Warunki umowy - Lauren Asher - ebook + książka
BESTSELLER

Warunki umowy ebook

Asher Lauren

4,6

89 osób interesuje się tą książką

Opis

DECLAN

 

Moim przeznaczeniem jest objęcie stanowiska dyrektora generalnego rodzinnego imperium.

 

Jedyny problem stanowi klauzula w testamencie dziadka.

 

Spełnienie jego marzenia, abym się ożenił i spłodził dziedzica, wydaje się niemożliwe, dopóki moja asystentka nie zgłasza się na ochotniczkę.

 

Nasze małżeństwo miało być idealnym rozwiązaniem.

 

Ale im dłużej udajemy przed światem zakochanych, tym większe nachodzą mnie wątpliwości w kwestii zawartego przez nas kontraktu.

 

Uczuć do Iris nie zawarłem przecież w umowie.

 

Zwłaszcza że złamanie jej serca zdaje się wręcz nieuniknione.

 

 

 

IRIS

 

Mój plan wyjścia za mąż za Declana w teorii wydawał się bardzo prosty.

 

Zamieszkamy razem. Urządzimy wesele. Będziemy mieć dziecko.

 

Wyznaczyliśmy jasne zasady, żeby uniknąć jakichkolwiek komplikacji.

 

Postanowiłam twardo ich przestrzegać, niezależnie od tego, jak bardzo Declan będzie mnie kusił.

 

Co się wydarzy, jeśli nasz udawany związek zmieni się w prawdziwy?

 

Miłość nigdy nie wchodziła w grę.

 

A przynajmniej tak sądziłam.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 484

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (815 ocen)
553
194
52
11
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
klaudiaciacho

Nie oderwiesz się od lektury

"Warunki umowy" gwarantują bezsenną noc, więc nie zaczynajcie jej wieczorem, jeżeli musicie wcześnie wstać! Znalazłam tutaj wszystko to, co kocham w romansach. Zabawne dialogi, trudną przeszłość, skomplikowane relacje rodzinne, ciekawą fabułę, świetnie wykreowane postacie i przede wszystkim dostarczyła mi ona mnóstwa pozytywnych emocji. Jestem oczarowana historią Declana i Iris i aż żałuję, że tak szybko tę książkę skończyłam.
60
Garbielka

Nie oderwiesz się od lektury

W książce poznajemy przeszłość Iris i Declana, a także widzimy rozwój ich charakteru. Książka była naprawdę doskonała od początku do końca. ROZSZERZONY EPILOG to jest to, co najbardziej lubię!!
21
Kirawch

Nie oderwiesz się od lektury

Dużo lepsza niż pierwsza cześć, słodki słów burn
10
paula16w

Nie oderwiesz się od lektury

Osobiście bardzo mi się podobało.
10

Popularność




TYTUŁ ORYGINAŁU Terms and Conditions
TERMS AND CONDITIONS Copyright © 2022 by Lauren Asher Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2023Copyright © by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2023Redaktor prowadząca: Beata BamberRedakcja:Marzena SzymanowskaKorekta: Patrycja SiedleckaOkładka oryginalna: Books and MoodsPolska wersja okładki: Justyna SieprawskaProjekt typograficzny, skład i łamanie: Beata BamberWydanie 1 Gołuski 2023 978-83-67303-48-4 Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber Sowia 7, 62-070 Gołuski www.papierowka.com.pl

SPIS TREŚCI

1 Iris

2 Declan

3 Iris

4 Declan

5 Declan

6 Iris

7 Declan

8 Iris

9 Iris

10 Declan

11 Iris

12 Declan

13 Iris

14 Iris

15 Declan

16 IRIS

17 Declan

18 Iris

19 Iris

20 Iris

21 Iris

22 Declan

23 Declan

24 Iris

25 Declan

26 Iris

27 Iris

28 Iris

29 Declan

30 Iris

31 Iris

32 Iris

33 Declan

34 Iris

35 Iris

36 Declan

37 Iris

38 Declan

39 Iris

40 Iris

41 Iris

42 Declan

43 Declan

44 Declan

45 Iris

46 Declan

47 Iris

Epilog Iris

Epilog 2 Declan

Dziękuję!

Podziękowania

PRZEŁOŻYŁA Anna Czyżewska

SERIA MILIARDERZY Z KRAINY MARZEŃ

Tom 1 DROBNYM DRUKIEM

Tom 2 WARUNKI UMOWY

Tom 3 OSTATECZNA OFERTA

Każdemu, kto toczy niewidzialną bitwę. Widzę Cię.

1 Iris

– To zbrodnia świętować taki dzień samotnie – przerywa mi Cal, mój najlepszy przyjaciel i brat szefa. Mimo iż ma wymięty garnitur, a blond włosy nieumyte, i tak zwraca na siebie uwagę kilku przechodzących obok naszego stolika kelnerek.

Blokuję ekran i posyłam Calowi wymuszony uśmiech.

– Przecież to nie ja biorę ślub.

Przyjaciel przesuwa szybko wzrokiem po mojej twarzy.

– Nie, ale jesteś władczynią marionetek, która osiągnęła niemożliwe.

– Nie było aż tak źle.

– Teraz już wiem, że coś jest z tobą nie tak. Czy… smutno ci, bo Declan się żeni? – Głos Cala robi się niższy niż zwykle.

Parskam śmiechem.

– Co? Nie.

– W takim razie co się dzieje?

Zwieszam głowę i kilka kosmyków opada mi na oczy. Przesuwam dłonią po sukience, by wygładzić nieistniejące zmarszczki. Żywy lawendowy kolor kontrastuje z moją brązową skórą i sprawia, że wyglądam na radośniejszą, niż się czuję.

– Przysłali mi maila z informacją, że nie dostałam tej pracy.

– Cholera. Przykro mi to słyszeć. Wiem, ile ślęczałaś nad tamtą prezentacją.

Spędziłam miesiące nad prezentacją dla działu zarządzania zasobami ludzkimi The Kane Company, mimo to odrzucili moją prośbę o przeniesienie na inne stanowisko. Boli mnie to bardziej, niż powinno. Wcale nie mierzyłam wysoko, ubiegając się o pracę, do której biorą nawet początkujących, a w dodatku miałam dobry pomysł. Dzięki niemu ułatwiłabym życie dziesiątkom dyslektyków męczących się w korporacyjnym piekle. Mój plan pozwoliłby firmie wejść na zupełnie nowy poziom, ale najpierw musieliby dać mi szansę na jego realizację.

„Możesz spróbować następnym razem”.

Mój uśmiech blednie.

– Najwidoczniej nie to było mi pisane.

– Gdyby mnie ktoś pytał, uważam, że to jakiś totalny absurd.

Śmieję się.

– Prawda. Ale przynajmniej Declan nigdy się nie dowiedział. Wyobrażasz sobie, co by się działo, gdybym mu powiedziała, że chcę odejść, a potem nie dostała tej roboty? Nigdy nie dałby mi spokoju.

– Fakt, lubi wcierać ludziom sól w rany.

– Stąd właśnie takie przyjęcie. – Wskazuję na gigantyczny łuk z balonów i uśmiecham się szeroko.

Cal unosi brew, przyglądając się pulsującemu neonowi z napisem: „Powiedziała «TAK»”.

– Subtelne. Declan oszaleje z radości.

Trzepoczę rzęsami z udawaną słodyczą.

– Poprosił mnie o zorganizowanie przyjęcia, więc to zrobiłam. Nie powiedział, czego konkretnie oczekuje.

– Przypomnij mi, żebym nigdy cię nie wkurzył.

– Już mam wszystko zaplanowane na dzień, kiedy to nastąpi.

Cal udaje, że trzęsie się ze strachu.

– A gdzie jego przyszła małżonka?

– Declan chciał się z nią spotkać przed ogłoszeniem nowin.

Mój przyjaciel otwiera szeroko oczy.

– Dlaczego mu na to, do diabła, pozwoliłaś?

– Eee… Bo jeszcze jej nie poznał?

– I właśnie dlatego to okropny pomysł! – Cal przeczesuje palcami swoje gęste włosy.

– Sądzisz, że będzie próbował skłonić ją do zmiany zdania?

– Jak znam mojego brata, nawet nie musiałby się bardzo starać.

– Podpisała kontrakt. Już nie może się wycofać.

– Skoro tak twierdzisz… – Wzrusza ramionami.

– Może powinnam pójść i sprawdzić, co u nich. – Odwracam się w stronę wind.

Cal obejmuje mnie ramieniem.

– Nie. Dziś wieczorem robisz sobie wolne.

– Ale…

– Na pewno masz rację. Declan nie ryzykowałby teraz utraty wszystkiego, robiąc coś tak głupiego. Nawet on wie, kiedy musi się powstrzymać.

– Dobrze wiesz, że opowiadasz teraz bajki.

Cal chichocze.

– Chodź. Wejdźmy do środka i poczekajmy na Declana. Pomyśl o tym, jak bardzo będzie się starał nie krzywić na ten widok i jak bardzo mu się to nie uda.

Cholera, chyba nie widziałem, żeby chociaż spojrzał w czyimś kierunku bez szyderczego uśmieszku od czasu, kiedy… – urywa.

– Od kiedy?

Unika spojrzenia mi w oczy.

– W zasadzie od zawsze. Na bank ma fiuta całego poobcieranego od tego, że każdej nocy sam musi robić sobie dobrze.

Uderzam go w ramię i wybucham śmiechem.

– Zamknij się! To mój szef.

– Co nie zmienia faktu, że mówię prawdę. Zadziwia mnie, że ten jego wyrostek nie odpadł jeszcze od takiego maltretowania.

Znowu się śmieję.

– Callahan – rozlega się nagle gdzieś w pobliżu głos Declana.

Kilkoro maruderów pospiesznie wbiega na ten dźwięk do sali balowej.

– Ten to naprawdę dobrze wie, jak wprowadzić miłą atmosferę – wzdycha Cal.

Resztki dobrego humoru Cala wyparowują w chwili, gdy Declan staje przed nami, marszczy brwi i mierzy nas spojrzeniem tak lodowatym, że mogłoby odwrócić zmiany klimatyczne. Masywne ciało mężczyzny blokuje mi widok na lobby. Padające zza pleców Declana światło sprawia, że kontury jego twarzy stają się ostrzejsze, spojrzenie zaś – jeszcze bardziej mroczne.

W przeciwieństwie do Cala, który ma złote włosy i niebieskie oczy, Declan przywodzi mi na myśl głębiny oceanu – zimne, ciemne i złowieszczo ciche. Przypomina czającego się w pobliżu potwora, który w każdej chwili może namierzyć nową ofiarę. Wszystko w nim – od ciemnych włosów do wiecznie mu towarzyszącego grymasu na twarzy – sprawia, że każdy ma natychmiast ochotę odwrócić się i uciec w przeciwnym kierunku.

Cóż, każdy poza mną. Niektórzy mogliby powiedzieć, że zapracował sobie na lojalność, dobrze mi płacąc, ale nie w tym rzecz. Łączy nas wzajemny szacunek, który przetrwał próbę czasu. Chociaż pierwsze miesiące naszej współpracy były trudne, moje silne pragnienie, by odnieść sukces jako jego asystentka, przetarło szlak do tego, jak wyglądają obecnie nasze relacje.

Jakimś cudem znaleźliśmy wspólny język, choć różnimy się pod każdym względem. Ja jestem czarną kobietą. On jest białym mężczyzną. Ja się uśmiecham. On się krzywi. Declan wstaje każdego ranka, aby iść na siłownię, za to mnie wołami nikt by tam nie zaciągnął, no chyba że po koktajl z ich kawiarenki. Nie moglibyśmy być bardziej odmienni, a jednak staramy się zgodnie współpracować. Albo przynajmniej ja się staram.

Staję między dwoma braćmi.

– Declan, co ty tutaj robisz? Czy już nie czas na ogłoszenie dobrych nowin?

Mój szef odrywa wzrok od Cala i przenosi go na mnie. Większość ludzi kurczy się pod jego spojrzeniem, ale ja prostuję plecy, tak jak nauczyła mnie tego babcia.

– Odeszła.

Mrugam.

– Kto odszedł? Konsultantka ślubna?

– Nie. Żona. Belinda.

– Bethany odeszła?!

Cal ma czelność zrobić triumfalną minę.

Declan nawet na moment nie przestaje mi się przyglądać, niszcząc wszystko, co tak pieczołowicie zaplanowałam.

– Tak. Ona.

– To się nie może dziać. – Nie wierzę, że zniszczył miesiące mojej ciężkiej pracy. Tyle czasu poświęciłam na to, by znaleźć kobietę, która zechce zostać jego żoną i urodzić mu dziecko, żeby mógł zostać dyrektorem generalnym i odziedziczyć spadek. Zadanie było niemal niewykonalne.

„Odmowa przyjęcia tego do wiadomości nie zmienia faktu, że to prawda”.

– Nienawidzę być tym, kto powie: „A nie mówiłem”… – zaczyna Cal.

– To wszystko twoja wina.

Rzucam mu gniewne spojrzenie.

Cal unosi obie ręce do góry.

– Nie! To wina mojego brata, że temperament ma większy od fiuta.

Declan uderza Cala w tył głowy. Ignoruję ich rozkręcającą się sprzeczkę i zaczynam chodzić dookoła nich po dywanie.

– Powinieneś się ożenić, jak tylko trafiła ci się okazja.

Cal opróżnia swoją szklankę i sięga po mój w połowie pełny kieliszek.

– Twierdzisz tak na podstawie własnego doświadczenia?

Nozdrza Cala się rozszerzają. Zaciska dłonie w pięści i bierze kilka głębokich oddechów, dzięki czemu opanowuje złość. Następnie zwraca się do mnie:

– Dlatego właśnie mój dziadek umieścił tę klauzulę w swoim testamencie. Wiedział, że Declan nie jest gotowy na to, by zostać dyrektorem generalnym, i uznał, że posiadanie rodziny nieco go zmiękczy. No bo serio, jak ktoś miałby inspirować ludzi, skoro sam potrafi jedynie niszczyć wszystkich, którzy go otaczają?

Declan zaciska szczękę. Cal unosi brew w wyrazie niemego szyderstwa.

Wskazuję palcem na Cala.

– Przestań się zachowywać jak dziecko i wykorzystaj swój wielki mózg, żeby pomóc nam wykaraskać się z tego bajzlu. – Spojrzenie Declana jest już skupione na mnie, kiedy przenoszę na niego uwagę. – A ty skończ wyładowywać na wszystkich złość. Twoje niepowodzenie nie ma nic wspólnego z Calem, tylko wyłącznie z tobą samym.

W odpowiedzi wpatruje się we mnie pustym wzrokiem, którego nienawidzę bardziej niż czegokolwiek innego.

Cal prycha.

– Oczywiście, że to spieprzył. Ostatnia aktualizacja software’u nie przyszła z instrukcjami, jak stać się przyzwoitą istotą ludzką.

– Obaj jesteście beznadziejni – mamroczę pod nosem, po czym wyciągam telefon i wybieram numer Bethany. Po dwóch sygnałach włącza się automatyczna sekretarka. Dzwonię drugi raz, ale teraz od razu słyszę sekretarkę. – Cholera!

– Nie odbiera? – Cal ma czelność brzmieć na rozbawionego.

– Co jej zrobiłeś? – syczę w kierunku Declana.

Declan strzepuje z rękawa marynarki niewidzialny pyłek, jakby była to najnudniejsza rozmowa, jaką prowadził dzisiejszego dnia.

– Nie nadawała się do tego zadania.

– A co według ciebie mam zrobić z tą informacją w momencie, kiedy setka ludzi czeka na to, by poznać tajemniczą kobietę, z którą się zaręczyłeś? Śmiało, zamieniam się w słuch.

Wgapia się we mnie zmrużonymi oczyma, a ja odpowiadam podobnie groźnym spojrzeniem, kładąc ręce na biodrach.

Cal głośno siorbie drinka, żeby przypomnieć nam o swojej obecności.

– Ja też jestem bardzo ciekawy, jak to się potoczy. Ojciec będzie uradowany wieścią o tym, że zaręczyny Declana nie wypaliły.

O mój Boże. Mimo iż ojciec nic nie wie o liście, w którym Brady Kane przedstawił Declanowi warunki, jakie musi spełnić, by odziedziczyć firmę, to zdecydowanie nie jest głupi. W końcu z jakiegoś powodu stał się odnoszącym sukcesy biznesmenem. Nie wątpię, że gdy tylko dotrze do niego informacja, że z zaręczyn nici, natychmiast poleci do ich rodzinnego prawnika. A jeżeli ten mu uwierzy, Declan może stracić wszystko.

„Myśl, Iris, myśl”.

Po raz kolejny wybieram numer Bethany, licząc na to, że do trzech razy sztuka. Z głośnika znowu dobiega głos automatycznej sekretarki.

Cal gwiżdże, a potem wydaje z siebie dźwięk naśladujący eksplozję.

– Tak brzmi umierająca przyszłość Declana.

– Nie możesz sobie gdzieś pójść? Na przykład do jakiegoś obskurnego baru? – warczy Declan.

– Po co mam płacić za alkohol, skoro mogę nawalić się na twój koszt? – Szczerzy się i unosi do góry kieliszek szampana.

Usiłuję ich nie słuchać i rozważam dostępne opcje.

„Co mogę zrobić? Rzucić wreszcie tę robotę i nie oglądać się za siebie?”

Nie. Nie zamierzam się teraz poddawać. Nie w momencie, kiedy tak niewiele dzieli mnie od osiągnięcia celu, jakim jest pomoc Declanowi.

„Mogłabyś zadzwonić do poprzedniej dziewczyny, ale ostatnim razem rozpłakała się przez Declana…”

– Wiesz, Iris jest singielką. – Uśmiech Cala staje się złowieszczy. – Mogłaby bez problemu wejść w rolę twojej narzeczonej, bo w końcu nikt nie zna cię tak dobrze jak ona.

– Nie – ucina Declan.

Chwileczkę.

Tak.

„Ja!”

W końcu nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to zrobić. Nie mam chłopaka ani żadnych planów na najbliższą przyszłość, więc z łatwością mogłabym zastąpić Bethany.

„To, że byś mogła, nie znaczy, że powinnaś”.

No tak, ale jeśli nie ja, to kto? Kończy nam się czas i potencjalne narzeczone.

Już otwieram usta, gdy przerywa mi pisk Tati, zatrudnionej przez Declana konsultantki ślubnej.

– Tu jesteś! Już się zastanawiałam, gdzie się ukrył przyszły pan młody. – Wysoki głos Tati rozbrzmiewa głośnym echem w pomieszczeniu.

– Takiej rozrywki nie kupię za żadne pieniądze. – Cal opróżnia kieliszek i z uśmiechem opiera się o stół.

– Gdzie się podziewa narzeczona, o której tak niewiele słyszałam? – Tati macha podkładką do pisania niczym magiczną różdżką.

Cieszę się, że ukrywałam tożsamość Bethany, na wypadek gdyby doszło do czegoś takiego.

„Nie możesz poważnie myśleć o wzięciu z nim ślubu. Przecież nawet go nie kochasz”.

„Nie musisz go kochać. To kontrakt, nie historia miłosna”.

Declan przerywa mój wewnętrzny dialog.

– Beatr…

– Ona ma na imię Tati, kochanie. – Kładę dłoń na jego klatce piersiowej.

Cały sztywnieje, a ja klepię go lekko w sposób, który mówi: „Zachowuj się naturalnie”.

Marszczy ciemne brwi i wbija wzrok w moją dłoń, jakby chciał oderwać ją od siebie palec po palcu.

– Co ty wyprawiasz? – Jego słowa są tak ostre, że niemal się przebijają przez moją idealnie skrojoną zbroję.

– Ratuję cię przed koniecznością przedstawiania mnie i opowiadania naszej historii. – Posyłam mu najsłodszy uśmiech, na jaki jestem w stanie się zdobyć w tych okolicznościach.

„Naprawdę zamierzasz to zrobić, Iris?”, pyta wewnętrzny głos rozsądku.

„Nie widzę innego wyjścia z tej sytuacji”.

„Tu chodzi o małżeństwo! Nie będziesz się mogła z tego wycofać, jeśli nagle się przestraszysz”.

Odsuwam od siebie myśli, które są sprzeczne z moim planem. To przecież tylko kilka lat życia.

„A co z dzieckiem?!”

„Cóż, zawsze chciałam zostać matką”.

„Tak. Za jakichś pięć lat!”

„Przynajmniej będę mogła nieco szybciej zacząć realizację mojego pięcioletniego planu”.

Przełykam gulę w gardle, odsuwam się nieco od Declana i biorę go za rękę. Wyraźnie widzę, jak mięśnie napinają się mu pod marynarką.

„Świetnie. Później będziemy musieli popracować nad jego awersją do dotyku”.

– Tati, nie byłam z tobą całkowicie szczera, kiedy rozmawiałyśmy przez telefon.

Jej uśmiech blednie.

– Och.

– Miałam wątpliwości, czy powinnam przedstawiać się inaczej niż jako asystentka Declana, dopóki nie poznamy się osobiście. Widzisz, pracuję dla The Kane Company już od jakiegoś czasu, a wiesz zapewne, jak szybko rozsiewają się plotki.

Kiwa potakująco głową i przyciska podkładkę do piersi.

– Oczywiście. Rozumiem.

– Bardzo bałam się tego, co powiedzą ludzie, gdy wyjdzie na jaw, że umawiam się z moim szefem, jednak dłużej nie możemy tego ukrywać. Nie chcemy tego ukrywać. – Brzmię na zdenerwowaną, mimo iż wcale się o to nie staram.

Jedyną oznaką nerwów Declana jest to, że patrząc na mnie, mruga dwa razy z rzędu. Nigdy nie widziałam, żeby tak mrugał. Nawet kiedy umowa, nad którą pracowaliśmy dwa lata, niespodziewanie nie doszła do skutku, a tym bardziej nie wtedy, gdy zmarł jego dziadek.

To sprawia, że czuję… niepokój.

Prostuję się niczym struna i mówię do Tati:

– Jesteśmy gotowi na to, by ruszyć do przodu. Nie ma powodu, abyśmy nadal ukrywali łączącą nas miłość.

Cal unosi za plecami Tati dwa kciuki do góry. „Oskarowy występ”, szepcze, po czym pokazuje Declanowi środkowe palce.

Tati rozpromienia się cała, patrząc na nasze złączone dłonie.

– Wow! Dzisiejszy wieczór musi być w takim razie niezwykle ważny dla was obojga. I to z wielu powodów. – Jej wzrok skupia się na moim nagim palcu serdecznym.

– Och, pierścionek. Pierścionek! – Przenoszę spojrzenie na twarz Declana.

Nerwowy tik jego szczęki jest tak wyraźny, że na pewno nikomu nie umknął.

„Przepraszam, Declan. Ratuję cię przed zrujnowaniem sobie przyszłości, chociaż w tym momencie chyba tak to nie wygląda”.

Declan uwalnia dłoń z mojego uścisku. Po chwili wyjmuje z kieszeni piękną obrączkę z platyny, ozdobioną dużym diamentem. Jestem nieco zaskoczona tak eleganckim pierścionkiem. W niczym nie przypomina koszmaru, który wybrałam dla jego przyszłej żony, co jeszcze bardziej mnie zadziwia. Czyżby odebrał ze sklepu niewłaściwy? Wiedziałam, że nie mogę zaufać mu w tak ważnej kwestii, ale nalegał.

Tati unosi brew w niemym pytaniu, sprawiając, że wracam do rzeczywistości.

– Poprosiłam Declana, żeby go przechował, bo rozmiar okazał się niewłaściwy. To cholerstwo spadło mi z palca, gdy tylko rzuciłam mu się w ramiona po oświadczynach.

– Och, nie! – Tati wydyma wargi.

W tym momencie podchodzi do niej Cal.

– Powiedziałem bratu, że oświadczyny w trakcie burzy to kiepski pomysł, ale uparł się, że to idealny moment, bo Iris tak je uwielbia.

– Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak szybko padł na kolana. – Mrugam do Tati, która oblewa się rumieńcem.

Declan bardziej marszczy brwi, co tylko mnie rozbawia.

– Ten facet niemal zdarł swoje nowe buty od Toma Forda, goniąc za pierścionkiem. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby mój brat aż tak panikował, ale uratował pierścionek w porę, zanim wpadł do ścieku. – Cal obejmuje Declana ramieniem, a ten natychmiast zrzuca z siebie jego rękę.

– Udało ci się to wszystko nagrać? Z radością pokazałabym filmik gościom! – wykrzykuje uradowana Tati.

Zaczyna mnie palić kark.

– Och, nie. Declan powiedział, że zdecydował się oświadczyć pod wpływem chwili. To było takie romantyczne… – urywam, gdy diabeł chwyta moją lewą dłoń i przeciąga po niej opuszkami, wsuwając mi pierścionek na palec. Pokrywam się gęsią skórką.

– Och, spójrzcie! Jednak pasuje! – Tati klaszcze w dłonie. Przysięgam, że potrafi mówić tylko albo bardzo głośno, albo tak głośno, że pękają bębenki.

– Musiał znaleźć lukę w swoim napiętym grafiku, żeby oddać go do przeróbki. – Czuję, jak płoną mi policzki.

Declan pociąga lekko za pierścionek, sprawdzając, czy dobrze się trzyma, po czym wciska dłoń w kieszeń.

Przesuwam palcem po diamencie i sama próbuję zsunąć pierścionek. Nie rusza się jednak ani o milimetr. Chrząkam i przywdziewam na twarz wymuszony uśmiech.

– Chyba utknął.

Nic dziwnego, bo Bethany miała szczuplejsze palce niż ja. Czy dziś wieczór znajdę choć chwilę wytchnienia?

– Na więcej sposobów niż jeden – szepcze Declan niskim głosem. Coś w nim sprawia, że przeszywa mnie zimny dreszcz.

Dopiero kiedy mężczyzna się odsuwa, mogę wziąć głęboki oddech.

Tymczasem on poprawia marynarkę.

– Czas rozpocząć przedstawienie.

Przedstawienie. To nic więcej jak zwyczajny teatr. Udawane małżeństwo, dzięki któremu mój szef nie utraci tego, na co pracował całe swoje życie. Ta myśl powoduje, że zalewa mnie fala paniki, o wiele silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Powtarzam sobie, że będziemy małżeństwem jedynie na papierze, ale moje serce nie przestaje walić jak oszalałe.

Declan patrzy mi prosto w oczy, jakby zauważył, że wpadam w panikę. Rzeczywistość dociera do mnie ze zdwojoną siłą i z każdą sekundą coraz trudniej łapię oddech.

Sama zgłosiłam się do tego, by pomóc Declanowi – niezależnie od tego, co mnie czeka.

„Dopóki śmierć nas nie rozłączy”.

2 Declan

– Chciałbym przez chwilę porozmawiać z narzeczoną na osobności. – Słowa drapią mój język niczym papier ścierny.

Iris robi wielkie oczy, po czym przenosi wzrok na Cala w niemej prośbie o pomoc. Co prawda jej umiejętność czytania ze mnie niczym wykrywacz kłamstw sprawia, że jest bardzo efektywna w pracy, lecz teraz znacznie utrudnia sytuację.

Cal otwiera usta, jednak pod wpływem mojego spojrzenia powoli zaczyna się wycofywać.

– Zobaczymy się w środku. – Na odczepnego macha do Iris i wchodzi do sali balowej.

Organizatorka wesel zerka na swój zegarek.

– Wrócę tu za pięć minut, żeby was zgarnąć. Postarajcie się nigdzie nie znikać.

Mruga do nas i kieruje się w stronę kuchni.

Serce wali mi jak oszalałe, więc próbuję je uspokoić trzema głębokimi oddechami.

„Powiedziałeś jej, że ma znaleźć kogokolwiek z chromosomami XX i zdolnością do rozmnażania się. Możesz winić w tej sytuacji tylko siebie”.

Przekroczyłem granicę, zza której nie ma powrotu. W życiu bym nie przypuszczał, że Iris zdecyduje się na takie rozwiązanie, nie spytawszy mnie najpierw, czy w ogóle się zgadzam. To okropny pomysł, przez który możemy zniszczyć wszystko, co budowaliśmy razem przez ostatnie lata.

„Uspokój się”.

„Jeden… Dwa…”

„Pieprzyć to”.

– Co ty sobie, do diabła, myślałaś?

Iris nawet nie wzdryga się na mój ton, chociaż zaciska swoje pełne wargi z niezadowoleniem.

– Ratuję twój tyłek, nic więcej.

– Jakoś nie widzę.

– Czy mam umówić cię na badanie wzroku? Chyba pogarsza ci się z wiekiem. – Jej zwyczajowy żart z tego, że jestem od niej dwanaście lat starszy, tym razem w ogóle nie bawi.

Moje oczy zwężają się w szparki.

– Nie igraj ze mną.

– A ty ani się waż patrzeć na mnie w ten sposób. – Kładzie swoją brązową dłoń na biodrze, jakby szykowała się do bitwy. Diament na jej palcu kontrastuje z ciemną skórą, przykuwając do siebie moją uwagę. – Gdybym tego nie zrobiła, musiałbyś wyjaśniać setce gości, gdzie podziała się twoja przyszła małżonka. Co byś im niby powiedział? Że przesyłka z nią zgubiła się gdzieś po drodze?

– Nie. – Zaciskam mocno zęby. – Chociaż zamówienie narzeczonej pocztą wydaje się teraz o wiele lepszą alternatywą.

Jej ciemne oczy niemal, do cholery, błyszczą.

– Pogódź się z tym. Nie masz ani czasu, ani żadnych innych opcji do wyboru.

– Najwyraźniej. – Przesuwam po niej wzrokiem.

Coś pojawia się na moment w jej spojrzeniu, by po chwili zniknąć.

Iris unosi lekko podbródek, podkreślając swój upór.

– Ty to jednak umiesz sprawić, żeby dziewczyna poczuła się wyjątkowa.

– „Wyjątkowa” to ostatnie słowo, jakim bym cię opisał. – Brzmi zbyt pospolicie w przypadku kogoś takiego jak ona.

Iris jęczy i wyrzuca ręce w powietrze.

– Nie wiem, jakim cudem uznałam, że to dobry pomysł.

– W takim razie jest nas dwoje. Dlaczego właściwie to robisz?

– Lubię cię wystarczająco, żeby chcieć uratować cię przed tobą samym. Sądzę, że to efekt jakichś problemów hormonalnych, i moja terapeutka na pewno usłyszy o tym w poniedziałek.

Mrugam.

– Nie próbuj mi wmawiać, że chcesz za mnie wyjść z czystej dobroci serca.

Jej ciemne brwi niemal spotykają się tuż nad nosem, gdy prostuje się jak struna.

– A co, jeśli tak jest?

– Daruj sobie te gierki. Takie rzeczy zdarzają się tylko w krainie czarów.

Iris otwiera usta.

– To nie są żadne gierki, chociaż twoja reakcja sprawia, że wolałabym, aby tak było.

Coś mi w tym wszystkim kompletnie nie pasuje. Dlaczego Iris miałaby nagle zgłosić się na ochotnika do zostania moją żoną po miesiącach szukania idealnej kandydatki?

„Bo od początku nie chciała, abyś żenił się z kimś innym”, szepcze cichutki głosik w mojej głowie.

Ona by tego… Nie. Nie wierzę w to.

„A może jednak?”

To by wyjaśniało chaotyczne zachowanie Iris. Podążam za jej spojrzeniem i orientuję się, że patrzy na pierścionek zaręczynowy. Powoli wodzi palcem po diamencie. Można by rzec, że czyni to z namaszczeniem.

„O kurwa”.

Pożądanie to jedno. Jednak miłość jest zabójczą grą, w którą nie mam ochoty się angażować w najbliższym czasie.

Zgrzytam zębami.

– Czy robisz to wszystko, ponieważ w sekrecie się we mnie kochasz? – Słowa same wypadają mi z ust. Moje serce wali tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej.

Nigdy bym nie pomyślał, że mogła żywić do mnie uczucia inne niż obojętność. Cholera, nigdy nawet nie chciałem brać tego pod uwagę z tysiąca różnych powodów, a przede wszystkim dlatego, że jest najlepszą asystentką, jaką kiedykolwiek miałem. Utrata Iris nie wchodzi w grę. Zwłaszcza nie teraz, kiedy stała się najważniejszą częścią mojego planu przejęcia pozycji ojca.

Cały ten pomysł rozpada się jednak na milion kawałeczków, gdy Iris zgina się wpół i wybucha dzikim śmiechem. Przez trzy lata, które spędziłem w towarzystwie tej dziewczyny, ani razu nie dostrzegłem choćby jednej rysy w jej niezwykle zrównoważonej osobowości. Kto by pomyślał, że wsunięcie pierścionka na palec wystarczy, aby zupełnie straciła rozum?

Próbuje złapać za coś, aby nie stracić równowagi, i tak się składa, że najbliższą rzeczą w jej zasięgu okazuję się ja. Każdy mięsień w moim ciele się napina, a w górę mojej ręki wędrują gorące płomienie. Stoję jak skamieniały, gdy śmiech Iris zamienia się w astmatyczny kaszel. Zamiast ulgi jej reakcja wywołuje we mnie poczucie odrzucenia. Ze ściśniętym żołądkiem patrzę, z jaką pogardą zareagowała na pomysł, że mogłaby mnie kochać.

„Nikt cię nigdy nie pokocha”. Głos ojca rozbrzmiewa w mojej głowie w najbardziej niewłaściwym momencie i sprawia, że robi mi się zimno.

Jeden po drugim odrywam palce Iris od mojego bicepsa.

– Czy przechodzisz przez jakiś kryzys?

– Nie, ty głupku. I nie jestem w tobie zakochana. – Znów się śmieje, wydając z siebie okropny, świszczący dźwięk za każdym razem, kiedy wciąga powietrze. – Robię to dla ciebie, bo jesteśmy przyjaciółmi.

– Nigdy nie będę twoim przyjacielem.

„I nigdy nie zechcę być”.

Iris zaciska na moment usta.

– Kłamczuch. Przyjaciele troszczą się o siebie nawzajem, gdy zachorują.

– Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz.

– Pamiętasz, kiedy zachorowałam na grypę?

Krzyżuję ręce na piersi.

– Nadal nie rozumiem, co to ma do rzeczy.

– Więc pamiętasz. – Jej śmiech znów zmienia się w kaszel.

– Tylko dlatego, że musiałem zatrudnić ekipę sprzątającą, bo chciałem być pewien, że każdy milimetr kwadratowy zostanie dokładnie wyszorowany.

– No dobra. A co z tym razem, kiedy ci pomogłam, bo upiłeś się podczas podróży służbowej?

– Nigdy nie prosiłem cię o pomoc.

– Potykałeś się o własne stopy i pytałeś, czy przedstawię cię mojej bliźniaczce, o której wcześniej nie wiedziałeś.

Moja tolerancja na wódkę jest mniej więcej tak samo wysoka jak tolerancja na ludzi – nie istnieje.

– Pijany stajesz się o wiele milszy. Poprosiłeś, żebym otuliła cię kołderką i zaśpiewała ci kołysankę.

– Teraz wiem, że kłamiesz. Masz jeden z najgorszych głosów, jakie słyszałem.

Niemal wykrzywiam usta w uśmiechu, ale zamiast tego wybieram grymas niezadowolenia.

Iris znów wyrzuca ręce w powietrze.

– No dobra, kłamię. Ale nie odmówiłabym, gdybyś mnie o to poprosił! Bo przyjaciele pomagają sobie w potrzebie.

Byłbym skłonny zapłacić każdą cenę za wymazanie słowa „przyjaciele” ze wszystkich słowników na świecie. Nie mam ich. Nie chcę ich mieć. I nie chcę być niczyim przyjacielem, zwłaszcza jej.

Chropowaty śmiech dziewczyny znów przeistacza się w atak kaszlu. Zanim mogę się powstrzymać, biorę ze stołu malutką torebkę Iris i wciskam ją w jej ręce.

– Zrób coś z tym strasznym dźwiękiem.

Zaczyna przeszukiwać torebkę i wyciąga z niej inhalator.

– Martwisz się o moje zdrowie?

– Tylko ze względu na siebie samego.

– No tak. Jak mogłabym zapomnieć. – Posyła mi uśmiech, chociaż ma już w ustach inhalator, po czym wdycha lek.

– Wyjaśnijmy sobie kilka kwestii.

Marszczy brwi i już szykuje się, by coś powiedzieć, ale ją uciszam.

– Każda uprzejmość, którą wyświadczyłem ci w przeszłości, wynikała wyłącznie z szacunku, jakim darzę cię jako moją asystentkę. Nie chcę marnować czasu na coś tak bezsensownego jak przyjaźń, więc jeśli uwierzyłaś, że łączy nas jakaś platoniczna relacja, to twoja własna wina, nie moja.

W przeciwieństwie do większości kobiet, które zaczynają płakać w mojej obecności, Iris tylko wzrusza ramionami na dźwięk tych ostrych słów.

– Byłam głupia, wierząc, że możesz żywić do kogoś uczucia inne niż pogardę. Zaręczam ci, że więcej się to nie wydarzy.

– Nie czuję nic poza palącym pragnieniem osiągnięcia celu.

Iris wzdycha.

– Wiesz, w życiu chodzi o coś więcej niż tylko o niszczenie twojego ojca.

Ignoruję ją i zerkam na zegar. Kończy nam się czas.

– Musimy ustalić kilka zasad.

– Zasad. – Jej oczy rozszerzają się do granic możliwości.

– Każde spojrzenie… – Moje uszy wypełnia nierówny, pulsujący dźwięk.

Iris zamiera, gdy kładę dłoń na jej policzku. Głaszczę kciukiem delikatną skórę, masuję ją subtelnie, jakbym samym dotykiem mógł wyryć na niej swoje imię.

– Każdy dotyk…

Oczy Iris się zamykają. Wszystkie komórki w moim ciele płoną, błagając, abym przestał. Abym odsunął się od niej, bo nie powinienem jej tak dotykać. Przekraczam zbyt wiele granic. Nie potrafię się jednak powstrzymać i wdycham zapach kokosowych perfum dziewczyny, mimo iż moje płuca protestują.

– Każdy pocałunek… nie będzie niczym innym jak tylko kłamstwem. – Wargami muskam kącik jej ust i czuję się przy tym tak, jakby poraził mnie prąd. Iris otwiera oczy, gdy się odsuwam. W głowie na pewno ma teraz mętlik. Wsuwam ręce do kieszeni, udając obojętność, kiedy jej klatka piersiowa z każdym oddechem gwałtownie unosi się i opada.

– Ty… Ja… Co… – duka.

Powinienem być mile połechtany tym, że mój dotyk wprawił ją w taki stan, jednak zamiast tego zbija mnie to z tropu. Kontakt fizyczny nie powinien przyprawiać jej o taką reakcję. Nie, jeśli postawiła na szczerość, gdy tłumaczyła, że pomaga mi jako przyjaciółka.

Staram się odzyskać kontrolę nad sytuacją. Postawić między nami coś przypominającego barierę.

– Nie ma niczego, czego bym nie zrobił, aby zapracować na mój spadek. Miej na uwadze te słowa, gdy zapomnisz, że traktuję to jedynie jako grę.

Iris znów otwiera usta, lecz zanim zdąży cokolwiek powiedzieć, słyszę piskliwy głos, który będzie prześladował mnie już zawsze.

– No dobrze, kochani. Goście nie mogą się doczekać, aż zobaczą przyszłą parę młodą – oznajmia konsultantka ślubna. Wskazuje swoją podkładką na drzwi do sali balowej, jakby była dowódcą wojskowym.

– Gotowy? – Iris bierze mnie za rękę. Jej uśmiech przypomina ten, który niedawno posłał jej Cal.

Zachowuję milczenie, wiedząc, że cokolwiek powiem, będzie kłamstwem.

3 Iris

– Drodzy goście, przywitajcie oklaskami przyszłych państwa Kane’ów.

Otwieram szeroko oczy na dźwięk słów DJ-a.

„Więc w taki sposób to zrobimy? Tak po prostu?”

„Sama zaplanowałaś, że tak to ma wyglądać”.

Daję sobie mentalnego kopniaka za zorganizowanie tak absurdalnego przyjęcia zaręczynowego. Gdybym wiedziała, że sama znajdę się w centrum uwagi, zdecydowałabym się na prosty komunikat w mediach społecznościowych.

Kolana mi się trzęsą, kiedy przesuwam wzrokiem po sali. Prostuję nogi, aby powstrzymać się przed upadkiem na twarz. Ilość designerskich ciuchów zgromadzonych w jednym pomieszczeniu jest niemal chora, zaś sztuczne uśmiechy gości sprawiają, że moja skóra zaczyna swędzieć.

Napotykam spojrzenie Declana. To już niemal odruch, że w ułamku sekundy wymieniamy setkę słów.

– Oddychaj głęboko. – Bierze mnie za lewą rękę.

Wydaje mi się niepokojące, jak szybko potrafi wyczuć, że się stresuję, chociaż nic nie powiedziałam.

„Pracujecie razem od trzech lat. Oczywiście, że wie, kiedy się denerwujesz”.

– Iris i ja weźmiemy ślub pod koniec miesiąca.

„Pod koniec miesiąca? To za dwa tygodnie!”

Muzyka cichnie. Ktoś odkasłuje. Kelner upuszcza tacę.

Goście reagują rozmaicie, ale każdy wygląda na zszokowanego. Nie winię ich. Myślałam, że Declan i ja będziemy mieć miesiąc, żeby wszystko ustalić, tymczasem zostało nam o wiele mniej czasu.

Cisza jest niemal ogłuszająca. Żołądek skręca mi się tak, jakbym miała zaraz zwymiotować na lśniącą marmurową posadzkę, ale jakimś cudem przełykam podchodzący do gardła kwas.

„Dasz radę”.

– Niespodzianka! – krzyczę radośnie z nadzieją, że zmienię nieco atmosferę, która zapanowała po beznamiętnym oświadczeniu Declana. Wyrywam dłoń z jego uścisku i podnoszę ją do góry, by każdy mógł zobaczyć pierścionek zaręczynowy. Miliony kolorów odbijają się od diamentu, przykuwając uwagę gości do symbolu mojej nadciągającej klęski.

– Witaj w rodzinie, Iris. – Rowan, najmłodszy brat Declana, wychodzi przed tłum.

Choć większość ludzi uważa, że ze swoimi ciemnymi włosami i oczyma jest wierną kopią Declana, ja dostrzegam, jak bardzo są różni. Rowanowi zdarza się czasem okazywać ludzkie uczucia, natomiast Declan nie robi tego nigdy.

Cal przeciska się przez tłum i podnosi kieliszek do góry.

– Rodzinna terapia w każdy czwartkowy wieczór. Czekamy.

Kilka osób wybucha śmiechem i jakimś cudem napięcie opada na tyle, że oddychanie przestaje sprawiać mi trudność.

– Za godzinę wychodzimy – szepcze Declan tak cicho, że tylko ja mogę go usłyszeć.

– Chciałam zasugerować pół godziny, ale skoro nalegasz, zostaniemy dłużej.

Nie uśmiecha się, jednak dostrzegam błysk w jego spojrzeniu. Delikatne parsknięcie, które z siebie wydaje, to u niego coś w rodzaju śmiania się na całe gardło. Oboje doskonale wiemy, że nie uda nam się stąd wydostać w pół godziny. Nie teraz, kiedy Declan będzie pierwszym Kane’em, który wziął ślub od czasu, gdy trzydzieści lat temu zrobił to jego ojciec Seth. Tego rodzaju obwieszczenie jest równe z ogłoszeniem, że angielski książę spodziewa się dziecka, więc każdy zechce porozmawiać z nami kilka minut.

Cokolwiek Declan zamierzał odpowiedzieć, zostaje szybko zapomniane, kiedy Seth Kane niczym Mojżesz przechodzi przez rozstępujący się tłum. Emanuje tak wielkim niezadowoleniem, że niejeden człowiek padłby na kolana.

Ja jednak stoję wyprostowana. Spędziłam w jego towarzystwie dość czasu, by wiedzieć, że żywi się ludzką słabością.

Declan przybiera maskę obojętności, ale i tak zauważam delikatny tik w jego szczęce. Choć jest mistrzem ukrywania emocji, niekiedy w masce pojawia się rysa. Zagryzione zęby. Zaciśnięta na moment pięść. Zmrużenie oczu na sekundę przed tym, nim znów zagości w nich zwyczajowy chłód. – Spokojnie. – Przybliżam się do niego i masuję otwartą dłonią klatkę piersiową w okolicy serca.

„Nie tylko ty się denerwujesz”.

Wygląda na to, że Declan jest bardziej ludzki, niż przypuszczałam.

– Synu. – Seth jak zwykle ignoruje moją obecność. Jako że do niczego mu się nie przydam, nie zauważa nawet, że istnieję. To proste.

– Ojcze. – Declan kiwa lekko głową.

Widzę w nich niepokojące wręcz podobieństwo, gdy wbijają w siebie puste, mroczne spojrzenia. Ale to tylko pozór. Seth na pewno był kiedyś przystojny, lecz nadużywanie alkoholu postarzyło go w sposób, któremu nie zaradzi żadna ilość botoksu.

– Powinienem wam pogratulować, jak sądzę. – Seth uśmiecha się do mnie po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy. Jest tak fałszywy, że niemal robi mi się niedobrze. – Mój syn ma szczęście, że w jego życiu pojawił się ktoś taki jak ty.

Tak, jasne. Minęły już trzy lata, a ten facet i tak ciągle mówi na mnie Irene, ilekroć chce, żebym połączyła go z Declanem.

– Zachowaj swoje przedstawienie dla fotografów. – Declan obejmuje mnie ramieniem. Jest tak sztywny, jakby był robotem, ale doceniam, że próbuje sprawić, byśmy wyglądali jak prawdziwa para. „Próbuje” to niestety słowo klucz. Sztywniejszy mógłby być tylko po wypiciu drinka mojej babci, bo od nich każdy pada jak długi na podłogę.

– Interesująca rada, biorąc pod uwagę, że sam robisz teraz niezłe przedstawienie.

Declan z całej siły zaciska dłoń na mojej talii.

– To, że jesteś zgorzkniały i nie wierzysz w miłość, nie znaczy, że my również.

Seth parska.

– Gówno wiesz o miłości.

– Słyszałem, że wiele można się nauczyć na błędach innych ludzi, więc bardzo ci dziękuję.

Wilczy uśmiech Setha blednie. Jedynie na krótki moment, niemal to przegapiam, ale ból widoczny w jego oczach zbija mnie z tropu.

„Nie daj się zwieść. To nie jest prawdziwe”.

– Nie masz bladego pojęcia o niczym, przez co przeszliśmy z twoją matką, i obyś nie doświadczył niczego takiego w swoim małżeństwie. – Seth odwraca się na pięcie i pospiesznie wychodzi z sali balowej.

„To by było na tyle w kwestii udawania przed ludźmi zgranej, szczęśliwej rodziny”.

Mało co jest w stanie poruszyć Setha, ale wspomnienie żony zawsze tak na niego działa. Trudno nie współczuć mężczyźnie, któremu rak odebrał małżonkę. Szybko jednak przypominam sobie, jakim kutasem był dla swoich synów, i jakakolwiek litość natychmiast znika.

Kolejna osoba pojawia się w moim polu widzenia i wypowiada imię Declana.

– Postarajmy się szybko z tym uwinąć – szepcze narzeczony.

– Nigdy nie sądziłem, że dożyję dnia zaręczyn Declana Kane’a… – Mężczyzna kompletnie mnie ignoruje i klepie Declana po ramieniu, a następnie nachyla się do jego ucha.

Goście podchodzą do nas jeden po drugim i składają gratulacje. Ledwo zwracają na mnie uwagę, zbyt skupieni na włażeniu Declanowi w tyłek, co sprawia jedynie, że robi mi się coraz bardziej niedobrze. Moim jedynym źródłem rozrywki jest przyglądanie się Kane’owi, który odgrywa rolę szczęśliwego pana młodego, ale po godzinie i to zaczyna mnie nudzić.

„W zasadzie stałam się niewidzialna”.

* * *

DJ prosi wszystkich o opuszczenie parkietu, a z głośników rozbrzmiewa powolna melodia. Natychmiast się orientuję, że oznacza to problemy. Declan najwyraźniej również sobie to uświadamia, bo zerka na mnie z drugiego końca sali. W innych okolicznościach jego tik nerwowy, który zauważam mimo dzielącej nas odległości, wzbudziłby moje rozbawienie, ale biorąc pod uwagę, że sama także jestem poddawana torturom, z trudem udaje mi się chociaż uśmiechnąć. Tymczasem Declan podchodzi do mnie i bierze moją dłoń.

– Potrafisz tańczyć? – pytam cicho.

– Oczywiście, że potrafię.

Mimo iż twarz Declana przypomina czyste białe płótno, siła, z jaką mężczyzna ściska moją rękę, mówi wszystko o jego odczuciach.

„Nienawidzi być w centrum uwagi tak samo jak ty”.

Jest mi gorąco, cała wręcz płonę. Setka par oczu próbuje się przebić przez maskę szczęśliwej narzeczonej, a kiedy Declan przyciąga mnie do siebie, stresuję się jeszcze bardziej. Jedną ręką oplata moje plecy, zaś w drugiej ściska mi dłoń tak mocno, że niemal odcina dopływ krwi. Kiedy opuszki jego palców muskają mój tyłek, przeszywa mnie prąd i szybko wciągam powietrze.

– Przestań to robić – mówię z wymuszonym uśmiechem.

– Co robić?

– Dotykać mnie w taki sposób.

– Jesteś moją narzeczoną – odpiera, jakby to miało wszystko wyjaśniać.

Cofa rękę, a ja wzdycham z ulgą. Po chwili jednak przyciąga mnie do siebie tak blisko, że nie ma pomiędzy naszymi ciałami ani milimetra wolnej przestrzeni. Oddychanie staje się w tym momencie niemal niemożliwe.

– Dlaczego musimy tak tańczyć?

– Bo wszyscy nas filmują.

Mam wrażenie, że roztapiam się niczym wosk, kiedy przesuwam wzrokiem po sali.

– O Boże.

Declan wtula twarz w czubek mojej głowy. Przysięgam, że w tym momencie zaczynam niemal lewitować. Jak na kogoś, kogo nie interesują związki, doskonale radzi sobie z udawaniem. Sprawia to, że zaczynam podawać w wątpliwość wszystko, co do tej pory przyjmowałam za pewnik. Bo gdzie był wcześniej ten mężczyzna? A co najważniejsze, dlaczego Declan go ukrywał?

„Jakie to ma znaczenie? Nic z tego nie jest prawdziwe”.

Ta myśl mnie otrzeźwia i nagle czuję ogromny zawód. To nic innego jak zwykłe przedstawienie. Być może na chwilę o tym zapomniałam, ale muszę pamiętać, czemu zgodziłam się w tym uczestniczyć. Nie jesteśmy w prawdziwym związku. Żadne pocałunki w czoło ani żaden dotyk tego nie zmienią.

„Po prostu rób, co trzeba, a nic nie zdoła cię zranić”.

Powtarzam to sobie w kółko, kiedy Declan prowadzi mnie do dźwięków piosenki. Pod koniec naszego tańca czuję się silniejsza i gotowa, aby oddzielić fikcję od prawdy.

„Czas pokazać, co potrafię”.

* * *

Mija kolejne pół godziny, które spędzam na staniu obok Declana i milczeniu, zanim wreszcie mogę pójść do łazienki.

Nalewam sobie na dłonie nieco zimnej wody z kranu i schładzam policzki.

– Dasz radę, Iris. Nie pozwól im zepsuć ci nastroju.

„Łatwiej powiedzieć niż zrobić”.

Mimo iż nikt się do mnie nie odezwał, nie licząc krótkich powitań, wszyscy przyglądali mi się uważnie, jakby mieli przed sobą szczura laboratoryjnego. Liczba kobiet, które ewidentnie próbowały odgadnąć, co popijam z kieliszka oraz czy mój wydęty brzuch jest efektem ciąży, czy też nadmiaru zjedzonego makaronu, była porażająca. Nigdy nie przywiązywałam dużej wagi do swojej figury, ale ten grad lustrujących spojrzeń sprawiał, że skóra paliła mnie pod moim jedwabnym szalem.

„Ci ludzie się nie liczą”.

Wykonuję kolisty ruch ramionami i poprawiam szminkę, po czym wychodzę z łazienki.

Udaje mi się zrobić jeden krok w stronę sali balowej, gdy ktoś chwyta mój łokieć i niemal tracę równowagę.

– Ile on ci płaci?

Ojciec Declana obraca mnie tak, by móc spojrzeć mi w oczy.

Wyrywam rękę z jego uścisku.

– Nie mam pojęcia, o kim ani o czym mówisz.

– Jestem skłonny zaoferować ci dwa razy tyle, jeżeli zerwiesz zaręczyny.

Otwieram szeroko oczy.

– Że co proszę?

– Nie możesz być aż tak głupia.

– Używaj prostszego języka, bo mam trudności z rozumieniem wyszukanego słownictwa.

– Declan musiał być zdesperowany, skoro wybrał kogoś takiego jak ty.

Co za bezczelny facet.

– Jestem wielką szczęściarą. Wyjście za mąż za twojego syna to spełnienie marzeń każdej kobiety.

Kane wydaje z siebie zduszony dźwięk.

– Nie schlebiaj sobie. Declan żeni się z tobą tylko ze względu na spadek.

– Co takiego?

Mój głos w perfekcyjny sposób przechodzi w pisk.

– Naprawdę nie wiedziałaś? – Marszczy brwi.

Rozegrałam to dokładnie tak, jak chciałam.

– Co masz na myśli? Nic nigdy nie wspominał o żadnym spadku. – Zmuszam swoją dolną wargę do tego, aby zaczęła się trząść, i efekt jest piorunujący.

– Nosisz na palcu ten pierścionek wyłącznie dlatego, że Declan chce przejąć moją pozycję. Bez ciebie nie ma szans na zostanie dyrektorem generalnym.

– Co? – Mrugam dwa razy.

Jego zgorzkniały śmiech sprawia, że prawie mnie odrzuca.

– Naprawdę wierzyłaś, że żeni się z tobą z miłości?

– Jeśli nie z miłości, to niby dlaczego? – Kładę dłoń na swojej klatce piersiowej i wbijam paznokcie w materiał, jakbym chciała wyrwać sobie serce. Gdyby był tu Cal, wręczyłby mi złoty medal za to przedstawienie. A Declan może nawet dałby mi podwyżkę.

– Dla spadku. Bez żony i dziecka nigdy go nie dostanie.

– Mówisz poważnie? Co z wami wszystkimi jest nie tak? – Mój głos brzmi tak piskliwie, jakbym miała zaraz się rozpłakać.

Seth wbija dłonie w kieszenie.

– Niestety to prawda.

– Skąd niby o tym wiesz?

Ściąga brwi.

– To bez znaczenia.

Z całych sił powstrzymuję się przed wywróceniem oczyma.

– Masz na to jakiś dowód? Chyba nie sądzisz, że jestem tak głupia, żeby uwierzyć tobie, a nie narzeczonemu.

Delikatnie mruży oczy, jakby chciał mi przekazać, że owszem, sądził, że okażę się tak głupia. Właśnie dzięki jego założeniom na mój temat udaje mi się odnosić w tej rozmowie tak spektakularne zwycięstwo.

– Declan i ja przedyskutowaliśmy to dokładnie, kiedy zwrócił się do mnie o poradę. Ostrzegałem go, żeby tego nie robił, ale nie posłuchał.

„Bum”.

Złapałam go w sieć dokładnie tak, jak chciałam. Nie ma opcji, żeby Declan rozmawiał z ojcem na temat spadku, co oznacza, że wszelkie domysły Setha Kane’a to wyłącznie spekulacje. Odkrycie niemal sprawia, że wybucham śmiechem, nie jestem jednak jeszcze gotowa na wyjście z roli. Zbyt dobrze się bawię, pogrywając z największym dupkiem w Chicago.

Pocieram kąciki oczu.

– Przepraszam. Zrobiło mi się odrobinę słabo.

Kane kręci głową, jakby naprawdę obrzydzały go wybory życiowe Declana. Biorąc pod uwagę, jak sam postępował w swoim dotychczasowym życiu, bynajmniej nie ma ku temu moralnych podstaw, ale dobrze mu wychodzi ten teatrzyk. Jest w tym niemal lepszy ode mnie.

– Mój syn nie powinien wykorzystywać w ten sposób uczuć niewinnej kobiety. Sądziłem, że lepiej go wychowałem.

Nawet nie wiem, jak mogłabym skomentować tę wypowiedź.

„Nie pozwól mu przejąć kontroli. Próbuje jedynie cię przestraszyć, żebyś zerwała zaręczyny”.

Prostuję plecy.

– Tylko jedna osoba wykorzystuje teraz moje uczucia i patrzę jej właśnie prosto w twarz. Dziękuję za wszystkie te informacje. Declan z pewnością chętnie usłyszy o tym, jak próbowałeś zrujnować nasze przyjęcie zaręczynowe.

Jego twarz zmienia się w coś żywcem wyjęte z dziecięcego koszmaru.

– Sądzisz, że jesteś taka mądra?

– Och, dobrze wiem, że jestem.

– Próbuję uratować cię przed pozbawionym miłości małżeństwem, ale najwyraźniej oboje na siebie zasługujecie.

– Mam taką nadzieję, bo w końcu bierzemy ślub.

– Nigdy cię nie pokocha. Nie jest do tego zdolny.

– Gdybym chciała porady od ojca, który ma gdzieś dobro swoich dzieci, zadzwoniłabym do swojego własnego. – Wbijam mu tę szpilę, bo doskonale wiem, przez jakie piekło przeszli jego synowie.

Seth zaciska szczękę.

– To jeszcze nie koniec.

Uśmiecham się do niego promiennie, bo właśnie mija nas kilkoro gości.

– Taką mam nadzieję. Wielką przyjemność sprawia mi patrzenie, jak robisz z siebie idiotę.

Zostawiam Kane’a w tyle, żeby mógł taplać się w bagnie, które sam sobie stworzył.

* * *

– Twój ojciec wie – oznajmiam, gdy Declan wsiada do samochodu. Harrison, szofer Declana, zamyka za nami drzwi, po czym zajmuje miejsce za kółkiem.

Declan przechyla głowę.

– Co rozumiesz przez „wie”?

– Powiedzmy, że przeprowadziliśmy pogawędkę od serca, kiedy napadł mnie koło łazienki.

Declan wygląda na równie obrzydzonego co ja.

– Powtórz mi słowo w słowo, co mówił.

Opowiadam ze szczegółami o całej rozmowie, zaczynając od tego, jak Seth zaoferował mi podwójną kwotę za zerwanie zaręczyn. Declan przez cały czas siedzi z zaciśniętymi ustami i odzywa się dopiero, gdy kończę.

– Nie ma żadnych dowodów.

Wykręcam ułożone na podołku ręce.

– Co nie znaczy, że nie przestanie drążyć, póki ich nie znajdzie – stwierdzam hardo.

– W takim razie zorganizujemy dla wszystkich przedstawienie, którego tak desperacko pragną.

– Nie martwisz się, że może zrobić coś irracjonalnego?

Oczy Declana zaczynają lśnić na myśl o wyzwaniu.

– Chciałbym zobaczyć, jak próbuje. Niczego tak bardzo nie pragnę, jak załatwić go raz na zawsze.

Czuję na plecach zimny dreszcz.

– W takim razie jaki jest nasz plan?

– Nasz?

Pokazuję mu połyskujący na moim palcu pierścionek.

– To uczyniło z nas drużynę.

Mięśnie jego szczęki się napinają.

– Nawet nie wiesz, w co się teraz pakujesz.

– Jeśli mogę wierzyć w opowieści Cala, chyba jednak dość dobrze wiem.

– Cokolwiek powiedział ci Cal, na pewno była to ocenzurowana wersja prawdy.

Marszczę brwi.

– Co masz przez to na myśli?

Declan sznuruje usta i panująca między nami cisza zaczyna się wydłużać.

Po pewnym czasie wywracam oczyma.

– No dobrze. Doceniam twoją troskę, ale nie boję się waszego ojca, więc możesz darować sobie próby zniechęcenia mnie.

– Musisz mieć życzenie śmierci. Nie umiem inaczej wytłumaczyć twojego irracjonalnego zachowania.

Parskam śmiechem.

– Jasne, że mam. Inaczej nie zgodziłabym się za ciebie wyjść.

4 Iris

– Co takiego?!

Ciemne oczy mamy robią się wielkie jak spodki. Złącza dłonie, żeby powstrzymać się przed przeczesywaniem nimi swoich mocno kręconych włosów. – Powiedziała, że się zaręczyła – powtarza głośno babcia, po czym wraca do siorbania kawy. Jej siwiejące senegalskie skręty poruszają się, gdy zmienia pozycję na wiklinowym krześle, na którym siedzi naprzeciwko mnie.

– Jak? Kiedy? Z kim? Kiedy pytałam ostatnim razem, z nikim się nie spotykałaś! – Brązowa skóra matki marszczy się wokół oczu.

– To skomplikowane.

„Cóż, chyba można tak to nazwać”.

Najwyraźniej nie byłam jeszcze gotowa na tę rozmowę dzień po piekle zwanym przyjęciem zaręczynowym.

– Dobrze, ale nie każ nam dłużej czekać. Nie wiem, jak długo pozostanę jeszcze na tym świecie, a jeżeli ciągle będziesz się tak zacinać, prędzej wyprawisz mi pogrzeb niż sobie wesele – wtrąca babcia z poważnym wyrazem twarzy.

Zapewne to z jej powodu zdołałam udawać szczęśliwą narzeczoną w sali pełnej ludzi przez tak długi czas.

– Mało prawdopodobne, bo ślub został zaplanowany na koniec miesiąca.

– Słucham?!

Ciężki oddech mamy sprawia, że przestaję się uśmiechać.

– Nie, nie ma mowy. Jesteś moją jedyną i najukochańszą córką, więc nie pozwolę ci brać ślubu w jakieś ciasnej salce w urzędzie stanu cywilnego.

– A cóż w tym złego? Ja właśnie tak brałam ślub. – Babcia wygląda na urażoną.

– Dokładnie to miałam na myśli – odpowiada mama.

– Tak było najwygodniej. Zawinęłam swój świeżo ochajtany tyłek na Bourbon Street1 i z twoim ojcem zrobiliśmy sobie niezłą noc poślubną.

– Doskonale znam historię dnia, w którym zostałam poczęta. Nie trzeba znowu jej powtarzać.

Nie mam bladego pojęcia, jak te dwie kobiety wytrzymują ze sobą pod jednym dachem, od kiedy nie ma mnie w pobliżu, żebym mogła przerywać ich kłótnie.

– Chcecie usłyszeć moją opowieść czy jesteście bardziej zainteresowane straumatyzowaniem mnie na całe życie?

– Opowieść – odpowiadają jednocześnie.

Zaczynam więc i przedstawiam im wyssaną z palca historyjkę o tym, jak Declan i ja zdaliśmy sobie sprawę ze swoich uczuć podczas przerażającego lotu z Tokio. Opowiadam, jak płakałam, bo bałam się, że zginiemy w katastrofie lotniczej, a Declan pocałował mnie, żebym się uspokoiła. Najtrudniejsze w tym kłamstwie było wyznanie, że przez rok utrzymywałam nasz związek w sekrecie, ponieważ nie wiedziałam, czy między nami na pewno wszystko się ułoży.

To zabawne, że jeśli weźmie się pod uwagę moje dotychczasowe związki, akurat te kłamstwa wydają się najbardziej wiarygodne ze wszystkich, które im wciskałam.

– Chcesz mi powiedzieć, że zaręczyłaś się z Declanem Kane’em? Dobrowolnie? – parska moja matka.

– Czy aż tak trudno w to uwierzyć?

Mama przestaje chodzić nerwowo po pokoju, co robiła od jakiegoś czasu, i spogląda na mnie.

– Nie. Chyba nie, jeśli mam być szczera.

Szczęka mi opada.

– Co?

Babcia wybucha śmiechem.

– Och, przestań już. Opuściłaś w zeszłym roku nasze przyjęcie bożonarodzeniowe, żeby spędzić z nim czas w Tokio.

– Bo pracowałam.

Babcia znów się śmieje.

– Ależ oczywiście. Wszystkie uwielbiamy pracować. Niektóre z nas więcej niż inne. I najlepiej częściej niż raz dziennie.

Krztuszę się kawą.

– Sądziłam, że libido maleje z wiekiem.

– Mam wspomnienia, które starczą do końca moich dni.

Z ust mamy wydobywa się jęk.

– Zachęcam cię, żebyś zabrała je ze sobą do grobu.

Teraz babcia już niemal wyje ze śmiechu.

Mama siada obok mnie i ujmuje moją lewą dłoń. Uważnie ogląda pierścionek.

– Jesteś pewna, że tego właśnie chcesz?

Kiwam głową.

– Oczywiście.

„Pójdziesz do piekła za okłamywanie własnej matki”.

„Ale przynajmniej ty i Declan będziecie razem nawet w życiu pozagrobowym”.

– To wydaje się takie… – urywa, nie znajdując odpowiedniego słowa.

– Niespodziewane?

– Tak.

– To, co nas łączy, jest… wyjątkowe. Naprawdę go kocham, mamo. – Wiele kosztuje mnie wypowiedzenie tych słów z kamienną twarzą.

Matka przechyla głowę. Zawsze udawało się jej wyciągnąć ze mnie prawdę, tym czy innym sposobem. Przygryzam więc wargę, żeby powstrzymać się przed palnięciem jakiejś głupoty.

„Na przykład prawdy?”

„Och, zamknij się”.

Zmuszam swoją wypełnioną poczuciem winy podświadomość, żeby przestała się wtrącać.

– Jest twoim szefem.

– Wiem.

– I jest też od ciebie znacznie starszy.

– Czy coś w tym złego? Bo ja dostrzegam same pozytywy – wtrąca babcia.

Nie czekam z odpowiedzią ani sekundy.

– Nie możemy wybrać, w kim się zakochamy.

Mama wzdycha.

– Nie. Nie możemy.

Poczucie winy zaciska mi ciasną pętlę wokół serca. Mama stanowi idealny przykład na to, co się dzieje, kiedy zakochamy się w kimś, w kim nie powinniśmy. Ja zaś stanowię nieoczekiwany skutek tego uczucia.

Mama uspokajająco ściska moją dłoń.

– Jeśli jesteś szczęśliwa, to ja również się cieszę.

Kiwam jedynie głową, ponieważ boję się tego, co mogłabym powiedzieć. Gdyby znała prawdę o naszych zaręczynach, na pewno by tego nie popierała. Ma skłonności do zamartwiania się. Na pewno bardzo niepokoiłoby ją to, że związuję się z mężczyzną, który nawet szczególnie mnie nie lubi, a do tego zamierzam urodzić mu dziecko, którego nie chce. Pragnie dla córki losu innego niż ten, który przypadł jej w udziale.

Zaczynam panikować jeszcze bardziej, gdy babcia pyta:

– No więc kiedy go poznamy?

* * *

Otwieram drzwi frontowe swojego mieszkania i spostrzegam Cala, który opiera się o ścianę.

– Unikałaś mnie – stwierdza.

– Raczej byłam zbyt zajęta użeraniem się z konsekwencjami moich decyzji. – Przesuwam się, żeby mógł wejść do środka.

Jakimś cudem Cal od razu sprawia, że przestrzeń wydaje się dziesięć razy mniejsza niż w rzeczywistości. Mimo iż moje mieszkanko to nic specjalnego, przez lata ciężko na nie pracowałam, chociaż wszyscy dookoła we mnie wątpili.

Cal zręcznie nawiguje przez pole minowe złożone z roślin doniczkowych, po czym opada na podniszczoną kanapę.

– Dlaczego to zrobiłaś?

Siadam naprzeciw niego i przyciągam kolana pod brodę.

– Bo jestem głupia.

– Jak przeszłaś od zrywania z każdym chłopakiem, zanim związek zrobił się „zbyt poważny”, do postanowienia, że wyjdziesz za mojego brata?

– Kiedy tak to ujmujesz, wydaje się to jeszcze bardziej nieprawdopodobne.

Cal odpowiada mi śmiechem.

– Co się stało z deklaracjami, że rezygnujesz z facetów na zawsze?

– Cóż, to całe „zawsze” nagle wydało mi się bardzo długim okresem…

– Mówi kobieta, która uznała, że były chłopak posunął się za daleko, bo kupił dla niej zapasową szczoteczkę do zębów.

– To co innego.

Pewnie, historia moich związków nie prezentuje się zbyt pięknie. Zawsze byłam tą, która zrywała, bo bała się angażować. Strach powoduje, że najpierw działam, a potem żałuję tego, co uczyniłam. Nie jest to najzdrowsza tendencja, ale przez lata ratowała mnie przed przemianą w moją własną matkę. Mimo iż bardzo ją kocham, obserwowanie przez całe dzieciństwo, jak mój ojciec znęca się nad nią, sprawiło, że postanowiłam nigdy nie popełnić jej błędów. Miłość oznacza utratę czegoś, z czym nie zamierzam się rozstawać.

Cal wyrywa mnie z zamyślenia.

– Och, tak, to coś zupełnie innego. Wychodzisz za mąż. I będziesz mieć dziecko. Zrobisz ze mnie wujka.

Przewraca mi się w żołądku.

– Wiem, że to brzmi jak szaleństwo…

– Ponieważ to jest szaleństwo.

Wyrzucam ręce w powietrze.

– Więc dlaczego mnie podjudzałeś?

– Ponieważ nie sądziłem, że naprawdę zdecydujesz się na coś takiego!

Szczęka mi opada, ale nie umiem wydobyć z siebie ani słowa.

Cal wzdycha.

– Mój brat to ostatni facet, za którego powinnaś wychodzić.

Czuję, że coś ściska mnie w piersi.

– Czemu?

– Dlatego że cię skrzywdzi. Jedynie kwestią czasu jest, kiedy oberwiesz rykoszetem.

– Urocze, że się martwisz, tyle że nasz związek to nic innego jak zwykły kontrakt. Declan nie będzie miał okazji, żeby mnie zranić.

Właśnie dlatego w ogóle się na coś takiego zgodziłam. Biorąc pod uwagę, że Declana nie interesują związki, a ja panicznie boję się angażować, jesteśmy dla siebie idealni.

– Uważam, możesz się w nim zakochać.

Śmieję się tak długo, że do oczu napływają mi łzy.

– Declan i ja moglibyśmy być ostatnimi ludźmi na Ziemi, a ja i tak wybrałabym swój wibrator.

Cal wykrzywia usta w obrzydzeniu.

– Nadmiar informacji.

– Taka jest prawda!

– Więc jak zamierzasz mieć z nim dziecko?

– Z pomocą kogoś w białym kitlu. – Chociaż nie przestudiowałam dokładnie przygotowanego przez Declana kontraktu, wiem, że zamierza skorzystać z metody in vitro.

– Posiadanie dziecka tworzy między dwojgiem ludzi nierozerwalną więź. – Przez moment twarz Cala przybiera mroczny wyraz i czuję w piersi bolesny ucisk.

Przełykam gulę w gardle.

– Nie musisz mi tego mówić.

– Chciałbym wierzyć, że wiesz, co robisz.

Nie wiem. Nie mam najbledszego pojęcia. Ale zamiast pozwolić lękowi pochłonąć się w całości prostuję plecy i postanawiam zmierzyć się z rzeczywistością.

– Małżeństwo może być trudne, jednak zamierzam potraktować je poważnie.

Mogę mieć wyłącznie nadzieję, że za jakiś czas nie zacznę żałować swoich wyborów.

1. Bourbon Street – słynna ulica w Dzielnicy Francuskiej w Nowym Orleanie, pełna restauracji, klubów, sklepików (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

5 Declan

Spędzam cały weekend po naszym przyjęciu zaręczynowym, przygotowując odpowiednie papiery. Muszę mieć pewność, że Iris nie wycofa się z umowy.

Rzucam świeżo wydrukowany kontrakt na moje drewniane biurko. Kartki w kolorze pastelowego różu wyglądają dziwnie wśród wszystkich innych dokumentów pokrywających powierzchnię blatu.

Iris podnosi na mnie wzrok.

– Co to takiego?

– Nasza umowa małżeńska.

– Czemu jest różowa?

Zważywszy na wyraz twarzy Iris, można by pomyśleć, że właśnie kazałem jej poświęcić ukochaną kolekcję butów.

– Ktoś zostawił taki w drukarce, a ja nie wiedziałem, jak wymienić papier na zwyczajny.

Odpowiada mi śmiechem.

– Nie mam pojęcia, co byś beze mnie zrobił.

– Twoje przerośnięte poczucie własnej wartości budzi mój lekki niepokój.

– Nie musisz udawać, że aż tak mnie nie lubisz.

– Popełniasz błąd, myśląc, że udaję.

Iris uśmiecha się zadziornie.

– Ludzie mówią, że granica między miłością i nienawiścią jest bardzo cienka.

– Nie aż tak cienka – mamroczę pod nosem.

Znowu się śmieje, podnosząc z biurka różowe papiery.

– Zrób parafkę u dołu każdej strony, kiedy skończysz ją czytać. – Podaję jej długopis.

– Ta umowa jest prawie tak opasła jak Biblia. – Wpatruje się w gruby plik kartek z grymasem na twarzy.

Milczę przez chwilę, po czym pochylam się nad biurkiem i krzyżuję ręce na piersi.

– Masz z tym jakiś problem?

Na moment marszczy brwi.

– Nie, tylko będę musiała poświęcić swoją przerwę na lunch na czytanie.

– Możesz poświęcić na to tyle czasu, ile chcesz, ale ta umowa nie opuści mojego biura. – Nie ma mowy, żebym zaryzykował, że ktoś choćby rzuci okiem na ten kontrakt.

Iris przesuwa palcem po pierwszej stronie.

– Dobrze. Zamierzam przeczytać każdą stronę trzy razy, by mieć pewność, że nie knujesz nic podejrzanego, więc nie wkurzaj się, że odbieram ci cenne chwile samotności – odpowiedź wypływa spomiędzy jej warg bez choćby sekundy wahania.

„Świetnie, oskarża cię o kłamstwo”.

– Oszczędź mi gierek i po prostu zabierz się za czytanie. Mam inne rzeczy do roboty. – Siadam wygodniej na krześle, które trzeszczy pod moim ciężarem.

– Jeśli twoje muskuły urosną jeszcze trochę, to krzesło załamie się pod tobą.

Moje mięśnie napinają się pod materiałem marynarki, kiedy rozpinam guziki.

– Na pewno by ci się to spodobało.

– Tylko gdybym zdołała uchwycić to na filmie.

Ignoruję ją i włączam komputer. Odpisuję na ledwie kilka e-maili, kiedy Iris wydaje z siebie niezadowolony dźwięk.

– Czy to jakiś chory żart? – pyta łamiącym się głosem.

– Co takiego?

Rozszerza oczy tak bardzo, że to niemal niepokojące.

– Planujesz dać mi wyłączne prawo do opieki nad naszym dzieckiem?

– To jakiś problem?

– Tak! Wielki problem!

– Chyba nastał dobry moment, żebym wspomniał, że nic w tej umowie nie podlega negocjacjom.

Iris butnie unosi podbródek.

– Będziesz musiał zmienić zdanie w tej kwestii.

– Nie.

– W takim układzie wyjdę stąd i nie wrócę.

Nie odwracam nawet wzroku od ekranu komputera, kiedy odpowiadam:

– Chciałbym zobaczyć, jak próbujesz.

Iris wstaje, rzuca papiery na biurko, po czym podnosi z podłogi torebkę.

– Jeżeli nie zamierzasz być odpowiedzialnym ojcem, to ja nie zamierzam dłużej ci pomagać.

– Nie możesz mówić poważnie.

– Chcesz się przekonać?

„Kurwa”. Zasady gry zmieniają się bez mojej zgody, bo Iris odmawia ich przestrzegania.

„Nigdy ich nie przestrzega”.

– Rezygnujesz ze stu milionów dolarów z powodu prawa do opieki nad dzieckiem?

– Jak widać. – Obraca się na pięcie i patrzę teraz na plecy Iris.

Z każdym krokiem coraz bardziej tracę panowanie nad sobą.

– Dam ci dwieście milionów.

Nadal idzie w stronę drzwi, kompletnie mnie ignorując. Sposób, w jaki porusza biodrami, sprawia, że mam ochotę ją za nie złapać. Zrobić cokolwiek, byle tylko nie odeszła ode mnie i naszej umowy.

– Trzysta milionów. – Zwalnia, lecz nie zatrzymuje się, aż jej ręka nie dotyka klamki. W tym momencie naciskam guzik pod blatem biurka i zdalnie blokuję drzwi.

Iris mamrocze coś pod nosem.

– Otwórz te cholerne drzwi.

– Nie, dopóki nie posadzisz tyłka i nie podpiszesz umowy.

– Zapomnij!

Szarpie za klamkę, ale jedynie marnuje energię. Mimo iż zamek ma zazwyczaj chronić moje biuro przed intruzami, okazuje się przydatny również w chwili, kiedy muszę zatrzymać asystentkę w środku.

Siedzę i czekam, aż się zmęczy. Iris może być uparta, lecz moja wola jest żelazna. Mam zbyt dużo do stracenia, żebym mógł jej pozwolić się wycofać, niezależnie od tego, jak bardzo będzie mnie za to nienawidzić.

Opiera czoło o drzwi.

– A co z tym, czego ja chcę?

– Zrezygnowałaś ze swoich praw, w momencie gdy zostałaś moją narzeczoną.

– Ostrożnie, Declan. Wyłazi z ciebie mizoginia.

Kącik moich ust unosi się lekko.

– Nie masz żadnej karty przetargowej.

– To moja karta przetargowa. – Pokazuje mi palec, na którym nosi pierścionek.

– Urocze – odpowiadam sucho.

– Albo wysłuchasz moich warunków, albo zadzwonię do pierwszego lepszego dziennikarza i ogłoszę, że się rozstaliśmy.

Mrużę oczy.

– Grozisz mi?

– Ja? Nigdy. – Trzepocze rzęsami. – Raczej cię motywuję.

Iris sprawia, że też przestaję trzymać emocje na wodzy.

– Jesteś jak wrzód na dupie.

– Nie. Jeśli cię coś boli, to dlatego, że na stałe masz tam wepchnięty kij.

Pomyśleć, że płacę jej więcej, niż dostaje jakakolwiek inna asystentka w tym budynku, a ona tak mnie traktuje.

„Bo oboje wiecie, ile jest warta”.

Wydaję z siebie znużone westchnięcie.

– W takim razie śmiało, przedstaw mi swoje warunki.

Powoli idzie po dywanie, po czym siada na swoim zwyczajowym miejscu. Zajmuje je tak często, że skóra fotela zaczyna się przecierać.

– Chcę, żebyśmy wspólnie wychowywali dziecko, inaczej nici z umowy. Będziesz poświęcał mu tyle samo czasu co ja, niezależnie od tego, czy tego chcesz, czy nie.

– Jeżeli próbujesz w ten sposób wyciągnąć ze mnie więcej pieniędzy, to nic z tego.

Iris rozszerza gniewnie nozdrza.

– Wiem, że bardzo trudno ogarnąć ci umysłem ten koncept, bo w końcu ludzie na każdym kroku całują cię w dupę, ale świat nie kręci się wokół ciebie.

– Jeszcze chwila i powiesz mi, że Ziemia nie jest płaska.

Marszczy nos.

– Nienawidzę, kiedy próbujesz być zabawny.

– Dlaczego?

– Bo lubię cię bardziej, gdy nie pokazujesz, że masz jakąś osobowość. – Oczy Iris błyszczą i jak zwykle są zwierciadłem duszy dziewczyny. Widzę przez nie jej głupie, krwawiące serce.

– To dla mnie ważne. Bardzo ważne. – Głos Iris staje się tak cichy, że muszę się nachylić, by dobrze ją słyszeć. – Nie chcę, aby jakiekolwiek dziecko dorastało, myśląc, że nie jest kochane przez oboje rodziców.

Zaciskam leżącą na udzie dłoń.

„A mimo to zaręczyłaś się z kimś, kto ma większą traumę z dzieciństwa niż ty”.

Odrywa ode mnie wzrok i spogląda gdzieś w dal, jakby zatapiała się we wspomnieniach.

– Wiem, jak to jest nie być chcianym przez rodzica. Nie życzyłabym czegoś takiego najgorszemu wrogowi, a co dopiero własnemu dziecku. Nigdy w życiu nie zachowałbym się jak taki śmieć jak on. Słyszałem od Cala dostatecznie dużo o ojcu Iris, żeby wiedzieć, że w niczym go nie przypominam, ale sposób, w jaki patrzy Iris, grozi zburzeniem moich dokładnie przemyślanych planów. Nie miałbym szans na zostanie kandydatem na ojca roku. Z własnego doświadczenia wiem, że biznesmeni nie bywają dobrymi rodzicami, niezależnie od tego, jak starają się udawać, że jest inaczej, dla dobra swojego wizerunku.

„Co najgorszego może się wydarzyć, jeśli się zgodzisz? Zatrudnisz nianię, żeby pomagała ci w opiece nad dzieckiem?”

Mój kark pokrywa się potem, gdy rozważam konsekwencje przystania na żądanie Iris. Wiem, jak to działa. Jedno ustępstwo zmienia się w dwa i zanim się obejrzę, zgodzę się na wszystko. Spodziewałem się tego po każdym poza nią, ale nie jestem jednak zaszokowany tym, jak zręcznie potrafi wykorzystać przeciwko mnie moją własną słabość.

„To, lekko powiedziawszy, rozczarowujące”.

– Jeden weekend w miesiącu – oznajmiam, zanim udaje mi się powstrzymać.

Iris odchrząkuje.

– Całkiem niezły początek…

– W takim razie umowa sto…

– Nie.

– Do kurwy nędzy!

W reakcji na mój wybuch otwiera szeroko oczy.

„Trzymaj nerwy na wodzy”.

Iris kontynuuje, jakby nic się przed chwilą nie wydarzyło.

– Nie zamierzam sama zajmować się takimi nudnymi rzeczami jak odrabianie z dzieckiem prac domowych i sprzątanie po nim.

– W takim razie zatrudnisz gosposię i prywatnego korepetytora. Będzie cię na to stać.

W odpowiedzi kręci głową.

– Nie o to mi chodzi. Powinniśmy zmieniać się co drugi tydzień, żeby zapewnić dziecku poczucie stabilności. Dzięki temu każde z nas będzie miało czas na bycie tym fajnym rodzicem.

– Zaręczam ci, że nikt nie nazwie mnie „fajnym rodzicem”.

Iris wywraca oczyma.

– Dzieciaki są proste w obsłudze. Póki je karmisz, bawisz się z nimi i pamiętasz imiona postaci z ich ulubionych bajek, natychmiast stajesz się najfajniejszą osobą, jaką znają.

– To brzmi jak absolutne piekło.

– Więc będziesz się czuł w roli ojca jak ryba w wodzie.

Przenoszę spojrzenie na ekran komputera.

– Dobrze. Będziemy wymieniać się dzieckiem co tydzień.

– Widzisz? Wiedziałam, że jeśli tylko dam ci szansę, zrozumiesz, co to kompromis.

– Szantaż czyni cuda.

Iris szczerzy się w uśmiechu.

– Dla ciebie to żadna nowość. W końcu często się do niego uciekasz.

„Nie masz pojęcia, jak często”.

Mimo iż wie o moim talencie do pozyskiwania informacji o ludziach, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak daleko zdolny jestem się posunąć, aby dostać to, czego chcę. A ja zawsze dostaję to, czego chcę. W ostatecznym rozrachunku fakt, że wygrała tę rozgrywkę, obróci się na moją korzyść, nawet jeżeli teraz to ona ma przewagę.

Tymczasem Iris unosi palec.

– Jeszcze jedno.

Nie mam czasu zaoponować, bo już mówi dalej:

– Moja matka chce tradycyjnego ślubu kościelnego.

– Nie.

– Ale…

Przerywam jej.

– Tylko cywilny.

– Nie, nie ma takiej opcji. Przynajmniej już nie.

– Niech zgadnę, znów zagrozisz, że zerwiesz zaręczyny, jeśli się nie zgodzę?

To przewidywalny, ale efektywny sposób na zmuszenie mnie do ugięcia się.