Uratować Missy - Beth Morrey - ebook + książka
BESTSELLER

Uratować Missy ebook

Morrey Beth

4,4

129 osób interesuje się tą książką

Opis

Jeden z najgłośniejszych brytyjskich debiutów literackich 2020 roku, urzekająca historia o przyjaźni i miłości, które pomogą przezwyciężyć samotność i ból po utracie bliskich.

Po śmierci męża, kłótni z córką i wyjeździe syna na drugi koniec świata życie Missy Carmichael się załamało. W wieku siedemdziesięciu dziewięciu lat została absolutnie sama. Spędza całe dni w wielkim pustym domu, rozpamiętując burzliwe, pełne miłości chwile, które były jej udziałem. Zamknięta w sobie i uparta Missy wie, że za swoją samotność może winić tylko siebie.

Jednak niespodziewane pojawienie się w jej życiu dwóch przypadkowych kobiet i jednego bardzo żywiołowego kundla nie tylko przywróci jej radość i wiarę w siebie, lecz także udowodni, że nowy rozdział można rozpocząć w każdym wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (117 ocen)
62
45
9
0
1
Sortuj według:
olga_grabek

Nie oderwiesz się od lektury

Powieść o samotności, przyjaźni i o tym, jak często myślimy, że mamy tak mało do zaoferowania światu.
00
masafion

Nie oderwiesz się od lektury

ok
00
bozenasup

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna, niezwykle ciepła, barwna, powieść obyczajowa, którą czyta się z zapartym tchem. "Uratować Missy" to opowieść, która udowadnia, że w każdym wieku można żyć pełnią piersią. Główna bohaterka to zamknięta w sobie 80-latka, której wydaje się, że w życiu nic już na nią nie czeka. Osamotniona, z dziećmi kontaktującymi się raz na jakiś czas, żyje z dnia na dzień. Jednak nowo poznani ludzie udowodnią, że Missy ma jeszcze dużo do zaoferowania innym😊 Powieść jest fantastyczna. Dobrze się czyta. Ciężko było mi się od niej oderwać.  Jak na debiut, to ogromnie pozytywne zaskoczenie. Uwielbiam takie nietuzinkowe historie! Polecam!
00
kto28

Z braku laku…

Strasznie nudne. Porzuciłem gdzieś w połowie.
00
gosia_ksiazki

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna, mądra powieść o życiu
00

Popularność




Beth Morrey Uratować Missy Tytuł oryginału Saving Missy ISBN Copyright © Beth Morrey 2020 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021All rights reserved Redakcja Barbara Borszewska Korekta Blanka Korcz, Daria Kozierska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla mamy, taty i Bena — mojego pierwszego oikos

 

Każde serce śpiewa pieśń, niepełną,

dopóki inne serce nie odpowie mu szeptem.

Przypisywane Platonowi

Część 1

Haczyk niechaj będzie gotów.

Przypadek wszystko rozstrzyga.1

Owidiusz

Rozdział 1

Tego dnia, kiedy ogłuszali ryby, było przeraźliwie zimno. Prawie zrezygnowałam z wyjścia. Leżąc w łóżku tamtego ranka, gapiąc się w ścianę już od wczesnych godzin, czułam się wyjątkowo stara i apatyczna, jak nigdy wcześniej. Dlaczego więc w końcu przewróciłam się na bok i włożyłam te swoje pomarszczone stopy w nowe kapcie z owczej skórki? Może kierowała mną ciekawość — trzeba trzymać się kurczowo tego ostatniego rezerwuaru dociekliwości umysłu, nie pozwolić, by przepadł.

Wciąż ubrana w nocną koszulę, krzątałam się po kuchni, przygotowując herbatę i logując się do poczty, na wypadek gdyby przyszło coś od Alistaira. Cóż, mój syn był niewątpliwie zajętym człowiekiem, dużo czasu spędzał na wykopaliskach. Te kapcie, które kupił mi na Boże Narodzenie, przyjemnie grzały w chłodny poranek. Dostałam wiadomość od córki Melanie, lecz chciała mi tylko powiedzieć o filmie dokumentalnym, który jej zdaniem mógłby mi się spodobać. Często myliła moje upodobania z upodobaniami ojca. Zjadłam grzanki i zastanawiałam się chwilę nad naszą ostatnią rozmową, czując, jak ze wstydu cierpnie mi skóra na karku. Najłatwiej było to po prostu zignorować, więc skupiłam się na czytaniu wiadomości w internecie i dowiedziałam się w ten sposób o śmierci Davida Bowiego.

W moim wieku czytanie nekrologów bywa już niebezpieczne, moi rówieśnicy padają jak muchy, jeden po drugim; każde takie ogłoszenie to pusta komora w moim własnym małym rewolwerze. Przez jakiś czas próbowałam nie zwracać na to uwagi, jakby unikanie tematu śmierci mogło mnie jakoś od niej ustrzec. Jednak ludzie nadal umierali, inni nadal pisali na ten temat, a jakieś perwersyjne półdiablę kazało mi trzymać rękę na pulsie. Śmierć Bowiego wytrąciła mnie z równowagi bardziej niż inne, chociaż nigdy nie byłam miłośniczką jego muzyki. Pamiętam jego wstęp do krótkiej animacji o bałwanku, ale kiedy oglądałam ją z wnukiem w czasie Bożego Narodzenia, zamienili ten fragment na coś innego. Dlatego gdy wspominam Bowiego, myślę o nim, jak trzyma z ponurą miną szalik, i z jakiegoś powodu to wyobrażenie wzbudza we mnie niepokój. Niepościelone łóżko przyzywało, lecz zaraz, nie pierwszy raz zresztą, usłyszałam w głowie głos Leo, który mówił mi: „Ani mi się waż, pani Carmichael! Do przodu i w górę!”.

Dlatego poszłam do pokoju, żeby założyć grube rajstopy i wełnianą spódnicę, krzywiąc się na widok sinych żył, po czym zeszłam na dół przy akompaniamencie skrzypienia schodów i wzięłam płaszcz. Mocowałam się przez moment z guzikami, po czym przysiadłam, by odetchnąć, myśląc o znaku w parku z poprzedniego tygodnia.

Mój poświąteczny kryzys w tym roku był wyjątkowo dotkliwy, ciepły bożonarodzeniowy blask zgasł wraz z wyjazdem Alistaira, który zabrał ze sobą Arthura, mojego kochanego wnuka, już podłapującego australijski akcent. Oprócz tego wciąż było mi trudno spacerować po parku, nie wspominając przy tym Leo. Był orędownikiem przechadzek; zawsze kpił z biegaczy o wysokim mniemaniu o sobie, jowialnie gromił rowerzystów. Z krajobrazu niosło się ponure echo, lecz i tak wciąż ciągnęło mnie do tego miejsca — spacerowałam leniwie, jak to miejscowa starsza pani. Rósł tam pewien dąb, który często odwiedzaliśmy — Leo przepadał za jego sękatym pniem i mówił, że dostrzegał w tym drzewie odbicie samego siebie, swojej coraz bardziej pobrużdżonej twarzy. Stałabym tam pewnie dzisiaj i godzinami bujała w obłokach, gdyby mojej uwagi nie odwrócił chłopiec, którego głos przywodził mi na myśl Arthura. Właśnie ciągnął matkę za rękaw, gdy ta czytała ogłoszenie przyczepione do barierki okalającej staw. Podeszłam bliżej i też udałam, że czytam.

— Mamooo! — jęczał chłopiec. Miał włosy w kolorze truskawkowego blondu i okruszki ciastek w kąciku ust, które aż się prosiły, żeby je strząsnąć. Dzieci są takie piękne, takie błyszczące i idealne, niczym kasztan, który dopiero co uwolnił się z łupiny. Strasznie szkoda, że wyrastają z nich nieznośni dorośli. Ach, gdybyśmy tylko mogli zachować tę radość z ogromu możliwości świata i nadal witali wszystko z otwartymi ramionami.

— Chryste, Otis, daj mi spokój — rzuciła matka z irlandzkim akcentem, trzepiąc go po rękach. Miała włosy zafarbowane na czerwono i z miejsca ją znienawidziłam. Zerknęła na mnie z ukosa, na staruchę łypiącą na jej synka, a ja wróciłam do udawanej lektury.

— Co myślisz, Otku?

Otku? Dobry Boże, co za czasy, szkoda słów.

— Będą razić ryby prądem! Chcesz zobaczyć?

Zarządcy parku musieli przenieść ryby z jednego stawu do drugiego, jednak najpierw należało je ogłuszyć. Za pomocą prądu właśnie. Nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszałam, nie wydawało mi się to też szczególnie interesujące, ale gdybym miała okazję znowu zobaczyć „Otka”, wtedy może zelżałby ten ucisk w piersi, jaki towarzyszył mi od wylotu Aliego i Arthura. I w końcu miałabym jakieś zajęcie…

Od tamtego popołudnia z zeszłego tygodnia z dziesięć razy zmieniałam zdanie, zamartwiając się decyzją, jak potrafią tylko śmiertelnie znudzeni i niepewni siebie ludzie. Ostatecznie postanowiłam, że pójdę, by mieć o czym opowiedzieć Alistairowi. Moje życie stało się tak ograniczone, że bałam się, czy nie uzna mnie za nużącą, więc czytałam wiadomości (w tym nekrologi) wyłącznie po to, by wiedzieć, o czym mówi, gdy wspomina o gafie jakiegoś polityka albo gdy pyta mnie o jakąś sztukę na West Endzie. Widziałam, że był pod wrażeniem, gdy wspomniałam o wyprawie na wystawę Turnera, więc było warto jechać trzema autobusami w deszczu.

Może oglądanie karpi rażonych prądem nie jest specjalnie ekscytującym wydarzeniem, ale zawsze coś. Dlatego oto ruszyłam na ogłuszanie ryb w swoim najlepszym zimowym płaszczu, w myślach już układając e-mail, który wyślę mu po powrocie. Może wpadnę na małego Otisa i razem z nim nakarmię kaczki, a z matką stanę w kolejce po kawę i… W tym momencie mój umysł podryfował za daleko i omal nie zawróciłam, lecz nogi zaczęły mi już sztywnieć z zimna, a ławka przy stawach była najbliżej.

Zebrał się niewielki tłum. Ktoś rozdawał croissanty i ja też wzięłam jeden, nie z głodu, lecz z wdzięczności, że zostałam zauważona. Podniosłam go do ust i zaczęłam wspominać tamten moment w Paryżu, kiedy razem z Leo jedliśmy pain au chocolat na brzegu Sekwany, a potem poszliśmy do księgarni, gdzie zniknął na rozchwierutanych schodach, podczas gdy ja głaskałam kota zwiniętego w kłębek na zniszczonej kanapie, wydłubywałam resztki ciasta spomiędzy zębów i martwiłam się, której ręki używałam do czego. Już do końca dnia jedna pachniała kotem, a druga czekoladą, bo nie mogliśmy nigdzie znaleźć łazienki. Oczy napełniły mi się łzami — już nie polecimy z Leo do Paryża, chociaż to nie było szczególnie miłe wspomnienie, bo miasto okazało się brudne i nieprzyjazne, bez żadnej zieleni, i choć Leo posługiwał się biegłym francuskim, wszyscy krzywili się, gdyż ciągle brzmiał jak Anglik, do tego pyszny jak ich croissanty.

Zachwiałam się i opadłam na ławkę, mrugając oczami i walcząc z dusznościami, aż nie usłyszałam czyjegoś ciepłego głosu:

— Och, kochana, nie bój się tak. Nie kupiłam ich w Greggs ani byle gdzie, sama je upiekłam.

Kobieta w średnim wieku, z oczami jak jagody, uśmiechała się do mnie, machając serwetką, więc z grzeczności zaczęłam skubać rogala i wymamrotałam podziękowania, w myślach przeklinając się za bycie taką nieuważną staruchą. Kobieta ruszyła dalej w tłum, rozdając wypieki i uśmiechy, po czym wszyscy poszli do przodu, więc i ja z trudem się podniosłam, żeby popatrzeć, jak dwóch mężczyzn w woderach i odblaskowych kurtkach płynie po stawie w dziwnie wyglądającej łódce.

Trochę ponad metr od dziobu wisiało okrągłe ustrojstwo z cienkimi prętami zwisającymi aż do wody, niczym ogromne dzwonki wietrzne. Obok mnie jakiś człowiek wyjaśniał cały proces kobiecie po drugiej stronie. Urządzenie działało w połączeniu z przewodnikiem na kadłubie, by stworzyć pole elektryczne w wodzie, a znajdujący się na pokładzie przełącznik pozwalał na kontrolowanie prądu. Mężczyźni zakreślili duże okręgi na powierzchni stawu, jeden kierował łódką i obsługiwał przełącznik, drugi zaś klęczał zgarbiony z siecią. Przez chwilę nic się nie działo, lecz potem na powierzchnię wypłynęła radośnie błyszcząca szara boja — pierwsza ogłuszona ryba. Z tłumu poniósł się szmer, ludzie zaczęli uprzejmie klaskać. Wtedy ryby zaczęły wypływać już wszędzie i nieruchomo czekały, aż zostaną wyłapane. Za każdym razem, gdy jeden z mężczyzn jakąś podbierał, tłum obserwatorów wiwatował i stukał się kubeczkami z grzanym winem.

Jednak im dłużej to trwało, tym większy wywoływało niepokój. Rytmiczne pluskanie wypływających na powierzchnię ryb, powolny szust podbieraka, a potem ciche łupnięcie, gdy zwierzę trafiało do pojemnika. Plusk, szust, łup. Plusk, szust, łup. I wtedy… plask. Ogłuszenie działało tylko przez krótką chwilę, potrzebną do przeniesienia ryby do łódki. Liczne, wyglądające na bardzo stare karpie, umazane błotem, po wciągnięciu ich na pokład natychmiast zaczynały podskakiwać. Plusk, szust, łup, plusk, szust, łup. Plask, plask, plask.

W jednej chwili płyniesz sobie beztrosko, niczym się nie przejmując, a w następnej pojawia się jakiś pręt i ogłusza cię na chwilę, a gdy się budzisz, wszystko jest inne, a ty dusisz się z szoku. Przetrwanie nie niesie ze sobą żadnego triumfu, ponieważ tylko pływasz w kółko w nowym stawie, poruszając bez sensu pyszczkiem. Wolałabym już, żeby ktoś mnie z litości dobił. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Chwila bez tchu i znowu. Plusk, szust, łup. Mogłabym odwrócić wzrok, wtedy wszystko by znikło. Nie myśleć, nie myśleć. Łup, łup, łup. Ścisnęłam barierkę, starając się ignorować wiszące nad głową gałęzie, ale ścierpła mi skóra i poczułam, jak padam między wyciągnięte ręce, pośród odległych krzyków, prosto w czerń…

Rozdział 2

Coś szorstkiego ocierało się o mój policzek, przesuwając się w górę jak druciak. Jęknęłam i odwróciłam głowę.

— Odzyskuje przytomność, odsuńcie się!

Druciak wrócił, szorstki i ciepły, a wraz z nim kwaśny oddech. Czułam, jak marszczę nos, gdy smród wypełnił mi nozdrza.

— Dajcie jej trochę powietrza! Nancy, wynoś się stąd!

Wyciągnęłam słabo ręce i natrafiłam na sierść. Potem druciak dopadł moją dłoń. To język. Odepchnęłam go i znowu jęknęłam.

Chyba nie było ze mną najlepiej, bo kiedy wreszcie doszłam do siebie, leżałam na ławce, kobieta z jagodowymi oczami i rogalikami przykładała mi mokrą serwetkę do czoła, a gapie zaglądali jej zza pleców. Z trudem wynurzywszy się na powierzchnię, lepka i zagubiona, wciąż czułam połączenie z tym podziemnym światem, który odwiedziłam, i znowu zamknęłam oczy w nadziei, że wszyscy znikną.

— Boże, ale cię wzięło, kochana — powiedziała nieznajoma, ściskając mnie za nadgarstek. — Nie wiem, co ja w ogóle wyprawiam z tym mierzeniem pulsu — ciągnęła, delikatnie potrząsając moją ręką. — Ile powinno być właściwie? Siedemdziesiąt? Osiemdziesiąt? Nie mam pojęcia. Nie, proszę się jeszcze nie podnosić.

— Och, nie, nic mi nie jest. Naprawdę nic. — Spuściłam ciężkie nogi z ławki. — Przepraszam, że narobiłam tyle kłopotu. Nie wiem, co mnie właściwie napadło. — Ciemność cofała się, a jej miejsce zajął równie zimny pot zażenowania. Mój policzek i dłoń pokrywała jakaś lepka substancja i poczułam silne pragnienie, by ją zmyć.

— To pewnie przez tą pogodę, kochana. Troszkę tu chłodno, prawda? Posiedźmy sobie chwilę i popatrzmy na drzewa. Czyż nie są piękne? A może zje pani jeszcze jednego croissanta? Śmiało, śmiało, musi się pani trochę pokrzepić. A w ogóle to nazywam się Sylvie. A te dwie to Nancy i Decca.

Wciąż otumaniona, zdałam sobie sprawę, że kobieta mówi o dwóch małych, białych pieskach, które podskakiwały u jej stóp. Kiedy usiadła na ławce obok mnie, one zaraz zajęły miejsca po obu jej stronach i musiała przesunąć się, wycierając rękę o spódnicę. Jadłyśmy croissanty, patrząc na drzewa, a te były na swój smętny sposób piękne, wyraźnie odcinały się od perłowego nieba, na którym spomiędzy chmur przedzierało się słabe pomarańczowe światło zachodzącego słońca i pokrywało cętkami powierzchnię stawu. Tłum już się rozszedł, chociaż mężczyźni jeszcze pływali łódką, zbierając ostatnie ryby.

— Słyszałam, że w wodzie znaleźli jakieś toksyny — odezwała się Sylvie, pokazując na staw. — Mam nadzieję, że biedne ryby przetrwają tę przeprowadzkę. A w ogóle kim jest Leo? Pani synem? Chciałaby pani, żeby ktoś po niego poszedł?

Leo.

Niczego nie pragnęłam bardziej. Żeby ktoś poszedł i go do mnie przyprowadził. Zbliżyłby się, wziął mnie za rękę i powiedział: „Missy! Coś ty sobie myślała, niemądra dziewczyno?”. I wrócilibyśmy do domu razem, rozpalilibyśmy w kominku, żeby rozgonić chłód. Znowu napłynęły mi do oczu łzy i wytarłam je, czując ich ciepło na zbielałych palcach.

— Przepraszam — powiedziała Sylvie, ściskając moją lodowatą dłoń. — Nie powinnam była pytać. Wymówiła pani jego imię i pomyślałam, że może… Nieważne, posiedźmy jeszcze chwilę, dobrze? Nie ma się co śpieszyć.

No i siedziałyśmy, głównie w ciszy, ale czasami Sylvie pokazywała jakąś roślinę albo ptaka, albo psa, a ja potrafiłam odpowiedzieć we właściwy sposób, nie martwiąc się, że ją nudzę albo mówię coś niestosownego. Potem dokończyłam rogalika i strzepałam okruszki, gotowa wstać z ławki i pożegnać się z tą niewymagającą kobietą, która była pierwszą nieznajomą od wielu tygodni, jaka się do mnie odezwała. Lepiej zakończyć rozmowę, zanim sama zechce to zrobić.

— Bardzo pani dziękuję — powiedziałam, niezdarnie wyciągając lepką dłoń. — Strasznie pani miła, ale ja już muszę iść…

— O w mordę, przegapiliśmy.

Odwróciłyśmy się w tym samym momencie i zobaczyłyśmy rudowłosą matkę Otisa, która ciągnęła naburmuszonego syna ścieżką między stawami. Chłopiec miał na sobie pelerynę i zaczepił tarczę o kierownicę swojej hulajnogi, a marchewkowe włosy sterczały mu we wszystkich kierunkach. Miałam ochotę je przygładzić, a potem znowu poczochrać.

— Widzisz, mówiłam, że bez nas zginą — sapnęła, ściągając wielką wypchaną torbę z ramienia, i schyliła się, by pogłaskać pieski.

— Angela, kochanie — powiedziała Sylvie. — Jak zwykle spóźniona. Masz ochotę na kawę? Już miałam zapytać panią…? — Popatrzyła na mnie wyczekująco.

— Millicent — mruknęłam, nie dowierzając swojemu szczęściu. Czy wypadało się zgodzić? Chyba należała mi się odrobina przyjemności? Niemniej nie mogłam pokazać, jak bardzo mi na tym zależało.

— Już miałam zapytać panią Millicent, czy chciałaby do nas dołączyć.

Angela westchnęła i znowu podniosła torbę.

— No to chodźmy. Ale szkoda, że nie zobaczyliśmy, jak zabijają ryby. Otis strasznie chciał, ale jest ciapą i nie mógł znaleźć swojego stroju Spider-Mana.

— Millicent, mogę ci mówić po imieniu? Czy nie chciałabyś napić się z nami kawy? Albo herbaty, przecież nie będziemy dyktować nikomu, co ma pić! — Oczy Sylvie zmrużyły się ujmująco i kobieta wzięła Angelę pod ramię, po czym wyciągnęła drugą rękę do Otisa.

Sprawiali wrażenie całkiem wesołej gromadki. Było oczywiste, że towarzystwo takiej nudnej staruchy jak ja nie było im do niczego potrzebne i tylko bym ich spowolniła, więc powiedziałam, że jestem już umówiona, co było w pewnym sensie prawdą, a potem patrzyłam, jak odchodzą ścieżką prowadzącą do kawiarni. Trochę się przejaśniło i za chwilę ja również wstałam, pokrzepiona wyjściem do parku. Przynajmniej zaproponowała. Powiedziałam o wszystkim Leo, przejaskrawiając pewne szczegóły, żeby historia zabrzmiała bardziej dramatycznie. Ale to oczywiście i tak nie miało najmniejszego znaczenia, ponieważ i tak nikt mnie nie słuchał, więc zostawiłam tylko kwiaty, trochę posprzątałam i wróciłam do pustego domu.

Gdy znalazłam się z powrotem w kuchni, przywitało mnie tykanie zegara, którego nie zagłuszał żaden inny dźwięk, fotel Leo w salonie był pusty, a ja nie miałam żadnych nowych przyjaciół — nigdy więcej nie zobaczę ani Sylvie, ani Angeli, ani Otisa, a tamtego parku w ogóle powinnam zacząć unikać, na wypadek gdyby pomyśleli, że próbuję znowu na nich wpaść.

Posprzątałam w domu, wspominając sobie czasy, gdy mieliśmy małe dzieci i nie dało się utrzymać porządku. Teraz wszystko było nieskazitelnie czyste i takie pozostawało. Jedząc na lunch zbyt długo gotowane jajko, poczytałam trochę o Davidzie Bowiem, myśląc o tamtym szaliku z Bałwanka. Zrobiłam Arthurowi szalik na Boże Narodzenie, zapominając, że w Australii trwa właśnie lato, a teraz druty walały mi się w szufladzie na sztućce, przypominając o tej pomyłce. Później nie chciało mi się gotować obiadu, więc zamiast tego nasypałam sobie płatków i przyszło mi do głowy, żeby pooglądać telewizję, może jakiś dokument, ale właściwie po co? Alistair oglądał teraz australijską telewizję, kupił mi australijskie kapcie. Sprawdziłam jeszcze szafki i położyłam się wcześnie spać, drżąc z zimna i czekając, aż pościel się rozgrzeje. „Sybil mi powiedziała… przed śmiercią. Chyba nie wiedziała, co właściwie mówi”. Zamrugałam, żeby przegonić wspomnienie córki Melanie w kuchni, jej szeroko otwarte oczy. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, nie ustawały od tamtego fatalnego dnia. Gdy tylko próbowałam je wypielić, zapuszczały korzenie jeszcze głębiej.

Czyli dzień zakończył się tak samo nieszczęśliwie, jak się zaczął. Mimo wszystko wciąż to gdzieś czułam — tę iskrę. Zaczątek czegoś. A może koniec. Kto wie?

Rozdział 3

— Podejdź bliżej, Missy.

Kensington, tysiąc dziewięćset czterdziesty drugi. ­Fa-Fa, nie przejmując się bombardowaniem, schylił się, żeby zapalić fajkę o jedną ze świec, otaczając ją wielkimi dłońmi i zaciągając się dymem. Przy każdym wdechu jego pokrytą zmarszczkami twarz oblewał blask płomienia. Huk nad naszymi głowami sprawił, że się wzdrygnęłam, ale byłam zbyt pochłonięta jego opowieściami, żeby zwracać uwagę na bomby, zwinięta na naszym łóżku, nakryta drapiącą wełną, z na wpół zjedzoną kanapką z marchewką ściśniętą w dłoni. ­Fa-Fa wypuścił obłok dymu i opadł na oparcie.

— Mezopotamia, tysiąc dziewięćset szesnasty. Miałem twarz całą w muchach, jak w sadzy. — Machnął ręką, by rozpędzić siwy dym, a ja niemal widziałam tę chmurę owadów. — I ta przeklęta gorączka, za słaby byłem, przegonić ich nie mogłem. Gdy już żem doszedł do siebie, pozwolili mi wrócić do domu. Po tamtym piekielnym skwarze w Londynie było jak w niebie. Poszliśmy z waszą babcią do restauracji. Gdzie to było, Jette? Na Swallow Street? Mieliśmy świętować mój powrót.

Nasza babcia siedziała w kącie i pociągała nosem. Nie wyobrażałam sobie, żeby ktokolwiek chciał zjeść z nią obiad — ledwo otwierała usta, czy to by zjeść, czy się odezwać. Posłała nam łzawy uśmiech i zaraz schyliła głowę, gdy na górze znowu słychać było pisk. A potem chwila ciszy, czekaliśmy na wybuch jak na grzmot po uderzeniu pioruna. Gdy się rozległ, był dość cichy.

— Gumę żeśmy złapali i dawaj, piechotą na Piccadilly, żeby znaleźć dorożkę. Gwizdać nie było sensu, oczywiście na ulicach ciemnica, a myśmy byli nieco podpici, muszę przyznać. — Zaśmiał się i zaciągnął dymem z fajki. Henry i ja zachichotaliśmy na myśl o dziadkach, a w szczególności babci, w takim stanie. Nie owijał w bawełnę, właśnie to w nim tak lubiliśmy. — Potem, w tym mroku, Jette potknęła się i wyłożyła. Pomogłem jej wstać, a tu jakiś złodziej doskoczył do nas i podwędził jej torebkę, łajza! Od razu żem się za nim rzucił biegiem.

­Fa-Fa przesunął ciężar swojego ciała na niskim stołku, a my z Henrym złapaliśmy się siebie nawzajem. Jette skuliła się w cieniu jak mysz. Nie widziałam jej wyrazu twarzy, tylko dłoń ściskającą chusteczkę.

— Szybko go dopadłem, obróciłem do siebie, a to młody chłopak był, zbyt młody, by walczyć na wojnie, ale dość duży, by kraść. W torebce nie było nic wartościowego, może kilka monet, ale nie zamierzałem pozwolić, by Jette ją straciła. Trochę go obsztorcowałem, żeby wiedział, że nie odpuszczę. Myślałem, że na tym koniec, ale gówniarz ściskał tę torebkę, jakby od tego zależało jego życie, zasapałem się, a nie mogłem mu jej wyrwać. Ucapił ją tymi swoimi paluchami jak imadło. — ­Fa-Fa podniósł zaciśniętą pięść, ścięgna się napięły, kilka listków tytoniu poleciało na podłogę. Pochylił się, żeby je zebrać, po czym wrócił do opowieści: — W końcu musiałem mu nieźle złoić skórę, tylko z której strony bym go nie pierdyknął, jak bym go nie prał, on nie puszczał.

I znowu zaczął pykać fajką — puf, puf, puf — która rozżarzała się przy każdym zaciągnięciu. Cienkie palce Jette skubały rąbek sukienki.

— Tu go siekłem, tam walnąłem, a ten nic! Bronił tej torebki jak pies gnata.

Bomby spadały. Babcia wydmuchała nos. Wszyscy byliśmy przesiąknięci zapachem dymu fajki Fa-Fy. Przez to aż mi oczy łzawiły, ale nie potrafiłam odwrócić od niego wzroku.

— I tak go żem zaczął kopać po kostkach, miażdżyć mu stopy. Wrzeszczał, ale nie puszczał. Gdy wreszcie z nim skończyłem, leżał skulony na ziemi, a i tak ściskał tę torebkę. Była już brudna i pochlapana juchą. Dotarło do mnie, że nawet jeśli ją odzyskam, Jette jej nie zechce. No i go zostawiłem leżącego na ulicy, beczącego jak małe dziecko, z tą torebką w zakrwawionych łapach.

Nastała krótka chwila ciszy, nawet bomby przycichły, a ­Fa-Fa odłożył fajkę i wytarł okulary, skupiając na nich spojrzenie starczych oczu. Jego dłonie trochę się trzęsły, gdy zakładał je z powrotem.

— Przeklęta łazęga dostała tę torebkę. Chłopaczyna miał za to mój podziw. Nie wiem, czego tak strasznie od niej chciał, ale dostał to. Wygrał. — Pochylił się do przodu, oblizał palce i zgasił świecę stojącą najbliżej naszego łóżka. — I taki jest morał dzisiejszej historii. Jeśli naprawdę czegoś chcecie, nigdy nie wypuszczajcie tego z rąk. Nie poddawajcie się. Chwyćcie to tak, jakby od tego zależało wasze życie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Fragment Sztuki kochania w przekładzie Juliana Ejsmonda (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).