W martwej ciszy - Marta Langowska - ebook
NOWOŚĆ

W martwej ciszy ebook

Marta Langowska

0,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Wiktor, były policjant, od lat żyje na odludziu, próbując uciszyć przeszłość, której nie da się pogrzebać. Samotna chata nad jeziorem, las i martwa cisza miały chronić go przed światem — i przed nim samym.

Do czasu, gdy podczas polowania pociąga za spust. Zamiast zwierzęcia znajduje ranną kobietę, która nie chce, by ktokolwiek wiedział, gdzie jest. Mężczyzna ratuje jej życie, ale z każdą godziną zaczyna rozumieć, że nie sprowadził do domu ofiary.

Sprowadził zagadkę.

A może coś znacznie gorszego.

W zamkniętej przestrzeni leśnej samotni rodzi się więź, w której poczucie winy miesza się z fascynacją, a współczucie powoli ustępuje miejsca obsesji. Im dłużej kobieta zostaje w chacie, tym trudniej odróżnić przypadek od przeznaczenia, ratunek od uwięzienia, prawdę od kłamstwa.

„W martwej ciszy” to mroczny thriller psychologiczny o człowieku, który uciekł przed własnymi demonami — i nie zauważył, że jeden z nich właśnie zapukał do jego drzwi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 259

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla K.

który trzymał mnie za rękę,

gdy moje myśli stawały się mroczniejsze niż fikcja.

Prolog

Ściółka uginała się pod jej krokami. Szła powoli i oddawała się chwili, słuchając dźwięków lasu. Wciągała głęboko powietrze nosem, by zaraz powoli wypuścić je ustami. Leśny szlak wyglądał inaczej niż zazwyczaj, a mgła powoli rozlewała się między drzewami. W oddali rozległ się przeciągły wrzask.

Kobieta przystanęła i wzdrygnęła się, czując przenikliwy chłód wżerający się w odkryty kark. Oddychała coraz szybciej, bo coś boleśnie ściskało żebra, utrudniając jej złapanie tchu. Znów ten dźwięk. Brzmiał tak nienaturalnie ludzko, niczym płacz małego dziecka. Tym razem wydawał się głośniejszy. Niósł się tuż nad jej głową.

Nisko, nad złotymi koronami drzew przeleciał myszołów. Kobieta zaśmiała się skrzekliwie, kiedy dotarło do niej, że to on był źródłem upiornych odgłosów. Drżącymi rękami szarpnęła szelki plecaka, które wbijały się w ramiona i ruszyła przed siebie. Przyśpieszyła kroku, wciąż z trudem panując nad oddechem. Nie miała pojęcia, dokąd powinna się udać.

Wmawiała sobie, że rozkoszuje się wyprawą, ale ta wcale nie sprawiała jej przyjemności. Po prostu potrzebowała ucieczki. Nie chciała wracać do swojego mieszkania i syfu, który sobie zafundowała przez ostatnie miesiące. Porozrzucane ubrania, brudne naczynia, pusta lodówka.

Miała dość nieudolnego życia, a tylko takie jej pozostało. Ktoś taki jak ona nie zasługiwał na nic lepszego. Mogłaby po prostu wrócić do domu i pójść do pracy. Pozwolić, by szef trzymał rękę zbyt długo i o kilka centymetrów za nisko na jej plecach.

Nie chciała tego, bo nie miała już siły, żeby walczyć.

Jego słowa: „No weź, nie bądź taka sztywna” pobrzmiewały w jej głowie jak echo i nie zamierzały ucichnąć w najbliższym czasie. Akceptowała takie traktowanie bez mrugnięcia okiem. Oczekiwała od niego szacunku, a sama się nie szanowała. Choć tego, co robił, nie usprawiedliwiało nic. Nie miało znaczenia to, jaka była dla siebie. To on zachowywał się jak ostatnia świnia.

W uszach jej szumiało. Miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Las i jego sceneria zazwyczaj były dla niej ostoją, pomagały zebrać myśli i się uspokoić. Dziś zamiast tego nakręcała się jak katarynka, której mechanizm nie miał zamiaru zwolnić.

Coraz intensywniej myślała o tym, że może lepiej byłoby zostać i dać się ponieść żywiołowi. Zostawić wszystko za sobą.

Po raz pierwszy, odkąd wyszła z mieszkania, uśmiechnęła się szeroko. Była pewna, że i tak nikt nie będzie jej szukał. Las oferował ciszę, której pragnęła, a strach był miłą odmianą. Od dawna nic nie czuła. Tutaj mogła przemyśleć swoje życie na chłodno, bez rozpraszaczy. Ta opcja wydawała się jej rozsądnym rozwiązaniem.

Wyobraziła sobie, jak wygarnia wszystko szefowi i rzuca pracę. Wyprostowała się dumnie i przystanęła, unosząc twarz w stronę nieba. Wilgotne powietrze muskało delikatnie jej skórę. Mogłaby zrobić coś takiego, odważyć się, ale niestety przekonanie, że jest na to za słaba, było silniejsze. Szybko odepchnęła te myśli, bo chęć ucieczki była coraz bardziej kusząca.

Gdyby tylko lepiej się przygotowała, mogłaby zostać w lesie, choćby na kilka dni. Była jesień i niskie temperatury, a ona zabrała plecak pełen mało przydatnych przedmiotów. Zdjęła go z ramion i wyjęła telefon. Tylko pięć procent baterii. Znowu poczuła się jak nieudacznik. Jak mogła nie naładować komórki przed wyjściem? Nie wzięła ze sobą nawet powerbanku. Zastanawiała się, czy zrobiła coś w życiu choć raz w pełni dobrze.

Zrezygnowana rzuciła plecak na bok i usiadła na powalonym pniu, żeby dać odpocząć stopom. Bolały jak po przebiegnięciu maratonu, doprowadzając ją do jeszcze większej rozpaczy. Przyłożyła palce do skroni, a po policzkach popłynęły łzy.

Płakała tak, jak nauczyła się przez ostatnie lata. Nie miało znaczenia, czy ktoś był obok. Mogłaby być na końcu świata, a jej płacz i tak byłby cichy i pusty. Po chwili znów wzięła głęboki wdech i wypuściła powoli powietrze, uspokajając się. W jej nozdrza uderzył zapach ziemi i butwiejących liści. Lubiła go. Wdychała go raz po raz, aż nagle ogarnął ją dziwny niepokój. Odwróciła się przekonana, że usłyszała kroki. Przemknęła wzrokiem między drzewami, ale nic nie dostrzegła. Przez jej plecy przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Starała się go jednak zignorować. To nie był pierwszy raz, gdy wędrowała po lesie i nie pierwszy raz słyszała w nim dziwne dźwięki.

Tylko że teraz było inaczej. Miała nieodparte wrażenie, że stanie się coś złego.

Znów obejrzała się przez ramię i wtedy go dostrzegła. Za jednym z drzew stał mężczyzna. Instynkt podpowiedział jej, że powinna się szybko ukryć. Kucnęła więc za pniakiem. Wolała być niezauważona. Poza tym była przekonana, że trzymał strzelbę. Skąd mogła mieć pewność, jakie miał zamiary? Gorączkowo zastanawiała się, czy widział ją już wcześniej i po prostu się czaił. Nie wykluczała tej opcji. To oznaczało, że nie miała szans i chowanie się za drzewem było głupotą.

Kręciło się jej w głowie, a serce uderzało ze zdwojoną siłą. To był moment na podjęcie decyzji, ale nie była w stanie myśleć trzeźwo. Trzęsące się ciało odmawiało posłuszeństwa. Chciała się ruszyć, ale tkwiła w miejscu jak zamrożona. Usłyszała, że mężczyzna zrobił kilka kroków w jej stronę. Wtedy momentalnie otrząsnęła się z odrętwienia.

Wyprostowała się i już rzucała się do ucieczki, gdy przeszył ją nagły ból. Ostry, rwący i brutalny. Zszokowana, otworzyła szeroko oczy i wciągnęła gwałtownie powietrze, ale nie mogła go wypuścić. Serce waliło w piersi, a jej umysł z trudem rejestrował to, co się właśnie wydarzyło. Mimowolnie sięgnęła ręką do miejsca, w którym poczuła palący ból. Gdy ją cofnęła, zobaczyła krew. Gęstą i czerwoną. Sączyła się i powoli wsiąkała w materiał kurtki, tworząc wielką, ciemną plamę. Kobieta upadła na ziemię. Mężczyzna zbliżał się powolnym, ale pewnym krokiem.

Chciała podnieść głowę, ale nie miała siły. Czuła wwiercające się w nią spojrzenie. Tak bardzo pragnęła uciec. Próbowała nawet krzyczeć, ale z jej gardła wydobywały się tylko ciche jęki. Świat nagle przechylił się na bok, a czerń przesłoniła krawędzie pola widzenia. Przeniosła zamglony wzrok na postać, a potem znowu na swoje dłonie.

Krew była ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła.

Rozdział 1

Barwne liście leżały na pomoście jak rozrzucone kawałki szkła. Mężczyzna siedział na zawilgoconych deskach, z nogami zanurzonymi w wodzie, jakby w ogóle nie odczuwał zimna. Chłonął ten moment, patrząc na rozległe jezioro. To miejsce miało w sobie coś, co sprawiało, że istniał świat tylko dookoła niego. Czuł, że tylko ono akceptuje go bez żadnych pytań i zbędnych spojrzeń. To był jego dom.

Słuchał spokojnego szumu wiatru i korzystał z tego, że nikogo nie było w pobliżu. Czasem tylko ptaki zrywały się z drzew i przelatywały mu nad głową. Soczyste kolory jesieni nieśmiało otulały las otaczający wodę. Mimo że wszystko wokół wydawało się umierać w oczekiwaniu na zimę, to właśnie tu, w tym samotnym punkcie, gdzie nie docierał zgiełk miasta, Wiktor odnalazł sens. Coś w tym miejscu przyciągało go, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego. Ten odległy zakątek zapewniał mu spokój. Zawsze czuł się wyobcowany i żył na marginesie. Patrząc na jezioro, miewał wrażenie, że wcale nie jest takie ciche. Jakby kryło tajemnice, których nie powinno ujawniać, ale on nawet nie chciałby ich poznawać.

Gdzieś z tyłu głowy tliła się myśl, że ten namacalny spokój był tylko chwilowy. Coś w tym miejscu było nie tak, ale nie był pewien co. Wiktor jednak wiedział, że niezależnie od tego, co skrywały jezioro i las, właśnie tutaj czuł się dobrze. Nic nie było w stanie tego zakłócić.

Wiatr przyniósł ze sobą zapach deszczu, a krople powoli moczyły jego ubranie. Odwrócił wzrok od jeziora i wstał, wzdychając ciężko. Założył trapery na mokre stopy, siłując się przy ich wkładaniu. Bez pośpiechu zszedł z pomostu i poszedł do domu.

Mała, zbudowana z ciemnych bali chatka wtapiała się w krajobraz lasu. Z komina unosił się leniwie szary dym. Wnętrze domu wypełniał zapach świeżo zmielonej kawy, zmieszany z subtelną wonią starych książek i drewna.

Wchodząc do środka, Wiktor strzepał z butów resztki wilgotnych liści. Na stole czekał wysłużony czajnik. Nalał kawy do dużego kubka i przymknął na chwilę oczy. Pierwszy łyk był mocny, miał lekko przypalony posmak, ale dokładnie taki lubił. Dopił kawę i podłożył drewno do kominka. Stara podłoga skrzypiała cicho przy każdym kroku.

Ściany domku miały kolor starego dębu, a sufit opierał się na solidnych belkach, noszących ślady upływu czasu i dymu z kominka. Przy wejściu wisiała wypatroszona głowa dzika, którego Wiktor ustrzelił lata temu. Była już wprawdzie wypłowiała, lecz to było jego trofeum i nie zamierzał się go pozbywać.

Nad kanapą wisiały poroża jeleni. Pod oknem znajdował się wielki, skórzany fotel. Był tak wygodny, że Wiktor często spędzał w nim długie godziny, rozwiązując krzyżówki piętrzące się na pobliskim stoliku. Obok nich leżał stos podniszczonych czasopism łowieckich. Pod ścianą na drewnianej półce stały książki z wytartymi grzbietami, noszące ślady wielokrotnego czytania. Większość powieści znał niemal na pamięć, ale i tak sięgał po nie wieczorami.

Przerzucił drewno w kominku, odwiesił pogrzebacz na hak i wyjrzał przez okno. Po drugiej stronie pomostu fale leniwie obmywały brzeg, a liście tańczyły w wirach powietrza. Hipnotyzujący widok. Harmonia, którą tworzyła natura. Każda pora roku wydobywała z tego miejsca to, co najlepsze. Zapatrzony w niebo, zastanawiał się, czy rozwiązać krzyżówkę, czy dla odmiany posłuchać meczu w radiu.

Z rozmyślań wyrwało go pukanie do drzwi. Nie musiał nawet pytać, kto to. Doskonale wiedział, że to jego przyjaciel Adam, który zaglądał od czasu do czasu do jego samotni.

Deszcz przestał padać, więc mężczyźni usiedli razem na pomoście, popijając piwo. Adam miał na sobie mundur policyjny. Jego ruchy wyraźnie zdradzały zmęczenie. Plecy miał wyprostowane, ale ramiona sztywne, nienaturalnie spięte. Zawsze był w dobrej formie, ale tego dnia jego kroki wydawały się cięższe.

– Naprawdę lubisz takie życie? – zapytał Adam.

Wiktor skinął głową. Spojrzał na przyjaciela. Oczy policjanta były ciemne i skupione, otoczone drobnymi zmarszczkami. Włosy czarne jak węgiel wymagały już strzyżenia, bo zakrywały delikatnie uszy. Nad górną wargą pysznił się wąs, którego Wiktor nie znosił dlatego, że przypominał mu o ojcu. Już wiele razy gryzł się w język, żeby nie palnąć czegoś do Adama, ale nie chciał go dobijać. Jego żona również nie piała z zachwytu nad gąsienicą, którą wyhodował na twarzy. Jako dobry przyjaciel Wiktor postanowił przemilczeć temat, ale za każdym razem, gdy Adam drapał szczecinę, coś się w nim budziło. Nie potrafił jednak określić, co dokładnie. Mimo że byli dopiero po czterdziestce, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że czas ich nie oszczędzał, a wąs przyjaciela dodatkowo umacniał to odczucie.

– Oczywiście. Cisza, spokój… – Wbił wzrok z powrotem w wodę. – Żadnych pytań, żadnego chaosu.

– Nie mów, że nigdy nie będziesz chciał wrócić do miasta? – Adam przyglądał mu się uważnie, sięgając po swoją butelkę. Otworzył ją i od razu upił łyk.

– Do tego syfu? Nie wiem… Mam to już za sobą i nie potrzebuję tego. – Przyjaciel wzruszył ramionami.

– No tak, rozumiem. Może zastanów się jeszcze. Potrzeba nam ludzi.

Wiktor prychnął i pociągnął łyk piwa.

– To nie dla mnie. Obawiam się, że mogłyby dopaść mnie duchy przeszłości.

– No dobra, a co z kobietami? Bo wiesz, tak sobie myślałem… Serio ci ich nie brakuje? – zapytał tonem z nutą niedowierzania. – Znam cię i wiem, że masz potrzeby, Wiktor. Przecież zawsze tak było. – Uśmiechnął się szeroko.

– To, co mam tutaj, w zupełności mi wystarcza. – Wiktor unikał spojrzenia kolegi, bawiąc się naklejką na butelce.

Adam był wyraźnie rozczarowany odpowiedzią.

– Jasne, ale wiesz… Czasem trudno być samemu, nawet w tak pięknym i spokojnym miejscu.

Mówił to bez nacisku, bardziej z troską o przyjaciela.

– Może… Na razie jest mi tak dobrze.

– Mam wrażenie, że po prostu boisz się zakochać i utracić kontrolę.

Wiktor poczuł dziwny ucisk w klatce piersiowej, bo zdecydowanie nie przepadał za takimi rozmowami. Zazwyczaj unikał analizowania własnych uczuć, dlatego wolał zmienić temat.

– Znowu zaczynasz. Powiedz mi lepiej, jak tam Hela?

Adam pokręcił głową zniesmaczony jego unikiem, ale nie drążył.

– Zawsze coś się dzieje. Czasem zastanawiam się, czy wszystko jest, jak trzeba.

– Stary, na pewno. A jak coś, to masz mnie. Pamiętaj – powiedział cicho Wiktor i wrócił do skubania naklejki.

– Dzięki, czasem za dużo rozmyślam i szukam problemów na siłę.

– Zdążyłem zauważyć.

– Zmieniając temat, tak sobie myślę, że chyba warto byłoby zjeść wspólną kolację, co nie? Będziesz wolał kiełbaski z grilla, czy może zamówimy coś bardziej wykwintnego?

Adam zaśmiał się w głos, wyciągając kiełbaski z torby, a Wiktor mu zawtórował. Doskonale wiedzieli, że nikt nie dowiezie im jedzenia.

– Myślę, że kiełbaski i piwo to wszystko, czego potrzebujemy na ten moment.

Piekli je na małym ognisku, a rozmowa toczyła się swobodnie. Wreszcie zeszli z tematów codziennych problemów. Adam był dla Wiktora jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym. Za każdym razem próbował go zmusić do otwarcia się na innych. Ciężko było mu pogodzić się z tym, że jego przyjaciel wybrał życie na odludziu.

– Może jednak pomyślę o jakiejś kobiecie. – Wiktor uśmiechnął się pod nosem.

Wpatrując się w płomienie, Adam parsknął i trącił go delikatnie barkiem. Zapadła cisza, którą obaj zrozumieli. Czasami chyba po prostu wystarczało posiedzieć w milczeniu.

Gdy ogień dogasał, Adam pożegnał się i odjechał, zostawiając Wiktora sam na sam z myślami.

Spotkanie z przyjacielem sprawiło, że w nocy nie mógł zmrużyć oka. Zwątpił, czy życie w samotności i na odludziu mu odpowiada. Zastanawiał się, czy gdzieś głęboko nie ma w nim też potrzeby bliskości, ale miejsce, które zbudował, znał już doskonale. Zbyt dużo poświęcił, by z tego zrezygnować, i nie mógł podawać tego w wątpliwość.

•••

Gdy pierwsze nieśmiałe promienie słońca zaczynały przebijać się przez gęstą mgłę, Wiktor wstał z łóżka i przetarł szczypiące oczy. Miał codzienny rytuał, bez którego nie wyobrażał sobie dnia. Wziął szybki prysznic, dokładnie się ogolił i starannie zaczesał ciemne, lekko już siwiejące włosy na bok. Włożył swój ulubiony polar moro, czarne bojówki i glany. Ten ubiór był częścią jego tożsamości, przebył w nim wiele samotnych wędrówek. Mężczyzna umył zęby i na koniec spojrzał w lustro. Zmęczone oczy patrzyły na niego leniwie. Uśmiechnął się do swojego odbicia i postanowił, że pójdzie na spacer.

Droga była znajoma, a mimo to każdy krok budził w nim nowe doznania. Z przyjemnością chłonął wszystko dookoła. Wśród szarego krajobrazu, spowitego delikatną mgłą, dostrzegł wiewiórkę. Energicznie przeskakiwała z gałęzi na gałąź. Zatrzymał się i przez chwilę przypatrywał się jej akrobacjom. Zwierzę obudziło w nim miłe wspomnienie o dziadku.

Spacerowali po parku, krótko przed jego śmiercią. Nie znał go zbyt dobrze, bo nie miał nawet dziesięciu lat, gdy ten zmarł. Zobaczyli wtedy małą wiewiórkę, zwinnie manewrującą między drzewami. Oboje się nią zachwycali tak długo, aż dziadek rzucił ciekawostką, jak to miał w zwyczaju. Powiedział mu, że wiewiórka wróży miłość osobom samotnym.

Choć wciąż w jego głowie te słowa brzmiały jak zabobon, wywołały w Wiktorze mieszankę radości i gorzkiej refleksji. Znowu zastanawiał się, czy kiedyś mógłby kogoś mieć. Może los szykował dla niego niespodziankę i dlatego postawił rude zwierzątko na jego drodze? Jeśli tak było, nie miał zbyt wielkiego wyboru. Zaśmiał się sam do siebie, że w ogóle nad tym rozmyślał.

Po długiej wędrówce wrócił do chaty. Rozpalił w piecu polowym i postanowił przygotować obiad. Czuł, jak po porannym spacerze żołądek domaga się posiłku. Wybrał pstrąga, którego złowił kilka dni wcześniej w pobliskim strumieniu. Przygotowując rybę do pieczenia, dokładnie oczyścił ją i osuszył ręcznikiem. Posypał mieszanką ziół i dodał odrobinę czosnku. Ułożył pstrąga na płaskiej kamiennej płycie rozgrzanej nad niewielkim paleniskiem. Zapach pieczonej ryby rozszedł się po całej chatce, mieszając się z wonią drewna. Skórka zaczęła nabierać złocistego wyglądu.

Wiktor usiadł przy drewnianym stole, przygotowanym specjalnie na takie okazje. Przyozdobił talerz kilkoma plasterkami cytryny oraz świeżą pietruszką. Z krzywym uśmieszkiem cmoknął zadowolony, bo wiedział, że tego wykwintnego dania Adam na pewno by mu pozazdrościł. Było o niebo lepsze niż kiełbaska. Dzięki gotowaniu Wiktor czuł, że jego życie, mimo prostoty, miało swój niepowtarzalny smak. Zjadł pieczoną rybę, delektując się nią i popijając lampką domowego czerwonego wina. Ciepły posiłek i alkohol znużyły go. Usiadł w fotelu, żeby chociaż na chwilę przymknąć oczy.

Obudził się z drzemki z nową energią, ale z dozą niepokoju. Miał sen, którego nie był w stanie sobie przypomnieć. Stwierdził, że woli go nie pamiętać. Postanowił pójść na polowanie. Już dawno tego nie robił, a rześkość po drzemce dodała mu motywacji. Ubrał się starannie i przygotował strzelbę.

Gdy później pakował plecak, rozmyślał o rozmowie z Adamem. Od dawna żadna z ich pogawędek nie uderzyła go tak mocno. Potrzebował oczyścić głowę z gonitwy myśli, a nie znał na to lepszego sposobu niż pogoń za dziką zwierzyną. Wyszedł więc z chatki, a chłodne powietrze wypełniło jego płuca. Mgła unosiła się między drzewami, a świerkowe igły delikatnie opadały na ziemię. Las w takiej scenerii wyglądał złowrogo, ale Wiktor czuł się w nim pewnie, w ogóle go to nie odstraszało. Powoli zaczynała w nim buzować adrenalina.

W głowie jawił mu się obraz dzika, stojącego dumnie pośród zarośli, który miał zostać jego zdobyczą. Czymś, co przywróci mu dawne życie i przypomni, co kochał najbardziej. Ta wizja dodawała mu motywacji.

Gdy szedł przez gęste zarośla, przyroda otulała go spokojem. Z maksymalnym skupieniem poruszał się między drzewami i krzewami. Aż nagle na skraju jego pola widzenia coś pojawiło się między drzewami. Zatrzymał się, a serce zabiło mu mocniej. Wstrzymał na moment oddech i czekał. Nieuchwytny cel, który zawsze wywoływał w nim dreszcz emocji. Bez chwili zastanowienia podniósł starą strzelbę. Zacisnął rękę na kolbie i był gotowy do wystrzału. Spojrzał uważnie w lunetę, próbując wyłapać każdy szczegół poruszającego się cienia, co przy tej mgle było lekko utrudnione. Mimo to wycelował, a jego oddech przyspieszył, gdy zauważył, że zdobycz nie rusza się z miejsca. Właśnie wtedy jego palec nacisnął spust.

Huk wystrzału rozdarł ciszę lasu.

Rozdział 2

Wiktor zamarł, wciąż celując w miejsce, w którym dostrzegł ruch. Jeszcze chwilę wcześniej był pewien, że to dzik. Oddał strzał instynktownie, bez zastanowienia, robił to wiele razy, ale teraz coś było nie tak. Nie usłyszał charakterystycznego dźwięku upadającego ciała zwierzęcia ani odruchowej próby ucieczki czy odgłosu kopyt uderzających o poszycie. Zdecydowanie to, co postrzelił, nie było tym, czego się spodziewał.

Zacisnął mocniej palce na strzelbie i ruszył w stronę, gdzie powinno leżeć jego trofeum. Z każdym krokiem na klatce piersiowej ciążył mu coraz większy niepokój. Ledwo mógł przełknąć ślinę, tak bardzo zaschło mu w gardle. Gdy zbliżał się do miejsca, przy którym uchwycił cel, zaczął się pocić. Drzewa, które zwykle koiły go swoją nieruchomą obecnością, nagle stały się przytłaczające. Wyglądało to tak, jakby ich cienie nachylały się nad nim i obserwowały każdy jego ruch. Kiedy dotarł już do pieńka, wciągnął gwałtownie powietrze, przyglądał się temu miejscu nierozumiejącym wzrokiem. Na ziemi leżała kobieta. Była skulona, jakby próbowała ochronić się przed tym, co ją spotkało. Krew zbierała się na jej kurtce, tworząc ciemną plamę. Zdezorientowana wpatrywała się w swoje ręce ociekające krwią.

Przez plecy Wiktora momentalnie przebiegły nieprzyjemne dreszcze, a żołądek związał się w supeł. Wlepiał spojrzenie w czerwoną plamę, wsiąkającą w ziemię. Z trudem do niego docierało, co się wydarzyło. Mimo to zabezpieczył broń i odrzucił ją na bok, błyskawicznie doskakując do kobiety. Musiał działać natychmiast, w obawie, że się wykrwawi. Wyjął z kieszeni spodni bawełnianą chustkę i przyłożył do lewego barku dziewczyny, żeby zatamować krwawienie.

Ranna podniosła zamglony wzrok, dostrzegając jego obecność. Potem spojrzała na dłoń Wiktora uciskającą ranę. Gdy tylko dostrzegła rosnącą wokół ciemniejącą smugę, jej ciało osunęło się bezwładnie. Zemdlała.

Nie chcąc tracić czasu, podniósł ją i trzymając w swych ramionach, pewnym krokiem ruszył do chaty. Myślał tylko o tym, żeby jak najszybciej opatrzyć ranę. Każdy krok był naznaczony mieszanką adrenaliny i narastającej paniki. Widział, że krew przesiąka przez prowizoryczny opatrunek, a oddech kobiety był charczący i ciężki, momentami przerywany. Przez to Wiktor kilka razy był przekonany, że przestała oddychać. Dlatego co jakiś czas przykładał ucho do jej twarzy, szukając choćby najmniejszych oznak życia. Liczyła się każda minuta, a droga dłużyła się niemiłosiernie i zaczynały mu drętwieć ręce.

Z początku nieznajoma wydawała się drobna. Mimo to była dość ciężka. Wyślizgiwała mu się z rąk i musiał co kilka kroków opierać jej ciało o swoje kolana. Starał się skupić na własnym oddechu i pokonaniu dystansu, który mu został.

Pogoda nie działała na jego korzyść. Mgła opadła, ale na niebie pojawiły się ciemne chmury, z których nagle lunęło. Przeklinał matkę naturę. Krople deszczu zamazywały mu widoczność, zaczął szybko mrugać. W myślach dziękował sobie, że nie zapuścił się jeszcze dalej od chaty. Ziemia pod stopami robiła się coraz bardziej mokra i grząska. Buty zaczęły się zapadać w błocie. Był przekonany, że zaraz upadnie. Zaparł się i sunął przez breję, która jeszcze chwilę temu była ścieżką.

W ułamku sekundy kobieta odzyskała przytomność i spojrzała na niego ze strachem, a krew odpłynęła jej z twarzy. Chciała coś powiedzieć, ale z jej gardła wydobył się tylko okropny jęk bólu. Zadrżała, a oczy zaszły jej mgłą i nagle wywróciły się do góry, zostawiając po sobie tylko białka. Jej ciało bezwładnie opadło, jakby ktoś wyciągnął z niej życie.

Wiktor zamarł w bezruchu. Stał przemoczony i przerażony, a serce podeszło mu do gardła.

– Błagam, nie – sapnął.

Poczuł lodowaty chłód niepokoju. Czy właśnie doszło do tego, czego się obawiał? Wszystko stanęło w miejscu i zamilkło. Zdenerwowany przyłożył znów ucho do ust kobiety, ale nic nie usłyszał. Gorąco ogarnęło jego twarz, rozpalając policzki i czoło jak żywy ogień. Szybko położył ranną na błotnistej ziemi.

Przycisnął dwa palce do jej szyi. Nic.

Wytarł dłoń o ostatni suchy skrawek spodni i jeszcze raz dotknął zimnej skóry pod żuchwą. Tym razem poczuł puls. Ledwo wyczuwalny, ale był. Chwycił kobietę pewnym ruchem i ruszył dalej.

Kilka metrów za drzewami powoli wyłaniał się obraz chaty. W jednej chwili zalała go fala ulgi. Zostało mu tak niewiele kroków, ale musiał spiąć każdy możliwy mięsień, żeby dotrzeć do drzwi. Oddech kobiety był tak płytki, że miał obawy, czy przez te kilka minut nie przestanie ponownie oddychać. Im bliżej był drzwi, tym bardziej myśli gnały jak oszalałe. Co się właściwie stało? W ułamku sekundy przyszło pytanie, które zmroziło mu krew w żyłach: czy zrobił to celowo? Nie, niemożliwe. Przecież był przekonany, że to dzik. Widział ciemną sylwetkę zwierzęcia przy pniu, ledwo widoczną we mgle, ale widział. Na pewno nie spodziewał się w tej okolicy człowieka.

Mimo chaosu w głowie szybko przeanalizował, czy znajdzie wszystko, co potrzebne do wyciągnięcia pocisku.

•••

Gdy dotarł do chatki, od razu poczuł ciężar odpowiedzialności. Delikatnie położył kobietę na stole, a potem znalazł czyste ręczniki i wstawił na piecyk niewielki garnek. Otworzył szafkę nad zlewem, z której wyjął apteczkę. Chaotycznie przeszukiwał jej zawartość. Znalazł fiolkę leków, o których myślał w drodze do chaty. Wysypał dwie tabletki na dłonie i zacisnął mocno palce. Modlił się, żeby jego decyzje nie doprowadziły do tragedii, ale musiał zaryzykować. Nie mógł babrać się w ranie bez podania czegoś uspokajającego. Gdyby kobieta się ocknęła, mogłaby wpaść w panikę.

Poszukał jeszcze bandaży, gazików i spirytusu do dezynfekcji. Wyjął z apteczki strzykawkę. Sięgnął po środek, którego używał przy postrzelonej zwierzynie. Wiedział, że nie jest przeznaczony dla ludzi, ale teraz liczył się czas. Modlił się, by ta decyzja nie okazała się błędem. Wiele ryzykował, ale czuł, że nie ma innego wyjścia.

Zacisnął zęby i wbił igłę w udo kobiety, starając się nie myśleć o tym, co może pójść źle. Lek powinien zadziałać szybko i na długo. Na tyle, żeby nie odzyskała przytomności w trakcie zabiegu. Taką miał nadzieję.

Pewnie zaczął zdejmować z dziewczyny warstwy ubrań. Ręce drżały mu jak nigdy dotąd i nie był pewien, czy to ze stresu, czy bardziej od wysiłku. Najpierw zdjął jej czapkę, a potem kurtkę trekkingową. Nie przypadkiem znalazła się w głębi lasu. Widocznie to była zaplanowana wędrówka.

Rozbierając ją, analizował z ciekawością części jej garderoby, a z każdym kolejnym ruchem był coraz bardziej oszołomiony wyglądem kobiety. Długie, płomienne rude włosy, które opadały na ramiona, kontrastowały z bladą cerą pokrytą drobnymi piegami. Usta miała pełne, o łagodnym zarysie. Ten widok budził w nim uczucia, które starał się od dawna zepchnąć na bok. Miał skupić się na ratowaniu jej życia, a nie gapić się jak zahipnotyzowany. Otrząsnął się i kontynuował zabieg. Nie mógł tracić czasu.

Gdy woda zaczęła wrzeć, włożył ręczniki do garnka, by je wysterylizować. Rozerwał kobiecie bluzkę, żeby mieć lepszy dostęp do rany. Zostawił jedynie stanik. Na moment jego wzrok utkwił w jej piersi. Niezręcznie sam przed sobą przyznał, że ten obraz nieco go skrępował.

– Przepraszam, muszę się ogarnąć – powiedział, świadom, że dziewczyna i tak nie usłyszy.

Sięgnął po sterylne materiały i miskę z wodą. Zdecydowanymi ruchami zaczął oczyszczać ranę. Zanurzył w niej palce, żeby wymacać kulę. Czuł, że to głupi pomysł. Ryzykował jej życie, ale to było konieczne. Musiał usunąć ciało obce. Nie miał pojęcia, czy nie zrobi tym większych szkód, mimo to improwizował. Chwilę trwało, zanim poczuł twardy metal. Na czole wykwitły mu krople potu, bo przez chwilę był przekonany, że kobieta się ocknęła. Gdy już się upewnił, że tak się nie stało, pewnym gestem wyjął pocisk. Przyjrzał się jej twarzy, wyczekując reakcji, ale żadna się nie pojawiła. Odetchnął z ulgą i otarł spoconą twarz.

Próbował zatamować krwawienie, które dodatkowo pobudził, grzebiąc w środku rany. Przykładał po kilka gazików naraz, ale krew sączyła się tak obficie, że nie nadążał ich wymieniać. Szybko zrobił prowizoryczny opatrunek z ręcznika, zaklejając go wkoło plastrami.

– Bardzo profesjonalnie i sterylnie – prychnął, zlizując słony pot z ust.

Gorączkowo przeszukiwał szafki, aż w końcu znalazł to, czego szukał. Pudełko z przyborami krawieckimi. Wygrzebał igłę tapicerską, licząc, że zda egzamin. Wybrał jedną z grubszych nici. Wolał nie ryzykować, że się urwie. Zamknął pudełko i wziął głęboki wdech. Nie miał nic medycznego, a liczyła się każda sekunda. Coraz bardziej panikował i bał się, że nie zdoła pomóc kobiecie. Widząc ją leżącą jak szmaciana lalka i białą jak ściana, był przekonany, że to nie skończy się dobrze. Ręce mu dygotały, a gardło wyschło na wiór. Ledwo przełykał gęstą ślinę, która tworzyła drażniącą gulę w przełyku. Co sobie myślał, licząc, że wystarczy wyjąć pocisk?

Nawlókł nitkę drżącymi palcami, a potem przerwał ją zębami. Syknął, gdy rozcięła mu dziąsło. Zaklął pod nosem i wpatrywał się w ręcznik, który robił się coraz bardziej czerwony. Bez namysłu odkleił plastry i zaczął szyć.

Pierwsze wkłucie szło opornie, jakby przekuwał skórzaną rękawicę. Wstrzymał odruch wymiotny, choć na służbie i podczas polowań widywał rzeczy znacznie gorsze. W końcu się przebił i przeciągnął nić, czując pieczenie na opuszkach palców. Nadal trzęsły się mu ręce, a na czole zbierało się jeszcze więcej kropli potu. Nie miał pewności, czy przeszywa skórę, czy może mięśnie. Bał się, że lada moment wypuści igłę z rąk. Zrobił kolejne przeszycie, a potem jeszcze kilka. Na koniec urwał nić i przez chwilę przyglądał się szwowi, który nie wyglądał zbyt dobrze. Krew wciąż się lała, ale mniej. Zrobił tyle, ile mógł, i pozostało mu tylko czekać.

•••

Wpatrywał się w zastygłą twarz kobiety. Był przerażony na myśl, że w każdej chwili może się obudzić albo przestać oddychać.

Zastanawiał się, czy przenieść nieznajomą na kanapę, ale obawiał się, że to może jeszcze bardziej zaszkodzić. Był wykończony. Usiadł na fotelu obok i przyglądał się jej twarzy. Nagle przed oczami stanęły mu obrazy z dawnego życia – z czasów, gdy był gliną, a wszystko było jasne i ustalone. W tym momencie nic takie nie było. Błądził jak dziecko we mgle. Chciał mieć logiczne wytłumaczenie na to, co się stało. Popełnił błąd, za który ktoś mógł zapłacić życiem. Kolejny taki w jego życiu.

Wyglądała tak spokojnie i niewinnie. Rysy miała delikatne, niemal idealne. Wiktor odczuwał ulgę, że rana nie sięgnęła głębiej, bo naprawdę nie chciał nikogo skrzywdzić. Nawet nie przypuszczał, że na tym odludziu spotka żywą duszę. Jak mógł zobaczyć dzika? Przez moment zastanawiał się, czy mógł mieć jakieś ukryte złe intencje. Ta myśl wciąż nie chciała odpuścić. Chyba po prostu wypił za dużo wina podczas obiadu, ale był skupiony. Tego był pewien. Owszem, buzowała w nim adrenalina, ale czy to mogło przysłonić mu trzeźwy osąd? Panująca dookoła mgła nie ułatwiła roboty. Zresztą to, w jaki sposób się to stało, i tak nie miało większego znaczenia. Było już za późno, postrzelił ją. Mógł tylko dopilnować, aby rana się zagoiła. Warunki w chacie nie były odpowiednie do takich zabiegów.

Rozdział 3

Noc była piękna i bezchmurna. Wiktor siedział na pomoście, patrząc w niebo, na którym rozsiane były miliony gwiazd. W ciemności otulającej las czuł ukojenie. Nie potrafił znaleźć tego w niczym innym. Potrzebował złapać oddech i rozluźnić napięcie, które nagromadziło się w nim przez ten cały wypadek. Nie mógł tak siedzieć wiecznie, bo musiał sprawdzić, czy kobieta wreszcie się ocknęła. Westchnął przeciągle, podniósł się i wrócił do chaty. Mięśnie paliły go przy każdym kroku. Odzwyczaił się tyle dźwigać, a teraz odczuwał skutki braku treningów siłowych. Żałował, że skupiał się tylko na bieganiu.

W środku panowała cisza, przerywana jedynie ciężkim oddechem nieznajomej. Wiktor opadł na fotel i przez chwilę patrzył na nią, obserwując, jak porusza się niespokojnie w półśnie. Była niesamowicie piękna. Żadna kobieta nigdy nie zrobiła na nim takiego wrażenia. Miała w sobie coś, czego nie potrafił nazwać. Dziwna, przyjemna aura, której nie potrafił zignorować. Był jak odurzony, gdy się jej przyglądał.

Podszedł do niej i delikatnie chwycił w ramiona, żeby przenieść ją na kanapę. Nagle jej powieki zadrżały, a oddech stał się wyraźnie płytszy. Powoli zaczęła otwierać oczy. Wiktor dostrzegł w nich pustkę. Zielone, ciemne spojrzenie, które zdawało się patrzeć przez niego na wskroś. Przez jego kręgosłup przebiegł zimny dreszcz. Odegnał szybko to dziwne i niechciane uczucie.

– Hej – wydusiła cicho, lekko zachrypniętym głosem.

– Hej – wypalił natychmiast, a potem dodał niemal odruchowo: – Przepraszam. Nie chciałem cię skrzywdzić.

Słysząc, jak drży mu głos, uświadomił sobie, jak absurdalnie to brzmi. Gdyby był na jej miejscu, też by sobie nie zaufał. Ułożył ją na kanapie, sapiąc z wysiłku.

Kobieta jęknęła, krzywiąc się z bólu. Spojrzała na swoje ramię, a następnie na Wiktora. Przez ułamek sekundy Wiktor miał wrażenie, że się uśmiecha.

Nic nie powiedziała, zaczęła tylko powoli rozglądać się dookoła. Patrzyła na drewniane ściany, kominek i stół, aż w końcu spojrzała znów na niego. Spodziewał się, że zacznie panikować, zadawać milion pytań, a nawet krzyczeć. Ona była nadzwyczaj spokojna. Obudziła się w obcym miejscu, z raną postrzałową i chyba nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Mimo to spojrzał na jej bark. Krew już nie sączyła się spod bandaża. Wszystko wyglądało czysto i nie widział żadnych oznak infekcji.

– Dziwne – mruknął, bardziej do siebie niż do niej.

– Co?

– Nie gorączkujesz. To znaczy, że chyba w porę wyjąłem pocisk. Może obejdzie się bez zakażenia.

Kobieta lekko uniosła brew, jakby rozważała to, co właśnie powiedział.

– To chyba dobrze – stwierdziła obojętnie po chwili.

Wciąż była zbyt opanowana, zważając na tę dziwną sytuację.

– Mocno boli?

– Ledwie.

– Serio?

– Mam wysoki próg bólu. – Uśmiechnęła się lekko.

Odpowiadała tak, jakby nie działo się nic niezwykłego. Może to instynkt obronny i nie chciała dać po sobie poznać, jak bardzo cierpi i się boi? Mogła przecież doznać szoku, który różnie się objawia u ludzi. Przez ułamek sekundy nie był pewien, czy jej uśmiech był prawdziwy, czy to jedynie cień emocji na twarzy. Zmarszczył brwi. Pojawił się w nim dziwny niepokój. Czy nie powinien zawieźć jej do szpitala? Nie zwrócił uwagi na miejsce upadku, a przecież mogła uderzyć głową w kamień. To wyjaśniałoby dziwne zachowanie i to, że prawie nie odczuwała bólu. Nie znał się na medycynie, ale przyszło mu do głowy, że mogła uszkodzić jakiś nerw albo doznać wstrząsu mózgu.

Zaczął analizować różne wyjścia z tej sytuacji. Choć myśl o wyprawie do miasta przyprawiała go o mdłości, poważnie zastanawiał się nad szpitalem. Postanowił jednak najpierw nakarmić kobietę, więc podszedł do pieca, gdzie na talerzu leżał kawałek pieczonej ryby. Była jeszcze dobra, nie zjadł całej przed drzemką, a jej przydałby się posiłek.

– Musisz być głodna. Długo spałaś.

Postawił talerz na stole i usiadł. Kobieta podniosła na niego wzrok, jakby dopiero dotarło do niej, że rzeczywiście poczuła głód.

– Może trochę – przyznała cicho.

Wiktor pokroił rybę na mniejsze kawałki, potem przeniósł się na skraj kanapy i obserwował, jak nieznajoma powoli podciąga ciało, żeby oprzeć się o ścianę. Jęknęła cicho, zaciskając zęby. Gdy przyjęła wygodną pozycję, podał jej obiad.

– Powinnaś dużo pić.

Wstał po blaszany kubek z wodą. Ponownie usiadł na brzegu kanapy i dalej obserwował każdy ruch. Zauważył, że podczas jedzenia nie drżały jej ręce i w ogóle nie wyglądała na oszołomioną czy przerażoną. Jadła spokojnie, jakby to wszystko było całkowicie normalne. Chciałby mieć takie podejście do życia. O ile, to faktycznie nie skutek uszkodzenia głowy.

– Dobra – powiedziała nagle, wyrywając go z zamyślenia.

– Co?

– Ta ryba. Dobra. – Jej ton brzmiał obojętnie, choć właśnie chwaliła danie.

– Cieszę się, że ci smakuje – mruknął Wiktor, unosząc brew.

Nie mógł przestać się jej przyglądać. Analizował każdy, nawet najdrobniejszy gest.

Jadła powoli, dokładnie przeżuwając każdy kęs. Nie spieszyła się. Jej zielone oczy były piękne, a on mimowolnie zatracał się w nich w sposób budzący coś, czego nie czuł od dawna.

– Jak masz na imię? – wyrwało się mu niespodziewanie.

Milczała przez chwilę, aż wreszcie spojrzała na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– A jak myślisz?

– A skąd mam to niby wiedzieć? – zapytał zdezorientowany.

– No właśnie. Skąd? – Uśmiechnęła się lekko.

Skrzywił się i przełknął gęstą ślinę. Poprawił się na kanapie, zakasłał i speszony odwrócił wzrok. Od razu zauważył, że w tej kobiecie było coś dziwnego, czego nie rozumiał. Chciał się dowiedzieć co.

Wstał i przeszedł się kilka razy po pokoju. Wreszcie oparł łokcie o stół i spojrzał na nią uważnie.

– Nie chcesz, nie mów. Myślę jednak, że powinnaś zostać tu jeszcze dwa dni, może trzy. Muszę dopilnować, żeby rana się nie babrała. Chyba że wolisz, żebym zawiózł cię do szpitala?