Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
198 osób interesuje się tą książką
Gdy próbujesz zaczarować miłość, ona może zaczarować ciebie
Sinann dorastała wśród sióstr wierzących w magię, ale sama zawsze trzymała się rzeczywistości i twardych faktów. Gdy pewnego dnia zgadza się towarzyszyć przyjaciółce w rytuale rzucania uroku miłosnego na gwiazdę uniwersyteckiej drużyny koszykarskiej, dochodzi do pomyłki, która wywraca jej świat do góry nogami.
Hayden Collins zaczyna zwracać uwagę nie na Tinę, lecz na Sinann – dziewczynę, która zrobi wszystko, by pozostać fair wobec przyjaciółki. Pojawiające się w niej uczucia przybierają na sile z każdym dniem, a granica między przypadkiem a magią zaczyna się niebezpiecznie zacierać.
A co, jeśli to, co najprawdziwsze, nie ma nic wspólnego z zaklęciem?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 479
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Odrobina magii nikomu nie zaszkodzi
Kto wymyślił, aby studenci zarządzania musieli wkuwać na pamięć idee wymyślone przez starożytnych filozofów? Ten, kto miał w sobie pierwiastek sadyzmu.
Przesunęłam palcem po krawędzi otwartej książki. Byłam na dwieście czterdziestej stronie, a przede mną drugie tyle. Tekst nadrukowano drobnymi literami, jakby autor celowo chciał zmusić mnie do zwątpienia w sens mojego istnienia. Czy Platon albo Arystoteles przewidzieli, że ich myśli będą kiedyś stosowane jako narzędzie tortur w nowoczesnych instytucjach edukacyjnych?
Po omacku sięgnęłam po widelec i nadziałam na niego coś, co znajdowało się na talerzu. Dopiero gdy poczułam smak na języku, okazało się, że trafiłam na makaron.
– Sinann, czy to prawda, co mówiła twoja siostra o waszych przodkach z Salem?
Głos przyjaciółki sprawił, że oderwałam się od nudnego tekstu.
Zanim odpowiedziałam, przyjrzałam się okładce książki, którą trzymała w rękach. Nie sądziłam, aby pozycja The Salem Witch Trials: A Day-By-Day Chronicle of a Community Under Siege (Procesy czarownic w Salem. Kronika oblężonej społeczności dzień po dniu) autorstwa Marilynne K. Roach znalazła się w kanonie lektur przeznaczonych dla studentów zarządzania.
– Podobno tak – odparłam cicho, bo nie miałam czym się chwalić. – Nazwisko naszej przodkini znajduje się na liście kobiet skazanych na śmierć podczas procesów czarownic w Salem w tysiąc sześćset dziewięćdziesiątym drugim roku.
Chodziło o Marthę Carrier. Od dziecka opowiadano mi o tej kobiecie niczym o wspaniałej bogini. Początkowo wydawało mi się to nawet fajne, ale w końcu zrozumiałam, że czary, zaklęcia, klątwy i czarownice to nic innego jak stek bzdur.
– Wiesz, że te kobiety nie były prawdziwymi czarownicami? – spytałam, bo jej spojrzenie wykazywało niezdrowe zainteresowanie tematem.
– Tego nikt nie wie.
– Serio?
Rozmowę przerwał nam gromki wybuch śmiechu dobiegający ze stolika po drugiej stronie stołówki. Nie musiałam patrzeć, aby wiedzieć, kto przy nim siedział. Właśnie przez takich ludzi jak oni wydawało mi się, że liceum nadal trwa.
– Chciałabym być popularna… – Tina westchnęła ciężko, wpatrując się w ludzi, którzy zapomnieli, że nie byli tu sami.
– Chcesz być popularna? Czy chcesz zasłużyć na to, by zaproszono cię do tamtego stolika?
– Chcę, aby Hayden Collins w końcu mnie zauważył. – Skrzyżowała ramiona na piersi.
Moja przyjaciółka, jak również co najmniej połowa kobiecej, heteroseksualnej części uczelni, wzdychała do Haydena Collinsa. Był przystojny, należał do uczelnianej drużyny koszykówki, miał ładny uśmiech i całkiem przyjemnie pachniał – przekonałam się o tym, gdy stałam za nim w kolejce po lunch – jednak nadal nie rozumiałam, dlaczego Tina i kilkaset innych dziewczyn ślini się na jego widok.
– Jakie to tandetne. Nie dziwię się, że seriale o amerykańskich nastolatkach i studentach są tak płytkie. – Pokręciłam przecząco głową. – Idziemy. Za kilka minut zaczynają się zajęcia.
Wzięłam swoją tacę. Musiałam wbić palec w ramię przyjaciółki, aby przestała się gapić na obiekt swoich westchnień. Gdy w pobliżu znajdował się Collins, zachowywała się jak zombie. Dlatego nie zważając na nic, chwyciła tacę, zapominając o swojej torbie, i zaczęła iść. Jej wzrok cały czas uciekał w kierunku chłopaka, jakby miała nadzieję, że siłą woli przyciągnie go do siebie.
– Uważaj… – Nie dokończyłam, bo wydarzyła się katastrofa.
Najpierw dostrzegłam wyłącznie tacę szybującą w górę, a następnie stopy przyjaciółki oderwane od podłogi. Po całej stołówce rozszedł się krzyk, a następnie uderzenie. Tina wylądowała na brzuchu, z resztką smoothie na włosach. Jeżeli pragnęła uwagi, to właśnie ją otrzymała.
Zapanowała cisza. Wszystkie spojrzenia skupiły się na mojej przyjaciółce.
– Sinann! – Paniczny pisk wdarł się do moich uszu.
Chociaż to moja przyjaciółka leżała na podłodze, to moje imię poznała połowa wydziału.
– Nic ci nie jest? – Podeszłam i ukucnęłam przy niej.
– Wszyscy się gapią, prawda? – wyszeptała.
Rozejrzałam się wokół, natrafiając na wiele spojrzeń, w tym również na to należące do Haydena Collinsa i jego znajomych.
– Wstawaj. – Pomogłam Tinie podnieść się do pionu, ustawiając ją tak, aby chłopak pozostał za jej plecami. Zebrałam z podłogi tacę i razem z moją odstawiłam je we właściwym miejscu. – Idziemy.
Powoli zaczynały się szepty przeplatane śmiechem, więc błyskawicznie wyprowadziłam Tinę ze stołówki. Wydawała się oszołomiona, więc całkowicie poddała się mojej woli. W łazience zaczęłam czyścić jej ciemnobrązowe włosy z różowego smoothie, a ona stała i gapiła się przed siebie. Jedynie westchnęła, gdy wsunęłam jej głowę pod suszarkę do rąk.
– Halo! Ziemia do Tiny… – Pomachałam ręką tuż przed jej twarzą. – Jesteśmy spóźnione na zajęcia. Trafisz sama do swojej sali?
Skinęła głową i bez słowa wyszła z łazienki.
Nie chciałam być w jej skórze, ale z drugiej strony nic wielkiego się nie stało. Nie była pierwszą ani ostatnią, która upadła na samym środku stołówki na oczach studentów.
Zajęcia skończyłam wcześniej niż Tina, ale zaczekałam na nią pod budynkiem. Jak się spodziewałam, ociągała się z wyjściem. Pojawiła się, dopiero gdy tłum się przerzedził.
– Czy on patrzył? – Kurczowo chwyciła się mojego ramienia.
Oczywiście miała na myśli Collinsa.
– Nie zwróciłam uwagi – odparłam wymijająco.
– Myślałam, że spalę się ze wstydu. Rozważam omijanie uczelni przez następny tydzień.
– Przesadzasz. Myślisz, że ktoś będzie to pamiętał? Rok temu Miles Delgado biegał po korytarzu bez spodni, bo ukradli mu je po treningu. Jego twarz była czerwona jak burak. Myślisz, że ktoś to pamięta?
– Tak. Ty.
Punkt dla niej.
Popatrzyłam na zegarek i wpadł mi do głowy pomysł, który mógł polepszyć jej humor.
– Wiesz, która jest godzina? – spytałam z cwanym uśmieszkiem.
– Co mnie to obchodzi… – burknęła.
– Lekkoatleci właśnie rozpoczęli trening – powiedziałam jej do ucha.
To zawsze działało. W spojrzeniu przyjaciółki pojawił się przebłysk błękitnego nieba, choć sporo jeszcze brakowało, aby rozgonić wszystkie burzowe chmury.
Przeszłyśmy na drugą część kampusu, a dokładnie na stadion, gdzie trenowały drużyny lekkoatletyczne. Jak zawsze – nie zawiedli nas. Gdy zbliżyłyśmy się do barierki oddzielającej pierwsze rzędy trybun od bieżni, trwała rozgrzewka.
Uważałam, że lekkoatleci byli niedoceniani. Trybuny na meczach koszykówki, futbolu, a nawet siatkówki zawsze były pełne. To do ich zawodników wzdychały dziewczyny – i nie tylko – czego dobrym przykładem był Hayden Collins. Cóż… ich strata oznaczała nasz zysk.
– Mango zdejmuje koszulkę – zauważyła Tina, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Nie znałyśmy imion ani nazwisk członków męskiej drużyny lekkoatletów, dlatego nazwałyśmy ich od smaków lodów. Mango był szatynem o oliwkowej karnacji. Często zakładał na trening żółtą koszulkę, więc skojarzył nam się właśnie z tym owocem.
Skrzyżowałam ramiona i oparłam je na metalowej barierce.
– Moim zdaniem lekkoatleci są najlepiej zbudowani ze wszystkich sportowców, zwłaszcza biegacze. Zazwyczaj mają długie nogi, nie są przesadnie napakowani. Na brzuchu każdego z nich prezentuje się piękny sześciopak – powiedziałam, gdy kolejny chłopak, którego nazwałyśmy od miętowych lodów, pozbył się koszulki.
Stałyśmy blisko bieżni, więc mogłyśmy się dobrze przyjrzeć kolejnym biegaczom. Z moim beztalenciem do wszelkich sportów podziwiałam nie tylko ich ciała, ale też umiejętność płynnego oddychania podczas wysiłku. Dla mnie to były tortury.
– Słony Karmel to prawdziwy przystojniak – westchnęła Tina. – Orzech Laskowy jest całkiem podobny do Collinsa. – Oparła brodę o barierkę.
Przewróciłam oczami.
Nie chciałam głośno tego mówić, ale fascynacja Tiny Collinsem zaczynała mnie niepokoić. Jedynym podobieństwem między obiektem jej westchnień a Orzechem Laskowym był kolor włosów, choć i tak Hayden miał je ciemniejsze.
Po dziesięciu minutach już prawie wszyscy lekkoatleci nie mieli na sobie koszulek, a my mogłyśmy bezczelnie przyglądać się ich idealnym ciałom. To zawsze poprawiało humor – nawet lepiej niż słodycze, bo nie szło w biodra.
– Jeszcze pięć minut i jedziemy do mnie – rzuciłam, a Tina przytaknęła.
Po ustalonym czasie opuściłyśmy stadion. Wróciłyśmy na parking i moją Toyotą Prius pojechałyśmy do mnie, aby zrekompensować patowe wydarzenie masą niezdrowego jedzenia.
Gdy tylko przestąpiłam próg domu, zatkałam nos. Ostry smród będący połączeniem mokrej trawy, ziemi i szałwii sprawił, że zawartość mojego żołądka podeszła nieco w górę. Nie potrafiłam przywyknąć do tego, że po otworzeniu drzwi mogłam zastać tu kompletnie wszystko – zarówno mężczyznę z wielkim tatuażem pająka na czubku łysej głowy z workiem ziół z Grenlandii, jak i kozę, z której sierści wykonywano talizmany.
– Hej. – Z kuchni wyłoniła się głowa mojej najstarszej siostry. – Myślałam, że to Alvin.
Nie miałam pojęcia, kim był Alvin.
– Co tak śmierdzi? – Pociągnęłam nosem.
– Próbujemy z Cerri nowej mieszanki ziół – odparła.
Na szczęście Tina przywykła do dziwactw moich sióstr, które podobnie jak nasza matka i babcia za bardzo wzięły sobie do serca nasze pochodzenie, a konkretnie wątek z czarownicami z Salem. Tethra i Cerridwen, nazywana Cerri, przejęły od babci sklep zielarski oraz odziedziczyły zainteresowanie medycyną niekonwencjonalną. W naszym domu próżno było szukać typowych środków przeciwbólowych czy leków na inne dolegliwości. Od dziecka wciskały we mnie roślinne napary, aż skończyłam osiemnaście lat i sama mogłam pójść do apteki.
– Tethra, znasz jakieś zaklęcie na nieszczęśliwą miłość? – Tina wychyliła się zza moich pleców. Gwałtownie odwróciłam się do przyjaciółki, ganiąc ją spojrzeniem. – No co… Szukam wszelkich możliwości. – Wzruszyła ramionami.
Specjalizacja w ziołach to jedno, ale plotki powtarzane przez tych bardziej oderwanych od ziemi o tym, że kobiety z naszej rodziny posiadały nadprzyrodzone moce, to drugie. Mieliśmy XXI wiek, a znaleźli się tacy, którzy wierzyli w czary i zabobony. Ludzie przychodzili do moich sióstr nie tylko po zioła na różne dolegliwości. Zjawiali się również tacy, którzy chcieli kogoś przekląć lub pragnęli się zakochać przy pomocy sił nadprzyrodzonych. Tethra i Cerri odprawiały ich z kwitkiem, lecz utarło się, że siostry Everstone nie były zwykłymi zielarkami. Nie pomagało, że wszystkie trzy miałyśmy rudy kolor włosów, co w kręgach głupich ludzi uchodziło za oznakę bycia czarownicą.
– Chcesz się odkochać czy sprawić, aby on się zakochał? – Tethra pociągnęła temat, więc i siostrę zgromiłam wzrokiem.
– On ma się zakochać – odparła, wzdychając ciężko.
– Można rzucić urok miłosny. – Cerri wyszła na korytarz.
Gdyby nie kolor włosów, nie uwierzyłabym, że te dwie były moimi siostrami. Zwłaszcza Cerri, która poza gadaniem absurdów była niesamowicie piękna i świadoma swojej kobiecości. W jej szafie, w przeciwieństwie do mojej, dominowały seksowne, obcisłe kroje. Nawet w tej chwili miała na sobie krótką czarną sukienkę, na którą narzuciła coś, co było połączeniem trenczu i szlafroka w pomarańczowym kolorze.
– Mówiłaś, że nie bawicie się w takie rzeczy – przypomniałam jej.
– Bardzo zależy ci na tym chłopaku? – Cerri minęła mnie, aby zatrzymać się przy Tinie.
Nie spodobał mi się błysk w oku siostry. Cerri potrafiła namącić. Najczęściej używała tej umiejętności wobec mężczyzn, zgrywając femme fatale.
– Dzisiaj będzie pełnia. Możemy trochę poszperać w księgach uroków, które są w naszej rodzinie od pokoleń. – Uśmiechnęła się.
Zapomniałam już o tych bzdurach. Wspomniane księgi przez lata zbierały kurz na strychu, aż któregoś dnia Cerri stwierdziła, że warto im się przyjrzeć. Jak dla mnie zawierały zapiski stworzone pod wpływem alkoholu lub innych środków otępiających, bo jak inaczej należało nazwać słowa, których autorka zachęcała, że aby przekonać do siebie teściów, należało napoić ich wywarem przyrządzonym z własnej śliny, naskórka palców prawej ręki oraz masła?
– Cerri, to są brednie. Nie podjudzaj Tiny. – Chwyciłam rękę przyjaciółki i pociągnęłam ją w stronę schodów na piętro.
– Mogłybyśmy spróbować. – Tina zatrzymała się na pierwszym stopniu, a ja nie byłam w stanie wciągnąć jej wyżej.
– Aż tak zdesperowana jesteś? Przecież ona gada głupoty. – Obie zaczęły mnie wkurzać.
Popatrzyłam na Tethrę, która od jakiegoś czasu jedynie nam się przyglądała. Na jej twarzy widniał delikatny uśmiech, a to oznaczało, że nie stała po mojej stronie.
– Poszukam czegoś w księgach – powiedziała Cerri.
– To nie są księgi, tylko bzdurne zapiski. – Prawie tupnęłam nogą.
– Zapisane, sklejone kartki, obite twardą oprawą… Jak inaczej je nazwać, jeśli nie księgami lub książkami? – Cerri wydęła usta.
– Wypocinami wariatek, które z nudów lub pod wpływem środków narkotycznych wymyśliły, że są czarownicami. Idziesz? – Wbiłam mocne spojrzenie w przyjaciółkę.
Wzrok Tiny przeskakiwał między mną a moją siostrą. Miałam ją za osobę, która twardo stąpa po ziemi. Obie byłyśmy ludźmi faktu. Natomiast moje siostry… no cóż… Cerri uważała, że podatków nie musi płacić każdy, a prawo należy interpretować na swoją korzyść. Za to Tethra, zamiast nosić imię pochodzące od celtyckiej bogini, powinna nazywać się CHAOS.
– Na razie możesz iść. Musimy zaczekać do pełni – rzuciła Cerri, po czym odeszła tam, skąd przyszła.
Wbiegłam po schodach. Nie trzasnęłam drzwiami do swojego pokoju tylko dlatego, że miałam tuż za sobą Tinę.
– Jesteś zła? – spytała.
– Nie lubię, gdy moje siostry robią z siebie wariatki, a przy okazji też z innych. Nie wiesz, jak to jest, gdy sąsiedzi wytykają cię palcami, a dzieci w szkole twierdzą, że każdy czarny kot to mój kuzyn. – Zrezygnowana usiadłam na łóżku. – Moje siostry nie mają żadnych magicznych zdolności, ale i tak nigdy nie negowały plotek na temat naszej rodziny. Kiedyś może to było śmieszne, ale teraz już nie jest.
– Ja też nie wierzę w magię – oświadczyła dość stanowczo. – Dlatego nie zaszkodzi się powygłupiać. – Uśmiechnęła się. – Chcę zapomnieć o tym, co wydarzyło się na stołówce, a jeśli takie głupoty mi pomogą, to czemu nie.
Wiedziałam, że uśmiechem i nutą rozbawienia w głosie próbowała ukryć emocje po naprawdę kiepskim dniu.
– Niech ci będzie. – Zmiękłam.
***
– Ja nie biorę w tym udziału. – Odskoczyłam do tyłu, gdy Tethra skierowała w moją stronę długopis i kartkę.
Trzy pary oczu skupiły się na mnie, ale nie dlatego, że mój podniesiony głos z pewnością dotarł w każdy zakamarek domu, tylko dlatego, że jako jedyna nie miałam ochoty dołączyć do zabawy rodem z przedszkola.
– Sinann, nie bądź taka sztywna. – Tina klepnęła mnie w ramię.
Czy tylko ja byłam tu dorosła?
Wystarczyło rozejrzeć się po salonie, aby uznać, że kogoś poniosła fantazja. Wszystkie lampy zostały wyłączone. Jedyne światło pochodziło ze świec ustawionych na meblach. Za oknami dało się dostrzec księżyc w pełni, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł. Wcześniej zostałam zmuszona do dokładnego umycia dłoni niczym chirurg przed operacją. Następny krok polegał na tym, aby zapisać na kartce imię, nazwisko oraz datę urodzenia osoby, na którą chciało się rzucić urok. Należało również podać detale wyglądu, takie jak kolor oczu, włosów i znaki szczególne. Tina ochoczo zabrała się do pracy, a ja nie zamierzałam, bo po pierwsze nie wierzyłam w czary, a po drugie aktualnie nikt konkretny mi się nie podobał.
– Na pewno ktoś wpadł ci w oko. Na uczelni nie brakuje przystojniaków – powiedziała Tina.
Przewróciłam oczami.
– Nie. – Mój głos był bardzo zdecydowany.
– Sinann, czasami zachowujesz się, jakbyś miała kij w tyłku. – Cerri uśmiechnęła się do mnie krzywo. – Wyluzuj. Kiedyś lubiłaś się w to bawić.
– Niby w co?
– W czary-mary. – Wystawiła do mnie język. – To specjalnie dla ciebie wyciągnęłam ze strychu te księgi, bo chciałaś, aby nasza sąsiadka wyzdrowiała.
– Pamiętam. Mówisz o tej uroczej staruszce? – Tethra stanęła obok siostry, również przyjmując front przeciwko mnie. – Razem z jej wnuczkiem chcieliście ją uzdrowić.
– Ale się nie udało, co tylko potwierdziło, że to wszystko – wskazałam na świece ustawione w każdym zakamarku pomieszczenia – to wyłącznie brednie.
Tamtego lata przekonałam się, że opowieści o dobrych czarownicach i magicznych eliksirach to jedynie bajki. Błagałam babcię i siostry, aby zrobiły cokolwiek, by pani Hoover nie umarła. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że przed śmiercią nie da się uciec. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miałam pięć lat. Nigdy nie buntowałam się przeciwko temu, bo nie pamiętałam ich dobrze. Jednak już jako dziesięciolatka, widząc konającą kobietę, chciałam ją uratować. Myślałam, że zioła, amulety lub jakieś inne działania jej pomogą, lecz wtedy usłyszałam od babci, że jesteśmy tylko ludźmi i nigdy nie wygramy ze śmiercią.
– Sinann, proszę… – Tina nie odpuszczała.
– Dobrze! – wyrwał mi się ostry ton. – Załatwmy to szybko i kończmy tę dziecinadę.
Miałam dość zarówno ich gadaniny, jak i smrodu kadzidła, o którym nie sposób było zapomnieć. Chciałam jak najszybciej wrócić do kolejnego odcinka serialu, który przerwałyśmy, bo Tinie zachciało się rzucić urok na chłopaka.
Z kartką i długopisem przysiadłam na sofie. Nie miałam w głowie nikogo konkretnego, więc moje zapiski składały się z „Bla, bla, bla…” ciągnącego się przez cztery linijki. Chciałam tylko, aby dały mi spokój.
– Gotowe – oświadczyłam i położyłam zgiętą cztery razy kartkę na tacy obok tej, którą przygotowała Tina.
Tethra chwyciła największą ze świec, a Cerri otworzyła księgę ze zżółkniętymi kartkami zapisanymi odręcznie.
– To jest urok, który ma sprawić, że mężczyzna, którego masz w sercu, zwróci na ciebie uwagę – powiedziała Cerri. – Czy zapisałyście dużo szczegółów jego wyglądu?
Obie skinęłyśmy głowami.
– Powtarzajcie za mną: Lumo Lunaris, srebrna tarczo nocy, twoja poświata niechaj tka nici losu. Usłysz nasze prośby.
Powtórzyłyśmy, a w tym samym czasie Tethra spaliła w ogniu świecy coś, co przypominało suszoną trawę.
Nadal nie mogłam uwierzyć, że biorę w tym udział.
– Spraw, aby jego oczy zwróciły się w stronę tej, która tego pragnie. W imię blasku, w imię serca, w imię księżycowej mocy.
Ponownie powtórzyłyśmy słowo po słowie. W głosie Tiny dominowała werwa, czego ja o swoim nie mogłam powiedzieć. Bardziej mruczałam, niż mówiłam.
– Teraz naznaczcie krwią imię swojego oblubieńca i spalcie informacje o nim. – Wyciągnęła w moją stronę małą igłę.
– Serio? „Naznaczcie krwią”…? „Oblubieńca”…? – Posłałam siostrze spojrzenie przepełnione politowaniem. – Mam nadzieję, że jest czysta.
– Muszę coś dopisać! – krzyknęła Tina, aż prawie podskoczyłam. – Przypomniałam sobie o pieprzyku na szyi Haydena.
Wzięłam głęboki oddech. Zamiast prosić, aby oczy oblubieńca zwróciły się w moją stronę, powinnam błagać o cierpliwość.
– Zrobię to pierwsza. Nie marnujmy czasu. – Zrobiłam krok do przodu, przejmując od siostry igłę. Następnie szybko sięgnęłam po jedną z dwóch kartek.
– Podpal ją, mówiąc: niech twoja moc spłynie jak światło na ziemię. Tak się stanie.
Najpierw bardzo delikatnie nakłułam opuszkę palca wskazującego. Gdy ukazała się kropla krwi, przeniosłam ją na papier.
– Niech twoja moc spłynie jak światło na ziemię. Tak się stanie – oznajmiłam.
Kartka zajęła się ogniem, więc odłożyłam ją na metalową tacę.
– Nie! – Paniczny krzyk w wykonaniu Tiny wdarł się do moich uszu, aż chciałam je zatkać. – Zgaście kartkę! Nie może…
Odwróciłam się do przyjaciółki, która z przerażeniem w oczach wpatrywała się w płonący papier.
– Co jest? – spytałam.
– Pomyliłyśmy kartki. Ja mam twoją. – Uniosła papier, na którym widniały cztery linijki „Bla, bla, bla…”.
Pomyłka nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia, ale widząc, jak twarz przyjaciółki blednie, a po chwili wszystko, co miała w rękach, upada na podłogę, zrozumiałam, że to nie przejdzie bez echa.
– Ups… – Cerri miała tylko tyle do powiedzenia.
– Tina, to przecież zabawa. Sama mówiłaś, że w to nie wierzysz.
– Hayden Collins… – wyszeptała, osuwając się na sofę. – Teraz może zainteresować się tobą.
– Nie gadaj głupot.
– Sinann, kim jest ten tajemniczy „Bla, bla, bla…”? – Cerri próbowała zażartować, ale jej nie wyszło.
Posłałam siostrze gniewne spojrzenie.
– Tina. – Usiadłam obok dziewczyny. – To, co tu robimy, jest wyłącznie głupią zabawą. Nawet jeżeli ty spaliłabyś kartkę z Haydenem Collinsem, on nagle nie zwróciłby na ciebie uwagi wyłącznie przez urok. Jeżeli jesteś nim zainteresowana, zagadaj do niego.
– Widziałaś, jakie dziewczyny się przy nim kręcą. Nie mam z nimi szans. To sportowiec, leci tylko na najładniejsze.
– To my już pójdziemy. – Cerri zaczęła się wycofywać w stronę korytarza.
Miałam ochotę wytargać obie moje siostry za ich rude kłaki. Gdyby nie one, nie doszłoby do tej absurdalnej sytuacji.
– Tobie niczego nie brakuje. Każda z nas może się wypindrzyć, włożyć obcisłą sukienkę i zacząć kręcić tyłkiem niczym kaczka swoim kuprem.
– Myślisz, że powinnam zmienić garderobę? – Otworzyła szerzej oczy. – Nie lubię obcisłych materiałów, ale mogę się poświęcić. Zapiszę się na przedłużenie rzęs i…
– Nie o to mi chodziło, głuptasie. Mam na myśli to, że ty też jesteś śliczna i masz zgrabne ciało. Po prostu nie jesteś atencjuszką. Poza tym skąd wiesz, że Hayden Collins jest fajnym facetem? Może to próżny dupek, który ma tylko ładną buzię.
– I ciało. Widziałam go bez koszulki. – Uśmiechnęła się, a mi nieco ulżyło. – Masz rację. To była tylko głupia zabawa. Wracajmy do oglądania serialu. Mam ochotę popatrzeć na jakichś przystojniaków. Przyjaciel głównego bohatera to niezłe ciacho.
Moja Tina wróciła.
– Ja tam wolę tego, co jest czarnym charakterem. – Złapałam ją za rękę i pociągnęłam z powrotem do pokoju na piętrze.
W myślach przeklęłam samą siebie. Zaciskałam mocno usta, aby nie wyszły przez nie słowa, przez które ludzie wezmą mnie za wariatkę – w końcu nikt normalny nie mówi sam do siebie. Moje ramiona zaczęły się buntować od ciężaru książek, a wszystko to dlatego, że nie chciało mi się poszukać materiałowej torby w bagażniku. Manewrowałam między studentami, których roześmiane twarze tylko dodatkowo mnie irytowały.
Zatrzymałam się, by przesunąć brodą książkę, która stopniowo zsuwała się ze szczytu sterty w moich rękach. Nagle poczułam mocne uderzenie w głowę, a następnie zapanowała ciemność.
Ciężkie powieki nie chciały się rozchylić. Musiałam powalczyć z nimi siłą woli. Kiedy mi się udało, dostrzegłam nad sobą czyjąś twarz. Nie miałam pojęcia, co się wydarzyło, ale mogłam przypuszczać, że trafiłam do nieba i właśnie witał mnie jeden z aniołów. Wisiała nade mną przystojna męska twarz. Jej delikatne rysy z subtelnie zarysowaną szczęką sprawiły, że przyjemnie się na nią patrzyło. Normalnie nie zwracałam uwagi na kolor tęczówek, jak dla mnie były mało znaczącym detalem, lecz tym razem nie sposób było je przegapić. Jasnoszara barwa kontrastowała z intensywnie czarną otoczką. Usta mężczyzny – o ile anioła można było nazwać mężczyzną – również były ładne i chyba powinny wydobywać się z nich jakieś dźwięki, bo poruszały się energicznie, lecz ja nic nie słyszałam.
Sekundy błogości szybko ustąpiły na rzecz bólu głowy. Zdecydowanie coś było nie tak.
– Powiedz coś, abym wiedział, że nie doznałaś uszkodzenia mózgu.
Nie byłam pewna, ale chyba głos wydostał się z ust anioła. Choć przez tętniący ból w mojej głowie traciłam nadzieję, że znalazłam się w niebie – tam chyba powinno być przyjemnie.
Zacisnęłam mocno oczy. Gdy je otworzyłam, powoli podniosłam się do siadu. Rozejrzałam się, dostrzegając gapiących się na mnie ludzi. Wszyscy, z wyjątkiem szarookiego, trzymali się na dystans.
– Co się stało? – spytałam zdezorientowana.
– Dostałaś w głowę piłką do kosza, i to całkiem mocno – powiedział, gdy ukucnął przede mną.
Mój umysł w końcu zaczął normalnie pracować, więc dotarło do mnie, że chłopak nie był aniołem, a ja, zamiast przechodzić przez niebiańską bramę, siedziałam na trawie kampusu uniwersyteckiego. Książki, które zamierzałam zwrócić do biblioteki, zostały rozrzucone wokół mnie, tak jak zawartość mojej torby.
– Wezwać pogotowie?
Mój wzrok wrócił do chłopaka. Zamiast odpowiedzieć, wydałam z siebie głośny krzyk, który ustał, dopiero gdy zakryłam usta dłonią. Patrzyłam na Haydena Collinsa, a on patrzył na mnie. Jakim cudem nie zauważyłam tego wcześniej?
– Sinann, wszystko w porządku? – spytał.
– Skąd znasz moje imię? Skąd w ogóle się tu wziąłeś? – wyrzuciłam z siebie oskarżycielsko.
Wpatrywałam się w chłopaka niczym w zjawę z koszmaru. Wróciły do mnie wspomnienia z ostatniego wieczoru, a konkretnie głupia zabawa z urokiem, za którą stały moje siostry.
Gwałtownie podniosłam się do pionu. Zrobiłam to za szybko, bo zakręciło mi się w głowie, a moja czaszka zapulsowała nieprzyjemnie.
– To przeze mnie dostałaś piłką. Graliśmy z chłopakami i włożyłem za dużo siły w rzut. – Przesunął dłonią po brązowych włosach.
Obejrzałam się za siebie, gdzie za wysoką – widocznie za mało wysoką – siatką rozciągało się boisko do koszykówki.
– Znam twoje imię, bo… – Zawahał się. – W końcu studiujemy razem czwarty rok. – Chłopak wyprostował się, przez co mocno nade mną górował. – Przepraszam. Pomogę ci pozbierać rzeczy i zaprowadzę do gabinetu lekarskiego.
– Nie! – krzyknęłam, czego nie planowałam. Odskoczyłam w tył, aby zwiększyć dystans między nami.
Ponad trzy lata mijaliśmy się na salach wykładowych i korytarzach, nie wymieniając ze sobą ani słowa czy nawet spojrzenia, i akurat dziś Hayden Collins musiał stanąć na mojej drodze. To był zbieg okoliczności. Wczorajsze wygłupy nie miały z tym nic wspólnego, powtarzałam w myślach.
– Nie potrzebuję lekarza. Ból przechodzi, a z tym bałaganem poradzę sobie sama.
Zaczęłam od zbierania rzeczy do torby.
– Pomogę ci – naciskał. Podniósł z trawnika Marketing Philipa Kotlera i Kevina Lane’a Kellera.
– Nie musisz. – Wyszarpałam mu książkę.
Chciałam jak najszybciej zakończyć to spotkanie. Nawet ból nie doskwierał mi tak bardzo jak obecność tego chłopaka.
– Jest mi strasznie głupio. – Popatrzył na mnie ze skruchą, co nie pasowało do wiecznie pewnego siebie spojrzenia, z którym go kojarzyłam. – Chcę ci to jakoś zrekompensować.
– Nie ma takiej potrzeby.
– Niesiesz te książki do biblioteki? – Nie odpuszczał.
– Tak. – Sięgnęłam po kolejną lekturę.
– W takim razie odniosę je za ciebie.
Collins był szybszy, bo nim zdążyłam odmówić, on już trzymał w rękach trzy książki.
Irytowało mnie jego zachowanie. Nie potrzebowałam pomocy, zwłaszcza od niego. Chciałam, aby się ode mnie odczepił, i widziałam tylko jedną drogę, jak to osiągnąć.
– Dobrze. Odnieś za mnie książki do biblioteki. – Wcisnęłam mu te, które sama trzymałam. – Przyjmuję twoje przeprosiny i życzę miłego dnia. – Zarzuciłam torbę na ramię i szybkim krokiem ruszyłam przez kampus.
Skrzywiłam się, gdy przypomniałam sobie, jak w chwili słabości rozpływałam się nad twarzą Collinsa. Nie był żadnym aniołem, tylko chłopakiem, który odziedziczył dobre geny i chętnie to wykorzystywał.
Dotarłam do auli, w której miałam zajęcia z marketingu. Dopiero gdy się wyciszyłam, poczułam, że ból głowy jednak nie minął. Nie był tragiczny, ale siniak, który formuje się po prawej części mojej czaszki, jeszcze długo będzie mi przypominał o tym, co się wydarzyło.
Kolejne zajęcia miałam z Tiną. Czekała na mnie w jednym ze środkowych rzędów dużej auli.
– Cześć – przywitałam się.
Zamierzałam pominąć wątek o tym, co się stało. Wolałam nie kusić losu i nie wspominać przyjaciółce o Collinsie.
– W nocy sporo myślałam o… – rozejrzała się, w końcu otaczało nas sporo osób – chłopaku od uroku. Są tylko dwa wyjścia: albo do niego zagadam, albo go sobie odpuszczę.
– Świetna myśl.
– Mamy razem kilka zajęć, więc muszę tylko poszukać pretekstu, aby do niego podejść. Może uda mi się być z nim w jednej grupie przy jakimś projekcie lub… – Urwała, zawieszając wzrok na czymś po mojej prawej.
Powędrowałam za jej spojrzeniem, aż natrafiłam na Collinsa. Stał przy wejściu do naszego rzędu, czyli tuż obok, wpatrując się we mnie z lekkim uśmiechem.
– Melduję, że oddałem wszystkie książki. Jak głowa?
– Dzięki – wydukałam. – Z głową dobrze. – Zwróciłam się w kierunku przodu auli, gdzie prowadzący rozpakowywał się przy biurku.
Chłopak nadal stał przy mnie, nie rozumiejąc, że chciałam go spławić.
– Mogę tu usiąść? – Miał na myśli miejsce, na którym stała moja torba.
– Nie.
Usłyszałam szept mający swoje źródło za moimi plecami. Padło w nim nazwisko chłopaka oraz „ta ruda”, co tyczyło się mnie.
– Szanowni państwo – zaczął prowadzący.
Na szczęście Collins tym razem załapał moją aluzję i ruszył schodami do wyższych rzędów, gdzie zazwyczaj siedział razem ze swoją kliką.
– Co to było? – Tina bardzo mocno chwyciła mnie za lewą dłoń. – Dlaczego Hayden Collins odniósł twoje książki i pytał o głowę?
Chciałam się skupić na zajęciach, bo należały do jednych z najciekawszych w tym semestrze. Prowadzący analizował sukcesy i porażki amerykańskich przedsiębiorstw na realnych przykładach. Nie był wyłącznie teoretykiem, ale również praktykiem, ponieważ na co dzień pracował w firmie doradztwa strategicznego.
– Sinann… – wyszeptała Tina, przysuwając się bardzo blisko.
– Dostałam piłką w głowę. Chyba straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, Collins stał nade mną. Chciał się zrekompensować, więc zaniósł mi książki do biblioteki. Koniec – wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu. – A teraz cisza, bo chcę słuchać.
Przez kolejny kwadrans czułam na sobie spojrzenie przyjaciółki. Kilka razy otworzyła usta, aby coś do mnie powiedzieć, lecz szybko je zamknęła. W końcu odpuściła i skupiła się na wykładzie.
– Dostaniecie zadanie do zrobienia na przyszłe zajęcia – oświadczył prowadzący. – Będziecie musieli przeanalizować, a następnie opisać powody bankructwa danego przedsiębiorstwa. Nie są to firmy realne, choć przy tworzeniu profili zainspirowałem się kilkoma przykładami. Popracujecie w parach. Aby nie było za łatwo, sam was w nie dobiorę. Od razu zaznaczam, nie ma wymiany. Musicie nauczyć się pracy z różnymi ludźmi. Numer jeden z listy uczestników zajęć jest w zespole z numerem dwa, numer trzy z numerem cztery i tak dalej. Gdy skończą się zajęcia, będziecie mogli podejść i sprawdzić, z kim będziecie w parze.
Zapanowało chwilowe poruszenie, które prowadzący szybko opanował.
– Wiesz, kto jest przed tobą lub po tobie na liście? – spytała Tina.
– Przede mną może Lewis Evans, ale nie jestem pewna, czy chodzi na te zajęcia. – Rozejrzałam się, lecz nigdzie nie dostrzegłam wspomnianego chłopaka. – Natomiast za mną jest Veronica Fitzgerald. – Blondynka siedziała dwa rzędy przed nami.
Gdy tylko ogłoszono zakończenie zajęć, ludzie poderwali się i ruszyli w kierunku biurka, na którym leżała lista z nazwiskami. Na razie nie było szans, aby się do niej dostać, więc cierpliwie zaczekałyśmy, aż w auli się przerzedzi. Na twarzach osób, które opuszczały salę, widziałam zarówno zadowolenie, jak i zawód. W moim przypadku, jeśli padłoby na Fitzgerald, nie byłabym zła. Pracowałyśmy razem w zeszłym roku i skończyło się to bardzo owocnym projektem.
W końcu zebrałyśmy się z Tiną z zamiarem dotarcia do biurka. Przód się przerzedził, lecz napierała na nas fala tylnych rzędów. Po chwili byłyśmy wręcz pchane, więc nawet nie było mowy o odwrocie.
– Jestem z Goodwinem – powiedziała Tina. – A ty…
Sama również zerknęłam na listę. Byłam parzystym numerem, więc został mi przypisany wcześniejszy, nieparzysty.
– Collins – oświadczyła w tym samym momencie, gdy mój wzrok trafił na to nazwisko.
Jeszcze raz prześledziłam listę od pierwszego numeru, po czym zrobiłam to ponownie.
To nie mogła być prawda.
Jak bumerang, po raz kolejny tego dnia, wróciło do mnie wspomnienie z rzucania uroku.
To nie miało z tym nic wspólnego.
Wzięłam odwrót i mało delikatnie zaczęłam się przedzierać do wyjścia.
Oczywiście, że był to zbieg okoliczności. Od początku lista na te zajęcia wyglądała właśnie w ten sposób, więc tak musiało być. Tylko dlaczego cały czas myślałam o wczorajszych głupotach i o tym, że to ja spaliłam kartkę z imieniem Haydena Collinsa?
Gdy wydostałam się na korytarz, odeszłam jeszcze kawałek. Zatrzymałam się, czując szarpnięcie za T-shirt. Odwróciłam się, napotykając wzrok przyjaciółki, który mówił więcej niż słowa. Ona również myślała o tym, co zrobiłyśmy wczoraj.
– To nie ma nic wspólnego z tym głupim urokiem – zaczęłam. – Mamy do czynienia ze zwykłym zbiegiem okoliczności.
– Przez trzy lata nie mieliście ze sobą styczności, a dzień po tym, jak rzuciłyśmy urok, ty rzuciłaś – podkreśliła to – nagle on zagaduje do ciebie, a teraz będziecie robić razem projekt…
– O jakim uroku mówicie?
Collins zatrzymał się przy nas, a my momentalnie zamilkłyśmy. Tina, jak zawsze, na widok chłopaka zrobiła maślane oczy. Uśmiechnęła się przesadnie szeroko niczym w reklamie pasty do zębów.
– Tak sobie żartujemy. – Machnęła ręką, chichocząc przy tym głupkowato.
– Dobrze widziałem, że jesteśmy razem w parze?
– Tak, ale spodziewam się, że przez koszykówkę nie masz wiele czasu na tego typu projekty, więc zrobię go sama. Oczywiście podpiszę pod nim również ciebie. Nie martw się.
– Nie wiem, jakie masz doświadczenie z innymi sportowcami, ale ja studiuję, aby się czegoś nauczyć. Dlatego chcę wziąć udział w tym projekcie.
– Ona nie ma doświadczenia z innymi sportowcami… – palnęła Tina, nie odrywając wzroku od Collinsa.
Wytrzeszczyłam oczy, a moje ręce ruszyły w kierunku szyi dziewczyny, jednak we właściwym momencie nad nimi zapanowałam.
– Jutro u mnie czy u ciebie? – Chłopak wsunął dłonie w kieszenie spodni.
– Jutro jestem zajęta – skłamałam.
– Czym jesteś zajęta?
– No właśnie, czym? – Tina postanowiła przetestować moją cierpliwość.
– Dobrze, jutro kończę zajęcia o czwartej. Spotkamy się w bibliotece.
– Chyba bardzo lubisz biblioteki? – Uśmiechnął się, na co Tina cicho westchnęła.
Zlustrowałam Collinsa od góry do dołu i wróciłam do jego twarzy. Szukałam w nim tego, co widzą wszystkie heteroseksualne kobiety.
Tak, był przystojny.
Tak, miał ładne ciało, choć jak na razie widziałam go wyłącznie w ubraniach, ale długie nogi i rozbudowane ramiona stanowiły dobry początek.
Tak, miał ładny uśmiech.
I co dalej?
Patrzyłam na ładne opakowanie, lecz wnętrze mogło nie być już tak ciekawe.
Zawibrował mój telefon, który trzymałam w dłoni. Instynktownie go odblokowałam i od razu dostrzegłam wiadomość od Tethry z listą zakupów.
– Pożyczę na moment. – Collins wyrwał mi z rąk urządzenie.
– Ej… – Tylko tyle zdążyłam z siebie wykrztusić.
– Zapiszę ci swój numer, w razie gdybyśmy mieli jutro problem z odnalezieniem się. – Bez mojej zgody skorzystał z telefonu. Wyjął również swój, który zaświecił się, gdy zadzwonił ode mnie do siebie. – Teraz nie spławisz mnie łatwo, Everstone. – Oddał mi urządzenie. – Dobrego dnia.
– Dobrego dnia – odpowiedziała za mnie Tina.
Chłopak uśmiechnął się na pożegnanie, po czym dołączył do grupki kolegów, którzy czekali kawałek dalej.
– Tylko spróbuj powiedzieć, że nie wierzysz w magię. – Tina splotła ramiona na piersi.
– Nie wierzę. I nigdy nie uwierzę – zaznaczyłam ostro.
– W takim razie jak to wytłumaczysz?
– Normalnie. Studiujemy razem. Już kiedyś miałam być z nim w grupie, ale…
– Wymienił się, bo chciał być z kumplami – dokończyła za mnie.
Nieważne, co powie Tina, ja i tak nie zamierzam uwierzyć w magię.
– Zmieńmy temat. – Nie mogłam dłużej rozmawiać o Haydenie Collinsie. – Idziemy dziś na spotkanie naszego roku w barze?
– Możemy iść.
Ruszyłyśmy korytarzem w kierunku auli, gdzie miałyśmy kolejne zajęcia.
– Collins na pewno się pojawi – powiedziała Tina.
Czy każdy temat musiał sprowadzać się do tego chłopaka?
– Tak jak wiele innych osób – zauważyłam.
– Czy jeśli okaże się, że jest tobą zainteresowany, to…
Przerwałam jej.
– Tina, on nie jest mną zainteresowany. – Zaszłam jej drogę. – Nie chce mi się tego powtarzać, ale najwyraźniej muszę. Rzucanie uroku to nic innego jak głupia zabawa. Magia nie istnieje. Cerri i Tethra lubią się powygłupiać. Myślisz, że gdyby bzdety z tych ksiąg były skuteczne, to obie nadal byłyby singielkami?
Spojrzenie dziewczyny zdradziło, że moje słowa powoli zaczęły do niej docierać.
– Ale i tak chyba muszę odpuścić sobie Collinsa. – Westchnęła ciężko. – Ani w auli, ani przed chwilą nawet na mnie nie spojrzał.
– Jak uważasz.
Zaczęłyśmy kolejne zajęcia, po których poszłyśmy na obiad. Cały czas bacznie obserwowałam otoczenie, aby uniknąć Collinsa. Musiałam maksymalnie ograniczyć nasz kontakt.
Po siódmej wieczorem wylądowałyśmy w barze. Panował tłok, bo sporo osób z naszego roku postanowiło wpaść. Lily i Stella pojawiły się wcześniej, więc się do nich dosiadłyśmy, a po godzinie dołączyli do nas Jasper i Leo.
– Sinann, to prawda, że razem z siostrami dostałyście imiona po celtyckich boginiach? – Lily ściszyła głos i nachyliła się do mnie nad stolikiem, jakby mówiła o wstydliwej tajemnicy. – Tina coś kiedyś wspomniała.
– To prawda – odparłam zdawkowo. – Moje imię pochodzi od Sionny, bogini rzeki. Zapisywane było w różnych kombinacjach, ale rodzice zdecydowali się na Sinann.
– Twoi rodzice interesowali się pogańskimi wierzeniami?
Nie miała tego na myśli, ale zabrzmiała, jakby sugerowała, że moi rodzice w każdą pełnię czcili w ogródku boginię księżyca.
– Mój ojciec był lekarzem, więc bliżej było mu do faktów i nauki. Natomiast mama prowadziła razem z babcią sklep zielarski, którym teraz zajmują się moje siostry. Żadne z nich nie interesowało się celtyckimi wierzeniami. To babcia zasugerowała te imiona, a rodzicom się spodobały.
Starałam się przedstawić moją rodzinę w jak najbardziej normalnym świetle. Pominęłam wątki o ciąganiu popiołem, amuletach, które miały chronić mnie przed złymi mocami, czy o leczeniu wszystkich chorób ziołami.
Na szczęście przy stoliku zrobiło się zamieszanie, bo Jasper zbierał zamówienia na alkohol, po czym razem z Leo wyruszyli do baru.
– Myślałyście już o kostiumach na Halloween? – spytała Stella.
– Widziałam w second handzie… – Tina urwała, gdy wszyscy skupili się na głośnej grupie, która właśnie wkroczyła do lokalu.
Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie tak bardzo pragnęli uwagi. Ci, w których teraz wpatrywali się klienci baru, walczyli o nią na wszelkie możliwe sposoby. Przewodził im Hayden Collins kroczący niczym król po swoich włościach. Obejmował ramieniem swojego przyjaciela, Olivera Walkera, a tuż za nimi szli Landon Prescott i Jax Sterling. Razem tworzyli grupę nazywaną „Czterema Asami”. Nie miało to nic wspólnego z ich wynikami w nauce, a wyłącznie z przystojnymi buziami i dużą zasobnością portfeli ich rodziców.
– Tina, mówiłaś coś o second handzie. – Starałam się wrócić do rozmowy, bo nie należałam do kółka adoracji tej czwórki.
– Co? Jak…? – Tina zamrugała, jakbym wybudziła ją z głębokiego snu.
– Myślicie, że plotki o Walkerze i Madison Beer są prawdą? – Rozmarzone spojrzenie Stelli zdradziło, że ona również wykazywała niezdrową fascynację chłopakami. – Spotykali się rok temu? A może nadal się spotykają?
– Rozważałam, aby przebrać się za królową Elżbietę Tudor – palnęłam, aby nasza rozmowa wróciła na właściwy tor. – Co myślicie? – Sięgnęłam po butelkę z resztką piwa.
– Moim zdaniem powinnaś wybrać coś innego.
Prawie się zadławiłam, gdy przy naszym stoliku pojawił się Collins ze swoją świtą. Zakryłam usta dłonią, żeby nie opluć siedzącej naprzeciwko Lily.
– Podobno była brzydka i do tego dziwna. Są spekulacje, że w rzeczywistości Elżbieta zmarła jako dziecko, a jej miejsce zajął jakiś mężczyzna – powiedział Collins.
– Nie powinieneś wierzyć wszystkiemu, co czytasz – oświadczyłam, gdy już bezpiecznie przełknęłam zawartość ust.
– Możemy dołączyć? – spytał.
Nim zdążyłam odmówić, Hayden i Oliver zajęli miejsca Jaspera i Leo, a Landon wraz z Jaxem przysunęli sobie krzesła. Między nami zapanowała cisza. Badawcze spojrzenia krążyły przy stoliku. Chyba tylko Collins wiedział, co właściwie tu robił, dlatego to właśnie on przełamał milczenie.
– Wszystkie studiujecie zarządzanie?
– Tak – odparła Stella.
– Na czwartym roku?
Oczywiście, że ich nie kojarzył.
– Tak.
W przeciwieństwie do moich koleżanek, które wydawały się onieśmielone, ja zaczęłam odczuwać złość. Nie zależało mi na towarzystwie chłopaka, wręcz miałam ochotę powiedzieć, aby sobie poszedł, zwłaszcza że ludzie zaczynali się na nas gapić.
– Przynieśliśmy… – Leo urwał, gdy zobaczył, że skład stolika nieco się zmienił.
– Świetnie, stary. – Walker wstał i zaczął opróżniać tacę z piw, rozdając najpierw każdej z nas, a dwie ostatnie butelki stawiając przed Collinsem i Prescottem. – Przynieście jeszcze dwa.
Pomimo że Leo był zdezorientowany tym, co się wydarzyło, to i tak odszedł, aby spełnić polecenie Walkera. Jasper ruszył za nim.
– Nie – oświadczyłam głośno, wstając na równe nogi. – Oni sami się obsłużą. Wracajcie. Poza tym te miejsca należą do was. – Wskazałam na krzesła zajęte przez Haydena i Olivera. – Chyba powinniście pójść do stolika swoich znajomych – zwróciłam się do intruzów.
Mój stanowczy głos zatrzymał Leo i Jaspera, którzy z jeszcze większym skonfundowaniem wpatrywali się to we mnie, to w Walkera.
– To właśnie jest stolik naszych znajomych. – Hayden obdarzył mnie dziwnie łagodnym spojrzeniem.
– Od kiedy jesteśmy waszymi znajomymi? – Nieco ściszyłam głos, aby nie robić przedstawienia, choć na to było już za późno.
Collins również wstał, jakby chciał podkreślić swoje ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Dzielił nas blat stołu, choć miałam wrażenie, jakby znajdował się zdecydowanie bliżej.
– Od teraz. – Uśmiechnął się, czemu akompaniowały westchnięcia moich koleżanek.
Poczułam na sobie ciężar spojrzeń nie tylko osób przy naszym stoliku, ale również większości ludzi w barze. Collins i jego kumple byli kimś w rodzaju celebrytów na naszym wydziale – nie mam pojęcia dlaczego. Tam, gdzie się pojawiali, stanowili centrum zainteresowania, a więc i ja znalazłam się w polu ich rażenia.
– Możemy porozmawiać na osobności? – Posłałam chłopakowi mocne spojrzenie.
– Bardzo chętnie. – Wskazał ręką, abym szła pierwsza.
Z ramionami skrzyżowanymi na piersi odeszłam od stolika. Rozejrzałam się po lokalu, lecz nie dostrzegłam zacisznego miejsca, którego nie dosięgnęłyby spojrzenia gapiów. Dlatego poprowadziłam nas przed lokal. Odeszliśmy kawałek, po czym odwróciłam się do chłopaka.
– O co ci chodzi? Przez trzy lata nawet nie zamieniliśmy ze sobą słowa, a teraz zachowujesz się, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi. Nie musisz mi niczego rekompensować za to, co wydarzyło się rano – wyrzuciłam z siebie.
– Nie lubisz poznawać nowych ludzi?
– Lubię, ale…
– To dlaczego nie możemy się lepiej poznać? – Zrobił krok w moją stronę, przez co się cofnęłam.
– Bo nazywasz się Hayden Collins i ty nie poznajesz się z takimi zwykłymi osobami jak ja.
– Kto powiedział, że jesteś zwykła?
Wytrzeszczyłam oczy.
– Żartuję, Sinann. Powiedziałaś, bym nie wierzył we wszystko, co czytam. To ja dam ci radę, abyś nie wierzyła we wszystko, co słyszysz.
Przyglądając się mu, zmrużyłam lekko oczy. Starałam się zrozumieć, co dokładnie krążyło mu w myślach. Nie wierzyłam w bezcelowe działanie. Każdy z nas robi wszystko po coś. Mamy cel i do niego dążymy. Więc jaki cel ma Hayden Collins?
– Czy zrobiłem coś nie tak, że starasz się mnie unikać? – Ponownie zbliżył się do mnie, więc odpowiedziałam krokiem w tył. – Poza wypadkiem z piłką powinienem mieć u ciebie czystą kartę.
Nie spodobała mi się intensywność jego spojrzenia. Czułam się przytłoczona, szczególnie że z jakiegoś powodu zależało mu na zmniejszeniu dystansu między nami. Cofałam się, bo on napierał od przodu, aż wpadłam na ścianę.
– Nic nie zrobiłeś, ale…
– Kurwa! – Jego wzrok uciekł gdzieś w bok.
Coś wywołało zmianę nastroju Haydena, bo zauważyłam, jak bardzo spięły się mięśnie jego twarzy.
– Musisz mi pomóc. – Spojrzenie chłopaka wróciło do mnie.
– Hayden! – rozległ się kobiecy głos.
Chciałam się odsunąć, lecz Collins naparł na mnie, opierając się dłońmi o ścianę. Uwięził mnie między swoimi ramionami. Zdecydowanie naruszył granicę dystansu, jaka powinna obowiązywać między dwiema obcymi osobami.
– Co robisz? – spytałam zdezorientowana.
– Sinann, bardzo potrzebuję twojej pomocy. Później ci wyjaśnię – wyszeptał.
Otworzyłam szerzej oczy, widząc, że usta chłopaka zbliżają się do moich. Czułam jego zapach, a w źrenicach Haydena mogłam dostrzec swoje odbicie.
On zamierzał mnie pocałować.
Odwróciłam głowę w bok, przez co usta chłopaka wylądowały na linii mojej żuchwy. Nie odsunęły się, tylko cmoknęły skórę. Przez moje ciało przebiegł dziwny dreszcz, który wywołał gęsią skórkę. Nie bałam się, więc jakie jest jego źródło?
– Haydenie Collinsie! Co ty wyprawiasz?
To z moich ust powinny wydobyć się te słowa, lecz wypowiedziała je jakaś brunetka, która stanęła tuż za chłopakiem.
Collins odsunął się, posyłając mi błagalne spojrzenie.
– Cześć, Miranda – zwrócił się do dziewczyny. – Co ty tu robisz?
Brunetka przyjrzała mi się w nieprzyjemny sposób. Zlustrowała mnie od góry do dołu, krzywiąc się przy tym. Może nie miałam na sobie kremowej sukienki ledwo zasłaniającej tyłek i wysokich szpilek, ale jeansy, biały T-shirt i trampki były adekwatne do lokalu, w którym spędzałam wieczór.
– Przyszłam do ciebie. Oliver wrzucił na Instagram relację, że wybieracie się do tego baru, więc postanowiłam dołączyć – wyjaśniła. – Kim jest twoja znajoma?
Już miałam się ulotnić, ale Collins splótł nasze dłonie, wyciągając mnie do przodu.
– Mirando, poznaj Sinann. – Jego głos był przesadnie energiczny.
– Cześć. – Nieśmiało uniosłam wolną dłoń, usiłując wyswobodzić z uścisku prawą.
– Od jakiegoś czasu spotkamy się z Sinann – oświadczył niczym prawdę znaną całemu światu.
Miałam wrażenie, że znowu ktoś uderzył mnie czymś ciężkim. Tak samo się czułam, gdy ocknęłam się na trawie po tym, jak moja głowa zaliczyła spotkanie z piłką do koszykówki. Dlatego liczyłam, że się przesłyszałam.
– Spotykacie się? – Z ust dziewczyny wydobyło się coś zbliżonego do jęku.
– Tak, spotykamy się. – Dłoń Collinsa jeszcze mocniej zacisnęła się na mojej.
Nie wiedziałam, kto z nas był bardziej zaskoczony: Miranda, w której oczach rodził się również gniew, czy ja – z kompletną pustką w głowie.
– Spotykasz się z nią? – Dziewczyna z niedowierzaniem wskazała na mnie palcem.
Z niewyjaśnionych dla mnie powodów uważała się za lepszą. Może nie byłam obwieszona markami jak ona, a moje włosy nie lśniły, jakbym dopiero co wyszła od fryzjera, ale nie widziałam powodów, aby patrzyła na mnie z góry.
– Zabierz ten palec – powiedziałam do brunetki.
– Serio, Hayden? Ona…?
– A niby dlaczego nie ja? – Zadarłam hardo głowę, ciekawa, co ma mi do powiedzenia.
– Obniżasz poziom – zwróciła się do niego, odgarniając czarne pasma włosów ze swojego ramienia.
Wkurzała mnie ta wypindrzona lala.
– Najwyraźniej mój poziom jest dla niego wystarczający. – Złapałam chłopaka za ramię, bo miałam ochotę jej dopiec.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy, mocno zaciskając przy tym zęby. Podejrzewałam, że pod mocnym makijażem jej skóra zrobiła się czerwona.
– Nie będę marnowała swojego czasu, a my jeszcze sobie porozmawiamy. – Wydęła usta. – Jesteśmy w kontakcie, Hayden. – Podeszła na skraj chodnika, starając się przywołać taksówkę.
Zaczekaliśmy, aż zniknie, co na szczęście nie trwało długo. Jak tylko odjechała, odskoczyłam od chłopaka.
– Co to było? – spytałam ostro, marszcząc brwi.
Collins spojrzał na mnie z rozbawieniem błyszczącym w oczach. Jakby ta cała sytuacja była dla niego zabawną grą. Wsunął dłonie do kieszeni czarnych spodni i rzucił niedbale:
– Miranda de Montfort. Kobieta, która nie zna słowa „nie”. Spotykaliśmy się przez kilka miesięcy. Rozstaliśmy się, ale ona chyba tego nie rozumie.
– Na przyszłość: nie wykorzystuj mnie w swoich porachunkach z byłą.
– Czyli mamy jakąś przyszłość, panno Everstone? – Kącik jego ust powędrował w górę.
Sposób, w jaki to powiedział, był mieszanką pewności siebie i drwiny. Bardzo pracował na to, aby doprowadzić moją cierpliwość na skraj wytrzymałości.
– Jesteś dziwny.
– Słyszałem wiele na swój temat, ale tego jeszcze nie.
– Masz powiedzieć jej prawdę. Wygląda na taką, co będzie drążyć, a ja więcej nie zamierzam brać udziału w twoim teatrzyku. Nie chcę, aby ktokolwiek myślał, że się spotykamy.
– Dlaczego nie możemy się spotykać?
– Odbiło ci?! – krzyknęłam, nie zważając na to, że nie byliśmy sami przed lokalem. – Jeszcze dziesięć godzin temu praktycznie się nie znaliśmy.
– Życie jest krótkie. Po co marnować je na niepotrzebne etapy? – Chciał się do mnie zbliżyć, ale go ominęłam i ruszyłam w kierunku wejścia do baru.
Nie nadążałam za tym, co się działo. Hayden Collins był wariatem, który na oślep pędził przed siebie, albo… rzucony na niego urok zadziałał… Druga opcja była nieprawdopodobna. Nie chciałam w nią wierzyć, ale jak inaczej należało wytłumaczyć jego zachowanie?
Musiałam się otrząsnąć, bo mój umysł zaczęły infekować bzdury.
Wróciłam do baru z zamiarem odesłania Collinsa i jego kolegów do innego stolika. Pojawiłam się za późno, bo ci rozprzestrzenili swoje macki na moich znajomych. Roześmiana Tina stała przy barze w towarzystwie Olivera, sięgając po kolejnego szota tequili. Lily z książką do ekonomii tłumaczyła coś Jaxowi, natomiast Stella, Jasper i Leo wraz z Landonem grali w rzutki.
– Chyba twoi znajomi dobrze się bawią w towarzystwie moich przyjaciół… – Collins pojawił się tuż za moimi plecami. – My też możemy się razem dobrze bawić – wyszeptał mi do ucha.
Machnęłam ręką, aby się odsunął.
– Tina! – krzyknęłam do przyjaciółki i podeszłam do niej. – Może zmienimy lokal? Zrobiło się… tłoczno.
Collins niczym mój cień stanął obok.
– No co ty… Jest super. Oliver właśnie opowiadał mi o imprezie halloweenowej. Mamy zaproszenie. – Jej wzrok spoczął na Collinsie.
– Świetnie – oznajmiłam bez entuzjazmu.
– Podobno masz dobre notatki z marketingu. Pożyczysz? – Walker uśmiechnął się przesadnie szeroko.
– Nie – odparłam od razu. – Nie jestem twoją asystentką. Było chodzić na wykłady i notować.
– Sienna, nie daj się prosić.
– Sinann – poprawiłam go. – Najpierw naucz się mojego imienia, a potem proś o notatki.
– Ale z ciebie złośnica. To idzie w parze z kolorem włosów?
– A twoja pusta głowa idzie w parze ze wzrostem? Najwyraźniej całą energię organizm musiał przeznaczyć na długie nogi, bo na umysł nic nie zostało.
W przeciwieństwie do mnie chłopak wyglądał, jakby dobrze się bawił. Cały czas uśmiechał się głupkowato.
– Rozejść się do narożników. – Collins stanął pomiędzy nami.
Poczułam mocny uścisk prawej dłoni, a gdy na nią spojrzałam, dostrzegłam palce Tiny kurczowo uczepione moich. Jej oczy mówiły jeszcze więcej. Nie byłam pewna, co dokładnie komunikowały, ale chyba chciała, bym zamilkła.
Nagle mnie olśniło. Tina szukała sposobu, aby Collins ją zauważył, i właśnie zyskała taką szansę.
– Zaraz wracam, muszę coś załatwić – powiedziałam już zdecydowanie spokojniej. Głupek Walker zszedł na drugi, jeśli nie na trzeci plan.
Oddaliłam się w kierunku Jaspera grającego w rzutki. Chwyciłam go za nadgarstek, odciągając na bok.
– Gdy Walker do was podejdzie, spraw, aby dołączył do gry – zażądałam.
– Nie potrzebujemy kolejnego gracza.
– To zrób tak, abyście potrzebowali. – Naciskałam spojrzeniem.
Gdy chciałam, potrafiłam być bardzo przekonująca.
Zostawiłam chłopaka z zadaniem i wróciłam do Tiny, która nie siląc się na dyskrecję, wpatrywała się w Collinsa niczym w dzieło sztuki.
– Podobno Landon czegoś od ciebie chce. – Wskazałam głową grupkę grającą w rzutki.
– Ode mnie? – Walker wskazał na siebie palcem.
– Tak, od ciebie.
– Okej. – Wzruszył ramionami i oddalił się od nas.
– Siostra do mnie dzwoniła, więc na chwilę wyjdę na zewnątrz, bo tutaj nic nie słychać – skłamałam i wyszło mi to bardzo wiarygodnie.
Jeżeli tych dwoje zostanie samych, Tina otrzyma szansę, aby zainteresować sobą Haydena. Bardzo liczyłam na jej skuteczność. Latynoska uroda potrafiła zdziałać cuda. Niczego jej nie brakowało, a jedynym problemem było jej obsesyjne spojrzenie skupione na chłopaku. Trzymałam kciuki, aby się opamiętała.
Wyszłam z baru, udając, że rozmawiam przez telefon.
Zamierzałam dać im więcej czasu niż pięć minut, więc odeszłam kawałek dalej i usiadłam na ławce przystanku autobusowego. Odpaliłam najnowszy odcinek serialu, na który czekałam cały tydzień, i wkręciłam się w kolejną zbrodnię, jaką mieli do rozwiązania bohaterowie.
Od ekranu oderwał mnie dopiero głośny śmiech. Uniosłam głowę, dostrzegając dwie dziewczyny z mojego roku przebiegające przez ulicę. Jedna z nich zgubiła but i chyba właśnie to było przedmiotem ich rozbawienia.
Uznałam, że trzydzieści minut serialu powinno Tinie wystarczyć, więc wróciłam do baru, aby sprawdzić, jak ma się sytuacja. Rozejrzałam się po wnętrzu, nie zastawszy jej przy barze. Nie było tam również Collinsa. W zasadzie to nigdzie ich nie dostrzegłam, tak samo jak jego kumpli.
– Widziałyście Tinę? – spytałam Stellę siedzącą przy naszym stoliku w towarzystwie Jaspera i Leo.
– Jest w łazience. Źle się poczuła.
Nie taki był plan.
– A Collins i reszta?
– Około dwudziestu minut temu wyszli z baru.
– Co?!
– Poszli na jakąś imprezę i tyle. – Jej głos sugerował, że nie była z tego powodu zadowolona. – Szkoda, że nie zabrali nas ze sobą.
Dalsza część wieczoru upłynęła mi na odholowaniu Tiny do jej mieszkania i na powrocie do domu. Gdy znalazłam się w swojej sypialni, byłam na tyle zmęczona, że jedynie wzięłam szybki prysznic, a następnie położyłam się do łóżka. Wystarczyło kilka minut, abym zasnęła.
Szatnia była cicha jak zawsze podczas porannych treningów. Chłopaki zaspani, niektórzy skacowani, więc działali w trybie autopilota. Patrick nawet nie poradził sobie z zawiązaniem sznurówek butów, więc zrobił supeł i wsunął je do środka.
Zabawnie patrzyło się na nich, gdy było się wypoczętym.
Dla mnie koszykówka była na pierwszym miejscu. Kilka lat temu miałem problem z ustaleniem priorytetów, lecz ten etap uznaję za chwilowe turbulencje, które już nigdy miały się nie powtórzyć.
Dopiero podczas rozgrzewki padły pierwsze żarty i typowe dla nas docinki, dziś dotyczące wielkiej malinki na szyi Michaela.
– Zassał cię jakiś glonojad? – zapytał prześmiewczo Oliver.
Wszyscy wybuchliśmy śmiechem.
– Zazdrościsz, Walker? – Michael pokazał mu środkowy palec.
– To zależy, czy była to ta mała Barbie z prawa, czy Latynoska z dużym tyłkiem z klubu.
Znałem Walkera i wiedziałem, że żadna z opcji nie była dobra dla Michaela. Podpuszczał go.
Barbie, o której wspomniał, wpadła w oko Vásquezowi, więc ten wyostrzył słuch, udając, że robi przysiady. Natomiast druga dziewczyna została uznana przez większość drużyny za nieatrakcyjną, więc gdyby wskazał na nią, spotkałby się z kpiną.
– Nie twój interes – rzucił, po czym wbił wzrok w parkiet, a jego twarz przybrała kolor czerwieni.
– Czyli Latynoska…
– Cisza! – Trener pojawił się w odpowiednim momencie. – Widzę, że humory dopisują.
Moss nie tolerował gadania podczas treningów. Wymagał pełnego skupienia, bez wyjątku. Prowadził drużynę twardą ręką i nie były to puste słowa. Kilku zawodników przekonało się o tym boleśnie, kiedy przyszło na trening z kacem albo pod wpływem innych substancji.
Nie miałem pojęcia, jak to robił, ale wyczuwał alkohol z odległości kilku metrów, nawet jeśli ktoś przed treningiem wyszorował się pod prysznicem i dwa razy umył zęby. A gdy w grę wchodziło zioło, wystarczyło jedno jego spojrzenie prosto w oczy i było po zawodniku.
W zeszłym semestrze wyleciało trzech. Wcześniej średnio czterech, pięciu rocznie. Moss był bezwzględny, ale skuteczny. Dzięki niemu graliśmy o mistrzostwo ligi, a wielu jego zawodników trafiało później do NBA.
Jedynym, któremu udało się uniknąć prześwietlających laserów w oczach trenera, był Oliver. Nieraz szedł na trening po całonocnej imprezie, jednak ogarniał się tak, aby Moss nie zwrócił na niego uwagi.
Przeszliśmy do biegania. Gwizdek. Sprinty. Zmiany tempa, drybling, zasłony. Pot ściekał mi po karku, ale ciało w końcu się rozgrzało i zaczęło pracować jak trzeba.
Dla chłopaków z drużyny był to zwykły poranny trening. Dla mnie każdy trening był czymś więcej. To mój rytuał. Moje terytorium. Mój sposób na przypomnienie sobie, kim jestem i do czego zmierzam.
Kiedy przeszliśmy do gry pięciu na pięciu, pojawił się ogień. Lubiłem czuć nacisk obrońcy, kontrolować tempo, odegrać piłkę w ostatnim momencie. Grać z głową.
Jax zablokował mnie. Skuteczność przeciwników tylko mnie nakręcała, aby dać z siebie więcej.
W kolejnej akcji rzuciłem z półdystansu. Trafiłem. Wiedziałem, że tak będzie.
Podczas treningów nie myślałem o niczym innym niż koszykówka. Wszystkie tematy schodziły na dalszy plan. Cel miałem jasno wyznaczony: NBA. Dotarłem niemal do samego końca. Wystarczyło jeszcze przyspieszyć, nie stracić rytmu i przebiec przez metę, za którą czekała najlepsza liga koszykówki na świecie.
Gdy rozległ się gwizdek trenera informujący o zakończeniu treningu, paliły mnie wszystkie mięśnie. Potrzebowałem chwili, aby odzyskać równy oddech, dopiero wtedy ruszyłem do szatni.
– On nas wykończy – jęknął Stevens. – Nie dożyję trzydziestki. Wczoraj musiałem wyjść z imprezy urodzinowej ekstra laski przed północą, a podobno później zrobiło się grubo.
Miałem ochotę rzucić: „To odejdź z drużyny i zmarnuj jedyną okazję, jaką dostałeś, skoro wolisz laski i imprezy niż szansę na dobrą przyszłość”.
Ugryzłem się w język. Nie byłem typem od życiowych kazań ani terapii szokowych.
Poszedłem pod prysznic, a później z ręcznikiem owiniętym wokół bioder wróciłem do szafki.
– Collins, co to za rudy kociak, którego wyrwałeś wczoraj w barze? – Głos Vásqueza rozniósł się po całej szatni. – Podobno krążą wasze wspólne fotki.
Przewróciłem oczami.
– Nie wyrwałem jej. Studiujemy razem, więc już ją znałem – odparłem, wciągając na siebie ubrania.
– Chyba powinienem przenieść się na wasz wydział, bo macie tam gorące laski – rzucił Hamn.
– Muszę się z tobą zgodzić. – Walker dołączył do rozmowy. – Poszczęściło się nam. No właśnie, co z Rudą?
Rozejrzałem się, dostrzegając, że cała szatnia była zainteresowana szczegółami.
– Spokojnie, jak będę zamierzał się jej oświadczyć, powiadomię was – zażartowałem, bo nie zamierzałem rozwodzić się o Sinann na forum.
Kilku chłopaków się zaśmiało, po czym rozmowa przeszła na temat imprezy halloweenowej.
– A tak na serio, interesujesz się tą Rudą? – zapytał Oliver w bardziej dyskretny sposób.
– Zobaczymy. Wydaje się całkiem ciekawa – odparłem, wkładając rzeczy do sportowej torby.
– I ładna – dodał Jax.
Sinann była bez dwóch zdań ładna i nie tylko ja to zauważyłem – słyszałem o niej szepty na uczelni już na pierwszym roku. Płomienny kolor włosów był jak wisienka na torcie, dopełniał całości, ale to nie on przyciągał najbardziej. W urodzie Sinann było coś nienachalnego, subtelnego. Sprawiała wrażenie delikatnej, niemal uroczej, dopóki nie spojrzała na ciebie tym swoim charakterystycznym, pewnym spojrzeniem. Wtedy było jasne, że nie masz do czynienia z potulnym stworzeniem.
Tylko z jakiegoś względu mnie unikała i nie potrafiłem tego zrozumieć.
– Laska jak laska. – Walker wzruszył ramionami. – Na kampusie znajdziesz takich tysiące.
– No nie wiem… Moim zdaniem jest jedną z tych gorętszych – oznajmił Jax.
Wyszliśmy z szatni, a po chwili również z hali, kierując się w stronę wydziału.
– Ostrzegam, Romeo, ona jest moja – przypomniałem kumplowi.
– Jakoś nie widziałem, żeby była tobą zainteresowana.
– Ale będzie.
Wchodząc do kuchni, natknęłam się na Tethrę, która z turbanem z ręcznika na głowie pichciła coś przy wyspie kuchennej.
– Masz ochotę na tosty? – Wskazała na toster.
– Chętnie.
Usiadłam przy stole, a moje myśli znów zaczęły krążyć wokół Collinsa i głupiej zabawy, której prowodyrkami były moje siostry. Nie było mowy, aby urok zadziałał, a jednak cały czas miałam to w głowie.
– Poza ostatnim razem rzucałyście wcześniej jakieś uroki? – spytałam.
– Nagle zaczęłaś wierzyć w magię?
– Nie o to chodzi. Pytam z ciekawości. – Udając niewzruszoną, przesuwałam palcem po blacie stołu.
– Kiedyś Cerri testowała coś na poprawę cery, ale nie wiem, czy jej się udało.
– Aha.
– Czyżby Hayden Collins zwrócił na ciebie uwagę? – Zaśmiała się.
Gniew rozkwitł w moim spojrzeniu, nie dając się ujarzmić. Skierowałam go w stronę siostry, bo to między innymi przez nią w mojej głowie zaczęło kiełkować ziarno niepewności.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Twój urok
isbn: 978-83-8423-522-5
© Angelika Waszkiewicz i Wydawnictwo Amare 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Amare.
redakcja: Dominika Synowiec
korekta: Emilia Kapłan
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Amare należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: kontakt@wydawnictwo-amare.pl
https://wydawnictwo-amare.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
