Uśmiech fortuny - Richard Osman - ebook + książka

Uśmiech fortuny ebook

Osman Richard

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Najbardziej (nie)zwyczajna czwórka przyjaciół na tropie zaginionego drużby, tajemniczego kodu i milionów Bitcoinów.

Seria cosy crime, która stała się czytelniczym fenomenem i doczekała ekranizacji na Netflixie.

Kto ma czas myśleć o morderstwie, kiedy trzeba zaplanować ślub?

To spokojny rok dla Czwartkowego Klubu Zbrodni. Joyce jest zajęta planowaniem przyjęcia weselnego córki, Elizabeth przeżywa żałobę, Ron zmaga się z problemami rodzinnymi, a Ibrahim nadal prowadzi terapię swojej ulubionej przestępczyni.

Bieg wydarzeń zmienia wesele. Elizabeth spotyka tam człowieka, który ma poważne kłopoty. Od tej chwili porwanie i śmierć podążają tuż za nimi. Złoczyńca chce uzyskać dostęp do kodu, którego nie da się złamać, i nie cofnie się przed niczym, by go zdobyć. Czwartkowy Klub zbrodni znów wkracza do akcji. Czy tym razem uda się rozwiązać zagadkę tajemniczego kodu i morderstwa, zanim będzie za późno?

 

Poznaj serię kryminałów Richarda Osmana(„Czwartkowy Klub Zbrodni”, „Człowiek, który umarł dwa razy”, „Kula, która chybiła”, „Ostatni gasi światło”, „Uśmiech fortuny”),która sprzedała się w wielomilionowym nakładzie, stała się czytelniczym fenomenem i doczekała ekranizacji Netflixa z gwiazdorską obsadą. Niepowtarzalny humor, wysublimowane kryminalne zagadki i bohaterowie – ekscentryczni seniorzy oraz ich kompani – których losy są tak samo wciągające jak szukanie odpowiedzi na pytanie, kto zabił.

„Zabawna, błyskotliwa, wciągająca”. Harlan Coben

„Sprawiająca prawdziwą przyjemność: ujmująca, dowcipna, czuła”. The Guardian

„Ekscytująca, poruszająca i przezabawna”. Mark Billingham

„Pełna uroku, mądrości i inteligencji, które są znakami rozpoznawczymi Osmana”. Lee Child

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 339

Rok wydania: 2026

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Impossible Fortune

Redakcja: Ewelina Korostyńska

Korekta: Danuta Sabała

Projekt okładki: Richard Bravery, font w nazwisku autora i w tytule: Joel Holland

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright © by Agora Książka i Muzyka Sp. z o.o., 2026

Copyright © for the Polish translation by Anna Rajca-Salata, 2026

The Impossible Fortune

Copyright © Richard Osman, 2025

All rights reserved

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-500-9

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

*

1

Czwartek

2

3

4

5

6

7

Piątek

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

Sobota

22

23

24

25

26

27

28

29

Niedziela

30

31

32

33

34

Poniedziałek

35

36

37

38

39

40

41

Wtorek

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

Środa

53

54

55

56

57

58

Następny czwartek

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

Kolejne sześć tygodni i cztery dni

71

72

73

74

75

76

Podziękowania

Przypisy

 
 

Mattowi i Anissie

 
 
 
 

W internecie można znaleźć instrukcje, jak zrobić bombę. Jeżeli się wie, gdzie szukać.

Co i od kogo kupić. Jak złożyć wszystko w całość. Są nawet filmiki. Mężczyźni w kominiarkach ze śrubokrętami. Lutowanie drucików na warsztatach w garażach z pustaków.

Autorzy w zasadzie pomijają kwestię ryzyka. Ale ono jest przecież dość oczywiste. Nikomu chyba nie muszą tłumaczyć, że z materiałami wybuchowymi należy postępować ostrożnie. Naprawdę trzeba dodawać: „Nie próbuj tego w domu”?

Są tam instrukcje, jak zbudować duże bomby, małe bomby, bomby z gwoździami, bomby chemiczne, jakie tylko przyjdą nam do głowy.

W tej sytuacji właściwym wyborem była bomba mała lub średnia. Wystarczająco stabilna podczas przenoszenia, dość potężna, by zabić.

Ostatecznie okazało się, że najlepiej będzie skorzystać z usług jednej z firm internetowych, która wykona za nas całą pracę. Zbuduje bombę dokładnie wedle życzenia, potem ją dostarczy, a w razie potrzeby pomoże umieścić we wskazanym miejscu. Wybrana firma ma bardzo dobre opinie. Gwarantuje nawet zwrot pieniędzy, jeżeli bomba nie wybuchnie. Nazywa się „Wielkie Bum”.

Usługa nie jest tania, ale trzeba doliczyć wiedzę fachową, koszty konstrukcji i dostawy, a przede wszystkim – to wychodzi najdrożej – zachowanie całej sprawy w tajemnicy. Jeżeli chcecie wiedzieć, cena ludzkiego życia to około dwudziestu siedmiu tysięcy funtów. Za to bez podatku VAT. Z oczywistych względów.

Ale nie warto oszczędzać. Kiedy bomba w końcu wybuchnie, pieniądze przestaną być problemem.

Oczywiście nie chodzi jedynie o pieniądze. Pod pewnymi względami nawet wręcz przeciwnie.

No dobrze, nie traćmy czasu.

Zegar tyka, zresztą nie tylko on.

 
 
1
Joyce

Wiem, że już dawno nie pisałam. Bardzo przepraszam.

Pewnie byliście ciekawi, co się ze mną działo? Może uciekłam na wyspy Bahama z treserem psów policyjnych? Przyśniło mi się to zeszłej nocy. Ale obudziłam się, bo Alan zaczął szczekać na wiewiórkę, którą zobaczył przez okno.

Po prostu byłam tak zajęta organizacją wesela, że nie miałam nawet czasu podrapać się w głowę. Straszny młyn.

Ustalenia w kwiaciarni, zamawianie tortu – jakim cudem ciasto może być tak drogie? Przecież to tylko jajka, cukier i trochę margaryny. Wiem, jeszcze dekoracje, ale bez przesady. Potem sukienka, z tym akurat była zabawa, piłyśmy koktajle. Poszłam nawet do salonu manicure – zerkałam wcześniej na takie miejsca, ale jakoś nie miałam śmiałości wejść. Było bardzo miło, więc może znów się wybiorę, jeżeli ktoś ze znajomych pójdzie do ołtarza.

Jutro wielki dzień. Ślub w czwartek? Wiem. Co my mamy z tymi czwartkami?

No ale przecież nie codziennie twoja jedyna córka wychodzi za mąż. Na naszym osiedlu niektórzy mają już wnuki, które biorą śluby, ale nie Joanna, ona się nie spieszyła i chyba dobrze na tym wyszła. Chociaż przez tyle lat mówiłam co innego. Aż trudno uwierzyć, że rok temu o tej porze była jeszcze z prezesem klubu piłkarskiego!

A potem pojawił się Paul.

Poznali się przez internet. Ludzie – to znaczy Ron – często mi mówią, że powinnam umawiać się na randki online, ale martwię się, że wszystkich będzie interesował tylko numer mojej karty kredytowej. Ibrahim przestrzegał, żebym nigdy nie zdradzała ludziom w parku, jak się nazywa mój pies, bo mogą to wykorzystać do kradzieży hasła. Powiedziałam, że nie użyłam jego imienia w żadnym haśle, ale nalegał. Więc gdy ktoś teraz pyta, jak się nazywa mój pies, mówię, że Joyce. A gdy potem chce wiedzieć, jak ja mam na imię, grzecznie się żegnam i odchodzę.

Napisałam wam już o kwiaciarni, torcie, sukience i tak dalej, ale nie wspomniałam, że o każdą z tych rzeczy i o wiele innych udało nam się już z Joanną pokłócić. Na przykład podczas ślubu nie będzie żadnych hymnów, tylko piosenki Backstreet Boys. Doszło nawet do tego, że oświadczyłam: „Jak nie chcesz, żebym ci pomagała, to po prostu powiedz”, na co ona odparła: „Mamo, nie chcę twojej pomocy”. Wtedy się rozpłakałam, a po mnie rozpłakała się Joanna i zapewniła, że oczywiście chce mojej pomocy, ja za to przyznałam, że się wtrącam. Biedny Ibrahim, który wszedł w sam środek całej awantury, powoli wycofał się z pokoju. Jak już wspominałam, nie jest głupi, no chyba że chodzi o psy albo hasła.

Mamy z Joanną odmienne poglądy na temat ślubów, ale to było do przewidzenia. Skoro nie zgadzamy się w sprawie glutenu, podobnie będzie w kwestii większości rzeczy. Ja (przez całe moje długie i szczęśliwe życie) robię wszystko po swojemu, a Joanna po swojemu. „Po londyńsku”, jak mawia Ron.

Do naszej pierwszej kłótni doszło jakieś czterdzieści pięć sekund po tym, gdy Joanna i Paul zawiadomili mnie, że się pobierają. Byłam zachwycona. Co prawda znali się od niedawna, a na Netflixie, wiadomo, pokazują różne historie, ale i tak nie posiadałam się ze szczęścia. Paul jest uroczy i zupełnie nie przypomina mężczyzn, z którymi wcześniej umawiała się Joanna. Zwykle byli milionerami albo Amerykanami. Nie żebym miała coś przeciwko milionerom albo Amerykanom, wręcz przeciwnie, weźmy na przykład George’a Clooneya, jednak rozmaitość to sól życia, a Paul jest profesorem na uniwersytecie (tylko Middlesex, ale zawsze). To jednak stała posada, a z prezesami klubów piłkarskich lub milionerami różnie bywa.

Ale wróćmy do pierwszej kłótni.

Uściskałam najpierw Joannę, potem Paula i zapytałam, czy planują duży ślub, a ona odparła, że skąd, absolutnie, będzie mały i kameralny, na co rzuciłam, nie pamiętam dokładnie, chyba: „Jaka szkoda, ale trudno”, w każdym razie coś neutralnego. „Jak to szkoda?”, zapytała Joanna bardzo uprzejmym tonem, bo był z nami Paul, ale już wiedziałam, co się święci, więc aby rozładować atmosferę, dodałam: „To nieważne, po prostu pomyślałam sobie, że jako starsza panna młoda masz masę przyjaciół, którzy chętnie przyszliby na ślub”. „Starsza panna młoda?” powtórzyła Joanna wciąż bardzo spokojnie, a ja pomyślałam: Joyce, jak zwykle musiałaś coś palnąć, i sprostowałam: „Nie, nie starsza, po prostu kobiety w twoim wieku często biorą już drugi ślub po rozwodzie”. Jednak znów nie trafiłam. Paul coś napomknął, ale nie słuchałyśmy go, bo nasz spór wszedł właśnie w delikatną fazę. Joanna uśmiechnęła się (nie oczami, więc od razu wiedziałam) i oznajmiła, że chce mieć kameralną uroczystość, a to przecież jej ślub, więc tak właśnie będzie. Rozumiałam ją, ale znacie mnie, zdążyłam już wyobrazić sobie masę druhen, przystojnych młodzieńców z obsługi, mnóstwo kwiatów i tańce. Jak w Bridgertonach. Jeśli oglądaliście ten serial, wiecie, o co mi chodzi. Wyobraziłam sobie tłum szczęśliwych przyjaciół, którzy ocierają łzy radości i komplementują mój kapelusz. Elizabeth, Rona i Ibrahima. Siedziałabym w pierwszym rzędzie, a oni tuż za mną. Nachylaliby się do mnie i mówili, że pięknie wyglądam. Myśląc o tym wszystkim, powiedziałam: „Ty wiesz najlepiej. Jak zawsze, prawda?”. A wtedy Joanna poprosiła Paula, żeby poszedł do kuchni i zrobił nam herbaty.

Teraz, gdy o tym piszę, zdaję sobie sprawę, że mogłam zachować się inaczej.

Joanna podeszła do mnie i oświadczyła, że nie zamierza tracić panowania nad sobą, bo Paul nigdy jej w takim stanie nie widział, a woli odczekać półtora roku od ślubu, zanim mąż dowie się, do czego jest zdolna (choć nie był to właściwy moment, chciałam jej wtedy przyznać rację. Kiedy Gerry po raz pierwszy zobaczył, jak dostaję białej gorączki, mieszkaliśmy już w czteropokojowym domku w Haywards Heath i byłam w ciąży, więc czas na wątpliwości minął). Potem Joanna oznajmiła, że planuje niewielką uroczystość, bez zamieszania, za to pełną miłości, ja zaś powiedziałam, choć nie powinnam się w ogóle odzywać, że duże wesele nie oznacza zamieszania i może to jeszcze przemyśli, na co wszedł Paul i zapytał, gdzie jest mleko, a my, nie odrywając od siebie wzroku, odpowiedziałyśmy jednocześnie: „W lodówce”.

Właściwie to wiedziałam, że Joanna ma rację. Ale cieszyłam się na ten ślub i tyle razy go sobie wyobrażałam. Dlatego zachowałam się mało rozsądnie. Teraz to widzę, ale wtedy jakoś nie potrafiłam inaczej. Kiedy wychodziłam za Gerry’ego, nie stać nas było na urządzenie hucznego wesela. Mieliśmy cudowny, ale skromny ślub. Byli tylko nasi rodzice, sąsiedzi spod siedemnastki (ci spod trzynastki nie przyszli przez incydent z sekatorem), kolega Gerry’ego z pracy jako drużba, kilka moich koleżanek pielęgniarek i dwie kuzynki, które i tak by przyszły, nawet bez zaproszenia. Po wszystkim zjedliśmy kanapki w pubie (w zarezerwowanej sali) i następnego dnia oboje poszliśmy do pracy.

W każdym razie opowiedziałam to wszystko Joannie. I tak już miałam przechlapane, więc pomyślałam, że może trochę się zrehabilituję, jeśli wspomnę o Gerrym. Wtedy ona przytuliła mnie i powiedziała: „Ciągle sobie wyobrażam, jak tato prowadzi mnie do ślubu”, a ja, no cóż, nie musiałam sobie niczego wyobrażać, bo widziałam to w myślach tyle razy, że stało się dla mnie zupełnie realne, więc też ją przytuliłam i zrozumiałam, że w życiu nie zawsze jest tak jak w Bridgertonach.

I gdy tak płakałyśmy z Joanną, wspominając tatę i męża, wszedł Paul z dwiema herbatami i powiedział: „Cukru też nie mogłem znaleźć, ale bałem się zapytać”, czyli dokładnie to samo, co powiedziałby w takiej sytuacji Gerry, a ja zrozumiałam, że nie obchodzi mnie liczba gości na ślubie, tylko moja piękna córka i ten uroczy mężczyzna. Ale niezależnie od tego, ilu ich będzie, i tak kupię sobie nowy kapelusz.

Paul podał nam herbatę i chusteczki, powiedziałam Joannie, że ją kocham, a ona zapewniła mnie o tym samym. Potem Paul zapytał: „A tak na przyszłość gdzie jest cukier?”. Gdy wyjaśniłam, że w szafce nad mikrofalówką, Joanna spytała, czy w mikrofalówce nie ma przypadkiem żadnych klejnotów, kokainy albo broni. Zaprzeczyłam, bo pod tym względem mieliśmy spokojny rok.

Oczywiście Elizabeth, Ron, Ibrahim i ja nadal spotykamy się w każdy czwartek i codziennie się odwiedzamy (Elizabeth potrzebuje jeszcze trochę czasu, więc z nią widujemy się rzadziej), ale ostatnio nie wpakowaliśmy się w żadne poważne kłopoty.

Powiedziałam Joannie, że Elizabeth, Ron i Ibrahim bardzo ucieszą się z jej ślubu i zrozumieją, że skoro ma być skromny, to ich nie zaprosi, ale odparła, że oczywiście są zaproszeni. „Nie przesadzaj”, dodałam. „Jak skromny, to skromny, na pewno są osoby, które chcesz zaprosić w pierwszej kolejności”. Wtedy Joanna zapytała: „Mamo, ile osób miałaś na myśli, mówiąc o dużym ślubie?”, a gdy odparłam, że około dwustu, bo tak to sobie wyobrażałam, tylko się roześmiała. Powiedziała, że jej przyjaciółka Jessica (Jacinta? Jemima?) zaprosiła na swoje wesele w Maroku osiemset osób.

Zapytałam więc, ile osób to dla niej kameralny ślub, a ona odparła, że około dwustu.

I na tym stanęło. Joanna będzie miała skromny ślub, jak zawsze chciała, a ja wielki, taki, jaki sobie wymarzyłam. Czasem warto różnić się od własnych dzieci.

Później zapytałam, czy Bogdan z Donną też mogą przyjść, no i co z Chrisem i Patrice, a Joanna odparła, żebym się nie rozpędzała, że mogą przyjść później na wesele, które zaplanowali na jakieś czterysta osób. No, naprawdę skromnie, Joanno.

W każdym razie moja sukienka na jutro leży wyprasowana w gościnnym pokoju na łóżku. Co chwilę tam chodzę i ją oglądam. Nowy kapelusz czeka w pudle. Mark z Robertsbridge Taxi załatwił minibusa i zawiezie nas wszystkich na miejsce ceremonii. Nie będzie to kościół, jak sobie wymarzyłam, tylko uroczy dom na wsi w hrabstwie Sussex. Jest dużo piękniejszy od kościoła, więc nie zawsze warto upierać się przy swoich marzeniach. A czasem warto pozwolić innym zrealizować własne.

Kiedy napiszę do was następnym razem, będę już teściową. Poza tym tata Paula, Archie, jest wdowcem, ma osiemdziesiąt parę lat, nosi wąsy i wygląda jak ktoś, kto potrzebuje opieki. Widziałam na planie rozmieszczenia gości, że mam siedzieć obok niego przy głównym stole.

A choć ostatnio żyliśmy bez kłopotów, brakowało nam miłości.

Wypijmy więc za jutro, za miłość i za brak kłopotów.

Czwartek
 
 
2

Elizabeth znowu coś przeczuwa. Co dokładnie, nie potrafi powiedzieć. Coś się z nią jednak dzieje i to nie tylko z powodu brandy. Jest wyraźnie pobudzona, chociaż jeszcze nie wie dlaczego.

Na lewo od niej Ron wznosi kufel w stronę słońca, które właśnie zachodzi nad Sussex.

– Byłem na wielu ślubach, głównie własnych, ale ten jest najlepszy. Za Joannę!

– Za Joannę – powtarza Ibrahim, unosząc szklankę z whisky. Podczas ceremonii płakał chyba więcej od Joyce.

– I za Paula – dodaje Joyce. – Nie zapominajcie o Paulu.

– Drużba dał niezłą plamę – mówi Ron.

Drużba. Elizabeth już o nim myślała.

– Był zdenerwowany – tłumaczy Joyce.

– To nie powód, żeby od razu rzygać – mówi Ron. – W końcu nie twój ślub, chłopie.

– Za bardzo się przejął – zgadza się Ibrahim.

Już przed tym nieszczęsnym atakiem mdłości coś było z nim nie tak. Czy stąd wzięły się przeczucia Elizabeth? Mogłaby przysiąc, że w pewnym momencie drużba na nią wymownie spojrzał. I zrobił to umyślnie.

– A ty, Elizabeth, co o tym wszystkim sądzisz? – pyta Ibrahim.

Elizabeth zastanawia się przez chwilę i na jej twarzy pojawia się lekki uśmiech. Wie, że jest prawdziwy i że pewnego dnia będzie radośniejszy.

– Było cudownie. Chyba są bardzo szczęśliwi. Joyce też.

– Jeszcze pół butelki szampana i odleci – ocenia Ron.

Joyce ma lekką czkawkę. Czwórka przyjaciół w milczeniu patrzy na zachód słońca. Siedzą sami na kamiennym tarasie wielkiego domu. Z wnętrza słychać muzykę i śmiechy.

Elizabeth patrzy na swoich towarzyszy i myśli o Stephenie. Joyce to dostrzega – bo Joyce dostrzega wszystko – i kładzie jej rękę na ramieniu.

– Dziękuję, że jednak przyszłaś – mówi. – Wiem, to nadal trudne.

– Bzdura – burczy Elizabeth. Chętnie wygłosiłaby wykład o samodzielności, ale przecież Joyce ma rację. To nadal trudne. W zasadzie prawie niemożliwe. Wypija łyk brandy i spuszcza wzrok. – Bzdura.

Odwraca głowę i widzi Joannę, która wychodzi na taras przez podwójne drzwi.

– Zastanawiałam się, gdzie wszyscy zniknęliście. Co robicie? Szprycujecie się?

Ron wstaje i ją przytula.

– Potrzebowaliśmy po prostu pięciu minut spokoju. Jak drużba?

– Nick? Uzupełnia płyny.

Nick, tak się nazywał. Nick Silver.

– A obrus? – pyta Ibrahim.

– Zniszczony – mówi Joanna. – Potrącą nam z depozytu. Kto ma ochotę zatańczyć? Mamo? Wszyscy domagają się tańca z tobą. Podobno jesteś czarująca.

– Bo jestem – mówi Joyce i znów czka. – Masz to po mnie.

Ron pomaga jej wstać z fotela.

– Może tata Paula się z tobą pokręci? – sugeruje.

– Nie jestem zainteresowana – odpowiada Joyce.

– Przecież przez cały obiad trzymałaś mu rękę na kolanie – odzywa się Ibrahim.

– Witałam go w rodzinie – wyjaśnia Joyce.

– Pierwsze słyszę, że ktoś tak to nazywa – mówi Ron i odstawia kufel.

– A ty, Ibrahimie? – pyta Joanna. – Zgodzisz się ze mną zatańczyć?

– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiada Ibrahim i wstaje. – Co to będzie? Fokstrot? Quickstep?

– Cokolwiek się da do Like a Prayer Madonny – mówi Joanna.

Ibrahim kiwa głową.

– Będziemy improwizować.

Wszyscy już wstali i idą w stronę drzwi, tylko Elizabeth nie rusza się z miejsca. Joyce kładzie jej rękę na ramieniu.

– Idziesz?

– Za dziesięć minut – mówi Elizabeth. – Bawcie się dobrze.

Joyce lekko ściska ramię przyjaciółki. Od śmierci Stephena traktuje ją z delikatnością i empatią. Żadnych kazań i homilii, żadnych pustych słów. Obecna, kiedy wyczuwa, że może się przydać, nieobecna, gdy Elizabeth potrzebuje czasu dla siebie. Ron ją przytulał, Ibrahim, wybitny psychiatra, próbował nakłaniać do tego czy owego, myśląc, że ona nie zauważy. A Joyce? Elizabeth zawsze wiedziała, że przyjaciółka wyróżnia się inteligencją emocjonalną, której ona sama nie ma, ale wdzięk, z jakim zachowywała się przez ostatni rok, budził podziw. Cała grupa znika za drzwiami i Elizabeth znowu zostaje sama.

Znowu? Teraz zawsze jest sama. Zawsze sama i nigdy sama: na tym polega żałoba.

Słońce zaszło już za wzgórza South Downs. Zawsze samo, ale nigdy samo. Elizabeth czuje, jak wyostrzają się jej zmysły. Ale dlaczego?

Z alei wysadzanej drzewami, biegnącej poniżej tarasu, dobiega szelest. Zza wysokiego dębu wyłania się mężczyzna i idzie w stronę Elizabeth.

A więc o to chodziło, ktoś się tam czaił w półmroku. Stąd ta czujność. Mężczyzna wchodzi po kamiennych schodach na taras i w świetle ukazuje się znajoma postać Nicka Silvera, drużby.

– Można? – Wskazuje ruchem głowy fotel obok Elizabeth.

– Bardzo proszę.

Z domu dobiegają radosne okrzyki. Pewnie tańczącego Ibrahima. Nick siada.

– Pani nazywa się Elizabeth – mówi. – Ale to pani wie.

– Owszem. – Elizabeth z ulgą spostrzega, że Nick zmienił koszulę. – Ma pan do mnie jakąś sprawę, panie Silver?

Nick kiwa głową. Spogląda w niebo, a potem przenosi wzrok na swoją towarzyszkę.

– Dziś rano ktoś próbował mnie zabić.

– Ach tak – mówi Elizabeth. Nagle coś się w niej budzi. Przez ostatni rok jej serce zachowywało się jak mechaniczna pompa utrzymująca ją przy życiu wbrew woli. Teraz znów zmienia się w żywy mięsień. – Jest pan pewien?

– Takie rzeczy po prostu się wie.

– A ma pan jakiś dowód? Wasze pokolenie lubi dramatyzować.

– Mam. – Nick unosi telefon.

Elizabeth czuje znajome przyciąganie. Czy powinna wycofać się z tego, póki jeszcze może?

– I ktoś ma dobry powód, żeby pana zabić? – pyta. Nie wycofuje się. Oczywiście, że nie. Gdzie, na litość boską, miałaby się wycofać?

– Owszem. – Nick kiwa głową. – Prawdę mówiąc, nawet bardzo dobry.

Elizabeth wraca na dawny szlak. Zarósł chwastami, ale ciągle jest na swoim miejscu.

– I wie pan, kto to jest?

– Wszystko zostanie między nami? – pyta Nick. – Mogę pani zaufać?

– Na to pytanie sam musi pan sobie odpowiedzieć, panie Silver – mówi Elizabeth. – Nie ja.

Mężczyzna drży, chociaż wieczór jest ciepły.

– Mógłbym podać pani kilka nazwisk.

– Chce pana zabić więcej niż jedna osoba? – Elizabeth unosi brew. – Wydaje się pan całkiem nieszkodliwy.

– Dziękuję.

– Czemu przyszedł pan z tym do mnie? A nie na przykład do naszych przyjaciół z policji?

– Po prostu... – zaczyna Nick. – Z wielu powodów wolałbym nie rozmawiać o tym z policją. Słyszałem o pani od Paula. O pani reputacji.

– Pewnie przesadzał – mówi Elizabeth. Łatwo zapomnieć, że ma się jakąś reputację.

– Po prostu pomyślałem sobie – mówi Nick i patrzy na nią ze strachem, który widziała już tyle razy. To strach człowieka, którego stopa ześlizgnęła się poza krawędź przepaści. – A gdybym tak opowiedział pani wszystko? Może zna pani kogoś, kto by mi pomógł?

Elizabeth właściwie nie zamierzała iść na to wesele. Planowała, że zostanie w domu i poczyta. Popatrzy na fotel Stephena. Poznęca się nad sobą. Ale poszła. Coś jej mówiło, że czas zacząć żyć na nowo. Myślała, że powinna znów zobaczyć czyjąś prawdziwą miłość, ale nie, to było coś znacznie lepszego. To drużba, którego ktoś chce zabić.

Z kłopotami jest trochę jak z miłością: kiedy nadejdzie właściwy moment, same cię znajdą. Więc przyszła na wesele.

Czy zna kogoś, kto mógłby pomóc Nickowi? Elizabeth spogląda na drużbę, bierze go za rękę i kiwa głową.

– Tak, panie Silver. Znam.

 
 
3

A jak będą tam ochroniarze? – pyta Connie Johnson, odgryzając kawałek pain au chocolat.

– To ich pozabijamy? – pyta Tia.

Connie z namysłem kiwa głową. To nie jest pozbawione sensu. Sama by tak nie postąpiła, ale widać, że dziewczyna myśli. I stara się dobrze wypaść.

– Albo weźmiemy ich rodzinę jako zakładników? – dodaje Tia z nadzieją, że to właściwa odpowiedź.

Wszystko wymyślił Ibrahim. Może nie wyszło dokładnie tak, jak zaplanował, ale to już nie wina Connie.

Kiedy siedziała jeszcze w więzieniu w Darwell, zanim zwolniono ją z powodu „przypadkowo” unieważnionego postępowania sądowego, Ibrahim złożył jej pewną propozycję. „Connie, powinnaś spłacić dług wobec społeczeństwa”, powiedział, po czym po krótkiej sprzeczce wyjaśnił, że nie chodzi o zwrot prawdziwych pieniędzy ani innych dóbr, które zdobyła w czasie długiej i owocnej kariery. Chciał, aby pomogła – „Bez paniki, niefinansowo” – osobie, która miała mniej szczęścia w życiu, i wyjaśnił, dlaczego Connie byłaby znakomitą mentorką dla jednej z młodszych współwięźniarek w Darwell. „Podziel się swoją życiową mądrością”, namawiał i obiecywał, że dobrze jej to zrobi.

Connie poznała Tię Malone na zajęciach plastycznych, gdzie nastolatkę przyłapano na kradzieży kleju. Potem podeszła do niej na obiedzie w stołówce i tak zaczęły rozmawiać. Ibrahim był zachwycony i przewidywał, że nowa znajomość wiele Connie da.

– Pięćdziesiąt kawałków dla ciebie – mówi Tia. – I pięćdziesiąt dla mnie.

Connie wypija łyk flat white’a. Po tej nieszczęsnej aferze na molo w Fairhaven, z kokainą i zabitymi facetami, których nazwisk już nie pamięta, odsiedziała w Darwell siedem miesięcy. W sumie nie było tak źle. Dzięki koneksjom jako jedyna w więzieniu miała reformer do pilatesu i subskrypcję Netflixa.

– Wystarczy, że wykonam jeden telefon i mam pięćdziesiąt patyków – wyjaśnia. – Nie muszę się w coś takiego angażować.

– Proszę – namawia Tia. – Zobaczysz, będzie fajnie. Obiecuję. Przecież sama mówiłaś, że powinnam gonić marzenia.

Rzeczywiście coś takiego mówiła. Podczas pierwszej rozmowy. Connie bardzo polubiła Tię i docenia jej ambicje. Dziewczyna zaczęła karierę przestępczą od kradzieży Rolexów bogatym turystom w West Endzie. Przyjeżdżali tam we czwórkę na rowerach i wybierali ofiary, lawirując między samochodami. Po napadzie i kradzieży zegarka znikali w bocznych uliczkach i nim zawyła pierwsza policyjna syrena, siedzieli bezpieczni w Vauxhall. Tia była jedyną dziewczyną w gangu i żeby to ukryć, zawsze podczas napadów trzymała buzię na kłódkę. Wpadli, gdy pewien kurier Deliveroo, któremu zapewne marzył się medal, pojechał za nimi na osiedle i doprowadził policję do ich kryjówki. Gliniarze zgarnęli trzech chłopaków i olali szukanie czwartego, bo nigdzie nie było go widać.

– Wracając do stu kawałków – mówi Connie. – Tia, czego cię uczyłam? Chyba stać cię na większe marzenia?

Connie musi przyznać, że rola mentorki sprawia jej przyjemność. Tia przez jakiś czas kontynuowała rowerowe napady w asyście ludzkiej tarczy, czyli trzech nowych chłopaków, gdy nagle doznała olśnienia. Z rodzaju tych, które Connie szanuje.

Dlatego nadal spotykają się raz w tygodniu, zwykle w Sojowym Szaleństwie, nowej wegańskiej kawiarni w Fairhaven. W miasteczku jest teraz więcej kawiarni wegańskich niż niewegańskich. Co prawda jego gentryfikacja postępuje, ale chętnych na kokainę, ku radości Connie, też nie ubywa.

– Większe niż sto kawałków? – pyta Tia. Przed nią leży ciastko kokosowe.

– Opowiedz mi, jak wyglądały wasze napady na rowerach – prosi Connie.

– Przecież wiesz – mówi Tia.

– Wiem. Ale opowiedz.

To technika, którą podkradła Ibrahimowi. Zależało mu, żeby posłuchała samej siebie. Wiedział, dokąd chce ją doprowadzić, ale drogę musiała znaleźć sama. Bo jeżeli dotrzesz gdzieś samodzielnie, zawsze potem możesz tam wrócić. Tak przynajmniej uważa Ibrahim, pewnie bez sensu.

– Gość kupował Rolexa u jubilera w Knightsbridge, którego mieliśmy pod obserwacją – opowiada Tia. – Jechaliśmy za nim z kumplami i kradliśmy mu zegarek, żeby go potem sprzedać.

– I? – pyta Connie, czekając na coś więcej. Irytują ją takie pytania u Ibrahima, ale gdy sama je zadaje, jest inaczej. Ibrahim bawi się dziś na weselu. Przysłał jej zdjęcie. Connie bardzo chciałaby wyjść za mąż. Może powinna coś w związku z tym zrobić? Właściwie przydałby jej się Tinder dla przestępców. W profilowym mogliby używać najnowszych mugshotów[1].

– I tak z piętnaście czy dwadzieścia razy – ciągnie Tia. – Jedziemy na rowerach do miasta, typujemy ofiarę, okradamy ją i odjeżdżamy. A piętnaście czy dwadzieścia napadów to piętnaście czy dwadzieścia okazji, żeby wpaść. Świetny trening cardio, ale wysokie ryzyko.

– Tak uważasz? – Na zdjęciu był też najlepszy kumpel Ibrahima Ron. Connie obiecała, że go nie zabije, chociaż przyczynił się do jej aresztowania. No, jeszcze zobaczymy. Connie tak łatwo nie wybacza. Czasem myśli, że gdyby nie ciężar wszystkich pretensji, jakie ma do świata, odfrunęłaby z wiatrem.

Tia kończy jeść ciastko kokosowe.

– No więc pomyślałam sobie: zaraz-zaraz, przecież wszyscy kupują zegarki w tym samym sklepie. Czemu po prostu nie obrabujemy sklepu? Zgarnęlibyśmy za jednym zamachem piętnaście zegarków. Taki sam towar, a okazja, by nas złapali, tylko jedna.

Connie kiwa głową. Dużo się teraz narzeka na młodzież, ale Tia jest inteligentna i myśli logicznie. Nie siedzi z założonymi rękami, potrafi ciężko pracować. Pozostał jeszcze ostatni krok. Dziewczyna musi go zrobić sama.

– A minusy takiego podejścia? – Szczerze mówiąc, czasem naprawdę brzmi jak Ibrahim. W zeszły wtorek była na spotkaniu, gdzie postrzelono w nogę importera kokainy, i złapała się na tym, że mówi: „Ból przeminie, ale to, czego cię nauczy, zostanie z tobą na zawsze”. Nie opowiedziała o tym Ibrahimowi. Byłby dumny, że Connie go cytuje, jednak wciąż nie pochwalał jej działalności zawodowej.

– Więcej planowania, lepsze zabezpieczenia do rozpracowania, a po wszystkim poważniejsze śledztwo – mówi Tia. – Dla mnie spoko. Lubię planować. To moja ulubiona część roboty.

– I powiódł się? Ten nowy plan?

– Jak złoto – mówi Tia. – Dopóki nas nie złapali.

– Przecież i tak w końcu byście wpadli – tłumaczy Connie. – Jak nie za jedno, to za drugie. Ryzyko zawodowe. Więc lepiej wpaść za coś dużego. Ale mów dalej. Czego się nauczyłaś? Jaki jest twój nowy plan?

– Dostałam nauczkę – mówi Tia. – Wiem, że jak włączy się alarm, mam dwie minuty i ani sekundy dłużej. Nieważne, czy w następnej gablotce leżą klejnoty koronne. Minęły dwie minuty, więc spadam.

Connie słucha i kiwa głową.

– Czyli tego się nauczyłaś?

Tia spogląda na nią tak, jak ona sama wiele razy patrzyła na Ibrahima. Wie, że to podchwytliwe pytanie. Powinna nauczyć się czegoś innego i jest dość bystra, aby domyślić się czego.

– No więc – zaczyna i widać, że intensywnie myśli, siedząc na niewygodnym artystycznie ciosanym zydlu. – Najpierw kradłam pojedyncze Rolexy.

– Mhm – mówi Connie.

– Potem dotarło do mnie, że wszystkie były kupione w tym samym sklepie, więc mogę tam pójść i ukraść piętnaście za jednym zamachem.

– No i? – Za oknem kawiarni jakaś matka pcha spacerówkę i zagląda do środka. „Co ona widzi”, zastanawia się Connie. Blondynka w drogim dresie i czarna nastolatka siedzą i gadają o niczym. Nie wie, że właśnie w tej chwili Connie odmienia dziewczynie życie.

– No i... – Tia próbuje zyskać na czasie.

– Mówiłam ci – przypomina jej Connie – goń marzenia. Sto tysięcy to jest nic.

– No i... – powtarza Tia, a jej mózg tasuje różne odpowiedzi, by w końcu znaleźć właściwą. – Skąd Rolexy trafiają do sklepów?

Bingo.

Tia zastanawia się przez chwilę.

– W sklepie w Fairhaven, który chciałam obrabować, jest piętnaście zegarków. Ale w Lewes też jest sklep, a w nim kolejne piętnaście. I piętnaście w sklepie w Brighton. Wszystkie zegarki skądś pochodzą.

– Na to wygląda – mówi Connie. Już rozumie, dlaczego Ibrahim tak lubi swoją pracę. Co za wspaniałe uczucie, gdy w końcu następuje przełom.

Tia z zapałem kiwa głową, myślenie sprawia jej wyraźną przyjemność.

– Pewnie z magazynu, który jest gdzieś w pobliżu portu, jeszcze się dowiem gdzie. I wtedy nie zarobimy stu tysięcy, tylko milion. Za jednym zamachem.

– Trudno obrabować magazyn – przypomina Connie.

– Trudno obrabować cokolwiek – prostuje Tia. – Więc jeśli już planujesz skok...

– Obrabuj coś dużego – kończy Connie. – Dobra, możesz na mnie liczyć.

Dziewczyna uśmiecha się promiennie i wyciąga z plecaka notatnik. Connie patrzy na plecak. Wygląda, jakby pamiętał szkolne czasy. Tia zabierała go na egzaminy GCSE[2], machała nim niedbale, gadając z chłopakami na przystankach autobusowych. A spójrzcie na nią teraz.

– Po pierwsze, potrzebujemy ludzi – mówi Tia i zapisuje to w notatniku. – Takich, którym można zaufać.

Connie robi się ciepło na sercu. Trzeba to Ibrahimowi przyznać, jak już ma rację, to ją ma.

 
 
4

Ibrahim tańczy z Joanną. Jego ruchy odzyskują płynność i wdzięk, których brakuje mu w codziennym życiu. Kiedy wchodzi po schodach, wszystko go boli, gdy schodzi – tym bardziej. A jednak tu, na parkiecie, przy głośnej muzyce i wśród błyskających świateł nie czuje żadnego bólu.

Obok tańczą Chris i Patrice. Chris, jak można się domyślić, porusza się wyjątkowo niezgrabnie. Donna próbuje manewrować Bogdanem po parkiecie, ale bez większych sukcesów. Bogdan ma wiele talentów – jako kochanek, wojownik, malarz i dekorator – lecz tancerz z niego marny.

Ibrahim uświadamia sobie, że jego i Joannę otacza krąg ludzi. Patrzą na ich taniec i zaczynają rytmicznie klaskać do taktu.

– Myślisz, że za bardzo się pospieszyłam? – szepcze mu do ucha Joanna.

– Za bardzo?

– Znam Paula tylko pół roku.

Ach, więc dlatego tańczą. Joanna potrzebuje rady. Ibrahimowi to nie przeszkadza, bo uwielbia tańczyć i uwielbia udzielać rad.

– A kiedy się w nim zakochałaś? – pyta.

– Pół roku temu – odpowiada Joanna. – Od razu. Zdarzyło ci się kiedyś coś takiego?

– Tak.

Madonna śpiewa, a Ibrahim porusza się w rytm muzyki. Joanna coś mówi, więc daje znak, że nie dosłyszał.

– Czujesz się samotny? – powtarza Joanna. Ibrahim jest zaskoczony.

– Ludzie różnie rozumieją słowo „samotność” – mówi. Bo to prawda.

– To prawda – zgadza się Joanna. – Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

– Mam Rona – wylicza Ibrahim. – I twoją matkę. Czasem nawet Elizabeth.

Joanna kiwa głową. Krąg wokół nich się powiększa, oklaski są coraz głośniejsze. Oczywiście, że Ibrahim jest samotny.

– No więc jak? Popełniłam błąd?

Ibrahim się uśmiecha. To akurat łatwe pytanie.

– Pytałaś Joyce, czy za bardzo pospieszyłaś się ze ślubem?

Joanna kręci głową.

– No to masz odpowiedź.

– Przecież jej nie pytałam.

– No właśnie – mówi Ibrahim. – Rozwiązanie każdego dylematu kryje się w osobie, którą prosisz o radę.

Joanna się obraca, wokół niej wirują światła, a po chwili znów tańczy zwrócona twarzą do Ibrahima.

– Proszę mówić dalej, profesorze.

– Masz dylemat – mówi Ibrahim. – Czy nie za bardzo pospieszyłam się ze ślubem? Czy miłość naprawdę spada jak grom z jasnego nieba? O ja nieszczęsna! Muszę poznać prawdę! Ale do kogo się zwrócić? Kto mi pomoże w tej godzinie próby?

Joanna spogląda ponad ramieniem Ibrahima.

– Ten wasz znajomy policjant, Chris, właśnie potknął się o wózek inwalidzki.

Ibrahim odwraca się, żeby spojrzeć. Chris, który, jak się okazuje, odbywa w tych dniach szkolenie strzeleckie, gorąco przeprasza. Ibrahim znów spogląda na Joannę.

– A więc potrzebujesz mądrej rady. Mogłabyś zwrócić się do matki, ale tego nie zrobiłaś. Dlaczego?

– Wiesz, jaka jest mama.

– Wiem – przyznaje Ibrahim. – Chodzi jej w życiu tylko o jedno – o twoje szczęście. To wielka presja. Bóg jeden wie, co mogłaby ci doradzić w lęku, że powie nie to, co trzeba. Nie zapytałaś więc matki. I, co oczywiste, nie mogłaś się też zwrócić do ojca.

– Nie – zgadza się Joanna.

– Bo nie żyje – dodaje Ibrahim. – Umarł.

Joanna śmieje się, coraz bardziej ubawiona.

– Nie wierzę, że w ten sposób zarabiasz na życie.

– Ojciec doradziłby ci najlepiej – ciągnie Ibrahim. – Wiedziałby, jaka jest prawda.

Joanna kiwa głową, a potem opiera ją na ramieniu Ibrahima.

– A ja mogę go najlepiej zastąpić. Jestem starszy i powszechnie uchodzę za mądrego człowieka. Każdy ci to powie.

Joanna znowu zaczyna się śmiać. Ibrahim już dawno zauważył, że ludzie często śmieją się w najbardziej nieprawdopodobnych momentach.

– Chcesz wiedzieć: „Czy nie za bardzo pospieszyłam się ze ślubem i czy właśnie Paul jest mi pisany? Czy mam zapytać o to matkę, która zacznie panikować, czy może ojca, który spojrzy mi w oczy i zobaczy w nich prawdę? Zapytam ojca, bo znam odpowiedź, ale chcę, żeby ktoś wypowiedział ją głośno?”. Oczywiście, że się nie pospieszyłaś. Znalazłaś miłość i dobrze o tym wiesz. To tak jakbyś znalazła brylant. Albo Kit Kata, w którym jeden paluszek jest zrobiony z samej czekolady, co naprawdę mi się kiedyś przydarzyło...

– Ibrahimie, nie odbiegaj od tematu – prosi Joanna.

– Kiedy mamy dylemat – a przy okazji historia o Kit Kacie jest prawdziwa, ale chyba opowiem ją innym razem – zwracamy się do osoby, która udzieli nam takiej odpowiedzi, jaką już znamy. Dlatego zapytałaś mnie. Paul jest cudowny, ty jesteś cudowna i dzisiejszy dzień jest cudowny.

Ich taniec powoli dobiega końca, jak wszystkie inne tańce.

– W kim się zakochałeś? – pyta Joanna.

– W chłopcu imieniem Marius – odpowiada Ibrahim. – On też już nie żyje, jak twój tato.

Joanna przytula go mocniej.

– Więc dlatego wydajesz się samotny. Czekasz, żeby go znowu zobaczyć.

– Widzę go teraz – mówi Ibrahim, gdy dźwięki Like a Prayer powoli cichną. – A na weselu siedział obok mnie. Powinienem chyba pójść i sprawdzić, czy Chrisowi nic się nie stało.

Joanna wskazuje na krąg gapiów.

– Obawiam się, że będziesz zbyt zajęty.

Ibrahim też patrzy. Wygląda na to, że wiele kobiet właśnie ruszyło w jego stronę.

Joanna całuje go w policzek.

– Dziękuję.

Jej miejsce natychmiast zajmuje Patrice. Wyciąga ręce do Ibrahima.

– Naprawdę niepotrzebnie się poświęcasz – mówi Ibrahim.

– Poświęcasz? – pyta Patrice. – Musiałam odepchnąć jedną z druhen.

 
 
5

Elizabeth ogląda zdjęcia w swoim telefonie. Przed bardzo ładnym domem stoi srebrny samochód. Jest pod nim coś, czego być nie powinno. Robi kilka zbliżeń. Wyglądają bardzo przekonująco.

– Wierzy mi pani? – pyta Nick.

– Wierzę. – Do podwozia samochodu przymocowana jest czarna skrzynka, która zdaniem Elizabeth niepokojąco przypomina profesjonalnie skonstruowaną bombę. – Mogę zapytać, jak pan ją w ogóle zauważył?

– Zajmuję się bezpieczeństwem – wyjaśnia Nick. – To mój zawód. Sprawdzałem, czy nie ma jakichś lokalizatorów GPS.

– I gdzie jest teraz ta bomba?

– Teraz? – pyta Nick. – Zostawiłem ją tam, gdzie była. Raczej nie mogłem jej wsadzić do kosza na śmieci.

– Tam, gdzie była? Nadal ma pan pod samochodem uzbrojoną bombę?

– Musiałem jechać na ślub – wyjaśnia Nick, zerkając przez ramię w stronę sali.

Elizabeth kiwa głową.

– I nie przeszkadza panu, że jeśli wybuchnie, bo wie pan, bomby czasem tak mają, to zabije jednego z sąsiadów?

– Mieszkam przy Hampton Road.

Elizabeth wie, o co mu chodzi. Duże domy, duże działki. Jeżeli bomba wybuchnie, najgorsze, co może się zdarzyć, to skargi na hałas.

– Zresztą – dodaje Nick – nie zna pani moich sąsiadów.

– Proszę mi wszystko opowiedzieć – zarządza Elizabeth. – A potem będziemy się martwić bombą.

Nick zaczyna mówić, ale coś go blokuje. Jest zdenerwowany. Kogoś się boi?

Elizabeth siedzi nieruchomo i czeka. To może potrwać, ale jeżeli poczekamy w bezruchu wystarczająco długo, przyjdą do nas. Rozbrykane dzieci, szalejące kociaki, mężczyźni z tajemnicami. Bez punktu odniesienia ich nadpobudliwość nawet im samym wyda się męcząca i podejdą.

– Powiedzieliśmy o tym tylko dwóm osobom – mówi Nick.

– O czym?

Nick nadyma policzki i ogląda się za siebie.

– Proszę mi wszystko opowiedzieć – zachęca Elizabeth. – Tylko niech się pan streszcza. Bez urazy, ale życie jest krótkie.

– Zaczęło się jeszcze na uniwerku – mówi Nick. – Paul i ja mieliśmy...

– Nie – przerywa Elizabeth. – Proszę zacząć od tego, co działo się w tym tygodniu.

– Żeby naprawdę zrozumieć...

– Nie – powtarza Elizabeth, tym razem bardziej stanowczo. Z amatorami czasem tak trzeba. Nauczyła się tego przy Joyce, choć ona ostatnio może już uchodzić za profesjonalistkę. – Proszę zacząć od najważniejszego, a potem, jeżeli będę zainteresowana, cofniemy się w przeszłość. Dziesięć słów albo wracam na wesele. Pewnie puszczą w końcu piosenkę, którą znam.

– Nie wiem, co począć – mówi Nick.

– To już cztery słowa. – Elizabeth podnosi się z miejsca.

Nick łapie ją za rękaw.

– Mamy coś, na czym im zależy.

– Tak lepiej – stwierdza Elizabeth i znów siada. Okazało się, że nie umarła razem ze Stephenem. Żyje. Zamyka oczy w niemych przeprosinach. Ciągle tu jestem, kochanie. Ciągle tu jestem, choć ciebie już nie ma. I chyba powinnam wykorzystać ten czas najlepiej, jak umiem.

– A co macie? O czym powiedzieliście tylko dwóm osobom?

– Kody – mówi Nick. – Złożone z sześciu cyfr. Jeden mam ja, a drugi moja wspólniczka.

– Jak się nazywa? – pyta Elizabeth.

– Holly – odpowiada Nick. – Holly Lewis.

– I jacyś ludzie chcą zdobyć wasze kody?

– Tak. Są bardzo cenne. Naprawdę bardzo.

– A gdzie ma pan swój kod? – pyta Elizabeth.

– W głowie.

– Nigdzie indziej?

– Złożyliśmy oba kody w kancelarii adwokackiej, setki kilometrów stąd. Gdyby jedno z nas umarło, drugie otrzyma jego kod. Ale nawet adwokat nie wie, co dostał na przechowanie. Poza tym mój kod można znaleźć tylko tutaj.

Nick wskazuje na swoją głowę.

– Czyli ktoś chce pana zabić, żeby zdobyć kod, który istnieje tylko w pana głowie? I drugi, który istnieje tylko w głowie Holly?

– Tak – potwierdza Nick. – Nie wiem, do kogo zwrócić się o pomoc. Nie mogę pozwolić, aby policja węszyła wokół Twierdzy.

– Twierdzy? O czym pan mówi? – pyta Elizabeth. Cała historia brzmi coraz dziwaczniej. A jednak...

– O Boże – wzdycha Nick. – Strasznie głupio to zabrzmiało. Proszę, niech mi pani pozwoli opowiedzieć wszystko od początku. Mam firmę. Zajmujemy się ochroną bezpieczeństwa.

– Rozumiem. – Elizabeth kiwa głową. Bo to naprawdę interesujące. Niewiele jest na świecie tak niebezpiecznych zajęć jak ochrona bezpieczeństwa.

– Specjalizujemy się między innymi w „zimnych danych” – dodaje Nick. – Wie pani, co to takiego?

Elizabeth nie wie, ale musi przyznać, że podoba jej się to określenie.

– Domyślam się, że nie ma to nic wspólnego z lodówkami?

– Nie – mówi Nick. – Holly i ja posiadamy coś bardzo cennego i na początku tygodnia powiedzieliśmy o tym dwóm osobom.

– Rozumiem.

– I nagle znajduję pod Lexusem bombę.

– Nazwiska tych dwóch osób? – pyta Elizabeth.

– Słyszała pani o Daveym Noakesie?

– Chyba nigdy nie słyszałam o nikim, kto miałby na imię Davey – odpowiada Elizabeth.

– Szałowy Davey, tak go nazywali. Gdyby w latach dziewięćdziesiątych chciała pani kupić ecstasy, nie obyłoby się bez Davey’ego.

– Zapytam Rona.

– Potem ta zabawa stała się trochę zbyt niebezpieczna – opowiada Nick – i Davey zajął się nowymi technologiami.

– Chodziło o legalną działalność? – upewnia się Elizabeth.

– Nie.

Nieźle, myśli Elizabeth.

– A ta druga osoba? – pyta.

– Lord Townes. Jest bankierem. Jemu też powiedzieliśmy.

– I pana zdaniem jeden z nich umieścił dziś rano bombę pod pana samochodem?

– No raczej – mówi Nick. – Tylko oni wiedzieli, co mamy.

Drzwi na taras znowu się otwierają i ze środka bucha imprezowa muzyka. Wychodzi Paul, nowy mąż Joanny.

– Nicko, już myśleliśmy, że leżysz pijany pod żywopłotem! Chodź do nas, kroimy tort.

Nick spogląda na Elizabeth, a ona ruchem głowy wskazuje drzwi.

– Ten tort zamawiała Joyce, moja przyjaciółka. Lepiej zobaczmy, jak go kroją, bo Joyce mnie zabije, zanim ktoś zabije pana.

– Ale spotka się pani ze mną? – nalega Nick. – Może jutro? Proszę. Wtedy dokładnie wytłumaczę, dlaczego jedna z tych dwóch osób chce mnie zabić.

– Jedna z trzech – uściśla Elizabeth.

– Trzech? – pyta Nick Silver.

– No cóż. Davey Noakes i lord Townes wiedzą, co pan ma. Ale przypuszczam, że wie o tym także pana wspólniczka Holly Lewis. To już trzy osoby.

Nick rzuca jej przeciągłe spojrzenie.

– Jest dzisiaj z nami? – pyta Elizabeth.

– Nie – odpowiada Nick. – Nie chciała... – Kręci głową. – Nie ma jej tu.

Elizabeth wzrusza ramionami.

– To do jutra – mówi Nick.

Do jutra. Z wychodzeniem do ludzi jest pewien problem. Z jednej sprawy wynika druga i ani się obejrzysz, a znów prowadzisz normalne życie. A Elizabeth wcale nie chce prowadzić normalnego życia. Bo jedno jest dla niej pewne – nie ma w nim Stephena. Każda komórka w ciele nakazuje jej powiedzieć „nie”.

No ale tajny kod, bomba i troje podejrzanych? Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie.

– Do jutra? – powtarza Nick.

– Nie mogę się doczekać – odpowiada Elizabeth. – Cieszę się, że czuje się pan troszkę lepiej. I proszę nie dać się wysadzić w powietrze przed naszym spotkaniem.

– Nie dam się, wszyscy dzisiaj zostajemy tu na noc – uspokaja ją Nick. Szybko zapisuje coś na odwrocie wizytówki, po czym wręcza ją Elizabeth. – Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale mogłaby pani to zapamiętać i spalić?

Elizabeth musi przyznać, że Nick na pewno przeczytał całą masę książek szpiegowskich. Odbiera wizytówkę i patrzy, jak chłopak znika wśród gości weselnych.

Na kartoniku widnieje napis: NICK SILVER – ZIMNE DANE. OCHRONA I ARCHIWIZACJA DANYCH OFFLINE. GWARANTUJEMY PEŁNĄ DYSKRECJĘ. Cóż, Nick, nie istnieje coś takiego jak pełna dyskrecja. Na odwrocie adres oraz „jutro, godzina trzynasta”.

Nauczyć się na pamięć i spalić? Jasne, żaden problem.

Na niebie Elizabeth pojawia się kolejna gwiazda.

Wie, że to małe, dziecinne kroczki. Zanurza dopiero opuszek palca w wodzie. Kody i zimne dane, pewnie nic z tego nie wyniknie. A jednak spogląda w gwiazdy i mówi do Stephena.

– Handlarz narkotykami, lord i bomba pod samochodem. Co ty na to, skarbie? Zdaje się, że znów jestem potrzebna.

Zagląda do sali, z której dobiega muzyka. Patrzy na męża.

– Zatańczymy?

 
 
6
Joyce

To był naprawdę cudowny dzień. Najcudowniejszy.

Mark z Robertsbridge Taxi podrzucił nas do domu. Alan o mało nie oszalał z radości. Karen, córka Gordona Playfaira, wpadła wcześniej, żeby go wyprowadzić, a potem włączyła mu ITV3, jego ulubiony kanał, a on i tak za mną tęsknił. Od razu domagał się spaceru, ale przy Tennyson Court są małe liski, które właśnie poznają świat, i po zmroku potrzebują trochę ciszy i spokoju.

Miło, gdy ktoś za nami tęskni, prawda?

Joanna wyglądała prześlicznie. To znaczy ona zawsze pięknie wygląda, może oprócz tamtego okresu, kiedy jako dwudziestoparolatka zrobiła coś z włosami. Jednak dzisiaj blask, który od niej bił, rozjaśniał całą salę. A była to bardzo duża sala.

Przede mną leży kawałek weselnego tortu. Biszkoptowego z kremem cytrynowym i malinami. Jadłam go już na weselu, był przepyszny. Może ten kawałek powinnam zachować na pamiątkę? Chyba tak. Jeżeli go teraz zjem, moje szczęście potrwa minutę, a jeśli zachowam – całe życie.

Ślubu udzielała celebrantka. Tryskała humorem i podobno ma takie same uprawnienia jak prawdziwy pastor. W każdym razie gdy ją o to spytałam, była bardzo uprzejma i powiedziała, że skoro się niepokoję, mogę sprawdzić w Google’u, czy taki ślub jest ważny. Oczywiście sprawdziłam i wygląda na to, że wszystko jest w porządku.

Kilka tygodni temu trochę się martwiłam, bo Joanna wspomniała coś o Gerrym prowadzącym ją do ślubu. Poczułam, że ją zawiodłam, lecz powiedziała, że to bzdura, wszystkiemu oczywiście winien jest Gerry, ponieważ umarł. Kiedy nie udało jej się mnie rozśmieszyć, oznajmiła, że to jej wina – w końcu wychodzi za mąż „za późno”, a ja rzeczywiście poczułam się trochę lepiej, bo miała rację. Gdyby wyszła za mąż w wieku dwudziestu sześciu lat, jak córka Barbary, koleżanki z pracy, Gerry byłby na ślubie.

Z tym że córka Barbary w zeszłym roku się rozwiodła, więc teraz ja jestem górą, prawda, Barbaro?

Tak czy inaczej problem, kto poprowadzi Joannę do ślubu, pozostał. Zaproponowałam tatę Paula, bo przynajmniej jest tatą, no i będzie na miejscu, więc obejdzie się bez dodatkowych krzeseł. Joanna odparła, że co prawda jest tatą, ale nie jej tatą. Zaproponowałam więc Ibrahima, a ona powiedziała, że Ron by mi tego nie darował, i miała rację. Zastanawiałam się, kto to mógłby być, gdy zauważyłam, że Joanna mi się przygląda. Nagle zaczęła się śmiać, więc choć nie znałam powodu, też się roześmiałam, bo nie znoszę sytuacji, kiedy ludzie się śmieją, a ja nie wiem dlaczego. Wtedy ona dodała: „Mamo, ty mnie poprowadzisz do ślubu”. No cóż, nagle przestało mi być do śmiechu, bo mamy takich rzeczy nie robią. Mamy siedzą w pierwszym rzędzie, żeby każdy mógł je podziwiać. Przypomniałam jej o tym.

Wtedy Joanna zapytała, czy kiedy na nią patrzę, widzę Gerry’ego. Potwierdziłam, a ona oznajmiła, że też widzi go zawsze, gdy na mnie patrzy, i dlatego chce, żebym to ja poprowadziła ją do ślubu. By mogła widzieć swojego tatę.

A ja zaczęłam płakać. Z Joanną zawsze jest jak na rollercoasterze. Choć muszę przyznać, że ze mną pewnie jest tak samo. Tylko na własny rollercoaster nie zwracamy aż takiej uwagi.

Martwiłam się, co ludzie powiedzą, gdy wbrew tradycji poprowadzę Joannę do ślubu, ale jakoś nikt nie wydawał się zaskoczony, choć przez łzy mogłam nie zauważyć. W dodatku szłyśmy przy dźwiękach Backstreet’s Back, co chyba też wszystkim się podobało. Martwiłam się, że nie zajmą mi miejsca z przodu, ale zajęli.

Jak już mówiłam, nie było hymnów, lecz wiecie co? Nikomu ich nie brakowało. Jeden z przyjaciół Paula odczytał wiersz, którego nie znałam, oboje z Ronem zauważyliśmy, że się rymuje, co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste, i nim się obejrzałam, już Paul całował pannę młodą, a ja zostałam teściową.

Skoro mowa o teściach, tata Paula to beznadziejny przypadek. Naprawdę robiłam, co mogłam. Ostatnio w This Morning mówili o osobach aseksualnych, czyli o ludziach, których seks w ogóle nie interesuje, i widać było, że Alison Hammond nie wierzy własnym uszom. W każdym razie kiedy już uznałam Archiego za aseksualnego, na wesele wróciła Elizabeth, bo kroili tort, i Archie ruszył do niej jak mucha do miodu. Już to wcześniej widziałam. Pewien typ facetów na widok biustu, jaki ma Elizabeth, traci nad sobą panowanie. Cóż, raz na wozie, raz pod wozem. Jeden z wujów Paula ukradkiem podał mi numer telefonu, ale Paul twierdzi, że jest szczęśliwie żonaty z ciocią, która akurat wyszła na dwór zapalić, i jak się dowie, urządzi mu piekło. Wygląda na to, że wujek Paula nie wystąpi w najbliższym czasie w This Morning jako ekspert od aseksualności.

Nie ma co, wesoła rodzinka, ale jakim cudownym człowiekiem jest Paul. Uświadomiłam sobie, że niewielu chłopców Joanny budziło we mnie ciepłe uczucia. Był ten miły ogrodnik, gdy miała dwadzieścia lat, ale poszła na studia i związek się rozpadł. No i nieogolony archeolog, który występował w telewizji, co przez parę miesięcy było nawet ekscytujące. Jednak Paul jest jedynym mężczyzną, którego przyprowadziła do domu, a ja od razu wiedziałam. Przy pierwszym spotkaniu starałam się ukryć entuzjazm, bo znam Joannę, ale gdy wyszedł do łazienki, rozpłakałam się, a Joanna tylko na mnie spojrzała i powiedziała: „Wiem, mamo, ja też”.

Paul wrócił i zobaczył moje łzy, więc udawałyśmy z Joanną, że mam jaskrę. Gdy przyszedł następnym razem, przyniósł ze sobą ulotkę z opisem nowych metod leczenia jaskry i omawiał je ze mną tak cierpliwie, że nie mogłyśmy się już z tego kłamstwa wycofać. Któregoś dnia chyba będę musiała spróbować cudownej kuracji.

Paul ma w sobie dużo łagodności, co początkowo mnie martwiło, bo Joanna za tym nie przepada. Zawsze lubiła mężczyzn ambitnych i bezwzględnych, znacie ten typ? Chociaż archeologa w końcu wyrzucili z Channel Five, bo ukradł urnę z kościoła, a kamerzystce wysłał zdjęcie genitaliów.

Ale im lepiej poznaję Paula, tym wyraźniej widzę, że on też jest ambitny. Po prostu nie zależy mu na pieniądzach, tylko na szczęściu. Własnym i innych ludzi. Niektórzy chłopcy Joanny zazdrościli jej sukcesów, nie podobało im się, że pracuje do późna albo że więcej od nich zarabia. A Paul jest z niej dumny. Sam ma trochę pieniędzy, które zainwestował w firmę swojego przyjaciela Nicka (robi coś związanego z lodówkami), ale poza tym wystarcza mu w zupełności pensja uniwersytecka.

Może więc Paul nie jest prezesem klubu piłkarskiego, brak mu instynktu zabójcy i ma dziwny gust, jeśli chodzi o wybór drużby, jednak na weselu rozmawiał z Ronem o grze w rzutki (albo o snookerze, coś w tym stylu), a z Ibrahimem o audycji, którą obaj słyszeli w Radio 4. Potem posiedział trochę z Elizabeth, prosząc, by zgadywała, którzy z członków jego rodziny byli w więzieniu, a gdy ja gadałam jak nakręcona, czyli przez większość dnia, świetnie mu wychodziło przytakiwanie i wtrącanie od czasu do czasu: „Niemożliwe” albo „I co było dalej?”, albo „Nalać ci jeszcze, Joyce?”.

Więc chyba się nada, nie sądzicie? Alan bardzo go lubi. Co prawda Alan polubił też bandytę, który przyszedł do mojego mieszkania, żeby mnie zabić, więc trudno na nim polegać.

Cała nasza paczka chyba też się dobrze bawiła. Ibrahim był gwiazdą wieczoru i tańczył ze wszystkimi kobietami. W pewnej chwili, gdy Patrice chciała z nim zatańczyć drugi raz z rzędu, jedna z cioć Paula założyła jej nelsona.

Joanna i Paul nie jadą w podróż poślubną, bo – jak powiedziała Joanna – „już się tego nie robi”. Nie zaprzeczyłam, bo to jej ślub, ale przecież wiem, że ludzie nadal jeżdżą w takie podróże. Na całym świecie mnóstwo ludzi robi rzeczy, jakich zdaniem Joanny nikt już nie robi. Jeżdżą w podróże poślubne, piją zwykłe mleko, oglądają telewizję. Powiedziałam jej kiedyś, że więcej ludzi żyje tak jak ja niż tak jak ona, ale Joanna tylko wskazała na mój toster i powiedziała: „Nie sądzę”.

W każdym razie spędzą parę dni w jakimś hotelu. Jest tam spa, a wszystkich gości wożą wózkami golfowymi. Gdybym miała tyle pieniędzy co Joanna, poleciałabym na Karaiby. Ludzie na pewno ciągle tam jeżdżą, bo kobieta, która niedawno wprowadziła się do Wordsworth Court, właśnie stamtąd wróciła i strasznie się tym przechwala. Zaprosiła nas wszystkich na piña colady, a potem Ron obudził się o drugiej nad ranem w żywopłocie. Na brzuchu spało mu zwinięte w kłębek lisiątko.

No dobrze, będę z wami zupełnie szczera. Właśnie zjadłam kawałek tortu. Chociaż nie powinnam. Prawdę mówiąc, poczęstowałam też Alana.

Nie mogę się doczekać powrotu Joanny i Paula, bo marzę, żeby pójść z nimi na lunch i powiedzieć do kogoś: „A to mój zięć”. Mam prawie osiemdziesiąt lat i nigdy dotąd nie wypowiedziałam tego zdania.

W ostatnich latach wiele rzeczy udało mi się zrobić po raz pierwszy. Rozwiązałam zagadkę kryminalną, poznałam Mike’a Waghorna, przechowywałam brylanty w mikrofalówce, a teraz mam zięcia. Ostatnio nawet obejrzałam (z Ibrahimem) francuski film. Na nic nigdy nie jest za późno. Co prawda film mi się nie podobał, nawet kiedy Ibrahim wyjaśnił, dlaczego powinnam być nim zachwycona, a Mike Waghorn chyba zmienił adres mailowy.

Wiem, że dzisiaj najważniejszy był ślub, lecz zanim pójdę spać, by o nim śnić, muszę zakomunikować wam coś jeszcze. To drugi powód, dla którego piszę.

Elizabeth zachowuje się tajemniczo.

Oczywiście ulżyło mi, bo od dawna się tak nie zachowywała. Zawiadomiła mnie, że jutro rano jedziemy minibusem do Fairhaven, czego też nie robiłyśmy od dłuższego czasu. Po co? Dopiero się dowiem. „Przespacerujemy się promenadą”, oto co mi powiedziała, ale jeżeli w to wierzycie, to znaczy, że uwierzycie we wszystko.

Miłość i tajemnica. Nic się z tym nie równa.

Na tym kończę, bo Alan właśnie zwymiotował trochę lukru. 

[...]

PRZYPISY
[1] Angielskie określenie na zdjęcie wykonane przez policję w celu identyfikacji osoby.
[2] General Certificate of Secondary Education – egzamin zdawany powszechnie w szkole średniej przez uczniów w wieku 15-16 lat w Anglii, Walii i Irlandii Północnej.