Trzódka - Nieckarz Grzegorz - ebook
NOWOŚĆ

Trzódka ebook

Nieckarz Grzegorz

4,0

Opis

Czasem życie bywa trudniejsze od śmierci

Pięcioro nieznajomych zostaje zaproszonych do udziału w innowacyjnej terapii. Każdy z nich zmaga się z bolesną traumą. Każdy niesie ciężar, od którego nie potrafi się uwolnić. Nie wiedzą, dokąd zaprowadzi ich ta podróż, ale dla wielu z nich to ostatnia szansa na ratunek.

Z czasem na jaw wychodzą ich historie – drastyczne, bolesne, naznaczone chorobą i samotnością – a relacje między nimi stają się coraz bardziej intensywne i niebezpieczne…

„Trzódka” to przejmująca opowieść o nadziei, która potrafi być równie przerażająca co rozpacz. O chorobie kryjącej się pod płaszczem ciszy. A przede wszystkim o ludziach, którzy utknęli gdzieś „pomiędzy” i muszą zdecydować, w którą stronę wykonają następny krok.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 630

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Grzegorz Nieckarz

Trzódka

Drogi Czytelniku,

książka, którą właśnie zaczynasz czytać, została u podstaw napisana zgodnie z ogólnoprzyjętymi i stosowanymi w praktyce terapeutycznej zasadami oraz wiedzą. Jednak w dalszym ciągu jest to książka fabularna, wytwór mojej wyobraźni. Dlatego cokolwiek tu przeczytasz, nie powinno być traktowane jako wiarygodne źródło informacji, jak i służyć do samodiagnozowania.

Jeśli zmagasz się z jakimikolwiek problemami natury emocjonalnej czy psychologicznej, szukaj pomocy u specjalisty.

Mojemu ojcu

„Z chwilą naszych narodzin przesądzony jest dzień naszej śmierci; (…) pospiesznie gnamy ku naszemu przeznaczeniu, nieznanemu zawczasu”.

Arellius Fuscus

„There is a crack,

a crack in everything.

That’s how the light gets in”.

Leonard Cohen

Anthem

Prolog

– Latem faceci chodzą z obsikanymi nogami.

Kot, który właśnie zamierzał wejść mu między nogi, poocierać się nieco i odejść, zmienił zdanie. Podniósł swój łebek, zmrużonymi oczami spojrzał na Portugalczyka tak, jakby chciał spytać: „Serio?!”, i odszedł zniesmaczony.

Ten kot był rudy; nie rudawy jak te dwa chude osobniki siedzące i spoglądające na innych spod drewnianej kolumny. Był cały rudy: od łap po czubki uszu, od wąsów aż po koniec ogona.

– Rude fałszywe! – mawiał Adam, Polak, lecz kiedy inni pytali, skąd to powiedzenie się wzięło, nie był w stanie odpowiedzieć. Mówił tylko: „Po prostu!”.

Jego ulubieńcem był czarny kocur, który właśnie siedział mu na kolanach. Zwierzę przychodziło na spotkania nie po to, by posłuchać, lecz by załapać się na łaskotki, a Adam, jako chłopak bardzo wrażliwy i czuły, nie był w stanie mu tej przyjemności odmówić. Wołał go jak psa, uderzając dłońmi o kolana. Kocur podchodził powoli, jakby chciał pokazać, że trzeba na niego poczekać, że to on jest tutaj najważniejszy i że nikt nie ma prawa go pospieszać. Zatrzymywał się kilka kocich kroków przed siedzącym człowiekiem, kręcił tyłkiem i wskakiwał z gracją, jakiej pozazdrościłby mu każdy rasowy kot! Kładł się i pozwalał chudym ludzkim dłoniom zataczać kręgi na swoim grzbiecie. Nigdy nie słuchał ludzi; miał ich gdzieś.

– Prosiłem, byśmy nie używali skrótów myślowych… – powiedział doktor spokojnym i łagodnym głosem. Jako jedyny z całego towarzystwa nie zwracał uwagi na obecność kotów. Tłumaczył to, mówiąc: „Koty były, koty są i koty będą. Nie ma co wpadać w euforię, widząc jednego, skoro zaraz przyjdą następne”.

Lecz wszyscy pamiętali, że pewnego chłodnego wieczoru, kiedy siedzieli razem na tarasie, ktoś spytał doktora o prawdziwy powód jego awersji względem tych zwierząt. Bez zastanowienia odpowiedział:

– Koty są fałszywe. Nie tylko rude, wszystkie. Niewdzięczne i zdradzieckie, a to wszystko przez to, że natura obdarzyła je prawem niezależności. O nic nie dbają. Przychodzą, bo czegoś chcą, a kiedy to dostają, nie dają niczego w zamian. Taka relacja jest toksyczna.

Nigdy nie przyznał się do tych słów; twierdził, że są nasiąknięte pogardą, co jest do niego niepodobne. Mimo to wszyscy wiedzieli, pamiętali, lecz brakowało im odwagi, by mu to wypomnieć. Na początku nie do każdego docierał jego autorytet; w ich oczach wydawał się zwyczajny. Nie wyróżniał się ani wyglądem, ani charakterem… Niczym. Dopiero po pewnym czasie zrozumieli, że o to właśnie chodzi; że wyjątkowość nie polega na odstępstwie od normy. Bycie wyjątkowym to coś subiektywnego i nie ma znaczenia, czy jesteś częścią tłumu, czy może jego przeciwieństwem.

– Mówi się o piasku, a nie o jego ziarnach – tłumaczył kiedyś doktor. – Mówi się o wodzie, a nie o jej kroplach. Las, łąka, stado… Wiele jednostek zgromadzonych w jednym miejscu sprowadza się do jednego słowa, uogólnienia, by łatwiej się o nich mówiło. Mówimy „tłum ludzi”, czasem po prostu „tłum”, pozbawiając każdego pojedynczego człowieka wyjątkowości. Ale to tylko złudzenie. Ta wyjątkowość zostaje. Powiesz, że skupisko drzew to las, lecz one nadal tam są, każde inne. Powiesz, że ogromne ilości źdźbeł trawy rosnących koło siebie to łąka, ale spróbuj kiedyś odnaleźć dwa takie same źdźbła… Na pierwszy rzut oka możecie się nie wyróżniać… Inność jest subiektywna, wszystko zależy od punktu widzenia i toku myślenia.

W tej chwili, oprócz doktora, było ich pięcioro. Każde inne, z inną historią, z innymi problemami. Łączyła ich jednak droga, jaką obrali. Sposób, w jaki zdecydowali się te problemy rozwiązać.

– To nie jest skrót myślowy… – sprostował Portugalczyk. – To fakt. Latem chodzimy z obsikanymi nogami.

Rudy kot zaczął krążyć wokół krzeseł, szukając lepszego miejsca do ocierania.

– Może powiesz coś więcej? – spytała Bułgarka, nieco poirytowana kolejnym bezsensownym wywodem kolegi. – Czy to jeden z wniosków, jakie wyciągnąłeś z życia biseksualnego?

Chłopak spojrzał na nią, nie przestając się uśmiechać.

– To wie każdy facet, ale jakoś nie jesteśmy tego świadomi. Wiesz, o co mi chodzi… Dostrzegasz to dopiero, kiedy spojrzysz z drugiej strony. To znaczy kiedy idziecie w czerwcu do jednego z lizbońskich kin na film, który i tak was nie interesuje, ale chcecie zaznać tego dreszczyku emocji, kiedy możecie się pomacać w tłumie, w ciemności…

– No rewelacja… – wtrąciła Bułgarka.

– Niestety, z aktualnym tamtej nocy kolegą…

– Kolegą?! Ha! – krzyknęła Polka.

– …z kolegą należymy do niewielkiego grona osób, które zawsze w trakcie filmu chodzą do toalety. Sączysz tę colę, myśląc, że możesz pić, ile zechcesz, i nic złego nie ma prawa się stać, bo przecież jesteś w kinie i oglądasz film. Niestety, chwyciło prawie od razu, ledwie zaczęliśmy oglądać. Najpierw poszedł on, a kiedy wrócił, pokrótce opowiedziałem mu, co się wydarzyło przez te dwie minuty jego nieobecności. Potem poszedłem ja. Było łatwo, wybraliśmy siedzenia z brzegu. Wiedzieliśmy, że będziemy latać do kibla. Zastanawialiście się może kiedyś, dlaczego światło w korytarzach kin zazwyczaj jest takie słabe? W sali jest ciemno, więc pewnie chodzi o to, żeby kontrast nie zwalił cię z nóg. W każdym razie jestem już w toalecie. Jak zawsze wybrałem pisuar, tym bardziej że ktoś już z jednego korzystał. Stanąłem obok niego i zacząłem robić swoje, ukradkiem spoglądając na jego penisa. Wyszedł przede mną. I wtedy poczułem coś dziwnego na skórze na nogach. Spojrzałem w dół i dostrzegłem maluteńkie kropelki na włosach na nogach. Krople moczu odbiły się od ścian pisuaru. I dopiero kiedy wychodziłem i wycierałem nogi papierem, dotarło do mnie, że przecież jeszcze przed chwilą głaskałem chłopaka po nodze! Nie wiem, czy poczułem wtedy coś mokrego… Ale samo odkrycie, że zawsze przy sikaniu obryzgujemy sobie nogi moczem, wydawało się przełomowe…

– Zapytałeś kolegę, czy wytarł nogi? – spytał Adam, trzymając dłoń na grzbiecie czarnego kocura.

– Zwariowałeś?! To by było dziwne. Wtedy jeszcze nie byłem taki…

– Nienormalny? – wtrąciła Bułgarka.

– Nie, to znaczy tak. I nie. Niech ci będzie.

– Dobrze, Aldo, dziękuję… – Doktor chrząknął i pokręcił się chwilę na krześle. Okulary zsunęły mu się na czubek kartoflanego nosa. Wyglądał wtedy starzej, niż kiedy tkwiły one wysoko, tuż przy oczach. Wsunął je z powrotem i spojrzał na kartkę przypiętą do sztywnej podkładki. – Kto teraz chciałby podzielić się swoją pierwszą poranną myślą? – Spojrzał na każdego po kolei.

– Adam jest chętny! – zawołał Aldo.

– Skoro tak uważasz… – odpowiedział Adam smutnym głosem. Chwycił kota obiema rękami i delikatnie odstawił na podłogę.

Kocur otrzepał się jak umyty pies i ruszył wolnym krokiem w stronę otwartego okna, tego samego, przez które tu wszedł. Na dzisiaj miał już dosyć pieszczot i nienormalnych historii. Wróci jutro.

– No weź się postaw! – Justyna klepnęła Adama w ramię. – Nie bądź cipa! – dodała po polsku.

– Co ona powiedziała? – spytała Bułgarka.

– Chyba coś o cipie, ha! – zaśmiał się Portugalczyk. – To słowo pamiętam! Ci-pa!

– Nie przymuszajcie go… – wtrąciła nieśmiało Camilla; jej głos jak zwykle zabrzmiał krucho i łamliwie. Mimo że siedzieli na krzesłach, tworząc okrąg, ona swoją zamkniętą postawą sprawiała wrażenie, jakby znajdowała się na końcu, na marginesie – odepchnięta i odcięta. Odzywała się tylko w dwóch sytuacjach: kiedy mogła kogoś poprzeć lub kiedy ktoś ją o coś zapytał. Zresztą i tak jej wypowiedzi łatwo innym umykały. Zupełnie jakby były echem słów dawno powiedzianych, płynących z zamierzchłych czasów.

– Ja uważam, że to dobry pomysł. Co ty na to, Adamie? Przyjmiesz wyzwanie? – zapytał doktor, patrząc w jego stronę.

Adam, jako najmłodszy z nich wszystkich, najbardziej odczuwał przewagę wiekową doktora, a co za tym idzie – jego autorytet. W związku z tym jako jedyny jeszcze nigdy mu się nie sprzeciwił, nawet w otwartej dyskusji, podczas której mieli wymieniać się swoimi opiniami i argumentami, by posmakować konfrontacji z odmiennymi zdaniami. Za wszelką cenę starał się albo pozostać neutralny, albo poprzeć zdanie doktora, mimo że ten zachęcał go do sformułowania swojego własnego stanowiska. Wtedy doktor, widząc, że Adam ugina się pod naciskiem, odpuszczał mu, delikatnie beształ i obiecywał dać jeszcze niejedną okazję do postawienia się i wyrażenia własnej opinii.

– W sumie mogę coś powiedzieć… – Chłopak spuścił wzrok i zaczął pocierać o siebie suche dłonie. Na błonach między jego palcami zaczęły się tworzyć pęknięcia, jakby pająk oplótł jego dłonie pajęczyną.

Kiedy Adam i Aldo wymienili pierwszy uścisk dłoni, Portugalczyk stwierdził zaniepokojony: „Rękę masz tak suchą, jakbyś bawił się wapnem i jej nie domył, a to, co zostało, zaschło i teraz nie chce się odczepić”. Adam przyjął to obojętnie, lecz obiecał, że będzie je częściej smarował kremem – na razie nie dotrzymał słowa.

– Jako że pokój mam od wschodu, obudziło mnie światło wschodzącego słońca. Poczułem wtedy takie ciepło przenikające skórę i jakby wpływające do środka. Starałem się przypomnieć sobie sytuacje, kiedy czułem coś podobnego i jakoś tak, drogą skojarzeń, zacząłem myśleć o tych wszystkich dziewczynach, w których się kiedyś kochałem. Wydawało mi się wtedy, że mam styczność z miłością w najczystszej postaci, z miłością nieskazitelną, dziewiczą… I nawet jeśli odrzucenie jednej dziewczyny z czasem przerodziło się w miłość do kolejnej, to wciąż tkwiłem w przekonaniu, że tak to właśnie wygląda, że tak to ma być, że miłość jest zmienna i krucha. I myślałem tak aż do końca, bo przecież innej miłości nigdy nie zaznałem. Na szczęście z tego wszystkiego pozostało mi wspomnienie ciepła. – Przerwał na chwilę, by zebrać myśli. – Leżałem w łóżku z założonymi z tyłu głowy rękami i zastanawiałem się, jak wygląda ich życie teraz, po tych kilku latach… Czy są na studiach, czy może po prostu pracują… Czy mają chłopaków, czy uprawiają seks, czy może mają już dzieci. Albo nawet… nie żyją. Czy kiedykolwiek poczuły do kogoś to, co ja czułem do nich. I czy zaznały prawdziwej miłości.

– Ile ich było? Tych dziewczyn? – spytała Bułgarka, niepewna tego, czy pytanie jest na miejscu. Ciągle uczyła się funkcjonować w grupie. Już kilka razy zdarzyło jej się zadać pytanie w nieodpowiednim momencie, raniąc kogoś lub rujnując jego wrażenie bezpieczeństwa, które inni czuli i którego potrzebowali, by móc mówić otwarcie.

Adam wzruszył ramionami, zanim odezwał się ponownie.

– Nie wiem, kilka. Nawet nie pamiętam wszystkich imion. – Przekrzywił nieco głowę, wpatrując się w niewidoczny punkt w kącie, tuż przy suficie. Pomyślał chwilę, zmarszczył czoło i powiedział niepewnie:

– Jedenaście, dwanaście…

Na krótką chwilę zapadła cisza; zrobiło się niezręcznie. Doktor, mimo że był nieodłączną częścią kręgu, który razem tworzyli, patrzył na tę sytuację z zewnątrz. Jego zadaniem było postrzegać ich jako osobne ogniwa, ale jednocześnie – jako cały łańcuch porażek, problemów, upadków i załamań. Według niego każdy z nich zasługiwał na drugą szansę i on miał ich do tego przygotować.

– Jako że dzisiaj mamy pierwszy dzień nowego tygodnia – przerwał w końcu ciszę – nadarzyła się idealna okazja, by zacząć coś nowego. A raczej, by zrobić coś, co zawsze robimy, lecz w zupełnie inny sposób. Dlatego teraz ja zdradzę wam swoje poranne myśli.

Wszyscy drgnęli.

– Bez jaj… – powiedział Portugalczyk tak cicho, że niemal szeptem.

Wszystkie koty, jakby właśnie poczuły zbliżające się niebezpieczeństwo, ruszyły wolnymi, leniwymi krokami w stronę jedynego otwartego okna. I nim doktor zaczął mówić, w świetle wpadającym przez okno ustawiła się już kolejka.

– Dzisiaj rano myślałem o tym, jak to wszystko się zaczęło. Myślałem o waszym przyjeździe i o tym, że kiedy was zobaczyłem, kiedy zapoznałem się z waszymi przypadkami, byłem zły i było mi was żal. Byłem zły na… wszystko. Na życie, świat… Patrzę teraz na was przez pryzmat czasu, który minął, odkąd przekroczyliście próg tego domu, i widzę, że wszyscy zmierzamy w dobrą stronę. Długa droga jeszcze przed nami, ale pamiętajcie również o tym, co macie za sobą, bo prócz tego, co niewiadome, jest też to, co już wiecie i przez co przeszliście. Dlatego – zakończył, ściągając okulary, które następnie złożył delikatnie i schował w swojej wielkiej dłoni, obejmując je grubymi palcami – warto jest wrócić do początku.

Rozdział 1

Te wszystkie minuty czekania spędziła, przesiadając się z obitego aksamitem krzesła na zużyty fotel. I z jednym, i z drugim miała problem – krzesło było niewygodne, a w fotelu puszyste ciało dziewczyny zapadało się i trudno jej było wstać. Zaczęło ją to irytować, lecz – jak w każdej takiej sytuacji – wypierała to; nie ufała swoim uczuciom, bała się, że są nie na miejscu, a reakcja na nie – zbyt pochopna. Podobnie jak przy zakupie wadliwego produktu nigdy nie miała odwagi ubiegać się o zwrot lub wymianę. Szukała przyczyn w sobie mimo że rodzice, poirytowani jej naiwnością, mówili, że nawet nie dotknęła tej suszarki, wyciągnęła ją tylko z pudełka, a po dwukrotnym przeczytaniu instrukcji podłączyła w końcu do prądu i włączyła. Camilla była święcie przekonana, że źle wsadziła wtyczkę, że włożyła w to za dużo lub za mało siły, doszło do zwarcia i popsuła sprzęt. Owinęła kabel wokół uchwytu i zaczęła wszystko pakować z powrotem do pudełka, udając, że nie widzi, jak ojciec klepie się otwartą dłonią po czole, odwraca na pięcie i wychodzi z mieszkania zniesmaczony.

– W takim razie postoję – mruknęła.

Z początku stała prosto i swobodnie, z daleka od mebli. Po chwili zaczęła się do nich przybliżać i szukać ręką oparcia. Wsparła się o blat stołu stojącego między krzesłem a fotelem i pozostała w tej pozycji, póki nie zaczęła czuć mrowienia w nogach. Zrobiło jej się ciepło i zaczęła spoglądać na siedzenia tak, jak spragniony człowiek przemierzający pustynię od wielu godzin spogląda na majaczący na horyzoncie kontur studni.

Spojrzała na zegarek. Stała ledwie od dziesięciu minut.

Zbiło ją z nóg nagłe uderzenie gorąca.

– Scusa… Przepraszam – powiedziała znowu do siebie i usiadła na najbliższym krześle. Wszyta w siedzisko poduszka była mała i odstająca. Wrzynała jej się w tyłek, jakby usiadła na darni trawy. Wytrzymała tyle, ile mogła; wierciła się, próbując sobie trochę pomóc, ale w końcu zrobiła to, co było nieuniknione… Przesiadła się na fotel. Uczucie zapadania się było przyjemne i koiło zmęczone pośladki, lecz kiedy już tkwiła w dole, dopadło ją irytujące wrażenie bycia wsysaną, a że i tak miała problem ze wstawaniem z niskich foteli, zaczęła się stresować. Po raz kolejny starała się wyprzeć to uczucie, bo nie miała pewności, czy jest ono na miejscu.

Odkąd kazali jej czekać, minęły dwadzieścia trzy minuty. Zaczęła kręcić głową i zerkać na wszystkie strony. Podłoga wyłożona była kafelkami przypominającymi kształtem plastry miodu. Jej uwagę przykuły losowe, inne dla każdego z kafelków, wzory. Krótkie pociągnięcia czarną farbą, kształty przypominające zniekształcone zwierzęta. Wpatrywała się w nie i doszukiwała kształtów jak kiedyś, gdy patrzyła w chmury z okna mieszkania, z którego matka zabroniła jej wychodzić. Przez chwilę czuła się tak, jakby znowu była dzieckiem. Jej czarne baleriny zaczęły tańczyć i podskakiwać w rytm wyimaginowanej melodii. Z początku była święcie przekonana, że to ona ją wymyśliła i dopiero po chwili zrozumiała, że musi pochodzić z zakamarków jej pamięci, bo powstawała płynnie, bez chwili wahania, i każdy kolejny fragmencik pasował idealnie do poprzedniego. Ciągnęła tę melodię, coraz bardziej podekscytowana, i im dłużej ją sobie nuciła, tym ostrzejsze i wyraźniejsze stawały się obrazy przed jej oczami – te, które drogą skojarzeń przypinamy na stałe do wspomnień i które wracają do nas w parach. Jedno wywołuje drugie. Zapach świeżo upieczonego chleba przypomina nam o sierpniowych porannych przejażdżkach rowerem po włoskiej wsi. Pijąc gorzkie wino, wracamy myślami do tych wieczorów spędzonych przy brzegach Tybru na Wyspie Tyberyjskiej, zostawiwszy za sobą pęd tętniącego życiem Rzymu. I w końcu, gdy dotarła do końca melodii, miała przed sobą pełny obraz Fontanny di Trevi, otoczonej jak zwykle setkami turystów napierających na barierki, kłębiących się poniżej na schodkach i jeszcze niżej przy niskim murku oddzielającym tę hołotę od nieskazitelnego piękna włoskiej sztuki architektonicznej. Przez skumulowany szum rozmów tych wszystkich ludzi, niemal magicznym sposobem, przebijała się muzyka grana przez starszego Włocha stojącego na rogu między lodziarnią a wojskowym jeepem. Niestrudzenie uderzał o struny gitary i śpiewał piosenkę wykonywaną pierwotnie przez młodziutką, radosną dziewczynę. Lecz pomimo jego zmęczonego i zużytego już głosu pieśń brzmiała tak samo radośnie i ładnie jak w oryginale. Piosenka nosiła tytuł Nessuno i była manifestem lojalności, miłości i oddania młodej dziewczyny wobec jej wybranka. Camilli czegoś takiego nikt nigdy nie obiecał. Nie była ani kochana, ani chciana. To ona pragnęła się komuś oddać, lecz przez te wszystkie lata spoglądania na świat przez okno salonu ciągle brakowało jej odwagi. Nie potrafiła zbliżyć się do nikogo nawet trochę, na chwilę. Gdy w końcu nadarzała się ku temu okazja, bliskość innej osoby stawała się nagle ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła. Nie w smak jej były bliskie kontakty. Bała się odrzucenia i przerażała ją myśl o tym, że nie zostanie w pełni zaakceptowana. Kolejny raz wypierała każde swoje uczucie.

W końcu pojawiła się młoda kobieta, ta sama, która ją tu wcześniej przyprowadziła i poprosiła, by chwilę poczekała. Podeszła do Włoszki i ruchem ręki zaprosiła ją do gabinetu. W tym momencie Camillę ogarnęły sprzeczne uczucia: ulga, że nie musi już czekać, i gotowość, by poczekać jeszcze chwilę; ekscytacja, ale również strach, radość ze smutkiem, bezpieczeństwo, ale i dyskomfort wywołany bliskością o wiele ładniejszej od niej, chudej kobiety. No i musiała jeszcze wstać, co według niej, nieuchronnie musiało zakończyć się kompromitacją. Zacisnęła mocno dłonie na poręczy fotela i poczuła niemal destrukcyjną potrzebę ucieczki.

Nagle przed jej oczami pojawiła się najpiękniejsza dziewczęca dłoń, jaką w życiu widziała. Ta dłoń była gotowa jej pomóc. Camilla poczuła, jak ciepło przenika przez skórę, płynie w jej stronę. Poczuła się… lekka. Wysunęła swoje krótkie, pulchne palce, chwyciła delikatnie kobiecą dłoń i wspólnymi siłami udało im się podnieść ją do pionu.

To był pierwszy bliski kontakt z kimś obcym, który wywołał w niej pozytywne emocje. W końcu przez chwilę nie czuła się duża. Stała się wielka – lecz nie fizycznie – i niezwyciężona; silna i gotowa na wszystko. Poczuła się dobrze, niestety, tylko na moment. Nie miała pewności, czy to uczucie jest na miejscu, więc – swoim zwyczajem – wyparła je.

Później będzie wspominać tę chwilę jako upokarzającą, bo patrząc przez pryzmat czasu, zrozumie, że uczucie, jakim wtedy darzyła tę kobietę, było toksyczne. Poczuła bezpodstawną i pochopną miłość, jak naiwny nastolatek zakochujący się w dziewczynie, która się do niego uśmiecha. Często jej się to zdarzało. W jej kartotece określono to zjawisko jako „nachalne przyleganie do innych”.

Pielęgniarka odprowadziła ją do drzwi gabinetu, jeszcze raz zaprosiła do środka ruchem ręki i odeszła bez słowa. Camilla stała nieruchomo i wpatrywała się w jej plecy, oddalające się i w końcu znikające za rogiem.

Została sama.

Chwyciła wreszcie za klamkę, połknęła to, co podeszło jej do gardła, i otworzyła drzwi. Weszła, ignorując słowa powitania.

Pierwsze, co zarejestrowała to to, że podłogę wyłożono tymi samymi kafelkami co salon, w którym przed chwilą siedziała. Według niej bardziej pasowałyby do łazienki. Były zbyt szklane, połyskujące. Nadają się do chodzenia po nich boso mokrymi stopami– pomyślała.

Podchodząc do biurka, zerknęła ukradkiem na zestaw mebli stojących przy ścianie po lewej: skórzana kanapa, fotele i stolik. Na podłodze leżał indiański dywan w szare trójkąty z frędzelkami przy krótszych bokach, ciągnący się od mebli na prawo, w stronę okna. Na ścianie wisiały obrazy o tematyce marynistycznej, a okno, wychodzące na porośnięte trawą pola, przysłonięte było śliwkowymi kotarami. Nic tu do siebie nie pasuje – stwierdziła w myślach.

Stali tak przez chwilę, w odległości dwóch metrów od siebie. On patrzył na nią swobodnie i naturalnie, jakby chciał przewidzieć, jaki będzie jej ruch, jak się zachowa. Camilla zaś, myśląc o tym, jak niekomfortowa jest ta sytuacja, wpatrywała się w biurko i zaciskała pięści.

W końcu doktor, widząc w oczach dziewczyny pragnienie ucieczki, przełamał pierwsze lody i powitał ją po raz kolejny.

– Cieszę się, że mogę cię w końcu poznać – dodał.

Jego głos wydał jej się ciepły i przyjacielski, lecz w tym samym momencie usłyszała swoją mamę mówiącą, że nie wolno ufać obcym.

Dalej zaciskała pięści. Doktor spróbował ponownie. Jego jedynym celem w obecnej chwili było sprawić, by przestała wbijać sobie paznokcie w dłonie.

– Zaprosiłem cię tu, bo chciałem z tobą chwilę porozmawiać. Chyba nie masz nic przeciwko?

– Nie – odparła, nie zdając sobie sprawy, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz odpowiedziała na czyjeś pytanie. – Możemy porozmawiać.

– Bardzo dobrze… Cieszy mnie to. Może usiądziesz? Gdzie zechcesz… – Wskazał ręką wszystkie możliwe opcje. – Przy biurku może być sztywno, nie uważasz? Może na kanapie albo na fotelu…? – Zawiesił głos, czekając na decyzję dziewczyny.

W tym momencie Camilla wróciła myślami do tych dwudziestu minut czekania w salonie. Myślała o niewygodnym krześle i fotelu, w którym się zapadała i z którego ciężko jej było wstać. Zaczęła panikować. Nie chciała się skompromitować. Już widziała siebie, jak wierci się na krześle i bezskutecznie próbuje wstać z fotela. Wiedziała, co ją czeka. Nie wiedziała za to, co będzie, jeśli usiądzie na kanapie. Czy jest niewygodna? Co jej się może wrzynać? Sprężyna? Jakiś drut przebijający się przez gąbkę? A krzesło? Wyglądało na wygodne, poduszka wszyta w siedzisko była płaska, ale za to szeroka. Dobra, dosyć! Mam tylko usiąść.

– Kanapa – powiedziała.

Doktor uśmiechnął się i przytaknął, jakby przyznawał jej rację. Jej wewnętrzny konflikt dało się wyczytać z postawy i z tego, jak spuszcza wzrok. Dostrzegł go w żyle przecinającej jej skroń wzdłuż i w blednących knykciach dłoni. Puścił ją przodem.

Wybierając miejsce na kanapie, znowu poczuła się rozdarta. Jeśli usiądzie na jednym końcu, on może zechcieć się dosiąść, a tego nie chciała. Ale jeśli usiądzie na środku, to będzie wyglądała na jeszcze grubszą, bo przecież zajmie całą kanapę, nie będzie miejsca ani po lewej, ani po prawej stronie. Podniosła się szybko i bezproblemowo, jakby znów ważyła sześćdziesiąt kilo.

– Może jednak fotel!

– W porządku, proszę bardzo. – Ruchem ręki zaprosił ją, by usiadła w fotelu.

Dzielił ich stolik. W końcu poczuła się w miarę dobrze, ale po raz kolejny wyparła to uczucie, nie wiedząc, czy jest na…

– Jak się czujesz? – zaczął doktor.

Nie odpowiedziała. Ogarnął ją mrok – ciemność, pustka – zabrakło jej języka w gębie.

– Czujesz się dobrze? Uśmiechałaś się może dzisiaj? – zachęcał dziewczynę pomocniczymi pytaniami.

– W salonie. – Spojrzała w stronę drzwi, przy okazji uświadamiając sobie, że ściany nie są białe, lecz brudnobiałe, niemalże szare. – Przypomniało mi się coś.

– Wspomnienia są ważne. Ludzie zapominają, że są one też nośnikiem tego, co wtedy czuliśmy, w przeszłości. Dlatego się uśmiechałaś, mam rację?

Kiwnęła głową.

– Mówi się też, że coś minęło i już nie wróci – dodała. – Czyli jakby… przepadło bez śladu. Ale przecież kiedy nam smutno, wracamy myślami do miłych wydarzeń z dzieciństwa, by poprawić sobie nastrój. To w końcu przepadło czy nie…?

Doktor zauważył, że dziewczyna mówi w sposób typowy dla „zamkniętych” osób – ni to do siebie, ni to do drugiej osoby.

– Tak, masz rację. Sposób, w jaki człowiek myśli i postrzega świat, zależy od jego nastroju. Dlatego praca nad automatycznymi myślami jest taka ważna. Nie mogą one być zbyt pochopne…

– Albo niech będą pochopne, tylko byśmy nie brali ich za… – Spuściła wzrok i zacisnęła pięści. – Przepraszam, wtrąciłam się.

– Nie szkodzi. Dokończ, proszę.

Camilla przestała wciskać pięści między nogi. Położyła ręce swobodnie na kolanach i oddaliła je nieco od siebie.

– Chodzi o to, że nasz nastrój nie powinien zależeć od automatycznych myśli… ponieważ, zazwyczaj, są one… bezpodstawne. – Ostatnie słowo powiedziała z niesmakiem. Doktor to zarejestrował i zakodował. Dzięki częstym rozmowom stworzy listę sformułowań i określeń, które dziewczyna wymawia wyraźnie innym tonem, sugerującym negatywne odczucia.

– Powiedziałbym, że zawsze są bezpodstawne. Ale tak, zgadzam się, masz rację. Gdzie się nauczyłaś angielskiego?

– W szkole. To znaczy w domu. Z początku… – Spuściła na chwilę wzrok. – Potem sama z siebie. Rodzice uznali, że w tych czasach angielski robi się coraz bardziej popularny i wszechobecny…

– Angielski łączy ze sobą ludzi z całego świata. Różne narody mają swój wspólny język, jak na przykład hiszpański, rosyjski czy francuski, ale to angielski jest językiem świata, mimo że tak naprawdę w niewielu miejscach jest… prawdziwie ojczystym językiem.

Przerwał, by zrobić coś, dzięki czemu Camilla poczuła się tak swobodnie, jak jeszcze nigdy nie czuła się przy kimś obcym – doktor zaczął wiercić się w fotelu.

– Przepraszam… – Zaśmiał się. – Czasem mam wrażenie, jakbym się zapadał.

Przez tych kilka sekund, kiedy prostował pogniecioną koszulę i gładził krawat, dziewczyna wpatrywała się w niego jak w bratnią duszę. Po raz pierwszy w życiu, chociaż przez chwilę, nie czuła żadnych oporów. Miała nawet dziwne, irytujące wrażenie, że dzielący ich stolik tylko przeszkadza, bo chciałaby być bliżej niego. Mimo że nie był tak gruby jak ona, czuła się tak, jakby byli tacy sami. Nawet nie myślała o tym, po co to zrobił, dlaczego zaczął się wiercić. Czy rzeczywiście było mu niewygodnie, czy chciał tym coś osiągnąć, czy może właśnie TO chciał osiągnąć… Po prostu myśl o tym, że mężczyzna siedzący przed nią zapada się w fotelu, podniosła ją na duchu.

– Pozwolisz, że zadam ci kilka prostych pytań? – spytał. – Powiedz, jeśli poczujesz się niekomfortowo. Nie chcę, byś sobie pomyślała, że w tej rozmowie zawarty jest wyłącznie jednostronny interes.

Camilla kiwnęła głową, wprawiając krótkie brązowe włosy w ruch.

– Proszę bardzo. – Na jej twarz wypłynął niewinny rumieniec.

– Wiesz, kim jestem, tak?

– Tak.

– Wiesz, co to za miejsce, tak?

– Yhm… Tak.

– A wiesz, dlaczego tu trafiłaś?

Nie odpowiedziała.

– Powiem ci. Zrobiłaś coś złego.

Na krótką chwilę zapadła cisza.

– Coś złego… – ciągnął doktor. – Ale i ważnego. Istotnego. Dla ciebie i dla osób, które cię otaczają. Nie zamierzam cię oceniać. Nie chcę również, byś ty to robiła. To nie miejsce na takie rzeczy. Ocenianie jest jednostronne. To sposób na odwrócenie czyjejś uwagi. Wiesz, od czego? Od nas, od ciebie. Od siebie samego. A tutaj skupiamy się właśnie na sobie. Pracujemy nad sobą, rozumiesz?

Kiwnęła głową. Znów poczuła się zagrożona. Dłonie zaczęły zaciskać się na udach.

– Nie pytam, czy tego żałujesz, bo to nie ma znaczenia. Oboje o tym wiemy. Trafiłaś tu, by zacząć wszystko od początku.

Kiwnęła głową.

– Pytanie tylko, czy jesteś gotowa.

Nie odpowiedziała.

– Przykro mi, ale muszę spytać… – Doktor zamilkł na chwilę. – Co myślisz? Jak się czujesz?

– Źle. Czuję się źle. – Uśmiechnęła się. – Dziękuję.

Doktor ukrył swoje zaskoczenie.

– Za co?

– W końcu wiem, że to, co czuję, jest na miejscu.

– To dobrze – odpowiedział, wracając myślami do przeczytanych w jej kartotece zastrzeżeń terapeutów. Przed oczami pojawiła mu się wielokrotnie użyta fraza – „wypieranie emocji”.

– Zatem jesteś gotowa.

Kiwnęła twierdząco głową.

Doktor wstał w tempie adekwatnym do swojej niewielkiej nadwagi, podszedł do biurka i zniknął, schyliwszy się. Pojawił się po chwili, dzierżąc w dłoni jakiś dokument.

Camilla, po raz pierwszy od chwili przekroczenia progu gabinetu, przyjrzała mu się w całości. Wysoki, w opinającej się na odstającym brzuchu białej koszuli w paski, starannie wsadzonej w piaskowe spodnie. Delikatne zakola i zaczesane do tyłu włosy. Wąsy połączone z przystrzyżoną brodą. Duże i ciepłe oczy, skryte za cienko obramowanymi okrągłymi szkłami. Męska, nieco starsza, ale i zadbana wersja mnie – pomyślała. Tylko że na niego aż chce się patrzeć.

– Ostatnia formalność.

Wręczył dziewczynie dokument. Cały czas się uśmiechał.

– Co mam z tym zrobić?

– Wypełnić! – powiedział to tak, jakby ją pospieszał i zaraz miał dodać: „No dawaj! Śmiało!”.

Jednak Camilla patrzyła na wręczony przez doktora papier i czuła się zmieszana. Bardzo zmieszana. I wiedziała, że tym razem to uczucie jest jak najbardziej na miejscu.

– Nie pomożecie mi… – powiedział drżącym głosem. Próbował powstrzymać napływające do oczu łzy. Zarumienił się z wysiłku i wstydu.

– Adamie…

– Już wielu próbowało… – Pociągnął nosem. – Na początku obiecywali i zapewniali, że wskoczą za mną w ogień, jeśli będzie taka potrzeba. Mówili, że przychylą mi nieba i że są gotowi walczyć o mnie z całych sił…

Przerwał i zwiesił głowę.

– Adamie… – ponowił pytanie doktor – słyszysz mnie? Przykro mi to mówić, ale nie taka jest rola terapeuty. Składając te obietnice, zapewniali cię, że zrobią dla ciebie wszystko, rozumiesz? Zrobią dla ciebie… Terapeuta nie jest od tego, by coś robić dla pacjenta… Terapeuta, jeśli już, powinien robić coś z pacjentem, a nie uzależniać go od siebie.

Adam gwałtownie uniósł głowę.

– Czyli że co?! Że niby zostałem oszukany?!

– Teraz to nieistotne, Adamie. – Doktor wychylił się z zabudowanego fotela, by być bliżej siedzącego na kanapie chłopaka. – Jesteś tutaj, by zacząć wszystko od początku. Mówiłeś, że chcesz się przygotować na drugą szansę…

– Nie ja, tylko rodzice! – przerwał doktorowi ostrym tonem. Przestał już płakać. Pociągnął tylko nosem i ponownie opuścił głowę.

– A ty się z nimi nie zgadzasz?

– Zgadzam! Zawsze ich słuchałem…

Doktor zwrócił uwagę na użyty w czasie przeszłym czasownik. Wiedział, że Adam świetnie włada angielszczyzną, możliwe, że najlepiej z nich wszystkich, więc nie mógł się pomylić.

– Masz im za złe, że podjęli za ciebie decyzję i że nie dali ci dojść do słowa? Wmawiasz sobie, że każdy następny raz będzie twoją chwilą, że to ty przejmiesz inicjatywę. Mówisz „słuchałem”, jakby to była przeszłość. Jesteś pewien, że już nie słuchasz?

Nie odpowiedział od razu. Dał sobie chwilę na uspokojenie.

– „Słuchałem”, bo to jest przeszłość. Rozmawiając teraz z panem, tkwię w nicości łączącej pierwszy etap z drugim; jedną rundę z kolejną. Jeśli będę wracał do przeszłości bez trzymania dystansu, stanie się mniej obiektywna. Nie będzie już obiektem badań, nie będę mógł wyciągnąć z niej wniosków, jeśli dalej będzie częścią mnie. Muszę się jej wyrzec…

– Sugerujesz, że zbyt pochopnie wyciągnąłem wniosek?

– Nie. – Adam w końcu podniósł wzrok. – Miał doktor rację. Wmawiam sobie, że tym razem to był ostatni raz, kiedy ich posłuchałem, a następnym razem to ja podejmę decyzję. I tak w kółko. Ciągle mówię „słuchałem”, jakbym w końcu miał przestać. Co nie wyklucza faktu, że mam im za złe… Mam również za złe sobie.

– Że sobie na to pozwalasz?

– Tak… Ale domyślam się, że to nie jest rozmowa na dziś.

– Nie, rzeczywiście nie… – Doktor usiadł swobodnie na fotelu. – Jak się czujesz? Tak ogólnie?

– Źle. To znaczy neutralnie, obojętnie… Ale ta nijakość ma pesymistyczny posmak. Zresztą jak zawsze…

Doktor wrócił myślami do kartoteki Adama. Chciał sobie przypomnieć pewien krótki fragment, co udało mu się dość szybko. Ostatni raz zajrzał do jego teczki dwadzieścia minut temu.

– Powiedziałeś kiedyś, że urodziłeś się zły. Pamiętasz, co miałeś na myśli? Czy nadal podtrzymujesz swoje zdanie?

– To znaczy, że urodziłem się zły – odparł od razu bez zastanowienia, co doktor odebrał jako znak, że te myśli nadal tkwią w jego głowie. Przy okazji poznał od razu odpowiedź na drugie pytanie. Ruchem ręki zachęcił chłopaka do kontynuowania i słuchał uważnie, zaciekawiony.

– Pewnego dnia rodzice zrozumieli, że coś jest ze mną nie tak. Różni ludzie zaczęli mi wtedy wmawiać, że jestem pesymistą. Nie rozumieli jednak, że ja tego tak nie widzę. Ja po prostu się taki urodziłem. Dla mnie mój sposób bycia był neutralny, obojętny, jak już wcześniej mówiłem. Więc sytuacja, w której karmili mnie tymi oszczerstwami, była typowo toksyczna. Unikałem psychoanalizy jak ognia właśnie po to, by uchronić się przed takimi sytuacjami… W końcu dotarłem na terapię, a psychoanalityk wmuszał we mnie błędną interpretację mojego i swojego przeniesienia. Ja to łykałem i pogrążałem się w tym, jak on mnie widzi. W końcu przez tych wszystkich terapeutów, u których byłem, zacząłem czuć się jeszcze gorzej. Stałem się podwójnym pesymistą. Autodestrukcyjne żądze, z którymi się urodziłem, przejęły nade mną kontrolę i wyszedł ze mnie diabeł, potwór…

– Pamiętaj jednak – wtrącił doktor, patrząc na Adama z zaciekawieniem – że dzięki temu się otworzyłeś.

Młodzieniec patrzył na doktora tak, jakby nie do końca rozumiał, o co mu chodzi, i czekał na coś więcej, na wyjaśnienie.

Nie doczekał się. Poczuł silną potrzebę, by coś powiedzieć; cokolwiek.

– T-to… – wydukał – to fakt. Otworzyłem się, trochę… Co z tego, że wylazła wtedy ze mnie sama zgnilizna…

– Czułeś to już wcześniej w sobie? Dlatego byłeś nieśmiały?

– Wie pan… Nie jest łatwo nieśmiałym osobom mówić o tym, że są nieśmiali. Powinien to doktor wiedzieć…

– Musiałem spytać, bo chcę poruszyć temat rozwoju osobistego.

– To znaczy?

– W pierwszej fazie istnienia grupy musisz dowiedzieć się o sobie jak najwięcej. Musisz zacząć dostrzegać siebie w takich kolorach, w jakich widzą cię inni.

– Dlaczego?

– By łatwiej było ci później dostrzec zmiany, jakie w tobie zachodzą.

Adam zmarszczył czoło. Wyglądał na zmieszanego.

– Chcecie tu ze mnie zrobić kogoś innego…

Doktor pokiwał głową wolnymi ruchami.

– Warunkiem rozwoju osobistego jest nieustający proces zmian w życiu. Rozwiązanie konkretnego problemu zmienia inne przekonania pacjenta na temat siebie, świata, ludzi, co właśnie prowadzi do…

– … do rozwoju osobistego – wtrącił Adam. – Rozumiem. Ale i tak mi nie pomożecie…

Młodzieniec znowu spuścił głowę i zaczął trzeć suche dłonie. Były w opłakanym stanie. Doktor zauważył to, jak tylko Adam stanął w progu gabinetu. W jego przekonaniu chłopak i tak wyglądał marnie; bardzo chudy i przygarbiony. Ale to właśnie ręce reprezentowały krytyczną sytuację jego psychiki. Były jak somatyczne przejawy wewnętrznego rozkładu. Sine, z czerwonymi plamami i skórą tak suchą, że nieustannie pękała, goiła się i znowu pękała. Gdy wymienili uścisk ręki na powitanie, mężczyzna czuł, jakby wziął do ręki cegłę.

Patrzył teraz na wzajemne ocieranie się tych dłoni i wiedział, że Adam jest świadomy, w jak opłakanym stanie – tak psychicznym, jak i fizycznym – się znajduje. Ludzka strona doktora, ta kierująca się odruchami, takimi jak pochopne ocenianie czy uleganie stereotypom, postrzegała Adama jako przypadek skrajnie trudny i niedostępny. Wiedział za to, i to go determinowało, że akurat z tym chłopcem będzie mu się pracowało najlepiej. Był najmłodszy z grupy, prawdopodobnie najinteligentniejszy, w naturalnym środowisku bardzo nieśmiały, lecz zaskakująco rozmowny w towarzystwie doktora; świadomy zła, jakie w nim tkwi, stojący najbliżej krawędzi, a raczej stojący nad największą przepaścią; wrażliwy i czuły, a jednocześnie dążący do samozagłady…

Nigdy nikogo nie faworyzował i nie miał zamiaru tego robić i tym razem. Musiał jednak patrzeć na każdego z osobna przez pryzmat emocji i wrażeń, jakie towarzyszą pracy z nimi. Musiał interpretować własne przeniesienia, pamiętając o tym, o czym zresztą wspomniał Adam – by nie wpajać im swoich interpretacji. To jak narzucanie im kształtów, w jakich się ich widzi.

– Musicie sami sobie uformować nowe kształty… – powiedział doktor na głos, zamyślony.

– Nie pomożecie mi… Inni przynajmniej coś mi obiecywali.

– Ja ci tego nie mogę obiecać. Sam powinieneś to zrobić dla siebie.

Adam prychnął.

– Obiecałem kiedyś sobie, że się unicestwię.

– I dzięki temu tu trafiłeś.

Zapadła chwila ciszy. Adam zaczął rozglądać się po pokoju. Najdłużej przyglądał się kafelkom.

– A poza tym to macie kafelki jak w łazience… Podobają mi się.

Doktor się uśmiechnął.

– Pora na ostatnią formalność… – powiedział po chwili i wstał.

– Ostatnią? Ja bym powiedział, że jedyną… – odpowiedział Adam i patrzył, jak doktor podchodzi do biurka, schyla się i po chwili wraca, trzymając w dłoni jakiś…

– Dokument. – Doktor usiadł z powrotem w fotelu. Pochylił się nad stolikiem i podał kartkę Adamowi.

– I co ja mam z tym zrobić?

– Wypełnić. Tylko szczerze.

Adam prychnął pod nosem, jednak tym razem zabrzmiało to tak, jakby miał się zaraz popłakać. Znowu.

– Nie pomożecie mi… – powiedział ni to do siebie, ni to do doktora. – Co to ma być?!

Doktor ułożył się wygodnie w fotelu i, położywszy splecione palcami dłonie na brzuchu, odpowiedział:

– Tabula rasa[1]. Pisz. Tylko szczerze…

Nie mogła przestać drapać się po przedramieniu. Przez chwilę z tym walczyła, wysyłając swojemu ciału konkretne komendy. Miała jednak wrażenie, że im bardziej sobie zabrania, tym mocniej chce się drapać.

W końcu, już nawet trochę zgrzana, odpuściła. Postanowiła odwrócić swoją uwagę, uciec gdzieś myślami, jak najdalej od tej chwili i miejsca, wyzbyć się fizyczności… Kontrola oddechów. Liczenie do dziesięciu. Powolne wprowadzanie się w stan relaksacji. Wyciszenie się i skupienie uwagi na pojedynczej kończynie, zaczynając od prawej ręki, na lewej nodze kończąc. Wraz z wydechem pozbywała się wszelkich napięć, a z każdym łykiem powietrza wchłaniała otaczający ją spokój. Przynajmniej w teorii. Jak tylko skończyła napinać i rozluźniać nogi, zaczęło ją piec lewe przedramię. Podrapała się do krwi.

– Kurwa! – syknęła po polsku.

Z koniuszków palców na białą koszulę skapnęła kropla krwi. Położyła ręce na podłokietnikach fotela i zacisnęła na ich końcach dłonie. Chuj z relaksacją! – pomyślała wściekle.

Jeszcze nigdy nie ukończyła treningu autogennego. Nawet jeśli przechodziła do ostatniej fazy, to była już na skraju wytrzymałości i w końcu odpuszczała. Wybuchała. Rzucała najbliżej leżącą niej książką, gniotła paczkę papierosów, zrzucała ze stołu kubek z resztkami kawy i patrzyła, jak fusy próbują wygramolić się na podłogę. To ją odprężało. Wybuch. Niekontrolowane okazywanie irytacji, frustracji i złości, jakby nie miała żadnych filtrów ani hamulców. Drapała się, bo musiała po prostu znaleźć rękom jakieś zajęcie. Najlepiej takie, które wymagało dużo siły fizycznej. Nakupowała sobie sporo małych gąbczastych piłeczek. Na początku chciała kupić jedną, ale zmieniła zdanie – musiała mieć pewność, że zawsze jakąś przy sobie będzie miała. Wsadziła po jednej do każdej z torebek, do kieszeni kilku par swoich ulubionych spodni, do bluzy do biegania. W mieszkaniu było ich od groma. Każda w jaskrawym kolorze, by łatwiej było je znaleźć. Wtaczały się i wchodziły w takie miejsca, że kiedy dokonywała odkrycia, czuła się jak obiekt jakiegoś eksperymentu. Rozglądała się wtedy po mieszkaniu w poszukiwaniu ukrytych kamer. „To chyba jakieś żarty!”– mówiła, wyciągając piłeczkę zza muszli klozetowej lub z szuflady ze skarpetkami. Znajdowała je również w kubkach, które stały przy tylnej ścianie szafki, bo przecież nigdy ich nie używa, nie potrzebuje aż tylu – trzyma je na wszelki wypadek. Pewnego dnia na Wrocław lunął deszcz, jakiego nie widziano od czasów zalania miasta w 1997 roku. Kiedy wyciągała stare, zakurzone kalosze z pawlacza, jeden wypadł jej z ręki, wylądował na podłodze, a z jego środka wytoczyła się… piłka. Później była piłka w piekarniku – o mały włos jej nie spaliła – kolejna w woreczku, w którym trzymała zapas tamponów, jeszcze jedna w ostatniej szufladzie sypialnianej komody, gdzie trzymała wyłącznie prezerwatywy i lubrykant. Raz nawet znalazła jedną przed swoim blokiem, leżała w krzakach, przy klatce – zdradził ją jaskrawy różowy kolor.

Tym razem nie miała ani jednej, bo przecież skąd mogła wiedzieć, że po tym wszystkim nadal będzie ich potrzebowała. Trudno– pomyślała, ponownie zaciskając dłonie na podłokietnikach.

Rana na przedramieniu przestała piec. Nowa, świeża strużka krwi zetknęła się z łodygą wytatuowanej bliżej łokcia róży. Nieźle. Wyglądało to, jakby krew sączyła się z końca łodygi. Zakodowała sobie w pamięci, że jeśli kiedykolwiek będzie miała okazję, to wytatuuje kilka kropel. W końcu róża to nie tylko piękno – pomyślała. To zło, źródło cierpienia i bólu. Symbol tego, że piękno jest niebezpieczne. Łapiesz w złym miejscu i natrafiasz na kolec.

– Brakuje mi tylko kolców… – powiedziała na głos i westchnęła.

Przestała ściskać fotel. Spróbowała się zrelaksować, ułożyć swobodnie. Pomogło. Już nie drapała, a uczucie zapadania się było nawet przyjemne.

Po chwili znowu zaczęła się irytować. Założyła jedną nogę na drugą, zaparła się łokciem o podłokietnik, położyła głowę na dłoni i wplotła palce we włosy. Masując sobie czaszkę, przypadkowo znalazła płat suchej skóry. Oderwała go i wystrzeliła palcem wskazującym z kciuka na podłogę. Wróciła do masażu. Gdy była jeszcze w szpitalu, pielęgniarki zaproponowały jej pomoc w umyciu włosów; odmówiła, tłumacząc, że po blond włosach w ogóle nie widać, że są przetłuszczone, a zwłaszcza kiedy ma się loki. Odkąd przestała o siebie dbać, to była jej typowa wymówka. Nawet nie wiedziała, skąd jej się to wzięło, nikt jej tego nigdy nie powiedział. To były jej słowa, nie czyjeś. Wiele osób jej mówiło, że kolor włosów nie ma znaczenia, są przetłuszczone i tyle. Jakoś jej to nie przeszkadzało. Masowała się teraz po głowie i rzeczywiście jej palce wyglądały jak świeżo posmarowane kremem. Przyjrzała się im. Koniuszki połyskiwały. Powąchała je. Nic. Przekrzywiła głowę w drugą stronę, zamieniając przy tym rękę i wróciła do masażu.

Kolejny suchy płat.

Wystrzeliła go na podłogę.

– To już dwa – stwierdziła beznamiętnie.

Światło wpadające przez okno, przy którym siedziała dziewczyna, uwydatniło długie, ciągnące się wzdłuż prawego przedramienia blizny. Zwróciła na nie uwagę, przejechała po nich palcem wskazującym, rejestrując wybrzuszenie na całej długości. Nie czuła nic: ani wstydu, ani złości… Pustka. Dawne czasy – pomyślała, jakby tłumacząc sobie, że nie ma sensu do tego wracać.

I nagle, ku jej uciesze, dotarły do niej dźwięki stawianych kroków. Dochodziły z korytarza.

Płaskie, miękkie obuwie. Delikatny i równomierny chód.

Nie zerwała się.

Serce ani na moment nie przyspieszyło.

Zmieniła tylko pozycję, bez pośpiechu i delikatnie, jakby fotel miał się zaraz rozlecieć. Delektowała się spokojem, który ją ogarnął, bo znając życie – a znała je bardzo dobrze, z najgorszej możliwej strony mimo młodego wieku – zaraz przeminie i będzie myślała tylko o śmierci.

Z korytarza wyłoniła się młoda kobieta. Rówieśniczka– pomyślała Justyna przy pierwszym spotkaniu.

– Zapraszam.

Wstała i podeszła do pielęgniarki. Starała się być zwyczajna, nijaka, nie okazywać żadnych uczuć, utrzymywać spokój. Podeszły do drzwi gabinetu wciśniętych w piaskową ścianę. Były grube, z pozłacaną klamką. Pracownica uśmiechnęła się, zapukała i otworzyła drzwi, przepuszczając Polkę przodem.

– Dziękuję – zabrzmiał wdzięczny głos z wnętrza gabinetu.

Justyna przewróciła oczami. No tak… Facet. Typowe…

Spokój powoli ją opuszczał, a ściskając dłoń doktora, odczuwała już tylko gniew, choć na razie przytłumiony.

Pielęgniarka odwróciła się na pięcie i odeszła.

– Miło mi cię poznać, Justyno. – W jego uśmiechu irytowało ją to, że był w pełni naturalny. Mogła to wyczytać z jego dużych, rozpromienionych oczu, w ogóle niepasujących do reszty. Pociągła, prawie prostokątna twarz, zarost i zmarszczki…

Ile on może mieć lat?. Był typem faceta, który odpycha, a jednocześnie przyciąga dziewczęcą uwagę. Niby starszy, z lekką nadwagą, a mimo to pełen energii i charyzmy, z inteligentnym spojrzeniem. A przede wszystkim, na swój enigmatyczny sposób, ciekawy. Miał jednak jedną, przekreślającą wszystko, wadę. Justyna stała blisko niego dopiero minutę, a już zapoznała się z nią bardzo dobrze. W zasadzie ta wada była pierwszą rzeczą, która rzuciła jej się w oczy; pierwszą, z którą zetknęła się po tym, kiedy kobieta otworzyła jej drzwi; pierwszą, którą usłyszała. Wiedziała od razu…

Mianowicie był mężczyzną.

Więc dlaczego się zgodziła? Dlaczego zdecydowała się przyjechać, wiedząc, że będzie miała styczność z płcią przeciwną? Dlaczego pisze się na uleganie dyrektywnej postawie mężczyzny, który, mimo że wykształcony i – z tego, co wyczytała w jego oczach – inteligentny, nie ma nad nią żadnej przewagi, nie jest w niczym lepszy? A zwłaszcza w byciu… człowiekiem.

Przyjechała, bo są dwie płcie i nie ma powodu, by przedstawiciele jednej uciekali od drugiej. To, że przez te wszystkie lata wyrobiła sobie pewne zdanie o samcach, nie znaczyło, że nienawidziła ich wszystkich. Tłumaczyła to już tyle razy… Kiedy narzucali jej łatkę feministki, zgadzała się, przyjmowała ją pokornie, upewniwszy się najpierw, że ci, którzy o niej mówią, wiedzą, co właściwie oznacza bycie feministką. Tym, co nie wiedzieli, mówiła: „Spierdalać!”. Nigdy nie nazywała samej siebie feministką, bo świadoma była konsekwencji. To słowo było pewnego rodzaju zamkniętą metaforą, klatką, w której więzi się dziewczynę. Metaforą oznaczającą brak dostępu do negocjacji oraz wyrzeczenie się obiektywizmu. Kiedyś kochała mężczyzn, a właściwie – chłopców. Uprzedmiotawiała ich, nazywając swoją pasją, hobby. Bawiła się nimi, wodząc ich za nos, odkąd uświadomiła sobie, że ma nad nimi przewagę. Natura obdarzyła facetów chorą obsesją na punkcie samic. Silna kobieta to ta, która umie tę ich atawistyczną słabość wykorzystać. Z czasem jednak Justyna zrozumiała, że to niebezpieczna zabawa. Dla niej, niestety, nie było odwrotu. Tkwiła w tym na tyle głęboko, że aż… Cóż, właśnie dlatego tu trafiła.

Mogła jedynie pozostać czujna…

Trzymać dystans i dbać wyłącznie o siebie.

Tylko w ten sposób miała szansę przetrwać.

– Gdzie chciałabyś usiąść?

– Obojętnie.

Doktor ruchem ręki zaprezentował jej takie opcje jak pozostałym: krzesło przy biurku, fotele, kanapa.

Dziewczyna wzruszyła ramionami i usiadła na jednym z foteli.

– W porządku.

Na skraju biurka leżała teczka. Justyna zwróciła na nią uwagę, kiedy witała się z doktorem i ogarnęło ją dziwne wrażenie, że zawarta jest w niej historia jej życia, jej przypadek. Wszystko na to wskazywało. Nie było żadnych innych papierów na biurku. Kiedy siedziała w salonie i czekała, mężczyzna prawdopodobnie przygotowywał się do rozmowy. Po wejściu do gabinetu zastała go stojącego przy biurku z rękami opartymi o blat i z teczką leżącą dosłownie centymetry od niego. To na bank o mnie!

Jednak gdy doktor usiadł po drugiej stronie stolika, jego ręce pozostały puste. Nie miał przy sobie nic, zupełnie jakby wiedział, że trzymając papiery na kolanach i zerkając do nich, pozbawiłby dziewczynę poczucia swobody i bezpieczeństwa.

– A zatem… – zaczął. – Co myślisz o tym miejscu? Jakie są twoje pierwsze myśli?

– To dwa różne pytania – odpowiedziała oschle, pamiętając, by trzymać dystans. Wolała, żeby był za duży niż za mały.

– Powiedz tyle, ile czujesz, że chcesz powiedzieć. – Ręce trzymał swobodnie na brzuchu, splótł palce i zataczał kręgi kciukami. – Chcę po prostu porozmawiać.

– Spoko… Macie łazienkowe kafelki w salonie. I – z tego, co widzę – tutaj też.

Doktor zaśmiał się pod nosem, lecz nic poza tym. Chciał, by to ona mówiła.

– Poza tym jest bardzo słonecznie, macie dużo okien, a pomieszczenia są jasne. Pastelowe kolory. Bardzo ładnie. Wprawia to człowieka w wiosenny, a nawet letni nastrój. Czuję się dobrze. Podoba mi się.

– W pełni odprężona, zrelaksowana?

Teraz to ona się zaśmiała.

– Aż tak to nie. Ale czuję się o wiele lepiej, jeśli w pomieszczeniu jest jasno.

– Mamy również taras. Na pewno ci się spodoba.

– O! Super! To znaczy… – Odkaszlnęła. Poniosło ją. – Fajnie. Zgaduję, że jest gdzieś z tyłu. Nie widać go, kiedy się wchodzi od głównej bramy.

– Tak. Znajduje się w zacisznym miejscu.

– W porządku. – Kiwnęła głową.

– Powiedz mi, proszę… – Wpatrywał się w jeden punkt, gdzieś pośrodku blatu stolika. – …co sobie pomyślałaś, kiedy dowiedziałaś się o naszym ośrodku? Jakie były twoje pierwsze myśli, skojarzenia?

– Pomyślałam najpierw, że pewnie jest prywatny.

– Dlaczego?

– Nie wiem, jakoś tak, bez powodu. Drogą skojarzeń. Ta wasza… – zawiesiła głos – wysłanniczka wspomniała coś, że podlegacie jedynie WHO. Nie dotyczą was żadne, narzucone przez jakikolwiek rząd, restrykcje. Wspomniała też, że jesteście niezależną organizacją.

– Słowo „organizacja” ma nieprzyjemny wydźwięk, jakbyśmy coś ukrywali, kombinowali potajemnie, jak w książkach i filmach akcji. Bardziej pasuje do nas słowo „zrzeszenie”… albo „unia”.

– Unie zawiera się, by osiągnąć jakieś korzyści polityczne lub gospodarcze, więc nie pasuje.

Zaśmiał się i kiwnął głową, zgadzając się z uwagą.

– Na teorię o prywatnym ośrodku nakierowało mnie też jedno z kryterium selekcji – podjęła temat.

– Które dokładnie?

– „Umiejętność posługiwania się językiem angielskim w stopniu co najmniej gwarantującym swobodny przepływ informacji i wyrażanie myśli”. Żaden ośrodek leczniczy, podlegający jakiemukolwiek rządowi czy ministerstwu zdrowia, nie miałby takich wymagań.

– Tak ci powiedziała wysłanniczka? Tak brzmi to kryterium? – Doktor nie ukrywał zdziwienia.

– Nie. – Skrzyżowała ręce na piersiach. – Tak było napisane w… broszurze.

– W Internecie?

Przytaknęła.

– Niech zgadnę… Szukałaś informacji po angielsku?

– Tak. Po polsku nic nie mogłam znaleźć.

– Nazbyt wygórowane to wymaganie – stwierdził. – Uczestnik musi po prostu umieć posługiwać się językiem angielskim. Jesteśmy agencją międzynarodową. Język angielski jest mostem, który nas wszystkich łączy.

– Uczestnik? Agencja? Dwuznaczne te określenia. Nie jesteśmy przypadkiem… pacjentami? – Zawahała się przy ostatnim słowie.

Doktor pokręcił przecząco głową.

– To, co tu się odbywa, określamy mianem szkolenia, przygotowania do czegoś. Z niczego was nie leczymy, nie macie już żadnych objawów. To, co was wszystkich łączy, to, w jaki sposób zakończyliście walkę ze swoimi demonami, było jak guzik restart w tej jakże trudnej i niesprawiedliwej grze zwanej życiem. Nasza terapia przypomina rehabilitację.

– Aha.

Siedzieli przez chwilę w ciszy.

– No i przywieźliście mnie tu helikopterem! – ryknęła, jakby dokonała odkrycia. – Uznano, że tak będzie najszybciej i najwygodniej. Podejrzewam również, że i taniej, choć nie wiem, jakim cudem. Raczej nie podjęlibyście droższych środków…

– Skąd wiesz? Może kwestia czasu była jedyną braną pod uwagę. Albo twoja wygoda.

– Nie było wygodnie. Było głośno! I nie lubię latać nad wodą! – Znów splotła ręce na piersi. Przyjęła zamkniętą postawę i na razie nie miała zamiaru się otwierać. – W samolocie czuję się bezpiecznie. Jestem bardziej… zamknięta. Helikopter jest zbyt otwarty.

– Rozumiem.

– To dobrze.

Znów na krótką chwilę zapadła cisza. Justyna udała, że nie widzi, z jaką swobodą doktor jej się przygląda, i zaczęła rozglądać się po gabinecie.

Kurwa, nic tu do siebie nie pasuje.

Na podłodze leżał indiański dywan, a na brudnobiałych ścianach wisiały obrazy przedstawiające morze, wydmy i statki. Okno przysłaniały śliwkowe zasłony. No i te kafelki! Masakra– zaśmiała się w duchu.

– Muszę przyznać – zaczęła – że na razie czuję się dobrze.

– W takim razie nie ma co przedłużać.

Wstał, zapierając się rękoma o kolana, jakby miało mu to jakoś pomóc. Wszedł za biurko, schylił się, pogrzebał chwilę w szufladzie i wyciągnął jakiś dokument. Wrócił na miejsce i podał jej.

– Ostatnia formalność.

Justyna wzięła dokument do ręki, przyjrzała mu się z obydwu stron i zaniosła się krótkim śmiechem.

– I co ja mam z tym niby zrobić?

– Wypełnić. Tylko szczerze.

Przewracała kartkę, przyglądając się jej z obu stron.

– To są, kurwa, jakieś żarty.

– Nie – odpowiedział stanowczo. – Nie spiesz się.

I nie spieszyła się. Nie mogła zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. I kiedy tak myślała, po stole potoczył się długopis. Jednak zanim cokolwiek napisała, zaczęła drapać się po przedramieniu. Tym razem nawet nie próbowała się powstrzymywać.

Piekło, a z róży znów zaczęła sączyć się krew.

Gdy tylko weszła do salonu, zaczął rozbierać ją wzrokiem. Już jakiś czas temu zauważył, że niektóre dziewczyny są w stanie to wyczuć. Widać było po jej minie, że czuje się rozbierana.

Miała na sobie coś, czego nie był w stanie nazwać. Na początku był święcie przekonany, że to fartuch dentystyczny, ale potem zmienił zdanie. Coś jakby fartuch, ale nie mógł należeć do kogoś, kto ma bezpośredni kontakt z pacjentem. Pomyślał o pielęgniarce, ale takiej, która na przykład siedzi za biurkiem. Później, kiedy w końcu wstała i zaprowadziła go do salonu, miał okazję się przyjrzeć i stwierdził, że to jednak sukienka. Dziwna – pomyślał – ale sukienka. Nie była ani obcisła, ani luźna; ani za krótka, ani za długa. Sięgała jej za kolana, miała krótkie rękawy i zapinało się ją za pomocą dużej liczby niewielkich guzików wszytych w linii, która ciągnęła się od delikatnego dekoltu do samego dołu. Wydawało mu się również, że tuż pod piersiami znajduje się jakiś ściągacz. Za kilka tygodni dowie się, że pielęgniarka ma po prostu bardzo mały obwód żeber i nieforemnie duże piersi, a kiedy zakłada stanik, upewnia się najpierw, że jest ciasny i że się nie zsuwa. Dopiero później nakłada ramiączka.

– Może pan już wejść do gabinetu – powiedziała.

Skinął głową i wstał z fotela. Kiedy prowadziła go do drzwi, przyglądał się jej długiej szyi, odsłoniętej dzięki związanym w kok włosom. Przez cienką skórę przebijała się ciągłość ścięgien. Za trzy tygodnie odkryje, że kobieta ma w tym miejscu łaskotki.

Zapukała i odeszła, a Aldo odprowadzał ją wzrokiem, póki nie zniknęła za rogiem. Wtedy usłyszał głos dochodzący zza drzwi. Jakieś słowo powiedziane tonem rozkazującym, a jednocześnie uprzejmym, zachęcającym.

Aldo wszedł.

Ujrzał mężczyznę zbliżającego się z wyciągniętą przed siebie ręką. Twarz miał rozpromienioną, jakby nie mógł się doczekać tego spotkania. Aldo zareagował od razu w naturalny dla siebie sposób. Rozluźnił się i przyjął entuzjazm i radość bijące od doktora. Jego bezpośredniość i pewność siebie w kontaktach z innymi, często odbierane jako nachalne, miały okazać się przydatne.

– Bardzo miło cię w końcu poznać, Aldo.

Pewnym gestem uścisnęli sobie dłonie. Różnice w ich wyglądzie były znaczne. Kogoś patrzącego z boku mogłoby to nawet rozśmieszyć. W pewnym sensie stanowili swoje przeciwieństwa. Doktor wyglądał jak oddany swojej pracy, mieszkający z matką, pełen energii nauczyciel z lekką nadwagą, a Aldo – jak latynoskiego pochodzenia piłkarz, elegancik i amant, który kompleks niskiego wzrostu przezwyciężył, spalając kalorie na siłowni. Jednak łączyło ich coś wyraźnego – oczy – duże, niemal sarnie. Były tak podobne, jakby jeden spłodził drugiego i przekazał je, jak ojciec synowi, chociaż pochodzili z dwóch różnych kultur, z dwóch różnych krańców świata.

– Te kafelki nadają się co najwyżej do łazienki – powiedział Aldo, kiedy siadali przy biurku.

Doktor zaśmiał się, podjechał fotelem bliżej blatu i przybrał swobodną, wysyłającą pozytywne sygnały pozę.

– Tak. Nieraz już to słyszałem. Nie projektowałem tego domu, ale można się przyzwyczaić.

Na krótką chwilę zapadła cisza. Portugalczyk rozglądał się na wszystkie strony, a doktor przyglądał się mu. W końcu spytał:

– Jak się czujesz?

– W sensie teraz czy ogólnie? – Aldo przestał się rozglądać. Patrzył wyłącznie przed siebie, to na doktora, to na grzbiety książek na wielkim regale stojącym za nim.

– To i to. Chciałbym wiedzieć, jakie jest twoje samopoczucie.

– Ogólnie to zawsze próbowałem czuć się dobrze. Kiedy życie dawało mi w kość, starałem się nie brać tego do siebie w takim stopniu, w jakim normalnie… bym to przyjął. Wie pan, o co mi chodzi?

– Tak. Podoba mi się sposób, w jaki na to patrzysz.

– Czyli w jaki?

– Powiedziałeś, że starasz się czuć dobrze, jakby twoje samopoczucie nie brało się z tego, co cię nachodzi z zewnątrz, tylko z tego, co ty sobie postanowisz.

– Tak.

– Nie uważasz, że to trochę… sztuczne? Mechaniczne?

– Sim! To znaczy… tak. Ale działa.

Doktor poprawił okulary.

– Jest pan doktorem?

– Tak, między innymi psychiatrii.

– Czyli jak mamy się do pana zwracać? Doktorze terapeuto?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Obojętnie, choć wolę bez tytułu. Równie dobrze możesz mi mówić po imieniu, ale zakładam, że z grzeczności będziesz trzymał się zasad etyki.

Portugalczyk przytaknął i zerknął przy okazji na tabliczkę z imieniem, stojącą pośrodku blatu. Potem znowu zaczął się rozglądać po pokoju.

– Coś szczególnego przykuwa twoją uwagę? A może czegoś szukasz? – spytał doktor.

– Tu nic do siebie nie pasuje!

– Tak, wiem, to też już słyszałem – odrzekł ze śmiechem – Kwestia…

– … przyzwyczajenia – skończył za niego Portugalczyk.

– Zechcesz odpowiedzieć na kilka krótkich pytań?

Aldo milczał. Wzruszył po prostu ramionami. Doktor zaczął z wolna:

– Skoro już wiesz, kim jestem, spytam, czy wiesz, co to za miejsce?

– Tak, czytałem broszurę. W ostatniej chwili skorzystałem ze szpitalnego Internetu. Trudno was było znaleźć, ale jakoś się udało. Musiałem szukać po angielsku.

– Bardzo dobrze mówisz w tym języku.

– Podejrzewam, że to było jedno z kryteriów – odparł Aldo.

Doktor złożył palce w piramidkę tuż przy twarzy.

– A ja podejrzewam, że wiesz, dlaczego tu jesteś. – Spojrzał na niego przenikliwie. – Jesteś inteligentny. Wiem to z twoich akt i widzę to w rozmowie z tobą, mimo że nie poruszyliśmy jeszcze żadnego konkretnego tematu.

– Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że jeśli nie zaczniesz brać z życia tyle, że już nic więcej nie zostanie do wzięcia, to stajesz się zwykłą osobą. Mówi się, żeby być ciągle pozytywnie nastawionym. Coraz bardziej modne staje się wychodzenie naprzeciw obowiązującym standardom tylko po to, by życie było jak najbardziej rozrywkowe, wyjątkowe i tak dalej. Bo przecież mamy tylko jedno… – Aldo przybrał kpiący uśmieszek. – Wszyscy myślą, że to właśnie robią, że łapią byka za rogi. Gówno prawda. Trzeba być skrajnie powalonym, totalnie nienormalnym, nie mieć żadnych, kompletnie żadnych zobowiązań, żeby brać tego bydlaka za cholerne rogi. Tylko samotnicy, którzy niczego nie mają, są w stanie korzystać z życia w stu procentach. Dopiero po czasie zrozumiałem, że jestem jednym z nich. Odciąłem się od rodziny i od obowiązującego w Europie trybu życia. Nie miałem pracy, nie płaciłem podatków. Podróżowałem, poznawałem ludzi, kochałem się w nich, posuwałem i dziewczyny, i chłopaków. Sam byłem posuwany. I przez dziewczyny, i przez chłopaków. Nie miałem niczego, nie mam niczego i zrozumiałem, że niczego nie będę miał w przyszłości. Więc gdzie jest meta? To jak uprawianie seksu, wiedząc, że ani ona, ani on nie osiągną orgazmu. Gdzie jest początek, gdzie środek, a gdzie koniec? Co jest końcem?

– I dlatego zrobiłeś to, co zrobiłeś?

– Wyznaczyłem sobie metę – wyjaśnił. – Nie żałuję. Moje życie było jak maraton z elementami sprintu. I dopiero na mecie zrozumiałem, że się pogubiłem. Nawet nie chciałem brać udziału w tym biegu, mówiąc nadal metaforycznie. Pogubiłem się.

– Co chcesz teraz zrobić? Jaki masz cel?

– Chcę się przygotować… – Jego sarnie, zielone oczy się zaszkliły.

– Do czego?

– Do rundy drugiej. Do drugiego biegu. Ale chcę to zrobić tak, jak należy.

Doktor przerwał kontakt wzrokowy i nachylił się ku jednej z szuflad. Aldo uniósł się lekko i ciekawskim okiem próbował wyłapać, co jego rozmówca wyciąga z biurka. Jakiś dokument – stwierdził w myślach.

Doktor wręczył mu go, mówiąc:

– Ostatnia formalność.

– Już? To wszystko? Tak szybko? – Aldo spojrzał na papier. Zmarszczył czoło.

– I co ja mam niby z tym zrobić?

– Wypełnić. Uczciwie.

– Porra[2]! Jaja sobie ze mnie robisz.

Doktor rozsiadł się w fotelu, odjechał nieco od blatu i ze splecionymi na brzuchu rękoma patrzył, jak Portugalczyk zanosi się śmiechem.

– Czy masz jakieś obawy względem tego… przedsięwzięcia?

– Tak. Inni.

Siedzieli przy biurku. Ona po jednej, doktor po drugiej stronie. I mimo że oddzielał ich szeroki na metr blat biurka, oboje czuli się w pełni komfortowo. Ot, dwoje dorosłych odbywało pogawędkę.

– Inni, w sensie… Inni uczestnicy?

– Inni ludzie, inne osoby.

– Mhm… – Doktor poruszył się delikatnie na krześle; chciał, by zostało to odebrane jako odruch w pełni naturalny. – Czego się boisz? Odrzucenia? Tego, że nikt cię nie zaakceptuje?

– Raczej nie. – Potrząsnęła głową, a falowane, ciemne włosy podskoczyły. – Zwykłam utrzymywać pewien kontakt z jedną lub dwiema osobami.

– To może chodzi o coś przeciwnego? Może obawiasz się ich obojętności?

Wzruszyła ramionami.

– Nie chcesz ich poznać? Niektórzy czują wręcz pewną ekscytację na myśl o tym, że mogą poznać kogoś nowego. Mówi się, że każdy ma swoją historię, każdy ma coś ciekawego do powiedzenia i że można nauczyć się czegoś nowego, rozmawiając z innymi, dopiero co poznanymi osobami.

– Poznanie nowych ludzi od zawsze wiązało się z tym, by gdzieś pójść, by wziąć w czymś udział, zrobić coś…

– Wydajesz się zmęczona – powiedział doktor, rezygnując z próby wyjaśnienia jej niechęci do innych ludzi. Gdy milczenie dziewczyny się przedłużało, dotarło do niego, że i na to stwierdzenie nie otrzyma żadnej odpowiedzi, więc zmienił temat po raz kolejny. – Poproszono cię o wypełnienie Inwentarza Depresji Becka, pamiętasz? Miałaś najmniej punktów z całej grupy.

– To chyba dobrze? – odpowiedziała oschle.

– Nie chodzi o to, czy to dobrze, czy źle… Chodzi o to, co nam to o tobie mówi, i o to, by wyciągnąć z tego jakieś wnioski.

– I co? Wyciągnął pan z tego coś ciekawego? – Nawet nie próbowała ukryć swojego braku zainteresowania, a mimo to, według doktora, paradoksalnie wszystko wskazywało na chęć współpracy. Musiał po prostu ignorować wszelkie przejawy niechęci.

– W tej chwili? Jeden. Chcesz wiedzieć jaki? – Odczekał chwilę. Wiedział, jak zachowują się pacjenci z tego typu osobowością, musiał jednak dać jej szansę na odpowiedź; ta rozmowa musiała być jak najbardziej zwyczajna, a przynajmniej przebiegać w zwyczajny sposób. – Masz najmniej powodów z nich wszystkich, by tutaj być. Oczywiście bardzo się cieszę, że tu jesteś. Mam nadzieję, że będziesz zaangażowana na miarę swoich sił. Jednak wyraźnie widać kontrast między tobą a innymi.

– Każdy jest wyjątkowy – odpowiedziała oschle.

Bardzo to ogólne– pomyślał doktor. Równie dobrze mógłby przerwać rozmowę właśnie w tym momencie. Scharakteryzowałby ją jednym krótkim akapitem. Już wiedział, jak ją opisać, jakich użyć sformułowań, jakim określeniem ją podsumować i do której szufladki wepchnąć. Mimo to bardzo chciał skonfrontować ją z innymi. Wiedział już, że dziewczyna dopuści innych do siebie tylko wtedy, gdy nie będą próbowali wtargnąć na emocjonalną płaszczyznę jej życia. Będzie utrzymywała kontakt i znajomość, ale na swoich warunkach. W chwili zagrożenia po prostu się wycofa. Pierwsza faza istnienia grupy będzie najtwardszym orzechem do zgryzienia, lecz nie dla niego, tylko dla nich; dla niej.

– Czy masz jakieś oczekiwania? – spytał z czystej ciekawości. – Nie wydajesz się osobą, która zakłada pewne rzeczy. Wydajesz się bardziej…

– … spontaniczna? – wtrąciła, wracając spojrzeniem do doktora.

Kiedy on mówił, ona rozglądała się po pokoju. Widziała to, co inni, w pokoju nic się nie zmieniło, lecz ona spoglądała na te wszystkie gryzące się ze sobą dekoracje obojętnym, wręcz niewidzącym wzrokiem. Jakby jej oczy, zamiast rejestrować, odbijały obraz jak lustro. Była zdystansowana nawet względem obiektów i otoczenia. Za zimną, zobojętniałą maską, fizycznie piękną i silną kobietą, kryło się wyniszczające skupisko cierpienia zebrane przez te wszystkie lata spędzone na ucieczce od jej własnych tradycji i korzeni. Chłód, przebijający się przez szerokość blatu, docierał do doktora i ranił, jakby kobieta wystrzeliła w jego kierunku sople lodu lub jakby zawiesiła mu je nad głową, a one raz za razem zrywały się i wbijały boleśnie w skórę. Jedyne, co upodabniało ją do ludzkiej istoty, to podkrążone oczy – prawdopodobnie objaw kaca i jednocześnie jedyna oznaka resztek człowieczeństwa.

– A jesteś?

Znowu wzruszyła ramionami.

– Im częściej ktoś mówi o sobie, że jest spontaniczny, tym mniej tak w rzeczywistości jest. Ale ma pan rację, rzadko coś zakładam. Po prostu idę i przyjmuję to na klatę.

– Czyli nie masz żadnych oczekiwań? – spytał po raz kolejny. Liczył chociaż na ogólną odpowiedź.

Zanim się odezwała, przez chwilę wodziła wzrokiem wokół, jakby szukała odpowiedzi w otoczeniu.

– Skoro muszą być inni, to niech chociaż mają coś fajnego do powiedzenia.

Doktor czekał, aby upewnić się, że Bułgarka nie ma zamiaru niczego dodać. Gdy wciąż milczała, odezwał się:

– Wcześniej wspomniałem o pewnym kontraście, jaki tworzy twoja obecność w tej grupie. Jest jeszcze jedna, niewielka różnica. Na pierwszy rzut oka to nic takiego, ale to może mieć znaczenie później, kiedy pogłębią się wasze relacje.

Prychnęła pod nosem.

– Jedyne, co może się pogłębić, to moja niechęć.

Doktor zignorował tę wypowiedź i zamilkł. Chciał zmusić ją do ujawnienia, że tak naprawdę jest zainteresowana rozmową. Czekał, aż sama zapyta o wspomniany przez niego kontrast.

Przez następną minutę po prostu na siebie patrzyli. W końcu Bułgarka, nieco poirytowana, przechyliła głowę i spytała:

– No i co dalej?

Doktor się uśmiechnął. Tyle mu wystarczyło.

– Ten kontrast… Jesteś o wiele starsza.

Wzruszyła obojętnie ramionami.

– Jeszcze tego nie wiesz, ale to będzie miało znaczny wpływ na twoją pozycję w grupie.

– O ile zostanę – wtrąciła.

Doktor westchnął.

– Nie będzie to ani dobry, ani zły wpływ. Po prostu będzie miało znaczenie i kiedy stanie się to dostrzegalne, zaczniemy to wykorzystywać jako narzędzie terapii.

– Terapii? – Uniosła się zaskoczona. – To nie miała być terapia, tylko przygotowanie do…

Doktor uniósł ręce i zaśmiał się, nieco zażenowany.

– Tak, tak… Przepraszam, skrót myślowy.

Znowu na kilka sekund zapadła cisza. Bułgarka spojrzała za okno, na majaczącą za szybą łąkę, która mimo że oddalona, wydawała się integralną częścią gabinetu. Wpatrywała się w nią, jakby miała w niej dostrzec coś bardzo ważnego; coś, na co czekała lub czego szukała od dłuższego czasu. Doktor wykorzystał okazję, by spojrzeć na nią z boku. Jej chwilowa fascynacja światem zewnętrznym stworzyła dystans oddzielający ją od mężczyzny. Ten, zamiast patrzeć na nią jak na obiekt badań, przełamał się i wpatrzył się w oczy kobiety tak, jakby pewnego dnia zobaczył ją w zatłoczonym metrze. Mimo że była mu obca, patrząc na nią, czuł pewnego rodzaju więź, jakby znał ją całe życie.

Nagle dostrzegł zmianę w wyrazie jej twarzy, w sposobie, w jaki wyglądała na zewnątrz. Znów przestała rejestrować. Zagłębiła się we własnym umyśle; dała się ponieść myślom, skojarzeniom, głęboko skrywanym fascynacjom i obawom. Doktor, jako terapeuta, psychiatra i ludzka istota w jednym, znał to spojrzenie bardzo dobrze.

– O czym myślisz? – spytał cicho, niemal szeptem.

– O tym, co pan powiedział. – Powoli oderwała wzrok od okna. – O tym, jak różnica wieku wpłynie na moje relacje z innymi.

– To nic złego – sprostował.

– Wiem. – Spojrzała mu w oczy. – Po prostu… Wiem już teraz, że ich skrzywdzę.

– Ja bym to nazwał „wpłynięciem na nich”, a to również nic złego – wtrącił znowu.

– Nie obchodzi mnie to. Skrzywdzę ich i tyle. Niech się walą. Nie obchodzą mnie. Chcę po prostu dobrze dla siebie. – Spuściła wzrok, oplotła dłonią krtań, jakby chciała udusić samą siebie. – Nie wiem, jak się zachowywać przy ludziach – dodała cicho.

– Poradzisz sobie. Pomogę ci.

Po chwili spytał:

– Chciałabyś coś jeszcze wiedzieć?

– Tak. – Podniosła wzrok i obdarzyła doktora spojrzeniem tak przeszywającym, że mężczyzna drgnął. – Czy została jeszcze jakaś formalność? Chcę już iść.

– Właściwie to tak.

Sięgnął powolnym ruchem do szuflady i z pliku kartek wysunął jedną, tak białą, że niemal raziła w oczy, odbijając światło wpadające przez okno. Położył ją na biurku, podsunął bliżej pojemnik z długopisami, a sam usadowił się na krześle. Próbował się rozluźnić.

– Co to? – spytała Bułgarka, patrząc na kartkę.

– Ostatnia formalność. Proszę, żebyś wypełniła ten dokument.

Przez chwilę się wahała. Patrzyła to na kartkę, to na doktora. Ściągnęła ze zdziwieniem brwi. Niemal przysłaniały jej ciemne oczy.

– Nie rozumiem – powiedziała, sięgając w końcu po kartkę. Przyjrzała się jej z obydwu stron.

– Czego nie rozumiesz?

– Jak mam ją wypełnić?! – odpowiedziała ostro i uniosła papier wysoko. – Ta kartka jest pusta.

– Nie jest pusta. To ostatnia procedura przyjęcia cię do… trzódki. – Zaśmiał się.

Ściągnęła brwi jeszcze bardziej. Jej gęste włosy zaczęły delikatnie podskakiwać, jakby dziewczyna drżała z poirytowania.

– Inni nie musieli tego wypełniać?

– Musieli. Każdy z was musi. – Doktor był nad wyraz spokojny, sprawiał wrażenie delektującego się jej zmieszaniem.

– I co inni napisali? Powiedzieli coś?

Doktor wrócił myślami do poprzednich rozmów.

– Ich reakcje były różne.

Bułgarka patrzyła na niego nic nierozumiejącym wzrokiem. Potem zerknęła na czystą kartkę i kiedy już miała zacząć pisać, nachyliła się nad biurkiem i zapytała:

– Co mam napisać?

– To formularz przyjęcia. Napisz wszystko, co uważasz za istotne.

I wtedy stało się coś, czego doktor nigdy by się nie spodziewał.

Bułgarka zaśmiała się, naprawdę szczerze, i dodała:

– A to dobre…