Podziemne królestwo - Holly Renee - ebook
NOWOŚĆ

Podziemne królestwo ebook

Holly Renee

0,0

66 osób interesuje się tą książką

Opis

Uciekając przed okrucieństwem mojego ojca – bezlitosnego króla, który odebrał mi wszystko – trafiam prosto w ramiona śmierci. Rebelianci, którzy przysięgli zgładzić królewską krew, nie rozpoznają we mnie zaginionej córki ich największego wroga. Wśród nich jest Dacre – syn bezwzględnego przywódcy buntu. Podejrzliwy i nieufny, a jednak w jego spojrzeniu kryje się coś, co przyciąga mnie wbrew rozsądkowi. Chroni mnie przed innymi, lecz sam jest dla mnie równie niebezpieczny.
Tymczasem tajemnice rosną w cieniu podziemnego królestwa, a moja lojalność zostaje wystawiona na próbę. Wciągnięta coraz głębiej w sprawę rebeliantów, walczę z tym, kim byłam – i tym, kim mogę się stać. Między mną a Dacre’em zawiązuje się więź, której nie sposób rozerwać, choć może kosztować nas wszystko.
Gdy wojna się zbliża, granice między lojalnością a pożądaniem zacierają się, a ja muszę zdecydować, co jest dla mnie ważniejsze: władza, serce... czy wolność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 324

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Veiled Kingdom

Copyright © 2024 by Holly Renee

Copyright © for the Polish translation by Klaudia Wyrwińska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak

Redaktorki prowadzące: Zuzanna Sołtysiak, Joanna Zalewska

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Patryk Białczak

Korekta: Magdalena Białek, Sandra Popławska

Oryginalny projekt okładki: © Viki Lester | Forensics and Flowers

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68576-38-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

WYMOWA NAZW I IMION

Marmoris: Marmoris

Enveilorian: Onwejlerian

Dacre: Dejker

Nyra: Nira

Wren: Ren

Verena: Werena

Kai: Kai

Eiran: Erin

Veyrith: Vejrif

Liya: Laja

Elis: Ilis

OSTRZEŻENIE O ZAWARTOŚCI

Ta seria zawiera opisy scen erotycznych, przemocy oraz napaści. Znajdziecie w niej wulgaryzmy i tematy oraz treści, które mogą nie być odpowiednie dla wszystkich czytelników. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Rozdział 1Nyra

Pot ciekł mi po plecach pod cienkim płaszczem.

W powietrzu wciąż było czuć chłodny powiew, ale strażnik z wielką łapą wspartą na rękojeści miecza, stojący w pobliżu końca mostu, sprawiał, że serce łomotało mi szaleńczo na myśl o następnym ruchu.

Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam w stronę zatłoczonej alejki targowej. Zapach dymu i słonej ryby szczypał mnie w nos, ale nie był w stanie zamaskować odoru slumsów i spoconych ciał, który do mnie docierał.

Przerzuciłam ciemne włosy przez ramię i ruszyłam w tłum, trzymając się tak daleko od strażnika, jak to było możliwe.

Zerknęłam w stronę pałacu i potężnej żelaznej bramy, która oddzielała go od zatłoczonego mostu, szerokiego niemal jak cała dzielnica.

Wielki most Królestwa Marmoris był legendarnym miejscem.

A przynajmniej król by chciał, żeby jego poddani tak uważali.

Mój zdradziecki wzrok pomknął w stronę pałacu, tam gdzie wiedziałam, że mieści się mój były pokój. Okno znajdowało się tak wysoko, że dostrzegłam jedną z flag ojca powiewających ponad nim.

Pokój położony był tak wysoko, że nikt nie mógł zajrzeć do środka, a mnie dzięki temu nie mogło zagrażać żadne niebezpieczeństwo.

Tak przynajmniej myślałam.

W rzeczywistości jednak był tak wysoko, że nikt nie widział przynoszącej królowi wstyd dziedziczki bez mocy.

Zbyt wiele lat błędnie postrzegałam jego wstyd jako czujność. Rodzice stracili nadzieję na to, że ich dziedziczka będzie miała moce, gdy skończyłam dziesięć lat i nie pojawiła się choćby iskra. Wciąż pamiętam strach i zmartwienie w ich oczach, kiedy powiedzieli, że to musi pozostać naszą tajemnicą, ale ten niepokój umarł na długo przed moją matką. Ojciec przestał się mną interesować i jedyne, co widziałam w jego oczach, to niechęć.

Trudno było usłyszeć stłumione rozmowy wokół mnie, ponieważ wszystko zagłuszał szum wody z potężnego wodospadu pod mostem. Wytężyłam słuch, ale docierał do mnie jedynie brzęk monet i szeptane umowy handlowe, których nikt nie powinien usłyszeć.

Podmuch wiatru znad oceanu rozwiewał mi włosy wokół ramion, a ja zaciągnęłam się głęboko powietrzem, aż płuca zaczęły błagać, bym wypuściła oddech. Za każdym razem, gdy wiatr niósł za sobą ten znajomy zapach, zalewały mnie słodko-gorzkie wspomnienia. Byłam rozdarta między nostalgią a urazą.

Spojrzałam w stronę wody, gdzie na pokłady statków wsiadali ci, którzy opuszczali królestwo. Brzuch zabolał mnie z tęsknoty, gdy przypomniałam sobie, jak kiedyś je obserwowałam i marzyłam, by wypłynąć na pełne morze, aż wiatr zabierze mnie z tego miejsca.

Tyle że ostatnio brzuch boli mnie codziennie.

Zmusiłam się do ruchu i szłam między starymi wózkami, aż minęłam sprzedawcę, który zawsze przyglądał się mojemu ciału dłużej, niż mi się to podobało, ale i tak się do niego uśmiechnęłam, gdy gapił się pożądliwie.

Tylko tego potrzebuję.

Jego spojrzenie wylądowało na obrysie moich piersi, a ja wsunęłam ręce za plecy.

Jeśli obserwował krągłości mojego ciała, to nie miał czasu patrzeć mi się na ręce.

– No dzień dobry – powiedział, po czym przeciągnął językiem po dolnej wardze, ledwo widoczniej przez przerośniętą siwiejącą brodę.

– Dzień dobry – odparłam cicho, pochylając nieznacznie głowę, by postrzegał mnie jako nieśmiałą i połechtaną jego atencją. W tym samym czasie chwyciłam w ręce jabłko i kawałek starego chleba.

Wsunęłam kawałek pieczywa za pasek spodni, wciąż trzymając ręce pod cienkim płaszczem.

Błysnęłam wyćwiczonym uśmiechem i zatrzepotałam rzęsami, a mężczyzna wciąż się na mnie gapił, kompletnie niezmartwiony obrączką na swoim palcu.

– Ma być dzisiaj zimno. – On wciąż wpatrywał się w moje ciało, a ja zachowywałam równomierny oddech i tłumiłam łomotanie serca.

Spojrzałam w niebo, powoli przyjrzałam się chmurom i kiwnęłam głową.

– Dziękuję, że mnie pan poinformował.

Tak jakby ci, co śpią na ulicach, nie zdawali sobie sprawy z tego, na co się zanosiło, gdy zmieniało się ciśnienie w powietrzu.

– Wiesz, gdzie mnie znaleźć, jeśli ten twój płaszczyk nie da ci wystarczająco ciepła.

Ugryzłam się w język, by powstrzymać cisnącą się na usta ripostę. Jabłko wciąż ściskałam w ręce, a jego ciężar dodawał mi otuchy podczas słuchania tych wszystkich słów, nawet gdy sok skapywał mi z palców, bo wbiłam paznokcie w skórkę.

– Dziękuję. – Kiwnęłam głową i zrobiłam krok w tył, by wmieszać się w tłum, zanim sprzedawca znudzi się moim ciałem i spojrzy gdzieś indziej.

Na to zwyczajnie nie było mnie stać.

Żyłam na ulicy od niemal roku, od czasu nalotu na zamek, i uważałam na to, by nikt zbyt uważnie mi się nie przyglądał.

Nie miałam wystarczająco pieniędzy na zakup biletu na jeden ze statków, tak jak tego pragnęłam, a plotki o niebezpieczeństwie czekającym poza wybrzeżem sprawiały, że tkwiłam w miejscu.

Rebelia stawała się coraz bardziej bezwzględna, a ja nie mogłam ryzykować podróży na południe przed dniem składania dziesięciny, gdy rebelianci będą uważnie obserwować ojca, co da mi szansę na to, by się przemknąć.

Przeciskałam się szybko przez tłum na moście i dostrzegłam mężczyznę ubranego w wytworne tkaniny, gdy podchodził do jednego z kupców, którego oczy aż rozbłysły na jego widok. Nieznajomy nie miał na sobie płaszcza, jego koszula była wystarczająco gruba, by chronić go przed chłodnym powietrzem, ale to też oznaczało, że sakiewka przywiązana z przodu paska była bardzo dobrze widoczna.

A wnioskując po tym, jak nisko pod biodrem wisiała, mogłam się założyć, że miał tam przynajmniej dziesięć monet.

Przyspieszyłam kroku ze wzrokiem skupionym na mężczyźnie.

Desperacja szarpała mną od środka, pchając do przodu. Chciwość mogła mnie jednak zabić albo, co gorsza, doprowadzić do mojego schwytania.

A ja miałam wystarczająco dużo jedzenia, by zaspokoić głód na jakiś czas.

Ale dziesięcina miała zostać oddana za kilka dni, a ja musiałam odejść, zanim do tego dojdzie.

Bo każdy w królestwie musiał stawić się przed królem i zapłacić, bez względu na to, jaką mocą się włada.

Ja nie mogłam tego zrobić.

Nawet gdybym miała moc, by jakoś zapłacić ojcu to, co uznawał, że mu się należy, mieszkańcy pałacu rozpoznaliby mnie w chwili, gdy tylko przekroczyłabym bramy. Strażnicy patrolujący most, ulice i lochy nie mieli tego przywileju, ale co innego prywatna gwardia ojca. A oni bez wątpienia by mu towarzyszyli, by go chronić, podczas gdy on odzierałby lud z tej odrobiny przywilejów, na które wyrażał zgodę.

Bez mrugnięcia okiem mordowali naszych za niepłacenie, a strach przed tym, co mogliby zrobić ze mną, brał górę nad strachem przed rebelią.

Zmusiłam się, by podejść bliżej do mężczyzny, gdy ten przesuwał dłonie po eleganckiej koszuli, zupełnie nieświadomy tego, co się wokół niego działo.

Na moście było to z jego strony bardzo głupie.

Udowodniono już niejednokrotnie, że w tym miejscu najłatwiej było zostać złodziejem, ale też zostać schwytanym.

I gdyby nie lęk, który ogarniał mnie na myśl o braku monet w mojej kieszeni i jedzenia w brzuchu, pewnie bym zawróciła.

Ale na to nie było mnie stać.

Nie tak blisko dnia składania dziesięciny.

Mężczyzna rozmawiał ze sprzedawcą zaledwie kilka chwil, po czym przekazał mu dwie monety.

To były dwie monety mniej dla mnie.

Przełknęłam strach, który groził moim paraliżem, i podążałam za mężczyzną, gdy ten oddalał się od stoiska.

Szedł z pewnością siebie, jakby wiedział, dokąd zmierza, i kroczył przez most zupełnie nieświadomy mojej obecności.

Płaszcz, który miałam na sobie, z łatwością wtapiał się w morze płaszczy na targu, dzięki czemu zapewniał mi odrobinę anonimowości.

Poruszałam się tak szybko, jak mogłam, starając się dotrzeć do mężczyzny, zanim za bardzo zbliży się do pałacu.

Przyspieszyłam i pokonałam dystans między nami, serce łomotało mi w piersi, dopasowując się rytmem do kroków.

Zatrzymał się, przepuszczając mały wózek kupiecki. Drewniane koła terkotały, a wózek poruszał się chybotliwie i wiedziałam, że to moja jedyna szansa.

Wózek zbliżał się w moją stronę, a gdy ledwie mnie minął, rzuciłam się do przodu i uczepiłam mężczyzny, by ratować się w ten sposób przed upadkiem.

Wpadłam na niego, wymachując rękami, by chwycić za jego koszulę – udawałam, że straciłam równowagę, jednocześnie go popychając.

Wleciał w mężczyznę, który stał za nim, i cała nasza trójka ledwie utrzymała się na nogach, gdy wpadliśmy w tłum.

Nie marnowałam czasu – pociągnęłam za skórzane paski mocujące sakiewkę i zgarnęłam ją.

– Tak bardzo przepraszam – wymamrotałam drżącym głosem i stanęłam prosto. – Nie patrzyłam, gdzie idę.

Zmrużył oczy i mi się przyjrzał. Czułam, jak uważnie to robi, a każdy nerw w moim ciele nakazywał mi uciekać.

Prawą ręką wciąż trzymałam go za koszulę, a lewą z całych sił ściskałam skórzaną sakiewkę.

Konsternacja mężczyzny ustąpiła zmartwieniu, gdy wyciągnął dłoń w moją stronę.

– Nic pani nie jest?

Zmusiłam się do uśmiechu i z całych sił starałam się wyglądać na delikatną.

– Tak. Po prostu… straciłam równowagę. Nic mi nie będzie.

Modliłam się, by nie poczuł braku sakiewki na biodrze.

Podtrzymywał mnie za ramiona i przez chwilę się wahał, aż w końcu kiwnął głową.

– Proszę uważać. Ten most potrafi być niebezpieczny dla dziewczyn takich jak ty.

Dziewczyn takich jak ja.

Most był bardziej niebezpieczny dla dziewczyny takiej jak ja niż dla kogokolwiek innego. Całe królestwo takie było.

Ścisnęłam sakiewkę w dłoni, po czym zrobiłam mały krok w tył. Pochyliłam głowę i stałam przed nim ze spuszczonym wzrokiem.

– Dziękuję, proszę pana. Będę ostrożna.

Po tych słowach odwróciłam się na pięcie i bez najmniejszego problemu z powrotem wtopiłam się w tłum. Serce łomotało mi w mieszaninie niepokoju i poczucia winy. Ale ani jedno, ani drugie nie wystarczało, bym żałowała tego, co zrobiłam.

Gdy szłam przez tętniący życiem rynek, nie mogłam nic poradzić na to, że co rusz zerkałam na ściskaną w ręce sakiewkę. Jej zawartość będzie w stanie zapewnić mi kilka tygodni spokojnego życia, może nawet miesięcy, jeśli będę rozsądnie nią rozporządzać. Ciężar monet, które wsadziłam do kieszeni, złagodził poczucie nagłości, które zżerało mnie od środka.

Strażnicy wciąż stali przy wejściu na most, więc zmusiłam się do tego, by ich minąć, choć każdy mięsień bolał mnie bardziej, gdy się do nich zbliżałam. Kiedy przekroczyłam linię gładkiej kostki brukowej i stanęłam na zakurzonych kocich łbach, którymi wyłożone były ulice, pozwoliłam sobie spojrzeć przez ramię, by upewnić się, że nikt mnie nie zauważył.

Że mężczyzna nie zdał sobie sprawy z kradzieży.

Gdy strażnicy nawet na mnie nie zerknęli, przyspieszyłam kroku i ruszyłam wąskimi uliczkami. Im bardziej oddalałam się od mostu, tym mniej okazałe były wzniesione przy nich domy.

A ci, którzy w nich mieszkali? Stawali się coraz mniej ważni.

Do króla można się było zbliżyć tylko wtedy, gdy miało mu się coś do zaoferowania. Jeśli twoja magia była czymś, co mogło mu się przydać.

Powietrze wypełniał odór śmieci i rozkładu, mieszający się z odległym zapachem przypraw, który docierał tu z zaniedbanych straganów z jedzeniem rozstawionych wzdłuż ulic.

Stanowiło to ogromny kontrast w porównaniu z przepychem pałacu i jego mostu, ale im dalej byłam od jednego i drugiego, tym łatwiej przychodziło mi oddychanie.

Ciężar skradzionych monet w mojej kieszeni dawał mi poczucie bezpieczeństwa, zapowiadał chwilową ulgę od głodu, który męczył mój żołądek.

Gdy szłam zniszczonymi ulicami, patrzyłam na twarze mijanych osób. Wiele z nich było przepełnionych zmęczeniem i rezygnacją, bił od nich ciężar codziennych trudów. Świat poza pałacem był brutalną rzeczywistością, która nieustannie przypominała mi o tym, co zostawiłam za sobą.

Opłakiwałam niektóre aspekty przeszłego życia, jednocześnie modląc się do bogów, bym nigdy więcej tam nie wróciła.

Szłam ze spuszczoną głową, bez trudu wtapiając się w biedę i desperację. Poszarpany płaszcz maskujący moją tożsamość idealnie spełniał swoje zadanie, dając mi iluzję niewidoczności na tych zapomnianych ulicach. Przetrwanie nauczyło mnie niewidzialności, stawania się duchem pośród cieni.

I to mi się przysługiwało.

Skręciłam w prawo, w starą i zapomnianą uliczkę, gdzie minęłam dom – po jego cegłach pięły się winorośle. Mieszkająca tam starsza kobieta rzadko wychodziła na zewnątrz albo przyjmowała gości, a jeszcze rzadziej zaglądała do małej wnęki na tyłach swojego ogrodu.

Usiadłam tam, w miejscu, które stało się moim domem, po czym wyjęłam spod płaszcza chleb i jabłko. W chwilach takich jak ta bardzo żałowałam, że nie mam noża, ale Micah miał się zaraz zjawić. Rozkoszowałam się pierwszym gryzem chleba i akurat wtedy usłyszałam zbliżające się od strony alei kroki. Na wszelki wypadek schowałam jedzenie i pozostawałam w milczeniu, gdy kroki spowolniły. Micah wyłonił się z cieni, jego szczupła sylwetka idealnie wtapiała się w ciemność dookoła niego.

– Poszczęściło ci się dzisiaj? – zapytał przyciszonym głosem, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu potencjalnego niebezpieczeństwa, po czym się pochylił i usiadł obok mnie z jękiem.

– Całkiem nieźle mi poszło – odpowiedziałam, wyciągając chleb i rozdzierając go na pół. Chwycił zachłannie swój kawałek i naprawdę nie dało się nie dostrzec głodu w jego oczach. – A tobie?

Przytaknął i wręczył mi małą sakiewkę, która była za lekka, by w środku były jakiekolwiek monety.

– Udało mi się to zabrać z wozu szlachcica przy pałacu.

Ostrożnie otworzyłam sakiewkę, a w środku znajdowało się kilka złożonych pergaminów z nieprzełamaną królewską pieczęcią.

– Korespondencja do króla.

Palce mi drżały, gdy sięgnęłam do środka, ale jego słowa sprawiły, że znieruchomiałam. Strach przeszywał mnie na wskroś, wręcz dusił. Rzuciłam sakiewkę na ziemię.

– Nie możemy ich zatrzymać – powiedziałam stanowczym szeptem. – Jeśli zostaniemy z tym złapani, na szali znajdzie się coś więcej niż nasze życia.

Pokręciłam głową. Kłębiły się we mnie myśli o konsekwencjach tego, co właśnie powiedział Micah. Królewska korespondencja oznaczała, że w środku umieszczone zostały ważne dokumenty – potencjalnie istotne informacje, których nie mogliśmy traktować lekko.

To narażało mnie na o wiele większe niebezpieczeństwo niż monety, które ukradłam.

Jeśli król i strażnicy dotychczas mnie nie szukali, to za tym na pewno ruszyliby w pogoń.

Ale właśnie to niepokoiło mnie najbardziej. Bo gdyby mnie dopadli, nikt by nie wiedział.

Byłam zaginioną księżniczką, która według wszystkich wciąż siedziała zamknięta w wieży.

Byłam skazą na perfekcyjnych rządach króla. A on wciąż mnie ukrywał, tak jak ja ukrywałam się przed nim.

Micah spojrzał na mnie z niepokojem wymalowanym na twarzy.

– Masz rację – przyznał z napięciem w głosie. – Nigdy bym tego nie zabrał, gdyby nie to, że odchodzisz. – Przeciągnął pokrytą odciskami dłonią po jasnych włosach, które zdawały się błyszczeć w świetle słonecznym.

Micah był jedyną osobą, której się zwierzyłam po ucieczce z zamku, ale i tak wiedział tylko tyle, ile chciałam mu powiedzieć. Okazał mi dobroć na ulicy, gdy nikt inny mi nie pomógł, a ja wcale mu się nie odwdzięczałam, zachowując w tajemnicy to, kim byłam. Mój ojciec by go zabił, gdyby się dowiedział, że pomagał mi się ukrywać.

Dla Micaha byłam dziewczyną z przeszłością, która uciekała, a dla ojca stanowiłam tylko ciężar. I każdy, kto wiedział o mnie i moim braku mocy, trafiał do tej samej kategorii.

– Ale spójrz. – Otworzył jeden z listów, ten, gdzie pieczęć już była złamana, i szybko go rozłożył, po czym przebiegł wzrokiem po tekście. Wskazał na dół strony, a ja spojrzałam na krawędź papieru. – Źle wykonaliśmy znak rebelii. – Wziął mnie za lewą rękę i podciągnął mi rękaw, odsłaniając prosty, czarny znak rebeliantów, który naniósł na moją skórę.

Musnął kciukiem wrażliwą skórę nadgarstka, gdzie z pomocą magii starannie zrobił znak, a moje ramię pokryła gęsia skórka.

Znak przedstawiał dwie strzały tworzące „X”. Tyle razy o nim słyszeliśmy, ale Micah miał rację – różnił się nieznacznie od tego, co wskazano w królewskiej korespondencji. Pióra były nieco inne i każdy, kto już należał do rebelii, z łatwością dostrzegłby niespójność.

Takie osoby zauważyłyby także, że jestem niczym więcej jak zdrajczynią próbującą podszyć się pod jednego z nich, przez co zabiłyby mnie równie szybko co król.

Jednakże zwolennicy króla nie opuszczali królewskiego wybrzeża, chyba że zamierzali dołączyć do rebelii. Tak było od czasu nalotu.

W przeciwnym razie robiło się bardzo niebezpiecznie.

Gdyby ktoś z nich miał mnie znaleźć po ucieczce, jedynym sposobem na przetrwanie było pokazanie im, że jestem po ich stronie.

Nigdy nie mogli poznać mojej prawdziwej tożsamości.

Nikt nie mógł.

– Musimy to naprawić. – Micah przesuwał delikatnie palcem po moim znaku i aż mnie w brzuchu ścisnęło, gdy się temu przyglądałam. – Rozpoznają w tobie oszustkę, gdy tylko to zobaczą.

Oszustka.

Bogowie, nie było lepszego słowa na to, by mnie opisać.

– Zrób to. – Wskazałam na trzymany przez niego pergamin i przełknęłam ślinę.

Wciąż pamiętałam, jak jego magia wpalała się w moją skórę, i wiedziałam, że tym razem ból wcale nie będzie mniejszy. Ból to jednak mała cena, jeśli spojrzy się na to szerzej. Od tego zależał mój los.

Twarz Micaha wykrzywiła się w wyrazie koncentracji, gdy skierował magię do palców. Zatrzeszczało od energii, powietrze w wąskiej alejce zgęstniało. Wzięłam głęboki oddech i przygotowałam się na to, co miało nadejść.

Micah łagodnie przycisnął kciuk do znaku na moim nadgarstku, uważając, by nie uszkodzić istniejących już linii, a magia przepłynęła na mnie, wtapiając się w moją skórę. Z jego dotyku biło ciepło przeszywające ciało i tworzące nowe elementy znaku.

Przygryzłam wargę, znosząc katusze, gdy on skrupulatnie poprawiał pióra na lotce. Każde muśnięcie kciuka było niczym liźnięcie ognia, naznaczające mnie nową tożsamością. Było to kolejne odrodzenie z konieczności, desperacka próba przetrwania w świecie, który wymagał lojalności i oddania.

Kiedy ból się nasilił, zacisnęłam pięści, paznokcie wbijając we wnętrze dłoni. Dotyk Micaha zelżał, a skupienie osłabło, kiedy spojrzał na pergamin.

W końcu zabrał rękę, a mnie zalała fala ulgi. Przyjrzałam się przerobionemu znakowi na nadgarstku, linie były wyraźne, skóra lekko zaczerwieniona. Pióra na lotkach zostały idealnie wyrównane, każdy delikatny szczegół był wyryty na mojej skórze jako dowód tego, kim musiałam się stać.

– Musisz być ostrożna – ostrzegł Micah głosem zabarwionym troską i taką samą dezaprobatą jak wtedy, gdy po raz pierwszy poprosiłam go o zrobienie mi znaku. – Rebelia to niebezpieczna gra.

Kiwnęłam z powagą głową, w pełni świadoma ryzyka, na jakie się wystawiałam. Krążyły pogłoski, że w ukryciu rebelia przybierała na sile, napędzana niesprawiedliwością króla i osób sprawujących władzę. Walczyli o wolność, o świat, w którym wszyscy mieliby równe szanse w życiu, bez względu na posiadaną magię.

Jednocześnie działali w cieniu, a ich taktyka była tak samo bezlitosna jak tych, którym się sprzeciwiali.

A ja widziałam tego dowód, gdy zrobili nalot na pałac, który uważano za nie do zdobycia.

– Wiem – odpowiedziałam pewnym głosem. – Miejmy nadzieję, że nie będę musiała go użyć.

Oboje wiedzieliśmy, że nigdy nie będzie mnie stać na bilet na jeden ze statków zacumowanych w królewskim porcie, ale jeśli udałoby mi się dotrzeć wystarczająco daleko na południe, mogłam mieć jakiekolwiek szanse.

Południowe wybrzeże znajdowało się naprawdę daleko, zwłaszcza dla dziewczyny, która nie oddalała się dalej niż dwa kilometry od pałacu, ale nie miałam innej możliwości.

– Nie chcę, żeby coś ci się stało. – Micah uniósł rękę i zaczął zbliżać ją do mojego policzka, a mnie zalało poczucie winy.

Jego troska i zmartwienie o mnie nie brały się znikąd. Po opuszczeniu pałacu Micah stał się moją ostoją, powiernikiem i najlepszym przyjacielem.

Ale to, jak na mnie patrzył… w tym było coś więcej.

W oddali rozległ się przeszywający krzyk. Ręka Micaha, która coraz bardziej zbliżała się do mojej twarzy, zawisła w powietrzu. Oboje znieruchomieliśmy, nasłuchując z napiętymi mięśniami, aż nagle dźwięk szybkich kroków rozległ się zbyt blisko, żebyśmy poczuli się bezpiecznie.

Micah otworzył szeroko oczy i odwrócił głowę w stronę, z której dobiegały zbliżające się kroki. Opuścił rękę i musnął palcami rękojeść sztyletu przypiętego do paska. Desperacja w jego głosie była mocno wyczuwalna, gdy wyszeptał:

– Musimy uciekać, teraz.

Serce pędziło w mojej piersi, gdy panika wypełniła żyły. Chwyciłam Micaha za ramię, mocno i nieugięcie.

– Trzymaj – powiedziałam głosem pełnym strachu i determinacji, po czym sięgnęłam do kieszeni i wyciągnęłam z sakiewki połowę monet.

– Skąd je masz, do cholery? – Micah chwycił mnie za dłoń i zacisnął palce na monetach, obejrzawszy się przez ramię.

– Ukradłam je – wyszeptałam pospiesznie, zerkając w stronę dobiegających kroków. – Weź je i uciekaj. Znajdź bezpieczne miejsce i się ukryj, gdzieś, gdzie cię nie znajdą. Spotkamy się tutaj dzisiaj w nocy.

– Potrzebujesz ich.

– Oboje potrzebujemy – naciskałam, a zarówno on, jak i ja wiedzieliśmy, że to prawda.

Micah wahał się przez chwilę, rozdarty między troską o mnie a potrzebą ucieczki. Wiedzieliśmy jednak, że trudniej będzie nas złapać, gdy się rozdzielimy. Wcisnęłam mu monety w rękę, a on kiwnął głową i zacisnął pięść, po czym raz jeszcze dotknął mojej dłoni.

– Uważaj na siebie – wymamrotał, jego głos był mieszanką zmartwienia i determinacji. A potem zniknął w cieniach, jakby nigdy go tu nie było.

Gdy pozostałam sama w słabo oświetlonym zaułku, serce tłukło mi w piersi niczym bęben. Kroki z każdą sekundą rozlegały się coraz bliżej. Strach i adrenalina wypełniały moje żyły, napędzając instynkty. Odwróciłam się na pięcie i popędziłam w przeciwnym kierunku. Przebiegłam wąską alejką, przeskoczyłam nad porzuconą skrzynią i minęłam mężczyznę, który pędził w przeciwną stronę. Płuca paliły mnie z każdym oddechem, ale biegłam mimo to.

Myśli pędziły mi jak szalone, gdy starałam się wymyślić w biegu jakiś plan. Musiałam znaleźć kryjówkę, wmieszać się w tłum i zniknąć z oczu tym, którzy poruszali się ulicami. Nie miało znaczenia, kogo ścigali, bo Gwardia Królewska nie była wybredna, jeśli chodziło o tych, którzy stawali im na drodze.

Ulice były zatłoczone, wszyscy wyglądali na zdenerwowanych. Rozejrzałam się dookoła, tak jak pozostali, a tłum przemierzały dziesiątki strażników.

Zwolniłam kroku i szłam ze spuszczoną głową.

– Tam! – zawołał mężczyzna za moimi plecami, ale nie odważyłam się obejrzeć przez ramię. – To ona.

Serce mi przyspieszyło, gdy głos rozległ się na gwarnej ulicy. Panika przepełniała wszystkie komórki mojego ciała, popędzając do biegu, ale zmusiłam się do zachowania spokoju. Szłam przez tłum, sprawnie przedzierając się między ludźmi, zdesperowana, by wśród nich zniknąć.

Jednak los nie był dla mnie łaskawy.

Nim zdążyłam zareagować, silnie ręce chwyciły mnie za ramiona i szarpnęły tak, że moje kończyny przeszył ból. Zatoczyłam się, walcząc o zachowanie równowagi w obliczu nagłego ataku.

Górowała nade mną potężna postać ubrana w ciemny granatowy mundur, co oznaczało, że to wartownik. Wpatrywał się we mnie, a mój strach walczył z buntem, gdy zmusiłam się do odwrócenia wzroku i udawania kogoś, kim nie byłam.

Kogoś, kto szanował króla i tych, którzy mu służyli.

– Mam ją! – zawołał przez ramię, a ja się skrzywiłam, słysząc głośne kroki.

Sięgnął do mojej twarzy i uniósł mi brodę zrogowaciałym palcem, wpatrując się we mnie.

– To ona? – zapytał zza jego pleców kolejny strażnik, a ja przełknęłam ślinę.

Nie. Proszę. Proszę. Proszę.

Jeśli zabiorą mnie z powrotem do pałacu, nie przetrwam. Ojciec na to nie pozwoli. Zdradziłam go i jego królestwo, uciekając podczas nalotu, a on nigdy nie pozwoliłby mi o tym zapomnieć.

– To ona.

Sięgnął do mojego nadgarstka i przyciągnął bliżej, gdy wszyscy oddalali się od nas tak bardzo, jak tylko było to możliwe.

Dla nich byłam niczym i na pewno nie zamierzali ryzykować dla mnie życia, a Micah zniknął, tak jak mu kazałam.

Księżniczka.

Byłam gotowa na to, że za chwilę to powie, gotowa na westchnienia dobiegające z tłumu, ale byłam zszokowana, gdy przesunął kciukiem po moim wciąż obolałym znaku rebelii.

– Wygląda na to, że mała złodziejka jest też zdrajczynią.

Rozdział 2Dacre

Zaciskałem zęby i słuchałem, jak ojciec mnie opieprza.

Jakby to była moja wina, że moja siostra została schwytana.

Jakbym już nie umierał od środka, próbując znaleźć sposób na to, jak ją wydostać.

To nie było nic nowego.

Członkowie rebelii byli niemal codziennie łapani przez pałacowych strażników.

Niektórzy ginęli od razu, jednak pozostali byli zmuszeni, by modlić się do boga pomyślności o szybką śmierć. Więzień króla był więźniem tortur, a rebelia miała wiele sekretów wartych poznania.

A moja siostra była za młoda i za ładna, by zabić ją od razu.

Ci strażnicy będą mieli wobec niej o wiele gorsze plany niż poznanie jej sekretów.

Ale będę krwawił do ostatniej kropli i walczył do ostatniego tchu, by ją wydostać.

Kucaliśmy na skraju lasu, czekając, aż słońce całkiem zniknie za horyzontem.

Dziesięcina przypadała za dwa dni, a ja musiałem do tego czasu uwolnić siostrę.

Powiodłem wzrokiem po linii drzew i przyjrzałem się naszemu otoczeniu, a ojciec nie przestawał mówić.

Nie miałem siły, by się na tym skupiać.

Mógł sobie być liderem rebelii, ale jednocześnie odpowiadał za to, że moja mama została zabita.

Był odpowiedzialny za śmierć wielu rebeliantów, którzy zostali ofiarami zaplanowanego przez niego ataku, do którego nie byliśmy przygotowani.

Ataku, który odmienił nasze życia.

Ataku, przez który straciłem do ojca cały szacunek.

– Słyszałeś, co powiedziałem? – burknął głębokim głosem, a ja w końcu spojrzałem mu w oczy.

– Co?

– Nawet mnie, kurwa, nie słuchasz, Dacre. – Zmarszczył czoło, a między ściągniętymi brwiami pojawiły się dwie głębokie bruzdy. Zmrużył zielone oczy, w których pojawił się błysk irytacji.

Gdyby nie odziedziczone po mamie ciemne oczy, byłoby tak, jakbym patrzył w lustro.

Włosy miał czarne niczym bezkresne nocne niebo. Opadały miękkimi falami na twarz, kontrastując z ostrą, kanciastą szczęką, na której miał bliznę po nieudanym ataku. Naprawdę, gdyby nie oczy po mamie, wyglądałbym jak jego wierna kopia.

– Wiemy, gdzie trzymają więźniów. – Przeciągnąłem dłonią po włosach, wpatrując się w pałac oraz mostowy market, którego za wszelką cenę próbowaliśmy uniknąć. – Wejdziemy z Kaiem sami. Jeśli nie zdołamy jej znaleźć w pół godziny, wycofamy się.

Po moim trupie.

– Pół godziny – powtórzył. – Jeśli jej nie znajdziecie, wychodzisz stamtąd. Jesteś zbyt ważny.

Prychnąłem na słowa ojca, ale on nie zwracał na mnie uwagi.

– To Mal powinna iść z Kaiem.

– Idę, z twoją zgodą czy bez – oznajmiłem stanowczym głosem, patrząc na ojca z determinacją. – Jest moją siostrą i nie pozostawię jej w ich łapskach.

Rozluźnił szczękę i nieznacznie przekrzywił głowę. Cały czas mi się przyglądał. Powinien się ze mną właśnie kłócić, mówić, że to on tam pójdzie, by odzyskać córkę.

– Masz trzydzieści minut.

Jego słowa nie miały znaczenia. Już podjąłem decyzję. Nie zamierzałem się wycofać, nawet jeśli nie zdołam odnaleźć siostry w ciągu pół godziny. Bez względu na konsekwencje.

Nie czekając na dalsze rozkazy od ojca, odwróciłem się w stronę pogłębiających się cieni stolicy.

Obaj z Kaiem poznaliśmy plany każdego centymetra pałacu, przestudiowaliśmy rutynę strażników i każde możliwe wejście. Robiliśmy to od lat. Jednak teraz, gdy przygotowywaliśmy się do wejścia do środka po raz pierwszy od nieudanego ataku, żyły na mojej szyi pulsowały, a pierś unosiła się i opadała gwałtownie z każdym uderzeniem serca.

– Gotowy? – zapytał Kai, jego głos był ledwie słyszalny.

– Bardziej nie będę. – Ręce miałem śliskie od potu i głos mi drżał nieznacznie, gdy udzielałem odpowiedzi.

Ruszyliśmy, trzymając się cieni, a nasze kroki były niemal bezszelestne na porośniętej mchem ziemi, gdy zostawialiśmy ojca i pozostałych za nami. Nie skierowaliśmy się prosto do mostu. Zamiast tego skręciliśmy w prawo i szliśmy w stronę kilku ulicznych sprzedawców, którzy wciąż pracowali.

– I tu zaczyna się zabawa – wyszeptał Kai, głos miał napięty z niepokoju.

Przytaknąłem, bo ta sama obawa wypełniła moje ciało, gdy rozglądałem się dookoła. Nasze ruchy były zsynchronizowane – poruszaliśmy się jak dwie łuski na ciele węża, krok po kroku, nawigując się przez labirynt ciał i dóbr.

Na targu wciąż było głośno od rozmów i śmiechów. Przed nami nad miastem górował pałac, jego potęga kontrastowała z niedolą poddanych króla.

Kai skinął w prawo, a ja podążyłem za nim wąską alejką biegnącą między dwoma budynkami. Obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem znajomy dom, tak porośnięty bluszczem, że był niemal nierozpoznawalny, ale szybko popatrzyłem z powrotem przed siebie.

Nie mogłem myśleć o tym domu. Nie w tej chwili.

Włosy na karku stanęły mi dęba i zacisnąłem pięści, starając się stłumić nerwy. Kai poprowadził nas kolejną aleją, w głąb miasta, a jednocześnie z daleka od tłumu. Zapach oceanu unosił się w powietrzu, a ja niemal czułem sól na języku.

Dźwięk fal roztrzaskujących się o skały wybrzmiewał echem w oddali, a ja skorzystałem z tej chwili, by złapać oddech.

Wyłoniliśmy się z alei, zostawiając tłumy za sobą, a przed nami rozciągały się spokojniejsze ulice starego miasta. Pałac wciąż znajdował się daleko, jego kształt jaśniał pośród zbierającego się kurzu.

– Tędy. – Kai wskazał przed siebie, a ja szedłem zaraz za nim.

Przemieszczaliśmy się zwinnie, nasze kroki odbijały się echem od wilgotnego bruku. Przechodziliśmy pustymi ulicami, unikając pojawiających się z rzadka pieszych albo bezdomnych kotów kręcących się w poszukiwaniu jedzenia. Pałac był coraz bliżej, jego wysoki zarys unosił się na tle gwieździstego nieba, które zaczynało się budzić do życia.

Gdy dotarliśmy w pobliże pałacowych murów, dwaj strażnicy chodzili tam i z powrotem przed bramą, nieustannie się rozglądając. Obaj z Kaiem wymieniliśmy spojrzenia, po czym się rozdzieliliśmy – każdy obrał inną trasę, by przekroczyć zamkowe mury niezauważonym.

Skradałem się wzdłuż ściany, byłem coraz dalej od bramy, ale nie mogłem pozbyć się przeczucia, że coś jest nie tak. Włosy na karku stanęły mi dęba i przez chwilę zwolniłem kroku, by rozejrzeć się uważnie dookoła.

Ale niczego nie dostrzegłem.

Ruszyłem dalej, aż dotarłem do miejsca, o którym rozmawialiśmy z Kaiem, i zacząłem się wspinać, pomagając sobie skórzanym ekwipunkiem, by chwytać nierówne kamienie, kiedy nie byłem w stanie znaleźć podparcia. Gdy bezszelestnie wylądowałem po drugiej stronie, na terenie pałacu, usłyszałem dobiegający z lewej strony szelest.

Znieruchomiałem i starałem się nie hałasować – serce łomotało mi szaleńczo, gdy zalała mnie niepewność. Dostrzegłem nagły ruch, więc wyciągnąłem sztylet z pochwy na piersi. Już miałem nim rzucić, gdy w końcu zobaczyłem, że to Kai. Twarz miał wykrzywioną w zmartwieniu.

– Pojawił się problem.