Twój urok - Waszkiewicz Angelika - ebook
NOWOŚĆ

Twój urok ebook

Waszkiewicz Angelika

4,6

198 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdy próbujesz zaczarować miłość, ona może zaczarować ciebie

Sinann dorastała wśród sióstr wierzących w magię, ale sama zawsze trzymała się rzeczywistości i twardych faktów. Gdy pewnego dnia zgadza się towarzyszyć przyjaciółce w rytuale rzucania uroku miłosnego na gwiazdę uniwersyteckiej drużyny koszykarskiej, dochodzi do pomyłki, która wywraca jej świat do góry nogami.

Hayden Collins zaczyna zwracać uwagę nie na Tinę, lecz na Sinann – dziewczynę, która zrobi wszystko, by pozostać fair wobec przyjaciółki. Pojawiające się w niej uczucia przybierają na sile z każdym dniem, a granica między przypadkiem a magią zaczyna się niebezpiecznie zacierać.

A co, jeśli to, co najprawdziwsze, nie ma nic wspólnego z zaklęciem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 479

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (5 ocen)
4
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Belladonna79

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Aniusia2104

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam. Super ksiazka.
00
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

fajnie napisana a bohaterka jest wyjątkowa
00
Migda1_1_1_1

Całkiem niezła

Bardzo dziecinna...
01



Odro­bi­na ma­gii ni­ko­mu nie za­szko­dzi

Rozdział 1

Sinann

Kto wy­my­ślił, aby stu­den­ci za­rzą­dza­nia mu­sie­li wku­wać na pa­mięć idee wy­my­ślo­ne przez sta­ro­żyt­nych fi­lo­zo­fów? Ten, kto miał w so­bie pier­wia­stek sa­dy­zmu.

Prze­su­nę­łam pal­cem po kra­wę­dzi otwar­tej książ­ki. By­łam na dwie­ście czter­dzie­stej stro­nie, a przede mną dru­gie tyle. Tekst na­dru­ko­wa­no drob­ny­mi li­te­ra­mi, jak­by au­tor ce­lo­wo chciał zmu­sić mnie do zwąt­pie­nia w sens mo­je­go ist­nie­nia. Czy Pla­ton albo Ary­sto­te­les prze­wi­dzie­li, że ich my­śli będą kie­dyś sto­so­wa­ne jako na­rzę­dzie tor­tur w no­wo­cze­snych in­sty­tu­cjach edu­ka­cyj­nych?

Po omac­ku się­gnę­łam po wi­de­lec i na­dzia­łam na nie­go coś, co znaj­do­wa­ło się na ta­le­rzu. Do­pie­ro gdy po­czu­łam smak na ję­zy­ku, oka­za­ło się, że tra­fi­łam na ma­ka­ron.

– Si­nann, czy to praw­da, co mó­wi­ła two­ja sio­stra o wa­szych przod­kach z Sa­lem?

Głos przy­ja­ciół­ki spra­wił, że ode­rwa­łam się od nud­ne­go tek­stu.

Za­nim od­po­wie­dzia­łam, przyj­rza­łam się okład­ce książ­ki, któ­rą trzy­ma­ła w rę­kach. Nie są­dzi­łam, aby po­zy­cja The Sa­lem Witch Trials: A Day-By-Day Chro­nic­le of a Com­mu­ni­ty Un­der Sie­ge (Pro­ce­sy cza­row­nic w Sa­lem. Kro­ni­ka ob­lę­żo­nej spo­łecz­no­ści dzień po dniu) au­tor­stwa Ma­ri­lyn­ne K. Ro­ach zna­la­zła się w ka­no­nie lek­tur prze­zna­czo­nych dla stu­den­tów za­rzą­dza­nia.

– Po­dob­no tak – od­par­łam ci­cho, bo nie mia­łam czym się chwa­lić. – Na­zwi­sko na­szej przod­ki­ni znaj­du­je się na li­ście ko­biet ska­za­nych na śmierć pod­czas pro­ce­sów cza­row­nic w Sa­lem w ty­siąc sześć­set dzie­więć­dzie­sią­tym dru­gim roku.

Cho­dzi­ło o Mar­thę Car­rier. Od dziec­ka opo­wia­da­no mi o tej ko­bie­cie ni­czym o wspa­nia­łej bo­gi­ni. Po­cząt­ko­wo wy­da­wa­ło mi się to na­wet faj­ne, ale w koń­cu zro­zu­mia­łam, że cza­ry, za­klę­cia, klą­twy i cza­row­ni­ce to nic in­ne­go jak stek bzdur.

– Wiesz, że te ko­bie­ty nie były praw­dzi­wy­mi cza­row­ni­ca­mi? – spy­ta­łam, bo jej spoj­rze­nie wy­ka­zy­wa­ło nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie te­ma­tem.

– Tego nikt nie wie.

– Se­rio?

Roz­mo­wę prze­rwał nam grom­ki wy­buch śmie­chu do­bie­ga­ją­cy ze sto­li­ka po dru­giej stro­nie sto­łów­ki. Nie mu­sia­łam pa­trzeć, aby wie­dzieć, kto przy nim sie­dział. Wła­śnie przez ta­kich lu­dzi jak oni wy­da­wa­ło mi się, że li­ceum na­dal trwa.

– Chcia­ła­bym być po­pu­lar­na… – Tina wes­tchnę­ła cięż­ko, wpa­tru­jąc się w lu­dzi, któ­rzy za­po­mnie­li, że nie byli tu sami.

– Chcesz być po­pu­lar­na? Czy chcesz za­słu­żyć na to, by za­pro­szo­no cię do tam­te­go sto­li­ka?

– Chcę, aby Hay­den Col­lins w koń­cu mnie za­uwa­żył. – Skrzy­żo­wa­ła ra­mio­na na pier­si.

Moja przy­ja­ciół­ka, jak rów­nież co naj­mniej po­ło­wa ko­bie­cej, he­te­ro­sek­su­al­nej czę­ści uczel­ni, wzdy­cha­ła do Hay­de­na Col­lin­sa. Był przy­stoj­ny, na­le­żał do uczel­nia­nej dru­ży­ny ko­szy­ków­ki, miał ład­ny uśmiech i cał­kiem przy­jem­nie pach­niał – prze­ko­na­łam się o tym, gdy sta­łam za nim w ko­lej­ce po lunch – jed­nak na­dal nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go Tina i kil­ka­set in­nych dziew­czyn śli­ni się na jego wi­dok.

– Ja­kie to tan­det­ne. Nie dzi­wię się, że se­ria­le o ame­ry­kań­skich na­sto­lat­kach i stu­den­tach są tak płyt­kie. – Po­krę­ci­łam prze­czą­co gło­wą. – Idzie­my. Za kil­ka mi­nut za­czy­na­ją się za­ję­cia.

Wzię­łam swo­ją tacę. Mu­sia­łam wbić pa­lec w ra­mię przy­ja­ciół­ki, aby prze­sta­ła się ga­pić na obiekt swo­ich wes­tchnień. Gdy w po­bli­żu znaj­do­wał się Col­lins, za­cho­wy­wa­ła się jak zom­bie. Dla­te­go nie zwa­ża­jąc na nic, chwy­ci­ła tacę, za­po­mi­na­jąc o swo­jej tor­bie, i za­czę­ła iść. Jej wzrok cały czas ucie­kał w kie­run­ku chło­pa­ka, jak­by mia­ła na­dzie­ję, że siłą woli przy­cią­gnie go do sie­bie.

– Uwa­żaj… – Nie do­koń­czy­łam, bo wy­da­rzy­ła się ka­ta­stro­fa.

Naj­pierw do­strze­głam wy­łącz­nie tacę szy­bu­ją­cą w górę, a na­stęp­nie sto­py przy­ja­ciół­ki ode­rwa­ne od pod­ło­gi. Po ca­łej sto­łów­ce roz­szedł się krzyk, a na­stęp­nie ude­rze­nie. Tina wy­lą­do­wa­ła na brzu­chu, z reszt­ką smo­othie na wło­sach. Je­że­li pra­gnę­ła uwa­gi, to wła­śnie ją otrzy­ma­ła.

Za­pa­no­wa­ła ci­sza. Wszyst­kie spoj­rze­nia sku­pi­ły się na mo­jej przy­ja­ciół­ce.

– Si­nann! – Pa­nicz­ny pisk wdarł się do mo­ich uszu.

Cho­ciaż to moja przy­ja­ciół­ka le­ża­ła na pod­ło­dze, to moje imię po­zna­ła po­ło­wa wy­dzia­łu.

– Nic ci nie jest? – Po­de­szłam i ukuc­nę­łam przy niej.

– Wszy­scy się ga­pią, praw­da? – wy­szep­ta­ła.

Ro­zej­rza­łam się wo­kół, na­tra­fia­jąc na wie­le spoj­rzeń, w tym rów­nież na to na­le­żą­ce do Hay­de­na Col­lin­sa i jego zna­jo­mych.

– Wsta­waj. – Po­mo­głam Ti­nie pod­nieść się do pio­nu, usta­wia­jąc ją tak, aby chło­pak po­zo­stał za jej ple­ca­mi. Ze­bra­łam z pod­ło­gi tacę i ra­zem z moją od­sta­wi­łam je we wła­ści­wym miej­scu. – Idzie­my.

Po­wo­li za­czy­na­ły się szep­ty prze­pla­ta­ne śmie­chem, więc bły­ska­wicz­nie wy­pro­wa­dzi­łam Tinę ze sto­łów­ki. Wy­da­wa­ła się oszo­ło­mio­na, więc cał­ko­wi­cie pod­da­ła się mo­jej woli. W ła­zien­ce za­czę­łam czy­ścić jej ciem­no­brą­zo­we wło­sy z ró­żo­we­go smo­othie, a ona sta­ła i ga­pi­ła się przed sie­bie. Je­dy­nie wes­tchnę­ła, gdy wsu­nę­łam jej gło­wę pod su­szar­kę do rąk.

– Halo! Zie­mia do Tiny… – Po­ma­cha­łam ręką tuż przed jej twa­rzą. – Je­ste­śmy spóź­nio­ne na za­ję­cia. Tra­fisz sama do swo­jej sali?

Ski­nę­ła gło­wą i bez sło­wa wy­szła z ła­zien­ki.

Nie chcia­łam być w jej skó­rze, ale z dru­giej stro­ny nic wiel­kie­go się nie sta­ło. Nie była pierw­szą ani ostat­nią, któ­ra upa­dła na sa­mym środ­ku sto­łów­ki na oczach stu­den­tów.

Za­ję­cia skoń­czy­łam wcze­śniej niż Tina, ale za­cze­ka­łam na nią pod bu­dyn­kiem. Jak się spo­dzie­wa­łam, ocią­ga­ła się z wyj­ściem. Po­ja­wi­ła się, do­pie­ro gdy tłum się prze­rze­dził.

– Czy on pa­trzył? – Kur­czo­wo chwy­ci­ła się mo­je­go ra­mie­nia.

Oczy­wi­ście mia­ła na my­śli Col­lin­sa.

– Nie zwró­ci­łam uwa­gi – od­par­łam wy­mi­ja­ją­co.

– My­śla­łam, że spa­lę się ze wsty­du. Roz­wa­żam omi­ja­nie uczel­ni przez na­stęp­ny ty­dzień.

– Prze­sa­dzasz. My­ślisz, że ktoś bę­dzie to pa­mię­tał? Rok temu Mi­les Del­ga­do bie­gał po ko­ry­ta­rzu bez spodni, bo ukra­dli mu je po tre­nin­gu. Jego twarz była czer­wo­na jak bu­rak. My­ślisz, że ktoś to pa­mię­ta?

– Tak. Ty.

Punkt dla niej.

Po­pa­trzy­łam na ze­ga­rek i wpadł mi do gło­wy po­mysł, któ­ry mógł po­lep­szyć jej hu­mor.

– Wiesz, któ­ra jest go­dzi­na? – spy­ta­łam z cwa­nym uśmiesz­kiem.

– Co mnie to ob­cho­dzi… – burk­nę­ła.

– Lek­ko­atle­ci wła­śnie roz­po­czę­li tre­ning – po­wie­dzia­łam jej do ucha.

To za­wsze dzia­ła­ło. W spoj­rze­niu przy­ja­ciół­ki po­ja­wił się prze­błysk błę­kit­ne­go nie­ba, choć spo­ro jesz­cze bra­ko­wa­ło, aby roz­go­nić wszyst­kie bu­rzo­we chmu­ry.

Prze­szły­śmy na dru­gą część kam­pu­su, a do­kład­nie na sta­dion, gdzie tre­no­wa­ły dru­ży­ny lek­ko­atle­tycz­ne. Jak za­wsze – nie za­wie­dli nas. Gdy zbli­ży­ły­śmy się do ba­rier­ki od­dzie­la­ją­cej pierw­sze rzę­dy try­bun od bież­ni, trwa­ła roz­grzew­ka.

Uwa­ża­łam, że lek­ko­atle­ci byli nie­do­ce­nia­ni. Try­bu­ny na me­czach ko­szy­ków­ki, fut­bo­lu, a na­wet siat­ków­ki za­wsze były peł­ne. To do ich za­wod­ni­ków wzdy­cha­ły dziew­czy­ny – i nie tyl­ko – cze­go do­brym przy­kła­dem był Hay­den Col­lins. Cóż… ich stra­ta ozna­cza­ła nasz zysk.

– Man­go zdej­mu­je ko­szul­kę – za­uwa­ży­ła Tina, a na jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech.

Nie zna­ły­śmy imion ani na­zwisk człon­ków mę­skiej dru­ży­ny lek­ko­atle­tów, dla­te­go na­zwa­ły­śmy ich od sma­ków lo­dów. Man­go był sza­ty­nem o oliw­ko­wej kar­na­cji. Czę­sto za­kła­dał na tre­ning żół­tą ko­szul­kę, więc sko­ja­rzył nam się wła­śnie z tym owo­cem.

Skrzy­żo­wa­łam ra­mio­na i opar­łam je na me­ta­lo­wej ba­rier­ce.

– Moim zda­niem lek­ko­atle­ci są naj­le­piej zbu­do­wa­ni ze wszyst­kich spor­tow­ców, zwłasz­cza bie­ga­cze. Za­zwy­czaj mają dłu­gie nogi, nie są prze­sad­nie na­pa­ko­wa­ni. Na brzu­chu każ­de­go z nich pre­zen­tu­je się pięk­ny sze­ścio­pak – po­wie­dzia­łam, gdy ko­lej­ny chło­pak, któ­re­go na­zwa­ły­śmy od mię­to­wych lo­dów, po­zbył się ko­szul­ki.

Sta­ły­śmy bli­sko bież­ni, więc mo­gły­śmy się do­brze przyj­rzeć ko­lej­nym bie­ga­czom. Z moim bez­ta­len­ciem do wszel­kich spor­tów po­dzi­wia­łam nie tyl­ko ich cia­ła, ale też umie­jęt­ność płyn­ne­go od­dy­cha­nia pod­czas wy­sił­ku. Dla mnie to były tor­tu­ry.

– Sło­ny Kar­mel to praw­dzi­wy przy­stoj­niak – wes­tchnę­ła Tina. – Orzech La­sko­wy jest cał­kiem po­dob­ny do Col­lin­sa. – Opar­ła bro­dę o ba­rier­kę.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

Nie chcia­łam gło­śno tego mó­wić, ale fa­scy­na­cja Tiny Col­lin­sem za­czy­na­ła mnie nie­po­ko­ić. Je­dy­nym po­do­bień­stwem mię­dzy obiek­tem jej wes­tchnień a Orze­chem La­sko­wym był ko­lor wło­sów, choć i tak Hay­den miał je ciem­niej­sze.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach już pra­wie wszy­scy lek­ko­atle­ci nie mie­li na so­bie ko­szu­lek, a my mo­gły­śmy bez­czel­nie przy­glą­dać się ich ide­al­nym cia­łom. To za­wsze po­pra­wia­ło hu­mor – na­wet le­piej niż sło­dy­cze, bo nie szło w bio­dra.

– Jesz­cze pięć mi­nut i je­dzie­my do mnie – rzu­ci­łam, a Tina przy­tak­nę­ła.

Po usta­lo­nym cza­sie opu­ści­ły­śmy sta­dion. Wró­ci­ły­śmy na par­king i moją To­yo­tą Prius po­je­cha­ły­śmy do mnie, aby zre­kom­pen­so­wać pa­to­we wy­da­rze­nie masą nie­zdro­we­go je­dze­nia.

Gdy tyl­ko prze­stą­pi­łam próg domu, za­tka­łam nos. Ostry smród bę­dą­cy po­łą­cze­niem mo­krej tra­wy, zie­mi i szał­wii spra­wił, że za­war­tość mo­je­go żo­łąd­ka po­de­szła nie­co w górę. Nie po­tra­fi­łam przy­wyk­nąć do tego, że po otwo­rze­niu drzwi mo­głam za­stać tu kom­plet­nie wszyst­ko – za­rów­no męż­czy­znę z wiel­kim ta­tu­ażem pa­ją­ka na czub­ku ły­sej gło­wy z wor­kiem ziół z Gren­lan­dii, jak i kozę, z któ­rej sier­ści wy­ko­ny­wa­no ta­li­zma­ny.

– Hej. – Z kuch­ni wy­ło­ni­ła się gło­wa mo­jej naj­star­szej sio­stry. – My­śla­łam, że to Alvin.

Nie mia­łam po­ję­cia, kim był Alvin.

– Co tak śmier­dzi? – Po­cią­gnę­łam no­sem.

– Pró­bu­je­my z Cer­ri no­wej mie­szan­ki ziół – od­par­ła.

Na szczę­ście Tina przy­wy­kła do dzi­wactw mo­ich sióstr, któ­re po­dob­nie jak na­sza mat­ka i bab­cia za bar­dzo wzię­ły so­bie do ser­ca na­sze po­cho­dze­nie, a kon­kret­nie wą­tek z cza­row­ni­ca­mi z Sa­lem. Te­th­ra i Cer­ri­dwen, na­zy­wa­na Cer­ri, prze­ję­ły od bab­ci sklep zie­lar­ski oraz odzie­dzi­czy­ły za­in­te­re­so­wa­nie me­dy­cy­ną nie­kon­wen­cjo­nal­ną. W na­szym domu próż­no było szu­kać ty­po­wych środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych czy le­ków na inne do­le­gli­wo­ści. Od dziec­ka wci­ska­ły we mnie ro­ślin­ne na­pa­ry, aż skoń­czy­łam osiem­na­ście lat i sama mo­głam pójść do ap­te­ki.

– Te­th­ra, znasz ja­kieś za­klę­cie na nie­szczę­śli­wą mi­łość? – Tina wy­chy­li­ła się zza mo­ich ple­ców. Gwał­tow­nie od­wró­ci­łam się do przy­ja­ciół­ki, ga­niąc ją spoj­rze­niem. – No co… Szu­kam wszel­kich moż­li­wo­ści. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Spe­cja­li­za­cja w zio­łach to jed­no, ale plot­ki po­wta­rza­ne przez tych bar­dziej ode­rwa­nych od zie­mi o tym, że ko­bie­ty z na­szej ro­dzi­ny po­sia­da­ły nad­przy­ro­dzo­ne moce, to dru­gie. Mie­li­śmy XXI wiek, a zna­leź­li się tacy, któ­rzy wie­rzy­li w cza­ry i za­bo­bo­ny. Lu­dzie przy­cho­dzi­li do mo­ich sióstr nie tyl­ko po zio­ła na róż­ne do­le­gli­wo­ści. Zja­wia­li się rów­nież tacy, któ­rzy chcie­li ko­goś prze­kląć lub pra­gnę­li się za­ko­chać przy po­mo­cy sił nad­przy­ro­dzo­nych. Te­th­ra i Cer­ri od­pra­wia­ły ich z kwit­kiem, lecz utar­ło się, że sio­stry Ever­sto­ne nie były zwy­kły­mi zie­lar­ka­mi. Nie po­ma­ga­ło, że wszyst­kie trzy mia­ły­śmy rudy ko­lor wło­sów, co w krę­gach głu­pich lu­dzi ucho­dzi­ło za ozna­kę by­cia cza­row­ni­cą.

– Chcesz się od­ko­chać czy spra­wić, aby on się za­ko­chał? – Te­th­ra po­cią­gnę­ła te­mat, więc i sio­strę zgro­mi­łam wzro­kiem.

– On ma się za­ko­chać – od­par­ła, wzdy­cha­jąc cięż­ko.

– Moż­na rzu­cić urok mi­ło­sny. – Cer­ri wy­szła na ko­ry­tarz.

Gdy­by nie ko­lor wło­sów, nie uwie­rzy­ła­bym, że te dwie były mo­imi sio­stra­mi. Zwłasz­cza Cer­ri, któ­ra poza ga­da­niem ab­sur­dów była nie­sa­mo­wi­cie pięk­na i świa­do­ma swo­jej ko­bie­co­ści. W jej sza­fie, w prze­ci­wień­stwie do mo­jej, do­mi­no­wa­ły sek­sow­ne, ob­ci­słe kro­je. Na­wet w tej chwi­li mia­ła na so­bie krót­ką czar­ną su­kien­kę, na któ­rą na­rzu­ci­ła coś, co było po­łą­cze­niem tren­czu i szla­fro­ka w po­ma­rań­czo­wym ko­lo­rze.

– Mó­wi­łaś, że nie ba­wi­cie się w ta­kie rze­czy – przy­po­mnia­łam jej.

– Bar­dzo za­le­ży ci na tym chło­pa­ku? – Cer­ri mi­nę­ła mnie, aby za­trzy­mać się przy Ti­nie.

Nie spodo­bał mi się błysk w oku sio­stry. Cer­ri po­tra­fi­ła na­mą­cić. Naj­czę­ściej uży­wa­ła tej umie­jęt­no­ści wo­bec męż­czyzn, zgry­wa­jąc fem­me fa­ta­le.

– Dzi­siaj bę­dzie peł­nia. Mo­że­my tro­chę po­szpe­rać w księ­gach uro­ków, któ­re są w na­szej ro­dzi­nie od po­ko­leń. – Uśmiech­nę­ła się.

Za­po­mnia­łam już o tych bzdu­rach. Wspo­mnia­ne księ­gi przez lata zbie­ra­ły kurz na stry­chu, aż któ­re­goś dnia Cer­ri stwier­dzi­ła, że war­to im się przyj­rzeć. Jak dla mnie za­wie­ra­ły za­pi­ski stwo­rzo­ne pod wpły­wem al­ko­ho­lu lub in­nych środ­ków otę­pia­ją­cych, bo jak ina­czej na­le­ża­ło na­zwać sło­wa, któ­rych au­tor­ka za­chę­ca­ła, że aby prze­ko­nać do sie­bie te­ściów, na­le­ża­ło na­po­ić ich wy­wa­rem przy­rzą­dzo­nym z wła­snej śli­ny, na­skór­ka pal­ców pra­wej ręki oraz ma­sła?

– Cer­ri, to są bred­nie. Nie pod­ju­dzaj Tiny. – Chwy­ci­łam rękę przy­ja­ciół­ki i po­cią­gnę­łam ją w stro­nę scho­dów na pię­tro.

– Mo­gły­by­śmy spró­bo­wać. – Tina za­trzy­ma­ła się na pierw­szym stop­niu, a ja nie by­łam w sta­nie wcią­gnąć jej wy­żej.

– Aż tak zde­spe­ro­wa­na je­steś? Prze­cież ona gada głu­po­ty. – Obie za­czę­ły mnie wku­rzać.

Po­pa­trzy­łam na Te­th­rę, któ­ra od ja­kie­goś cza­su je­dy­nie nam się przy­glą­da­ła. Na jej twa­rzy wid­niał de­li­kat­ny uśmiech, a to ozna­cza­ło, że nie sta­ła po mo­jej stro­nie.

– Po­szu­kam cze­goś w księ­gach – po­wie­dzia­ła Cer­ri.

– To nie są księ­gi, tyl­ko bzdur­ne za­pi­ski. – Pra­wie tup­nę­łam nogą.

– Za­pi­sa­ne, skle­jo­ne kart­ki, obi­te twar­dą opra­wą… Jak ina­czej je na­zwać, je­śli nie księ­ga­mi lub książ­ka­mi? – Cer­ri wy­dę­ła usta.

– Wy­po­ci­na­mi wa­ria­tek, któ­re z nu­dów lub pod wpły­wem środ­ków nar­ko­tycz­nych wy­my­śli­ły, że są cza­row­ni­ca­mi. Idziesz? – Wbi­łam moc­ne spoj­rze­nie w przy­ja­ciół­kę.

Wzrok Tiny prze­ska­ki­wał mię­dzy mną a moją sio­strą. Mia­łam ją za oso­bę, któ­ra twar­do stą­pa po zie­mi. Obie by­ły­śmy ludź­mi fak­tu. Na­to­miast moje sio­stry… no cóż… Cer­ri uwa­ża­ła, że po­dat­ków nie musi pła­cić każ­dy, a pra­wo na­le­ży in­ter­pre­to­wać na swo­ją ko­rzyść. Za to Te­th­ra, za­miast no­sić imię po­cho­dzą­ce od cel­tyc­kiej bo­gi­ni, po­win­na na­zy­wać się CHA­OS.

– Na ra­zie mo­żesz iść. Mu­si­my za­cze­kać do peł­ni – rzu­ci­ła Cer­ri, po czym ode­szła tam, skąd przy­szła.

Wbie­głam po scho­dach. Nie trza­snę­łam drzwia­mi do swo­je­go po­ko­ju tyl­ko dla­te­go, że mia­łam tuż za sobą Tinę.

– Je­steś zła? – spy­ta­ła.

– Nie lu­bię, gdy moje sio­stry ro­bią z sie­bie wa­riat­ki, a przy oka­zji też z in­nych. Nie wiesz, jak to jest, gdy są­sie­dzi wy­ty­ka­ją cię pal­ca­mi, a dzie­ci w szko­le twier­dzą, że każ­dy czar­ny kot to mój ku­zyn. – Zre­zy­gno­wa­na usia­dłam na łóż­ku. – Moje sio­stry nie mają żad­nych ma­gicz­nych zdol­no­ści, ale i tak ni­g­dy nie ne­go­wa­ły plo­tek na te­mat na­szej ro­dzi­ny. Kie­dyś może to było śmiesz­ne, ale te­raz już nie jest.

– Ja też nie wie­rzę w ma­gię – oświad­czy­ła dość sta­now­czo. – Dla­te­go nie za­szko­dzi się po­wy­głu­piać. – Uśmiech­nę­ła się. – Chcę za­po­mnieć o tym, co wy­da­rzy­ło się na sto­łów­ce, a je­śli ta­kie głu­po­ty mi po­mo­gą, to cze­mu nie.

Wie­dzia­łam, że uśmie­chem i nutą roz­ba­wie­nia w gło­sie pró­bo­wa­ła ukryć emo­cje po na­praw­dę kiep­skim dniu.

– Niech ci bę­dzie. – Zmię­kłam.

***

– Ja nie bio­rę w tym udzia­łu. – Od­sko­czy­łam do tyłu, gdy Te­th­ra skie­ro­wa­ła w moją stro­nę dłu­go­pis i kart­kę.

Trzy pary oczu sku­pi­ły się na mnie, ale nie dla­te­go, że mój pod­nie­sio­ny głos z pew­no­ścią do­tarł w każ­dy za­ka­ma­rek domu, tyl­ko dla­te­go, że jako je­dy­na nie mia­łam ocho­ty do­łą­czyć do za­ba­wy ro­dem z przed­szko­la.

– Si­nann, nie bądź taka sztyw­na. – Tina klep­nę­ła mnie w ra­mię.

Czy tyl­ko ja by­łam tu do­ro­sła?

Wy­star­czy­ło ro­zej­rzeć się po sa­lo­nie, aby uznać, że ko­goś po­nio­sła fan­ta­zja. Wszyst­kie lam­py zo­sta­ły wy­łą­czo­ne. Je­dy­ne świa­tło po­cho­dzi­ło ze świec usta­wio­nych na me­blach. Za okna­mi dało się do­strzec księ­życ w peł­ni, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach ka­dzi­deł. Wcze­śniej zo­sta­łam zmu­szo­na do do­kład­ne­go umy­cia dło­ni ni­czym chi­rurg przed ope­ra­cją. Na­stęp­ny krok po­le­gał na tym, aby za­pi­sać na kart­ce imię, na­zwi­sko oraz datę uro­dze­nia oso­by, na któ­rą chcia­ło się rzu­cić urok. Na­le­ża­ło rów­nież po­dać de­ta­le wy­glą­du, ta­kie jak ko­lor oczu, wło­sów i zna­ki szcze­gól­ne. Tina ocho­czo za­bra­ła się do pra­cy, a ja nie za­mie­rza­łam, bo po pierw­sze nie wie­rzy­łam w cza­ry, a po dru­gie ak­tu­al­nie nikt kon­kret­ny mi się nie po­do­bał.

– Na pew­no ktoś wpadł ci w oko. Na uczel­ni nie bra­ku­je przy­stoj­nia­ków – po­wie­dzia­ła Tina.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Nie. – Mój głos był bar­dzo zde­cy­do­wa­ny.

– Si­nann, cza­sa­mi za­cho­wu­jesz się, jak­byś mia­ła kij w tył­ku. – Cer­ri uśmiech­nę­ła się do mnie krzy­wo. – Wy­lu­zuj. Kie­dyś lu­bi­łaś się w to ba­wić.

– Niby w co?

– W cza­ry-mary. – Wy­sta­wi­ła do mnie ję­zyk. – To spe­cjal­nie dla cie­bie wy­cią­gnę­łam ze stry­chu te księ­gi, bo chcia­łaś, aby na­sza są­siad­ka wy­zdro­wia­ła.

– Pa­mię­tam. Mó­wisz o tej uro­czej sta­rusz­ce? – Te­th­ra sta­nę­ła obok sio­stry, rów­nież przyj­mu­jąc front prze­ciw­ko mnie. – Ra­zem z jej wnucz­kiem chcie­li­ście ją uzdro­wić.

– Ale się nie uda­ło, co tyl­ko po­twier­dzi­ło, że to wszyst­ko – wska­za­łam na świe­ce usta­wio­ne w każ­dym za­ka­mar­ku po­miesz­cze­nia – to wy­łącz­nie bred­nie.

Tam­te­go lata prze­ko­na­łam się, że opo­wie­ści o do­brych cza­row­ni­cach i ma­gicz­nych elik­si­rach to je­dy­nie baj­ki. Bła­ga­łam bab­cię i sio­stry, aby zro­bi­ły co­kol­wiek, by pani Ho­over nie umar­ła. Wte­dy jesz­cze nie ro­zu­mia­łam, że przed śmier­cią nie da się uciec. Moi ro­dzi­ce zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, gdy mia­łam pięć lat. Ni­g­dy nie bun­to­wa­łam się prze­ciw­ko temu, bo nie pa­mię­ta­łam ich do­brze. Jed­nak już jako dzie­się­cio­lat­ka, wi­dząc ko­na­ją­cą ko­bie­tę, chcia­łam ją ura­to­wać. My­śla­łam, że zio­ła, amu­le­ty lub ja­kieś inne dzia­ła­nia jej po­mo­gą, lecz wte­dy usły­sza­łam od bab­ci, że je­ste­śmy tyl­ko ludź­mi i ni­g­dy nie wy­gra­my ze śmier­cią.

– Si­nann, pro­szę… – Tina nie od­pusz­cza­ła.

– Do­brze! – wy­rwał mi się ostry ton. – Za­ła­tw­my to szyb­ko i kończ­my tę dzie­ci­na­dę.

Mia­łam dość za­rów­no ich ga­da­ni­ny, jak i smro­du ka­dzi­dła, o któ­rym nie spo­sób było za­po­mnieć. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej wró­cić do ko­lej­ne­go od­cin­ka se­ria­lu, któ­ry prze­rwa­ły­śmy, bo Ti­nie za­chcia­ło się rzu­cić urok na chło­pa­ka.

Z kart­ką i dłu­go­pi­sem przy­sia­dłam na so­fie. Nie mia­łam w gło­wie ni­ko­go kon­kret­ne­go, więc moje za­pi­ski skła­da­ły się z „Bla, bla, bla…” cią­gną­ce­go się przez czte­ry li­nij­ki. Chcia­łam tyl­ko, aby dały mi spo­kój.

– Go­to­we – oświad­czy­łam i po­ło­ży­łam zgię­tą czte­ry razy kart­kę na tacy obok tej, któ­rą przy­go­to­wa­ła Tina.

Te­th­ra chwy­ci­ła naj­więk­szą ze świec, a Cer­ri otwo­rzy­ła księ­gę ze zżółk­nię­ty­mi kart­ka­mi za­pi­sa­ny­mi od­ręcz­nie.

– To jest urok, któ­ry ma spra­wić, że męż­czy­zna, któ­re­go masz w ser­cu, zwró­ci na cie­bie uwa­gę – po­wie­dzia­ła Cer­ri. – Czy za­pi­sa­ły­ście dużo szcze­gó­łów jego wy­glą­du?

Obie ski­nę­ły­śmy gło­wa­mi.

– Po­wta­rzaj­cie za mną: Lumo Lu­na­ris, srebr­na tar­czo nocy, two­ja po­świa­ta nie­chaj tka nici losu. Usłysz na­sze proś­by.

Po­wtó­rzy­ły­śmy, a w tym sa­mym cza­sie Te­th­ra spa­li­ła w ogniu świe­cy coś, co przy­po­mi­na­ło su­szo­ną tra­wę.

Na­dal nie mo­głam uwie­rzyć, że bio­rę w tym udział.

– Spraw, aby jego oczy zwró­ci­ły się w stro­nę tej, któ­ra tego pra­gnie. W imię bla­sku, w imię ser­ca, w imię księ­ży­co­wej mocy.

Po­now­nie po­wtó­rzy­ły­śmy sło­wo po sło­wie. W gło­sie Tiny do­mi­no­wa­ła we­rwa, cze­go ja o swo­im nie mo­głam po­wie­dzieć. Bar­dziej mru­cza­łam, niż mó­wi­łam.

– Te­raz na­znacz­cie krwią imię swo­je­go ob­lu­bień­ca i spal­cie in­for­ma­cje o nim. – Wy­cią­gnę­ła w moją stro­nę małą igłę.

– Se­rio? „Na­znacz­cie krwią”…? „Ob­lu­bień­ca”…? – Po­sła­łam sio­strze spoj­rze­nie prze­peł­nio­ne po­li­to­wa­niem. – Mam na­dzie­ję, że jest czy­sta.

– Mu­szę coś do­pi­sać! – krzyk­nę­ła Tina, aż pra­wie pod­sko­czy­łam. – Przy­po­mnia­łam so­bie o pie­przy­ku na szyi Hay­de­na.

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech. Za­miast pro­sić, aby oczy ob­lu­bień­ca zwró­ci­ły się w moją stro­nę, po­win­nam bła­gać o cier­pli­wość.

– Zro­bię to pierw­sza. Nie mar­nuj­my cza­su. – Zro­bi­łam krok do przo­du, przej­mu­jąc od sio­stry igłę. Na­stęp­nie szyb­ko się­gnę­łam po jed­ną z dwóch kar­tek.

– Pod­pal ją, mó­wiąc: niech two­ja moc spły­nie jak świa­tło na zie­mię. Tak się sta­nie.

Naj­pierw bar­dzo de­li­kat­nie na­kłu­łam opusz­kę pal­ca wska­zu­ją­ce­go. Gdy uka­za­ła się kro­pla krwi, prze­nio­słam ją na pa­pier.

– Niech two­ja moc spły­nie jak świa­tło na zie­mię. Tak się sta­nie – oznaj­mi­łam.

Kart­ka za­ję­ła się ogniem, więc odło­ży­łam ją na me­ta­lo­wą tacę.

– Nie! – Pa­nicz­ny krzyk w wy­ko­na­niu Tiny wdarł się do mo­ich uszu, aż chcia­łam je za­tkać. – Zga­ście kart­kę! Nie może…

Od­wró­ci­łam się do przy­ja­ciół­ki, któ­ra z prze­ra­że­niem w oczach wpa­try­wa­ła się w pło­ną­cy pa­pier.

– Co jest? – spy­ta­łam.

– Po­my­li­ły­śmy kart­ki. Ja mam two­ją. – Unio­sła pa­pier, na któ­rym wid­nia­ły czte­ry li­nij­ki „Bla, bla, bla…”.

Po­mył­ka nie zro­bi­ła na mnie szcze­gól­ne­go wra­że­nia, ale wi­dząc, jak twarz przy­ja­ciół­ki bled­nie, a po chwi­li wszyst­ko, co mia­ła w rę­kach, upa­da na pod­ło­gę, zro­zu­mia­łam, że to nie przej­dzie bez echa.

– Ups… – Cer­ri mia­ła tyl­ko tyle do po­wie­dze­nia.

– Tina, to prze­cież za­ba­wa. Sama mó­wi­łaś, że w to nie wie­rzysz.

– Hay­den Col­lins… – wy­szep­ta­ła, osu­wa­jąc się na sofę. – Te­raz może za­in­te­re­so­wać się tobą.

– Nie ga­daj głu­pot.

– Si­nann, kim jest ten ta­jem­ni­czy „Bla, bla, bla…”? – Cer­ri pró­bo­wa­ła za­żar­to­wać, ale jej nie wy­szło.

Po­sła­łam sio­strze gniew­ne spoj­rze­nie.

– Tina. – Usia­dłam obok dziew­czy­ny. – To, co tu ro­bi­my, jest wy­łącz­nie głu­pią za­ba­wą. Na­wet je­że­li ty spa­li­ła­byś kart­kę z Hay­de­nem Col­lin­sem, on na­gle nie zwró­cił­by na cie­bie uwa­gi wy­łącz­nie przez urok. Je­że­li je­steś nim za­in­te­re­so­wa­na, za­ga­daj do nie­go.

– Wi­dzia­łaś, ja­kie dziew­czy­ny się przy nim krę­cą. Nie mam z nimi szans. To spor­to­wiec, leci tyl­ko na naj­ład­niej­sze.

– To my już pój­dzie­my. – Cer­ri za­czę­ła się wy­co­fy­wać w stro­nę ko­ry­ta­rza.

Mia­łam ocho­tę wy­tar­gać obie moje sio­stry za ich rude kła­ki. Gdy­by nie one, nie do­szło­by do tej ab­sur­dal­nej sy­tu­acji.

– To­bie ni­cze­go nie bra­ku­je. Każ­da z nas może się wy­pin­drzyć, wło­żyć ob­ci­słą su­kien­kę i za­cząć krę­cić tył­kiem ni­czym kacz­ka swo­im ku­prem.

– My­ślisz, że po­win­nam zmie­nić gar­de­ro­bę? – Otwo­rzy­ła sze­rzej oczy. – Nie lu­bię ob­ci­słych ma­te­ria­łów, ale mogę się po­świę­cić. Za­pi­szę się na prze­dłu­że­nie rzęs i…

– Nie o to mi cho­dzi­ło, głup­ta­sie. Mam na my­śli to, że ty też je­steś ślicz­na i masz zgrab­ne cia­ło. Po pro­stu nie je­steś aten­cjusz­ką. Poza tym skąd wiesz, że Hay­den Col­lins jest faj­nym fa­ce­tem? Może to próż­ny du­pek, któ­ry ma tyl­ko ład­ną bu­zię.

– I cia­ło. Wi­dzia­łam go bez ko­szul­ki. – Uśmiech­nę­ła się, a mi nie­co ulży­ło. – Masz ra­cję. To była tyl­ko głu­pia za­ba­wa. Wra­caj­my do oglą­da­nia se­ria­lu. Mam ocho­tę po­pa­trzeć na ja­kichś przy­stoj­nia­ków. Przy­ja­ciel głów­ne­go bo­ha­te­ra to nie­złe cia­cho.

Moja Tina wró­ci­ła.

– Ja tam wolę tego, co jest czar­nym cha­rak­te­rem. – Zła­pa­łam ją za rękę i po­cią­gnę­łam z po­wro­tem do po­ko­ju na pię­trze.

Rozdział 2

Sinann

W my­ślach prze­klę­łam samą sie­bie. Za­ci­ska­łam moc­no usta, aby nie wy­szły przez nie sło­wa, przez któ­re lu­dzie we­zmą mnie za wa­riat­kę – w koń­cu nikt nor­mal­ny nie mówi sam do sie­bie. Moje ra­mio­na za­czę­ły się bun­to­wać od cię­ża­ru ksią­żek, a wszyst­ko to dla­te­go, że nie chcia­ło mi się po­szu­kać ma­te­ria­ło­wej tor­by w ba­gaż­ni­ku. Ma­new­ro­wa­łam mię­dzy stu­den­ta­mi, któ­rych ro­ze­śmia­ne twa­rze tyl­ko do­dat­ko­wo mnie iry­to­wa­ły.

Za­trzy­ma­łam się, by prze­su­nąć bro­dą książ­kę, któ­ra stop­nio­wo zsu­wa­ła się ze szczy­tu ster­ty w mo­ich rę­kach. Na­gle po­czu­łam moc­ne ude­rze­nie w gło­wę, a na­stęp­nie za­pa­no­wa­ła ciem­ność.

Cięż­kie po­wie­ki nie chcia­ły się roz­chy­lić. Mu­sia­łam po­wal­czyć z nimi siłą woli. Kie­dy mi się uda­ło, do­strze­głam nad sobą czy­jąś twarz. Nie mia­łam po­ję­cia, co się wy­da­rzy­ło, ale mo­głam przy­pusz­czać, że tra­fi­łam do nie­ba i wła­śnie wi­tał mnie je­den z anio­łów. Wi­sia­ła nade mną przy­stoj­na mę­ska twarz. Jej de­li­kat­ne rysy z sub­tel­nie za­ry­so­wa­ną szczę­ką spra­wi­ły, że przy­jem­nie się na nią pa­trzy­ło. Nor­mal­nie nie zwra­ca­łam uwa­gi na ko­lor tę­czó­wek, jak dla mnie były mało zna­czą­cym de­ta­lem, lecz tym ra­zem nie spo­sób było je prze­ga­pić. Ja­sno­sza­ra bar­wa kon­tra­sto­wa­ła z in­ten­syw­nie czar­ną otocz­ką. Usta męż­czy­zny – o ile anio­ła moż­na było na­zwać męż­czy­zną – rów­nież były ład­ne i chy­ba po­win­ny wy­do­by­wać się z nich ja­kieś dźwię­ki, bo po­ru­sza­ły się ener­gicz­nie, lecz ja nic nie sły­sza­łam.

Se­kun­dy bło­go­ści szyb­ko ustą­pi­ły na rzecz bólu gło­wy. Zde­cy­do­wa­nie coś było nie tak.

– Po­wiedz coś, abym wie­dział, że nie do­zna­łaś uszko­dze­nia mó­zgu.

Nie by­łam pew­na, ale chy­ba głos wy­do­stał się z ust anio­ła. Choć przez tęt­nią­cy ból w mo­jej gło­wie tra­ci­łam na­dzie­ję, że zna­la­złam się w nie­bie – tam chy­ba po­win­no być przy­jem­nie.

Za­ci­snę­łam moc­no oczy. Gdy je otwo­rzy­łam, po­wo­li pod­nio­słam się do sia­du. Ro­zej­rza­łam się, do­strze­ga­jąc ga­pią­cych się na mnie lu­dzi. Wszy­scy, z wy­jąt­kiem sza­ro­okie­go, trzy­ma­li się na dy­stans.

– Co się sta­ło? – spy­ta­łam zdez­o­rien­to­wa­na.

– Do­sta­łaś w gło­wę pił­ką do ko­sza, i to cał­kiem moc­no – po­wie­dział, gdy ukuc­nął przede mną.

Mój umysł w koń­cu za­czął nor­mal­nie pra­co­wać, więc do­tar­ło do mnie, że chło­pak nie był anio­łem, a ja, za­miast prze­cho­dzić przez nie­biań­ską bra­mę, sie­dzia­łam na tra­wie kam­pu­su uni­wer­sy­tec­kie­go. Książ­ki, któ­re za­mie­rza­łam zwró­cić do bi­blio­te­ki, zo­sta­ły roz­rzu­co­ne wo­kół mnie, tak jak za­war­tość mo­jej tor­by.

– We­zwać po­go­to­wie?

Mój wzrok wró­cił do chło­pa­ka. Za­miast od­po­wie­dzieć, wy­da­łam z sie­bie gło­śny krzyk, któ­ry ustał, do­pie­ro gdy za­kry­łam usta dło­nią. Pa­trzy­łam na Hay­de­na Col­lin­sa, a on pa­trzył na mnie. Ja­kim cu­dem nie za­uwa­ży­łam tego wcze­śniej?

– Si­nann, wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał.

– Skąd znasz moje imię? Skąd w ogó­le się tu wzią­łeś? – wy­rzu­ci­łam z sie­bie oskar­ży­ciel­sko.

Wpa­try­wa­łam się w chło­pa­ka ni­czym w zja­wę z kosz­ma­ru. Wró­ci­ły do mnie wspo­mnie­nia z ostat­nie­go wie­czo­ru, a kon­kret­nie głu­pia za­ba­wa z uro­kiem, za któ­rą sta­ły moje sio­stry.

Gwał­tow­nie pod­nio­słam się do pio­nu. Zro­bi­łam to za szyb­ko, bo za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, a moja czasz­ka za­pul­so­wa­ła nie­przy­jem­nie.

– To prze­ze mnie do­sta­łaś pił­ką. Gra­li­śmy z chło­pa­ka­mi i wło­ży­łem za dużo siły w rzut. – Prze­su­nął dło­nią po brą­zo­wych wło­sach.

Obej­rza­łam się za sie­bie, gdzie za wy­so­ką – wi­docz­nie za mało wy­so­ką – siat­ką roz­cią­ga­ło się bo­isko do ko­szy­ków­ki.

– Znam two­je imię, bo… – Za­wa­hał się. – W koń­cu stu­diu­je­my ra­zem czwar­ty rok. – Chło­pak wy­pro­sto­wał się, przez co moc­no nade mną gó­ro­wał. – Prze­pra­szam. Po­mo­gę ci po­zbie­rać rze­czy i za­pro­wa­dzę do ga­bi­ne­tu le­kar­skie­go.

– Nie! – krzyk­nę­łam, cze­go nie pla­no­wa­łam. Od­sko­czy­łam w tył, aby zwięk­szyć dy­stans mię­dzy nami.

Po­nad trzy lata mi­ja­li­śmy się na sa­lach wy­kła­do­wych i ko­ry­ta­rzach, nie wy­mie­nia­jąc ze sobą ani sło­wa czy na­wet spoj­rze­nia, i aku­rat dziś Hay­den Col­lins mu­siał sta­nąć na mo­jej dro­dze. To był zbieg oko­licz­no­ści. Wczo­raj­sze wy­głu­py nie mia­ły z tym nic wspól­ne­go, po­wta­rza­łam w my­ślach.

– Nie po­trze­bu­ję le­ka­rza. Ból prze­cho­dzi, a z tym ba­ła­ga­nem po­ra­dzę so­bie sama.

Za­czę­łam od zbie­ra­nia rze­czy do tor­by.

– Po­mo­gę ci – na­ci­skał. Pod­niósł z traw­ni­ka Mar­ke­ting Phi­li­pa Ko­tle­ra i Ke­vi­na Lane’a Kel­le­ra.

– Nie mu­sisz. – Wy­szar­pa­łam mu książ­kę.

Chcia­łam jak naj­szyb­ciej za­koń­czyć to spo­tka­nie. Na­wet ból nie do­skwie­rał mi tak bar­dzo jak obec­ność tego chło­pa­ka.

– Jest mi strasz­nie głu­pio. – Po­pa­trzył na mnie ze skru­chą, co nie pa­so­wa­ło do wiecz­nie pew­ne­go sie­bie spoj­rze­nia, z któ­rym go ko­ja­rzy­łam. – Chcę ci to ja­koś zre­kom­pen­so­wać.

– Nie ma ta­kiej po­trze­by.

– Nie­siesz te książ­ki do bi­blio­te­ki? – Nie od­pusz­czał.

– Tak. – Się­gnę­łam po ko­lej­ną lek­tu­rę.

– W ta­kim ra­zie od­nio­sę je za cie­bie.

Col­lins był szyb­szy, bo nim zdą­ży­łam od­mó­wić, on już trzy­mał w rę­kach trzy książ­ki.

Iry­to­wa­ło mnie jego za­cho­wa­nie. Nie po­trze­bo­wa­łam po­mo­cy, zwłasz­cza od nie­go. Chcia­łam, aby się ode mnie od­cze­pił, i wi­dzia­łam tyl­ko jed­ną dro­gę, jak to osią­gnąć.

– Do­brze. Od­nieś za mnie książ­ki do bi­blio­te­ki. – Wci­snę­łam mu te, któ­re sama trzy­ma­łam. – Przyj­mu­ję two­je prze­pro­si­ny i ży­czę mi­łe­go dnia. – Za­rzu­ci­łam tor­bę na ra­mię i szyb­kim kro­kiem ru­szy­łam przez kam­pus.

Skrzy­wi­łam się, gdy przy­po­mnia­łam so­bie, jak w chwi­li sła­bo­ści roz­pły­wa­łam się nad twa­rzą Col­lin­sa. Nie był żad­nym anio­łem, tyl­ko chło­pa­kiem, któ­ry odzie­dzi­czył do­bre geny i chęt­nie to wy­ko­rzy­sty­wał.

Do­tar­łam do auli, w któ­rej mia­łam za­ję­cia z mar­ke­tin­gu. Do­pie­ro gdy się wy­ci­szy­łam, po­czu­łam, że ból gło­wy jed­nak nie mi­nął. Nie był tra­gicz­ny, ale si­niak, któ­ry for­mu­je się po pra­wej czę­ści mo­jej czasz­ki, jesz­cze dłu­go bę­dzie mi przy­po­mi­nał o tym, co się wy­da­rzy­ło.

Ko­lej­ne za­ję­cia mia­łam z Tiną. Cze­ka­ła na mnie w jed­nym ze środ­ko­wych rzę­dów du­żej auli.

– Cześć – przy­wi­ta­łam się.

Za­mie­rza­łam po­mi­nąć wą­tek o tym, co się sta­ło. Wo­la­łam nie ku­sić losu i nie wspo­mi­nać przy­ja­ciół­ce o Col­lin­sie.

– W nocy spo­ro my­śla­łam o… – ro­zej­rza­ła się, w koń­cu ota­cza­ło nas spo­ro osób – chło­pa­ku od uro­ku. Są tyl­ko dwa wyj­ścia: albo do nie­go za­ga­dam, albo go so­bie od­pusz­czę.

– Świet­na myśl.

– Mamy ra­zem kil­ka za­jęć, więc mu­szę tyl­ko po­szu­kać pre­tek­stu, aby do nie­go po­dejść. Może uda mi się być z nim w jed­nej gru­pie przy ja­kimś pro­jek­cie lub… – Urwa­ła, za­wie­sza­jąc wzrok na czymś po mo­jej pra­wej.

Po­wę­dro­wa­łam za jej spoj­rze­niem, aż na­tra­fi­łam na Col­lin­sa. Stał przy wej­ściu do na­sze­go rzę­du, czy­li tuż obok, wpa­tru­jąc się we mnie z lek­kim uśmie­chem.

– Mel­du­ję, że od­da­łem wszyst­kie książ­ki. Jak gło­wa?

– Dzię­ki – wy­du­ka­łam. – Z gło­wą do­brze. – Zwró­ci­łam się w kie­run­ku przo­du auli, gdzie pro­wa­dzą­cy roz­pa­ko­wy­wał się przy biur­ku.

Chło­pak na­dal stał przy mnie, nie ro­zu­mie­jąc, że chcia­łam go spła­wić.

– Mogę tu usiąść? – Miał na my­śli miej­sce, na któ­rym sta­ła moja tor­ba.

– Nie.

Usły­sza­łam szept ma­ją­cy swo­je źró­dło za mo­imi ple­ca­mi. Pa­dło w nim na­zwi­sko chło­pa­ka oraz „ta ruda”, co ty­czy­ło się mnie.

– Sza­now­ni pań­stwo – za­czął pro­wa­dzą­cy.

Na szczę­ście Col­lins tym ra­zem za­ła­pał moją alu­zję i ru­szył scho­da­mi do wyż­szych rzę­dów, gdzie za­zwy­czaj sie­dział ra­zem ze swo­ją kli­ką.

– Co to było? – Tina bar­dzo moc­no chwy­ci­ła mnie za lewą dłoń. – Dla­cze­go Hay­den Col­lins od­niósł two­je książ­ki i py­tał o gło­wę?

Chcia­łam się sku­pić na za­ję­ciach, bo na­le­ża­ły do jed­nych z naj­cie­kaw­szych w tym se­me­strze. Pro­wa­dzą­cy ana­li­zo­wał suk­ce­sy i po­raż­ki ame­ry­kań­skich przed­się­biorstw na re­al­nych przy­kła­dach. Nie był wy­łącz­nie teo­re­ty­kiem, ale rów­nież prak­ty­kiem, po­nie­waż na co dzień pra­co­wał w fir­mie do­radz­twa stra­te­gicz­ne­go.

– Si­nann… – wy­szep­ta­ła Tina, przy­su­wa­jąc się bar­dzo bli­sko.

– Do­sta­łam pił­ką w gło­wę. Chy­ba stra­ci­łam przy­tom­ność. Gdy się ock­nę­łam, Col­lins stał nade mną. Chciał się zre­kom­pen­so­wać, więc za­niósł mi książ­ki do bi­blio­te­ki. Ko­niec – wy­rzu­ci­łam z sie­bie na jed­nym od­de­chu. – A te­raz ci­sza, bo chcę słu­chać.

Przez ko­lej­ny kwa­drans czu­łam na so­bie spoj­rze­nie przy­ja­ciół­ki. Kil­ka razy otwo­rzy­ła usta, aby coś do mnie po­wie­dzieć, lecz szyb­ko je za­mknę­ła. W koń­cu od­pu­ści­ła i sku­pi­ła się na wy­kła­dzie.

– Do­sta­nie­cie za­da­nie do zro­bie­nia na przy­szłe za­ję­cia – oświad­czył pro­wa­dzą­cy. – Bę­dzie­cie mu­sie­li prze­ana­li­zo­wać, a na­stęp­nie opi­sać po­wo­dy ban­kruc­twa da­ne­go przed­się­bior­stwa. Nie są to fir­my re­al­ne, choć przy two­rze­niu pro­fi­li za­in­spi­ro­wa­łem się kil­ko­ma przy­kła­da­mi. Po­pra­cu­je­cie w pa­rach. Aby nie było za ła­two, sam was w nie do­bio­rę. Od razu za­zna­czam, nie ma wy­mia­ny. Mu­si­cie na­uczyć się pra­cy z róż­ny­mi ludź­mi. Nu­mer je­den z li­sty uczest­ni­ków za­jęć jest w ze­spo­le z nu­me­rem dwa, nu­mer trzy z nu­me­rem czte­ry i tak da­lej. Gdy skoń­czą się za­ję­cia, bę­dzie­cie mo­gli po­dejść i spraw­dzić, z kim bę­dzie­cie w pa­rze.

Za­pa­no­wa­ło chwi­lo­we po­ru­sze­nie, któ­re pro­wa­dzą­cy szyb­ko opa­no­wał.

– Wiesz, kto jest przed tobą lub po to­bie na li­ście? – spy­ta­ła Tina.

– Przede mną może Le­wis Evans, ale nie je­stem pew­na, czy cho­dzi na te za­ję­cia. – Ro­zej­rza­łam się, lecz ni­g­dzie nie do­strze­głam wspo­mnia­ne­go chło­pa­ka. – Na­to­miast za mną jest Ve­ro­ni­ca Fit­zge­rald. – Blon­dyn­ka sie­dzia­ła dwa rzę­dy przed nami.

Gdy tyl­ko ogło­szo­no za­koń­cze­nie za­jęć, lu­dzie po­de­rwa­li się i ru­szy­li w kie­run­ku biur­ka, na któ­rym le­ża­ła li­sta z na­zwi­ska­mi. Na ra­zie nie było szans, aby się do niej do­stać, więc cier­pli­wie za­cze­ka­ły­śmy, aż w auli się prze­rze­dzi. Na twa­rzach osób, któ­re opusz­cza­ły salę, wi­dzia­łam za­rów­no za­do­wo­le­nie, jak i za­wód. W moim przy­pad­ku, je­śli pa­dło­by na Fit­zge­rald, nie by­ła­bym zła. Pra­co­wa­ły­śmy ra­zem w ze­szłym roku i skoń­czy­ło się to bar­dzo owoc­nym pro­jek­tem.

W koń­cu ze­bra­ły­śmy się z Tiną z za­mia­rem do­tar­cia do biur­ka. Przód się prze­rze­dził, lecz na­pie­ra­ła na nas fala tyl­nych rzę­dów. Po chwi­li by­ły­śmy wręcz pcha­ne, więc na­wet nie było mowy o od­wro­cie.

– Je­stem z Go­odwi­nem – po­wie­dzia­ła Tina. – A ty…

Sama rów­nież zer­k­nę­łam na li­stę. By­łam pa­rzy­stym nu­me­rem, więc zo­stał mi przy­pi­sa­ny wcze­śniej­szy, nie­pa­rzy­sty.

– Col­lins – oświad­czy­ła w tym sa­mym mo­men­cie, gdy mój wzrok tra­fił na to na­zwi­sko.

Jesz­cze raz prze­śle­dzi­łam li­stę od pierw­sze­go nu­me­ru, po czym zro­bi­łam to po­now­nie.

To nie mo­gła być praw­da.

Jak bu­me­rang, po raz ko­lej­ny tego dnia, wró­ci­ło do mnie wspo­mnie­nie z rzu­ca­nia uro­ku.

To nie mia­ło z tym nic wspól­ne­go.

Wzię­łam od­wrót i mało de­li­kat­nie za­czę­łam się prze­dzie­rać do wyj­ścia.

Oczy­wi­ście, że był to zbieg oko­licz­no­ści. Od po­cząt­ku li­sta na te za­ję­cia wy­glą­da­ła wła­śnie w ten spo­sób, więc tak mu­sia­ło być. Tyl­ko dla­cze­go cały czas my­śla­łam o wczo­raj­szych głu­po­tach i o tym, że to ja spa­li­łam kart­kę z imie­niem Hay­de­na Col­lin­sa?

Gdy wy­do­sta­łam się na ko­ry­tarz, ode­szłam jesz­cze ka­wa­łek. Za­trzy­ma­łam się, czu­jąc szarp­nię­cie za T-shirt. Od­wró­ci­łam się, na­po­ty­ka­jąc wzrok przy­ja­ciół­ki, któ­ry mó­wił wię­cej niż sło­wa. Ona rów­nież my­śla­ła o tym, co zro­bi­ły­śmy wczo­raj.

– To nie ma nic wspól­ne­go z tym głu­pim uro­kiem – za­czę­łam. – Mamy do czy­nie­nia ze zwy­kłym zbie­giem oko­licz­no­ści.

– Przez trzy lata nie mie­li­ście ze sobą stycz­no­ści, a dzień po tym, jak rzu­ci­ły­śmy urok, ty rzu­ci­łaś – pod­kre­śli­ła to – na­gle on za­ga­du­je do cie­bie, a te­raz bę­dzie­cie ro­bić ra­zem pro­jekt…

– O ja­kim uro­ku mó­wi­cie?

Col­lins za­trzy­mał się przy nas, a my mo­men­tal­nie za­mil­kły­śmy. Tina, jak za­wsze, na wi­dok chło­pa­ka zro­bi­ła ma­śla­ne oczy. Uśmiech­nę­ła się prze­sad­nie sze­ro­ko ni­czym w re­kla­mie pa­sty do zę­bów.

– Tak so­bie żar­tu­je­my. – Mach­nę­ła ręką, chi­cho­cząc przy tym głup­ko­wa­to.

– Do­brze wi­dzia­łem, że je­ste­śmy ra­zem w pa­rze?

– Tak, ale spo­dzie­wam się, że przez ko­szy­ków­kę nie masz wie­le cza­su na tego typu pro­jek­ty, więc zro­bię go sama. Oczy­wi­ście pod­pi­szę pod nim rów­nież cie­bie. Nie martw się.

– Nie wiem, ja­kie masz do­świad­cze­nie z in­ny­mi spor­tow­ca­mi, ale ja stu­diu­ję, aby się cze­goś na­uczyć. Dla­te­go chcę wziąć udział w tym pro­jek­cie.

– Ona nie ma do­świad­cze­nia z in­ny­mi spor­tow­ca­mi… – pal­nę­ła Tina, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od Col­lin­sa.

Wy­trzesz­czy­łam oczy, a moje ręce ru­szy­ły w kie­run­ku szyi dziew­czy­ny, jed­nak we wła­ści­wym mo­men­cie nad nimi za­pa­no­wa­łam.

– Ju­tro u mnie czy u cie­bie? – Chło­pak wsu­nął dło­nie w kie­sze­nie spodni.

– Ju­tro je­stem za­ję­ta – skła­ma­łam.

– Czym je­steś za­ję­ta?

– No wła­śnie, czym? – Tina po­sta­no­wi­ła prze­te­sto­wać moją cier­pli­wość.

– Do­brze, ju­tro koń­czę za­ję­cia o czwar­tej. Spo­tka­my się w bi­blio­te­ce.

– Chy­ba bar­dzo lu­bisz bi­blio­te­ki? – Uśmiech­nął się, na co Tina ci­cho wes­tchnę­ła.

Zlu­stro­wa­łam Col­lin­sa od góry do dołu i wró­ci­łam do jego twa­rzy. Szu­ka­łam w nim tego, co wi­dzą wszyst­kie he­te­ro­sek­su­al­ne ko­bie­ty.

Tak, był przy­stoj­ny.

Tak, miał ład­ne cia­ło, choć jak na ra­zie wi­dzia­łam go wy­łącz­nie w ubra­niach, ale dłu­gie nogi i roz­bu­do­wa­ne ra­mio­na sta­no­wi­ły do­bry po­czą­tek.

Tak, miał ład­ny uśmiech.

I co da­lej?

Pa­trzy­łam na ład­ne opa­ko­wa­nie, lecz wnę­trze mo­gło nie być już tak cie­ka­we.

Za­wi­bro­wał mój te­le­fon, któ­ry trzy­ma­łam w dło­ni. In­stynk­tow­nie go od­blo­ko­wa­łam i od razu do­strze­głam wia­do­mość od Te­th­ry z li­stą za­ku­pów.

– Po­ży­czę na mo­ment. – Col­lins wy­rwał mi z rąk urzą­dze­nie.

– Ej… – Tyl­ko tyle zdą­ży­łam z sie­bie wy­krztu­sić.

– Za­pi­szę ci swój nu­mer, w ra­zie gdy­by­śmy mie­li ju­tro pro­blem z od­na­le­zie­niem się. – Bez mo­jej zgo­dy sko­rzy­stał z te­le­fo­nu. Wy­jął rów­nież swój, któ­ry za­świe­cił się, gdy za­dzwo­nił ode mnie do sie­bie. – Te­raz nie spła­wisz mnie ła­two, Ever­sto­ne. – Od­dał mi urzą­dze­nie. – Do­bre­go dnia.

– Do­bre­go dnia – od­po­wie­dzia­ła za mnie Tina.

Chło­pak uśmiech­nął się na po­że­gna­nie, po czym do­łą­czył do grup­ki ko­le­gów, któ­rzy cze­ka­li ka­wa­łek da­lej.

– Tyl­ko spró­buj po­wie­dzieć, że nie wie­rzysz w ma­gię. – Tina splo­tła ra­mio­na na pier­si.

– Nie wie­rzę. I ni­g­dy nie uwie­rzę – za­zna­czy­łam ostro.

– W ta­kim ra­zie jak to wy­tłu­ma­czysz?

– Nor­mal­nie. Stu­diu­je­my ra­zem. Już kie­dyś mia­łam być z nim w gru­pie, ale…

– Wy­mie­nił się, bo chciał być z kum­pla­mi – do­koń­czy­ła za mnie.

Nie­waż­ne, co po­wie Tina, ja i tak nie za­mie­rzam uwie­rzyć w ma­gię.

– Zmień­my te­mat. – Nie mo­głam dłu­żej roz­ma­wiać o Hay­de­nie Col­lin­sie. – Idzie­my dziś na spo­tka­nie na­sze­go roku w ba­rze?

– Mo­że­my iść.

Ru­szy­ły­śmy ko­ry­ta­rzem w kie­run­ku auli, gdzie mia­ły­śmy ko­lej­ne za­ję­cia.

– Col­lins na pew­no się po­ja­wi – po­wie­dzia­ła Tina.

Czy każ­dy te­mat mu­siał spro­wa­dzać się do tego chło­pa­ka?

– Tak jak wie­le in­nych osób – za­uwa­ży­łam.

– Czy je­śli oka­że się, że jest tobą za­in­te­re­so­wa­ny, to…

Prze­rwa­łam jej.

– Tina, on nie jest mną za­in­te­re­so­wa­ny. – Za­szłam jej dro­gę. – Nie chce mi się tego po­wta­rzać, ale naj­wy­raź­niej mu­szę. Rzu­ca­nie uro­ku to nic in­ne­go jak głu­pia za­ba­wa. Ma­gia nie ist­nie­je. Cer­ri i Te­th­ra lu­bią się po­wy­głu­piać. My­ślisz, że gdy­by bzde­ty z tych ksiąg były sku­tecz­ne, to obie na­dal by­ły­by sin­giel­ka­mi?

Spoj­rze­nie dziew­czy­ny zdra­dzi­ło, że moje sło­wa po­wo­li za­czę­ły do niej do­cie­rać.

– Ale i tak chy­ba mu­szę od­pu­ścić so­bie Col­lin­sa. – Wes­tchnę­ła cięż­ko. – Ani w auli, ani przed chwi­lą na­wet na mnie nie spoj­rzał.

– Jak uwa­żasz.

Za­czę­ły­śmy ko­lej­ne za­ję­cia, po któ­rych po­szły­śmy na obiad. Cały czas bacz­nie ob­ser­wo­wa­łam oto­cze­nie, aby unik­nąć Col­lin­sa. Mu­sia­łam mak­sy­mal­nie ogra­ni­czyć nasz kon­takt.

Po siód­mej wie­czo­rem wy­lą­do­wa­ły­śmy w ba­rze. Pa­no­wał tłok, bo spo­ro osób z na­sze­go roku po­sta­no­wi­ło wpaść. Lily i Stel­la po­ja­wi­ły się wcze­śniej, więc się do nich do­sia­dły­śmy, a po go­dzi­nie do­łą­czy­li do nas Ja­sper i Leo.

– Si­nann, to praw­da, że ra­zem z sio­stra­mi do­sta­ły­ście imio­na po cel­tyc­kich bo­gi­niach? – Lily ści­szy­ła głos i na­chy­li­ła się do mnie nad sto­li­kiem, jak­by mó­wi­ła o wsty­dli­wej ta­jem­ni­cy. – Tina coś kie­dyś wspo­mnia­ła.

– To praw­da – od­par­łam zdaw­ko­wo. – Moje imię po­cho­dzi od Sion­ny, bo­gi­ni rze­ki. Za­pi­sy­wa­ne było w róż­nych kom­bi­na­cjach, ale ro­dzi­ce zde­cy­do­wa­li się na Si­nann.

– Twoi ro­dzi­ce in­te­re­so­wa­li się po­gań­ski­mi wie­rze­nia­mi?

Nie mia­ła tego na my­śli, ale za­brzmia­ła, jak­by su­ge­ro­wa­ła, że moi ro­dzi­ce w każ­dą peł­nię czci­li w ogród­ku bo­gi­nię księ­ży­ca.

– Mój oj­ciec był le­ka­rzem, więc bli­żej było mu do fak­tów i na­uki. Na­to­miast mama pro­wa­dzi­ła ra­zem z bab­cią sklep zie­lar­ski, któ­rym te­raz zaj­mu­ją się moje sio­stry. Żad­ne z nich nie in­te­re­so­wa­ło się cel­tyc­ki­mi wie­rze­nia­mi. To bab­cia za­su­ge­ro­wa­ła te imio­na, a ro­dzi­com się spodo­ba­ły.

Sta­ra­łam się przed­sta­wić moją ro­dzi­nę w jak naj­bar­dziej nor­mal­nym świe­tle. Po­mi­nę­łam wąt­ki o cią­ga­niu po­pio­łem, amu­le­tach, któ­re mia­ły chro­nić mnie przed zły­mi mo­ca­mi, czy o le­cze­niu wszyst­kich cho­rób zio­ła­mi.

Na szczę­ście przy sto­li­ku zro­bi­ło się za­mie­sza­nie, bo Ja­sper zbie­rał za­mó­wie­nia na al­ko­hol, po czym ra­zem z Leo wy­ru­szy­li do baru.

– My­śla­ły­ście już o ko­stiu­mach na Hal­lo­we­en? – spy­ta­ła Stel­la.

– Wi­dzia­łam w se­cond han­dzie… – Tina urwa­ła, gdy wszy­scy sku­pi­li się na gło­śnej gru­pie, któ­ra wła­śnie wkro­czy­ła do lo­ka­lu.

Ni­g­dy nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, dla­cze­go nie­któ­rzy lu­dzie tak bar­dzo pra­gnę­li uwa­gi. Ci, w któ­rych te­raz wpa­try­wa­li się klien­ci baru, wal­czy­li o nią na wszel­kie moż­li­we spo­so­by. Prze­wo­dził im Hay­den Col­lins kro­czą­cy ni­czym król po swo­ich wło­ściach. Obej­mo­wał ra­mie­niem swo­je­go przy­ja­cie­la, Oli­ve­ra Wal­ke­ra, a tuż za nimi szli Lan­don Pre­scott i Jax Ster­ling. Ra­zem two­rzy­li gru­pę na­zy­wa­ną „Czte­re­ma Asa­mi”. Nie mia­ło to nic wspól­ne­go z ich wy­ni­ka­mi w na­uce, a wy­łącz­nie z przy­stoj­ny­mi bu­zia­mi i dużą za­sob­no­ścią port­fe­li ich ro­dzi­ców.

– Tina, mó­wi­łaś coś o se­cond han­dzie. – Sta­ra­łam się wró­cić do roz­mo­wy, bo nie na­le­ża­łam do kół­ka ad­o­ra­cji tej czwór­ki.

– Co? Jak…? – Tina za­mru­ga­ła, jak­bym wy­bu­dzi­ła ją z głę­bo­kie­go snu.

– My­śli­cie, że plot­ki o Wal­ke­rze i Ma­di­son Beer są praw­dą? – Roz­ma­rzo­ne spoj­rze­nie Stel­li zdra­dzi­ło, że ona rów­nież wy­ka­zy­wa­ła nie­zdro­wą fa­scy­na­cję chło­pa­ka­mi. – Spo­ty­ka­li się rok temu? A może na­dal się spo­ty­ka­ją?

– Roz­wa­ża­łam, aby prze­brać się za kró­lo­wą Elż­bie­tę Tu­dor – pal­nę­łam, aby na­sza roz­mo­wa wró­ci­ła na wła­ści­wy tor. – Co my­śli­cie? – Się­gnę­łam po bu­tel­kę z reszt­ką piwa.

– Moim zda­niem po­win­naś wy­brać coś in­ne­go.

Pra­wie się za­dła­wi­łam, gdy przy na­szym sto­li­ku po­ja­wił się Col­lins ze swo­ją świ­tą. Za­kry­łam usta dło­nią, żeby nie opluć sie­dzą­cej na­prze­ciw­ko Lily.

– Po­dob­no była brzyd­ka i do tego dziw­na. Są spe­ku­la­cje, że w rze­czy­wi­sto­ści Elż­bie­ta zmar­ła jako dziec­ko, a jej miej­sce za­jął ja­kiś męż­czy­zna – po­wie­dział Col­lins.

– Nie po­wi­nie­neś wie­rzyć wszyst­kie­mu, co czy­tasz – oświad­czy­łam, gdy już bez­piecz­nie prze­łknę­łam za­war­tość ust.

– Mo­że­my do­łą­czyć? – spy­tał.

Nim zdą­ży­łam od­mó­wić, Hay­den i Oli­ver za­ję­li miej­sca Ja­spe­ra i Leo, a Lan­don wraz z Ja­xem przy­su­nę­li so­bie krze­sła. Mię­dzy nami za­pa­no­wa­ła ci­sza. Ba­daw­cze spoj­rze­nia krą­ży­ły przy sto­li­ku. Chy­ba tyl­ko Col­lins wie­dział, co wła­ści­wie tu ro­bił, dla­te­go to wła­śnie on prze­ła­mał mil­cze­nie.

– Wszyst­kie stu­diu­je­cie za­rzą­dza­nie?

– Tak – od­par­ła Stel­la.

– Na czwar­tym roku?

Oczy­wi­ście, że ich nie ko­ja­rzył.

– Tak.

W prze­ci­wień­stwie do mo­ich ko­le­ża­nek, któ­re wy­da­wa­ły się onie­śmie­lo­ne, ja za­czę­łam od­czu­wać złość. Nie za­le­ża­ło mi na to­wa­rzy­stwie chło­pa­ka, wręcz mia­łam ocho­tę po­wie­dzieć, aby so­bie po­szedł, zwłasz­cza że lu­dzie za­czy­na­li się na nas ga­pić.

– Przy­nie­śli­śmy… – Leo urwał, gdy zo­ba­czył, że skład sto­li­ka nie­co się zmie­nił.

– Świet­nie, sta­ry. – Wal­ker wstał i za­czął opróż­niać tacę z piw, roz­da­jąc naj­pierw każ­dej z nas, a dwie ostat­nie bu­tel­ki sta­wia­jąc przed Col­lin­sem i Pre­scot­tem. – Przy­nie­ście jesz­cze dwa.

Po­mi­mo że Leo był zdez­o­rien­to­wa­ny tym, co się wy­da­rzy­ło, to i tak od­szedł, aby speł­nić po­le­ce­nie Wal­ke­ra. Ja­sper ru­szył za nim.

– Nie – oświad­czy­łam gło­śno, wsta­jąc na rów­ne nogi. – Oni sami się ob­słu­żą. Wra­caj­cie. Poza tym te miej­sca na­le­żą do was. – Wska­za­łam na krze­sła za­ję­te przez Hay­de­na i Oli­ve­ra. – Chy­ba po­win­ni­ście pójść do sto­li­ka swo­ich zna­jo­mych – zwró­ci­łam się do in­tru­zów.

Mój sta­now­czy głos za­trzy­mał Leo i Ja­spe­ra, któ­rzy z jesz­cze więk­szym skon­fun­do­wa­niem wpa­try­wa­li się to we mnie, to w Wal­ke­ra.

– To wła­śnie jest sto­lik na­szych zna­jo­mych. – Hay­den ob­da­rzył mnie dziw­nie ła­god­nym spoj­rze­niem.

– Od kie­dy je­ste­śmy wa­szy­mi zna­jo­my­mi? – Nie­co ści­szy­łam głos, aby nie ro­bić przed­sta­wie­nia, choć na to było już za póź­no.

Col­lins rów­nież wstał, jak­by chciał pod­kre­ślić swo­je po­nad sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Dzie­lił nas blat sto­łu, choć mia­łam wra­że­nie, jak­by znaj­do­wał się zde­cy­do­wa­nie bli­żej.

– Od te­raz. – Uśmiech­nął się, cze­mu akom­pa­nio­wa­ły wes­tchnię­cia mo­ich ko­le­ża­nek.

Po­czu­łam na so­bie cię­żar spoj­rzeń nie tyl­ko osób przy na­szym sto­li­ku, ale rów­nież więk­szo­ści lu­dzi w ba­rze. Col­lins i jego kum­ple byli kimś w ro­dza­ju ce­le­bry­tów na na­szym wy­dzia­le – nie mam po­ję­cia dla­cze­go. Tam, gdzie się po­ja­wia­li, sta­no­wi­li cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, a więc i ja zna­la­złam się w polu ich ra­że­nia.

– Mo­że­my po­roz­ma­wiać na osob­no­ści? – Po­sła­łam chło­pa­ko­wi moc­ne spoj­rze­nie.

– Bar­dzo chęt­nie. – Wska­zał ręką, abym szła pierw­sza.

Z ra­mio­na­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si ode­szłam od sto­li­ka. Ro­zej­rza­łam się po lo­ka­lu, lecz nie do­strze­głam za­cisz­ne­go miej­sca, któ­re­go nie do­się­gnę­ły­by spoj­rze­nia ga­piów. Dla­te­go po­pro­wa­dzi­łam nas przed lo­kal. Ode­szli­śmy ka­wa­łek, po czym od­wró­ci­łam się do chło­pa­ka.

– O co ci cho­dzi? Przez trzy lata na­wet nie za­mie­ni­li­śmy ze sobą sło­wa, a te­raz za­cho­wu­jesz się, jak­by­śmy byli naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi. Nie mu­sisz mi ni­cze­go re­kom­pen­so­wać za to, co wy­da­rzy­ło się rano – wy­rzu­ci­łam z sie­bie.

– Nie lu­bisz po­zna­wać no­wych lu­dzi?

– Lu­bię, ale…

– To dla­cze­go nie mo­że­my się le­piej po­znać? – Zro­bił krok w moją stro­nę, przez co się cof­nę­łam.

– Bo na­zy­wasz się Hay­den Col­lins i ty nie po­zna­jesz się z ta­ki­mi zwy­kły­mi oso­ba­mi jak ja.

– Kto po­wie­dział, że je­steś zwy­kła?

Wy­trzesz­czy­łam oczy.

– Żar­tu­ję, Si­nann. Po­wie­dzia­łaś, bym nie wie­rzył we wszyst­ko, co czy­tam. To ja dam ci radę, abyś nie wie­rzy­ła we wszyst­ko, co sły­szysz.

Przy­glą­da­jąc się mu, zmru­ży­łam lek­ko oczy. Sta­ra­łam się zro­zu­mieć, co do­kład­nie krą­ży­ło mu w my­ślach. Nie wie­rzy­łam w bez­ce­lo­we dzia­ła­nie. Każ­dy z nas robi wszyst­ko po coś. Mamy cel i do nie­go dą­ży­my. Więc jaki cel ma Hay­den Col­lins?

– Czy zro­bi­łem coś nie tak, że sta­rasz się mnie uni­kać? – Po­now­nie zbli­żył się do mnie, więc od­po­wie­dzia­łam kro­kiem w tył. – Poza wy­pad­kiem z pił­ką po­wi­nie­nem mieć u cie­bie czy­stą kar­tę.

Nie spodo­ba­ła mi się in­ten­syw­ność jego spoj­rze­nia. Czu­łam się przy­tło­czo­na, szcze­gól­nie że z ja­kie­goś po­wo­du za­le­ża­ło mu na zmniej­sze­niu dy­stan­su mię­dzy nami. Co­fa­łam się, bo on na­pie­rał od przo­du, aż wpa­dłam na ścia­nę.

– Nic nie zro­bi­łeś, ale…

– Kur­wa! – Jego wzrok uciekł gdzieś w bok.

Coś wy­wo­ła­ło zmia­nę na­stro­ju Hay­de­na, bo za­uwa­ży­łam, jak bar­dzo spię­ły się mię­śnie jego twa­rzy.

– Mu­sisz mi po­móc. – Spoj­rze­nie chło­pa­ka wró­ci­ło do mnie.

– Hay­den! – roz­legł się ko­bie­cy głos.

Chcia­łam się od­su­nąć, lecz Col­lins na­parł na mnie, opie­ra­jąc się dłoń­mi o ścia­nę. Uwię­ził mnie mię­dzy swo­imi ra­mio­na­mi. Zde­cy­do­wa­nie na­ru­szył gra­ni­cę dy­stan­su, jaka po­win­na obo­wią­zy­wać mię­dzy dwie­ma ob­cy­mi oso­ba­mi.

– Co ro­bisz? – spy­ta­łam zdez­o­rien­to­wa­na.

– Si­nann, bar­dzo po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy. Póź­niej ci wy­ja­śnię – wy­szep­tał.

Otwo­rzy­łam sze­rzej oczy, wi­dząc, że usta chło­pa­ka zbli­ża­ją się do mo­ich. Czu­łam jego za­pach, a w źre­ni­cach Hay­de­na mo­głam do­strzec swo­je od­bi­cie.

On za­mie­rzał mnie po­ca­ło­wać.

Od­wró­ci­łam gło­wę w bok, przez co usta chło­pa­ka wy­lą­do­wa­ły na li­nii mo­jej żu­chwy. Nie od­su­nę­ły się, tyl­ko cmok­nę­ły skó­rę. Przez moje cia­ło prze­biegł dziw­ny dreszcz, któ­ry wy­wo­łał gę­sią skór­kę. Nie ba­łam się, więc ja­kie jest jego źró­dło?

– Hay­de­nie Col­lin­sie! Co ty wy­pra­wiasz?

To z mo­ich ust po­win­ny wy­do­być się te sło­wa, lecz wy­po­wie­dzia­ła je ja­kaś bru­net­ka, któ­ra sta­nę­ła tuż za chło­pa­kiem.

Col­lins od­su­nął się, po­sy­ła­jąc mi bła­gal­ne spoj­rze­nie.

– Cześć, Mi­ran­da – zwró­cił się do dziew­czy­ny. – Co ty tu ro­bisz?

Bru­net­ka przyj­rza­ła mi się w nie­przy­jem­ny spo­sób. Zlu­stro­wa­ła mnie od góry do dołu, krzy­wiąc się przy tym. Może nie mia­łam na so­bie kre­mo­wej su­kien­ki le­d­wo za­sła­nia­ją­cej ty­łek i wy­so­kich szpi­lek, ale je­an­sy, bia­ły T-shirt i tramp­ki były ade­kwat­ne do lo­ka­lu, w któ­rym spę­dza­łam wie­czór.

– Przy­szłam do cie­bie. Oli­ver wrzu­cił na In­sta­gram re­la­cję, że wy­bie­ra­cie się do tego baru, więc po­sta­no­wi­łam do­łą­czyć – wy­ja­śni­ła. – Kim jest two­ja zna­jo­ma?

Już mia­łam się ulot­nić, ale Col­lins splótł na­sze dło­nie, wy­cią­ga­jąc mnie do przo­du.

– Mi­ran­do, po­znaj Si­nann. – Jego głos był prze­sad­nie ener­gicz­ny.

– Cześć. – Nie­śmia­ło unio­słam wol­ną dłoń, usi­łu­jąc wy­swo­bo­dzić z uści­sku pra­wą.

– Od ja­kie­goś cza­su spo­tka­my się z Si­nann – oświad­czył ni­czym praw­dę zna­ną ca­łe­mu świa­tu.

Mia­łam wra­że­nie, że zno­wu ktoś ude­rzył mnie czymś cięż­kim. Tak samo się czu­łam, gdy ock­nę­łam się na tra­wie po tym, jak moja gło­wa za­li­czy­ła spo­tka­nie z pił­ką do ko­szy­ków­ki. Dla­te­go li­czy­łam, że się prze­sły­sza­łam.

– Spo­ty­ka­cie się? – Z ust dziew­czy­ny wy­do­by­ło się coś zbli­żo­ne­go do jęku.

– Tak, spo­ty­ka­my się. – Dłoń Col­lin­sa jesz­cze moc­niej za­ci­snę­ła się na mo­jej.

Nie wie­dzia­łam, kto z nas był bar­dziej za­sko­czo­ny: Mi­ran­da, w któ­rej oczach ro­dził się rów­nież gniew, czy ja – z kom­plet­ną pust­ką w gło­wie.

– Spo­ty­kasz się z nią? – Dziew­czy­na z nie­do­wie­rza­niem wska­za­ła na mnie pal­cem.

Z nie­wy­ja­śnio­nych dla mnie po­wo­dów uwa­ża­ła się za lep­szą. Może nie by­łam ob­wie­szo­na mar­ka­mi jak ona, a moje wło­sy nie lśni­ły, jak­bym do­pie­ro co wy­szła od fry­zje­ra, ale nie wi­dzia­łam po­wo­dów, aby pa­trzy­ła na mnie z góry.

– Za­bierz ten pa­lec – po­wie­dzia­łam do bru­net­ki.

– Se­rio, Hay­den? Ona…?

– A niby dla­cze­go nie ja? – Za­dar­łam har­do gło­wę, cie­ka­wa, co ma mi do po­wie­dze­nia.

– Ob­ni­żasz po­ziom – zwró­ci­ła się do nie­go, od­gar­nia­jąc czar­ne pa­sma wło­sów ze swo­je­go ra­mie­nia.

Wku­rza­ła mnie ta wy­pin­drzo­na lala.

– Naj­wy­raź­niej mój po­ziom jest dla nie­go wy­star­cza­ją­cy. – Zła­pa­łam chło­pa­ka za ra­mię, bo mia­łam ocho­tę jej do­piec.

Dziew­czy­na wy­trzesz­czy­ła oczy, moc­no za­ci­ska­jąc przy tym zęby. Po­dej­rze­wa­łam, że pod moc­nym ma­ki­ja­żem jej skó­ra zro­bi­ła się czer­wo­na.

– Nie będę mar­no­wa­ła swo­je­go cza­su, a my jesz­cze so­bie po­roz­ma­wia­my. – Wy­dę­ła usta. – Je­ste­śmy w kon­tak­cie, Hay­den. – Po­de­szła na skraj chod­ni­ka, sta­ra­jąc się przy­wo­łać tak­sów­kę.

Za­cze­ka­li­śmy, aż znik­nie, co na szczę­ście nie trwa­ło dłu­go. Jak tyl­ko od­je­cha­ła, od­sko­czy­łam od chło­pa­ka.

– Co to było? – spy­ta­łam ostro, marsz­cząc brwi.

Col­lins spoj­rzał na mnie z roz­ba­wie­niem błysz­czą­cym w oczach. Jak­by ta cała sy­tu­acja była dla nie­go za­baw­ną grą. Wsu­nął dło­nie do kie­sze­ni czar­nych spodni i rzu­cił nie­dba­le:

– Mi­ran­da de Mont­fort. Ko­bie­ta, któ­ra nie zna sło­wa „nie”. Spo­ty­ka­li­śmy się przez kil­ka mie­się­cy. Roz­sta­li­śmy się, ale ona chy­ba tego nie ro­zu­mie.

– Na przy­szłość: nie wy­ko­rzy­stuj mnie w swo­ich po­ra­chun­kach z byłą.

– Czy­li mamy ja­kąś przy­szłość, pan­no Ever­sto­ne? – Ką­cik jego ust po­wę­dro­wał w górę.

Spo­sób, w jaki to po­wie­dział, był mie­szan­ką pew­no­ści sie­bie i drwi­ny. Bar­dzo pra­co­wał na to, aby do­pro­wa­dzić moją cier­pli­wość na skraj wy­trzy­ma­ło­ści.

– Je­steś dziw­ny.

– Sły­sza­łem wie­le na swój te­mat, ale tego jesz­cze nie.

– Masz po­wie­dzieć jej praw­dę. Wy­glą­da na taką, co bę­dzie drą­żyć, a ja wię­cej nie za­mie­rzam brać udzia­łu w two­im te­atrzy­ku. Nie chcę, aby kto­kol­wiek my­ślał, że się spo­ty­ka­my.

– Dla­cze­go nie mo­że­my się spo­ty­kać?

– Od­bi­ło ci?! – krzyk­nę­łam, nie zwa­ża­jąc na to, że nie by­li­śmy sami przed lo­ka­lem. – Jesz­cze dzie­sięć go­dzin temu prak­tycz­nie się nie zna­li­śmy.

– Ży­cie jest krót­kie. Po co mar­no­wać je na nie­po­trzeb­ne eta­py? – Chciał się do mnie zbli­żyć, ale go omi­nę­łam i ru­szy­łam w kie­run­ku wej­ścia do baru.

Nie na­dą­ża­łam za tym, co się dzia­ło. Hay­den Col­lins był wa­ria­tem, któ­ry na oślep pę­dził przed sie­bie, albo… rzu­co­ny na nie­go urok za­dzia­łał… Dru­ga opcja była nie­praw­do­po­dob­na. Nie chcia­łam w nią wie­rzyć, ale jak ina­czej na­le­ża­ło wy­tłu­ma­czyć jego za­cho­wa­nie?

Mu­sia­łam się otrzą­snąć, bo mój umysł za­czę­ły in­fe­ko­wać bzdu­ry.

Wró­ci­łam do baru z za­mia­rem ode­sła­nia Col­lin­sa i jego ko­le­gów do in­ne­go sto­li­ka. Po­ja­wi­łam się za póź­no, bo ci roz­prze­strze­ni­li swo­je mac­ki na mo­ich zna­jo­mych. Ro­ze­śmia­na Tina sta­ła przy ba­rze w to­wa­rzy­stwie Oli­ve­ra, się­ga­jąc po ko­lej­ne­go szo­ta te­qu­ili. Lily z książ­ką do eko­no­mii tłu­ma­czy­ła coś Ja­xo­wi, na­to­miast Stel­la, Ja­sper i Leo wraz z Lan­do­nem gra­li w rzut­ki.

– Chy­ba twoi zna­jo­mi do­brze się ba­wią w to­wa­rzy­stwie mo­ich przy­ja­ciół… – Col­lins po­ja­wił się tuż za mo­imi ple­ca­mi. – My też mo­że­my się ra­zem do­brze ba­wić – wy­szep­tał mi do ucha.

Mach­nę­łam ręką, aby się od­su­nął.

– Tina! – krzyk­nę­łam do przy­ja­ciół­ki i po­de­szłam do niej. – Może zmie­ni­my lo­kal? Zro­bi­ło się… tłocz­no.

Col­lins ni­czym mój cień sta­nął obok.

– No co ty… Jest su­per. Oli­ver wła­śnie opo­wia­dał mi o im­pre­zie hal­lo­we­eno­wej. Mamy za­pro­sze­nie. – Jej wzrok spo­czął na Col­lin­sie.

– Świet­nie – oznaj­mi­łam bez en­tu­zja­zmu.

– Po­dob­no masz do­bre no­tat­ki z mar­ke­tin­gu. Po­ży­czysz? – Wal­ker uśmiech­nął się prze­sad­nie sze­ro­ko.

– Nie – od­par­łam od razu. – Nie je­stem two­ją asy­stent­ką. Było cho­dzić na wy­kła­dy i no­to­wać.

– Sien­na, nie daj się pro­sić.

– Si­nann – po­pra­wi­łam go. – Naj­pierw na­ucz się mo­je­go imie­nia, a po­tem proś o no­tat­ki.

– Ale z cie­bie zło­śni­ca. To idzie w pa­rze z ko­lo­rem wło­sów?

– A two­ja pu­sta gło­wa idzie w pa­rze ze wzro­stem? Naj­wy­raź­niej całą ener­gię or­ga­nizm mu­siał prze­zna­czyć na dłu­gie nogi, bo na umysł nic nie zo­sta­ło.

W prze­ci­wień­stwie do mnie chło­pak wy­glą­dał, jak­by do­brze się ba­wił. Cały czas uśmie­chał się głup­ko­wa­to.

– Ro­zejść się do na­roż­ni­ków. – Col­lins sta­nął po­mię­dzy nami.

Po­czu­łam moc­ny uścisk pra­wej dło­ni, a gdy na nią spoj­rza­łam, do­strze­głam pal­ce Tiny kur­czo­wo ucze­pio­ne mo­ich. Jej oczy mó­wi­ły jesz­cze wię­cej. Nie by­łam pew­na, co do­kład­nie ko­mu­ni­ko­wa­ły, ale chy­ba chcia­ła, bym za­mil­kła.

Na­gle mnie olśni­ło. Tina szu­ka­ła spo­so­bu, aby Col­lins ją za­uwa­żył, i wła­śnie zy­ska­ła taką szan­sę.

– Za­raz wra­cam, mu­szę coś za­ła­twić – po­wie­dzia­łam już zde­cy­do­wa­nie spo­koj­niej. Głu­pek Wal­ker zszedł na dru­gi, je­śli nie na trze­ci plan.

Od­da­li­łam się w kie­run­ku Ja­spe­ra gra­ją­ce­go w rzut­ki. Chwy­ci­łam go za nad­gar­stek, od­cią­ga­jąc na bok.

– Gdy Wal­ker do was po­dej­dzie, spraw, aby do­łą­czył do gry – za­żą­da­łam.

– Nie po­trze­bu­je­my ko­lej­ne­go gra­cza.

– To zrób tak, aby­ście po­trze­bo­wa­li. – Na­ci­ska­łam spoj­rze­niem.

Gdy chcia­łam, po­tra­fi­łam być bar­dzo prze­ko­nu­ją­ca.

Zo­sta­wi­łam chło­pa­ka z za­da­niem i wró­ci­łam do Tiny, któ­ra nie si­ląc się na dys­kre­cję, wpa­try­wa­ła się w Col­lin­sa ni­czym w dzie­ło sztu­ki.

– Po­dob­no Lan­don cze­goś od cie­bie chce. – Wska­za­łam gło­wą grup­kę gra­ją­cą w rzut­ki.

– Ode mnie? – Wal­ker wska­zał na sie­bie pal­cem.

– Tak, od cie­bie.

– Okej. – Wzru­szył ra­mio­na­mi i od­da­lił się od nas.

– Sio­stra do mnie dzwo­ni­ła, więc na chwi­lę wyj­dę na ze­wnątrz, bo tu­taj nic nie sły­chać – skła­ma­łam i wy­szło mi to bar­dzo wia­ry­god­nie.

Je­że­li tych dwo­je zo­sta­nie sa­mych, Tina otrzy­ma szan­sę, aby za­in­te­re­so­wać sobą Hay­de­na. Bar­dzo li­czy­łam na jej sku­tecz­ność. La­ty­no­ska uro­da po­tra­fi­ła zdzia­łać cuda. Ni­cze­go jej nie bra­ko­wa­ło, a je­dy­nym pro­ble­mem było jej ob­se­syj­ne spoj­rze­nie sku­pio­ne na chło­pa­ku. Trzy­ma­łam kciu­ki, aby się opa­mię­ta­ła.

Wy­szłam z baru, uda­jąc, że roz­ma­wiam przez te­le­fon.

Za­mie­rza­łam dać im wię­cej cza­su niż pięć mi­nut, więc ode­szłam ka­wa­łek da­lej i usia­dłam na ław­ce przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go. Od­pa­li­łam naj­now­szy od­ci­nek se­ria­lu, na któ­ry cze­ka­łam cały ty­dzień, i wkrę­ci­łam się w ko­lej­ną zbrod­nię, jaką mie­li do roz­wią­za­nia bo­ha­te­ro­wie.

Od ekra­nu ode­rwał mnie do­pie­ro gło­śny śmiech. Unio­słam gło­wę, do­strze­ga­jąc dwie dziew­czy­ny z mo­je­go roku prze­bie­ga­ją­ce przez uli­cę. Jed­na z nich zgu­bi­ła but i chy­ba wła­śnie to było przed­mio­tem ich roz­ba­wie­nia.

Uzna­łam, że trzy­dzie­ści mi­nut se­ria­lu po­win­no Ti­nie wy­star­czyć, więc wró­ci­łam do baru, aby spraw­dzić, jak ma się sy­tu­acja. Ro­zej­rza­łam się po wnę­trzu, nie za­staw­szy jej przy ba­rze. Nie było tam rów­nież Col­lin­sa. W za­sa­dzie to ni­g­dzie ich nie do­strze­głam, tak samo jak jego kum­pli.

– Wi­dzia­ły­ście Tinę? – spy­ta­łam Stel­lę sie­dzą­cą przy na­szym sto­li­ku w to­wa­rzy­stwie Ja­spe­ra i Leo.

– Jest w ła­zien­ce. Źle się po­czu­ła.

Nie taki był plan.

– A Col­lins i resz­ta?

– Oko­ło dwu­dzie­stu mi­nut temu wy­szli z baru.

– Co?!

– Po­szli na ja­kąś im­pre­zę i tyle. – Jej głos su­ge­ro­wał, że nie była z tego po­wo­du za­do­wo­lo­na. – Szko­da, że nie za­bra­li nas ze sobą.

Dal­sza część wie­czo­ru upły­nę­ła mi na od­ho­lo­wa­niu Tiny do jej miesz­ka­nia i na po­wro­cie do domu. Gdy zna­la­złam się w swo­jej sy­pial­ni, by­łam na tyle zmę­czo­na, że je­dy­nie wzię­łam szyb­ki prysz­nic, a na­stęp­nie po­ło­ży­łam się do łóż­ka. Wy­star­czy­ło kil­ka mi­nut, abym za­snę­ła.

Rozdział 3

Hayden

Szat­nia była ci­cha jak za­wsze pod­czas po­ran­nych tre­nin­gów. Chło­pa­ki za­spa­ni, nie­któ­rzy ska­co­wa­ni, więc dzia­ła­li w try­bie au­to­pi­lo­ta. Pa­trick na­wet nie po­ra­dził so­bie z za­wią­za­niem sznu­ró­wek bu­tów, więc zro­bił su­peł i wsu­nął je do środ­ka.

Za­baw­nie pa­trzy­ło się na nich, gdy było się wy­po­czę­tym.

Dla mnie ko­szy­ków­ka była na pierw­szym miej­scu. Kil­ka lat temu mia­łem pro­blem z usta­le­niem prio­ry­te­tów, lecz ten etap uzna­ję za chwi­lo­we tur­bu­len­cje, któ­re już ni­g­dy mia­ły się nie po­wtó­rzyć.

Do­pie­ro pod­czas roz­grzew­ki pa­dły pierw­sze żar­ty i ty­po­we dla nas do­cin­ki, dziś do­ty­czą­ce wiel­kiej ma­lin­ki na szyi Mi­cha­ela.

– Za­ssał cię ja­kiś glo­no­jad? – za­py­tał prze­śmiew­czo Oli­ver.

Wszy­scy wy­bu­chli­śmy śmie­chem.

– Za­zdro­ścisz, Wal­ker? – Mi­cha­el po­ka­zał mu środ­ko­wy pa­lec.

– To za­le­ży, czy była to ta mała Bar­bie z pra­wa, czy La­ty­no­ska z du­żym tył­kiem z klu­bu.

Zna­łem Wal­ke­ra i wie­dzia­łem, że żad­na z opcji nie była do­bra dla Mi­cha­ela. Pod­pusz­czał go.

Bar­bie, o któ­rej wspo­mniał, wpa­dła w oko Vásqu­ezo­wi, więc ten wy­ostrzył słuch, uda­jąc, że robi przy­sia­dy. Na­to­miast dru­ga dziew­czy­na zo­sta­ła uzna­na przez więk­szość dru­ży­ny za nie­atrak­cyj­ną, więc gdy­by wska­zał na nią, spo­tkał­by się z kpi­ną.

– Nie twój in­te­res – rzu­cił, po czym wbił wzrok w par­kiet, a jego twarz przy­bra­ła ko­lor czer­wie­ni.

– Czy­li La­ty­no­ska…

– Ci­sza! – Tre­ner po­ja­wił się w od­po­wied­nim mo­men­cie. – Wi­dzę, że hu­mo­ry do­pi­su­ją.

Moss nie to­le­ro­wał ga­da­nia pod­czas tre­nin­gów. Wy­ma­gał peł­ne­go sku­pie­nia, bez wy­jąt­ku. Pro­wa­dził dru­ży­nę twar­dą ręką i nie były to pu­ste sło­wa. Kil­ku za­wod­ni­ków prze­ko­na­ło się o tym bo­le­śnie, kie­dy przy­szło na tre­ning z ka­cem albo pod wpły­wem in­nych sub­stan­cji.

Nie mia­łem po­ję­cia, jak to ro­bił, ale wy­czu­wał al­ko­hol z od­le­gło­ści kil­ku me­trów, na­wet je­śli ktoś przed tre­nin­giem wy­szo­ro­wał się pod prysz­ni­cem i dwa razy umył zęby. A gdy w grę wcho­dzi­ło zio­ło, wy­star­czy­ło jed­no jego spoj­rze­nie pro­sto w oczy i było po za­wod­ni­ku.

W ze­szłym se­me­strze wy­le­cia­ło trzech. Wcze­śniej śred­nio czte­rech, pię­ciu rocz­nie. Moss był bez­względ­ny, ale sku­tecz­ny. Dzię­ki nie­mu gra­li­śmy o mi­strzo­stwo ligi, a wie­lu jego za­wod­ni­ków tra­fia­ło póź­niej do NBA.

Je­dy­nym, któ­re­mu uda­ło się unik­nąć prze­świe­tla­ją­cych la­se­rów w oczach tre­ne­ra, był Oli­ver. Nie­raz szedł na tre­ning po ca­ło­noc­nej im­pre­zie, jed­nak ogar­niał się tak, aby Moss nie zwró­cił na nie­go uwa­gi.

Prze­szli­śmy do bie­ga­nia. Gwiz­dek. Sprin­ty. Zmia­ny tem­pa, dry­bling, za­sło­ny. Pot ście­kał mi po kar­ku, ale cia­ło w koń­cu się roz­grza­ło i za­czę­ło pra­co­wać jak trze­ba.

Dla chło­pa­ków z dru­ży­ny był to zwy­kły po­ran­ny tre­ning. Dla mnie każ­dy tre­ning był czymś wię­cej. To mój ry­tu­ał. Moje te­ry­to­rium. Mój spo­sób na przy­po­mnie­nie so­bie, kim je­stem i do cze­go zmie­rzam.

Kie­dy prze­szli­śmy do gry pię­ciu na pię­ciu, po­ja­wił się ogień. Lu­bi­łem czuć na­cisk obroń­cy, kon­tro­lo­wać tem­po, ode­grać pił­kę w ostat­nim mo­men­cie. Grać z gło­wą.

Jax za­blo­ko­wał mnie. Sku­tecz­ność prze­ciw­ni­ków tyl­ko mnie na­krę­ca­ła, aby dać z sie­bie wię­cej.

W ko­lej­nej ak­cji rzu­ci­łem z pół­dy­stan­su. Tra­fi­łem. Wie­dzia­łem, że tak bę­dzie.

Pod­czas tre­nin­gów nie my­śla­łem o ni­czym in­nym niż ko­szy­ków­ka. Wszyst­kie te­ma­ty scho­dzi­ły na dal­szy plan. Cel mia­łem ja­sno wy­zna­czo­ny: NBA. Do­tar­łem nie­mal do sa­me­go koń­ca. Wy­star­czy­ło jesz­cze przy­spie­szyć, nie stra­cić ryt­mu i prze­biec przez metę, za któ­rą cze­ka­ła naj­lep­sza liga ko­szy­ków­ki na świe­cie.

Gdy roz­legł się gwiz­dek tre­ne­ra in­for­mu­ją­cy o za­koń­cze­niu tre­nin­gu, pa­li­ły mnie wszyst­kie mię­śnie. Po­trze­bo­wa­łem chwi­li, aby od­zy­skać rów­ny od­dech, do­pie­ro wte­dy ru­szy­łem do szat­ni.

– On nas wy­koń­czy – jęk­nął Ste­vens. – Nie do­ży­ję trzy­dziest­ki. Wczo­raj mu­sia­łem wyjść z im­pre­zy uro­dzi­no­wej eks­tra la­ski przed pół­no­cą, a po­dob­no póź­niej zro­bi­ło się gru­bo.

Mia­łem ocho­tę rzu­cić: „To odejdź z dru­ży­ny i zmar­nuj je­dy­ną oka­zję, jaką do­sta­łeś, sko­ro wo­lisz la­ski i im­pre­zy niż szan­sę na do­brą przy­szłość”.

Ugry­złem się w ję­zyk. Nie by­łem ty­pem od ży­cio­wych ka­zań ani te­ra­pii szo­ko­wych.

Po­sze­dłem pod prysz­nic, a póź­niej z ręcz­ni­kiem owi­nię­tym wo­kół bio­der wró­ci­łem do szaf­ki.

– Col­lins, co to za rudy ko­ciak, któ­re­go wy­rwa­łeś wczo­raj w ba­rze? – Głos Vásqu­eza roz­niósł się po ca­łej szat­ni. – Po­dob­no krą­żą wa­sze wspól­ne fot­ki.

Prze­wró­ci­łem ocza­mi.

– Nie wy­rwa­łem jej. Stu­diu­je­my ra­zem, więc już ją zna­łem – od­par­łem, wcią­ga­jąc na sie­bie ubra­nia.

– Chy­ba po­wi­nie­nem prze­nieść się na wasz wy­dział, bo ma­cie tam go­rą­ce la­ski – rzu­cił Hamn.

– Mu­szę się z tobą zgo­dzić. – Wal­ker do­łą­czył do roz­mo­wy. – Po­szczę­ści­ło się nam. No wła­śnie, co z Rudą?

Ro­zej­rza­łem się, do­strze­ga­jąc, że cała szat­nia była za­in­te­re­so­wa­na szcze­gó­ła­mi.

– Spo­koj­nie, jak będę za­mie­rzał się jej oświad­czyć, po­wia­do­mię was – za­żar­to­wa­łem, bo nie za­mie­rza­łem roz­wo­dzić się o Si­nann na fo­rum.

Kil­ku chło­pa­ków się za­śmia­ło, po czym roz­mo­wa prze­szła na te­mat im­pre­zy hal­lo­we­eno­wej.

– A tak na se­rio, in­te­re­su­jesz się tą Rudą? – za­py­tał Oli­ver w bar­dziej dys­kret­ny spo­sób.

– Zo­ba­czy­my. Wy­da­je się cał­kiem cie­ka­wa – od­par­łem, wkła­da­jąc rze­czy do spor­to­wej tor­by.

– I ład­na – do­dał Jax.

Si­nann była bez dwóch zdań ład­na i nie tyl­ko ja to za­uwa­ży­łem – sły­sza­łem o niej szep­ty na uczel­ni już na pierw­szym roku. Pło­mien­ny ko­lor wło­sów był jak wi­sien­ka na tor­cie, do­peł­niał ca­ło­ści, ale to nie on przy­cią­gał naj­bar­dziej. W uro­dzie Si­nann było coś nie­na­chal­ne­go, sub­tel­ne­go. Spra­wia­ła wra­że­nie de­li­kat­nej, nie­mal uro­czej, do­pó­ki nie spoj­rza­ła na cie­bie tym swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym, pew­nym spoj­rze­niem. Wte­dy było ja­sne, że nie masz do czy­nie­nia z po­tul­nym stwo­rze­niem.

Tyl­ko z ja­kie­goś wzglę­du mnie uni­ka­ła i nie po­tra­fi­łem tego zro­zu­mieć.

– La­ska jak la­ska. – Wal­ker wzru­szył ra­mio­na­mi. – Na kam­pu­sie znaj­dziesz ta­kich ty­sią­ce.

– No nie wiem… Moim zda­niem jest jed­ną z tych go­ręt­szych – oznaj­mił Jax.

Wy­szli­śmy z szat­ni, a po chwi­li rów­nież z hali, kie­ru­jąc się w stro­nę wy­dzia­łu.

– Ostrze­gam, Ro­meo, ona jest moja – przy­po­mnia­łem kum­plo­wi.

– Ja­koś nie wi­dzia­łem, żeby była tobą za­in­te­re­so­wa­na.

– Ale bę­dzie.

Rozdział 4

Sinann

Wcho­dząc do kuch­ni, na­tknę­łam się na Te­th­rę, któ­ra z tur­ba­nem z ręcz­ni­ka na gło­wie pich­ci­ła coś przy wy­spie ku­chen­nej.

– Masz ocho­tę na to­sty? – Wska­za­ła na to­ster.

– Chęt­nie.

Usia­dłam przy sto­le, a moje my­śli znów za­czę­ły krą­żyć wo­kół Col­lin­sa i głu­piej za­ba­wy, któ­rej pro­wo­dyr­ka­mi były moje sio­stry. Nie było mowy, aby urok za­dzia­łał, a jed­nak cały czas mia­łam to w gło­wie.

– Poza ostat­nim ra­zem rzu­ca­ły­ście wcze­śniej ja­kieś uro­ki? – spy­ta­łam.

– Na­gle za­czę­łaś wie­rzyć w ma­gię?

– Nie o to cho­dzi. Py­tam z cie­ka­wo­ści. – Uda­jąc nie­wzru­szo­ną, prze­su­wa­łam pal­cem po bla­cie sto­łu.

– Kie­dyś Cer­ri te­sto­wa­ła coś na po­pra­wę cery, ale nie wiem, czy jej się uda­ło.

– Aha.

– Czyż­by Hay­den Col­lins zwró­cił na cie­bie uwa­gę? – Za­śmia­ła się.

Gniew roz­kwitł w moim spoj­rze­niu, nie da­jąc się ujarz­mić. Skie­ro­wa­łam go w stro­nę sio­stry, bo to mię­dzy in­ny­mi przez nią w mo­jej gło­wie za­czę­ło kieł­ko­wać ziar­no nie­pew­no­ści.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Twój urok

isbn: 978-83-8423-522-5

© An­ge­li­ka Wasz­kie­wicz i Wy­daw­nic­two Ama­re 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Ama­re.

re­dak­cja: Do­mi­ni­ka Sy­no­wiec

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Ama­re na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: kon­takt@wy­daw­nic­two-ama­re.pl

https://wy­daw­nic­two-ama­re.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.