Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Poznajcie Felixa Leitera – zaufanego przyjaciela i sojusznika Jamesa Bonda.
Rok 1952. Felix traci pracę w CIA i zostaje zatrudniony przez agencję detektywistyczną. Rutynowa inwigilacja zmienia się w coś zupełnie innego, gdy Felix natyka się na morderstwo i szpiegowską intrygę w samym centrum Manhattanu.
Zatrudniony do transportu niewiarygodnie pięknej i tajemniczej Dory z Nowego Jorku do Teksasu, Felix zostaje wciągnięty w nieustającą przygodę, w której niebezpieczeństwo i podstęp czyhają za każdym zakrętem.
„The Hook and The Eye” to kryminał, romans i opowieść szpiegowska w jednym. To również legendarny Raymond Benson w najlepszym wydaniu!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 306
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Okładka
Strona tytułowa
Nota od autora
1
2
3
O autorze
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
Felix Leiter pojawia się w pierwszej, drugiej, czwartej, siódmej, ósmej i dwunastej powieści Iana Fleminga. Historycy Bonda, ignorując daty oryginalnych publikacji wspomnianych książek, toczą niekończące się debaty na temat tego, w którym momencie historii można umiejscowić opisane w nich wydarzenia. W znakomitym studium Johna Griswolda, zatytułowanym Ian Fleming’s James Bond – Annotations and Chronologies for Ian Flemming’s Bond Stories, autor spekuluje, że akcja drugiej z tych powieści, czyli Żyj i pozwól umrzeć (Live and Let Die), rozgrywa się na przestrzeni stycznia i lutego 1952 roku. Wydarzenia w Moonrakerze natomiast to maj 1953 roku. Akcja książki Diamenty są wieczne (Diamond are Forever) rozgrywa się z kolei pomiędzy lipcem a sierpniem 1953 roku. Wiele internetowych stron fanowskich uważa tę stronniczą chronologię (a także inne, bardzo do niej zbliżone) za prawdę objawioną. Jeśli przyjmiemy jej założenia, przykre starcie Felixa Leitera z rekinem miałoby miejsce pod koniec stycznia 1952 roku. Po raz kolejny bohater ten pojawi się w powieści o Jamesie Bondzie dopiero w lutym 1953 roku (Diamenty są wieczne). Akcja mojej książki rozgrywa się zatem pomiędzy tymi dwoma opisanymi przez Fleminga wydarzeniami, a konkretniej rzecz ujmując, w drugiej połowie 1952 roku.
W książce, tam gdzie było to możliwe, uwzględniałem istniejące w tym okresie autostrady, hotelie/motele i restauracje. Umieściłem w niej także znane ówczesne atrakcje turystyczne, takie jak Park Narodowy Carlsbad Caverns. Nowojorska siedziba Agencji Detektywistycznej Pinkertona (wersji bez apostrofu w słowie „Pinkerton” używano zamiennie) naprawdę mieściła się w tamtym okresie przy Nassau Street na Dolnym Manhattanie. A Robert Pinkerton II przebywał równie często w tamtejszych, jak i w chicagowskich biurach swojej firmy.
Najnowsze dane amerykańskiego rządu dotyczące wskaźnika cen konsumpcyjnych (CPI), których używa się do obliczania wysokości inflacji, wskazują jednoznacznie, że jeden dolar w roku 1952 wart był mniej więcej tyle, co niemal dwanaście dolarów w roku 2025. Zatem 100 ówczesnych dolarów to ekwiwalent 1198 dolarów i 76 centów.
3 listopada 1953 roku
Nowy Jork, stan Nowy Jork
Dzierżę w ręku losy świata i za cholerę nie wiem, co powinienem zrobić.
Nie żartuję. Los tej pieprzonej planety spoczywa w mojej lewej dłoni. W mojej jedynej dłoni, powinienem dodać. Prawą zastąpiła proteza z aluminium i stali nierdzewnej. Nie minął jeszcze rok od chwili, gdy ją straciłem. Dokładniej mówiąc, dziesięć miesięcy. Czasem odnoszę wrażenie, że od tamtego zdarzenia dzieli mnie cała wieczność, innym razem, że wydarzyło się ono dosłownie wczoraj.
Błąkam się bez celu, wyszedłem przed chwilą z aresztu na Dolnym Manhattanie, gdzie rozmawiałem z osadzonym niedawno zbrodniarzem. Nie wiem, jak długo jeszcze będzie tam przetrzymywany. Za kilka dni przeniosą tego zdrajcę do któregoś z tajnych więzień, po czym zniknie w jednym z licznych biurokratycznych labiryntów wymiaru sprawiedliwości i słuch po nim zaginie.
Idę spacerowym krokiem przed siebie, kierując się na wschód. Mijam park, krążę po czeluściach ratusza, niesiony nurtem ciał wlewających się do tej przepastnej budowli i wylewających się z niej. To tutaj pracuje burmistrz, Rada Miasta, Komisja Budżetowa i prezydenci pięciu dzielnic. Cała nowojorska biurokracja znajduje się na wyciągnięcie ręki, ale w tym momencie czuję tylko jedno pragnienie: chcę być jak najdalej od tej biurokratycznej machiny. Budynek Civic Center? Mam go gdzieś. Rozważam zatrzymanie się przy biurze Pinkertona na Nassau Street, znajdującym się tuż obok, na skraju ratuszowego parku. Zamiast tego wybieram spacer w kierunku wjazdu na Most Brookliński. Gdziekolwiek spojrzę, chodniki i ulice pełne są Nowojorczyków. Ludzie prą przed siebie, jak zwykle zajęci codziennymi sprawami. Taksówki, samochody i autobusy przypominają mi hałaśliwie, że to miasto będzie tętnić życiem bez względu na okoliczności.
Nie ulega wątpliwości, że zmagam się z poczuciem, iż zostałem oszukany przez tę babkę. Nie zrozumcie mnie źle – to nie pierwszy raz. Przeżyłem to i owo. Kobiety pojawiały się w moim życiu i znikały z niego. Ale ta, przyznaję, umiejętnie zaszła mi za skórę. Wściekam się na nią z tego powodu, a jeszcze bardziej irytuje mnie to, co zrobiła później.
Zaciskam dłoń na trzymanym w niej przedmiocie, aby nie upuścić go przypadkiem, gdy odwrócę rękę, chcąc spojrzeć na zdobiącą mój nadgarstek Omegę Bumper. Minęła dopiero jedenasta. Przez głowę przelatuje mi wspomnienie chwili zakupu tego zegarka. Nabyłem go w Waszyngtonie w czterdziestym ósmym roku. Zrobiłem sobie prezent z okazji przyjęcia mnie do pracy w nowo powstałej Centralnej Agencji Wywiadowczej, w skrócie CIA.
Od strony East River wieje chłodna bryza. Chowam przedmiot do lewej kieszeni spodni, aby użyć zdrowej ręki i haka do zapięcia płaszcza, tego samego, który kupiłem w Paryżu zaraz po dołączeniu do federalnych. Oba te fakty wydają się tak odległe, choć minęły dopiero cztery lata. Sporo rzeczy może się wydarzyć w takim czasie, jeśli życie cię nie oszczędza.
W kieszeni płaszcza mam paczkę Chesterfieldów. Stukając palcem w denko, wysuwam z niej jednego papierosa i wkładam go do ust. Przypalam go benzynowym Ronsonem, którego posiadam od czasów pobytu za oceanem. Nadal świetnie się sprawia. Na jego boku wygrawerowano logo Korpusu Piechoty Morskiej. Na drugim, dla żartu, umieszczono moje nazwisko – Leiter.
Po wciągnięciu do płuc wystarczającej ilości nikotyny ruszam dalej, kuśtykając chodnikiem w kierunku Lafayette i… Ech, czy wspomniałem wam o nodze? Nie tylko nie mam prawej dłoni i sporego kawałka ręki, ale brakuje mi także jednej trzeciej podudzia. Tak, ludziska, wyglądam jak te pokraki, które pokazują za kilka centów w podrzędnych cyrkach. Głośny stukot wydaje proteza zrobiona z drewna obciągniętego skórą. Dali mi uchylną stopę z zawiasem na wysokości kostki. Ludzie nie zauważają różnicy, bo szerokie nogawki i pasujące do siebie buty dobrze maskują ten ubytek. Ale jak już wspomniałem, niestety utykam. I nic na to nie poradzę. Ludzie, którzy zauważają nierówny krok i hak zamiast dłoni, natychmiast przybierają miny sugerujące, że strasznie im mnie żal. Zdarza się to bardzo często. Uśmiecham się w odpowiedzi, by pokazać, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Uważają pewnie, że mają do czynienia z okaleczonym weteranem. Do pewnego stopnia nim jestem, choć wojna, którą toczyłem, nie jest tą, o której zazwyczaj myślą.
To niestety nieuniknione w mojej robocie, wmawiam sobie. Kwestia szczęścia. Wóz albo przewóz. Samo życie, kolego. Que sera, sera. Wszystkie te powiedzenia idealnie pasują do mojej sytuacji. Wybierz sobie to, które wolisz.
Skręcając na południe, w Pearl Street, zastanawiam się, czy nie wpaść na Fulton Market i nie przekąsić kanapki na lancz. Ale czy warto nadkładać drogi? Nie zgłodniałem jeszcze. Nie po rozmowie, która sprawiła, że zamiast żołądka zieje we mnie wielka dziura. A może mam ją w miejscu serca? Sam już nie wiem. Łyk czegoś mocniejszego wydaje się bardziej sensownym rozwiązaniem. Nie pierwszy raz zdarzyłoby mi się wypić kilka szklaneczek bourbona, zanim wybije południe.
Do diabła z tym wszystkim! Co zrobisz? – jak mawiał mój staruszek za każdym razem, gdy go coś wkurzało. W sklepie nie było dzisiaj ruchu – co zrobisz? Mleko skwaśniało – co zrobisz? Głowa do góry, synu – co zrobisz?
Cóż, dawno go już nie ma między żywymi. Co zrobisz?
Kuśtykam dalej wzdłuż Fulton, kierując się na East River. Chcę zobaczyć wodę, choć im bliżej nabrzeża podchodzę, tym powietrze robi się chłodniejsze. Z początku myślałem, że nikogo tam nie będzie, ale nie, jeśli spacerujesz po Manhattanie, nie możesz liczyć na luksus samotności. Wokół mnie roi się od zakutanych w zimowe palta kobiet robiących zakupy na targu. Wiele z nich popycha wózki. Nie widzę jednak starszych dzieciaków, ale dzisiaj poniedziałek, siedzą więc pewnie w szkole.
A jutro Dzień Wyborów. Od dawna się zastanawiam, dlaczego nie zrobiono z niego kolejnego święta narodowego. Wielu ludzi, którzy mogliby, a nawet powinni głosować, musi iść do pracy i nie zdąży spełnić tego obowiązku. Ja tam chodzę na wybory. Bo wiesz, bardzo szanuję ojczyznę. Jutro zagłosuję z samego rana, pomogę wysłać Ike’a do Białego Domu. Nie ulega wątpliwości, że zostanie zwycięzcą. Stevenson może mieć poparcie, ale to mój kandydat wygrał cholerną wojnę światową, a to coś znaczy.
W końcu docieram na koniec portu, pod Fish Mongers Association, rzucam niedopałek na ziemię i rozgniatam go obcasem, potem gapię się przez chwilę na wodę. Statki i promy zmierzają w obu kierunkach, w górę i w dół rzeki, przepływają pod mostami, przewożąc pasażerów, towary i co tam jeszcze chcesz.
To taki spokojny widok. Podoba mi się.
Martwi mnie jednak przedmiot, który spoczywa w mojej kieszeni. Trafił tam po miesiącu ostrej jazdy, pełnej tajemnic, dziwnych zwrotów akcji, spisków i zdrad.
Wyciągam go ponownie i ściskam w dłoni.
On naprawdę może zmienić świat. Muszę go tylko… sprzedać. Hej, on może także mnie zmienić. Bo wiesz, nie zrozum mnie źle – ja nie gonię za forsą, choć ta pierdółka mogłaby uczynić mnie nieprzyzwoicie bogatym człowiekiem. Inne mocarstwa zapłaciłyby miliony dolarów za to cudeńko.
Gdybym to zrobił, zostałbym zdrajcą ojczyzny.
Wiem, że ten przedmiot jest niebezpieczny. Szczerze mówiąc, cholernie groźny. To klucz do niewyobrażalnej śmierci i zniszczenia. Kilku ludzi już przez niego zginęło. Szlag, sam o mało nie padłem trupem, i to nieraz.
Zakochałem się też w kobiecie, by go zdobyć. Kto mógł to przewidzieć?
Nie przejmuj się złamanym sercem, Felix, powtarzam sobie. Co zrobisz?
Przyglądam się temu, co trzymam w dłoni.
Miliony dolarów.
Co ja mam począć z tym cholerstwem?
31 stycznia – 28 lipca 1952 roku
St. Petersburg, Floryda
Wracam myślami do chwili odległej o niespełna trzy miesiące, do początku dziwnej przygody w mojej tak zwanej świetlanej karierze. Ta chwila refleksji ma głębokie uzasadnienie.
Najpierw jednak, jeśli pozwolisz, opowiem ci o pełnych wrażeń wakacjach na Florydzie.
Spędziłem szmat czasu w tamtejszym szpitalu, dochodząc do siebie po Wypadku. Tak to nazywam – Wypadek. Brzmi jak tytuł tandetnego hollywoodzkiego kryminału, w którym możesz zobaczyć cynicznego, hardego detektywa, bandę zbirów i uwodzicielskie, ale też niebezpieczne damulki. Uwielbiam takie filmy. Ale wróćmy do Wypadku…
Zlecona mi robota polegała na byciu „obserwatorem” z ramienia CIA w sprawie agenta Smierszu działającego w Harlemie. Smiersz to radziecka organizacja, część tamtejszego kontrwywiadu. Jednym z jej głównych zadań jest eliminacja wrogów Rosji – szpiegów, polityków, kogo tam chcesz. Czasem zabijają też swoich, jeśli sknocą robotę. Krótko mówiąc, nie są to mili ludzie.
Wspomniany gangster z Harlemu miał też interesy na Florydzie i Jamajce. Operacją kierował brytyjski Secret Service, który jak się okazało, przydzielił do tej sprawy mojego przyjaciela. Był jednym z najlepszym w ich szeregach, wiecie, taki gość z podwójnymi zerami w tytule. To najlepsi z najlepszych, tyle wam powiem. Po raz pierwszy spotkaliśmy się, gdy pracowałem jeszcze w paryskim Połączonym Sztabie Wywiadów NATO. Kilka miesięcy po operacji, którą nazywam Robotą w Kasynie, przeniesiono mnie z powrotem do Stanów, gdzie utknąłem w Waszyngtonie aż do jesieni pięćdziesiątego pierwszego. To, o czym chcę ci powiedzieć, miało miejsce tuż przed Nowym Rokiem – przełożeni przenieśli mnie do Nowego Jorku, gdzie tworzono dopiero zalążki biura CIA. Moim domem stało się przytulne mieszkanko na parterze przy Bank Street w Greenwich Village. Obok pełno było klubów jazzowych, w których roiło się od wschodzących gwiazd bohemy i wszelkiej maści dziwaków, ale nie narzekałem, nawet mi się to podobało. Nasiąkałem swoistym klimatem Manhattanu, który bił na głowę nawet stolicę, to jedno jest pewne.
Sprawa Harlemu trafiła już na radar CIA, a w połowie stycznia i ja zostałem do niej przydzielony. To była jurysdykcja FBI. Jak już wspomniałem, miałem odgrywać rolę skromnego obserwatora, ale pech chciał, że nie umiałem siedzieć z założonymi rękami. Gdy mój brytyjski kolega pojawił się w Nowym Jorku, nie odstępowałem go na krok. Krążyliśmy po barach i restauracjach, piliśmy, jakby jutra miało nie być, ale zrobiliśmy, co do nas należało. Gdy mój kumpel i zamieszana w sprawę dziewczyna pojechali do St. Petersburga, by przeprowadzić kolejną fazę operacji, ja także się tam udałem.
Popełniłem błąd, przyznaję. Poszedłem sam ciemną nocą, by poszperać w magazynie należącym do gościa z Harlemu. Pełno tam było egzotycznych morskich stworzeń, w sporej części niebezpiecznych. Powinienem był poczekać na brytyjskiego przyjaciela, ale tego nie zrobiłem. Krótko mówiąc, cyngiel ważniaka nakrył mnie przy robocie i rzucił na pożarcie rekinowi. Pieprzona ryba odgryzła mi prawą rękę i dolną część lewej nogi. Przerażająca chwila, która w moim mniemaniu trwała całą wieczność. Ból… no cóż. Nadal miewam związane z tą sytuacją koszmary. Odkryłem, że najlepszym lekarstwem na nie jest whisky Haig & Haig, choć i ona niespecjalnie się sprawdza.
Nie wiem, dlaczego ten człowiek nie pozwolił, by rekin dokończył robotę. Wyciągnął mnie z wody – nie pamiętam nic z tamtych chwil – a jego kumple podrzucili zakrwawiony ochłap, którym się stałem, do chaty w Treasure Island, bo taką nazwę miał turystyczny resort przy plaży, w którym się zatrzymałem. Zostawili też wiadomość, która brzmiała: „Chyba sumienie za bardzo go gryzło”. Ha, ha. Bardzo zabawni goście, nie powiem.
Tak zakończyła się moja obserwacja.
Wypadek spotkał mnie pod koniec stycznia, po czym spędziłem kilka kolejnych miesięcy w St. Pete niejako na „zwolnieniu”. Najpierw trafiłem do szpitala, gdzie lekarze uratowali mi życie. Połatano mi twarz, zaszyto rany na ciele, powiem tylko, że zrobiono mi mnóstwo przeszczepów skóry. Nie było to specjalnie zabawne. Pamiętam doskonale moment, w którym poinformowano mnie o utracie ręki i nogi. Powiem tyle: byłem potwornie zszokowany tym faktem. Potem przypomniałem sobie nieco syfu, którego byłem świadkiem podczas służby na Pacyfiku. U licha, w czterdziestym piątym brałem udział w bitwie o Iwo Jimę. Widziałem ludzi rozrywanych na strzępy. Niektórzy przetrwali ten koszmar i mogli opowiadać o tym, co ich spotkało, a uwierzcie mi, że nie chcielibyście wyglądać jak oni i próbować żyć dalej.
W porównaniu z nimi miałem cholerne szczęście, tak przynajmniej uważałem. Nie zostałem do końca pożarty, bandyci także mnie nie wykończyli. Pozostałem przy życiu i mogłem nadal służyć ojczyźnie.
Ale miałem przed sobą długą wyboistą drogę.
Dopiero po trzech miesiącach kuracji moje kikuty wydobrzały na tyle, by dało się założyć protezy. Zajęło się tym Biuro do spraw Weteranów i nie powiem, dobrze się mną zaopiekowali. Przydzielony mi protetyk, facet nazwiskiem Karolewski, połatał mnie, wyposażając w markowy sprzęt firmy Hanger. „Podudzie” wykonane było, jak już wspominałem, z drewna i elastycznej skóry. By móc zakładać protezę i w miarę normalnie chodzić, musiałem używać grubej wełnianej skarpety chroniącej kikut i uodpornić skórę na nim poprzez narośnięcie twardych odcisków. Z początku nie było to łatwe ani wygodne, ale z czasem przywykłem.
Pewnego dnia, gdy byłem w lepszym nastroju, wspomniałem doktorowi Karolewskiemu, że mógłbym używać tego podudzia jak maczugi i rozwalać nim głowy zbirów. Spojrzał na mnie i odparł z pełną powagą:
– W sumie mógłby pan to zrobić. Zwłaszcza z nałożonym butem.
A niech mnie, facet miał rację. Zapamiętałem tę informację i zaraz wpadłem na kolejny pomysł.
– Czy mógłby pan zrobić w niej skrytkę, do której dałoby się wsunąć nóż?
Wzruszył ramionami, po czym skinął głową. I tak, panie i panowie, noszę przy sobie piętnastocentymetrowy sztylet okopowy, który dostałem w prezencie, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Ojciec brał udział w pierwszej wojnie światowej i to on mi go podarował. Broń ta składa się z krótkiej ostrej klingi i rękojeści osłoniętej kastetem. Jest bardzo cienka, leciutka i potencjalnie zabójcza. Schowek ulokowano z boku protezy, wystarczy więc, że się schylę, otworzę go lewą ręką, co jest bardzo łatwe, i wyjmę sztylet, pociągając za pętelkę przymocowaną do kastetu. Nie miałem pojęcia, czy kiedykolwiek go użyję, ale lepiej być zabezpieczonym, niż gnić dwa metry pod ziemią.
„Sięgająca powyżej łokcia proteza ręki” była bardziej skomplikowana i wymagała dużo więcej nauki, zanim zdołałem nad nią zapanować. Samo zakładanie uprzęży było cholernie trudnym zadaniem. Tydzień zajęło mi nauczenie się, jak robić to samodzielnie. Sztuczną rękę wykonano z aluminium, stali nierdzewnej, skóry, drewna i wykładzin z owczej wełny. Kontrolowało się ją dwojako: przez połączone kabelkami cudo wykorzystujące zasady geometrii i przez moje własne mięśnie obręczy barkowej. Musiałem się nauczyć, jak działają te dwa kabelki, jak poprawnie zakładać uprząż, jak poruszać ramieniem i w jakiej kolejności używać tego wszystkiego. Musiałem opanować wszystkie te rzeczy jak własne pięć… sami wiecie, o czym mówię.
Dwukablowy system opierał się o odpowiednie napinanie mięśni barku. Wyobraźcie sobie, że dzięki nim mogłem manipulować przewodami i wykonywać podstawowe ruchy. Podnosiłem przedramię, ale musiałem natychmiast zablokować łokieć. Tylko w takim ustawieniu udawało się otworzyć bądź zamknąć manipulatory, czyli hak albo szczypce, do czego były potrzebne zupełnie inne ruchy wykonywane barkiem. Aby opuścić przedramię, musiałem najpierw odblokować łokieć. Do tego dochodziło wyprostowanie i wyciągnięcie całej ręki. Każde z tych działań wymagało nieco odmiennego ustawienia łopatek i napięcia innych mięśni.
Łokieć dało się zablokować w jedenastu pozycjach. Musiałem jedynie zapamiętać związane z tym cykle – odciągnąć bark i rozluźnić mięśnie, by zablokować łokieć, potem powtórzyć tę sekwencję, by go odblokować. To, jak wysoko uda mi się unieść protezę, zależy od wkładanej w ruchy siły. W normalnej sytuacji wystarczał nacisk od połowy do jednego kilograma.
Ludzie, żeby do tego przywyknąć, trzeba masy czasu. Z początku umiałem wykonać jeden ruch na raz. Dopiero po miesiącu ćwiczeń, terapii i ciężkiej pracy doszedłem do punktu, w którym udawało mi się używać protez w naturalny, płynny sposób, bez myślenia o każdym etapie. Mogłem unieść rękę, zablokować, poruszyć końcówką i opuścić przedramię w ciągu paru sekund. Używałem też cholernego haka jak normalnej dłoni. Okazało się przy tym, że jednym z najtrudniejszych zadań jest zawiązywanie sznurówki! Wymagało ode mnie zbyt wielkiej koncentracji. Gdy usłyszałem, że wielu inwalidów się poddaje i woli chodzić w mokasynach, natychmiast poprosiłem, by zamówiono i dla mnie jedną parę.
A skoro mówimy o urządzeniach końcowych: mam teraz wiele haków, które służą do różnych zadań. Mogę wykręcić ten, który znajduje się aktualnie na przedramieniu, i umieścić na jego miejscu inny. Dla przykładu mam zwykły hak przypominający szczypce. Mam też taki, który wygląda jak kółko i służy do obsługiwania dźwigni biegów w samochodzie (nauka jazdy samochodem z użyciem protezy to zupełnie inne wyzwanie). Mimo to nadal wolę manualne skrzynie niż automatyczne. Mógłbym pójść na łatwiznę i przesiąść się na automat, ale nie pozwala mi na to wrodzona miłość do motoryzacji. Uparłem się, że opanuję zmianę biegów wyspecjalizowaną końcówką protezy, i zrobię to, u licha!
Do tego wszystkiego doszła później nauka mierzenia i strzelania z pistoletu, oczywiście lewą ręką. Prawicę, której wcześniej używałem, straciłem bezpowrotnie. Powiem wprost, strasznie mi to nie szło. I nadal nie idzie. Musiałem chodzić na strzelnicę każdego cholernego dnia, była to bowiem część terapii, ale ani razu nie udało mi się trafić w tarczę. Ćwiczyłem z trenerem Związku Weteranów, facet wykazywał się niesamowitą cierpliwością. Podejrzewam, że był dużo bardziej sfrustrowany brakiem postępów w celowaniu niż jakimkolwiek innym aspektem mojej rehabilitacji.
W końcu nadszedł ten dzień. Samochód, którym jeździłem po Florydzie przed wypadkiem, to był stary Cord przejęty i sprzedany przez CIA. Nie miałem im tego za złe. I tak już ledwie rzęził, ale dostałem za niego trochę grosza, a w Nowym Jorku czekał na mnie inny wóz. Tak więc dwudziestego ósmego lipca jechałem do domu Srebrnym Meteorem, pociągiem, który przez Tampę, Savannah, Richmond, stolicę i Filadelfię dowiózł mnie w końcu na Penn Station.
Fajnie było wrócić do krainy żywych.
1 sierpnia–13 sierpnia 1952 roku
Nowy Jork, stan Nowy Jork
CIA była na tyle uprzejma, że nie usunęła mnie z listy płac i zadbała, aby moje mieszkanie w Village pozostało w stanie nienaruszonym. Było to zasługą zastępcy szefa lokalnego oddziału, Michaela Brinkleya, mojego oficera prowadzącego, któremu byłem niezmiernie wdzięczny za te drobne przysługi. Spotkałem go po raz pierwszy, gdy przydzielano mnie do sprawy Smierszu w Harlemie, po czym nasza współpraca układała się świetnie, dopóki nie przerobiono mnie częściowo na pokarm dla ryb.
Nasze nowojorskie biuro mieściło się na parterze, w lokalu od frontu na Drugiej Alei, między Pięćdziesiątą Pierwszą a Pięćdziesiątą Drugą Ulicą. Za przykrywkę mieliśmy firmę księgową, która była tak obłożona pracą, że nie przyjmowała nowych klientów. Działaliśmy podówczas jako filia kwatery głównej w Waszyngtonie. W styczniu nasza delegatura składała się z Brinkleya, innego agenta nazwiskiem Johnson, sekretarki imieniem Marion i mnie. Nigdy nie pracowaliśmy w biurze. Tylko Marion przychodziła tam codziennie, by odbierać telefony i raporty przesyłane ze stolicy. Jeśli Brinkley chciał z nami rozmawiać, spotykaliśmy się w pokoiku na zapleczu, w którym stał tylko goły stół, krzesła i kilka szafek na akta. Poza tym nie było tam innych mebli. W pozostałym czasie Johnson i ja wykonywaliśmy zadania w terenie.
Pierwszego sierpnia zastępca Brinkley umówił się ze mną na spotkanie. Po tylu miesiącach nieobecności miałem złe przeczucia, gdy na nie szedłem.
Sądząc po wyrazie twarzy, Michael wydawał się zadowolony, że znów mnie widzi. Zauważyłem to po szerokim uśmiechu i charakterystycznym błysku w oczach… które szybko zniknęły, gdy jego wzrok spoczął na haku wystającym z rękawa marynarki. Zamrugał nerwowo, i to nie raz. Uśmiech zrobił się nieznacznie węższy. Często obserwowałem podobne reakcje, zarówno w przypadku ludzi obcych, jak i tych, których dobrze znałem przed Wypadkiem.
– Felix! Mój Boże, wchodź, proszę! – rzucił, wstając.
Wyciągnął automatycznie rękę, chcąc uścisnąć mi dłoń, i dopiero po chwili zrozumiał, że popełnił błąd. Szybko zmienił ją na lewicę i w końcu mogliśmy się przywitać.
– Cześć, Michael – odpowiedziałam. – Ciebie też miło widzieć.
– Oczywiście, oczywiście. Rozgość się, proszę!
Brinkley był czterdziestolatkiem, zażywnym i dobrze wyglądającym facetem o piwnych oczach i włosach ściętych krótko na żołnierską modłę. Oto doskonały przykład agenta CIA, któremu wszystko się układa. Nie widziałem na jego palcu obrączki, nie wiedziałem też nic o tym, by kiedykolwiek był żonaty, choć nie wyglądał na kogoś, kto może miewać problemy z kobietami. W tym krótkim czasie, jaki spędziliśmy razem w styczniu po moich przenosinach, poznałem go jako człowieka kompetentnego i oddanego sprawie.
Gdy usiedliśmy po obu stronach stołu, na jego twarzy odmalowało się zatroskanie.
– Jak się czujesz, Feliksie?
Machnąłem zdrową ręką na odczepnego.
– Dobrze, Michael. Naprawdę.
– Masz za sobą parę ciężkich miesięcy, co?
– Można tak powiedzieć. – Wzruszyłem ramionami. – Ale znów tutaj jestem. I nadaję się do roboty. Może jest mnie teraz parę funtów mniej niż wcześniej, ale pozostałem tym samym gościem uwielbiającym pracę dla Agencji. – Uniosłem hak. – To mnie nie powstrzyma, Michael. Jestem gotowy do podjęcia pracy.
Brinkley potaknął, potem przeniósł wzrok na manilową kopertę, która leżała przed nim na stole. Otworzył ją, wyjął kilka zapisanych na maszynie kartek ozdobionych nagłówkami CIA.
– Doceniamy to, Feliksie – rzucił, przyglądając się zapisanym w dokumentach słowom, jakby czytał raporty dotyczące wyników sprzedaży. Potem przeniósł wzrok na mnie i zapytał: – Jak byś opisał siebie w tym momencie?
To było naprawdę dziwne pytanie.
– Wzrost sześć stóp i dwa cale, włosy ciemny blond, oczy szare, szczupły, nie przekracza wagi stu siedemdziesięciu ośmiu fun…
– Nie o to mi chodziło – przerwał mi, unosząc rękę.
– A o co?
– Jak się czujesz? Jak oceniasz możliwości wykonywania tej samej pracy, do której zostałeś wynajęty siedem miesięcy temu?
– Chyba już o tym wspominałem, Michaelu. Jestem tym samym agentem, z takim samym umysłem i nastawieniem. Nie zgorzkniałem, jeśli o to pytasz. Przytrafiło mi się coś złego, ale taką mamy robotę, nie? Udało mi się przeżyć i jestem gotów wrócić do pracy. Czy to chciałeś usłyszeć?
Po raz kolejny zerknął w papiery.
– Masz niesamowitą kartotekę, Feliksie. W czterdziestym drugim zaciągnąłeś się do piechoty morskiej, służyłeś na Pacyfiku, a po wojnie odsłużyłeś w Korpusie jeszcze trzy lata, dochrapując się stopnia sierżanta sztabowego. Dlaczego tam zostałeś? Nie chciałeś wracać do domu?
Odwróciłem wzrok i po raz kolejny wzruszyłem ramionami. Gdy to zrobiłem, moja proteza uniosła się bezwolnie z blatu, o który się opierała. Muszę uważać na takie gesty, pomyślałem.
– Nie za bardzo miałem gdzie i do czego wracać. Moi rodzice już nie żyli. Prowadzony przez ojca sklep z odzieżą męską został sprzedany. Siostra z rodziną zamieszkała gdzieś na zachodzie kraju. Nie, Michael, Korpus stał się moim domem. Chciałem służyć ojczyźnie. Myślałem, że stamtąd nie odejdę do końca kariery, dopóki nie trafił na mnie rekruter z biura Allena Dullesa.
– Jak sądzisz, dlaczego zaproponowano ci pracę w CIA? – zapytał Brinkley.
– Chyba dlatego, że jestem dobrym analitykiem. Mam smykałkę do myślenia strategicznego i oceniania, co też może sobie myśleć wróg. No i zdolności przywódcze, które imponowały przełożonym. Tak naprawdę to nie wiem, po prostu zgaduję. Nigdy mi tego nie powiedziano, ale cieszyłem się z otrzymanej oferty. Pomyślałem, że to może być ciekawa praca, i odszedłem z Korpusu do innej agencji rządowej. Dlaczego o tym rozmawiamy, Michael? Znasz moją historię.
– Tak, tak, znam. Ja po prostu próbuję zrozumieć twoją… obecną… sytuację.
– Jak już wspomniałem, jestem gotowy do podjęcia pracy.
W tym momencie Brinkley posmutniał. A ja nagle uświadomiłem sobie, co zaraz powie, i rzeczywiście to zrobił.
– Feliksie, naprawdę mi przykro, ale Waszyngton uważa, że nie możesz pracować na tym samym stanowisku co przedtem.
Poczułem się, jakby strzelił mi prosto w pierś.
– Słucham?
– Jak dobrze wiesz, CIA chce mieć w terenie wyłącznie najlepszych ludzi. A człowiek z twoją, hm, niepełnosprawnością nigdy nie będzie równie sprawny jak…
– Jak ktoś posiadający wszystkie członki?
– Feliksie…
– Chodzę na strzelnicę każdego cholernego dnia. Ćwiczę strzelanie lewą ręką. Trafiam już w tarczę. Za każdym razem idzie mi lepiej. I nie utraciłem zdolności ruchowych.
– Wybacz, Feliksie, nie mogę nic zrobić. W centrali podjęto decyzję i nie da się jej zmienić. Ale czekaj! – Uniósł palec wskazujący. – Przekazano mi, że jesteśmy gotowi zaoferować ci posadę analityka, tyle że w Waszyngtonie. Z tak bystrym umysłem nie będziesz miał problemu z ocenianiem raportów wywiadu i opracowywaniem na ich podstawie rzeczowych analiz, formułowaniem cennych sugestii, pomaganiem szefom w podejmowaniu właściwych decyzji i…
– Jednym słowem papierkowa robota.
Brinkley zamilkł na moment, uśmiechnął się aprobująco i potaknął.
– Całkiem dobra papierkowa robota.
– Podoba mi się w Nowym Jorku. Nie wiem, czy chciałbym wracać do stolicy. A jeszcze bardziej nie chce mi się siedzieć za biurkiem dzień za dniem, gapiąc się w okno.
Michael odchylił się na krześle, nie spuszczając mnie z oka. Po dłuższej przerwie westchnął teatralnie.
– I co? – wymamrotałem. – To już koniec? Nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie?
– Obawiam się, że nie. Wiesz, przeczuwałem, że możesz tak zareagować. Jeśli nie zaakceptujesz przeniesienia, mogę ci zaoferować całkiem sensowną odprawę. Zadbam o to, by w pełni rekompensowała twoje cierpienie i ból.
– Dzięki wielkie.
– Nie zabijaj posłańca, Feliksie.
Szczerze mówiąc, w głębi duszy wściekałem się do białości.
– Nie jestem zły na ciebie, Michael, tylko na biurokratów i przełożonych.
– Dodam cię do listy funkcjonariuszy przechodzących do rezerwy. To byli agenci, których powołujemy ponownie do służby w momentach kryzysowych albo…
– Wiem, o kim mowa. Będę wdzięczny.
– Niczego nie mogę obiecać. Centrala zawsze może odmówić.
– Rozumiem.
Wyjął spod pliku dokumentów białą kopertę. Przesunął ją po blacie w moim kierunku.
– Znajdziesz w niej szczegóły dotyczące wspomnianej sutej odprawy. Podatek został już oczywiście potrącony. – Pokręcił głową. – Nie do wiary, że Urząd Skarbowy nam nie odpuszcza. Można pomyśleć, że pracownicy CIA powinni być traktowani ulgowo, ale nie. – Wyczuwałem pod tymi słowami ukrytą gorycz, ale nie komentowałem. – W każdym razie – dodał – ta sumka powinna wystarczyć na kilka miesięcy, dopóki nie staniesz pewniej na własnych… hm… dopóki nie ułożysz sobie życia.
– Dam sobie radę, Michael – zapewniłem, nie kłopocząc się otwieraniem koperty. – Odziedziczyłem to i owo po rodzicach. Mam też własne oszczędności. Nie należę do ludzi rozrzutnych.
– Z tego, co wiem, lubisz kupować samochody.
– Cóż, jedni lubią grę w golfa, inni wspinaczkę wysokogórską, a ja kupuję samochód, pojeżdżę nim z rok i wymieniam na nowszy model.
– To raczej drogie hobby.
– Podobnie jak kobiety.
Rozbawiłem go tą uwagą.
– Czym teraz jeździsz?
– Packardem 250 Mayfair z pięćdziesiątego pierwszego. – Uniosłem hak. – Kupiłem go tanio w stolicy, jeszcze przed przeprowadzką tutaj. Dobrze, że nie pojechałem nim w styczniu na Florydę. Tak na marginesie, nauczyłem się już, jak operować drążkiem zmiany biegów. Muszę tylko trochę potrenować. No i poszukać wozu z nieco większą mocą silnika.
Wyciągnął do mnie rękę, gdy wstawałem z krzesła.
– Zaczekaj, Feliksie… Nie chciałbyś może zostać prywatnym detektywem?
Opadłem ponownie na siedzisko.
– Nie myślałem o tym. Ale teraz, gdy o tym wspomniałeś, nie wydaje się to takie złe. Dlaczego pytasz?
– Zaczekaj jeszcze. Nie wychodź. – Wstał i opuścił pokój. Słyszałem, jak rozmawia przez chwilę z Marion, po czym pojawił się ponownie z kawałkiem papieru w dłoni, na którym coś zamazał, zanim mi go podał. Znajdowała się na nim wyboldowana nazwa PINKERTON, adres przy Nasau Street i numer telefonu.
– Agencja Detektywistyczna Pinkertona? – zapytałem. – Serio?
– Działają na terenie całego kraju, i to od dawna.
– Nie mają przypadkiem siedziby w Chicago?
– Owszem, ale mają także nowojorską filię, i to całkiem sporą. To ten wielki budynek obok ratusza. Krążą też pogłoski, że Robert Pinkerton Drugi, bo to on jest obecnie szefem, pod koniec dekady przeniesie centralę firmy na Manhattan. Znam go osobiście i mogę cię rekomendować. Pomyśl o tym.
W mojej głowie rozbrzmiewało teraz z tysiąc głosów, ale najgłośniejszy wołał, że stałem się znowu wolnym człowiekiem. Nie odpowiadałem już przed rządem.
– Tak zrobię – zapewniłem, wsuwając kartkę do kieszeni marynarki. Potem wstałem i wyciągnąłem do niego lewą rękę. – Dzięki, Michael.
Uścisnął ją mocno.
– Pozostańmy w kontakcie, Feliksie. Mam nadzieję, że będziemy się nadal przyjaźnić. Wpadaj do nas od czasu do czasu na lancz.
– Okej, ale ty stawiasz!
* * *
Narodowa Agencja Detektywistyczna została założona w połowie dziewiętnastego wieku przez niejakiego Roberta Pinkertona. Mógłbym wymienić wiele jej osiągnięć. W „dawnych czasach” robiła sporo, by chronić dyliżanse przed rabusiami, polowała na Butcha Cassidy’ego i jego osławiony gang zwany Dziką Bandą, namierzała Jesse Jamesa i po tym, jak świat wkroczył w dwudzieste stulecie, była wynajmowana przez rząd do łamania strajków organizowanych przez związki zawodowe i inne organizacje robotnicze. Te ostatnie dokonania, o ile wiedziałem, nie zepsuły specjalnie jej reputacji. Firma musiała wprawdzie zmienić nieco wizerunek, ale nie ulegało wątpliwości, że nadal świetnie sobie radziła. Miała biura w kilku największych miastach, a to, które mieściło się przy Nassau Street na Manhattanie, było całkiem okazałe. Z mojego mieszkanka w Village mogłem dostać się w to miejsce, idąc alejami na południowy wschód. Po skręceniu z Greenwich w Siódmą trzeba tylko zstąpić do rozpalonego Hadesu metra przy Christopher Street i pojechać aż do centrum, czyli do stacji przy ratuszu. Jeszcze tylko krótki spacerek na wschód, przez park i już byłbym na miejscu. Nie zajęłoby mi to nawet dwudziestu minut, gdyby pociągi kursowały według rozkładu. Autobusy także dawały radę, ale były dużo wolniejsze.
Potrzebowałem tygodnia na przemyślenie rady udzielonej przez mojego przyjaciela Michaela Brinkleya. Czy zostanie prywatnym detektywem to praca, której chciałem? Za diabła nie byłem tego pewien. Próbując oszacować wszystkie za i przeciw, spędziłem kilka wieczorów w Pete’s Tavern – jednym z moich ulubionych lokali mieszczących się w Gramercy Parku, na północny wschód od Greenwich Village – próbując rozmaitych kombinacji Martini przeplatanych bourbonem albo whisky z wodą sodową. Ta ostatnia nie była oczywiście prawdziwa, do szklanek bowiem lano zwykłą kranówę wzbogaconą gazem. Naturalną wodę sodową pozyskiwano w górach Kentucky, ze źródeł filtrowanych naturalnie przez grube pokłady piaskowca. W knajpach serwowano zamiast niej tak zwaną wodę klonową, czyli pasteryzowany sok tego drzewa, który wcale nie był taki zły.
Wkrótce zdałem też sobie sprawę, że rozmowa z Pinkertonem to nienajgorszy pomysł, jeśli chcę nadal pracować w organach ścigania. Co innego mógłbym robić, u licha? Być odźwiernym w hotelu? Sprzedawać ubezpieczenia? Pójść w handel detaliczny, jak mój staruszek? Nie, dziękuję.
Zadzwoniłem pod numer otrzymany od Brinkleya. Rozmowę kwalifikacyjną wyznaczono na trzynastego sierpnia, dużo szybciej, niż sądziłem. Widać, że rekomendacja mojego przyjaciela zrobiła swoje.
Spotkałem się z samym Robertem Pinkertonem II. Był pierwszym wnukiem założyciela firmy, wysokim, potężnie zbudowanym, choć już otyłym mężczyzną po pięćdziesiątce. Miał władczy wygląd i ostry temperament. Siedział za dębowym biurkiem w gabinecie, który przywodził na myśl bibliotekę angielskiego dżentelmena. Wiesz, wyściełane skórą fotele, boazeria z drewna dębowego i migdałowego, lampy stołowe o szerokich abażurach, niezliczone tomiszcza na półkach i tym podobne. Za nim na ścianie wisiały zdjęcia przedstawiające największe sukcesy agencji, portrety dziadka z ówczesnymi politykami oraz oprawiony proporzec z napisem: „Oko, które nigdy nie śpi”. Dało się też wyczuć ostry, choć wciąż całkiem przyjemny zapach słodkiego tytoniu.
Pinkerton wydawał się pod wrażeniem, gdy rozmawialiśmy na temat mojej przeszłości. Podobało mu się, że służyłem w Korpusie Piechoty Morskiej przez siedem lat, a potem aż do Wypadku pracowałem w CIA. Zaproponował mi papierosa ze srebrnego puzderka, na którym wygrawerowano wielką literę P. Gustował w marce Lucky Strike, której nie lubiłem, ale i tak poczęstowałem się jednym, a on wstał i odpalił mi go szarmancko. Potem wyjął holmesowską fajkę z pianki morskiej – a jakże – nabił ją, a potem zapalił. Tak oto się dowiedziałem, skąd tutaj zapach słodkiego tytoniu.
– Panie Leiter – powiedział. – Nie wiem, czy zdaje pan sobie sprawę, czym zajmujemy się obecnie w Pinkertonie, ale zapewniam, że nie jest to nic, co widział pan na filmach. Nasi detektywi nie przypominają w niczym Sama Spade’a albo Phillipa Marlowe’a. Nie prowadzimy już tak wielu dochodzeń kryminalnych i choć jest ich nadal parę, to skupiamy się na zupełnie innych zadaniach. Jak pan zapewne wie, FBI się rozrosło i zyskało na znaczeniu w ciągu minionych dwudziestu lat, i przejęło na siebie obowiązki, które spoczywały na nas, dopóki świat się nie dowiedział o istnieniu J. Edgara Hoovera.
– Nie ma to dla mnie znaczenia – zapewniłem. – Mogę chodzić od drzwi do drzwi, śledzić niewiernych mężów… co tam obecnie trzeba.
– Nie bierzemy też spraw rozwodowych i podejrzeń o cudzołóstwo. To zbyt trywialne kwestie. Zajmujemy się obecnie kwestiami ochrony osobistej i zabezpieczaniem obiektów. Nowi pracownicy zaczynają zazwyczaj od pracy po nocach w magazynach i hotelach. Słyszał pan kiedyś o „stróżach nocnych”? Czasami zdarza się zlecenie ochrony jakiejś ważnej persony. – Wskazał brodą moją protezę. – Dałby pan sobie radę z podobnym wyzwaniem?
– Dlaczego nie? – Uniosłem hak. – Panie Pinkerton, może i brakuje mi prawej ręki, ale to urządzenie jest bardzo mocne. I jeszcze raz podkreślę: mam spore doświadczenie po pracy w CIA. Jestem dobry w wykrywaniu przestępców i domyślaniu się, co knują. Mam też oko do szczegółów.
– W to nie wątpię. Zapytam więc wprost, czy zna się pan na wyścigach konnych?
– Widziałem parę gonitw i to tyle. Jestem co prawda Teksańczykiem, ale nie mam bladego pojęcia o koniach. Dorastałem w Dallas, a to jednak spore miasto.
– Nieważne. Potrzebujemy kogoś do naszego Gangu Wyścigowego, który prowadzi dochodzenie w sprawie przekrętów na gonitwach. Pouczy się pan od dwóch detektywów, którzy przy tej sprawie pracują, pojeździ pan do Saratoga Springs. Czy to pana interesuje?
– Jasne, jeśli kogoś takiego potrzebujecie.
Pinkerton zapisał coś na bloczku papieru, mówiąc:
– Zobaczmy najpierw, jak pan sobie poradzi z podstawowymi zadaniami. – Skinął, wskazując moją zdrową rękę. – Jak panu idzie strzelanie?
– Niemal codziennie chodzę na strzelnicę. Uczę się być mańkutem, ale miałem na to zaledwie kilka miesięcy.
Potaknął, potem podrapał się po brodzie, nie spuszczając mnie z oka. Nie skomentował moich słów. Niby poczułem się pewniej, ale pozwoliłem mu się gapić. W końcu się odezwał.
– Panie Leiter, sądzę, że dysponuje pan zestawem interesujących zdolności, które mogą się okazać przydatne w naszej agencji. Nie pasuje pan jednak do wzorca ludzi, których zatrudniamy, mówię oczywiście o pańskiej niepełnosprawności. Z drugiej strony, może ona zapewnić panu solidną przykrywkę, jakże potrzebną w pracy prywatnego detektywa. Wątpię, aby przestępcy widzieli w mężczyźnie z protezami ręki i nogi kogoś, kto może ich tropić. To, w połączeniu z doświadczeniem nabytym w organach ścigania, czyni z pana idealnego kandydata do pracy u nas. Co pan na to?
Obdarzyłem go typowym dla mnie „chłopięcym uśmiechem”, jak mówiło o nim wielu znajomych. Osobiście nie uważam, aby w mojej twarzy było cokolwiek młodzieńczego, skoro nie mam już czternastu lat, ale jeśli ten uśmiech może mi pomóc, to będę go używał ile wlezie.
– Czy muszę przychodzić tutaj codziennie? Mam pracować w biurze? – zapytałem.
– To będzie zależało od przydzielonego zadania. Mamy śledczych, którzy pracują w domu. To tak zwani wolni strzelcy. Opłacamy ich, ale tylko wtedy, gdy mają przydzieloną sprawę. Gang Wyścigowy to oczywiście praca na pełny etat. Zacznie pan jednak od pozycji wolnego strzelca. W tym budynku mamy kilka wolnych biur, gdyby musiał pan przeprowadzić rozmowę z klientem i tak dalej.
– Myślę, że to mi pasuje, panie Pinkerton. Zobaczmy, co z tego wyjdzie. Porozmawiamy o Gangu Wyścigowym, jak przywyknę do tego rodzaju pracy.
– Zacznie pan od nocnego stróżowania i ochrony. To może być nudne i męczące zajęcie.
Posłałem mu kolejny z firmowych uśmiechów.
– Słabo sypiam ostatnio.
Wstał, wyciągnął do mnie lewą rękę.
– Jak to mówią, jesteśmy okiem, które nigdy nie śpi. Witamy w Pinkertonie, panie Leiter.
– Hak i oko – mruknąłem, ściskając mu dłoń, aby przypieczętować umowę.
Raymond Benson napisał do roku 2025 ponad czterdzieści książek, które zostały opublikowane. Najbardziej znany jest z tego, że został pierwszym Amerykaninem, którego zaproszono do współpracy przy tworzeniu serii kontynuacji powieści Iana Flemminga o Jamesie Bondzie (stworzył na te potrzeby sześć powieści, trzy nowelizacje i tyle samo opowiadań, które ukazały się w latach 1997–2002). Uznanie krytyki i szeroką popularność zdobyła pięciotomowa seria The Black Stiletto, na podstawie której ma zostać nakręcony film fabularny albo serial. Spośród innych jego najlepszych tytułów należy wymienić: The Mad, Mad Murders of Marigold Way, za którą otrzymał w roku 2022 Złoty Medal IPPY w kategorii Mystery w ramach Independent Publisher Book Awards, oraz A Ghost Noir, Blues in the Dark, In the Hush od the Night i The Secret of Chickory Lane. Jest również cenionym autorem tekstów i ghostwriterem tworzącym powieści z takich serii, jak Tom Clancy’s Splinter Cell, Metal Gear Solid czy Hitman, oraz pianistą wysokiej klasy, tworzącym muzykę do wielu przedstawień teatralnych. Ma także własny kanał na YouTube. Jako historyk filmu pisywał artykuły do magazynu „Cinema Retro”, był i nadal jest wykładowcą w placówkach uniwersyteckich na terenie Chicago.
Więcej informacji na jego temat można znaleźć na stronie www.raymondbenson.com.
Ian Lancaster Fleming urodził się 28 maja 1908 roku w Londynie. Uczęszczał do Eton College, a najważniejszy okres swojej młodości spędził w różnych krajach Europy, studiując języki obce. Pierwszą pracę zdobył w Agencji Reutera, potem przez krótki czas był maklerem giełdowym. Po wybuchu II wojny światowej został adiutantem admirała Johna Godfreya, dyrektora Wywiadu Marynarki Wojennej. Miał okazję odegrać znaczącą rolę w działaniach szpiegowskich prowadzonych przez Wielką Brytanię i inne sprzymierzone państwa.
Po wojnie został zatrudniony przez wydawnictwo Kemsley Newspapers na stanowisku szefa działu zagranicznego dziennika „The Sunday Times”. Był odpowiedzialny za siatkę korespondentów mocno zaangażowanych w wydarzenia okresu zimnej wojny.Jego pierwsza powieść, Casino Royale, została wydana w 1953 roku. Po raz pierwszy pojawia się w niej postać Jamesa Bonda, agenta specjalnego numer 007. Pierwszy nakład sprzedał się w ciągu miesiąca. W następstwie odniesionego sukcesu Fleming co roku aż do śmierci publikował kolejną książkę z cyklu o Bondzie. Jego podróże, zainteresowania i doświadczenia wojenne nadają wiarygodność wszystkim stworzonym przez niego dziełom. Raymond Chandler nazwał go „najbardziej dynamicznym i przebojowym autorem thrillerów w Anglii”. Piąta z kolei powieść, zatytułowana From Russia With Love (Pozdrowienia z Rosji), została przyjęta szczególnie dobrze, a jej sprzedaż gwałtownie wzrosła, kiedy prezydent John F. Kennedy wymienił ją wśród swoich ulubionych książek. Łącznie sprzedano ponad 100 milionów egzemplarzy powieści o Bondzie, stały się one również materiałem wyjściowym dla niezmiernie popularnej serii filmów, której pierwszą odsłoną był wprowadzony na ekrany w 1962 roku Doktor No. W rolę agenta 007 wcielił się w nim Sean Connery.
Książki z serii o Bondzie zostały napisane na Jamajce – w kraju, który Fleming pokochał podczas wojny i w którym zbudował swój dom znany pod nazwą Goldeneye. W roku 1952 poślubił Ann Rothermere. Jego historia o magicznym samochodzie, napisana w 1961 roku dla jedynego syna państwa Flemingów, Caspara, przybrała później postać powieści Chitty Chitty Bang Bang, która również została zekranizowana1.
Ian Fleming zmarł na zawał serca 12 sierpnia 1964 roku.
www.ianfleming.com
Twitter/X: TheIanFleming
Instagram: Ianflemings007
Facebook: IanFlemingBooks
1 Książkę wydano w Polsce nakładem wydawnictwa Znak Emotikon pod tytułem Bang Bang! Wystrzałowy samochód w tłumaczeniu Katarzyny Szczepańskiej-Kowalczuk; polski tytuł filmu to Nasz cudowny samochodzik (przyp. tłum.).
THE HOOK AND THE EYE
Copyright © Ian Fleming Publications Ltd 2025
Raymond Benson has asserted his right to be identified as the author of this Work in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988
Felix Leiter, James Bond and 007 are trademarks of Danjaq LLC, used under licence by Ian Fleming Publications Ltd
The Ian Fleming logo and the Ian Fleming signature are both trademarks owned by the Ian Fleming Estate, used under licence by Ian Fleming Publications Ltd
Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
Polish translation copyright © 2026 Robert J. Szmidt
Autorskie prawa osobiste twórcy zostały zachowane.
Redakcja: Bożena Sęk
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
Korekta: Joanna Rodkiewicz
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Skład i łamanie wersji do druku: Marcin Labus
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302057
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
