Tylko mnie nie zapomnij - Jimenez Abby - ebook + książka
NOWOŚĆ

Tylko mnie nie zapomnij ebook

Jimenez Abby

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

142 osoby interesują się tą książką

Opis

Jedna randka i oni już wiedzą, że są dla siebie stworzeni… Tylko że następnego dnia ona przeprowadza się trzy tysiące kilometrów dalej.

Czy idealny facet w ogóle istnieje? Raczej nie, ale jeden jest bardzo bliski ideałowi: Xavier Rush. Przystojny weterynarz o wyglądzie greckiego boga. I jeszcze z czułością umie zająć się małym kotkiem. Serce topnieje. Do momentu, aż się odezwie i powie coś naprawdę głupiego. A Samanta wprost uwielbia udowadniać dupkom, że się mylą, zwłaszcza gdy sami się o to proszą…

Randka jest niezła – jeśli nie najlepsza. Ale Samanta ma inne sprawy na głowie i żaden związek nie wchodzi w grę.

Co jednak zrobić, gdy nie da się zapomnieć tej jednej wspólnej nocy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 383

Data ważności licencji: 7/7/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Say You’ll Remember Me

Projekt okładki: © 2025 Hachette Book Group, Inc.

Ilustracja na okładce: Sarah Congdon

Redaktorka inicjująca: Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak

Redaktorka prowadząca: Magdalena Zabrocka

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redakcja techniczna: Maciej Grzmiel

Skład wersj elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Poinc-Chrabąszcz, CHAT BLANC, Anna Brzezińska

Copyright © 2025 by Abby Jimenez

This edition published by arrangement with Grand Central Publishing, an imprint of Hachette Book Group, Inc., New York, NY, USA. All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Katarzyna Bieńkowska

ISBN 978-83-287-4111-9

MUZA SA

Wydanie I 

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Lilii.

Nigdy Cię nie zapomnimy.

OD AUTORKI

Chociaż wszystkie moje książki to komedie romantyczne, w tej opowieści pojawiają się pewne wątki, które mogą u części czytelników wywołać silne emocje. Jeśli uważasz ostrzeżenia o potencjalnie niepokojących treściach za spojlery i wcale tych przestróg nie potrzebujesz, proszę, pomiń następny akapit i przejdź od razu do pierwszego rozdziału.

Ta książka zawiera szczegółowe opisy osoby z zaawansowaną demencją. Pojawiają się także wzmianki o zdradzającym małżonku pobocznej postaci, a także – w retrospekcjach – o przemocy fizycznej i emocjonalnej wobec dziecka. Występuje również motyw złego traktowania zwierząt, okrucieństwa, zaniedbywania oraz śmierci. Jest też scena, w której pies znajduje się w niebezpieczeństwie. (Ten pies nie umiera. Pies głównego bohatera NIGDY nie umrze). Na dalszym planie dochodzi natomiast do nagłej śmierci drugoplanowej postaci chorej na serce.

1XAVIER

Co takiego mam zrobić? – zdumiałem się.

Po drugiej stronie stołu zabiegowego stała kobieta w średnim wieku. Jej pies popatrywał to na mnie, to na nią, jakby rozumiał, o czym rozmawiamy. Przez wzgląd na niego miałem szczerą nadzieję, że tak nie jest.

– Chcę, żeby pan go uśpił – oznajmiła.

– Ale jemu nic nie dolega – zaprotestowałem.

– Wiem. – Spojrzała na psiaka ze smutkiem. – Moja mama bardzo o niego dbała, póki żyła.

– To dlaczego?

Westchnęła dramatycznie.

– Taka była jej wola. Nie chciała, żeby musiał resztę życia przeżyć bez niej. Za bardzo by za nią tęsknił.

– Może się przywiązać do kogoś innego.

Pokręciła głową.

– Nie sądzę. Jest za stary.

– Ma cztery lata.

Popatrzyła mi prosto w oczy z taką miną, jakby nasza dyskusja dotyczyła nieważnego kuponu ze zniżką.

– Proszę posłuchać – odezwała się po chwili. – Będę z panem szczera. Mój przyjazd tutaj stanowi kompromis. Mąż zamierzał zabrać psa do lasu i zastrzelić, żeby zaoszczędzić te trzysta dolarów. Powiedziałam, że to niehumanitarne i że mama życzyłaby sobie, aby odszedł spokojnie, dlatego tu jesteśmy. Ale jeśli pan nie zajmie się tym psem, mój mąż to zrobi, a nie strzela zbyt dobrze. Być może będzie to wymagało kilku prób.

Gapiłem się na nią w osłupieniu. Dlatego właśnie nienawidzę ludzi. Są najgorszymi zwierzętami na naszej planecie.

Pies łypał na mnie smutno.

– Eutanazja kosztuje czterysta dolarów – oznajmiłem dobitnie.

Nieprawda. Kosztowała trzysta. Każdego poza tą kobietą. Zgodziła się na taką cenę, a ja zabrałem psa i zrobiłem, co musiałem.

Godzinę później siedziałem na zapleczu i wpisywałem tę wizytę do komputera, bardziej niż zwykle rozdrażniony całym zajściem.

Tina, jedna z moich asystentek, stała ze skrzyżowanymi na piersi rękami i mierzyła mnie wzrokiem.

– Co? – burknąłem, nie patrząc w jej stronę.

– Przecież wiesz.

Zerknąłem na nią z ukosa.

– Co mam dać tej babie, kiedy przyjedzie po jego prochy? – zapytała, przechylając głowę.

– Masz kominek?

– Nie – odparła.

– A grill węglowy?

Wykrzywiła usta z namysłem.

– Chyba jest gazowy.

Maggie, moja druga asystentka, otworzyła szafkę i schowała do niej segregator.

– Zaraz… Niedawno skremowaliśmy tego psa ze schroniska, którego nie udało się uratować. Mieszańca bernardyna – powiedziała. – Możemy dać jego prochy.

– Dobra – zgodziłem się. – Ale odsypcie połowę. Wszystko to za dużo.

Tina drapała pod brodą bynajmniej nie uśpionego psa.

– Jak go nazwiesz? – zapytała.

– Nie mam pojęcia – mruknąłem i wstałem. Zaczęła boleć mnie głowa. Zacisnąłem zęby. – Muszę go ogolić – oznajmiłem. – Żeby zmienić mu wygląd. Przerobić na sznaucera czy coś w tym stylu.

– Ale taki puchaty jest słodki! – wykrzyknęła Tina.

Posłałem im obu znaczące spojrzenie.

– Chyba nie muszę wam przypominać, że przez to, co właśnie zrobiłem, mogę stracić prawo do wykonywania zawodu.

Tina popatrzyła na mnie z uwielbieniem.

– Wiemy, wiemy. Jesteś prawdziwym bohaterem.

Maggie przygryzła wargę i przytakiwała żarliwie. Obie uśmiechały się promiennie, co mnie jeszcze bardziej rozdrażniło.

– Nie róbcie mu żadnych zdjęć – przestrzegłem. – Nie piszcie o nim w mediach społecznościowych. Nie wołajcie go po imieniu. Nie wolno nam puścić pary z ust na jego temat.

– Zabierzemy tę tajemnicę do grobu – oznajmiła Tina, przykładając obie dłonie do serca.

– Dla ciebie skłamałabym w sądzie – zapewniła mnie Maggie. – Z ręką na Biblii i w ogóle.

Tina z przejęciem kiwnęła głową.

– Wiem, że nie lubisz o tym słuchać – podjęła Maggie. – Ale naprawdę jesteś jednym z najcudowniejszych ludzi, jakich znam, doktorze. To zaszczyt z tobą pracować.

Skrzywiłem się na ten komplement. Nie znoszę pochwał ani pochlebstw. Lubię za to psy. W ogóle wszystkie zwierzęta, ale psy w szczególności. Nie zasługujemy na nie – a niektórzy osobnicy zasługują jeszcze mniej niż inni.

– W gabinecie numer sześć czeka jeszcze jeden pacjent – oznajmiła Maggie. – I niech cię Bóg błogosławi, doktorze.

Posłałem dziewczynie kolejne beznamiętne spojrzenie, po czym wziąłem od niej tablet i wyszedłem. Odprowadziły mnie uśmiechami.

Byłem pewien, że nic nikomu nie powiedzą o naszym ocaleńcu. Swojemu zespołowi ufałem bezgranicznie. Ale nie potrzebowałem takiego nadskakiwania.

Wszedłem do gabinetu numer sześć, czytając kartę pacjenta. Porzucony kociaczek, znaleziony kilka godzin wcześniej w stosie drewna.

– Doktor Rush, dzień dobry – mruknąłem, nie podnosząc wzroku.

Umyłem nad zlewem ręce, zakręciłem wodę, wziąłem ręcznik papierowy i odwróciłem się do kobiety siedzącej na krześle. Na jej widok zamarłem zaskoczony.

Była piękna. Mniej więcej w moim wieku, mogła mieć dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć lat. Długie czarne włosy, brązowe oczy. Krągłe, ponętne kształty.

Trzymała kociaka w staniku. Spał tam, z główką opartą o dekolt jej bluzki w serek.

– Dzień dobry, doktorze. – Wstała. – Momencik, zaraz ją wyjmę. To znaczy… chyba „ją”. Nie za bardzo umiem rozpoznawać płeć u takich kocich maluszków.

Wyjęła z dekoltu biało-brązową puszystą kuleczkę i położyła ją na stole między nami. Kuleczka mruczała zawzięcie. Ja pewnie też bym mruczał, gdyby dane mi było znaleźć się na jej miejscu.

Odchrząknąłem i zacząłem badać kociaczka.

– Ma około pięciu tygodni – stwierdziłem cichym głosem.

Dziąsła maleństwa były różowe i wyglądały dobrze, oczy niezaropiałe. Kociaczek, choć z niedowagą, nie był chory ani zapchlony. Zajrzałem do uszu. Świerzbowce. Cóż, mogło być gorzej. Obmacałem maluszkowi brzuszek. Zgiąłem mu łapki i powiodłem palcami po kręgosłupie, żeby sprawdzić, czy wszystko okej.

Dziewczyna mnie obserwowała. Nie potrafiłem tego wyjaśnić, ale poczułem się skrępowany. A właściwie nigdy mi się to nie zdarzało.

Tymczasem pod jej spojrzeniem z jakiegoś powodu zacząłem się zastanawiać, czy na pewno rano się ogoliłem.

Czułem zapach kociaka. Pachniał tak jak ona. Kwiatami.

– Chce go pani zatrzymać? – zapytałem.

Oparła się o stół.

– No raczej. Nie walczy się z systemem dystrybucji kotów.

Kącik moich ust drgnął.

– Sprawdzała pani w okolicy? – ciągnąłem, osłuchując płuca kociaka. – Żeby się upewnić, czy nie było ich więcej?

– Tak. Był tylko ten jeden. – Spojrzała na mnie spod gęstych rzęs i się uśmiechnęła.

Serce zabiło mi szybciej. Mój Boże, co za olśniewająca dziewczyna. Starałem się, jak mogłem, żeby nie okazać, jakie wywarła na mnie wrażenie.

Zawiesiłem sobie stetoskop na szyi i przystąpiłem do mierzenia kotkowi temperatury, starając się zachowywać tak, jakbym nie czuł na sobie jej wzroku.

Kiedy uniosłem ogonek maluszka, zamarłem.

Popatrzyłem dziewczynie w oczy.

– Coś nie tak?

– Chciałbym jeszcze zrobić jej usg.

Pół godziny później było już po wszystkim, a ja musiałem przekazać złe wieści.

– Kociczka ma wadę wrodzoną – oznajmiłem. – To się nazywa atrezja odbytu. I polega na nieprawidłowym uformowaniu tej części jelit.

Kobieta zamrugała, potem opuściła wzrok na kociaka, którego znów trzymała w koszulce.

– Przepraszam. Co takiego?

– Odbytnica i odbyt nie funkcjonują.

Wpatrywała się we mnie.

– Chce pan powiedzieć, że ten kociak nie ma dziurki w pupie?

– To właśnie chcę powiedzieć.

Wyjęła malucha ze stanika i uniosła mu ogonek. Zrobiła wielkie oczy. W miejscu, w którym powinien być odbyt, widniała mała mięsista, łysa plamka, ale sam otwór nie był większy niż czubeczek szpilki. Łatwo dało się przeoczyć ten defekt, jeśli ktoś nie przyjrzał się uważnie.

– Ale… ale ona robi kupki – wyjąkała dziewczyna. – Korzystała z kuwety.

– Wytworzyła się u niej przetoka odbytniczo-pochwowa. Kał przechodzi przez srom. Ma pasożyty w brzuchu, więc jej stolce są wodniste. Prawdopodobnie tylko dlatego przeżyła do tej pory. Możliwy jest zabieg chirurgiczny, który potencjalnie skoryguje tę wadę. Ja go nie wykonuję. Musiałby ją obejrzeć chirurg weterynaryjny.

Kiwnęła głową.

– Dobrze. Ile to kosztuje?

– Ceny wahają się od pięciu do dziesięciu tysięcy dolarów – poinformowałem ją.

Rozdziawiła usta.

– W tej sytuacji zalecałbym uśpienie maleństwa – dodałem.

Na chwilę wbiła wzrok w podłogę, po czym znów uniosła ku mnie oczy.

– Ale… ale ona jest szczęśliwa. To radosne maleństwo. Nie uśpię jej.

– Panno… przepraszam, jak pani na imię?

– Samantha. Nazywam się Samantha Diaz.

– Panno Diaz, sytuacja może rozwinąć się na dwa sposoby. Albo dojdzie do zaklinowania stolca, koteczka będzie cierpieć i umrze. Albo dojdzie do zakażenia, koteczka będzie cierpieć i umrze. Nawet w przypadku operacji rokowania są w najlepszym razie ostrożne. Będzie potrzebowała całodobowej opieki, dopóki w pełni nie dojdzie do siebie…

– Pracuję w domu. Mogę się tego podjąć.

– Często pojawiają się dalsze komplikacje, które wymagają dodatkowych nakładów czasu i pieniędzy. Jeśli nie ma pani możliwości czy nie jest zainteresowana zabiegiem chirurgicznym, zdecydowanie zalecam eutanazję.

Przycisnęła kociaka do piersi.

– Nie mogę.

– Zatem wystawić skierowanie do chirurga?

– Nie mam takich pieniędzy. Może jakieś schronisko by pomogło?

– Teraz jest sezon na kociaki – odparłem. – Schroniska pękają w szwach. Poza tym zdołaliby pomóc stu kociakom za pieniądze potrzebne, żeby potencjalnie uratować tę biedaczkę. Oczywiście może pani się zwrócić do różnych schronisk czy fundacji i zapytać, ale szczerze wątpię, czy coś poradzą. Zdecydowanie zalecam eutanazję – powtórzyłem. – Natychmiastową. Zanim zacznie cierpieć. Ma pani do mnie jeszcze jakieś pytania? Jeśli nie, dam pani trochę czasu, żeby się z nią pożegnać.

Wbiła we mnie wzrok.

– Nie uśpię tej kotki.

Może zareagowałem przesadnie. Może to był po prostu koniec trudnego dnia pod koniec bardzo długiego tygodnia, a mnie już wystarczająco sfrustrowała sytuacja z psem, ale nie potrafiłem pohamować irytacji.

Skrzyżowałem ręce na piersi.

– Po co w takim razie fatygowała się pani do mnie, skoro nie zamierza pani skorzystać z mojej fachowej porady?

Zamrugała.

– Na pewno są jakieś inne rozwiązania…

– Niestety nie ma. Jaki zatem jest pani plan?

– Ja… nie wiem.

– Czyli wybiera pani cierpienie tego biedactwa. Rozumiem.

Ewidentnie ją zatkało. Trudno. Nic mnie to nie obchodziło.

W mojej klinice widywałem wszelkie rodzaje zła znane ludzkości, przede wszystkim jednak byłem zmęczony egoizmem i ogólną głupotą, z czym miałem do czynienia na co dzień. Zwierzęta, które powinny żyć, ludzie chcą uśpić, a te, które cierpią, uparcie zachowują przy życiu. Zaniedbują je i dręczą, nie poddają sterylizacji ani kastracji, więc schroniska są przepełnione; właściciele pozbywają się zwierzaków, zostawiają je na pastwę losu, bo zmęczyli się odpowiedzialnością. Głupota wynikająca z dobrych chęci nadal jest głupotą. Ta dziewczyna zamierzała przedłużać mękę tego zwierzątka. Nie mogłem tego znieść, a z jakiegoś powodu nie mogłem też znieść tego, że przez to miałem o niej gorsze zdanie. Chyba to właśnie najbardziej mnie wkurzało.

– Coś jeszcze? – zapytałem. – Czy już skończyliśmy?

Jej oczy rozbłysły.

– Mówił ktoś panu, że powinien pan popracować nad swoim podejściem do pacjenta?

– Owszem, i to nie raz – odparłem. Odepchnąłem się od stołu do badań. – Proszę dać mi znać, kiedy ta malutka będzie miała rozdęty brzuch, przestanie jeść i wystarczająco się nacierpi, żeby dojrzała pani do podjęcia trudnych wyborów, które wiążą się z posiadaniem zwierzątka.

Wyszedłem.

Ona ruszyła za mną.

– Dlaczego pan sądzi, że nie zdołam zgromadzić potrzebnej kwoty dzięki zbiórce pieniędzy? – zwróciła się do moich pleców.

Prychnąłem drwiąco.

– Bo podpowiada mi to znajomość ludzkiej natury – rzuciłem, podając tablet Maggie, która stała na korytarzu z wytrzeszczonymi oczami.

– Ludzie z natury są dobrzy! – zawołała za mną. – Chcą pomagać.

Odwróciłem się i przeszyłem ją wzrokiem.

– Ludzie z natury są dupkami.

– Tak? – zaperzyła się. – No cóż, pan też.

Stała tam z zaróżowionymi policzkami, a z jej dekoltu wyglądał łepek kociaka. Seksowna.

Nie wiem, dlaczego w tym momencie pomyślałem właśnie o tym, ale słowo „seksowna” samo mi się nasunęło.

– Niech będzie – burknąłem, po czym wszedłem do swojego gabinetu i zamknąłem za sobą drzwi.

2SAMANTHA

Naprawdę tego dokonałaś – stwierdziła Jeneva.

– Nic mnie tak nie motywuje jak to, kiedy ktoś mi wmawia, że nie zdołam czegoś zrobić.

Moja siostra zachichotała.

Minęły cztery dni od wizyty u doktora Dupka. Dzięki zbiórce na GoFundMe zgromadziłam już prawie dziewięć tysięcy dolarów.

Srajdka bawiła się w salonie brzęczącą kocią piłeczką, którą jej kupiłam. Trącała ją łapką, a potem goniła po podłodze i rzucała się na nią. Uśmiechnęłam się, siadając na kanapie.

– Wiedziałaś, że to będzie viral? – zapytała Jeneva.

Wzruszyłam ramionami.

– No wiesz, nigdy nie mam całkowitej pewności. Ale w jakimś sensie wiedziałam. Słodkie małe zwierzątko w potrzebie… jasne wezwanie do działania, chwytliwe hasło.

– „Srajdka potrzebuje sraj-dziurki”, to było genialne…

– Na tym polega moja praca. – Umościłam się na kanapie z mrożoną kawą.

– Mam nadzieję, że on to zobaczy – powiedziała Jeneva.

– Też na to liczę. Palant jeden. A wiesz, co jest najgorsze?

– Co?

– On był, kurde, cholernie pociągający. A kiedy zrobił się dla mnie niemiły, pociągał mnie jeszcze bardziej. Dlaczego ja taka jestem?

Jeneva postukiwała naczyniami w kuchni.

– Wystawiłaś mu negatywną opinię?

Naciągnęłam sobie koc na kolana.

– Nie. Szczerze mówiąc, wybrałam go właśnie dlatego, że miał same pozytywne oceny. Zresztą ludzie ostrzegają w swoich wpisach, że jest genialny i zrzędliwy. Taki humorzasty zaklinacz zwierząt, czaisz?

– Ach, ci gburowaci faceci – rzuciła Jeneva lekko.

– No wiesz, byłam w stanie zrozumieć jego punkt widzenia, ale nie musiał być przy tym niemiły. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego biali mężczyźni wiecznie zrzędzą. W końcu żyjemy w patriarchacie. Oni są najbardziej uprzywilejowaną grupą społeczną na kuli ziemskiej. Nie muszą się skradać do własnego samochodu, ściskając kluczyki w garści na wypadek nagłego ataku, mają pełną cielesną autonomię, więc skąd te humory?

– Jak on wyglądał? – zapytała siostra.

– Jak Rhysand z Dworu cierni i róż – odparłam, wkładając do ust słomkę.

– Nie…

– Przysięgam na Boga. Zaczekaj, wygoogluję go, może znajdę jakieś zdjęcie.

Ustawiłam tryb głośnomówiący, wpisałam w wyszukiwarce Xavier Rush weterynarz i wybrałam grafikę.

Wyskoczyło zdjęcie na stronie Amerykańskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii, na którym trzymał jakąś statuetkę. W ubiegłym roku został nagrodzony za ogrom godzin pracy wolontariackiej przy leczeniu zwierząt ze schroniska.

Wydawał się rozdrażniony, jakby wcale nie chciał tam być. Przystojny, ale wyraźnie spięty na tej weterynaryjnej gali.

– Sama zobacz. – Wysłałam jej zrzut ekranu.

Sączyłam kawę i czekałam, aż go zobaczy.

– No tak… – mruknęła.

– Jeśli na Halloween nie ponalepia sobie tatuaży i nie przypnie nietoperzych skrzydeł, to będzie naprawdę wielka strata – stwierdziłam.

– Myślisz, że uśmiecha się chociaż do psów?

– Wątpię.

– Toksyczna strona mojej osobowości podpowiada mi, że mogłabym go zmienić – oświadczyła Jeneva.

– Ha. Moja toksyczna strona ma gdzieś, czy go zmienię, czy nie.

Roześmiała się.

Usłyszałam w tle, że mama wchodzi do kuchni.

– Pozdrów ją ode mnie – poprosiłam.

– Samantha cię pozdrawia.

– Kto? – Głos mamy.

– Samantha – powtórzyła Jeneva.

Zapadła cisza. Mama nie odwzajemniła pozdrowień.

Wbiłam wzrok w kotka, starając się stłumić emocje, które we mnie wezbrały.

– Jak ona się czuje? – zapytałam.

– W porządku – powiedziała, po czym zwróciła się do mamy: – Przygotowuję obiad. Zjemy makaron. Nie, nie musisz mi pomagać, dam sobie radę.

Sięgnęłam pod kanapę i wyjęłam laptopa, żeby sprawdzić zbiórkę na Srajdkę. To było moje główne źródło serotoniny w tym tygodniu. No, kociczka też. Ale zbiórka na GoFundMe okazała się sukcesem na wielu różnych poziomach. Jej powodzenie oznaczało, że będę mogła uratować maluszka, wzmocniło moją i tak już silną wiarę w ludzkość, a ponadto stanowiło dowód na to, że doktor Dupek nie miał racji, co przepełniało mnie radością małostkową, niemniej jednak całkiem dużą.

Strona się załadowała, a na mojej twarzy wykwitł uśmiech. Prawie dziesięć tysięcy. Byłam już tak blisko celu, że mogłam spokojnie umówić termin zabiegu. Zresztą najwyższy czas. Za sześć tygodni wybierałam się do Kalifornii i musiałam zabrać Srajdkę, więc im szybciej zacznie dochodzić do siebie po operacji, tym lepiej.

– Nie mogę się doczekać, aż przyjedziesz – powiedziała Jeneva.

Znów usłyszałam mamę.

– Będzie makaron, mamo – zwróciła się do niej siostra. – Tak, szykuję ci obiad. Nie, po prostu usiądź, nie musisz mi pomagać, dam sobie radę.

Odsunęłam telefon od ust, jakby Jeneva mogła usłyszeć mój wyraz twarzy. A potem, zamiast pozwolić, żeby ta gula w moim gardle jeszcze bardziej nabrzmiała, odświeżyłam stronę zbiórki.

Ktoś właśnie wpłacił pięćset dolarów.

Wyprostowałam się.

Większość ludzi przekazywała dwadzieścia pięć dolców. No, może pięćdziesiąt. Zdarzyło się też kilka darowizn po stówie. Ale żadna wpłata nie była aż tak wysoka. Popatrzyłam na nazwisko darczyńcy i wytrzeszczyłam oczy.

Jeneva najwyraźniej usłyszała, jak się zachłystuję powietrzem ze zdumienia.

– Co? – zaciekawiła się.

– Ten gburowaty weterynarz – wyjąkałam. – Właśnie wpłacił mnóstwo kasy na moją zbiórkę.

– Serio?

– Tak!

Przeczytałam dołączoną wiadomość. Moje ulubione słowa: „Miała pani rację”.

3XAVIER

Wygląda okropnie – oznajmiłem.

Tina wzruszyła ramionami.

– Mówiłeś, że mam zmienić jego wygląd. No to zmieniłam.

Mój pies uśmiechał się do mnie, chociaż w życiu nie widziałem tak idiotycznego strzyżenia. Miał brodę sznaucera i ogolone nogi pudla. Byłby zażenowany, gdyby zdawał sobie z tego sprawę.

Westchnąłem. W końcu lepiej być brzydkim niż martwym.

– Nadal nie ma imienia? – zapytała Tina.

– Nie. Czekam, aż coś do mnie przemówi – wyjaśniłem.

Minął już ponad miesiąc od jego „śmierci”. Tamta kobieta przyszła i odebrała prochy bernardyna kilka tygodni temu. Uznałem, że nie będzie już miała powodu, żeby wrócić do kliniki, więc przywiozłem psa do pracy, żeby nie siedział sam w domu. A teraz, kiedy miał zacząć bywać w świecie, potrzebował nowej fryzury – i nowego imienia. Do tej pory używałem jego starego imienia, ale to musiało się zmienić, skoro będzie się pokazywać publicznie.

– Czyli na pewno go zatrzymasz? – dociekała Tina.

– Chyba nie mam wyjścia. Nie bardzo mogę go umieścić na stronie adopcyjnej.

– Nikt z twoich przyjaciół nie zdecyduje się go przygarnąć?

– Nie.

Podrapała go za uchem.

– Dobry piesek.

– Wszystkie są dobrymi pieskami – mruknąłem.

Zaburczało mi w brzuchu. Spojrzałem na zegarek. Druga. Znowu pracowałem w porze lunchu.

Byłem jedynym lekarzem w mojej klinice. Kiedy jakiś pacjent potrzebował wizyty w ostatniej chwili, nie lubiłem odsyłać go na pogotowie weterynaryjne, jeśli nie musiałem. To oznaczało, że nie zawsze miałem przerwy na lunch, a prawdę powiedziawszy, na ogół ich nie miałem.

Tina najwyraźniej czytała mi w myślach.

– Przyniosłyśmy ci enchilady z kurczakiem. Są w lodówce.

– Dzięki.

Zawsze mnie karmiły. Na tyle często, że zacząłem płacić im za zakupy spożywcze.

Otworzyłem laptopa, żeby odpisać na mejle. Pies usiadł obok mnie i położył mi łeb na udzie.

– Czyli wybierasz się dziś wieczorem na tę imprezę z Chrisem, tak? – zagadnęła Tina, opierając się o framugę drzwi.

– Taki jest plan – potwierdziłem, nie odrywając wzroku od komputera.

– On nadal jest singlem?

– O ile mi wiadomo.

Chris, Mike, Jesse, Becca – to byli moi najbliżsi przyjaciele, prawie rodzina.

– Spytaj, czy chce poznać moją siostrę. Właśnie zerwała z tym pastorem pracującym z młodzieżą.

– Chris nie ma czasu na randki – odparłem, a jednocześnie przebiegałem wzrokiem treść mejla w sprawie punktu szczepień w schronisku. – Ja z kolei nie mam czasu się w to mieszać.

– No a Mike? – ciągnęła niezrażona. – Chociaż on jest może trochę zbyt muskularny. Nie wiem, czy by jej się to spodobało. Szkoda, że Jesse ma dziewczynę, byłby idealny. Oboje pracują w finansach, wiesz? Ale Chris jest farmaceutą, to też całkiem nieźle. Poza tym lubi czytać, a ona uwielbia książki. Założę się, że znaleźliby wspólny język, powinieneś go spytać.

Nie miałem pojęcia, jakim cudem te kobiety zdołały zgromadzić tyle istotnych danych o moich kumplach na podstawie tych paru razy, kiedy odwiedzili mnie w klinice, oraz bardzo skąpych informacji rzuconych przeze mnie mimochodem.

Na zaplecze wpadła Maggie.

– Doktorze! – Była cała zdyszana. – Przyszła ta pani! – syknęła z przejęciem.

Zamrugałem.

– Jaka pani?

Zrobiła wielkie oczy.

– Ta od kociego odbytu.

Zamarłem. Samantha.

Po tym, jak w ubiegłym miesiącu wpłaciłem darowiznę na jej zbiórkę, dostałem automatycznego mejla z podziękowaniem – nie żebym liczył na coś więcej. Nie dokonałem tej wpłaty w nadziei, że dziewczyna się do mnie odezwie, tylko po to, żeby pomóc, a jednocześnie przeprosić. Ale od tamtej pory minęło tyle czasu…

– Mówiła, czego chce? – zapytałem.

– Chyba trzeba zrobić badania. Czeka ją podróż samolotem razem z kociczką i potrzebuje świadectwa zdrowia oraz środka uspokajającego.

Ale dlaczego przyszła z tym do mnie?

W ciągu ostatnich sześciu tygodni bez przerwy odtwarzałem w głowie całe nasze spotkanie. Nie potrafiłem przejść nad tym do porządku dziennego.

Źle się zachowałem. Moja postawa była nieprofesjonalna i nie na miejscu. Kulminacja zmęczenia i ogólnego przesytu kontaktów z ludźmi, ale zadośćuczyniłem za swój wybuch, a zazwyczaj to wystarczało, żebym przestał się czymś przejmować.

Tym razem jednak nie potrafiłem się otrząsnąć i sam nie wiedziałem dlaczego.

Nieprawda. Doskonale wiedziałem. Chodziło o nią.

Zazwyczaj to, co ludzie mówią o mojej osobowości, spływa po mnie jak po kaczce. Zawsze byłem zdystansowany i trochę oschły. Miała wszelkie prawo powiedzieć to, co powiedziała, i nazwać mnie tak, jak mnie nazwała. Zresztą nie ona pierwsza to zrobiła. Ale te same słowa wypowiedziane przez nią dotknęły mnie znacznie bardziej. Głupio się czułem z tym, że ją zawiodłem.

W ciągu tych kilku minionych tygodni starałem się być milszy dla ludzi. Jakby ona mogła się jakimś cudem dowiedzieć, że potraktowałem kogoś oschle, i poczuć się rozczarowana, co było niedorzeczne na wielu płaszczyznach, a mimo to robiłem wszystko, żeby do tego nie dopuścić.

A teraz była tutaj.

Czmychnąłem do łazienki sprawdzić, czy nie jestem rozczochrany. I od razu się na siebie wkurzyłem, bo ona nie przyszła tu po to, żeby patrzeć na mnie i moją nieskazitelną fryzurę, tylko po to, żebym to ja obejrzał jej kotkę. Szybko ruszyłem korytarzem, żeby mieć to już za sobą, ale zaraz zawróciłem na zaplecze.

– Który gabinet?

Maggie tam na mnie czekała.

– Drugi.

Znowu wyszedłem i znowu zrobiłem w tył zwrot.

– Tablet – zażądałem.

Maggie stała z uśmiechem, trzymając tablet w wyciągniętej dłoni, jakby wiedziała, że po niego wrócę. Zmrużyłem podejrzliwie oczy, wziąłem od niej urządzenie i wyszedłem na korytarz. Po raz trzeci.

Kiedy otworzyłem drzwi do gabinetu numer dwa, Samantha siedziała w tym samym miejscu co ostatnio, a główka kotki znów wystawała z jej dekoltu.

– Dzień dobry, doktorze Rush – przywitała mnie z lekko drwiącym uśmieszkiem.

Piękna. Jeszcze piękniejsza niż ostatnio.

– Panno Diaz – wydusiłem z trudem.

Długo myłem ręce, głównie po to, żeby trochę odwlec ten moment, kiedy będę musiał z nią rozmawiać.

Gdy w końcu się odwróciłem w jej stronę, uśmiechała się do mnie.

– Chciałby pan doktor zobaczyć dziurkę w pupce mojego kota?

Parsknąłem śmiechem. Potem wyprostowałem się i wrzuciłem ręcznik papierowy do kosza.

– Szczerze mówiąc: tak, bardzo bym chciał ją zobaczyć.

Wyjęła kotkę zza dekoltu i podała mi ją ostrożnie. Postawiłem maleństwo na stole i zadarłem cieniutki ogonek. Uniosłem brwi.

– Dziurka wygląda doskonale.

– Prawda? – Uśmiechnęła się promiennie.

Musiałem bardzo się starać, żeby zachować powagę.

– Chirurg powiedział, że deformacja okazała się mniejsza, niż początkowo sądziliśmy – mówiła, przyglądając się, jak badam Srajdkę. – Zabieg udał się znakomicie, nie zdarza jej się popuszczać ani nic z tych rzeczy.

– Stolce są zupełnie normalne? – Obmacałem miękki brzuszek.

– Całkowicie.

– Ile dziennie?

– Dwa albo trzy – odpowiedziała.

– Jak wyglądają?

– Specjalnie zrobiłam zdjęcie, byłam pewna, że doktor będzie chciał je zobaczyć. – Wyjęła telefon, wyszukała zdjęcie w galerii i podsunęła mi ekran pod nos.

Pokiwałem głową z uznaniem.

– Doskonale.

Czułem na sobie jej wzrok, kiedy oglądałem zęby i oczy kotki. Zwierzątko znów pachniało jej perfumami. I znów podobał mi się ten zapach.

Schowała telefon z powrotem do torebki i oparła się o ścianę.

– A swoją drogą: przeprosiny przyjęte – powiedziała.

Zerknąłem na nią.

– Nie miałem racji. Nie doceniłem społeczności internetowej. Proszę wybaczyć.

– A ja proszę: mówmy sobie na ty, dobrze? I owszem, nie doceniłeś mnie. A co gorsza tego, jaka potrafię być kreatywna i dowcipna.

Wywołała tym nikły uśmieszek na mojej twarzy.

Wyjąłem stetoskop i osłuchałem serce i płuca Srajdki.

– Zebrałaś nawet więcej pieniędzy, niż potrzebowałaś – zauważyłem. – Co zrobiłaś z nadwyżką?

– Przekazałam wszystko na rzecz Bitty Kitty Brigade.

Zawiesiłem sobie stetoskop na szyi. Podobała mi się jej decyzja.

– Uważam, że jest w świetnej formie – stwierdziłem. – Wystawię zaświadczenie, że może z tobą lecieć. I dam receptę na środki uspokajające.

– Dzięki.

Wciąż jednak patrzyła na mnie wyczekująco, jakby chciała powiedzieć: „No więc?”.

No więc zapytałem:

– Chciałabyś umówić się ze mną na randkę?

– Jasne – odparła bez namysłu. – Ale to musi być dzisiaj. Jutro wyjeżdżam.

– Podjechać po ciebie czy spotkamy się gdzieś na mieście? – zapytałem.

– Podjechać.

– O wpół do siódmej?

– Świetnie. Mój numer jest w karcie Srajdki.

Oddałem jej kotkę, wziąłem wymagane przez linie lotnicze zaświadczenie o stanie zdrowia zwierzęcia, które przyniosła mi do wypełnienia, i wyszedłem.

Na zapleczu zobaczyłem Tinę.

– Potrzebna będzie recepta na Gabapentynę i świadectwo szczepień. Przed wyjściem wypiszę jeszcze zaświadczenie o stanie zdrowia kotki.

Zwracałem się do Tiny, ale szukałem w tablecie numeru Samanthy.

– O mój Boże, on się uśmiecha – skomentowała moja asystentka.

Podniosłem gwałtownie głowę.

– Co?

Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami.

– Ty się uśmiechasz.

– On naprawdę się uśmiecha. – Maggie przesadnie otworzyła usta. – Czy to wpływ tej młodej damy? Czy ona ci się podoba?

Nie zdążyłem odpowiedzieć. Tina zachłysnęła się entuzjastycznie i zaczęła podskakiwać.

– Ona mu się podoba!

– Przestańcie. Wcale mi się nie podoba.

Maggie wymierzyła we mnie palec wskazujący i zaczęła zataczać nim kółka.

– Właśnie że taaaaak! Widzimy to jak na dłoni.

Posłałem im obu beznamiętne spojrzenie. A potem poszedłem do mojego gabinetu i zamknąłem za sobą drzwi. Stanąłem naprzeciwko biurka, przeciągnąłem dłonią po twarzy.

Źle się czułem z tym, że powiedziałem, że ona mi się nie podoba. To nie była prawda.

Wyszedłem z powrotem.

– No dobra, podoba mi się. Wieczorem idziemy na randkę. Ale nie chcę nic już o tym słyszeć, to nie jest jakaś wielka sprawa.

Najwyraźniej jednak była. Obie zaczęły przeraźliwie piszczeć.

– To nie jest moja pierwsza randka – stwierdziłem defensywnie.

– Och, wiemy – przyznała Maggie z promiennym uśmiechem. – Ale ta dziewczyna jest inna.

– Dlaczego?

– Nazwała cię dupkiem.

Parsknąłem.

– Normalnie poradziłabym ci, żebyś nie był taki przerażająco poważny, ale coś mi się zdaje, że ją to kręci – powiedziała Tina.

– Dzięki, nie potrzebuję twoich rad. Raczej nie mam specjalnych trudności ze znalezieniem dziewczyn, które by się ze mną umówiły – odparłem.

To prawda, nie miałem z tym żadnych trudności. Nie wiem, czym one się tak ekscytowały.

– Ale umawiasz się na randki z bardzo specyficznym rodzajem kobiet – stwierdziła Maggie.

– Czyżby? – Zjeżyłem się.

– Twoje dotychczasowe wybranki zawsze prezentowały osobowość typu A – podjęła Maggie. – To wszystko absolwentki Ligi Bluszczowej, perfekcyjnie ubrane i kompletnie pozbawione poczucia humoru. Ty jesteś poważny i ponury, a ona wiecznie wściekła, szaleńczo stuka w telefon, bo jest jakąś prezeską, prawniczką czy kimś takim, z włosami gładko zaczesanymi i upiętymi w ciasny koczek…

– Tak! Ten koczek! – podchwyciła Tina. – One zawsze mają koczek!

– Ostatnia wcale nie upinała włosów w koczek – obruszyłem się.

– Nie. Ale miała taką koczkową energię – podsumowała Tina.

– Potrzebujesz kogoś, kto będzie się z tobą sprzeczał – oświadczyła Maggie. – I sprawi, że trochę się wyluzujesz.

– Kogoś miłego, ale nie zbyt miłego – dodała Tina. – Jesteś zbyt przerażający dla zbyt miłej osoby.

Prychnąłem głośno.

– Nie jestem przerażający.

Obie spojrzały na mnie z minami wyrażającymi najwyższe politowanie.

– Nie uśmiechasz się za często, kotku – stwierdziła Maggie.

– Poza tym jesteś bardzo wysoki – zaznaczyła Tina. – Nie możesz marszczyć brwi, jeśli do tego jesteś wysoki. To onieśmielające.

– Dokąd ją zabierzesz? – zaciekawiła się Maggie.

– To powinno być miejsce publiczne – podchwyciła Tina. – Jesteś za duży i za ponury, żeby ją zapraszać na pierwszą randkę w jakieś ustronne miejsce.

Rzuciłem jej oburzone spojrzenie.

– Czy moja twarz naprawdę stanowi aż taki problem?

Obie wciągnęły powietrze przez zęby.

– W pewnym sensie? – zastanowiła się na głos Tina. – To znaczy, wiesz, konceptualnie to nawet pasuje. W powieści romantycznej byłbyś samcem alfa i wampirem – stwierdziła Tina rzeczowo.

– Aha, super.

– Wilkołakiem – skorygowała Maggie. – Bo on tak jakby warczy.

– Wilkołakiem – powtórzyłem z kamienną twarzą.

– Nie… – Tina zwróciła się do Maggie, nie do mnie. – On byłby… – Zrobiła dramatyczną pauzę. – Rhysandem.

Maggie aż wstrzymała oddech, a potem wybuchła:

– Taaaaaak! Bo jest taki zimny, przystojny i wygląda groźnie.

– Nasz doktorek nawet trochę go przypomina. No wiesz, gdyby Rhys był człowiekiem – emocjonowała się Tina.

– O Boże, naprawdę! – wykrzyknęła Maggie.

Ciągnęły tę idiotyczną gadkę, a ja przyglądałem im się z irytacją.

– To wy tu sobie rozkminiajcie, którym potworem jestem, a ja tymczasem wrócę do poważnych zadań. – Rzuciłem im znaczące spojrzenie. – Byłoby miło, gdybyście też zajęły się pracą w pewnym momencie.

Ale one dalej paplały zawzięcie o wróżkach z nietoperzymi skrzydłami.

Znowu wycofałem się do mojego gabinetu, zanim zdążyłyby zasypać mnie kolejnymi pytaniami, i zacząłem się zastanawiać, dokąd zabiorę Samanthę.

Nie na wiele się to zdało. Cokolwiek wymyśliłem, zaraz zaczynałem podawać to w wątpliwość.

Zazwyczaj szybko i pewnie dokonuję wyborów i na ogół okazują się całkiem trafione. Tym razem wciąż się wahałem.

Sam nie wiem dlaczego, ale odnosiłem wrażenie, że z Samanthą mam tę jedną jedyną szansę. I że nie mogę tego zawalić. Chyba po prostu cała ta randka od samego początku już była moją drugą szansą.

I o co im chodziło z tym, że się nie uśmiecham? Uśmiecham się.

Popatrzyłem na ścianę nad biurkiem, gdzie Maggie powiesiła oprawione zdjęcie nas trojga z uroczystego otwarcia kliniki przed dwoma laty. To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.

No dobra, może się nie uśmiecham.

Powinienem nad tym popracować.

Westchnąłem przeciągle. A potem zadzwoniłem do dziewczyny Jessego, Bekki. Odebrała po drugim sygnale. Chyba była w drive-through – przytłumiony głos instruował ją właśnie, żeby podjechała do następnego okienka.

– Xavier?

– Cześć. Mogę cię o coś zapytać?

– Jasne.

– Czy ja jestem onieśmielający?

Odpowiedziała mi cisza.

– Halo?

– Zastanawiam się, jak to ująć w delikatny sposób – odezwała się.

Potarłem sobie skronie.

– Jesteś bardzo wysoki i nie uśmiechasz się zbyt często – powiedziała. – Możesz się wydawać trochę gburowaty. Właściwie myślę, że po prostu jesteś trochę gburowaty.

Zacisnąłem powieki.

– Mhm.

– A co? Masz randkę? – zapytała.

Czułem się jak burzowa chmura.

– Owszem.

– Mogę być z tobą szczera? No wiesz, taka całkiem szczera? – dodała.

Ponieważ milczałem, mówiła dalej:

– Bądź sobą. Jeśli dotarłeś tak daleko, to ona pewnie zdążyła wyrobić sobie na twój temat własne zdanie. A kiedy już ktoś pozna cię bliżej, to wcale nie jesteś aż taki straszny.

– Świetnie.

– Serio. Nie jesteś charyzmatyczny. Ani czarujący, ekstrawertyczny czy rozrywkowy, ani też…

– Dobra, rozumiem.

– Nie, pozwól mi dokończyć. Masz inne zalety. Jesteś odpowiedzialny i lojalny. Stabilny emocjonalnie, pracowity i dobry. Zawsze postępujesz słusznie, honorowo i uczciwie. A to właśnie liczy się najbardziej.

Rozchmurzyłem się trochę.

– Dzięki.

– Nigdy wcześniej nie przejmowałeś się tym, co kto o tobie pomyśli – zauważyła. – To musi być ważna randka – uznała. – Zaczekaj, muszę zapłacić za kawę.

– Już wiem wszystko, co chciałem. Dziękuję za szczerość.

– Nie ma sprawy.

– Nie mów Mike’owi ani Chrisowi, że do ciebie zadzwoniłem, okej? – poprosiłem. – Ani Jessemu.

– Dobrze, nie powiem, obiecuję. Po prostu poddaj się tym tlącym się w tobie romantycznym uczuciom. Zaakceptuj swojego wewnętrznego Rhysanda.

Jasne. Nie miałem pojęcia, co to oznaczało. Pomyślałem, że może powinienem wygooglować gościa, skoro słyszałem jego imię już po raz drugi w ciągu dziesięciu minut.

– Powodzenia! – wykrzyknęła śpiewnie.

Rozłączyłem się i zapatrzyłem w fotografię na ścianie. Postanowiłem nie wysilać się przesadnie. Będę po prostu sobą.

Miejmy nadzieję, że jej się to spodoba.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji