Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 444
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Rivaled Crown
Copyright © 2024 by Holly Renee
Copyright © for the Polish translation by Klaudia Wyrwińska, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak
Redaktorki prowadzące: Zuzanna Sołtysiak, Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska
Redakcja: Patryk Białczak
Korekta: Magdalena Białek
Oryginalny projekt okładki: © Viki Lester | Forensics and Flowers
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-25-8
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Ostry, kąsający ziąb ogarnął moje ciało i skradał resztki ciepła. Drżałam, leżąc na wilgotnej kamiennej podłodze, mięśnie miałam zesztywniałe od bezwzględnie twardego podłoża. Każdy centymetr słabo oświetlonego pomieszczenia był wypełniony chłodem, który sączył się do moich kości tak, że wszystko mnie bolało. Nawet łańcuchy pętające moje nadgarstki zdawały się zimniejsze, wysysały ciepło z mojej skóry do tego stopnia, że aż zdrętwiały mi palce.
Mrugnęłam powoli, starając się skupić wzrok. Miejsce, w którym byłam, zdawało się jednocześnie przestrzenne i ciasne – cienie wisiały nade mną i poruszały się w nikłym promieniu światła wpadającym przez małe zakratowane okno nad moją głową. Zatęchły smród żelaza i mokrego kamienia przywarł do mojego języka, gęsty i nieświeży.
Poruszyłam się nieznacznie, a łańcuchy zagrzechotały głośno w ciszy. Moje ręce przeszył ból, szorstkie kajdany drażniły zdartą skórę. Ramiona nie przestawały pobolewać przez to, że byłam spętana przez całą wieczność, choć były to pewnie godziny, może dni.
Dreszcz wstrząsnął moim ciałem, gdy spróbowałam usiąść, plecami szorując o szorstką kamienną ścianę. Wszystko we mnie protestowało, każdy mięsień był zesztywniały i obolały, ale mimo to zacisnęłam zęby i nie ustępowałam. Nawet ból był lepszy niż paraliżujące poczucie bezsilności, które groziło, że ogarnie mnie całą.
Przede mną znajdowały się żelazne, pokryte rdzą drzwi, jakby od setek lat chroniły sekretów. Pomieszczenie zdawało się niepokojąco martwe, a jedyne, co się w nim ruszało, to drobiny kurzu widoczne w wąskiej wiązce światła słonecznego. Przechyliłam głowę, zerkając na okno. Nawet gdybym była w stanie się podnieść, nawet gdyby moje nogi mogły mnie utrzymać, znajdowało się za wysoko. Kolejne więzienie w więzieniu.
Rozpacz była bliska osiedlenia się we mnie na dobre, ściskała mnie jak w imadle.
„Marnujesz mój czas, Vereno”, rozległy się w mojej głowie słowa ojca. „Pokaż mi swoją moc albo będziesz błagać o śmierć”.
Jego głos zawsze był bronią, ostrzejszą od jakiegokolwiek ostrza, z łatwością przecinał się przez wszystkie linie obrony. Nie krzyczał. Nie musiał tego robić. Spokój, który przez niego przemawiał, gdy rozrywał mnie na strzępy, był o wiele bardziej przerażający niż gniew.
Chciał, żebym się złamała.
Powietrze zgęstniało od ciszy i napierało na moje uszy, przez co w głowie wirowały mi myśli, coraz szybciej i głośniej, aż stały się sidłami.
„Jesteś beznadziejna”.
„Dziedziczka bez mocy”.
Zwątpienie było niczym szepczący do ucha wąż, jego słowa sączyły się do mojej głowy jak jad i zatruwały moją stanowczość.
Zamknęłam oczy i sięgnęłam po coś, po kogoś… po cokolwiek, co mogłoby sprawić, że odzyskam grunt pod nogami.
Dacre.
Jego twarz pojawiła się z taką łatwością, bo mój umysł zapamiętał każdy jej najmniejsze szczegóły. Ciemne, zmierzwione włosy, kanciastą szczękę, cichą, stopniowo przybierającą na sile intensywność w jego oczach. To, jak na mnie patrzył, jak widział mnie całą, nawet te części, które ukrywałam przed światem.
Wyobraziłam sobie jego dotyk, szorstki, a zarazem ostrożny. To, jak jego pokryte odciskami palce błądzą po plecach, niosąc ukojenie. Niemal słyszałam jego głos, głęboki i pewny, dodający mi pewności jak nic innego. Mój puls przyspieszył, ciepło usiłowało przedrzeć się przez lód, który osiadł w mojej piersi.
Dacre po mnie przyjdzie.
Musiał przyjść.
Jednak zwątpienie było niczym cień, który czepiał się każdej mojej myśli i uniemożliwiał odnalezienie pocieszenia w słowach, których desperacko się trzymałam.
Odepchnęłam od siebie wspomnienie wydarzeń w dokach – tego, jak Dacre wyciągał do mnie rękę z twarzą wykrzywioną z wściekłości i desperacji. Wypchnęłam z umysłu dźwięk mojego imienia padającego z jego ust, dobiegający z głębi duszy i pełen rozpaczy, gdy gwardziści odciągali go od statku, na którym oboje mieliśmy odpłynąć z królestwa.
Przeszywający ból zebrał się w mojej piersi, gęsty i nieznośny.
Dokąd go zabrali? Jak okrutny los go czekał z rąk tych żeglarzy? Ile ojciec im zapłacił w zamian za zdradę? Ile im zaoferował, by dopilnowali, że nigdy więcej nie zobaczę Dacre’a?
W mojej głowie szybko przewijały się obrazy, każdy kolejny bardziej przerażający od poprzedniego, ale mimo wszystko wiedziałam, że gdziekolwiek Dacre się teraz znajdował, był bezpieczniejszy, niż byłby tutaj, ze mną.
Ojciec rządził z pomocą strachu i ognia. Widziałam, co się działo z tymi, którzy mu się sprzeciwiali.
A Dacre zrobił coś o wiele gorszego niż sam sprzeciw.
Pomógł mi uciec. Byłam jego wrogiem. Reprezentowałam to, czego nienawidził najbardziej. Byłam zagrożeniem dla wszystkiego, o co walczył.
A jednak mnie wybrał.
Nawet po tym, jak go zdradziłam; po tym, jak poznał moją prawdziwą tożsamość; po tym, jak dałam mu każdy możliwy powód, by się ode mnie odwrócić, i tak mnie chronił.
Dał mi najbardziej niebezpieczną broń, jaka istniała.
Nadzieję.
Ta żarzyła się we mnie, krucha i słaba. Pojedyncza iskra w ciemności.
Ścisnęło mnie w gardle. Na obrzeżach umysłu czaiła się panika, ale ja kurczowo trzymałam się tej iskry, niczym tonąca dziewczyna chwytająca za dryfujący kawałek drewna.
Dacre po mnie przyjdzie. Powtarzałam to sobie raz za razem, słowa stały się mantrą, a przez moje ciało przetaczał się lęk.
W głowie miałam istne pole bitwy. Umysł i serce ciągnięte były w przeciwne strony, aż znalazłam się na skraju załamania. Czepiając się nadziei, że Dacre po mnie przyjdzie, jednocześnie szeptałam do bogów modlitwy o to, by trzymał się ode mnie z daleka.
Bo gdyby odważył się po mnie przyjść, ojciec nigdy nie pozwoliłby mu odejść. Wykorzystałby go jak narzędzie, sprowadzałby na niego bezwzględną udrękę, a ja musiałabym na to patrzeć. I to by mnie złamało, ukształtowało mnie dokładnie w to, czym ojciec chciał, bym się stała.
Nagle ciszę przerwał dźwięk.
Kroki.
Ciężkie. Stanowcze.
Zbliżały się.
Serce łomotało mi tak mocno, że czułam, jak obija się o żebra, jakby usiłowało wyrwać się z klatki. Mięśnie w moim ciele się napięły, a ja zmusiłam się, by wyprostować plecy i odciągnąć ramiona do tyłu mimo ciągnących kajdan.
Zawiasy jęknęły głośno i przeciągle, gdy żelazne drzwi stanęły nagle otworem.
Do środka weszły dwie postaci.
Wysokie, z zarzuconymi na głowy kapturami i twarzami skrytymi w cieniach.
Za nimi wszedł mój ojciec, jego obecność wypełniła pomieszczenie niczym duszący dym i wysysała tlen z moich płuc.
Jedna z zakapturzonych osób zrobiła krok w moją stronę.
– To ona?
Głos był gładki. Kobiecy. Wyrachowany.
Kucnęła i ściągnęła kaptur z głowy.
Była piękna. Wręcz olśniewająca. Białe włosy opadały na twarz o mocno zarysowanych kościach policzkowych. Wyglądała, jakby została wykuta z marmuru.
Ale to blizna ciągnąca się przez jej szczękę przykuła moją uwagę. Była stara. Źle się zagoiła. A rana, która niegdyś znajdowała się w jej miejscu, musiała być głęboka.
Oczy w kolorze mlecznej bieli poruszały się na boki, jakby wcale mnie nie widziała.
To Widząca.
Szybko przeniosłam wzrok na drugą zakapturzoną postać, która stała ukryta pod czarnym płaszczem z królewskim herbem wyszytym na piersi błyszczącą nicią. Ten ktoś stał w bezruchu, ale czułam na sobie intensywne spojrzenie.
Ojciec zbliżył się do kobiety, rękę trzymając na rękojeści sztyletu.
– Tak. Jest oporna. Wada, którą odziedziczyła po matce.
Kobieta obróciła się na chwilę w stronę ojca, po czym znowu skupiła na mnie, ale ja gromiłam go spojrzeniem – w mojej piersi płonął gniew.
– Interesujące – mruknęła, a ja spojrzałam na nią akurat w momencie, gdy uważnie mi się przyglądała. – Wydaje się, że ma w sobie więcej woli walki, niż wspominałeś.
Wyciągnęła rękę, a ja instynktownie szarpnęłam się do tyłu.
Palcami musnęła moją skórę, a ja poczułam, jak przez ciało przebiega mi iskra magii, zimna i inwazyjna, aż dotarła do umysłu, gdzie zaczęła wdzierać się w mózg niczym szpony.
Wygięłam się wbrew własnej woli i sapnęłam, zanim zdołałam nad tym zapanować.
– Osłania się tarczą – wymamrotała kobieta, a brzmiała przy tym tak, jakby była pod wrażeniem. – I to bardzo silną.
– Postaraj się bardziej – warknął mój ojciec.
Kobieta przycisnęła opuszki palców do mojej skroni i zmarszczyła brwi w skupieniu. Zacisnęłam zęby i zebrałam w sobie całą siłę, jaka mi pozostała.
W mojej głowie szeptał głos Dacre’a. Czułam jego dotyk. Słyszałam obietnice. Był przy mnie obecny. Chwyciłam się kurczowo wspomnień i okryłam się nimi jak zbroją.
Chwilę później kobieta zaklęła pod nosem i zabrała rękę, po czym potarła się po czole.
– Tarcza jest naprawdę silna. Nie jestem w stanie się przez nią przedrzeć.
Na twarz Widzącej wystąpił pot, a ja wpatrywałam się w jej oczy.
Mój ojciec zacisnął zęby.
– Zostaw nas.
Kobieta wstała z wahaniem.
– Twoje metody nie działają. Osłabiasz jej ciało, ale jej moc…
– Ile mocy może mieć ta dziewucha? – Zaczął podwijać rękawy, a ja pisnęłam cichutko. – Przez większość życia nie posiadała żadnego daru, a gdy z nią skończę, powróci do tego stanu.
Kobieta wraz z zakapturzoną postacią skierowała się do drzwi, ale przystanęła w progu.
– Pozwól mi spędzić z nią trochę czasu, Wasza Wysokość. Nie wiem, czym była wcześniej, ale teraz nie jest pozbawiona mocy. Nie mogę użyć swojej magii, jeśli ty…
– Nie mamy czasu na twoją łagodność – warknął ojciec.
Nagle chwycił mnie za włosy i szarpnął moją głową tak mocno, że krzyknęłam. Ramiona mi się napięły, ograniczane przez pętające je kajdany, które bezwzględnie ciągnęły za ręce.
Nachylił się ku mnie, aż poczułam na twarzy jego ciepły oddech.
– Myślisz, że odniosłaś tu jakieś zwycięstwo – wymamrotał, ton miał zwodniczo łagodny. – Ale nie wygrałaś. Jesteś słaba, Vereno. Tak jak twoja matka.
Serce biło mi szybko, gdy wpatrywałam się w lodowate oczy ojca, poszukując w nich choć krzty mężczyzny, za którego niegdyś go miałam. Ale widziałam tylko oziębłego, wyrachowanego władcę pochłoniętego chciwością i zgorzkniałego.
– Moja mama nie była słaba – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, głos drżał mi ze złości.
Jego twarz wykrzywiła się w szyderczym wyrazie.
– Nie podołała wymaganiom, z jakimi wiąże się pozycja królowej, i nie była w stanie powić dziedzica godnego naszego królestwa.
Zacisnęłam pięści, paznokcie wbijając we wnętrze dłoni.
– A nowa królowa? – powiedziałam mimo zaciśniętego gardła. – Czy ją także zabiły wymagania stawiane w związku z byciem twoją żoną?
Uderzył mnie, nim się zorientowałam. Zrobił to tak mocno, że wzrok mi zmętniał, a w ustach poczułam smak krwi.
– Ty bezczelna kretynko – syknął. Jego słowa były niczym jad, który dusił. – Jeśli nie dasz mi dokładnie tego, czego od ciebie chcę, moje żądania zadecydują też o twoim losie.
Odsunął się, wypuszczając oddech. Przesunął palcami po szczęce i wyglądał przy tym tak, jakby tym ruchem powstrzymywał się od zadania kolejnego ciosu.
– Nie wiem, jak dać ci to, czego chcesz – skłamałam, głos mi zadrżał mimo starań.
Oboje znaliśmy prawdę. Czuł ją w powietrzu między nami, które było gęste od niewypowiedzianego sprzeciwu.
Oczy mu pociemniały sekundę przed tym, jak jego pięść wylądowała na mojej skroni.
Ból poczułam w całej czaszce. Uderzenie sprawiło, że wylądowałam na zimnej kamiennej podłodze, przygniatając skute nadgarstki. Impet wstrząsnął moim posiniaczonym ciałem, wywołując agonię w każdej komórce.
Przez dzwonienie w uszach ledwie słyszałam kobietę, która stała na drugim końcu celi.
– Wasza Wysokość… – Głos jej drżał, ze słów biła mieszanka strachu i zmartwienia.
Ojciec ledwie zaszczycił ją spojrzeniem, bo wpatrywał się we mnie i krążył wokół mojego ciała. Jego kroki odbijały się groźnym echem od ścian ciasnej przestrzeni.
– Czego?
– Nie zdołam odnaleźć jej magii, jeśli będzie ledwie żywa.
Padał na mnie jego cień, który rozciągał się groźnie.
– Masz dwa dni. – Ręka mu drżała, gdy przeciągał nią po ustach, zostawiając na skórze smugę szkarłatu. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy to moja krew, czy ta z jego zdartych knykci. – Ale na razie ją zostawisz – kontynuował głosem pełnym gniewu i rozczarowania. – Spojrzał na mnie, leżącą u jego stóp i poobijaną. Modliłam się, by nie widział łez spływających po moich policzkach. – Moja dziedziczka woli zginąć z ustami pełnymi sekretów rebeliantów niż klęknąć przed królem, który całe życie chronił ją przed okrucieństwami tego świata. – Odetchnął gwałtownie i poruszył ramionami, jakby otrząsał się z tego, co zrobiłam. – Potrzebuje czasu, by przemyśleć swoje wybory i konsekwencje, jakie te za sobą niosą.
Odwrócił się na pięcie, jego kroki niosły się echem w kamiennej celi.
Po chwili rozległo się głośne trzaśnięcie, a drzwi zostały zamknięte.
Leżałam w bezruchu, płytko oddychając, i czekałam, aż ból w żebrach osłabnie. Był żyjącą istotą orzącą w moim wnętrzu, żądającą mojej uległości.
Zacisnęłam powieki, usta poruszały się bezgłośnie, zmawiając modlitwę do bogów, w których od dawna nie wierzyłam.
Czas mijał, cisza się przeciągała i dusiła.
Do celi wkradła się ciemność, jej lodowate palce chwyciły mnie w objęcia. Każdy kolejny oddech był wolniejszy, przychodził z większym trudem.
Wtedy poczułam ruch.
Zmianę w powietrzu.
Otworzyłam oczy.
Drzwi uchyliły się nieznacznie, kołyszący się płomień pochodni rzucił dziwny cień na ścianę.
Zamarłam. Ktoś wszedł do środka.
Zacisnęłam dłonie w pięści.
– Kto tam? – Głos miałam schrypnięty, urywany.
Nie otrzymałam odpowiedzi.
Rozejrzałam się po kątach, puls mi przyspieszył.
– Pokaż się – zażądałam, choć ciało miałam tak słabe, że nie byłabym w stanie nic zrobić, gdyby ten ktoś chciał mnie skrzywdzić.
Znowu dostrzegłam ruch.
Z ciemności wyłonił się cień.
Zesztywniałam, instynkt nakazywał ucieczkę, ale nie miałam się dokąd udać.
Wtedy usłyszałam znajomy głos.
Postać wciąż miała na sobie czarny płaszcz i zbliżała się do mnie powoli, odzienie maskowało ją od stóp do głów.
– Wyglądasz gorzej, niż się spodziewałem.
Kaptur opadł, odsłaniając twarz, której myślałam, że już nigdy nie zobaczę.
Spojrzały na mnie oczy w kolorze ciepłego brązu, łagodne i emanujące czymś, czego nie potrafiłam nazwać.
Z mojego gardła z trudem wyrwał się szloch.
– Co ty tutaj robisz? – zapytałam z niedowierzaniem.
– Przyszedłem po ciebie, Nyro. – Zwrócił się do mnie jedynym imieniem, pod którym mnie znał.
Micah.
Statek nieustannie jęczał i poskrzypywał, a było to niczym dźwięk bębnów akompaniujący mojej porażce. Fale rozbijały się o kadłub, dobitnie powtarzając jedną, okrutną prawdę: nie zdołałem ochronić Vereny.
Żelazne kajdany wpijały mi się w nadgarstki, zostawiając czerwone pręgi, które paliły z każdym ruchem. Ale ból był odległy, niczym dźwięk rozbrzmiewający w tle za moimi myślami.
Bo liczyła się tylko ona.
Oczami wyobraźni nieustannie widziałem Verenę, gdy zabierali ją gwardziści, ciągle słyszałem pełne desperacji krzyki zagłuszane przez fale. Jej imię było ostatnim, co padło z moich ust, kiedy mnie zakneblowano, jakby chcieli przerwać łączącą nas więź.
Ale im się nie udało.
Siedziałem skulony w kącie celi, gęsty smród słonej wody i nieumytych ciał przywarł do mnie niczym druga skóra. Wilgotne powietrze wręcz dusiło, napierało z każdej strony, gdy oddychałem płytko.
Ramiona miałem przygarbione, przepełniała mnie rezygnacja, i opierałem się o zimne kraty.
Po ich drugiej stronie kołysała się lampa, która rzucała światło tańczące na gołych drewnianych ścianach. Mimo prób oświetlenia ciemności jedyne, co robiła, to pogłębiała cienie w moim umyśle.
Raz za razem odtwarzałem w głowie ostatnie wydarzenia. Powinienem był bardziej walczyć. Postępować mądrzej. Powinienem był coś zrobić – cokolwiek – by uchronić Verenę przed pojmaniem.
Zamiast tego skończyłem uwięziony w cuchnącej celi na przeklętym statku, podczas gdy ona… Bogowie, nie chciałem sobie nawet wyobrażać, jaki horror przeżywała.
Zacisnąłem ręce w pięści, paznokcie wbijając we wnętrze dłoni, a zimne żelazne kajdany bezlitośnie ocierały mi skórę na nadgarstkach. Gdy tylko zamykałem oczy, dręczył mnie wyraz jej twarzy. Ból w piersi był przytłaczający, a mieszanka poczucia winy i złości utrudniała oddychanie. Ale najbardziej ciążyła mi pustka, jaka po niej została, bo ciągle przypominała mi o tym, że przegrałem i pozwoliłem, by ją ode mnie zabrali.
Miałem wrażenie, jakbym fizycznie wciąż ją wyczuwał, a wszystko to przez delikatną i niesprawdzoną jeszcze więź, która nas łączyła. Nikłe echo jej cierpienia przepełniało mnie całego, było niczym odległy szept muskający obrzeża umysłu. To było jedynie odczucie, okrutna sztuczka desperacji, ale i tak kurczowo się jej trzymałem.
– Verena. – Jej imię padło z moich ust, wybrzmiewając jak szeptana modlitwa.
Zacisnąłem zęby i zmusiłem się, by usiąść prosto. Nie mogłem tu dłużej zostać. Nie, gdy ona była tam, ranna i samotna, skazana na łaskę brutalnego ojca. Ta myśl wywołała przypływ furii. Wypaliła otępienie ogarniające moje kończyny i rozbudziła determinację.
Strażnik ustawiony przed moją celą był potężnym mężczyzną, ręce miał skrzyżowane na piersi, a w jednej dłoni ściskał zaśniedziały sztylet. Opierał się o wilgotną drewnianą ścianę, patrzył przed siebie spod ciężkich powiek, jakby monotonia pracy otępiła jego umysł.
Wstałem z podłogi i kucnąłem, rozglądając się na boki, by sprawdzić wąski korytarz ciągnący się w obie strony. Statek kołysał się nieustannie, bezwzględne fale tłukące o kadłub zagłuszały dźwięki, jakie towarzyszyły każdemu mojemu ruchowi.
Plan formujący się w mojej głowie nie był idealny. Nie był nawet dobry. Ale nie miałem żadnego innego.
Zimne, ciężkie kajdany wokół moich nadgarstków szczęknęły, gdy je poprawiłem, testując ich wagę i napięcie łańcuchów. Te były wystarczająco długie, by się poruszać i żeby móc je wykorzystać.
– Hej! – zawołałem głosem schrypniętym od milczenia i braku wody.
Mężczyzna w pierwszej chwili nie zareagował, wpatrując się w jakiś odległy punkt. Ale gdy zawołałem ponownie, tym razem głośniej, w końcu odwrócił się w moją stronę z irytacją w oczach.
– Zamknij gębę – warknął, mocniej ściskając sztylet.
Nie zamknąłem gęby. Oparłem się nonszalancko o metalowe pręty celi i obserwowałem go ze znudzeniem.
– Będę rzygał – oznajmiłem, przyciskając ręce do brzucha. – Rany na moim ciele. Chyba są zainfekowane.
Nie do końca kłamałem. Czułem, jakby mój organizm walczył sam ze sobą i błagał o to, by go uleczyć.
– Będziesz musiał poczekać, aż dopłyniemy do lądu, a to zajmie jeszcze kilka dni. Król rozkazał zabrać cię jak najdalej od królestwa i jego dziedziczki, a nie minął nawet pełen dzień żeglugi, chłopcze.
Widziałem napięte mięśnie w jego szczęce, gdy zacisnął zęby i jeszcze mocniej chwycił zardzewiały sztylet.
Podejdź bliżej.
Zgiąłem się z jękiem wpół, a on zaklął pod nosem.
– Król chce cię żywego – syknął. – Chce, by kapitan cię przesłuchał. Chce, byś był torturowany tak długo, aż będziesz kwiczał jak zarzynana świnia i powiesz wszystko na temat swojej ukochanej rebelii. – Nagle zrobił krok w moją stronę, wskazując na mnie sztyletem. – Król sowicie wynagradza, gdy dostaje to, czego chce. Pokaż rany.
Przeniosłem ciężar ciała, gotowy do ataku, gdy tylko mężczyzna znajdzie się w zasięgu moich rąk. Łomot mojego serca sprawiał wrażenie, jakby sie odbijał echem od otaczających mnie krat, każde uderzenie dudniło głośno w uszach.
– Pokaż rany – warknął niskim i groźnym głosem, podchodząc pod samą celę.
Zaatakowałem, nim zdążył zareagować. Ciężkie łańcuchy zagrzechotały, gdy owinąłem mu je wokół szyi i pociągnąłem resztką sił.
Sztylet upadł na podłogę, a mężczyzna wydał z siebie zdławione charknięcie. Rękami chwycił za łańcuchy i zaczął szarpać.
Statek opadł gwałtownie na falach, przez co obaj straciliśmy na chwilę równowagę. Trzymałem mężczyznę mocno, wykorzystując kraty, o które się zaparłem, by pociągnąć mocniej.
Strażnik się szarpał, oddech mu świszczał, a paznokcie drapały mnie w nadgarstki, gdy próbował wyzwolić się z mojego chwytu.
Szarpnąłem raz jeszcze, a jego ciało wierzgnęło dwukrotnie, nim się bezwładnie osunął.
Puściłem i pozwoliłem, by upadł na podłogę.
Bez wahania. Bez litości.
Uklęknąłem i zacząłem pospiesznie szukać kluczy przypiętych do jego pasa. Drżącymi palcami w końcu odnalazłem duże metalowe kółko, na którym były zawieszone, i je odpiąłem.
Pierwszy klucz nie pasował. Drugi także.
Nad moją głową rozległy się kroki. Zakląłem pod nosem, pospiesznie sprawdzając kolejne klucze, i prawie je przy tym opuściłem.
Nie teraz. Nie, gdy jestem tak blisko.
W końcu mi się udało i usłyszałem satysfakcjonujące kliknięcie zamka, a kajdany spadły z moich obolałych nadgarstków z głuchym łoskotem.
Odetchnąłem gwałtownie, spychając ból w głąb umysłu, i wcisnąłem zardzewiały klucz do zamka w drzwiach celi.
Z każdym wypróbowanym kluczem czułem coraz większy ciężar, aż zakląłem, rozglądając się po korytarzu, by sprawdzić, czy ktoś mnie usłyszał.
Zawiasy jęknęły, gdy zamek wreszcie ustąpił.
Powoli i ostrożnie otworzyłem drzwi, ich zardzewiała dolna krawędź skrobała o podłogę.
Tętniło mi w uszach, gdy zerknąłem na nieprzytomnego strażnika. Nie umarł. Ale niewiele brakowało.
Korytarz był kręty, wszędzie walały się liny i porzucony sprzęt do połowu ryb, a także zardzewiałe narzędzia. Statek kołysał się pod moimi stopami, niski pomruk głosów z górnego pokładu sączył się przez deski nad głową.
Trzymałem się cieni, krocząc niemal bezgłośnie po wilgotnej podłodze. Każdy krok był wykalkulowany. Każdy oddech – idealnie wymierzony. Przede mną pojawiły się schody, strome i wąskie. Na samej górze migotał płomień pochodni, a tuż za nim znajdowała się wolność.
Determinacja sprawiła, że się wyprostowałem. Nie zamierzałem tu umrzeć.
Wszedłem na pierwszy stopień. Potem drugi. Każde skrzypnięcie pod moimi stopami sprawiało, że serce biło mi szybciej – każdy dźwięk stanowił zagrożenie.
Głosy powyżej stały się wyraźniejsze.
– Kapitan chce, żebyśmy do rana zmienili kurs na wschód.
– Powinniśmy dotrzeć do kolejnego portu za…
Wypowiedź została przerwana przez nagłe i silne szarpnięcie.
Cholera.
Przywarłem do ściany, skrywając się w cieniach, bo nagle u szczytu schodów pojawiła się para butów.
Mężczyzna wymamrotał coś pod nosem, poprawił pas i zaczął schodzić.
Był coraz bliżej.
Usiłowałem sięgnąć po magię, ale byłem za słaby. Opadłem z sił tak bardzo, że nie zostało mi nic, czym mogłaby się pożywić moja moc.
Gdy tylko mężczyzna znalazł się na wyciągnięcie ręki, zaatakowałem.
Chwyciłem go za gardło. Kiedy pociągnąłem go do tyłu, wytrzeszczył oczy i stracił równowagę na nierównych stopniach.
Ledwie zdążył wydusić z siebie przekleństwo, bo szybko uderzyłem jego głową o barierkę.
Raz.
Drugi.
Padł.
Chwyciłem go za pas i ściągnąłem po schodach najciszej, jak potrafiłem, po czym ułożyłem tuż obok nieprzytomnego strażnika. Nie miałem czasu na szukanie broni. Ani na zachowanie ostrożności.
Wbiegłem po schodach, przeskakując co dwa stopnie.
Gdy tylko dotarłem na górny pokład, zimne morskie powietrze uderzyło we mnie niczym ostrze miecza. Sól i wiatr cięły skórę.
Z każdej strony otaczało mnie przepastne i ciemne morze, nieskończone i nieugięte. Księżyc wisiał wysoko na niebie, jego jasne i srebrne światło odbijało się od wzburzonych fal, rzucając groźne cienie na pokład.
Dwaj członkowie załogi stali blisko burty, zwróceni do mnie plecami, pogrążeni w głębokiej rozmowie.
Poruszałem się szybko.
Cicho. Zabójczo.
Palcami musnąłem linę zwiniętą przy maszcie i uwolniłem ją zwinnym ruchem.
Jeden z mężczyzn odwrócił się ze zmarszczonym czołem.
– Hej…
Zaatakowałem, uderzając ramieniem w jego pierś, nim zdołał dokończyć zdanie.
Zatoczył się i wpadł na swojego kompana, dzięki czemu obaj stracili równowagę. Ledwie zdążyli dosięgnąć mieczy, a ja już działałem.
Nie dałem im szansy na odpowiednią reakcję.
Pierwszy się na mnie rzucił, a ja zrobiłem unik i uderzyłem go łokciem w żebra, po czym podciąłem.
Drugi poruszał się szybciej, jego ostrze przecięło powietrze centymetry od mojego gardła.
Obróciłem się, chwyciłem go za nadgarstek i kopnąłem kolanem w brzuch. Zadławił się powietrzem, a ja wyrwałem mu miecz z ręki i trzasnąłem go rękojeścią w skroń.
Padł.
Odwróciłem się do tego pierwszego, który próbował wstać.
Ale był za wolny.
Wbiłem ostrze miecza w jego udo. Krzyknął z bólu, a nogi się pod nim ugięły i z powrotem padł na pokład.
Nie zwlekałem.
Liny.
Sięgnąłem po tę najbliższą, serce łomotało mi jak szalone, i jeden koniec przywiązałem do burty, by drugi wyrzucić za nią.
Trochę niżej o kadłub obijała się szalupa ratunkowa, cumy się napinały, walcząc z szarpiącymi za nie falami.
Wyjrzałem za burtę, oczy szczypały mnie od słonej wody. Przerzuciłem jedną nogę, drugą zapierając się o śliskie drewno.
Za mną rozległ się krzyk.
Skoczyłem i zacząłem spadać w stronę znajdującej się poniżej szalupy.
Łódka przechyliła się gwałtownie, gdy na niej wylądowałem, impet wypchnął mi powietrze z płuc.
Ledwie miałem czas na to, by poczuć ból, bo musiałem się ruszać.
Nade mną górował statek, na pokładzie rozległy się alarmujące krzyki, ciężkie buty łomotały o deski.
Sięgnąłem po miecz i ścisnąłem mocno rękojeść. Ostatnia lina trzymała mocno. Musiałem ją przeciąć.
Pracowałem, przeciągając ostrzem po sznurze, ale metal ślizgał się na wilgotnych włóknach.
No dalej!
Nade mną zamajaczył cień, a gdy podniosłem głowę, zobaczyłem wychylającego się przez burtę kapitana patrzącego na mnie z dziką furią w oczach.
– Zatrzymajcie go!
Zrobiło się jeszcze większe poruszenie. Kolejne osoby krzyczały.
Miecz ciął głębiej, byłem już w połowie.
Łódka pode mną zakołysała się gwałtownie, gdy uderzyła w nią kolejna fala, przez co do środka wlała się lodowata słona woda.
Nade mną rozległy się kroki.
Już prawie. Kolejne cięcie…
Lina pękła.
Łódka zaczęła spadać, oddzielona od statku, i wpadła do wzburzonych wód poniżej.
Impet sprawił, że padłem na plecy, uderzając o drewnianą ławeczkę. Moje żebra przeszył ból, ale nie przestawałem działać.
Nade mną załoga miotała się po pokładzie, jej głosy dobiegały z coraz większej odległości, bo szalupa zaczynała się oddalać.
Teraz należałem do morza.
Skóra szczypała mnie w reakcji na słoną wodę, wściekły wiatr świszczał dookoła, gdy ja usiłowałem złapać równowagę. Fale były bezwzględne, tłukąc o malutką łódkę i miotając nią na boki.
Ale przynajmniej byłem wolny.
Sięgnąłem po wiosła, mięśnie napinały się na znak protestu, a potem zacząłem wiosłować, każdy ruch wywoływał ogień w zmęczonych kończynach.
Verena.
Myśl o niej były niczym latarnia morska w samym środku sztormu.
Czas się rozmywał.
Niebo pociemniało, a potem znowu zaczęło się rozjaśniać.
Mijały kolejne godziny, ciało miałem odrętwiałe z wyczerpania.
Myśli miałem wzburzone niczym fale. Strach, poczucie winy i desperacka nadzieja rozbijały się o siebie i wirowały, przez co bałem się, że pochłoną mnie całego.
Jej imię wybrzmiewało w moim umyśle niczym szept w starciu z rykiem morza.
Jakaś nikła więź zespalała nas ze sobą, a ja trzymałem się jej i wiosłowałem mocniej.
Zmusiłem się, by myśleć o jej twarzy. O delikatnych piegach, którymi były obsypane jej policzki. O cieple uśmiechu, gdy opowiadała mi o swojej mamie. Raz za razem powtarzałem w głowie przysięgę, która była częścią opowiedzianej przez nią historii.
Każde słowo miało znaczenie i niosło za sobą obietnicę.
Aż w końcu… nad moją głową zaczęły latać mewy.
A potem ujrzałem wąski pas lądu na horyzoncie.
Ulga była niczym mocny cios w klatkę piersiową, powalający i przytłaczający.
Brnąłem przed siebie, resztki sił wlewając w każde machnięcie wiosłami.
Brzeg znajdował się coraz bliżej, poszarpane klify wyrastały z lądu.
W końcu dostrzegłem kilka postaci stojących na plaży, a na ich widok poczułem lęk.
Ojciec wciąż mnie szukał. Ojciec, którego zdradziłem, by ją ocalić.
Zdradziłem nie tylko jego, ale i swoich pobratymców.
Ale nie miałem innego wyboru.
Łódź zaryła o piaszczyste dno. Wytoczyłem się z niej, nogi się pode mną ugięły, gdy poczułem stały ląd.
– Dacre!
Głos dobiegał z oddali, ale był znajomy. Podniosłem głowę, wzrok mi się rozmazywał.
Głuche kroki na piasku coraz bardziej się zbliżały, aż czyjeś ręce chwyciły mnie za ramiona. Piasek umykał mi spod nóg, gdy starałem skupić wzrok i przyjrzeć się twarzy, którą miałem tuż przed sobą.
Kai.
Mówił coś, ale go nie rozumiałem.
Wtedy odezwał się ktoś jeszcze:
– Znajdziemy ją.
Wren.
Próbowałem ustać o własnych siłach, starałem się coś powiedzieć.
– Gdzie ona jest?
Świat zaczął się przechylać.
Ciemność chwyciła mnie w objęcia, a jedyne, co dotarło do mnie w otchłani, to głos mojej siostry:
– Znajdziemy ją.
Przepełniający mnie ból był niczym żyjąca istota, wbijająca pazury w mój umysł, zadręczająca mnie swoją nieustanną obecnością i niepozostawiająca miejsca na spójne myśli. Zdawało się, że nawet twarda kamienna podłoga konspiruje przeciwko mnie. szorstkie krawędzie wbijały się w posiniaczone i poobijane ciało.
Próbowałam wziąć głęboki wdech, ale żebra stanowczo zaprotestowały.
Zakasłałam słabo, dźwięk odbił się echem od pomieszczenia, drwiąc z mojej słabości. Minęły dni, odkąd dano mi choć kroplę wody.
Odkąd Micah odwiedził mnie w celi.
Odkąd bałam się, że tylko go sobie wyobraziłam.
Każdy oddech przychodził z trudem – przy każdym wydechu czułam posmak żelaza na języku.
Nie złamie mnie.
Z desperacją powtarzałam te słowa w głowie i trzymałam się ich kurczowo, jakby były moją ostatnią nicią nadziei.
Ale nawet ta nić zaczynała się rwać.
Była w takim samym stanie, co kontrola mojego ojca.
Zamknęłam oczy i przycisnęłam czoło do kolan, kuląc się w sobie. Głód atakował żołądek, skręcając go boleśnie, i sprawiał, że wzrok mi mętniał.
Wzdrygnęłam się na dźwięk głosu mojego ojca, który nagle przeciął gęste powietrze.
– Widzę, że wciąż trzymasz się swojego oporu.
Ciężkie buciory stukały o podłogę, każdy krok był wymierzony i precyzyjny. Pomieszczenie stało się nagle malutkie, a ja dusiłam się w obecności króla.
– Podziwiam twoją determinację, Vereno – powiedział szyderczo, jego słowa ociekały pogardą.
Nie spojrzałam mu w oczy, bo wiedziałam, że w ten sposób wścieknie się jeszcze bardziej. Ale czułam na sobie jego intensywny wzrok, którym odnajdywał każdy skrawek mojej słabości.
Gdy tak nade mną stał, powietrze stawało się coraz cięższe. Przygotowałam się.
Chwycił mnie mocno za brodę i zmusił, bym podniosła głowę.
Na jego twarz opadały cienie.
– Czy wiesz, co najbardziej w tobie podziwiam, droga córko? – zapytał zwodniczo łagodnym głosem. – Twój nieskończony upór. – Ścisnął mnie mocniej, jego paznokcie wbijały mi się w skórę. – To wręcz… inspirujące.
Wtedy odepchnął moją głowę, a ja uderzyłam nią o ścianę. Sapnęłam gwałtownie, gdy ból przeszył czaszkę.
– Rzecz w tym, że bezcelowy upór jest zwyczajnie do niczego – kontynuował, chodząc przede mną niczym drapieżnik. Jego głos się zmienił, był zimny i okrutny. – Czepiasz się tej lojalności, która doprowadzi tylko do twojej ruiny. A podziemne miasto? – Zamilkł na chwilę i poczekał, aż na niego spojrzę. – Znaleźliśmy je.
Serce zabiło mi szybciej, dudniło z przyprawiającą o mdłości intensywnością.
– Kłamiesz.
Uśmiechnął się. Powoli. Z wyrachowaniem. Podobało mu się to.
– Zapewniam cię, Vereno. Moja armia jest bardzo dokładna – powiedział, drwiąc z mojego strachu. – Nawet ten chłopiec, którego tak bardzo chciałaś chronić, nie był w stanie nas powstrzymać.
– Nie. – W żyłach poczułam chłód.
Ojciec kucnął, jego oczy błysnęły z rozbawieniem.
– Nie? – Przechylił głowę i przyjrzał mi się uważnie. – Uważasz, że kłamię? Myślisz, że są bezpieczni?
Oddech zaczął mi się rwać. On z tobą pogrywa. Nic nie wie. Nie może wiedzieć.
– Powiedz mi, córko. – Nachylił się bliżej, głos miał niemal czuły. – Jakie tajemnice są warte życia tych, na których rzekomo ci zależy?
Dacre.
Jego twarz pojawiła się w mojej głowie i nie byłam pewna, czy to przez zwątpienie, jakie ojciec próbował we mnie zasiać, czy przez moją desperację, ale byłam gotowa przysiąc, że czułam go przez niewidzialną więź, falę jego tęsknoty, która łagodnie we mnie przemówiła.
– Nie wiesz, gdzie oni są – wyszeptałam.
– Możliwe – odparł, prostując się. – Ale czy jesteś gotowa zaryzykować?
Jego słowa sączyły się w moją skórę jak trucizna.
– Daj mi to, czego chcę, Vereno. – Zaczął mówić niebezpiecznie cicho. – Ujawnij swoją magię. Powiedz mi wszystko, co wiesz.
Pokój się przechylił, ściany zaczęły się wokół mnie zaciskać, a jego groźby chwyciły mnie za gardło niczym wnyki. Oddychałam szybko i płytko, a zwątpienie majaczyło na obrzeżach mojej determinacji.
– Nie zdradzę go.
– Nie masz wyboru – warknął ojciec, chwytając mnie za szyję.
Sapnęłam i zaczęłam kopać, drapać go po rękach, szarpać się.
– Już ich wszystkich zdradzasz.
Mocniej zacisnął palce, a moje płuca stanęły w ogniu, przed oczami widziałam czarne plany.
Drapałam go po nadgarstkach, ale nie puszczał.
– Zachowaj tajemnice dla siebie – syknął – a umrą wraz z tobą. Albo wejdź w końcu w rolę tej, którą zawsze miałaś zostać… – Trzymał mocno, jego gorący oddech owiewał moje ucho. – Gdy to zrobisz, oszczędzę ich.
Szarpałam się desperacko. Sięgnęłam w głąb siebie w poszukiwaniu magii, resztek sił, ale nie miałam nic.
– Rebelia, w imię której walczą, i tak już poległa, Vereno. – Złowieszczy śmiech ojca wypełnił celę.
Nagle rzucił mnie na podłogę, jakbym była szmacianą laką. Moje żebra przeszył ból. Ręce, wciąż skute kajdanami, przyciskałam ciałem do podłogi, ramiona pulsowały boleśnie.
Z mojego gardła wyrwał się zdławiony szloch, a ja się skuliłam, drżąc.
– Nie próbuj się oszukiwać, nie masz tu żadnej kontroli. – Odwrócił się, szurając butami o kamienną podłogę. – Księżniczka Marmorisu. – Cmoknął z dezaprobatą, ale ja nawet na niego nie spojrzałam. – Równie żałosna co jej matka.
Przygryzłam wargę, aż poczułam smak krwi.
Nie złamię się.
– Proszę wybaczyć, Wasza Wysokość. – Żelazne drzwi skrzypnęły cicho, a do środka zajrzał gwardzista.
– O co chodzi? – zapytał ojciec i tylko na chwilę oderwał ode mnie spojrzenie, by zerknąć na nowo przybyłego.
– Rada prosi o twoją obecność w pokoju narad. To pilne.
Ledwie przyswajałam jego słowa. Wciąż z trudem oddychałam, wciąż drżałam.
Wtedy gwardzista stanął tak, że padło na niego światło.
Micah.
Oddech uwiązł mi w gardle.
Stał niespokojnie, ubrany w nieskazitelny mundur Królewskiej Gwardii, idealnie wyprasowany i uszyty z dokładnością. Na klapie marynarki znajdował się królewski emblemat, który błyszczał niczym piętno.
To było po prostu niewłaściwe.
– Widząca – rzucił ze zniecierpliwieniem ojciec. – Sprowadźcie ją natychmiast do dziedziczki. Czas jest tu kluczowy.
Micah przytaknął.
– Od razu po nią poślę, Wasza Wysokość.
Ojciec odwrócił się w stronę wyjścia, rzucając w moim kierunku jeszcze jedno spojrzenie, po czym zniknął za drzwiami.
Wstrzymywałam oddech, póki słyszałam oddalające się kroki. Dopiero gdy ucichły, wypuściłam powietrze. Moje płuca przeszył ból.
Patrzyłam na Micaha i doszukiwałam się w nim przyjaciela, którego niegdyś znałam – chłopca, któremu ufałam. Ale jedyne, co widziałam, to emblemat na jego piersi. A czułam tylko ciężar jego zdrady.
– Po co tu przyszedłeś? – Głos miałam schrypnięty, zdarty od krzyków, od duszenia, od warunków, w jakich mnie trzymano.
Micah zacisnął zęby. Zawahał się. Aż w końcu się odezwał:
– Nie miałem innego wyboru.
Mówił cicho, ale jego słowa niosły za sobą ciężar, który był niczym kotwica ciągnąca go pod wodę.
– Twój ojciec… – Zamilkł. Odwrócił wzrok.
W jego oczach pojawił się błysk. Poczucie winy, strach.
Wtedy wyszeptał coś, co sprawiło, że moje żyły wypełnił lód:
– Moja siostra.
Tak wiele razy mi o niej opowiadał. O młodszej siostrze, która została wyrwana z jego ramion tej samej nocy, gdy zabito ich rodziców. Była jedyną, którą chciał chronić.
– Co zrobił? – Ledwie rozpoznałam swój głos.
Micah pokręcił głową i odwrócił wzrok w stronę drzwi.
Skręcało mnie w żołądku, serce obijało się o żebra.
– Czego ode mnie chcesz?
Znowu na mnie spojrzał, po czym zrobił ostatnią rzecz, jakiej bym się po nim spodziewała. Padł przede mną na kolana i wyciągnął w moją stronę drżącą dłoń, ale mnie nie dotknął.
– Chcę ci pomóc.
Jego słowa zawisły między nami, kruche i niepewne.
Nie wierzyłam mu.
Nie, gdy klęczał przede mną w tym mundurze. Nie, gdy ojciec robił broń z każdego, kogo dotykał.
– Pomóc mi? – powiedziałam ledwie słyszalnym głosem. – Ile rozkazów mojego ojca wypełniłeś, zanim podjąłeś taką decyzję?
Micah się wzdrygnął, a po chwili zacisnął usta.
– Nigdy tego nie chciałem.
Zaśmiałam się ostro, w moim głosie nie było ani krzty rozbawienia.
– A jednak tu jesteś.
Zacisnął zęby.
– Myślisz, że to była moja dobrowolna decyzja?
Nie odpowiedziałam. Wątpiłam, by komukolwiek z nas spodobała się moja odpowiedź.
Zapadła długa cisza. W końcu westchnął.
– Szukałem cię od chwili, gdy się dowiedziałem, że cię aresztowali.
Znieruchomiałam.
– Co?
Przeciągnął ręką po twarzy i odwrócił wzrok.
– Nigdy nie pozwoliłbym im wziąć mnie żywcem, gdyby nie to, że szukałem… – Nie dokończył, tylko pokręcił głową.
Poczucie winy było wyryte na jego twarzy.
– Przepraszam – wyszeptałam.
Wtedy na mnie spojrzał, przyjrzał się moim siniakom, kajdanom i łańcuchom.
– Za co? – Głos miał pusty.
– Za to, że cię okłamałam. Za to, że nie powiedziałam, kim naprawdę jestem. – Z moich słów biło poczucie winy. Padały jedno za drugim, każde kolejne cięższe od poprzedniego. – Zasługiwałeś na prawdę, Micah. O… wszystkim.
Znowu zerknął w stronę drzwi, jakby się spodziewał, że ktoś tu wpadnie i siłą go wyciągnie. A potem popatrzył na mnie i wtedy to dostrzegłam – przebłysk nieufności w jego oczach.
– Myślałem, że walczymy o to samo – powiedział cicho. Nie słyszałam w jego głosie złośliwości, jedynie wyczerpanie. – Myślałem, że cię znam.
To było proste stwierdzenie, ale przeszyło mnie na wskroś.
– Nie mogłam ci powiedzieć. – Gardło mi się zacisnęło. – Nie wiedziałam, komu mogę ufać. Samej sobie nie ufałam.
Zesztywniał, a ja to dostrzegłam – ciężar na jego ramionach, który dźwigał przeze mnie.
– Teraz to nie ma znaczenia – powiedział, jego ciało wręcz drżało z napięcia. – To wszystko nie ma już znaczenia.
Wzdrygnęłam się na dźwięk zgorzknienia w jego głosie.
– Micah…
– Nikt po ciebie nie przyjdzie, Vereno. – Jego słowa były jak lodowate ostrze przecinające otaczający mnie obłok nadziei. Po raz pierwszy zwrócił się do mnie, używając mojego prawdziwego imienia. Spojrzenie miał niczym stal, przeszywające i nieugięte. – Nikt spośród tych, których zostawiłaś. Nikt.
Jego słowa wwiercały się w moją pierś.
– Nie znasz go – wydukałam, głos drżał mi ze strachu, którego nie byłam w stanie ukryć. – On po mnie przyjdzie.
Wyraz twarzy Micaha się nie zmienił, ale coś w jego spojrzeniu sprawiło, że ścisnęło mnie w żołądku.
– Może i tak – wymamrotał. – Ale czy wciąż tu będziesz, gdy się ewentualnie zjawi?
Podniósł rękę i wyciągnął ją w stronę mojego policzka. Kiedyś mu ufałam.
Ale moje ciało zareagowało pierwsze.
Wzdrygnęłam się i przywarłam do zimnej kamiennej ściany.
Micah zamarł, po czym wstał i przez długą chwilę patrzył na mnie z góry. Wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze. Jakby czekał.
Ale ja nie mogłam dać mu tego, czego oczekiwał.
Ani wybaczenia.
Ani zrozumienia.
Bo wciąż przepełniało mnie poczucie zdrady.
Musiał to dostrzec na mojej twarzy, bo zacisnął zęby.
A potem odwrócił się na pięcie.
– Wrócę – rzucił cicho przez ramię, głos miał pusty. – Jak tylko będę mógł.
Drzwi skrzypnęły. Micah ścisnął mocno uchwyt i zaczął je zamykać, a do mojego wnętrza zakradła się dobrze znana panika.
Kiedyś bardzo mi na nim zależało, ufałam mu, gdy nie miałam w życiu nikogo innego. Kiedyś marzyłam o tym, że nastąpi dzień, w którym razem zdołamy uciec z tego królestwa. A jednak znaleźliśmy się w tym samym miejscu, w którym zaczęliśmy.
W pułapce.
– Powinieneś uciec. – Słowa padły z moich ust, nim zdołałam je powstrzymać.
Micah się zawahał. Zacisnął palce na metalu. Przez chwilę myślałam, że mnie posłucha, ale gdy na mnie spojrzał, w jego oczach dostrzegłam coś zatwardziałego.
– Ucieczka już nie wchodzi w grę.
Drzwi zamknęły się z hukiem.
