Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Major Leopold Kryński cztery lata temu spartaczył nieautoryzowaną misję na Ukrainie. Jej celem miało być uratowanie agenta Wadima, ale wszystko poszło nie tak jak trzeba. Kryński wywołał skandal dyplomatyczny i musiał odejść ze służby. By uniknąć konsekwencji karnych, godzi się na postawione żądania - nie wjedzie nigdy więcej na terytorium Ukrainy, chyba że uzyska zgodę polskich służb i strony ukraińskiej. Obecnie pracuje jako kiepsko opłacany tłumacz literacki, zmagając się z frustracją i syndromem odstawienia adrenaliny. Smutną rutynę przerywa nagły kontakt od Kornela Lipińskiego, multimilionera, dla którego rok wcześniej wykonywał audyt bezpieczeństwa. Biznesmen chce zlecić Kryńskiemu odnalezienie swojego syna, Mikołaja, początkującego dziennikarza śledczego, który od kilku dni nie daje znaku życia. Kryński, z uwagi na kiepską sytuację finansową, przyjmuje zadanie. Choć początkowo wydaje się ono całkiem proste, były szpieg szybko odkrywa, że sprawa może mieć drugie dno…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 355
Data ważności licencji: 6/10/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz
Redaktor inicjujący: Arkadiusz Nakoniecznik
Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska
Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek
Redakcja: Dorota Kielczyk
Korekta: Katarzyna Szajowska, Dominika Gołowin
Zdjęcia na okładce: Miodrag/magnific.com
© Kacper Młyńczak
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
ISBN 978-83-287-3919-2
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
There’s truth that lives and truth that dies.
I don’t know which,
So nevermind…
Ta prawda żyje, tamta umiera.
Sam nie wiem która,
Mniejsza z tym teraz…
Leonard Cohen, Nevermind
Bagietce
Sam wybrał miejsce spotkania. Znał okolicę jak własną kieszeń, wychował się na blokowisku oddalonym o kilkaset metrów i spędził w pobliskim lasku sporą część dzieciństwa. To był pustostan na przedmieściach Kijowa, niedaleko Babiego Jaru. Niedokończony budynek miał docelowo być szpitalem psychiatrycznym, ale nigdy nim nie został. W ciągu ostatnich lat przeistoczył się w raj dla amatorów urban exploration, którzy pocztą pantoflową w kilka lat rozsławili to miejsce na tyle, że wprost roiło się tu od ludzi. Większość ścian zdobiły graffiti i wlepy, a powietrze śmierdziało trawką i moczem.
Dom wariatów – pomyślał Wadim, rejestrując drżenie ręki, w której trzymał papierosa. Lęku nie mógł się pozbyć, odkąd wsiadł do pociągu w Odessie. Przez całą podróż, a nawet dłużej – od chwili, kiedy podjął ostateczną decyzję o ucieczce, ciągle zerkał przez ramię. Prześladowało go przeświadczenie, że oni wiedzą. Oni go widzą. Oni zaraz go dopadną. Ty sam, Wadimka, jesteś wariat; jak ulał tu pasujesz – skarcił się w duchu, zaciągnął Parliamentem i uśmiechnął się pod nosem. Kiedy zamknął oczy i pomyślał o Nataszy, swojej jedynej córce doktoryzującej się w Madrycie, drżenie ręki ustało.
Z cudem osiągniętego błogostanu wyrwał go warkot silników. Wyjrzał przez wybite okno. Na dole pojawiły się dwa samochody. Choć było już prawie całkiem ciemno, miały wyłączone reflektory. Niepokój wrócił. Z aut niemal równocześnie wysiadło po czterech rosłych mężczyzn. Wymienili kilka zdań. Wadim rozpoznał rosyjski, ale nie słyszał konkretnych słów. Wydawało mu się, że wszyscy mają na sobie wojskową odzież taktyczną. Próbował się uspokoić, zracjonalizować, oswoić strach, który z wolna pozbawiał go kontroli nad ciałem.
Sięgnął do kieszeni kurtki, w której miał krótkofalówkę ustawioną na odpowiednią częstotliwość. Nadał dźwiękowy sygnał nawołania. Odpowiedziała mu cisza. Zaklął pod nosem i znów zerknął w dół. Faceci stali teraz przy otwartych bagażnikach i, intensywnie gestykulując, nakładali plecaki, bandanki i czapki. Wadim ponownie wcisnął przycisk. Po trzech sekundach usłyszał w słuchawce sygnał.
– Tuga do Murata, Tuga do Murata – wyszeptał do mikrofonu.
Nasłuchiwał, ale w eterze wciąż panowała głucha cisza.
– Tuga do Murata, kurwa jego mać! – powtórzył wciąż cicho, ale z wyraźną paniką w głosie.
– Murat do Tugi. Jestem – odpowiedział mu po ciągnącej się wieczność chwili ciszy głos, który doskonale znał. Już nie był sam w tym domu wariatów. – Przepraszam, pociąg się spóźnił. Wszystko w porządku?
– Nic nie jest w porządku! Przyjechali jacyś ludzie! Dziwni! Chyba w mundurach!
– Wiem, to trudne, ale zachowaj spokój. Zaraz będę przy lewym skrzydle, od wschodu. Twoja pozycja?
– Ta sama strona budynku. Jak wyjdziesz zza rogu, to ich zobaczysz. Chyba że trawy są za wysokie.
– Żadnych nerwowych ruchów; mów, co widzisz.
– Widzę ośmiu killerów, kurwa! Nie pieprz mi o nerwowych ruchach.
– Ciszej! – syknął. – Uzbrojeni? Widzisz broń, Dimka?
– Mundury, plecaki, czapki. Dwóch ma hełmy wojskowe.
– Jesteś pewien?
– Ja pierdolę, karabiny! – wydusił przez ściśnięte gardło.
– Na pewno widzisz broń?
Wadim wytężył wzrok. Czterech z nich już ściskało w rękach peemy, reszta dopiero sięgała po ekwipunek do bagażników.
– Każdy ma automat. Już po mnie, jak chuj. – Był teraz wyraźnie spanikowany.
– Dimka, oddychaj. Wyciągnę cię z tego.
– Uciekaj, jesteś na zewnątrz, masz większe szanse.
Heroizm tej deklaracji mógł robić wrażenie, ale jej adresat zupełnie ją zignorował. Odpuścił też sobie patetyczną odpowiedź typu: „Nie zostawię cię, stary”. To nie był film o amerykańskich żołnierzach, tylko robota.
– Jaką masz drogę odwrotu? – Brzmiał, jakby pytał o godzinę.
Wadi intuicyjnie poczuł, że było w tym spokoju coś nieprzystającego do sytuacji. Ton przywodził na myśl managera sklepu odzieżowego, który cierpliwie tłumaczy nowemu pracownikowi, że oliwkowe swetry nie powinny zasłaniać beżowych. Nie kojarzył się z asem wywiadu, który obiecał mu bezpieczną ewakuację.
– Przejdę przez okno na parterze, gdzieś koło ciebie. Masz broń? Ja mam Makarowa.
– Cicho i spokojnie idź w moją stronę. Powoli, nie hałasuj. Zostaję na łączu, odzywaj się tylko, kiedy musisz. Broń to ostateczność, ale ją odbezpiecz.
– Weszli do środka – szepnął Wadim. – Idę do ciebie, bez odbioru.
Następne dwie minuty ciągnęły się w nieskończoność. Wadim walczył z paniką, która mąciła zakodowaną w głowie mapę budynku. Próbował nie pogubić się w przestrzeni, lecz w nowych warunkach wydała mu się dziwnie obca. Zszedł na parter. Od okna bez szyby, przez które zamierzał wyjść, dzieliło go ledwie kilkanaście kroków. Poczuł, że jednak się uda. Właśnie wtedy usłyszał miarowy stukot podkutych butów.
Mężczyzna na zewnątrz zerknął na Garmina. Od ostatniego kontaktu z Wadimem minęło sto sekund. Cholernie dużo. Rozejrzał się, nie odnotował oznak obecności komanda. Sięgnął do kabury i odbezpieczył Sig Sauera. Wstał z trawy. Kiedy zrobił drugi krok w kierunku zabudowań, padł strzał.
Warszawa, cztery lata później
Kornel Lipiński słynął z podzielnej uwagi, dlatego żaden z członków zarządu nie przejmował się jego nerwowym stukaniem w klawiaturę notebooka. Czasem mocniej mrugał, czasem kręcił głową – to traktowano odpowiednio jako potwierdzenia lub zaprzeczenia. Dla wszystkich było jednak oczywiste, że w ostatnich dniach prezes jest nieswój. Przyjmowano to bez komentarza. Ale kiedy nie odpowiedział na zadane po raz trzeci pytanie, wszyscy spojrzeli po sobie znacząco i zgodnie uznali, że czas zakończyć posiedzenie. Zaczęli powoli podnosić się z miejsc.
– Marku! – Lipiński nagle oderwał wzrok od monitora. – Proszę, bądź w moim gabinecie za kwadrans.
Marek Ratajski był dyrektorem do spraw rozwoju w największej spółce holdingu. Potrafił myśleć nieszablonowo i podejmować decyzje, dzięki którym firma wciąż była kilka kroków przed konkurencją. Lipiński już od ładnych paru lat nie musiał się martwić zarządzaniem. Całkowicie ufał Ratajskiemu, nie tylko w kwestiach związanych z firmą.
Gdyby nie sztywne zasady, którymi prezes Lipiński kierował się w życiu i biznesie, nazwałby Marka przyjacielem. Ale w jego świecie praw i reguł – wierząc, że zawdzięcza im wszystko, co ma – uznawał Ratajskiego za rzetelnego i lojalnego współpracownika. Wywołany lekko skinął głową i wyszedł z sali za pozostałymi członkami zarządu.
Zjechał do gabinetu. Zaraz po wejściu nacisnął guzik pilota przymocowanego do drzwi. Po kilku sekundach przeszklone ściany od strony korytarza całkowicie pociemniały, uniemożliwiając wścibskim wgląd do biura. Ratajski usiadł wygodnie w fotelu Eames, za pomocą smartfona uruchomił MusicCasta i włączył płytę Clarka Terry’ego, której nie zdążył wysłuchać do końca przed posiedzeniem. Zmrużył powieki i zaczął zastanawiać się, czy to nie jego ostatnie chwile tutaj.
W tym biurze czuł się lepiej niż gdziekolwiek indziej. Pozycja, jaką zbudował sobie w firmie, ustawiała go na niemal najwyższym szczeblu drabiny. Zarabiał dla KLH na tyle dużo, że sam udzielił sobie dyspensy na malwersacje. Uważał je za symboliczne, w końcu wyprowadzał z kont jedynie ułamki przepływów i robił to ostrożnie. Kiedy sporadycznie męczyły go wyrzuty sumienia, tłumaczył odbiciu w lustrze, że to tylko dodatkowe zabezpieczenie emerytalne, na które przecież zasłużył.
Wciąż trapiła go jednak obawa. Czy zachowanie Lipińskiego sprzed chwili oznaczało, że możliwość utraty pozycji się urealnia? Nie, na pewno nie. Uspokoił się myślą, że nikt nie odważyłby się sprawdzać człowieka cieszącego się nieformalnym statusem prawej ręki prezesa. Może poza samym Lipińskim, ale ten wciąż za bardzo mu ufał. Ukojony tą myślą i melodią skrzydłówki sączącą się z głośników, odpłynął tam, gdzie nie było KLH Logistics ani zdefraudowanych pieniędzy.
Po kilku minutach przywróciło go na ziemię brzęczenie na nadgarstku. Smartwatch Montblanc informował, że do spotkania z szefem zostały dwie minuty. Ratajski otworzył barek, nalał sobie pół szklanki trzydziestoletniego Araratu i naraz wypił całą zawartość. Następnie sięgnął po butelkę szkockiej, spakował do jednej z tub prezentowych, zawsze gotowych na podobne okoliczności, wyłączył muzykę, opuścił biuro, po czym skierował się do gabinetu Lipińskiego.
Wkroczył dziarsko i usiadł, nie czekając na pozwolenie. Postawił na biurku świeżo zapakowany upominek, po czym przesunął go delikatnie w stronę Kornela.
– Talisker z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku. Wieść niesie, że to ostatnio twoja ulubiona – powiedział i dopiero wtedy zyskał pewność, że Lipiński w ogóle zauważył jego obecność.
– Dziękuję, Marku. Musisz mieć u siebie niezłą hurtownię, skoro rozdajesz takie gifty lekką ręką. A spotkanie nie było umówione.
– Zauważyłem, że takie gesty pomagają w biznesie urabiać partnerów – rzucił, zanim zrozumiał, jak niefortunnie brzmią te słowa.
– I mnie też chcesz urobić? – zaczepnie sondował Lipiński.
– Kornel, no co ty?! To tylko drobny wyraz sympatii. Miły gest.
Prezes jakiś czas milczał, świdrując Ratajskiego spojrzeniem. W końcu wypakował butelkę i przez chwilę ważył w dłoni. Jakby zastanawiał się, czy od razu nie zerwać banderoli. Nie był pewien, jak zareagować na gest i zachowanie podwładnego. W końcu schował butelkę do szuflady biurka i odchrząknął.
– Marek, sprawa jest delikatna. Pamiętasz, jak zatrudniliśmy ludzi od zabezpieczeń? To był twój pomysł. Cholernie drodzy, na początku oponowałem.
– Pamiętam, pamiętam – odrzekł Ratajski najspokojniej, jak tylko potrafił. Gdyby nie napił się przed przyjściem, pewnie już by się zdradził. – Insight Safety Solutions – rzucił po chwili, udając, że musiał sobie przypomnieć.
– Właśnie. W pierwszym roku pracy dla nas zapobiegli dużemu wyciekowi informacji. Uważam teraz, że każda płacona im złotówka jest tego warta. Zwłaszcza że są niezwykle dyspozycyjni, prawda?
– Zgadza się.
– O ile dobrze kojarzę, kiedy prezentowałeś mi pomysł skorzystania z ich usług, wspomniałeś, że prezesem jest człowiek służb. Czy coś pomieszałem?
– Założyciel tej firmy to były pułkownik. Chyba UOP. Albo WSI.
– Tak, tak. Doskonale. A pamiętasz tego faceta, który przesłuchiwał dział IT po wykryciu oprogramowania szpiegowskiego? Strasznie wszyscy narzekali. Że bezczelny, zadaje niezręczne pytania, że ingeruje w prywatność. Wszyscy kipieli z oburzenia, ale w ciągu miesiąca wytypowane przez niego osoby same złożyły wypowiedzenia. Mimo że nie było dowodów. Odeszły i zaraz zatrudnił ich Pieczka, ten skurwysyn. Dziwny zbieg okoliczności. Jedyna taka sprawa u nas, dlatego zapadła mi w pamięć. A ten gość wskazał ich tylko na podstawie rozmowy.
Ratajski nerwowo poruszył się w fotelu. Wziął głęboki oddech i uśmiechnął się sztucznie. Lipiński patrzył przez okno w kierunku placu budowy Varso 2. Znów przestał zwracać uwagę na swojego gościa, jakby zupełnie zapomniał o jego obecności.
– Pamiętasz to, Marku? I tego do bólu skutecznego gościa z Insight Safety Solutions? – spytał w końcu, ciągle patrząc w przestrzeń.
– Coś mi świta – niepewnie mruknął Ratajski. Seria pytań i użycie przez Lipińskiego wołacza nie zwiastowały jego zdaniem nic dobrego.
– Czy ma taki sam background jak jego szef?
– Tego nie wiem, możliwe. Oni zatrudniają głównie byłych pracowników budżetówki. Policjantów, ludzi z ABW. Ale nie znam dossier tamtego faceta. Myślę zresztą, że nie wszystko jest dostępne. Mam spróbować czegoś się o nim dowiedzieć?
– Nie. Masz go tutaj sprowadzić. Najszybciej, jak się da.
– Mogę spytać, o co chodzi?
– Wolałbym nie – odparł Lipiński tonem uprzejmym, choć nieznoszącym sprzeciwu i lekko zakręcił się na fotelu obrotowym.
– Jak uważasz – wycedził Ratajski.
– Jutro przed czternastą chciałbym go widzieć u siebie. I zrób tak, żebyśmy mieli go na wyłączność przez jakiś czas. Cena nie gra roli.
– Brzmi poważnie.
– To jest bardzo poważna sprawa, ale nie próbuj mnie ciągnąć za język. Wszystkiego się dowiesz. W swoim czasie. Na razie zrób, o co proszę.
– Oczywiście. Za godzinę zadzwonię i powiem ci, czy udało mi się umówić z Insight Safety Solutions.
– W tej sprawie pofatyguj się osobiście. Obejdzie się bez butelki. Jedna dziennie wystarczy – zakończył bezceremonialnie Lipiński i wrócił do artykułu, który czytał wcześniej.
KTO JEST KIM W MINISTERSTWIE OBRONY NARODOWEJ
Jak wykazano w powyższym materiale, przetarg został przeprowadzony wybiórczo i nierzetelnie; co więcej, świadomie tuszowano i utrudniano mediom dostęp do informacji, które powinny być transparentne.
Jeśli porównać samoloty o zbliżonych parametrach i ceny, jakie udało się ostatnio wynegocjować Belgom i Chorwatom, należy zadać ważne pytania: Czy wydatki na zbrojenia, zdaniem wielu ekspertów i tak nieproporcjonalnie wysokie, nie mogłyby zostać obniżone, gdyby w ministerstwie pracowały osoby merytorycznie przygotowane do pełnionych funkcji? Czy osoby odpowiedzialne za transakcje obiektywnie nieopłacalne działają zgodnie z racją stanu Rzeczypospolitej Polskiej? Komu służy kupienie mniejszej ilości sprzętu za więcej? Bo na pewno nie Polsce.
Czy działania MON w zakresie modernizacji armii to dyletanctwo, czy agentura wpływu? Przetargi zbrojeniowe w II RP bardzo często ustawiano, ale – mimo wielu patologii– w jednym ówczesna sytuacja była lepsza niż w obecnej Polsce: wówczas za stan, z jakim mamy tutaj do czynienia, groziły poważne konsekwencje: degradacja i wieloletnie więzienie. Dzisiaj słyszymy od rzecznika prasowego rządu, że to nieuzasadniona nagonka. Cóż, ten artykuł i wiele innych doniesień z ostatnich dni być może nosi znamiona nagonki, ale z pewnością uzasadnionej i ugruntowanej w faktach.
Max Janowski
* Dłuższa wersja artykułu dostępna w płatnej subskrypcji serwisu NOWY.RAPORT. Zachęcamy do wspierania naszego magazynu. Działamy bez reklam, a z czegoś trzeba opłacić domenę. Rzetelność jest dzisiaj bezcenna. Dziękuję.
Mikołaj Lipiński, twórca i redaktor naczelny NOWEGO. RAPORTU
Ratajski poszedł prosto do łazienki, żeby obmyć twarz zimną wodą. Rozbolała go głowa, strach ścisnął mu żołądek. Pierwszy raz w życiu naprawdę czegoś pożałował. Nie defraudacji środków firmy ufającego mu człowieka, nie kłamstw i oszustw. Żałował, że rok wcześniej wpuścił do firmy faceta, z którym Lipiński chciał się teraz zobaczyć. Nie wiedział po co, ale był pewien, że takie spotkanie nie powinno dojść do skutku.
Leo Kryński miał kiedyś wiele twarzy, adresów i imion. Teraz był korektorem w wydawnictwie poradników dla tych, którzy chcą zmienić swoje życie, ale dopiero od jutra, bo najpierw muszą przeczytać, jak to się robi. Mieszkał sam w dwupokojowym mieszkaniu na jednym z warszawskich blokowisk. Na czterdziestu metrach w wielkiej płycie pracował, spał, upijał się, czytał w kółko te same książki, trochę grał na starej konsoli syna i oglądał seriale. Wiódł żywot starego kawalera, choć gdzieś tam, daleko, miał dwójkę dzieci i byłą żonę. A tu? Został tylko on, monotonia i coraz tańsze alkohole.
Dla sąsiadów był kolejnym bezimiennym najemcą, takim, co pojawia się na rok lub dwa, mówi „dzień dobry” i nie robi problemów, a potem znika, jakby nigdy nie istniał. Dla siebie samego przegranym. Odkąd musiał przestać robić to, do czego, jak wierzył, został powołany – nie potrafił wrócić na normalne tory. Owszem, przez chwilę miał pracę, która dawała namiastkę dawnych wyzwań i lepsze pieniądze, ale szybko okazało się, że wolny rynek znosi jego trudny charakter znacznie gorzej niż wciąż przeżarte duchem socjalistycznego biurokratyzmu kierownictwo departamentu kontrwywiadu.
Kontakty z przyjaciółmi z młodości wygasił stopniowo, a całkowicie dopiero kilka lat po werbunku. Dzieci mieszkały za granicą. Kumple ze służby w większości odwrócili się od niego po wewnętrznym śledztwie. Niektórzy oferowali dobre słowo, czas i wsparcie, ale byli w tym podejrzanie nadgorliwi. Kryński wiedział, że taka pomocna dłoń, zwłaszcza ze strony karierowiczów, ma w sobie więcej z nadzoru niż dobrej woli. Ufał tylko Bieniasowi, choć istniały powody, dla których nie widywali się teraz zbyt często.
W przerwach od wstawiania przecinków i prostowania błędów logicznych w zdaniach autorstwa współczesnych szamanów od wszystkiego wychodził na basen SGGW lub przebieżkę po parku. Niekiedy udawał się wieczorami do hotelowych barów, by spotkać kobiety równie samotne i zagubione jak on. Wiele z nich pewnie miało też ufnych mężów, ale nie drążył tematu.
To była jedna z tych nocy. Wracał Nowym Światem z Hotelu Indigo, gdzie robił, co mógł, by uczestniczka sympozjum Collegium Civitas imieniem Ania nie musiała żałować, że wpuściła go do pokoju. Przez parę godzin dowiedział się o niej i prawie finansowym więcej, niżby sobie życzył. Gdyby zorientował się, że ma do czynienia z prawniczką – co gorsza, z tytułem doktora – wycofałby się wcześniej. A tak dyskretnie opuścił jej pokój dopiero po drugiej, gdy tylko zasnęła owinięta w prześcieradło.
Powoli szedł w kierunku stacji metra, zastanawiając się, czy nie kupić w nocnym Granta lub Bella. Zarzucił ten pomysł, przypomniawszy sobie kaca sprzed dwóch dni i zawalony termin, przez który stracił szansę na premię. To może jednak? Gorzej nie będzie – przemknęło mu przez głowę, zwalniając kroku przy sklepie monopolowym na Bonifacego. Wtedy po raz pierwszy wydało mu się, że ktoś go śledzi.
– Te, elegancik! Wspomóż banknotem walkę z trzeźwością – zagaił go chłopak w kurtce Adidasa.
Asystowało mu trzech kumpli.
– Jasne – powiedział Kryński i, chcąc jak najszybciej zniknąć z radaru łebków, wyjął z portfela pięćdziesiąt złotych.
– O, dzięki, typie! – zawołał zdziwiony koleś.
– Tylko, kurde, wiesz pan, nas jest czterech. Mamy sobie kupić po browarze?
– Marek, weź, kurwa, wyluzuj. Typo przecież się dorzucił do imprezy! Nawet bez gadania.
– No to jak taki wyrywny, to niech podbije.
– Chłopaki, sam wracam z melanżu, popłynąłem finansowo, do tego miałem nieudaną randkę, kiepski wieczór, nie dosrywajcie mi już, okej? – Spróbował nawiązać nić porozumienia.
– Jasna sprawa, psze pana! Sorry za kolegę i jeszcze raz dzięki za pięć dyszek.
– Bawcie się dobrze – rzucił na odchodnym zadowolony, że obeszło się bez rękoczynów. Lekko się uśmiechnął. Zostawił gnojków przekonanych, że się nad nim zlitowali. Niech im będzie.
W metrze przymknął oczy i zastanawiał się, kto mógłby go śledzić i dlaczego. Nikt o zdrowych zmysłach nie przykleiłby mu ogona w obawie przed przewerbowaniem. Nawet jego wrogowie wiedzieli, że obce służby nie mają czego szukać u Leo Kryńskiego. Może poza pobłażliwym uśmiechem i raportem dla ABW. Nawet po tym wszystkim, co spotkało go w ostatnich latach, nie zamierzał sprzedać ani siebie, ani jakiejkolwiek informacji sępom polującym na upokorzonych eks szpiegów.
Ale może Rosjanie i tak zechcą podjąć próbę? Może nie przestudiowali jego dossier na tyle, by uświadomić sobie, że są na straconej pozycji. Zresztą, ich skuteczność często dało się streścić porzekadłem przypisywanym Einsteinowi: „Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi”. Tak, to mogą być Rosjanie.
Jasne, wszyscy się o ciebie biją, nieudaczniku. Jesteś taki cenny. Daj spokój, wracaj do domu. Upij się albo idź spać. A najlepiej jedno, potem drugie.
Otworzył oczy. Naprzeciwko siedział facet mniej więcej w jego wieku. Typ nazbyt usilnie podążający za sezonowymi trendami. Bordowe chinosy i wełniany blezer wyglądały jak z modowego bloga, w którym radzono, by odważnymi stylizacjami wyrażać swoją nietuzinkowość. Przyglądał się Kryńskiemu na tyle uważnie, że ten przez chwilę zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie mruczał po pijaku pod nosem. Nie, na pewno nie. Jestem prawie trzeźwy, mam instynkt samozachowawczy. Nie dałbym dupy w taki sposób. Niemożliwe – uspokoił się w myślach i zignorował natarczywe spojrzenie szykownego Rumcajsa.
Zaczął mimowolnie przysłuchiwać się rozmowie podpitych studentek, stojących kilka metrów dalej.
– Oj, przestań! To był totalny nieogar. Zero przyszłości z takim kolesiem.
– A weź! Który teraz ogarnia, co? – prychnęła ta z większym logo na kurtce.
– Racja. Plus trzeci miesiąc szukam lepszej roboty. Pochlastać się można.
– U mnie też ani na koncie, ani w łóżku fajerwerków nie ma.
– Co to jest za świat? – Dziewczyna z mniejszym emblematem być może studiowała filozofię.
Kryński uśmiechnął się krzywo. Hajs się nie zgadza, kurwa mać. Każda miała buty i torebkę o wartości jego pensji. Dwudziestoletnie rentierki pytały, co to za świat, a on doskonale znał odpowiedź. To świat, w którym przez dwadzieścia lat ryzykujesz życie na misjach zagranicznych za kilka tysięcy złotych, a potem cię zwalniają, bo ich zdaniem podjąłeś złą decyzję. I zostajesz z niczym.
Mimo fali irytacji nie dał się zalać żółci. Choć wciąż był trochę wkurwiony na Polskę i przesiąknięty wyuczonym cynizmem, duma nie pozwalała mu stawiać się w roli ofiary. Taki, w wieku osiemnastu lat, wyszedł z domu rodzinnego. I już mu zostało.
– Miałem wątpliwości… Ale zobaczyłem ten kwaśny uśmiech i… Poldek, prawda? – zapytał nagle brodacz.
– Przepraszam, to chyba pomyłka.
– Czyli nie nazywa się pan Leopold Kryński? – upewnił się Rumcajs.
Leo badawczo przyjrzał się mężczyźnie. To musiał być któryś z jego licealnych kolegów, bo nikt później nie mówił do niego „Poldek”. Uśmiechnął się niepewnie.
– Proszę wybaczyć, nie poznaję.
– Czarek Matysiak, kurde, nie rób sobie jaj. Bez ciebie usrałbym klasę maturalną.
Zrobiło mu się głupio. Naprzeciwko siedział jeden z jego kumpli z lat młodzieńczych. Dopiero teraz go sobie przypomniał.
– Przepraszam cię, jestem trochę wcięty. No i ta broda nie ułatwia sprawy.
– Mam zaokrągloną szczękę, żona chciała, żebym sobie wyostrzył rysy. Mówi, że teraz wyglądam bardziej męsko. A mnie się podoba, że jej się podoba. Chociaż ogarnianie tego rano bywa niewygodne. – Mówił bardzo szybko, a na koniec zaśmiał się nerwowo. – A co tam u ciebie?
– Jakoś leci.
– Tak się ostatnio zastanawialiśmy z chłopakami, czy żyjesz.
– Trzymacie kontakt?
– Pytanie! Całe życie ramię w ramię! Choćby skały srały!
– Świetnie to słyszeć.
– Ale nie tylko ty się wykruszyłeś. Wojtka też już nie ma. Mieszka w Stanach. No i Gaca zmarł.
– Naprawdę? Kiedy?
– Dwa lata temu. Nowotwór.
– Cholera, szkoda go.
– Spotykamy się czasem. Wpadaj, chłopaki na pewno się ucieszą.
– Często wyjeżdżam na kontrakty – skłamał. – Ale zostaw mi numer, jeszcze kilka dni będę w Warszawie. Umówimy się na wódkę, powspominamy. To jak?
– Dam znać.
Czarek wyjął z aktówki notes, zapisał swój numer.
– Zadzwoń koniecznie. – Wstał do wyjścia. – Super, że na siebie wpadliśmy.
– Prawda. Trzymaj się, Czarek.
Półtorej godziny później Ratajski wrócił do szefa. Oznajmił mu, że człowiek, o którego pytał, nie pracuje już w konsultingu. Został zwolniony i według wiedzy dyrektora ISS przebywa od tego czasu za granicą. Lipiński spokojnie wysłuchał podwładnego i serdecznie mu podziękował. Zaproponował nawet, by następnego dnia wybrali się na squasha.
– Kłamliwy skurwiel – syknął Lipiński, gdy tylko został sam.
Podszedł do telefonu i wybrał numer, który chwilę wcześniej znalazł w internecie.
– Insight Safety Solutions, słucham.
– Dzień dobry, z tej strony Kornel Lipiński, prezes KLH Logistics, jesteśmy waszym klientem.
– Zdaje się, że jednym z większych – uprzejmie zauważyła kobieta po drugiej stronie.
– Ach, tak?
– Lidia Grzegorczyk, dyrektorka finansowa, przechodzą przeze mnie faktury.
– Przepraszam, myślałem, że rozmawiam z sekretariatem.
– Jest dwudziesta pierwsza, u pana sekretarki o tej porze pracują? – Siliła się na dowcip.
– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia.
– Obiecuję, że nikomu nie powiem. W czym mogę pomóc, panie Lipiński?
– Chciałem porozmawiać z prezesem.
– Czy to może poczekać?
– Obawiam się, że nie.
– Już łączę.
Sygnał nagle się zerwał. Po chwili telefon na biurku Lipińskiego ponownie zadzwonił.
– Przykro mi, szef jest nieosiągalny. Mogę w czymś pomóc?
– Pilnie potrzebuję kontaktu do człowieka, którego kiedyś przysłaliście do nas w kryzysowej sytuacji.
– Pan Ratajski już do nas dzwonił. Ten, o którego pan pytał, już dla nas nie pracuje. Zdaje się, że jest za granicą.
– Lubi pani swoją pracę? – Lipiński przeszedł do ofensywy. Od dawna nie grał w ten sposób i poczuł dreszczyk, za którym zdążył się stęsknić.
– Nie rozumiem.
– Jeśli od jutra chce pani zarabiać trzy razy więcej niż obecnie, zapraszam. Podpiszemy umowę.
– Są jakieś warunki?
– Ależ skąd – rzucił tak sarkastycznie, jak tylko potrafił. – Po prostu potrzebuję kogoś biegłego w finansach, mało mam takich ludzi na pokładzie. Będzie pani robić dokładnie to samo co dotychczas, tylko u mnie i za więcej.
Lidia Grzegorczyk po prostu się rozłączyła. Ale Lipiński czuł, że osiągnął to, co zamierzał. Postanowił opić ten drobny sukces kolejką Taliskera od zdrajcy. Nie potrzebował dowodów, wystarczyły mu strach i wstyd na twarzy Ratajskiego.
Następnego dnia miał nową dyrektorkę finansową i adres człowieka, którego szukał. Zagranicą okazał się Służew.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
