Utracone arcydzieło - Barbara A. Shapiro - ebook
NOWOŚĆ

Utracone arcydzieło ebook

Barbara A. Shapiro

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Zaginiony obraz, wielki artysta i kobieta, której historia miała zostać zapomniana.

Kiedy Tamara Rubin otrzymuje w spadku tajemniczy obraz słynnego impresjonisty, nie przypuszcza, że na zawsze odmieni to jej życie. Próbując odkryć pochodzenie dzieła, trafia na ślad rodzinnych sekretów skrywanych przez ponad sto lat. Z każdą kolejną wskazówką coraz głębiej zanurza się w świat sztuki, namiętności i intryg.

Jej poszukiwania prowadzą do Paryża końca XIX wieku – miasta narodzin impresjonizmu, gdzie spotykają się Manet, Degas, Renoir i inni artyści, którzy na zawsze odmienili historię malarstwa. W centrum tej opowieści znajduje się wyjątkowa kobieta – Berthe Morisot – utalentowana malarka, która w świecie zdominowanym przez mężczyzn musiała walczyć o prawo do tworzenia i własny głos.

Utracone arcydziełoto fascynująca powieść o sztuce, miłości, rodzinnych tajemnicach i sile kobiet. B.A. Shapiro z mistrzowską swobodą splata fikcję z prawdziwą historią impresjonizmu, tworząc pełną emocji opowieść o sekretach, które pozostają w ukryciu przez całe pokolenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 601

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Lost Masterpiece

Copyright © 2025 by B.A. Shapiro

Copyright for this edition © Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa 2026

This edition published by arrangement with Little, Brown and Company, an imprint of Hachette Book Group, New York, New York, USA. All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani powielana graficznie, elektronicznie czy mechanicznie, w tym za pomocą kopiowania, nagrywania ani przechowywania w informatycznej bazie danych, bez pisemnej zgody wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw twórców do ich własności intelektualnej i nieudostępnianie książki w sieci.

Tłumaczenie: Iwona Kukwa

Redakcja: Agata Milewska

Korekta: Justyna Grabska

Projekt okładki: Natalia Krzeszczakowska

Na okładce wykorzystano fragment obrazu Berthe Morisot, Dwie siostry, 1869, National Gallery of Art, Washington, D.C., dar Charlesa S. Carstairsa

Skład i łamanie: Aleksandra Skrodzka

ISBN 978-83-213-5399-9

Wydanie I, 2026, Symbol 5406/R

CIP Biblioteka Narodowa Shapiro, Barbara A. Utracone arcydzieło / B. A. Shapiro ; przełożyła Iwona Kukwa. - Wydanie I. - Warszawa : LeTra, 2026

Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o. ul. Dobra 28, 00-344 Warszawa tel. 22 444 86 50 e-mail: [email protected], www.arkady.eu Facebook: @Wydawnictwo.Arkady, Instagram: @wydawnictwo.arkady Facebook: @Wydawnictwo.Letra, Instagram: @wydawnictwo_letra księgarnia wysyłkowa: tel. 22 444 86 56www.arkady.info

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Oto sześciu obłąkanych, w tym jedna kobieta – garstka nieszczęśników, którym ambicja pomieszała zmysły. Ci impresjoniści biorą płótno, farby i pędzle, rzucają na oślep kilka barw, a potem pod wszystkim się podpisują. Zupełnie jak pacjenci domu dla obłąkanych, którzy zbierają z drogi kamyki w przekonaniu, że znaleźli diamenty.

ALBERT WOLFF, LE FIGARO,IN REFERENCE TO THE SECOND IMPRESSIONIST SHOW IN PARIS, 1876

Dla moich Najdroższych– tych, których kocham najbardziej

CZĘŚĆ I

Tamara, czasy współczesne

Rozdział 1

Nienawidzę spamu. Nikt nie lubi spamu, ale ja nie cierpię go – przyznaję – z ponadprzeciętną zapalczywością. Na jego widok podskakuje mi ciśnienie, palce się zaciskają, a szczęka tężeje. Zakrawa na przesadę, wiem. Ta reakcja to nic w porównaniu z tym, co się ze mną dzieje, gdy spam dociera do moich uszu. Niechciane maile i wyłudzanie danych za pomocą SMS-ów to jedno, ale gdy coś takiego ląduje w skrzynce głosowej, dostaję szału i mam ochotę wrzeszczeć.

Blokuję i blokuję, i blokuję. Zgłaszam i zgłaszam, i zgłaszam. Wypisuję się i wypisuję, i wypisuję. Korzystam z bezpłatnych okresów próbnych aplikacji typu Clean Spam, Robokiller i Barracuda. Rejestruję numer w krajowej bazie Do Not Call. A spam i tak się do mnie dobija. Moja głowa i klatka piersiowa zaraz eksplodują. Witaj, zawale serca.

Ostatnio dopadł mnie wyjątkowo natarczywy spamer, który za nic nie odpuszcza. Rzekomo dzwoni z bostońskiego biura Konferencji do spraw Żydowskich Roszczeń Materialnych wobec Niemiec. Serio? Dobra, jestem Żydówką, ale w żadnym wypadku nie jestem osobą religijną. Obie gałęzie mojej rodziny żyły w Stanach Zjednoczonych długo przed drugą wojną światową. Rodzina ze strony ojca od przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, a ze strony matki od lat trzydziestych. Chyba.

Domniemany Jonathan Stein twierdzi, że jest prawnikiem reprezentującym tę tak zwaną „konferencję do spraw roszczeń” – po co konferencji prawnik? – i ma coś bardzo ważnego do omówienia ze mną. I można to załatwić tylko osobiście. Jasne, jakbym była idiotką, która pobiegnie spotkać się z jakimś podejrzanym typem, bo ten mówi, że to „bardzo ważne”. Zastanawiam się, ile osób musi obdzwonić, zanim kogoś naciągnie. Pewnie tysiące. Niezły sposób na zarabianie.

Jakaś niewielka część mnie chciałaby usłyszeć, co ma do powiedzenia, ale zdecydowanie większa pragnie go udusić. Chciałabym podkreślić – bo to istotne – nie jestem zabójczynią. Mam przyjaciół, którzy twierdzą, że mnie kochają, i przyjaźnią się ze mną od dekad. Po prostu jak wielu millenialsów kipię gniewem, próbując jakoś przetrwać w burzliwym dwudziestym pierwszym wieku. Nic dziwnego, że po ciężkim dniu pracy tracę nad sobą panowanie. W sposób, jakiego chyba nigdy wcześniej nie doświadczałam. Gdy Stein zostawia kolejną wiadomość, oddzwaniam w drodze powrotnej do domu i rzucam się na niego, kiedy tylko odbiera.

– Czego pan ode mnie chce? – syczę tak głośno, że kilka osób na chodniku odwraca się i mierzy mnie wzrokiem.

– Tamara Rubin, jak rozumiem – odpowiada Jonathan Stein. Brzmi, jakby się uśmiechał.

To wkurza mnie jeszcze bardziej.

– Jeśli skontaktuje się pan ze mną raz jeszcze, wystąpię przeciwko panu i pana konferencji o sądowy zakaz zbliżania się.

Nie mam pojęcia, czy mogę to zrobić, ale brzmi groźnie.

– Dobrze, rozumiem. Poczucie, że ktoś panią nęka, to...

– Nie czuję, że ktoś mnie nęka, jestem nękana.

– Proszę mnie sprawdzić, sprawdzić nas. Działamy legalnie. To, co muszę pani powiedzieć, jest prawnie uzasadnione. I może odmienić pani życie.

Parsknęłam śmiechem.

– Tak mówią wszyscy oszuści.

Kończę rozmowę uderzeniem kciuka w ekran, śmiesznie zadowolona z siebie. Ale zanim docieram do domu, moje zadowolenie znika. Przecież nie bywam nieuprzejma wobec innych. Albo kiedyś nie byłam. Oddycham głęboko.

Ciekawość wygrywa z wrodzonym cynizmem, więc siadam przed komputerem, zakładam okulary, po czym chwilę się waham. Czy to, że wygoogluję jego nazwisko, może być częścią jego planu? Sposobem na kradzież tożsamości lub czegokolwiek innego, na czym zależy tym oszustom? Ku mojemu zdumieniu jednak Jonathan Stein to najprawdziwszy prawnik z bostońskiego biura Konferencji do spraw Żydowskich Roszczeń Materialnych wobec Niemiec, organizacji non-profit, która – jak podaje na swojej stronie internetowej – „zapewnia materialną rekompensatę ocalałym z Holocaustu”. Ponieważ nikt z mojej rodziny nie jest ocalałym z Holocaustu, nie kupuję tego. Ktokolwiek do mnie dzwonił, mógł łatwo znaleźć tę stronę i podszywając się pod prawdziwego prawnika, skontaktować ze mną, bo moje nazwisko sugeruje żydowskie pochodzenie.

Zamykam stronę i otwieram wciąż niekompletne dokumenty, które muszę złożyć jutro do Agencji do spraw Żywności i Leków (FDA). W poprzedniej pracy jako starsza wiceprezes do spraw regulacyjnych w EVTX, międzynarodowej firmie biotechnologicznej, zarządzałam zespołem procedur regulacyjnych liczącym pięć osób, a także zajmowałam się wspieraniem specjalistów do spraw regulacji i grup zajmujących się nadzorem farmakologicznym, zgodnością i wywiadem.

Ale jako starszej wiceprezes do spraw regulacyjnych w Calliope, start-upie biotechnologicznym z około pięćdziesięciorgiem pracowników, podlegają mi dwie osoby, wliczając asystenta, którym muszę się dzielić ze starszym wiceprezesem do spraw zapewnienia jakości. Oprócz wykonywania obowiązków kierowniczych jestem też osobiście odpowiedzialna za zadania, które kiedyś z radością delegowałam. To niesamowicie frustrujące – szczególnie dlatego, że nie daje mi zapomnieć o mizoginii, która w pierwszej kolejności wymusiła na mnie zmianę pracy – a jednocześnie wydłuża mój tygodniowy czas pracy do sześćdziesięciu godzin. Niewykluczone, że był to jeden z powodów, dla których straciłam panowanie nad sobą w rozmowie z Jonathanem Steinem.

***

Kładę się spać dopiero o drugiej w nocy, po wypełnieniu tych durnych dokumentów, a wstanie o szóstej rano to prawdziwy koszmar. Robię mocną podwójną kawę i gapię się przez okno z widokiem na Tremont Street. Ledwo mogę skupić się ze zmęczenia, rozmyślając nad niesprawiedliwością mojego losu. Wiem, wiem, to żałosne, biorąc pod uwagę moje przywileje oraz wszystkie dramaty i tragedie na świecie. Oprócz tego, że zła, wciąż jestem też rozgoryczona tym, jak wykorzystywano mnie w EVTX. A może jestem wściekła, bo jestem rozgoryczona? Trudno powiedzieć.

Po prostu Nick Winspear okazał się kiepskim wyborem – kolejnym po moim kiepskim wyborze w postaci Simona, byłego męża. Wiesz, jak to jest na początku związku. Nie jesteś w stanie obiektywnie ocenić drugiej osoby, lekceważysz sygnały ostrzegawcze, jeździsz rowerem bez trzymanki dla czystej euforii. Wiatr we włosach i cały ten szajs. A potem wpadasz prosto na drzewo.

To przez Nicka wykonuję obecnie pracę poniżej swoich kwalifikacji, jestem przemęczona i przynoszę do domu dziesiątki tysięcy dolarów mniej niż wcześniej. No dobrze, żeby być całkiem sprawiedliwą, wina leży też po stronie starej gwardii z zarządu EVTX. Odejście było rzekomo moim wyborem, ale to nie do końca prawda. Jedyną pozytywną stroną jest to, że Calliope znajduje się znacznie bliżej mojego mieszkania niż EVTX – można iść pieszo, zamiast tłuc się komunikacją miejską. To już coś.

Pomimo fatalnego nastroju, gdy wychodzę na zewnątrz, muszę przyznać, że to piękny październikowy poranek, chociaż wszystkich turystów, którzy obecnie kręcą się po mieście w poszukiwaniu jesiennych liści, czeka rozczarowanie. W Bostonie liście nie przebarwiają się aż do listopada, bez względu na to, co piszą w przewodnikach turystycznych. Mnie to odpowiada. Im dłużej widzę zieleń, tym lepiej. Mieszkam około półtora kilometra od biura i zawsze chodzę pieszo, chyba że jest burza lub mróz. Jedna z wielu przyjemności w moim małym wielkim mieście. Albo wielkim małym mieście.

Spacer jak zwykle mnie cieszy. Od gwaru Tremont, przez ceglane chodniki i wspaniałe dziewiętnastowieczne kamienice West Canton Street, aż po Southwest Corridor Park tak obsypany kwiatami, że pomyślałbyś, iż to czerwiec, a nie październik. Puszyste różowe i białe rozchodniki, fioletowe boltonie odmiany Jim Crockett, tony płowych chryzantem i wszystkie te kolorowe buzie bratków, które przypominają mi Sagana, ukochanego psa, którego straciłam rok temu.

Dalej zaczyna się tętniące życiem miasto. Rodzice z wózkami, dzieci na hulajnogach, wiewiórki wspinające się na drzewa, psy wszelkich ras i rozmiarów wyprowadzane przez właścicieli wszelkich ras i rozmiarów. Mężczyźni i kobiety niosący plecaki i teczki, niektórzy ubrani, jakby uwierzyli w swój sukces, inni – jakby dopiero wstali z łóżka. Biegacze. Spacerowicze. Siedzący na ławkach. Nastolatki palące trawkę, dorośli robiący to samo. A także bezdomni – zwykle po dwóch, trzech – rozmawiający cicho albo wcale nie cicho, czasem śpiący samotnie na ławce owinięci kocem. Moje smutne i wspaniałe, pstrokate miasto. Czarni, biali, Latynosi, Azjaci i wszystkie możliwe kombinacje. Starzy, młodzi i ci pomiędzy. Bogaci, biedni i średniacy. Niektórzy czerpią siłę z natury, ze spokoju gór i ciszy pól. Ja raczej z gwaru i pośpiechu.

***

Gdy połowicznie mój asystent wtyka głowę przez drzwi, już się ściemnia. Po tym poznaje się, że to październik, a nie czerwiec, bo nie ma jeszcze siedemnastej.

– Na dole czeka Jonathan Stein, który twierdzi, że musi z panią porozmawiać – informuje mnie Alexander. – Nie chciał powiedzieć, o co chodzi, ale pomyślałem, że zapytam panią, zanim każę mu się wynosić.

Dokładnie tego bym chciała, ale ciekawi mnie ten facet, może nawet chcę usłyszeć, co ma do powiedzenia, więc odpowiadam:

– Wpuść go.

Nie wiem, czego się spodziewałam, ale Jonathan Stein to zdecydowanie nie to. Okropnie stereotypowo z mojej strony, ale wyobrażałam sobie jakiegoś niskiego, żałosnego typka w okularach. Tymczasem on ma około metra osiemdziesięciu, nie nosi okularów, za to ma porządne dżinsy, koszulę z kołnierzykiem i białe buty do biegania marki Hoka. Skórę o złotawym odcieniu, oczy ciemnobrązowe... Całkiem przystojny. Patrzy mi prosto w oczy i uśmiecha się swobodnie, bez cienia zakłopotania.

– Musiałem spróbować.

To, że nie wygląda tak, jak sobie wyobrażałam, nie znaczy, że w środku nie jest tym, za kogo go uważam. Nie proponuję, żeby usiadł, po prostu pozwalam mu stać.

– Może pan powie, czego chce, panie Stein?

Zerka na otwarte drzwi, na Alexandra obserwującego nas zza biurka, potem z powrotem na mnie.

Poprawiam okulary na nosie i milczę. Robi kilka kroków w moją stronę.

– Czy wie pani, że ma pani krewnych, których majątek został skradziony przez nazistów?

– Cała moja rodzina była tutaj przed wojną, więc jest to niemożliwe.

– Rozumiem. – Siada na krześle przede mną. – Czy nazwiska Colette i Samuel Bernheim coś pani mówią? – pyta. – Mieszkali w Paryżu, a po tym, jak Niemcy zajęli Francję, uciekli i wyemigrowali tutaj w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym.

Mówię mu, że nigdy o nich nie słyszałam.

– Zwykle nie działamy w ten sposób; najczęściej to rodzina kontaktuje się z nami, żebyśmy zbadali sprawę utraconych dzieł sztuki, a nie odwrotnie. Ale w tym wypadku Konferencja do spraw Żydowskich Roszczeń Materialnych wobec Niemiec zaczęła od obrazu.

– I ma to ze mną coś wspólnego, bo...?

– Konferencja ustaliła, że Bernheimowie byli pani prapradziadkami – wyjaśnia. – Że jest pani ich jedyną żyjącą spadkobierczynią i w związku z tym stała się pani właścicielką arcydzieła Édouarda Maneta, Zabawy nad Sekwaną, które było częścią ich skonfiskowanej kolekcji.

Nie jestem koneserką sztuki, bynajmniej, ale wiem wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że Édouard Manet to jeden z najsłynniejszych francuskich impresjonistów – i że jego prace sięgają sum sześcio-, siedmio-, a może nawet ośmiocyfrowych. Stein wydaje się pewny siebie i swoich informacji, a nawet dla mojego nadmiernie podejrzliwego umysłu wygląda całkiem uczciwie. Może nawet budzi zaufanie?

– Niczego od pani nie chcemy. – Wstaje i kładzie wizytówkę na moim biurku. – Naszym zadaniem jest zwracanie skradzionych dóbr prawowitym właścicielom. A w tym wypadku uważamy, że prawowitą właścicielką jest pani. Proszę to wszystko sprawdzić i się ze mną skontaktować, żebyśmy mogli popchnąć sprawę do przodu.

***

Wrzucam w wyszukiwarkę Zabawę nad Sekwaną Édouarda Maneta, a potem dokładniej sprawdzam Jonathana Steina i Konferencję do spraw Żydowskich Roszczeń Materialnych wobec Niemiec. Znajduję zdjęcie, które potwierdza, że mężczyzna, który przyszedł do mojego biura, to rzeczywiście Stein. I odkrywam, że Konferencja działa od tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku, robiąc dokładnie to, co powiedział: wypłacając wiele milionów dolarów z pieniędzy rządu niemieckiego ocalałym z Holocaustu i ich rodzinom, a także zwracając dobra skradzione przed wojną i w czasie jej trwania lub odszkodowania za nie.

Édouard Manet to jeszcze wybitniejszy artysta, niż myślałam, ale co do wartości materialnej jego prac miałam rację. Zabawa nad Sekwaną jest podobno zarówno dziełem okazałym, jak i wysoko cenionym przez krytyków, i prawdopodobnie wartym całkiem sporo. Zwłaszcza że obraz był – chyba aż do teraz – uznany za arcydzieło utracone albo zniszczone, albo wiszące w domu jakiegoś potomka oficera SS. Nie potrafię sobie wyobrazić scenariusza, w którym należałby do mnie.

W internecie nie ma nic o Colette ani Samuelu Bernheimach. Tata zmarł, kiedy miałam dziesięć lat, a demencja zabrała mamę cztery lata temu, więc nie mogę ich zapytać. Oboje byli jedynakami, podobnie jak ja, co oznacza, że mam przechlapane, jeśli chodzi o potwierdzenie ze strony rodziny.

Muszę jednak przyznać, że brak krewnych dziwnie uwiarygadnia całą sprawę jedynej spadkobierczyni. Podobnie jak fakt, że Zabawa nad Sekwaną zniknęła gdzieś pod koniec lat trzydziestych. Nigdzie nie ma wzmianki o jej odnalezieniu. Albo Jonathan Stein to wszystko wymyślił – opcja, która wygląda coraz mniej prawdopodobnie – albo mówi prawdę, a odkrycie jest tak świeże, że nikt jeszcze o nim nie wie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki