Witaj, piękna pastereczko - Cieplik Konrad - ebook

Witaj, piękna pastereczko ebook

Cieplik Konrad

0,0

Opis

Wśród albańskich wzgórz splata się los dwóch dusz

Albańskie wzgórza, doświadczony życiem harleyowiec, cieszący się urokami emerytury, i ona – Louisa, dwudziestokilkuletnia, urocza pasterka. Już od pierwszego spotkania na malowniczej, górskiej drodze między nimi rodzi się niezwykła więź.

Z biegiem czasu tworzą własny, intymny mikroświat – przesycony ciszą, spojrzeniami i gestami, które znaczą więcej niż słowa. Zamiast głośnymi deklaracjami upajają się milczeniem w blasku ogniska.
Nie wiedzą, jaki epilog znajdzie ta relacja. Pewne jest tylko to, że na zawsze odmieni ich życie.

„Witaj, piękna pastereczko” to poruszająca opowieść o tym, jak przypadkowe „witaj” może stać się początkiem najpiękniejszego „zostań”. Historia o uzdrowieniu – nie przez słowa, lecz przez obecność. I o pięknie drugiego człowieka – tym, które objawia się tylko wtedy, gdy przestajemy oceniać, a zaczynamy naprawdę widzieć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Konrad Cieplik

Witaj, piękna pastereczko

I.

„Przypadek, który wykracza poza nasze pojmowanie porządku” – Carl Gustav Jung

Wstałem rano, otulony ciepłem wczesnych promieni słońca, które leniwie wdzierały się przez firankę hotelowego pokoju. Był to jeden z tych rzadkich poranków, kiedy czas zdawał się nie istnieć – żadnych obowiązków, żadnej presji, tylko spokój i perspektywa dnia wypełnionego pasją. Mój motocykl czekał na mnie na parkingu, gotowy, by razem ze mną przemierzyć serpentyny albańskich gór.

Hotel, w którym zatrzymałem się na dwa dni, pachniał świeżym górskim powietrzem, sosnowym lasem i delikatną nutą ziół unoszącą się w ciepłych wnętrzach.

Zapowiadał się piękny dzień, bez pośpiechu, bez presji. Wiedziałem, że przede mną chwile, które mogłem smakować powoli, jak najlepsze wino. Jeszcze wtedy nie przypuszczałem, że za kilka godzin los postawi na mojej drodze coś, co nie tylko odmieni tę podróż, ale może i całe moje życie.

Zszedłem do hotelowej restauracji, gdzie kelner uśmiechnął się uprzejmie i wskazał mi wolny stolik. Wziąłem filiżankę mocnej, aromatycznej kawy i pozwoliłem sobie na chwilę zapomnienia. Smakowała jak obietnica czegoś wyjątkowego. W powietrzu unosił się zapach rozmarynu i ciepłego masła, a ja, spokojny, wolny od trosk, delektowałem się każdym łykiem. Mimo tej błogiej atmosfery gdzieś głęboko w sercu czułem lekkie napięcie, jakby podświadomość próbowała wyszeptać mi coś, czego jeszcze nie rozumiałem.

Po śniadaniu podszedłem do baru i poprosiłem barmana, żeby wymienił mi pięćdziesiąt euro na albańskie leki. Bo w trasie to różnie bywa, a najgorzej jest na stacjach benzynowych gdzie niby można płacić w euro i kartą, ale w praktyce nie do końca to działa, w szczególności w małych miejscowościach. A są same małe, ha, ha. Uśmiechnął się lekko, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko skinął głową i podał mi plik banknotów. Wyszedłem na zewnątrz, a poranne powietrze przywitało mnie orzeźwiającą bryzą, która owionęła moją twarz. Niebo było błękitne, czyste, nieskazitelne, jakby ktoś starannie wyczyścił je z wszelkich chmur. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że czeka mnie dzień doskonały. Czułem się nieziemsko! Już w swojej głowie widziałem te zdjęcia, które uda mi się zrobić w tak czystym i przejrzystym powietrzu. Ale nie mogłem jeszcze wiedzieć, jak bardzo niezwykły miał się ten dzień okazać.

Motocykl stał tam, gdzie go zostawiłem, lśnił w słońcu i czekał na mnie jak wierny towarzysz gotowy do drogi. Włożyłem kask, odpaliłem silnik, a niskie wibracje przeniknęły mnie od stóp do głów. Czułem ekscytację – tę pierwotną radość, która towarzyszy każdemu, kto rusza w nieznane. Moim celem było zrobienie pętli z SH5 na SH22, następnie na SH23 i z powrotem na SH5, która mnie doprowadzi z powrotem do hotelu, jedna z najpiękniejszych pętli w Albanii, wijąca się przez góry jak srebrna wstęga. Plan był prosty: wyruszyć, nacieszyć się każdym zakrętem, każdym widokiem, każdym podmuchem wiatru, a potem wrócić do hotelu. Prosty, doskonały plan.

Ale los lubi płatać figle. I tego dnia miał dla mnie przygotowaną niespodziankę, której nie byłem w stanie przewidzieć. Jeszcze nie wiedziałem, że gdzieś tam w totalnej dziczy albańskich gór, na totalnym odludziu na skraju drogi, pośród sunącego powoli stada owiec, ujrzę kogoś, kto w jednej chwili zburzy mój świat i zostawi w nim ślad głębszy niż najgłębszy kanion. Nie wiedziałem, że już za moment moje życie stanie się opowieścią, którą będę chciał zapamiętać na zawsze.

Wąska, kręta droga SH5 powoli prowadziła mnie z powrotem do hotelu. Otulony ciszą albańskich gór, pozwalałem myślom dryfować, ciesząc się samotnością i spokojem. Silnik mojego Harleya pomrukiwał leniwie. Wtedy usłyszałem coś innego – trąbienie samochodu.

Wyjechałem zza zakrętu i zobaczyłem scenę, która w pierwszej chwili wydała mi się niemal surrealistyczna. Samochód próbował ominąć stado owiec, które z wolna pięło się pod górę. Kierowca, najwyraźniej niecierpliwy, wciskał klakson, jakby to miało przyspieszyć ruch zwierząt. Przejeżdżając obok, zobaczyłem w środku dwie roześmiane kobiety. Ich wesołość wydawała mi się dziwna – co takiego było w tej sytuacji, że tak je to bawiło? Sam zachowałem się inaczej – zatrzymałem motocykl na poboczu, zgasiłem silnik, by nie płoszyć zwierząt. Wiedziałem, jak charakterystyczny i donośny dźwięk ma mój Harley.

Siedząc tak na motocyklu, przyglądałem się stadu, które leniwie zbliżało się do mnie. Moje zdziwienie rosło z każdym metrem.

Wśród owiec szła dziewczyna – najpierw widziałem tylko jej sylwetkę, ale z każdym krokiem stawała się coraz bardziej wyraźna.

Otworzyłem przyłbicę, by przyjrzeć się lepiej, a po chwili zdjąłem kask. Była młoda, piękna i… zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Wyglądała, jakby pomyliła wydarzenia – zamiast wędrować z owcami po albańskich górach, powinna stać w pierwszym rzędzie na rockowym koncercie. Czarne włosy, liczne tatuaże pokrywające jej ramiona i masywny aparat fotograficzny zwisający z jej szyi – wszystko w niej było zagadką. I choć jej karnacja i rysy twarzy mogły sugerować albańskie korzenie, byłem niemal pewien, że nie jest stąd. W ręku trzymała długi pasterski kij, a obok niej podążały dwa psy pasterskie, które z wprawą pilnowały stada.

Gdy podchodziła bliżej, w mojej głowie narastał chaos. Nie mogłem znaleźć logicznego wytłumaczenia dla jej obecności tutaj. Pierwsza myśl?

Może to dziewczyna z wielkiej korporacji, która postanowiła uciec od miejskiego zgiełku i odnaleźć siebie w surowej dziczy. A może była na odwyku? Słyszałem kiedyś o takich metodach odcięcia się od świata – samotność, natura, żadnych pokus.

Gdy znalazła się w odległości, w której mogłem dostrzec jej ciemne, błyszczące oczy, uśmiechnęła się lekko. A ja poczułem, jakby archetyp kobiety właśnie materializował się na mojej drodze. Owce – symbol pokory. Ona – przewodniczka. Ja? Uczeń, który jeszcze nie wie, czego ma się uczyć. Ale już wie, że musi słuchać. Był to uśmiech, który w jednej chwili sprawił, że poczułem coś dziwnego – jakby jakaś niewidzialna siła właśnie popchnęła mnie ku niej. Wtedy, zupełnie instynktownie, powiedziałem:

– Witaj, piękna pastereczko.

Zaskoczona, ale rozbawiona, roześmiała się i melodyjnie odpowiedziała „hello” na przywitanie. Nie zatrzymała się jednak, wciąż szła pod górę, prowadząc swoje owce. Ja odwzajemniłem jej uśmiech i dodałem:

– Może ci pomóc?

Nie odpowiedziała. Jedynie odwróciła głowę w moją stronę, posyłając mi jeszcze jeden pełen tajemnicy uśmiech. W końcu oddaliła się, zostawiając mnie z setką pytań kłębiących się w głowie. Czułem, że nie mogę pozwolić jej tak po prostu zniknąć w tej górskiej ciszy.

Zawróciłem motocykl, wyprzedziłem stado i po kilkuset metrach zaparkowałem na poboczu. Powoli zsunąłem się z siodła i jak zahipnotyzowany ruszyłem prosto w stronę stada, gotów dowiedzieć się, kim jest dziewczyna, która w jednej chwili zamieniła moją podróż w coś znacznie więcej niż tylko kolejną trasę do przejechania.

Ona ze swoim stadem szła pod górę, ja schodziłem w dół. Zbliżaliśmy się do siebie, a ja, przechodząc przez stado, zmierzałem prosto na nią. Owce rozsuwały się, jakby mnie znały, jakby ich instynkt mówił im, że jestem częścią tego krajobrazu. Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji. Nie wiedziałem, jak zwierzęta zareagują – czy uciekną, czy może spanikują? A jednak, one po prostu ustępowały mi drogi, jakby wyczuwały, że to spotkanie jest nieuniknione, że jest pisane gdzieś w gwiazdach.

Zbliżając się, zauważyłem, że jej szeroki uśmiech zmienił się w lekki, wesoły grymas. Nie bała się, co było dla mnie równie zaskakujące jak to, że w ogóle znalazła się w tym miejscu. Młoda, drobna dziewczyna, zupełnie sama pośrodku albańskich gór, a jednak w jej spojrzeniu nie było lęku. Wielki plus dla niej.

Chciałem rozładować napięcie, więc uśmiechnąłem się lekko, próbując nadać rozmowie swobodniejszy ton.

– Z tym „pomóc ci” nie żartowałem – rzuciłem z półuśmiechem, przyglądając się jej uważnie.

Przez ułamek sekundy wydawała się zaskoczona, jakby zastanawiała się, czy naprawdę mówię serio. A potem jej twarz rozjaśnił szeroki, szczery uśmiech. W jej oczach zatańczyło rozbawienie, ale też coś, czego nie potrafiłem do końca odczytać.

– Dziękuję, ale mam dwóch wiernych pomocników – powiedziała, a w jej głosie zabrzmiała czułość. Skinieniem głowy wskazała na dwa psy, które kręciły się wokół niej, czujne i gotowe do działania.

Jeden z nich na moment podniósł na mnie wzrok, jakby oceniał, czy rzeczywiście jestem godny zaufania. Drugi machnął ogonem, ale nie spuścił z niej oka, jakby to ona była dla niego całym światem.

– Wygląda na to, że mam konkurencję – zażartowałem, rzucając jej lekko rozbawione spojrzenie. Spojrzałem na czworonogi, czując, jak ich spokojna, lecz czujna obecność sprawia, że czuję się nieco skrępowany, ale i zafascynowany: – Też są piękne.

Roześmiała się szczerze, a jej śmiech brzmiał jak melodia, lekka, pełna radości i czegoś, co nie pozwalało pozostać obojętnym. To był dźwięk, który przenikał do wnętrza, wywołując przyjemne ciepło w piersi. Poczułem, że ten śmiech jest czymś, co chciałbym słyszeć częściej, czymś, co sprawia, że wszystko inne przestaje być ważne.

– Dziękuję, też mi się podobają – odpowiedziała z rozbawieniem w oczach, jakby wiedziała, że moje słowa to coś więcej niż tylko komplement.

Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie przez chwilę dłużej, a ja poczułem, jakby między nami pojawiła się niewidoczna nić zrozumienia. Oczy psów, czujne i pełne mądrości, jakby również przyglądały się tej chwili, jakby z każdej z tych sekund mogły wyczytać coś, co umykało mi samemu.

Ruszyliśmy razem pod górę, powoli, krok po kroku, zaczynając rozmowę. Nie mogłem się powstrzymać żeby nie zadać tego pytania, które cisnęło mi się na usta od samego początku:

– Co ty tu właściwie robisz? – zapytałem, starając się zachować jakąś naturalność, choć coś w moim głosie zdradzało niepewność. – Nie jesteś stąd, to widać gołym okiem. Wprawdzie Albania to nie moje podwórko, ale ty… totalnie nie pasujesz mi do tego miejsca. Jakbyś nie miała nic przeciwko temu, to chciałbym cię lepiej poznać, i usłyszeć twoją historię.

Jej wzrok, przez chwilę skupiony na drodze, przesunął się na mnie, lecz nie zdradzał niczego. Tylko ten moment, w którym jej oczy na chwilę spotkały moje, mówił więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie było w tym spojrzeniu nic osobistego, a zarazem wszystko. Chwilę patrzyła na mnie, jakby oceniając, czy warto odpowiedzieć, czy może lepiej milczeć. W końcu, jakby podjęła decyzję, odwróciła wzrok i ruszyła naprzód, nieco szybciej niż poprzednio.

– A pomyślałeś, że może właśnie dlatego tu jestem? Żeby tej historii nie opowiadać?

Zamilkła. Jej wzrok na chwilę zawisł gdzieś ponad doliną, jakby patrzyła w coś, czego nie mógł zobaczyć. Wiatr poruszył jej włosy, a słońce, już nisko zawieszone na niebie, rozlało na jej twarzy złotą poświatę jak płynny bursztyn. Gdyby miał w tej chwili zrobić jej zdjęcie, kadr roztrzaskałby wszystkie klisze. Nie byłby w stanie udźwignąć tej autentyczności.

– Wiesz… – powiedziałem powoli – …gdybyś chciała się ukryć, wybrałabyś inne miejsce. Góry są za prawdziwe. Za szczere. One się nie nadają na schronienie, tylko na konfrontację. Z samą sobą.

Spojrzała na mnie spod rzęs. Zabawnie kontrastowały z tatuażem na jej karku – skrzydłem nietoperza, wyrysowanym cienką, precyzyjną kreską.

– Mówisz tak, jakbyś sam czegoś szukał.

– Może i szukam. Ale dziś znalazłem coś innego.

– Co takiego?

– Ciebie.

Milczała. Przez chwilę myślałem, że ją spłoszyłem. Ale nie – ona tylko przymykała oczy, wystawiając twarz ku słońcu jak wilczyca wyczuwająca zapach wiatru. W końcu rzuciła:

– Jeśli zostałeś, żeby poznać moją historię, to możesz się rozczarować. Nie jestem opowieścią. Jestem dziurą po niej – rzuciła spokojnie, lecz w jej głosie czaiło się coś więcej, coś, co sprawiało, że każde słowo nabierało ciężaru. Spojrzała na mnie uważnie, jakby czekała, czy zrozumiem to, co kryło się między wierszami.

Mówiła to bez nerwów, bez cienia strachu. Była tu z jakiegoś powodu, ale najwyraźniej nie zamierzała się nim dzielić. Czułem, że nie będzie to proste i będę musiał trochę poczekać, zanim mi zaufa.

– Jeśli nie chcesz mówić o sobie, może chociaż posłuchasz mojej historii? – zaproponowałem, uśmiechając się lekko, próbując zdjąć z nas obojga to napięcie, które wisiało w powietrzu. Moje słowa brzmiały niemal jak wyzwanie, jak zaproszenie do czegoś, co mogło rozłamać ciszę między nami.

Zaśmiała się krótko, a jej śmiech miał w sobie nutę rozbawienia, jakby nie do końca wierzyła w to, co powiedziałem.

– Masz co opowiadać? – zapytała, jej oczy błyszczały ciekawością, ale w głosie czaił się drobny sceptycyzm.

– Jestem trochę starszy od ciebie, więc nazbierało się trochę tego – odpowiedziałem z lekkim przekąsem, czując, jak jej wzrok nieco się zmienia, jakby zaczęła dostrzegać we mnie kogoś więcej niż tylko zwykłego rozmówcę.

– Noo nie wiem, czy chcę ich słuchać – odparła żartobliwie, uśmiechając się szerzej, jakby chciała osłabić powagę tej chwili, ale w jej tonie wciąż było coś, co mówiło, że zastanawia się, czy naprawdę chce poznać moją przeszłość.

Wskazałem na psy, które spokojnie kręciły się wokół stada, ich oczy czujnie śledziły każdy ruch owiec.

– Może one by chciały? – rzuciłem, unosząc lekko brwi i próbując wpleść w to trochę humoru, choć nie byłem pewien, czy udało mi się rozluźnić atmosferę.

Znów wybuchnęła śmiechem, tym razem głośniej, a jej śmiech był czysty, pozbawiony napięcia. Czułem, jak to rozbawienie wypełnia przestrzeń między nami, sprawiając, że na moment zapomnieliśmy o wszystkim.

– Wiesz co? Od dłuższego czasu jesteś pierwszym, kto mnie rozbawił – powiedziała, jej głos był pełen ciepła i szczerości. Spojrzała na mnie z lekką wdzięcznością, jakby te słowa naprawdę miały dla niej znaczenie. – Może rzeczywiście trochę pogadamy, skoro masz na to ochotę.

Skinieniem głowy wskazała drogę pod górę.

– Jakiś kilometr stąd skręcisz w prawo w kamienną drogę. Tam znajdziesz mój obóz. Moi kuzyni budują mi tam coś w rodzaju bazy dla mnie i dla stada.

Byłem zaskoczony.

– Baza dla owiec? Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jak to wygląda?

Wzruszyła ramionami.

– Pojedziesz, to zobaczysz. – Uśmiechnęła się tajemniczo. – Nic wielkiego, prymitywne, ale wystarczające. Szałas? To bardziej skrzynia zbita z drewna, przenośna, akurat tyle, żeby zmieścił się człowiek, no, może dwóch, jeśli naprawdę się lubią. – W tym momencie wybuchnęła śmiechem. – Ognisko, parę kamieni wokół, żeby wiatr nie rozwiał żaru. Ogrodzenie? Zwykła linka, ale owce, nie wiadomo skąd, wiedzą, że nie wolno jej przekraczać. Całość? Tymczasowa, jak wszystko tutaj. Dziś jest tutaj, jutro może być gdzie indziej.

Podrapałem się po brodzie, zastanawiając się, co zrobić. Ale ciekawość była silniejsza niż zdrowy rozsądek.

– Droga jest przejezdna? – zapytałem, mając na myśli mojego Harleya.

Gdybym jechał innym motocyklem, nie byłoby tego pytania.

Ale Harley to nie jest raczej maszyna na szutrowe drogi, co nie znaczy, że się całkowicie nie nadaje. Bywałem na nim w takich miejscach, że goście podchodzili, łapiąc się za głowę, i pytali, czy ja tym tutaj wjechałem. Mimo wszystko starałem się unikać takich dróg, w szczególności jak byłem sam.

– Kuzyni dojechali tam małą ciężarówką. Powinieneś i ty dać radę.

Zawahałem się na chwilę. W końcu byłem tu tylko przejazdem. Rozsądek podpowiadał mi, że powinienem wracać do hotelu, ale coś wewnątrz mnie mówiło: „Jeśli teraz odjedziesz, będziesz tego żałować”.

– Tam będą moi kuzyni. Jak cię nie zrzucą w przepaść, to może się na mnie doczekasz – powiedziała, a potem znów się głośno roześmiała.

W mojej głowie myśli wirowały jak liście w niespodziewanym podmuchu wiatru. Strach? Był, ale nie przed jej kuzynami. Nie przed nimi kłębiło mi się w żołądku coś ciężkiego jak kamień. Czułem, że mój strach, a raczej obawy muszą zostać ze mną i tylko ze mną. Nie mogłem jej tego pokazać. Nie teraz. Więc uśmiechnąłem się tylko, jakbym nie czuł nic poza ekscytacją.

Spojrzałem na nią, a potem na drogę, którą wskazała.

– Zaryzykuję – odpowiedziałem i ruszyłem w dół po motocykl.

Wsiadłem, odpaliłem silnik i jeszcze raz zerknąłem na nią. Piękna pastereczka zaś prowadziła swoje stado pod górę, na tle górskiego krajobrazu, z uśmiechem na twarzy, a jej czarne włosy lekko rozwiewał wiatr. W tej chwili byłem pewien, że ta dziewczyna, ta chwila, ta droga – to wszystko zmieni moje życie na zawsze. Jeszcze tylko nie miałem świadomości, jak bardzo.

W danej chwili nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje i co czuję. A może właśnie wiedziałem? Na pewno nie był to strach, a już na pewno nie przed jej kuzynami. W głowie kłębiły mi się myśli, żeby zawrócić, ale ciekawość była silniejsza. Wciągnęła mnie jak rwący nurt i nie potrafiłem się jej oprzeć. Musiałem tam pojechać, choćby po to, by przekonać się, dokąd mnie to wszystko doprowadzi.

Przyspieszyłem, ponownie ją wyprzedzając. Mijając ją i jej stadko, uśmiechnięty rzuciłem:

– No to na razie!

Ona odpowiedziała mi tym samym i skinieniem głowy dała do zrozumienia, że doleciało do niej, co powiedziałem. Skręciłem w drogę, którą wskazała. Faktycznie, nie była to wymarzona trasa dla Harleya. Kamienie, koleiny i sypki żwir sprawiały, że jazda wymagała skupienia. Ale musiałem to przeboleć. Na szczęście „baza”, o której mówiła, była niedaleko.

Droga prowadziła cały czas w dół. Po chwili zobaczyłem małą ciężarówkę, coś w rodzaju Kia ze skrzynią, stojącą nieruchomo jak strażnik pilnujący wjazdu. Podjechałem bliżej i dostrzegłem dwóch mężczyzn, przywiązujących taśmę do drzew. Pewnie to ogrodzenie, o którym mówiła. Miejsce było idealne, bo gdyby obóz rozbili kilkaset metrów dalej, musiałbym przeprawiać się przez potok.

Z boku, niedaleko drogi, woda spadała z góry z może dwumetrowego wodospadu, a raczej kaskady, bo trudno było to nazwać wodospadem. Wyglądało to jednak uroczo i zjawiskowo.

Wybrałem miejsce na poboczu, przy krawędzi urwiska. Na szczęście rosły tam drzewa, więc gdyby motocykl się wywrócił, zatrzymałyby go przed osunięciem się w przepaść. W każdym razie tak to sobie tłumaczyłem. Manewrowałem, próbując go ustawić w kierunku wyjazdu, gdy nagle podeszli do mnie kuzyni. Ich spojrzenia były napięte, ciała sztywne. Zaczęli mówić coś po albańsku, potem przeszli na łamaną angielszczyznę.

– Tu nie można być! To baza, obóz! – rzucił jeden, patrząc na mnie spode łba, jego ton był twardy, a spojrzenie pełne podejrzliwości.

– Spotkałem stado na drodze i umówiłem się, że tu na nią poczekam – odpowiedziałem spokojnie, choć czułem na sobie ich czujne, niemal oceniające spojrzenia.

Drugi kuzyn zmrużył oczy, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów, jakby próbował dostrzec w moich słowach choćby cień kłamstwa.

– Na kogo poczekasz? – zapytał ostro.

– Na dziewczynę, która prowadzi stado – odparłem bez wahania, utrzymując pewny ton, choć napięcie między nami wyraźnie rosło.

– Co masz do niej? – Jego głos zabrzmiał chłodno, niemal oskarżycielsko.

– Nic. Po prostu gadaliśmy i mieliśmy dokończyć rozmowę. Na środku jezdni było to raczej niemożliwe – dodałem, wzruszając lekko ramionami, starając się zachować swobodę, mimo że czułem, jak powietrze gęstnieje od nieufności.

Jeden z nich spojrzał na drugiego i zaczęli rozmawiać w języku totalnie dla mnie niezrozumiałym. Ale byłem cierpliwy, zdjąłem kurtkę, poprawiłem koszulkę. Kątem oka zauważyłem, jak ich wzrok przeskakuje na moje tatuaże. Zrobiłem krok do przodu. Byłem od nich wyraźnie wyższy i lepiej zbudowany. Przy wzroście zaledwie sto osiemdziesiąt centymetrów i wadze dziewięćdziesiąt kilogramów i tak przy nich wyglądałem jak wielkolud, ha, ha. Ich bojowe nastawienie trochę osłabło. Ostatecznie odpuścili, wrócili do pracy, a ja rozejrzałem się po „obozie”. Zaśmiałem się pod nosem. Faktycznie, obozowisko jak ta lala.

Po chwili usłyszałem znajome dzwonki. Stado pojawiło się na horyzoncie i, o dziwo, poszło prosto do ogrodzenia, jakby owce od zawsze wiedziały, że mają tam wejść. Kuzyni zamknęli taśmę, a potem rzucili się do rozmowy z dziewczyną. Wymachiwali rękami, ona nie odpuszczała. Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest Albanką. Mówiła płynnie, na tyle, żeby się kłócić po albańsku, a to co innego niż rozmowa. Przez chwilę zwątpiłem. Ale jej wygląd i zachowanie… Nie, nie, coś mi tu nie pasowało.

W końcu kuzyni wsiedli do ciężarówki, ich twarze były wykrzywione w gniewie, i wyraźnie wkurwieni odjechali, silnik ich samochodu ryknął w tle, przerywając ciszę. Zatrzymali się na moment, jakby chcieli jeszcze coś dodać, ale tylko cisnęli w moją stronę pogardliwe spojrzenia, zanim odjechali wkurwieni na maksa. Stałem tam przez chwilę, czując, jak ulga powoli zaczyna zalewać moje ciało, ale zaraz potem zauważyłem, że ona patrzy na mnie, jakby oceniała, co się właśnie wydarzyło.

Nie odwróciłem wzroku, po prostu uśmiechnąłem się lekko i podszedłem do ogniska, które próbowałem jakoś rozbujać. Drobne płomienie tańczyły na wietrze, a zapach drewna unoszący się w powietrzu miał w sobie coś kojącego. Poczułem, jakbyśmy oboje trochę odetchnęli, jakby nagle atmosfera stała się mniej napięta.

Ona ruszyła w moją stronę, nie spuszczając ze mnie wzroku. Zbliżyła się do ogniska, a jej kroki były ciche, ale pewne. Siadła obok mnie, układając się na kamieniu w taki sposób, że jej spojrzenie nie opuszczało mojej twarzy.

– Jak było z kuzynami? – zapytała, jej głos był ciepły, lecz pełen ciekawości. Patrzyła na mnie z taką ważnością, jakby chciała poznać każdą moją reakcję, każdy szczegół.

Roześmiałem się, próbując rozładować sytuację, choć byłem świadomy, że niełatwo było to zrobić. Wiedziałem, że jej spojrzenie wyłapywało każdy mój ruch, każdą reakcję. Zacząłem trochę ściemniać, nie chcąc wchodzić w szczegóły.

– Wiesz, jak to bywa… trochę się nie dogadaliśmy, ale jakoś poszło – odpowiedziałem wymijająco, starając się, by moje słowa brzmiały lekko, choć sam wiedziałem, że nie było aż tak łatwo.

Jej wzrok nieustannie mnie śledził, a ja poczułem, jak jej oczy badają mnie z każdym moim słowem. Poczułem ciarki na całym ciele. W jej spojrzeniu było coś, co sprawiało, że miałem wrażenie, iż widzi więcej, niż próbuję jej pokazać. Przez chwilę panowała cisza, tylko trzaskanie ognia i dzwonki owieczek wypełniały przestrzeń. Dziewczyna w końcu przerwała ciszę, a jej głos był pełen przekory.

– Raczej poszło ci nieźle – stwierdziła z lekkim uśmiechem, jej ton był pełen pewności, jakby już wiedziała, jak to się skończy.

Zaskoczony jej pewnością siebie, spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem.

– Dlaczego tak sądzisz? – zapytałem, nie mogąc powstrzymać ciekawości. Byłem pewny, że miała coś na myśli, ale nie wiedziałem, co dokładnie.

Spoglądała na mnie przez chwilę, jej usta lekko się uniosły, jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. Potem jej wzrok przesunął się w dół, badając moją postawę, aż wrócił do moich oczu. Wtedy, jakby z lekką nutą rozbawienia, odpowiedziała:

– Kiedy patrzę na ciebie, to myślę, że musieli się trochę przestraszyć. Wyglądasz dosyć pokaźnie w stosunku do nich – rzekła z lekkim uśmiechem, a w jej tonie było coś, co sprawiło, że moje serce na moment zabiło mocniej.

Zmrużyła oczy, przesuwając wzrokiem po moich ramionach, a potem niżej, jakby dopiero teraz zauważyła tatuaże na moim ciele.

– Myślę, że te tatuaże zrobiły niezłą robotę. – Uniosła lekko brew, wskazując na wzory pokrywające moją skórę. – Nie dziwię się, że mogli poczuć respekt. To nie tylko twoja sylwetka, ale cały wizerunek robi wrażenie.

Poczułem, jak jej słowa sprawiają, że nagle jestem bardziej świadomy siebie. Jakbym stał tam, wyraźniejszy, jakby świat skupił się na mnie. Przełknąłem ślinę i podrapałem się po karku, czując ciepło rozlewające się pod skórą.

– Lubię tatuaże – powiedziałem w końcu, unosząc rękę, żeby odruchowo przejechać palcami po jednym z nich.

– Twoje też mi się podobają. – Przyjrzałem się im uważniej, śledząc wzrokiem linie i kształty. Były inne niż moje, bardziej subtelne, lecz wciąż miały w sobie coś magnetycznego.

Ale jej wzrok był skupiony na mojej skórze, jakby próbowała rozszyfrować ukryte w nich historie.

– Moje to raczej pieczątki w porównaniu do twoich, ha, ha. – Zaśmiała się cicho, lekko przekrzywiając głowę. – Ale każdy ma dla mnie jakieś znaczenie. A twoje coś znaczą?

Zawahałem się na moment, zanim odpowiedziałem.

– Nie, nic nie znaczą… Zawsze unikałem tatuowania na sobie symboli.

Zmrużyła oczy, jakby nie była przekonana.

– No jakoś ci nie wierzę – odpowiedziała szybko, uśmiechając się z lekkim wyzwaniem w głosie.

Westchnąłem, po czym wzruszyłem ramionami.

– Możesz mieć rację. Nie pierwsza mi to mówisz. Ci, którzy mnie dobrze znają, w całości coś dostrzegają. I to może mieć sens… – powiedziałem cicho, przesuwając dłonią po jednym z tatuaży, jakbym sam próbował zrozumieć, co naprawdę kryje się pod tuszem. – W końcu coś mnie natchnęło do tego, żeby zrobić takie, a nie inne.

Spojrzałem na swoje przedramię, na linie i kształty, które kiedyś wydawały mi się przypadkowe. Może to one wybrały mnie, a nie ja je? Może dopiero teraz zaczynały mówić coś, czego kiedyś nie byłem gotów usłyszeć? Jak echo emocji, których nie potrafiłem ubrać w słowa.

– Ten jest piękny… – powiedziała prawie szeptem i zatrzymała wzrok na jednym z nich. W jej głosie było coś, co sprawiło, że przez chwilę zabrakło mi tchu.

Potem delikatnie dotknęła opuszkami palców wzoru na moim ramieniu. Ledwie musnęła skórę, ale to wystarczyło, żebym poczuł przyjemny dreszcz, ciepło rozchodzące się falą po całym ciele.

Zapanowała cisza, lecz nie była niezręczna. Była gęsta od napięcia, od wyczekiwania, jakby każde następne słowo mogło coś zmienić. Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie na ułamek sekundy dłużej, wystarczająco długo, żebym poczuł, że teraz to ja się trochę gubię.

Oparłem się lekko na rękach, starając się rozluźnić atmosferę, ale coś w tym spojrzeniu nie dawało mi spokoju. Przewróciłem oczami, chcąc zmienić temat, lecz nie wiedziałem, jak to zrobić bez utraty tego, co było między nami. W końcu, bez zastanowienia, wypaliłem:

– Wracając do twoich kuzynów, to rzucili się na mnie, bo zapytali, jak masz na imię, a ja nie wiedziałem. Więc uważam, że musimy to szybko naprawić.

Wybuchnęła śmiechem, odrzucając głowę do tyłu. Był to dźwięk tak swobodny i szczery, że na chwilę zapomniałem o otaczającym nas świecie.

– No tak, to mogło ich zaniepokoić! – powiedziała z rozbawieniem, ale w jej oczach czaiło się coś więcej, coś uważnego.

– Teraz już na pewno wiem, że nie jesteś stąd.

Zmrużyła lekko oczy, jakby próbowała ocenić, czy to było tylko stwierdzenie, czy może coś więcej.

– A niby skąd to wiesz?

Uśmiechnąłem się półgębkiem i wzruszyłem ramionami, jakby to była oczywista sprawa.

– Gdybyś była miejscowa, to po takiej akcji dostałabyś taki wpierdol, że podnosiłabyś się przez pół godziny.

Na moment zapadła cisza. Jej uśmiech przygasł, a w spojrzeniu pojawił się cień czegoś trudnego do odczytania.

– Widzę, że dobrze znasz miejscowe zwyczaje facetów – powiedziała w końcu, ale jej mina mówiła więcej niż słowa. Było w niej coś napiętego, jakby balansowała między rozbawieniem a czymś znacznie mniej przyjemnym. – Fakt, może tak by się to skończyło – westchnęła cicho, a jej ton był lżejszy niż spojrzenie. Jakby nie chciała, żeby ta rozmowa zeszła na zbyt mroczne tory.

Zamilkła na chwilę, pozwalając ciszy wypełnić przestrzeń między nami, jakby wstrzymywała oddech przed czymś, co miało nadejść.

Z uśmiechem przechyliłem lekko głowę, usiłując rozluźnić atmosferę. Usiłując przełamać ten ciężki moment, który zaczynał się ciągnąć zbyt długo.

– Więc jak będzie? – zapytałem, patrząc na nią z ciekawością, która powoli przekształcała się w niecierpliwość.

– Z czym? – odpowiedziała, nieco zaskoczona, jakby nie spodziewała się takiego pytania w tym momencie.

– Z twoim imieniem – dodałem, nie kryjąc rozbawienia. Cała sytuacja nagle wydała mi się dziwnie formalna.

Chciałem, by ten moment miał coś bardziej osobistego, mniej banalnego. Po chwili milczenia postanowiłem przełamać tę dziwną barierę.

– Albo zrobimy inaczej – powiedziałem, wyciągając rękę w jej stronę, jakby to miało być jakimś małym rytuałem. – Michał. Możesz mi mówić Mike. Jestem z Polski. A ty?

Zaskoczona, przez chwilę patrzyła mi w oczy, jakby ważyła, czy warto się odsłonić. W końcu uśmiechnęła się i uścisnęła moją dłoń. Był to lekki, ale pewny uścisk.

– Louise – odpowiedziała z delikatnym akcentem, który sprawiał, że każda litera jej imienia brzmiała jak część jakiejś opowieści. I śmiejąc się, dodała: – Możesz mi mówić Lou. Jestem z Francji.

– Okej! – rzuciłem, rozluźniając się, czując, jak niepewność znika. – To może teraz przedstawisz mi swoich towarzyszy? – Uniosłem brew, spoglądając na dwa cienie, które kręciły się pomiędzy nami a ogniskiem.

Zaśmiała się cicho, jakby to, co miała powiedzieć, było jak jakiś sekret, który wolała zdradzić tylko mnie.

– Towarzyszki, nie towarzysze – powiedziała, poprawiając mnie, z błyskiem w oczach, który mówił, że nie chodzi tylko o zwierzęta.

– Ta ciemniejsza to Luna, co oznacza księżyc. A ta jaśniejsza to Bora, co oznacza śnieg.

– Ooo, naprawdę pięknie – odparłem, przesuwając wzrokiem po dwóch psach, które patrzyły na mnie z mieszanką ciekawości i pewności siebie.

Były jak dwie zjawy o eleganckich sylwetkach, które nie potrzebowały słów, by wyrazić wszystko. Ich spojrzenia były przenikliwe, pełne inteligencji, ale nie było w nich strachu. Przeciwnie, patrzyły na mnie, jakby znały mnie już od dawna.

– Czyli część oficjalną mamy już za sobą, ha, ha – powiedziałem, uśmiechając się szeroko. – No to teraz możemy przejść do pytań pomocniczych – dodałem, siedząc już przy ognisku.

Płomień odbijał się w moich oczach, a w głosie pobrzmiewała lekka kpina. Louise uniosła brew, jakby już przewidziała, dokąd to zmierza.

– To skąd dokładnie jesteś, Lou? – zapytałem, opierając się wygodniej na ramieniu, tonem, w którym było więcej ciekawości niż zwykłej grzeczności.

Jej usta drgnęły w rozbawieniu.

– Przecież już mówiłam, że z Francji.

Parsknąłem krótkim śmiechem, kręcąc głową.

– Słyszałem, ale teraz pytam: skąd dokładnie? Mówiłem ci już, że trochę się bujałem po świecie. Po Francji też.

Louise przez chwilę tylko na mnie patrzyła. Jej wzrok stał się bardziej przenikliwy. Przygryzła lekko wargę, jakby rozważała, ile powinna zdradzić.

– Marsylia – rzuciła w końcu, odchylając głowę, pozwalając ogniowi muskać końcówki jej włosów.

Zmrużyłem oczy, przyglądając jej się uważnie.

– Marsylia? – powtórzyłem, jakby próbując rozsmakować się w tym słowie. – No proszę, Marsylię też trochę znam.

Zrobiła minę wyrażającą lekkie zaskoczenie, ale i rozbawienie.

– A gdzie dokładnie mieszkasz w Marsylii? – dodałem, testując ją, jakbym szukał jakiejś skazy na tej gładkiej powierzchni.

Przez ułamek sekundy w jej oczach zatańczył cień wahania, ale szybko się wyprostowała.

– Carré d’Or. Powiedz, że też znasz.

Zatrzymałem się na sekundę, wpatrując się w nią, po czym wybuchnąłem śmiechem, który odbił się od pobliskich skał.

– No nie pierdol! – powiedziałem głośniej, niż zamierzałem, unosząc ręce w geście niedowierzania.

Louise cofnęła się lekko, zmrużyła oczy.

– Dlaczego? – zapytała, jej głos był jednocześnie zaciekawiony i czujny.

Pokręciłem głową, uśmiechając się krzywo.

– No proszę… To zupełnie zmienia postać rzeczy i stawia przy tobie jeszcze większy znak zapytania!

– Dlaczego? – powtórzyła, tym razem z udawaną niewinnością, przechylając głowę jak kot przyglądający się zabawce.

Westchnąłem, wyrzucając powietrze przez nos, i oparłem łokcie na kolanach.

– Bo jeśli ktoś mieszka w miejscu, gdzie nawet pieprzona szopa na narzędzia kosztuje dwie banie euro, to co robi tutaj? W Albanii? Wśród owiec, udając wieśniaczkę?

Louise wybuchnęła śmiechem, odchylając głowę do tyłu. W blasku ogniska jej twarz stała się jeszcze bardziej tajemnicza, a oczy błyszczały jak rozżarzone węgielki.

– Jak bardzo jesteś zorientowany? – zapytała, bawiąc się nitką wystającą z postrzępionej koszulki.

– Trochę – odparłem, wzruszając ramionami z lekkim uśmiechem.

Zawiesiła na mnie spojrzenie, jakby oceniając, ile tak naprawdę wiem.

– Ale to znaczy, że co? – Nachyliłem się lekko do przodu. – Uzyskam wreszcie odpowiedź, co ty tutaj robisz, czy nie?

Przekrzywiła głowę, a w jej oczach zatańczyło coś, czego nie potrafiłem rozszyfrować.

– Nie – powiedziała w końcu z rozbrajającą prostotą. – Bo umowa była inna.

Uśmiechnęła się lekko, zostawiając mnie z większą liczbą pytań niż odpowiedzi.

Zmarszczyłem brwi, zaciskając usta w sceptycznym grymasie.

– Jaka umowa? – zapytałem chłodno, czując narastające napięcie.

– Jak to „jaka”? Przecież powiedziałeś, że to ty będziesz opowiadał jakieś historie – rzuciła, unosząc brwi i rozkładając ręce, jakby nie mogła uwierzyć w moje słowa. W jej głosie pobrzmiewało zdziwienie, a w oczach błyszczało lekkie oskarżenie, jakby właśnie przyłapała mnie na próbie wymiksowania się z umowy. – One już czekają – dodała z lekkim wyrzutem, wskazując na psy, które już leżały obok mnie, ułożone wygodnie, z głowami opartymi na łapach.

Ich oczy, szeroko otwarte i pełne oczekiwania, śledziły każdy mój ruch, a ogony poruszały się ledwie zauważalnie, jakby dawały mi do zrozumienia, że na coś czekają.

– No faktycznie – mruknąłem, rozbawiony.

Wtedy Louise nachyliła się nieco do przodu, opierając dłonie na kolanach. Jej oczy błyszczały zaciekawieniem, a na ustach błąkał się lekki uśmiech.

– To w sumie ciekawe, bo one zazwyczaj są nieufne wobec obcych – powiedziała powoli, jakby próbowała rozwikłać jakąś zagadkę.

Nagle uniosła brwi i rzuciła w stronę psów z udawaną pretensją:

– Zdrajczynie! – Jej głos zabrzmiał głośniej, ale wciąż było w nim więcej rozbawienia niż wyrzutu.

Jedna z leżących przy mnie suczek podniosła głowę, poruszając lekko uszami, jakby próbowała zrozumieć, o co chodzi. Po chwili jednak ziewnęła, przeciągnęła się leniwie i położyła z powrotem.

– Tak, do ciebie mówię – dodała Louise z udawaną surowością, ale zaraz potem zaśmiała się cicho, patrząc na nią z czułością.

Pogłaskałem psa po głowie, a potem delikatnie przyciągnąłem go bliżej, opierając dłoń na jego miękkim futrze. Zaskakująco szybko poddała się mojemu dotykowi, wtulając się w moje udo, jakby znała mnie od zawsze.

– Może po prostu daję się lubić – rzuciłem z przekąsem, spoglądając na Louise spod przymrużonych powiek.

Parsknęła śmiechem, kręcąc głową, ale po chwili spoważniała. Jej spojrzenie stało się bardziej przenikliwe, jakby szukała w mojej twarzy czegoś więcej.

– One nie muszą poznawać człowieka, żeby go ocenić – powiedziała cicho. – One po prostu to wyczuwają.

Zamilkłem na moment, spoglądając na wtulonego we mnie psa. Było w tym coś dziwnie kojącego, coś, co sprawiało, że czułem się… na swoim miejscu.

– Noo… fakt – przyznałem w końcu, kiwając lekko głową.

Przez chwilę milczeliśmy, patrząc na tańczące płomienie. Ognisko trzaskało cicho, a w oddali słychać było delikatne dzwonki owiec.

– Długo tu będziecie? – zapytałem, zerkając na Louise spod przymrużonych powiek. Jej lekkie parsknięcie zdradziło, że pytanie ją rozbawiło.

– To zależy.

– Od czego?

– A od tego, dlaczego pytasz. – Jej głos był spokojny, ale w spojrzeniu czaiła się zabawa. Zauważyłem, że uwielbiała prowadzić rozmowę na własnych zasadach.

– Pytam, bo jak mam zacząć opowiadać, to najpierw muszę rozbić obóz – rzuciłem, rozkładając ręce jak konferansjer zapowiadający wielki spektakl. Następnie wybuchnąłem śmiechem, kręcąc głową, jakbym sam siebie nie mógł wziąć na poważnie.

Louise uniosła brwi i przekrzywiła głowę.

– Swój obóz? – powtórzyła powoli, jakby chciała się upewnić, że dobrze usłyszała.

– Tak. – Wyszczerzyłem się szeroko. – Wożę go ze sobą i, co ważne, nie potrzebuję kuzynów, żeby go rozbić.

– Rozumiem, że masz jakiś namiot? Ale gdzie? W tych małych kufrach? – Jej ton był z jednej strony drwiący, z drugiej zaciekawiony. Przesunęła spojrzeniem po moim motocyklu, jakby spodziewała się, że nagle wyciągnę spod siedzenia drewnianą chatę.

– Namiotu nie mam, ale mam hamak, śpiwór i materac! – oznajmiłem z dumą, jakbym właśnie przedstawiał ekwipunek godny podróżnika wszech czasów. – Materac, notabene, mogę ci pożyczyć, bo widzę, że śpisz na kocach.

Louise skrzyżowała ramiona, a w jej oczach pojawił się przebiegły błysk.

– Ooo, widzę, że już obczaiłeś mój apartament, ha, ha!

– No baa… – Rozłożyłem ręce w teatralnym geście. – W pierwszej kolejności, jak tu podjechałem, to wpadłem do ciebie na salony.

Odpowiedziała mi śmiechem, melodyjnym i swobodnym. Był w nim luz, który udzielił się i mnie.

– To jak będzie? – zapytałem, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, dodałem szybko: – Mogę się rozbić? W końcu decyzja należy do ciebie.

Lou spojrzała na mnie uważnie, jakby ważyła każde słowo.

– To wolny kraj… więc raczej do ciebie.

– Pytam z grzeczności.

– Spoko, mi pasuje. A te dwie zdrajczynie to się już chyba w tobie zakochały… – Wskazała głową na Lunę i Borę.

Uśmiechałem się pod nosem i spojrzałem na nią z ukosa.

– Ooo, czyżbyś była zazdrosna?

Louise uniosła podbródek i zmrużyła oczy w udawanej urazie.

– A żebyś wiedział!

Śmiech ponownie wyrwał się z moich ust. Była intrygująca. Cała ona – jej sposób mówienia, spojrzenia, nieoczywiste odpowiedzi.

– Ale tak serio… – Przekrzywiła głowę. – Nie masz gdzie nocować?

– Mam. Mam pokój w hotelu, ale coś mi podpowiada, że powinienem zostać.

– A cóż to takiego?

– Nie mam pojęcia… ale jak się dowiem, obiecuję, że będziesz pierwsza, która się o tym dowie.

Spojrzała na mnie badawczo, jakby usiłowała rozszyfrować, czy żartuję, czy mówię serio.

– Nie obiecuj, nie obiecuj… Ja już dawno przestałam wierzyć w obietnice.

Na moment zapadła cisza. Ogień trzaskał wesoło, jakby nie przejmował się ciężarami ludzkich rozmów.

– Ile czasu będziesz potrzebował, żeby rozwiesić hamak? Albo inaczej… możesz to zrobić później?

Zmarszczyłem brwi.

– Dlaczego pytasz?

– Bo muszę iść zobaczyć pastwisko, na którym jutro mam wypasać owce. Chciałabym zdążyć przed zmrokiem. Więc jeśli nie musisz tego robić teraz… cieszyłabym się, gdybyś mi towarzyszył.

Patrzyłem na nią przez moment, zaskoczony propozycją.

– No wiesz… Jak mógłbym odmówić takiego towarzystwa? Będę wręcz zaszczycony.

Louise przewróciła oczami, ale w jej uśmiechu czaiło się coś, czego nie umiałem jeszcze nazwać.

– No i przy okazji to ja zadam ci kilka pytań.

Zmrużyłem oczy, pochylając się lekko w jej stronę.

– No i czar prysł… coś, kurwa, czułem, że to podstęp. A już miałem nadzieję że mnie trochę polubiłaś.

I wybuchnęliśmy równocześnie śmiechem, który poniósł się w góry, mieszając się z powietrzem pachnącym dymem i ziemią.

Louise wstała od ogniska, otrzepując spodnie z popiołu. Jej ruchy były szybkie i zdecydowane, jakby miała w sobie niecierpliwość kogoś, kto nie potrafi zbyt długo tkwić w jednym miejscu. Ja tymczasem dorzuciłem kilka kawałków drewna, obserwując, jak płomienie na moment przygasły, by po chwili buchnąć nową siłą. Ciepło uderzyło mnie w twarz, a iskry zatańczyły w powietrzu jak maleńkie świetliki. Chciałem, żeby ogień nie wygasł – nie tylko dlatego, że dawał nam światło, lecz także dlatego, że nie wiedziałem, ile czasu zajmie nam wyprawa i czy zdążymy wrócić przed całkowitym zmrokiem.

Gdy tylko podniosłem się z ziemi, Luna i Bora zerwały się na równe nogi. Ich reakcja była tak gwałtowna, że wyglądały, jakby coś je poraziło. Postawiły uszy, napięły mięśnie, a ich ogony lekko się uniosły – gotowe do działania. To wyglądało tak zabawnie, że nie mogłem powstrzymać uśmiechu.

– Coś ty zrobił z moimi psami? – zapytała Louise, mrużąc oczy i patrząc na mnie podejrzliwie. W jej głosie pobrzmiewała mieszanka zdziwienia i rozbawienia. – Normalnie jestem w szoku – dodała, krzyżując ramiona na piersi. – Zachowują się zupełnie inaczej niż zwykle.

– Spokojnie… – powiedziałem, unosząc ręce w obronnym geście i posyłając jej lekki, zadziorny uśmiech. – To normalne, ja tak po prostu działam na dziewczyny.

Louise wybuchnęła śmiechem – jakby nagle coś w niej pękło. Jej śmiech odbił się echem od skał, niosąc się po okolicy. Nawet owce, które już leżały spokojnie w zagrodzie i przeżuwały resztki trawy, podniosły głowy, jakby zastanawiały się, co wywołało ten nagły wybuch radości. Louise przez chwilę patrzyła na mnie, potrząsając głową, jakby nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.

– Chyba faktycznie cię trochę polubiłam – powiedziała, ocierając łzę z kącika oka.

– Ale chodź już, a raczej chodźcie, bo zaraz się zacznie ściemniać, a ja nie wiem, jak daleko jest to pastwisko.

Zaczęliśmy schodzić kamienną drogą w dół. Dukt był nierówny, pełen wystających kamieni, które zmuszały nas do ostrożności. Powietrze było rześkie, przesycone wilgocią i zapachem iglastych drzew. Gdzieś w oddali kukała kukułka, a świerszcze cicho cykały w trawie. Noc powoli przejmowała we władanie krajobraz, już za chwilę po wzgórzach rozleje granat i czerń.

Louise szła pewnym krokiem, a Luna i Bora trzymały się blisko, co jakiś czas przystając i nasłuchując.

Po dosłownie stu metrach dotarliśmy do strumyka albo potoku, jak kto woli, który przecinał drogę niczym srebrzysta nić haftująca krajobraz. Woda szemrała cicho, odbijając błyski podwieczornego słońca.

Pochyliłem się i nabrałem wody w dłonie. Była lodowata, jak przystało na górski potok, jej chłód przeszył mi skórę aż po kości.

– Rozumiem, że to twoja łazienka? A to twój prysznic? – rzuciłem z przekąsem, wskazując ruchem głowy na mały wodospad po lewej stronie, gdzie woda spadała, tworząc błyszczące perły odbijające się od kamieni.

Dziewczyna rozejrzała się z dumą i uśmiechnęła się szeroko, jej oczy rozbłysły figlarnie.

– Dokładnie tak, jak mówisz. Zajebisty, co nie? – Jej głos był dumny i swobodny, jakby opowiadała o ekskluzywnym spa, a nie dzikim zakątku natury.

– Robi wrażenie. Można powiedzieć… jest na bogato! – Zaśmiałem się, czując, że ta rozmowa zaczyna nabierać lekkości.

Louise przeniosła ciężar ciała na jedną nogę, skrzyżowała ramiona na piersi i spojrzała na mnie z rozbawieniem.

– A wiesz, że korzystam z takich kąpieli codziennie? – rzuciła swobodnie, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym.

Uniosłem brew.

– Serio? Woda jest cholernie zimna.

– Jest zimna. – Wzruszyła ramionami. – Ale daje niesamowitą energię. Nie ma lepszego sposobu na poranne przebudzenie. Poza tym… – urwała na moment i przekrzywiła głowę, patrząc na mnie z lekkim wyzwaniem – zawsze kąpię się nago.

Jej słowa zawisły mi w głowie, wybrzmiewając zaskakującą intensywnością. Nagle obraz, który widziałem do tej pory jako surowy, górski zakątek, nabrał zupełnie innego charakteru. Oczami wyobraźni zobaczyłem, jak Louise wchodzi pod strumień wody, krople spływają po jej skórze, a zimno sprawia, że ciało napina się w nagłym dreszczu.

– Tak zupełnie bez żadnego stroju? – zapytałem, starając się brzmieć obojętnie, ale czułem, jak napięcie osiada w powietrzu między nami.

– A po co? – Zaśmiała się krótko, z naturalną pewnością. – Tutaj nikt nie patrzy. Musisz koniecznie spróbować.

Jej słowa brzmiały jak wyzwanie, lecz zanim zdążyłem odpowiedzieć, wzruszyła ramionami i spojrzała na wodospad, jakby zastanawiała się, czy nie powinna wskoczyć tam właśnie teraz.

– Możesz swobodnie korzystać – rzuciła, śmiejąc się dźwięcznie. – Opłat żadnych nie pobieram, ha, ha. Ale jakby woda była dla ciebie zbyt zimna, zawsze możesz skoczyć do hotelu pod cieplutki prysznic.

Przechyliłem głowę, mrużąc oczy.

– No i tu się zdziwisz! – Wystawiłem palec w górę, jakbym wygłaszał mowę wśród zgromadzonych. – Ja co roku morsuję! Wiesz w ogóle, co to takiego? Wy, z Marsylii, takie rzeczy znacie tylko z internetu albo z telewizji, ha, ha.

Spojrzała na mnie podejrzliwie, jakby chciała ocenić, czy żartuję, czy rzeczywiście jestem takim szaleńcem. Wzruszyłem ramionami, dając do zrozumienia, że chętnie skorzystam z naturalnego spa.

– Sęk w tym, że w hotelu zostały moje wszystkie graty.

– Niby jakie? – Zmrużyła oczy, jakby badała każde moje słowo.

– Ogólnie większość. Kosmetyczka, ręczniki i ciuchy. W kufrach przy motocyklu wożę tylko rzeczy, których na co dzień nie używam albo potrzebuję tylko okazjonalnie. A wyjeżdżając rano z hotelu, wprawdzie wiedziałem, że jadę do raju, ale nie miałem pojęcia, że spotkam na żywo anioła.

Zatrzymała się gwałtownie. Spojrzała na mnie jak na szaleńca, a ja zrobiłem jeszcze dwa kroki, po czym odwróciłem się w jej stronę. Louise gestem rąk wskazała na siebie, jej oczy rozszerzyły się niemal do granic możliwości.

– Że CO?! – niemal krzyknęła. – Że niby JA anioł?! No to się, KURWA, zdziwisz! Wszystko można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to! No toś, KURWA, wymyślił!

Jej głos odbił się echem w lesie, a psy, jakby wyczuwając napięcie, podniosły uszy. Nachyliłem się, klepnąłem je lekko po bokach i się zaśmiałem.

– No dobra, trzy aniołki – rzuciłem zaczepnie, a uśmiech wciąż nie znikał z mojej twarzy.

Louise przekrzywiła głowę i przewróciła oczami.

– Nooo, to już prędzej. Ale to tylko dwa – poprawiła mnie z powagą, głaszcząc jednego ze swoich czworonożnych towarzyszy.

– Pewnie przesadza – odpowiedziałem, patrząc w dół, jakbym zwracał się do Luny. – Nie może być aż tak źle.

Louise westchnęła, jej spojrzenie nagle stało się chłodniejsze, jakby walczyła z myślami.

– Aż tak nie – mruknęła w końcu. – Jest o wiele gorzej. Naprawdę się zdziwisz, jak się dowiesz. Z tym że się nie dowiesz, bo uwierz mi, nie chcesz się dowiedzieć.

Patrzyłem na nią uparcie.

– Mylisz się. Bardzo chcę. I nie sądzę, że jesteś taka zła, jak mówisz, a już na pewno nie tak, jak o sobie myślisz. Ja w życiu dłużej rozrabiałem, niż ty w ogóle żyjesz, i tak źle nie myślę. Więc i ty nie powinnaś.

Szliśmy chwilę w ciszy. Jedynym dźwiękiem był szum wody i ścierające się pod butami kamienie. Louise najwyraźniej układała coś w głowie. W końcu, niemal szepcząc, powiedziała spokojnie:

– To teraz aniołek o coś zapyta.

– Pytaj śmiało – odparłem bez chwili zawahania.

– Dlaczego się właściwie zatrzymałeś? – zapytała, przyglądając mi się spod przymkniętych powiek.

– Przez grzeczność – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, jakbym podawał oczywistą prawdę.

– „Przez grzeczność”? – powtórzyła po mnie, wyraźnie zirytowana. – Jaja sobie robisz?

– Nie! – Pokręciłem głową i westchnąłem. – Po prostu, kiedy widziałem, jak zachowuje się ten koleś w samochodzie, który cię wyprzedzał, postanowiłem, że nie będę takim chujem jak on! Tylko że potem się okazało, że to były one.

Louise prychnęła i przewróciła oczami, jakby usłyszała najbanalniejszą rzecz na świecie.

– No tak, kumam. Te dwie głupie cipy są stąd i do najmądrzejszych nie należą. Tu faktycznie zapunktowałeś. Ale rozwiń to, proszę, bo to na pewno nie było wszystko.

– Właśnie że to było to! – Spojrzałem na nią poważnie, a potem westchnąłem i potarłem kark. – W każdym razie na początku. Wszystko się zmieniło, kiedy zaczęłaś się do mnie zbliżać.

– Co takiego się zmieniło? – zapytała, mrużąc oczy. Jej głos był już spokojniejszy, ale wciąż wyczuwalna była nuta niedowierzania.

– Wszystko! Dosłownie wszystko! – Rozłożyłem ręce, jakbym próbował objąć słowami niewidzialną przestrzeń między nami. – Trudno mi powiedzieć, co dokładnie czułem, bo tak naprawdę to do teraz nie wiem. Ale im bardziej się do mnie zbliżałaś, tym mocniej rosło we mnie coś nowego, coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. I nie była to tylko ciekawość. To był milion pytań na ułamek sekundy, między innymi te, które już ci zadałem: skąd jesteś i co tutaj robisz?

Zamilkłem na chwilę, a potem dodałem ciszej:

– A kiedy byłaś już całkiem blisko i zobaczyłem cię w pełnej krasie, to rozjebałaś mnie na drobne. Wtedy już wiedziałem, a raczej poczułem, że muszę dowiedzieć się więcej, muszę odkryć, kim jesteś. I nie pomyliłem się, bo nadal bardzo tego chcę.

Louise zaśmiała się krótko, a jej głos zabrzmiał jak suche drewno trzaskające w ogniu.

– A cóż takiego mogło cię rozjebać? – rzuciła z przekąsem, ale w jej oczach zalśniła iskra ciekawości.

– Ty! To byłaś ty! – powiedziałem z nagłym uniesieniem, jakbym dopiero teraz w pełni zrozumiał znaczenie tej chwili. – Spodziewałem się zobaczyć jakąś albańską wieśniaczkę, a tymczasem przede mną stanęłaś ty, przepiękna dziewczyna, nie wiadomo skąd.

Przełknąłem ślinę, przypominając sobie tamtą scenę w najmniejszych szczegółach. Było w niej coś nierealnego, coś, co nie pasowało do otaczającej nas rzeczywistości. Jak kadr wyrwany z zupełnie innej opowieści.

– Twoje długie, falujące włosy w promieniach słońca, ciemne, przenikliwe oczy, w których czaiło się wyzwanie, oraz pewny, niemal beztroski krok sprawiały, że wyglądałaś jak zjawa z innego świata. Wyglądałaś, jakbyś szła na rockowy koncert albo była gwiazdą jakiegoś teledysku. I to takiego, który wbija się w pamięć na zawsze – kontynuowałem, patrząc jej prosto w oczy. – Ale to, co widziałem, nie miało nic wspólnego z logiką. Nie pasowało do miejsca, do sytuacji. Wszystko we mnie krzyczało, że muszę się dowiedzieć, kim jesteś.

Zamilkłem na chwilę, biorąc głęboki wdech.

– Przypominałem sobie każdy szczegół: twoją skórę, która zdawała się mieć w sobie odcień wieczornego nieba, usta, które mogły skrywać tajemnice, i ten lekko przekorny wyraz twarzy, jakbyś doskonale wiedziała, jakie wrażenie wywierasz, ale absolutnie nie miała zamiaru ułatwić nikomu ich rozszyfrowania. Nie dziw się, że tak zareagowałem – dodałem ciszej, niemal z namysłem. – To była tak silna, tak totalnie niepojęta ciekawość, że nie mogłem postąpić inaczej. Musiałem cię zaczepić, inaczej rozniosłoby mnie od środka.

Przechyliłem głowę, patrząc na nią z rozbawieniem.

– I wiesz co? Nic się nie zmieniło. Dalej jestem cholernie ciekaw ciebie. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by było, gdybym po prostu sobie pojechał dalej. Myśl o tobie by mnie prześladowała. A raczej to ty byś mnie prześladowała. I to do końca mojego pieprzonego życia! – Zaśmiałem się, kręcąc głową. – Normalnie straszyłabyś mnie po nocach!

Żartobliwie rozejrzałem się, jakbym naprawdę sprawdzał, czy przypadkiem jej zjawa już nie czai się w cieniu drzew. Potem wróciłem wzrokiem do niej i uśmiechnąłem się szeroko.

– No toś, kurwa, poleciał po całości! – Zaśmiała się głośno, odchylając głowę do tyłu. Jej śmiech był dźwięczny, prawie zaraźliwy, tylko mi nie było do śmiechu. – Co to ma być? Jakiś, kurwa, retro podryw? – Spojrzała na mnie z niedowierzaniem, unosząc brew. – Nie mogłeś po prostu powiedzieć: „Zajebiście mi się podobasz i chciałbym cię przelecieć”? Krótko i na temat! A ty się naprodukowałeś i na to samo wyszło! – Rozłożyła ręce, jej usta wykrzywił szeroki, prowokacyjny uśmiech. Wydawało się, że wypatruje na mojej twarzy oznak speszenia, ale nie zamierzałem jej ich dać.

– Ale ja nie chcę cię przelecieć – powiedziałem, szczerze zaskoczony jej reakcją.

Przez ułamek sekundy zdawała się nie rozumieć moich słów. Mrugnęła raz, potem drugi, a na jej twarzy pojawiła się niepewność. Po chwili jednak znów zaatakowała swoim zawadiackim uśmiechem.

– Jak to, kurwa, nie chcesz? – Zmrużyła oczy i przekrzywiła głowę, jakby szukała w mojej twarzy śladów kłamstwa. – Nagadałeś się, jaka to jestem piękna i cudowna. Same ochy i achy, że w dodatku gwiazda i chuj wie, co jeszcze, a teraz nie chcesz?

– Przestań – rzuciłem podniesionym głosem. Spojrzałem jej prosto w oczy, chcąc, żeby zrozumiała, że to nie była gra. – Czy wszyscy, którzy cię komplementują, chcą cię zerżnąć?

– No raczej! – parsknęła, jakby to było najoczywistsze stwierdzenie na świecie. – Wszyscy faceci są tacy sami i nie udawaj, że tego nie wiesz.

Westchnąłem, przeczesałem palcami włosy, powoli kręcąc głową.

Jej śmiałość była fascynująca, ale również podszyta czymś głębszym, czymś, czego jeszcze nie rozumiałem.

– Muszę cię rozczarować. Trafiłaś na innego i teraz tylko nie wiadomo, czy to dla ciebie szczęście, czy pech – odparłem, mrużąc oczy z lekkim uśmiechem. – Ale skoro tak mówisz, to znaczy, że jesteś świadoma własnej urody, a to bardzo dobrze.

Przez chwilę patrzyła na mnie z lekkim niedowierzaniem, po czym machnęła ręką.

– Świadoma czy nie, co to ma za znaczenie? – rzuciła niedbale. – I tak wszystko sprowadza się do jednego.

– Ma ogromne znaczenie dla poczucia własnej wartości – powiedziałem spokojnie, ale stanowczo.

W tym momencie jej spojrzenie się zmieniło. Coś w nim przygasło, jak ogień, na który nagle spadł deszcz. Odwróciła wzrok, patrząc gdzieś w dal, jakby usiłowała uciec myślami.

Jej rysy, dotąd pewne siebie i odrobinę zuchwałe, zmiękły, jakby w jednej chwili coś w niej pękło. Przez moment widziałem inną osobę – nie brawurową dziewczynę, która nie boi się rzucić w twarz najostrzejszych słów, ale kogoś, kto skrywa głębokie rany.

– „Własnej wartości”, powiadasz… – powtórzyła cicho. – Nie wchodźmy na ten temat, bardzo cię proszę.

Poczułem ścisk w klatce piersiowej. Coś w jej głosie, w sposobie, w jaki to powiedziała, sprawiło, że poczułem ciężar, którego nie spodziewałem się w tej rozmowie. Wiedziałem, że to jest ten temat, który dziewczyna ma ze sobą do przerobienia.

Przez chwilę panowała cisza, która wisiała między nami niczym cień przeszłych wydarzeń, o których jeszcze nie miałem pojęcia. Widziałem, jak jej palce mimowolnie zaciskają się na materiale jej bluzy, jakby to mogło jej dać jakieś poczucie stabilności.

Poczułem, że muszę coś powiedzieć, przerwać ten napięty moment, i odwrócić diametralnie sytuację.

Więc zapytałem wprost, a w moim głosie zabrzmiała wyraźna stanowczość:

– A ty dlaczego się zgodziłaś? Spotykasz totalnie nieznajomego, starego i zarośniętego harleyowca w górskiej dziczy i dobrowolnie idziesz z nim jeszcze głębiej w las! Uważasz, że to było normalne? Bo patrząc na to z boku, każdy by powiedział, że cię chyba popierdoliło! Zgodzisz się z tym stwierdzeniem czy nie?

Spojrzała na mnie spod uniesionych brwi, po czym westchnęła i odparła z wyraźnym namysłem:

– Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia! I masz rację, z boku może to wyglądać na kompletną głupotę. Było to z mojej strony przynajmniej nieodpowiedzialne… tak by powiedzieli inni. Ale ja mam na innych wyjebane. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? – dodała z drwiącym uśmiechem, wbijając we mnie przenikliwe spojrzenie.

– Nie chodzi o to, co mnie satysfakcjonuje, a co nie. Bo ja jestem wniebowzięty, że podjęłaś taką decyzję. Ale skup się, proszę. Nie pytam złośliwie, tylko próbuję zrozumieć. Spróbuj odtworzyć tę sytuację. Idę już w twoim kierunku, żeby zagadać. Co czułaś? Co widziałaś? Bo ja na przykład nie widziałem ciebie jako tako, obczaiłem cię, gdy przechodziłaś obok. Ale gdy już szedłem w twoim kierunku, patrzyłem tylko w twoje oczy, szukałem w nich informacji.

– I co zobaczyłeś? – rzuciła, przekrzywiając lekko głowę i mrużąc oczy.

– Raczej czego nie zobaczyłem! – Zaśmiałem się krótko. – Nie widziałem w nich strachu. A widziałem uśmiechniętą, radosną buźkę i piękną, pewną siebie dziewczynę. – Głos mi nieco złagodniał, jakbym nagle uświadomił sobie, jak bardzo wciągnęła mnie ta rozmowa. – Teraz twoja kolej. Zastanów się, co cię skłoniło do tej decyzji. Bo na pewno nie głupota czy lekkomyślność. Wiem, że też patrzyłaś mi w oczy, bo to czułem.

Zmarszczyła lekko brwi, jakby chciała sięgnąć do wspomnienia tamtej chwili i wydobyć z niego coś, co dotąd umykało jej świadomości.

– Tak! Patrzyłam ci w oczy i faktycznie musiało coś być… – przyznała w końcu, a w jej głosie zabrzmiała nuta zaskoczenia. – Bo z daleka myślałam, że są załzawione od wiatru na motocyklu. Tym bardziej że widziałam, że wyprzedzałeś nas już bez kasku. Ale jak podszedłeś bliżej, oczy miałeś suche. Nie myślałam o tym wtedy… Błyszczały ci jak dwa diamenty. Coś w tym jest, przyznaję. – Uśmiechnęła się lekko, jakby ta myśl ją samą zaskoczyła. Po chwili jednak jej twarz rozpromienił figlarny uśmiech. – Tym bardziej że już wiem, że nie byłeś napalony! – rzuciła nagle, wybuchając śmiechem.

Pokręciłem głową, spoglądając na nią z rozbawieniem, ale i lekką rezygnacją.

– Musiałaś, co? Nie odpuścisz mi już? – Westchnąłem, poddając się jej zaczepnemu humorowi.

– Żartowałam! – Wzruszyła ramionami, nadal rozbawiona. – Ale nie wiem, dlaczego odnoszę wrażenie, że do czegoś zmierzasz…

Milczałem chwilę, patrząc przed siebie i próbując dostrzec w oddali pastwisko, lecz na razie widziałem jedynie zarysy wzgórz tonących w półmroku. Powietrze było rześkie, a lekki wiatr smagał nasze twarze niczym niewidzialne dłonie. Potrzebowałem chwili, żeby przemyśleć, co chcę powiedzieć, i – przede wszystkim – jak to powiedzieć. Miałem zamiar wejść na wyższy poziom rozmowy, ale obawiałem się reakcji Louise.

– Czy ty kiedyś słyszałaś o teorii synchroniczności? – zapytałem po chwili, odwracając się do niej. Zauważyłem, że z niecierpliwością czekała na ruch z mojej strony.

– Nie, nie słyszałam. A co to takiego? – zapytała wyraźnie zaskoczona.

– Widzisz, niejaki Carl Jung twierdzi, że… zacytuję: „Nie ma przypadków, wszystko dzieje się z jakiegoś powodu, choć nie zawsze od razu go rozumiemy”. Takich cytatów jest mnóstwo. Posłuchaj tego: „Nie ma przypadkowych spotkań w naszym życiu. Każdy człowiek w naszym życiu jest albo testem, albo karą, albo darem”. Albo jeszcze tego: „Nic nie dzieje się przypadkiem, ludzie pojawiają się w naszym życiu z jakiegoś powodu. Może po to, by nas czegoś nauczyć, otworzyć oczy na nowe możliwości albo pomóc nam dostrzec to, czego sami nie widzieliśmy”.

Louise szła obok mnie w ciszy, najwyraźniej przetwarzając to, co właśnie powiedziałem. W jej oczach dostrzegłem iskierki zaciekawienia, lecz także ostrożności. W końcu westchnęła i rzuciła:

– Nie wiem, jak ty na to patrzysz, ale ja nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Myślisz, że my nie spotkaliśmy się przypadkowo? – Spojrzała na mnie badawczo, jakby próbowała przeniknąć moje myśli.

– Tak, wierzę w to głęboko. I udowodnię ci to, jak wrócimy do obozu. W końcu obiecałem ci, no, bardziej wam, historię, prawda? – Uśmiechnąłem się, rzucając spojrzenie na Lunę i Borę, które kroczyły przy naszych nogach. – Będzie to, uwaga!, historia o nas.

– „Historia o nas”? – zapytała zdziwiona, unosząc brew. – Znamy się od paru godzin i już mamy wspólną historię?

– No widzisz, jak ten czas szybko zapierdala – zażartowałem. – Tylko nie panikuj, proszę. A teraz może trochę przyspieszmy, bo noc nas czarna zastanie.

– Fakt! Przyspieszmy trochę kroku, to już nie może być daleko. A poza tym jestem ciekawa, co mi opowiesz – powiedziała, uśmiechając się lekko, jakby sama siebie zaskoczyła tym, że faktycznie chce tego wysłuchać.

– Czy to znaczy, że nie będę gadał tylko do Luny i Bory? – Zaśmiałem się, spoglądając na psy, które podążały przed nami, co jakiś czas oglądając się na swoją panią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Witaj, piękna pastereczko

ISBN: 978-83-8423-272-9

© Konrad Cieplik i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Magdalena Białek

KOREKTA: Anna Miotke

OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek