Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
179 osób interesuje się tą książką
Nie miała wyboru. Teraz nie ma już odwrotu
Ayleen Richardson ma dwadzieścia dwa lata i jeden cel: zdobyć pieniądze na leczenie matki, która walczy z nowotworem. Każdy dzień to balansowanie między pracą w pizzerii a opieką nad ukochaną mamą. Pomoc od bratowej, młodej wdowy Nadine, jest symboliczna, a rachunki nie przestają rosnąć.
Gdy Nadine podsuwa Ayleen ofertę niecodziennej pracy dobrze płatnej i teoretycznie prostej dziewczyna nie ma wyjścia. Ma zostać sekretarką bogatego, choć ekscentrycznego biznesmena, który ceni lojalność, dyskrecję i dyspozycyjność.
Brzmi zbyt dobrze, by było prawdziwe? To rzeczywistość czy jedynie pozory?
Collin Steward nie jest zwykłym szefem. Jest brutalnym mafijnym bossem, który nie toleruje słabości. Za najmniejszy błąd można zapłacić życiem. Ayleen nie ma pojęcia, w co właśnie się wplątuje, w czyich rękach się znalazła Nadine zapomniała wspomnieć o kilku istotnych szczegółach.
Czy Ayleen zdoła uciec, zanim będzie za późno?
Czy wytrzyma u człowieka, którego się boi, a który zaczyna ją fascynować?
A może to właśnie w cieniu niebezpieczeństwa znajdzie coś więcej niż pieniądze?
Czasem wybawienie przychodzi pod postacią najgorszego koszmaru, a to, co wydawało się prawdą, jest tylko iluzją
Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 455
Kathreen Bennett
W jego rękach
Iluzja
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Redaktor prowadzący: Adrian Matuszkiewicz Redakcja: Dominika Radkowska Korekta: Anna Zygmanowska, annazygmanowska.pl Projekt okładki: Justyna Knapik Zdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.
Helion S.A. ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 230 98 63 e-mail: [email protected] WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreseditio.pl/user/opinie/wjerek_ebook Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
ISBN: 978-83-289-4016-1 Copyright © Helion S.A. 2026
Dla Tomka,za wszystko.
W książce poruszane są treści nie zawsze odpowiednie dla każdego czytelnika. Dotyczy to między innymi zagadnień takich jak: przemoc fizyczna i psychiczna, samookaleczanie, uzależnienie od środków odurzających, uzależnienie od seksu, wykorzystywanie seksualne osób nieletnich, molestowanie, trudne relacje rodzinne, prostytucja, przemoc wobec nieletnich, tortury, gwałt, śmierć, samobójstwo, zabójstwo, choroba członka rodziny.
Postacie występujące w książce nie są wzorami do naśladowania – ich zachowańnienależypochwalaćaniromantyzować.Wątekromantyczny między bohaterami zawiera elementy syndromu sztokholmskiego i nie powinien być traktowany jako zdrowy model relacji uczuciowej.
W historii został poruszony problem przemocy psychicznej w środowisku domowym. Bohaterowie dorastali w otoczeniu, w którym przemoc emocjonalna była obecna, choć nierzadko trudna do rozpoznania. Taka przemoc nie pozostawia ran na ciele, ale jej skutki są tak samo groźne jak przemocy fizycznej, gdyż zakorzeniają się głęboko w psychice i mogą wpływać na sposób myślenia, odczuwania i budowania relacji w przyszłości.
Przemoc psychiczna w rodzinie należy do specyficznego rodzaju agresji emocjonalnej, gdyż dziecko kocha swojego oprawcę i nie umie rozróżnić miłości od manipulacji, kontroli czy uczuciowego zaniedbania. Zachowania bohaterów wynikają z mechanizmów, które kształtowały ich przez lata w niezdrowym środowisku domowym.
Jeśli czujesz, że podobne doświadczenia dotyczą Ciebie lub kogoś z Twojego otoczenia – pamiętaj, że nie jesteś sam/sama. Istnieją miejsca, gdzie możesz uzyskać bezpłatne wsparcie:
Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym, nr 116 123 (czynny całodobowo)
Niebieska Linia – ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie, nr 800 120 002 (czynny całodobowo)
Nie bój się prosić o pomoc. Masz prawo do bezpieczeństwa, szacunku i wsparcia.
Moja mama umiera. Widzę, że z każdym dniem jest słabsza. To, co do tej pory przychodziło jej bez wysiłku, teraz wymaga nie lada samozaparcia. Mama walczy i nie pokazuje po sobie, jak bardzo męczy ją chemioterapia, ale nie jest w stanie ukryć wszystkiego. Nie przede mną.
Zajmuję się mamą, odkąd dowiedziałyśmy się o jej chorobie, czyli już prawie od trzech lat. Dokładnie pamiętam moment, w którym informacja o stanie mamy spadła na mnie jak grom z jasnego nieba: był listopad. Od śmierci Tony’ego minął miesiąc, a Nadine dopiero co wróciła ze szpitala po poronieniu.
Mama po prostu zasłabła. Zakręciło jej się w głowie i straciła na chwilę przytomność. Wydawało się, że to ze stresu: w końcu kto normalny ze spokojem zniósłby śmierć własnego syna? Nadine nie poradziła sobie ze stratą męża. Cała ta sytuacja – jego brutalne zabójstwo, przesłuchania, jedna wielka niewiadoma, a wreszcie pogrzeb – odbiła się na mojej bratowej tak, że pewnej nocy zadzwoniła do mnie ze szpitalnej izby przyjęć. Pamiętam, co dokładnie mi wtedy powiedziała: „Ayleen, moje dziecko odeszło. Nie mam Tony’ego, nie mam dziecka”. Moje serce rozpadło się wtedy na milion kawałków. Po raz drugi.
Za trzecim razem było skruszone tak, że zapewne nigdy nie pozbieram go w jedną całość.
Choroba mamy zaatakowała w najmniej oczekiwanym momencie. Dzięki znajomościom Nadine udało nam się trafić do dobrego lekarza, który z wielkim oddaniem zajmuje się moją mamą.
– Dobrze dobrana terapia pomoże nam znacząco zatrzymać namnażanie się złośliwych komórek, a może i nawet zlikwidować te, które już się pojawiły. Niestety wszystko wymaga czasu i pieniędzy – podkreślał lekarz. – Najlepiej jak najmniej czasu i jak najwięcej pieniędzy – dodawał z wyrozumiałym uśmieszkiem.
Nie miałyśmy ani jednego, ani drugiego.
Nie byłam w stanie tak szybko zgromadzić sumy, jaką wyliczył doktor Cooper. Kilka miesięcy wcześniej skończyłam liceum i dorabiałam sobie w pizzerii, żeby móc kiedyś pójść na studia. Tony był w jeszcze gorszej sytuacji: wprawdzie zaraz po skończeniu szkoły udało mu się znaleźć dobrą pracę w lokalnym warsztacie samochodowym, jednak wtedy też dowiedział się o ciąży Nadine. Nie chciał postąpić tak jak nasz ojciec, więc od razu się jej oświadczył. Pobrali się na początku września.
W październiku mój brat już nie żył.
Mama nie była w stanie pracować, a Nadine studiowała i potrzebowała naprawdę dużo pieniędzy. Szczęście w nieszczęściu – coś tam zwrócono jej z ubezpieczenia mojego brata, ale nie była to tak zawrotna kwota, żeby pokryć szpitalne rachunki mamy. Wystarczyło tylko na opłaty za studia.
– Nadine musi kontynuować naukę. Poświęciła już tyle czasu, że szkoda by było z tego rezygnować. Poza tym… dobrze mieć pielęgniarkę w rodzinie. W mojej sytuacji pomoc Nadine jest nieoceniona – mówiła mama, gdy utyskiwałam na to, iż bratowa wydała całe odszkodowanie, aby zapłacić za studia.
Musiałyśmy sprzedać dom po dziadkach i wynająć dwie kawalerki. Nadine tłumaczyła, iż nie może z nami zamieszkać, bo ma zajęcia w szpitalu na różne zmiany i tylko by nam przeszkadzała. Jednocześnie chce być blisko, gdyż z nas dwóch tylko ona potrafi dobrze zająć się mamą.
Nasze obecne mieszkanie składa się z minisalonu z aneksem kuchennym, jednej sypialni i łazienki. Mama protestowała, ale byłam uparta i nalegałam, aby to ona zajęła pokój. Mnie wystarcza kanapa. W takich warunkach żyjemy już prawie trzy lata. Moment, w którym poznałyśmy diagnozę, diametralnie zmienił nasze życie, a szczególnie moje.
Wszystko, co oszczędziłam przez sześć miesięcy pracy w pizzerii, poszło na rachunki za leczenie. Mogę zapomnieć o studiach. Ostatnie dwa i pół roku to prawdziwy koszmar. Mama czasami jeździ do szpitala na wlewy, a czasami zostaje w domu. W niektóre dni jest słaba, a w inne rozpiera ją energia. Jednego dnia płacze i żegna się ze mną, żeby drugiego podkreślać, że jeszcze nic nie jest stracone. Że ma szansę i zamierza ją wykorzystać.
Udało mi się zrobić dwuletni darmowy kurs z zakresu obsługi sekretariatu i liczę, że kiedyś zmienię wrotki i fartuszek w uśmiechnięte plasterki salami na jakąś biurową posadę. Nadine w tym czasie skończyła studia pielęgniarskie i pracuje w miejscowym szpitalu – przynajmniej nie musi się martwić o dojazdy, bo placówkę ma trzy ulice dalej.
Moje życie jest skupione wokół mamy i pracy. Staram się brać jak najwięcej nadgodzin w pizzerii, ale muszę przyznać, że wypłata jest tak mała, że wystarcza jedynie na czynsz i bieżące opłaty. Rachunek za szpitalne leczenie cały czas rośnie. To, co pokryłyśmy z pieniędzy za sprzedaż domu, już od nowa zdążyło się uzbierać. Nie chcę myśleć, co będę musiała zrobić, żeby wszystko spłacić. Rozważam nawet sprzedaż jakiegoś organu, ale nie mam znajomości w światku przestępczym i nie potrafię się zmobilizować, żeby je zawrzeć. Nasze miasteczko to najspokojniejsze miejsce na ziemi, więc nie mam nawet kogo poprosić o pomoc w tej kwestii.
***
– Ayla! – krzyczy bratowa już od samego wejścia do naszego mieszkania, jakby nie wiem jak było ono wielkie.
Ma zaledwie trzydzieści metrów, a ja śpię na kanapie naprzeciwko drzwi wejściowych, więc nie ma potrzeby aż tak się wydzierać. Nie mówię jej tego, tylko posłusznie podnoszę się z siedzenia i spoglądam na Nadine ze strachem. Zacięta mina kobiety nie wróży nic dobrego.
– Od sześciu miesięcy nie opłacasz rachunków. Doktor Cooper pokazał mi dziś rozliczenie. Jeszcze trochę i leczenie Lottie będzie niemożliwe, a przecież tego nie chcemy – dodaje i spogląda na mnie bardzo znacząco.
– Wiem, Naddie…
Wzdycham ciężko i kieruję się do kuchni. To znaczy robię trzy kroki od mojej kanapy i już stoję w aneksie kuchennym. Wyjmuję pudełko z herbatą i wrzucam dwie torebki do dwóch kubków. Nadine lubi malinową, więc mama zawsze każe mi taką kupować, mimo że ja wolę tę o smaku mango. Staram się jednak oszczędzać, na czym tylko mogę, tak że gdy muszę wybrać, biorę to, czego życzy sobie mama, a mama zawsze życzy sobie tego, co Nadine jej powie, że powinna sobie życzyć.
– Zamierzasz coś z tym zrobić? Może poproś Brandona o podwyżkę? W końcu śmigasz na tych wrotkach jak szalona, a on chyba tego nie docenia.
Bratowa zajmuje miejsce przy ministoliku i spogląda na mnie z wyczekiwaniem. Nie wie, że już trzy razy prosiłam szefa o podwyżkę, a także pożyczkę, jednak za każdym razem mówił mi, że nie ma z czego zapłacić, bo ma swoje zobowiązania.
– Raczej nic mi nie podwyższy. Wiesz, jaki jest…
– Skąpy?
– Powiedziałabym, że oszczędny – mówię dyplomatycznie. Nie chcę narzekać na szefa, bo mimo wszystko stara się mnie wspierać i zawsze przydziela mi najwięcej napiwków. Wie, że każdy cent jest dla mnie na wagę złota.
– Lottie potrzebuje jeszcze kilku wlewów. Będzie też musiała być położona na rezonans, a o badaniach krwi nie wspomnę. To wszystko kosztuje, Ayleen. Naprawdę sporo kosztuje.
Nie musi mi tego tyle razy powtarzać, gdyż doskonale zdaję sobie z tego sprawę. W końcu to ja płacę za wszystko. Ja na to pracuję i ja wydaję.
Czasami mam ochotę powiedzieć jej, że zamiast narzekać, mogłaby mi pomóc, w końcu zarabia więcej niż ja i ma na utrzymaniu tylko siebie, ale wiem, że nie spodobałoby się to mamie. Uważa synową za ósmy cud świata i nie da o niej powiedzieć złego słowa. Twierdzi, że Naddie nie ma obowiązku nam pomagać, bo przecież Tony nie żyje od ponad dwóch lat, a ona i tak wyjątkowo się poświęca, gdy kontaktuje się z lekarzem i umawia mamę na wszystkie badania. Do tego wpada raz dziennie i kontroluje stan teściowej. Anioł nie dziewczyna. Niedobra Ayleen nie powinna wymyślać, tylko wziąć więcej nadgodzin.
Krzyczę na siebie w myślach za takie podejście. Za lekką złość na Nadine.
„Jesteś po prostu zmęczona, Ayla. Całe twoje życie od prawie trzydziestu miesięcy kręci się tylko wokół mamy i pracy. Niestety nie wyrabiasz już na zakrętach i to cię frustruje. Musisz się ogarnąć, bo mama na ciebie liczy. Masz tylko ją” – powtarzam w myślach i uśmiecham się smutno do Nadine. Bratowa klepie mnie pocieszająco po dłoni i pyta o słodzik.
– Nie mam. Tylko cukier – odpowiadam zgodnie z prawdą.
Słodzik to towar z górnej półki i zwyczajnie mnie na niego nie stać. Naddie jednak woli go od zwykłego cukru, który jej zdaniem jest trucizną. Jestem pewna, że zaraz poleci na skargę do mamy i wymusi na niej zakup słodzika, mimo że ani mama, ani ja nie słodzimy.
Zwracam uwagę na piękną złotą bransoletkę na nadgarstku dziewczyny. Nie widziałam jej wcześniej, ale mogę się mylić, bo nie mam pamięci do rzeczy Naddie, w końcu ma ich więcej niż ja i mama razem wzięte. Ona szybko zauważa, gdzie błądzi mój wzrok, bo zaraz naciąga rękaw tak, żeby zakryć błyskotkę.
– Kupiłam w Sinsayu. Wygląda jak prawdziwe złoto. Łatwo można się nabrać – tłumaczy, a ja tylko kiwam głową i powtarzam sobie w myślach, że to nie moja sprawa. Leczenie mamy to nie jej obowiązek, w końcu pomaga nam, jak tylko może.
Gdy bratowa wychodzi, mam pół godziny na ogarnięcie się do pracy. Związuję włosy beżową wstążką, dopasowaną kolorystycznie do „służbowego” stroju, a na nogi wciągam długie, pasiaste podkolanówki. Nie maluję się, bo w kuchni jest tak gorąco, iż cały makijaż spływa w kilka minut. Pizzeria Brandona szczyci się prawdziwymi kamiennymi piecami, więc jest tam naprawdę duszno. Na początku nienawidziłam zapachu pieczonego sera, bo moje ubranie przesiąkało nim, a włosy wymagały kilku porządnych myć, zanim straciły ten zapaszek, ale po prawie trzech latach zdążyłam się przyzwyczaić. W tym momencie już nic mi nie przeszkadza: ani zapachy, ani wieczne poganianie, ani te cholerne wrotki na nogach. Przywykłam do wszystkiego. Pizzeria stała się moim drugim domem, bo tu spędzam najwięcej czasu. Resztę poświęcam mamie.
– Dobrze, że jesteś, Ayleen. Szef cię woła do siebie. Natychmiast – informuje mnie jedna z nowych kelnerek.
To nieślubna córka szwagra Brandona, pozwala sobie na więcej niż reszta pracowników. Nie umie jeździć na wrotkach, więc wykonuje pomniejsze prace na zapleczu, ale też tylko te, które nie psują jej perfekcyjnie wymalowanych paznokci.
Kiwam jej głową w podziękowaniu za informację i od razu idę do szefa. Zastanawiam się, czego mógłby ode mnie chcieć. Przez te trzy lata nigdy nie było na mnie żadnej skargi, dobrze się dogaduję zarówno z pracownikami, jak i z klientami. Często biorę nadgodziny i bez oporów zastępuję wszystkich, którzy tylko tego potrzebują. Nie palę, więc nie muszę robić sobie przerw w miejscu pracy. Rzadko kiedy podjadam, bo i tak nie mam czasu usiąść choćby na chwilę.
Dopiero po głębszym zastanowieniu przypomina mi się, że przecież prosiłam go w tamtym miesiącu o podwyżkę. Może… mimo wszystko zdecydował się mi ją przyznać? Byłoby wspaniale – mogłabym wpłacać większe raty na rachunek szpitala i szybciej spłaciłabym zobowiązanie.
Pukam cicho w drzwi gabinetu szefa i od razu słyszę jego głos.
Brandon jest poważny. Nie spogląda na mnie z uśmiechem, jak zazwyczaj. Nie zagaduje ani nawet nie pyta o mamę. Po prostu przygląda mi się z jakimś takim… smutkiem w oczach. I wstydem.
– Ayleen… muszę z tobą poważnie porozmawiać. Nie, nie siadaj – stopuje mnie, gdy chwytam za krzesło stojące obok biurka – to szybka rozmowa.
– Słucham, szefie, dlaczego chciał mnie pan dzisiaj widzieć? – pytam. Cała ta sytuacja wydaje mi się wybitnie niepokojąca. Jakby zaraz miało się wydarzyć coś złego.
Brandon unika patrzenia mi w oczy. Cały czas przekłada dokumenty i wzdycha, jakby było mu ciężko, a przecież z nas dwojga to ja pracuję kilkanaście godzin w dusznej kuchni z cholernymi wrotkami na nogach, a on po prostu wpada raz na jakiś czas do biura. Mimo wszystko to on jest bardziej zmęczony niż ja.
Wreszcie zbiera się w sobie i podnosi głowę. Jego wodniste oczy wpatrują się we mnie uważnie, choć trochę przepraszająco.
– Ayla… muszę cię zwolnić w trybie natychmiastowym.
Patrzę na szefa i w pierwszej chwili myślę, że on żartuje. Zamierzam wybuchnąć śmiechem, mimo że to nie Dzień Głupca – przecież pierwszy kwietnia będzie dopiero za miesiąc. To nawet nie są moje urodziny, bo je będę świętowała pod koniec marca, więc Brandon nie ma powodu, żeby mnie wkręcać. Nie przypomina mi się, żeby szef kiedykolwiek zgrywał wesołka czy rzucał żartami na prawo i lewo, a teraz ewidentnie próbuje wcisnąć mi jakąś głupotę. Swoją drogą, pierwszy raz aż tak mnie rozweselił. Ta jego poważna mina… Trochę spanikowany i niepewny wzrok… Brandon minął się z powołaniem. Powinien iść w aktorstwo, a nie w kręcenie placków z sosem pomidorowym.
Niestety po chwili wszystko łapię. On mnie nie wkręca.
Mówi to poważnie. Tak całkiem poważnie.
Uśmiech momentalnie zamiera mi na ustach. Muszę mieć w tym momencie wyjątkowo głupią minę, ale jakoś nie jestem w stanie bardzo się tym przejmować. Mój wygląd jest teraz najmniejszym z moich zmartwień.
Mój szef mnie właśnie zwalnia. Mnie. Najbardziej zdesperowaną osobę w całym mieście. Każdy zna moją historię i wszyscy wiedzą, jak bardzo zależy mi na pracy. Jeszcze trzy lata temu mogłam kręcić nosem na niektóre oferty – szczególnie gdy miejsce pracy było dość oddalone od mojego domu. Ale nie w tym momencie. Od wielu miesięcy pokazuję, jak bardzo jestem wdzięczna i jak się staram. Niestety małe miasteczka mają to do siebie, że oprócz spokoju i pewnego marazmu panują w nich też: nepotyzm, kumoterstwo i duże bezrobocie.
Nie stać mnie, żeby dojeżdżać do Bostonu, dlatego cieszyłam się, że zostałam zatrudniona w tej pizzerii. Zawsze dawałam z siebie sto procent. Widocznie to w dalszym ciągu było za mało.
– Dlaczego? – Pytanie wyrywa się z moich ust, zanim zdążę się nad nim zastanowić.
Żałuję, że nie dał mi usiąść, bo zaczyna mi się robić słabo. Serce bije jak oszalałe, a zaciskanie dłoni w pięści nie pomaga mi ukryć stresu. Ręce pocą mi się tak, że jeszcze trochę i wykapię porządną kałużę na przybrudzoną posadzkę w biurze szefa. Gdy pomyślę o tych wszystkich rachunkach… mamie i jej leczeniu… i jeszcze jednej kupie rachunków… to mam ochotę usiąść na podłodze w gabinecie szefa i się rozpłakać. Tak po prostu.
Brandon udaje, że nie widzi, w jakim jestem stanie. Wyciąga jeden z dokumentów i przesuwa w moją stronę.
– To rozwiązanie umowy. Należy ci się miesięczna odprawa. Nie jestem w stanie zrobić nic więcej, Ayleen. Szwagier… – waha się przez chwilę, potem jednak dokańcza: – Szwagier poprosił mnie o pomoc i zatrudnienie jego córki. Nie stać mnie na dodatkową pensję, ale przecież nie mogę nie pomóc szwagrowi. Dlatego muszę kogoś zwolnić.
– I padło na mnie – kończę cicho.
Rozumiem, dlaczego właśnie na mnie. Tylko ja nie jestem w żaden sposób spokrewniona ani spowinowacona z Brandonem. Pizzeria, jak by nie było, to rodzinna firma. Pracują tu sąsiedzi szefa i bliżsi lub dalsi kuzyni. Ja nie przynależę ani do jednych, ani do drugich. Jestem… po prostu Ayleen. Ta miła licealistka, która chciała dorobić do studiów, a ostatecznie tyra na szpitalne rachunki i ogranicza swoje życie jedynie do pracy. Nie jestem nikim ważnym.
– Napiszę ci świetny list referencyjny, Ayleen. Na pewno coś znajdziesz. Jak nie u nas, to może w Bostonie. Tylko musisz się odważyć i zainwestować w samochód. Prawo jazdy przecież masz? – pyta, a ja automatycznie kiwam głową.
Moje myśli cały czas błądzą wokół niezapłaconych rachunków. Jestem w czarnej dupie. Chyba naprawdę muszę znaleźć kogoś, kto potrzebowałby nerki. Zastanawiam się, czy jest coś innego, co mogłabym sprzedać. Kawałek wątroby? Skórę? Nie znam się na transplantologii, więc nie wiem, co mogliby mi wyciąć tak, żebym to przeżyła i w miarę funkcjonowała.
Zainwestować w samochód… dobre sobie. Od roku nie byłam w drogerii i nie kupiłam sobie nawet głupiego tuszu do rzęs, a on mi tu wyjeżdża z zakupem auta… Nawet na najzwyklejszy rower mnie nie stać. Żeby nie było – miałam kiedyś samochód. Brat sprezentował mi go na urodziny. Lubiłam moje auto, jednak gdy pieniądze ze sprzedaży domu się skończyły, musiałam zdecydować, czy chcę kontynuować leczenie mamy, czy wozić się – jak by nie było – dwie mile z mieszkania do pracy. Do tego utrzymanie samochodu też kosztowało. Wcześniej zajmował się nim Tony, ale po jego śmierci zostałam sama. Żałuję, że w liceum nie nauczyłam się, jak naprawdę wygląda dorosłe życie. Znam budowę pantofelka i umiem wymienić wszystkich prezydentów USA, ale ogarnianie rachunków, opłat i innych zobowiązań nie przyszło mi łatwo. Na początku cholernie się w tym wszystkim gubiłam. Nadine nie była chętna do pomocy. Gdyby mogła, podrzucałaby mi jeszcze swoje faktury, ale na szczęście zawsze pilnie przeglądam dokumenty i czytam nawet drobny druk.
Po chwili się orientuję, że w gabinecie panuje niezręczna cisza. Szef chyba o coś mnie zapytał, a ja odleciałam i nawet nie zarejestrowałam, jak brzmiało pytanie.
– Pytałem, czy dasz sobie jakoś radę. Mogę dać ci trochę kuponów na pizzę ze zniżką, jeśli to ci jakoś pomoże – oferuje i sięga do biurka po żółte karteczki z czerwonym napisem „minus 15%”.
– Poradzę sobie. Zawsze sobie radzę – odpowiadam. Nie zamierzam brać kuponów, niech się nimi udławi.
Nie żegnam się z nikim. Po cichu zabieram swoje rzeczy i zostawiam im te cholerne wrotki. Mówię Brandonowi, że strój oddam jutro, gdyż w nim przyszłam i oprócz kurtki nie mam nic własnego. Przez chwilę się obawiam, że mimo to każe mi zdjąć sukienkę i fartuszek, przez co będę musiała wracać w samej kurtce, ale na szczęście do niczego takiego nie dochodzi. Pozwala mi odejść w firmowym stroju.
Gdy opuszczam pizzerię, nie idę od razu do mieszkania. Nie chcę, żeby mama pytała, dlaczego tak szybko wróciłam. Nie zamierzam jej okłamywać, ale nie jestem też gotowa się przyznać, że właśnie zostałam zwolniona i jedyne źródło naszych dochodów przestało istnieć. Przechodzę przez parking i kieruję się w stronę starej, zamkniętej drogi. Po obu stronach mam las, a przed sobą fragment zawalonego mostu. To przez niego droga została zamknięta. Most pochodził z lat dwudziestych ubiegłego wieku i był już tak zniszczony, że taniej było zbudować nowy, niż remontować ten wrak. Tak też władze miasta postanowiły: niecałe ćwierć mili dalej powstał nowoczesny most i kawałek całkiem nowej drogi. To, co zostało ze starego, oznaczono tablicami z informacją o zakazie wstępu i tak sobie niszczało. Nikt z tym nic nie robił. Wyglądało na to, że miasto zapomniało o tym miejscu.
Siadam przy barierce. Nogi wystawiam poza brzeg mostu, a ręce opieram o jedno z przęseł. Jestem tu sama – nie licząc latających wkoło ptaków i ryb pojawiających się od czasu do czasu na tafli rzecznej. Pewnie po lesie chodzą niedźwiedzie i wilki, ale mój walący pizzowym serem strój odstrasza wszystko, co żywe, więc się nie martwię, że cokolwiek waży się mnie zaatakować. Szkoda zachodu, jestem zbyt koścista, żeby zostać czyimś smacznym kąskiem. Prędzej stanęłabym kością w gardle, niż została połknięta.
Pozwalam sobie na płacz. Tu mogę. Nikt mnie nie widzi, więc nie będę na siłę pocieszana. To, czego nienawidzę bardziej od pizzy cztery sery, to fałszywe współczucie. Przez te trzy lata wystarczająco często się z nim spotykałam. Nie zliczę, ile razy byłam poklepywana po plecach i jak bardzo rzygać mi się chce, gdy słyszę „jakoś to będzie”. Nigdy nie jest „jakoś”, zawsze jest tak, jak sobie sami na to zapracujemy. Czasami los to po prostu dziwka, która sprzedaje nam jakieś świństwo – tak dla urozmaicenia fabuły.
Mama nigdy nie paliła, a zachorowała na raka płuc. Całe życie zdrowo się odżywiała i zawsze nas pilnowała, a teraz co chwilę wyskakują jej nowe przerzuty. Na ostatnim rezonansie jej klatka piersiowa świeciła się jak rozpalony grill, a i w nerkach zaczęło się coś dziać. Doktor Cooper cały czas przekonuje mnie, że leczenie przynosi rezultaty, bo bez niego mama już dawno zamieszkałaby z dziadkami na cmentarzu przy Walmarcie. Tak… nie mam pojęcia, kto mądry pozwolił zbudować sklep niespełna pół mili od cmentarza, ale cóż… nasze kochane Easton Village już takie jest. Zacofane. Małe i prymitywne.
Jedyny pozytyw jest taki, że znam tu każdego menela i wiem, że żaden mnie nie napadnie i nie obrabuje, bo każdy z nich ma więcej pieniędzy ode mnie.
Siedzę na tym cholernym moście, dopóki nogi mi nie drętwieją od zimna, a palce u rąk zaczynają się robić szare z wychłodzenia. Dopiero wtedy podnoszę się i smętnym krokiem kieruję w stronę miasteczka.
Cholerny szwagier Brandona. Że też teraz musiał wcisnąć tu córkę. Przecież ta dziewczyna na dobrą sprawę nic nie robi! Cały czas chowa się na zapleczu, żeby oglądać tiktoki i inne głupoty. Zagonienie jej do pracy to nie taka łatwa sprawa, ponieważ zawsze ma jakąś wymówkę i nie waha się z niej korzystać.
Ja nigdy nie uciekałam od obowiązków. Widać, jak mi się to opłaciło.
Gdy dochodzę do mieszkania, mama już od dawna śpi. Po cichu przebieram się w piżamę i pakuję na kanapę. Nienawidzę spania na niej, bo nie ma prostego siedziska, tylko jest złożona z trzech części, a jedno z połączeń znajduje się właśnie na wysokości mojego kręgosłupa lędźwiowego, przez co codziennie budzę się niewyspana i połamana bardziej, niż gdybym uprawiała jakiś sport wyczynowy. Moim jedynym wyczynem jest przetrwanie prawie tysiąca nocy na tej kanapie. Powinnam wyciąć sobie medal z kolorowego papieru, ale nie mam nawet i tego. Życie.
Nie śpię praktycznie całą noc, więc gdy rano wpada Nadine, wyglądam jak… ja z rana. Był czas przywyknąć. Czuję się zmęczona tym wszystkim i chyba przestaję sobie radzić, a do tego nie mogę dopuścić. Mam tylko mamę. Muszę o nią dbać. Jestem jej to winna za wszystko, co ze mną przeżyła, a wiem, że nie miała łatwo. Nieraz to podkreślała.
Bratowa rzuca mi niespokojne spojrzenie i poprawia swoje misternie upięte, ognistorude włosy.
– Pamiętasz o rachunkach? – przypomina z jakimś takim nerwowym napięciem w głosie. – Doktor Cooper ma się dziś z tobą kontaktować w tej sprawie, więc musisz być z nim szczera i dać znać, kiedy zamierzasz spłacić choć część długu, bo inaczej szpital wstrzyma wlewy. Lottie naprawdę ich potrzebuje. – Po raz kolejny mówi mi o tym, o czym przecież wiem.
Jestem tak zrezygnowana, że nie mam siły udawać. Spoglądam na Nadine i po chwili szczerze ją pytam:
– Wiesz może o jakiejś pracy w szpitalu? Pracy biurowej albo chociaż przy sprzątaniu? Wydawaniu posiłków? Nawet mycie nocników może być. Cokolwiek, za co się dostaje wynagrodzenie.
Zdaję sobie sprawę, że brzmię jak desperatka, jednak czy mam inne wyjście? Na moich barkach spoczywa odpowiedzialność nie tylko za mnie, ale też i za moją schorowaną mamę, która nie jest już w stanie pracować.
– Dlaczego pytasz? – Naddie od razu się napina, jakby oczekiwała niespodziewanego ataku. W zasadzie się nie myli. Rewelacje o mojej dotychczasowej pracy można uznać za atak. Atak na moją godność.
– Brandon mnie zwolnił. Nie ma dla mnie miejsca w pizzerii i teraz szukam jakiegokolwiek zajęcia. Jestem naprawdę zdesperowana – dodaję cicho.
Widzę, jak bratowa marszczy swoje idealnie wyczesane brwi i spogląda na mnie z niedowierzaniem.
– Ty sobie chyba żartujesz, Ayleen! Jak mogłaś stracić pracę?! W twojej sytuacji! Ty w ogóle pomyślałaś o matce?! – atakuje mnie gradem pytań, a ja tylko wzdycham ciężko.
– Szwagier Brandona potrzebował pomocy – odpowiadam szczerze.
A szwagrowi przecież trzeba pomóc…
Nadine nie rozumie, że utrata pracy nie jest moim wymysłem, fanaberią czy próbą zwrócenia na siebie uwagi. Pół godziny prawi mi kazanie o tym, jaka to nieodpowiedzialna jestem, bo nie zrobiłam wszystkiego, żeby tylko utrzymać się w pizzerii.
– I mogłaś wziąć chociaż te kupony. Lubię ich pizzę z serem! – dodaje na odchodnym.
Trzaska drzwiami tak głośno, iż się obawiam, że jeszcze trochę i trzeba będzie wymienić futrynę, a przecież nie stać mnie na takie szaleństwa. Podejrzewam, że będzie teraz na mnie obrażona do końca życia i nigdy nie da mi o tym zapomnieć.
– Zawaliłaś sprawę, Ayleen. To wszystko twoja wina. Nie dbasz o mamę i myślisz tylko o sobie, ty wyrodna córko – mówię sama do siebie, bo w końcu… jestem sama.
Mama wybrała się na spotkanie lokalnej grupy wsparcia dla osób dotkniętych chorobą nowotworową i ma wrócić dopiero za dwie godziny. W tym czasie powinnam przygotować jej zdrowy obiad i posprzątać mieszkanie, żeby nie przyszło jej do głowy samej tego robić, gdyż szybko się męczy, a tego przecież nie chcę. Mimo tego, co myśli moja bratowa, staram się opiekować mamą najlepiej, jak tylko umiem.
Przez chwilę się zastanawiam, czy nie zadzwonić do Zane’a, mojego chłopaka, i wyżalić się na wszystko i wszystkich, ale dziś dopiero środa, i to wczesne przedpołudnie. To nie jest odpowiedni czas na telefon, bo Zane jest w tym momencie na zajęciach i nie będzie miał jak odebrać. Już na samym początku studiów ustaliliśmy, że kontaktujemy się tylko w wybranych dniach i godzinach, gdyż raz – mój chłopak studiuje w innej strefie czasowej, a dwa – musi się skupić na nauce, a nie na romansach, jak to powiedziała jego mama. Z tego też powodu przyjeżdża do domu tylko dwa razy w roku: na święta i wakacje. Tak… moje życie erotyczne też jest do bani, bo mogę spotykać się z nim tylko wtedy, gdy akurat pojawi się w Easton Village i gdy jego matka wyjdzie z domu. Zane wstydzi się przyznać, że sypiam z nim od czasów ostatniej klasy liceum, choć „sypiam” to za dużo powiedziane. Wpadam do niego te kilka razy w roku i korzystam, gdy ma wolną chatę. Na palcach obu rąk mogłabym zliczyć nasze stosunki z ostatnich trzech lat… Jego zdaniem to żałosne, ale przyzwyczaiłam się do tego i chyba nawet wolę, gdy nasze kontakty ograniczają się do rozmów. Tęsknię za nim, jednak po tych kilku nieprzyjemnych wydarzeniach z czasów ostatniej klasy liceum mam pewne opory przed ponownymi zbliżeniami.
W grudniu nawet się o to pokłóciliśmy, bo gdy on akurat mógł i nalegał na spotkanie, to ja pracowałam, gdyż brałam wszystkie nadgodziny, a gdy ja w końcu byłam wolna, to on… wyjechał. Musiałam potem udawać, że było mi przykro z tego powodu, ale to nie do końca prawda. Zane jest dobrym chłopakiem, wiem o tym. To we mnie jest problem, a nasza rozłąka trochę go pogłębiła. Potrzebuję czasu, żeby ponownie wejść w tę relację. Muszę znowu przyzwyczaić się do jego obecności i bliskości, a to na pewno nie nastąpi od razu, w końcu od trzech lat jesteśmy w związku na odległość.
W zasadzie jestem bezrobotna, więc mam teraz dużo wolnego czasu…
Wzdycham, gdy po raz kolejny uświadamiam sobie, że jestem bez pracy. Bez perspektyw. Bez… życia prywatnego.
Za to z ogromnym rachunkiem.
Nie mogę pojąć, czemu to wszystko musi tyle kosztować. Dom po dziadkach był pięknym budynkiem i ładnie na nim zarobiłyśmy, a jednak kwota uzyskana ze sprzedaży pokryła tylko dwa pierwsze lata chemioterapii. Od kilku miesięcy wpłacam na raty to, co uda mi się zarobić, a i tak ciągle słyszę, że to za mało. Nie mam zdolności kredytowej, choć kilka razy próbowałam z różnymi bankami, ale każdy odsyłał mnie z kwitkiem. Nie mam nic cennego… Powiedzmy, że prawie nic.
Spoglądam na kartkę, którą rano zostawiła mi Nadine. Wezwanie do zapłaty zaległej kwoty. Potrzebuję… czterdziestu tysięcy dolarów na już. Ile będę potrzebowała, zanim terapia się zakończy? Tego nie wie nikt…
Przez dwie godziny, podczas których mama jest nieobecna, robię obiad i sprzątam mieszkanie. Jest tak mikroskopijne, a do tego pozbawione wszelkich możliwych „kurzołapów”, że szybko mi to idzie. Na początku brakowało mi dywanów i firanek, ale z biegiem czasu mogę stwierdzić, że są zbędne. Tak jest lepiej dla mamy, więc tak ma być.
Nie przyznaję się mamie, że straciłam pracę. Ona już o tym wie. Długi język Nadine musiał działać od rana. Widzę, że jest smutna. Wchodzi do mieszkania i tak jakoś się garbi od samego progu.
– Ayla… co my teraz zrobimy? – pyta cicho.
Nie ma ochoty na obiad, ale zmuszam ją do jedzenia, bo odpowiednia dieta jest bardzo ważna przy jej terapii. Musi się zdrowo odżywiać, żeby organizm miał siły walczyć z wrogiem.
– Znajdę inną pracę. Może będę musiała dojeżdżać autobusem do Bostonu, ale w końcu coś znajdę – mówię do niej uspokajająco i poklepuję ją po dłoni. Skórę ma wysuszoną jak papier, będę musiała zapytać w aptece o jakieś odpowiednie środki nawilżające.
Brązowe oczy mamy uważnie się we mnie wpatrują. Kobieta przesuwa palcami po swojej skroni, jakby chciała odsunąć niewidzialny kosmyk włosów z twarzy. Od kilku miesięcy jest łysa, więc to chyba taki odruch bezwarunkowy. Nie zgodziła się na zakup peruki, gdyż zdaje sobie sprawę, jakie to koszty. W zamian za to kupiłam jej kilka pięknych chust, które nauczyła się fantazyjnie wiązać i teraz nawet przyzwyczaiłam się do tego, że zawsze ma którąś na głowie.
– Będziesz bardzo zmęczona. Dojazdy potrafią dobić. Wiem, co mówię: sama pół życia spędziłam w autobusach.
Jakby mi to robiło jakąś różnicę. Cały czas jestem zmęczona i niewyspana, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Jest jak jest.
– Poradzę sobie. Nie musisz się o mnie martwić. Niestety, jeśli szybko nie znajdę nowej pracy, będę musiała… sprzedać łańcuszek. – Wiem, że wchodzimy na grząski grunt. Mama od razu się napina i marszczy brwi. Zaczyna tak mocno kręcić głową, iż obawiam się, że ta za chwilę jej odpadnie.
– Nie ma mowy! Ten łańcuszek to pamiątka rodzinna! Nie możesz go sprzedać! – krzyczy.
Dawno nie widziałam jej aż tak zbulwersowanej. Muszę ją szybko uspokoić, bo zaraz zacznie się dusić i trzeba będzie podać jej tlen.
– Spokojnie, mamo. Nie denerwuj się. Tak się tylko zastanawiam… Czy ta pamiątka jest nam na pewno potrzebna? To tylko rzecz. Ładna, złota i błyszcząca, ale rzecz. Byłaby o wiele więcej warta, gdyby mogła czynić dobro, na przykład sfinansować jakiś procent twojego leczenia, a nie leżeć w pudełku dla zasady, bo to pamiątka – staram się wyjaśnić wszystko rzeczowo, a przede wszystkim dyplomatycznie.
– Wiesz, że to jedyna rzecz, jaką mam po waszym ojcu. Całe życie wierzyłam, że kiedyś wróci, znajdzie nas, a wtedy mu pokażę, że czekałam. Że zawsze pamiętałam – mówi ze łzami w oczach.
Znałam tę historię na pamięć: mama przeżyła jedną upojną noc z niejakim Allanem. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Mężczyzna musiał wyjechać następnego dnia, ale zostawił mamie złoty łańcuszek z serduszkiem. Mówił, że to ważna pamiątka rodzinna i daje ją Lottie na znak miłości. Powtarzał, że wróci, zanim dziewczyna się obejrzy.
Nie wrócił nigdy, a oprócz pamiątki rodzinnej zostawił także prezent w postaci ciąży bliźniaczej. Wariat z tego Allana jak nic.
Na cześć ojca ja i brat dostaliśmy imiona na literę „A”. Anthony był pierwszym dzieckiem, ja spóźniłam się pięć minut z wyjściem na ten świat. Chyba od początku zdawałam sobie sprawę, że będzie do dupy.
Mama jeszcze kilka razy powtarza, że absolutnie nie mogę sprzedać łańcuszka. Że nie po to mi go dała, a przecież miała jeszcze do wyboru Nadine.
Święta Nadine… idealna synowa. Gdyby nie śmierć Tony’ego, to zapewne on zostałby spadkobiercą jedynej pamiątki po ojcu, którego nigdy nie widzieliśmy. Wiem, że mama długo się zastanawiała, komu przekazać swój Święty Graal, i dość poważnie myślała o Naddie, ale ostatecznie stwierdziła, że przecież córka to też rodzina, nawet trochę bliższa niż synowa. I dlatego to mnie kopnął ten zaszczyt posiadania bezcennego łańcuszka od Allana.
Swoją drogą… na złotym serduszku w zawieszce wyryta jest literka C, a nie A… mam pewne podejrzenia, że Allan mógł nie mieć na imię Allan, ale nie mówię o tym głośno. Niech mama dalej wierzy w tę swoją miłość od pierwszego wejrzenia i chłopaka, który na pewno jeszcze kiedyś ją odnajdzie. Kto jej zabroni marzyć?
Cały dzień przeglądam wszelkie możliwe oferty pracy, nawet te w Bostonie. Dzwonię chyba w każde możliwe miejsce, ale wszędzie jestem za młoda, za mało wykształcona albo za mało doświadczona.
Pod wieczór powoli tracę nadzieję, że znajdę cokolwiek w najbliższej okolicy. Jedna oferta z Bostonu jest cały czas aktualna, ale facet, który ze mną rozmawia, mówi, że najpierw musi mnie zobaczyć, bo przez telefon nie jest w stanie ocenić, czy będę się nadawała do pracy w jego klubie. Zaczynam podejrzewać, że wcale nie chodzi mu o moje kwalifikacje…
Ten dzień wymęczył mnie psychicznie, mimo że niewiele robiłam. Odniosłam roboczy strój Brandonowi. Widziałam, że mieli ostry zapiernicz na kuchni, bo nowa kelnerka – córka szwagra – była zajęta wpatrywaniem się w telefon i nic sobie nie robiła z tego, że kupa zamówień czeka na realizację. Ona przecież miała inne zajęcie. Facebook sam się nie przejrzy, a tym bardziej Instagram…
Jak to dobrze, że nie posiadam konta na jakimkolwiek portalu społecznościowym. Nie mam na to czasu, a moje życie jest zbyt monotonne, żeby się nim chwalić publicznie. Mam jeszcze resztkę zdrowego rozsądku, żeby nie dobijać się zazdrością spowodowaną oglądaniem szczęśliwego życia znajomych ze szkoły. Jest mi to niepotrzebne.
Wracając do domu, zastanawiam się, czy jednak nie zadzwonić do Zane’a, mimo że to nie jest odpowiednia pora na kontakt. Czuję, że muszę się komuś wygadać, bo zaraz oszaleję. Mam dość udawania twardej, gdy w rzeczywistości drżę na myśl o kolejnym dniu.
Niestety Zane nie odbiera. Wzdycham z nikłym rozczarowaniem – przecież powinnam była się tego spodziewać. To nie był nasz czas. My rozmawiamy w niedzielę po obiedzie. Tylko i wyłącznie. W inne dni Zane jest bardzo zajęty, a ja nie mogę mu przeszkadzać. Do tej pory i ja byłam zajęta, więc pasował mi taki układ. Teraz jakoś tak… zaczęło do mnie docierać, że to dziwne.
Wchodzę do domu i od razu słyszę śmiech Nadine. Kobieta jest wyjątkowo zadowolona z siebie. Jak zawsze wygląda perfekcyjnie. Nie powiedziałabym, że jest po dwunastogodzinnym dyżurze. Ja nigdy tak nie wyglądam, nawet gdy się wyśpię. Inna sprawa – nigdy się nie wysypiam.
– Właśnie o tobie rozmawiałyśmy. – Bratowa rzuca znaczące spojrzenie mojej mamie, na co ta tylko tajemniczo się uśmiecha.
– I dlatego wam tak wesoło? Czyżbym robiła w waszych rozmowach za klauna? A zawsze wydawało mi się, że jestem tym smutnym mimem, który przewraca się o własne nogi – dodaję uszczypliwie, ale mama tylko macha ręką, żebym usiadła koło niej na kanapie.
– Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość, Ayleen – mówi Naddie, a ja zaczynam się trochę obawiać, co to może być. Zazwyczaj donosi mi tylko o rachunkach i wylicza długi. W sumie nie rozmawiamy o niczym innym, jak o mamie, leczeniu mamy, szpitalu i pieniądzach.
– Jaka to wiadomość? – pytam podejrzliwie. Proszę w duchu, żeby to nie były te cholerne kupony na pizzę. Jak znam Nadine, byłaby w stanie pójść do Brandona i się o nie wykłócać, zasłaniając się troską o moją mamę, moim lekkim podejściem do życia i odrzucaniem pomocnej dłoni.
– Znalazłam świetną ofertę pracy dla ciebie. I już nawet umówiłam cię na rozmowę – mówi zadowolona z siebie, a ja gwałtownie siadam.
Że co?!
Będę miała pracę?!
Przez dłuższą chwilę jestem wtakim szoku, że Nadine proponuje, że zmierzy mi ciśnienie, bomoże mam udar. Mama oczywiście przyklaskuje temu pomysłowi i spogląda na mnie z troską.
– Nic mi się nie dzieje. Po prostu… cały dzień spotykałam się z odmowami i nie mogę wyjść z podziwu, że ty tak szybko to ogarnęłaś – mówię szczerze, gdy mija pierwsza fala zaskoczenia wymieszanego z ulgą. Bratowa uśmiecha się szeroko i poklepuje mnie po ramieniu.
– Doktor Cooper mi pomógł. On zna wielu wpływowych ludzi, bo ma też dyżury w bostońskim szpitalu, a nie tylko na naszej prowincji. Tak się złożyło, że dziś rozmawiał z jedną starszą panią, która pracuje jako sekretarka u Collina Stewarda, może kojarzysz? – zapytała, a ja od razu pokręciłam głową.
– To lokalny biznesmen. Ma trzy kluby w Bostonie i firmę transportową. Mieszka zaraz za miastem, tak bardziej w stronę Revere. Tam też ma swoje biuro.
– To przecież druga strona Bostonu! Dojazd zajmie mi milion godzin. Zanim wyruszę z Easton Village i przebiję się przez całe centrum… – próbuję wyliczyć sobie w głowie, ile to może trwać, ale nie jestem w stanie wskazać dokładnych liczb – a potem jeszcze w stronę Revere…
– Może nie milion, ale prawie trzy. Rzeczywiście przebicie się przez Boston w godzinach porannych jest nie lada wyzwaniem. O wiele szybciej jechałoby się obwodnicą, jednak od nas żaden autobus tak nie kursuje. Wszystkie jadą przez centrum – dodaje Nadine.
Nie wydaje się zasmucona faktem, iż właśnie umówiła mnie do pracy, do której same dojazdy zajmą mi prawie sześć godzin dziennie. Świetnie. Po prostu świetnie.
– W każdym razie… ta starsza pani w styczniu przewróciła się na podjeździe i to tak niefortunnie, że złamała biodro. Niestety nie może pracować, przynajmniej przez kilka miesięcy. Doktor Cooper mówił coś o półrocznej absencji. Jeszcze półrocznej, bo całość leczenia to i dziewięć miesięcy będzie trwała. Steward natomiast potrzebuje sekretarki i od dwóch miesięcy cały czas szuka. Dlatego pomyślałam o tobie: skończyłaś ten cały kurs biurowy, wprawdzie tylko śmigałaś na wrotkach po kuchni, ale na pewno coś tam pamiętasz, a jeśli nawet nie, to w końcu jesteś młoda i szybko się uczysz. Na pewno sobie poradzisz. – Uśmiecha się jeszcze szerzej, a mnie dopadają coraz większe wątpliwości.
– Mamy początek marca… i od dwóch miesięcy nie znalazł się nikt, kto by nadawał się na sekretarkę tego całego Stewarda? – dopytuję podejrzliwie. Mam niejasne przeczucie, że gdzieś musi być schowany haczyk albo jakiś mały druczek, na który nigdy nie zwraca się uwagi. Coś mi śmierdzi, i to bardzo.
– Collin Steward jest dość… ekscentryczny, ale w końcu to biznesmen i milioner, więc kto mu zabroni. Przez te dwa miesiące przewinęło się tam kilka sekretarek, jednak żadna nie zagrzała miejsca na dłużej. Nie sprostały wymaganiom – wyjaśnia Naddie. Cały czas jest zadowolona i nie widzi nic złego w umawianiu mnie z jakimś podejrzanym typem.
– I uważasz, że ja sprostam? Dziewczyna po kursie biurowym, która trzy ostatnie lata pracowała w pizzerii? – mówię z wyraźną ironią, ale bratowa nie zwraca na to uwagi. Kiwa głową i co chwilę posyła mi pocieszające uśmiechy.
– Jak już mówiłam, Steward zajmuje się transportem. Ma firmy wzdłuż całego wybrzeża i dlatego też dużo podróżuje. Tego też wymaga od sekretarki. Praca u niego to tak naprawdę zajęcie na dwadzieścia cztery godziny. Ciągłe przemieszczanie się. Dostępność o każdej porze dnia i nocy.
– I jak to miałoby wyglądać? Przecież dopiero co mi wyliczyłaś trzy godziny dojazdu w jedną stronę… Jak niby miałabym być mobilna i zawsze dostępna? – pytam z powątpiewaniem. W myślach układam sobie przemowę, w której grzecznie podziękuję Nadine za dobre chęci. Jednak jestem pewna, że ta oferta pracy nie jest dla mnie.
– Będziesz mieszkała u Stewarda – stwierdza lekko.
Nie wiem, kto ma teraz głupszą minę: ja, bo słowa bratowej po raz kolejny mnie szokują, czy ona, gdy na mnie patrzy i to widzi.
– Jak to sobie wyobrażasz? Przecież mieszkam z mamą… Ona…
– Potrzebuje opieki, to prawda – kończy za mnie Naddie. – Nikt nie zajmie się nią lepiej niż ja. W końcu z nas dwóch tylko ja mam odpowiednie kwalifikacje…
– Ja za to szybko się uczę, jak sama zauważyłaś – dodaję od razu, ale wtedy wtrąca się dotychczas milcząca mama.
– Ayleen… ten pan płaci dziesięć tysięcy za miesiąc… – mówi cicho.
No tak. To wszystko zmienia. O takiej kwocie mogłabym tylko pomarzyć. Wystarczyłyby cztery miesiące pracy i spłaciłabym dług. Wyszłybyśmy na zero. Tylko że po drodze trzeba też za coś żyć…
Nadine widzi, że biję się z myślami, dlatego idzie za ciosem.
– Pomyśl tylko: masz szansę na pracę przez sześć miesięcy u bogatego biznesmena, który zapewnia lokum, wyżywienie, a do tego płaci ładną sumkę. Musisz tylko być gotowa do pracy cały czas, a do tego przez te sześć miesięcy przywyknąć do ciągłych podróży. To w zasadzie brzmi jak dobra rozrywka, a nie obowiązek. Mogłabyś w końcu zobaczyć trochę świata, użyć życia – zachęca.
Mama od razu jej przytakuje.
– Nadine się mną zaopiekuje, o to się nie martw. Los zsyła ci naprawdę dobrą ofertę, wykorzystaj to, Ayla. Cały czas poświęcasz się dla mnie, więc teraz pomyśl o sobie. Zdobędziesz doświadczenie w pracy biurowej u bardzo ważnego człowieka, więc po tych sześciu miesiącach łatwiej ci będzie znaleźć lepszą pracę w jakimś sekretariacie. Doświadczenie i dobre rekomendacje są ważne, przecież wiesz. Do tego będziesz miała okazję pozwiedzać, zobaczyć coś więcej niż Easton Village i Boston. No i te pieniądze bardzo nam się przydadzą. Nie mamy tak naprawdę innej opcji niż to – kończy, a ja muszę przyznać jej rację. Nie mamy innej opcji, bo po prostu nie mamy czasu.
– W dalszym ciągu nie mogę zrozumieć, dlaczego od dwóch miesięcy to miejsce pracy jest wolne, skoro to taka świetna oferta – rozważam na głos.
Naddie oczywiście od razu spieszy z wyjaśnieniem:
– Właśnie ze względu na warunki: dyspozycyjność i ciągłe podróże. Większość dziewczyn ma rodziny: chłopaków, mężów, dzieci, i nie chce ich zostawiać na tak długo. Ty nie masz nikogo, Ayleen. Jesteś wolna i bez zobowiązań.
– Mam chłopaka! – oburzam się od razu. – I to od prawie czterech lat! To, że rzadko się widzimy, nie znaczy, że nie jesteśmy w związku. Gdybym podjęła tę pracę u Stewarda, to… trwałoby to prawie do września. Nie zobaczyłabym Zane’a w wakacje… – Kręcę głową. – Już tak dawno go nie widziałam, że po prostu za nim tęsknię. Chcę się do niego przytulić i usłyszeć, że wszystko będzie dobrze. Ale gdy zdecyduję się na tę ofertę… stracę możliwość spotkania się ze swoim chłopakiem. Kolejny raz.
– Jakiego chłopaka? Proszę cię! – prycha bratowa. – Widzisz gościa raz na rok, i to ukradkiem, żeby jego matka się o tym nie dowiedziała, bo to pantofel i nie umie się jej postawić i przyznać do związku… Jak dla mnie to nie ma sensu. Trzymasz się go tylko dlatego, żeby kogoś mieć, a on, bo pewnie współczuje ci sytuacji rodzinnej i nie chce robić przykrości. Skąd wiesz, jak wygląda jego życie w Phoenix? Może ma tam dziewczynę i korzysta ze statusu studenta? Przecież nie jesteś w stanie tego sprawdzić, bo nigdy tam nie byłaś. Wasz pseudozwiązek to jedna wielka kpina – kończy, a ja czuję, że policzki palą mnie żywym ogniem.
Niestety nie powiedziała niczego, co nie byłoby prawdą. Moja relacja z Zane’em skończyła się prawie trzy lata temu, gdy po liceum wyjechał na studia, a ja zostałam w pizzerii. Miałam wtedy takie wielkie plany: uzbieram pieniądze i dołączę do mojego chłopaka w Phoenix. Będziemy razem mieszkać i studiować na jednej uczelni. Wahałam się nawet, czy chcielibyśmy wrócić do Easton Village, czy może… ułożylibyśmy sobie życie na nowo, gdzieś daleko od naszych rodzin. Najważniejsze, że razem.
Za kilkanaście tygodni mój chłopak skończy studia, ale już mi mówił, że w rodzinne strony wpadnie tylko na chwilę, bo dostał ofertę dobrego stażu i żal by było z niej nie skorzystać. Staż miał trwać dziewięć miesięcy… Może udałoby się nam spotkać na święta Bożego Narodzenia?
Wzdycham ciężko. Naprawdę nie wiem, co robić. Muszę się przespać z tą propozycją, rozważyć wszystkie za i przeciw. Nadine widzi, że jestem zmęczona, więc chwilowo odpuszcza nagabywanie mnie i zaczyna mówić o wynikach mamy. Niestety nie jest dobrze. Jedynie ciągłość leczenia może zapewnić jej odpowiednie rezultaty, a żeby ta ciągłość była… muszą być też pieniądze. Mam wrażenie, że ta rozmowa ma jeden cel: uświadomić mi, jak bardzo muszę się zgodzić na dziwną ofertę pracy u – jak to powiedziała bratowa – ekscentrycznego biznesmena. I milionera. To zapewne była najważniejsza informacja.
– No dobrze – mówię, gdy Nadine zbiera się do wyjścia – umówiłaś mnie na rozmowę kwalifikacyjną na jutro. Praca biurowa, zastępstwo na sześć miesięcy. Musiałabym zamieszkać u pracodawcy i przygotować się na częste wyjazdy i całodobową dyspozycyjność… – zatrzymałam się na chwilę. – To będzie tylko praca biurowa, prawda? Ten cały Steward… nie będzie chciał ode mnie niczego innego? – pytam, bo jakoś tak… Oferta mieszkania u obcego faceta i bycia na każde jego skinienie wydaje mi się podejrzana.
Bratowa od razu łapie, o co mi chodzi, i zaczyna się głośno śmiać. Prawie płacze ze śmiechu, a ja nie rozumiem, co takiego głupiego mogłam powiedzieć. Po prostu chciałam wiedzieć, mieć jasną sytuację przed podjęciem decyzji.
– Ayla… ty to umiesz poprawić humor – mówi Naddie, gdy w końcu na chwilę się uspokaja. – Spójrz na siebie… Taki facet w życiu nie zwróci na ciebie uwagi. Jesteś słodka i urocza, ale on jest… elitą. Może mieć każdą laskę, i ma. Nie śledzisz brukowców, a uwierz mi, jak są jakieś zdjęcia Stewarda, to za każdym razem jest z inną kobietą. Piękną, zadbaną i elegancką. Ostatnio często pojawia się z córką senatora, a ty nawet do pięt jej nie dorastasz. Nie bój się… Z twoim wyglądem… na pewno będziesz u niego bezpieczna – dodaje i spogląda na mnie jak na niesforne dziecko, które wygaduje niestworzone rzeczy.
Tak też się w tym momencie czuję: zdeptana i poniżona. Bratowa dosadnie powiedziała mi, gdzie moje miejsce. Na samym dole hierarchii społecznej.
Na nią na pewno zwróciłby uwagę – jest piękna, śmiała i zawsze pewna siebie. Nie to co ja.
– Mówiłaś też, że ten facet jest ekscentryczny. Co dokładnie masz na myśli? – dopytuję. Chcę uciąć temat mojego taniego wyglądu i skierować rozmowę na inne tory. Dołować się będę później.
– Jest trudny w obyciu, jak każdy bogaty szef. Wymaga dokładności i staranności, pewnie czasami krzyknie, ale, Ayla, to nic, z czym byś sobie nie poradziła. Trzy lata użerałaś się z Brandonem i klientami pizzerii, masz już taką wprawę z pracą w ciężkich warunkach, a do tego z trudnymi ludźmi, że taki Steward nie będzie stanowił dla ciebie problemu – pociesza mnie.
Mimo tego wszystkiego, co powiedziała o moim wyglądzie, cieszę się, że znalazła choć jedną pozytywną cechę. Od razu robi mi się lepiej… Muszę przyznać, że tym razem ma rację: rzeczywiście nieraz musiałam cierpliwie znosić fanaberie klientów pizzerii i ani razu nie zrzuciłam żadnemu zamówienia na głowę, choć korciło, bardzo korciło… Starałam się zawsze być spokojna i opanowana.
– Nie mam odpowiednich ubrań… – zaczynam, ale i na to bratowa ma rozwiązanie.
– Skorzystasz z garsonek Lottie. Jej już nie są potrzebne i tylko zajmują miejsce – proponuje, a mama przystaje na ten pomysł z radością.
– Te… garsonki są starsze ode mnie… – zwracam delikatnie uwagę na to, iż ubrania po mamie są po prostu niemodne. Niestety nie są na tyle stare, żeby być vintage, bo już dawno bym je sprzedała. Są po prostu… nie z tej epoki.
– I co w związku z tym? Przecież jedziesz tam pracować, a nie stroić się dla szefa. Nie mów, że miałabyś ochotę wyrwać takiego milionera. On jest dla ciebie za stary. – Naddie puszcza mi oczko i uśmiecha się współczująco.
Informacja o tym, że jest stary, bardzo mi się podoba. Już zaczynam go sobie wyobrażać jako dziarskiego siedemdziesięciolatka, nad którym skaczą młode kochanki. Jak Hugh Hefner i jego króliczki. Taki facet rzeczywiście nie zwróciłby na mnie uwagi. Może jestem wysoka i szczupła – w zasadzie wychudzona, jednak to tylko szczegół – ale nie mam wielkiego sztucznego biustu ani włosów do pasa. Zawsze obcinam je sobie sama na poręczną długość do ramion: żeby można było związać, gdy zajdzie taka potrzeba, ale też żeby można było chodzić w rozpuszczonych bez obaw, że będą się moczyć w zupie czy wplątywać w zamek od kurtki. Po prostu lubię prostotę i wygodę. Nie farbuję ich – są jasne, ale nie w mysim odcieniu, tylko w takim ładnym, ciepły blond, jak to mówi mama. Z koloru akurat jestem zadowolona.
– Dobrze – postanawiam w końcu.
Nadine już drepcze przy drzwiach. Wygląda na to, że zaczyna jej się spieszyć, ale nie mam pojęcia do czego: przecież mieszka sama, a kolejny dyżur ma dopiero jutro wieczorem.
– Pojadę i porozmawiam z tym Stewardem. Nie ciesz się – zastrzegam, gdy zauważam zadowolenie na twarzy bratowej. – Ja z nim tylko porozmawiam. Dopiero po rozmowie zdecyduję, czy się zgodzę, czy nie. To będzie tylko rozmowa – powtarzam, żeby dobrze to do niej dotarło.
Tylko rozmowa. Nic zobowiązującego.
Przecież stary, trochę ekscentryczny biznesmen nie może być taki zły…
Nie śpię całą noc. Znowu. Cały czas myślę o podejrzanej ofercie pracy. Niby na pierwszy rzut oka wydaje się w porządku, ale mimo wszystko odczuwam niepokój. Nadine zdążyła mnie wczoraj poinformować, że tak naprawdę to nie ona umówiła mnie na rozmowę ze Stewardem – zrobił to doktor Cooper, gdy usłyszał, że szukam pracy. Mężczyzna chce mi pomóc i muszę docenić jego gest. Od prawie trzech lat zajmuje się mamą i wie o nas wszystko. Traktuję go trochę jak starszego brata, więc mu ufam, a skoro on zna tego całego biznesmena i uważa, że jego oferta jest w porządku, to nie mam się czego obawiać. Muszę mu wierzyć na słowo.
Rano ubieram się staranniej niż zwykle. Do białej, luźnej koszuli po mamie zakładam szarą garsonkę z dość długą spódnicą. Muszę porządnie się obwiązać paskiem, gdyż mama była zdecydowanie inaczej zbudowana niż ja. Niestety nie posiadam żadnych eleganckich butów, więc ubieram te, które mam: wygodne i sportowe. Wyglądam… ekscentrycznie, ale skoro i pracodawca nie lepszy, to raczej nie powinno to być problemem.
Nie wiem dlaczego, ale zawieszam sobie na szyi ten cholerny łańcuszek od Allana. Nic dla mnie nie znaczy, ale muszę przyznać, że jest ładny, a ja w tych starych ubraniach wyglądam średnio, więc chcę to nadrobić chociaż biżuterią. Zaraz jednak strofuję się w myślach, że takie podejście jest zbyt materialistyczne, i chowam naszyjnik pod bluzką. Nikt nie musi widzieć, że go założyłam. Łańcuszek jest tak długi, że zawieszka spoczywa między moimi piersiami, a koszulę z kolei zapinam pod samą szyję, tak że żaden postronny obserwator nie zauważyłby, iż mam na sobie błyskotkę. Może to i lepiej? W końcu staram się o poważną pracę i powinnam być porządna i posągowa, a nie poobwieszana świecidełkami. Styl na drzewko bożonarodzeniowe pasuje jedynie Nadine.
– Ty chyba żartujesz! – Ostry ton bratowej przerywa próbę okiełznania moich włosów. Dziś wyjątkowo nie współpracują i co chwilę wymykają się z kucyka, tak że ciągle muszę go poprawiać. Gdybym miała jakąś spinkę, to zapewne podpięłabym je, ale pogubiłam wszystkie i nie zdążyłam się zaopatrzyć w nowe. Wzdycham i decyduję się zostawić je rozpuszczone.
– Wiem, że ta garsonka wygląda jak z darów w charity shopie, ale to jedna z lepszych, jakie mama ma – tłumaczę Nadine. Bratowa jednak nie spogląda na workowatą marynarkę z gąbkowymi poduszkami na ramionach, tylko na moje… buty.
– Na rozmowę kwalifikacyjną chodzi się w eleganckim obuwiu – zwraca mi uwagę, na co tylko wzruszam ramionami.
– Nie mam nic lepszego. Jak dobrze wiesz, w pracy przez trzy lata śmigałam na wrotkach, nie potrzebowałam innego obuwia, a już na pewno niczego eleganckiego, gdyż nie wychodzę… nigdzie – mówię zgodnie z prawdą.
– Nie możesz iść w obuwiu sportowym, poczekaj. – Naddie wychodzi z naszego mieszkania i po chwili wraca z parą eleganckich czółenek na cienkim obcasie. – Masz, załóż te. Pasują lepiej niż białe trampki. – Rzuca mi zarozumiałe spojrzenie, a ja nieufnie patrzę na buty, które trzyma.
– Wiesz, że mam stopę o rozmiar większą? Będą mnie cisnęły – przypominam, Nadine jednak nic sobie z tego nie robi. Kładzie czółenka na podłodze i gestem nakłania mnie do ich przymierzenia.
– To tylko jeden numer. Po prostu będą… bardziej dopasowane. Zawsze możesz zdjąć je w autobusie i nałożyć dopiero, gdy wysiądziesz przed domem Stewarda.
– Naprawdę przystanek jest bezpośrednio przy jego domu? – dopytuję.
Gdy podała mi adres, pod który mam pojechać, od razu sprawdziłam go na Google Maps. Włączyłam sobie nawet widok z góry, żeby dokładnie obejrzeć otoczenie. Niestety dom Stewarda musi być bardzo dobrze ukryty, bo na zdjęciu satelitarnym widziałam jedynie drzewa i jakąś skałę. Ani śladu dachu.
– Tak. Przystanek jest przy jego podjeździe, więc nie będziesz musiała daleko iść.
Przynajmniej tyle.
Pół godziny później zbieram się do wyjścia. Planowałam nałożyć szpilki od Nadine dopiero przed wejściem do gabinetu Stewarda, a moje trampki przełożyć wtedy do reklamówki, jednak bratowa szybko wybiła mi ten pomysł z głowy. Stwierdziła, że będę wyglądała jak menel, gdy pójdę z reklamówką na rozmowę kwalifikacyjną.
– Starasz się o posadę biurową, Ayleen. Musisz odpowiednio wyglądać. I też odpowiednio się zachowywać – poucza mnie, gdy przekręcam zamek w drzwiach. Waham się przez chwilę, czy nie wziąć ze sobą parasolki, bo początek marca w Bostonie nie należy do zbyt pogodnych, ale i ta propozycja zostaje wyśmiana przez bratową, która tym razem porównuje mój wygląd do „stylu” osoby bezdomnej.
– Jeszcze wózek sklepowy ze sobą weź i tam wpakuj te reklamówki i parasolki – parska śmiechem, więc odpuszczam. Szkoda mi czasu na kłótnie z nią, a poza tym… aplikacja w telefonie przekonuje mnie, że dziś będzie pochmurnie, ale bez opadów.
Mama wybrała się na badania kontrolne, Nadine także wychodzi. Ona kieruje się w stronę sklepu, a ja biorę kurs na przystanek.
Nie muszę długo czekać – autobus podjeżdża wyjątkowo punktualnie. Kupuję bilet do Revere i zajmuję miejsce pośrodku pojazdu. Z wielką ulgą zrzucam ze stóp ciasne buty – już samo dojście na przystanek było dla mnie katorgą, a co tu mówić o wytrzymaniu w nich kilku godzin. Rozmowę mam umówioną na dwunastą. Gdy wyliczam sobie, o której wysiądę przy posesji Stewarda, wychodzi, iż będę musiała się sprężyć, bo zostanie mi pół godziny do spotkania. Nie wypada wchodzić na rozmowę kwalifikacyjną w ostatniej chwili, dlatego też wolałabym przekroczyć próg poczekalni wystarczająco wcześnie, aby zdążyć ochłonąć przed wizytą w gabinecie potencjalnego szefa.
