Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Prawda, która zatrwoży. Obłuda, która porazi.
Krzysztof Kuś – autor cenionych przez czytelników „Pograniczy. Opowieści nieoczywistych” oraz „Pograniczy czasu. Opowieści magicznych” – powraca z powieścią zupełnie nowej miary. Tym razem jego wyjątkowe, kunsztowne pióro zabiera nas w najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy.
„Wielebny” to wstrząsający, bezkompromisowy portret psychologiczny kapłana, który opanował do perfekcji sztukę manipulacji. To bezlitosne, a zarazem wnikliwe studium nałogów oraz patologii trawiących instytucje kościelne od wewnątrz. W tej gęstej, dusznej atmosferze grzechu autor snuje jednak także przejmującą opowieść o kobietach – ich sile, cierpieniu i rozmaitych odcieniach kobiecości – tworząc poruszający obraz współczesnego społeczeństwa.
Poetycki zmysł i niezwykła wnikliwość obserwacyjna sprawiają, że od lektury po prostu nie można się oderwać, a każdą kolejną stronę przewraca się z wypiekami na twarzy.
Mroczny, hipnotyzujący i do głębi poruszający – „Wielebny” to powieść, która zostawi w Tobie ślad na bardzo długo.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 301
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KRZYSZTOF KUŚ
WIELEBNY
© Copyright by Krzysztof Kuś & e-bookowo
Korekta: Marta Bluszcz (z zachowaniem stylu Autora)
Skład: Katarzyna Krzan
Projekt okładki: Magdalena Lubecka
(przy projekcie okładki wykorzystano kolaż zdjęć stockowych)
ISBN e-book: 978-83-8166-536-0
ISBN druk: 978-83-8166-537-7
Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo
www.e-bookowo.pl
Kontakt: [email protected]
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości
bez zgody wydawcy zabronione.
Wydanie I 2026
Dla mojej kochanej Magdy, bez której ta książka nigdy by nie powstała.
Wielebny golił się powoli, ciągle chyba jeszcze śpiąc. Wcześniej długo mył ręce, starając się pozbyć tego natarczywego, tak bardzo w tym momencie denerwującego zapachu. Mdła mieszanina perfum i ciała Elwiry, tej tak niezwykłej oraz pełnej zmysłowej subtelności kobiety, dystyngowanej zastępczyni szefowej działu reklamy pewnej znanej korporacji, której kasztanowe włosy spadały na ostre ramiona, a kształtne piersi z czarnymi brodawkami nie pozwalały oderwać głodnego wzroku, drażniła go coraz bardziej. Dziwne, że jeszcze kilka godzin wcześniej owa woń zupełnie mu nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie. Elektryzowała go i wprawiała w jakąś całkowitą, absolutną ekstazę. To wszystko wyłączało rozum oraz wszelakie myślenie, wiodąc błyskawicznie do zwierzęcego spełnienia, tej euforycznej eksplozji zmysłów, której tak bardzo przecież całym sobą pożądał.
Cały czas było mu mało i mało. Wciąż chciał więcej, mocniej, intensywniej. Ostatnio zresztą zauważył, że bardzo szybko się nudził. Potrzebował nieustannie nowych bodźców, kogoś, a może nawet ostatecznie czegoś, co rozbudzi w nim ten perwersyjny ogień dzikiej ekscytacji. Nie miał już od dawna wyrzutów sumienia. Nie uważał, by robił coś złego czy nagannego. To było mu potrzebne do życia tak samo jak jedzenie tudzież spanie. Seks stanowił dla Wielebnego jedną z najbardziej prozaicznych czynności. Nieustanne zmienianie partnerek, poznawanie i uwodzenie kolejnych kobiet stało się już – był o tym głęboko przekonany – uzależnieniem, koniecznością, nałogiem. Kochał jednak ten swój styl życia z całych sił, oczywiście tym najbardziej egoistycznym uczuciem, jakie tylko można sobie było wyobrazić.
Ciągle szukał jednak jakiegoś usprawiedliwienia, błahego powodu, w imię którego mógłby rozgrzeszyć sam siebie. Samotność, nawał pracy i obowiązków, chwilowa słabość – każda przyczyna była tak naprawdę dobra. Wyzbył się już dawno temu tego, co wtłoczyła mu do głowy matka i przełożeni w pierwszych latach seminarium, kiedy jeszcze naiwnie i szczerze wierzył, że to wszystko ma sens – ta cała zawiła doktryna, owo powołanie, o którego posiadaniu wszyscy, łącznie z nim samym, byli wówczas dogłębnie przekonani. Dzisiaj już wiedział, że były to tylko ckliwe i sentymentalne uczucia, takie infantylne bajki, z których się na szczęście w końcu wyrasta. Znajdował się teraz w absolutnie innym miejscu, a cała młodość wydawała się dawno przebrzmiałą przeszłością. Stał się ostatnio zupełnie inną osobą. Zmienił się przecież nawet tak czysto fizycznie. Kiedyś szczupły, przystojny chłopak z ujmującym uśmiechem i szczerym spojrzeniem czystych, błękitnych oczu. Obecnie już trochę otyły jegomość z fałszywą aparycją, podwójnym podbródkiem, zmęczoną i opuchniętą twarzą oraz bezgranicznie pustymi oczami, w których było wszystko i zarazem nic.
Wielebny wciąż pamiętał tamten dzień sprzed wielu lat. Rzęsiście oświetlona katedra, wypełniona szczelnie po brzegi wiernymi. W pierwszych ławkach dumne i wzruszone rodziny. Kłęby wonnego, kadzidlanego dymu. Poważny, nieco chropowaty głos biskupa. Dotyk zimnej, marmurowej posadzki, na której leżał wraz ze swoimi kolegami z roku. O czym wtedy myślał? Chyba właśnie o niej. To znaczy nie o tej dokładnie, z którą spędził ostatnią noc, lecz o innej. Kasię poznał na praktykach, które odbywał jako diakon w pewnej małej, wiejskiej parafii. Wokół piętrzyły się wysokie góry, a cała miejscowość wraz ze starym, drewnianym kościołem rozkładała się szeroko w pięknej i malowniczej dolinie. Tamtejszy proboszcz, rygorysta starej daty, żył w stworzonym przez siebie świecie oraz tępo wierzył, że ta cała fikcja dzieje się naprawdę i w dodatku ma jeszcze sens. Ksiądz Wojciech nie był bynajmniej zły – nie pił, nie palił, nie zadawał się z kobietami. Wiedział przecież o tym dobrze każdy członek parafialnej społeczności. Namiętnie kochał jednak pieniądze i tych było mu ciągle mało. Wysysał więc bezdusznie z każdej rodziny, nawet tej biednej, ostatnie niemalże grosze. Wciąż na coś zbierał, choć kościół i jego otoczenie wydawały się coraz bardziej zapuszczone, martwe, pozbawione życia i nawet małego blasku najprostszego ciepła.
Poprzedni proboszcz, z sentymentem wspominany przez miejscowych, spoczywał już dawno na niewielkim cmentarzu w swojej rodzinnej wsi, położonej w zupełnie innej części archidiecezji. Tomasz, bo tak nazywał się zmarły pleban, żył prawdziwie ewangelią i temu oczywistemu faktowi, który zgodnie potwierdzali niemal wszyscy parafianie, nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć. Z ubóstwa uczynił cnotę i swój program, taki znak rozpoznawczy. Gdy chodził po kolędzie, nigdy nie brał pieniędzy, może tylko czasami i to wyłącznie od tych, którzy żyli nad wyraz dostatnio. Później owe datki i tak zostawiał jednak w domach, gdzie bieda aż krzyczała swoją nagą, przerażającą dosłownością. Ostatecznie ksiądz Tomasz wracał z pustymi kieszeniami, bez niczego, do zimnej, milczącej plebani, wciąż mieszczącej się w małej, drewnianej chacie zmierzającej powoli ku ostatecznemu rozpadowi. Nie było tam bieżącej wody, piec dymił niemiłosiernie, nie dając praktycznie żadnego ciepła, a dach wraz z każdą mijającą zimą przeciekał obficiej i bardziej.
Następca swoje posługiwanie rozpoczął od budowy nowej, murowanej plebanii, tłumacząc, że w tej starej nie dało się już dłużej mieszkać. Była to oczywiście szczera prawda i każdy wierny dobrze rozumiał pilną konieczność. Górale potrafili być zadziwiająco hojni, gdy tylko wiedzieli, że nikt ich nie zwodzi, nie oszukuje i nie nabiera. Nowe probostwo wystawiono więc w iście ekspresowym tempie, choć ten i ów pytał nieśmiało, dlaczego ma być ono takie duże oraz wystawne. Potem wszystko zaczęło komplikować się jeszcze bardziej. Ksiądz Wojciech regularnie zmieniał samochody, ale stary, modrzewiowy kościółek czerniał coraz intensywniej, dziwacznie pochylając się na lewą stronę. Zdawał się niemalże wrastać w ziemię. Posępniał, smutniał i leniwie, ale konsekwentnie dryfował w stronę nieuchronnej przecież katastrofy. Przez ostatnie dwadzieścia lat jedyną rzeczą, jaką udało się zrobić, było wycięcie starych lip. Otulały one od wieków zmysłowo świątynię, wiosną pachnąc słodko, miodowo niemalże, a rozkwitłym latem kołysząc się delikatnie gęstymi liśćmi na najlżejszym powiewie wiatru. W szumie rozłożystych koron kryły się ledwie dosłyszalne opowieści o tajemnych dziejach, dawnych ludziach, radościach i tragediach, jednym słowem o tym wszystkim, o czym dzisiaj nikt już nie chciał pamiętać. Drzew pozbyto się błyskawicznie, sadząc w ich miejsce śmieszne, wykastrowane tuje, zupełnie zresztą niepasujące do statecznej, mądrej, józefińskiej bryły budowli z końca dziewiętnastego wieku, postawionej na miejscu tej jeszcze wcześniejszej, o co najmniej późnośredniowiecznym rodowodzie. Cmentarza też nie udało się ogrodzić, choć poprzednik zakupił potrzebny na ten cel materiał. Drewno butwiało coraz mocniej, pogrążone zimą w potoczystych zwałach śniegu, a latem całkowicie zatopione w wysokich, wyjątkowo dorodnych pokrzywach.
Polska wieś zawsze wiele kapłanom wybaczała – tej oczywistej konstatacji nie można było podważyć. Ludzie jednak, szczególnie tutaj, pośród górskich szczytów, gdzie każdy od wieków musiał radzić sobie sam, zdany na łaskę kapryśnych sił przyrody, mieli rzecz jasna swój rozum. Poniektórzy pytali więc, na co szanowny ksiądz proboszcz wydawał pieniądze. Skoro nie topił samotności w rzece alkoholu, skoro był w stanie odrzucić umizgi kilku młodych panien, a dwóm wyjątkowo zawziętym na niego wdowom powiedział twarde i stanowcze „nie”, to przecież gdzieś musiał lokować zarabiane przez siebie pieniądze. Te ciągle jeszcze płynęły szeroką strugą, przypominając oszalały furią życia potok, jaki tylko tutaj, w Beskidach, najbardziej chyba po kwietniowych roztopach, gdy śnieg wreszcie rozpuszcza się na dawnych, wołoskich, pozarastanych halach, tam wysoko, w górnym reglu, tak ekscentrycznie pieni się, wariuje, wydziera wniebogłosy, lecąc na złamanie karku po stromych, kamienistych zboczach.
Na co wobec tego szły te wszystkie tace, ofiary, składki i kolędy? W tym wypadku góralska dobroduszność działała na korzyść proboszcza. Szeptano sobie, tak ukradkiem oczywiście, zastrzegając błagalnym tonem, że to tajemnica, której absolutnie nie można innym zdradzić, iż wielebny Wojciech utrzymywał swoją rodzicielkę, ponad dziewięćdziesięcioletnią już staruszkę, która mieszkała te kilkanaście zamglonych dolin dalej. O tym, że w istocie matkę utrzymywała siostra, a syn zaglądał tam sporadycznie, nikt nie miał prawa wiedzieć, podobnie jak o kursie pilotażu i szybowcowych lotach minimum dwa razy w miesiącu na modnym, sportowym lotnisku w stolicy województwa, gdzie spotykała się cała nowobogacka towarzyska śmietanka, owe rekiny współczesnego kapitalizmu, zbijające lukullusowe majątki na niewolniczej w gruncie rzeczy pracy innych. O zamiłowaniu swojego proboszcza do kart, a w szczególności do pokera, naiwni parafianie także nie mieli bladego pojęcia. Tylko wieczorne łuny rozgorzałe krwistą czerwienią, które czasami długo w noc płonęły na styku nieba i tego otoczonego legendami szczytu, gdzie ponoć były jakieś tajemnicze wrota do innego świata, zdawały się niemo płakać oszukane, wyśmiane oraz przeznaczone na ostateczne zatracenie w otchłaniach nagiego, zimnego świtu.
Młody diakon, nietrudno to było odgadnąć, niemal bezwiednie nasiąkał w takiej rzeczywistości obłudą, tym złym, pustym, głupim fałszem. Jakaś szatańska małostkowość jego własnej przecież natury śmiała się bezsennymi nocami, niepokoiła, wybudzała raz po raz, przyprowadzając ostatecznie o poranku do finalnego upadku, po którym – przynajmniej do pewnego momentu – chwilową ulgę dawały kratki modrzewiowego konfesjonału obszeptane przez dziesięciolecia tyloma skruszonymi wyznaniami. Spragnieni miłosierdzia grzesznicy nad wyraz szybko wracali jednak do tego, co robili przedtem, bo tak w istocie skonstruowana była dusza człowieka.
Kaśkę Wielebny poznał zupełnym przypadkiem. Prawie trzydziestoletnia brunetka, o jędrnych, pełnych piersiach i wydatnych, wezbranych aż zanadto pośladkach, zwracała uwagę większości mężczyzn. Pełne usta miały w sobie jakąś nieśmiałą, zupełnie niewinną woń dzikich czereśniowych sadów, rozkwitających nieśpiesznie wiosenną porą. Oczy skrzyły się kryształami tęczy, jaka po nawet najbardziej gwałtownej burzy wypełzała tutaj czasami na nieboskłon, łącząc ze sobą przeciwstawne szczyty, pomiędzy którymi dymiącymi pióropuszami pyszniła się kusząca, rozerotyzowana, nieposkromiona mgła. Wielebny zobaczył ją po raz pierwszy na sumie jakoś dwa, może trzy tygodnie po tym, jak w otoczeniu obłoku wonnego kadzidła on, ów zdolny i wysoce obiecujący kleryk z jeszcze dumniejszego arcybiskupiego seminarium, przybył na tę – w jego opinii – zapadłą i głuchą prowincję.
Na początku była pomiędzy nimi tylko nieśmiała wymiana spojrzeń. Miało to miejsce szczególnie wtedy, gdy Wielebny chodził po składce, napuszony jak paw, sztywny w tej swojej drogiej, szytej na miarę sutannie z najprawdziwszego jedwabiu, rozpaczliwie woniejący najnowszym wypustem od pewnego znanego od pokoleń, tak horrendalnie drogiego francuskiego domu mody, którego kolejne kompozycje, w gruncie rzeczy trywialne i bliźniaczo do siebie podobne, dawały mu tak potrzebną pewność siebie. Kasia pachniała jakimiś tanimi, rodzimymi perfumami, które pamiętał aż nazbyt dobrze z czasów swojego dzieciństwa, pomieszanymi czasami z kwaśną wonią jej potu i aromatem zwykłego, dostępnego w każdym sklepie proszku do prania. Potem Wielebny miał się też przekonać, że pachniała czymś jeszcze – dokładnie rzecz biorąc, takimi roznegliżowanymi, bezwstydnymi oparami przesadnie spragnionej mężczyzny kobiecości.
Pierwszy raz rozmawiali ze sobą, gdy pewnym nudnym, gorącym, sennym popołudniem przyszła do parafialnej kancelarii zamówić mszę za swojego zmarłego przed dwoma laty ojca. Siedziała przed nim ponętna i przesadnie rozkwitła tą pierwszą świeżością natury, która wybucha nieposkromionym żywiołem zawsze w tym najmniej spodziewanym momencie. Kasia patrzyła na Wielebnego dużymi, rozmarzonymi oczami, w których igrał półprzytomny, ciemny kolor bławatkowych łąk, tych porannych, gdy słońce nie zdążyło jeszcze odparować grubych, przeźroczystych kropel rosy. W dłoniach kurczowo trzymała zwykłą, tanią, mocno już zużytą torebkę. Jej obfity biust zdawał się pęcznieć i wylewać spod zwykłej, popielatej bluzki, podobnie jak pośladki, które z trudem mieściły się w spranych i znoszonych dżinsach. Właśnie na ten ostatni szczegół Wielebny zwrócił szczególną uwagę. Zrobił to niemal natychmiast, wręcz instynktownie, gdy tylko Kasia weszła do małego, dusznego pokoju, w którym szanowny diakon siedział bezczynnie, bawiąc się od niechcenia telefonem i dopijając mocną, zupełnie wystygłą już kawę. Przez półotwarte okno wpadała ostra woń pokrzyw rosnących tuż przy samym murze plebanii. Wiekowy zegar, jedna z nielicznych rzeczy, która pozostała po poprzednim proboszczu, oczywiście obok setek książek teraz pieczołowicie popakowanych w duże kartonowe pudła oraz złożonych na strychu, tykał miarowo, rytmicznie, sennie i wydawał się zdziwiony z jednej strony, a zaciekawiony z drugiej.
Rozmowa zaczęła płynąć tak właściwie sama z siebie, jakoś niepostrzeżenie i całkowicie naturalnie. Właściwie był to jej monolog. Wielebny dowiedział się, że Kasia mieszka z prawie siedemdziesięcioletnią, schorowaną już mocno mamą w ciasnym, drewnianym domu tuż obok tartaku i dużego ośrodka wczasowego, w którym zresztą pracuje, pomagając w kuchni. Tata harował całe życie w lesie, bynajmniej nie wylewając za kołnierz, co było swojską, odwieczną, galicyjską tradycją. Gdy przeszedł wreszcie na wymuszoną postępującym nałogiem rentę, te pięć lat przed swoją śmiercią, właściwie już nie trzeźwiał, a codzienne awantury, krzyki i przekleństwa stały się czymś tak normalnym, że w pewnym momencie przestała na to wszystko zwracać najmniejszą nawet uwagę. Potem ojciec jeszcze trochę chorował, aż w końcu wzięli go do szpitala i tam zmarł we śnie, bezboleśnie oraz szybko. Po pogrzebie Kasia długo nie mogła przyzwyczaić się do ciszy, jaka nagle zapanowała w ich domu. Nie wiodło im się jednak najlepiej. Niewielka emerytura mamy właściwie w całości była przeznaczona na leki oraz doktorów. Lekarze wszelakich specjalności rozkładali bezradnie ręce, mówili kilka zdawkowych słów o starości, że tak już musi być i naprawdę nic, kompletnie nic nie da się w tym wypadku zrobić. Potem wypisywali zazwyczaj kilka recept, wyraźnie zastrzegając, że koniecznie trzeba je wykupić w tej jednej, konkretnej, zaprzyjaźnionej aptece, po czym szybko chowali do kiszeni podawane przez Kasię pieniądze, a następnie wypadali z domu jak oparzeni, z jakimś dziwnym grymasem obrzydzenia, aż nazbyt wyraźnie malującym się na zadziwiająco do siebie podobnych, sytych dobrobytem twarzach, i odjeżdżali, wiecznie spóźnieni oczywiście, swoimi wielkimi, lśniącymi autami do kolejnych oczekujących ich z niecierpliwością pacjentów.
Jej comiesięczna wypłata, jak mówiła Kasia coraz bardziej zaciekawionemu diakonowi, który poczerwieniał na twarzy i kilka razy musiał ocierać chusteczką z czoła perliste krople potu, irytując się oraz zawstydzając przy tym, z trudem wystarczała na podstawowe potrzeby, takie jak rachunki, jedzenie czy środki czystości. Dobrze, że dwa razy w roku dostawali od nadleśnictwa przydział opału. Tata paradoksalnie był sumiennym, cenionym pracownikiem, a na jego skłonność do kieliszka przynajmniej do pewnego momentu wszyscy przymykali oczy. Zresztą któż tak naprawdę we wsi nie pił? Gdy dwa miesiące po pogrzebie poszła wreszcie do leśniczego, by w imieniu matki zapytać, czy starej, cierpiącej wdowie cokolwiek należy się za lata ciężkiej bądź co bądź oraz niebezpiecznej pracy męża, bo zrywka drewna tutaj, w beskidzkich lasach, taka właśnie była – każdy rok przynosił kilka wypadków, czasami także śmiertelnych – ten siedział szeroko rozparty za biurkiem, w rozchełstanym i pomiętym mundurze, a mocna woń piwa zdradzała, że udało mu się już tego dnia załatwić pomyślnie co najmniej kilka spraw, także tych trudnych, z pozoru tylko skazanych na odmowę tudzież przegraną. Nie było rzeczy niemożliwych. Problem stanowiła wyłącznie cena.
Kasia, przytłoczona ciężarem tego wszystkiego, co nagle na nią spadło, już na samym wstępie rozmowy po prostu się rozpłakała, wierząc naiwnie, że szczere łzy zmiękczą jowialnego służbistę. Mężczyzna dobiegał pięćdziesiątki, a jego ceglastoczerwona twarz tonęła w fałdach tłustego podbródka. Fałszywe, złe oczy były mocno podkrążone i przekrwione z niewyspania. Argumentem przesądzającym o pozytywnym załatwieniu wszystkiego okazała się biała koperta kryjąca wstydliwie kilkaset złotych, które jakimś cudem pozostały z pogrzebu. Drzewo przywożono więc od tamtego momentu regularnie. Trzeba było tylko nająć kogoś do jego pocięcia i ułożenia w równe stosy, które potem suszyły się w starej, pamiętającej jeszcze czasy pradziadka stodole. Chętnych jednak nie brakowało. Wielu było przecież takich, którzy za kilka butelek najtańszego wina sprawnie i szybko wykonywali każdą niemalże pracę.
Szanowny diakon słuchał tego wszystkiego z przejęciem, patrząc na Kasię z tą wciąż mocniej i mocniej wzbierającą fascynacją. Dziewczyna niepokoiła go, ale też porywała, wyzwalając pełne napięcia podniecenie. Było to coś, czego zupełnie wcześniej nie znał. Oczywiście doświadczał rozmaitych uczuć oraz emocji, czasami nawet odwrócił się na ulicy za jakąś szczególnie atrakcyjną kobietą, rzecz jasna tylko wtedy, gdy szedł po cywilnemu, bez tej drażniącej i momentami uwierającej go aż za mocno koloratki, ale to, co działo się z nim w tym momencie, było czymś całkowicie nowym, kompletnie dotąd nieznanym. Kasia ekscytowała go. Kusiła tak bardzo. Budziła w jego wnętrzu, gdzieś w najgłębszych zakamarkach pełnej paradoksów i sprzeczności duszy, tajemniczy żar, który przez te wszystkie minione lata wydawał się zupełnie nieobecny, uśpiony, nieuświadomiony, przytłumiony skutecznie przez tyle innych zajmujących każdego dnia umysł rzeczy oraz spraw.
Rozmowa w kancelarii pewnie toczyłaby się dalej, miał już nawet zaproponować jej kawę, gdyby nie nagłe pukanie do drzwi. Zupełnie umknęło mu, że na trzecią umówił się z mamą jednego z lektorów. Miał jej wydać gotową już, napisaną skrupulatnie przez proboszcza opinię. Bez tego dokumentu zdolny i obiecujący syn nie zostałby przyjęty do renomowanego, katolickiego liceum w wielkim mieście, tym samym zresztą, gdzie znajdowało się seminarium, które lada moment Wielebny miał ukończyć. Trzeba było więc szybko przerwać konwersację, choć tak bardzo chciał, by owa rozmowa płynęła dalej swobodnie i by nic nie mąciło zaczarowanego dźwięku jej śpiewnych słów. Zapisał jeszcze pośpiesznie intencję w wielkiej, oprawionej w prawdziwą skórę księdze, gdzie terminy były zarezerwowane aż na trzy lata do przodu. Dziewczyna wyszła, a Wielebny zajął się wydaniem starannie umieszczonego w zaklejonej kopercie testimonium. Z tego wszystkiego zapomniał jednak wziąć od Kasi pieniądze. To oznaczało, że będzie musiał oczywiście dołożyć z własnej kieszeni, żeby proboszcz nie miał później do niego żadnych pretensji. Kasa musiała się w kościele zawsze zgadzać – tego uczono go już zresztą na pierwszym roku. Pomyślał jeszcze, że jakoś będzie musiał to przeboleć – zdecydowanie ta dziewczyna była w jego mniemaniu tego warta – a potem zajął się przygotowaniem krótkiego kazania do mającego się rozpocząć za kilka kwadransów nabożeństwa.
Obraz Kasi prześladował go jednak przez cały ten czas. Wielebny był oczywiście zawsze przezorny, starając się zabezpieczyć na każdą niemalże okazję i potencjalną ewentualność. Nim Kasia wyszła z kancelarii, poprosił ją więc bezceremonialnie o numer telefonu i zanotował go na małej karteczce, która akurat była pod ręką. Potem sądził, że to ona sama mu go podała. Tak miał robić już zawsze, usprawiedliwiając się niemalże z każdego czynu, który niepokoił jego powoli umierające sumienie. Późnym wieczorem, gdy już leżał w łóżku po szybkim prysznicu i obowiązkowym goleniu elektryczną maszynką – ów prezent, jaki na ostatnie urodziny dostał od chrzestnego, budził zrozumiałą zazdrość kolegów z roku – dotykał delikatnie lewą dłonią, z nabożnym pietyzmem niemalże, swoich idealnie gładkich policzków. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu Wielebny nie lubił się golić rano, podobnie jak nie znosił tych wszystkich przedziwnych kremów, pianek, wszem i wobec reklamowanych urządzeń z trzema, a nawet czterema lub – o zgrozo! – pięcioma ostrzami, wreszcie żeli tudzież balsamów różnorakich, które zawsze go podrażniały, a skóra swędziała potem przez cały dzień, obsypana dużymi, czerwonymi krostami. Pewnie dawało tu też o sobie znać zwykłe, wrodzone lenistwo. Chodziło zwyczajnie o wygodę. Zawsze można było te kilkanaście minut dłużej pospać.
Wielebny nie myślał jednak teraz o śnie. Góry już dawno utonęły w mroku, a wieś zamarła okryta kocem martwej ciszy, którą mąciły tylko świerszcze cykające głośno i natarczywie, co było przecież wyraźnie słychać w pokoju przez niedomknięte do końca okna. W prawej dłoni trzymał telefon, a świstek papieru z numerem do Kasi leżał na świeżo wykrochmalonej poszewce kołdry. Wiedział już przecież wcześniej, chyba jeszcze przed wieczornym nabożeństwem – z powodu rozkojarzenia zapomniał o kadzidle i pomylił teksty oraz kolejność modlitw – że na pewno się do niej odezwie. Nie miał tylko pojęcia, co jej wysłać. W końcu banalnie zapytał, co robi. Odpowiedź przyszła po kilkunastu minutach, a cała rozmowa przeciągnęła się długo w noc, do pierwszej chyba lub może nawet drugiej. Szanowny diakon dowiedział się między innymi, że Kasia była od kilku miesięcy sama, że miała wcześniej paru chłopaków, całkiem sporo zresztą jak na niespełna trzydziestoletnią dziewczynę, że czuje się samotna i zupełnie nie radzi sobie z obowiązkami, które tak nagle, niespodziewanie oraz brutalnie spadły na jej głowę.
Wieczorne pisanie powtarzało się od tej pory regularnie, stając się w pewnym momencie wręcz nabożnym rytuałem, paraliturgicznym niemalże rytem, na jaki oboje z upojeniem czekali. Było w tym coś zakazanego, tajemniczego i elektryzującego zarazem. Rozmawiali niemalże o wszystkim – o życiu, pasjach, marzeniach. Właściwie to ona pisała, a on potakiwał, rozumiał i potwierdzał. Tymi nocami sennymi, rozwleczonymi onirycznie w nieskończoność, mówił jej chyba dokładnie to, co chciała usłyszeć. Uczciwie należało jednak podkreślić, że nie robił tego bynajmniej celowo, przynajmniej jeszcze nie wtedy. Kaśka po prostu wypełniała jakąś pustkę, z którą tutaj, na niewielkiej, głuchej plebanii, gdzie proboszcz był zawsze nieobecny, a cisza krzyczała wieczorami aż nazbyt dosłownie, sprawiając, że słyszało się bicie własnego serca, zupełnie sobie nie radził. W końcu ich rozmowy zboczyły na zupełnie nieoczekiwane tory. Zaczęli pisać o bliskości, rzecz jasna tej fizycznej. To znaczy ona zaczęła pierwsza, a on dał się wciągnąć w rozerotyzowaną, miłą w gruncie rzeczy i przyjemną grę. Pieszczotliwe, może aż nazbyt infantylne słowa płynęły szeroką strugą świadomości. Obejmowali się coraz bardziej odważnymi komplementami, a w ciągu dnia posyłali sobie ckliwe i momentami aż mdłe od nadmiaru przesadzonej, nienaturalnej wręcz czułości teksty.
Pewnego wieczoru, choć przecież zupełnie się tego nie spodziewał i – mówiąc szczerze – nawet nie chciał, pomijając oczywiście fakt nieustannego rozbierania jej w myślach, dostał zdjęcie, na którym Kasia była w samej bieliźnie. Wielebny najpierw długo patrzył, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie się stało. W pierwszym odruchu miał nawet skasować fotografię i ostro zaprotestować, tak by zrozumiała, co zrobiła. W końcu jednak stracił całkowicie panowanie nad sobą i kilkoma sprawnymi, wyćwiczonymi ruchami ręki rozładował całe napięcie skumulowane przez ostatnie kilkanaście dni ich niepoprawnej konwersacji. Któż by zresztą tak naprawdę nie uległ i nie skorzystał z nadarzającej się sposobności? Był przecież człowiekiem, zwykłym człowiekiem, a duchowny ojciec w seminarium powtarzał jak mantrę na każdej konferencji ascetycznej, że upadki są rzeczą ludzką, taką zupełnie naturalną i nie ma co z ich powodu rozdzierać szat. Z grzechem trzeba po prostu wytrwale walczyć, czasami nawet całe życie. „Będę więc walczył, będę się starał, ale teraz po prostu ulegnę słabości raz jeszcze” – pomyślał. Nie mógł i nie chciał już dłużej ścierać się z naturą – liczyło się jedynie zaspokojenie tych najbardziej pierwotnych żądz.
Gdy Wielebny w końcu zasypiał, zmęczony i dziwnie syty, wręcz euforycznie szczęśliwy, upojony czymś, czego nie potrafił nawet precyzyjnie określić, na zewnątrz szalała burza, a deszcz dudnił głośno na parapecie, smagany porywistym wiatrem, który wył w kominie, zawodził jękliwie i drażnił jakimś dziwnym, paranormalnym wręcz niepokojem. Pioruny strzelały gdzieś niedaleko, a każdy jaskrawy błysk towarzyszący potężnym grzmotom rozświetlał całkiem sporych rozmiarów sypialnię, odbijając się czymś niewyobrażalnie złowrogim w dwóch dużych, staroświeckich lustrach, nie wiadomo przez kogo i na co tak naprawdę zawieszonych idealnie naprzeciwko wejściowych drzwi.
Po kilku dniach późnym wieczorem odwiedził ją wreszcie w domu. Potem przyszedł drugi raz, w końcu trzeci i czwarty. W sumie owych odwiedzin na przestrzeni kilku miesięcy było kilkadziesiąt. Do tego dochodziły jeszcze wizyty oficjalne, które wypadały zawsze w pierwszy piątek miesiąca, gdy przyjeżdżał z Najświętszym Sakramentem do nieopuszczającej już łóżka matki Kasi.
Na początku tych ukradkowych spotkań tylko rozmawiali, tak jakby tamtego lubieżnego pisania oraz wszystkich zdjęć, no bo w końcu on także wysłał jej ostatecznie to i owo, wcale nie było. Tak grać przed sobą jednak dłużej się nie dało i pewne rzeczy w końcu po prostu musiały się zdarzyć. Owego wieczoru oboje byli w jakiś szczególny sposób niespokojni, a może najzwyczajniej pobudzeni. Kasia uśmiechała się dziwnie i zagadkowo, a szanowny Wielebny, choć nigdy tego nie robił, przynajmniej nie z taką zachłannością, wypił duszkiem, jeden po drugim, kilka kieliszków wina. Alkohol dodał mu pewności siebie, a blask świec, które dziewczyna właśnie zapaliła, otulił ich aurą – tak oboje przynajmniej sądzili – romantycznej magii, a w gruncie rzeczy, patrząc czysto obiektywnie, taniej i infantylnej trywialności. Kasia usiadła w pewnym momencie obok Wielebnego, emanując pełnym spokoju ciepłem i silnym, słodkim zapachem, od którego kręciło mu się w głowie. Chwycili się za dłonie, mocno i pewnie, trwając tak w milczeniu dłuższą chwilę. Wielebny myślał wtedy, że był to czysty przypadek, taki szczeniacki w istocie wybryk, który można było złożyć na karb obfitej kolacji i wypitego w nadmiarze trunku. Dopiero potem zrozumiał, że od tych dwóch czy może nawet trzech tygodni oboje instynktownie do tego właśnie dążyli. Chcieli i szczerze pragnęli siebie, pragnęli takim mocnym, natarczywym, wręcz pierwotnym zewem, tym nieugaszonym nigdy ogniem, który rozpala się w kilka chwil, łącząc mężczyznę oraz kobietę nierozerwalnym węzłem już na zawsze, do końca, bez względu na wszystko inne.
Wielebny długo później nie mógł zapomnieć rozedrganego dotyku jej warg smakujących dojrzałymi owocami – upieczone przez nią ciasto było doprawdy przepyszne. Wkładała mu do ust z perwersyjną bezwstydnością swój mokry język, a on nieumiejętnie starał się robić dokładnie to samo. Potem zdzierała z niego w jakiejś szalonej furii ubranie. Nie pozostał jej rzecz jasna dłużny. Za oknem znowu przewalała się gwałtowna beskidzka burza, tak jak tamtym pamiętnym razem, gdy wysłała mu swoje roznegliżowane zdjęcie. Teraz miał ją całą, parującą nagością wezbranego nieugaszoną żądzą młodego, ponętnego ciała. Była piękna w całym znaczeniu tego słowa. Pełne, wybujałe kształty falowały jak kłosy żyta na lekkim, ociężałym od upału, gorącym wietrze. Uwolnione z okowów stanika piersi prężyły się dumnie, dorodne i silne. Czarny trójkąt gęstych włosów, które zaczynały się już poniżej pępka, by później zmierzwić się nieujarzmionymi splotami w dziki, nieprzebrany labirynt, wydawał się lśnić lepką, wiosenną rosą, która spada gdzieś o świcie, znacząc szerokimi, mokrymi smugami wzrastające dopiero nieśpiesznie trawy.
Ten inauguracyjny debiut wybrzmiał, nim tak naprawdę się zaczął, a Kasia długo tuliła go potem w swoich obszernych ramionach i całowała wilgotne od łez oczy. Wielebny zupełnie nie rozumiał, czemu tak histerycznie się rozbeczał. Nie miał, o dziwo, wyrzutów sumienia – nic z tych rzeczy. Szanowny diakon poczuł chyba po raz pierwszy tak wyraźnie, że te kilka lat temu, gdy wstępował do seminarium tuż po maturze, u progu dorosłości, popełnił straszny, wręcz niewybaczalny błąd, którego konsekwencje będzie, chcąc lub nie chcąc, ponosił aż do końca swojego życia. Zrobił to – teraz był już tego absolutnie pewien – li tylko pod naciskiem rodziny, a w szczególności zaborczej i zbyt apodyktycznej matki, rozkochanej bez pamięci w swoim młodszym synu. Żałował, naprawdę żałował teraz, lecz cóż miał dalej czynić, co wybrać i postanowić w momencie, gdy był na ostatniej prostej przed oczekiwanymi przez wszystkich święceniami. Tyle osób w niego wierzyło i zapewniało nieustannie o modlitewnym wsparciu. Czuł się osaczony i pokonany.
Wielebny dumał tak dłuższą chwilę, poddając się czułym pieszczotom Kasi. Uspokoił się wreszcie zupełnie, a złe myśli uciekły równie szybko, jak się pojawiły. Burza wreszcie zamilkła, choć deszcz ciągle jeszcze padał. Nie chciał wracać na plebanię, gdzie wszystko męczyło, wydając się puste i bezsensowne. Tutaj czuł, że żyje, że istnieje naprawdę, że choć na moment może zdjąć maskę i być po raz pierwszy sobą. W końcu trzeba było jednak wyjść i zanurzyć się w antracytową czerń nocy. Pachniała ona chłodem ciągnącym od szumiącej głośno rzeki wezbranej po niedawnej ulewie i ledwie wyczuwalną, delikatnie muskającą nozdrza, ciepłą, balsamiczną wręcz wonią skoszonych, rozmiękłych traw.
Drugi raz z Kasią był już lepszy, trzeci całkiem udany. Potem było jeszcze wiele innych razów, w sumie zawsze bliźniaczo do siebie podobnych. Zawsze ten sam pokój, zawsze ta sama sekwencja czynności oraz zawsze ten sam wstydliwy finał, gdy pośpiesznie wycierał się higieniczną chusteczką, ubierał z zakłopotaną i pustą miną, mówił kilka banalnych fraz, po czym najzwyczajniej w świecie uciekał, wsiadając pod osłoną nocy do swojego małego, ale bezsprzecznie kłującego ceną w oczy auta. Tak naprawdę poskładała się na nie cała rodzina, a on nie dołożył ani grosza – taki prezent z okazji święceń diakonatu. Rejterował więc tchórzliwie, dziwiąc się przy tym, że nie odczuwa najmniejszych nawet wyrzutów sumienia. Nie zamierzał się też z tego wszystkiego spowiadać. Zrobi to może dopiero później, jak wróci do miasta. Pójdzie gdzieś ukradkiem, do któregoś z licznych przecież kościołów i będzie udawał zwykłego człowieka. Powie szybko, co trzeba, a potem z mechaniczną precyzją odprawi pokutę zadaną przez kapłana, robiącego najpewniej dokładnie to samo, i po sprawie. Wszystko to było dla niego nad wyraz proste. Gdy przyjmował komunię z rąk proboszcza, co czynił przecież codziennie, a w niedzielę nawet trzykrotnie, nieswojo czuł się tylko za pierwszym razem. Potem już tak naprawdę nic nie myślał. Po co zresztą miał się rozwodzić drobiazgowo nad swoimi czynami? Nie było takiej potrzeby, a przynajmniej on teraz jej nie dostrzegał.
Kasia do kościoła już nie chodziła. Nie widział jej na mszach od dłuższego czasu i chyba domyślał się przyczyny. Trudno – uważał zresztą, że to wyłącznie jej prywatny wybór, do którego nie będzie się w żaden sposób wtrącał. Na kobiecej duszy nie znał się zresztą zupełnie. Wielebny nie miał przed Kaśką nikogo. Był oczywiście na jakiejś randce, jedna czy druga koleżanka podobała mu się, a w seminarium nawet ktoś o niego zabiegał zdziwiony, że ten odmawia i rezygnuje, ale nigdy nie posiadł żadnej kobiety w sensie dosłownym. Zarówno w podstawówce, jak i w liceum stronił od dziewczyn. W kontakcie z nimi odczuwał zawsze jakąś irracjonalną nieśmiałość, zakotwiczoną głęboko w podświadomości. Odkąd tylko pamiętał, wszyscy widzieli w nim księdza, a zazdrosna aż do skrajnej, takiej wręcz diabolicznej przesady matka wtłaczała mu wciąż i wciąż do głowy, że kobiety to zło, że myślą tylko o jednym oraz że bezdyskusyjnie, gdy będzie się z nimi zadawał, sprowadzą go na manowce, wertepy tudzież bezdroża rozmaite, a wtedy z kapłaństwa nic nie wyjdzie. Następnie dowodziła dalej, że przecież jej syn ma powołanie i właśnie ona – ona, która go urodziła, wykarmiła i wychowała – najlepiej o tym wie. Ma służyć Bogu, poświęcić się całkowicie Kościołowi, wyzbyć wszelkich swoich pragnień i nawet minimalnych przejawów samodzielnego myślenia, a wtedy niechybnie zajdzie wysoko, bardzo wysoko. Może nawet była mu pisana purpura? Zdaniem matki wszystko mogło się zdarzyć. Prosta kobieta wierzyła przecież, że te mnogie codzienne modlitwy, które sączyły się niemal nieustannie, od świtu do zmierzchu, płynąc fałszywym w gruncie rzeczy szeptem, faryzejsko przyduszonym, lecz przecież dobrze słyszalnym, szczególnie w parafialnej świątyni, na porannej mszy, gdy w ławce obok siedziała ta czy inna jeszcze znajoma, zostaną wysłuchane. Bóg był przecież miłosierny i litościwy. Na pewno nie odmówi jej takiego szczęścia oraz, co chyba było w tym wszystkim najważniejsze, powodu do dumy. Będzie mogła się pysznić wszem i wobec, wysoko zadzierać głowę, a inni siłą rzeczy będą od tej pory spoglądać na nią z szacunkiem oraz podziwem, no bo przecież ów wyjątkowy, tak bardzo uzdolniony kapłan był jej dzieckiem! To ona pierwsza dostrzegła w nim powołanie. Potem nie szczędziła zaś środków, często tak wiele sobie odmawiając, by tylko rozpalić w nim tę niepozorną z początku iskrę.
Syn oczywiście przyjmował wszystko bezrefleksyjnie i o nic nie pytał. Pójście do seminarium było dla niego czymś oczywistym i naturalnym. Po prostu nie mógł zrobić nic innego. Nie przyszła mu do głowy nawet jedna niewinna, samodzielna, przeciwna postanowieniu matki myśl. Kobiet więc kompletnie nie znał, no bo przecież, jak wielokrotnie mówiła rodzicielka i stary, stojący już nad grobem, otyły oraz w gruncie rzeczy całkiem dobroduszny proboszcz, czaiło się w nich coś szatańskiego, grzesznego, niedobrego, coś, przed czym trzeba się było wszystkimi siłami bronić. Wielebny nie znał więc metafizyki kobiecego ciała i kobiecej duszy. Nigdy nawet się nie całował. Jedyne, czego doświadczył, to tylko tandetny autoerotyzm. Fakt – czasami się tego wstydził, niekiedy nawet gryzł się tym swoim grzechem, męczył potwornie i w konsekwencji długo nie mógł zasnąć. Z drugiej strony jednak słyszał przecież wiele razy od tego czy tamtego księdza, gdy z lękiem przyznawał się do swojego nałogu u kratek ziejącego zawsze jakimś dziwnym chłodem konfesjonału, że młodość ma swoje prawa, że naturę trzeba poskromić oraz że nawet wielcy święci tudzież doktorzy Kościoła mieli z tym problemy, a poza tym to w sumie jedynie chwilowa słabość, taki mały, drobny, niepozorny upadek i jeśli tylko będzie nad sobą pracował, to pewnego dnia uzyska łaskę tej idealnej, sławionej w tylu mądrych teologicznych dziełach czystości.
Było jednak zupełnie inaczej. Masturbacja stała się nałogiem, koniecznością, nieodzowną potrzebą, zakotwiczoną głęboko w psychice. Robił to zawsze szybko, zawsze ukradkiem i zawsze oczywiście absolutnie beznamiętnie, wyłączają przy tym wszelakie uczucia. Nie znał zresztą niczego innego. Ustalił się więc pewien wygodny, bezpieczny oraz przyjazny w istocie układ. Po pewnym czasie pojawiło się jednak coś jeszcze i doprawdy nie miał bladego pojęcia, jak to się stało. Kilka zdjęć roznegliżowanych pań prezentujących w wirtualnej rzeczywistości swoje przejaskrawione aż do granic wdzięki z taką iście medyczną wręcz precyzją sprawiało, że natychmiast tracił głowę. Wszystko inne przestawało się wówczas liczyć. Wielebny wykonywał sekwencję szybkich ruchów dłonią i nagle silna rozkosz obezwładniała na moment jego ciało oraz umysł. Potem następowała błyskawiczna ulga i było po sprawie. Koniec. Nic więcej. Należało się jeszcze dokładnie pozbyć tych aż nazbyt widocznych, kłopotliwych dla resztek sumienia śladów. Już wtedy najważniejszy dla niego był porządek, choć ów paranoidalny estetyzm wydawał się przecież, zważywszy na okoliczności, zupełnie infantylny. Zwykła chusteczka załatwiała jednak sprawę i można było iść dalej w kleryckie życie, coraz bardziej przypominające kiepski w gruncie rzeczy teatr.
Wielebnego wszystkiego nauczyła Kasia – taka była szczera prawda. Od zakładania prezerwatyw, które sama gdzieś kupowała i dziwnym trafem zawsze miała pod ręką, a które to z jakiegoś irracjonalnego powodu brzydziły go oraz odpychały, aż po rozmaite leniwe, rozmarzone często pieszczoty, czasami tylko wzbierające pewną dziką, zwierzęcą, pierwotną niemalże żądzą. Tych miękkich, płynnych, rytmicznych, tak rozkosznie obezwładniających ruchów, gdy tonął bezprzytomnie w jej szerokich, rozłożystych udach, zatracając się całkowicie i bez reszty, także go nauczyła. Był więc teraz już naprawdę, tak do końca mężczyzną, choć przecież jeszcze te kilka tygodni temu nie miał najmniejszego nawet pojęcia, że istnieje jakaś inna, tak bardzo ekscytująca, dająca tyle dojmujących wrażeń, zniuansowana, subtelna, liryczna, a momentami nawet za bardzo kanciasta, dosadnie ostra i jaskrawie szorstka rzeczywistość. Oczywiście wiedział, że koledzy mieli mniejsze bądź większe grzeszki, że czasami chadzali nawet do pewnych okrytych obłudną zasłoną milczenia przybytków, tych lepkich, pokrytych niedającym się zmyć brudem, żałośnie kiczowatych pokojów na godziny, których reputacja zawsze była i miała pozostać taka sama, fatalnie wątpliwa oraz schizofrenicznie fałszywa. On jednak nie planował wtedy, na pierwszym i drugim roku, nawet jeszcze na trzecim, na chwilę przed obłóczynami, a także wówczas, gdy w pewien uroczysty, dziwnie podniosły, nienaturalnie przesadzony w każdym szczególe dzień po raz pierwszy nałożył duchowny strój, a matka zemdlała z wrażenia w wypełnionej po brzegi seminaryjnej kaplicy, tłumacząc potem wszystko upałem oraz duszącymi kłębami kadzidlanego dymu, być hipokrytą. Naprawdę miał zamiar finalnie stać się kimś innym aniżeli jego koledzy ze starszych roczników, zepsuci już i przedwcześnie postarzali jałową pustką udawanego, zakłamanego życia, co obserwował wówczas ze szczerym, pełnym nabożnego lęku zgorszeniem. „Tak. Ja – najlepszy, święty, doskonały. Bezgrzeszny. Taki właśnie będę i spełnię wszystkie nadzieje, jakie pokłada we mnie ukochana matka” – myślał wówczas. Im bardziej jednak chciał, tym mocniej jakaś bezkształtna, nie dająca się nazwać oraz określić siła chwytała go za gardło, a następnie ściągała na ziemię. Tak wtedy w seminarium, jak i teraz, w cieniu beskidzkich szczytów, dusiła z każdym mijającym tygodniem wciąż intensywniej, natarczywiej, mocniej.
Z czasem cała sytuacja, w jakiej tak nieoczekiwanie się znalazł, zaczęła mu po prostu ciążyć. Ta nagła zmiana, jaka dokonała się w nim po pierwszej, szalonej euforii, tej drapieżnej eksplozji zmysłów, których wtedy nie dało się w żaden sposób okiełznać i wyhamować, także była czymś zupełnie nowym oraz absolutnie nieznanym. Wielebny nie wiedział nawet, z czym ma to porównać. Po gwałtownym początku, gdy ciągle było mu mało i mało, po tej uczcie wszystkich nieznanych dotąd, a odkrytych tak nagle, a także zdecydowanie zbyt późno doznań, poczuł dziwny przesyt. Tak jakby każdego dnia połykał w iście ekspresowym tempie, będąc przez kogoś niewidzialnego popędzany, wciąż i wciąż tę samą potrawę, biorąc jeszcze za każdym razem sutą dokładkę niczym jakiś otyły łasuch, który nie zna żadnej miary oraz minimalnej nawet granicy. Przejadł się. Nasycił. Przepełnił niechybnie. Wiedział, że potrzebuje teraz czegoś, a może nawet kogoś nowego, by znów poczuć tamten elektryzujący dreszcz, który odurzył go oślepiającą kaskadą parzących płomieni ten bliżej nieokreślony moment temu – nie pamiętał, kiedy to dokładnie było, a czas kompletnie mu się zatarł, zlał, rozmył – gdy kochając się z nią po raz pierwszy, wreszcie zrozumiał, że ona jest jego, tylko i wyłącznie jego, cała, do końca, tak kompletnie oraz bezgranicznie.
Teraz Wielebny zdecydowanie potrzebował odmiany. Dalej trwać w tym wszystkim już się naprawdę nie dało. Może zresztą gdzieś podświadomie bał się też konsekwencji tego, że całość jego dokonań może się wydać, wypłynąć niespodziewanie na światło dzienne, a wtedy wszyscy zobaczą dosłownie i namacalnie, kim tak naprawdę był. Panicznie lękał się owej prawdy o sobie samym. Drżał na samą myśl o zdekonspirowaniu, nerwowo wycierając w spodnie swoje zimne, spocone dłonie. Gdy w środku tygodnia – był to chyba wtorek lub środa – szedł z plebanii na poranną mszę do kościoła, a gorące październikowe słońce zaczynało właśnie smażyć wierzchołki rozbudzonych ze snu gór, by potem spłynąć rozpalonymi językami światła w szerokie i senne doliny, męcząc w południe ostatnim tego roku upałem, którego nie studził ani jeden choćby najmniejszy, tak bardzo upragniony powiew wiatru, wiedział przecież, że należy coś z tym wszystkim wreszcie zrobić. Musiał działać szybko i skutecznie – żadnych łez, żadnych wzruszeń, żadnych słów, bo jeszcze chwila i po prostu będzie za późno. Teraz jeszcze da radę, później być może zabraknie mu najzwyczajniej w świecie siły.
Podczas liturgii Wielebny udawał, że się pobożnie i szczerze modli. W czasie dłużącego się śniadania z proboszczem był aż nazbyt wesoły. Potem poszedł do szkoły i przekonywał ósmoklasistów z niepozbawioną pasji sugestywnością, że czystość jest szczególnie piękną oraz miłą Bogu cnotą, a cudzołóstwo to wstrętny, paskudny, szkaradny grzech, za który trzeba niezwykle ciężko pokutować. Wreszcie wrócił do swojego pokoju, zrzucił z twarzy przyklejoną maskę – udawać potrafił teraz już jak mało kto – i wziął szybki prysznic. Popołudnie skwierczało w oleistej, przyklejającej się do ciała i ubrania mazi – babie lato w górach doprawdy potrafiło zaskoczyć. Wielebny musiał zmyć z siebie ten cały pot, pozbywając się przy okazji, tak raz na zawsze, wszelkiego wspomnienia o pieszczotach Kasi, jej zapachu, jej ciele, jej smaku. Wreszcie, odświeżony i pachnący waniliowym żelem, usiadł w samej tylko bieliźnie na starym, nadającym się już do wymiany fotelu, który pewnie pamiętał jeszcze tamtą pierwszą, drewnianą oraz ubogą, ale zawsze przyjazną, otwartą dla wszystkich plebanię. Następnie otworzył puszkowe piwo, które od niedawna zaczął kupować – miał w tym momencie w swoim pokoju całkiem spory zapas tego trunku – patrząc przy tym chytrym, przebiegłym wzrokiem na nieużywany od tygodni brewiarz leżący na rogu nocnego stolika zaraz obok staroświeckiej lampy obleczonej bordowym, przedartym w jednym miejscu abażurem. Pił i myślał. Analizował. Obliczał i oceniał. Kalkulował.
Decyzja była właściwie już podjęta, chodziło teraz o w miarę bezbolesne jej wykonanie. Umówili się zresztą na dzisiaj. Formalne rozstanie było już faktem. Tamtego dramatycznego wieczoru powiedział jej przecież wszystko i zupełnie nie rozumiał teraz, dlaczego nadal pisała, prosiła o rozmowę, błagała o jeszcze jedną szansę. W pierwszym odruchu uległ jej. Wielebny planował przyjść do Kasi wieczorem, tak mniej więcej na dziewiątą, mówiąc tak jak zawsze księdzu proboszczowi, że jedzie na basen do powiatowego miasta leżącego dwadzieścia kilka kilometrów dalej. Tak naprawdę w każdej z takich sytuacji nie opuszczał nawet wioski, a samochód parkował obok zapomnianej kapliczki osłoniętej szpalerem starych modrzewi, skąd do chaty Kasi było tylko kilka kroków. Co ciekawe, Wielebny nigdy nie pomyślał, że ktoś może go zobaczyć, że wścibscy ludzie doniosą, gdzie trzeba, a o wszystkim dowie się wreszcie jego własna matka. W końcu zrozumiał jednak, że musi z tym definitywnie skończyć. Wielebny miał już absolutną pewność, że dzisiaj nie ruszy się z pokoju i żadna, doprawdy żadna siła nie zmieni jego postanowienia. Czasami potrafił być zadziwiająco konsekwentny i zdecydowany, jednak zawsze tylko wtedy, gdy chodziło o jego własne dobro, gdy miał w tym jakiś interes, gdy widział realną, opłacalną i konkretną korzyść. Będzie więc tutaj siedział i pił piwo, które zaczynało mu coraz bardziej smakować, ale na spotkanie nie pójdzie. Nigdy już do niej nie pójdzie. Po prostu. Pociągnął jeszcze jeden, obfity łyk i poczuł, że mu ulżyło – teraz, wreszcie, nagle, autentycznie.
Problemem tak naprawdę w ocenie Wielebnego nie było już nawet to, że Kasia najwyraźniej się w nim zakochała, a kilka razy gdzieś między wierszami, tak zupełnie od niechcenia napomknęła o wspólnej drodze, o życiu razem i nawet o dziecku. Decydujące nie wydawało się też i to, że przecież zupełnie nic do niej nie czuł, no może poza tym dojmującym znudzeniem, tak bardzo męczącym teraz, a także coraz większym rozdrażnieniem, które wywoływał już sam jej widok. Nie chodziło też o to, że bynajmniej niepozbawiony inteligencji proboszcz zdawał się wszystkiego domyślać, mówiąc Wielebnemu dwukrotnie przy kolacji, że ma pewne sprawy – tutaj doświadczony i obeznany z zawiłymi meandrami kościelnego życia kapłan dwuznacznie się uśmiechał – prowadzić tak, by nic nie wyszło na zewnątrz, a kuria już na starcie jego posługi – bezpośredni przełożony diakona wymawiał ten wyraz szczególnie dobitnie, akcentując niemalże każdą literę – nie musiała finalnie spłacać jakiejś gryzetce alimentów, co samo w sobie nie byłoby znowu czymś strasznym, jak prawił dalej, no ale z drugiej strony lepiej wejść w swój księżowski żywot z czystą kartą. O co więc tak naprawdę chodziło diakonowi? Co ostatecznie tak bardzo go przeraziło, że postanowił uciekać, zostawić bezsprzecznie rozmiłowaną w nim aż do granic kobietę na pastwę okrutnego, dzikiego, pozbawionego skrupułów świata i myśleć li tylko o sobie, o swojej wygodzie, przyszłości, karierze, o swoim bezpieczeństwie? Wielebny nie rozumiał do końca owych spraw, które bulgotały niczym wrząca lawa w jego wnętrzu. Nie starał się zresztą nigdy nazbyt skrupulatnie tego analizować. Wszystko działo się niezwykle szybko – przychodziło, odchodziło, spadało i odpływało, nie zostawiając nawet krótkiej chwili na refleksję.
Faktem bezsprzecznym, niepodlegającym jakiejkolwiek dyskusji było jednak to, co ostatecznie przerażało najbardziej oraz finalnie dopomogło mu w podjęciu tej ostatecznej, definitywnej decyzji, czyli owo nagłe odkrycie, objawienie niemalże, gdy pewnej aż nazbyt dłużącej się nocy uświadomił sobie z całą bezsenną jaskrawością, że Katarzyna, bo tak ją już teraz wyłącznie nazywał, posiadała potencjał, ten szatański wręcz zalążek temperamentu, taki póki co delikatnie tylko tlący się żar, subtelny zarodek przyszłego ognia, który rozpali się prędzej czy później namiętną furią wszystkich zmysłów, jakiej żadna siła nie będzie już w stanie ugasić. Trudno się też temu dziwić. Kasia była wszakże młodą jeszcze, niedoświadczoną, głupią momentami aż za bardzo, no i nader wszystko naiwną, wierzącą ślepo w każde puste, ociekające lepkim, paskudnie mdłym lukrem słowo, ale jednak kobietą z krwi i kości, realną oraz prawdziwą – nie dało się temu w żaden sposób zaprzeczyć. Rodzona córka na wpół już zdziczałych beskidzkich hal, tych wiejących z pasją wiatrów, lasów pachnących bezkresną wolnością, nieskrępowanych niczym przestrzeni, grani postrzępionych, nagich, wyniosłych i wreszcie spienionych potoków, z szumem pędzących po omszałych, dziwnie tajemniczych, niepokojąco pięknych skałach.
Kasia czuła instynktownie, podświadomie, wręcz irracjonalnie, że z każdym tygodniem, dniem niemalże, coś się w niej zmienia. To działo się już zresztą na długo przed tym, nim poznała Wielebnego. Odkrywała w sobie rzeczy, rewiry, obszary zupełnie wcześniej nieznane, których istnienia nawet nie przeczuwała. One jednak gdzieś były, w jakimś zastygłym czasie, i teraz właśnie do niej przyszły. W umyśle Kasi budziły się potrzeby i fantazje – dzikie, nieokiełznane, gwałtowne i szalone. Momentami ją zawstydzały, ale zarazem jakoś dziwnie przyciągały, wabiły do siebie, kusiły i nęciły. O tych nawiedzających ją coraz częściej myślach opowiadała swojemu Wielebnemu kilka razy tuż po szybkim, mechanicznym, coraz bardziej rutynowym zresztą zbliżeniu, gdy oboje jeszcze dyszeli spoceni i zmęczeni, a powietrze wokół pachniało rozedrganą wonią zawstydzonej zmysłowości. Niestety zbywał ją jednak milczeniem. Tak było ostatecznie chyba ze wszystkim. Przychodził zawsze pachnący swoimi markowymi perfumami, wydając się niemal za każdym razem zupełnie nieobecny, co podkreślał jeszcze zastygły, skostniały, martwy półuśmiech malujący się na aż nazbyt dumnej twarzy. Na samym początku, przez te pierwsze kilkanaście minut potrafił być nawet miły, zapytać z troską, co u niej, tak po prostu objąć i przytulić, posłuchać, co mówi. Potem jednak, po tej krótkiej chwili głodnych pieszczot zawsze milczał bądź odwracał się do ściany, całkowicie głuchnąc i obojętniejąc. Następnie wstawał, a mętny, lodowaty wzrok mroził zimnem. Kasia okrywała się kocem, on zaś ubierał się powoli, patrzył przez chwilę w okno, wreszcie wychodził, dalej nic nie mówiąc, zanurzając się w ciemność nocy, gdy góry już spały, a księżyc wypływał po to tylko, by po chwili zniknąć znowu za posmutniałymi nagle chmurami.
Kasia rzecz jasna cierpiała, nie rozumiała, buntowała się gdzieś w środku, ale nigdy nawet nie drgnęła, nie pobiegła za nim, nie przemówiła pierwsza. Nie mogła przecież, nie chciała w żaden sposób, nie potrafiła i nie umiała. Duma i honor, dwie strzeliste jodły wciąż obecne w zakamarkach tęskniącego wiecznie za czymś serca, ten szczególny znak, niezbywalne znamię, raz na zawsze odciśnięta pieczęć, ta jedyna rzecz, której nikt nikogo tu, w tej pradawnej karpackiej wsi nie uczył, która była jasna, prosta, oczywista, choć tak bardzo momentami trudna – to wszystko nie pozwalało Kasi odpuścić, pogodzić się i pozwolić ostatecznie wykorzystać. Na tym właśnie polegała paradoksalność góralskiej duszy, nieoczywistej oraz tajemniczej, zawieszonej gdzieś na zawsze w mglistej ciszy beskidzkiego pogranicza.
Mijały kolejne dni, pozornie takie same, może nawet trochę nudne i leniwe, a imaginacja Kasi, ów dziewczęcy polot, ten szalony cwał rozpasanej aż do granic wyobraźni, odzywała się w niej coraz bardziej, mocniej, dosadniej, przywodząc przed oczy najbardziej wyuzdane obrazy. Nie dało się już tego dłużej tłumić. Nie można było w nieskończoność udawać, że tych rzeczy nie ma. Miała konkretne potrzeby i miała też swoje fantazje, coraz bardziej zresztą dzikie, perwersyjne, nietypowe, dziwne, zakazane, brudne oraz szalone. Nie chciała już dłużej tylko o nich myśleć. Pragnęła wcielać je w życie, poznawać, odkrywać, smakować, doświadczać i badać. Zawsze była w niej ciekawość, ta przemożna, paląca, rozpasana potrzeba pójścia jakimś zupełnie nieznanym szlakiem, ścieżką, której nikt wcześniej nie znał, dawno zapomnianą drogą, w ostateczności nawet na przełaj, pod prąd i bez założonego wcześniej celu.
Kasia wciąż pamiętała, z fotograficzną niemal dokładnością, jak ostatniej jesieni, gdy wczesny październik rozpalił bukowe lasy, plamiąc je obficie jaskrawym ugrem, szklącym się porcelanową zorzą w ostatnich promieniach zachodzącego już teraz coraz wcześniej słońca, wybrała się na krótki spacer. Najpierw wspinała się mozolnie starą drogą. Przecinała ona dawne uprawne pola, teraz już całkowicie zdziczałe i porosłe uschłymi jesienną porą wysokimi trawami, szeleszczącymi może nawet aż nazbyt patetycznie, ale przecież tak błogo, sielsko, upojnie, w tym namiętnym walcu roztańczonym z dzikim wiatrem, cudnym bardem, czarodziejskim magiem, przychodzącym gdzieś z oddali, z jakiegoś zupełnie innego świata, tego zmysłowego, nieokreślonego wymiaru, gdzie wszystko stapiało się z sobą, a niemożliwe stawało się najoczywistszą, tak kuszącą oraz powabną prawdą.
Głęboki wąwóz wyżłobiony pracowicie najpierw drewnianymi kołami wozów, które przez lata długie, monotonne, podobne do siebie tym zmęczonym, głodnym znojem, zwoziły stromym zboczem strzeliste fury pachnącego wonnie siana, ustrojone w lesie suche gałęzie na opał, wykopane końcem sierpnia ziemniaki smakujące dymem rozpalonych licznie ognisk i tą mokrą, kamienistą, biedną ziemią. Potem ucichł nagle wrzący gwar, coś minęło, przeszło, zgasło. Opustoszały polne miedze, zdziczały rozsiane tu i tam czereśniowe kępy, zniknęli wiecznie schyleni ludzie, od świtu do zmierzchu w pocie czoła drepczący cierpliwie, nieustannie, z jakąś szaloną wręcz, nieustępliwą, neurotyczną zawziętością. Coś się skończyło, definitywnie i ostatecznie. Pustą już teraz drogą płynęła deszczowa woda, przesypywały się zmrożone śniegi, butwiały rozpłonione jesienną poezją liście, wreszcie wiosną zieleniły się świeżymi, soczystymi pąkami i wonnymi kwiatami coraz bardziej dorodniejsze drzewa oraz krzewy. W wysokich trawach bezpiecznie buszowały rozanielone zające. Młode sarny płynęły rozfalowaną łąką, majestatyczne i dumne w tym swoim tajemniczym, mglistym, niejednoznacznym, niewysłowionym przecież nigdy do końca pięknie. Wszystko się nieustannie zmieniało i przekształcało. Świat przyrody ewoluował, przybierał wciąż nową postać, jak wielobarwny kameleon odradzał się raz po raz w tej odwiecznej, mądrej pieśni przemijania, która nigdy się nie kończyła, lecz trwała wciąż i wciąż w niepojętej nieskończoności bytu.
Gdy Kasia, nieco zmęczona mozolnym stąpaniem po obrosłych mchem kamieniach oraz rozmiękłej glinie, dotarła wreszcie na skraj świerkowego lasu, czuła całą sobą, że i ona coś straciła, coś istotnego, co było z nią zawsze, od samego momentu narodzin, a co w ostatnich dniach tak nagle rozsypało się w proch, unicestwiło zupełnie, robiąc miejsce czemuś absolutnie innemu. Chłopak, któremu ufała, okazał się zupełnie niedojrzały oraz głupi i właśnie zostawił ją dla innej. Po raz kolejny miała wszystkiego serdecznie dość i czuła, że dalej tak się po prostu nie da. W duszy lęgły się nieznane jej dotychczas uczucia. To nowe napawało ją ciągle bezgranicznym zdumieniem, momentami przerażało, fascynowało i kusiło, wywoływało obawy, co oczywiście było całkowicie zrozumiałe, a także rodziło rozliczne wątpliwości. Żadną miarą nie chciała jednak wracać do tego, co już minęło, do owego mitycznego, sielskiego, bezpiecznego „kiedyś”. Tamto odeszło, rozwiało się jak poranna mgła, a teraz, czuła to wyraźnie i pewnie, zaczynało kształtować się w niej coś przeciwstawnie odmiennego. Ten pierwotny żywioł czaił się jeszcze w środku jej serca, wstydził, krył przezornie, baczył filistyńsko na to, co wypada, na te wszystkie sztuczne normy, konwenanse, gry pozorów, puste maski, czekając li tylko na jedną jedyną iskrę, minimalny nawet pretekst, by wybuchnąć, zrzucić z siebie krępujący pancerz i żyć wreszcie pełną piersią, kochać, pragnąć, marzyć, wznosić się wysoko, płynnym lotem, w chmur kaskady, będąc wreszcie wolnym tak naprawdę, całkowicie, bezgranicznie.
Chłodny wieczór tulił strzeliste korony drzew do snu, zamilkły już dawno ptaki ukołysane kolorowym, rozkosznym snem, a w dolinie, którą znaczyły skrzące się ogniki domów i chat, już dawno zapadł zmierzch. Coraz liczniejsze gwiazdy śmiało rozbłyskiwały na ciemniejącym nieśpiesznie niebie, mrugając natarczywie i mocno. W nocy cały beskidzki świat miał się najpewniej otulić srebrnym kocem pierwszego tej jesieni, przelotnego jeszcze oraz nietrwałego mrozu, po którym w południe, gdy słońce wynurzy się zza górskich szczytów, pozostanie raptem kilka kropel kryształowej rosy na zeschłych, pordzewiałych źdźbłach nagich traw – tylko tyle i naprawdę nic więcej.
Kasia usiadła w końcu na powalonym przez zeszłoroczny halniak konarze na wpół spróchniałej jodły i patrzyła przed siebie. Wydawała się jakaś nieobecna, zamyślona, może nawet trochę smutna. Tyle myśli buzowało przecież w jej głowie, tyle palących pytań domagało się natychmiastowej wręcz odpowiedzi, tyle pragnień żądało jak najszybszego spełnienia. Do tej pory trafiała na samych chłystków. Teraz pragnęła wreszcie całą sobą realnego i prawdziwego mężczyzny, kogoś, kto ją otuli mocnym ramieniem, obroni przed wszelkim złem, wesprze, pomoże, a nade wszystko pokocha tak do końca, tak na zawsze, tak naprawdę. Noc rozścielała swój zamszowy płaszcz, daleko w dole szumiała wezbrana po ostatnich deszczach rzeka, ziemia parowała wonną, zupełnie przeźroczystą mgłą, a ona siedziała sobie pogrążona bezprzytomnie w onirycznych mrzonkach, sennych rojeniach, utopijnych, acz tak miłych przecież wizjach, które roztańczone, rozpalone, rozmodlone wręcz porywały młode serce aż hen w zaświaty, w te krainy nierealne, poetyckie, fantastyczne i baśniowe.
Z owych rozmyślań wyrwało ją dopiero nagłe, basowe dudnienie. Był to taki ostry, atoniczny, gardłowy krzyk, skrzek właściwie, chrapliwy pomruk, który przeszywał lodowatym dreszczem rozespaną, mroczną, posępną niemalże ciszę i niósł się następnie dalekim, zwielokrotnionym echem w tężejący półcień nocy. Beskidzkie jelenie rozpoczynały właśnie rykowisko, odgrywając – jak co roku zresztą – ten odwieczny spektakl, niezmienny rytuał natury, tajemniczy zew, dziki i pierwotny, niepojęty, niezgłębiony jak te góry przecież, których wysokie szczyty majaczyły właśnie na kruczoczarnej plamie nieba, zdając się niemalże dotykać migających delikatnie gwiazd. Ostra, piżmowa woń mieszała się z aromatem zeschłych liści, a także dość wyraźnym zapachem mokrej sierści, tworząc przedziwną i chyba nie do końca określoną mieszankę. Co to było tak naprawdę? Jakiś drogocenny orientalny balsam? Bajeczne pachnidło cudownie pięknej księżniczki z tysiąca i jednej nocy? Ten poszukiwany wciąż i wciąż od tylu wieków złoty Graal, niespełnione marzenie wszystkich wielkich perfumiarzy?
Pytania utonęły w wibrującej ciszy lasu. Tylko one, beskidzkie jelenie, znały odpowiedź. Odgłosy rozpasanej orgii niosły się wysoko ponad zasypiające gdzieś tam w dole dachy domów, łączyły się ze sobą, potężniały, wzbierały wielką falą, milknąc nagle, by potem, po tej krótkiej pauzie, tym chwilowym oddechu, uderzyć znów jeszcze mocniej, jeszcze bardziej, jeszcze silniej. Zwierzęta były tuż obok Kasi. Widziała rozmyte w nieoczywistym półmroku mgliste cienie, niemal czuła dotyk tych wydłużonych, rozciągniętych ciał – władczy, brutalny, mocny, a zarazem dziwnie aksamitny, delikatny, aż do przesady czuły oraz słodki. Nagle ogarnęła ją fala osobliwego ciepła, takie nieodparte uderzenie gorąca, którego źródło było w niej samej, głęboko w środku. Przez chwilę zastygła zaskoczona, nie wiedząc zupełnie, co się dzieje, a potem poderwała się gwałtownie i zaczęła szybkim, energicznym krokiem schodzić w kierunku już dawno zamarłej w błogim rozleniwieniu wsi.
Kasia biegła niemal, na przełaj, przez wysokie trawy, starając się wymijać wyjątkowo liczne właśnie tutaj krzaki dzikiej róży. Znała zresztą na pamięć te dawno zdziczałe już pola. Każdej jesieni przychodziła w to miejsce, zawsze po pierwszych przymrozkach rzecz jasna, by zrywać dojrzałe, ceglastoczerwone owoce, z których końców wydobywał się lepki, gęsty miąższ, brudzący paznokcie i palce. Potem układała je warstwami na wielkich sitach zawieszonych nad kuchennym piecem, a lekko dymny aromat przypominający zapach wędzonych śliwek wypełniał wnętrze domu. W końcu z rozbitego na drobny mak tłuczkiem suszu gotowała kompot, który na koniec przecedzała przez niewielką gazę. Tak przygotowany trunek, swój ulubiony zresztą, sączyła w długie zimowe wieczory, nieuchronnie przychodzące przecież po każdej złotej jesieni. Napój był lekko kwaskowaty, smaczny, a przede wszystkim zdrowy. Tak robiła jej babcia, tak robiła jej mama i tak będzie już zawsze robić ona.
Kasia wciąż bezprzytomnie gnała w dół. Najważniejsze dla niej było teraz to, by znaleźć się wreszcie w swoim pokoju, zamknąć drzwi domu i spróbować choć minimalnie zrozumieć to wszystko, co właśnie się z nią działo. Gdy dwie godziny później, po szybkiej kolacji oraz jeszcze bardziej błyskawicznej kąpieli, leżała w swoim wygodnym łóżku, przez szybę szczelnie zamkniętego okna przesączały się nikłe i blade promienie powoli rosnącego księżyca. Zbierało się na pełnię, która chyba tylko w górach, zwłaszcza tych jesiennych, ma w sobie tyle niewypowiedzianej magii i tajemniczego, zawsze lekko niepokojącego piękna. Wciąż dobrze pamiętała słowa swojego dziadka sprzed lat, te zaczarowane, baśniowe opowieści, które staruszek snuł godzinami, tak jakby był już całkowicie niewrażliwy na upływający czas. Ścienny zegar z mosiężnymi wahadłami i niedziałającą już kukułką, kupiony jeszcze przed wojną przez kogoś z rodziny na cotygodniowych jarmarkach, które odbywały się z wielką pompą w najbliższym, powiatowym mieście, dawno wybijał porę snu, a bezsprzecznie należące do innego wymiaru słowa snuły się nieśpiesznie, układały w zdania, akapity i wreszcie całe rozdziały, tak bardzo wciągające ją, wtedy burzliwie dojrzewającą nastolatkę. Właśnie wówczas odkryła po raz pierwszy, że jest przecież jedną z wielu odrośli ogromnego, liczącego kilka wieków, a może nawet więcej, dorodnego drzewa.
Z fotograficzną niemal dokładnością przywoływała teraz w myślach obraz swojego nieżyjącego już od tylu lat przodka. Pamiętała dobrze, jak siedział na małym stołeczku tuż obok pieca, patrząc nieobecnymi oczami w ogień buzujący z młodzieńczą swadą na żelaznych rusztach wąskiego, ale niezwykle głębokiego paleniska. Przez otwarte drzwiczki buchała jaskrawoczerwona poświata, oświetlając pooraną licznymi zmarszczkami, zmęczoną długim, pracowitym, pełnym trudów życiem, ale ciągle nad wyraz pogodną twarz dziadka, czyniąc go podobnym do jakiegoś mitycznego krasnala z zaczarowanego już na zawsze lasu. Jego całkowicie siwe, niemniej wciąż gęste i mocne włosy, zdawały się wręcz powiewać na skrzydłach jakiegoś niewidzialnego wiatru, który niósł wraz z sobą ledwie dosłyszalny zgiełk tego, co – wydawałoby się – odeszło raz na zawsze, umarło i rozsypało się w proch, a teraz, na ten krótki moment nieoczekiwanie zmartwychwstało, ożyło, zmaterializowało się w ich małej, przytulnej, pachnącej dyskretnie żywicznym dymem kuchni.
Na rozgrzanej blasze bulgotał emaliowany garnek z zebranymi wczesnym latem ziołami. Czarny kot przeciągał się leniwie w kącie, gdzie stał pamiętający jeszcze chyba ubiegłe stulecie okrągły stół z dwiema parami równie wiekowych krzeseł. Sprany, ale wciąż rozkosznie miękki wełniany koc zapewniał zwierzakowi bezpieczne ciepło. Szczapy jodłowego drewna strzelały z łoskotem, świeca dopalała się, skwiercząc dwuznacznie, a za oknem rozlegał się przytłumiony, odległy jeszcze, ale wyraźny przecież pomruk oszalałych z dzikiej żądzy jeleni. Słowa starca tańczyły w zamglonym, srebrnym świetle odważnego księżyca niczym nagie nimfy, które z hipnotyzującą swym bezwstydem gracją pląsały sobie w najlepsze na ukrytej gdzieś głęboko w borze, zatraconej w korkociągu czasu hali.
– Gdy pełnia splata się z rykowiskiem, trzeba uważać. To zły omen. Pamiętaj o tym zawsze, proszę cię.
Przestroga dziadka sprzed lat przypomniała się jej właśnie teraz, z całą swoją lapidarną soczystością. Nagle wszystko oddaliło się, a namacalna rzeczywistość znowu dotykała Kasię swoją nagą prawdą. Był wieczór, wróciła właśnie z pracy, zajęła się mamą, a potem oglądała swój ulubiony serial. Wreszcie wyłączyła telewizor, umyła się i położyła do łóżka. Aktualna jesień była nieco inna aniżeli ta ubiegła – na pewno dużo cieplejsza, bardziej pastelowa, a także, co nie ulegało wątpliwości, absolutnie nieprzewidywalna. Księżyc świecił jasno, a jelenie, które podglądała rok temu, dzisiaj także tańczyły obłąkańcze tango niepohamowanej cielesności. Wyraźnie słyszała ich upiorne głosy, które przebijały się z łatwością przez ściany modrzewiowej chaty, długo jeszcze nie pozwalając jej najzwyczajniej w świecie zasnąć. W końcu jednak zmęczenie wygrało. Znużone powieki opadły wreszcie, a ostrzeżenie dziadka raz po raz wybrzmiewało cichnącymi kadencjami w onirycznej drzemce, gdzieś na pograniczu jawy i nieoczywistości, w hipnotycznym transie odwiecznego, nieskończonego prabytu.
Gdy kilka godzin później Kasia budziła się, wstawał właśnie zimny, pobielony ostrym jak żyletka szronem, nico posępny i wyraźnie zmęczony już na samym początku dzień. Szybko ubrała się, zrobiła śniadanie, a potem zjadła je w pośpiechu, popijając każdy kęs słabą kawą z kozim mlekiem, które regularnie przynosiła od swojej cioci. Potem nakarmiła jeszcze matkę, przytuliła ją mocno, pocałowała w czoło i wreszcie wyszła z domu. Duży ośrodek wczasowy, w którym pracowała, znajdował się właściwie tuż obok. Przeszła przez jezdnię, potem chwilę szła chodnikiem i już była na miejscu. Pół godziny później obierała ziemniaki w ogromnej, wyłożonej ciemnokremowymi kafelkami kuchni. Potem wkładała czwarty, a może nawet piąty bochen chleba do mechanicznej krajalnicy. Rozmawiała jednocześnie ze swoją szefową, dobroduszną, ciepłą kobietą, która żywo interesowała się wszystkimi plotkami i już nie pierwszy raz robiła dziewczynie dwuznaczne aluzje.
– Ten nasz diakon jest taki przystojny i elegancki – mówiła, a Kasia odwracała pełną rumieńców twarz w drugą stronę.
Roboty było sporo, szczególnie odkąd zwolniła się jedna z młodych dziewczyn. Sezon wakacyjny co prawda dawno się już skończył, ale jesienią przyjeżdżało tutaj zawsze sporo emerytów. Stołówka wydawała więc posiłki trzy razy dziennie, a wszystkie miejsca w całkiem przestronnej i jasnej jadalni były zajęte. Kasia starała się nie wracać do wspomnień, jakie nawiedziły ją poprzedniego wieczoru. Jej umysł jednak, wiedziony jakąś irracjonalną, tajemniczą siłą, raz po raz przypominał sobie przestrogę mądrego dziadka. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że jego prorocze słowa spełnią się tak szybko. Na pewno nie wiedziała też tego wtedy, gdy pierwszy raz ujrzała Wielebnego w kościele. W tamtej chwili nie zwróciła zresztą na nazbyt wyniosłego jak na jej gust diakona uwagi, choć zarazem cały czas miała nieodparte wrażenie, że ten obserwował ją, taksował, a nawet rozbierał z chciwą zachłannością pryszczatego nastolatka. Ostrzeżenie, które dał jej dziadek, nie dotarło do niej także wtedy, gdy w ów czerwcowy, niemiłosiernie gorący dzień przyszła do parafialnej kancelarii. Diakon pełnił swój dyżur z wyrazem zblazowanej bezczelności. Wtedy ją zaintrygował, choć dlaczego – sama później nie wiedziała. Zaczął się szalony romans, a ona zupełnie straciła głowę.
Wszystko dotarło do niej dopiero wówczas, gdy bezgranicznie rozkochana zobaczyła wreszcie prawdziwą twarz swojego Wielebnego. Po pracy wróciła przecież tak jak zawsze do domu i wydawało się, że wszystko potoczy się zgodnie z ustalonym już od dawna schematem. Była jesień, księżyc właśnie wschodził w pełnej krasie, a jelenie ryczały, walczyły, nawet na moment nie odpuszczały. Maska spadła nagle, w mgnieniu oka, podczas tego zwyczajnego w sumie, sennego wieczoru, kiedy miała mu po raz któryś już zresztą powiedzieć o tym, co tak skrzętnie planowała od dłuższego czasu w swojej głownie. Dla niej wszystko było proste. On zrezygnowałby z kapłaństwa, ona sprzedała gospodarstwo, a potem oboje kupiliby mieszkanie w jakimś dużym mieście daleko stąd i wyjechali, zabierając ze sobą oczywiście matkę. Z czasem, gdy udałoby się rozwiązać wszystkie kwestie formalne, czyli uzyskać potrzebną dyspensę – miała świadomość, że nie będzie to proste, ale była pewna, że on przecież będzie się starał, będzie próbował, będzie zapewne walczył – może nawet wezmą ślub. Taki piękny, w kościele rzecz jasna, z białą suknią i wielkim weselnym balem chwilę potem.
Kasia pragnęła być z Wielebnym po prostu szczęśliwa. Wierzyła, że choćby nie wiem co, uda się spełnić te najskrytsze marzenia. Zaczęliby przecież wszystko od nowa – taka gruba kreska, czysta kartka, jeszcze raz uzyskana od dobrego losu szansa. Dzieci pewnie też by się pojawiły. Tak bardzo chciała mieć z nim dwójkę, chłopca i dziewczynkę. Na kolejne też by się nie obraziła. Pragnęła potomstwa właśnie z tym konkretnym mężczyzną, pragnęła całym swoim młodym, głupim, tak beznadziejnie naiwnym sercem. Tak – z nim i tylko z nim, no bo przecież on jest inny, lepszy, doskonalszy.
Gdy w tamten wieczór, po kilku miesiącach tego przedziwnego związku, sekretnego, tajemniczego, tak bardzo przecież od początku całkowicie nonsensownego, słuchała jego ostrych jak brzytwa i zimnych, potwornie lodowatych słów, wiedziała już, że wcale nie różnił się od całej nędznej reszty mężczyzn, których do tej pory znała i o których słyszała. Wielebny był dokładnie taki sam, a może nawet jeszcze gorszy. Wtedy też właśnie poczuła po raz pierwszy ten dojmujący strach, który później miał paradoksalnie wyzwolić w niej ukryte, choć zawsze obecne pokłady niedającej się już nigdy złamać siły. Stało się to, co przecież od dawna było oczywiste. Do Kasi nagle dotarło z całą jaskrawością tej okrutnej, nagiej prawdy, że tamta tajemnicza przepowiednia dziadka sprzed tylu lat sprawdziła się. Mała dziewczynka stała się dorosłą kobietą. Zaufała, uwierzyła, chciała oraz pragnęła. Pokochała – pierwszy raz naprawdę i do końca. Teraz jednak, w tej jednej krótkiej, złej, okrutnej chwili, wszystko rozprysło się jak mydlana bańka, runęło, zawaliło niczym domek z kart.
Dziewczyna długo milczała, a potem zaczęła spazmatycznie płakać. Wrzesień dopiero się kończył. Jesień powoli dojrzewała, a przez półotwarte okno wpadał odległy ryk jeleni, które schodziły właśnie z gór, wieszcząc wczesną, mroźną, długą zimę. Księżyc znów przekwitał w pełni, to chowając się, to wypełzając zza chmur. Kasia wiedziała, że już nic nigdy nie będzie takie samo. Ktoś ją okradł, zabrał jej marzenia, skrzywdził, wykorzystał i cynicznie rzucił. Ktoś bardzo zły, pusty i bezduszny. Gdy Wielebny wreszcie wyszedł, właściwie tchórzliwie uciekł, wybiegł wręcz, jakby się paliło, powoli zaczęło docierać do niej to wszystko, co tak pewnie cedził przez swoje zaciśnięte w martwym półuśmiechu usta. Wtedy właśnie pierwszy raz w życiu naprawdę pękła. Złamał ją, ugodził skutecznie i dotkliwie, a nade wszystko zszargał to, co miała najcenniejszego. Po prostu zdeptał w niej celowo, dokładnie, z rozmysłem ową nieustępliwą dumę, ten góralski honor, tę odwieczną prawość serca, jednym słowem wszystko to, co chciała mu zupełnie bezinteresownie oddać, by go wspierać, wzmacniać, trzymać za dłoń w trudnych chwilach…
Kasia została sama. Chora matka spała twardo za ścianą. Teraz był już wreszcie koniec, definitywny i ostateczny, bez możliwości późniejszego powrotu. Ten smutny finał nie był przecież znowu aż tak bardzo zaskakujący. To wszystko można było przecież dość logicznie przewidzieć – kiedyś, u samego początku nawet, te kilkanaście bolących teraz świeżą raną, bezsensownych już dzisiaj i straconych na zawsze tygodni temu. Czemu nie pochyliła się głębiej nad słowami dziadka? Czemu? No czemu? Tak, pełnia i ryczące jelenie to zły omen, owszem. Teraz już wiedziała, była pewna, rozumiała. Czasu cofnąć się jednak nie dało i właśnie to było chyba ostatecznie najgorsze. Naiwność wydawała się tylko ślepą pieśnią nadziei, której przedwcześnie obcięto skrzydła.
Wielebny po wyjściu od Kasi, po galopie przez niewielki przedpokój, po owym junackim, ułańskim wręcz cwale w kierunku furtki i następnie zdyszanym biegu skąpaną w mdłym świetle latarni ulicą, podczas którego nie obejrzał się za siebie ani jeden raz, dotarł w końcu szczęśliwie na pustą oraz ciemną plebanię. Proboszcza nie było, jak zawsze zresztą. Pewnie pojechał do któregoś ze znajomych księży na małą partię pokera i kieliszek albo nawet dwa jakiegoś, bynajmniej nie taniego oczywiście, markowego koniaku. Wróci prawdopodobnie najwcześniej przed północą. Diakon znał aż za dobrze ten powtarzalny, ograny niemal do znudzenia schemat. W eklezjalnym świecie wszystko było zastałe, monochromatyczne, odarte z najzwyklejszego życia i wszelakiej, takiej zupełnie prozaicznej przecież spontaniczności. Zawsze tak samo – wczoraj, dzisiaj, jutro. Żadnej wysublimowanej poetyki, najprostszej nawet pasji, inspirującej intelektualnie odmiany. Nic, po prostu nic, absolutnie nic, wciąż i wciąż nic.
Kolacji szanowny diakon nie jadł, choć odczuwał lekki głód. Gospodyni, kobieta grubo już po sześćdziesiątce, której mąż zmarł jakieś cztery lata temu, a jedyny syn wyjechał do Niemiec, gdzie założył małą firmę budowlaną, a chwilę później także rodzinę, przychodziła wcześnie rano, szykowała obfite, zawsze takie samo śniadanie, a potem suty, dwudaniowy obiad. Późnym popołudniem myła wszystkie naczynia i zostawiając perfekcyjny porządek, szła do swojego domu położonego na uboczu, nieopodal lasu oraz głębokiego, płynącego niezmiennie od tylu już pokoleń strumienia, który po każdej burzy szumiał dzikim echem tego, co odeszło, co nie wróci nigdy, co zgasło przecież na zawsze. Następnie włączała telewizor i starała się możliwie jak najszybciej zapomnieć o wszystkim, co widziała oraz słyszała na plebani. Dyskrecja była bez wątpienia jej największą zaletą. Nie gotowała może za dobrze, to fakt, ale umiała za to nie dostrzegać pewnych spraw. W odpowiedniej chwili ulatniała się sprawnie i szybko, a jeśli akurat nie mogła tego zrobić, udawała, że jej nie ma, stając się przy tym niemal przeźroczystą.
Wieczorami plebańska kuchnia była pusta. Jeśli proboszcz akurat znajdował się w domu, odgrzewał na kolację to, co pozostało z obiadu, i jadł ze swoim podwładnym szybko, w całkowitym prawie milczeniu, wymieniając ze sobą jedynie zdawkowe, służbowe komunikaty, z których ostatecznie nigdy nic istotnego nie wynikało.
– Jutro zastąpi mnie ksiądz w kancelarii, a o czternastej jest pogrzeb. Ja odprawię mszę, ale to ksiądz pofatyguje się na cmentarz i pochowa. Proszę też pamiętać, że w środę zaraz po katechezie będzie spotkanie z ministrantami. Poprowadzi je ksiądz, mnie nie będzie cały dzień. – Słowa bezpośredniego przełożonego były dla Wielebnego niemalże rozkazami, z którymi doprawdy nie można było w żaden sposób polemizować.
W Kościele wszelka dyskusja nie miała żadnego sensu, a wszystko ostatecznie sprowadzało się do bezmyślnego wykonywania obowiązków wyższej instancji. Ten stan rzeczy szanowny diakon oczywiście w pełni akceptował, a nadrzędną siłą, która zmuszała go do sztucznej pokory, była oczywiście przemożna chęć zrobienia oszałamiającej kariery.
Wielebny po spełnieniu wszystkich obowiązków szedł zazwyczaj do Kasi. Pewnego razu, gdy proboszcz wspaniałomyślnie dał mu wolne, a Kasia wzięła urlop na żądanie, zabrał ją do pewnego miasta. Przeszli się po rynku, zjedli obiad w najzwyklejszej restauracji, wstąpili nawet do jakiegoś sklepu, gdzie Kasia kupiła sobie czerwone szpilki i pasującą do nich bieliznę – koronkową, prześwitującą, zmysłową. Na koniec poszli jeszcze do kina. Większość wspólnego czasu spędzali jednak u niej, bardzo szybko wypracowując w tej kwestii pewien stały schemat. Najpierw Wielebny połykał łapczywie wszystko to, co przygotowała i z zalotną gracją podawała na stół, patrząc na niego swoimi bezprzytomnie zakochanymi oczami. Umiała gotować, nie dało się tego ukryć. Specjalnością Kasi pozostawały jednak ciasta. W ich pieczeniu była podobno – opinie okolicznych gospodyń zdawały się w tej materii wyjątkowo zgodne i klarowne – absolutną mistrzynią. Tej trudnej sztuki nauczyła ją matka, która z kolei przejęła wszystkie sekrety od swojej stryjecznej ciotki, kobiety o pożłobionej setkami zmarszczek twarzy, zawsze jednak spokojnej i pogodnej pomimo wyjątkowo ciężkiego życia, no bo przecież męża raptem dziesięć lat po ślubie przygniotło śmiertelnie w lesie drzewo, w konsekwencji czego została sama z trójką małych dzieci na wielkim, choć zawsze biednym gospodarstwie.
