Wyjaśniamy morderstwa - Richard Osman - ebook + książka

Wyjaśniamy morderstwa ebook

Osman Richard

0,0
39,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Wyjaśnianie morderstw? To biznes rodzinny.

Steve Wheeler, emerytowany policjant, lubi spokojne życie w małym miasteczku. Prowadzi jednoosobową agencję detektywistyczną, lecz zajmuje się błahymi sprawami. Jego codzienność to quizy w pubie, ulubiona ławka, kot czekający w domu. Dni przygód dobiegły końca. Emocjami żyje teraz jego synowa Amy.

Amy Wheeler kocha silne emocje. Pracuje w prywatnej agencji ochrony osobistej i codziennie grożą jej niebezpieczeństwa. Przebywa na prywatnej wyspie, chroniąc ekscentryczną pisarkę Rosie D’Antonio, lecz w pobliżu dochodzi do morderstwa, a policja znajduje przy zwłokach torbę z pieniędzmi. Rajski zakątek przestaje być spokojny...

Rozpoczyna się emocjonujący wyścig dokoła świata. Czy Amy i Steve zdołają uciec i przechytrzyć mordercę?

Richard Osman to brytyjski pisarz, producent i prezenter telewizyjny. Jego pierwsze cztery powieści, Czwartkowy Klub Zbrodni, Człowiek, który umarł dwa razy, Kula, która chybiła i Ostatni gasi światło, stały się bestsellerami bijącymi rekordy sprzedaży na całym świecie. Wyjaśniamy Morderstwa to pierwsza część nowego cyklu, gdy ekipa Czwartkowego Klubu Zbrodni korzysta z krótkiego urlopu. Richard Osman mieszka w Londynie z żoną Ingrid i kotką Liesl.

Nowa para detektywów.

Seria szokujących zbrodni.

Witajcie w świecie kłopotów...

Pochwały dla książki Richarda Osmana

„Piekielnie dobra”

Ian Rankin

„Mądra, ciepła i dowcipna”

Val McDermid

„Zabawna, inteligentna, wciągająca”

Harlan Coben

„Genialnie trzyma w napięciu”

Jeffery Deaver

„Prawdziwy król kryminału. Osman jest coraz lepszy”

Shari Lapena

„Uśmiechnęłam się milion razy”

Marian Keyes

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 361

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Dla Janet Eli­za­beth Wri­ght (1946–2023) z miło­ścią, która wypeł­nia całe życie

Wstęp

Trzeba zosta­wiać jak naj­mniej śla­dów. To pod­sta­wowa zasada.

Cza­sami należy roz­ma­wiać z ludźmi, nie da się tego unik­nąć. Wyda­wać roz­kazy, orga­ni­zo­wać wysyłkę towa­rów, zabi­jać itd., itd. Nie można ist­nieć w próżni, na litość boską!

Musisz zadzwo­nić do François Loubeta? W razie abso­lut­nej koniecz­no­ści? Posta­raj się o tele­fon z wbu­do­wa­nym urzą­dze­niem znie­kształ­ca­ją­cym głos. Nawia­sem mówiąc, jeśli nie jest to abso­lutna koniecz­ność, bar­dzo szybko poża­łu­jesz, że dzwo­ni­łeś.

Ale więk­szość komu­ni­ka­cji odbywa się za pomocą ese­me­sów albo mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Wyso­kiej klasy prze­stępcy bywają nie­uchwytni jak mil­le­nialsi.

Natu­ral­nie tek­sty są zaszy­fro­wane, ale jeśli poli­cja zła­mie szyfr? To się zda­rza. Wielu kry­mi­na­li­stów sie­dzi w wię­zie­niu, bo jakiś nerd z lap­to­pem miał za dużo wol­nego czasu. Trzeba się więc jak naj­le­piej ukryć.

Można ukryć adres IP – to bar­dzo pro­ste. Mejle François Loubeta okrą­żają cały świat, nim zostaną wysłane. Nawet nerd z lap­to­pem nie będzie w sta­nie odkryć, skąd naprawdę pocho­dzą.

Język każ­dego czło­wieka ma nie­po­wta­rzalne cechy. Cha­rak­te­ry­styczne zwroty, rytm, oso­bo­wość. Ktoś może prze­czy­tać mejla, a potem pocz­tówkę, którą wysła­łeś w dwa tysiące dzie­wią­tym roku, i będzie pewien, że napi­sała je ta sama osoba. Nauka, rozu­mie­cie. Tak czę­sty wróg uczci­wego kry­mi­na­li­sty.

Wła­śnie dla­tego ChatGPT oka­zał się darem nie­bios.

Po napi­sa­niu mejla albo jakie­go­kol­wiek tek­stu trzeba po pro­stu prze­pu­ścić go przez ChatGPT, który natych­miast kasuje oso­bo­wość autora. Spłasz­cza tekst, wygła­dza, likwi­duje dzi­wac­twa języ­kowe, aż oso­bo­wość znika.

„ChatGPT, napisz to w stylu miłego angiel­skiego dżen­tel­mena” – tak zawsze brzmi pole­ce­nie Loubeta.

Sprytne, bo gdyby te mejle były pisane w rodzi­mym języku François Loubeta, jego toż­sa­mość sta­łaby się oczy­wi­sta. Zbyt oczy­wi­sta.

Ale w tej sytu­acji nikt ni­gdy się nie zorien­tuje, który z tysiąca mejli napi­sał François Loubet.

Można oczy­wi­ście wie­dzieć, czym się zaj­muje François Loubet, ale nie da się pra­wie nic z tym zro­bić.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Z New Forest do Karoliny Południowej

1

W końcu to się stało.

Andrew Fair­banks zawsze wie­dział, że pew­nego dnia będzie sławny. Ten dzień wresz­cie nad­szedł – cichy, sło­neczny wto­rek na początku sierp­nia.

Trzy lata publi­ko­wa­nia na Insta­gra­mie fil­mów na temat fit­nessu dało mu grupę fanów, ale nic, co mogłoby się rów­nać z obecną falą zain­te­re­so­wa­nia. Było to sza­leń­stwo.

Miał romans z gwiazdką muzyki pop i w gaze­tach od czasu do czasu uka­zy­wały się jego foto­gra­fie. Ale nie na pierw­szych stro­nach – tak jak dzi­siaj.

Ści­gał sławę bar­dzo długo i wresz­cie ją zdo­był. Jego nazwi­sko jest na ustach ludzi na całym świe­cie. Stał się gwiazdą mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Sel­fie zro­bione na jach­cie poja­wia się wszę­dzie. Andrew, bez koszulki i opa­lony, mru­gał do apa­ratu, a cie­płe słońce mru­gało wraz z nim. Wzno­sił trium­falny toast butelką Kru­sher Energy Drink.

A komen­ta­rze pod zdję­ciem! Emoji! Ser­duszka, ogień, pożą­da­nie. Wszystko, o czym zawsze marzył.

Jed­nak nie­które z komen­ta­rzy mogłyby tro­chę popsuć mu humor. „Tro­chę za szybko odszedł”, „Taki wyspor­to­wany, RIP”, „Oglą­da­nie tej fotki budzi wielką nostal­gię, gdy się wie, co się potem stało”. Ale nie można się sprze­czać ze sta­ty­sty­kami. Poziom ruchu budzi podziw. W biu­rze ekipy pro­duk­cyj­nej Wyspy miło­ści prze­ka­zy­wano sobie jego foto­gra­fię i dys­ku­to­wano o tym, jaki mógłby być fan­ta­styczny, gdyby… no wiesz…

Tak, w końcu wszy­scy poznali Andrew Fair­banksa. Albo, jak go teraz nazy­wano: „Andrew Fair­banksa, tra­gicz­nego influ­en­cera z Insta­grama”.

Więc nie wszystko układa się pomyśl­nie. W grun­cie rze­czy nawet te nie­wiel­kie pozy­tywy zaczy­nają odcho­dzić w prze­szłość. Jest śro­dowe popo­łu­dnie i jego nazwi­sko zaczyna spa­dać w ran­kin­gach. Na świe­cie dzieją się inne rze­czy. Gwiazda base­balla wje­chała pika­pem do basenu byłej żony. Vlo­gerka od kosme­ty­ków powie­działa coś nie­sto­sow­nego o Tay­lor Swift. Tematy roz­mów się zmie­niają.

Andrew Fair­banks został zna­le­ziony mar­twy. Strze­lono mu w głowę, zwią­zano liną i wyrzu­cono do morza z jachtu pły­ną­cego po Atlan­tyku. Na pokła­dzie nie było nikogo poza nim i żad­nych śla­dów innych osób. Zna­le­ziono tylko skó­rzaną torbę z bli­sko milio­nem dola­rów.

Nie daje to nikomu prawa, by cie­szyć się sławą dłu­żej niż jeden dzień. Może kie­dyś powsta­nie pod­cast o tej spra­wie, albo – jesz­cze lepiej – film doku­men­talny na Net­flik­sie, lecz teraz Andrew zaczyna popa­dać w zapo­mnie­nie.

Wkrótce sta­nie się jedy­nie posta­cią na foto­gra­fii trzy­ma­jącą fio­le­towy napój ener­ge­ty­zu­jący na tle błę­kit­nego morza, zwło­kami w kost­nicy w Karo­li­nie Połu­dnio­wej i zdaw­ko­wym pyta­niem: „Pamię­tasz faceta, który zgi­nął na jach­cie z kupą pie­nię­dzy?”.

Kto go zabił? Nie wia­domo. Ktoś to zro­bił i w mediach spo­łecz­no­ścio­wych poja­wia się wiele przy­pusz­czeń na ten temat. Dla­czego go zabito? Zagadka – musiały ist­nieć jakieś powody, prawda? Zazdro­sna part­nerka? Rywal z Insta­grama zaj­mu­jący się fit­nes­sem? Mogą ist­nieć różne wytłu­ma­cze­nia. Uwie­rzy­cie, co ta vlo­gerka powie­działa o Tay­lor Swift?

Ale ten jeden dzień był wspa­niały. Gdyby Andrew cią­gle żył, szu­kałby agenta, by zająć się reklamą na pełny etat. Załatw mi kilka nowych umów, batony pro­te­inowe, wybie­la­nie zębów, może mógł­bym fir­mo­wać wła­sną wódkę?

Tak, przez jeden dzień cały świat podzi­wiał Andrew Fair­banksa. Kiedy rekiny odpły­nęły, nie zostało pra­wie nic.

Tak to bywa w show-biz­ne­sie.

2

Dla­czego nie lubisz mówić o sobie? – pyta Rosie D’Anto­nio. Unosi się na wodzie w wiel­kim nadmu­chi­wa­nym fotelu w kształ­cie łabę­dzia. – Zawsze o to pytam.

Amy Whe­eler sie­dzi, sztywno wypro­sto­wana, na krze­śle ogro­do­wym nad base­nem. W jej oczach odbija się słońce; trzyma pisto­let w zasięgu ręki. Lubi Karo­linę Połu­dniową. A przy­naj­mniej ten ukryty zaką­tek. Wcze­sny ranek, prze­szło trzy­dzie­ści stopni Cel­sju­sza, wiatr od strony Atlan­tyku i nikt nie pró­buje jej zabić – na razie. Od dawna nikogo nie zastrze­liła, ale nie można mieć wszyst­kiego.

– Chyba cho­dzi o mój nos – mówi Amy.

– Co jest nie tak z twoim nosem? – pyta Rosie, popi­ja­jąc coś zie­lo­nego przez słomkę, która nie nadaje się do recy­klingu, i poru­sza­jąc pal­cami w wodzie.

– Nie wiem – odpo­wiada Amy. Impo­nuje jej, że Rosie D’Anto­nio nawet na base­nie ma pełny maki­jaż. W jakim jest wieku? Sześć­dzie­siąt, osiem­dzie­siąt lat? Zagadka. W jej aktach jest adno­ta­cja, że „odmó­wiła poda­nia daty uro­dze­nia”. – Cza­sami wydaje mi się krzywy.

– Zope­ruj go – mówi Rosie. – Niech będzie mniej­szy, więk­szy, jeśli uwa­żasz to za lep­sze roz­wią­za­nie. Życie jest zbyt krót­kie, by nie lubić wła­snego nosa. Pro­ble­mami są głód i brak wi-fi, a nie nosy. Co jesz­cze?

– Włosy – odpo­wiada Amy. Grozi jej, że się zre­lak­suje. Amy nie­na­wi­dzi się relak­so­wać. Zbyt wiele czasu na myśle­nie. Woli dzia­łać. – Ni­gdy dobrze się nie ukła­dają.

– Rozu­miem – mówi Rosie. – Łatwo to napra­wić. Korzy­stam z pomocy spe­cja­listki od wło­sów. Skądś przy­la­tuje, chyba z Chile. Pięć tysięcy dola­rów i po kło­po­cie. Jestem gotowa zapła­cić.

– Mam uszy róż­nej wiel­ko­ści – dodaje Amy.

Rosie prze­krzy­wia głowę, pod­pływa do Amy i przy­gląda jej się bar­dzo uważ­nie.

– Nie widzę. Masz piękne uszy. Jak Gol­die Hawn.

– W szkole zmie­rzy­łam je kie­dyś linijką – mówi Amy. – Jedno jest o mili­metr dłuż­sze, zawsze to zauwa­żam. I mam za krót­kie nogi w porów­na­niu z resztą ciała.

Rosie kiwa głową i znowu wypływa na śro­dek basenu, gdzie słońce grzeje naj­moc­niej.

– Powiedz, Amy, co w sobie lubisz.

– Jestem Angielką – odpo­wiada Amy. – Niczego w sobie nie lubię.

– To nudne – zauważa Rosie. – Ja też byłam kie­dyś Angielką, ale to prze­zwy­cię­ży­łam. Wybierz coś.

– Chyba jestem lojalna – mówi Amy.

– To dobra cecha – zga­dza się Rosie. – Pasuje do kobiety zaj­mu­ją­cej się ochroną oso­bi­stą.

– A krót­kie nogi spra­wiają, że mam nisko poło­żony punkt cięż­ko­ści, więc jestem bar­dzo dobra w walce – dodaje Amy.

– No widzisz. – Rosie kiwa głową. – Lojalna i bar­dzo dobra w walce.

Obraca twarz w stronę słońca.

– Jeśli ktoś spró­buje mnie zastrze­lić w tym tygo­dniu, zasło­nisz mnie wła­snym cia­łem?

– Świetny pomysł, choć widuje się to głów­nie w fil­mach – odpo­wiada bez prze­ko­na­nia Amy.

Wie z doświad­cze­nia, że trudno uska­ki­wać przed kulami. Latają naprawdę szybko.

– Albo w książ­kach – dodaje Rosie. – Masz ochotę na jointa? Chyba zapalę.

– Lepiej nie – sprze­ci­wia się Amy. – Maxi­mum Impact robi nam co trzy mie­siące obo­wiąz­kowe testy krwi. Taka jest poli­tyka firmy. Ślad sub­stan­cji odu­rza­ją­cych i wyla­tuję.

Rosie chrząka pota­ku­jąco.

Nie jest to naj­bar­dziej eks­cy­tu­jąca praca w życiu Amy, ale świeci słońce i lubi klientkę, powie­ścio­pi­sarkę Rosie D’Anto­nio, autorkę świa­to­wych best­sel­le­rów. „W jed­nym rzę­dzie z Lee Chil­dem”. Rezy­den­cja w stylu hisz­pań­skim na pry­wat­nej wyspie u wybrzeży Karo­liny Połu­dnio­wej. Z oso­bi­stym sze­fem kuchni.

Skom­pli­ko­wane przy­czyny ope­ra­cyjne spra­wiły, że Amy musiała kie­dyś spę­dzić cały mie­siąc w nie­czyn­nym ruro­ciągu naf­to­wym w Syrii, więc to krok do przodu. Szef kuchni przy­nosi jej talerz bli­nów z wędzo­nym łoso­siem. Nie jest zawo­do­wym kucha­rzem: to były żoł­nierz Navy SEALs, Kevin. Ale szybko się uczy. Zeszłego wie­czoru boeuf bour­gu­ignon oka­zał się trium­fem. Eta­towy szef kuchni Rosie otrzy­mał dwa tygo­dnie urlopu. Amy, Rosie i Kevin, dawny żoł­nierz Navy SEALs, to jedyni miesz­kańcy wyspy i tak na razie pozo­sta­nie.

– Nikomu nie wolno mnie zabić – mówi Rosie. Pod­pływa do kra­wę­dzi basenu i zwija jointa. – Z wyjąt­kiem mnie samej.

– Nie pozwolę ci na to – zauważa Amy.

– Jed­nak ktoś może pró­bo­wać mnie zastrze­lić – mówi Rosie. – W dzi­siej­szych cza­sach ni­gdy nic nie wia­domo. Więc jeśli ktoś zacznie do mnie strze­lać, nie ma co zasła­niać mnie przed kulami. Nie jestem tego warta. Pozwól­cie zabić starą kobietę.

Maxi­mum Impact Solu­tions, pra­co­dawca Amy, jest jedną z naj­więk­szych agen­cji ochrony oso­bi­stej, może drugą co do wiel­ko­ści, odkąd Henk van Veen odszedł, zabie­ra­jąc połowę klien­tów. Jeśli ktoś was okrada albo zamie­rza zabić, jeśli w waszej pry­wat­nej armii poja­wia się nie­za­do­wo­le­nie, trzeba się zwró­cić wła­śnie do Maxi­mum Impact Solu­tions. Firma ma wiele dewiz, ale „pozwól­cie zabić starą kobietę” nie jest jedną z nich.

– Nie pozwolę nikomu cię zabić – mówi Amy.

Pamięta, jak w dzie­ciń­stwie oglą­dała Rosie w lokal­nej tele­wi­zji. Ele­gancka gar­sonka, dumna mina. Widziała, że kobieta może być silna, i wiele to dla niej zna­czyło; spała zwi­nięta w kłę­bek pod łóż­kiem i marzyła o lep­szych cza­sach. Rosie nie zgi­nie pod jej opieką.

– Co to za akcent? – pyta Rosie, po raz pierw­szy zacią­ga­jąc się join­tem. – Ładny. Z Man­che­steru?

– Z Wat­ford – odpo­wiada Amy.

– Hm, za długo miesz­kam za gra­nicą – mówi Rosie. – Opo­wiedz mi o Wat­ford.

– To mia­sto w Anglii – wyja­śnia Amy.

– Wiem, Amy. Ładne?

– Nie byłoby to pierw­sze słowo, które przy­szłoby mi do głowy – mówi Amy. Póź­niej zamie­rza zadzwo­nić do swo­jego teścia, Steve’a. Jest pią­tek, więc powi­nien być w domu. Plotki o Rosie go zacie­ka­wią. Zawsze lubił silne kobiety. Może znowu polubi?

Amy myśli o sil­nych kobie­tach i przy­po­mina sobie Bellę San­chez. Bella San­chez przy­po­mina jej Marka Goocha, a z kolei Mark Gooch…

Wła­śnie na tym polega pro­blem, Amy, prawda? Kiedy się odprę­żasz, zaczy­nasz myśleć. To nie w twoim stylu. Prze­stań myśleć: ni­gdy ci to dobrze nie robiło. Zada­waj ciosy, pędź samo­cho­dem, roz­bra­jaj ładunki wybu­chowe, ale nie myśl, na litość boską! Życie to nie szkoła.

– Anglia jest zwa­rio­wana – mówi Rosie. – W latach osiem­dzie­sią­tych mnie kochali, w latach dzie­więć­dzie­sią­tych nie­na­wi­dzili, po roku dwu­ty­sięcz­nym zapo­mnieli, a po dwa tysiące dwu­dzie­stym znowu sobie przy­po­mnieli. Teraz znowu mnie uwiel­biają. Przez cały czas ani na jotę się nie zmie­ni­łam. Czy­ta­łaś jakieś moje powie­ści, Amy?

– Nie – kła­mie Amy. Każdy czy­tał jedną z ksią­żek Rosie D’Anto­nio. Amy czy­tała jej książki już jako nasto­latka. Dała jej jedną z nich pra­cow­nica opieki spo­łecz­nej i przy­ło­żyła palec do ust na znak, że to sekret. I co za sekret! Śmierć, luk­sus, piękne stroje, krew. Ele­ganc­kie gar­sonki i tru­ci­zna. Ale nie wolno być fanką klientki. Kula nie zwraca uwagi na to, że ktoś jest sławny. To jedna z dewiz Maxi­mum Impact Solu­tions.

Wczo­raj w samo­lo­cie Amy znowu prze­czy­tała Śmierć naci­ska spust. Nakrę­cili na jej pod­sta­wie film z Ange­liną Jolie, ale książka jest lep­sza. Mnó­stwo seksu z milio­ne­rami, mnó­stwo broni. Rze­czy dobrze znane Amy.

– Jesteś mężatką? – pyta Rosie. – Masz dzieci?

– Mężatką, bez dzieci – odpo­wiada Amy.

– Twój mąż to dobry facet?

– Tak – odpo­wiada Amy, myśląc o Ada­mie. – Rów­nie dobry jak ja. Lubię go.

Rosie kiwa głową.

– Pra­wi­dłowa odpo­wiedź. Mar­twi się o cie­bie?

– Nie lubi, kiedy do mnie strze­lają – wyja­śnia Amy. – Raz w Maroku zaata­ko­wano mnie mie­czem i zaczął pła­kać.

– Ty też pła­ka­łaś?

– Nie pła­ka­łam od dwu­na­stego roku życia – odpo­wiada Amy. – Oduczy­łam się tego.

– Brzmi to faj­nie – mówi Rosie. – Mogę cię opi­sać w książce? Sto sześć­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów wzro­stu, nie­bie­skie oczy, ni­gdy nie pła­cze, zabija złych face­tów?

– Nie – odpo­wiada Amy. – Nie lubię roz­głosu.

– Obie­cuję, że nie wspo­mnę o two­ich uszach.

Amy i jej teść pró­bują codzien­nie roz­ma­wiać. Ni­gdy o tym nie dys­ku­to­wali – stało się to dla nich waż­nym zwy­cza­jem. No cóż, to ważne dla Amy. Na przy­kład kie­dyś musiała przez dwa­na­ście godzin zacho­wy­wać abso­lutną ciszę; sie­działa w ruro­ciągu naf­to­wym, gdy ści­gała ją grupa zabój­ców. Tego dnia mogła tylko wysy­łać ese­mesy. Steve to rozu­mie. Praca to praca.

– Możesz nosić wła­sne ubra­nia? – pyta Rosie. – A może mun­dur?

Amy spo­gląda na mun­dur polowy i spło­wiały T-shirt marki Under Armour.

– Wła­sne.

Rosie pyta­jąco unosi brew.

– Cóż, nikt nie jest dosko­nały.

Amy nie lubi robić zbyt dłu­gich przerw mię­dzy tele­fo­nami, bo ni­gdy nie wia­domo, co Steve jadł i czy dba o sie­bie. Jej zda­niem kiep­skie odży­wia­nie świad­czy o braku logiki.

Praw­do­po­dob­nie powinna zadzwo­nić rów­nież do męża, ale mniej się mar­twi o Adama. A poza tym o czym mogliby roz­ma­wiać?

– Kiedy przy­szłaś, mia­łaś w torebce Śmierć naci­ska spust – mówi Rosie. – Egzem­plarz prze­czy­tany mniej wię­cej do połowy.

Amy kiwa głową. Zła­pano ją na gorą­cym uczynku.

– Więc czy­ta­łaś jedną z moich ksią­żek? Wcze­śniej mówi­łaś, że ich nie znasz.

– Bada­nia nad klien­tami.

– Gówno prawda – odpo­wiada Rosie. – Podoba ci się?

– Nie było niczego innego do czy­ta­nia.

– Jasne, że ci się podoba, jestem pewna. Czy­ta­łaś scenę, gdy boha­terka zastrze­liła faceta w samo­lo­cie?

– To fajna scena – odpo­wiada Amy.

– Tak – zga­dza się Rosie, kiwa­jąc głową. – Pilot, z któ­rym się spo­ty­ka­łam, pozwo­lił mi na próbę strze­lić z pisto­letu na pokła­dzie. Robi­łaś to kie­dyś?

– Czy strze­la­łam z pisto­letu w samo­lo­cie? Nie – kła­mie Amy.

– Nic się nie stało – mówi Rosie. – Musieli wymie­nić obi­cie z cie­lę­cej skóry na jed­nej z kanap, to wszystko.

– Gdyby kula prze­biła kadłub, mogłoby dojść do dekom­pre­sji i wszy­scy by zgi­nęli – zauważa Amy. Amy kie­dyś wysko­czyła z samo­lotu ze spa­do­chro­nem w cza­sie takiego incy­dentu. Przez następne pięć dni ukry­wała się przed woj­skami rebe­lian­tów w Bur­kina Faso. Oka­zało się to w końcu bar­dzo zabawne. Prze­ko­nała się, że adre­na­lina działa kojąco na duszę i pomaga na skórę. Cza­sami ogląda na Insta­gra­mie tuto­riale o pie­lę­gna­cji skóry, ale nie ma jak strze­la­nina, a póź­niej skok ze spa­do­chro­nem. Może powinna krę­cić wła­sne filmy? Znowu spo­strzega, że zaczęła myśleć, więc prze­staje.

– Szczę­ście, że nic się nie stało – mówi Rosie, wypi­ja­jąc resztę zawar­to­ści kie­liszka. – Mam ochotę się przejść, Amy. Możemy popły­nąć na stały ląd? Napić się cze­goś? Wywo­łać awan­turę?

Kło­poty Rosie zaczęły się od tego, że w swo­jej naj­now­szej powie­ści Trupy i bry­lanty spor­tre­to­wała rosyj­skiego oli­gar­chę Wasi­lija Kar­pina, wła­ści­ciela kon­cernu che­micz­nego. Wydaje się, że Wasi­lij nie ma nor­mal­nego poczu­cia humoru rosyj­skich oli­gar­chów, wła­ści­cieli kon­cer­nów che­micz­nych. Po otrzy­ma­niu kuli w liście i nie­uda­nym porwa­niu w cza­sie wie­czoru autor­skiego w Nashville Rosie zaan­ga­żo­wała pro­fe­sjo­na­li­stów i w naj­bliż­szej przy­szło­ści musi prze­by­wać w zamknię­ciu.

Trwają roz­mowy. Jeff Nolan, szef Amy, skon­tak­to­wał się z kole­gami Wasi­lija w Lon­dy­nie. Miejmy nadzieję, że po krót­kich nego­cja­cjach Wasi­lij zre­zy­gnuje z zemsty. Nie­któ­rzy klienci Maxi­mum Impact Solu­tions mogliby wyświad­czyć mu kilka przy­sług. Dojdą do poro­zu­mie­nia, Wasi­lij da się uła­go­dzić, a Rosie znowu będzie mogła żyć nor­mal­nie. A jeśli nie, pozo­sta­nie pod opieką Amy.

Do tego czasu Amy i Rosie tkwią na idyl­licz­nej wyspie z pośpiesz­nie prze­szko­lo­nym sze­fem kuchni. Amy naprawdę potrze­buje kilku spo­koj­nych dni; gdyby miała być szczera, chęt­nie zosta­łaby tu dłu­żej, ale szybko musi zająć się poważ­nymi spra­wami. Nikt nie zabije Rosie D’Anto­nio, więc Amy jest bar­dzo kosz­towną opie­kunką. Czy jest w tym coś zabaw­nego?

– Na razie ni­gdzie nie jedziemy – mówi Amy. – Możesz zostać zamor­do­wana.

Rosie prze­wraca oczami i zaczyna zwi­jać następ­nego jointa.

– Och, Amy, wolę zostać zamor­do­wana niż się nudzić.

Amy Whe­eler, która przez więk­szość dzie­ciń­stwa sta­rała się sie­dzieć cicho i nie rzu­cać się w oczy, jest skłonna się z tym zgo­dzić.

3

Rudy kot, nie można do niego podejść. Wręcz wynio­sły, sukin­syn. Mason’s Lane. Pod­ją­łem próbę nawią­za­nia kon­taktu, ale została odrzu­cona. Trze­cia pięć­dzie­siąt osiem rano.

Steve chowa dyk­ta­fon do kie­szeni. Sły­szy, jak rudy kot nie­zgrab­nie wspina się na ogro­dze­nie z tyłu domu. Rzadko widuje na spa­ce­rach nie­zna­jome koty. To chyba nic waż­nego, ale pra­wie wszystko jest nie­ważne, prawda? Nie­które rze­czy w końcu do cze­goś pro­wa­dzą. Raz zła­pał uzbro­jo­nego ban­dytę dzięki opa­ko­wa­niu bato­nika marki Twix zna­le­zio­nemu w wiel­kim piecu do wyta­pia­niu surówki. Rzadko zda­jemy sobie w danej chwili sprawę ze zna­cze­nia wyda­rzeń, a zano­to­wa­nie szcze­gó­łów nie kosz­tuje prze­cież ani gro­sza.

Skręca w główną ulicę i widzi przed sobą szarą szosę zalaną mdłym świa­tłem księ­życa.

Gdy­by­ście chcieli odwie­dzić Axley – a powin­ni­ście, mia­steczko by się wam spodo­bało – mogli­by­ście pomy­śleć, że zna­leź­li­ście ide­alną angiel­ską miej­sco­wość. Główna ulica łagod­nie opa­da­jąca w dół i okrą­ża­jąca wiej­ski staw. Są tam dwa puby, Pod Mosiężną Małpą i Dzban, nie­roz­róż­nialne dla tury­stów, lecz pełne sub­tel­nych, waż­nych róż­nic dla miej­sco­wych. Na przy­kład nad jed­nym wisi flaga bry­tyj­ska, a nad dru­gim – ukra­iń­ska. Rzeź­nik, pie­kar­nia, a poza tym nie­wielki skle­pik sprze­da­jący świece zapa­chowe i zakładki do ksią­żek. Mar­kizy w paski, rowery oparte o witryny skle­pów, szyldy rekla­mu­jące her­batę, tarota i karmę dla psów. W jed­nej czę­ści wio­ski znaj­duje się kościół, a w dru­giej buk­ma­cher, można wybie­rać. Kie­dyś Steve odwie­dzał oba te miej­sca, ale teraz dał temu spo­kój.

Wokół roz­ciąga się New Forest, wielki las. Ścieżki i szlaki, ćwier­ka­nie pta­ków, ple­caki i płasz­cze prze­ciw­desz­czowe tury­stów. Kuce z New Forest cza­sami błą­kają się na głów­nej ulicy Axley i ludzie odno­szą się do nich z wiel­kim sza­cun­kiem. Las nale­żał do nich, nim poja­wili się tu ludzie, a także długo póź­niej. Axley to maleńka wio­ska wśród drzew.

Kiedy Steve przy­je­chał tu po raz pierw­szy – przed dwu­na­stu laty, prawda? Deb­bie powinna pamię­tać, może przed pięt­na­stu, bo czas szybko pły­nie – nie dał się nabrać na siel­ską atmos­ferę. Nie oszu­kały go malwy, ciastka ani pogodne powi­ta­nia: „Dzień dobry!”. Widział sekrety za każ­dymi paste­lo­wymi drzwiami, widział trupy w każ­dej uliczce, a bicie kościel­nych dzwo­nów za każ­dym razem zwia­sto­wało śmierć.

W żywo­pło­cie utknęło opa­ko­wa­nie po chip­sach. Steve bie­rze je i wyrzuca do kosza. Mon­ster munch. W miej­sco­wym skle­piku nie sprze­dają mon­ster munch, więc to jakiś tury­sta.

Nie, Steve nie dał się nabrać na Axley. Ćwierć wieku służby w poli­cji nauczyło go myśleć jak naj­go­rzej o ludziach. Trzeba zawsze spo­dzie­wać się naj­gor­szego i być przy­go­to­wa­nym na wszystko. Ni­gdy nie dać się zasko­czyć, przez nikogo ani nic.

Zabawne, bio­rąc pod uwagę to, co się wkrótce zda­rzyło.

Zatrzy­muje się przed agen­cją nie­ru­cho­mo­ści i spo­gląda przez szybę. Gdyby prze­pro­wa­dzał się dziś na wieś, nie byłoby go stać na zakup domu. Teraz czło­wieka stać na zakup domu tylko wtedy, gdy kupił go przed pięt­na­stu laty.

Pomy­lił się co do Axley – musi to przy­znać. W domach nie kryły się mor­der­stwa, na ulicz­kach nie leżały zakrwa­wione trupy. W końcu zaczął się uspo­ka­jać.

W dzie­ciń­stwie ni­gdy nie był spo­kojny: zadbał o to ojciec. Szkoła? Był zbyt inte­li­gentny, by się dosto­so­wać, ale nie­wy­star­cza­jąco inte­li­gentny, by uciec. W wieku osiem­na­stu lat wstą­pił do Metro­po­li­tan Police i codzien­nie oglą­dał naj­gor­sze rze­czy, jakie ma do zaofe­ro­wa­nia Lon­dyn. Cza­sem nawet wśród kole­gów. Codzien­nie bójki.

Znowu wyj­muje dyk­ta­fon.

– Jasno­nie­bie­ski volks­wa­gen pas­sat, numer reje­stra­cyjny PN17 DFQ, na par­kingu pubu Pod Mosiężną Małpą. – Obcho­dzi samo­chód. – Stara nalepka poświad­cza­jąca opła­ce­nie podatku dro­go­wego. Na pod­ło­dze leży opa­ko­wa­nie z sieci pie­kar­ni­czej Greggs. Gdzie jest naj­bliż­szy mar­ket Greggs? W Southamp­ton? Przy auto­stra­dzie M27?

Kon­ty­nu­uje spa­cer. Doj­dzie do stawu, posie­dzi tam przez chwilę, a potem wróci. Oczy­wi­ście, że tak: robi to każ­dego wie­czoru.

Axley zmie­niło Steve’a. Nie od razu, tylko powoli – uśmiech po uśmie­chu, przy­sługa po przy­słu­dze, babeczka po babeczce. Ludzie i miej­sco­wość zbu­rzyli mur, który zbu­do­wał wokół sie­bie w ciągu wielu lat. Deb­bie prze­po­wia­dała, że to się sta­nie, lecz jej nie wie­rzył. Uro­dziła się w Axley i namó­wiła go do prze­pro­wadzki, gdy w końcu odszedł z Metro­po­li­tan Police. Wie­działa.

Steve mar­twił się, że w Axley nie będzie się działo nic cie­ka­wego, znik­nie adre­na­lina, ale Deb­bie go uspo­ko­iła: „Jeśli zaczniesz się nudzić, to tylko dwa­dzie­ścia minut drogi od Southamp­ton i jest tam mnó­stwo mor­derstw”.

Nie tęsk­nił za eks­cy­tu­ją­cymi wyda­rze­niami i za adre­na­liną.

Lubił sie­dzieć w domu, goto­wać dla Deb­bie, słu­chać śpiewu pta­ków, zna­lazł dobrą dru­żynę roz­wią­zu­jącą quizy w pubie. Dobrą, ale potrze­bu­jącą nowego, dobrego zawod­nika.

Odwie­dził ich bez­domny kot, praw­dziwy uliczny zabi­jaka, i nie chciał odejść. Po dzie­się­ciu dniach pry­cha­nia i walk wresz­cie się zaprzy­jaź­nili. Teraz Steve czyta gazetę w fotelu, a Pasz­tet (nazwany tak od kło­po­tów, które nie­ustan­nie spra­wiał) sie­dzi mu na kola­nach, mru­cząc przez sen. Dwóch sta­rych drani w dosko­na­łej komi­ty­wie.

Deb­bie namó­wiła Steve’a do zało­że­nia agen­cji detek­ty­wi­stycz­nej. Nie musiał pra­co­wać, bo zara­biała dość pie­nię­dzy jako malarka, ale miała rację. Praw­do­po­dob­nie potrze­bo­wał zaję­cia, poczu­cia, że jest uży­teczny dla spo­łe­czeń­stwa. Wymy­ślił nazwę: „Steve pro­wa­dzi śledz­twa”. Pamięta nie­dzielny lunch, gdy jego syn Adam przy­je­chał z żoną, Amy. Amy zaj­muje się ochroną oso­bi­stą, pra­cuje dla miliar­de­rów i oli­gar­chów, zawsze na dru­gim końcu świata. Steve roz­ma­wia z Amy czę­ściej niż z Ada­mem. To ona tele­fo­nuje i go zapra­sza, gdy wyko­nuje zada­nia w Anglii.

Pro­po­no­wała, by nazwał firmę Mave­rick Steel Inter­na­tio­nal Inve­sti­ga­tions. Powie­działa, że marka jest bar­dzo ważna w świe­cie agen­cji detek­ty­wi­stycz­nych, lecz Steve odparł, że nazywa się Steve i pro­wa­dzi śledz­twa, więc czy „Steve pro­wa­dzi śledz­twa” to zła marka?

Amy pra­cuje teraz gdzieś w Ame­ryce z Rosie D’Anto­nio, pisarką. W trak­cie następ­nej roz­mowy Steve wypyta ją o naj­śwież­sze plotki. Kiedy ktoś chroni cele­bry­tów, zawsze poja­wiają się plotki. Kie­dyś Amy chro­niła pio­sen­ka­rza z grupy roc­ko­wej, który zaży­wał hero­inę, jeż­dżąc na sło­niu.

– Róż­nica czasu w porów­na­niu z Ame­ryką – mówi do dyk­ta­fonu.

Agen­cja detek­ty­wi­styczna pozwala mu się czymś zająć i dostar­cza skrom­nych docho­dów. Ma kilka kon­tak­tów w fir­mach ubez­pie­cze­nio­wych. Jeśli ktoś w rejo­nie New Forest ubiega się o odszko­do­wa­nie w związku z pro­ble­mami z krę­go­słu­pem, sie­dzi przed jego domem albo śle­dzi go w dro­dze na siłow­nię. Jest szczę­śliwy, że ludzie pra­wie zawsze mówią prawdę. Jeśli ktoś tego bar­dzo potrze­buje, zaj­muje się też roman­sami. Jedyna zasada to uni­ka­nie dal­szych podróży. Nie lubi się odda­lać od Axley. W razie potrzeby może poje­chać do Broc­ken­hurst; jest tam kilka faj­nych pubów. W osta­tecz­no­ści do Rin­gwood albo w oko­lice Lyming­ton, ale jeśli ktoś prosi, by udał się do Southamp­ton lub Por­ts­mouth, grzecz­nie odma­wia.

Jeżeli ktoś zaan­ga­żuje się w śledz­two w spra­wie mor­der­stwa, szybko się prze­ko­nuje, że prze­staje być panem swo­jego czasu. Steve ni­gdy nie opusz­cza quizów w pubie Pod Mosiężną Małpą w środę wie­czo­rem. Mor­der­stwo z pew­no­ścią by z tym koli­do­wało. Nie, dzię­kuję.

Dociera do stawu i siada na zwy­kłym miej­scu, ulu­bio­nej ławce Deb­bie. Uwiel­biają ją kaczki, lecz teraz smacz­nie śpią – podob­nie jak reszta wio­ski. Steve czuwa nad nimi. Jest im to winny po tym, co zro­biło dla niego Axley.

Cią­gle pamięta odprę­że­nie, gdy życie wresz­cie się uspo­ko­iło. Wie­rzył, że ludzie dobrze mu życzą i że każdy dzień przy­nie­sie coś dobrego. Poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Oczy­wi­ście tak się nie stało. Czy w ogóle można na to liczyć?

W pew­nym sen­sie śmierć Deb­bie go nie zasko­czyła. Przy­go­to­wy­wał się do niej psy­chicz­nie od dnia, gdy się zako­chali. Wie­dział, że żona w końcu umrze. Na raka, na serce, samo­chód ude­rzy jej rower na wiej­skiej dro­dze, dosta­nie udaru, zgi­nie z rąk zło­dziei. Miał wiel­kie szczę­ście, że się poko­chali, ale prze­czu­wał, że coś mu je odbie­rze.

Pew­nego dnia zabił ją wagon kole­jowy, który wypadł z szyn w trak­cie zbli­ża­nia się do sta­cji. Na pero­nie stały trzy osoby: Deb­bie i dwóch innych bie­da­ków, któ­rzy stra­cili życie tego desz­czo­wego stycz­nio­wego ranka.

Mimo sta­ran­nych przy­go­to­wań oka­zało się to nie­spo­dzianką. Można czę­sto o czymś myśleć, lecz czło­wiek ni­gdy nie jest przy­go­to­wany na to, że pęk­nie mu serce.

Po śmierci Deb­bie wio­ska go wspie­rała, pomo­gła mu prze­trwać. Kiedy spa­ce­ruje po Axley, gdzie zna wszyst­kich i wszy­scy go znają, jest wdzięczny, że czuje się kochany. Bo jeśli ktoś nie czuje się kochany, trudno cokol­wiek czuć.

Nad brze­giem stawu idzie samotny kuc, kiwa­jąc łbem. Steve patrzy na niego podejrz­li­wie. Cóż, patrzy. Jego spoj­rze­nia zawsze są podejrz­liwe. Cały czas ma z tego powodu kło­poty w pubie.

– Powi­nie­neś spać – mówi do kuca.

Zwie­rzę obraca głowę w jego stronę, jakby chciało powie­dzieć: „Ty też”. Steve uznaje, że kuc ma rację. Zwie­rzę idzie powoli dalej, prze­cho­dzi przez główną ulicę, mija skle­pik z pocz­tów­kami, zatrzy­muje się przy śmiet­niku i coś z niego wyciąga. Axley znowu należy do Steve’a.

Pociera pal­cami mosiężną tabliczkę na ławce. Imię Deb­bie, data jej uro­dzin, data śmierci. Naci­ska guzik nagry­wa­nia w dyk­ta­fo­nie, bo ina­czej byłby po pro­stu czło­wie­kiem sie­dzą­cym na ławce i mówią­cym do sie­bie.

– Cześć, Debs. Wczo­raj zaję­li­śmy dru­gie miej­sce w quizie. Do dru­żyny Nor­mana ze sklepu dołą­czył jego szwa­gier, który go odwie­dził, więc nie mie­li­śmy szans. Chcie­li­śmy zło­żyć zaża­le­nie, bo wyda­wało się to tro­chę podej­rzane, ale po powro­cie do domu wszystko spraw­dzi­łem i naprawdę jest szwa­grem Nor­mana, więc nie mogli­śmy nic zro­bić. Pasz­tet zabił nor­nicę, pierw­szą od jakie­goś czasu; miło wie­dzieć, że cią­gle jest dra­pież­ni­kiem. Zaniósł ją do domu Mar­ga­ret, nie do naszego, taki był rezul­tat. Nie­dawno widzia­łem nowego kota na Mason’s Lane, rudego zabi­jakę, możesz sobie wyobra­zić. Hmm… Amy pra­cuje z Rosie D’Anto­nio, no wiesz, pisarką. Nie w moim typie, choć ludzie mówią, że jest bar­dzo piękna. Prze­każę jej ser­decz­no­ści od cie­bie. Amy, nie Rosie D’Anto­nio. Dowiem się plo­tek. W skle­piku jest nowa zapie­kanka, chyba z kur­cza­kiem, można ją pod­grzać w mikro­fa­lówce. Dam ci znać, jak sma­kuje, jeśli zbiorę się na odwagę. Poza tym nic nowego. Kocham cię, Debs.

Wyłą­cza dyk­ta­fon i chowa go do kie­szeni. Gła­dzi dło­nią ławkę.

– Kocham cię, laleczko. Zoba­czę, czy ten kot cią­gle się tu kręci.

Rusza główną ulicą. Jutro znowu zacznie szu­kać psa, który zgu­bił się na miej­sco­wym kem­pingu; wła­ści­ciele, tury­ści z Lon­dynu, byli zroz­pa­czeni. Steve rozu­mie psy – szybko go znaj­dzie. Dali mu zaliczkę, pięć­set fun­tów gotówką. Zro­biłby to za pięć­dzie­siąt fun­tów; lon­dyń­czycy są roz­rzutni. A w miej­sco­wym skle­piku z kasy zni­kają pie­nią­dze. Zamon­to­wał w zeszłym tygo­dniu ukrytą kamerę i poje­dzie obej­rzeć film. To córka wła­ści­ciela – pra­wie natych­miast się domy­ślił. Zna się na ludziach; tak naprawdę są zdu­mie­wa­jąco podobni do psów. Ale wła­ści­ciel nie uwie­rzy, że to jego córka, dopóki nie zoba­czy dowodu.

Axley jest spo­kojne i ciche. Steve jest za to wdzięczny. Inni starsi gli­nia­rze, któ­rych znał, zbli­żają się do sześć­dzie­siątki, zaj­mują się podej­rza­nymi inte­re­sami, piją, palą jed­nego papie­rosa za dru­gim albo stre­sują się na śmierć. Ale Steve rozu­mie, jak koń­czy się życie, i nie ma zamiaru się prze­ciwko temu bun­to­wać.

Nie można mieć przy­jem­no­ści bez bólu, więc Steve posta­no­wił się obyć bez przy­jem­no­ści. Ogląda tele­wi­zję, uczest­ni­czy w quizach w pubie, w miarę moż­no­ści pomaga ludziom, ale zawsze wraca na fotel z kotem o imie­niu Pasz­tet.

Kiedy kogoś aresz­tu­jesz, zwy­kle reaguje na dwa spo­soby. Nie­któ­rzy wierz­gają albo wrzesz­czą przez całą drogę do celi, a inni mil­czą, wie­dząc, że gra skoń­czona.

Kto wie, kiedy twoja gra się skoń­czy? Kiedy będziesz stał na pero­nie i pociąg się wyko­lei?

Kie­dy­kol­wiek ma się to stać, Steve przyj­mie to spo­koj­nie.

4

Jeff Nolan, szef Maxi­mum Impact Solu­tions, myśli o Andrew Fair­bank­sie.

Ludzie muszą być cza­sem zabi­jani; to po pro­stu biz­nes i Jeff rozu­mie to lepiej od innych. Ale pożarci przez rekina? Przy­pusz­cza, że daje to do myśle­nia, i może wła­śnie o to cho­dzi. Gdy zamor­do­wano Bellę San­chez, nikt tak naprawdę nie zwró­cił na to uwagi. Ludzie mówili tro­chę o Marku Goochu, zasta­na­wiali się, ale to pierw­szy przy­pa­dek budzący powszechną uwagę. Pierw­szy, który skło­nił kogoś do zada­wa­nia pytań. Przede wszyst­kim poli­cję. Jeff nie lubi, gdy odwie­dza go w pracy poli­cja. Pró­bo­wał być pomocny – w końcu zgi­nął młody czło­wiek – lecz ist­nieje prze­cież coś takiego jak tajem­nica klienta.

Jeff wie, jaki jest zwią­zek mię­dzy trzema zabój­stwami. Wie też, kto za nimi stoi.

François Loubet.

Ma zada­nie do wyko­na­nia. Nie zamie­rza zban­kru­to­wać z powodu tych mor­derstw, na litość boską.

Poli­cja nie jest praw­dzi­wym pro­ble­mem, bywa nim bar­dzo rzadko. Praw­dzi­wym pro­ble­mem są klienci. Tego ranka umowy roz­wią­zali pił­karz Pre­mier League i holen­der­ski impor­ter mari­hu­any. Stra­cili zaufa­nie do Maxi­mum Impact Solu­tions. Nie można ich winić. Kiedy wia­do­mo­ści się rozejdą, inni klienci też się wyco­fają. Nie­wąt­pli­wie pójdą do Henka, jego daw­nego wspól­nika, a jesz­cze daw­niej naj­lep­szego przy­ja­ciela.

A teraz zło­żył mu wizytę Max High­field. Można by pomy­śleć, że powi­nien mieć lep­sze spo­soby spę­dza­nia czasu, a jed­nak zdjął buty, oparł nogi na stole kon­fe­ren­cyj­nym Jeffa i wywo­łuje kło­poty.

– Sta­wia mnie to w złym świe­tle, Jeff – mówi, prze­su­wa­jąc dło­nią po wło­sach jak posi­wiały w bojach wete­ran wojenny, a nie czło­wiek, który nie­dawno zjadł śnia­da­nie w eks­klu­zyw­nej restau­ra­cji.

– Rozu­miem, Max – odpo­wiada Jeff. – Rozu­miem.

Jeff od razu to prze­wi­dy­wał. Wie­dział, że po śmierci Andrew Fair­banksa inni klienci doda­dzą dwa do dwóch. Ludzie szu­kają infor­ma­cji w Google. Zwłasz­cza cele­bryci, któ­rzy robią to nało­gowo.

– Ilu klien­tów ci zała­twiam? – pyta Max.

– Och, mnó­stwo, mnó­stwo – odpo­wiada Jeff. – Wła­śnie dla­tego płacę ci ćwierć miliona fun­tów rocz­nie, Max. – Plus hono­ra­ria za kon­sul­ta­cje. I dzie­sięć tysięcy pre­mii za każ­dego nowego klienta, za przy­cią­ga­nie sław­nych ludzi. Głów­nie akto­rów, ale Max jest gwiaz­do­rem fil­mo­wym i zna wszyst­kich.

– Ćwierć miliona? – Max się śmieje. – Wiesz, ile dosta­łem za ostatni film krę­cony przez Marvel Enter­ta­in­ment?!

– Nie – odpo­wiada Jeff. – I nie musisz mi mówić. Jestem pewien, że to pouf…

– Osiem i pół miliona – prze­rywa Max. – Osiem i pół miliona. Fun­tów, nie dola­rów. Dosta­łeś kie­dyś hono­ra­rium w wyso­ko­ści ośmiu i pół miliona fun­tów, Jeff?

– Tak – odpo­wiada Jeff. – Kilka razy, ale to nie­ważne. Rozu­miem, że to dla cie­bie trudne z powodu wpływu na twój wize­ru­nek.

– Troje klien­tów nie żyje – mówi Max, bęb­niąc pal­cami w potężne uda, które pozwa­lają mu tak dobrze grać boha­tera fil­mów akcji. – O troje za wielu.

– No cóż, zaba­wię się w adwo­kata dia­bła, ale, mię­dzy nami mówiąc, nie byli to poważni klienci, raczej płotki, z całym sza­cun­kiem dla ich pamięci – odpo­wiada Jeff. – Nie wyglą­dało na to, by Andrew Fair­banks miał lada dzień zdo­być Oscara. Był influ­en­ce­rem w branży fit­ness.

Max nagle staje się bar­dzo poważny. Zdej­muje nogi ze stołu.

– Oscary są znacz­nie prze­ce­niane, Jeff. To wszystko poli­tyka.

– Jestem tego pewien – odpo­wiada Jeff. – A teraz, jeśli…

– Wielu wiel­kich akto­rów ni­gdy nie dostało Oscara – prze­rywa Max.

– Zgoda, zgoda. Przed­sta­wię ci mój plan – mówi Jeff.

– Samuel L. Jack­son ni­gdy nie dostał Oscara. Wie­dzia­łeś o tym? – Max High­field powoli, ze smut­kiem kiwa głową.

– Przy­znaję, że nie wie­dzia­łem – odpo­wiada Jeff. – Moja pra­cow­nica jest w Karo­li­nie Połu­dnio­wej, gdzie zamor­do­wano Andrew Fair­banksa. Ona…

– Tra­volta też ni­gdy nie zdo­był Oscara – cią­gnie Max. – Johnny Depp, Jason Sta­tham. To poli­tyka. Trzeba paso­wać.

– Zamie­rzam z nią poroz­ma­wiać – mówi Jeff. – Dys­kret­nie się cze­goś dowie­dzieć.

– Prze­pra­szam, z kim zamie­rzasz poroz­ma­wiać? – pyta Max. – Roz­ma­wia­li­śmy o Osca­rach, prawda?

– Mam pra­cow­nicę, która jest w Karo­li­nie Połu­dnio­wej – powta­rza Jeff. – Amy Whe­eler. Przed laty krótko się tobą opie­ko­wała.

– Pamię­tam ją – odpo­wiada Max High­field. Przez chwilę inten­syw­nie wpa­truje się w Jeffa. Na pewno kie­dyś mu mówiono, że jego inten­sywne spoj­rze­nie robi duże wra­że­nie. – Kolejny przy­pa­dek to Tom Cru­ise. Jeff, ktoś wspo­mniał ci kie­dyś, że wyglą­dasz jak czar­no­skóry Jason Sta­tham?

Jeff docho­dzi do wnio­sku, że powi­nien wró­cić do tematu.

– To deli­katna sprawa, na pewno to rozu­miesz, Max – cią­gnie. – Znasz cha­rak­ter tego biz­nesu. Ale chcę, żebyś wie­dział, że trak­tu­jemy tę sprawę bar­dzo poważ­nie.

– Zasta­na­wiam się nad przej­ściem do Henka – odpo­wiada Max, znowu opie­ra­jąc nogi na bla­cie. – Posta­no­wi­łem cię uprze­dzić. Założę się, że zapłaci mi wię­cej.

– Cóż, był­bym zaszo­ko­wany, gdy­byś o tym nie myślał – odpo­wiada Jeff. Max High­field byłby naj­więk­szą gwiazdą, którą ukradł mu Jeff. – Możemy roz­ma­wiać o pie­nią­dzach.

– Amy Whe­eler zabro­niła mi zjeż­dżać moto­cy­klem z mostu – mówi Max.

– Tak, to ona – potwier­dza Jeff. – Zdaje się, że wzią­łeś za wiele środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych?

– Nie należy ich mie­szać z whi­sky – mówi Max.

– Naprawdę? – pyta Jeff. – Na pewno gdzieś sły­sza­łem, że…

– I popla­miła mi krwią dżin­sową mary­narkę.

– Spa­cy­fi­ko­wała bójkę, którą spro­wo­ko­wa­łeś w barze, i ktoś ska­le­czył ją kawał­kiem szkła – odpo­wiada Jeff.

– Dosta­łem tę mary­narkę od Harry’ego Sty­lesa.

– Max, czy zaufasz mi na kilka tygo­dni? – pyta Jeff, pró­bu­jąc wró­cić do tematu. – Aż usta­limy, co się dzieje?

– Jasne, jasne – mówi Max. – Dwa tygo­dnie.

Max zaczyna wkła­dać buty, sygnał, że jest gotów do wyko­na­nia następ­nego kroku w Świe­cie Genial­nego Maxa High­fielda. Jeff wstaje.

– Nawia­sem mówiąc, zachwy­ci­łem się twoim nowym fil­mem, Ram­page 7.

– Dzięki, stary – odpo­wiada Max. – Nie prze­pa­da­łem za Ram­page 6, ale odzy­ska­li­śmy formę. Miło zagrać w trzech fil­mach po kolei.

Jeff kiwa głową. W jed­nym z fil­mów Max ma wąsy, a w dru­gim opa­skę na oku i fran­cu­ski, a może holen­der­ski akcent.

– Henk wspo­mniał, że krzywo trzy­ma­łeś pisto­let i że ktoś powi­nien cię tego nauczyć – cią­gnie Jeff. – Ale mnie się podo­bało. Ja też cza­sami krzywo trzy­mam broń.

– Henk to powie­dział? – Max pro­stuje się na pełną wyso­kość. Sto dzie­więć­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, które spra­wiły, że nie grał długo w dru­go­rzęd­nych bry­tyj­skich ope­rach mydla­nych.

– Oba­wiam się, że tak.

– Hm – pomru­kuje Max. Wygląda, jakby musiał coś prze­my­śleć.

– Nie wszy­scy czują kino – dodaje Jeff.

– Jestem źle rozu­miany jako czło­wiek – odpo­wiada Max. – I jako arty­sta. Ale taka jest Wielka Bry­ta­nia.

– Straszny kraj, zga­dzam się – mówi Jeff i wymie­nia z Maxem uścisk dłoni. – Zała­twię tę sprawę.

Max wycho­dzi, oto­czony ude­rza­jącą do głowy aurą testo­ste­ronu i wody toa­le­to­wej Toma Forda, po czym mija Susan Knox idącą na spo­tka­nie z Jef­fem. Daje jej moc­nego klapsa w tyłek.

– Ach, moja gorąca tygry­sica – mówi.

– Sze­fowa działu HR – wtrąca Jeff.

– Nie ma nic prze­ciwko klap­som – rzuca przez ramię Max. – To kom­ple­ment.

– Domy­ślam się, że jed­nak masz coś prze­ciwko temu – mówi Jeff, zapra­sza­jąc Susan, by zajęła miej­sce.

– Tak, mam – odpo­wiada bez­na­mięt­nie Susan. – Mam coś prze­ciwko klap­som.

– Chcia­ła­byś, żebym coś zro­bił? – pyta Jeff.

– Zli­kwi­do­wał patriar­chat? – suge­ruje Susan.

– Poroz­ma­wiam z klien­tami – mówi Jeff. – Nie lubią, gdy czar­no­skó­rzy cze­goś im zabra­niają, ale zro­bię wszystko, co w mojej mocy. To akta François Loubeta?

Susan kiwa głową i kła­dzie teczkę na biurku Jeffa.

– Wolno spy­tać, dla­czego chcia­łeś je zoba­czyć?

Przed dwoma laty wyko­nali pracę dla Loubeta. Oczy­wi­ście się z nim nie spo­tkali; nikt nie spo­tyka się z François Loube­tem. To naj­więk­szy prze­myt­nik pie­nię­dzy na świe­cie i z nikim się nie kon­tak­tuje. Ochra­niali jed­nego z człon­ków jego per­so­nelu. W tam­tym cza­sie Henk miał obiek­cje. Był zawsze bar­dziej wybredny niż Jeff w kwe­stii doboru klien­tów. Ale, jak powie­dział Jeff, jeśli nie chroni się kry­mi­na­li­stów, bar­dzo szybko zaczyna bra­ko­wać klien­tów. Henk odkryje to, pro­wa­dząc wła­sną firmę. Czy ta awan­tura nie była począt­kiem końca ich współ­pracy?

Jeff otwiera teczkę i patrzy na Susan.

– Czy­ta­łaś te akta?

– Czy czy­ta­łam? – pyta Susan. – Nie, są poufne.

Jeff kiwa głową. Natu­ral­nie, że czy­tała; nic nie szko­dzi. Susan umie dotrzy­mać tajem­nicy.

Na wierz­chu leży wydruk mejla wysła­nego przez Jeffa kilka mie­sięcy temu do François Loubeta, nim zaczęły się zabój­stwa. Dowód, jeśli Jeff będzie go kie­dy­kol­wiek potrze­bo­wał.

Mon­sieur Loubet!

Mam nadzieję, że ten mejl dotrze do Pana. Powi­nien Pan mnie pamię­tać, wyko­na­li­śmy dla Pana pewną pracę przed dwoma laty. Bar­dzo doce­ni­li­śmy szybką zapłatę. Muszę jed­nak prze­ka­zać nie­po­ko­jące wia­do­mo­ści.

Jeśli mogę mówić bez ogró­dek, dwoje moich klien­tów zostało nie­dawno przy­ła­pa­nych na prze­my­ca­niu przez gra­nicę dużych sum pie­nię­dzy.

Wno­szę z tego, że moją firmę zaczął wyko­rzy­sty­wać gang zawo­do­wych prze­myt­ni­ków. Jest Pan jedy­nym prze­myt­ni­kiem, który miał kon­takt z Maxi­mum Impact Solu­tions. Potrze­buję Pana pil­nej pomocy, by uzy­skać potrzebne infor­ma­cje. Czy mogli­by­śmy poroz­ma­wiać?

Oba­wiam się, że nie mogę pozwo­lić, by moja firma była w dal­szym ciągu zagro­żona, i podejmę wszel­kie nie­zbędne kroki, by chro­nić swo­ich klien­tów i ich inte­resy. Co ozna­cza, że jeśli to Pan za tym stoi, Panie François, a tak uwa­żam, będę Pana ści­gał.

Z powa­ża­niem Jeff Nolan

Jeff unosi głowę znad wydruku.

– Wiesz, z czego się utrzy­muje François Loubet, Susan?

Susan kręci głową.

– Nie mogę tego wie­dzieć bez dostępu do jego akt.

– Może przy­pad­kiem na nie zer­k­nę­łaś, robiąc kopie, coś w tym rodzaju?

– Gdy­bym na nie zer­k­nęła, co się cza­sami zda­rza, powie­dzia­ła­bym, że to jeden z czo­ło­wych prze­myt­ni­ków pie­nię­dzy na świe­cie – odpo­wiada Susan. – Zaj­muje pierw­sze miej­sce na liście naj­bar­dziej poszu­ki­wa­nych prze­stęp­ców FBI. Ostat­nio wymie­niał z tobą mejle.

– Cho­ler­nie dokład­nie zer­k­nę­łaś na te akta – zauważa Jeff.

– Czę­sto kopiuję mate­riały – mówi Susan. – Domy­ślam się, że nikt nie wie, kto to taki?

Jeff kiwa głową.

– Rozu­miesz teraz, dla­czego czy­tam jego akta?

– Jego pie­nią­dze zna­le­ziono przy Andrew Fair­bank­sie? – suge­ruje Susan.

– Są też inne rze­czy, które mogłaś przy­pad­kiem zauwa­żyć w aktach – dodaje Jeff.

– To z pew­no­ścią pro­blem – przy­znaje Susan. – Ale mie­wa­łeś pro­blemy już wcze­śniej i zawsze jakoś je roz­wią­zy­wa­łeś. Wie­rzę, że teraz też sobie pora­dzisz. Przy­da­łoby się ziden­ty­fi­ko­wać Loubeta, mogę jakoś w tym pomóc?

– Czy ktoś pra­cuje z Amy Whe­eler? – pyta Jeff. – Zaj­muje się ochroną Rosie D’Anto­nio, prawda?

– Dawny żoł­nierz Navy SEALs o imie­niu Kevin – odpo­wiada Susan. Jak zawsze ma gotową odpo­wiedź. Wła­śnie dla­tego Jeff pozwala jej czy­tać doku­menty. Oczy­wi­ście nie wszyst­kie.

– Nie jest z naszej firmy – mówi Jeff.

– Zaan­ga­żo­wany za pośred­nic­twem lokal­nej filii – wyja­śnia Susan. – Świet­nie się nada­wał i miał nie­na­ganne świa­dec­two moral­no­ści wysta­wione przez Lowe­sport Police Depart­ment.

– Ostatni klienci Amy to cie­kawe przy­padki ze względu na mor­der­stwa – zauważa Jeff. – Co o tym sądzisz jako sze­fowa HR?

– Jako sze­fowa HR uwa­żam, że powi­nie­neś pil­nie z nią poroz­ma­wiać – odpo­wiada Susan. – Natych­miast ścią­gnę ją do kraju.

Susan pra­cuje z Jef­fem od naj­wcze­śniej­szych dni w City. Powie­działby, że towa­rzy­szyła mu w dobrych i złych chwi­lach, ale – szcze­rze mówiąc – nie było wielu złych chwil.

Roz­waża następny krok. Amy musi się domy­ślać, że trzy mor­der­stwa ozna­czają dla niej poważne kło­poty. Musi rozu­mieć, że wszystko wska­zuje na nią. Posta­na­wia prze­słać jej wia­do­mość. Ścią­gnąć ją do Lon­dynu i zoba­czyć jej reak­cję.

Jeff pod­nosi z biurka następną kartkę.

– Nawia­sem mówiąc, dzię­kuję za stresz­cze­nie fabuły Ram­page 7.

Czy­tał je przed przy­by­ciem Maxa High­fielda.

– Było to przy­jemne – mówi Susan. – Cóż, męczące, ale praca jest sen­sem mojego życia.

Jeff znowu patrzy na Susan. Byłby bez niej zagu­biony, pozba­wiony uszu i oczu. Wiele zawdzię­cza jej mądrym radom.

– Muszę coś zro­bić w spra­wie Maxa High­fielda – odzywa się. – Jego zacho­wa­nie jest nie do przy­ję­cia.

Susan wstaje.

– Chcę po pro­stu wyko­ny­wać swoją pracę, Jeff. Ścią­gnij Amy Whe­eler do kraju, może być w nie­bez­pie­czeń­stwie.

– Mmm – mru­czy Jeff.

Susan pochyla się i kła­dzie rękę na dłoni Jeffa.

– Kocham cię, Jeff, ale nie musisz mnie rato­wać przed Maxem High­fiel­dem. Sama sobie z nim pora­dzę, rozu­miesz?

Jeff rozu­mie i jest wdzięczny. Max jest warty dla niego mnó­stwo pie­nię­dzy. Byłby warty mnó­stwo pie­nię­dzy także dla Henka.

Henk van Veen. On i jego stary przy­ja­ciel stwo­rzyli tę firmę. Butch Cas­sidy i Sun­dance Kid, Cagney i Lacey. Trzy mie­siące wcze­śniej się roz­stali. Może miało to coś wspól­nego z Loube­tem? Z Hen­kiem ni­gdy nic nie wia­domo.

Jeff spo­gląda na wyso­kie lustro na końcu sali kon­fe­ren­cyj­nej. Znaj­duje się za nim sekretny gabi­net Henka. Sie­dział w abso­lut­nej ciszy ze szkla­neczką brandy w ręku i obser­wo­wał spo­tka­nia przez lustro wenec­kie. Mówił, że ma to dodat­kowo zabez­pie­czyć ich inte­resy, lecz tak naprawdę cho­dziło o to, by nikt o nim nie mówił. Wła­śnie taki jest Henk. Podejrz­liwy, para­no­idalny. Uży­teczny w inte­re­sach, lecz iry­tu­jący jako wspól­nik.

Wszy­scy się dowie­dzieli o sekret­nym pokoju, bo Jeff szybko o nim opo­wie­dział. Póź­niej, gdy chcieli roz­ma­wiać o Henku, cho­dzili do pubu.

Spo­gląda na Susan.

– Mogę ci zadać jesz­cze jedno pyta­nie?

– Strze­laj – odpo­wiada Susan.

Jeff znowu bie­rze teczkę Loubeta.

– Uwa­żasz, że Henk zaglą­dał kie­dyś do tych akt?

– Och, Henk zaglą­dał wszę­dzie – mówi Susan.

5

Co robisz? – pyta Steve. Trzyma tele­fon mię­dzy ramie­niem a uchem i głasz­cze obiema rękami łeb Pasz­teta. Gdyby gła­dzić go tylko jedną ręką, oka­załby nie­za­do­wo­le­nie.

– Sie­dzę nad base­nem i popi­jam kok­tajl pro­te­inowy – odpo­wiada Amy. – A ty?

– Oglą­dam Punkt kry­tyczny, jedząc jajko po szkocku – mówi Steve. – Gdzie twoja klientka? Nie powin­naś z nią być?

– W namio­cie tle­no­wym – odpo­wiada Amy. – Medy­tuje. Co to jest Punkt kry­tyczny?

– Co to jest Punkt kry­tyczny? – dziwi się Steve. – Pytasz poważ­nie?

– Domy­ślam się, że to tele­tur­niej? – mówi Amy.

– Tak, tele­tur­niej. Co to jest Punkt kry­tyczny, dobre sobie! – Cza­sami Steve się zasta­na­wia, w jakim świe­cie żyje Amy. Wszy­scy oglą­dają Punkt kry­tyczny.

– Mógł­byś iść na spa­cer? – pyta Amy. – Poćwi­czyć taekwondo? Ode­tchnąć świe­żym powie­trzem?

– Mam otwarte okno – odpo­wiada Steve. – I byłem już na dwóch spa­ce­rach. Posze­dłem do sklepu kupić jajka po szkocku i wró­ci­łem.

– Nie powi­nie­neś jeść jajek po szkocku – mówi Amy. – To nie jest praw­dziwe jedze­nie. Są nad­mier­nie prze­two­rzone.

– Wła­śnie dla­tego tak mi sma­kują – odpo­wiada Steve.

– Musisz porząd­nie się odży­wiać, okej? – mówi Amy. – Jak ci sma­kuje żyw­ność orga­niczna, którą dla cie­bie zamó­wi­łam?

Steve spo­gląda na kuch­nię i widzi stos nie­zje­dzo­nych warzyw. Raz w tygo­dniu przy­cho­dzi po nie Bob z pie­karni i dorzuca do kom­po­stu.

– Są świetne – odpo­wiada. – Na przy­kład cuki­nie. – Wie, że nie będzie mu łatwo się wymi­gać. Amy jest prze­szko­lo­nym śled­czym.

– Jak przy­rzą­dzasz cuki­nie? – pyta Amy.

– No cóż… – zaczyna Steve. Musiał to widzieć w tele­wi­zji. – Kroję je, wrzu­cam na patel­nię…

– Aha.

– Potem tro­chę oliwy, tro­chę soli… – Brzmi to prze­ko­nu­jąco. A Amy nie może niczego udo­wod­nić.

– Steve, zja­dłeś coś z tych pude­łek?

– Jesz­cze nie – przy­znaje Steve. – Byłem zbyt zajęty, by goto­wać. Ale dałem swo­jej sąsiadce Mar­ga­ret tro­chę mło­dych cebul i bakła­żana.

– Po pro­stu nie chcę, żebyś umarł z głodu – mówi Amy. – Wiem, że to ego­izm z mojej strony.

– Ja też nie chcę, żebyś zgi­nęła, ale nie powstrzy­muję cię od lata­nia po całym świe­cie z bro­nią. – Cza­sami w trak­cie roz­mowy z synową trzeba przejść do ataku. Amy to sza­nuje.

– Wiem – odpo­wiada Amy. – Ale to coś innego. Jestem sobą.

– Jajka po szkocku i pisto­lety niczym się nie róż­nią, Amy. Są ekwi­wa­lentne. Jak się miewa Rosie D’Anto­nio? Gwiaz­do­rzy?

– Chwi­lowo nie – zaprze­cza Amy. – Dość ją lubię. Czy na moim miej­scu zro­bił­byś sobie ope­ra­cję pla­styczną nosa?

– Kie­dyś zła­mano mi nos – mówi Steve. – Ude­rzyła mnie cegłą kobieta w pubie. Pró­bo­wa­łem aresz­to­wać jej brata na Old Kent Road. Co to jest namiot tle­nowy?

– Namiot pełen tlenu – odpo­wiada Amy. – W Axley dzieje się coś cie­ka­wego?

– Zgu­bił się pies – mówi Steve. – Tury­stom z Lon­dynu. Jaka jest pogoda?

– Żar leje się z nieba – odzywa się Amy. – Nie mógł­byś wytrzy­mać. Roz­to­pił­byś się.

– Jakiego kremu z fil­trem SPF uży­wasz?

– Nie wie­rzę w SPF – odpo­wiada Amy. – Strasz­nie się pocę, co zapew­nia mi natu­ralną ochronę.

– Jezu, Amy – mówi Steve. – Trzy­dzie­ści na ramiona, pięć­dzie­siąt na twarz. Więc nikt jesz­cze nie strze­lał do Rosie D’Anto­nio?

– Jesz­cze nie – odpo­wiada Amy. – Gdzie twoim zda­niem jest pies?

– Domy­ślam się, że dobrze się bawi – mówi Steve. – Wącha drzewa. Mam plan.

– Zawsze masz plan.

– Kiedy znowu cię zoba­czę? Mar­ga­ret pytała o cie­bie. Chcia­łaby z tobą poroz­ma­wiać.

– Zaraz potem jest giełda bry­lan­tów w Dubaju – mówi Amy. – Spo­tkam się tam z Ada­mem, powi­nie­neś przy­je­chać.

– Do Dubaju? Nawet za milion lat.

– Wyna­jęli nam willę – mówi Amy. – Spa­kuj szorty i przy­leć.

– Nie mam szor­tów – odpo­wiada Steve.

– Wyda­wało mi się, że sprze­dają je w skle­pach – zauważa Amy.

– I nie latam samo­lo­tami – dodaje Steve. – Nie lubię sie­dzieć koło ludzi. A gdyby chcieli ze mną poroz­ma­wiać?

– Nikt nie chce z tobą roz­ma­wiać, nie martw się.

– W tę środę jest quiz w pubie – mówi Steve. – A poza tym przy­wiozą mi półki. Muszę pokwi­to­wać odbiór. Więc to nie­moż­liwe.

– Mar­ga­ret może pokwi­to­wać odbiór pó­łek – suge­ruje Amy. Steve wyczuwa, że Amy prze­grywa bitwę, ale trzeba jej przy­znać, że ni­gdy się nie pod­daje. – Mógł­byś pole­cieć z lot­ni­ska w Southamp­ton, spraw­dza­łam.

– Southamp­ton? – pyta Steve. – Są roboty dro­gowe na A31… Jak długo musiał­bym jechać? Jak się miewa Adam?

– Ty mi powiedz. Mówił, że dzwo­nił do cie­bie w week­end.

– Ach tak, tak, oczy­wi­ście – odpo­wiada Steve. Kolejne kłam­stwo. Szcze­rze mówiąc, powi­nien odpo­wiadać: „Bez komen­ta­rzy”, na każde pyta­nie Amy. Oszczę­dzi­łoby mu to mnó­stwa kło­po­tów. – Dobrze się czuje i bawi. Tęskni za tobą.

– Nie dzwo­nił do cie­bie, prawda?

– Oczy­wi­ście, że nie dzwo­nił – odpo­wiada Steve. – O czym mie­li­by­śmy roz­ma­wiać?

– O czym­kol­wiek. Jesteś jego ojcem. O czym my roz­ma­wiamy?

– O psach. Jaj­kach po szkocku. Namio­tach tle­no­wych. Moich nie­do­cią­gnię­ciach jako czło­wieka?

– Nie mógł­byś z nim o tym mówić?

– Z Ada­mem? Daj spo­kój, Ames? To nasze sprawy.

– Powiem mu, żeby do cie­bie zadzwo­nił – mówi Amy. – Jest w Makau.

– Naprawdę? – pyta Steve, zasta­na­wia­jąc się, gdzie leży Makau. Spraw­dzi to; wła­śnie takie rze­czy poja­wiają się w quizach. – Żad­nego śladu Rosjan? Zabój­ców?

– Jeste­śmy na pry­wat­nej wyspie, Steve – odpo­wiada Amy. – Mogliby mnie tu zabić tylko Rosie i Kevin, dawny żoł­nierz Navy SEALs. Daję słowo, że jestem bez­pieczna.

– Ale masz oczy sze­roko otwarte?

– Zawsze mam sze­roko otwarte oczy – potwier­dza Amy. – Możemy poroz­ma­wiać póź­niej?

– Dobrze – mówi Steve. – Będę szu­kał psa i zjem lunch w pubie. Poza tym ktoś pod­krada pie­nią­dze ze sklepu.

– Wró­cisz do domu na Punkt zwrotny?

– Punkt kry­tyczny – popra­wia Steve. – Nie roz­ma­wiaj z obcymi.

– Pamię­tasz, co mówiła Deb­bie? – pyta Amy. – Obcy to przy­ja­ciel, któ­rego jesz­cze nie znasz.

– Pod­kra­dła to z filmu – mówi Steve.

– Deb­bie pole­cia­łaby do Dubaju – dodaje Amy.

– Nie powstrzy­my­wał­bym jej – odpo­wiada Steve. – Tkwi­łaby w kor­kach z powodu robót dro­go­wych.

– Wiem, że pole­ciał­byś razem z Deb­bie – odzywa się Amy.

– Nie, muszę ode­brać półki – mówi Steve. – Deb­bie czy nie Deb­bie.

– Nie potra­fił­byś jej odmó­wić – odpo­wiada Amy. – Wzniosę toast na jej cześć, gdy skoń­czymy roz­ma­wiać. Zaprzy­jaź­ni­łaby się z Rosie.

– Zawsze uwiel­biała pry­watne wyspy. Była zachwy­cona, gdy mie­li­śmy pry­watny boks w restau­ra­cji Nando’s.

– Uwa­żaj na sie­bie, Steve – mówi Amy. – Poroz­ma­wiamy póź­niej.

– Kocham cię, Ames. Na pewno jesteś bez­pieczna?

– Ja też cię kocham. Tak, obie­cuję, że ni­gdy nie będę bez­piecz­niej­sza.

Steve zdej­muje rękę z głowy Pasz­teta, który obrzuca go kar­cą­cym wzro­kiem. Steve wyłą­cza tele­fon. Zawsze pła­cze po tele­fonach Amy. Nie wie dla­czego, ale nauczył się to akcep­to­wać. Kiedy w jego oczach poja­wiają się łzy, Pasz­tet wyciąga łapę i opiera ją o pierś Steve’a. Praw­do­po­dob­nie jest głodny.

6

Feli­city Wool­la­ston wie, że przy takich wpły­wach powinna się prze­nieść do nowego biura. Ale lubi obecne miej­sce. Dwa pokoje nad biu­rem podróży przy głów­nej ulicy Let­chworth Gar­den City. To jej pasuje. Spo­kój, żad­nych samo­cho­dów. Żad­nych klien­tów, któ­rzy mie­liby ochotę wsiąść do pociągu i doświad­czyć buj­nego życia Let­chworth. Tylko Feli­city, akwa­rium i sta­cja radiowa Clas­sic FM.

Powinna rów­nież zaan­ga­żo­wać pra­cow­ni­ków, to także wie, ale komu może ufać w obec­nej sytu­acji? Jej firma nie zmie­niła się od bli­sko czter­dzie­stu lat. Feli­city sama obsłu­guje klien­tów i pełni funk­cję recep­cjo­nistki, posłu­gu­jąc się nieco zmie­nio­nym tonem głosu. Prawdę mówiąc, ni­gdy nie była na tyle zajęta, by potrze­bo­wać per­so­nelu, ani na tyle bogata, by za to pła­cić. Zmie­niło się to w ciągu dwóch ostat­nich lat z przy­czyn, któ­rych nie rozu­mie.

Patrzy przez okno na główną ulicę Let­chworth. Męż­czy­zna wjeż­dża hulaj­nogą do mar­ketu sieci WH Smith po prze­ciw­nej stro­nie, nasto­la­tek pali papie­rosa na podium dla orkie­stry w cza­sie prze­rwy na lunch, a męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze – załóżmy, że agent nie­ru­cho­mo­ści – opiera się o otwarte drzwi samo­chodu, roz­ma­wia­jąc przez komórkę. Z żoną? Z klien­tem? Trudno powie­dzieć, ale Feli­city i tak widzi, że męż­czy­zna kła­mie.

Była gotowa do przej­ścia na eme­ry­turę, gdy poja­wili się nowi klienci. Ni­gdy nie spo­tkała żad­nego z nich; nowe umowy funk­cjo­nują ina­czej. Tłu­ma­czono jej to setki razy, ale Feli­city jest cią­gle przy­zwy­cza­jona do sta­rych zwy­cza­jów, oso­bi­stego kon­taktu. Jeśli klient był akto­rem, krzą­tała się koło niego, wysy­łała mu kwiaty do gar­de­roby. Jeśli otwie­rał lokalny ośro­dek wypo­czyn­kowy, poja­wiała się z miej­sco­wymi dzien­ni­ka­rzami. Klienci Feli­city nie są zapra­co­wani, więc zawsze może ich wspie­rać. Daw­niej dosta­wali mnó­stwo zle­ceń: Sue Cham­bers wystę­po­wała w tele­wi­zji, Alan Baxter pro­wa­dził pro­gram śnia­da­niowy w Chil­tern FM, Mal­colm Car­ne­gie prze­ma­wiał w klu­bach rugby. Ale to już prze­szłość. Sue ma kło­poty ze sta­wem bio­dro­wym i nie może podró­żo­wać. Alan wpadł w kło­poty, gdy zamie­ścił na Face­bo­oku post o Adol­fie Hitle­rze, a Mal­colm Car­ne­gie zmarł na sta­cji ben­zy­no­wej. Została didżejka z miej­sco­wego radia, a także Miriam (regu­lar­nie wystę­po­wała przez dwa sezony w serialu Ber­ge­rac), a poza tym skom­pro­mi­to­wany brzu­cho­mówca. Szcze­rze mówiąc, Feli­city była bli­ska kapi­tu­la­cji, dopóki nie zadzwo­niła do jej drzwi kobieta w spodniach i mary­narce.

Czter­dzie­ści lat pracy w branży. Nie­źle. Ni­gdy nie była bogata, ale ni­gdy nie cho­dziła głodna. Kilku mło­dych klien­tów zmie­niło agen­cje, gdy odnie­śli suk­ces (żad­nych pre­ten­sji, takie rze­czy się zda­rzają), kilku debiu­tan­tów, któ­rzy mogli dotrzeć na szczyt, lecz nie dotarli. Nor­malne sprawy. Ale teraz jest star­sza. Pra­cuje, bo ina­czej musia­łaby sie­dzieć w domu, a woli mil­czący tele­fon w biu­rze od mil­czą­cego tele­fonu w domu. Woli brak pracy od braku rodziny.

Feli­city miała wra­że­nie, że kobieta, która ją odwie­dziła, ubrana w zie­lone spodnie i mary­narkę, zło­żyła jej wizytę w bar­dzo dobrym dniu. Wypiły fili­żankę her­baty – Feli­city musiała wyjść, by kupić tro­chę mleka – a kobieta opo­wie­działa o świe­cie influ­en­ce­rów i kre­owa­niu marek. Feli­city grzecz­nie kiwała głową i uda­wała, że rozu­mie. Rzu­ciła kilka nazwisk zna­jo­mych z BBC i opo­wie­działa, że kie­dyś o mało nie zaczęła repre­zen­to­wać Angeli Rip­pon, po czym kobieta rów­nie grzecz­nie kiw­nęła głową. Wyda­wało się, że roz­mowa pro­wa­dzi doni­kąd, po czym kobieta zapro­po­no­wała jej mnó­stwo pie­nię­dzy. Zanim Feli­city się zorien­to­wała, Feli­city Wool­la­ston Asso­cia­tes stało się Vivid Viral Media Agency. Zaczęły napły­wać rachunki i fak­tury z nazwami mnó­stwa firm, a w każdy pią­tek Feli­city zano­siła je na pocztę i wysy­łała dalej. Jedno z ulu­bio­nych zajęć w tygo­dniu, ponie­waż poczta leży w pobliżu miłej kawiarni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki