Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wieś (ros. Деревня) to krótka powieść rosyjskiego noblisty, Iwana Bunina, napisana w 1909 r. i opublikowana po raz pierwszy rok później w Petersburgu. Historia, osadzona w miejscu urodzenia autora (w guberni woroneskiej) w czasie rewolucji 1905 r., złożona jest z krótkich epizodów, ukazujących przecinające się trajektorie życia dwóch braci Krasowów: zubożałego ziemianina Tichona i aspirującego do roli inteligenta Kuźmy. Wyraziste, skrajnie odmienne charaktery i poglądy bohaterów prowadzą nieustannie do konfrontacji — braci ze sobą nawzajem oraz każdego z nich z osobna z konsekwencjami podejmowanych decyzji.
Powieść Iwana Bunina w momencie publikacji wzbudziła w Rosji wiele kontrowersji. Realistyczny portret życia na wsi kłócił się z wyidealizowanym obrazem „nieskalanych” chłopów, powszechnym w głównym nurcie rosyjskiej literatury. Ukazywał bohaterów uznawanych przez wielu czytelników za odrażających, głupich, pozbawionych jakiejkolwiek moralności — jednym słowem takich, których trudno uznać za ludzi. Sam pisarz w taki oto sposób wypowiadał się o istocie Wsi: „Moja powieść przedstawia życie wiejskiej Rosji; oprócz życia jednej konkretnej wsi, zajmuje się życiem Rosji jako całości”.
Współcześni autorowi przedstawiciele literackiego milieu krytykowali również styl powieści, przede wszystkim jej „gęstość”, nietypową dla wcześniejszej prozy tego pisarza, spokojnej i klasycystycznej w tonie i formie. Iwan Bunin, być może w odpowiedzi na te uwagi, latami przepisywał fragmenty Wsi na nowo. Jednak esencja powieści — wizja zdegradowanej, dzikiej, okrutnej wiejskiej Rosji, fatalnie ciążąca nad przyszłością kraju — obecna jest w każdej jej nowej odsłonie. A istota przekazu Bunina, rozpięta pomiędzy dwiema krótkimi frazami, zaczerpniętymi z tekstu: „Żreć nie masz co, a kupujesz kuferki i książeczki” oraz „Pijak, bracie, prześpi się, a głupi głupim zostanie…” wydaje się być aktualna do dzisiaj.
Autorką polskiego przekładu, na którym opiera się najnowsza publikacja Wolnych Lektur, jest Zofia Petersowa.
Powieść Wieś Iwana Bunina dostępna jest jako e-book w formatach EPUB i MOBI oraz jako PDF.
Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.
Iwan Bunin
Wieś
tłum. Zofia Petersowa
Epoka: Współczesność Rodzaj: Epika Gatunek: powieść
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 273
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
tłum. Zofia Petersowa
Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.
Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.
ISBN-978-83-288-8118-1
Pradziada Krasowów, nazywanego przez czeladź Cyganem, rotmistrz Durnowo zaszczuł niegdyś chartami: Cygan odbił jemu, swemu panu, kochankę! Durnowo kazał Cygana wyprowadzić na pole za Durnowką1, posadzić go na pagórku, nadjechał ze sforą i krzyknął: „Bierz go!”. Cygan, siedzący dotąd w odrętwieniu, rzucił się do ucieczki, a przed gończymi uciekać nie należy...
Dziadowi Krasowów za coś tam nadali wolność. Przeniósł się z rodziną do miasta i wkrótce stał się sławny: został słynnym złodziejem. W Czarnej Słobodzie2 wynajął chałupkę dla żony, zasadził ją do plecenia koronek na sprzedaż, a sam, z jakimś mieszczaninem Biełokopytowem, pojechał na grabienie cerkwi w guberni. Złapano go po latach dwóch. Ale i w sądzie zachowywał się tak, że przez długi czas powtarzano jego odpowiedzi dawane sędziom: stoi sobie jakoby w pluszowym kaftanie, ze srebrnym zegarkiem w kieszeni, w kozłowych3 butach, i bezczelnie ruszając szczękami a błyskając oczami, z największym szacunkiem przyznaje się nawet do najmniejszych sprawek z całej ich niezliczonej liczby.
— Tak jest. Tak jest.
A rodzic Krasowów był drobnym handlarzem. Jeździł po powiecie, mieszkał przez jakiś czas w Durnowce, otworzył nawet szynk i sklepik, ale zbankrutował, rozpił się, wrócił do miasta i wkrótce umarł.
Nasłużywszy się po sklepach, zabrali się do handlu i jego synowie, Tichon i Kuźma, prawie jednolatki4. Jadą, bywało, na wozie z rzeźbionym przodem i ze skrzynią na środku pod siedzeniem i przeciągle wrzeszczą:
— Ba-a-a-by, to-o-war! Ba-a-a-by, to-o-war!
A towar to lusterka, mydełka, pierścionki, nici, chustki, igły, obwarzanki; zaś na wozie co gdzie zdobyto: zdechłe koty, jajka, płótno, gałgany...
Ale przejeździwszy tak lat kilka, bracia któregoś razu o mało się nawzajem nie pokrajali nożami — mówiono, że z powodu zysków — i rozeszli się, aby do grzechu nie dopuścić. Kuźma poszedł na posadę do hurtownika, a Tichon wynajął zajazd przy szosie do stacji Worgoł5, wiorst6 prawie dziesięć od Durnowki, i otworzył szynk z małym sklepikiem — „Handel różnych towarów, hierbaty, cukru, tytuniu, cygar i jennych”.
Pod czterdziestkę broda jego przypominała srebro z czernią, ale po dawnemu przystojny był, wysoki i postawny; twarz miał surową, smagłą, troszeczkę dziobatą7; w ramionach był szeroki a kościsty, w rozmowie — pewny siebie i oschły, w ruchach — zręczny i prędki. Tylko brwi zaczęły mu się teraz marszczyć częściej, a oczy — błyszczeć jeszcze silniej niż dawniej: interes tego wymagał!
Niezmordowanie gnał w ślad za naczelnikami ziemskiej policji w ową głuchą jesienną porę, kiedy ściąga się podatki i kiedy po wsiach można targować. Niezmordowanie skupywał wtedy od ziemian zboże na pniu, dzierżawił od nich i od chłopów ziemię, choćby częściami, a nie pogardzał nawet połową zagonu. Tichon żył długo z kucharką-niemową („niemowa — to przynajmniej niczego nie rozgada”), miał z nią dziecko, które matka we śnie zadusiła na śmierć. Potem ożenił się z podeszłą w latach pokojową starej księżnej Szachowej. A ożeniwszy się i wziąwszy posag, „wykończył” potomka zbiedniałego rodu Durnowo, tęgiego, łagodnego, dobrotliwego panicza, łysego w dwudziestym piątym roku życia, ale mającego przepyszną kasztanowatą brodę — „postępowca”, jak dowcipkowali ziemianie, robiąc przytyk do jego postępującego paraliżu. A chłopi aż zakrzyknęli z dumy, kiedy Tichon objął mająteczek rodziny Durnowo — przecież prawie cała Durnowka składa się z Krasowów!
Dziwowali się też, jak on to robi, żeby być jednocześnie wszędzie: i handluje, i kupuje, i prawie co dzień bywa w majątku, i okiem jastrzębia czyha na każdą piędź ziemi... Wykrzykiwali „Och! i „Ach!”, dodając przy tym:
— A przecież z nami, czortami, nic nie można zrobić po dobremu! Ale co z niego za gospodarz! Nie ma sprawiedliwszego!
A i sam Tichon Iljicz przyznawał im rację. W chwilach dobrego humoru pouczał:
— Żyjemy, nie marnotrawimy. A złapiesz się, obłupimy. Ale sprawiedliwie! Jam, bracie, człowiek rosyjski!
W złych chwilach rzucał, błyskając oczami:
— Świnia! Nie ma sprawiedliwszego człowieka ode mnie!
„Świnia, ale nie ja”, myślał chłop, odwracając wzrok od jego spojrzenia i pokornie mamrotał:
— Ach Boże, czyż my nie wiemy?
— Wiesz, a zapomniałeś! Ja nie potrzebuję niczego darmo, ale pamiętaj: swojego nie dam ani szczypty! Ot mam brata: zbrodniarz, pijanica, a i to pomógłbym, jakby przyszedł i pokłonił się. Jak Boga kocham, pomógłbym! Ale rozpuszczać, bracie... Nie, zapamiętaj sobie, nie będę! Jam, bracie, nie bałwan bez mózgu.
A Nastasja Pietrowna, chodząca jak kaczka palcami do siebie i przewalająca się z nogi na nogę z powodu stałych ciąż, kończących się rodzeniem nieżywych dziewczynek, Nastasja Pietrowna, żółta, opuchnięta, z rzadkimi białawymi włosami, potwierdzała, stękając:
— Och, prostakże8 z ciebie, prostak, jak się dobrze przypatrzeć! Czego ty się z nim, głupim, męczysz? Czy to kompania dla ciebie? Ty go rozumu uczysz, a dla niego i tego, co ma, za dużo. O, jak to nogi rozstawił, emir bucharski9!
Nastasja Pietrowna była „straszną amatorką” świń i ptactwa, więc Tichon Iljicz założył gospodarstwo: prosięta, indyczki, kury i gęsi, bo za stacją był rządowy staw. Ale najwięcej nabrał zamiłowania do gromadzenia zboża. Naokoło jego domu, stojącego jednym bokiem przy szosie, przez całą jesień nie ustawał ciągły jęczący skrzyp kół: tabory skręcały do niego ze wszystkich stron. A na podwórzu nocowali koniarze, kupcy, ptasznicy, handlarze obwarzanków, kosiarze i pątnice. Co chwila zgrzytał blok przy drzwiach — to do karczmy, gdzie sprzedawała Nastasja Pietrowna, to przy wejściu do sklepiku, ciemnego, mocno pachnącego mydłem, śledziami, machorką10 i naftą. Co chwila rozlegało się w karczmie:
— U-u-u-ch! Ależ mocna twoja wódka, Pietrowno! Do głowy mi uderzyła, żeby przepadła!
— Ale za to w ustach słodko, kochanku!
— Ty do niej chyba tabaki dodajesz?
— Ot, machnął ozorem! Bałwan!
A w sklepiku bywało jeszcze tłumniej.
— Iljicz! Odważ mnie chuncik11 szyneczki!
— W szyneczkę ja się, bracie, tego roku, z łaski Boga, tak zaopatrzyłem, tak zaopatrzyłem!...
— A po czemu?
— Taniutko!
— Gospodarzu! Macie dobry dziegieć12?
— Takiego dziegciu, kochanku, na weselu twojego dziadka nie było!
— A po czemu?
I zdawało się, że wśród Krasowów nie ma innych rozmów oprócz wypytywań niż „po czemu szyneczka, tarcice, krupy, dziegieć...”.
Utrata nadziei dochowania się dzieci i likwidacja szynków były wielkimi zdarzeniami. Tichon Iljicz zestarzał się raptownie, gdy nie mogło już być wątpliwości, że nigdy nie będzie ojcem. Zrazu żartował:
— A ja postawię jednak na swoim — mawiał do znajomych — bez dzieci to człowiek nie człowiek. Ot, tak, nieużytek jakiś...
A potem zaczął go nawiedzać strach; bo jakże: jedna zadusiła przez sen, druga rodzi martwe! Ostatnia ciąża Nastasji Pietrowny była ciężkim okresem. Tichon Iljicz złościł się i trapił. Nastasja Pietrowna ukradkiem modliła się, ukradkiem płakała i żal było patrzeć na nią, kiedy cichutko w nocy przy świetle lampki pod obrazami złaziła z pościeli, myśląc, że mąż śpi, z trudem klękała, z szeptem przypadała czołem do podłogi, tęsknie wpatrywała się w ikony i z udręką, jak starcy, dźwigała się z kolan. Dawniej przed zaśnięciem wkładała pantofle, kaftanik, modliła się z roztargnieniem, a pomodliwszy się, lubiła obgadać i skrytykować znajomych. Teraz przed obrazami stała prosta baba w krótkiej bawełnianej spódnicy, w białych wełnianych pończochach, w koszuli niezakrywającej szyi, z nagimi, starczo-pulchnymi rękami. Od dzieciństwa, sam przed sobą nie mając odwagi przyznać się do tego, Tichon Iljicz nie lubił lampek przed ikonami, nie lubił ich cerkiewnego niepewnego migotania. Na całe życie pozostała mu w pamięci owa noc listopadowa, kiedy w maleńkiej kosobokiej13 chałupce w Czarnej Słobodzie także paliła się lampka (tak spokojnie, łagodnie i smutno), ledwo ledwo ruszały się cienie od łańcuszków, na których wisiała, w izbie było śmiertelnie cicho, a na ławce, pod świętymi, leżał jego ojciec bez ruchu i z zamkniętymi oczami; wydłużony nos miał wzniesiony wysoko, a duże fioletowo-woskowe ręce złożono mu na piersiach... Obok niego, za okienkiem, zawieszonym czerwonym gałganem, przechodzili rekruci z zadzierzysto-tęsknymi pieśniami, z wrzaskami, z harmoniami, wyjącymi bezładnie jedna przez drugą...
Teraz lampka paliła się stale. I Tichon Iljicz czuł, że Nastasja Pietrowna prowadzi jakieś konszachty z nieznanymi mocami.
Obok zajazdu karmili konie wędrowni handlarze z Włodzimierza14 –- i w domu zjawił się „nowy nadzwyczajny wróżbiarz i czarodziej, przepowiadający przyszłość na zadawane pytania z dodaniem najłatwiejszego sposobu wróżenia z kart, z fasoli i z kawy”. Nastasja Pietrowna wieczorami wkładała okulary, robiła z wosku kulki i rzucała je na kręgi wróżbiarza. A Tichon Iljicz przyglądał się temu z boku. Ale odpowiedzi były wszystkie ordynarne, złowieszcze albo bez sensu.
— Czy mój mąż mnie kocha? — pytała Nastasja Pietrowna.
A wróżbiarz na to:
— Kocha jak psy dziada na wąskiej ulicy.
— Ile będę miała dzieci?
— Los przeznaczył ci śmierć, chwast trzeba wyrwać z pola.
Wtedy Tichon Iljicz mówił:
— Daj no, teraz ja rzucę...
I pytał:
— Czy mam podać do sądu pewną wiadomą mi osobę?
Ale i jemu wychodziły same głupstwa:
— Licz zęby w ustach.
Po wróżbiarzu przyszedł Czugunok.
Durnowski chłop Czugunok — niewysoki, tęgi, z niezwykle wysoką i mocną klatką piersiową, z żywymi brązowymi oczami w szerokiej smagłej twarzy — był porządny i gospodarny, ale miał dziwactwa: śpiewał pieśni tenorem i to najczęściej z babami i po babsku, był wielkim plotkarzem i żartownisiem, leczył zamawianiami i nalewkami, mógł dzień w dzień „na chybcika” pobiec do miasta — dorównywał w biegu trojce15 — i miał znajomości z czarownicami, których od wieków pełna jest Basowka16, wioska o trzy wiorsty odległa od Durnowki. I właśnie tego Czugunoka Tichon Iljicz zastawał z Nastasją Pietrowną na jakichś tajemniczych rozmowach, przerywanych od razu, gdy się zjawiał. Zastawszy go, momentalnie przybierał wyraz twarzy człowieka, który nic nie zauważył; udawał też, że nic nie wie o buteleczkach z cudowną wodą, które Czugunok wciąż dostarczał Nastasji Pietrownie. W głębi duszy spodziewał się on również, że Czugunok pomoże.
Ale i z Czugunoka mały był pożytek. Razu pewnego, zajrzawszy do pustej kuchni, Tichon Iljicz zobaczył żonę przy kołysce dziecka kucharki. Pstre kurczątko, piszcząc, chodziło po parapecie okna i stukało dziobem w szyby, chwytając muchy, a ona siedziała na legowisku sługi, bujała kolebkę i smutnym drżącym głosem śpiewała tradycyjną kołysankę:
Twarz Tichona Iljicza na ten widok tak się zmieniła, że Nastasja Pietrowna, spojrzawszy na niego, nie zmieszała się, nie straciła śmiałości, ale zapłakała i wycierając nos, cicho rzekła:
— Zawieź ty mnie, na Chrystusa cię zaklinam, zawieź mnie do świętego...
I Tichon Iljicz zawiózł ją do Zadonska18, ale po drodze rozmyślał, że Bóg mimo to powinien go ukarać, bo z powodu ciągłych trosk i kłopotów bywa w cerkwi tylko na Wielkanoc — żyje jak Tatar. A poza tym do głowy ciągle mu przychodziły bluźniercze myśli: wciąż porównywał siebie do Świętych Rodziców19, także niemających długo dzieci. Nie było to mądre, ale Tichon Iljicz od dawna już zauważył, że jest w nim ktoś jeszcze głupszy od niego. Przed odjazdem dostał list z góry Athos20: „Miłujący Boga naszego, Tichonie Iljiczu! Pokój tobie i zbawienie, błogosławieństwo Pana i opieka stokrotnie pochwalonej Przenajświętszej Matki Bożej za pośrednictwem jej ziemskiego wcielenia, świętej góry Athos! Miałem szczęście słyszeć o twoich dobrych uczynkach i o tym, że z chęcią udzielasz zapomóg na budowanie i upiększanie świątyń Pańskich oraz dajesz na pustelnie dla mnichów. Chatka moja z powodu starości znalazła się w takim stanie...”. I Tichon Iljicz posłał na reperację owej chatki czerwony papierek. Od dawna skończyły się te czasy, gdy z naiwną pychą wierzył, że gadki o nim dochodzą wprost aż do samej góry Athos, dobrze wiedział, że jakoś nazbyt dużo takich chatek „znajdowało się w stanie...” A jednak posłał. Ale i to nie pomogło. Ciąża zakończyła się po prostu męką: przed urodzeniem ostatniego, znów nieżywego dziecka, Nastasja Pietrowna, usypiając, wzdrygała się, stękała, wybuchała wyciem i lamentem. Według jej słów owładała nią natychmiast po zaśnięciu jakaś dzika wesołość, połączona z nieopisanym strachem. Czasem widziała, że idzie ku niej polami Królowa Nieba, jaśniejąca złotymi szatami, a w powietrzu płynie harmonijny, wciąż rosnący śpiew; to wyskakiwał spod łóżka diablik, nieróżniący się od ciemności, a jednak dokładnie widzialny oczami duszy, i zaczynał tak ogłuszająco, tak zawadiacko, z takimi wariacjami grać do tańca na ustnej harmonijce, że serce aż się odrywało i leciało gdzieś w bezdeń, w przepaść... Lżej byłoby jej spać nie w takiej duszności, nie w pierzynach, ale na powietrzu pod daszkiem stodoły, lecz Nastasja Pietrowna bała się.
— Psy podejdą... Wywęszą głowę...
Wprowadzenie monopolu stało się solą na ranę. Gdy nadzieja dochowania się dzieci przepadła, Tichonowi Iljiczowi coraz częściej przychodziło do głowy: „Dla kogóż ta cała katorga? Niech ją diabli!”. Ze złości ręce zaczęły mu się trząść, brwi w górę unosić, a górna warga krzywić, zwłaszcza przy zdaniu, nieschodzącym mu z ust: „Zechciej zauważyć...”. Po dawnemu starał się odmładzać: nosił eleganckie buty z cielęcej skóry i zapinaną z boku haftowaną koszulę pod dwurzędową marynarką. Ale broda siwiała, rzedła i plątała się coraz bardziej...
A lato, jakby umyślnie, było upalne i suche. Żyto zupełnie przepadło, więc uskarżanie się przed klientami stało się prawdziwą rozkoszą.
— To już nasz koniec, koniec! — wyraźnie oddzielając każdą sylabę, z radością mówił Tichon Iljicz w swym handelku spirytualiami. — Bo jakże: ministrowi zachciało się handlować!
— Och, patrzę ja na ciebie, patrzę! — stękała Nastasja Pietrowna. — Dogadasz ty się do czegoś złego! Dogadasz! Zapakują cię, dokąd kruk kości nie zanosi!
— Nie przestraszysz mnie! — przerywał Tichon Iljicz, unosząc brwi. — Nie! Nie każdemu można gębę zamknąć!
I znowu, jeszcze mocniej akcentując słowa, zwracał się do klienta:
— A żyto także cieszy! Zechciej zauważyć, cieszy wszystkich! Zwłaszcza w nocy. Uwierzysz? Zwłaszcza w nocy! Nawet wtedy widać: wyjdzie człowiek na próg, popatrzy przy świetle księżyca na pole, a tu prześwieca jak łysina! Wyjdziesz, spojrzysz: błyszczy się!
— A ty do sądu! — krzyknął razu pewnego obecny przy takiej rozmowie Tryfon z Durnowki, starzec znany z bezczelności, ze złości i z tego, że bezustannie przez całe życie wytaczał sprawy każdemu, kto mu się nawinął pod rękę i to z powodów najbłahszych.
Chudy był i wysoki, z rozbieganymi zielonymi oczami, z rzadziutką siwą bródką, w długiej koszuli i dużych łapciach na cienkich nogach, poznaczonych zbyt ciasno owiniętymi onucami.
Powiedział to tak niespodziewanie, że Tichon Iljicz trochę się zmieszał.
— A z kimże ja się mam sądzić?
— Z krzywdzicielami! — krzyknął Tryfon i uderzył kijem w ziemię. — Ze zbrodniarzami! Z rolnikami!
Tichon Iljicz pokiwał głową.
— Och, za mało ciebie bili, czorta rogatego! — rzekł wreszcie współczująco.
— Łżesz! — wrzasnął Tryfon. — Bardzo bili! Wystarczyłoby na dziesięciu! Ale się nie poddam! Do cara dojdę! No, i według mojego zdania, ty także szukaj okazji...
Na świętego Piotra21 Tichon Iljicz był przez cztery doby w mieście na jarmarku i zdenerwował się bardzo z powodu różnych myśli, upału i bezsennych nocy. Zwykle wybierał się na jarmark z wielką ochotą. O zmierzchu smarowali wozy i mościli je sianem; do jednego, w którym jechał karbowy22, przywiązywano konie i krowy przeznaczone na sprzedaż; do drugiego, w którym jechał sam gospodarz ze starym robotnikiem, wkładali poduszki i sukienną kapotę. Wyjeżdżali późno i skrzypiąc kołami, wlekli się aż do świtu. Z początku prowadzili przyjazne rozmowy, palili, opowiadali jeden drugiemu stare a straszne historie o kupcach zabitych w drodze i na noclegach, a potem Tichon Iljicz kładł się spać. Tak przyjemnie było słyszeć przez sen głosy napotykanych ludzi, czuć, jak wóz kołysze się chwiejnie i jak gdyby ciągle jedzie pod górę; policzek zsuwa się po poduszce, czapka spada i świeżość nocy chłodzi głowę. Przyjemne też bywały przebudzenia o wschodzie słońca, różowym, rośnym porankiem, wśród matowo-zielonych zbóż, gdy w dali bielało miasto i świeciły się cerkwie. Przyjemnie było wtedy ziewnąć szeroko, przeżegnać się na dźwięk oddalonych dzwonów i wziąć cugle z rąk na wpół śpiącego starego, po dziecięcemu osłabłego pod wpływem porannego chłodu, a w świetle zorzy bladego jak kreda... Teraz Tichon Iljicz posłał wozy z karbowym, a sam pojechał linijką23. Noc była ciepła, widna, różowa od księżyca Tichon Iljicz jechał szparko, ale mocno się zmęczył; światełka z jarmarku, z więzienia i ze szpitala, stojącego przy wjeździe do miasta, widać w stepie na odległość wiorst dziesięciu, a zdaje się, że nigdy się do tych dalekich sennych światełek nie dojedzie. W zajeździe na Szczepnym Placu było tak gorąco, tak gryzły pchły, tak często rozlegały się głosy przy bramie, tak gruchotały wozy, wjeżdżające na brukowane podwórze, tak wcześnie zapiały koguty, zagruchały gołębie i rozjaśniło się za otwartymi oknami, że Tichon Iljicz nie zmrużył oka. Równie mało spał i następnej nocy, którą spróbował przebyć na jarmarku w wozie: konie rżały, paliły się ognie w namiotach, naokoło chodzono i rozmawiano, a gdy zaczęło świtać, kiedy oczy po prostu same się zamykały, zadzwoniono w więzieniu i w szpitalu, a tuż nad głową krowa straszliwie zaryczała...
„Katorga! — przychodziło mu niekiedy do głowy w czasie tych dni i nocy. — Męczę się, morduję, ginę w głupstwach bez sensu!”
Jarmark, rozłożony na wygonie, a długi na wiorstę, był jak zawsze zgiełkliwy i bezładny. Stosami leżały kosy, miotły, konwie, łopaty, koła. Powietrze przepełniał nieustanny hałas, rżenie koni, świsty dziecięcych gwizdawek, marsze i polki, wygrywane na katarynkach przy karuzelach. Próżnujące rozgadane tłumy chłopów i bab nieprzerwanie włóczyły się od rana do wieczora po zagnojonych, pełnych kurzu przejściach pomiędzy straganami zawieszonymi wiktuałami, skąd buchał śmierdzący odór zatłuszczonych patelni. Jak zawsze pełno było handlarzy, strasznie zapalczywych we wszelkich sporach i transakcjach; niekończącymi się sznurami ciągnęli ślepcy i biedni, żebracy i kaleki o kulach i na wózkach; przez tłumy z wolna torowała sobie drogę trojka naczelnika policji powiatowej, brzęcząca dzwonkami, ze stangretem w pluszowym kaftanie bez rękawów i w czapeczce z pawimi piórami... Kupców miał Tichon Iljicz wielu, ale wszystko kończyło się na gadaninie. Podchodzili smagli Cyganie, Żydzi z południowego zachodu (o twarzach szarych, rudzi, zakurzeni, w płóciennych kitlach i w zdeptanych butach), przychodzili ogorzali szlachcice w kaftanach bez rękawów i w czapkach z daszkami, naczelnik ziemskiej policji z komisarzem i bogaty kupiec Safonow, starzec w kapocie, tęgi, ogolony, z cygarem. Przyszedł piękny huzar, książę Bachtin, z żoną w angielskim kostiumie, przyszedł zgrzybiały bohater sewastopolski24, Chwostow25, wysoki i kościsty, o rysach grubych, twarzy ciemnej i pomarszczonej, w długim mundurze, w obwisłych spodniach, w butach z szerokimi noskami i w dużej czapce z żółtym kantem, spod której zaczesane były na skronie farbowane włosy martwego, burego koloru... Wszyscy udawali znawców, rozmawiali o maści i rodzajach koni, opowiadali o swoich własnych. Drobna miejscowa szlachta łgała i chełpiła się. Bachtin nie zniżał się do rozmów z Tichonem Iljiczem, choć ten z szacunkiem wstawał i mówił:
— Koniczek w sam raz dla waszej wysokości!
Bachtin tylko odrzucał tułów wstecz, przyglądał się zwierzęciu, powściągliwie uśmiechał się pod wąsem (miał też bokobrody) i półsłówkami porozumiewał się z żoną, wysuwając nogę w rajtuzach wiśniowego koloru. A Chwostow, dowlókłszy się do konia, patrzącego na niego z ukosa rozognionym okiem, zatrzymywał się tak raptownie, że zdawać by się mogło, iż pada, podnosił kule i po raz dziesiąty pytał głuchym, nic niewyrażającym głosem:
— Ile chcesz?
I każdemu trzeba było odpowiadać. Z nudów Tichon Iljicz kupił książeczkę Oj, Szmul i Ryfka! Zbiór modnych scenek, dowcipów i historyjek z życia naszych Żydków. Siedząc na wozie, brał się do niej wiele razy, ale ledwo przeczytał: „Kużden z państwa wi, że my, Żydki, strasznie lubimy geszeft...”, a już ktoś wołał na niego. Tichon Iljicz podnosił oczy i odpowiadał z wysiłkiem, zaciskając szczęki.
Opalił się bardzo, schudł i zbladł, czuł śmiertelny smutek, nudę i osłabienie całego ciała. Zepsuł sobie żołądek i to do tego stopnia, że dostał kurczów. Trzeba było pójść do szpitala. Ale w szpitalu przez dwie godziny czekał w kolejce, siedział w korytarzu pełnym hałasu, wdychając wstrętny zapach karbolu26 i czuł się tak, jakby nie był Tichonem Iljiczem, lecz interesantem w przedpokoju komisarza lub naczelnika. I kiedy doktor, podobny do diaka27, czerwony, o jasnych oczach, w kusym, czarnym surducie pachnącym miedzią, przyłożył mu, sapiąc, zimne ucho do piersi, Tichon Iljicz oświadczył, że „Brzuch prawie już przestał...” i tylko nieśmiałość zmusiła do zażycia rycyny. A powróciwszy na jarmark, łyknął szklankę wódki z pieprzem i solą, po czym znów zaczął jeść sitkowy chleb28, pić herbatę, surową wodę i kwaśny barszcz, nie mogąc jednak niczym zaspokoić pragnienia. Zapraszali go znajomi na „odświeżenie się piwkiem” — i Tichon szedł.
Kulawy handlarz kwasem wrzeszczał:
— Ot, kwasek, bije w nosek! Kopiejkę dasz, lemoniadkę masz!
Tichon zatrzymywał sprzedawcę kwasu.
— Lody, lody! — wołał tenorem spocony łysy lodziarz, brzuchaty starzec w czerwonej koszuli.
I on — jak smarkacz! — jadł kościaną łyżeczką lody podobne do śniegu, od których okrutnie łupało w skroniach.
Zakurzony, zaśmiecony i zagnojony wygon, zdeptany i zryty nogami, kołami i kopytami, opustoszał — jarmark się kończył. Ale Tichon Iljicz, jakby komuś na złość, dalej trzymał w spiekocie i kurzu niesprzedane konie, jak gdyby nie przygniatała go choroba, lecz obraz wielkiej nędzy i biedy, od wieków panującej w tym mieście i w całym powiecie. Panie Boże, co za kraj! Ziemia czarna na głębokość półtora arszyna29 — i to jaka! A pięć lat nie przechodzi bez głodu. Miasto na całą Rosję sławne ze swego handlu zbożem — a do syta jada w nim chleb może ze stu ludzi! A jarmark?! Nędzarzy, głuptaków, ślepców i kalek tak potwornych, że aż strach ogarnia i mdło się robi, zebrał się po prostu cały pułk!
Do domu wracał Tichon Iljicz po wielkiej Starej Drodze w słoneczny, upalny ranek. Z początku jechał przez miasto i rynek, obok cerkwi, przez płytką rzeczkę, śmierdzącą kwasami, spływającymi z garbarni, a za rzeczką — w górę, przez Czarną Słobodę. Na rynku pracował tu kiedyś razem z bratem w sklepie Matorina, a teraz wszyscy mu się kłaniają. W Słobodzie przeżył swe dzieciństwo. Tutaj, na skłonie góry pośród wrosłych w ziemię lepianek z przegniłymi i sczerniałymi dachami, wśród nawozu, suszonego w słońcu na opał, popiołu, śmieci i gałganów jakąż wielką radością było uganianie się z krzykiem i gwizdaniem za żebrakiem, nauczycielem z powiatowej szkoły, dawno wyrzuconym z posady złym starcem-onanistą, który zarówno latem, jak zimą chodził w wojłokowych butach, w kalesonach i w krótkim palcie z wyleniałym bobrowym kołnierzem. Zwano go w całym mieście dziwacznym przezwiskiem „Psi pistolet”. Teraz nawet ślad nie pozostał po owej lepiance, w której urodził się i wyrósł Tichon Iljicz. Na jej miejscu stanął nowy drewniany domek z zardzewiałym szyldem nad wejściem: „Krawiec Sobolew. Ubrania dla duchownych”. Wszystko, co poza tym było w Słobodzie, pozostało takie same jak dawniej: świnie i kury w bocznych uliczkach, wysokie żerdzie przy wrotach, a na nich baranie rogi, duże białe twarze koronczarek, wyglądające małymi okienkami zza doniczek z kwiatami, bose chłopaki z jedną szelką przerzuconą przez ramię, puszczający papierowe latawce z ogonem z konopi, białowłose, ciche dziewczynki, bawiące się na przyzbach30 w ulubioną zabawę: pogrzeb lalek... A na górze, na polu, Tichon Iljicz przeżegnał się, mijając cmentarz, gdzie pośród starych drzew była kiedyś owa straszna mogiła bogacza i skąpca Zykowa, która zapadła się w tejże chwili, gdy ją usypano. Tichon Iljicz zastanowił się i skierował do bramy cmentarnej.
Przy dużej tej białej bramie stale siadywał i potrząsał rączką dzwonka oraz woreczkiem zezowaty zakonnik w czarnym habicie i zrudziałych butach, bardzo silny, kudłaty pijak o okrutnym wyglądzie, wymyślający z niezwykłym mistrzostwem od „...matki...”. Teraz mnicha nie było, a na jego miejscu siedziała, robiąc pończochę, stara baba podobna do czarownicy z bajki: w okularach, z dziobem, o zapadłych ustach — jedna z wdów, mieszkających w przytułku przy cmentarzu.
— Jak się masz, babko! — krzyknął dobrotliwie Tichon Iljicz, przywiązując konia do słupa przy bramie. — Możesz przypilnować konia?
Stara wstała i skłoniwszy się nisko, wymamrotała:
— Mogę, ojczulku.
Tichon Iljicz zdjął czapkę, raz jeszcze przeżegnał się, zwróciwszy się w stronę obrazu Bożej Rodzicielki i przewracając oczami, dodał:
— Dużo was tu teraz?
— Ano... Dwanaście babek, ojczulku.
— I cóż, często się kłócicie?
— Często, ojczulku.
Tichon Iljicz, nie spiesząc się, poszedł wśród drzew i krzyżów aleją, wiodącą do starej drewnianej cerkwi, niegdyś pomalowanej ochrą. Na jarmarku kazał sobie ostrzyc włosy i przyciąć oraz skrócić brodę, co go bardzo odmłodziło. Odmładzała go także szczupłość postaci i ogorzałość, na której tle bielała delikatna skóra świeżo wystrzyżonych trójkątów przy skroniach. Odmładzały też wspomnienia dzieciństwa i młodości... Odmładzała płócienna czapka... Tichon Iljicz w zamyśleniu i ze smutkiem rozglądał się dookoła... Jak krótkie i bezsensowne jest życie! A jaki spokój i cisza wokoło w tym słonecznym zaciszu za płotem starego kościelnego cmentarza! Gorący wiatr poruszał wierzchołki jasnych drzew, malujące się na tle bezobłocznego nieba, gdzieniegdzie uschłe z upału. Na kamieniach i pomnikach chwiały się ich przezroczyste, lekkie cienie. Gdy wiatr przycichał, słońce mocniej przypiekało kwiaty i trawy, w krzakach słodko śpiewały ptaki, a na rozpalonych ścieżkach różnobarwne motyle zamierały w miękkiej omdlałości. Na jednym z krzyżów Tichon Iljicz przeczytał:
Ale nic strasznego nie było dookoła. Tichon Iljicz szedł, stwierdzając jakby z przyjemnością, że cmentarz rośnie, że postawiono dużo nowych pięknych mauzoleów wśród staroświeckich pomników w kształcie trumien na nóżkach, wśród ciężkich żelaznych płyt i ogromnych, pospolitych a już butwiejących krzyżów, przepełniających cmentarz. „Zmarła w 1819 roku, 7 listopada o 5. z rana” — napisy takie przykro było czytać; jakże ciężki musiał być zgon o świcie słotnego jesiennego dnia w starym powiatowym mieście! Lecz obok jaśniał bielą pomiędzy drzewami marmurowy anioł z oczami utkwionymi w błękitne niebo, a pod nim na czarnym, lustrzanym granicie wyryto złotymi literami: „Błogosławieni, którzy w Panu umierają!”. Na żelaznym pomniku kolegialnego asesora, mieniącym się pod wpływem słot i czasu wszystkimi kolorami tęczy, można było odczytać wiersze:
Wydało się to Tichonowi Iljiczowi jakieś kłamliwe. Ale tutaj wzruszało nawet kłamstwo. Albowiem — gdzież prawda?! Ot tam, w krzakach, leży szczęka ludzka, jakby zrobiona z brudnego wosku: to wszystko, co zostało z człowieka... Wszystko...? Gniją kwiaty, wstęgi, krzyże, trumny i kości w ziemi — wszystko jest śmiercią i rozkładem!
Coraz surowiej marszcząc brwi, zdejmował czapkę i robił znak krzyża. Blady był jeszcze i słaby po chorobie, wspominał dzieciństwo, młodość, Kuźmę... Poszedł w ów daleki kąt cmentarza, gdzie pochowani byli jego najbliżsi: ojciec, matka i siostra, która umarła, będąc jeszcze małą dziewczynką... Napisy mówiły wzruszająco i pojednawczo o spokoju i odpoczynku, o uczuciach dla ojców, matek, mężów i żon, o miłości, której jakby nie było i nie będzie na ziemi, o prawdziwym oddaniu i pokorze względem Boga, o gorącej wierze w przyszłe, o spotkaniu się w innym błogosławionym świecie, w który wierzy się jedynie tutaj wśród mogił, o tej równości, jaką daje tylko śmierć, o tych chwilach, gdy zmarłego nędzarza całuje się w usta ostatnim całowaniem, jak brata... Gdy porównują go do cesarzów i władców, wygłaszając nad nim wielkie i uroczyste słowa... A tam, w oddalonym kącie przy parkanie, w krzakach bzu, drzemiących w spiekocie, tam, gdzie niegdyś były mogiły, a teraz zostały tylko pagórki lub doły zarosłe trawą z białymi kwiatami, Tichon Iljicz ujrzał świeży grób dziecięcy i krzyż, a na krzyżu — dwuwiersz:
I, przypomniawszy sobie własne dziecko, które niemowa-kucharka zadusiła przez sen, zamrugał oczami, powstrzymując napływające łzy...
Po szosie, przechodzącej obok cmentarza i gubiącej się w polach rozkołysanych zbożem, nikt nigdy nie jeździł. Chodził nią tylko bosonogi włóczęga w różowej, spłowiałej koszuli i portkach z różnokolorowych łat. Wszyscy zwykle jeździli zakurzoną, polną drogą, ciągnącą się równolegle. Drogą tą pojechał również i Tichon Iljicz. Z przeciwnej strony przeleciała najpierw obdarta dorożka — powiatowi dorożkarze jeżdżą po kawalersku! — a w dorożce siedział jeden z urzędników bankowych, który wybrał się na polowanie: na kolanach miał strzelbę w pokrowcu, na nogach — wysokie buty od błota (chociaż błot w całym powiecie nigdy nie było), a przy nim leżał łaciaty wyżeł. Za dorożką, wśród kurzu, wgramoliwszy się na staroświecki welocyped32 o dwóch kołach, z których jedno było ogromne, a drugie, tylne — malutkie, przejechał, nurkując po wybojach, młody pocztowiec. Przestraszył konia, więc Tichon Iljicz gniewnie ścisnął zęby: takiego nicponia przydałoby się zapędzić do prawdziwej roboty! Południowe słońce dopiekało, wiał gorący wiatr, bezobłoczne niebo przybierało kolor ołowiu. Tichon Iljicz, rozmyślając nad krótkością i bezsensownością życia, coraz gniewniej odwracał się od chmury kurzu na drodze i z coraz większą troską patrzył z ukosa na nędzne, zbyt wcześnie schnące zboża.
Miarowym krokiem, z wysokimi kijami w rękach szły tłumy pątnic, udręczonych zmęczeniem i upałem. Składały one Tichonowi Iljiczowi pokorne niskie pokłony, ale i one wydawały mu się nieszczere.
— Pokornisie! — mruczał. — A na noclegach pewnie gryzą się ze sobą jak psy!
Pijani chłopi, wracający z jarmarku, poganiali konie, wzbijając tumany kurzu — prawie po dziesięciu siedziało na każdej podwodzie33 — byli wśród nich rudzi i siwi, czarni i blondyni, ale wszyscy jednako ohydni, kudłaci i chudzi. Wyprzedzając ich łomoczące wozy, Tichon Iljicz kręcił głową.
— Och, włóczykije! Bodaj was diabli!
Jeden z nich, w koszuli porozrywanej na pasy, spał; leżał na plecach jak martwy i obijał się o wóz, odrzuciwszy w tył głowę i zadzierając w górę zakrwawioną brodę oraz nos nabrzmiały i oblepiony zakrzepłą krwią. Drugi biegł, doganiając porwaną przez wiatr czapkę, a gdy się potknął, Tichon Iljicz ze złą satysfakcją wyciął batem. Dalej spotkał wóz pełen sit, łopat i bab: siedząc plecami do koni, trzęsły się i podskakiwały; jedna z nich miała na głowie nową dziecięcą czapeczkę, włożoną daszkiem do tyłu; druga, z ustami pełnymi kołacza, śpiewała; trzecia machała rękami i ze śmiechem wrzeszczała za Tichonem Iljiczem: „Wujek, zgubiłeś kołek od osi!”. A Tichon Iljicz, wstrzymawszy konia, pozwolił się przegonić i wyciął batem tę babę również... Za szlabanem, gdzie szosa skręcała w bok, a łomoczące wozy pozostały w tyle, gdy otoczyła go cisza, przestrzeń oraz upał stepu, Tichon Iljicz znowu poczuł, że najważniejsze na świecie to jednak „interes”. Z wielką pogardą pomyślał o ziemianach, którzy na jarmarku zadawali szyku swymi nędznymi trojkami... Och, jakaż bieda wokoło! Chłopi zmarnowani do cna, ani źdźbła nie zostało w rozrzuconych po powiecie zbiedniałych zagrodach. Gospodarza by tu trzeba! Gospodarza!
— Ale nie takiego, jak ty, bracie! — ironizował gniewnie. — Sam żebrak jesteś, postrzeleniec, niedorajda!
Na połowie drogi była duża wieś Rownoje34, zamieszkana przez jednodworców35. Suchy podmuch wiał wzdłuż pustych ulic, po spalonych przez upał łozinach. Na progach, grzebiąc w popiele, trzepotały się kury. Z gruba ciosana i wymalowana na bury kolor cerkiew sterczała na nagim wygonie. Za nią, przecięty groblą z nawozu, błyszczał w słońcu płytki, gliniasty staw, woda gęsta i żółta, w której stado krów co chwila załatwiało swe potrzeby, a obok goły chłop mydlił sobie głowę. On także po pas wszedł w wodę, na piersiach jego błyszczał miedziany krzyżyk, szyja i twarz były na czarno opalone, a ciało aż raziło bladością i bielą.
— Wyprzęgnij no konia — powiedział Tichon Iljicz, wjeżdżając do stawu, śmierdzącego bydłem.
Chłop rzucił sinawy marmurkowy kawałek mydła na brzeg czarny od krowiego gnoju i z namydloną głową, zakrywając się wstydliwie, pośpieszył spełnić rozkaz. Koń chciwie przypadł do wody, lecz była ona tak ciepła i wstrętna, że zwierzę podniosło mordę i odwróciło łeb. Tichon Iljicz, pogwizdując nań, zamachał czapką:
— Ależ wodę macie! Pijecie ją?
— A u was jaka? Z cukrem? — wesoło i przyjaźnie odparł chłop. — Tysiąc lat ją pijemy! Ale co tam woda; ot, chleba brak!
I trzeba było zmilczeć: przecież i w Durnowce woda nielepsza i chleba też nie ma... I nie będzie... Za Rownojem droga znów wiodła wśród żyta, ale jakiego! Skąpego, słabego, prawie bez kłosa i pełnego chabrów... A około Wysiełek, pod Durnowką, na koślawej wierzbie pełnej dziupli siedziała chmara gawronów z rozdziawionymi srebrnymi dziobami, tego dnia z Wysiełek pozostała jedynie nazwa i czarne szkielety izb wśród śmieci! Kopciły one mleczno-sinawym dymem i czuć było kwaśną spaleniznę... Myśl o pożarze jak błyskawica przeszyła Tichona Iljicza.
„Nieszczęście!”, pomyślał, blednąc. Nic nie ubezpieczył był ze swego majątku, a w przeciągu jednej godziny może się stać wszystko...
Od świętego Piotra36, od owej pamiętnej wycieczki na jarmark, Tichon Iljicz zaczął popijać i to dość często, wprawdzie nie do utraty przytomności, ale do silnego podniecenia. Nie przeszkadzało to jednak wcale w interesach i według jego słów nie szkodziło też zdrowiu. „Wódka krew czyści”, mawiał. Wyglądał też jeszcze silniej niż dawniej. Życie swe i teraz nazywał katorgą, pętlą na szyi, złotą klatką. Ale coraz pewniej kroczył swoją drogą, nie zwracając uwagi na nic. W domu jego zapanowała codzienność i kilka lat przeszło tak jednostajnie, że wszystko się zlało w jeden jedyny dzień roboczy. A zdarzenia wielkie i nowe przyszły niespodzianie: wojna z Japonią37 i rewolucja38.
Pogłoski o wojnie zaczęły się naturalnie od przechwałek. „Kozak, bratku, prędko z nich zedrze żółtą skórę”. Lecz słabe te i na niczym nieoparte przechwałki trwały niedługo i wkrótce poszły inne gadki.
— Z własną ziemią nie wiadomo, co robić! — surowym gospodarskim tonem mówił Tichon Iljicz, myśląc, zdaje się po raz pierwszy w życiu, nie tylko o durnowskiej, lecz o całej ruskiej ziemi. — To nie wojna, a po prostu zawracanie głowy!
Zdarzało się i to drugie, odwieczne: stawano po stronie tych, którzy byli górą. I wieści o strasznych porażkach rosyjskiej armii wprowadzały w zachwyt.
— Do-o-brze! Tak ich, tak ich, sukinsynów, tak!
Zachwycały też i zwycięstwa rewolucji, zachwycały zabójstwa.
— Jak dał temu ministrowi pod żebro! — mówił niekiedy Tichon Iljicz w zapale. — Jak mu dał! Nawet prochu z niego nie zostało!
Lecz budziła się również trwoga. Gdy tylko zaczęto mówić o gruntach, budziła się złość posiadacza. „To wszystko robota żydowska! Wszystko to zrobiły Żydy i te kudłacze, studenty!”. Najwięcej ze wszystkiego rozdrażniało Tichona Iljicza, że syn diaka z Ulianowki, seminarzysta, pętający się bezczynnie przy ojcu, nazywa siebie socjaldemokratą. I nie można było nic zrozumieć: mówią i mówią: „Rewolucja, rewolucja”, a wokoło wszystko jak dawniej, takie codzienne: słońce świeci, na polu kwitnie zboże i podwody wloką się na stację. A ludzie z ich wymijającymi odpowiedziami lub uporczywym milczeniem są tacy niezrozumiali!
— Chytry to naród, chytry! Aż strach, jaki chytry! — mawiał Tichon Iljicz i, zapominając o „Żydach”, dodawał: — Przypuśćmy, że to nie żadna sztuka. Zmienić rząd, ziemię podzielić; to nawet dziecko przy piersi zrozumie! I, naturalnie, wiadomo za kim jest naród! Ale, naturalnie, musi milczeć! I znaczy, trzeba uważać i tak robić, żeby milczał! Nie popuszczać mu cugli. A i jak popuścisz, trzymaj się, bracie: niech tylko poczuje powodzenie i luz pod ogonem, rozniesie na kawałki!
Kiedy czytał lub słyszał, że będą zabierali ziemię tylko tym, którzy mają więcej niż pięćset dziesięcin39, sam stawał się „wichrzycielem”. Zapuszczał się nawet w spory z mieszkańcami Durnowki. Stoi, bywało, obok jego sklepiku chłop, kupił na stacji wódki, w sklepie — certę40 i obwarzanków; zdjął czapkę, ale wciąż jeszcze odkłada rozkosz jedzenia na później, a tymczasem mówi:
— Nie, ty o tym, Iljicz, nie gadaj. Po sprawiedliwej cenie to wziąć ziemię można by. Ale tak! Nie, tak, to jakoś nie wychodzi...
Pachną sosnowe deski, zwalone przy stodołach naprzeciw drzwi. Przenikliwie czuć woń cert i sznurków, na które nawleczone są obwarzanki. Słychać, jak za drzwiami i za budynkami stacji dyszy i bucha parą gorąca lokomotywa towarowego pociągu. Tichon Iljicz stoi bez czapki przed sklepem, mruży oczy i uśmiechając się, mówi:
— Głupstwa! A jeżeli on nie gospodarz, a włóczęga?
— Kto? Właściciel?
— Nie, tyłek!
— No, to inna sprawa! Takiemu odebrać wszystko, takiemu bebechy wypruć także nie grzech!
— A właśnie! Właśnie o to chodzi!
Ale nadeszła też inna wieść: że będą zabierali i poniżej pięciuset dziesięcin! A wtedy duszą owładała natychmiast podejrzliwość, zdumienie i zaczepność. Wszystko, co robiono w domu, wydawało się wstrętne.
Zdarzało się, że Jegorka, podręczny, wynosił ze sklepu worki po mące i zaczynał je wytrząsać. Głowa chłopca przypominała głowę głuptaka z miasta, „Motii-Kaczej-Główki”. Ciemię miał wypukłe, włosy twarde i gęste (i czemu głuptasy mają takie gęste włosy?), czoło — wklęsłe, twarz — krzywą i długą jak jajo, oczy wytrzeszczone, z białymi, cielęcymi rzęsami, o powiekach mocno naciągniętych: zdawałoby się, że nie wystarczyło skóry na te powieki i że jeżeli chłopak zamknie oczy, będzie musiał otworzyć usta, a jeżeli zechce usta zamknąć — oczy otworzą mu się szeroko. I Tichon Iljicz ze złością krzyczał:
— Bałwan! Dureń! Czego wytrząsasz na mnie?
Zdarzało się, że kucharka wynosiła kuferek, odwracała go dnem do góry i pięścią zaczynała coś z niego wybijać. Tichon Iljicz, zrozumiawszy o co chodzi, z wolna kiwał głową:
— Ot, gospodynie, żeby was... Prusaki wybijasz?
— Ich tu całe chmary! — radośnie odpowiadała kucharka. — Popatrzyłyśmy, a tu... Boże wielki!
Tichon Iljicz, zgrzytnąwszy zębami, wychodził na szosę i długo spoglądał na falujące pola po stronie Durnowki.
