Wdowa - Helene Flood - ebook + książka

Wdowa ebook

Helene Flood

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

JEŚLI NIE MOŻNA UFAĆ SWOJEJ PAMIĘCI, TO NIE MOŻNA UFAĆ NICZEMU. NAWET TEMU, CO WIDZIAŁO SIĘ NA WŁASNE OCZY.

Wielki, pogrążony w cieniu dom na szczycie wzgórza od początku wydawał się Evy obcy – jakby tylko udawał, że do niej należy.

Rodzice Erlinga dopilnowali wszystkiego: dom miał na zawsze pozostać wyłącznie jego własnością, a ich stare meble – ciężkie, milczące, pełne wspomnień – miały trwać nienaruszone, nawet po ich śmierci.

Teraz Erling też nie żyje. Oficjalnie: zawał serca podczas jazdy na rowerze. Nagły. Cichy. Nieoficjalnie: coś się nie zgadza. W jego organizmie nie było śladu leków, które brał codziennie.

Evy nie jest niczego pewna. Jej pamięć rozpada się na fragmenty, czas się rozmywa, a umysł spowija mgła. Dorosłe dzieci rozmawiają o niej szeptem, jakby nie potrafiła zaopiekować się sama sobą ani odróżnić rzeczywistości od urojeń.

Jak ma im powiedzieć, że nie czuje się tu bezpiecznie? Dom wysyła jej kolejne sygnały, których nie sposób zignorować. Znikające przedmioty. Uchylone drzwi. Ślady czyjejś obecności.

Evy widzi więcej, ale czy na pewno może ufać samej sobie?

Autorka bestsellerowej „Psychoterapeutki” powraca z klaustrofobicznym thrillerem o mechanizmach manipulacji i pułapce zawodnej pamięci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 317

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Enken

 

Tłumaczenie: Ewa M. Bilińska

Redakcja: Hanna Trubicka

Korekta: Sylwia Zalewska, Ewa Gładysz-Jeż

Projekt okładki: Tomek Majewski

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktorka prowadząca: Maria Gładysz

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright © Helene Flood, 2026

Copyright © for the Polish translation by Ewa M. Bilińska, Art of Translation, 2026

Copyright © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

First published by H. Aschehoug & Co. (W. Nygaard), Oslo 2023

Published in agreement with Oslo Literary Agency and Book/Lab Literary Agency, Poland.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

 

ISBN: 978-83-8380-570-2

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 

Ale linia podziału między dobrem a złem przecina serce każdego człowieka. A kto gotów jest odciąć kawałek własnego serca?[1]

 

Aleksander Sołżenicyn

 
 

Fuck you, I won’t do what you tell me[2].

 

Rage Against the Machine

 
 
Dwadzieścia pięć dni później

Tuż przed ich przyjściem zapalam wszystkie świece. Te stojące na stole, na kredensie i na półce. Dokładam wszelkich starań, żeby było tak, jak chcę. W końcu mam zamiar coś im pokazać za pomocą tego otwartego ognia w jasny czerwcowy wieczór. Może to, że się nie boję.

Czy to prawda? Płomienie świec migocą na stole. Słyszę, jak za moimi plecami tyka zegar dziadka, wydając powolne westchnienia. Tak, chyba tak. Owszem, jestem spięta. To fakt. Może lekko zdenerwowana. Ale przede wszystkim gotowa.

 

Na dworze jest pochmurno, mgliście. Otwieram podwójne drzwi prowadzące na korytarz i natychmiast uderza mnie w nozdrza zapach spalenizny. Jest kwaśny i nieprzyjemny, smrodliwa mieszanka gorzkiego popiołu i zepsutego mleka. Typowy odór, jaki zostawiają po sobie płomienie. Nic innego nie wydziela takiej woni. Smród kręci w nosie, tego zapachu nigdy się nie zapomina.

Poręcz wzdłuż schodów jest miejscami sczerniała, panele na ścianie uszkodzone. Drzwi do gabinetu Erlinga są nieco uchylone. W środku wszystko uległo zniszczeniu. Mijam drzwi, nie zaglądając do środka.

 

Z okna w korytarzu mam widok na drogę. W zasadzie mogę przyglądać się stąd całemu sąsiedztwu, widzę wszystko aż po fiord migoczący w dole. Morze, które zazwyczaj da się dojrzeć przez korony drzew, dziś wieczorem spowite jest mgłą. Ale to nie ma znaczenia. Wpatruję się w drogę. Szukam wzrokiem samochodów, które się zatrzymują. Przednich reflektorów zbliżających się do mojego domu.

Przyjadą. Już są w drodze, zaraz tu będą. A ja się nie boję. Jestem gotowa.

 
 
Cztery dni później

W uszach dźwięczy mi echo, chociaż panuje kompletna cisza. Zupełnie jakby ktoś wyłączył głośnik godzinami ryczący na pełen regulator, a jego dźwięk jeszcze wisiał w powietrzu. Siedzę na sofie i wsłuchuję się w odgłos, którego nie ma. Ręce mi się trzęsą. Mam ochotę wziąć coś na uspokojenie, ale trzymam się w ryzach. Siedzę tutaj i słucham jedynego dźwięku, który faktycznie słychać w domu: tykania zegara dziadka w salonie.

Zalecono mi, abym nie przebywała w samotności. Nie zostało to powiedziane wprost. Przynajmniej mnie się tak wydaje, muszę jednak przyznać, że łatwo wyłączam się z każdej konwersacji. Lekarka, która rozmawiała z nami w szpitalu Tamtego Dnia, poprosiła mnie, bym poświęciła jej chwilę, i niewiele pamiętam z tego, co mi powiedziała. Miała może z pięćdziesiąt lat i już widoczne te linie po bokach ust, te zagłębienia w skórze, które utrwaliły się przez kolejne dziesięciolecia uśmiechania się, śmiania, zrzędzenia i krzyków. Przyglądałam się im, zastanawiając się jednocześnie, kiedy powstały moje zmarszczki. Czy byłam starsza, czy młodsza od niej? Nie zauważyłam momentu, w którym się pojawiły. A gdy już były, miałam wrażenie, że są tam od zawsze. O tym właśnie myślałam, kiedy lekarka do mnie mówiła. Specjalnie zarezerwowała w swoim pełnym zajęć dniu czas na rozmowę ze mną. Należy przyjąć, że chciała powiedzieć mi coś ważnego.

To moje dzieci podjęły decyzję, że nie powinnam być sama. Podsłuchałam, jak moje córki o tym rozmawiały. Któregoś z ostatnich dni, wczoraj albo może przedwczoraj. Były w gabinecie Erlinga, a ja stałam w korytarzu i słuchałam. Mówiła Hanne, z wyraźnym naciskiem w głosie, Hanne zawsze najwięcej mówi.

– To akurat będzie ciężka praca – powiedziała. – Tata miał ich chyba z pięć pełnych kartonów.

Silje nie odpowiedziała. A może to tylko ja nie usłyszałam odpowiedzi. Hanne mówiła o wszystkich jego rzeczach. Zrozumiałam, że czuje się za nie odpowiedzialna. Chce zadbać o to, aby ktoś się nimi zaopiekował, posortował je, a może nawet wyrzucił. To była dla mnie nowość. Rzeczy Erlinga znajdują się w każdym miejscu tego domu i dlaczego miałoby być inaczej? To nasz dom.

A teraz trzeba mnie pilnować, stwierdziła Hanne. Silje wydała z siebie odgłos oznaczający zgodę. Hanne kontynuowała: to musi być dla mamy okropne, nie powinna być teraz sama. Ach tak, pomyślałam, nie powinnam? Zawsze lubiłam być sama.

 

Drzwi były uchylone, więc zajrzałam do środka. Dziewczęta stały obok biurka, przeglądając jakieś papiery. Otwarty kalendarz Erlinga leżał na blacie. Zapewne pełno w nim było zaplanowanych spotkań, z których nic już nie wyjdzie. Moje córki były zwrócone plecami w stronę korytarza, gdzie stałam, żadna z nich mnie nie zauważyła.

 

Dzisiaj ma zjawić się Bård. Dzwonił jakiś czas temu i powiedział, że jest w drodze. Musiał tylko zajechać na chwilę do klienta, nie zapamiętałam miejsca, może w Drammen, a może w Tønsberg? Znów przydarzyła mi się jedna z tych chwil, kiedy całkowicie wyłączyłam się z rozmowy. W ostatnich dniach miało to miejsce kilka razy. Czy to z powodu tego, co się stało, czy to jakiś efekt uboczny szoku? Do tej pory życie oszczędzało mi wielkich nieszczęść, ale przecież wiele lat temu straciłam ojca. No i słyszy się różne rzeczy. O innych ludziach. O ich utratach. Czy ktoś o tym wspomniał? O tym braku zdolności skupienia się na rozmowie? O tym, że uwaga po prostu odpływa, zawiesza się dosłownie na czymkolwiek, na pierwszej rzeczy, jaką napotka wzrok. Jakby mózg nie był już w stanie ustanawiać priorytetów.

 

Na zewnątrz widać pustą werandę. Kiedy zamykam oczy, widzę przebłyski z Tamtego Dnia: Maria Berger biegnie pod górę ulicą Nordheimbakken i mnie woła. Plastikowy pasek pod brodą Erlinga podtrzymujący kask rowerowy, wąskie białka oczu widoczne spod uchylonych powiek. Dłoń z obrączką, znana mi tak dobrze jak własna, leżąca na asfalcie. Zaskakująco niewygodne krzesła w szpitalnej poczekalni, stukot obcasów nadbiegającej korytarzem Hanne. Zmarszczki wokół ust lekarki. Piosenka, którą puścili w radiu, kiedy Bård odwoził mnie później do domu, oh, baby, baby, it’s a wild world. Wejście w pojedynkę do tego domu. To, że nie wzięłam tabletki nasennej, bo co by było, gdyby Erling jednak wrócił, nie mogłabym wtedy spać, musiałabym otworzyć mu drzwi. Ale wiedziałam przecież, że nie przyjdzie. Jeszcze całkiem nie zwariowałam. Nie ma go już, całe ciało mi drży, wyłamuję sobie palce:

Erling nie żyje.

Przecież to wiem. Wtedy też wiedziałam. A jednak leżałam tam sama w łóżku i myślałam: jeśli wróci do domu, usłyszę go.

 

Przy ścianie w jadalni dostrzegam końcówkę bukietu owiniętego w szary papier.

Kiedy go tam położyłam? Czy mogło to być tuż przed tym, zanim usiadłam? Nie wiem, nie jestem pewna, jak długo tu siedzę. Bukiet wisiał na drzwiach wejściowych, gdy wróciłam dzisiaj ze sklepu. Nic z nim nie zrobiłam. Nawet go nie odpakowałam, żeby zobaczyć, od kogo jest. Przez dłuższy czas po prostu siedziałam przy stole i wpatrywałam się w niego.

Jest coś niezwykłego we wszystkim, czego się od człowieka wymaga, pomyślałam, we wszystkich tych obowiązkach, które towarzyszą otrzymanym kwiatom. Najpierw trzeba je rozpakować, wyrzucić papier, przyciąć łodygi, wyciągnąć wazon gdzieś z głębi szafki, napełnić go wodą i wsypać odżywkę do kwiatów. Potem rośliny wymagają pielęgnacji: trzeba wymieniać im wodę, usuwać przekwitłe łodygi, a pozostałe odpowiednio aranżować. Na końcu i tak wszystkie oczywiście umrą i wtedy trzeba cały ten kram wyrzucić, wazon umyć i osuszyć, wynieść śmieci. Co za pomysł: twój mąż umiera, a ty dostajesz dwadzieścia sztuk odciętych od korzeni roślin, a więc praktycznie stojących nad grobem; teraz to twoje zadanie, żeby się nimi opiekować, zrobić wszystko, by opóźnić nieuniknione, aż w końcu musisz przyznać się do swojej bezradności, gdy usychają i umierają. Jednocześnie to przecież tylko zwyczaj i może nie ma sensu zbyt wiele o tym myśleć. Erling cenił zdrowy rozsądek. „Ona jest rozsądną kobietą” – potrafił o kimś powiedzieć albo uznać, że ktoś „zachował się rozsądnie”. To był z jego strony najwspanialszy komplement. Brak rozsądku spotykał się z jego najwyższym potępieniem.

Zegar dziadka wybija pełną godzinę. Następnie odgłos tykania przybiera na sile, tik-tak, to puls tego domu. Siedzę na kanapie i patrzę na czubek owiniętego w papier bukietu. Rozsądna kobieta by go rozpakowała. W myślach zostawiam go tam, gdzie stoi, oparty o ścianę w salonie, odwracam się, idę na górę, do łazienki i otwieram apteczkę. Wyjmuję firmowe pudełko z nazwą leku oraz etykietą z moim imieniem i nazwiskiem wydrukowanymi schludnymi czarnymi literami: „Evy Krogh, na bezsenność i niepokój”. Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz go brałam?

Jednak to, co czuję, to nie jest niepokój. Nie wiem, co to jest. Chciałabym tylko, żeby to wszystko mnie nie dotyczyło.

 

Dziś rano w moich drzwiach stanął młody mężczyzna z organizacji ekologicznej. Złożył kondolencje, przyniósł roślinę. „Boże, to tragiczne”, powiedział, po czym się poprawił: „A na pewno bardzo smutne”. Myślałam później o tej poprawce. Erling ma sześćdziesiąt osiem lat. Miał. Prawdopodobnie był znacznie starszy niż rodzice tego chłopca. Nie powiedziałam nic na ten temat. Przynajmniej roślina, którą przyniósł, była w doniczce.

Wczoraj przyszła Synne. Olav był tutaj już dzień po tym, jak to się stało, podobnie jak siostra Erlinga, która wyrwała się na chwilę z Bergen. Siedzę tutaj, próbując ich wszystkich policzyć. Erling i ja żyliśmy dość spokojnie. Nieczęsto mieliśmy gości. Zwykle byliśmy tylko we dwoje, a ostatnie dni były istnym szaleństwem.

 

Przenikliwy dźwięk przeszywa pokój. Dzwonek do drzwi jest jak alarm przeciwlotniczy, tnie powietrze, domaga się natychmiastowego działania. Jest tu od zawsze, odkąd przejęliśmy dom po rodzicach Erlinga. Prawdopodobnie zainstalował go teść, to byłoby do niego podobne. Nie ma w tym dźwięku nic zapraszającego, on każe się niezwłocznie zmobilizować i niezmiennie nienawidziłam jego przenikliwości przez całe trzydzieści kilka lat mieszkania w tym domu. Ale teraz daje mi poczucie bezpieczeństwa. Wstawaj, mówi, a moje nogi, nad którymi w tej chwili nie mam pełnej kontroli, są mu posłuszne.

 

– Mamo! – woła Bård.

Najwyraźniej nie dość szybko dotarłam do drzwi i wszedł sam. Nie zdjął butów. Tak samo robił, kiedy był dzieckiem, zapominał się i wchodził do domu w butach. Aż mnie ściska w sercu, gdy to widzę.

Teraz jest wyższy ode mnie. I nie jest już wcale młodzieńcem. Przytula mnie i zauważam wtedy, że włosy przerzedziły mu się z tyłu głowy, że wypadają mu jego jasnobrązowe loki. Ma taki sam kolor włosów, jaki ja miałam w młodości, ten sam odcień mają włosy Hanne, ale jego czupryna już siwieje. Hanne zachowała swój naturalny kolor, prawdopodobnie dzięki koszmarnie drogim zabiegom fryzjerskim. Bård pachnie autem i kawą, jest ubrany w dobrze skrojoną jasnoniebieską koszulę. Wypuszczam go z objęć i przyglądam się mu. Skórę ma poszarzałą, a kąciki oczu mu drżą.

– Jak się czujesz? – pyta mnie, a ja nic nie wspominam o butach.

– No cóż – odpowiadam. – A jak ty?

Przesuwa dłonią po czole. Jakby chciał odpędzić zmęczenie. Uśmiecha się słabo.

– No cóż.

 

Bård jest moim pierworodnym dzieckiem. Przyszedł na świat w roku, w którym skończyłam dwadzieścia trzy lata, był czerwonym i wierzgającym noworodkiem. Potem stał się wrażliwym, nieśmiałym chłopcem. Zazwyczaj pogodnym, ale sprowokowany potrafił wpaść w złość. Nie powinno się faworyzować żadnego ze swoich dzieci i naprawdę kocham je wszystkie jednakowo. Ale Bård jest mi najbliższy. Rozumiem go lepiej niż dziewczynki. Czuję też do niego szczególny rodzaj dobroci. Jemy posiłek w milczeniu. Zauważam, że zapomniałam położyć podkładki pod talerze. Stary mahoniowy stół w jadalni należał do rodziców Erlinga, jest cały porysowany. Odstawiam bezpośrednio na blat zatłuszczone pudełko z kurczakiem z woka przywiezionym przez syna.

Bård patrzy przed siebie nieobecnym wzrokiem, jest gdzieś daleko. Czy myśli o swoim ojcu? Czy ten świeży ból w nim pulsuje? Ale nie, to nie to. A przynajmniej nie tylko to. Przychodzi mi do głowy, że myślami jest cały czas w pracy i analizuje ostatnie spotkanie.

Podnosi wzrok, dostrzega, że go obserwuję. Uśmiecha się. Jest przystojny ten mój syn. Wyrósł na szczupłego mężczyznę, ma regularne, równe rysy.

– Co dzisiaj robiłaś, mamo? – pyta.

– Nic – mówię. – Siedziałam tutaj.

Jest zaskoczony. Sam pewnie nie pamięta, kiedy ostatnio miał dzień, w którym nie musiał nic robić. On i jego żona mieszkają w starym domu, cały czas remontowanym, i mają dwóch synów, którzy uprawiają wszelkiego rodzaju sporty. Każdy weekend spędzają na zawodach, meczach lub biegach, sprzedają gofry, smarują narty i kibicują drużynie, a gdy tego nie robią, malują listwy albo pracują w ogrodzie.

– Cały dzień?

– A co innego miałabym robić? – pytam.

Zastanawia się przez chwilę. Potem na jego ustach pojawia się lekki uśmiech.

– W sumie masz rację.

Przysuwa sobie pudełko z jedzeniem na wynos, tak że na lśniącej powierzchni stołu widoczna jest tłusta plama, i pyta o pakunek owinięty szarym papierem, postawiony przy kredensie.

– Przyszły jakieś kwiaty, ktoś je dostarczył pod drzwi – mówię. – Nie zdążyłam ich rozpakować.

– Nie zdążyłaś?

Marszczy czoło, uśmiech znika.

– Mogę to zrobić – proponuje.

 

Nożyczki leżą w gabinecie. Ogromne biurko należało do ojca Erlinga, profesora prawa z doktoratem i zarazem sędziego sądu najwyższego, pana Krogha. Jest masywne, z ciemnego dębu, zdobione wymyślnymi ornamentami zbierającymi kurz, który bardzo trudno jest usunąć. Nigdy go nie lubiłam. Po przejęciu domu, tej pomalowanej na brązowo willi stojącej na wzgórzu w dzielnicy Montebello, odziedziczyliśmy razem z nim mnóstwo mebli. Były po prostu w komplecie. Na regałach wzdłuż ścian stoją wszystkie książki Erlinga. Blat biurka jest pusty i przygotowany do pracy.

Jednak coś się tutaj zmieniło. Czy na pewno? Nie potrafię nazwać, o co chodzi. Gładka powierzchnia biurka, wysoki fotel za nim. Chwytam nożyczki z pojemnika na ołówki. W progu odwracam się i rozglądam. Tak, coś tutaj się nie zgadza.

Może to normalne. W końcu jego brakuje, może po prostu o to chodzi.

 

– Proszę – mówi Bård po zdjęciu z bukietu pierwszej warstwy papieru i podaje mi kartkę.

Koperta jest śnieżnobiała i czysta, nieskalana, bilecik w środku został wykonany z ozdobnego kremowego papieru z fakturą. „Droga Evy – zaczynam czytać – składam wyrazy szczerego współczucia z powodu twojej straty. Erling był moim drogim przyjacielem, tak jak i ty. Z wyrazami szacunku, Edvard Weimer”.

Pod szarym papierem jest folia. Bård wzdycha, tyle tego opakowania. Nie odpowiadam. Odczytuję bilecik jeszcze raz. „Drogi przyjaciel”.

– Jak można owijać jeden prosty bukiet w tyle warstw – mamrocze Bård. – Tata by z tym oszalał.

Tak jak i ty.

Z folii wyłania się bukiet składający się z dwudziestu długich białych róż. Pamiętam zasadę mamy dotyczącą znaczenia kolorów róż. Czerwień jest dla serca, żółć dla przyjaciela. Biały oznacza... Nie pamiętam. Minęły dziesięciolecia od ostatniej rozmowy z Edvardem Weimerem, ale coś mi mówi, że to człowiek, który zna takie zasady.

– Od kogo są? – pyta Bård.

– Od człowieka o imieniu Edvard – stwierdzam. – Był dawnym przyjacielem taty.

Bård zerka na kartkę i marszczy czoło.

– Nigdy o nim nie słyszałem.

 

Tego wieczoru również nie biorę tabletki nasennej. W związku z tym leżę, nie mogąc zasnąć, i wiercę się w łóżku. Około drugiej wstaję i schodzę na parter.

W korytarzu jest ciemno. Wszystko, co widzę, to słabe światło z zewnątrz, które wpada do gabinetu Erlinga i przesącza się tutaj przez otwarte drzwi. Stoję w cieniu. Boso podchodzę do uchylonych drzwi, zaglądam do środka.

Coś jest tutaj nie tak. Coś zostało przesunięte. Coś, co powinno tu być, zniknęło.

Tylko co? Rzeczy się często przestawia, to zupełnie normalne. Noc mąci mi myśli. Ciemność, cisza nadają otoczeniu inne znaczenie. Drobiazgi stają się ostrzeżeniami, mało ważne rzeczy – złowieszczymi omenami. Powinnam wrócić na górę, powinnam się położyć, pospać chociaż parę godzin.

Mimo to stoję dalej. Liczę sekundy, rozglądam się.

 
 
Pięć dni później

Kiedy otwieram drzwi wejściowe, stoją na ganku – mężczyzna i kobieta. Mężczyzna jest wysoki, szczupły. Pod nosem ma bujny wąs. Nigdy nie lubiłam brody ani wąsów, mam to po matce, która uważała, że owłosienie na twarzy jest nieprzyzwoite. Kobieta obok niego ma skórzaną kurtkę i kasztanowe włosy zebrane w koński ogon. Wysoki wąsacz jest ubrany w dżinsy i kurtkę przeciwdeszczową. Wszystko wskazuje na to, że to on zadzwonił do drzwi.

– Krogh? – pyta. – Evy Krogh?

– Tak, to ja.

– Moje nazwisko Gundersen, jestem z policji. To moja koleżanka, Ingvild Fredly. Nasze kondolencje z powodu niedawnej śmierci pani męża.

Kiwam głową. Nie wiem, co miałabym na to odpowiedzieć.

– Mamy w związku z tym kilka pytań – mówi. – Czy możemy wejść?

 

Mężczyzna, który nazywa siebie Gundersenem, wkracza do mojego salonu, wydaje się w nim wielki jak góra. Erling też był wysoki, ale z wiekiem ramiona nieco mu opadły. Ramiona Gundersena są bezczelnie proste, a całe ciało lekko pochylone do przodu, jakby nie mógł się doczekać następnej chwili. Mam wrażenie, że jest szybki, że już nas wyprzedził.

– Czy nie ma pani nic przeciwko, żebym się trochę rozejrzała? – pyta Ingvild Fredly.

Patrzę na nią skonfundowana. Czy nie mam nic przeciwko? Nie chcę, żeby grzebała w naszych rzeczach, naprawdę nie chcę, ale przecież nie odmawia się policji. Zwłaszcza gdy pochodzi się z porządnego domu i zostało się wychowanym przez szanujących autorytety rodziców, którzy wypełniali swoje obowiązki, płacili podatki, a ich największe wykroczenie to mandat za przekroczenie prędkości.

– Proszę – mówię.

Ma wyraziste rysy, szerokie brwi, mocno zarysowany podbródek. Ale jej oczy emanują życzliwością.

Zapraszam ich do korytarza. Otwieram ciężkie, podwójne drzwi, które są tu, odkąd pamiętam. Domyślam się, że to był pomysł teściowej. Kiedy są zamknięte, jak zawsze, oddzielają udostępnioną gościom część domu od tej prywatnej: górnego piętra z sypialniami, gabinetu, drzwi do piwnicy. Zanim się tu wprowadziliśmy, uważałam to rozwiązanie za staroświeckie, ale w którymś momencie zaczęłam to postrzegać podobnie jak ona.

Kiedy mamy gości, nawet jeśli są to tylko nasze dzieci, zamykamy podwójne drzwi. To, co jest za nimi, należy do mnie i Erlinga. Jednak w ciągu ostatnich kilku dni wszystko się zmieniło, moje córki bez wahania wchodzą przez podwójne drzwi do gabinetu. Wpuszczam też Fredly. Patrząc, jak policjantka zmierza w stronę schodów, myślę, że może to przestarzały pogląd, że coś jest prywatne i powinno pozostać niedostępne dla obcych.

Gdy wracam, Gundersen stoi i się rozgląda.

– Czy jest jakieś miejsce, gdzie możemy usiąść? – pyta.

Opiera teraz ciężar ciała na piętach, obserwuje. Może sprawiać wrażenie, że się zastanawia, ale widzę jego wzrok, który błyskawicznie przeskakuje z miejsca na miejsce, nic nie umyka jego uwadze.

 

Siadamy w salonie. Wybieram sofę, a on fotel. Opiera łokcie na kolanach i pochyla się do przodu.

– A zatem – mówi – pewnie zastanawia się pani, dlaczego tu jesteśmy.

Kiwam głową.

– Jak pani wie, ciało pani męża zostało poddane autopsji.

Czy rzeczywiście? Lekarka z twarzą naznaczoną zmarszczkami uśmiechu. Rzeczy, które mówiła, a których nie słuchałam. Moje dłonie ułożone na udach drżą lekko, więc chowam je między kolanami. Policjant najwyraźniej zauważa moje wahanie, bo przerzuca papiery, wspomina coś o informacjach, które powinnam była otrzymać w szpitalu.

– To było tego samego dnia – wyjaśniam – i pewnych rzeczy po prostu nie pamiętam.

– To zrozumiałe.

W jego oczach widać współczucie, ale nie jest ono przesadne i to mi się podoba. Teraz dostrzegam, że on również ma życzliwe spojrzenie.

– Tak się składa, że wykryto pewne nieprawidłowości. Pomyśleliśmy, że warto to sprawdzić.

Ponownie przegląda papiery.

– Z dokumentacji szpitalnej wynika, że Erling regularnie przyjmował kilka leków – nasercowych i tym podobnych. Czy to prawda?

– Tak – odpowiadam. – Codziennie brał lekarstwa.

Gundersen wymienia ich nazwy: digoksyna, metoprolol, simwastatyna, a potem kolejne, przepisane przez lekarza po problemach z sercem kilka lat temu. Kiwam posłusznie głową. Znam te nazwy, bo odczytywałam je na pudełkach i fiolkach stojących w szafce w łazience, ale nie pamiętam, co, kiedy i w jakim celu zostało przepisane.

– To, co zaskoczyło patologa – mówi Gundersen – to fakt, że w ciele nie było żadnych śladów tych leków.

Mam wrażenie, że jego słowa docierają do mnie tylko częściowo. Znowu to uczucie, jakbym godzinami słuchała ogłuszającej muzyki i ktoś właśnie ją wyłączył.

– Wygląda więc na to, że Erling nie brał przepisanych mu tabletek – stwierdza policjant. – I to od tygodni.

– To bardzo dziwne.

– Nie powiedział nic o zaprzestaniu leczenia? Bał się skutków ubocznych, a może zamiast tego zaczął ćwiczyć? Zdrowo się odżywiać, chodzić do homeopaty, coś w tym stylu?

Chichoczę. Ta reakcja jest nie na miejscu, zaskakuje zarówno mnie samą, jak i policjanta.

– Nie zna pan Erlinga – stwierdzam. – Jeśli lekarka kazała mu coś robić, to Erling to robił. Gdyby poleciła mu przebiec maraton w przyszłym sezonie, od razu zacząłby trenować. A do tego gardził medycyną alternatywną.

Gundersen się uśmiecha.

– Znam ten typ – odpowiada. – Tym bardziej jest to dziwne. Wie pani może, gdzie trzymał swoje lekarstwa?

– Oczywiście. W apteczce w łazience na piętrze.

Wyobrażam sobie ręce Fredly grzebiące w tej szafce. I opakowanie mojego własnego leku, „na bezsenność i niepokój”.

– W porządku – mówi Gundersen, ale nie rusza się z miejsca.

Zamiast tego pochyla się do przodu, opiera ręce na udach i patrzy na mnie.

– Ale jak pani to rozumie, Evy? Erling co do joty stosuje się do zaleceń lekarki, która przepisała mu zarówno leki nasercowe, jak i obniżające poziom cholesterolu, a mimo to w jego organizmie nie znajdujemy żadnego śladu tych medykamentów.

– Nie mam pojęcia – odpowiadam. – Nie wiem, jak można to wytłumaczyć.

Słyszę własny głos, jakby był echem. Jestem taka senna, taka ospała, mimo że nie brałam wczoraj żadnych tabletek. Jakbym obserwowała nas oboje z daleka. Jakby nic z tego naprawdę mnie nie dotyczyło. Albo jakby to był sen. Erling nie żyje, a teraz w naszym salonie siedzi policjant.

– Gundersen! – krzyczy policjantka z góry.

– Chwileczkę – odpowiada jej i wstaje.

Zegar dziadka wolno odmierza sekundy do jego powrotu. Naliczyłam ich dwieście siedemdziesiąt dziewięć.

– W szafce w łazience nie ma pudełek z tabletkami – informuje mnie po powrocie.

– Tam je trzyma – stwierdzam. – Obok lustra, w szafce wiszącej na ścianie.

– Przeszukaliśmy półki – mówi. – Są tam zwykłe środki przeciwbólowe, dwa opakowania z pani imieniem i nazwiskiem oraz pojemniczek z kapsułkami tranu. Nic, co należałoby do Erlinga.

A ja wciąż jestem daleko, jakbym patrzyła na nas oboje przez niewłaściwy koniec lornetki. Czuję nieprzyjemny ucisk za uchem: przecież widziałam tam ostatnio te pudełka z tabletkami?

 

Upłynęły może trzy lata, odkąd dostał swoją pierwszą receptę. Coraz częściej miewał zadyszkę, narzekał na to, a ja powiedziałam mu, żeby poszedł do lekarza. „E tam”, odparł. „Czy to naprawdę konieczne?” Minęło kilka tygodni. Poskarżyłam się Hanne, Hanne zatelefonowała do lekarki rodzinnej i zamówiła wizytę, a potem zadzwoniła do Erlinga i powiedziała mu, że ma wizytę w środę i że ma dopilnować tego terminu.

Lekarka go wysłuchała, zbadała i stwierdziła, że jest powód do niepokoju. Erling został wysłany do szpitala na badania, a po wypisie zjawił się w domu z receptami. W aptece odebrał dwa pudełka z tabletkami i fiolkę pigułek. Rozłożył je na porysowanym blacie stołu w salonie.

– Moja dzienna dawka. – Kiedy to mówił, był nieco blady. – Teraz będę na lekach do końca życia.

Patrzyliśmy na nie, na pudełka i na fiolkę. Erling spojrzał na mnie z tym swoim krzywym uśmiechem, który czasami pojawiał się na jego twarzy.

– Nikt nie będzie żył wiecznie, Evy.

Zamrugałam kilkakrotnie, poczułam dziwne poruszenie. Pomyślałam, że tak właśnie zaczyna się starość. Zdaje się, że tego dnia wypiłam do lunchu kieliszek wina, więc muszę zadać sobie pytanie: czy dokładnie tego wyrażenia użył? Leki do końca życia?

 

Gundersen siada z powrotem na fotelu. Mebel wydaje się dla niego trochę za niski, długie nogi wystają po obu stronach, kolana sterczą jak górskie szczyty.

– Jak wyglądało wasze małżeństwo? – pyta.

– Dobrze – odpowiadam.

Znów coś narasta mi w gardle, bo czyż to nie absurd? Jakaś część mnie myśli: Erling będzie bardzo zaskoczony, kiedy mu o tym opowiem. W chwili, gdy zdaję sobie sprawę, że tak się nie stanie, że już nigdy mu o niczym nie opowiem, coś ciężkiego kładzie się na mojej klatce piersiowej i ściska ją, zgniatając mi płuca. Na ułamek sekundy całkowicie tracę oddech. Moja tchawica jest pusta, gardło mam zesztywniałe i lodowate, ta strata, utrata Erlinga i wszystkiego, co znika razem z nim, przez chwilę nic nie widzę ani nie słyszę. Potem to uczucie znika, wzrok i słuch powracają, jak gdyby nic się nie stało. Wszystko dzieje się tak szybko, że policjant chyba tego nie zauważył.

– A co z waszym życiem rodzinnym? – pyta. – Macie dzieci, prawda?

– Tak – mówię. – Troje. Wszyscy są dorośli.

– I wszyscy są już w związkach, i mają własne dzieci?

– Dwoje najstarszych jest już w związkach i ma dzieci. Mam trzech wnuków.

– A jak dogaduje się pani ze swoimi dziećmi? Czy zdarzają się między wami kłótnie, napięcia albo coś w tym rodzaju?

– Nie.

– Niekoniecznie mam na myśli poważne konflikty, ale wie pani, takie zwykłe codzienne napięcia.

Odpowiadam mu powoli, nieobecna duchem:

– Nic takiego nie ma miejsca. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.

– Jasne – mówi Gundersen, kiwając głową. – Cóż, różne rzeczy się zdarzają. A jak z resztą rodziny?

– Tak samo. Moi teściowie nie żyją, szwagierka mieszka w Bergen. Od czasu do czasu widujemy się z moim bratem i jego rodziną. Moja mama mieszka w domu opieki, odwiedzam ją dwa razy w tygodniu.

Kiwa głową. W pamięci liczę: jak często jestem u mamy? Czy naprawdę każdego tygodnia?

– Kto ma dostęp do domu? – pyta.

– Dostęp?

– Mam na myśli, kto tu był. Powiedzmy w ciągu ostatnich czterech tygodni przed śmiercią Erlinga.

– Czterech tygodni? Niech pomyślę.

Mam wrażenie, że mój mózg jest jak kasza, wszystko dzieje się tam nieskończenie wolno.

– Ja i on. Może nasze dzieci. Chodzi mi o to, że nas odwiedzały. Tylko kiedy to mogło być?

Tak trudno to sobie przypomnieć. Czyżby ostatni raz przyszły do nas na ten wielkanocny obiad?

– Przepraszam – mówię zachrypniętym głosem. – Zazwyczaj taka nie jestem. To... coś w mojej głowie, co...

Odchrząkuję, ale brzmi to jak czkawka. Policjant siedzi w milczeniu, pozwala mi się pozbierać, a ja oddycham głęboko, wciągając powietrze aż do żołądka.

– Cała rodzina przyszła na obiad w Wielką Sobotę. Musiało to być jakieś trzy tygodnie temu. Pogoda była piękna, najpierw wypiliśmy drinka na werandzie, a następnie zjedliśmy pieczoną jagnięcinę w jadalni.

– Kogo zalicza pani do rodziny? Dzieci, zięciów lub synowe, wnuki?

– Przyszedł mój syn Bård i jego żona oraz ich dwóch synów. Hanne i jej mąż z pięciolatkiem. No i Silje, moja najmłodsza córka. Ponadto był tu Olav. Olav jest moim bratem. Była też jego żona, przywieźli ze sobą mamę, więc tak, cała nasza rodzina się spotkała.

Gundersen niczego nie notuje, ale widzę, że wszystko zauważa i zapisuje w pamięci.

– A kto tu był już po śmierci Erlinga? – pyta.

– Cóż. Dzieci. Olav i jego żona. Siostra Erlinga. Najbliższa rodzina, aha, i jeszcze była tu moja przyjaciółka Synne, mieszka niedaleko stąd, w Røa.

Zastanawiam się przez chwilę, a gdy policjant bierze oddech, by coś powiedzieć, dodaję:

– Jeszcze kierownik organizacji Zieloni Agenci. To dla niej Erling pracował do maja zeszłego roku, kiedy przeszedł na emeryturę. Był tutaj, niech pomyślę, chyba wczoraj. Jak on się nazywa? Chyba Kalle, ale nie, nie jestem pewna.

Gundersen unosi jedną brew. Szybko przegląda swoje dokumenty. Przypominam sobie młodego mężczyznę trzymającego roślinę w doniczce. Tragiczne, a na pewno bardzo smutne. Widzę oczyma wyobraźni, jak stoi, opierając się o framugę drzwi do gabinetu. Policjant robi notatkę na marginesie jednej z kartek i zamyka teczkę, zanim zdążę zobaczyć, co napisał.

– A poza tym? – pyta. – Kto jeszcze miał możliwość, żeby tu wejść? Powiedzmy wtedy, gdy byliście na spacerze. Zamykacie drzwi na klucz? Czy ktoś ma zapasowy?

Odpowiadam, że nasze dzieci mają własne klucze, a jeden zapasowy jest ukryty w garażu.

Nad nami słychać kroki. Pewnie policjantka ogląda teraz wszystkie rzeczy swoim profesjonalnym okiem. Przybory toaletowe Erlinga i moje też. Znajduje piżamę złożoną po jego stronie łóżka, do której odłożenia nie byłam w stanie się zmusić. Usychające rośliny. Zdjęcie na komodzie, dzieci jako maluchy: Silje na kolanach Hanne, Bård stojący za nimi z poważną miną. Kurz pokrywający ramkę. Rzeczy do prania, których nie tknęłam od zeszłego tygodnia. Może grzebie w szufladzie z bielizną, znajduje moje zapasowe opakowanie pigułek ukryte za majtkami i stanikami. Próbuje wyobrazić sobie nasze życie.

Teraz idzie korytarzem, słyszę jej kroki. Są rytmiczne, wybijają zadziwiająco równy takt.

– Jest jeszcze jedna sprawa – mówi Gundersen. – Dotarła do mnie informacja, że kilka miesięcy przed śmiercią Erling miał wypadek. Na rowerze?

– Co takiego? – pytam. – Aha, ma pan na myśli, wtedy, kiedy upadł? Cóż... Jechał na spotkanie z Zielonymi Agentami. Był już co prawda na emeryturze, ale nadal pojawiał się tam kilka razy w tygodniu. Wyjechał wtedy rowerem na Nordheimbakken, a potem zahamował, bo przypomniał sobie, że musi zabrać ze sobą jakieś dokumenty. Hamulce nie zadziałały, nie był w stanie się zatrzymać i wjechał do rowu. Nie odniósł żadnych obrażeń ani nic takiego, skończyło się na kilku zadrapaniach. To był łut szczęścia, że zatrzymał się w tym miejscu. Gdyby nie przypomniał sobie o tych dokumentach i pojechał dalej, prawdopodobnie nie zahamowałby aż do Husebybakken, a wtedy byłoby znacznie gorzej.

– Tak – stwierdza Gundersen. – Faktycznie miał szczęście. Czy udało mu się ustalić, co się stało?

– Nie mam pojęcia – odpowiadam. – Prawdopodobnie chodziło tylko o hamulce. Wie pan, to stary rower. Erling sam wszystko naprawiał. Czasami coś mu się nie udawało.

– Miał jakieś inne wypadki?

– Nie.

– A nie było czegoś ze zwarciem w lampie w pracy?

– Nie przypominam sobie. A on by mi na pewno o tym wspomniał.

Gundersen milczy. Bardzo powoli kiwa głową. Jakby rozważał moje przypuszczenia i nie całkiem się z nimi zgadzał. Zastanawiam się. Czy Erling mimo wszystko mógł o tym wspomnieć? Coś mi kołacze w głowie, ale nie jestem w stanie wyciągnąć tego z pamięci.

– Dlaczego pan pyta? – dziwię się.

Wzrusza ramionami. Słyszymy na schodach kroki jego koleżanki.

– Dlaczego właściwie przeprowadzono autopsję Erlinga? – pytam.

Gundersen waha się przez moment.

– To rutynowe działanie.

Jego dłonie zbierają już arkusze i wkładają je z powrotem do teczki.

– Przyczyną śmierci Erlinga był prawdopodobnie zawał serca – mówi, nie patrząc na mnie. – Z medycznego punktu widzenia nie ma w tym nic szokującego. Lekarz uważa, że żyłby jeszcze wiele lat, gdyby brał przepisane leki. Ale, no cóż, wygląda na to, że tego nie robił. A był w grupie ryzyka.

Podnosi wzrok, skupiając go na mnie. Jego spojrzenie jest spokojne.

– Jest jednak pewna kwestia, która nie daje mi spokoju – zaczyna. – Proszę się za bardzo nie przejmować tym, o co zapytam, Evy, ale czy dopuszcza pani myśl, że ktoś mógłby chcieć skrzywdzić Erlinga?

Na obrzeżu mojego pola widzenia coś pęka. To nie dzieje się naprawdę. Tak jak powiedziały moje córki: nie zostawiajmy mamy samej.

– Nie – odpowiadam. – Prowadzimy spokojne życie. Nie ma nikogo, kto mógłby coś do nas mieć.

 

Rok przed przejściem na emeryturę Erling bez ostrzeżenia zrezygnował z pracy w krajowym Zarządzie Dróg Publicznych i objął stanowisko w firmie Zieloni Agenci. Przez lata w coraz ostrzejszym tonie mówił o zmianach klimatycznych, zrównoważonym rozwoju i ludzkiej głupocie. Więcej jeździł na rowerze, z jeszcze większym zaangażowaniem segregował odpady. Coraz częściej próbował wpływać na to, co kupujemy, co wyrzucamy, co jemy. Komentował konsumpcję innych ludzi, czasami w sposób, który wprawiał mnie w zażenowanie. Niemniej jednak jego zmiana pracy była dla nas zaskoczeniem. „Nieco przedwczesna emerytura taty” – tak określiłam to w rozmowie z Hanne. Chyba tak właśnie myślałam: od trzydziestu ośmiu lat pracował dla tego samego pracodawcy, stawiał się w pracy punktualnie o ósmej, jadał lunch o jedenastej trzydzieści i wypełniał swoje codzienne obowiązki. Być może monotonia tego wszystkiego wyczerpała go na ostatniej prostej.

Przystosowanie się do nowego miejsca pracy było wyzwaniem. Jego przełożonym został bardzo młody człowiek, właśnie ten, który tu przyszedł, nazywa się Kyrre Jonassen, teraz przypomniałam sobie jego imię. Żaden z jego kolegów nie miał więcej niż czterdzieści pięć lat. Erling był beznadziejnie staroświecki i sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Hanne stwierdziła, że „tata urodził się o pokolenie za późno”. Ojcowie jej przyjaciółek jeździli ze swoimi kolegami na narty i mieli konta na Facebooku.

Musiał czuć się niekomfortowo w firmie Zieloni Agenci, chyba odczuwał, że nie jest w swoim żywiole. Mówił o lenistwie kolegów i braku zrozumienia: oni chcieli kampanii w mediach społecznościowych, natomiast Erling wolałby pozwać państwo do sądu.

– Czy oni myślą, że tymi swoimi smartfonami zmienią świat? – zapytał mnie kiedyś.

– Świat już się zmienił, Erlingu – powiedziałam.

Prychnął.

– Świat jest taki sam, jaki był – odparł. – Tylko cieplejszy i mniej bioróżnorodny.

Musiał być rozczarowany. Ale niewiele mówił o swoich uczuciach. Za to coraz więcej opowiadał o globalnym ociepleniu, ścieżkach emisji i zmianach w biosferze. A mnie męczyło słuchanie tego. Ciągle łapałam się na tym, że w trakcie jego opowieści myślę o innych rzeczach.

 

W drodze do garażu opowiadam o tym Gundersenowi. Być może mnie o to zapytał, nie jestem pewna. Kiedy mówię, kiwa głową i wydaje z siebie krótkie, wyrażające zrozumienie dźwięki. Przychodzi mi do głowy, że jest dobrym słuchaczem. Człowiek ma ochotę opowiadać mu więcej, niż go o to poprosił.

Brama do garażu jest ciężka, jej otwarcie wymaga nieco wysiłku. Gundersen rusza z pomocą, kładąc na klamce rękę obok mojej. Dłoń ma silną, choć niezbyt dużą. Włoski pokrywające jej grzbiet są jasne i delikatne, a w palcach ma jakiś rodzaj wrażliwości. Zaciska pięść i wspólnie podnosimy bramę.

– Przepraszam – mówię, uśmiechając się do niego. – Trochę stara ta brama.

Wzdłuż ściany, obok samochodu, ustawiony jest roboczy blat Erlinga. Pokazuję Gundersenowi zapasowy klucz, który leży w szufladzie pod blatem. Następnie prowadzę go do miejsca na zewnątrz, za garażem, gdzie zazwyczaj stoi rower. Ale miejsce pod ścianą jest puste. Należący do Erlinga rower DBS z lat dziewięćdziesiątych, z kierownicą owiniętą taśmą, zniknął.

– To dziwne – stwierdzam.

Gundersen się nie odzywa. Idę na tył garażu sprawdzić, czy rower nie zsunął się po skarpie, ale nic tam nie ma, przepadł bez śladu.

Tamtego dnia rower leżał na poboczu drogi w Husebybakken, tuż obok niego. Koło wciąż się kręciło. Kiedy wróciłam wieczorem do domu, gdy Bård już zaparkował na poboczu i wypuścił mnie z auta, a z samochodowego radia dobiegała piosenka Wild World, rower stał oparty o ścianę garażu. Ktoś musiał go tutaj podprowadzić, pomyślałam wtedy i później już nie zaprzątałam sobie tym głowy.

– Jestem pewna, że stał tutaj.

Jednak wszystko w mojej głowie się miesza, dni, godziny, nie jestem już niczego pewna. Czy w ogóle mogę powiedzieć z całkowitą pewnością, że rower tu stał już po jego śmierci?

– Kiedy ostatnio go pani widziała? – pyta Gundersen.

– Nie jestem pewna – odpowiadam. – Nie pamiętam.

 
 
Czterdzieści dziewięć lat wcześniej

– Czy to on? – zapytała Synne, chwytając okładkę albumu z mojego stolika nocnego. – Wygląda prawie jak kobieta.

Delikatny promień słońca wpadał do mojej sypialni w domu przy Røaveien, oświetlał sam środek białej ceglanej ściany, ponad ciałem Synne, która leżała upozowana na narzucie. Słuchałyśmy muzyki, która za chwilę miała wypełnić pokój. Przez całą drogę ze szkoły do domu zachwalałam: to jest naprawdę świetne, sama zobaczysz!

Synne się przeciągnęła. Okno było uchylone, z zewnątrz dobiegały odgłosy ruchu ulicznego.

Na schodach unosił się zapach obiadu i powoli wpełzał w szparę pod drzwiami, smażona cebula, gotowana marchewka. Zabrzmiały pierwsze tony, potem tempo wzrosło, rytmiczny beat wypełnił pokój. Wtedy dołączył wokal, wysoki, nieco chrapliwy.

To brat mojego ojca kupił mi tę płytę. Wybierał się do Londynu, a ja męczyłam go przez miesiąc przed wyjazdem, „proszę, proszę, proszę”. David Bowie. Hunky Dory. „Mogę ci to zapisać, proszę, masz tutaj tytuł”.

– Posłuchaj teraz – powiedziałam, unosząc ręce, jakbym ją napominała. Synne wzruszyła ramionami.

– Jak się do tego tańczy?

Z zewnątrz słychać było głosy młodych mężczyzn, rozmawiających głośno i z zaangażowaniem.

– Czy to Olav? – zapytała Synne.

Rzuciła na narzutę okładkę płyty, wstała i podbiegła do okna. Podniosłam ją, przesunęłam palcem po metce z ceną podaną w funtach i nazwą sklepu z płytami: His Master’s Voice.

– Olav i jego koledzy – powiedziała. – Chodź, Evy.

Na dole, przed drzwiami wejściowymi, stali mój starszy brat i grupa chłopców w jego wieku. Olav wskazywał w górę, pokazując im coś, być może swój pokój. Pozostali podążyli wzrokiem za jego palcem i dostrzegli w oknie Synne i mnie. Coś zmieniło się w tym momencie w ich twarzach i ciałach. Wyprostowali ramiona, napięli klatki piersiowe. Zauważyłam tę chwilę. Jednocześnie wiedziałam i nie wiedziałam, co to oznacza. Poczułam, jak coś przeniknęło moje nogi i ramiona. Synne pomachała do nich. Odpowiedzieli tym samym gestem. Potem weszli do środka, usłyszałyśmy trzaśnięcie frontowych drzwi.

Najwyższy wszedł jako ostatni. Miał ciemne włosy i szerokie, również ciemne brwi. Przed wejściem odwrócił się i spojrzał w górę, na mnie; przez sekundę lub dwie patrzyliśmy sobie w oczy.

 

Pewnego jesiennego popołudnia przystanął w drzwiach mojego pokoju. Siedziałam przy biurku, drzwi były otwarte. Przywitał się, a ja odwróciłam się na krześle.

– Co robisz? – zapytał.

– Odrabiam lekcje.

W pokoju zapadła cisza.

– Norweski? – dopytywał.

– Matematykę.

– Mogę wejść?

Wzruszyłam ramionami. Przekroczył próg z miną odkrywcy wkraczającego na nieznane terytorium. Był tak wysoki, że jego ciało kołysało się przy każdym kroku, wyglądało to niemal komicznie. Podszedł do mnie i zajrzał mi przez ramię. Przez chwilę stał tak, czytając mój podręcznik.

– Zgadza się – powiedział.

W jego głosie dało się słyszeć zaskoczenie, prawdopodobnie większe, niż chciał pokazać, i to sprawiło, że się roześmiałam.

– Oczywiście, że się zgadza.

– Nie zamierzałem wcale twierdzić inaczej – odparł, czerwieniąc się.

– Przecież wiem.

W sumie nie byłam pewna, czy naprawdę to wiedziałam. Trochę mi to schlebiało. Był o kilka lat starszy ode mnie, razem z moim bratem studiował prawo na uniwersytecie. Dziewczyny, z którymi miał tam do czynienia, były prawdopodobnie o wiele bardziej wyrafinowane ode mnie. Być może nawet bardziej od niego.

– Och, spójrz tylko – powiedział, wskazując na mój podręcznik. – Tu jest błąd. Zaokrągliłaś ułamki dziesiętne w dół.

Spojrzałam. Miał rację, ale nie chciałam, by obserwował z satysfakcją, jak poprawiam. Odwróciłam się, by popatrzeć mu w oczy.

– Jesteś z centrum pomocy w odrabianiu prac domowych?

– Mam na imię Erling – powiedział.

– A ja Evy.

Wyciągnął do mnie rękę w bardzo formalnym geście. Znowu zachciało mi się śmiać, ale się powstrzymałam. Żeby znów się nie zarumienił? A może dlatego, że byłam tylko licealistką i cóż mogłam wiedzieć o sposobach witania się na uniwersytecie?

Potem stało się to zwyczajem. Za każdym razem, gdy przechodził obok i drzwi były otwarte, przystawał. Opierał swoje długie ciało o futrynę i zadawał różne pytania. Jak szło mi w szkole? Czy dobrze się czułam w liceum? Co zamierzałam robić później, czy chciałam się kształcić, kim chciałam być? Słyszałam, jak Olav i inni dokuczają mu z powodu zainteresowania, jakie mi okazywał. „Erling gustuje w zielonych owocach”, powiedział kiedyś jeden z nich, może Olav, a może ten o imieniu Edvard. Poczułam ucisk w żołądku. A więc to tak mnie postrzegali? W sumie sama nie wiedziałam, co myślę o Erlingu. Był niezręczny, trochę drobiazgowy, kiedy coś opowiadał, i taki strasznie poważny.

– Przypomina mi mojego ojca – westchnęła Synne. – Czy padłby trupem, gdyby się od czasu do czasu uśmiechnął?

Jednak mnie podobała się też jego powaga. Podobało mi się to, że słuchał, kiedy mówiłam, że odpowiadał normalnie, bez popisywania się. Podobało mi się, że nie rozmawiał z Synne w ten sam sposób. Czasami specjalnie otwierałam drzwi, słysząc, że nadchodzą Olav z kolegami.

 

Pewnego wiosennego dnia zapukał do drzwi. Były zamknięte, uczyłam się do egzaminu, potrzebowałam się skupić.

– Proszę! – zawołałam, sądząc, że to matka, a wtedy drzwi się otworzyły i wysokie ciało wsunęło się do mojego pokoju.

– Przychodzę nie w porę?

Był bledszy niż zwykle.

– Nie, nie – odparłam, odkładając ołówek. – Witaj, Erlingu.

Uśmiechnął się i zwilżył wargi językiem.

– Cześć. Co robisz?

Oboje spojrzeliśmy w stronę moich podręczników.

– Prace domowe – odpowiedziałem, całkowicie zbędnie.

– Kiedy masz egzamin?

– W maju.

Kiwnął głową. Wzrok miał rozbiegany.

– David Bowie – powiedział, wskazując okładkę płyty leżącej na moim stoliku nocnym.

– Tak. Lubisz go?

– Nie – powiedział to w taki sposób, jakby przyznanie się do tego sprawiło mu ból, a kiedy zobaczył moją minę, dodał: – Ale może polubię go bardziej, jeśli będę go więcej słuchał.

– Nie ma sprawy, to nie obowiązek.

– Evy – zwrócił się do mnie – chciałem z tobą o czymś porozmawiać.

Jego dłonie były duże, miało się wrażenie, że mu przeszkadzają. Wsunął je do kieszeni spodni, jakby po prostu chciał się ich pozbyć.

– Albo raczej coś ci pokazać. Tam, na dworze.

Skinął głową w stronę okna. Wstałam i podeszłam do niego, po czym stanęliśmy obok siebie i wyjrzeliśmy na zewnątrz.

– Zobacz, pąki brzóz zaraz się rozwiną – powiedział, wskazując palcem kierunek.

Roześmiałam się.

– Chciałeś pokazać mi pąki brzóz?

Jego policzki były czerwone. Ale z twarzy nie schodził mu uśmiech.

– Nie do końca – przyznał. – Chodziło głównie o to, żebyś wstała.

Znowu się zaśmiałam, tak jak zaśmiałaby się Synne.

– A dlaczego?

Starałam się sprawiać wrażenie kogoś na luzie, chociaż nie do końca tak było.

– Żebym mógł zrobić to.

Podniósł rękę do mojej twarzy, odgarnął mi włosy. Popatrzył na mnie, jakby sprawdzał, czy go odepchnę. Poczułam skurcz w żołądku, teraz to się wydarzy, właśnie teraz, tak długo już myślałam, że kiedyś to się stanie, a teraz nadszedł ten moment. Kiedy ostatni raz myłam zęby? Czy ładnie pachnę? Czy domyśli się, że po raz pierwszy się całuję, bo nie będę wiedziała, co zrobić z wargami, z językiem?

Pocałował mnie. Pomyślałam: więc to jest tak. To o tym właśnie mówią, Synne i inni, którzy wiedzą coś o takich rzeczach.

– Czy to było OK? – zapytał.

– Tak – odparłam.

Byłam naprawdę dumna, że to zrobiłam.

 

Jest tyle miejsc, w których można by zacząć. Zapach papierosów, które mama i tata palili, jeden po drugim, podczas wspólnej podróży w góry. Małe porcelanowe kubki, które babcia dawała nam do zbierania jagód, popękane i bardzo stare, usiane cienkimi czarnymi kreseczkami wyglądającymi jak naczynia krwionośne i ozdobione niemal zupełnie wyblakłymi motywami z koszami owoców. Odgłos dojrzałych czerwonych malin, które do nich wpadały. Dlaczego to wszystko musiało się zacząć od Erlinga?

– To jest początek – stwierdziłyśmy z Synne, siedząc tego wieczoru na płocie przy boisku piłkarskim i jedząc lody. Pierwszy chłopak. Prawdopodobnie pierwszy z wielu.

Ci wszyscy chłopcy w szkole, koledzy Olava, chłopcy idący ulicami, siedzący w autobusie, krążący po sklepach i wszędzie dookoła. Erling był pierwszy, a potem miało nadejść wielu innych. Miało być jak z tymi malinami w kubku, po prostu trzeba było je zrywać.

 

[...]

Przypisy
[1] A. Sołżenicyn, Archipelag GUŁag, tłum. J. Pomianowski, Warszawa 2008.
[2]Pierdol się, nie będę robić tego, co mi każesz. Fragment utworu Killing in the Name zespołu Rage Against the Machine. Piosenka znalazła się na jego debiutanckim albumie z 1992 roku zatytułowanym Rage Against the Machine. Jest to jeden z najbardziej znanych protest songów, który wyraża sprzeciw wobec autorytetów i niesprawiedliwości społecznej.