Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Madeleine zostaje przyprowadzona do słynnej Opery Garnier przez swego dawnego lokaja. Młoda, szlachetnie urodzona panna traci rodzinę, majątek i dawne życie przez ojca, który porzucił jej matkę. W operze zostaje zatrudniona jako bibliotekarka, by móc się utrzymać. Dostaje tam również zakwaterowanie z racji braku pieniędzy nawet na noclegownię.
Już od samego początku rzucona zostaje na głęboką wodę operowych tajemnic i niesnasek między artystami. Do tego dowiaduje się, że nie tylko dyrektorzy pociągają za sznurki opery. W gmachu grasuje upiór, który ma niezwykle dużo do powiedzenia i nie raz, nie dwa uprzykrzał życie zarówno dyrektorom, jak i kilku innym pracownikom. Mimo wszystko młoda dziewczyna nie daje się zastraszyć, co nie do końca jest w smak upiorowi, który sceptycznie spogląda na nową bibliotekarkę.
Wszystko zmienia się, gdy pewnego razu stają oko w oko.
Historia inspirowana powieścią znamienitego autora, innymi słowy jest to retelling utworu Gastona Lerouxa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 304
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tej autorki w Wydawnictwie WasPos
Symfonia
Szafirowe kłopoty
Upiór opery. Zaginiona historia
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka
Copyright © by Marta KmiećCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Magdalena Czmochowska
Projekt okładki: Adam Buzek
Zdjęcie na okładce: AI Gemini
Ilustracje przy nagłówkach: Clker-Free-Vector-Images/Pixabay
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8290-926-5
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Historię dedykuję Martynie, która od samego początku wspierała i dopingowała bohaterów
Prolog
Christine siedziała w garderobie wypełnionej po brzegi kwiatami przysłanymi od wielbicieli. Tego wieczoru sprawiła, że wszyscy poczuli, jak gardło się zaciska, a łzy powoli napływają do oczu ze wzruszenia. Pieśń w jej wykonaniu zawierała tyle emocji, że chyba każdy, kto siedział na widowni, mógł oddać się tej magicznej chwili.
Wykonywany przez śpiewaczkę utwór opowiadał o miłości, lecz gdzieś między tonami płynęły delikatne strumienie wdzięczności, szacunku i podziękowania. Jedną część kierowała do narzeczonego, z którym za kilka dni miała wziąć ślub, drugą – do swojego anioła, który przez cały jej pobyt w operze pomagał doskonalić głos. Kochała obu z całego serca, lecz w różnym tego słowa znaczeniu.
Tej nocy loża numer pięć była świadkiem cierpienia człowieka, który z jednej strony kochał pannę Daee, a z drugiej miał wielki żal. Nie do niej, lecz do siebie. Czuł wręcz odpychającą nienawiść i choć na ustach w połowie zakrytych białą maską błąkał się uśmiech, to po policzku spłynęła gorzka łza.
Usłyszała pukanie do drzwi. Odwróciła się od kosza róż, który akurat miała na kolanach. Odstawiła go i z lekkim uśmiechem zaprosiła gościa do środka.
– Raoul! – zawołała, kiedy stanął przed nią hrabia de Chagny.
– Moja kochana Christine, dzisiaj przeszłaś samą siebie.
Podszedł do narzeczonej.
Ujął jej alabastrowe dłonie, uniósł do swych ust i złożył pocałunek na delikatnych knykciach kobiety.
– Nie mogłam inaczej. Dedykowałam ją tobie, ale również komuś jeszcze.
Raoul przymrużył oczy, lecz nie przestawał się uśmiechać.
– Nie odbierz tego źle, ukochana, ale nigdzie nie widziałem twego anioła.
– Och, to nic. Widział wszystko i słyszał – odpowiedziała z uśmiechem.
– Czuję się zazdrosny – udał obruszenie.
Christine przestała się uśmiechać.
– Proszę, nie chcę, aby znowu doszło między wami do konfliktu…
– On zaczął… – Powstrzymał się od śmiechu.
– Zawsze mogę dodatkowo zakończyć… – Usłyszeli aksamitny, męski głos. Tak lekki, ale zarazem ostry, że wydawał się wręcz nierealny.
Raoul wzdrygnął się, a Christine pisnęła wystraszona, odruchowo unosząc dłoń do ust.
– Miałeś tak więcej nie robić! – zawołała, uspokajając serce.
W wielkim lustrze, przewyższającym nawet hrabiego i przylegającym do ściany, pojawiła się postać spowita mrokiem. Najbardziej widoczna była biała maska zakrywająca większą część twarzy wraz z nosem. Oczy delikatnie lśniły odbijanym przez świece blaskiem.
– Wybacz mi. Usłyszawszy niemające racjonalnego wyjaśnienia słowa twego narzeczonego, poczułem się wręcz zmuszony przez swój umysł do postąpienia w ten sposób – odpowiedział upiór.
Panna Daee o mało nie wywróciła oczami.
– Raoul, pozwolisz, że porozmawiam z Erikiem na osobności?
Hrabia de Chagny tym razem naprawdę poczuł, że wzbiera w nim zazdrość. Choć wiedział, że niedługo kobieta zostanie jego żoną, to z trudem panował nad emocjami, wiedząc, że Christine chce zostać sam na sam z mężczyzną, który tak samo, jak on, darzy ją uczuciem.
Christine, widząc jego wahania, pocałowała go w policzek.
– Proszę – szepnęła.
Erik odwrócił wzrok od pary zakochanych, hrabia zaś spojrzał na postać odbijającą się w lustrze, lecz nieprzebywającą w tym pomieszczeniu. Z drugiej strony współczuł biednemu mężczyźnie. Nieodwzajemniona miłość zabija kawałek po kawałku, szczególnie jeśli patrzy się na ukochaną w ramionach innego. Skinął głową i opuścił garderobę.
Christine odwróciła się z powrotem do lustra, lecz tym razem ujrzała przed sobą postać upiora ubraną w dopasowany, elegancki, czarny strój. Na plecy zarzuconą miał pelerynę podszytą czerwoną satyną. Na twarzy nadal gościła maska.
– Trochę szkoda, że kazałaś mu wyjść – odparł z nutą zawodu w głosie.
– Czemuż to? – zapytała zaskoczona.
– Miałem dla niego prezent… – wymamrotał, wyciągając zza pleców dłoń odzianą w czarną, skórzaną rękawiczkę. Dzierżył w niej garotę.
Christine pobladła na ten widok.
– Nawet tak nie żartuj!
Upiór wzruszył ramionami, z powrotem chowając „prezent”.
– Przepraszam, Christine, jakoś muszę dać upust frustracji, kiedy go widzę – odpowiedział skruszonym głosem. – Twój występ przeszedł moje najśmielsze oczekiwania – dodał ciepłym głosem. – Mogę śmiało powiedzieć, że nasze lekcje dobiegły końca…
Daee, słysząc jego słowa oraz narastający smutek w głosie, sama poczuła, jak jej oczy zaczynają się szklić.
– Eriku… – szepnęła, podchodząc do niego i wyciągając dłonie.
Upiór, widząc jej gest, wyciągnął ręce i ujął delikatne palce, które zacisnęły się na rękawiczkach.
– Wybacz mi, że nie mogę pokochać cię tak, jak byś sobie tego życzył.
Erik otworzył usta, lecz zaraz je zamknął.
– Chcę ci podziękować za wszystko, czym mnie obdarowałeś, aniele muzyki. Za czas, wsparcie… i twą miłość.
Upiór uśmiechnął się gorzko w odpowiedzi na słowa kobiety. Christine, widząc ten grymas, spuściła głowę.
– Gdyby… gdyby moje życie wyglądało inaczej na początku… – zaczęła mówić coraz ciszej.
– Christine. – Upiór ujął brodę kobiety i skierował zaszklone oczy w swoją stronę.
– Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, zapewne nie rozmawialibyśmy teraz.
Kciukiem otarł łzę, która wydostała się z wielkich, bursztynowych oczu dziewczyny.
– Rad jestem, że znalazłaś szczęście. Jeśli zmusiłbym cię do miłości, żadne z nas nie byłoby szczęśliwe – dodał i nagle coś ciężkiego upadło na podłogę za jego plecami, psując atmosferę.
Zaskoczona śpiewaczka zerknęła za upiora, po chwili jednak wróciła wzrokiem w stronę jego twarzy, unosząc brew.
– Gdyby garota okazała się nietrafiona, zawsze można przejść do alternatywy – odpowiedział, przesuwając lakierowanym butem pałkę policyjną.
Rozdział 1
Kroczyła cicho i niepewnie przez zatłoczone uliczki Paryża. W dłoni trzymała niewielką torbę. To jedyne, co zostało z jej dawnego, pełnego dóbr materialnych życia. Wciąż miała nadzieję, że zaraz się obudzi. Gwałtownie oderwie głowę od miękkiej poduszki, zaciśnie drobne, smukłe dłonie na atłasowej pościeli i odetchnie głęboko, zdając sobie sprawę, iż była to tylko nocna mara.
Jednak cień spowijający umysł nie znikał, a ona doskonale zdawała sobie sprawę, że tak już pozostanie. Straciła wszystko. Rodzinę, dom, narzeczonego. I to w ciągu zaledwie paru miesięcy. Jej pozycja społeczna posypała się niczym domek z lśniących, aczkolwiek niestabilnych kart.
– Już niedaleko.
Z przygnębiających myśli wyrwał ją męski głos.
Oliwkowe oczy w kształcie migdałów skupiła na plecach mężczyzny w podeszłym wieku. Parł przed siebie, jednak nie pozwolił sobie na zbytnie oddalenie, aby panienka nie zgubiła się po drodze.
Współczuł jej i przez wzgląd na świętej pamięci matkę dziewczyny, która traktowała go bardzo dobrze, gdy jeszcze służył im jako lokaj, pomógł biednej istotce w znalezieniu kąta dla siebie.
Obawiał się jednak, że dziewczyna może sobie nie poradzić. Pomimo dobrego serca, które teraz z trwogi trzepotało w drobnej piersi, wychowana została na szlachciankę, a skończyłaby na ulicy, gdyby nie on.
Jeszcze smutniejsze było to, że nic nie było jej winą, a los postanowił ukarać to biedne dziewczę. W końcu dotarli do placu, gdzie tłum nieco się przerzedził. Mężczyzna poprawił stary, lecz zadbany płaszcz. Zdjął melonik i przejechał dłonią po rzednących, posiwiałych włosach.
– Od teraz tu panienka będzie stacjonować – powiedział, odwracając się do niej, ręką zaś zatoczył półkole, jakby w ten sposób chciał objąć budynek opery.
Uniosła zaskoczone oczy. Przed nią wznosiła się dumna, pełna przepychu pierś opery. Gmach budynku był imponującym pokazem siły i sztuki. Wzniosłym, potężnym i nieugiętym. Gdy dawny lokaj prowadził ją po schodach wprost do drzwi, uważnie rozglądała się dookoła.
Jeśli fasada budynku robiła duże wrażenie, to wnętrze wręcz przytłaczało bogactwem i przepychem. Przystanęła nieco skołowana, czując się coraz dziwniej. Kiedy przekroczyło się próg opery, miało się wrażenie, że widok ten stworzony został tylko dla oczu najwyższych majestatów. Szlachty, królów i artystów z wyższych sfer. Nadmiar ozdób i szczegółów tak wyróżniających architekturę baroku bił po oczach, zmuszając do ukorzenia się przed majestatem świątyni muzyki i śpiewu.
– Monsieur Victor. – Usłyszeli przed sobą sympatyczny dla ucha głos.
– Bonjour1. – Victor zdjął szary kaszkiet i kiwnął głową. – Dobrze, że to ciebie jako pierwszego spotkaliśmy, panie Pears.
Mężczyzna nazwany Pearsem uśmiechnął się lekko. Dziewczyna zerknęła na niego. Był średniego wzrostu, miał ciemną karnację i czarne włosy. Prawie czarne oczy sympatycznie przyglądały się Victorowi.
– Dziś nie jest wystawiana żadna sztuka, to i ludzi niewielu uświadczysz – odparł i po chwili zerknął na panienkę stojącą cicho za starszym mężczyzną.
– Ach tak. To jest właśnie panienka Madeleine du Deffand – przedstawił dziewczynę.
Madeleine dygnęła dystyngowanie, tak jak niegdyś uczyła ją matka.
– Bonjour – przywitała się cichym głosem.
– Tak… Tak jak mówiłem, mieliście szczęście. Dyrektorzy poszukują osoby do pomocy w bibliotece i przy wieczornych porządkach.
Po tych słowach zerknął na dziewczynę.
Madeleine spuściła wzrok na piękną, marmurową podłogę. Jej dłonie mocniej zacisnęły się na rączce torby.
– Zaprowadzę panienkę do dyrektorów. Właśnie niedawno przybyli – zaproponował.
Victor pokiwał głową i obrócił się do dziewczyny.
– Tu moja rola się kończy. Niestety, tylko tyle mogłem zrobić – powiedział nadal mnąc w dłoniach nakrycie głowy.
– Jestem wdzięczna. – Uśmiechnęła się delikatnie, kładąc drżącą dłoń na ramieniu dawnego pracownika.
Victor ponownie tylko kiwnął głową, w duchu pochylając się nad tym, co spotkało panienkę. Z drugiej strony bał się, że może sobie nie poradzić, lecz nie miał innego pomysłu, gdzie mógłby ją wysłać. Sam w tej chwili ledwie wiązał koniec z końcem.
– Mademoiselle pozwoli. – Pears uśmiechnął się do niej i poprowadził w stronę gabinetu dyrektorów Richarda i Moncharmina.
Madeleine zacisnęła niewielkie, lecz pełne usteczka, teraz lekko pobladłe, i ruszyła za mężczyzną.
***
– Richardzie, czy na jutro wszystko ustalone? – zapytał Moncharmin, przeglądając pocztę dostarczoną z rana.
– Tak, oczywiście jeśli nasza diva znów nie zacznie się dąsać – westchnął ciężko jego przyjaciel i współpracownik.
– Ach tak… – Moncharmin pokiwał głową.
– Hm… Kolejny list od naszego „uniżonego sługi” – parsknął pod nosem, unosząc pożółkłą kopertę z pieczęcią w kolorze krwi. Na górze okręgu z laku widniała niewielka czaszka, pod którą znajdowały się inicjały „U.O.”.
– Cóż tym razem? – Richard zakręcił ciemny wąs ku górze.
Gdy przejmowali pieczę nad budynkiem, ostrzegano ich, że przebywa tu pewna mara. Upiór, z którym podobnież współpracował poprzedni właściciel.
Moncharmin jednym ruchem otworzył list i wyjął z niego pergamin złożony na cztery, zapisany dość chaotycznym pismem, jakby dłoń dzierżąca pióro albo nie była pewna tego, co robi, albo tak szybko działała, że nie nadążała opanować sposobu pisania. Krzywe, lekko drżące litery biły po oczach czerwonym atramentem. Niektórzy pracownicy opery uważali, że to może być krew, i po tych słowach szybko wykonywali znak krzyża.
Dyrektor odchrząknął cicho, oczyszczając gardło, nabrał powietrza i począł odczytywać list.
Moi drodzy dyrektorzy,
proszę o wybaczenie, iż ośmielam się przeszkadzać w zapewne sprawach najwyższej wagi, z jakimi musicie zmierzyć się każdego dnia piastowania swego zacnego stanowiska, lecz zmuszony zostałem do skreślenia tych kilku zdań.
Po pierwsze jestem głęboko zawiedziony tym, że odebrana została mi moja loża. Apeluję o to, by natychmiast została zwrócona. Po drugie proszę nie zapomnieć o pensji, którą powinienem otrzymywać co miesiąc. Wszystkie koszta utrzymania mojej upiornej osoby znajdą Panowie w księdze zobowiązań.
Nie lubię przypominać o tak ważnych kwestiach, które powinny być wręcz zakodowane jak wypłacanie należności. Dodatkowo mam nadzieję, że znaleziono już osobę, która będzie odpowiedzialna za bibliotekę, która jest w opłakanym stanie i nie wspomnę tu przez kogo.
Jak Panowie wiedzą, do pracy czasem niezbędne są mi ważne manuskrypty i zapiski, jednak muszę przyznać, że sprawienie, iż poprzednia pracownica odeszła sama z siebie, dało mi nie lada satysfakcję, gdyż nie mogłem już patrzeć na niszczenie tak ważnej dokumentacji.
Oby nowa osoba oddelegowana do tego zajęcia wykazała się większą kompetencją.
Tym ostatnim zdaniem pragnę zakończyć list.
Wasz uniżony sługa
U. opery
– A więc odejście pani Agathe to jego sprawka? – wymamrotał Richard.
– Wierzysz w tego ducha!? – zawołał Moncharmin, rumieniąc się przez zdenerwowanie.
Richard wzruszył ramionami.
– Cóż… mój drogi przyjacielu, dziwne rzeczy się tu dzieją. Co kogoś zapytasz, to twierdzi, że nie raz widział upiora pojawiającego się znikąd i znikającego w ścianach i cieniach. Do tego te dziwne wydarzenia… To zaginie ważna suknia, to znika cały koń, to znów diva traci nagle głos w połowie przedstawienia… – mamrotał.
– Stek bzdur i zbiegów okoliczności! – obruszył się Moncharmin, lecz dalsze wywody przerwało mu pukanie do drzwi.
Spojrzał na przyczynę swego zacięcia się, odetchnął głęboko i odłożył pomięty w złości list na biurko.
– Wejść!
– Dzień dobry, szanowni panowie. – Usłyszeli.
Dwie pary oczu ujrzały mężczyznę o ciemnej karnacji, czarnych włosach i spokojnych, aczkolwiek wesołych oczach.
– Pears, co cię do nas sprowadza? – zagadnął Richard, gdyż jego towarzysz potrzebował jeszcze chwili na złapanie równowagi duchowej.
– Tak jak mówiłem, znalazłem osobę, która zajmie się biblioteką – powiedział i postąpił krok w bok, odsłaniając drobną istotkę o smutnym wyrazie twarzy. – Pozwolę sobie panienkę przedstawić. Madeleine du Deffand.
Dziewczyna ponownie dygnęła i spróbowała się uśmiechnąć.
– Du Deffand? – zapytał Moncharmin, najwyraźniej na chwilę zapominając o wcześniejszym zdenerwowaniu.
– Córka Andre du Deffand? – chciał się upewnić, czy dobrze rozumuje.
Madeleine zamrugała kilka razy, czując, jak serce jej przyspiesza, lecz w ciszy pokiwała głową.
– Cóż za… niespodzianka. – Richard ponownie zakręcił wąs.
Już otwierał usta, by coś dopowiedzieć, lecz szybko je zamknął, widząc, że dziewczyna robi się coraz bledsza. Pozostawił swe spostrzeżenie dla siebie, w końcu nie miał zamiaru niszczyć i tak już sponiewieranego honoru rodziny.
– Dziękuję, Pears – odprawił go mężczyzna. – Chcemy na spokojnie porozmawiać z panienką, ale zaczekaj za drzwiami, jeśli łaska – dodał, nim pracownik zniknął im z oczu.
– Pozwól, dziecko. Usiądź, proszę. – Richard wskazał jej fotel, samemu stając za biurkiem obok Moncharmina.
– Czy kiedykolwiek pracowałaś? – zapytał wprost.
Moncharmin jedynie w ciszy przyglądał jej się z zaciekawieniem.
– Nie… – szepnęła.
Przyjaciel Richarda cicho parsknął śmiechem.
– Moja droga, potrzebujemy kogoś, kto ma jakiekolwiek doświadczenie – powiedział i choć sam był zaskoczony, mentalnie wrócił do słów upiora z listu.
– Nie możemy pozwolić sobie na…
– Monsieur… – Ku zdziwieniu obu mężczyzn drobna istotka o włosach koloru dojrzałego zboża uniosła głowę.
Tym razem w oliwkowych oczach do smutku dołączyła rozpaczliwa potrzeba.
– Zdaję sobie sprawę, że nie dane mi było zaznać pracy, lecz obiecuję, że będę starała się ze wszystkich sił wykonywać powierzone mi obowiązki. – Jej głos był przepełniony nutą uporu, ale i determinacji.
Obaj spojrzeli po sobie, nie do końca wiedząc, co powiedzieć.
– Cóż… – zaczął Richard, lecz w słowo wszedł mu Moncharmin.
– Niech będzie – oświadczył. – Zostaniesz na próbę.
– Próbę? – zapytali jednocześnie Madeleine i Richard, przypatrując się jednemu z dyrektorów.
– Tak. – Kiwnął głową z pełną powagą. – Zapewne panienka wie, że potrzebujemy kogoś zarówno do zajęcia się biblioteką, jak i do pomocy przy sprzątaniu po spektaklach. W końcu gdzieś musisz zdobyć doświadczenie.
Z tymi słowami położył dłoń na liście spisanym czerwonym atramentem i zabębnił kilka razy palcami. Richard zrozumiał intencje swego przyjaciela. Nie odezwał się, choć nie w smak mu było rozpoczynać wojnę z upiorem.
Madeleine po raz pierwszy uśmiechnęła się szczerze, lecz nie był to wesoły grymas, ale wyraz ogromnej ulgi.
– Merci2.
– Pears pokaże ci wszystko. Idź do niego i powiedz, że kazaliśmy mu cię oprowadzić.
Madeleine kiwnęła głową, wstała i wyszła z gabinetu.
– Jeśli mam być szczery, to z zachowania ona hrabianki nie przypomina – odparł Moncharmin, kiedy drzwi zamknęły się za dziewczyną.
– Przypominam ci, mój drogi, że już nią nie jest – odpowiedział Richard, lecz zaraz zmienił temat. – Jesteś pewien tego, co zrobiłeś? – zapytał, zerkając na list.
– Oczywiście. Jedno mamy z głowy. A jeśli się okaże, że dziewczyna nie sprosta wymaganiom, zapewne upiór pozbędzie się jej tak samo, jak tamtej, dając nam spokój na jakiś czas.
Richard westchnął cicho, lecz jedynie pokręcił głową.
– Myślałem, że nie wierzysz w upiora… – zagadnął jak gdyby nigdy nic.
– Owszem. Mój umysł jest zbyt racjonalny na wyświechtane przesądy i wierzenia. Jednakże wierzę w spryt i dwulicowość naszego duszka. Co ważniejsze, uważam go za śmiertelnika, który jest bardzo utalentowanym aktorem. Zobaczymy, jak sprawy się rozwiną. – Zadowolony oparł dłonie na dorodnym brzuszysku.
1Z francuskiego: Dzień dobry.
2Z francuskiego: Dziękuję.
Rozdział 2
Pears prowadził dziewczynę przez korytarze opery, pokazując najważniejsze miejsca. Wyjaśniał, gdzie co się znajduje, uważnie omawiał drogę, którą przebyli, a także przestrzegał, gdzie dziewczyna nie powinna zaglądać.
– To drzwi do garderoby mademoiselle Carlotty – oznajmił, wskazując na drzwi. – Pod żadnym pozorem nie wchodź tam bez wcześniejszego pozwolenia. Nasza primadonna bywa… – zaciął się na chwilę, szukając odpowiedniego określenia – nieco drażliwa.
Madeleine pokiwała głową, przyglądając się drzwiom. Będzie musiała je zapamiętać. Pears pokazał jej wszystko, co powinna znać. Na chwilę także stanęli na scenie, która aktualnie pozostawała spowita półmrokiem, gdyż większość lamp była wygaszona.
– Proszę raczej unikać stawania na zapadniach – przestrzegł ją Pears.
– A czemuż to? – Spojrzała na klapę w podłodze.
– Cóż… bywają nad wyraz kapryśne – odparł. – W każdym razie chodźmy dalej.
– Tutaj przeważnie będziesz stacjonować. – Mężczyzna otworzył drzwi i wpuścił dziewczynę do pięknej, obszernej biblioteki.
Każda z półek wypełniona była przeróżnymi księgami i manuskryptami. Po prawej od niewielkiego, dębowego biurka stała gablota na złotych nóżkach, chroniąca najznamienitsze dzieła artystów muzyki.
– Piękna – szepnęła, przekraczając próg.
Spojrzała w górę na biały sufit wzniesiony na wzór sklepień wachlarzowych.
Sam majestat architektury wręcz budził w człowieku respekt do tego miejsca.
– To prawda. – Pokiwał głową. – Znajdujące się tu pozycje są też niezwykle cenne. Dlatego trzeba na nie uważać. Tu będzie twoje miejsce pracy. – Wskazał na biurko. – Będziesz zajmować się segregacją, dokumentacją spektakli, porządkiem, no i wypożyczaniem.
– Proszę wybaczyć, że ośmielę się zapytać, ale… pan Victor zapewniał mnie, że zostanę także zakwaterowana…
– Ależ tak, oczywiście.
Pears pokiwał głową i poprowadził ją do wyjścia. Zamknął za nimi drzwi na klucz.
– Niestety, nie ma miejsc w przybudówce, gdzie mieszkają uczennice szkoły baletowej, lecz udało mi się załatwić dla panienki ciepły i cichy kąt.
Poprowadził ją przez korytarze opery, aż w końcu dotarli do wąskich, kamiennych schodów. Pears złapał za niewielką lampę oliwną, odpalił knot i ruszyli w górę. Na końcu otworzył niewielkie drzwi pozbawione zdobień.
– To stara garderoba. Od dawna nie jest używana, więc nie było problemu, aby oddać je w ręce pracownicy – odparł, wpuszczając Madeleine do środka.
– Czemu nie jest używana?
– Cóż… diva stwierdziła, że jest dla niej za mała, poza tym nie dawała rady wchodzić tu w tych wielkich sukniach. Była używana jako składzik, a potem o niej po prostu zapomniano.
– Rozumiem. – Madeleine kiwnęła głową. – Kiedy zaczynam? – Odwróciła się w stronę Pearsa.
– Od jutra. – Podał jej dwa klucze. – Jeden jest od biblioteki, drugi od twojego pokoju. Pilnuj ich i postaraj się nie zgubić. Spróbuję znaleźć coś, na co będziesz mogła zawiesić oba klucze.
– Dziękuję. – Madeleine uśmiechnęła się delikatnie.
– Dzisiaj możesz się na spokojnie rozgościć i pozwiedzać operę oraz zaznajomić się z biblioteką. Jeśli będziesz miała pytania, zawsze służę pomocą. – Uśmiechnął się w stronę dziewczyny.
– Gdzie mam pana szukać, jeśli będę mieć pytania?
– Przeważnie stacjonuję w głównym holu bądź w okolicach sceny.
– Dobrze. Dziękuję.
Kiedy mężczyzna oddalił się, dziewczyna omiotła spojrzeniem garderobę. Pomieszczenie wybudowano na planie koła, jakby miało być niewielką wieżyczką ukrytą w trzewiach budynku.
Pod ścianą stało nieduże łóżko z baldachimem z ciężkiego materiału. Madeleine podeszła i ujęła go w dłonie. Okazał się resztkami starej kurtyny. Wątpiła w to, by zrobiono to dla niej. Raczej był to stary zamysł z czasów, gdy pomieszczenie pełniło funkcję garderoby. Obok stała wysoka, aczkolwiek wąska szafa. Dziewczyna otworzyła ją i tak jak się spodziewała – była pusta. Nie czekając, Madeleine zaczęła układać w niej swoje rzeczy. Nie było ich wiele. Dwie suknie wyjściowe, jedna skromniejsza po domu. Do tego dodatkowa para butów i kilka przyborów do włosów, w tym piękna szczotka od matki z wyrzeźbionymi różami. Chwilę stała tak ze szczotką w dłoni, nim w końcu usiadła na skraju łóżka i cichutko zapłakała.
***
Pears przemierzał ciemny hol prowadzący do loży numer pięć. Otworzył drzwi i odgarnął czerwoną kotarę. Rozejrzał się po pustej loży i podszedł do balustrady balkonowej, spoglądając na fotele rozciągające się naprzeciw sceny.
– Widziałem, jak oprowadzasz kogoś po operze. – Usłyszał za sobą cichy, głęboki, a jednocześnie aksamitny męski głos.
Pears wywrócił oczami. Sztuczki upiora nie robiły na nim wrażenia.
– Tak. – Nie odrywał wzroku od sceny. – Naszą nową bibliotekarkę.
Upiór wyłonił się z mroku i stanął kilka kroków za mężczyzną. Milczał.
– Jest młoda i wystraszona, ale uparta, a w jej oczach kryje się inteligencja.
– Inteligencja inteligencją. Do tego trzeba mieć mądrość.
– Jest młoda, wiele przed nią – rzekł Pears.
– Nie wygląda na osobę wystarczająco odporną – mruknął Erik.
– Cóż… ja myślę, że się nada – odpowiedział Pears.
– W takim razie przekonajmy się.
Pears aż wyprostował się po tych słowach.
– Zostaw tę dziewczynę w spok… – zaczął, lecz kiedy tylko się odwrócił, upiora już nie było.
***
Madeleine po kąpieli w łaźni dla baletnic i ubraniu się w skromną, aczkolwiek elegancką suknię skierowała swe kroki do biblioteki. Kluczem, który dostała od Pearsa dnia poprzedniego, otworzyła drzwi i zajrzała do środka. Westchnęła, cicho zamykając za sobą wejście, i zaczesała kosmyk niefortunnie uciekający z upięcia.
Powoli ruszyła w stronę biurka.
W głowie kłębiło jej się tysiące myśli, lecz żadna nie chciała ustawić się na prosty tor. W końcu pozostawiały pustkę wypełnioną echem pytań bez odpowiedzi. Najgorsza w tym wszystkim była uporczywa świadomość straty.
Dziewczyna usiadła na pięknie rzeźbionym krześle. Zarówno jego oparcie, jak i siedzisko wyłożone były gąbką obleczoną w zielony atłas. Idealnie współgrał z całością pomieszczenia. Siedząc tak w ciszy, poczuła przytłaczającą samotność. Oto zasiadła ze świadomością, że nie ma już na świecie nikogo bliskiego. Została sama i musiała sobie poradzić w nowej sytuacji. Przygryzła mocno usta, przez co krew nabiegła, wypełniając sine wargi malinowym kolorem. Madeleine wciągnęła głośno powietrze do płuc i…
Nagłe pukanie do drzwi oderwało ją od rozmyślań. Skierowała oliwkowe oczy w stronę źródła dźwięku.
– Proszę! – zawołała.
Madeleine uśmiechnęła się, widząc znajomą twarz Pearsa.
– Dzień dobry, panienko. Jak się czujesz po pierwszej nocy w tym miejscu? – zapytał, przyglądając się ciekawie kobiecie. Pod pachą dzierżył księgę.
– Szczerze mówiąc, nie mogłam zasnąć – przyznała.
– Nowe miejsca zwykle bywają nieco trudne do oswojenia. Mam jednak nadzieję, że udało ci się zaznać choć odrobinę snu. – Z tymi słowami podszedł do biurka.
– Och, tak… jednakże… – Zamyśliła się niepewna, czy zapytać o tę jedną rzecz, która nie dawała jej jeszcze spokoju.
– Tak? – Pears uśmiechnął się, zachęcając tym samym, by kontynuowała.
– Czy często zdarza się, że pomimo braku spektaklu ktoś przychodzi ćwiczyć grę na pianinie?
Pears nie przestawał się uśmiechać, choć jego szczęka nieco mocniej się zacisnęła.
– Owszem, zdarza się. Nie ma w tym nic dziwnego.
– Nawet o tak późnej porze?
– Gorący umysł często nie zważa na porę, kiedy odczuwa potrzebę tworzenia czy też ćwiczenia.
– Tak, ma pan rację.
Pears podszedł do niej, położył na biurku księgę i kilka zapisanych kartek.
– To spis spektakli oraz osób, które w nich występują. – Wskazał osobne strony. – Trzeba zapisać je w księdze.
– Dobrze, gdzie znajdę pióro i atrament?
– Wszystko masz w biurku.
Już miał odejść, gdy usłyszał nieukrywane zdziwienie. Obrócił się i skamieniał, kiedy zorientował się, co dziewczyna dzierży w dłoni. Lakowana czaszka spoglądała złowieszczo z lekko pożółkłej koperty.
– List?
Nie zdążyła nic dodać, ponieważ mężczyzna szybko zabrał go z dłoni kobiety.
– Wybacz, nie należy do biblioteki. Pozwól, że zabiorę go tam, gdzie jego miejsce. – Uśmiechnął się przepraszająco.
Czyli do jego gardła – dodał w myślach.
Madeleine uniosła brwi, lecz nic nie powiedziała. Wyjęła z szufladki pióro oraz atrament i otworzyła księgę.
– Ojej… – wymamrotała, widząc krzywe, nieładne pismo oraz kleksy w kilku miejscach.
– Tak, poprzednia bibliotekarka nie wywiązywała się zbyt dobrze ze swoich zadań – westchnął.
– W takim razie trzeba będzie to naprawić. – Zerknęła na Pearsa z iskierką zawziętości w oczach.
– W porządku. – Zaśmiał się. – Nie będę dłużej przeszkadzał. Życzę miłej i owocnej pracy.
***
Z racji wczesnej pory w operze nie było zbyt wielu pracowników oprócz dyrektorów i baletnic ćwiczących taneczne sekwencje na scenie. Pears wparował najpierw do loży numer pięć, lecz tam nikogo nie było. Zgniatając list w dłoni i tłumiąc przekleństwo, którego dżentelmenowi nie wypada mówić na głos, rozejrzał się dookoła. Nad sceną, gdzie młode dziewczęta w zwiewnych, tiulowych kreacjach ciężko pracowały pod czujnym okiem doświadczonej baletnicy, ujrzał ruch. Tuż przy linach utrzymujących dekoracje sceniczne ktoś stał. Nie czekając, pospieszył w tym kierunku.
– Co tu robisz?
– Sprawdzam liny – odpowiedział upiór, nie odwracając się. – Chyba nie chcemy, aby źle podwieszony księżyc roztrzaskał głowę jednej z tancerek, prawda?
– Wiesz, kto się tym zajmuje. – Starał się zachować spokój.
– Ten sam osobnik, który właśnie leży pod sceną z pustą butelką po tanim winie? – Spojrzał przez ramię. Biała maska lśniła w ciemności.
– Na pewno można mu wierzyć, jego trzeźwy umysł idealnie skoryguje wszystkie błędy. Na przykład takie jak ten. – Wskazał na przetartą linę.
Pears spojrzał we wskazanym kierunku i zamarł. Zamrugał kilka razy, lecz w końcu wypełnił płuca powietrzem.
– Skąd wiesz, że jest pod sceną?
– Sam go tam ulokowałem. Nie lubię potykać się o jego pijane ciało, kiedy coś robię.
– À propos pracy…
Usłyszał szelest papieru i obrócił się w stronę przyjaciela.
– Możesz mi to wyjaśnić?
– Owszem. To jest, mój drogi, list. Pisze się je, aby przekazać różne wiadomości. Najczęściej zamykamy je w kopertach i wysyłamy. W tym przypadku nie dotarł on do adresatki.
– Chcesz ją zniechęcić od samego początku?
– Ja? Zniechęcać? Nie wiem, co insynuujesz, ale śmiem przyznać, że mi się to nie podoba – odparł, obdarzając mężczyznę urażonym spojrzeniem.
– Daj jej na razie spokój.
– Prędzej czy później i tak się dowie, że tu straszy. Zwłaszcza że zamieszkała w starej garderobie. Nie uważasz, że jest to wystarczający powód, by powiedzieć jej prawdę?
– Wciskanie historyjki o upiorze jest prawdą?
Erik się wzdrygnął. Splótł ręce na piersi.
– Cóż, w takim razie pozostańmy przy półprawdzie. – Wzruszył ramionami. – A teraz oddaj mi list.
– Nie.
– To po co mi zabierasz cenny czas?
– Eriku, ostrzegam cię…
Już miał kontynuować tyradę, kiedy do ich uszu doszedł suchy trzask. Obaj jak na komendę spojrzeli na linę, której resztka dyndała smętnie. Potężny huk i wrzask doszedł ich z dołu. Erik odruchowo spojrzał w tamtym kierunku, a wtedy…
– To upiór! – zawołała jedna z młodych dziewcząt, blednąc na widok białej maski.
Wszystkie jak jeden mąż uniosły głowy, lecz nikogo już nie ujrzały.
Rozdział 3
Minęły dwa dni od wypadku na scenie. Całe szczęście nikomu nic się nie stało, gdyż wszystkie dziewczęta zeszły na kilkuminutową przerwę. Jedyne straty odnotowano na podłodze. Choć stwierdzono fakt, że lina pękła przez starcie, nadal pozostaje plotka, iż winny był sam upiór opery.
Madeleine stała przy scenie z kilkoma kartkami w ręku i przyglądała się ostatnim poprawkom po zreperowaniu desek. Duże szczęście miał także pracownik drzemiący pod sceną. Jeśli księżyc upadłby metr dalej, zmiażdżyłby mu głowę.
– Jak to się stało? – zapytała samą siebie.
Pamiętała huk i wrzask całej grupy, lecz nie uzyskała więcej informacji poza tym, że był to tylko wypadek.
– Nie słyszałaś? Danielle widziała upiora, to na pewno była jego wina. – Usłyszała za plecami.
Spojrzała za siebie. Stała za nią wysoka, szczupła kobieta o mocnej sylwetce tancerki. Miała piękną, łabędzią szyję, duże, niebieskie oczy i jasne, kręcone włosy, teraz upięte w kok.
– Upiora? – Zmarszczyła brwi.
Baletnica pokiwała głową.
– Tak. Nigdy nie ukazuje się na dłużej niż mrugnięcie oka. Przechodzi przez ściany, a na twarzy nosi białą maskę, by ukryć swą szpetotę.
– Po co miałby to robić, skoro jest upiorem? – zdziwiła się.
Baletnica wzruszyła ramionami.
– Nie mam pojęcia. Słyszałam, że jeśli spojrzysz w jego prawdziwe oblicze, zostaniesz zesłana w objęcia śmierci. – Po tych słowach wykonała dziwny gest, jakby chciała odpędzić od siebie złe moce.
– A tak w ogóle kim jesteś? – Ponownie przeniosła wzrok na dziewczynę.
– Mam na imię Madeleine. Jestem waszą nową bibliotekarką.
– Oo, nie wiedziałam, że zatrudnili kogoś innego. Właściwie to całe szczęście. Stara pani Agathe nie była zbyt lubiana.
– Nie mnie oceniać. – Madeleine wzruszyła ramionami. – A ja z kim mam przyjemność?
– Mam na imię Irene – przedstawiła się.
– Miło mi cię poznać. – Madeleine uśmiechnęła się lekko. – Wybacz, muszę wrócić do pracy.
– Nie zatrzymuję.
Przyglądała się, jak dziewczyna oddala się w swoją stronę.
Madeleine ruszyła przez korytarze z dokumentami w dłoniach. Była już u dyrektorów, by przekazać kopię nowo stworzonej listy dzieł, która teraz była poprawnie wykonana. Do tego sporządziła własną z zadaniami, o których powinna pamiętać. Chwilę studiowała zapisaną kartkę, lecz zaraz między słowa wcisnęły się wspomnienia, a myśli szybko zmieniły swój tor. Dziewczyna posmutniała, a przez natłok fantomowych obrazów wpadła całym ciałem na przechodnia. Była tak zaskoczona, że nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Uniosła zielone spojrzenie, chcąc dowiedzieć się, któż to jest tym nieszczęśnikiem.
– Nie umiesz chodzić, dziewczyno!? – fuknął niski, grubawy mężczyzna.
Miał rozwichrzoną, ciemną brodę, na czubku głowy lśnił łysawy placek. Korpus opinała czerwonawa koszula z szerokimi rękawami, zwężanymi na nadgarstkach mankietami poplamionymi winem.
– Przepraszam, nie zauważyłam pana – wymamrotała.
Kiedy tylko spojrzała na mężczyznę, poczuła, że powinna go unikać. Dosłownie jakby instynkt, a także wychowanie nie pozwalały jej rozmawiać z takim człowiekiem. Mężczyzna już chciał coś dodać, lecz po krótkiej chwili machnął tylko dłonią i wyminął dziewczynę niespiesznym krokiem.
– Cóż za brak manier… – wymamrotała oburzona.
W końcu przecież przeprosiła go, prawda?
– Uważaj na niego. – Usłyszała cichy głos.
Zdziwiona rozejrzała się dookoła. Zza filaru wyjrzała drobna sylwetka starszej baletnicy. Miała jasne blond włosy i duże, szaro-błękitne oczy.
– Dlaczego?
– Ponieważ jest pijakiem i często zaczepia młode dziewczęta. – Zmarszczyła nos.
– Oo… – wyrwało się dziewczynie. Niepewnie spojrzała za siebie, lecz nikogo już tam nie było.
– Jestem Meg Giry – przedstawiła się, podchodząc do niej.
– Madeleine. Jestem waszą nową bibliotekarką. – Uśmiechnęła się.
– Słyszałam, że zatrudnili kogoś na to stanowisko. Nie boisz się tam siedzieć? – zagadnęła, przyglądając się uważnie nowo poznanej.
– Dlaczego miałabym się bać? – zapytała nieco rozbawiona słowami kobiety.
– No… bo to jest jedno z najbardziej nawiedzonych miejsc! – zawołała.
Zaskoczona Madeleine uniosła wysoko brwi.
– Nic niepokojącego tam nie spotkałam – zdziwiła się. – Właściwie to… niezbyt wierzę w nawiedzenia.
– Nie? Cóż… nie chcę cię namawiać do uwierzenia, ale myślę, że jeszcze się przekonasz. Wybacz, muszę wracać na próbę. Mama już czeka.
– Twoja mama jest…
– Baletmistrzynią. – Uśmiechnęła się i zwiewnie, niczym wiosenny wietrzyk, czmychnęła w gardziel korytarzy.
– Trafiłam do naprawdę niezwykłego miejsca – wymamrotała i skierowała swe kroki w stronę biblioteki.
Na miejscu odłożyła dokumenty na biurko, lecz jej uwagę ponownie przykuł list z pieczęcią w kształcie czaszki.
– Co? – zapytała, lecz biblioteka nie wykazała chęci odpowiedzi.
Przez chwilę już chciała pójść do Pearsa, lecz ciekawość okazała się o wiele silniejsza. Usiadła na fotelu, czując jeszcze zawahanie, jednak w końcu ujęła srebrny nóż do otwierania listów i sprawnym ruchem przecięła kraniec koperty. Założyła na nos małe, okrągłe okulary do czytania. Wyjęła złożony na pół pergamin zapisany czerwonym, niezgrabnym pismem i zaczęła uważnie lustrować każde słowo.
Cieszę się, że w końcu mój list trafił w Twoje ręce. Obawiałem się, że i ten zostanie zabrany przez mego drogiego przyjaciela, lecz nie winię go. Chciał dobrze, pomimo iż nie przystoi dżentelmenowi okłamywać młodej damy. Niemniej jednak chciałem oznajmić, że miejsce, do którego została panienka przypisana, jest dla mnie jednym z najważniejszych i najcenniejszych z racji znajdującej się tu kopalni wiedzy. Ośmielę się ostrzec, by jej stan nie uległ pogorszeniu, jak było to w przypadku pani Agathy. Pragnę powitać Panienkę Madeleine du Deffand w naszych „skromnych” progach.
upiór opery
Madeleine długo wpatrywała się w list. Nie miała pojęcia, co o tym myśleć. Z jednej strony nie wierzyła w rzeczy nadprzyrodzone, z drugiej… to było naprawdę niepokojące.
Do tego tajemniczy upiór znał jej nazwisko. Ale skąd?
Rozmyślania przerwało pukanie do drzwi, przez które o mało nie dostała zawału.
– Proszę! – zawołała, wciskając list do szuflady.
– Dzień dobry. – Usłyszała nieco zmęczony głos starszego jegomościa. Mężczyzna był niski i chudy.
Miał siwe, przerzedzone włosy zaczesane do tyłu oraz biały, rozwichrzony wąs. Był elegancko ubrany. Surdut był przypasowany do sylwetki, na dłoniach widniały ciemne rękawiczki. Palce zaciskał na czarnym cylindrze.
– Dzień dobry, czym mogę służyć?
– Cieszę się, że w końcu ktoś zajął się biblioteczką! – uradował się jegomość. – Czy zechciałaby panienka znaleźć dla mnie notację muzyczną do Wesela Figara?
Przez sekundę Madeleine wyglądała, jakby właśnie mężczyzna wymierzył w nią z pistoletu. Szybko jednak się ocknęła z przerażenia i wstała z miejsca.
– O-oczywiście.
Zerknęła na poprawiony opis dokumentów. Niestety, nie wszystko zdążyła przestudiować, a w oczy nie wpadł jej takowy zapis. Mimo tego ruszyła między półki, gdzie leżały spisy oper. Przez zaniedbanie poprzedniej bibliotekarki w dokumentach i teczkach panował istny bałagan.
– Proszę mi wybaczyć, że pospieszam, ale naprawdę zależy mi na czasie. – Usłyszała od strony wejścia.
– Oczywiście, jak najbardziej rozumiem, jednakże nie zdążyłam jeszcze wszystkiego uporządkować.
Wtem z oddali dało się słyszeć wdzięczny, melodyjny i zgryźliwy kobiecy głos.
– Ileż można czekać!? Czy ten człowiek nie wie, że mój czas, tak jak głos, jest cenny!?
– Och… Madame U już wpada w złość… – słyszała rozgoryczony ton.
Zobaczyła, że coś zwisa z jednej z teczek. Była to czarna, satynowa wstążka. Okazało się, że dowiązana została do upragnionej notacji. Spróbowała ją sięgnąć, lecz była za niska. W końcu wspięła się na palce tak, jak robią to baletnice, jednak kiedy pociągnęła w swoją stronę plik papierów, sprawiła, że przez nagłe zwolnienie ścisku reszta zsunęła się z półki i rozsypała po podłodze.
– O nie… – jęknęła załamana.
– Ma panienka papiery? – Mężczyzna tracił powoli cierpliwość.
– Tak! Oczywiście, już są. – Szybko oddała ważną notację.
Starszy jegomość wymamrotał zdawkowe podziękowanie i tuląc do piersi manuskrypt, szybko udał się na miejsce próby, pozostawiając Madeleine z olbrzymim bałaganem.
Rozdział 4
– Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy – zakończył Moncharmin.
Richard stał za nim w ciszy, słuchając reprymendy.
– Przepraszam, obiecuję, że nie – odpowiedziała Madeleine, siedząc naprzeciw ze spuszczonym wzrokiem.
Richard poczuł współczucie do drobnej istotki znajdującej się przed nimi. Po pierwszych dniach widać było, jak się stara, a do tego pobladła cera i podkrążone oczy świadczyły, iż spędziła prawie całą noc na porządkowaniu całego bałaganu.
– Oczywiście wierzymy, że tak będzie. Możesz wrócić do swoich obowiązków – zabrał głos Richard, nim drugi dyrektor znów okazałby swe niezadowolenie, a to tylko z powodu Carlotty, która przyszła na skargę, że nowa pracownica wydłużyła im czas oczekiwania na dyrygenta.
Madeleine wstała, dygnęła grzecznie i opuściła pomieszczenie. Choć chciała wyrzucić z siebie to, co leżało jej na sercu, zdusiła złość na tyle, by ugryźć się w język. Jeśli zaczęłaby się awanturować, zostałaby wydalona z opery w bardzo krótkim czasie.
Do tego jeden z dyrektorów słusznie zauważył, że dziewczyna jest niewyspana, jednak nie miał pojęcia, że nie spała w ogóle. Kiedy wróciła wykończona do swego pokoju po wielu godzinach segregowania notacji i zapisków oraz układania z powrotem na właściwych półkach, nie była w stanie zasnąć, ponieważ myślami wróciła do listu, który otrzymała. Do tego znów usłyszała, jak ktoś gra na pianinie…
Nie czekając długo, wstała, po czym rozpaliwszy kaganek, ruszyła w głąb mrocznych korytarzy. Jednak kiedy dotarła tam, gdzie przeważnie ćwiczy orkiestra, zdziwiona ujrzała, że nikt nawet nie tknął instrumentu. Zaciskając dłoń na materiale koszuli nocnej, podeszła bliżej, przyświecając sobie niewielkim płomykiem.
Nic.
– Dziwne… – szepnęła, jednak po dłuższej chwili wróciła do swego pokoju, nie wiedząc, że ktoś uważnie ją obserwował, gdy wędrowała ponownie przez ciemne hale.
Teraz starała się nie zasnąć przy szykowaniu spisu dokumentów, by mieć przy sobie notatki z tego, co gdzie się znajduje. Nie usłyszała nawet, jak ktoś puka do drzwi. Kiedy Pears wszedł do środka, nie czekając dłużej na pozwolenie, zobaczył, jak dziewczyna przysypia, opierając policzek na dłoni. Odchrząknął cicho w pięść. Madeleine zerwała się nagle, nie do końca wiedząc, co się dzieje.
– Tak, za chwilę przygotuję, tylko co to ma być? – Złapała pojedyncze kartki z zapiskami.
– Proszę, tylko spokojnie. Pomyślałem, że może zgłodniałaś. – Zaśmiał się cicho pod nosem i obok kałamarza postawił talerzyk z pokrojonym jabłkiem.
– Och… dziękuję. To bardzo miłe z pana strony – odpowiedziała, rozpoznając kto przed nią stoi.
– Jak sobie radzisz? – Usiadł naprzeciw niej.
– Cóż… nie powiem, bym była asem…
– Doświadczenie przychodzi z po pewnym czasie. Martwi mnie to, że wyglądasz, jakbyś nie spała.
