Winda do nieba - Tadeusz Meszko - ebook + audiobook

Winda do nieba ebook i audiobook

Tadeusz Meszko

1,0

Opis

Akcja rozgrywa się w stulecie lądowania na Księżycu (2069 rok), w mieście-państwie Dawapolis, blisko równika, gdzie zbudowano „windę do kosmosu" – jak uważają jedni, lub „do Boga" – jak widzą to inni. Oś narracyjną stanowi śledztwo Barta, poszukującego na zlecenie Ester jej matki – Désirée. W trakcie tych wydarzeń Bart przypadkowo trafia na nowe tropy, mogące wyjaśnić śmierć jego rodziców, do której doszło ćwierć wieku temu. Oba te śledztwa zaczynają się ze sobą splatać.

W tle toczy się rozgrywka dwóch odłamów Kościoła katolickiego. Spodziewana jest bliska śmierć papieża oraz zwołanie konklawe. Bart przypadkowo ratuje życie wiernych w trakcie wielkanocnej parady platform z figurami świętych – i zostaje wykreowany na bohatera. Niestety coraz bardziej zaczyna mu to przeszkadzać w śledztwach, zwłaszcza że internetowe „fake news" ogłaszają, że postanowił odnaleźć Boga, przez co zgłaszają się do niego przywódcy różnych sekt, próbujący; go przekonać, że to ich Bóg jest „tym jedynym".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 743

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 20 godz. 30 min

Lektor: Tomasz Sobczak

Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1
Sortuj według:
AndrzejSiwek

Nie polecam

Umęczyło mnie. Słaba książka.
00

Popularność




Tadeusz Meszko

Winda do nieba

 

Saga

Winda do nieba

 

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2019, 2021 Tadeusz Meszko i SAGA Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja i korekta: Piotr Tomilicz

Tłumaczenia tekstów: jeżeli nie podano inaczej tłumaczenie autora

 

ISBN: 9788726969047

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

 

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Część I

36900 kilometrów do Ziemi (orbita geostacjonarna) Wstęp: Fallen Angel

Bart Greygallo spadał. A może nie spadał, a leżał naćpany w rynsztoku lub brał udział w wirtualnej grze? Dzisiaj niemożliwe było odróżnienie złudzenia od rzeczywistości, fałszu od prawdy. Jednak to chyba nie była senna wizja. Po jego skroni spływała strużka krwi, a gdy dotarła do kącika ust, mimowolnie polizał ją, wyczuwając cierpki smak. Jeżeli krew była prawdziwa, to i upadek chyba był realny.

Ledwo kilka godzin temu marzył, aby wyrwać się z okowów grawitacji planety, zerknąć na nieosłonięte atmosferą nagie gwiazdy. W tej chwili czuł się bardziej samotny niż misjonarz w amazońskiej dżungli, żeglarz w rejsie dookoła świata, a nawet górnik na księżycu Urana. Nie miał dostępu do żadnego serwisu internetowego, nie mógł wybrać połączenia z żadną osobą. Przed wystrzeleniem go w kosmos kapsułę ratunkową zdewastowano, pozbawiając możliwości komunikacji. Stracił szansę bycia mądrym mądrością innych i chociaż czasami Internet czynił z niego głupca, to w większości przypadków pozwalał poszerzyć granice wiedzy. Na szczęście niektóre fakty miał wryte w pamięć.

Spadał w kapsule ratunkowej, obserwując na monitorach zarówno miejsce, z którego go wystrzelono, jak i teren, gdzie się rozbije. Chyba jedynie cynizm oprawców sprawił, że pozostawiono mu sprawne kamery, aby mógł oglądać postęp upadku. Ale to jeszcze potrwa; spadał z wysokości 37 tysięcy kilometrów – z orbity geostacjonarnej stacji Top Level – najwyższego poziomu kosmicznej windy. To nie 39 kilometrów Felixa Baumgartnera czy 41 kilometrów Alana Eustace’a i kilka minut swobodnego spadania. Jego czekała długa – liczona w godzinach – droga do domu. Spadając z ich prędkością, na chwilę rozbicia się na kamiennym bruku czekałby ponad dobę. Jednak użyto działa magnetycznego i kapsuła została wystrzelona z szybkością kilka razy przekraczającą prędkość dźwięku. A to i tak ponad dziewięć godzin upadku, co beznamiętnie odliczał zegar.

Był uwięziony w elektromagnetycznym tunelu windy do nieba, skazany na ciągłe przyglądanie się jednemu punktowi nad lub pod sobą. Musiał zdecydować, na co chce patrzeć: oddalającą się stację kosmiczną windy i Księżyc czy rosnącą kulę ziemską. Księżyc był w pełni, lecz pomimo że znajdował się w odległości mniejszej o dziesięć procent od dystansu dzielącego go od Ziemi – wydawał się drobny. Zawieszony w pustce, jasnoszary punkt wielkości monety. Ziemia była większa, lecz wciąż pozostawała odległą błękitno-białą kulą z ledwo widocznym zarysem brązowawych kontynentów. Dopiero za kilka godzin wypełni pole jego wzroku i wtedy będzie mógł dostrzec trzy pylony windy oraz zabudowania Dawapolis. Lecz wcześniej minie stację Middle Level windy i przeleci przez Oko Boga.

Sprawdził poziom tlenu w kapsule: nie straci przytomności z powodu problemów z oddychaniem; gdy wpadnie w atmosferę, będzie świadomy. Wtedy kapsuła rozgrzeje się do czerwoności i, jak należy przypuszczać, szybciej spłonie, niż rozbije się o ziemię. Uderzenie fali dźwiękowej usłyszą z pewnością wszyscy w mieście. Grom z nieba skłoni ich do uniesienia głów, wielu zauważy ognistą smugę. Może niektórzy wypowiedzą życzenie, biorąc go za spadającą gwiazdę? Czy był gwiazdą? Z pewnością nie. Jeszcze kilka tygodni temu był jednym z sześciu milionów obywateli miasta, na które spadał. Dlaczego więc spadał jak gwiazda? „Zdegustowany i zmęczony, przygnębiony, grzeszny, opętany – Bóg tylko wie od jak dawna” 1 .

Miał dużo czasu, aby się nad tym zastanowić... Mógł uznać, że spadanie zaczęło się ćwierć wieku temu, w dniu tragicznej śmierci rodziców. Lecz podążając tym tropem, mógłby powiedzieć, że zaczęło się już wcześniej – czterdzieści siedem lat temu, w dniu jego narodzin. Lub jeszcze wcześniej, gdy rodzice postanowili zamieszkać w mieście, aby ojciec mógł wziąć czynny udział w projekcie elektromagnetycznej windy kosmicznej ELSPEL 2 . Tylko że to też byłaby błędna droga. Ostatecznie zdecydował, że powód obecnego spadania nastąpił niecały miesiąc temu, kilka dni przed Wielkanocą 2069 roku. Dokładniej w Wielki Czwartek, kiedy ćwiczył na perkusji. Dzień jak co dzień. Pierwsze godziny nie zwiastowały radykalnej zmiany w jego życiu, lecz nim nadeszło Święto Zmartwychwstania, wszystko się wywróciło i już pędził nowym torem, początkowo nawet o tym nie wiedząc.

Rozdział I

Welcome to the Jungle Oferta Kuchni

11 kwietnia, Wielki Czwartek

W Wielki Czwartek obudził go komunikat o połączeniu wizyjnym. Z niechęcią zezwolił na nie. W ciemności zamkniętych oczu rozświetlił się hologram dziewczyny w białej koszuli, z czarnymi włosami i okrągłych oczach. W jego typie. Żałował, że była ubrana. I że nie leżała obok. Czy nikt nie pomyślał, że tak zgrabne rozmówczynie wprowadzają klientów w kompleksy? A może o to chodziło? Takich dziewczyn nie spotkasz na ulicy. Już szybciej w knajpie czy burdelu, ale najczęściej w snach lub wirtualnych światach. Niech będzie, pośnijmy dalej...

– Miło mi pana powitać przed świętami – ideał piękności odezwał się aksamitnym głosem. Bart znał wiele utworów, w których pięknie współbrzmiałby z perkusją. – Dzwonię w imieniu pana Kuchni. Jest pan naszym najlepszym klientem, zawsze opłaca pan rachunki w terminie, ale niebawem kończy się pańska umowa.

Westchnął z rezygnacją. Koniec marzeń, to był automat akwizycyjny. Nie do przegadania, sztuczna inteligencja, która się nie nudziła. Nie warto było przerywać połączenia, gdyż będzie go nagabywać w kolejne poranki, które są ulubioną porą ataku.

– Czy wypił pan już pierwszą kawę? – zapytała z troską.

– Nie... – burknął. Co za irytujące pytanie! Przecież z pewnością odczytywała parametry jego ciała i wiedziała, że leży w łóżku.

– To mam dla pana wspaniałą wiadomość! – dziewczyna z radości klasnęła w dłonie. Na szczęście niezbyt głośno. – Do naszego zestawu automatu do parzenia kawy, wyciskania soków ze świeżych owoców oraz miksowania drinków po przedłużeniu umowy dodamy panu nieodpłatnie drona dostarczającego wybrany napój do łóżka.

– Byłoby miło... – dopiero teraz poczuł suchość w gardle. Roboty wciąż nie radziły sobie ze schodami i na zamówioną filiżankę kawy lub butelkę piwa musiał czekać długie minuty.

– Ale to nie wszystko – ślicznotka nie przestawała szczebiotać. – Ma pan jakiś ulubiony napój?

– Piwo... – wymruczał. Dziewczyna wprost rozpłynęła się w uśmiechu.

– Nasza lodówka będzie przez miesiąc bez opłat uzupełniać zapas piwa tak, aby nigdy nie zabrakło panu tego schłodzonego napoju.

„Szkoda, że nie podpisałem tej umowy wczoraj” – pomyślał, przesuwając obraz rozmówczyni na dalszy plan. Na pierwszym wywołał lokalny serwis informacyjny.

ZNAMY KOLORY MODNE LATEM!

Słonica Eliza wybrała modne tego lata kolory. W tym sezonie będziemy ubierać się we fiolety i zgniłą zieleń.

Z tego, co pamiętał, słonica już drugi sezon decydowała o kolorach spodni, koszul i staników. Kto jej na to pozwalał? Sztuczna inteligencja czy żywi ludzie?

NAJPOPULARNIEJSZY BLOG DAWAPOLIS!

„Pierdzę od rana do wieczora” najpopularniejszym blogiem, odwiedza go prawie połowa mieszkańców naszego miasta. Przypominamy, że prowadzi go dziesięciolatek.

„A ja pierdzę w nocy” – skwitował tę wiadomość. „Tylko że nie prowadzisz bloga i nie zarabiasz na tym” – musiał dodać z żalem.

– Czyż to nie wspaniałe? – akwizytorka Kuchni przerwała mu przeglądanie wiadomości. Spróbował sobie przypomnieć, o czym mówi. Aha, przez miesiąc piwo za darmo do łóżka. Ciekawe, ile to będzie kosztowało po okresie promocji?

– A później? – zapytał.

– Za niewielką opłatą, a w tym tygodniu w promocyjnej cenie. Można przedłużyć opcję na cały okres umowy. Wyraża pan zgodę na dodanie oferty?

„Witaj w dżungli, możesz spróbować żyć w świetle jupiterów, lecz nie otrzymasz tego za darmo” 3 . Cóż dodać?

– No, nie wiem...

– Nim podejmie pan decyzję, powiem panu o kolejnej fascynującej promocji.

– Tak... – wymruczał, mając ochotę ponownie zasnąć i odciąć zmysły od tych bzdur.

Mógłby już wstać, tylko po co? W Wielkanoc najtrudniej złapać klienta. Tak naprawdę dla branży turystycznej najgorsze były dwa okresy: post wielkanocny oraz ramadan. Bart nie lubił świąt wielkanocnych również z innego powodu. Przypominały mu o śmierci rodziców. To był napad bandycki zakończony podwójnym morderstwem. Bart studiował wtedy architekturę na Uniwersytecie Technicznym w Delft i szykował się do świątecznej wizyty, lecz nie zdążył ujrzeć ich żywych. Może gdyby przyjechał dzień, dwa wcześniej, nic złego by się nie stało? Albo zginąłby razem z rodzicami...? To były bezcelowe rozważania.

Przebieżka na bębnach

Wytrzymał jedynie kilka minut. Nie pomogło przywoływanie snu z akwizytorką Kuchni w bikini. Wstał, nakazując przygotowanie lekkiego śniadania. Mieszkał w czteropiętrowej, wąskiej kamienicy wciśniętej między dom towarowy a galerię sztuki Grega i Gregory’ego, na uliczce wijącej się wzdłuż Dawy. Bart znał podobną zabudowę z Delft czy bardziej znanego Amsterdamu, gdzie każdy właściciel budynku chciał mieć dostęp do ulicy, w związku z czym budowano domy wąskie, lecz głębokie. Niegdyś była tu szkoła muzyczna, na strychu wciąż znajdowała się graciarnia instrumentów muzycznych oraz różnorodnych urządzeń elektrycznych, a na niskim parterze – sala koncertowa. Już bez rzędów krzeseł, lecz ze sceną na podwyższeniu i rozsuwaną kurtyną. Do budynku wchodziło się schodami, od razu na pierwsze piętro, gdzie funkcjonowała kuchnia i pokój dzienny. Na drugim były gabinety rodziców. Ojca – niemal pusty, oraz matki – od podłogi po sufit wypełniony książkami. Trzecie piętro zajmowały sypialnie. Poza jedną, należącą do niego, także pozostawały puste.

Mówi się, że zbrodniarz zawsze wraca na miejsce zbrodni, a w tym domu zginęli jego rodzice. Dlatego nie mógł się wyprowadzić. Dokończył jedynie studia licencjackie, a potem wrócił do miasta. Czekał na mordercę. Został policjantem i zaczął chodzić w patrolach po ulicach. Żył w mieszkaniu rodziców i wciąż czekał. Nie był Batmanem, nie mścił się na mieście za wszelkie zło. Nie tylko dlatego, że nie miał bat-mobilu. Nie czuł złości do miasta, nienawidził jedynie tego – lub tych – przez których stracił rodziców.

Niestety przesąd znany z kryminałów okazał się bzdurą: morderca nie wrócił. Po dziesięciu latach Bart uznał, że dalsze czekanie w domu na mordercę nie ma żadnego sensu. Nie chciał już dłużej przebywać w miejscu, które pamiętało tragiczne wydarzenia. Poza tym dom był dla niego zbyt duży. W końcu zaczął przygotowywać się do przeprowadzki, lecz nie potrafił zdecydować się, co wyrzucić, a co jest warte przeniesienia pod nowy adres. Kartony i pootwierane szuflady wciąż przeszkadzały w poruszaniu się. Ostatecznie zrezygnował z wyprowadzki, lecz nie miał siły poukładać wszystkiego na swoich miejscach. Pozostał także dlatego, że jego rodzice otrzymali budynek od miasta w wieczne, darmowe użytkowanie i nie musiał martwić się o czynsz. Podjął jednak decyzję o odejściu z policji, choć nawyk spacerowania po dzielnicach występków i ocierania się o półświatek pozostał w nim. Nie potrafił bez tego żyć. A że nie chciano go zatrudnić jako muzyka, to wyrobił sobie licencję prywatnego detektywa.

Później rozszerzył działalność na usługi w branży turystyki kosmicznej. Uczynił tak, gdyż chwilami miał już dość smrodu, który czuł, grzebiąc w prywatnych kloakach klientów. Lecz licencję na usługi detektywistyczne wciąż odnawiał. Status prywatnego detektywa miał określone przywileje, pozwalał mu na przykład wyłączyć lokalizator oraz automatyczną rejestrację obrazu i dźwięku. Inni uciekali od Wielkiego Brata, używając nielegalnego oprogramowania, on korzystał z tego za darmo i całkowicie legalnie.

Jeszcze za życia ojca sala koncertowa stała się salą wykładową. Ojciec ustawił tam ławy i prowadził zajęcia dla studentów. Po jego śmierci Bart poprzesuwał siedziska pod ściany i pomieszczenie znów stało się miejscem koncertów, a właściwie prób. Scena została zasłonięta kotarą, a na proscenium pojawił się zestaw perkusyjny do ćwiczeń. Składał się z szesnastu talerzy oraz dziesięciu bębnów z przodu i czterech za plecami. Tuż przed kolanami stał werbel i Bart każdą próbę rozpoczynał od krótkiej rozgrzewki na nim. Później dołączała prawa noga; pedał stopy uderzający bijakiem w membranę dużego bębna przemieniał niegroźne dźwięki w złowrogi dudniący rytm. Po kilku minutach był gotowy do pracy z pozostałymi bębnami. Pałką omiatał tomy, floor-tomy, jak również zestaw roto-tomów. Bardzo lubił brzmienie tych ostatnich, lecz było ono zbyt specyficzne. Od razu kojarzyło się z nagraniem Time Pink Floyd, nie używał więc ich zbyt często. W końcu przychodził czas na blachy. Po krótkiej jeździe na raidzie omiatał inne talerze. Od 12-calowego splasha, poprzez podwójny hi-hat, średniej średnicy crash oraz china, po 20-calowy ride. Kończył na wiszącym metrowym gongu, wygrywając Wielki Wybuch. Na zakończenie, dla uspokojenia, sprawdzał dźwięk przeszkadzajek. Dopiero po takiej rozgrzewce czuł się gotowy do przećwiczenia wybranego utworu. Obecnie, zainspirowany rozmową z Kuchnią, postanowił wyżyć się, grając Welcome to the Jungle Guns N’ Roses. To był ostry łomot, który idealnie nadawał się do wytłumienia emocji.

Bart chciałby zarabiać grając na bębnach, lecz nie było takiego zapotrzebowania. Do kotleta panierowanego wystarczało ciche odtwarzanie evergreenów, a w dyskotekach królowało bębnienie w jednostajnym rytmie, generowane zwykle przez programy komputerowe. Popularnością cieszyła się sieczka w rodzaju: „La, la, la, kocham cię. Dlaczego ty mnie nie?”. On też był zmuszany do grania kawałków Beatlesów, próbował jednak przemycić nagrania kapel rockowych, takich jak: Lucky Man Emerson, Lake & Palmer czy Talk to the Wind King Crimson. To też były przytulanki, lecz Bart przynajmniej wiedział, że na co dzień kapele te grały inną muzykę. Podobno na nowych światach do łask powróciło country, ale on nie czuł tego klimatu. Może dlatego, że nie znajdował się na zagubionej w kosmosie łupince? Mimo wszystko nie miał ochoty sprawdzać, czy pokochałby pieśni opiewające wirowanie na skale niewiele większej niż jego mieszkanie. Na dodatek wykonywane przy akompaniamencie banjo. Istniała też muzyka kwantowa – którą on znał jako konkretną, licząca sobie już z półtora wieku – ale to były smaczki dla koneserów wygrywane w filharmoniach dla kilkunastu słuchaczy zatopionych w oparach psychodelicznych doznań. A on chciał grać głośno. I na żywo. Zespołowi skrzykiwanemu ad hoc przed występem narzucił jedną zasadę: graj na czym chcesz, ale bez elektronicznego wspomagania. To miała być prawdziwa muzyka, wszystkie dźwięki musiały być wydobywane w czasie rzeczywistym, a przepuszczać je było wolno jedynie przez wzmacniacze tranzystorowe, a jeszcze lepiej lampowe. W mieście funkcjonowało kilka lokali, w których grano na żywo i raz na pół roku zgadzano się na jakiś „trudniejszy” występ. Co za ironia – rock trudniejszą muzyką! Bart odwiedzał je regularnie, a gdy udawało mu się załatwić występ, przeprowadzał z zespołem kilka prób i... na czas jednego wieczoru zostawali rockmanami. Nie potrafił zrezygnować z grania. Wprawdzie był to tylko rock’n’roll, ale on go lubił. Chyba tylko on i grupka dinozaurów pozostawali mu wierni. Dla młodych rock był niczym puszczanie znaków dymnych: całkowicie zapomniany, niezrozumiały kod.

Muzyka stanowiła pasję Barta. Szkoda, że nie mógł poświęcić jej całego czasu, zanurzyć się w tym żywiole bez reszty. Jego marzeniem było dać się unieść prądom w nadziei, że pośród licznych mielizn wyłowi drogocenne perły. Ale były też inne fascynacje. Teraz wygasłe, a przynajmniej uśpione. Swoje zauroczenie kosmosem przeniósł w ułomnej formie na sposób zarabiania pieniędzy, ponieważ nowych klientów znajdował wśród pasażerów windy kosmicznej. Natomiast umiłowanie architektury miało zastosowanie w jego podejściu do rozwiązywania problemów. Każdą trudność potrafił bowiem rozłożyć na elementy nośne, na których opierała się bryła problemu, często tak rozbuchanego, że trudno było nawet dojrzeć filary.

Te dwie pasje spotkały się ze sobą tylko w jednym zrealizowanym projekcie. Pylony windy kosmicznej miały kształt, który Bart uwiecznił kiedyś na odwrocie zawiadomienia o przyznaniu ojcu Nagrody Nobla. Papieru używano bardzo rzadko, lecz Bart jako chłopiec wolał rysować projekty domów przyszłości, stacji kosmicznych i baz planetarnych na papierze niż na ekranie monitora. Ojciec nie był zły za zniszczenie dokumentu, a nawet zaczął mu oddawać każdą kartkę papieru zadrukowaną tylko z jednej strony. Zeskanował też projekt pylonów Barta, mówiąc, że mu się podoba i że podrzuci go do biura projektowego, aby architekci wzięli go pod rozwagę. I tak właśnie się stało. Nie otrzymał co prawda honorarium, lecz na tabliczkach informacyjnych pojawiło się jego nazwisko razem z adnotacją, że inspiracją projektu stał się rysunek Bartłomieja, sześcioletniego syna głównego konstruktora, Władysława Grejgałło. Był to jedyny jego projekt przeniesiony z kartki papieru na trójwymiarową bryłę.

Waląc w bębny, gasił swoją złość. Wkurzało go, że porzucił architekturę, a ludzie porzucili marzenia o dotarciu na skraj wszechświata, skupiając uwagę na wbijaniu kilofa w skały planetoid z myślą o zysku. Nie wszystko jednak było stracone. Wiedział, że po kilkuletniej modernizacji winda miała wznowić działalność, wynosząc na orbitę elementy pierwszego międzygwiezdnego statku kosmicznego.

Rozdział II

City of Hope

Dawapolis

Dawapolis powstało w Afryce z inicjatywy Unii Europejskiej, przy niewielkim wkładzie finansowym Chin. Pod miasto i windę do nieba wydzierżawiono na dziewięćdziesiąt dziewięć lat wyżynny, bury teren na styku granic trzech krajów o różnej wierze: Etiopii, Somalii i Kenii. Po pół wieku miasto okazało się ostatnim pełnym oddechem świata jego rodziców. Agonia zjednoczonej Europy trwała wiele lat, chociaż jej koniec od dawna był dla wszystkich oczywisty. Nim Bart osiągnął pełnoletność, w Europie powstało ponad sto państewek, królestw i księstewek zamieszkanych w dużym stopniu przez Afrykańczyków i Arabów. Europejczycy uciekali z kontynentu jak szczury z tonącego okrętu w takiej panice, że do miasta nie wpuszczono nawet autochtonów z zagarniętych terenów. Więcej w Dawapolis było teraz białych niż w Europie. Niektórzy mówili, że to zemsta za masowe migracje z początku wieku.

Miasto miało być noclegownią dla pracowników komercyjno-naukowego projektu windy kosmicznej. Zakładano, że będzie liczyć nie więcej niż kilkaset tysięcy mieszkańców. Wszystko zmieniło się po kolejnej fali masowych migracji z połowy wieku. Zalew imigrantów z Afryki i Azji spowodował, że większość Europejczyków postanowiła porzucić zatapiany przez przesiedleńców, ale i podnoszący się przez poziom oceanów, kontynent i przenieść się na wyższe, puste tereny. Już wcześniej Europejczycy postawili na Afrykę – Holendrzy zbudowali kilka zamkniętych kloszami miast na Saharze, Francuzi w Algierii, Niemcy w Kamerunie, a Anglicy w Sudanie.

Tym razem wybrano tereny wokół Dawapolis. Ostatnia fala emigrantów spowodowała, że miasto rozrosło się do sześciomilionowej metropolii. Najpierw Włosi i Hiszpanie, wypychani z własnego kraju przez przybyszów z Afryki, kupili ziemię na zachód od miasta, po lewej stronie rzeki Dawa, i przesiedlili tam setki tysięcy obywateli swoich krajów. Później Francuzi, po południowej stronie terenów Hiszpanów i Włochów, wybudowali dzielnicę francuską, a Niemcy niemiecką. W kilka lat po tym drobna, wiecznie uśmiechnięta, wyglądająca na uczennicę gimnazjum chińska minister wytargowała od Somalijczyków ziemie leżące na wschód od miasta. Urażeni brakiem własnych dzielnic islamiści somalijscy otrzymali tereny położone na południe od Chińczyków. Również Żydzi uznali, że za ciasno im w Izraelu i kupili trochę ziemi po prawej stronie rzeki, na południe od miasta.

Początkowo były to dzielnice o charakterze etnicznym, z czasem jednak okazało się, że silniejszy wyróżnik stanowi wiara religijna. Katolicy chcieli mieszkać blisko katolików, muzułmanie obok muzułmanów. Miasto podzielono na sektory, pozwalając na ich zasiedlenie według wyznawanego obrządku. Każdy sektor czcił innego Boga i dzisiaj nie mówiło się już o sektorach włoskich, francuskich czy żydowskich, a o sektorach chrześcijan, islamistów i judaistów. Wierzący w pomniejszych bogów oraz niewierzący w żadnego w większości mieszkali w dawnym sektorach: francuskim, niemieckim oraz chińskim. Niegdyś Dawapolis reklamowano jako miasto, w którym cuda zdarzają się codziennie, zapraszając do odwiedzin miejsca, gdzie zbudowano windę kosmiczną – nadzieję masowego podboju kosmosu. „Jest miasto nadziei poza naszymi lękami, w którym dzieją się cuda, w którym można usłyszeć prawdę. Nie chciałbyś odwiedzić miasta nadziei?” 4 . Tak się nie stało. Życie zdecydowało, że zmieniło się w miasto wszelkich religii – i tych jednego Boga, i tych mniejszych bogów, a nadzieja pozostała jedynie w modlitwie do wybranego absolutu.

Podział na sektory nie był idealnym rozwiązaniem. Chrześcijanie uważali, że jako najliczniejsza grupa mają prawo zajmować większe terytorium, zwłaszcza że niewierzący w żadnego boga nie powinni posiadać miejsca ani na tej ziemi, ani w niebie, skoro w istnienie nieba nie wierzyli. Z tych niesnasek korzystał Bart, znajdując najwięcej klientów w grupie osób zagubionych wśród religijnych nakazów i zakazów. Parafrazując opinię o Szanghaju, mówiło się: jedz u buddystów, rób interesy z judaistami, zabaw się w sektorze bogów mniejszych, a pij tam, gdzie osiedlili się bezbożnicy. Ale od sektorów chrześcijan i islamistów trzymaj się z daleka. Zwierzyną łowną dla Barta byli ci, którzy nie przestrzegali tej reguły. Najważniejsze okazywało się to, gdzie zostałeś przyłapany na występku. Będąc hindusem, mogłeś do woli wcinać hamburgery z wołowinką, o ile nie robiłeś tego w sektorze hinduistycznym. Podobnie judaiści mogli opychać się wieprzową polędwiczką, jeśli tylko omijali enklawę judaistów. Do rzadkości należały przypadki ekstradycji podejrzanych, chociaż i to się zdarzało. Mahometanina pijącego sake w sektorze chrześcijańskim wymieniano wtedy na przykład na chrześcijanina obżerającego się w piątek golonką w sektorze muzułmańskim.

Bart mieszkał po zachodniej stronie rzeki Dawa, w sektorze Starego Miasta, który w żargonie mieszkańców zwany był Unzi Guddo od nazwy wchłoniętej przez metropolię wioski. Tu mogłeś robić wszystko, co tylko chciałeś – to była strefa wolna od religii. Z domu dojeżdżał koleją magnetyczną na północny cypel sektora, gdzie rozpoczynał pracę. Tak zwany Klin Pokoju wcinał się w koryto rzeki, oddzielając chrześcijan od muzułmanów. Tam właśnie znajdował najwięcej klientów, gdyż turyści łatwo tracili orientację w terenie i szli napić się do islamistów lub pociupciać do chrześcijan. Jeśli nie udawało mu się namierzyć klientów od razu, posuwał się pieszo w kierunku południowym, aby – już mocno pod wpływem alkoholu – trafić ostatecznie do domu. Jednak na dzisiaj zaplanował inną trasę. Najpierw zamierzał odwiedzić plac świętego Marka w centrum. To nie był jakiś tam plac świętego. To był oryginał przeniesiony cegiełka po cegiełce z zatopionej Wenecji.

Biczownicy i bębniarze

Aby przedostać się na plac, musiał poczekać, aż przejdzie pochód biczowników. Pośród dwóch gęsto upchanych szpalerów widzów, z których wielu trzymało bębny, przepływał korowód półnagich, bosych mężczyzn okładających się pejczami po plecach i ciągnących ciężkie łańcuchy po zabytkowych płytach chodnikowych uratowanych z Wenecji. Co za barbarzyństwo! W sieci sprawdził, że zwyczaj ten wywodził się z hiszpańskiej prowincji La Rioja, gdzie biczowników nazywano picaos. Ale popularny był również na Filipinach.

Biczownicy nie stosowali taryfy ulgowej, to nie była zabawa na pokaz; ci mężczyźni czuli się tak źle ze swoimi myślami, że postanowili upuścić je razem z krwią. Mówili, że ból jest niczym wobec ulgi, którą czują po samobiczowaniu. Był to drastyczny sposób uciszenia wyrzutów sumienia, lecz nikt nie mógł odmówić im prawa do pokuty. Jednym wystarczało przyrzeczenie poprawy, inni potrzebowali wyklepania dziesięciu zdrowasiek, a niektórzy byli żądni własnej lub cudzej krwi. Ciekawe, że sumienie dręczyło najbardziej ludzi młodych płci męskiej. Niewykluczone, że starsi wiekiem nauczyli się, że sumienia można pozbyć się w mniej bolesny sposób. Dla Barta pochód ten stanowił raczej rodzaj wyzwania, jakie pojawiają się w głowach ludzi wchodzących w życie. Przyrównywał to do pogoni za bykami organizowanej w hiszpańskiej Pampelunie. Ani byki, ani pejcze nie były przejawem religijnej pokuty, a sposobem odnalezienia granic własnej głupoty.

Wiele świąt wywodzących się z różnych religii i regionów świata było tak popularnych, że uzyskiwano zgodę na ich organizowanie w sektorze Unzi Guddo. Boże Narodzenie, Wielkanoc i święto Paschy, Boże Ciało, Aszura, Święto Przerwania Postu Iid-ul-Fitr, Święto Ofiar Iid-ul-Adha, święto pojednania Yom Kippur, Chanuka, obchody rocznicy Oświecenia Buddy, Dzień Sanghi, Makar Sankranti, Festiwal Lamp Diwali, Święto Rydwanów Makar Sankranti – były z chęcią obchodzone przez wyznawców innej wiary. A do tego należało jeszcze dodać święta narodowe: Zburzenie Bastylii, Dzień Niepodległości, Dzień Reformacji. Było ich sporo, a każdy oznaczał jednocześnie dzień – lub dni – wolne od pracy. Najgorszy okazywał się post przed Wielkanocą oraz czas Ramadanu. Na Wielkanoc przyjeżdżało sporo turystów, wielu gotowych poddać się biczowaniu lub ukrzyżowaniu. Byli tak zafiksowani religijnie, że nawet nie myśleli o zwiedzaniu miasta czy skokach w bok. Czas Ramadanu prezentował się nieco lepiej, ale wszystko rozgrywało się w głębokich piwnicach, tam, gdzie nie sięgał wzrok Proroka, a tłumy muzułmanów mogły do woli obżerać się zabronionymi wiktuałami.

Patrząc na krew spływającą po plecach biczowników, Bart stwierdził, że chyba nie lubi żadnych świąt. Ta myśl lekko go zasmuciła. Dlaczego nie cenił świąt? Przecież była to okazja do spotkań z innymi, radości, a nawet zastanowienia się nad samym sobą. Tylko dlaczego – to pytanie tkwiło w nim od zawsze – czas zabawy lub wyrzeczeń i postu miał wyznaczać kalendarz wiary? Wszak dziś nawet kalendarz pór roku nie regulował terminów siewu czy zbiorów plonów. Po zastanowieniu uznał, że nie cierpi żadnych rocznic. Pierwszej kupy na nocniku, wspomnienia pierwszego rozbitego kolana, pierwszego pocałunku – którego nie mógł sobie przypomnieć – pierwszego zdanego, jak i niezdanego egzaminu, pierwszego wychylonego kufla piwa i kieliszka wódki, dat urodzin, imienin i śmierci. Zwłaszcza śmierci.

Zaczął padać deszcz, dodając do świstów batów oraz śpiewów chórów kościelnych tępy odgłos uderzeń kropel o nieregularne bańki osłony przypominającej błony skrzydeł motyla. Żadna kropla nie miała prawa spaść na głowy mieszkańców, bo była zbyt drogocenna, by ją trwonić. Bańki parasola nad miastem zbierały deszczówkę w zbiornikach, aby po odfiltrowaniu metali ciężkich oraz bakterii i wirusów mogła zostać użyta w sieci miejskiej i na farmach specjalizujących się w uprawie roślin.

Bart lubił deszcz, chociaż pamiętał go jedynie z dzieciństwa, kiedy nie rozpięto jeszcze parasola nad miastem. Najbardziej tęsknił za dniem, w którym matka wysłała go po słoik majonezu. Działo się to przed Wielkanocą. Nie mogło zabraknąć go na świątecznym stole, a do zamknięcia sklepów pozostała tylko godzina. Nikt nie przyjmie zamówienia z dostawą o tej porze, a jeśli nawet, to dron albo robot podrzuciłby słoik dopiero we wtorek.

W Wielki Piątek jeszcze wierzył w Boga, a w Wielką Sobotę go zgubił. Dzisiaj już nawet nie pamiętał, jak do tego doszło. Najprawdopodobniej stało się to w czasie snu: gdy kładł się spać, Bóg jeszcze był, a po przebudzeniu zniknął. Trudno nazwać to wielkim wydarzeniem, chodziło raczej o sumę błahostek, które pewnego dnia powodują, że podjęta decyzja niczym iskra rozświetla mrok zagubienia, i już wiesz. Że nie pójdziesz jutro do pracy, że rzucisz palenie, przestaniesz pić, że nie kochasz już tej jedynej, wybranej kobiety. Wielkie rzeczy często zaczynają się od drobiazgów. Chodzi o to, żeby nie przegapić tej chwili; uświadomić sobie, że to nie ulotna myśl, a początek czegoś ważnego. Co prawda nie było to jabłko Newtona ani przelewająca się woda w wannie Archimedesa, lecz w jego życiu odegrało taką samą rolę. Bo cóż jest bardziej wartościowego od życia w zgodzie z samym sobą? Wtedy przestał czekać na Wielkanocną Niedzielę. Wciąż cieszył się na myśl o szukaniu ukrytych jajek, na wspomnienie zastawionego stołu ciekła mu ślinka, lecz nie czekał już na Zmartwychwstanie. Kiedy jednak matka poprosiła go, by podskoczył do sklepu, mimo paskudnej pogody zrobił to z ochotą.

Niespodziewanie rozpętała się ulewa. Krople deszczu były tak duże, jak czereśnie i uderzały tak mocno, jak kulki z farbą używane w paintballu. W kilka sekund przemókł do suchej nitki, a ulicą zaczęła płynąć rwąca rzeka. Nie przeszkadzało mu to. Zszedł z chodnika w ten potok i zaczął kroczyć, rozchlapując wodę przed sobą. Brodził w niej i śpiewał na cały głos. Mógł to robić, ponieważ krople tak głośno bębniły po dachach domów i samochodów, że nic innego nie było słychać. Jak w filmie Deszczowa piosenka. Nie miał jedynie parasola, który mógłby wręczyć zdumionemu policjantowi. Policjanta zresztą też nie znalazł. Ale i tak był szczęśliwy, jak nigdy wcześniej. Do dzisiaj nie potrafił zrozumieć, dlaczego. Może deszcz uświadomił mu, że świat bez Boga jest równie wspaniały? Czystszy, może bardziej groźny, lecz i bardziej majestatyczny?

W końcu religijni masochiści zniknęli za rogiem uliczki, a szpalery połączyły się, zasklepiając krwawe ślady na weneckich płytach. Deszcz nie zdoła ich spłukać, w nocy będą musiały wyjechać automaty sprzątające z silnymi detergentami. Bart szybko przedarł się na plac i stanął w pierwszym rzędzie ludzi, w morzu werbli, bębenków i bębnów. Ten tłum oczekiwał na udział w koncercie nazywanym „Rompida de la hora”. To również był zwyczaj zaadaptowany z hiszpańskiego interioru, z Aragonii. Jednak Bart przyszedł, aby móc dokładnie obserwować występ japońskich perkusistów. Można powiedzieć, że byli suportem do właściwego koncertu. W tym roku rytm miał nadawać olbrzymi bęben taiko. Bart przejrzał wcześniej zasoby internetowe i wiedział, że nie był to największy bęben świata. Miał około dwa i pół metra średnicy. Wykonano go z jednego kawałka dwustuletniego drzewa suszonego przez pięć lat, i obciągnięto membraną ze skóry wołowej. Został ułożony na koźle w poziomie, aby stojący na podeście pałkarz mógł uderzać bachi – pałkami o średnicy trzonka do siekiery i długości siedemdziesięciu centymetrów. Barta ciekawiło, jak bębniarz da sobie radę z wygraniem oroshi – serii uderzeń w coraz szybszym rytmie, których kulminacją było zlanie się pojedynczych gromów w jeden potężny grzmot. Przed wielkim taiko ustawiono – już w pionie – cztery mniejsze bębny, a obok werble.

Spektakl rozpoczął się od pojedynczego uderzenia maczugą w duży kocioł. Na ten sygnał zareagował bęben o wąskim pudle przypominający dźwiękiem werbel, wygrywając melodię o brzmieniu podobnym do gry na garnkach. Później dołączyły pozostałe instrumenty perkusyjne brzmiące już basowymi pomrukami. Główny pałkarz nie był chłopem na schwał. Zwykła chudzina z długimi włosami spiętymi w sterczący kok. Wyglądało to tak, jakby uderzał w membranę bez wysiłku, nawet od niechcenia, lecz Bart wiedział, że to tylko złudzenie. Kilkuminutowa gra na takim bębnie pochłaniała tyle kalorii, co godzinny bieg na bieżni treningowej. Wśród bębniarzy znajdowała się też kobieta. Muzycy śmiali się, skakali po scenie i pokrzykiwali, ale wciąż grali. I to jak! Przy takiej eksplozji muzycznej radości finałowe oroshi zeszło na drugi plan.

Występ japońskich muzyków uświadomił Bartowi, że muzyka to przede wszystkim zabawa. Z goryczą pomyślał, że on sam podchodzi do grania zbyt poważnie. Perfekcja była ważna, lecz zapominając o radości płynącej z gry, trudno było wykrzesać radość u słuchaczy.

Po przedstawieniu Japończyków nadszedł czas dla amatorów. Setki, a może nawet tysiące walibębnów czekało ze wzniesionymi pałeczkami, pałkami, maczugami na sygnał do rozpoczęcia łomotu. Werblista taiko schował pałki, unnosząc ponownie maczugę. Buuum... i zaczęło się! Werble, bębny i kotły z mocą zaatakowały uszy zebranych wkoło ludzi. W gruncie rzeczy trudno było nazwać to muzyką. Podstawowy rytm wybijał największy bęben, lecz opóźnienia pozostałych instrumentów okazywały się tak duże, że wszystko to przypominało raczej spadanie rozdartego opakowania grochu po blaszanym dachu niż jakikolwiek utwór muzyczny. Ale i bębniarzom, i słuchaczom to nie przeszkadzało...

Masz zlecenie

Dalsze słuchanie kociej muzyki przerwała mu wiadomość od Ulricha. Prosił Barta, aby jak najszybciej zajrzał do jego lokalu. Nie znajdował się on zbyt daleko i po kilku minutach Bart przekroczył próg „Obst und Gemüse”. Dla turystów nazwa ta była myląca, ponieważ sugerowała sklep z owocami i warzywami, stali bywalcy jednak wiedzieli, że to najlepsza piwiarnia w mieście. Ulrich Schneider zapożyczył ją od nazwy sklepu w Berlinie na Oranienburger Straße, który po upadku muru przekształcono w wyszynk, nie zmieniając szyldu. Ulrich mieszkał przy tej ulicy i będąc chłopcem biegał do warzywniaka po ziemniaki i marchewkę. Natomiast później, już jako młodzieniec, chodził tam na piwo. Teraz miał dziewięćdziesiąt lat i nalewał piwo w Dawapolis.

– Jest drobne zlecenie – rzucił, ledwo Bart rozsiadł się wygodnie przy barze w pobliżu rzędu nalewaków do piwa. Gospodarz wciąż wycierał kufle, jakby go nie widział. „Co było tak pilnego, że nie mogło poczekać, aż przepłucze gardło?” – skrzywił się Bart, rozglądając po lokalu. Po sali krążyły walcowate roboty czujnie wypatrujące pustych kufli, by dolać piwa, lecz Bart zawsze siadał przy nalewakach obsługiwanych przez człowieka. Co prawda musiałeś wtedy dłużej czekać, lecz mogłeś pogadać o pogodzie albo stłuczce clevercarów na rogu ulic. Teraz Bart stawił się tu na wezwanie samego właściciela. Dlaczego więc ten zwlekał z obsługą?

– Chcesz, żebym ci pomógł, a nawet nie nalejesz mi piwa? – zapytał z wyrzutem. Powstrzymał jednak złość, gdyż piwiarnia Ulricha często zamawiała koncerty jego kapeli i Bart nie chciał zrazić mecenasa.

– Będziesz musiał polecieć kopterem – wyjaśnił starzec, wciąż nie sięgając po kufel. – Poza kopułę.

– Mam wyjść na deszcz? – zapytał z niedowierzaniem Bart, spoglądając tęsknie na nalewak. Ulrich nie odpowiedział.

Do lokalu wszedł naraz niedźwiedź syryjski, ledwo mieszcząc się w drzwiach. Miał krótkie nogi, ale jego potężny korpus i duży łeb sprawiały, że mierzył grubo ponad dwa metry wzrostu. Kołysząc się na boki podszedł do baru i zasiadł na zbyt małym stołku, tak że fałdy tłuszczu spływały mu poza siedzenie. Prawą łapą wskazał na nalewak ciemnego piwa. Miał starannie wypielęgnowane, jasnobrązowe futro pachnące drogimi perfumami oraz pazury spiłowane na trzy centymetry. Zawieszony na jego szyi łańcuszek wskazywał, że należał do wypożyczalni zwierząt. Z tej odległości Bart nie mógł zobaczyć, do której, ale tym gatunkiem niedźwiedzi dysponowały jedynie dwie wypożyczalnie: Benjamina Corbetta oraz Xiuqiu Shubiao.

Benjamin Corbett, rudy brodacz nigdy nie zdejmujący korkowego kapelusza, prowadził wypożyczalnię zwierząt domowych i egzotycznych na podwórzu restauracji „Smaki Afryki”. Bart zastanawiał się czasami, czy klienci Corbetta nie zamawiają zwierzaków na talerz, a nie do mierzenia skór. To niewykluczone... Jednak w większości interesowano się żywym towarem. Przeważnie wypożyczano je na szybki numerek, lecz trafiali się prawdziwi miłośnicy przyrody spędzający w skórze braci mniejszych cały weekend lub wakacje. Zadbane futro oraz manicure wskazywały na Xiuqiu, szarą myszkę biznesu. To, że jej zwierzaki nie miały pcheł i pachniały jaśminowym dezodorantem, nie świadczyło, że wypożyczała przytulanki do łóżka. Sprawa przedstawiała się dokładnie odwrotnie: to były dzikie zwierzęta, nie odpady z zoo, jak u Corbetta. Kobieca natura nie pozwalała Xiuqiu udostępniać brudnych lub chorych zwierząt.

Ulrich sięgnął po cynowy kufel i zaczął nalewać piwo dla niedźwiedzia, nadal ignorując Barta.

– Dlaczego mi to robisz? Masz z tego prowizję? – Bart wrócił do rozmowy.

– Nie, to przysługa. Prosił mnie o to mój ziomek. Berlińczyk. Głupie sentymenty...

– No to mów, o co chodzi.

– Taka jedna blöde Kuh ma kłopoty 5 – zaczął wyjaśniać szczegóły. – Przyjechała na pokaz mody i wyszła trochę pobiegać. Chłopak chciał zgłosić jej zaginięcie, lecz wyjaśniłem mu, że lepiej by było, gdyby odnalazł ją ktoś spoza policji. Jak wiesz, oficjalne zgłoszenie zaginięcia poza kopułą nie jest mile widziane przez władze. Ty załatwisz sprawę dyskretnie.

Wyświetlił zdjęcie tej głupiej krowy. Miała przyjemną twarz i szczupłą sylwetkę oraz olbrzymi biust, ale w ocenie Barta była zbyt żylasta. Zjadłaby dużą porcję lodów z bitą śmietaną, a nie biegała w terenie. I to jeszcze w deszczu.

– Chce brać udział w maratonie?

– Nie, przecież mówię, że to blöde Kuh. Uważa, że to korzystne dla zdrowia – Ulrich zaśmiał się kwaśno.

Miał rację, uprawianie sportu niewiele miało wspólnego ze zdrowiem. Można było zbić fortunę, tylko że bez sterydów, dopalaczy, przetaczania krwi lub podrasowania genów nikt nie był w stanie osiągnąć rekordowych wyników. Nawet bieganie na wyżynach, które pół wieku temu dawało Etiopczykom niesamowity handicap, dzisiaj nie wystarczało, by odnosić sukcesy. Pozostawała zabawa w czysty sport, ale wtedy nie biegałeś i nie skakałeś na stadionach, bo przeciętne wyniki nikogo nie interesowały.

Ulrich podszedł z kuflem do niedźwiedzia, po czym zeskanował czytnikiem plakietkę naszyjnika. Dopiero wtedy postawił kufel na kontuarze przed spragnionym. Niedźwiedź oburącz chwycił szklanicę, błyskawicznie uniósł ją do pyska i z chlupotem wlał sobie piwo do gardła. Przetarł pysk łapą i głośno beknął. Urażony starzec spojrzał z wyrzutem, a niedźwiedź uniósł obie łapy, przepraszając i zakrywając głowę. Pewnie chciał dostać drugie piwo i dlatego okazywał skruchę.

– Tam siedzi ten berlińczyk – Ulrich wskazał wystraszonego chudzielca w pstrokatym garniturze z krawatem w różowe słoniki. – Powie ci dokładniej, co się stało.

Bart nie był tego pewien. Chłopak wydawał się przerażony. Ale chyba nie zniknięciem dziewczyny, a niedźwiedziem pijącym piwo.

– Co, co to jest? – zaczął odpytywać Barta, gdy ten usiadł przy jego stoliku.

– Jakiś miłośnik natury w skórze zwierzaka przyszedł na piwo – odpowiedział spokojnie Bart, lecz to nie uspokoiło chłopaka. Nie we wszystkich krajach zezwalano na wypożyczanie ciał zwierząt ludziom. Ruch obrony zwierząt w Europie miał silną pozycję i takie usługi były tam zabronione.

– Widziałem coś podobnego w sieci, ale myślałem, że oni biegają wyłącznie po lasach...

„Oj, człowieku, gdybyś ty wiedział, do czego ludzie wykorzystują możliwość podpięcia się do mózgów zwierząt” – pomyślał Bart. Napicie się piwa to w sumie dla zwierzaka nic nowego, w lesie też można trafić na sfermentowane owoce i upić się w sztok. Po ulicach biegały nie tylko psy i koty, ale również lwy, nosorożce i słonie, a dinozaury zaglądały ci do okien. Każdy mógł przywdziać prawdziwą lub sztuczną skórę wilka czy owcy, lecz nie człowieka. W tym przypadku trójca mędrców religii jednego Boga okazywała się zgodna – tylko On mógł stworzyć człowieka. Roboty mogły chodzić na dwóch nogach, manipulować dwoma rękoma, rozglądać się, mówić, ale nie mogły upodabniać się do ludzi. Kończyny musiały być pokryte plastikiem, czaszka przypominać głowę bałwana z marchewkowym nosem i oczami z węgla. Jedyny wyjątek stanowiło kalectwo. Wówczas mogłeś liczyć na kończynę pokrytą peptydową skórą czy więzadła stawu kolanowego nie z tytanu, a z tytoniu. W szpitalach czy ośrodkach pomocy dla dzieci lub starców pacjentów obsługiwały postacie z bajek. Lecz zawsze ubrane. Ewentualnie z gęstym futrem ukrywającym atrybuty płci. Tak oczywiście przedstawiało się tak zwane stanowisko oficjalne. Podziemie oferowało modele piękniejsze i o wiele sprawniejsze od ludzkich oryginałów. A jeśli nie chciałeś być bitym czy gwałconym przez roboty wyposażone w sztuczną inteligencję (lub samemu bić i gwałcić), mogłeś wypożyczyć ciało prawdziwego człowieka. W ofercie wypożyczalni Xiuqiu Shubiao byli też ludzie, w większości kobiety. Z certyfikatem zdrowotnym, wymuskane tak, jak wirtualna akwizytorka Kuchni.

Czy Bart, wiedząc o podobnym procederze, i nie informując o tym władz, był w porządku? Z pewnością nie. Powinien zgłosić wykorzystywanie zwierząt do zaspokajania wyrafinowanych fantazji i chuci, choćby takich jak chęć przebieżki, by podczas galopu poczuć w grzywie pęd wiatru. Ale wiedział, że dopóki będą istniały pragnienia, będą też funkcjonowały wypożyczalnie.

W końcu mogli przejść do sedna sprawy, choć chłopak wciąż patrzył nieufnie w stronę baru.

Po kwadransie udało mu się wydobyć wszystkie potrzebne – jak i zbędne – informacje od roztrzęsionego chudzielca. Rowena Butler była Szkotką, pracowała w branży modowej i ceniła sobie aktywny wypoczynek, dlatego pomimo napiętego harmonogramu postanowiła pobiegać. Chudzielec przyznał, że nie zgodziła się na wszczepienie nakładki do osobistego komunikatora V-PC pracującego na falach Dawapolis, gdyż należała do naturalistów.

Prawdziwa blöde Kuh. Świat łączył się w systemie telefonii 9G na falach milimetrowych, który nie działał na terenie miasta, a nawet w odległości wielu kilometrów poza okręgiem pylonów windy. Była to ciemna strona używania pola magnetycznego do wystrzeliwania wagonów windy na orbitę. Teoretycznie było one kierunkowe, wycelowane w niebo, jednak wciąż powstawały interferencje, które blokowały komunikację radiową. Miasto posiadało własny system łączności, G-eleven, pracujący na falach podczerwonych, którego nadajnik każdemu obywatelowi wszczepiano na stałe. Zrezygnowano z obrączek na przegubach rąk lub nóg, gdyż zbyt łatwo można było je ukraść, po czym wykorzystać do przeszmuglowania nielegalnych imigrantów. Wprowadzono bardziej szczelne – i drastyczne – metody. Chip wstrzeliwany w kręgosłup, tuż przy szyi, też można było usunąć – tyle że razem z głową. To się zdarzało, lecz zdecydowanie zmniejszało ryzyko oszustwa. Zwłaszcza że chip nie działał u osób z DNA różnym od nosiciela. Odwiedzający miasto musieli go sobie zaaplikować, lecz naturaliści wzbraniali się przed zespalaniem mózgu z cybernetycznym łączem i wciąż używali zewnętrznych środków łączności.

Bart zastanowił się przez moment. Rowena z pewnością zabłądziła, raczej nie groził jej atak terrorystów. Chociaż doszło do tego w pobliżu sektora muzułmanów, nie powinni mieć nic przeciwko szczupłej, umięśnionej dziewczynie w trampkach. Wizja grona dziewic oczekujących w raju nie wywoływała już u muzułmanów chęci mordu niewiernych. W ostatnich latach wykroili spory kawałek tortu dobrobytu świata zachodniego i teraz woleli odpoczywać w bujanych fotelach i oglądając reality show, niż ganiać z maczetami po ulicach. Zwłaszcza w czasie deszczu.

Nie znając terenu, kobieta mogła wyjść poza strefę miejską. Szukając jej, i on będzie musiał opuścić granice miasta. A tego, o czym dobrze wiedział, nie lubiła policja. Wyjść z miasta mógł każdy, ale dostać się z powrotem nie było już tak łatwo. Bez osobistego identyfikatora – mission impossible, z identyfikatorem – jedynie w wyznaczonych miejscach. Granicy pilnowały cerbery z niskim poziomem sztucznej inteligencji. Rozpoznawały kształt człowieka, co nie znaczyło, że natychmiast wstrzymywały ogień. Zwierzęta, roboty i różne pojazdy były ostrzeliwane ostrą amunicją, a ludzie usypiającą. Bart powinien zgłosić zamiar przekroczenia granicy dobę przed faktem. Niewinne z pozoru zlecenie stawało się usługą kosztowną. Musiało objąć rekompensatę za wizytę na posterunku i wypełnienie niezliczonych formularzy w celu wyjaśnienia powodu wycieczki poza miasto. Przecież do końca miesiąca musiał zapłacić podatek od wiary. Dawapolis było bogate, każdemu obywatelowi dawało pensję pozwalającą na przeżycie. Jednak należało opłacić podatek od wyznawanej religii. A jeżeli nie wierzyłeś lub wierzyłeś w bogów mniejszych, ściągano z ciebie dwudziestopięcioprocentowy haracz. Równie mało współczucia miał Bóg muzułmanów i żydów – żądał piętnaście procent. Bóg chrześcijan ograniczał się do przysłowiowej dziesięciny. Najlepiej mieli buddyści – odbierano im jedynie pięć procent. Bart już kilka razy zastanawiał się, czy nie zostać buddystą, lecz chyba brakowało mu motywacji – z koniecznością zapłacenia podatków można żyć, gorzej bez przyjaciół uważających, że każdy musi wierzyć w Boga.

***

Bart wypożyczył kopter i zgłosił policji zamiar wypadu poza teren miejski. Powołał się na paragraf mówiący o konieczności przeprowadzenia wizji lokalnej zezwalający mu na bezzwłoczny lot. Pomogła licencja prywatnego detektywa, jednak po powrocie i tak będzie musiał się tłumaczyć. Zgłosił też obecność pasażera, podając dane Roweny. To powinno załatwić problem powrotu do miasta; dziewczyna posiadała miesięczną wizę. Mógł mieć jedynie nadzieję, że nie próbowała sama przekroczyć granicy. Jeżeli tak się stało, leżała teraz uśpiona w pasie zaoranej ziemi strzeżonej przez cerbery. Ekipy sprzątające każdego ranka zbierały setki ciał chcących przedostać się do Dawapolis, po czym odwoziły uśpionych ludzi do obozów: etiopskiego Malkadida, kenijskiego Lafey lub somalijskiego Garbahaarey.

Wywołał podgląd map satelitarnych. Po obydwu stronach rzeki biegły wąskie ścieżki dla kóz i krów. Pokonując je, można było widzieć krzewy i wijące się koryto rzeki. Nic szczególnego, woda była bura, a roślinność przyprószona siwizną piasku. Jedynie głupiec chciałby tutaj uprawiać jogging. Tylko że Rowena była blöde Kuh i mogła wybrać tę ścieżkę. Miał nadzieję, że nie zamierzała dobiec do miasteczka Dollow, bo wtedy trudno będzie ją odnaleźć. Jednak i to mogło przyjść jej do głowy, gdyż znajdował się tam jedyny most, którym dawało się przekroczyć rzekę w drodze powrotnej do Dawapolis. A niech gęś kopnie tę blöde Kuh! Postanowił zignorować złe scenariusze i przelecieć całą trasę do miasta. Dopiero gdy nie znajdzie dziewczyny po drodze, zacznie przeklinać.

Ustawił kopter na lot z minimalną prędkością i wypuścił drony z czujnikami termicznymi. Leciały tyralierą w odległości stu metrów jeden od drugiego, po pięć z każdej strony. Nie było możliwości, aby przeoczyły ciało. Nawet jeżeli już nie żyła, temperatura zwłok wciąż była wysoka.

Przed Ulrichem narzekał, że musi polecieć kopterem poza miasto, lecz tak naprawdę bardzo się z tego cieszył. Wreszcie mógł poczuć, że coś zależy od niego. Sterować maszyną ważącą blisko tonę, ruchem palca nakazać jej skręt w lewo lub w prawo. Ruchem przegubu dłoni podnieść, ewentualnie obniżyć pułap lotu. Mógł przyspieszyć lub nagle zatrzymać się.

***

Dopiero kilometr przed Dollow złapał sygnał człowieka. Zarejestrował go ostatni dron po lewej stronie. Daleko zboczyła od ścieżki. Raczej nie zabłądziła – chyba szukała schronienia przed deszczem. Podleciał bliżej obiektu. To była ona, siedziała z podkulonymi nogami pod lichym drzewem, na które nawet koza nie chciałaby wskoczyć. Gdy włączył reflektor, uniosła głowę i zaczęła machać rękoma. Nie wstała. „Dlaczego?” – zastanowił się.

Nie było warunków do lądowania, dlatego wrócił nad ścieżkę i zaczął szukać najbliższej polany. Znalazł dopiero dwieście metrów dalej, po prawej. Posadził kopter i wysiadł z kabiny. Czekał go niezły spacerek w deszczu. Co prawda to nie był deszcz z Deszczowej piosenki, ale i tak do szczętu przemoknie. Drobny kapuśniaczek wciskał się w każdą szczelinę. Zacisnął sznurki kaptura i szybko ruszył przed siebie, prowadzony smugą światła jednego z dronów.

***

Dziewczynę odnalazł po pięciu minutach. Trzęsła się z zimna. Nie wyglądała jak głupia krowa, lecz zmoknięta kura. I to nastroszona. Była w żółtym podkoszulku, czerwonych szortach i pomarańczowych trampkach. W ogóle nie stosowała się do kolorów polecanych przez słonicę.

– Co to za miejsce?! Na całym świecie nie zgubisz się z Google, tylko u was to nie działa – zaczęła od pretensji wyrzucanych z przerwami przez zaciśnięte z zimna zęby.

– Naszym kompasem jest Oko Boga – zażartował, lecz chyba nie wyczuła ironii, bo spojrzała na niego jak na wariata. Blöde Kuh. – Wstań, pomogę ci założyć płaszcz przeciwdeszczowy – dodał ugodowo, wyciągając do niej rękę. Pochwyciła ją, jakby to było koło ratunkowe, i niezdarnie uniosła się z ziemi. Gdy stanęła na prawej nodze, syknęła z bólu.

– Skręciłam kostkę, nie dam rady iść.

Mógł ją prowadzić, lecz wtedy powrót potrwałby pół godziny. Wybrał inne rozwiązanie.

– Wezmę cię na barana, szybciej dojdziemy do koptera. Już kazałem podkręcić ogrzewanie.

Spojrzała na niego cieplej, lecz z pewną dozą nieufności.

– Dasz radę? Wyglądam na chudą, lecz jestem silnie umięśniona.

– Wskakuj! – rozkazał, przykucając.

Faktycznie, lekka nie była.

– Porozmawiaj ze mną – odezwała się, ledwo wymościła sobie wygodne gniazdko na jego plecach. Nawet przez płaszcz czuł ciepło jej ud silnie zaciskających się w pasie. Trudno było ją zignorować.

– Nie znam się na modzie – uległ, próbując zachować resztki godności.

– To widzę – mruknęła cicho. Udał, że nie usłyszał jej komentarza. Czego chce od jego ubioru? Chodził w wygodnych, dżinsowych spodniach i flanelowej koszuli. Nie miał zamiaru korzystać z reklamowanych ciuchów.

– Czy to twoja ekipa wybrała kolory na lato? – spróbował jednak podtrzymać rozmowę.

– To słonica Eliza...

Przystanął.

– A ty nie masz zwichniętej kostki i możesz iść na własnych nogach.

Poczuł głębokie westchnięcie, wpychające jej piersi w jego plecy.

– Ale nie powiesz tego innym? – zapytała lekko zaniepokojona.

– Nie rozmawiam z nikim o modzie – mruknął.

– Jasne, że to my ustalamy trendy – odpowiedziała z niechęcią. – Robi to Ester Chanteloup, ja jestem jej asystentką.

– A skąd bierzecie takie dziwne kolory?

Odpowiedziała po krótkiej chwili namysłu.

– Bo ludzie lubią odmiany. Nowy partner, nowe mieszkanie, nowa praca – to wybory nie dla wszystkich. Ale każdy...

– Każda... – poprawił ją.

– Ale każdy... – obstawała przy swojej wersji – może zmienić ciuchy. A uwagę młodych, którzy stanowią połowę naszej klienteli, najłatwiej przyciągnąć radykalnymi zmianami.

– Jednego roku spódnice poniżej kolan, następnego centymetr poniżej paska stringów?

– To też – zgodziła się. – Chociaż tak radykalne zmiany wymagają dużego nakładu finansowego na promocję. By nakłonić kogoś do nowych zakupów, wystarczy zmiana modnych kolorów.

Dotarli do ścieżki. Do koptera pozostał już niewielki odcinek drogi, powinien dać radę ją donieść.

– Powiedz coś o sobie. Co robisz w Dawapolis? – zapytała.

– Widzisz smugi szybu windy do gwiazd? – wskazał głową za siebie. – Jestem jej odźwiernym.

– To takie trywialne... – zaśmiała się. – Do gwiazd prościej można dostać się używając magii. Tylko po co? Tam jest nudno.

– Nie mów podobnych bzdur, gdy siedzisz na moich plecach – warknął ze złością. Po co brał ten ciężar na grzbiet? Znów dał się skusić. Nie była nawet ładna, chociaż zgrabna jak cholera. Czy to, że miała piersi i długie nogi zbiegające się w magicznym punkcie wystarczało, aby wciąż ulegał pokusom, tracąc rozsądek?

– O, realista. Nie wierzysz w magię? – chyba czuła się już lepiej i zaczynała kąsać. Może zrzucić ją w błoto? To nie była blöde Kuh, a kolejna idiotka żyjąca w oparach średniowiecza. Dwudziesty pierwszy wiek – cóż to za porąbana epoka! Coraz więcej osób uciekało ze świata codziennego. Połowa ludzkości żyła w światach wirtualnych, walcząc ze smokami, przyrządzając mikstury oferujące miłość lub nieśmiertelność. Pozostali szukali cudów wokół siebie, modląc się do Boga lub bogów. Bart miał wrażenie, że historia zatoczyła koło. Tylko dlaczego wróciła do czasów legend arturiańskich, runów nordyckich czy skandynawskich, a nie na przykład do greckich myślicieli?

Spróbował wyjaśnić blöde Kuh, czym jest magia:

– Tak naprawdę magiczna jest chwila, w której spadające jabłko pomaga nam pojąć prawa fizyki. Magią jest umiejętność przekucia kotłujących się w głowie myśli w wiersz. Magia to także pociągnięcie pędzla kreujące rzeczywistość głębszą od tej, jaka nas otacza. Ale wypowiadanie czarnoksięskiej formułki i machanie różdżką w nadziei dokonania czarów jest głupotą.

– Jesteś mugolem, nie znasz się na czarach. Wierzysz tylko w to, co widzisz.

– To nieprawda. Wierzę, że atom składa się z cząstek elementarnych, chociaż ich nie dostrzegam. Wierzę, że prąd elektryczny dociera do mnie dzięki falom elektromagnetycznym. Powiem ci nawet, że wierzę w istnienie inteligentnego życia na innych planetach, mimo że nie mam na to żadnych dowodów. Ale to, w co ty wierzysz, to jedynie życzenia. Nie wiem, dlaczego uciekasz w świat ułudy, zamiast zmierzyć się z rzeczywistością, ale jestem pewny, że gdyby w twojej głowie pogrzebał psychiatra, znalazłby tam sporo śmieci.

Nie odpowiedziała. Widocznie wyczuła w nim kipiące złością pokłady lawy i wolała nie wywoływać erupcji.

Na szczęście doszli już do koptera. Wrzucił ją do środka i wystartował bez słowa.

Na posterunku 12 kwietnia, Wielki Piątek

– Wyszedł pan poza kopułę? Na deszcz?! Tylko wariat jest do tego zdolny! – policjant go nie słuchał. – Nie rozumiem. Ostrzega się ludzi kilka godzin przed ulewą, a oni wychodzą na spacer poza kopułę. Czy wie pan, ile kosztuje system parasoli?

Bart odstawił już blöde Kuh do hotelu, zainkasował honorarium, a później – nie odkładając tego na następny dzień, chociaż było już prawie rano – zjawił się na posterunku gotów do zmierzenia się z biurokracją. Teraz zaczynał tego żałować.

– Był pan kiedyś na deszczu? – zapytał z westchnieniem znużenia.

– Czy wyglądam na takiego? Co to za insynuacje?! – zaprotestował policjant, wypinając pierś obleczoną w mundur, jakby chciał podkreślić powagę urzędu, który reprezentował. W tej sytuacji Bart mógł paść przed nim na kolana albo, wręcz odwrotnie, zaatakować. Policjantowi na szczęście nie chciało się przeglądać zapisów pamięci podręcznej V-PC. Był zmęczony i po prostu czekał na koniec dyżuru. Na to liczył Bart, wybierając porę wizyty. Postanowił zaryzykować.

– Jestem wyznawcą Kościoła Łzy Bożej – odpowiedział hardo, starając się, aby ton jego głosu nie zabrzmiał fałszywie. Chyba się udało... Policjant, z otwartą gębą, gotową do wystrzelenia następnej reprymendy, zamilkł, nie myśląc nawet o sprawdzeniu, czy taki Kościół figuruje na liście oficjalnych denominacji. Aby podbić jeszcze efekt, Bart pociągnął temat, grając na delikatnych strunach ryzyka: – Uważamy, że krople deszczu to Boże łzy i w czasie opadów zawsze staramy się znaleźć jak najbliżej Pana.

Policjant zamilkł. Pokiwał głową ze zrozumieniem i rzekł potulnie:

– Przepraszam, zapomniałem o tym, że każda wiara ma swoje rytuały. Sam należę do Kościoła Drzewa Łaski Wiekuistej i wiem, jak trudno religiom o mniejszej liczbie wyznawców przebić się do świadomości ogółu. My też mamy problem z oddawaniem czci Bogu. Jedynie trzy razy w roku otrzymujemy zezwolenie na wyjście poza granice miasta, by odprawić mszę dziękczynną przy Drzewie Prawdy Ostatecznej. Wiosną, gdy rodzi się nowe wcielenie Boga, latem, gdy możemy zebrać i spożyć owoce jego ciała, i jesienią, dziękując mu za opiekę i pomagając odpocząć w trudnym czasie. Może zechce pan nas wesprzeć? – wysunął przegub, chcąc przekazać Bartowi formularz wpisu do jego Kościoła. Na wszelki wypadek Bart zdjął dłonie z blatu biurka.

Policjant poczuł się urażony i skupił uwagę na dokumentach.

– Pana rodzice pochodzili z Polski...? – zapytał po dłuższej chwili milczenia.

– Takiego kraju już nie ma. Został podzielony na Śląsk, Pomorze i... Jezusowe Królestwo Polski.

– Dlaczego rodzice uciekli z kraju, który jest tak blisko Boga?

– Dla wielu – zbyt blisko. To kraj wyznawców religii smoleńskiej. W tym tygodniu po raz siedemset ósmy celebrowano miesiączkę śmierci. Mówię „miesiączkę”, a nie „miesięcznicę”, gdyż objawia się ona irracjonalnymi zachowaniami. Chodzi o nowego polskiego kandydata na Boga – Lecha Kaczyńskiego. Może pan o nim słyszał?

– Nie, chyba nie... Czy jest świętym? – dopytywał się policjant. Na jego twarzy było widać autentyczne zainteresowanie.

„Jak to dobrze nic nie wiedzieć o historii Polski” – pomyślał z zazdrością Bart. On nie miał takiej szansy, jego matka Eleonora była historyczką specjalizującą się w najnowszej historii tego szalonego kraju. I chociaż nie zmuszała go do czytania swoich książek, to ciągle o nich mówiła.

– W tym właśnie cały ambaras, że jeszcze nie. Ale polski rząd uważa, że to diabelski spisek, gdyż już co najmniej od siedemset ośmiu miesięcy powinien nim być.

– To kim był ten Lech Kaczyński?

Bart wzruszył ramionami.

– Nikim. Ale miał zawistnego brata bliźniaka i grupę przyjaciół z obsesjami, którzy uznali, że Kaczyński powinien być pierwszym po Bogu, bo wtedy i oni staną się kimś ważnym, a nie tylko moralnym i intelektualnym gównem. Przejęli władzę w 2015 roku i od tamtej pory walczą, aby posadzić Lecha na tronie po prawicy Boga, najlepiej na miejscu Jezusa – Bart wyrzucił z siebie całą pokoleniową gorycz. Jak się okazało, niepotrzebnie, gdyż policjant nic nie zrozumiał. No cóż, powinien się już do tego przyzwyczaić, że historia Polski wymyka się jakimkolwiek próbom zrozumienia, bo rządzi się fobiami, zawiściami i pragnieniem zemsty. Nie wiadomo nawet, czy Szekspir zdołałby to opisać w swojej sztuce Być albo nie być Polakiem. Bart niestety wciąż miał nadzieję, że ktoś z zewnątrz zdoła to pojąć. Całkowicie iluzoryczne przekonanie. Musiał to powiedzieć dobitniej, rezygnując z dygresji historycznych. Ostatecznie chodziło o to, aby odwieść policjanta od wymierzenia mu kary.

– W Polsce dominuje ortodoksyjny katolicyzm smoleński, a wszelkie odstępstwa od wiary w prawdę Kaczyńskiego są z całą surowością piętnowane. Tak więc niech pan już mnie nie pyta, dlaczego moi rodzice wyemigrowali...

– No tak, nie wiedziałem – odpowiedział głęboko poruszony. – Teraz pana rozumiem, chociaż zawsze uważałem, że katolicyzm opiera się na zdroworozsądkowych zasadach.

Bart miał ochotę wykrzyczeć, że katolicyzm nigdy i nigdzie nie był zdroworozsądkowy, lecz jeszcze bardziej chciał wziąć prysznic. Dlatego, udając zrezygnowanie, powiedział z bólem w głosie:

– Teraz już pan wie, jaki jest katolicyzm w Jezusowym Królestwie Polski.

A po chwili, z miną niewinnego baranka, zapytał:

– Mogę odejść?

Policjant zatopił wzrok w dokumentach, a potem, cedząc słowa przez zęby, rzucił cicho:

– Niech pan już znika. Nie było sprawy. Skasuję dane...

Rozdział III

Knockin’ on Heaven’s Door

Chciwa trójca

Dopiero w południe zwlókł się z łóżka. Nie miał ochoty nigdzie wychodzić, lecz poczucie obowiązku w końcu wyrzuciło go z pieleszy. Zdecydował, że odwiedzi przyjaciół: Roberto i Emilię Corrozza oraz ich córkę Izę. Znalazł dwa powody do odwiedzin. Pierwszym było miejsce pracy Roberto. Pełnił on funkcję szefa działu technicznego w koncernie ELSPEL i dzięki jego pomocy Bart mógł załatwić klientom wcześniejszą podróż na orbitę. Za drugi powód uznał możliwość porozmawiania z Emilią. Powody niekoniecznie wymienione w kolejności ich wagi.

Emilię poznał jako dwunastolatkę. On miał wtedy dziewiętnaście lat. Patrząc na tę różnicę wieku dzisiaj, wiedział, że to niewiele, lecz wówczas zdawało mu się, że to różnica niemal pokoleniowa. On już studiował, ona za trzy lata miała dopiero ukończyć dziesięciolatkę. Teraz żałował, że nie zwrócił większej uwagi na tę smarkulę. Po śmierci rodziców Barta wyjechała na studia do Mediolanu, a gdy wróciła do Dawapolis, była już dyplomowanym kardiologiem oraz żoną Roberto i matką dwuletniej Izy. Po ślubie nie wypadało odwiedzać jej zbyt często. Zwłaszcza że Roberto był żarliwym katolikiem i surowo spoglądał na wizyty obcych mężczyzn w swoim domu. Pewnie uważał Emilię za własność, jak spodnie, i nie mógł znieść myśli, że ktoś inny chciałby je włożyć. Albo nawet na nią spojrzeć. Po części miał rację... Bowiem było na co. Emilia miała wprost boskie proporcje ciała. O takich dziewczynach mówi się, że mają nogi do samej szyi. Człowiek witruwiański Leonarda da Vinci doskonale wpisywał się w koło, lecz nie wyglądał zbyt atrakcyjnie – zwłaszcza w odniesieniu do kobiety. Od nich wymagamy smukłości greckich kolumn, a nie stabilnego usadowienia środka ciężkości ciała na krótkich nogach, przydatnego w walce i do ciężkiej pracy.

Proporcje ciała Emilii stosowały się do innego wzoru matematycznego, który zachwycał nie tylko w naturze, ale też w architekturze czy kompozycjach obrazów. Stosunek jej wzrostu do długości nóg był taki sam, jak stosunek nóg do tułowia. To była zasada złotego podziału, zwanego również podziałem harmonicznym lub... boską proporcją. Dzisiaj Emilia miała czterdzieści lat, lecz wciąż wyglądała jak nastolatka. Wpływała na to zarówno figura, jak i okolona długimi, kruczoczarnymi włosami twarz o delikatnych rysach, małym nosku i roześmianych oczach.

Bart tak tęsknił za widokiem Emilii, że bez słowa protestu słuchał Roberto, który z rozkoszą rozprawiał o upadku wiary we współczesnym społeczeństwie. Właściwie tak naprawdę nie wypisał się z Kościoła jedynie z powodu Emilii. Gdyby to zrobił, Roberto – żarliwy, o ile nie fanatyczny katolik – nie pozwoliłby, aby ich odwiedzał. Słuchał go więc, niczego nie komentując, godził się nawet na coroczne wizyty Świętej Trójcy. Zazwyczaj kościół przedkładał kontakty wirtualne ponad osobiste, lecz gdy chodziło o coroczne zebranie jałmużny, jego przedstawiciele odwiedzali wiernych osobiście. Wcześniej księża chodzili po kolędzie z ministrantami, teraz czyniła to trójca, w niemal stałym składzie: ksiądz, siostra zakonna i dewotka. Siostra grała rolę dobrego, dewotka złego policjanta, natomiast ksiądz okazywał się sędzią. I księgowym.

– Szczęść Boże – przywitali go w boskim stylu.

– Szczebo – mruknął Bart w gwarze uczniowskiej.

Przed sługą Bożym kroczył jego brzuch. Ksiądz wyglądał na zmęczonego koniecznością używania nóg, lecz wzrok miał czujny. W kilka chwil zlustrował wyposażenie mieszkania za plecami Barta. Dewotka była sześćdziesięcioletnią, wyzutą z empatii bojowniczką w szarym stroju i szarym kapeluszu. Siostra zakonna natomiast przypominała Bartowi Natalię – Świadka Jehowy. Była młodą, niespełna dwudziestoletnią adeptką, gdy po raz pierwszy przyszła pod jego drzwi z doświadczonymi akwizytorami wiary. Może miała zbyt grube kości, lecz w makijażu i z inną fryzurą każdy uznałby ją za ładną. Świadkowie Jehowy nie uznawali wirtualnych wizyt. Zawsze chodzili od drzwi do drzwi, dzwonili i czekali uśmiechnięci przez wiele minut. Stali cierpliwie przed drzwiami w zwykłych ubraniach, trzymając w złożonych z pokorą dłoniach księgę o czerwonych grzbietach kartek. Nie mieli na sobie czarnych surdutów ani krucyfiksu wzniesionego niczym miecz. Nie byli nachalni, nie próbowali wejść do środka bez zaproszenia. Gdy jednak zgodziłeś się już na rozmowę, zaczynali z grubej rury od pytań, nad którymi normalny człowieka zastanawia się raz, najwyżej dwa razy w życiu: czy myśli pan, że żyjemy w Czasach Ostatecznych? Czy nie sądzi pan, że już nadszedł czas, aby Jezus powrócił na Ziemię? To były ciekawe pytania, nad którymi warto się zastanowić. Niestety, Świadkowie Jehowy posiadali też pewną wadę – nie pragnęli dyskusji, szukali wyłącznie okazji do wyrecytowania formułek. Magicznych zaklęć, które dawały im pewność obranej drogi życia. Natalia – jej imię poznał dopiero podczas trzeciej wizyty – żyła wyłącznie dla Boga, a to, co spotykało ją w życiu, funkcjonowało gdzieś obok. Domyślał się, że w ciągu tych lat urodziła dziecko, gdyż raz pojawiła się u niego w zaawansowanej ciąży; podejrzewał, że jej mąż zmarł, gdyż na palcu dziewczyny dostrzegł drugą obrączkę; lecz ona zawsze była taka sama. Żarliwie oddana, cierpliwa, uśmiechnięta, tylko że jakby żyjąca w innym świecie. Zakonnica miała to samo spojrzenie. Niewidzące, tęskniące za bytem doskonałym, najchętniej w niebie. „Dziewczyno, ciesz się życiem: tańcz, pij, całuj się!” – miał ochotę do niej krzyknąć.

– Zaraz wychodzę do pracy, a muszę wziąć jeszcze prysznic i przebrać się – próbował wymigać się od rozmowy.

– Zajmiemy tylko kilka minut – odparł ksiądz, wpychając brzuch w szczelinę pomiędzy Bartem a framugą. Bart wycofał się zrezygnowany. Trójca szybko weszła do środka i rozsiadła się na kanapie.

– Musi być panu ciężko, gdy tak często przebywa pan wśród bezbożników – zagaiła z troską siostra zakonna, która, jak mógł się domyślać, przejrzała wcześniej jego internetowe dossier.

– Kilka drinków pozwala mi łagodniej przyjmować ich słowa – mruknął ze złością. Dostęp do danych miała tylko policja i kościół. Nie mógł się od tego wymigać, jeśli wciąż był jego członkiem. Odpowiedź nie wzbudziła w przybyłych uznania, jednak przełknęli ją w milczeniu.

– Któż z nas jest bez grzechu... – pokiwał głową ze zrozumieniem ksiądz, czym sprowokował zjadliwe spojrzenie dewotki.

– Widzę, że regularnie odwiedza pan dom Boży – zauważyła z zadowoleniem siostrzyczka, próbując przegnać czarne chmury. Jeśli sądziła, że rozluźni to atmosferę, całkowicie się pomyliła. Dewotka tylko czekała, by wbić szpilę:

– A dlaczego zawsze w poniedziałki? – wycedziła, szóstym zmysłem wyczuwając jakąś diabelską intrygę.

– To mój dzień wolny. Mogę poświęcić go Bogu – odpowiedział, starając się, by zabrzmiało to wiarygodnie. Comiesięczny obowiązek przebywania w kościele przez co najmniej godzinę dla wielu ludzi był prawdziwą katorgą. W kościołach używano zagłuszaczy, co skutecznie uniemożliwiało przeglądanie Internetu, granie w gry czy pisanie esemesów. Nie działały żadne urządzenia posiadające w środku procesory. Obowiązywała reguła: „w kościele można kontaktować się tylko z Bogiem”. Na szczęście wciąż istniały książki drukowane. Bart chodził do kościoła przeważnie z kryminałem Chandlera, Hammetta lub MacDonalda wsuniętym w czarne okładki modlitewnika. Tych autorów mógł czytać na okrągło. I tak też robił. Jednak zupełnie czym innym była coroczna spowiedź. Ale i na to Bart znalazł sposób, a właściwie odpowiedniego księdza. Był to ojciec Aleko – zwany „Wiosło”, miłośnik rocka grający na gitarze basowej. Bart odwiedzał „Wiosło” dość często, by pogadać o nowych riffach albo przypomnieć o próbie muzycznej.

– Chwalebne postępowanie – zakonnica uśmiechnęła się szczerze.

„Oj, ty naiwna” – pomyślał Bart. Miał nadzieję, że to już koniec wizyty, z drugiej strony doświadczenie podpowiadało mu, że trójca dopiero się rozkręca. Niestety, nie mylił się.

– Czy wśród pana znajomych pojawiły się osoby żyjące w związku homoseksualnym lub współżyjące ze zwierzętami? – zapytała niezaspokojona dewotka. Ale to była, jak się okazało, jedynie rozgrzewka. Nagle cała trójca zaatakowała go kolejnymi pytaniami niczym rój rozjuszonych pszczół.

– Kiedy?

– Dlaczego?

– Komu?

Po wizytach chciwej trójcy Bart zawsze zarzekał się, że następnego dnia wypisze się z Kościoła. Ale potem złość z wtykania nosa przez klechów w każdą ciemną szczelinę prywatności tajała, a pozostawali znajomi będący katolikami, których nie chciał tracić. Mówił wtedy do siebie: „A niech tam, Jezus wytrzymał katorgę na krzyżu, więc i ja dam radę otrząsnąć się z tego błota, którym obrzucają moją godność”.

Jednak odkąd partia „Honor i Ojczyzna” wygrała wybory, pytania przedstawicieli Kościoła stawały się coraz bardziej dociekliwe. Wszyscy wiedzieli, że partia chciała używać nazwy „Bóg, Honor i Ojczyzna”, lecz stosowanie w nazwach partii słów związanych z wiarą było zabronione. Musieli więc zrezygnować z Boga w nazwie, lecz nie w postępowaniu – a Kościół wykorzystywał poplecznika partyjnego i zaczął wciskać się bez żadnego zażenowania w erogenne strefy z krucyfiksem. Czy niebawem będzie musiał spowiadać się, z jakiego papieru toaletowego korzysta?

Do niedawna wiara była osobistą sprawą. Nie chciałeś być chrześcijaninem, bo uznawałeś, że ich Bóg nie postępuje zgodnie z twoim sumieniem, to wypisywałeś się z Kościoła. Mogłeś zapisać się do wyznawców innej wiary lub pozostać w kręgu własnych przekonań i nadal mieszkać w tej samej strefie. Ale ten stan rzeczy uległ zmianie, gdy władzę przejęło ugrupowanie „Honor i Ojczyzna”. Jeśli nie byłeś chrześcijaninem – życie w strefie chrześcijan stawało się dla ciebie udręką. Nie tylko z powodu porannych arii dzwonów kościelnych, nawet nie z braku prezerwatyw w aptekach. Jako niekatolikowi podwyższano ci czynsz i wymagano cotygodniowych wizyt na posterunku policji. Cel: jeśli nie chcesz spowiadać się księdzu, będziesz spowiadał się policjantowi. Na szczęście jeszcze nie nakazano nosić na ubraniu plakietki z iksem, ale plotkowano, że i do tego dojdzie.

Bart mieszkał w obszarze Starego Miasta, które należało do strefy wolnej od religijnych wpływów. Czynszu nie mogli mu podnieść, prezerwatywy mógł kupić w każdym sklepie, ale gdy odwiedzał strefę chrześcijańską, czuł się jak człowiek drugiego sortu.

– Przypominam, że odpowiada pan przed Bogiem, który z pewnością odnotuje kłamstwo – dodał ksiądz, niemal sapiąc z żądzy poznania odpowiedzi.

– Czy są jeszcze jakieś inne pytania? Bo jak nie to do widzenia. A właściwie Szczebo! – odpowiedział ostro, jednocześnie wstając. Siostrzyczka również zerwała się na równe nogi, lecz dewotka i ksiądz wciąż siedzieli, jakby czekali na zew trąb jerychońskich. Bart wykonał charakterystyczny gest ramieniem, wymiatając ich z pokoju.

W końcu i oni podnieśli dupska z kanapy.