Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W sercu dżungli - Tina Beckett

Doktor Stefani Wilson zgłasza się do pracy na statku medycznym pływającym po Amazonce. Pełniący obowiązki szefa projektu doktor Matt Palermo wita ją bez entuzjazmu. Ma niemiłe doświadczenia z nowymi lekarzami przybywającymi do pracy w Amazonii. Skoro wielu facetów nie wytrzymuje życia w tych warunkach, to jak sobie poradzi kobieta? Szybko się przekona...

Opinie o ebooku W sercu dżungli - Tina Beckett

Fragment ebooka W sercu dżungli - Tina Beckett

Tina Beckett

W sercu dżungli

Tłumaczenie: Iza Kwiatkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Na taką otwartą ranę wystarczy nałożyć jałowy opatrunek.

Doktor Matt Palermo, w trakcie resekcji tętnicy udowej, puścił te słowa mimo uszu, zdając sobie sprawę, że uwagi kolegi nie należy traktować dosłownie. Na sąsiednim stole leżał pacjent w równie ciężkim stanie, ale ten człowiek nie miał stopy, która została gdzieś w głębi amazońskiej dżungli.

Matt westchnął sfrustrowany. Doskonale wiedział, co przeżywa kolega. Gdy po raz pierwszy znalazł się w tym regionie Amazonii, doświadczył takiego samego poczucia porażki i bezradności. Teraz też czasami popadał w taki nastrój, ale nie miało to nic wspólnego z Brazylią, lecz z dramatycznymi przeżyciami w Tennessee. Nawet atak dengi, której nabawił się dwa lata temu, był niczym wobec wstrząsającej informacji, która odmieniła jego życie: „Przykro nam... ale zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy”.

Otrząsnął się, po czym przyjrzał uważnie zamkniętej tętnicy, by na koniec założyć szwy.

– Pomóc ci? – zapytał, przenosząc wzrok na kolegę, który bezwładnie siedział na krześle. Pacjent spał, nieświadomy, że od tej pory jego życie będzie wyglądało inaczej.

– Skończyłem. – Nie patrząc na Matta, mężczyzna podrapał się w głowę, rozgarniając włosy zlepione potem i żelem. Prorocza wypowiedź. Ten doktorek z wielkiego miasta po dwutygodniowej przygodzie na pokładzie szpitala pływającego w Amazonii wkrótce wsiądzie do samolotu, by wrócić do szpitala w Chicago, sterylnego bloku operacyjnego i dyskretnej muzyki w tle. Jego noga więcej w Brazylii nie postanie. Nigdy.

Za to on, Matt, dalej będzie toczyć przegraną walkę z naturą.

Gdy Stevie Wilson wysiadła z samolotu, fala gorąca niemal powaliła ją na ziemię. Przez moment miała wrażenie, że upadnie na rozgrzany asfalt.

W Coari było goręcej, niż sobie wyobrażała.

Zsunęła na oczy okulary przeciwsłoneczne, westchnęła z ulgą i ruszyła w stronę człowieka, który wyrzucał bagaże z luku samolotu.

– Oi, Senhor! Cuidado com a mala vermelha, por favor!

Mężczyzna szeroko się uśmiechnął, uniósł do góry kciuk, po czym na przekór jej prośbie cisnął jej torbę lekarską na stertę walizek.

Skrzywiła się. Gorzej nie będzie.

Idąc w stronę terminalu, modliła się w duchu, by ktoś tam na nią czekał. Wcześniej miała do czynienia wyłącznie z szefową Projeto Vida, i to przez krótką chwilę, przez telefon: „Niech kandydat drogą elektroniczną prześle wniosek, swoje cv i kopię dyplomu lekarskiego. Skontaktujemy się z nim”. Kobieta rozłączyła się, nim Stevie zdążyła sprostować, że pyta we własnym imieniu, a nie „kolegi”.

Ku jej zaskoczeniu niedługo po tym, jak przekazała dokumenty, otrzymała pozytywną odpowiedź wraz z listą obowiązkowych szczepień oraz formalności. Miesiąc później wylądowała w Coari. Wolna.

Wolna od niewiernego narzeczonego, który jednocześnie piastował stanowisko dyrektora szpitala, i od zawirowań powstałych na skutek zerwanych zaręczyn. Wolna od spojrzeń personelu, które podkopywały jej wiarę w siebie. Teraz zajmie się tym, po co poszła na medycynę: leczeniem chorych. Choćby nawet na pokładzie szpitala pływającego po Amazonce.

Pomachała krajem bluzki, by trochę ochłodzić skórę. W tej samej chwili minął ją wózek jadący w stronę sterty bagażu. Dzięki Bogu, że nie musi martwić się o resztę rzeczy, ale jeśli jej torba lekarska teraz jest na samej górze, to za chwilę...

Zawróciła i puściła się biegiem, wymachując rozpaczliwie rękami. Mężczyźni patrzyli na nią zdziwieni. Zatrzymawszy się, wskazała na swoją torbę, mówiąc po portugalsku, o co jej chodzi. I chociaż był to europejski portugalski, a ostrzegano ją, że brazylijski nieco się różni, zrozumieli. Zdjęli torbę i tym razem podali jej do ręki.

– Obrigada. – Wręczyła im napiwek, prosząc, by resztę jej bagażu wnieśli do terminalu, ale wzięła jeszcze swoją walizkę na kółkach.

Minutę później znalazła się w hali, w której nie było ani klimatyzacji, ani nawet wiatraka pod sufitem, więc panował tam upał większy niż na zewnątrz. Prócz niej, obsługi lotniska oraz kilku pasażerów, z którymi powietrzną taksówką przyleciała z Manaus, nie było nikogo więcej.

Po raz pierwszy zwątpiła, czy podjęła słuszną decyzję. Spodziewała się na lotnisku jeśli nie entuzjastycznego powitania ze strony bandy umęczonych lekarzy, to przynajmniej jednej osoby, która by jej pomogła dotrzeć na statek. Podeszła do stanowiska obsługi, by zapytać, czy ktoś ich poinformował o przylocie lekarza.

– Ninguém, Senhora, desculpa.

Nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Stojąc pośrodku hali, czuła, że ogarnia ją strach. Mimo butów na płaskim obcasie lekko się zachwiała, więc schowała rączkę walizki, położyła walizkę na podłodze i na niej usiadła. Zastanawiała się, czy nie powinna pochylić głowy na kolana. Nie, bo mogłaby przegapić osobę, która po nią przyjdzie, więc siedziała z głową opartą na dłoniach.

Oddychała spokojnie i powoli.

Na pewno ktoś po nią się zgłosi.

Do hali wszedł mężczyzna. Rozejrzał się, po czym ruszył do stanowiska informacji. Ubrany był zdecydowanie inaczej niż obsługa lotniska. Stevie wyprostowała się i uśmiechnęła w nadziei, że przyszedł po nią, ale on tylko omiótł ją wzrokiem, po czym ze ściągniętymi brwiami podjął rozmowę z kobietą z informacji. Gdy wskazała na Stevie, Stevie mu pomachała, ale ręka jej opadła, gdy jego wzrok powędrował dalej. Jakby była przezroczysta!

Iskierka nadziei zgasła.

– Onde? – zapytał.

– A loira sentada na mala, Senhor.

Blondynka na walizce? Stevie na wszelki wypadek spojrzała za siebie. Nikt inny nie siedział na walizce.

Mężczyzna nareszcie zrozumiał. Ociągając się, podszedł do niej.

– To ma być dowcip?

– Słucham? – Gdy podniosła głowę, by na niego spojrzeć, okulary zsunęły się jej z nosa i upadły na betonową posadzkę, roztrzaskując się.

– Przyjechałem po doktora Stefana Wilsona – oznajmił, przekręcając imię.

Przygryzła wargę, przytłoczona jego wzrostem, zwłaszcza że sama siedziała.

– Stefani, nie Stefan. Stefani Wilson, ale mówią na mnie Stevie.

Zaklął, przegarniając włosy palcami, po czym z tylnej kieszeni spodni wyjął plik dokumentów.

– Na podaniu jest „Stefan”. Spodziewałem się mężczyzny.

Hm, może on rzeczywiście jej nie akceptuje. Wzięła od niego dokumenty. Tak, na końcu imienia brak „i”.

– Nie rozumiem, jak to się stało. Sama je wypełniłam i przesłałam szefowejProjeto Vida. – Przerzucała kartki, aż trafiła na kopię dyplomu. – O, tutaj. Na dyplomie jest „Stefani”. Dołączyłam też kopię zdjęcia z paszportu... ale jej tu nie widzę.

– Super – mruknął, chowając dokumenty. – Wygląda na to, że sam się wrobiłem.

Kobieta. W głowie mu się nie mieściło, by Tracy odważyła się na coś takiego, zwłaszcza że wyraźnie prosił o faceta. Przecież Tracy wie, jak wygląda ta praca. Do tej pory nikt, nawet ci trzej ostatni, nie wytrzymał tak ciężkich warunków. Tracy uważa, że przetrwa tu to kobieciątko? Że potrafi amputować cuchnącą i gnijącą kończynę?

Popatrzył na jej białą bluzkę, niemal przezroczystą w przepoconych miejscach. Przynajmniej cienka i przewiewna, a to bardzo... praktyczne. Na inny przymiotnik sobie nie pozwolił. Zauważył kroplę potu na granicy jej jasnych włosów, która powoli spłynęła po szyi na obojczyk, zatrzymała się, jakby się zastanawiała, po czym obrała jedynie słuszny kierunek: prosto w dół. Odwrócił wzrok.

– Proszę o tym zapomnieć. Tutaj pani nie zostanie. – Spiorunował ją wzrokiem, jakby chciał ją przepędzić z powrotem do jej wychuchanego szpitala. Jak szuka przygód, to trafiła pod zły adres. Co więcej, on nie życzy sobie, by jego umysł zbaczał na niewłaściwe tory.

– Mam zapomnieć?! Chyba pan żartuje! Pokonałam cztery tysiące mil, żeby tu się dostać. – Rzuciła mu wojownicze spojrzenie. – Jestem kardiochirurgiem...

– W dżungli są niepotrzebni. – Nie zwracał uwagi na głos rozsądku, który podpowiadał, że mogłaby się zająć nogą, którą ratował sześć tygodni temu.

– Mam też za sobą rezydenturę na ratunkowym, a to znaczy, że nieobca jest mi sztuka segregacji.

– Sztuka segregacji? – Roześmiał się drwiąco. – Może tam, skąd pani przyleciała, to jest sztuka, ale segregacja na polu walki to coś całkiem innego.

Zauważył pulsującą tętnicę na jej szyi. Ze złości czy ze strachu? Na pewno ze strachu. To dobrze. Jest szansa, że niedługo zwinie manatki i ucieknie do domu jak Craig, a przed nim Mark. A on na pewno ani razu nie spojrzał na ich tętnicę szyjną!

Tragarz postawił obok niej trzy wielkie czerwone walizy do kompletu z walizką, na której siedziała. Czyściutkie, ewidentnie kupione na tę podróż. Aż dziw, że nie ma na nich wyhaftowanych różyczek albo haseł w stylu „Ratujmy lasy deszczowe”, jak na T-shirtach Craiga.

Tragarz uniósł do góry trzy palce, jakby pytając, czy to cały bagaż, a ona pokiwała głową. Mężczyzna odszedł, nie czekając na napiwek. Zapewne się zorientował, że nie ma na co liczyć. Matt podniósł wzrok do nieba. Ona nie ma pojęcia o tym kraju.

– Pewnie nawet nie mówi pani po portugalsku.

– Przegrał pan. A jeśli chodzi o segregację rannych na polu walki, to gdy po raz ostatni miałam w ręku podręcznik historii, dowiedziałam się, że Brazylia jest państwem nastawionym pokojowo. – Zebrała z podłogi potłuczone okulary i wrzuciła je do torby. Gdy wstała, sięgała mu ledwie do ramienia.

– Nie wszystko można wyczytać z podręcznika.

– Racja.

Jej śpiewny głos jeszcze bardziej wyprowadził go z równowagi. Kobieta. Jak tylko spotka Tracy, da jej popalić. Ale w tej chwili Tracy była nieosiągalna, a przed nim stała doktor Stefani Wilson.

– Wątpię, czy się pani sprawdzi w tej pracy.

– Doprawdy? – Przewiesiła torbę przez ramię. – Hm... chyba nie miałam przyjemności...

– Matt – przedstawił się. – Matt Palermo.

– Proszę pana, zmartwienie, czy odnajdę się w tej pracy, niech pan zostawi mnie, dobrze? Kiedy mnie pan zaprowadzi do Tracy, która uznała, że się do tej pracy nadaję, szybko przestanie się pan denerwować.

– Mało prawdopodobne.

– Dlaczego?

– Z dwóch powodów. Po pierwsze, jeżeli podejmie się pani tej pracy, to bardzo długo będę się denerwował, a po drugie, widzę, że Tracy nie poinformowała pani o warunkach zakwaterowania.

– Poinformowała mnie. Będziemy mieszkały na pokładzie szpitala płynącego od wioski do wioski. I tak przez kilka tygodni bez przerwy.

– Pani i Tracy... – Uśmiechnął się, bo nagle zdał sobie sprawę, że ona o czymś nie wie. Czy to po prostu pomyłka, czy Tracy coś kombinuje?

– O co chodzi? Uważa pan, że dwie kobiety sobie nie poradzą?

– To, co ja myślę, jest bez znaczenia, bo inaczej Tracy by pani nie zatrudniła.

– To przykre, co pan mówi.

– Nie wydaje mi się. To nie z Tracy będzie pani mieszkać.

Zamrugała zdziwiona.

– W porządku. Nie ona, to ktoś inny. Nieważne kto.

– Na pewno?

– Na pewno. – Skubała brzeg bluzki.

– Więc gdyby się pani zdecydowała na tę pracę, to proszę wiedzieć, że my, pani i ja, będziemy mieszkać razem. – Pod rąbkiem bluzki mignął mu kawałek ciała i nagle zaschło mu w ustach. – Pod jednym dachem. Całymi tygodniami, a nawet miesiącami.

Na chwilę ją zatkało.

– Mnie to nie przeszkadza. Poza tym na pokładzie będzie jeszcze jeden lekarz w roli przyzwoitki, jeśli się pan obawia, że się na pana rzucę. – Uniosła brwi. – Jest pan kapitanem na tym statku? Kucharzem?

Roześmiał się.

– Na pani nieszczęście nie jestem ani jednym, ani drugim. I jeśli znajdzie się pani na tej łajbie, to będzie pani skazana na mnie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.

– Dlaczego? – Przygryzła wargę, jakby pojęła, że czeka ją coś okropnego.

– Ponieważ to ja będę pani towarzyszył. Bo to ja jestem jedynym lekarzem w promieniu stu mil.

ROZDZIAŁ DRUGI

Siedziała w land-roverze, opierając się o drzwi, gdy manewrowali między dziurami w drodze. W te, których nie udało się ominąć, po prostu wjeżdżali.

Stevie próbowała uporządkować myśli. Okej, wprowadzenie do nowej pracy nie odbyło się zgodnie z jej oczekiwaniami. Nie było powitalnych okrzyków ani słów wdzięczności. Wyszedł po nią lekarz, który zachowywał się tak, jakby chciał, by zniknęła z powierzchni ziemi.

Co z tego? Nie przyjechała tu po pochwały, a po to, by pomagać ludziom.

Przypomniał się jej śmiech Michaela, gdy pokazała mu artykuł poświęcony Projeto Vida.

– Poważnie?! Jaki lekarz szuka pracy w dżungli?

Zawstydzona, że ten pomysł ją fascynuje, śmiała się razem z nim, po czym wyłączyła komputer. Prawdę mówiąc, rozważała tę możliwość już od roku. Wydawało się jej wtedy, że i Michaelowi przyświeca idea niesienia pomocy potrzebującym. Bo co innego sprawiło, że podjął się kierowania szpitalem publicznym?

Na pewno nie chęć posiadania na wyłączność pokoju w szpitalu, gdzie go przyłapała in flagranti z jedną z lekarek. Co gorsza, w dniu swoich urodzin.

Znowu zalała ją fala upokorzenia. Dlaczego nie potrafi przejść nad tym do porządku?

Jej nowy znajomy musiał coś wyczuć, bo spojrzał na nią, więc unosząc wyżej głowę, mocniej wcisnęła się w siedzenie. To, że ten lekarz nie jest nią zachwycony, nie oznacza, że ona natychmiast wróci do Nowego Jorku, mimo że ma na to wielką ochotę. Umówiła się na dwa lata i dotrwa do końca kontraktu.

– Dlaczego zrezygnowała pani z Nowego Jorku, żeby nadstawiać swoją piękną główkę w dżungli?

– A dlaczego inni to robią?

Przyjrzał się jej badawczo, po czym odwrócił wzrok.

– Czasami podejmują nieprzemyślane decyzje.

– A czasami chcą pomagać.

– Owszem, dwaj ostatni lekarze, którzy „chcieli pomagać”, wyjechali przed upływem miesiąca. Byłoby lepiej, gdyby na rzecz akcji Projeto Vida po prostu wysłali czek internetem.

– Teraz pieniądze zastępują lekarzy?

Mocniej zacisnął palce na kierownicy.

– Nie, ale to, że twarze się zmieniają za każdym razem, kiedy docieramy do wiosek, wcale nam nie pomaga.

– Ma pan na myśli zdobywanie zaufania?

– Tak, coraz o to trudniej.

O tak. Ona wie coś o tym.

– Za każdym razem, jak ktoś wyjedzie, musi pan na nowo oswajać mieszkańców wiosek z jego następcą? Jak długo pan pracuje dla Projeto Vida?

– Długo.

– Może pora samemu spakować manatki, doktorze?

– Nie. Jak chcesz na próbę ze mną popłynąć, to mów mi Matt. Chłopi też będą się do ciebie zwracali po imieniu.

Puściła mimo uszu uwagę o imionach.

– Na próbę? Podpisałam umowę na dwa lata.

– Inni też – mruknął.

– Może jestem twardsza. – Uśmiechnęła się do niego. – Może nawet taka twarda jak ty.

– Wątpię.

– To zabrzmiało jak wyzwanie.

– Tak? – Mogłaby przysiąc, że wargi mu drgnęły, a czoło lekko się wygładziło.

– Tak. I możesz kiedyś tego pożałować, bo ja rzadko nie podejmuję rzuconego mi wyzwania.

Chyba że to wyzwanie padło z ust jej wiarołomnego byłego, gdy szykowała się, by prysnąć. „Jeżeli odejdziesz, znajdziesz się na czarnej liście!”. To wykrzyczane ostrzeżenie tylko wzmocniło jej decyzję o opuszczeniu szpitala. Oraz jego.

– Niedługo będziemy mieli okazję to sprawdzić – stwierdził Matt, opierając dłoń na dzielącym ich siedzeniu. Na jednym z palców zauważyła świeżą ranę, a na wierzchu dłoni liczne blizny. Oto człowiek, który nie boi się ryzyka i daje z siebie wszystko. Podobnie jak ona. Jakiś czas temu też zarobiła kilka blizn.

– Stosujesz zabezpieczenie?

Matt uniósł wysoko brwi.

– Słucham?

Oj, fatalnie wyszło.

– Rękawiczki chirurgiczne – wyjaśniła, dotykając miejsca tuż przy zranieniu. – Zwłaszcza jak się skaleczysz.

– Oczywiście.

– Słusznie. – Kiwnęła głową, trąc opuszkami palców o udo, by zetrzeć z nich wrażenie wywołane kontaktem z jego dłonią. Gdy ściągnął brwi, zorientowała się, że to zauważył. Zrobiło się jej jeszcze bardziej gorąco, więc odwróciła wzrok. – Ile jeszcze do rzeki?

– Około pół godziny.

Na kolejnej dziurze w drodze autem tak szarpnęło, że musiała przytrzymać się uchwytu.

– Przepraszam – odezwał się. – Zapomniałem, że nie jesteś przyzwyczajona do takich dróg.

– Nie szkodzi. Dobrze, że nie jest to jeden wielki plac budowy jak Nowy Jork.

Odezwała się jego komórka. Zahamował, po czym wyjął telefon z pokrowca przy pasku. Mocno zdziwiona, że się zatrzymał, spojrzała wstecz, ale nikt nie nadjeżdżał, droga była pusta. Być może Matt jest bardziej ostrożny, niż myślała.

– Halo? – Słuchał jakiś czas. – Tak, już tu jest. Przecież jasno powiedziałem, co chcę. Muszą być jakieś inne podania... – Westchnął. – Szukaj dalej, dobra?

Koniec udawania. Matt w dalszym ciągu chce jak najszybciej wymienić ją na kogoś innego, a to by oznaczało, że zostanie bez pracy, chyba że wróci na kolanach do Michaela. O nie, tak nie będzie.

– Nie wiem. Ma masę waliz, ale nic nie mówiła o... Czekaj. – Odsunął komórkę od ucha. – Masz moskitiery?

Stevie pokiwała głową.

– Sto pięćdziesiąt, tyle zamówiła Tracy. Mam też karton chusteczek przeciw owadom. – Ściągnęła brwi. – Myślałeś, że w tych walizach są moje kreacje?

Odwrócił wzrok. Dobra, w tej kwestii źle ją oszacował.

– Tak, przywiozła.

– To dobrze – usłyszał głos Tracy. – Matt, daj jej szansę. Oboje wiemy, że musisz mieć drugiego lekarza. I nie gadaj głupot. – Matt uśmiechnął się krzywo. Za późno, bo już kilka razy palnął głupstwo.

Spojrzał na Stevie. Patrzyła w przeciwną stronę, pokazując, że nie chce mu przeszkadzać. Z koka wysunął się jej kosmyk włosów, łagodnie opadając na plecy. Nagle ogarnęła go dziwna tęsknota. Dlaczego Tracy przysłała mu kobietę? Nie zdawała sobie sprawy, jak zapalna może stać się sytuacja na statku? Otrząsnął się. Tracy czeka.

– Rozumiem, mam nie gadać głupot. Postaram się.

Tracy się roześmiała.

– Nie zmuszaj mnie, żebym tam przyjechała.

Chciałby bardzo, by Tracy na własne oczy zobaczyła efekt swojego szaleństwa, ale wiedział, że nie może bezczynnie stać w porcie. Już samo czekanie na przylot Stefani opóźniło go o dwa dni, a ludzie go potrzebują. Jak tylko znajdą się na pokładzie, ruszą w drogę.

– Doceniam twój niepokój, ale zwracam ci uwagę, że jestem dużym chłopcem.

– Wiem i liczę, że będziesz się odpowiednio zachowywał.

Wstęgi obłażącej białej farby na części kadłuba, reszta niepomalowana. Stevie miała wrażenie, że widzi swoje lustrzane odbicie. Na pewno nie to miał Matt na myśli, mówiąc o segregacji rannych na polu walki, chociaż stateczek wyglądał tak, jakby dopiero co brał udział w bitwie morskiej. I wrócił jako pokonany.

Nie, to nie może być pływający szpital, pomyślała, wysiadając z land-rovera. Matt tymczasem wypakowywał jej bagaż.

Szeroki uśmiech na twarzach dwóch mężczyzn, którzy zeszli z pokładu na ląd, potwierdził jej obawy. Ta obdrapana krypa przez dwa tygodnie będzie jej domem. Wolne żarty. A co powiedzieć o dwóch latach? Zacisnęła powieki. Podpisała umowę. Na dwa lata rezygnuje z życia. Zanim opuści Brazylię, przekroczy trzydziestkę.

Matt przywitał mężczyzn, klepiąc ich po plecach, po czym przystąpił do prezentacji.

– To jest Nilson, a to Tiago. Poznajcie Stefani Wilson, nowego członka naszego zespołu.

Mówił po portugalsku, żeby wszystko było dla niej jasne, ale mimo to musiała bardzo się skupiać, by zrozumieć ich odmienny akcent. Przyjęli ją serdecznie, o wiele serdeczniej niż Matt, po czym podnieśli walizy, jakby były lekkie jak piórko, i zawrócili na statek.

Zgasła ostatnia iskierka nadziei, że to nie ta łódź, zwłaszcza że na rufie Stevie przeczytała wymalowane krzywymi literami Projeto Vida.

– Wreszcie w domu... – Dźwięk szorstkiego głosu Matta sprawił, że Stevie przeszył dreszcz.

Spojrzała na niego, ale wpatrywał się w stateczek. No, chyba nie jest źle, jak facet potrafi się tak wzruszać. Może powinna spojrzeć na sytuację z innej strony?

– To tu, tak?

Pokiwał głową, szacując ją chłodnym wzrokiem.

– Jesteś gotowa do ucieczki?

– Ja nie uciekam.

– Nie? – Ton jego głosu kazał się zastanowić, czy Matt wie o niej więcej, niż okazał. No to co? Ona nie ma nic do ukrycia. Poza raną w sercu. I notatką o zwolnieniu dyscyplinarnym w aktach.

Nie, tego też nie ukrywała. Poinformowała Tracy, że „kolega” skonfliktował się ze szpitalem, ale nie zrobił nic złego. To dlaczego ukrywała, kim jest, mówiąc o „koledze”? Przecież otrzymawszy jej dokumenty, Tracy musiała się zorientować, że rozmawiając z nią przez telefon, Stevie mówiła o sobie.

– Nie, nie mam zamiaru uciekać. – Nie tym razem. Nawet gdyby statek nazywał się „Tyfusowa Mary”.

Zabiła na ramieniu komara i natychmiast przyszło jej do głowy, że mógł być nosicielem jakiejś śmiertelnej choroby. Ucieczka nie byłaby złym wyjściem.

– Musisz stosować środek odstraszający. Nie wiadomo, dlaczego bardziej się rzucają na nowo przybyłych niż na miejscowych. Chyba nowi mają słodszą krew.

– Ciebie na pewno nie gryzą – odcięła się.

Dziecinna reakcja. Nieznacznie się uśmiechnął, jednocześnie masując kark, jakby chciał zmniejszyć napięcie mięśni.

– Gotowa do roboty?