Trzej Maszkaronowie i sami (nie)swoi - Franciszek Marek Piątkowski - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Trzej Maszkaronowie i sami (nie)swoi ebook i audiobook

Franciszek Marek Piątkowski

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Myśleliście, że wygonienie legendarnych stworów z powrotem w zaświaty zakończy sprawę? Nic z tych rzeczy! Klątwa Biedy z Nędzą nadal działa, chociaż z pewnym opóźnieniem. Wprawdzie potrzebowała trochę czasu, żeby dotrzeć swą złowieszczą mocą we wszystkie zakątki globu, ale kiedy już dotarła, to bezlitośnie porwała najróżniejsze mityczne, legendarne i półlegendarne postacie, po czym pozostawiła je na pastwę losu w kraju nad Wisłą. 

 

Teraz Yeti, Drakula, potwór z Loch Ness, Robin Hood i jego “wesoła kompania” oraz wiele innych zabłąkanych legend czekają na pomoc!

 

Cóż, Trzej Maszkaronowie wspierani przez niezawodną ekipę topielicy i wodników oraz równie zabłąkanego, co niezwykłego zagranicznego gościa, znowu będą musieli posprzątać bałagan, który narobili oraz wypiją bezalkoholowe piwo, którego sami nawarzyli. A wy będziecie płakać ze śmiechu!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 150

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 26 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Oceny
4,3 (3 oceny)
2
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lupusrevelio

Nie oderwiesz się od lektury

Za krótkie :(
00



Copyright by Franciszek M. Piątkowski, Lublin 2026

Redakcja: Katarzyna Staniszewska

Korekta: Anna Holeksa

Projekt okładki, ilustracje: Marta Żurawska

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Patroni medialni:

Aryia Czyta Kotom, BadLoopus, Bookoholic, Cameramovie, Fantastyka Moim Życiem, Fantastyka w Recenzji, Fundacja Iza w Krainie Słowa, Gniazdo, Instaxprojekty, iSAP, Książkowa Wieża, Kupię Przeczytam Później, Okiem Umarlaka, Ruda Kociara Czyta, Samowydawcy.pl, Slavic Book, Słowiański Przewodnik, Smoki Wawelskie, Woman in Corset, Zdrowo BooKKnięte

Druk i oprawa:

Drukarnia Akapit Sp. z o.o.

ul. Zorza 6

20-381 Lublin

Kryptydy są koncepcjami pełnymi nadziei: nadzieją, że świat wciąż jest różnorodnym miejscem pełnym odkryć. Nadzieją, że ludzkość nie zagospodarowała jeszcze każdego centymetra kwadratowego planety pod franczyzy McDonald’s. Nadziei, że nie znudziła nam się nasza planeta-matka, że wciąż kryje w sobie dla nascuda.

Jason Ocker

„The United States of Criptids.

A Tour of American Myths and Monsters”

Rozdział 1I znowu się wzięło i się porobiło

Ponure zamczysko, posadowione na posępnym cyplu wdzierającym się w mroczne wody jeziora, ogarnęła czarna, bezgwiezdna, lepka niemalże noc. Noc z rodzaju tych, które opisuje się w klasycznych opowieściach grozy, ażeby wywołać zimny pot na plecach, mrowienie na karku i nastrój wszechogarniającej makabry. Noc, podczas której nie widać nawet czubka własnego nosa.

Dokładnie o północy nadciągnęła burza tak gwałtowna i bezlitosna, że wszystko, co żywe, a nawet to, co nieżywe, zaszyło się w najdalszych zakamarkach swoich schronień i dygotało w obawie przed zbliżającą się potwornością. Wiatr wył potępieńczo, a w przestworzach rozpoczęła się ogłuszająca kanonada grzmotów. Towarzysząca jej seria przerażających rozbłysków wydobywała z gęstej ciemności szkaradne kształty. Jakby świat zapałał gniewem i abominacją wobec obrzydliwości mającej się wydarzyć tej nocy.

Na zewnątrz ryk nawałnicy skutecznie zagłuszał wygrywaną na organach grobową, przyprawiającą o dreszcze melodię, która jęła się dobywać z przepastnych trzewi zamkowych lochów. Pośród murów coraz głośniej rozbrzmiewał utwór tak ponury i do głębi przejmujący, jakby sam Mozart wraz z Beethovenem i Händlem postanowili skomponować najbardziej upiorne requiem w historii.

Muzyka dudniła straszliwym crescendo, a w podziemiach nagle zapaliły się pochodnie, zalewając korytarze budzącym grozę bursztynowym blaskiem. Pełgające ognie wydobywały z mrocznych zakamarków złowieszcze cienie, jednak i te, gdy tylko wypełzły na kamienne posadzki, kurczyły się gwałtownie, jakby zdjęte trwogą.

Wicher wciąż wył potępieńczo, szalejąc po zamkowych komnatach i rozgłaszając straszliwą nowinę o niepowstrzymanym przybyciu makabry, którą świat miał kiedyś nadzieję pogrzebać na wieki. Na próżno jednak.

Właśnie wtedy, gdy rozwścieczone pandemonium wchodziło w apogeum, w małej, zatęchłej, najgłębszej zamkowej krypcie ze stojącej na podłodze trumny powoli i ze zgrzytem zsunęło się wieko. Ubrana na średniowieczną modłę, leżąca w niej dotąd postać zaczęła się podnosić w sposób iście nienaturalny i przynależny najplugawszym kreaturom z czeluści tak mrocznych, że pozostających poza ludzkim pojmowaniem.

I gdy owa straszliwa i mrożąca krew w żyłach chwila osiągnęła punkt kulminacyjny… rozległ się stłumiony huk, a potem dziki wrzask poprzedzający niewybredną wiązankę wulgaryzmów, grubiaństw i dalece nieprzyzwoitych złorzeczeń. Upiorna melodia zmieniła się w przeraźliwą kakofonię, po czym urwała jak ucięta nożem.

– Dumnezeule! Nemernicule! Dracului! – jęła wykrzykiwać po rumuńsku tajemnicza postać, rozcierając zapamiętale ogromnego guza na czubku głowy.

Po chwili jęknęła przeciągle, a następnie spojrzała z wyrzutem, irytacją i nielichym zdumieniem na niski kamienny strop, z którym jej czerep stoczył właśnie potyczkę krótką i z góry skazaną na porażkę. Na szczęście nosiła na nim podszyty grubym futrem kołpak, w przeciwnym wypadku owa porażka mogła być o wiele bardziej dotkliwa.

Tłumaczenie słów, które wybrzmiały w posępnej krypcie, nie nadaje się niestety do przytoczenia, chyba że sięgniemy po metodę twórców polskich ścieżek dźwiękowych do zagranicznych filmów. Otóż ich sposobem, dajmy na to, słowo shit tłumaczyć należy jako „kurczę pieczone” lub – w wersji bardziej dosadnej, a przez to oburzająco wulgarnej – „do diaska”.

W tym stanie rzeczy, bez konieczności czerwienienia się ze świętego oburzenia, można by przyjąć, że nieznajomy zakrzyknął:

– Och, Bogowie! A niech to gęś kopnie! Motyla noga! – Po czym, mrucząc do siebie, dodał oczywiście w stosownym tłumaczeniu: – Ależ będę miał, kurka wodna, śliwę… Co się w ogóle tutaj dzieje, kurka wodna? Moja krypta nagle, kurka wodna, zmalała?

Mroczne indywiduum wygramoliło się z upiornego leża i wypadło jak burza z pomieszczenia, ciągle mamrocząc pod nosem paskudne rumuńskie przekleństwa, których przekład na polszczyznę niech na wieki pozostanie tajemnicą. Czujnie się rozglądając, przemierzyło kilka korytarzy i klatek schodowych, pozaglądało do spartańsko urządzonych komnat, tu i ówdzie postukało kułakiem w posępne mury.

Niestety, zupełnie nic się w tym miejscu nie zgadzało, co wzbudzało jeszcze większą irytację i generowało potrzebę wyrzucania z siebie coraz to wymyślniejszych grubiaństw.

Po kilkunastu minutach miotania się po ponurym zamczysku tajemniczy stwór dotarł w końcu do krużganków, a potem wspiął się po stromych stopniach na mury. Kiedy znalazł się na szczycie, spojrzał na rozświetlany szalejącymi rozbłyskami świat i zamarł ze zdumienia.

– O ja wykonuję ruchy frykcyjne! – wrzasnął przepełniony palącym gniewem i niedowierzaniem. – Co to w ogóle jest, do kurtyzany nędzy? Przecież to jakiś zupełnie inny zamek!

* * *

Tymczasem w całkiem innej części świata królowała budząca zasłużony zachwyt słoneczna pogoda. Królowała z całą pewnością chwilowo, bo na tej wysokości nad poziomem morza piękna aura mogła zmienić się w śnieżną zamieć w ciągu kilku minut i już by nie było czym się zachwycać, a wręcz należałoby postarać się, by w ogóle ujść z życiem.

Teraz jednak od bezchmurnego firmamentu odcinały się niebotyczne, postrzępione, bielejące w słońcu szczyty dachu świata, a wokół panowała niesamowita, absolutna cisza, przerywana czasem przez podmuchy wiatru, a czasem przez łoskot pękającego lodu.

Do mroźnej jaskini, ukrytej w najbardziej niedostępnej części majestatycznych gór, wpadały ostre promienie słońca. Na lśniącej szkliście posadzce siedziała wielka biała, kudłata i przysadzista postać, przypominająca nieszczęsny owoc skandalicznego mezaliansu goryla górskiego z misiem z zakopiańskich Krupówek.

Postać z lubością obgryzała i oblizywała resztki czegoś, co za życia prawdopodobnie było jakiem lub dzo, czyli krzyżówką jaka ze zwykłą krową. Ukontentowanie spożywanym posiłkiem raz po raz dobitnie akcentowała seria zadowolonych pomruków, głośnych mlaśnięć, zapamiętałych siorbnięć i ekstatycznych westchnień.

W końcu stworzenie chwyciło w łapsko coś, co wyglądało jak bydlęca kość udowa i bez wysiłku przełamało ją na pół. Jednak gdy zabierało się do wysysania smacznego szpiku, zupełnie zaskakująco to ono zostało wyssane z jaskini przez jakąś przepotężną, niepohamowaną siłę, a następnie targnięte w przestworza.

Po kilku minutach szaleńczego lotu, podczas którego masywnym cielskiem miotało niczym szmacianą lalką, postać gruchnęła ciężko nad brzegiem jakiegoś górskiego jeziora, gdzie królowały zdecydowanie nie zimowe, a wczesnojesienne okoliczności przyrody.

Szybko się jednak okazało, że małpiszon niewiele sobie robił z groźnie wyglądającego upadku, a i brutalne oderwanie od wyśmienitego posiłku nie okazało się jakąś szczególną niedogodnością, podniósł się bowiem nadzwyczaj żwawo, otrzepał nieco, rozejrzał wokoło, po czym zbliżył się do stojącego nieopodal słupa z przymocowanymi doń tabliczkami. Przyjrzał się im dokładnie i z widocznym zainteresowaniem.

– Morskie Oko pięćset metrów – przeczytał półgłosem, dając dowód temu, że nie taki małpolud prymitywny, jak go malują, a na dodatek, że potrafi czytać, i to jeszcze po polsku, co wcale łatwe nie jest. – Ojej, wylądowałem nad morzem? – mruknął nieco zafrasowany, wykazując, że akurat z geografią to jednak jest na bakier, po czym ruszył w kierunku całkowicie przeciwnym, niż wskazywał drogowskaz.

* * *

Jak się później okazało, w tym samym czasie dziwne zdarzenia dotyczące równie dziwnych – mniej lub bardziej legendarnych postaci – rozgrywały się w wielu miejscach ziemskiego globu.

Na ten przykład prosto z zimnych głębin najbardziej znanego szkockiego jeziora wyrwany został kształt przywodzący na myśl małego plezjozaura z szyją niczym peryskop łodzi podwodnej.

Meksyk z kolei utracił nagle słynnego krwiopijcę Chupacabrę, który według świadków, oczywiście naocznych, był albo czymś w rodzaju wielkiego gada, albo małpy, albo psa, albo czymkolwiek innym jeszcze, w zależności od tego, kto akurat o nim opowiadał.

Na domiar złego z mórz i oceanów zniknął nagle złowieszczy omen, który od stuleci dręczył marynarzy. Przepadła gdzieś bez wieści światowej sławy brytyjska banda rabusiów. Nieszczęsna Brytania w jednej chwili straciła także jeden egzemplarz króla i jedną sztukę czarodzieja. Grecja straciła głowę. W końcu ze Stanów Zjednoczonych, ku rozpaczy amerykańskich fanów hokeja na lodzie, wyniósł się, nie wiadomo gdzie, a tym bardziej dlaczego, koniopodobny Diabeł z New Jersey.

I cała ta niesamowita czereda pojawiła się nagle w…