sta­wiał nie­wiel­ki mu­ro­wa­ny do­mek z du­żym, po­ro­śnię­tym wi­no­ro­ślą ta­ra­sem. Na ta­ra­sie sta­ły spo­rej wiel­ko­ści do­ni­ce z ko­lo­ro­wy­mi kwia­ta­mi o ogrom­nych kie­li­chach. I ko­new­ka. Kwia­ty uśmie­cha­ły się do sie­bie, a ko­new­ka pa­trzy­ła na nie z uko­sa. Z jej „noz­drzy” pry­ska­ły kro­pel­ki wody. Dra­bi­na w mie­dzia­nym ko­lo­rze pro­wa­dzi­ła z ta­ra­su na dach. Na kra­wę­dzi da­chu, z nie­dba­le zwi­sa­ją­cy­mi no­ga­mi, sie­dział kot – w bu­tach i w wiel­kim czer­wo­nym ka­pe­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem. W ustach ko­cu­ra tkwi­ła faj­ka, z któ­rej wy­do­by­wa­ła się struż­ka sza­re­go dymu, wi­jąc się wy­so­ko w nie­bo i łą­cząc się na koń­cu z bia­łą kłę­bia­stą chmu­rą.

Ob­ra­zek pod­pi­sa­ny był jej imie­niem i na­zwi­skiem.

Na­ta­lia Ter­lec­ka, kl. VI B, miej­sce I.

Kie­dyś do­sta­ła za nie­go pierw­szą na­gro­dę w ogól­no­pol­skim kon­kur­sie pla­stycz­nym. Kie­dyś. Chy­ba w ja­kimś in­nym ży­ciu.

– By­łam wte­dy z tej wy­gra­nej bar­dzo dum­na – do­da­ła z za­wsty­dzo­nym pół­u­śmie­chem, jak­by przy­zna­wa­ła się do cze­goś gor­szą­ce­go.

– I pra­wi­dło­wo, bo to… bar­dzo cie­ka­we dzie­ło! – Jo­an­na pod­nio­sła się i te­raz z bli­ska pa­trzy­ła na ob­raz. – Co to za miej­sce? – spy­ta­ła.

– To jest dom mo­jej bab­ci. A kot to oczy­wi­ście ele­ment nad­pro­gra­mo­wy. – Na­ta­lia się uśmiech­nę­ła.

– In­try­gu­ją­ce i… jak na szó­sto­kla­sist­kę… bar­dzo do­bre! Ma pani zdol­no­ści! – Jo­an­na spoj­rza­ła na Na­ta­lię z uzna­niem. – Czy mogę zo­ba­czyć… ja­kieś now­sze pra­ce?

– Nie mam… pra­wie nic nie mam. Kie­dyś cho­dzi­łam na te pla­stycz­ne za­ję­cia, a po­tem prze­sta­łam. Wpraw­dzie wie­le lat ry­so­wa­łam so­bie róż­ne rze­czy… Ale ostat­nio już dość daw­no tego nie ro­bi­łam – po­wie­dzia­ła Na­ta­lia z ja­kimś na­głym smut­kiem.

Za­sko­czył ją ten smu­tek. Bo był nie­spo­dzie­wa­nie sil­ny i bo­le­śnie ukłuł ją w klat­kę pier­sio­wą.

[…]

Pozostało jeszcze 95% treści tej książki.

Woda księ­ży­co­wa

isbn: 978-83-8423-600-0

© Aga Ja­ni­szew­ska i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2025

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Be­ata Ko­strzew­ska

ko­rek­ta: Mag­da­le­na Wo­ło­szyn

okład­ka: Pau­li­na Ra­dom­ska-Skier­kow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.

Wy­daw­nic­two oraz Au­tor­ka dzię­ku­ją Fun­da­cji Łódź Arte za wspar­cie fi­nan­so­we pu­bli­ka­cji.