Wilcze lato - Hans Rosenfeldt - ebook + książka

Wilcze lato ebook

Rosenfeldt Hans

4,2

Opis

Martwy wilk. Interes narkotykowy, który poszedł źle. I zabójczyni z niezwykłymi umiejętnościami.

W ciągu zaledwie kilku dni życie Hannah Wester, policjantki w średnim wieku mieszkającej w miasteczku na północy Szwecji – Haparandzie, gwałtownie się zmienia. Kiedy okazuje się, że w żołądku znalezionego w lesie martwego wilka odkryto szczątki człowieka, Hannah rozumie, że nie będzie to lato jak każde inne. Zwłoki wkrótce zostają powiązane z krwawą transakcją narkotykową na granicy z Finlandią. Jak ofiara znalazła się w lesie pod Haparandą? I gdzie podziały się narkotyki i pieniądze?

Hannah i jej współpracownicy nie spoczną, póki nie dowiedzą się, co się stało. Ale czas ucieka, a oni nie są jedynymi, którzy poszukują zdobyczy. Kiedy w mieście pojawia się tajemnicza Katia, życie w Haparandzie zostaje wywrócone do góry nogami – nie tylko dla Hannah, która w końcu musi stawić czoło swojej przeszłości.

Hans Rosenfeldt - Szwedzki pisarz, aktor, scenarzysta i moderator programów telewizyjnych. W 2006 roku napisał scenariusz serialu kryminalnego Most nad Sundem, który skupia się na parze detektywów badających zbrodnię mającą miejsce na granicy duńsko-szwedzkiej. Serial okazał się wielkim międzynarodowym sukcesem. Wspólnie z Michaelem Hjorthem jest autorem sześciu powieści kryminalnych, których głównym bohaterem jest policyjny profiler Sebastian Bergman.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (47 ocen)
20
19
7
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
dormic1

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam Nie można się oderwać
00
umka1

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytałam w jeden dzień! Nic nie było ważniejsze.😁 Mam nadzieję, że na następną część autor nie każe czekać bardzo długo.
00

Popularność




Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Adam Osiń­ski Pro­jekt okładki: © Wic­kholm For­mavd Adap­ta­cja okładki: Mag­da­lena Zawadzka

Copy­ri­ght © Hans Rosen­feldt 2020 Publi­shed by agre­ement with Salo­mons­son Agency Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2022 Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Iwona Jędrze­jew­ska, 2022

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN: 978-83-8143-942-8

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

LEŻAŁA NA BOKUw mchu i gałę­ziach.

Komary brzę­czały jej nad głową, z tru­dem oddy­chała, ledwo utrzy­my­wała przy­tom­ność.

Oczy miała zwró­cone ku niebu, ku małym obłocz­kom o lśnią­cych poma­rań­czo­wo­ró­żo­wych brze­gach.

Było lato. I słońce przez całą dobę.

Od kilku dni czuła odór zain­fe­ko­wa­nej rany, ale nie to miało ją zabić. Zimno i głód też nie. Była syta. Po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu.

Rana nie chciała się goić, mimo iż cią­gle ją czy­ściła. Ból i gorąco roz­le­wały się w całej łapie. Stado się dopa­so­wało i sta­rało się utrzy­my­wać jej tempo. Do pew­nego momentu. Potem troje z jej mło­dych dołą­czyło do pozo­sta­łych, z nią zostało naj­mniej­sze. Tym samym ska­zało się na śmierć.

Już nie miała siły polo­wać, a małe jesz­cze się nie nauczyło.

Młode łosie, łatwy łup w tym okre­sie, oka­zały się nie­osią­galne. Upo­lo­wa­nie nawet naj­mniej­szej zdo­by­czy spra­wiało jej trud­ność. A jagody, które w sytu­acji bez wyj­ścia mogły zaspo­koić pierw­szy głód, jesz­cze nie doj­rzały. Wczo­raj zna­la­zła tro­chę mięsa, czę­ściowo zako­pa­nego, jego smród instynk­tow­nie ją odrzu­cał, ale dopro­wa­dził ich do skał, na skraju lasu, tam gdzie było go wię­cej. Dużo wię­cej. Wiel­kie kawały, wię­cej, niż ona i jej małe mogli zjeść.

Potem wle­kli się dalej dopóty, dopóki małe nie zwol­niło i nie zaczęło skom­leć. Chwiej­nym kro­kiem ode­szło na bok, żeby po chwili upaść i już nie wstać.

Została przy nim do momentu, kiedy upew­niła się, że nie żyje, i ruszyła przed sie­bie. Nie uszła daleko. Nie pozwa­lały jej skur­cze i drże­nie mię­śni. Upa­dła na bok w miękki mech i tak już została.

W upale. W słońcu przez całą dobę.

WSZYSTKO POSZŁO zgod­nie z pla­nem.

Na początku – tak jak sobie zało­żyli.

Przy­je­chali jako pierwsi, zapar­ko­wali jeepa i czar­nego mer­ce­desa jeden przy dru­gim na otwar­tej leśnej pola­nie, uży­wa­nej do prze­ła­dunku cię­ża­ró­wek i do zawra­ca­nia. Samo­chody przo­dem zwró­cone w kie­runku wąskiej ścieżki, którą tu dotarli. Opusz­czone szyby, abso­lutna cisza. Prze­ry­wana jedy­nie noc­nym śpie­wem pta­ków, zanim odgłos sil­nika zaanon­so­wał przy­by­cie Finów.

Poja­wiło się volvo XC90, rów­nież czarne. Wadim widział, jak Artiom i Michaił wyj­mują broń i wycho­dzą z samo­chodu, dokład­nie wtedy, kiedy on i Luba wysia­dali z jeepa. Lubił Lubę, wyda­wało mu się, że ona jego też lubi. Kilka razy nawet byli na piwie, a kiedy padło pyta­nie, z kim chce jechać, wybrała jego. Przez moment roz­wa­żał, czy nie powie­dzieć jej, żeby została w samo­cho­dzie, dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa, w razie gdyby coś poszło nie tak. Ale jeśli to zrobi, to co potem?

Uciekną razem? I będą żyć długo i szczę­śli­wie przez resztę swo­ich dni?

Nie­moż­liwe, jeśli się domy­śli, o co cho­dzi, nie zrobi nic wbrew Zagor­nemu. Aż tak go nie lubi, tego jest pewien. Więc nic nie powie­dział.

Volvo zatrzy­mało się kilka metrów przed nimi i z samo­chodu wysia­dło czte­rech uzbro­jo­nych Finów. Rozej­rzeli się podejrz­li­wie i usta­wili w roz­pro­sze­niu.

Spo­kój.

Cisza przed burzą.

Przy­wódca gangu, rosły męż­czy­zna z wygo­loną głową i tatu­ażem wokół oka, ski­nął do naj­mniej­szego i naj­szczu­plej­szego z całej czwórki. Ten wyjął pisto­let i otwo­rzył bagaż­nik. Wadim cof­nął się kilka kro­ków w kie­runku jeepa.

Do tego momentu – ich wspólny plan.

Potem już tylko jego.

Kula wystrze­lona z broni z tłu­mi­kiem tra­fiła tuż pod oko zwa­li­stego Fina, który stał naj­bli­żej samo­chodu. Eks­plo­zja kości, krwi i mózgu. Kiedy chwilę potem pocisk prze­bił mu tył głowy, pozo­stali musieli dzia­łać instynk­tow­nie.

Wszy­scy zaczęli strze­lać jed­no­cze­śnie.

Wszy­scy oprócz Wadima, który scho­wał się za jeepem.

Męż­czy­zna z tatu­ażem na twa­rzy gło­śno zary­czał i w klatkę pier­siową Micha­iła wpa­ko­wał cztery czy pięć śmier­tel­nych poci­sków. Artiom odpo­wie­dział ogniem. Wyta­tu­owany został tra­fiony dwiema kulami, zachwiał się na moment, ale odzy­skał rów­no­wagę i wyce­lo­wał broń w Artioma, który nie zdą­żył się schro­nić za mer­ce­de­sem. Kilka kul tra­fiło go w nogę, od bio­dra aż po stopę. Krzy­cząc z bólu, upadł na suchy żwir. Męż­czy­zna z tatu­ażem krwa­wił, ryczał i strze­lał na oślep, pró­bo­wał się dostać do volva, zde­ter­mi­no­wany, żeby ujść z życiem. Sekundę póź­niej, wyda­jąc gar­dłowy dźwięk, upadł na kolana, rzu­cił broń i obiema rękoma przy­ci­snął to, co zostało z jego szyi.

W oddali roz­le­gło się jesz­cze kilka strza­łów.

Artio­mowi udało się usiąść, krew try­skała mu z uda w tem­pie jego biją­cego serca. Pró­bo­wał zata­mo­wać krwo­tok. Kiedy ponow­nie roz­le­gła się seria strza­łów, zesztyw­niał, jego wzrok, wcze­śniej despe­racki, stał się pusty, wargi wydały kilka bez­gło­śnych słów i z bez­ład­nie zwie­szoną głową upadł na zie­mię.

Trzeci Fin rzu­cił się do rowu, stam­tąd miał dobry widok na zapar­ko­wane samo­chody. Celną serią strza­łów z kara­binu maszy­no­wego tra­fił Artioma w pośladki. Wadim zorien­to­wał się, że on też musi być na celow­niku, więc rzu­cił się w stronę jeepa i scho­wał za kołem. Przy samo­cho­dzie zoba­czył naj­mniej­szego Fina, leżą­cego na ziemi bez oznak życia.

Luby nie było widać.

Z rowu znów roz­le­gła się seria strza­łów, kule waliły w błot­nik, prze­bi­ja­jąc oponę. Jedna prze­szła na wylot i tra­fiła Wadima tuż nad poślad­kiem. Ból prze­szył mu ciało. Zagryzł wargi, żeby nie krzyk­nąć, oparł czoło na kola­nach i zwi­nął się w kłę­bek. Spo­koj­nie oddy­cha­jąc, cze­kał, aż strze­la­nina dobie­gnie końca.

I znów cicho. Jak makiem zasiał.

Żad­nego ruchu, żad­nych gło­sów ani krzy­ków, żad­nego śpiewu pta­ków. Jakby całe to miej­sce wstrzy­mało oddech.

Ostroż­nie wychy­lił się zza jeepa.

Wciąż cicho. Wciąż bez ruchu.

Powoli wysta­wił głowę. Słońce scho­wało się w koro­nach drzew, kra­jo­braz ską­pany był w mięk­kim, cie­płym świe­tle, jakie tylko może dać słońce pół­nocy.

Ostroż­nie i powoli wstał z kolan. Kula tkwiła w mię­śniach, ale praw­do­po­dob­nie nie uszko­dziła żad­nych waż­nych orga­nów. Dło­nią przy­ci­snął ranę, z któ­rej wciąż lała się krew, ale nie tak, żeby nie mógł jej zata­mo­wać.

– Luba?!

Sie­działa oparta o tylny zde­rzak samo­chodu Finów, miała płytki, ury­wany oddech. Przód jej sza­rego pod­ko­szulka pod kurtką prze­siąk­nięty był krwią, w pra­wej ręce wciąż trzy­mała pisto­let. Wadim popa­trzył na jej rany. Krew leciała w rów­nym tem­pie, więc tęt­nice były nie­usz­ko­dzone. Żad­nej piany z ust, a zatem płuca praw­do­po­dob­nie też nie­tknięte. Wyj­dzie z tego.

– Kto strze­lał? – zapy­tała i zakrwa­wioną dło­nią chwy­ciła go za kurtkę. – Kto, do cho­lery, zaczął strze­lać?

– Ktoś z naszych.

– Co? Co zna­czy ktoś z naszych? Kto?

– Chodź.

Ostroż­nie wyjął jej z dłoni pisto­let, scho­wał w kie­szeni i pomógł wstać. Z bólu aż wykrzy­wiła twarz. Wadim chwy­cił ją w pasie i wyszli zza samo­cho­dów. Kiedy zna­leźli się nie­da­leko miej­sca, gdzie leżał wyta­tu­owany Fin, Wadim zatrzy­mał się, ostroż­nie odsu­nął Lubę na bok i zro­bił dwa kroki w bok.

– Wybacz…

Luba, na początku zupeł­nie zdez­o­rien­to­wana, po chwili uświa­do­miła sobie, co chce zro­bić. Kiedy kula z broni z tłu­mi­kiem tra­fiła ją w skroń, upa­dła.

Wadim, przy­ci­ska­jąc dło­nią ranę na pośladku, wypro­sto­wał się i wes­tchnął głę­boko.

Mimo wszystko poszło zgod­nie z pla­nem.

BUDZI SIĘ ZESNU.

Tak jak codzien­nie. Jak zawsze.

Zawie­sze­nie broni i układ we Fre­drik­shamn. Jed­nym pro­stym pod­pi­sem Szwe­cja utra­ciła jedną trze­cią swo­jej powierzchni i jedną czwartą lud­no­ści. Impe­rium Rosyj­skie prze­jęło Fin­lan­dię, a tym samym rzekę Torne z naj­więk­szym wów­czas ośrod­kiem han­dlu w regio­nie. Nową gra­nicę wyty­czono przez śro­dek rzeki i nagle Szwe­cja nie miała żad­nego mia­sta w regio­nie. A było bar­dzo potrzebne, tak wszy­scy uwa­żali, ale gdzie mia­łoby powstać? Padło wiele pro­po­zy­cji i odbyło się wiele dłu­gich dys­ku­sji. Kiedy pró­bo­wano dojść do poro­zu­mie­nia, ona cier­pli­wie cze­kała i z małej wio­ski z kil­koma zagro­dami prze­obra­ziła się w mie­ścinę, by w końcu stać się mia­stem. Rok 1842 to data jej naro­dzin.

Hapa­randa, od haapa­ranta, fiń­skiego słowa ozna­cza­ją­cego poro­śnięty osiką brzeg.

Nastały dla niej dobre lata, rosła w oczach. Kiedy innym szło jak naj­go­rzej, tutaj wszystko ukła­dało się jak naj­le­piej. Bycie neu­tralną przy samej gra­nicy, w świe­cie ogar­nię­tym woj­nami, miało swoje zalety. Okre­sami był to jedyny port otwarty na Rosję. Ucho igielne mię­dzy Wscho­dem a Zacho­dem.

Ładunki, doku­menty, towary, ludzie.

Zgod­nie z pra­wem, nie­le­gal­nie, ener­gicz­nie, korzyst­nie, nie­bez­piecz­nie.

Cały świa­towy trans­port odby­wał się wła­śnie tutaj, nie­za­leż­nie od wszyst­kiego. Roz­wi­jała się. Kwi­tła.

Dzi­siaj jest już tro­chę zmę­czona. I defi­ni­tyw­nie spo­koj­niej­sza. Powoli się kur­czy. Nie żeby chy­liła się ku upad­kowi, ale każ­dego roku wyjeż­dża z niej lub umiera tu wię­cej osób, niż się rodzi czy osie­dla.

Dobrze zna swo­ich miesz­kań­ców. Dzieli z nimi życie, obser­wuje i wie. Pamięta i czeka. Potrze­buje ich wszyst­kich. Ist­nieje tylko wtedy, kiedy ludzie chcą w niej miesz­kać. Jest jak bóg, który prze­staje ist­nieć, jeśli w niego nie wie­rzą.

A więc wita nowych i opła­kuje tych, któ­rzy odcho­dzą. Stoi cicho, cier­pliwa, spo­glą­da­jąc na nie­spo­kojny nurt rzeki.

NA PAR­KINGU byłoSPORO WOL­NYCH miejsc, więc Han­nah zapar­ko­wała naj­bli­żej sklepu Sta­dium, wysia­dła z samo­chodu, rozej­rzała się i wpu­ściła koszulę w spodnie. Kiedy wycho­dziła z komi­sa­riatu, dopadł ją nagły atak gorąca i mimo że trwał tylko kilka chwil, to wciąż paliła ją twarz i pot spły­wał jej po ple­cach.

Pogoda w tym by­naj­mniej nie poma­gała.

Trzy­na­ście dni z palą­cym słoń­cem i tem­pe­ra­turą ponad dwa­dzie­ścia stopni, raczej rzad­kość w czerwcu, spra­wiło, że w cen­trum han­dlo­wym przy E4, gdzie znaj­do­wały się dzie­siątki buti­ków liczą­cych na siłę przy­cią­ga­nia sąsied­niej Ikei, było spo­koj­niej niż zwy­kle. Dzi­siaj nic nad­zwy­czaj­nego, pomy­ślała, jesz­cze raz rzu­ca­jąc okiem na samo­chód, i weszła do sklepu spor­to­wego.

W środku było chłod­niej niż na zewnątrz. Poje­dyn­czy klienci krą­żyli mię­dzy sta­lo­wymi okrą­głymi wie­sza­kami, infor­mu­ją­cymi, że wszystko, co na nich wisi, jest teraz czter­dzie­ści–sie­dem­dzie­siąt pro­cent tań­sze. Han­nah pozdro­wiła ręką kobietę sto­jącą za kasą. Nie znała jej, ale wie­działa, kim jest. Tarja Burell, żona Haralda, młod­szego brata Carin z recep­cji. Kobieta odpowie­działa jej uśmie­chem i poka­zała głową na butik. Han­nah natych­miast zoba­czyła, po co tu przy­szła.

Od razu go poznała. To Jona­than, nazy­wany Jonte, przez moment pró­bo­wała sobie przy­po­mnieć nazwi­sko, co ozna­czało, że nie nale­żał do czę­stych gości aresztu. Zbli­żyła się do sterty pustych kar­to­nów leżą­cych pod ścianą. Męż­czy­zna chwiej­nym kro­kiem pod­szedł do pary trzy­dzie­sto­lat­ków, która zro­bi­łaby naj­le­piej, gdyby szybko się odda­liła, ale naj­wy­raź­niej nie chcieli dać mu tej satys­fak­cji, więc uda­wali, że go nie widzą.

– Możemy chwilę poroz­ma­wiać?

Jonte odwró­cił się do Han­nah. I jeśli jego blada twarz i drżące ruchy jesz­cze jej nie prze­ko­nały, że to silna abs­ty­nen­cja, to jego roz­sze­rzone źre­nice na pewno nie pozo­sta­wiały żad­nych wąt­pli­wo­ści. Praw­do­po­dob­nie hero­ina. Albo sub­u­tex. W ostat­nich latach dostęp do nar­ko­ty­ków i ich zuży­cie bar­dzo wzro­sły.

– Czego chcesz? – wydu­sił z sie­bie obra­żo­nym tonem i pocią­gnął nosem.

– Chcę z tobą poga­dać, wyjdźmy na zewnątrz.

– Nic nie zro­bi­łem.

– To zależy, jak na to spoj­rzeć. Wychodź.

Poło­żyła mu rękę na ramie­niu. Ode­pchnął ją tak mocno, że o mało nie stra­cił rów­no­wagi; żeby nie upaść, musiał cof­nąć się o krok.

– Odpieprz się. Chcę tylko tro­chę pie­nię­dzy – powie­dział ze wzru­sze­niem ramion. – Żebra­nie. To chyba jesz­cze nie… to chyba jesz­cze nie zabro­nione.

– Okej, a jeśli nic nie dosta­niesz, co wtedy?

– O co ci cho­dzi?

Poczuła na sobie jego mgli­sty wzrok. Pró­bo­wał zgad­nąć, o co jej cho­dzi.

– Prze­stra­szy­łeś ich.

– Prze­cież… prze­cież nic nie zro­bi­łem…

– Nie, ale nie możesz krą­żyć i stra­szyć ludzi, wychodź.

Han­nah znów poło­żyła mu rękę na ramie­niu, jego reak­cja była taka sama jak poprzed­nio, mocne zamach­nię­cie ręką, które wyda­wało się zupeł­nym zasko­cze­niem dla reszty ciała.

– Weź ze mnie te swoje tłu­ste palu­chy.

– Oczy­wi­ście – powie­działa Han­nah i puściła jego ramię. – A wyj­dziesz na zewnątrz?

– Tak, ale nie doty­kaj mnie.

Odsu­nęła się na bok i poka­zała ręką, że ma iść przed nią. Na chwiej­nych nogach powoli skie­ro­wał się do wyj­ścia. Kiedy mijali regał z mar­ko­wymi sli­pami, wycią­gnął rękę, chwy­cił kilka opa­ko­wań i nie­po­rad­nie pró­bo­wał scho­wać pod cienką kurtkę.

– To żart? – zapy­tała Han­nah zmę­czo­nym gło­sem. – Chyba nie myślisz, że na zewnątrz zosta­wi­łam psa prze­wod­nika?

– Co? – zapy­tał Jonte, zupeł­nie nie rozu­mie­jąc, o co jej cho­dzi.

Wes­tchnęła, zabrała mu slipy i odło­żyła na półkę. Nagły kuk­sa­niec w plecy zasy­gna­li­zo­wał, że już wystar­czy. Męż­czy­zna zro­zu­miał i bez spe­cjal­nego pro­te­stu ruszył w kie­runku drzwi.

Kiedy wyszli na palące słońce, zatrzy­mał się i ręką przy­sło­nił wraż­liwe na świa­tło oczy. Deli­kat­nym popchnię­ciem skie­ro­wała go do radio­wozu. W pół drogi zatrzy­mał się, przy­ło­żył rękę do brzu­cha i pochy­lił się do przodu. Na jego czole poja­wiły się duże kro­ple potu.

– Źle się czuję.

– Bo paku­jesz w sie­bie całą masę świń­stwa.

Jonte nie odpo­wie­dział, ale Han­nah wyda­wało się, że ski­nął głową.

Kazała mu usiąść na tyl­nym sie­dze­niu i ruszyli. Spoj­rzała na swoje dło­nie spo­czy­wa­jące na kie­row­nicy. To prawda, pier­ścio­nek zarę­czy­nowy teraz sie­dzi tro­chę cia­śniej niż wtedy, kiedy go po raz pierw­szy zało­żyła, nie ma też nadziei, że jesz­cze się zmie­ści w swoją suk­nię ślubną, zresztą i tak nie zamie­rza tego robić, a jej palce wcale nie są grube. Ona też nie jest gruba. Wpraw­dzie w ostat­nich latach przy­było jej tro­chę w talii, ale kilka tygo­dni temu zna­la­zła w inter­ne­cie kal­ku­la­tor, na któ­rym po poda­niu wagi i wzro­stu można obli­czyć swoje BMI. Wynio­sło 27. Przez chwilę naszła ją ochota, żeby dogryźć temu na tyl­nym sie­dze­niu, że jej BMI jest takie samo jak jego IQ. Jed­nak rzut oka w lusterko uświa­do­mił jej, że mówi­łaby do słupa; pasa­żer sie­dział ze zwie­szoną głową, jakby zasnął.

Jechali w ciszy. Po chwili byli już po dru­giej stro­nie E4, w dro­dze do cen­trum, które też świe­ciło pust­kami. Klienci Ikei raczej rzadko prze­jeż­dżali na drugą stronę E4, która w pew­nym sen­sie była gra­nicą mię­dzy Szwe­cją a Fin­lan­dią.

Han­nah skrę­ciła w lewo przy dwu­pię­tro­wym budynku, w któ­rym mie­ściła się redak­cja „Dzien­nika Hapa­randy”, lokal­nej gazety wycho­dzą­cej obec­nie dwa razy w tygo­dniu, i pod­je­chała pod nijaki długi budy­nek z żół­tej cegły, który poli­cja dzie­liła z urzę­dem skar­bo­wym i kasą cho­rych.

Zapar­ko­wała w garażu, na jed­nym z dwóch wol­nych miejsc. Po wyj­ściu z samo­chodu otwo­rzyła tylne drzwi i potrzą­snęła śpią­cym pasa­że­rem. Z tru­dem udało mu się wysiąść i ruszył pro­sto w kie­runku drzwi pro­wa­dzą­cych do aresztu. Nagle zatrzy­mał się, ręką oparł o maskę samo­chodu i wydał z sie­bie jęk. Han­nah pode­szła na tyle bli­sko, żeby zoba­czyć jego puste spoj­rze­nie, i wtedy się odwró­cił. Kaskada wymio­cin bez żad­nego ostrze­że­nia tra­fiła ją w brodę, poczuła cie­pło prze­cho­dzące przez bluzkę. W noz­drza ude­rzył ją smród.

– Cho­lera jasna!

Udało jej się odsko­czyć na bok i już następna por­cja wylą­do­wała na pod­ło­dze tuż przy jej nogach, część zna­la­zła się na jej butach, część na nogawce spodni.

Młody czło­wiek wypro­sto­wał się, wziął głę­boki wdech i uśmiech­nął się z ulgą. Han­nah sta­rała się nabie­rać powie­trza małymi, krót­kimi wde­chami. Pchnęła drzwi do pomiesz­cze­nia, gdzie odby­wała się reje­stra­cja przy­szłych aresz­tan­tów, nim tra­fią do jed­nej z czte­rech cel, w tej chwili pustych. Kobieta, którą w zeszłym tygo­dniu aresz­to­wali za posia­da­nie nar­ko­ty­ków, została prze­nie­siona do Lulei, w week­end wysta­wili dwa man­daty, jeden za jazdę nie­za­re­je­stro­wa­nym samo­cho­dem, drugi za przy­czepę bez waż­nego prze­glądu, a w nie­dzielę rano asy­sto­wali per­so­ne­lowi ambu­lansu wio­zą­cego pijaną kobietę ze zła­ma­nym nad­garst­kiem oraz zna­leźli potrą­co­nego reni­fera w przy­droż­nym rowie. Nic – ani nikt – nie zasłu­gi­wało na areszt.

Mor­gan Berg szedł kory­ta­rzem z kub­kiem kawy w ręku. Kiedy zoba­czył, kto idzie naprze­ciwko, zatrzy­mał się i zro­bił krok do tyłu.

– Wpisz go – powie­działa Han­nah i pchnęła Jon­tego na ławkę przy okienku reje­stra­cyj­nym. Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, odwró­ciła się i za pomocą wej­ściówki otwo­rzyła drzwi. Krótki kory­tarz, pod jedną ścianą rząd nie­bie­skich meta­lo­wych sza­fek, gdzie­nie­gdzie kilka krze­seł, pod sufi­tem rury i prze­wody. Na pierw­szy rzut oka to przej­ście pod­ziemne, a w rze­czy­wi­sto­ści szat­nia męska, przez którą trzeba przejść, żeby dostać się do szatni dam­skiej.

Han­nah pode­szła do swo­jej szafki i zaczęła się roz­bie­rać. Nie miała pew­no­ści, czy to tylko smród, czy fak­tycz­nie wymio­ci­nami dostała w twarz. Z tru­dem powstrzy­mała tor­sje. Zawsze miała z tym pro­blem. Kiedy dzieci były małe i zda­rzały im się bie­gunki i wymioty, to Tho­mas musiał się nimi zaj­mo­wać. Z obrzy­dze­niem roz­pięła guziki, ścią­gnęła bluzkę i rzu­ciła ją na pod­łogę. Zdjęła buty i skar­pety. Stała w samym sta­niku i spodniach, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Kusiło ją, żeby nie ode­brać, ale spoj­rzała na ekran.

Z Uppsali.

Stam­tąd, gdzie stu­diuje Gabriel.

To nie jego numer, ale może kolegi, może syn zgu­bił tele­fon, coś się mogło stać. Zaczęła roz­mowę krót­kim:

– Han­nah.

– Czy to Han­nah… Wester? – zapy­tał głos po dru­giej stro­nie. Naj­wy­raź­niej ktoś pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć jej nazwi­sko.

– Tak, z kim roz­ma­wiam?

– Nazy­wam się Benny Svensén i dzwo­nię z UVW. – Głos zamilkł na chwilę, jakby jego wła­ści­ciel zasta­na­wiał się, czy wytłu­ma­czyć jej, co ozna­cza ten skrót, ale musiał się roz­my­ślić. – Chcę poroz­ma­wiać o tych wil­kach, bo to pani nad­zo­ruje śledz­two, prawda?

Zga­dzało się.

Pro­wa­dziła docho­dze­nie w spra­wie nie­le­gal­nych polo­wań na wilki. W środę zadzwo­nił nie­miecki podróż­nik i zde­ner­wo­wa­nym gło­sem i łamaną angielsz­czy­zną powie­dział, że zna­lazł mar­twego wilka. Słowo po sło­wie udało im się usta­lić miej­sce zda­rze­nia. Kiedy tam poje­chali, oka­zało się, że cho­dziło nie tylko o jed­nego mar­twego wilka, ale o dwa. Jedna suka i jeden szcze­niak. Wilki nie miały żad­nych zewnętrz­nych obra­żeń, choć to raczej nie­praw­do­po­dobne, że oba zmarły śmier­cią natu­ralną w odle­gło­ści kilo­me­tra od sie­bie. Nie­za­leż­nie od wszyst­kiego musieli spo­rzą­dzić pro­to­kół, a ciała ode­słać do Pań­stwo­wej Służby Wete­ry­na­ryj­nej, skąd wła­śnie zadzwo­nił Benny Svensén.

– Tak – potwier­dziła Han­nah i musiała zdu­sić impuls, żeby nie splu­nąć. – Jeśli cho­dzi o tę sukę i szcze­niaka, które w zeszłą środę zostały zna­le­zione pod Kat­ti­la­sa­ari.

– Tak, nie mamy tu innych wil­ków.

– Skąd mam to wie­dzieć?

– Oczy­wi­ście, ale…

– Okej, o co cho­dzi? – Poża­ło­wała, że ode­brała tele­fon, marzyła teraz tylko o tym, żeby się roze­brać i wejść pod prysz­nic. Poza tym domy­ślała się, czego chce. Wilki zostały otrute. Cho­dziło o śledz­two w spra­wie nie­le­gal­nego polo­wa­nia, które naj­praw­do­po­dob­niej zosta­łoby natych­miast umo­rzone, jeśli pro­wa­dzi­łaby je pro­ku­ra­tura w Lulei. Nie­opła­calne, mała szko­dli­wość spo­łeczna i niska wykry­wal­ność. Wilki były rzad­kimi gośćmi w tych oko­li­cach, to nie ich rewir, ale zda­rzało się, że przy­by­wały tu z innych czę­ści Szwe­cji, z Rosji, z Fin­lan­dii, a nawet z Nor­we­gii. Jeśli zostały zauwa­żone, natych­miast tajem­ni­czo „zni­kały”.

– Powo­dem śmierci było otru­cie – usły­szała od Benny’ego i wyobra­ziła sobie, jak cytuje pro­to­kół z obduk­cji.

– Świet­nie, to już wiemy – powie­działa, ścią­ga­jąc jed­no­cze­śnie spodnie. – Nie bar­dzo mogę teraz roz­ma­wiać, więc przy­ślij­cie mi pro­to­kół. – Nie­trudno było się zorien­to­wać, że chciała skoń­czyć roz­mowę. Naj­wy­raź­niej Benny Svensén się nie zorien­to­wał.

– Jesz­cze jedno.

– Co takiego? – wydu­siła przez zaci­śnięte zęby, nie ukry­wa­jąc znie­cier­pli­wie­nia. Po chwili sta­nęła jak wryta, zapo­mniała na moment, że jest na wpół naga i zarzy­gana, i nie była pewna, czy dobrze usły­szała.

To nie­moż­liwe. Na pewno się prze­sły­szała.

– ZJADŁ CZŁO­WIEKA?– powtó­rzył Gor­don Back­man Niska, patrząc Han­nah pro­sto w oczy. Ton głosu zdra­dzał, że nie bar­dzo w to wie­rzy, z dru­giej strony zaczął się zasta­na­wiać nad kon­se­kwen­cjami, gdyby się oka­zało, że to prawda.

– Oba, tak twier­dzi Pań­stwowa Służba Wete­ry­na­ryjna – powie­działa Han­nah.

Gor­don wes­tchnął gło­śno i wstał ze swo­jego ergo­no­micz­nego fotela, pod­szedł do okna i spoj­rzał na par­king po dru­giej stro­nie Strandvägen. Jako trzy­dzie­sto­sze­ścio­la­tek był naj­młod­szym komi­sa­rzem poli­cji, jakiego dotych­czas miała Hapa­randa, a jego błę­kitna koszula modelu slim fit świad­czyła o tym, że rów­nież naj­bar­dziej wyspor­to­wa­nym. Wystar­czyło też spoj­rzeć na półkę nad biur­kiem obsta­wioną dyplo­mami z tria­th­lonu i innych zawo­dów. Han­nah i Mor­gan stali w mil­cze­niu i cze­kali, aż Gor­don włoży pod górną wargę por­cję tyto­niu.

Cza­sami czuła ten smak, kiedy jego język był w jej ustach. Nie lubiła tego.

– Zabiły i zja­dły czło­wieka – powie­dział Gor­don z pew­nym nie­po­ko­jem w gło­sie, świad­czą­cym o tym, że już domy­ślał się kon­se­kwen­cji.

Sen­sa­cja. Tytuły w pra­sie.

Doty­czyło to wszyst­kich dra­pież­ni­ków, w szcze­gól­no­ści wil­ków. Deba­to­wano nad tym w całej Szwe­cji. Z każ­dym rokiem dys­ku­sje sta­wały się coraz bar­dziej burz­liwe. Hejt w sieci i oskar­że­nia z obu stron to chleb powsze­dni. Rów­nież znisz­cze­nia i prze­moc. Dla tych, któ­rzy nie­na­wi­dzili wil­ków, była to woda na młyn, mogli wresz­cie poka­zać pal­cem zabite psy myśliw­skie i opo­wia­dać o ata­kach na ludzi, gdzieś w górach Kazach­stanu, a teraz o wilku, który zabił czło­wieka w Szwe­cji. Byli coraz gło­śniejsi i zyski­wali coraz więk­szy posłuch, opo­nenci też im nie ustę­po­wali, rosły pola­ry­za­cja i sprze­ciw doty­czący wszyst­kiego, co w jaki­kol­wiek spo­sób łączyło się z polo­wa­niem. A w rewi­rze Gor­dona Back­mana Niski polo­wało wiele osób.

– Zja­dły czło­wieka – odpo­wie­działa Han­nah. – Ale nie wiemy, czy zabiły.

– W takim razie jak to zro­biły? – zapy­tał Gor­don i spoj­rzał na nich.

– Rów­nie dobrze mógł umrzeć z zupeł­nie innych powo­dów – odparła Han­nah i wzru­szyła ramio­nami. – Może to węd­karz albo spa­ce­ro­wicz, który dostał zawału?

To oczy­wi­ście moż­liwe, ale sły­szała samą sie­bie, jak dziw­nie to zabrzmiało, a Gor­don spoj­rze­niem jesz­cze to potwier­dził.

– Raczej nie­prze­ko­nu­jące, co?

– Podob­nie jak to, że zabiły czło­wieka – dodał Mor­gan spo­koj­nym, głę­bo­kim gło­sem. – Oprócz jed­nego przy­padku w Kolmården od dwu­stu lat wilki nie zabiły ani jed­nego czło­wieka jak Szwe­cja długa i sze­roka.

Ani Han­nah, ani Gor­don nie wie­dzieli, skąd Mor­gan miał takie infor­ma­cje. Pano­wała opi­nia, że wie wszystko o wszyst­kim. Trzy razy wygrał dzie­sięć tysięcy koron w piąt­ko­wym pro­gra­mie Kto to wie. W 2003 roku wziął udział w Milio­ne­rach i prze­szedł przez wszyst­kie pyta­nia. Wygrał trzy miliony koron, wyko­rzy­stu­jąc zale­d­wie jedno koło ratun­kowe. Wszy­scy w całej Hapa­ran­dzie to wie­dzieli, ale nikt o tym nie mówił, łącz­nie z nim samym.

– Mamy szczę­ście, to był zaczi­po­wany szwedzki wilk z połu­dnia – powie­działa Han­nah. Gor­don spoj­rzał na nią bła­gal­nym wzro­kiem, żeby roz­wi­nęła temat. – Czę­ści ludz­kiego mięsa znaj­do­wały się w ich żołąd­kach naj­wy­żej pół­to­rej doby, jak stwier­dzili w Pań­stwo­wej Inspek­cji Sani­tar­nej, moż­liwe, że kró­cej. Jeśli je zacho­wali, to może uda nam się zna­leźć resztę ciała.

– Jak daleko może zawę­dro­wać wilk w ciągu trzy­dzie­stu sze­ściu godzin?

– Mię­dzy dwa­dzie­ścia a czter­dzie­ści pięć kilo­me­trów na dobę – odpo­wie­dział Mor­gan.

– Suka była ranna – wtrą­ciła Han­nah. – Nie mogła iść za szybko.

– Ranna suka z mło­dym – dodał Mor­gan. – To zmie­nia postać rze­czy. Rzuca się na to, co zła­pie. Raczej powolne rze­czy…

– Jak dokładny jest ich GPS, czy cze­go­kol­wiek tam uży­wają? – wes­tchnął Gor­don, dosko­nale wie­dząc, o co cho­dziło Mor­ga­nowi.

– Nie mam poję­cia – odparł na wszelki wypa­dek Mor­gan. – Mogę do nich zadzwo­nić.

– Znajdź osobę, która się tym zaj­muje, i poproś, żeby przy­słali szcze­gó­łową mapę.

Mor­gan zła­pał się za swoją ogromną brodę, jakby chciał jesz­cze coś dodać, ale ski­nął tylko głową i wyszedł.

Gor­don pod­szedł do mapy swo­jego rewiru, wiszą­cej na ścia­nie za biur­kiem, obok bia­łej tablicy z chwi­lowo zapi­sa­nym pla­nem urlo­po­wym. Nie bez powodu zaj­mo­wał naj­więk­szy gabi­net w całym komi­sa­ria­cie. Jeśli Han­nah w swoim zro­bi­łaby dwa kroki w przód, wpa­dłaby na ścianę.

– Gdzie zna­leź­li­śmy te wilki?

Han­nah pode­szła do mapy i poka­zała miej­sce około trzy­dzie­stu kilo­me­trów na pół­nocny zachód od Hapa­randy, cen­ty­metr od Kat­ti­la­sa­ari. Gor­don sta­nął za nią. Na tyle bli­sko, że aż poczuła cie­pło jego ciała.

– Wymio­to­wa­łaś?

Odwró­ciła się i pową­chała koł­nie­rzyk świeżo wło­żo­nej koszuli.

– A co, wciąż śmier­dzę?

– Nie, tylko obiło mi się o uszy.

– To przez tego Jon­tego… jakie­goś tam.

– Lun­dina.

– No wła­śnie, Lun­dina. – Sta­nęła twa­rzą do mapy. – Tu je zna­leź­li­śmy.

– Trzy­dzie­ści sześć godzin, powiedzmy, że trzy­dzie­ści kilo­me­trów na dobę, to pro­mień o dłu­go­ści czter­dzie­stu pię­ciu kilo­me­trów. – Gor­don spoj­rzał na skalę, wziął z biurka linijkę i ołó­wek, zato­czył okrąg i zaczął mu się przy­glą­dać. – To cho­ler­nie duża część lasu. Będziemy potrze­bo­wać wię­cej ludzi.

– Pocze­kajmy, czego Mor­gan się dowie. Jeśli ślady nie będą dokładne, niczego nie znaj­dziemy.

– Czy to był męż­czy­zna, coś wiemy?

Han­nah przy­po­mniała sobie roz­mowę z Ben­nym Svensénem. Powie­dział tylko „jakaś osoba”, nic o płci.

– Sorry, ale nic wię­cej.

– Nikt nie zgła­szał zagi­nię­cia?

Han­nah potrzą­snęła głową. Gor­don znów wes­tchnął, spoj­rzał jesz­cze raz na mapę i usiadł za biur­kiem.

– Okej, w takim razie pocze­kamy na Mor­gana i potem zde­cy­du­jemy.

Spo­tka­nie naj­wy­raź­niej dobie­gło końca. Han­nah zamie­rzała już wyjść, ale zatrzy­mała się w drzwiach.

– Wiem, że wiesz, ale niech to zosta­nie mię­dzy tobą, mną i Mor­ga­nem, dopóki nie będziemy pewni.

Ciemne oczy Gor­dona zasy­gna­li­zo­wały, że to poważna sprawa; raczej rzadko to u niego widziała. Zazwy­czaj wszystko trak­to­wał z lek­kim uśmie­chem, nie tra­cąc przy tym nic z auto­ry­tetu ani powagi ich pracy. Han­nah ski­nęła głową i wyszła. Doszła do wnio­sku, że to był okropny dzień.

DZIE­SIĘĆOSÓB.

Gor­don pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, czy w sali kon­fe­ren­cyj­nej na dru­gim pię­trze kie­dy­kol­wiek było aż tak tłoczno. Wszy­scy zajęli miej­sca wokół dłu­giego jasnego stołu. Mor­gan stał oparty o ścianę, zapeł­nioną od pod­łogi aż po sufit sta­rymi książ­kami. Brą­zowe i czarne, zaczy­tane i nad­gry­zione zębem czasu, spra­wiały wra­że­nie sta­rego archi­wum, a nie nowo­cze­snej sali kon­fe­ren­cyj­nej. Książki domi­no­wały. Na dru­giej ścia­nie wisiał ogromny emble­mat poli­cyjny, wci­śnięty mię­dzy rzędy pożół­kłych zdjęć byłych sze­fów, do któ­rych wszy­scy zebrani odwró­ceni byli ple­cami, ze wzro­kiem utkwio­nym w Gor­dona, sto­ją­cego na dru­gim końcu sali przed bia­łym ekra­nem. Ryt­micz­nie szu­miący pro­jek­tor wyświe­tlał mapę. Prze­bie­gała przez nią cienka nie­bie­ska linia, roz­cią­ga­jąca się zyg­za­kiem przez całą pół­nocną Szwe­cję i ury­wa­jąca się tuż pod Hapa­randą.

– Na co patrzymy? – zapy­tał Roger Ham­mar, naj­wyż­szy i naj­szczu­plej­szy, nazy­wany Trom­bitą z powodu chu­dej syl­wetki i głę­bo­kiego basu. Wszyst­kim poni­żej czter­dziestki raczej nic to nie mówiło. Gor­don spoj­rzał na cztery osoby, które nie były pra­cow­ni­kami komi­sa­riatu, i ski­nął głową.

Jens, młody, ener­giczny pra­cow­nik urzędu gminy w Lulei, popro­szony przez Gor­dona o przy­sła­nie mapy, miał lep­szy pomysł, mia­no­wi­cie wolał przy­je­chać i oso­bi­ście wszystko wyja­śnić. Mor­gan cier­pli­wym tonem pró­bo­wał go prze­ko­ny­wać, że potra­fią czy­tać mapę, ale Jens nale­gał. Mor­gan pomy­ślał, że pew­nie w tej Lulei muszą się strasz­nie nudzić.

– W zeszłym tygo­dniu zna­leź­li­ście dwa mar­twe wilki, tak? – powie­dział Jens i nie wsta­jąc z miej­sca, lase­ro­wym dłu­go­pi­sem poka­zał mapę.

Gor­don usły­szał gło­śne wes­tchnie­nie Han­nah sto­ją­cej koło okna razem z P-O, Perem-Olo­fem. Był od niej dzie­sięć lat młod­szy, ale ze swo­imi bia­łymi jak kreda, rzad­kimi wło­sami i szczu­płą twa­rzą pokrytą zmarszcz­kami wyglą­dał, jakby lada dzień miał przejść na eme­ry­turę. Gor­don zauwa­żył, że Han­nah wywró­ciła oczami, kiedy czer­wony punk­cik zatrzy­mał się na Kat­ti­la­sa­ari, i był pewien, że pomy­ślała to samo co on. Czy to naprawdę takie trudne po pro­stu wstać, podejść do mapy i poka­zać pal­cem? A nie uży­wać do tego dłu­go­pisu lase­ro­wego?

– Jak pew­nie wie­cie, jeden wilk był zaczi­po­wany, a więc wiemy, gdzie szedł. – Czer­wona kropka zaczęła się prze­su­wać po nie­bie­skiej linii. – Przy­wę­dro­wał z połu­dnia ze swoją watahą, szedł na wschód od Sto­ru­man, przez Arvid­sjaur i Arje­plog, potem do Jok­k­mokk i skrę­cił na połu­dniowy wschód, pew­nie poszedłby dalej, aż do Fin­lan­dii, ale zdechł. – Czer­wona kropka wró­ciła na Kat­ti­la­sa­ari. – Od czwar­tej trzy­dzie­ści trzy brak jakich­kol­wiek ruchów i pew­nie chcie­li­by­ście wie­dzieć, gdzie był pół­to­rej doby wcze­śniej. – Dłu­go­pis lase­rowy zna­lazł się w punk­cie Vitvat­t­net. – Tutaj. Prze­szedł czter­dzie­ści jeden kilo­me­trów w ciągu trzy­dzie­stu sze­ściu godzin. – Jens wyłą­czył laser, naj­wy­raź­niej zado­wo­lony ze swo­jej pre­zen­ta­cji. W sali pano­wała wyjąt­kowa cisza do momentu, kiedy głos zabrał Roger.

– Okej, ale dla­czego to oglą­damy? Dla­czego śle­dzimy drogę mar­twego wilka?

Uza­sad­nione pyta­nie, ponie­waż Gor­don nie chciał wyja­wić powodu spo­tka­nia, prze­ko­nany, że im mniej będą wie­dzieć, tym lepiej.

Ale nad­szedł czas.

Sze­ściu poli­cjan­tów i czworo cywi­lów.

Zadzwo­nił do Kalix i popro­sił o posiłki, ale kiedy oka­zało się, że nie mogą mu pomóc, popro­sił Adriana, swo­jego brata, mając pew­ność, że będzie mil­czał, a Mor­gan popro­sił o pomoc sąsia­dów, parę sześć­dzie­się­cio­lat­ków, któ­rych dobrze znał. No i Jens z urzędu gminy. Kiedy Mor­gan oznaj­mił, że Jen­sowi zale­żało, aby oso­bi­ście się tu poja­wić, Gor­don domy­ślił się, że chciał poka­zać, jaki jest ważny. I jesz­cze ten jego idio­tyczny dłu­go­pis lase­rowy.

– Nic z tego, co tu zostało powie­dziane, nie powinno się zna­leźć na Twit­te­rze – powie­dział Gor­don i spoj­rzał na Jensa. – Dopóki się nie dowiemy, co się naprawdę wyda­rzyło, nic nie może wyjść poza ten pokój – dodał z powagą w gło­sie. – Wilki miały w żołąd­kach ludz­kie szczątki.

– A kon­kret­nie? – zapy­tał Jens.

Gor­don odwró­cił się do niego ze wzro­kiem mówią­cym, co to za cho­lerne pyta­nie.

– A jakie to ma zna­cze­nie? – zapy­tał reto­rycz­nie i popa­trzył na salę. – Musimy zna­leźć resztę.

DOPIERO PO DZIE­SIĘ­CIU MINU­TACH MINĄŁ ICH jakiś samo­chód. Szyb­ko­ścio­mierz poka­zy­wał pręd­kość osiem­dzie­siąt kilo­me­trów na godzinę. Pusta droga cią­gnęła się wzdłuż łąk. Jak tylko znikł śnieg, wio­sna natych­miast wybu­chła soczy­stą zie­le­nią. Rów pokrył się kwia­tami. Dla Han­nah były to tylko małe, bez­i­mienne barwne kleksy, białe, fio­le­towe, nie­bie­skie. Tho­mas na pewno wie­dział, jak się nazy­wają, Gor­don też. Ni­gdy o to nie pytała.

Za szybą roz­cią­gał się rzadki las. Ciemne, zło­wro­gie świerki i świeżo roz­wi­nięta zie­leń drzew. Od czasu do czasu wyręby, falu­jące pole i łąka, za którą na hory­zon­cie wyła­niały się góry. Pustka nad koro­nami drzew spra­wiała, że bar­dziej przy­po­mi­nały miękką zie­loną falę prze­pły­wa­jącą przez kra­jo­braz niż coś masyw­nego pną­cego się ku górze.

Las, las, las. Wszę­dzie tylko las.

Widok za szybą dawał poczu­cie ciszy i spo­koju. Łatwo było sobie wyobra­zić śpiew pta­ków wymie­szany z szu­mem drzew.

Kiedy tylko wyje­chali z Hapa­randy, Jens zaczął opo­wia­dać o swo­jej pracy: jak się w niej zna­lazł, jak nudno się zapo­wia­dała, a jaka potem oka­zała się cie­kawa. Oczy­wi­ście nie była tak eks­cy­tu­jąca jak ta tutaj, ale mimo wszystko. Cie­kawe, jak to wpły­nie na przy­szłe decy­zje doty­czące polo­wań, jeśli okaże się, że wilk rze­czy­wi­ście zabił czło­wieka. On sam ni­gdy nie widział zwłok, pew­nie podob­nie jak więk­szość osób w jego wieku.

Han­nah po raz pierw­szy zoba­czyła mar­twego czło­wieka, kiedy miała czter­na­ście lat, ale się nie ode­zwała.

Wszy­scy zamil­kli.

Grzecz­no­ściowe pyta­nia i jed­no­wy­ra­zowe odpo­wie­dzi już dawno się skoń­czyły, przez ostatni kwa­drans trwał głów­nie mono­log z tyl­nego sie­dze­nia. Naj­wy­raź­niej Jens zdał sobie z tego sprawę dopiero na kilka minut przed przy­by­ciem do celu.

– Moja dziew­czyna twier­dzi, że jestem gadułą – powie­dział prze­pra­sza­ją­cym tonem.

– Twoja dziew­czyna ma rację – skon­sta­to­wała Han­nah.

Jens poki­wał głową na tę mało sub­telną uwagę i zamilkł. Han­nah zauwa­żyła, że Gor­don posłał jej deli­katny uśmiech. Jens w samo­cho­dzie był wyzwa­niem, ale jak się potem oka­zało, mieli z niego wię­cej korzy­ści, niż przy­pusz­czali. Dopil­no­wał, żeby wszyst­kim zała­do­wano mapy w tele­fo­nach, zadbał rów­nież o połą­cze­nie z sate­litą, któ­rego używa się do śle­dze­nia wil­ków i który pozwala też napro­wa­dzić na wła­ściwą drogę w razie zbo­cze­nia z kursu. Ani Han­nah, ani Gor­don nie bar­dzo rozu­mieli, na czym to polega, ale naj­waż­niej­sze, że dzia­łało.

Mor­gan przy­wiózł do Kat­ti­la­sa­ari sąsia­dów: będą szli tą samą drogą, którą szły wilki, na pół­nocny zachód. Trom­bita, P-O, Ludvig i brat Gor­dona pójdą drogą 398, przez Rutajärvi i Lappträsket. Tam się roz­dzielą. Dwóch skie­ruje się na połu­dniowy wschód, a po mniej wię­cej dzie­się­ciu kilo­me­trach mają nadzieję spo­tkać Mor­gana i jego sąsia­dów. Pozo­stała dwójka podąży na pół­nocny zachód, żeby po przej­ściu takiego samego odcinka dołą­czyć do Gor­dona, Han­nah i Jensa. Zało­że­nie było takie, żeby każda grupa spraw­dziła teren o powierzchni dzie­się­ciu kilo­me­trów kwa­dra­to­wych, i jeśli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, po dwóch–trzech godzi­nach powinni zna­leźć ciało.

Do Vitvat­t­net przy­je­chali z połu­dnia, zapar­ko­wali przed czer­wo­nym budyn­kiem dworca. Podob­nie jak wiele innych małych miej­sco­wo­ści w Szwe­cji, ta mie­ścina roz­kwi­tła, kiedy poło­żono tu tory kole­jowe, i podob­nie jak inne małe miej­sco­wo­ści wylud­niła się i skur­czyła, gdy tory znik­nęły. Daw­niej były tu też poczta, dom misyjny, kawiar­nia, sklep, sta­cja ben­zy­nowa, a nawet szkoła. Dzi­siaj został tylko mały skle­pik i dwie pompy do tan­ko­wa­nia.

Han­nah wysia­dła z samo­chodu. Była tu już kolejny raz i dokład­nie tak samo jak poprzed­nio nie spo­tkała żywej duszy. Praca, nauka, biz­nes, roz­rywka, wszystko to działo się gdzie indziej. Gor­don podał Han­nah spray na komary. Na otwar­tym tere­nie nie było ani jed­nego, ale w lesie, mię­dzy drze­wami, mogło być ina­czej.

Jens wyjął iPad, prze­szli przez budy­nek dworca i skie­ro­wali się do lasu po dru­giej stro­nie ulicy.

– Jeste­śmy na ich tra­sie – powie­dział i zatrzy­mał się po kil­ku­set metrach. Na ekra­nie, na cien­kiej nie­bie­skiej linii poja­wił się mały punk­cik. – Pój­dziemy tam. – Poka­zał na połu­dniowy wschód.

Roz­po­częli wędrówkę.

Jens szedł ze wzro­kiem wle­pio­nym w ekran, a po jego obu stro­nach Han­nah i Gor­don ska­no­wali zie­mię poro­śniętą korze­niami, mięk­kim mchem i krza­kami jagód. Han­nah pomy­ślała o Tho­ma­sie. Dla­czego nie zadzwo­niła po niego, kiedy potrze­bo­wali ludzi? Lubił takie rze­czy, polo­wa­nie, łowie­nie ryb, po pro­stu naturę. Kiedy dzieci były małe, od czasu do czasu z uda­wa­nym entu­zja­zmem jeź­dziła z nimi na wycieczki. Nie chciała, żeby jej nie­chęć do natury prze­nio­sła się na dzieci. Uda­wała, że lubi sie­dzieć w towa­rzy­stwie koma­rów – zawsze gry­zły ją, ni­gdy Tho­masa – spać w namio­cie czy na zamar­z­nię­tym jezio­rze i pić zimną kawę z pla­sti­ko­wego kubka.

Ale to było dawno temu.

Szli w mil­cze­niu, patrząc pod nogi, jedy­nie Jens od czasu do czasu kory­go­wał drogę. Korony drzew zupeł­nie prze­sła­niały pro­mie­nie słońca, mimo to było cie­pło w tym pra­wie że bez­sze­lest­nym lesie. Han­nah odpięła dwa górne guziki koszuli. Uważ­nie badała zie­mię pod sto­pami. Prze­cięli drogę pro­wa­dzącą do Bodträsk i prze­szli na drugą stronę. Han­nah odgo­niła kilka natar­czy­wych much, które brzę­czały jej nad głową. Świe­żość odczu­wana po prysz­nicu w komi­sa­ria­cie zni­kła bez­pow­rot­nie. Spo­cona i zdy­szana, szła z pozo­stałą dwójką. Z Jen­sem wle­pio­nym w ekran iPada. I Gor­do­nem – spo­koj­nym i opa­no­wa­nym.

Po czte­rech kilo­me­trach, kiedy sze­lest kro­ków pode­rwał wrony do lotu, Han­nah już wie­działa, że zna­leźli to, czego szu­kali.

– Zostań tutaj – powie­działa do Jensa, a ona z Gor­do­nem ruszyli dalej.

Zako­pane to nie­wła­ściwe słowo, ciało było jedy­nie przy­kryte gałę­ziami, mchem i liśćmi. Na wierz­chu leżało kilka małych kamieni, pew­nie dla aran­ża­cji miej­sca. Ciało uło­żone było na ple­cach, jedna ręka wysta­wała spod gałęzi. Dłoń, oprócz kciuka, nie miała pal­ców, obok niej leżała zakrwa­wiona inna część ciała. Na pierw­szy rzut oka wyda­wało się, że to sprawka wil­ków. Na ramio­nach, na szyi i na tuło­wiu znaj­do­wały się mniej­sze uszko­dze­nia, praw­do­po­dob­nie od pta­sich dzio­bów. Wokół ciała krą­żyły tłu­ste muchy. Kiedy pode­szli bli­żej, w noz­drza ude­rzył ich cie­pły ciężki zapach. Mimo iż nie powinni niczego ruszać, bo osoba, którą zna­leźli, bez wąt­pie­nia była mar­twa, więc miej­sce powinno być jak naj­mniej zanie­czysz­czone przed przy­jaz­dem tech­ni­ków, Gor­don zdjął ostroż­nie gałę­zie przy­kry­wa­jące twarz.

– Męż­czy­zna.

– Jeśli to nie były wilki o jakichś spe­cjal­nych wła­ści­wo­ściach, to na pewno go nie zabiły – powie­działa Han­nah i wska­zała głową ciało. – To mi wygląda na mor­der­stwo.

– Dia­bli wie­dzą, czy to nie lepiej – odparł Gor­don i cof­nął się kilka kro­ków. – Musimy ścią­gnąć wię­cej ludzi. Znasz nasze poło­że­nie, prawda?

Gor­don odwró­cił się do Jensa, który wciąż stał tam, gdzie mu kazali. Ski­nął głową, blady i mil­czący.

– Podaj mi współ­rzędne – popro­sił Gor­don, wyj­mu­jąc tele­fon.

Han­nah rozej­rzała się dookoła. Sto metrów wcze­śniej prze­cięli mniej­szą ścieżkę. Nie powinna więc być długa. Zaczęła odmie­rzać odle­głość kro­kami.

Po minu­cie zna­la­zła ścieżkę, na któ­rej oprócz pobo­cza zoba­czyła jedy­nie ślady opon. Wytarła pot z czoła i spraw­dziła, skąd przy­szła. Jeśli ten facet nie został zamor­do­wany tam, gdzie go zna­leźli, i jeśli ciało przy­wie­ziono tu i zako­pano, to samo­chód musiał zatrzy­mać się mniej wię­cej w miej­scu, w któ­rym teraz stała. Nie wie­dząc, czego tak naprawdę szuka, powoli szła do przodu.

Śla­dów krwi? Jakiejś zgu­bio­nej rze­czy? Może śla­dów opon?

Jeśli cho­dzi o to ostat­nie, to nie robiła sobie wiel­kich nadziei. Po tygo­dniach suszy droga była sucha i twarda. Po kilku metrach doszła do rowu, zatrzy­mała się i spoj­rzała w dół.

Odpry­ski. W róż­nych kolo­rach.

Prze­zro­czy­ste, białe, czer­wone, żółte.

Pod­nio­sła je i obej­rzała. Była pewna, że pocho­dzą z samo­chodu. Z reflek­tora, świa­tła hamul­co­wego oraz z miga­cza. Czyli uszko­dze­nia przodu i tyłu samo­chodu.

A więc musiały być dwa.

Han­nah weszła do rowu. Jej kolana zapro­te­sto­wały, kiedy pró­bo­wała przy­kuc­nąć przy dużym wysta­ją­cym kamie­niu, zabar­wio­nym z jed­nej strony na nie­bie­sko. To lakier. Nie wia­domo, jak długo tam był, ale bez­po­śred­nie sąsiedz­two potłu­czo­nego szkła i innych odłam­ków wska­zy­wało na to, że stało się to jed­no­cze­śnie.

Han­nah wypro­sto­wała się i rozej­rzała, jakby ta pusta droga mogła jej powie­dzieć, co tu się stało. Z głębi lasu docho­dziły frag­menty roz­mowy Gor­dona z dowódz­twem w Lulei. Zda­rzało się, że cza­sami wycią­gała zbyt pochopne wnio­ski, była tego świa­doma, ale teraz była pra­wie pewna swo­ich przy­pusz­czeń.

Nikt nie przy­wiózł ciała.

Zde­rzyły się dwa samo­chody, ktoś zgi­nął i ktoś z dru­giego samo­chodu posta­no­wił pozbyć się zwłok. Zosta­wił je w lesie, przy­krył, żeby nie były widoczne z drogi, i odje­chał.

Bra­ko­wało obu samo­cho­dów.

W takim razie w jed­nym musiały być co naj­mniej dwie osoby. A może wcale nie. Rów­nie dobrze ktoś mógł naj­pierw odsta­wić swój samo­chód, wró­cić i odje­chać samo­cho­dem ofiary. Tro­chę to nacią­gane, ale praw­do­po­dobne; na tym bez­lu­dziu można jeź­dzić tam i z powro­tem i nie spo­tkać żywej duszy.

Pewne było jedy­nie to, że nie żyje czło­wiek i że ktoś zro­bił wszystko, żeby ciało nie zostało zna­le­zione. I tak by pew­nie było, gdyby komuś innemu nie przy­szło do głowy otruć dwa wilki kil­ka­na­ście kilo­me­trów dalej.

KATIA CZEKAŁA.

Była w tym dobra.

Robiła to przez więk­szą część swo­jego dzie­ciń­stwa. Miała wpo­jone, że cier­pli­wość to klucz do suk­cesu. Wie­działa, że dla zabi­cia czasu ludzie czę­sto pró­bują nie myśleć o niczym, wyrzu­cić z głowy nie­po­trzebne myśli, wejść głę­boko w sie­bie.

Ale nie ona. Za szybko ją to nudziło.

Krę­ciła się więc po tym obcym miesz­ka­niu. Dwa pokoje i kuch­nia na siód­mym pię­trze z jede­na­stu, na przed­mie­ściach Sankt Peters­burga. Teraz sie­działa w sypialni na wąskim łóżku, przy­kry­tym dzier­ganą narzutą i dwiema podusz­kami, dokład­nie przej­rzała szafkę nocną, któ­rej zawar­tość powie­działa jej, że wła­ści­cielka miesz­ka­nia jest głę­boko wie­rząca, używa oku­la­rów do czy­ta­nia i nie pro­wa­dzi życia sek­su­al­nego.

Na komo­dzie pod oknem zdję­cie męż­czy­zny, któ­rego Katia od razu poznała.

Sta­ni­slav Kuznie­cow.

Przy małym lusterku kosme­tyki do maki­jażu. Bez­wied­nie zaczęła ukła­dać pude­łeczka od naj­mniej­szego do naj­więk­szego – okrą­głe razem, kwa­dra­towe razem, a szminki według kolo­rów, od naj­ja­śniej­szego do naj­ciem­niej­szego – patrząc jed­no­cze­śnie przez okno na inne jede­na­sto­pię­trowe bloki ota­cza­jące podwórko, na któ­rym rosło kilka rachi­tycz­nych drzew i stał znisz­czony plac zabaw, gdzie rodzice wypro­wa­dzali swoje dzieci.

W dwóch szu­fla­dach bie­li­zna, skar­pety, koszule, chustki do nosa, szale, apaszki. W ciągu kilku minut poukła­dała je w małe sto­siki i otwo­rzyła szafę.

Suk­nie, bluzki, spód­nice.

Nie­wiele tego. Szybko prze­su­nęła wie­szaki na prawą stronę i podzie­liła ubra­nia: osobno bluzki, osobno spód­nice, osobno suk­nie. Jesz­cze rzut oka na obraz bez wyrazu, wiszący na ciem­no­zie­lo­nej ścia­nie, i prze­szła do salonu.

Trzy­czę­ściowa sofa, praw­do­po­dob­nie z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, i popla­miony sto­lik kawowy. Na pod­ło­dze wypło­wiały zie­lony dywan. Wysie­dziany fotel, sto­jący przo­dem do tele­wi­zora wiszą­cego na ścia­nie, oto­czo­nego ciem­nymi pół­kami peł­nymi ksią­żek i albu­mów ze zdję­ciami, oraz foto­gra­fia w ramce, przed­sta­wia­jąca bli­ską rodzinę lub dal­szych krew­nych.

Katia wzięła album na chy­bił tra­fił i usia­dła w fotelu. Zdję­cia z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, jak się domy­ślała, ponie­waż chło­piec, któ­rym musiał być Sta­ni­sław, miał jakieś sześć, sie­dem lat. On i jego młod­sza sio­stra byli na wszyst­kich zdję­ciach, cza­sami z męż­czy­zną, zapewne ojcem, który zgi­nął w wypadku osiem lat wcze­śniej. Na jed­nym ze zdjęć stał uśmiech­nięty w drzwiach małego domku na wsi i patrzył w słońce, zasła­nia­jąc oczy ręką.

Nie­ocze­ki­wa­nie poja­wiła się foto­gra­fia męż­czy­zny, któ­rego Katia przez kilka lat w swo­jej gło­wie nazy­wała ojcem. On też stał w drzwiach, ale defi­ni­tyw­nie się nie uśmie­chał i nie patrzył w słońce.

Natych­miast zamknęła album, odło­żyła na półkę i pode­szła do okna. Z ulicy Afon­skiej docho­dził cichy szum. Katia wło­żyła palec do doniczki na para­pe­cie i stwier­dziła, że kwiat trzeba pod­lać. Poszła do łazienki po wodę. Szare ściany i pla­sti­kowa jasna pod­łoga. Nad umy­walką sześć bia­łych pro­sto­kąt­nych kafel­ków. Krótka, ale głę­boka żeliwna wanna na rzeź­bio­nych meta­lo­wych nóż­kach i zasłona w aniel­skie wzory.

Przez chwilę znów zna­la­zła się w ogrom­nej sali.

Dwa­na­ście wanien, jedna obok dru­giej, wypeł­nio­nych wodą o tem­pe­ra­tu­rze czte­rech stopni.

Spoj­rzała w lustro na szafce nad umy­walką. Czarne włosy obcięte na pazia, dobrze zary­so­wane brwi i brą­zowe oczy, wysta­jące kości policz­kowe, pro­sty nos, pełne wargi. Bez maki­jażu, jak zawsze, kiedy praca tego nie wyma­gała. Wie­działa, że jest ładna, co uła­twiało wszel­kie kon­takty. Szcze­gól­nie z męż­czy­znami, choć z cza­sem nauczyła się, że wszy­scy, nie­za­leż­nie od płci, są bar­dziej otwarci wobec ludzi uzna­wa­nych za ład­nych.

Opu­ściła klapę sedesu i wyjęła zawar­tość szafki: pla­stry, pastę do zębów, nici den­ty­styczne, spray do nosa, dez­odo­rant, krem do twa­rzy, nożyczki do paznokci, tarkę do stóp, spinki do wło­sów, kilka klip­sów, sól do kąpieli, chustki do nosa, lekar­stwa, jedne na receptę, inne nie. Wciąż nic nie wska­zy­wało na to, że kobieta, któ­rej szafkę porząd­ko­wała, pro­wa­dzi jakieś życie sek­su­alne. Nato­miast, sądząc po tubce z maścią, praw­do­po­dob­nie męczy ją lub męczyła infek­cja pochwy.

Pustą szafkę wytarła kil­koma kawał­kami wil­got­nego papieru toa­le­to­wego i na nowo zaczęła wkła­dać jej zawar­tość, dzie­ląc ją na cztery grupy: lekar­stwa, pie­lę­gna­cja ciała, pie­lę­gna­cja wło­sów i inne.

Zado­wo­lona z sie­bie, stwier­dziła, że czas coś zjeść. Z lodówki wyjęła masło, ser, jajka i piwo. Pod­czas goto­wa­nia jajek zaj­rzała do sele­dy­no­wych sza­fek w poszu­ki­wa­niu chleba, tale­rzy i sztuć­ców. Kiedy zna­la­zła to, czego szu­kała, wyło­żyła na stół pod oknem. Z wikli­no­wego koszyka wyjęła gazetę, którą pre­nu­me­ro­wał Kuznie­cow, i poło­żyła obok tale­rza. Jajka wypłu­kała w zim­nej wodzie, a gar­nek odsta­wiła na pod­stawkę.

Zaczęła jeść, jed­no­cze­śnie czy­ta­jąc. Przy­szło jej do głowy, że przy­jem­nie byłoby posłu­chać muzyki, więc rozej­rzała się za radiem. Nie­stety, nic nie zna­la­zła. Może nawet lepiej. Gdyby z miesz­ka­nia docho­dziła muzyka, mogliby coś podej­rze­wać, jeśliby wcze­śniej wró­cili, ale praw­do­po­dob­nie wrócą dopiero za kilka godzin.

Więc cze­kała.

Była w tym dobra.

RESZTA POPO­ŁU­DNIA minęła bły­ska­wicz­nie.

Han­nah wró­ciła na miej­sce, kiedy Gor­don aku­rat skoń­czył roz­mowę.

– Co powie­dzieli w Lulei?

– To grub­sza sprawa, więc ją wzięli.

Nic dziw­nego. Zako­pane ciało kwa­li­fi­ko­wało się jako mor­der­stwo, dla­tego sprawa tra­fiła do Lulei.

– Kto kon­kret­nie?

– Eri­xon.

Eri­xon przez X. Miał na imię Alek­san­der, więc nazy­wali go X. Han­nah znała go. Znała i lubiła. Pro­wa­dził już tro­chę spraw przez te wszyst­kie lata. Ostat­nią wio­sną, kiedy wyło­wili ciało w Kuk­ko­la­for­sen.

Han­nah powie­działa, co zna­la­zła w rowie i że naj­praw­do­po­dob­niej doszło do zde­rze­nia dwóch samo­cho­dów; jeden z nich musiał być nie­bie­ski. Gor­don słu­chał i kiwał głową, a potem popro­sił, żeby przy­pro­wa­dziła ich samo­chód z Vitvat­t­net.

– Weź go – powie­dział i głową wska­zał na Jensa, sto­ją­cego kilka metrów dalej na korze­niu powa­lo­nego drzewa.

– Muszę?

– Musisz.

– Chodźmy. – Kiw­nęła na Jensa. Gor­don zaczął dzwo­nić do pozo­sta­łych, żeby prze­rwali poszu­ki­wa­nia i wra­cali.

Czter­dzie­ści pięć minut póź­niej Han­nah zapar­ko­wała nie­da­leko miej­sca zna­le­zi­ska. Jens cze­kał w samo­cho­dzie, a ona poma­gała Gor­do­nowi zabez­pie­czyć teren. Tech­nicy wciąż byli godzinę drogi stąd, może wię­cej – los małej mie­ściny, gdzie pomoc jest sto pięć­dzie­siąt kilo­me­trów dalej – więc Gor­don popro­sił, żeby odwio­zła Jensa i kupiła coś do jedze­nia.

W dro­dze do samo­chodu poczuła, że znów palą ją policzki i szyja, a cie­pło prze­nika przez każdy por ciała. Bez spo­glą­da­nia w lustro domy­śliła się, że jest czer­wona i zlana potem. Kiedy ruszyła, włą­czyła kli­ma­ty­za­cję i była bli­ska pootwie­ra­nia wszyst­kich okien.

Drugi raz tego dnia.

Miała już tego dość. Czy to się ni­gdy nie skoń­czy? Czuła się, jakby była po wyczer­pu­ją­cym tre­ningu, z tą róż­nicą, że nie miało to nic wspól­nego z praw­dzi­wym wysił­kiem. Poza potem i twa­rzą czer­woną jak pomi­dor.

– Czy mogę pod­krę­cić cie­pło? – zapy­tał Jens, kiedy uje­chali kilka kilo­me­trów.

– Nie, nie możesz.

– Ale jest zimno.

– Kiedy ciało wariuje kilka razy dzien­nie, to chyba mogę zde­cy­do­wać o tem­pe­ra­tu­rze w samo­cho­dzie, nie?

Jens ski­nął głową. Zupeł­nie nie rozu­miał, o co jej cho­dzi. Pró­bo­wał z nią roz­ma­wiać o ostat­nich wyda­rze­niach, ale jej jed­no­sy­la­bowe odbur­ki­wa­nie go znie­chę­ciło. Ode­zwał się, dopiero kiedy wysiadł z samo­chodu, po tym jak wje­chali na par­king przed komi­sa­ria­tem.

– Dacie znać, jak coś będzie wia­domo?

– Dla­czego?

– Jestem po pro­stu cie­kawy, poza tym też mam w tym swój udział.

– Jasne – skła­mała non­sza­lancko, żeby jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć roz­mowę. – Mor­gan ma kon­takt do cie­bie, ode­zwiemy się, jak będziemy coś wie­dzieć. Jedź ostroż­nie. – Poma­chała mu, zado­wo­lona, że widzi go ostatni raz, i poje­chała do Coop. Wła­ści­wie to wolała Ice Maxi, ale Coop było bli­żej. Gor­don chciał coś pożyw­nego. Wybrała sałatkę kre­wet­kową. Wszystko, na co ona miała ochotę, było do pod­grza­nia w mikro­fali, więc wzięła kur­czaka zawi­ja­nego w pla­cek. Peł­no­ziar­ni­sta mini­ba­gietka dla Gor­dona, dwie butelki coli i opa­ko­wa­nie nachos zakoń­czyły zakupy.

Kiedy wró­ciła do lasu, przed ogro­dzo­nym tere­nem stało kilka samo­cho­dów. To tech­nicy, Gor­don opo­wia­dał im o tym, co zna­leźli, a lekarz potwier­dził zgon. Może nieco nie­sto­sow­nie do sytu­acji usia­dła z Gor­donem na kamie­niu i zaczęli jeść, patrząc, jak inni pra­cują. Mil­czeli. Czuli wewnętrzny spo­kój. Słońce wciąż stało wysoko na nie­bie, brzę­czały owady, od czasu do czasu docho­dziły ich strzępy roz­mów tech­ni­ków.

Kiedy zje­dli, Han­nah posta­no­wiła wró­cić do komi­sa­riatu i zająć się for­mal­no­ściami. Wystar­czyło, że zosta­nie jedna osoba, Gor­don może zabrać się z tech­ni­kami.

Dwie godziny póź­niej, kiedy zamy­kała teczkę z doku­men­tami, do drzwi zapu­kał Gor­don.

– Jesz­cze pra­cu­jesz – skon­sta­to­wał i usiadł na jedy­nym wol­nym krze­śle.

– Wła­śnie zbie­ram się do wyj­ścia. Teraz wró­ci­łeś?

– Tak, prze­cze­sali pół lasu.

– Wiemy już, kto to?

Gor­don poma­chał głową i zdu­sił dło­nią zie­wa­nie.

– Żad­nego dowodu toż­sa­mo­ści, kom­plet­nie nic.

– Co robimy? Pró­bu­jemy ze zdję­ciem?

– Umó­wi­li­śmy się jutro na tele­fon. X i ja.

Gor­don wstał, wyglą­dał na zmę­czo­nego. Han­nah wylo­go­wała się i wyszła razem z nim.

– W każ­dym razie wstępna przy­czyna zgonu to zła­many kark.

– Ile tam leżał?

– Trudno powie­dzieć. Tydzień temu był poży­wie­niem dla wil­ków, więc tro­chę czasu minęło.

Szli kory­ta­rzem. Gabi­net Gor­dona znaj­do­wał się przy scho­dach.

– A więc do jutra – powie­dział i wska­zał pokój, dając do zro­zu­mie­nia, że jesz­cze chwilę popra­cuje. Han­nah miała nadzieję, że zapyta, czy na niego poczeka.

Tro­chę ją to ziry­to­wało, bo to było do niej nie­po­dobne.

– Do jutra – odpo­wie­działa i znik­nęła na scho­dach.

Minutę póź­niej wyszła przez oszklone drzwi i wzięła głę­boki wdech.

Widno jak w dzień, spo­koj­nie jak w nocy.

Na E4 tylko poje­dyn­cze samo­chody, więc mogła sły­szeć śpiew pta­ków znad rzeki. Uświa­do­miła sobie, że przez cały dzień nie roz­ma­wiała z Tho­ma­sem, nie powie­działa mu, co się dzieje i dla­czego wróci póź­niej. Z dru­giej strony on też nie zadzwo­nił. Teraz pew­nie już śpi.

Poszła Strandvägen i skrę­ciła w Pac­khus­ga­tan tuż przy biblio­tece. Tho­mas przy­cho­dził tu z dziećmi, kiedy były małe. Ona ostatni raz poży­czyła książkę kilka lat temu. Skie­ro­wała się w Stor­ga­tan; nie nale­żała do naj­bar­dziej ruchli­wych ulic na świe­cie, a o pół­nocy, w czerw­cowy ponie­dzia­łek, była już zupeł­nie pusta. Minęła duży, żółty drew­niany budy­nek, sie­dzibę Odd Fel­low, rząd lokali han­dlo­wych. Prze­cho­dząc koło cukierni, poczuła się głodna. Od kur­czaka w placku i nachos minęło już tro­chę czasu. Na następ­nym skrzy­żo­wa­niu przy­sta­nęła. Zazwy­czaj do domu wra­cała Köpmansgatan, mija­jąc rynek, Hotel Miej­ski i wieżę ciśnień. Ale wpa­dła na pewien pomysł.

Ucieczka z miej­sca wypadku. Z udzia­łem dwóch samo­cho­dów.

Nie miała zbyt wiel­kich nadziei, że jesz­cze tam będzie, ale nie zaszko­dzi spraw­dzić. Rozej­rzeć się. Część samo­cho­dów stoi na zewnątrz.

Poszła więc pro­sto, minęła dwa banki i H&M, potem sza­ro­nie­bie­skie drew­niane zabu­do­wa­nia tar­gowe Her­man­sona, sto­jące tu od 1832 roku. Razem z dwu­na­stoma maga­zy­nami zaj­mo­wały cały kwar­tał. Te lokale han­dlowe prze­cho­dzące w niczym nie­wy­róż­nia­jące się trzy­pię­trowe budynki miesz­kalne rów­nie dobrze mogły stać w jakim­kol­wiek innym miej­scu Szwe­cji. Przez nie mia­sto sta­wało się ano­ni­mowe, nawet jeśli stare drew­niane domy tu i ówdzie przy­po­mi­nały o daw­nej świet­no­ści Stor­ga­tan. Han­nah skrę­ciła w Fabriks­ga­tan i weszła w podwórko za nie­wiel­kim czer­wo­nym budyn­kiem.

Ryzyko naj­wy­raź­niej się opła­cało. W warsz­ta­cie paliło się świa­tło. Rzu­ciła okiem na zapar­ko­wane samo­chody i otwo­rzyła cięż­kie, meta­lowe drzwi obok sze­ro­kiego wjazdu. Wisząca tam tablica infor­mo­wała, że w dni powsze­dnie warsz­tat czynny jest do dzie­więt­na­stej.

Śmier­działo ole­jem i spa­li­nami. Pierw­sze takty Dla Elizy sygna­li­zo­wały, że ktoś wszedł do środka, zagłu­szały muzykę z lat osiem­dzie­sią­tych pły­nącą z radia. W warsz­ta­cie stały cztery samo­chody. Żaden z nich nie był gra­na­towy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki