Tropiciel - Vladimir Wolff - ebook
Opis

MOSKWA PAMIĘTA,
NIE WYBACZA.
ZNAJDZIE, UKARZE,
DOPEŁNI ZEMSTY...

W stolicy Federacji Rosyjskiej zostaje brutalnie zamordowany polski dyplomata. Rosyjskie i polskie służby prowadzą dochodzenia, które grzęzną w gąszczu fałszywych tropów.

Do Warszawy przylatuje przybrany brat ofiary, owiany złą sławą były amerykański komandos. „Opiekę” nad nim sprawuje młoda agentka polskiego kontrwywiadu.

Sprawy wymykają się jednak spod kontroli...
Śmierć zbiera krwawe żniwo – kto zabija? Terrorysta, nowa mafia czy stara tajemnica?

Vladimir Wolff po mistrzowsku opowiada jedną z legend PRL-u, przedstawiając niepokojąco prawdopodobny scenariusz wydarzeń skazanych na zapomnienie przez KGB i dawne polskie specsłużby.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


VLADIMIR WOLFF

TROPICIEL

© 2014 Vladimir Wolff

© 2014 WARBOOK Sp. z o.o.

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja i korekta językowa: Zespół redakcyjny

Projekt graficzny, eBook mastering:

Ilona i Dominik TrzebińscyDu Châteaux, [email protected]

Ilustracja na okładce: HEVI

ISBN 978-83-64523-25-0

Ustroń 2014

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Wie­dział, że nie po­wi­nien się tu zna­leźć, nie­mniej był i nie ba­wił się naj­le­piej. Z ta­cy prze­cho­dzą­ce­go obok kel­ne­ra wziął kie­li­szek z czer­wo­nym wi­nem, zwil­żył usta i ro­zej­rzał się po sa­li w po­szu­ki­wa­niu zna­jo­mych twa­rzy. Miał wra­że­nie, że go­spo­da­rzom uda­ło się zgro­ma­dzić ca­łą śmie­tan­kę to­wa­rzy­ską Mo­skwy, co w obec­nych cza­sach wca­le nie by­ło ta­kie ła­twe.

Nie­da­le­ko stał Gien­na­dij Zaj­cew, je­den z naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków pre­zy­den­ta. Sześć­dzie­się­cio­pię­cio­la­tek z nie­spo­koj­nie po­dry­gu­ją­cą grdy­ką wpro­wa­dzał at­mos­fe­rę tym­cza­so­wo­ści, choć na do­brą spra­wę po­wi­nien być osto­ją sta­bil­no­ści i spo­ko­ju. Ja­ko je­den z naj­bo­gat­szych lu­dzi no­wej Ro­sji dys­po­no­wał ak­ty­wa­mi się­ga­ją­cy­mi mi­liar­dów do­la­rów. Wła­ści­ciel spół­ek wy­do­byw­czych, ar­ma­tor, fi­lan­trop, po­sia­da­ją­cy sa­mo­lo­ty, do­my na ca­łym świe­cie i klub pił­kar­ski re­ali­zo­wał się pra­wie w każ­dej dzie­dzi­nie. Nie ist­nia­ły dla nie­go prze­szko­dy nie do po­ko­na­nia, a rzą­do­we kon­trak­ty sy­pa­ły się je­den za dru­gim. Ten czło­wiek spał na for­sie i miał wszyst­ko – no, mo­że oprócz gu­stu do ko­biet, któ­ry po­zo­sta­wiał wie­le do ży­cze­nia.

Uwie­szo­na je­go ra­mie­nia naj­now­sza zdo­bycz – Ele­na – wy­glą­da­ła po­dob­nie jak jej po­przed­nicz­ka: pół gło­wy wyż­sza od Zaj­ce­wa, z ru­dy­mi lo­ka­mi spły­wa­ją­cy­mi do ra­mion i w naj­now­szej suk­ni Ver­sa­ce­go, któ­ra le­d­wie za­sła­nia­ła cho­ro­bli­wie chu­de cia­ło. Po­przed­nią wy­bran­kę oli­gar­chy prze­bi­ja­ła kosz­mar­nym ma­ki­ja­żem na za­pad­nię­tej twa­rzy.

Wzdry­gnął się, gdy ob­rzu­ci­ła go spoj­rze­niem, i szyb­ko od­wró­cił gło­wę w dru­gą stro­nę, gdzie bry­lo­wa­ło praw­dzi­we od­kry­cie ro­ku. Ta­ki tan­cerz zda­rza się raz na stu­le­cie. Oleg No­wo­sil­cow ścią­gał tłu­my na przed­sta­wie­nia ba­le­tu mo­skiew­skie­go, a skan­da­le z je­go udzia­łem wy­peł­nia­ły czo­łów­ki ta­blo­idów. Zresz­tą new­sa­mi o tych wy­czy­nach so­wi­cie okra­sza­no też wia­do­mo­ści te­le­wi­zyj­ne i por­ta­le in­ter­ne­to­we. Zro­bił to, zro­bił tam­to, swo­im zwie­rzę­cym ma­gne­ty­zmem uwiódł spad­ko­bier­cę ary­sto­kra­tycz­ne­go ro­du z Włoch, ska­so­wał na­le­żą­cy do Zaj­ce­wa jacht wart dzie­sięć mi­lio­nów do­la­rów. Ach, co to by­ła za za­ba­wa. Wła­ści­ciel, za­przy­jaź­nio­ny z ba­let­mi­strzem, nie wy­glą­dał na prze­ję­te­go.

Na szczę­ście ta­cy jak No­wo­sil­cow sta­no­wi­li mniej­szość wśród zgro­ma­dzo­nych go­ści. Za­pro­szo­no ich, by do­da­wa­li pi­kan­te­rii ca­łej za­ba­wie. Bez nich by­ło­by po pro­stu nud­no. Co tu du­żo mó­wić – Fran­cu­zi wie­dzie­li, jak się ba­wić. Bra­ko­wa­ło je­dy­nie Ał­ły Pu­ga­czo­wej, któ­ra aku­rat wy­je­cha­ła od­po­cząć do So­czi. Ca­ła resz­ta to urzęd­ni­cy wyż­sze­go szcze­bla, dy­plo­ma­ci i oli­gar­cho­wie, nie tak barw­ni jak choć­by Zaj­cew, lecz rów­nie wpły­wo­wi w rzą­dzie i ad­mi­ni­stra­cji.

Przez chwi­lę roz­wa­żał po­mysł przej­ścia do sa­li obok i prze­ką­sze­nia cze­goś. Nie jadł od śnia­da­nia. Wi­dząc jed­nak kłę­bią­cy się w środ­ku tłum, po­rzu­cił ten plan. Je­mu aż tak się nie śpie­szy­ło, po­cze­ka. Nie opędz­lu­ją prze­cież wszyst­kie­go, coś na pew­no zo­sta­nie. Uśmie­cha­jąc się na pra­wo i le­wo, a przy tym sta­ra­jąc się ni­ko­go nie po­trą­cić, prze­szedł na dru­gi ko­niec sa­li i przy­sta­nął przy oknie. Tej czę­ści pra­cy, bo wła­ści­wie był w pra­cy, szcze­gól­nie nie lu­bił. Na­wią­zy­wa­nie no­wych kon­tak­tów nie przy­cho­dzi­ło mu ła­two. Za każ­dym ra­zem mu­siał się prze­ła­my­wać. Co zro­bić, ta­kie ogra­ni­cze­nia. Dziś pew­nie w ogó­le nic z te­go nie wyj­dzie, gdyż to­wa­rzy­stwo wy­da­wa­ło się zgra­ne, cho­ciaż po­ło­wę sta­no­wi­li cu­dzo­ziem­cy. Nie by­ło do ko­go się pod­cze­pić – nie znał żad­ne­go z tych lu­dzi, to nie je­go li­ga. Ta­cy wy­rob­ni­cy jak on za­ła­twia­li spra­wy sto­ją­cych wy­żej, bie­ga­li na po­sył­ki i od­wa­la­li brud­ną ro­bo­tę. Tu­taj ty­tuł trze­cie­go se­kre­ta­rza am­ba­sa­dy Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej w Mo­skwie ab­so­lut­nie nic nie zna­czył.

Po­cie­szył się kon­sta­ta­cją, że go­spo­da­rze zna­ją się na trun­kach. De­li­kat­nie za­mie­szał wi­no i przy­glą­dał się, jak krwi­sto­czer­wo­ny płyn wi­ru­je w szkla­nej cza­szy.

– Źle się pan ba­wi? – usły­szał gdzieś z bo­ku.

– Skąd­że.

Przyj­rzał się nie­zna­jo­me­mu. Na oko pięć­dzie­siąt–pięć­dzie­siąt pa­rę lat, woj­sko­wa pre­zen­cja, co o ni­czym nie mu­sia­ło prze­są­dzać, prze­ni­kli­we spoj­rze­nie i za­pad­nię­te po­licz­ki. Mó­wił po an­giel­sku, lecz z wy­raź­nym miej­sco­wym ak­cen­tem.

– Wła­ści­wie to chcia­łem o coś za­py­tać.

– Pro­szę. – Sta­rał się być na­sta­wio­ny tak przy­jaź­nie, jak to tyl­ko moż­li­we.

– Ni­g­dzie nie wi­dzę... – Męż­czy­zna za­ci­snął usta.

– Przy­sła­li mnie w za­stęp­stwie. – Po­wo­li do­my­ślał się, o co cho­dzi. – Mój szef zwich­nął no­gę.

– Kto?

– Je­rzy Ma­zu­rek, bo to chy­ba o nim pan mó­wi?

– A pan jest...

– Ko­strze­wa. Ra­fał Ko­strze­wa. – Prze­ło­żył kie­li­szek do le­wej dło­ni i wy­cią­gnął rę­kę.

Tam­ten ma­chi­nal­nie uści­snął mu dłoń, ale sam już się nie przed­sta­wił, bąk­nął tyl­ko coś pod no­sem i od­szedł, na­wet nie sta­ra­jąc się uspra­wie­dli­wić żad­ną wy­mów­ką. Ko­strze­wa od trzech lat pra­co­wał w dy­plo­ma­cji, a od dwóch mie­się­cy prze­by­wał w Mo­skwie i wcze­śniej z ni­czym po­dob­nym się nie spo­tkał. Ow­szem, po­zna­wał róż­nych dzi­wa­ków, by nie rzec wa­ria­tów, lecz grzecz­ność wy­ma­ga­ła, że­by ten typ przy­naj­mniej się przed­sta­wił. Być mo­że tu obo­wią­zu­ją in­ne za­sa­dy. Szcze­rze mó­wiąc, po­czuł się do­tknię­ty, lecz ja­ko pro­fe­sjo­na­li­sta sta­ran­nie skrył to za nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym uśmie­chem. Trud­no, ta­kie sy­tu­acje się zda­rza­ją i ty­le.

Zer­k­nął na ze­ga­rek. Do­pie­ro mi­nę­ła dwu­dzie­sta. Mu­si ja­koś wy­trzy­mać jesz­cze go­dzi­nę i ulot­ni się do am­ba­sa­dy. Swo­ją dro­gą, przy­kra spra­wa z tym Ma­zur­kiem. Fa­cet po­tknął się i zle­ciał ze scho­dów. Kost­ka spu­chła mu jak ba­nia. Nie chciał ro­bić za­mie­sza­nia wo­kół sie­bie, przy­cho­dząc o ku­lach, ale na­wet na wóz­ku wśród tych wszyst­kich in­dy­wi­du­ów spraw­dził­by się le­piej niż je­go mło­dy pod­wład­ny. Jak pech, to pech. No, do­bra – zo­bacz­my, co da się zro­bić z tak pięk­nie roz­po­czę­tym wie­czo­rem... Mo­że nie wszyst­ko stra­co­ne. Z od­bi­cia w szy­bie wi­dział, że dziew­czy­na to­wa­rzy­szą­ca ma­ją­ce­mu już moc­no w czu­bie jed­ne­mu z dy­rek­to­rów Ro­snie­ftu od ja­kie­goś cza­su zer­ka w je­go stro­nę. Dla­cze­go przy go­ściu krę­cą się tak pięk­ne dziew­czy­ny? Py­ta­nie re­to­rycz­ne.

Po raz pierw­szy ser­ce moc­niej za­bi­ło mu w pier­si. Tyl­ko ostroż­nie. Nie chciał stać się ofia­rą skan­da­lu. W tym fa­chu to po pro­stu nie ucho­dzi. Uśmiech­nął się i wzniósł kie­li­szek. Je­śli bę­dzie tak stał w ką­cie, to za­raz ktoś mu sprząt­nie tę ślicz­not­kę, a on ko­niecz­nie chciał dziś od­nieść ja­kiś suk­ces. Każ­de­mu się prze­cież na­le­ży, czyż nie?

* * *

Ta­ki wy­jazd wią­że się z nie­do­god­no­ścia­mi. Po pierw­sze, za­wsze trze­ba prze­bić się przez cał­ko­wi­cie za­kor­ko­wa­ną me­tro­po­lię, co wy­ma­ga cza­su i nie­ziem­skiej wprost cier­pli­wo­ści. Po dru­gie – na­wet jak na po­ło­wę kwiet­nia by­ło pa­skud­nie. Sią­pią­cy od pa­ru dni deszcz nie za­chę­cał do wy­cie­czek. Gdy tyl­ko opusz­czą wnę­trze sa­mo­cho­du, wszyst­ko prze­mok­nie – bu­ty, spodnie... zim­na wo­da lać się bę­dzie za koł­nierz. Po­za tym wszyst­kie śla­dy i tak szlag tra­fił. Wró­cą z ka­ta­rem, któ­ry praw­do­po­dob­nie oka­że się je­dy­nym efek­tem tej eska­pa­dy. Nie­ste­ty, jak mus, to mus. Wstą­pi­łeś do po­li­cji, to cierp i nie na­rze­kaj. Za­wsze mo­że być go­rzej.

Ka­pi­tan Ana­to­lij Wła­di­mi­ro­wicz Kro­pot­kin wy­glą­dał, jak­by drze­mał na tyl­nym sie­dze­niu służ­bo­wej ła­dy, opa­tu­lo­ny płasz­czem, z „Kom­mier­san­tem”, nie­za­leż­nym dzien­ni­kiem, wci­śnię­tym pod pa­chę. Resz­ta współ­pra­cow­ni­ków rów­nież za­cho­wy­wa­ła mil­cze­nie. Wo­le­li po­słu­chać ra­dia, mi­mo że na­pły­wa­ją­ce in­for­ma­cje nie na­stra­ja­ły opty­mi­stycz­nie. Ko­lej­ne sank­cje, wy­klu­cze­nia i peł­za­ją­cy krach eko­no­micz­ny. Już kie­dyś prze­ży­li coś po­dob­ne­go. Pa­mię­ta­li de­ka­dę Jel­cy­na – jed­no wiel­kie pa­smo upo­ko­rzeń. Nikt przy zdro­wych zmy­słach nie chciał po­wro­tu tam­tych cza­sów, nie­mniej za­no­si­ło się na po­wtór­kę.

Ofi­cjal­nie wszy­scy mó­wi­li jed­nym gło­sem. Nie­ofi­cjal­nie, w gro­nie naj­bliż­szych, za­ufa­nych zna­jo­mych, re­zy­gno­wa­li z urzę­do­we­go opty­mi­zmu i trom­ta­dra­cji. W koń­cu każ­dy ma ro­dzi­nę i my­śli o przy­szło­ści – jej i swo­jej. Czu­ło się na­ra­sta­ją­ce na­pię­cie, jak przed bu­rzą. Wszy­scy wie­dzą, że przyj­dzie, tyl­ko nikt nie po­tra­fi po­wie­dzieć kie­dy, a zwłasz­cza ja­ki przy­nie­sie sku­tek.

Kro­pot­kin miał to wszyst­ko gdzieś. Po­li­ty­ka nie dla nie­go, aż dziw, że zo­stał ka­pi­ta­nem. No, ale kto miał zo­stać, jak nie on? W koń­cu za po­chwy­ce­nie du­si­cie­la z Chi­mek, spraw­cy je­de­na­stu mor­derstw, awans się na­le­żał. A że w trak­cie po­ści­gu za­strze­lił po­dej­rza­ne­go, to na­wet le­piej. Spo­łe­czeń­stwo jest po­dwój­nie wdzięcz­ne: są­dom za­osz­czę­dził pra­cy, a po­dat­ni­kom kosz­tów utrzy­ma­nia ta­kie­go ścier­wa.

Gdy o je­de­na­stej trzy­dzie­ści do­cie­ra­ją w koń­cu na miej­sce, le­je jak z ce­bra. Wcze­śniej przy­by­ła na miej­sce zda­rze­nia część eki­py do­cho­dze­nio­wej sie­dzi w ogór­ko­wa­tym UAZ-ie 452 i pa­li pa­pie­ro­sy. Ko­mu by się chcia­ło stać na ta­kim desz­czu? Nie­śmia­łe su­ge­stie, by prze­cze­kać naj­gor­sze, śled­czy zby­wa mil­cze­niem. Nie po to prze­je­chał ta­ki szmat dro­gi, że­by te­raz pa­trzeć, jak wo­da ska­pu­je z li­ści. Do­brze cho­ciaż, że cia­ło le­ży nie­da­le­ko szo­sy, w kie­run­ku wsi No­win­ki. Wcho­dzą po­mię­dzy drze­wa i wspi­na­ją się na nie­wy­so­ki pa­gó­rek. Tu na skra­ju kę­py olch zna­le­zio­no zwło­ki. Już na pierw­szy rzut oka wi­dać zdep­ta­ną zie­mię i choć po­zo­sta­li za­trzy­mu­ją się pa­rę me­trów wcze­śniej, Kro­pot­kin wie, że to spraw­ka tych, któ­rzy przy­je­cha­li z sa­me­go ra­na.

Tru­pa przy­kry­to ka­wał­kiem brud­ne­go od sma­ru bre­zen­tu, co i tak nie­wie­le po­mo­gło. Wszyst­ko to­nie w bło­cie. Uno­si płach­tę i przy­glą­da się cia­łu. Mło­dy i przy­stoj­ny – wciąż moż­na to za­uwa­żyć, mi­mo że przed śmier­cią do­stał nie­zły wy­cisk. Bo że był tor­tu­ro­wa­ny, to nie ule­ga wąt­pli­wo­ści. Wo­da co praw­da zmy­ła więk­szość krwi, lecz wy­raź­nie wi­dać po­wy­ry­wa­ne pa­znok­cie u rąk.

Ka­pi­tan przy­kry­wa twarz za­mor­do­wa­ne­go, pro­stu­je się i roz­glą­da na­oko­ło.

– Kie­dy go zna­le­zio­no?

– Dzi­siaj ra­no – od­po­wia­da je­den z tu­tej­szej eki­py. Wzdry­ga się przy tym i prze­stę­pu­je z no­gi na no­gę. – Ano­ni­mo­wy cynk.

– Ano­ni­mo­wy, mó­wi­cie...

Dro­gi gar­ni­tur, po­rząd­ne bu­ty. Mógł­by pójść o za­kład, że zę­by nie­bosz­czy­ka, za­nim je wy­bi­to, wy­glą­da­ły po­dob­nie jak gar­de­ro­ba. Ta­kich go­ści nie spo­ty­kał na co dzień. Ge­ne­ral­nie je­go klien­te­la ogra­ni­cza­ła się do ofiar awan­tur do­mo­wych, pod­rzęd­nych gang­ste­rów i tych, któ­rzy mie­li nie­szczę­ście spo­tkać na swo­jej dro­dze oso­by gwał­tow­ne­go cha­rak­te­ru.

– No, mów­cie, mów­cie, słu­cham was uważ­nie.

– W to­ku pro­wa­dzo­ne­go śledz­twa za­bez­pie­czy­li­śmy to... – Męż­czy­zna wyj­mu­je z kie­sze­ni ja­kiś do­ku­ment i wrę­cza ka­pi­ta­no­wi. Pasz­port dy­plo­ma­tycz­ny na na­zwi­sko Ra­fał Ko­strze­wa, oby­wa­tel pol­ski, lat 38.

Jesz­cze te­go bra­ko­wa­ło Kro­pot­ki­no­wi. Sy­tu­acja po­li­tycz­na fa­tal­na, a tu­taj trup za­chod­nie­go dy­plo­ma­ty. Pa­rę osób na pew­no się wku­rzy. ■

Rozdział 1

Gmach Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go przy uli­cy Ra­ko­wiec­kiej w War­sza­wie obej­rzeć mo­że każ­dy. Z ze­wnątrz. Do środ­ka wpusz­cza­ją tyl­ko ze spe­cjal­nym po­zwo­le­niem.

Pod­puł­kow­nik Mie­czy­sław Bart­czak je po­sia­da. Od pięt­na­stu lat prze­mie­rza ko­ry­ta­rze Agen­cji, za­wsze na stra­ży pań­stwo­wych ta­jem­nic, wy­ła­pu­jąc wszyst­kich, któ­rzy tych ta­jem­nic prze­strze­gać nie chcie­li. Aku­rat dziś spóź­nił się do pra­cy. Po­przed­nim ra­zem zda­rzy­ło mu się to, o ile so­bie przy­po­mi­nał, ja­kieś dwa la­ta wcze­śniej. Nie cier­piał spóź­nia­nia się, co gor­sza, je­go szef rów­nież – więc był po­dwój­nie wście­kły, cho­ciaż dziś miał istot­ny po­wód – dol­na sió­dem­ka, któ­rej ćmie­nie czuł od pa­ru dni, na­gle wczo­raj wie­czo­rem da­ła mu po­pa­lić. Wi­zy­tę u den­ty­sty nie­da­le­ko zdo­łał umó­wić do­pie­ro na ósmą trzy­dzie­ści dzi­siej­sze­go po­ran­ka. Za­ło­żył, że wszyst­ko po­trwa pół go­dzi­ny, gó­ra czter­dzie­ści mi­nut, za­tem bez pro­ble­mu zdą­ży na na­ra­dę prze­wi­dzia­ną na dzie­sią­tą. Pla­ny jed­no, ży­cie dru­gie. Na fo­te­lu spę­dził prze­szło go­dzi­nę. Do­ku­cza­ło mu gar­dło wy­schnię­te od li­gni­ny w ustach. Płu­ka­nie nie­wie­le po­ma­ga­ło. Od znie­czu­le­nia był lek­ko sko­ło­wa­cia­ły, a przy tym czuł, że śro­dek już za­czy­na pusz­czać. Dia­bli nada­li le­cze­nie ka­na­ło­we. Fakt, że za­nie­dbał zę­by, ale na re­gu­lar­ne prze­glą­dy nie wy­star­cza­ło cza­su. Ostat­nio ty­le się dzia­ło.

Zły jak wszy­scy dia­bli za­trzy­mał sa­mo­chód przy bud­ce war­tow­ni­ka i mach­nął służ­bo­wą le­gi­ty­ma­cją. Za­nim fleg­ma­tycz­ny straż­nik przej­rzał do­ku­ment, po­rów­nał go z twa­rzą pra­wie co­dzien­nie wi­dzia­ne­go kie­row­cy i uniósł szla­ban, mi­nę­ła wiecz­ność. Pod­puł­kow­nik za­par­ko­wał na swo­im miej­scu, wy­sko­czył z sa­mo­cho­du i za­trza­snął drzwi. Szczęk­nął za­mek, a on już pę­dził do środ­ka.

Jak na swo­je la­ta był w zna­ko­mi­tej for­mie. Od ja­kie­goś cza­su uwa­żał, że pięć­dzie­siąt­ka to dla męż­czy­zny naj­lep­szy wiek: sta­rość jesz­cze nie przy­ćmie­wa­ła umy­słu, a błę­dy mło­do­ści ma się już daw­no za so­bą. Je­dy­ne, co się li­czy­ło, to sta­bi­li­za­cja. Żo­na, wciąż ta sa­ma od dwu­dzie­stu pię­ciu lat, i dwój­ka dzie­ci: star­sza cór­ka na sty­pen­dium w Prin­ce­ton, a syn wła­śnie koń­czył pry­wat­ne li­ceum. To pod­sta­wa, któ­rej nie chciał się po­zby­wać. Wie­dział, że po­do­ba się ko­bie­tom. Nie­jed­na se­kre­tar­ka czy urzęd­nicz­ka czy­ni­ła mu dwu­znacz­ne pro­po­zy­cje, któ­re nie­zmien­nie pusz­czał mi­mo uszu. Z ta­kich przy­gód nic do­bre­go nie wy­ni­ka, a w kło­po­ty wpa­ko­wać się ła­two, zwłasz­cza w je­go bran­ży.

Gdzieś w za­mierz­chłych cza­sach skoń­czył pra­wo, li­znął tro­chę pry­wat­nej prak­ty­ki pod opie­ką wu­ja, jed­ne­go z naj­bar­dziej wpły­wo­wych sto­łecz­nych no­ta­riu­szy. Nu­da te­go za­ję­cia i na­mo­wa żo­ny skło­ni­ły go do wstą­pie­nia do Urzę­du Ochro­ny Pań­stwa. Mo­zol­nie piął się po szcze­blach służ­bo­wej hie­rar­chii, przy oka­zji za­li­cza­jąc szko­łę po­li­cyj­ną w Szczyt­nie i kur­sy or­ga­ni­zo­wa­ne przez FBI w Qu­an­ti­co. Gdy UOP prze­kształ­cił się w ABW, był już ma­jo­rem nad­zo­ru­ją­cym naj­istot­niej­sze dla pań­stwa spra­wy – szpie­go­stwo prze­my­sło­we i ter­ro­ryzm. Za­sług szcze­gól­nych nie po­sia­dał, lecz – zda­je się – nie o to cho­dzi­ło. Za­wsze po­tra­fił zna­leźć się tam gdzie trze­ba, do­ra­dzić, a jak już nie da­ło się ina­czej, to po­ra­to­wać w bie­dzie. Tyl­ko czy dziś ktoś je­go po­ra­tu­je? Szef da­wał wy­raź­nie od­czuć, co my­śli o współ­pra­cow­ni­ku, któ­ry się spóź­nia.

Bart­czak wśli­zgnął się bez­sze­lest­nie do se­kre­ta­ria­tu, sta­ra­jąc się przy tym uspo­ko­ić od­dech.

– Sta­ry py­tał o pa­na już trzy ra­zy. – Asy­stent­ka na­czel­ne­go Ju­lia Lis na je­go wi­dok zmru­ży­ła oczy.

– Tak wy­szło. – Roz­ło­żył rę­ce. Do­sko­na­le wie­dział, że tyl­ko ona mo­że spa­cy­fi­ko­wać gniew wspól­ne­go prze­ło­żo­ne­go. – Na­praw­dę nie mo­głem wcze­śniej. By­łem u den­ty­sty, a jesz­cze Ale­je są cał­ko­wi­cie za­pcha­ne, wy­pa­dek czy coś.

– Bo­la­ło? – za­py­ta­ła ze współ­czu­ciem.

– Le­d­wie ży­ję. – Zro­bił cier­pięt­ni­czą mi­nę. To za­wsze dzia­ła­ło. Ju­lia by­ła jed­ną z tych, któ­re mia­ły do nie­go sła­bość. Nie że­by jej co­kol­wiek pro­po­no­wał, broń Bo­że. Ta­kiej po­ufa­ło­ści po­mię­dzy ni­mi nie by­ło, lecz raz czy dru­gi sko­rzy­stał z jej przy­chyl­no­ści. Tym ra­zem za­po­wia­da­ło się po­dob­nie.

– Pro­szę po­cze­kać. – Wy­szła zza biur­ka i sta­nę­ła przy obi­tych dźwię­kosz­czel­nym ma­te­ria­łem drzwiach pro­wa­dzą­cych do sa­li kon­fe­ren­cyj­nej. Uchy­li­ła je i zaj­rza­ła do środ­ka. – Mo­że pan wejść.

– Nie wiem, jak się od­wdzię­czę.

– Po­my­śli­my i o tym. – W jej fioł­ko­wych oczach za­mi­go­ta­ły we­so­łe iskier­ki.

Cho­le­ra, na­wet nie orien­to­wał się, czy ko­goś ma. Pra­co­wał w służ­bach, a tak ma­ło wie­dział o oso­bach spo­ty­ka­nych na co dzień.

– Jak wspo­mi­na­łem wcze­śniej, po­trzeb­na nam no­wa płasz­czy­zna, na któ­rej... – szef, na­czel­ny lub po pro­stu sta­ry, jak go tu wszy­scy na­zy­wa­li, za­wie­sił głos i ob­ser­wo­wał, jak Bart­czak prze­my­ka szyb­ko, by za­jąć prze­zna­czo­ny dla nie­go fo­tel – na któ­rej... – za­jąk­nął się – bę­dzie­my mo­gli po­ro­zu­mieć się z na­szy­mi part­ne­ra­mi – pod­jął w koń­cu zgu­bio­ny wą­tek. – Spra­wa jest po­waż­na. Być mo­że z dzia­łań o cha­rak­te­rze czy­sto de­fen­syw­nym przej­dzie­my do ope­ra­cji ma­ją­cych ce­chy ofen­syw­ne. Pre­mier jest ni­mi za­in­te­re­so­wa­ny. Już pa­ro­krot­nie o to py­tał. Ja wiem, że to nie jest na­sza do­me­na – za­strzegł, uprze­dza­jąc po­ten­cjal­ne pro­te­sty. – My nie je­ste­śmy od te­go, jed­nak wo­lał­bym znać na­sze moż­li­wo­ści i ogra­ni­cze­nia w tym za­kre­sie. To jed­na spra­wa.

Bart­czak przy­siadł na fo­te­lu i po­zwo­lił so­bie na ci­che wes­tchnie­nie, po któ­rym syk­nął. Szko­da, że nie łyk­nął pa­ru ta­ble­tek py­ral­gi­ny. Co praw­da po niej na skó­rze wy­ska­ki­wa­ła mu po­krzyw­ka, lecz przy­naj­mniej nie bo­la­ło, a tak od­czu­wał dys­kom­fort, o ile moż­na w ten spo­sób na­zwać wzma­ga­ją­cy się w szczę­ce ból.

– Ko­lej­na spra­wa... – Szef wci­snął na nos oku­la­ry i przyj­rzał się kart­ce, któ­ra le­ża­ła przed nim na sto­le. – A tak, już wiem. To wiel­ce nie­przy­jem­ne i co tu du­żo mó­wić, kło­po­tli­we za­gad­nie­nie. Na­zwi­sko Ko­strze­wa jest pań­stwu zna­ne cho­ciaż­by z me­diów.

Wśród czter­na­stu zgro­ma­dzo­nych osób na­stą­pi­ło po­ru­sze­nie. Wła­ści­wie tyl­ko cze­ka­li, kie­dy po­dej­mie tę kwe­stię. Śmierć pol­skie­go dy­plo­ma­ty w Mo­skwie przy tak na­pię­tej sy­tu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej nie mo­gła po­zo­stać nie­zau­wa­żo­na. Wszyst­kie ga­ze­ty, nie­za­leż­nie od opcji po­li­tycz­nej, grzmia­ły jed­nym gło­sem: uka­rać win­nych! Zdję­cie mło­de­go czło­wie­ka w czar­nej ob­wód­ce wid­nia­ło na pierw­szych stro­nach ty­go­dni­ków, o pra­sie co­dzien­nej nie wspo­mi­na­jąc. In­cy­dent przy­sło­nił wszel­kie in­ne wy­da­rze­nia po­li­tycz­ne w kra­ju. Pre­zy­dent i hie­rar­cho­wie Ko­ścio­ła ape­lo­wa­li o spo­kój, pre­mier wy­gła­szał jed­no prze­mó­wie­nie po dru­gim, od­wo­łu­jąc się do zdro­we­go roz­sąd­ku – woj­ny Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej z te­go po­wo­du nie wy­po­wie­my – jak i wzy­wał do prze­pro­wa­dze­nia grun­tow­ne­go i szcze­gó­ło­we­go śledz­twa ma­ją­ce­go wy­ja­śnić wszel­kie aspek­ty zbrod­ni. Opo­zy­cja kpi­ła, za­rzu­ca­jąc rzą­do­wi sto­so­wa­nie po­dwój­nych stan­dar­dów, ko­ali­cja chwia­ła się, a nad wszyst­kim cią­ży­ło wid­mo to­tal­nej za­gła­dy.

– Z do­ssier prze­ka­za­ne­go przez MSZ wy­ni­ka, że chło­pak nie po­sia­dał ro­dzi­ny. – Na­czel­ny prze­rzu­cił pa­rę kar­tek. – Mat­ka zmar­ła pa­rę lat te­mu. Oj­ciec, ro­bot­nik bu­dow­la­ny, zgi­nął w pra­cy, gdy chło­pak miał pięć lat. Sam Ko­strze­wa był ka­wa­le­rem. Przed wy­jaz­dem prze­świe­tli­li­śmy go do­kład­nie. Li­ceum z wy­róż­nie­niem, po­tem stu­dia, oczy­wi­ście nie­ka­ra­ny, do­sko­na­ła opi­nia z miej­sca za­miesz­ka­nia, prze­bieg pra­cy nie­na­gan­ny. Tak sa­mo twier­dzą wszy­scy, któ­rzy z nim mie­li do czy­nie­nia. Układ­ny i grzecz­ny, do­bry ne­go­cja­tor. Ca­ła ka­rie­ra by­ła przed nim, więc pro­szę mi po­wie­dzieć, co się sta­ło?

Na tak po­sta­wio­ne py­ta­nie od­po­wiedź mo­gła być tyl­ko jed­na: ci­sza.

– Nikt nie ma nic do po­wie­dze­nia? – Od­cze­kał chwi­lę. – Tak my­śla­łem. – Spoj­rze­nie sze­fa jak gra­do­wa bu­rza prze­su­nę­ło się po za­sia­da­ją­cych przy kon­fe­ren­cyj­nym sto­le.

– We wszyst­kim je­ste­śmy zda­ni na to, co po­wie­dzą Ro­sja­nie – sie­dzą­cy na pra­wo od Bart­cza­ka ma­jor Jan Struś zaj­mu­ją­cy się ochro­ną in­for­ma­cji nie­jaw­nych w I De­par­ta­men­cie wy­pro­sto­wał się i wy­ra­ził opi­nię ogó­łu. – Do­brze bę­dzie, jak zgo­dzą się na na­sze­go przed­sta­wi­cie­la w ra­mach pro­wa­dzo­ne­go śledz­twa. To i tak du­że ustęp­stwo po tym, co się ostat­nio wy­pra­wia.

– Nic cie­kaw­sze­go nie ma­cie do za­pro­po­no­wa­nia?

– Wy­naj­mij­my ko­goś na miej­scu.

Po­mysł zo­stał zby­ty krót­kim par­sk­nię­ciem.

– Pa­nie Mie­czy­sła­wie...

Bart­czak za­drżał, ale nie z te­go po­wo­du, że zo­stał wy­wo­ła­ny do od­po­wie­dzi. Na­si­la­ją­cy się ból za­czął mu wy­ci­skać łzy z oczu.

– Do­brze się pan czu­je?

– Zna­ko­mi­cie. – Uprzej­mie kiw­nął gło­wą.

– Sko­ro tak, pa­na wy­zna­czam na oso­bę ma­ją­cą wy­ja­śnić wszel­kie oko­licz­no­ści śmier­ci Ko­strze­wy. Ra­port co­dzien­nie wie­czo­rem, oso­bi­ście. To obec­nie naj­po­waż­niej­sza spra­wa, ja­ką pro­wa­dzi­my.

Jed­no, co przy­cho­dzi­ło Bart­cza­ko­wi do gło­wy, to myśl: „A to mnie chuj wro­bił”. Był zły na sie­bie, sta­re­go, Ko­strze­wę i ca­ły świat. Do­stał tak nie­wdzięcz­ne za­ję­cie, że już gor­sze­go nie mógł so­bie wy­obra­zić. Na­gro­dy za nie się nie spo­dzie­wał, ra­czej cze­goś wprost prze­ciw­ne­go. Uty­tła się w gów­nie z do­łu do gó­ry.

– Po­kła­da­my w pa­nu ca­łą na­dzie­ję.

Czy ten pa­can kpi? Szyb­ko prze­biegł wzro­kiem po twa­rzach ko­le­gów, ale ci za­cho­wa­li ka­mien­ne ob­li­cza lub co naj­wy­żej rzu­ci­li współ­czu­ją­ce spoj­rze­nia. Ża­den otwar­cie się nie cie­szy, a w du­chu pew­nie ma­ją spo­rą ra­do­chę.

– Oczy­wi­ście, mo­że pan li­czyć na po­moc. Za ja­kąś go­dzi­nę bę­dę wi­dział sze­fa Służ­by Wy­wia­du. Być mo­że uda się po­łą­czyć sta­ra­nia, bo jak nie, to na­sze gło­wy zo­sta­ną za­tknię­te na pło­cie przed wej­ściem. Ja wca­le nie żar­tu­ję. Żur­na­li­ści już chcą krwi. Oba­wiam się, że w tym przy­pad­ku cho­dzi im o na­szą.

* * *

Dwa na­stęp­ne dni zu­peł­nie wy­koń­czy­ły Bart­cza­ka. Na­wet przez se­kun­dę nie po­zwo­lo­no mu za­po­mnieć, kim jest – na­czel­ni­kiem wy­dzia­łu w II De­par­ta­men­cie Kontr­wy­wia­du ABW – i ile od nie­go za­le­ży. Od po­cząt­ku wie­dział, że wpa­ko­wa­no go na mi­nę, na któ­rej mo­że wy­le­cieć w po­wie­trze. Ile­kroć słu­chał ra­dia czy oglą­dał wia­do­mo­ści te­le­wi­zyj­ne, nie po­tra­fił się oprzeć wra­że­niu, że wszy­scy dzia­ła­ją po­dług te­go sa­me­go sche­ma­tu: wy­szarp­nąć ja­kie­kol­wiek in­for­ma­cje, roz­ło­żyć je na czyn­ni­ki pierw­sze i prze­ma­glo­wać na wszel­kie moż­li­we spo­so­by.

Sza­cow­ne gro­no eks­per­tów, ścią­gnię­te w tym ce­lu, dwo­iło się i tro­iło, wy­su­wa­jąc naj­bar­dziej kar­ko­łom­ne i ab­sur­dal­ne teo­rie. Każ­dy, kto choć raz był w Mo­skwie, od ra­zu mógł li­czyć na za­in­te­re­so­wa­nie i czas an­te­no­wy, ura­sta­jąc do ran­gi eks­per­ta. Wście­kłość me­diów do­dat­ko­wo pod­sy­cał brak wy­po­wie­dzi ze stro­ny czyn­ni­ków rzą­do­wych. Po­za jed­nym ofi­cjal­nym oświad­cze­niem rzecz­nicz­ka rzą­du Kry­sty­na Na­le­pa-Bro­niew­ska mil­cza­ła jak za­klę­ta. Za­wsze wy­szcze­ka­na i elo­kwent­na, tym ra­zem me­dia trzy­ma­ła na dy­stans, co od­czy­ta­no jed­no­znacz­nie – rząd nic nie mó­wi, bo nic nie wie.

Aku­rat w tym wzglę­dzie Bart­czak zga­dzał się z ni­mi w ca­łej roz­cią­gło­ści. Oprócz pa­ru okle­pa­nych fra­ze­sów Bro­niew­ska nic nie po­wie, z te­go pro­ste­go po­wo­du, że nic nie wie.

Wszy­scy li­czy­li na nie­go, co iry­to­wa­ło i fru­stro­wa­ło po­nad mia­rę. Naj­gor­sze, że Ro­sja­nie po­zo­sta­wa­li nad wy­raz wstrze­mięź­li­wi. Od pierw­szej roz­mo­wy, ja­ką prze­pro­wa­dził ze swo­im od­po­wied­ni­kiem w FSB, wi­dział ich nie­chęć do roz­wią­za­nia za­gad­ki. Ow­szem, pro­wa­dzi­li „in­ten­syw­ne do­cho­dze­nie” i „pra­co­wa­li nad pa­ro­ma in­te­re­su­ją­cy­mi tro­pa­mi”, ale ni­cze­go wię­cej się nie do­wie­dział. Tro­chę zna­jąc tam­tej­sze re­alia, prze­wi­dy­wał, że w koń­cu znaj­dzie się ja­kiś de­li­kwent, któ­ry do wszyst­kie­go się przy­zna. Fa­cet do­sta­nie dwa­dzie­ścia lat, zaś ak­ta po­wę­dru­ją do sza­fy. Po­zor­nie nie­chęt­nie zo­sta­ną ujaw­nio­ne szcze­gó­ły, a ho­mo­sek­su­al­ne tło zbrod­ni by­ło tak sa­mo praw­do­po­dob­ne, jak udział w niej Cze­cze­na bądź Ukra­iń­ca. Ten sche­mat po­wta­rza­no do znu­dze­nia, by­le nic nie wy­ja­śnić.

Fran­cu­zi, któ­rych rów­nież po­pro­szo­no o po­moc, oka­za­li po­zor­nie wię­cej za­an­ga­żo­wa­nia, ja­ko że in­cy­dent go­dził po­nie­kąd też w ich do­bre imię, ale wglą­du do taśm z mo­ni­to­rin­gu am­ba­sa­dy od­mó­wi­li sta­now­czo. Trud­no po­wie­dzieć, czy­ją stro­nę trzy­ma­li. Fir­cy­ko­wa­te pe­da­ły – tak my­ślał o nich naj­czę­ściej. Uda­ją przy­ja­ciół, lecz jak przyj­dzie co do cze­go, za­wsze zaj­mu­ją neu­tral­ne sta­no­wi­sko.

Od po­cząt­ku to­wa­rzy­szy­ło Bart­cza­ko­wi py­ta­nie: po co Ro­sja­nom to by­ło? Mo­że to pro­wo­ka­cja? Co sta­nie się, je­że­li za pierw­szą pój­dą na­stęp­ne? Je­że­li ktoś roz­po­czął szpie­gow­ską grę, i to o naj­wyż­szą staw­kę? Co jest jej ce­lem? Co bę­dzie jej efek­tem? Wcze­śniej­sze wy­bo­ry czy tyl­ko zmia­na na sta­no­wi­sku sze­fa MSW? Im dłu­żej nad tym się za­sta­na­wiał, tym bar­dziej skła­niał się ku tej pierw­szej moż­li­wo­ści.

Tro­skę prze­ło­żo­ne­go zda­wa­ła się po­dzie­lać trój­ka mło­dych współ­pra­cow­ni­ków, któ­rych wy­brał do te­go za­da­nia. Pierw­szy z nich, Ad­rian Grze­gor­czyk, któ­re­go kie­dyś przy­gar­nął do wy­dzia­łu wła­ści­wie dla­te­go, że był sy­nem daw­ne­go kum­pla, ro­bił naj­gor­sze wra­że­nie. Wy­glą­dał, jak­by był wiecz­nie na­ćpa­ny. Gę­ste, ciem­ne wło­sy ster­cza­ły na wszyst­kie stro­ny, a oczy ukry­te za gru­by­mi szkła­mi oku­la­rów nada­wa­ły twa­rzy owa­dzi wy­gląd, co po­tę­go­wa­ła nie­nor­mal­na szczu­płość cia­ła. Bart­czak szyb­ko prze­ko­nał się, że chło­pak nie jest tak od­je­cha­ny, jak na to wy­glą­da, po pro­stu ty­po­wy ge­ek, za to jest fe­no­me­nal­nym in­for­ma­ty­kiem z za­cię­ciem ha­ke­ra, czy­li kimś, ko­go pod­puł­kow­nik zde­cy­do­wa­nie po­trze­bo­wał, że­by nie mu­sieć sa­me­mu zbli­żać się do kla­wia­tu­ry. No­wo­cze­sne tech­no­lo­gie do­pro­wa­dza­ły Bart­cza­ka do sza­łu. W mia­rę spraw­nie uży­wał już Go­ogle’a i prze­glą­dar­ki, resz­ta na­zbyt go stre­so­wa­ła. Na szczę­ście od te­go miał Grze­gor­czy­ka.

Ko­lej­ny z pod­wład­nych – Krzysz­tof Szulc – pre­zen­to­wał się znacz­nie le­piej. Pra­wie za­wsze w ma­ry­nar­ce, a nie w wiecz­nie spra­nej blu­zie jak ko­le­ga, o pre­zen­cji i pew­no­ści sie­bie mło­de­go praw­ni­ka. Spo­re za­ko­la na czo­le do­da­wa­ły mu po­wa­gi. Ge­ne­ral­nie zaj­mo­wał się pod­słu­cha­mi i in­wi­gi­la­cją, choć nie tyl­ko. By­strzak – a ta­kich Bart­czak obec­nie po­trze­bo­wał naj­bar­dziej.

Głos ostat­niej z za­pro­szo­nych Oli­wii Szcze­pań­skiej wła­śnie dał się sły­szeć w se­kre­ta­ria­cie. Tro­chę trwa­ło, za­nim wy­mie­niw­szy naj­now­sze plot­ki, dziew­czy­na sta­nę­ła w pro­gu. Praw­dę mó­wiąc, tro­chę tu nie pa­so­wa­ła. Za mło­da i za ład­na. Blon­dyn­ka z wło­sa­mi do ra­mion, ma­łym no­skiem i sza­ry­mi ocza­mi. W ob­ci­słych dżin­sach i błę­kit­nym, opi­na­ją­cym gó­rę swe­ter­ku wo­dzi­ła na po­ku­sze­nie. W su­mie cał­kiem skrom­na, choć my­śli Bart­cza­ka po­wę­dro­wa­ły w nie­wła­ści­wą stro­nę.

– Już za­czę­li­ście?

– Sia­daj. – Wska­zał jej miej­sce. – Mo­ja proś­ba jest ta­ka: nie spóź­nia­my się. Pro­szę to przy­jąć do wia­do­mo­ści i za­sto­so­wać w prak­ty­ce.

Po­to­czył gniew­nym wzro­kiem od le­wa do pra­wa. Fa­ce­ci sie­dzie­li w mil­cze­niu, tyl­ko Oli­wia wy­da­wa­ła się roz­ba­wio­na.

– Po­wie­dzia­łem coś za­baw­ne­go?

– Wszyst­ko gra, sze­fie. Le­ci­my z tym baj­zlem?

– Za­cznie­my od po­cząt­ku. Krzy­siu, da­waj.

Szulc po­ru­szył się, oparł łok­cie o blat i po­chy­lił się w przód.

– Po­go­ni­łem lu­dzi z biu­ra ewi­den­cji. Mam na biur­ku wszyst­kie po­da­nia, an­kie­ty i ze­zna­nia po­dat­ko­we, ja­kie Ko­strze­wa zło­żył w ca­łym swo­im ży­ciu. Nic nie wska­zu­je na naj­mniej­sze nie­pra­wi­dło­wo­ści. Od po­cząt­ku był wzo­rem cnót oby­wa­tel­skich. Prze­py­ta­li­śmy zna­jo­mych ze stu­diów i pra­cy. Wszy­scy twier­dzą to sa­mo.

– Czy­li?

– Był zbyt głu­pi, czy ra­czej tchórz­li­wy, by ła­mać pra­wo.

– To do­brze o nim świad­czy – wtrą­ci­ła Szcze­pań­ska.

– Bo ja wiem? Za­le­ży, ja­ką teo­rię uzna­my za naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ną. Ja­ko agent wro­gie­go nam mo­car­stwa prze­stał być uży­tecz­ny...

– Wie­rzysz w to? – prze­rwał mu Bart­czak.

Szulc po­dra­pał się koń­ców­ką dłu­go­pi­su po kar­ku.

– Pró­bu­ję zna­leźć lo­gicz­ne wy­tłu­ma­cze­nie.

– To aku­rat jest bez sen­su.

– Nikt nie twier­dzi, że wszyst­ko od ra­zu mu­si do sie­bie pa­so­wać.

– In­te­re­su­je mnie mo­tyw, Krzy­siu, mo­tyw. Jak wiesz, je­że­li go znaj­dzie­my, ca­ła resz­ta bę­dzie pro­sta.

– Pro­blem w tym, że opie­ra­my się je­dy­nie na po­szla­kach, a i tych jest ma­ło. Po­szedł, był i nie wró­cił. Wszyst­ko po­mię­dzy 19:30 a 22:00 cza­su lo­kal­ne­go. Więk­szość prze­by­wa­ją­cych na przy­ję­ciu ochra­nia ta­ki czy in­ny im­mu­ni­tet. Sze­fie, to jest spra­wa nie do ru­sze­nia. Bez do­stę­pu do ka­mer, świad­ków i tam­tej­szej do­cho­dze­niów­ki pra­wie nie­moż­li­wa do roz­wią­za­nia.

– Li­czysz na uczci­wość te­go, jak mu tam...

– Kro­pot­ki­na – pod­po­wie­dział Grze­gor­czyk.

– Wła­śnie, Kro­pot­ki­na.

– A ma­my in­ne wyj­ście? Mo­że to ostat­ni do­bry gli­na?

– Na­wet je­śli, to nad so­bą ma Fe­de­ral­ną Służ­bę Bez­pie­czeń­stwa – do­da­ła Szcze­pań­ska, po­trzą­sa­jąc wło­sa­mi. – Nie dzi­wi was fakt, że to nie oni pro­wa­dzą do­cho­dze­nie? Sce­do­wa­li wszyst­ko na ja­kie­goś bie­da­ka z ko­mi­sa­ria­tu, a sa­mi za­ję­li wy­cze­ku­ją­cą po­zy­cję.

– Jak dla mnie to bez róż­ni­cy – wark­nął Szulc. – I tak zro­bią, co tyl­ko bę­dą chcie­li. Prze­cież wia­do­mo, kto pod­pi­su­je wnio­ski o awan­se. – Zer­k­nął na Bart­cza­ka, lecz spo­tkał się z obo­jęt­no­ścią. – Nasz am­ba­sa­dor roz­ma­wiał wczo­raj o tej spra­wie w tam­tej­szym mi­ni­ster­stwie. Przy­jął go ja­kiś pod­se­kre­tarz, nad wy­raz uprzej­my i mi­ły, za­pew­nił o go­to­wo­ści do wy­ja­śnie­nia oko­licz­no­ści i prze­ka­za­nia wszyst­kich uzy­ska­nych w to­ku dzia­łań ma­te­ria­łów.

– I...?

– I nic. Mam ra­cję? – Oli­wia do­ko­na­ła szyb­kie­go prze­glą­du pa­znok­ci. Po­ży­czo­ny la­kier miał zbyt in­ten­syw­ną bar­wę, jak na jej gust. Wo­la­ła bar­dziej sto­no­wa­ne ko­lo­ry. – To nie pierw­szy raz, kie­dy po­trzeb­ne nam ak­ta do­trą do War­sza­wy z opóź­nie­niem, o ile w ogó­le.

– Su­ge­ru­jesz złą wo­lę? – Bart­czak uniósł brwi.

– Ja ni­cze­go nie su­ge­ru­ję – za­strze­gła. – Do­brze pa­mię­tam wcze­śniej­sze per­tur­ba­cje. Na­sze mo­ni­ty, za­py­ta­nia i po­na­gle­nia. Szyb­ciej z pie­kła wy­do­bę­dę wła­sną me­try­kę niż od nich po­da­nie o uzy­ska­nie pra­wa jaz­dy.

– Osob­ną spra­wą jest oczy­wi­ście wia­ry­god­ność zdo­by­tych tą dro­gą do­wo­dów – do­rzu­cił Grze­gor­czyk.

Za­pa­dło kło­po­tli­we mil­cze­nie. W koń­cu służ­by nie by­ły od te­go, by za­tań­czyć, jak ktoś in­ny za­gra. Tam­ta afe­ra wszyst­kim na­psu­ła spo­ro krwi, choć nie­któ­rzy na od­chod­nym do­sta­li po or­de­rze za za­słu­gi, a wszyst­ko w ra­mach wzmac­nia­nia po­ten­cja­łu pań­stwa.

– Sko­ro już wie­my, na czym sto­imy, to mo­że przej­dzie­my do kon­kre­tów. – Bart­czak pod­jął prze­rwa­ny wcze­śniej wą­tek. – No, Oli­wia, za­skocz nas.

Pod tym wzglę­dem Szcze­pań­ska nie mia­ła so­bie rów­nych. Po­tra­fi­ła wy­na­leźć cie­ka­wost­ki, o któ­rych się sa­mym posz­ko­do­wa­nym nie śni­ło. Wszyst­ko, co w sie­ci, po­zo­sta­wia­ła Grze­gor­czy­ko­wi. Ją o wie­le bar­dziej in­te­re­so­wa­ła era przed­kom­pu­te­ro­wa. Nie­prze­bra­ne ilo­ści da­nych kry­ły się w ar­chi­wach pań­stwo­wych, urzę­dach sta­nu cy­wil­ne­go, za­kła­dach pra­cy i księ­gach ko­ściel­nych. Nie­kie­dy oso­ba z żył­ką do ta­kich po­szu­ki­wań po­tra­fi­ła zdzia­łać wię­cej niż nie­je­den in­for­ma­tyk.

Oli­wia po­pra­wi­ła wło­sy, wią­żąc je w wę­zeł na kar­ku, i wy­god­nie umo­ści­ła się w fo­te­lu. Co praw­da nie pod­wi­nę­ła pod sie­bie nóg, jak to zwy­kła ro­bić, ale by­ła bli­sko. Się­gnę­ła po no­tat­nik i dłu­go­pis.

– Otóż przyj­rza­łam się bli­żej ro­dzi­nie. – Po­szu­ka­ła od­po­wied­niej in­for­ma­cji w or­ga­ni­ze­rze.

– Był je­dy­na­kiem, sa­mot­ni­kiem i wrzo­dem na du­pie – stęk­nął Szulc. – Wie­cie, ja­kie jest mo­je zda­nie? – Nikt nie od­po­wie­dział, więc kon­ty­nu­ował: – Ru­scy so­bie z na­mi po­gry­wa­ją. Son­du­ją, jak da­le­ko mo­gą się po­su­nąć. Wy­bra­li więc nic nie­zna­czą­ce­go urzęd­ni­czy­nę i przy­glą­da­ją się na­szym re­ak­cjom.

– Po co mie­li­by to ro­bić?

– Te­go nie wiem. – Nikt nie lu­bi, jak je­go teo­ria jest tłam­szo­na w za­rod­ku. Je­go zda­niem by­ła naj­bar­dziej praw­do­po­dob­na, z tym jed­nym ma­łym „ale”, w któ­re tak cel­nie ude­rzył Bart­czak. – Nie wiem, choć na pew­no się do­wie­my. Wkrót­ce.

– Jak­by co, bądź ła­skaw mnie po­wia­do­mić.

– Z tym Ko­strze­wą to wca­le nie jest ta­ka pro­sta spra­wa – pod­ję­ła nie­zra­żo­na Oli­wia. – Jest dziec­kiem z dru­gie­go mał­żeń­stwa mat­ki. Jej pierw­szy part­ner wy­je­chał z kra­ju, a właś­ci­wie uciekł, jesz­cze w 1976. Na tym ge­ne­ral­nie ślad po nim się ury­wa.

– Po­win­ni­śmy się tym mar­twić?

– Po­pro­si­łam Eu­ro­pol i FBI o in­for­ma­cje. Mu­siał gdzieś wy­pły­nąć. Czło­wiek nie prze­pa­da tak zu­peł­nie.

– Ży­je? – tyl­ko ty­le chciał wie­dzieć Szulc.

– Nie tak szyb­ko. – Oli­wia prze­rzu­ci­ła ko­lej­ne pa­rę stron. – O... tu, Wła­dy­sław Pu­ła­ski, tro­chę mi za­bra­ło cza­su, za­nim do te­go do­szłam.

– Je­że­li nie ma go w na­szej ba­zie da­nych... – Bart­czak mach­nął rę­ką.

– W na­szej nie. Jest w IPN-ie.

Na­czel­nik po raz pierw­szy od po­cząt­ku roz­mo­wy się zdzi­wił.

– Był współ­pra­cow­ni­kiem Służ­by Bez­pie­czeń­stwa?

– Ra­czej prze­ciw­ni­kiem. Po raz pierw­szy od­no­to­wa­ny w 1967 ja­ko wróg lu­do­we­go pań­stwa. Po zda­rze­niu po­zo­sta­ła je­dy­nie krót­ka no­tat­ka, i to we frag­men­tach. Ko­lej­ny raz za­trzy­ma­ny pre­wen­cyj­nie w grud­niu 1970.

– Był na Wy­brze­żu?

– Aku­rat nie. Wte­dy już miesz­kał w War­sza­wie. Po­brał się z Ja­ni­ną Baum­gart w 1974. Szczę­ście nie trwa­ło dłu­go.

– Wia­do­mo, dla­cze­go zwiał?

– Do tych ma­te­ria­łów nie uda­ło mi się do­trzeć. Prze­pa­dły w trak­cie trans­for­ma­cji ustro­jo­wej.

– A Pu­ła­ski nie pro­sił póź­niej o do­stęp do wła­snych akt? Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że był po­szko­do­wa­ny.

– Mo­że nie zdą­żył, bo zmarł w 1995. Miesz­kał w Sta­nach, a po­nie­waż roz­wód orze­czo­no au­to­ma­tycz­nie, oże­nił się po­now­nie. Z dru­gie­go mał­żeń­stwa miał sy­na.

– Czy­li Ko­strze­wa ma da­le­kie­go krew­ne­go?

– Na­wet nie krew­ne­go. Co naj­wy­żej przy­bra­ne­go bra­ta. ■

Rozdział 2

– Któ­ry to?

– Tam­ten. – Pa­lec Sa­ma Ben­so­na wska­zał na wy­so­kie­go czar­no­skó­re­go mło­dzień­ca w bia­łej pod­ko­szul­ce i spodniach, spod któ­rych wy­sta­wa­ły czer­wo­ne bok­ser­ki. Weł­nia­na czap­ka w ro­dza­ju tych, ja­kie zwy­kli no­sić ma­ry­na­rze, ofi­cjal­nie za­po­bie­ga­ła utra­cie cie­pła, co przy pa­nu­ją­cym upa­le za­kra­wa­ło na ku­rio­zum. Spod niej wy­sta­wa­ła czer­wo­na ban­da­na. Za­wsze jak zdy­bał ta­kie­go fiu­ta, sły­szał tłu­ma­cze­nie o cho­rych za­to­kach. Mo­że i tak, ale aku­rat ten ele­ment gar­de­ro­by iden­ty­fi­ko­wał chło­pa­ka ja­ko człon­ka gan­gu Blo­od­sów. I ty­le. Za­to­ki nie mia­ły z tym nic wspól­ne­go.

Gło­wę da, że ma­ją splu­wy. No­że na pew­no. Ten par­king przy skrzy­żo­wa­niu W. Bu­cha­nan St. z S 19th Ave. wy­glą­dał na ich re­wir. Wszy­scy sta­li przy do­dge’u RAM 1500, re­cho­cząc i po­dry­gu­jąc w takt pły­ną­ce­go z gło­śni­ków hip-ho­pu. In­te­re­sy pro­wa­dzo­no po dru­giej stro­nie pa­ru rzę­dów za­par­ko­wa­nych sa­mo­cho­dów. Ci tyl­ko przy­cią­ga­li uwa­gę, pra­co­wa­li in­ni. Je­go wpraw­ne oko wy­ło­wi­ło ko­lej­nych czte­rech do­star­cza­ją­cych za­in­te­re­so­wa­nym crack i me­tam­fe­ta­mi­nę.

– Do­bra, wy­sia­daj.

– Co? – Ben­son, nie do koń­ca zo­rien­to­wa­ny, o co cho­dzi przy­ja­cie­lo­wi, wy­da­wał się za­sko­czo­ny.

– Wy­sia­daj. Nie lu­bię strzę­pić ję­zo­ra. Wóz od­sta­wię, jak bę­dzie po wszyst­kim.

– Słu­chaj, Matt...

– Ko­lej­ny raz nie po­wtó­rzę.

– Jak chcesz.

Trza­snę­ły drzwicz­ki i po Sa­mie po­zo­stał je­dy­nie za­pach wy­pra­wio­nej skó­ry i ty­to­niu.

Od­pro­wa­dził go wzro­kiem, pa­trząc, jak tam­ten idzie kro­kiem peł­nym wa­ha­nia, przy­sta­je, chce za­wró­cić, ale nie, zbie­ra się w so­bie i zni­ka za zde­ze­lo­wa­nym czer­wo­nym che­vro­le­tem.

To, co chciał zro­bić, nie wy­ma­ga­ło wspól­ni­ka. Co praw­da zna­lazł się w Pho­enix na proś­bę sta­re­go kum­pla, ale to jesz­cze nie po­wód, by na­ra­żać go na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Z po­cząt­ku wszyst­ko wy­glą­da­ło ba­nal­nie, o ile ku­lę w krę­go­słu­pie młod­sze­go sy­na Sa­ma uznać za ba­nał. Chło­pak zo­stał po­strze­lo­ny za­raz po wyj­ściu ze szko­ły. Gang 18 Uli­ca ni­g­dy ni­ko­mu ni­cze­go nie da­ro­wał. Jim­my prze­żył, choć zda­je się, że le­piej by by­ło, gdy­by umarł. Jak się ma pięt­na­ście lat, to wó­zek do koń­ca ży­cia brzmi jak wy­rok.

Spra­wa na tym się nie skoń­czy­ła – głu­che te­le­fo­ny czy wol­no prze­jeż­dża­ją­ce sa­mo­cho­dy z przy­ciem­nio­ny­mi szy­ba­mi na uli­cy przed do­mem wska­zy­wa­ły wy­raź­nie, że wszyst­ko bę­dzie mia­ło swój ciąg dal­szy.

I mia­ło.

Gdy przy­je­chał, Sam trząsł się jak ga­la­re­ta. Kie­dyś twar­dziel, dziś strzęp czło­wie­ka drżą­ce­go o ro­dzi­nę. Po­li­cja wszyst­ko mia­ła gdzieś. Szyb­ko zo­rien­to­wał się, dla­cze­go. 18 Uli­ca to nie­złe skur­wie­le, ale in­diań­ski gang, do któ­re­go na­le­żał Jim­my, nie ustę­po­wał im bru­tal­no­ścią. Cze­je­no­wie pod tym wzglę­dem po­sia­da­li dłu­gą tra­dy­cję.

Aku­rat tak się zło­ży­ło, że Matt był mie­szań­cem. I choć po wy­glą­dzie trud­no się by­ło te­go do­my­ślić, uwa­żał się za ko­goś sto­ją­ce­go na gra­ni­cy dwóch świa­tów. Na do­brą spra­wę nikt przy zdro­wych zmy­słach nie po­wi­nien się do te­go mie­szać, to za­da­nie dla sił po­rząd­ko­wych. Jed­nak on lo­jal­ność wzglę­dem swo­ich przed­kła­dał po­nad wszyst­ko i nie lu­bił po­zo­sta­wiać za so­bą nie­za­ła­twio­nych spraw.

Ci, któ­rzy współ­pra­co­wa­li z Jim­mym, nie­wie­le róż­ni­li się od tych idio­tów tu­taj. Na szczę­ście wie­dział, z kim ga­dać, a w pew­nych krę­gach był dość zna­ną oso­bą. Za­bra­ny na prze­jażdż­kę kli­ma­ty­zo­wa­ną li­mu­zy­ną uzgod­nił z jej wła­ści­cie­lem pa­rę spraw. Czło­wiek w gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go i wło­sa­mi błysz­czą­cy­mi że­lem przed­sta­wił swo­ją pro­po­zy­cję, on swo­ją. Spo­tka­li się w pół dro­gi. Układ zo­stał za­war­ty.

Spe­cja­li­stycz­ne le­cze­nie kosz­tu­je. I to nie­ma­ło. Ro­dzi­na Ben­so­na ta­kich pie­nię­dzy nie po­sia­da­ła. Już te­raz ubez­pie­cze­nie po­kry­wa­ło je­dy­nie pod­sta­wo­we wy­dat­ki. Jak Sam wy­le­ci z ro­bo­ty, za­brak­nie i te­go.

Aku­rat tak się zło­ży­ło, że da­wa­ło się po­łą­czyć in­te­re­sy z... jak to wła­ści­wie na­zwać? Prze­cież się nie mści, tyl­ko wy­rów­nu­je ra­chun­ki.

Z sa­mo­cho­do­we­go schow­ka wy­jął Col­ta 1911 i po­ło­żył go na sie­dze­niu pa­sa­że­ra. Na wszel­ki wy­pa­dek broń przy­krył ga­ze­tą i nie­co zsu­nął się z fo­te­la. Za­no­si­ło się na dłu­gie cze­ka­nie, bo te gnoj­ki ra­czej nie­pręd­ko stąd od­ja­dą.

Przez na­stęp­ną go­dzi­nę ob­ser­wo­wał, jak so­bie ra­dzą. Klien­ci nad­jeż­dża­li je­den po dru­gim. Wca­le się nie dzi­wił, punkt był do­bry, a po­za tym kto by sie­dział w do­mu w so­bot­nie po­po­łu­dnie? Lu­dzie chcie­li się za­ba­wić. Do ju­tra kil­ko­ro wy­ki­tu­je z przedaw­ko­wa­nia, ale to prze­cież nic ta­kie­go, to za­wsze do­ty­czy in­nych.

Fa­gas w por­t­kach do po­ło­wy bio­der wy­da­wał się tu sze­fem. Za­bie­rał for­sę di­le­rom z wdzię­kiem bul­te­rie­ra. Gru­by zło­ty łań­cuch na szyi i mniej­sze bran­so­le­ty na nad­garst­kach war­te by­ły ku­pę for­sy, a tak na oko, od przy­jaz­du Mat­ta za­ro­bi­li co naj­mniej dwa­dzie­ścia ka­wał­ków, jak nie le­piej.

Nie­da­le­ko prze­szła ja­kaś roz­ocho­co­na pa­ra ba­lan­go­wi­czów. Gar­dło­wy głos dziew­czy­ny brzmiał pro­stac­ko, by­ła bar­dziej na­wa­lo­na od swo­je­go to­wa­rzy­sza. Obo­je oko­ło dwu­dziest­ki i ma­ło praw­do­po­dob­ne, by po­cią­gnę­li ko­lej­ną de­ka­dę. Zu­peł­nie nie nada­wał się do udzie­la­nia rad w tym za­kre­sie, jed­nak wi­dział, co się dzie­je. Ci kre­ty­ni mar­no­wa­li swo­je ży­cie i pew­nie zu­peł­nie nie zda­wa­li so­bie z te­go spra­wy.

Mi­ja­ły mi­nu­ty i nic się nie dzia­ło. Gdy­by był gli­ną, zy­skał­by do­sta­tecz­nie du­żo do­wo­dów, by przy­mknąć ca­łe to­wa­rzy­stwo. Z ośmiu gang­ste­rów czte­rech na pew­no po­szło­by sie­dzieć, po­zo­sta­li wy­kpi­li­by się ku­ra­to­rem lub za­kła­dem dla mło­do­cia­nych. Od­izo­lo­wa­nie tych ma­to­łów od spo­łe­czeń­stwa na pa­rę lat w któ­rymś ze sta­no­wych ośrod­ków pe­ni­ten­cjar­nych to nie­ba­ga­tel­ny koszt, a i tak z du­żą do­zą praw­do­po­do­bień­stwa nie do­ży­li­by do koń­ca wy­ro­ków. Więc mo­że le­piej od ra­zu ska­zać ich na śmierć?

Się­gnął po pi­sto­let i od­blo­ko­wał drzwicz­ki. Wy­siadł i wsu­nął Col­ta za pa­sek spodni, przy­sła­nia­jąc go ko­szu­lą.

Naj­pierw ten na czuj­ce od po­łu­dnio­wej stro­ny pla­cu. Jak na war­tow­ni­ka za­cho­wy­wał się wy­jąt­ko­wo nie­fra­so­bli­wie. Pew­nie po­pa­lał, kon­cen­tru­jąc się na jo­in­cie, a nie na oko­li­cy.

Po­dej­ście gów­nia­rza od ty­łu za­ję­ło mu naj­wy­żej trzy mi­nu­ty. W dwie też dał­by ra­dę. Ten ele­ment dzia­ła­nia wy­ko­ny­wał wię­cej ra­zy, niż był w sta­nie spa­mię­tać. Pa­rę ostat­nich kro­ków i przed­ra­mię tro­pi­cie­la za­ci­snę­ło się na szyi ob­ser­wa­to­ra. Ścią­gnął go do ty­łu, po­zba­wia­jąc do­pły­wu tle­nu. Chło­pak szarp­nął się raz i dru­gi, lecz to wszyst­ko, na co by­ło go stać. Stra­cił przy­tom­ność, zwiot­czał i opadł na as­falt. Do­bra, je­den z gło­wy. Resz­tę za­ła­twi w in­ny spo­sób.

Wła­śnie ru­szał w stro­nę no­we­go ce­lu, gdy z od­da­li do­biegł od­głos po­li­cyj­nej sy­re­ny. Za­srań­cy nie mo­gli wy­brać gor­sze­go mo­men­tu. Mo­że się nie za­trzy­ma­ją i po­ja­dą da­lej. Na­dzie­ja roz­wia­ła się, gdy zo­ba­czył błysk lamp od stro­ny S 19th Ave. Co naj­mniej trzy ra­dio­wo­zy. Ko­lej­ne nad­cią­ga­ły od stro­ny prze­jaz­du ko­le­jo­we­go. Szy­ko­wał się spo­ry na­lot.

Przy­klęk­nął i wsu­nął Col­ta za ko­ło pic­ku­pa. Pew­nie nie o nie­go cho­dzi. Ten tam? Prze­wró­cił się sam. Tak to by­wa, jak ktoś przedaw­ku­je.

Doj­dzie do koń­ca par­kin­gu i skrę­ci w le­wo. Nie miał przy so­bie ni­cze­go tref­ne­go, broń by­ła czy­sta. Jest zwy­kłym prze­chod­niem, a ci z gan­gu nie in­te­re­su­ją go zu­peł­nie.

Do­tarł już do chod­ni­ka, gdy gli­nia­rze nad­cią­gnę­li ca­łą ka­wal­ka­dą. Za­ha­mo­wa­li z pi­skiem opon i wy­sy­pa­li się z po­jaz­dów. Aku­rat ko­ło nie­go sta­nę­ła fur­go­net­ka. Dru­ży­na SWAT oto­czy­ła go i wzię­ła na musz­ki. Uniósł rę­ce do gó­ry.

– To ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie – za­pew­nił ota­cza­ją­cych go ko­man­do­sów.

* * *

Za­miast w aresz­cie wraz z resz­tą za­trzy­ma­nych, zo­stał umiesz­czo­ny w jed­nym z ga­bi­ne­tów na pię­trze. Przy drzwiach stał po­nu­ry mun­du­ro­wy z brzu­chem wy­le­wa­ją­cym się nad pa­sem z ka­bu­rą. Ma­łe świń­skie oczka prze­wier­ca­ły go na wy­lot, tak jak­by chciał po­wie­dzieć: „Wi­dzisz, gno­ju, i tak cię do­rwa­li­śmy”.

Tym ra­zem cze­ka­nie się dłu­ży­ło. Pew­nie ja­kiś nie­do­ro­bio­ny de­tek­tyw nie upo­rał się z pa­pie­ra­mi. Za­nim wpad­nie tu na krót­ką po­ga­węd­kę, upły­nie go­dzi­na. Ale nie, mi­le się zdzi­wił, gdy już po kwa­dran­sie ktoś wszedł do po­ko­ju. Ciem­ny gar­ni­tur, bia­ła ko­szu­la z kra­wa­tem, łeb ogo­lo­ny na ły­so i twarz tak po­zba­wio­na cech cha­rak­te­ry­stycz­nych, że bar­dziej nie moż­na. Męż­czy­zna usiadł na­prze­ciw­ko i roz­ło­żył ak­ta.

Prę­dzej Mat­to­wi kak­tus wy­ro­śnie na dło­ni, niż uwie­rzy, że fa­cet jest z po­li­cji.

– Mógł­bym wie­dzieć, za co je­stem za­trzy­ma­ny?

– A jest pan?

Nikt nie lu­bi, gdy się z nim tak po­gry­wa.

– Czy­li jak wsta­nę i wyj­dę, nikt się nie ob­ra­zi?

– Pro­szę.

Gru­bas przy drzwiach drgnął za­sko­czo­ny prze­bie­giem roz­mo­wy.

– Tak się skła­da, że mam pa­rę spraw. – Wstał po­wo­li, nie prze­sta­jąc ob­ser­wo­wać roz­mów­cy.

Spo­dzie­wał się grom­kie­go „stać!”, lecz tam­ten uważ­nie stu­dio­wał pa­pie­ry.

– Matt Ja­son Pu­la­ski... taa... Cięż­ko pa­na zna­leźć. – Agent nie od­ry­wał spoj­rze­nia od kar­tek. – Pięk­ny prze­bieg służ­by, aż do... Nie, prze­pra­szam, źle to ują­łem...

Matt ze­sztyw­niał, tym­cza­sem tam­ten kon­ty­nu­ował:

– Na­pi­je się pan cze­goś? Tak, oczy­wi­ście. Pro­szę nam przy­nieść dwie czar­ne bez cu­kru – zwró­cił się do po­li­cjan­ta przy drzwiach. – Dzię­ku­ję – rzu­cił w ślad za zni­ka­ją­cym mun­du­ro­wym.

– Pan wie, z kim roz­ma­wia, ja nie.

– Sier­żan­cie... Ta for­ma chy­ba od­po­wia­da wam naj­bar­dziej? Pro­szę nie za­prze­czać, prze­cież wi­dzę, że tak. Chce­cie tak stać? Ja nie mam nic prze­ciw­ko.

Pu­la­ski przy­siadł na skra­ju krze­sła.

– Mo­je na­zwi­sko jest zu­peł­nie nie­istot­ne. Po­wiedz­my, że Smith.

– Ra­dzę wy­my­ślić coś ory­gi­nal­ne­go.

Smith udał, że nie do­sły­szał.

– To oczy­wi­ście nie ma nic wspól­ne­go z te­ma­tem na­szej roz­mo­wy, ale... bar­dzo chciał­bym wie­dzieć, co wów­czas za­szło.

– Zo­sta­łem oczysz­czo­ny z za­rzu­tów.

– Tak jest tu na­pi­sa­ne. – Smith prze­rzu­cił ko­lej­ne pa­rę stron. – Nie­mniej, w ze­zna­niach tych, któ­rzy prze­ży­li, są nie­ści­sło­ści.

– Nie mój pro­blem.

– Po­rucz­nik Fox zgi­nął nie­mal na­tych­miast, po­dob­nie jak kil­ku in­nych lu­dzi z plu­to­nu. Wte­dy to wy prze­ję­li­ście do­wo­dze­nie.

Ani nie po­twier­dził, ani nie za­prze­czył.

– Ja wiem, że ma­ri­nes to nie zwy­kli żoł­nie­rze, a zwiad to eli­ta, ale prze­cież nie je­ste­ście su­per­me­na­mi. Wy­trzy­ma­li­ście w okrą­że­niu dzie­sięć go­dzin.

– Dwa­na­ście.

– Tak, oczy­wi­ście, dwa­na­ście – zgo­dził się Smith. – Wa­szych prze­ciw­ni­ków by­ło prze­szło pięć­dzie­się­ciu.

– Bli­żej set­ki.

– Brą­zo­wa Gwiaz­da słusz­nie się wam na­le­ża­ła...

Matt za­ci­snął zę­by.

– ...a in­for­ma­cje, ja­kie uzy­ska­li­ście, po­zwo­li­ły wy­eli­mi­no­wać więk­szość przy­wód­ców ISIL w pro­win­cji Al-An­bar.

– Sko­ro tak tam na­pi­sa­no.

Pa­mięć po­sia­dał do­sko­na­łą, a każ­da mi­nu­ta i go­dzi­na spę­dzo­na we wsi nie­da­le­ko Rut­by od­ci­snę­ła na nim swo­je pięt­no. Wszyst­ko przez te­go dur­no­wa­te­go po­rucz­ni­ka, któ­ry ubz­du­rał so­bie w swo­im pta­sim móżdż­ku, że me­dal za bo­jo­wą ak­cję jest tym, cze­go po­trze­bu­je naj­bar­dziej. Le­d­wie de­san­to­wa­li się z Chi­no­oka, a już wpa­dli pod ogień bo­jow­ni­ków or­ga­ni­za­cji Is­lam­skie Pań­stwo w Ira­ku i Le­wan­cie. Po­rucz­nik obe­rwał, za­nim zdo­łał wy­dać pierw­szy roz­kaz. Po­tem by­ło już tyl­ko go­rzej. Z po­wo­du fa­tal­nych wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych wspar­cie utknę­ło o ca­łe ki­lo­me­try od nich. Tym­cza­sem dżi­ha­dy­ści prze­szli do ata­ku, raz za ra­zem sta­ra­jąc się uni­ce­stwić plu­ton ma­ri­nes.

Gdy wie­czo­rem wal­ki przy­ga­sły, wy­brał się na ma­ły re­ko­ne­sans. Prze­kradł się po­mię­dzy ster­ta­mi gru­zu i po­su­wał w głąb te­ry­to­rium za­ję­te­go przez is­la­mi­stów. Gdy­by go wte­dy do­rwa­li... a tak on do­rwał ich.

– Prze­pro­wa­dzo­ne śledz­two wy­ka­za­ło oka­le­cze­nia... Niech zer­k­nę, o, jest: jed­ne­go Ira­kij­czy­ka, jed­ne­go Sy­ryj­czy­ka i dwóch oby­wa­te­li Ara­bii Sau­dyj­skiej, z cze­go je­den zo­stał... – Smith przy­su­nął bli­żej kart­kę, jak­by miał kło­pot z od­czy­ta­niem tek­stu. – Oskal­po­wa­ny? Po­zo­sta­li... no nie, pro­szę mi wy­ba­czyć, je­stem zbyt wraż­li­wy.

Spoj­rze­li so­bie w oczy.

– Ja was nie po­tę­piam. Na woj­nie jak na woj­nie, ta­kie rze­czy się zda­rza­ją. Przy­naj­mniej ktoś miał od­wa­gę od­wa­lić czar­ną ro­bo­tę. – Agent zło­żył dło­nie w pi­ra­mid­kę. – A tak mię­dzy na­mi, dłu­go się chy­ba nie opie­ra­li?

Matt da­ro­wał so­bie od­po­wiedź.

– Naj­waż­niej­sze, to wie­dzieć, co ro­bić z in­for­ma­cja­mi, gdy się je już ma. Pod tym wzglę­dem je­ste­śmy zgod­ni, praw­da? Ar­mia nie wy­ka­za­ła zro­zu­mie­nia. Cóż, nie każ­dy do­ce­nia zdol­nych pra­cow­ni­ków – skon­sta­to­wał Smith, wra­ca­jąc do wer­to­wa­nia akt. – Wasz oj­ciec po­cho­dził z Pol­ski?

– To ja­kieś prze­stęp­stwo?

– Mat­ka ze szcze­pu Cze­je­nów. Fa­scy­nu­ją­ce.

– Nie dla mnie.

– Je­że­li mo­gę za­py­tać, sier­żan­cie, ja­ki­mi ję­zy­ka­mi mó­wi­cie? Czy ten sło­wiań­ski dia­lekt jest wam zna­ny?

– Po­nie­kąd – udzie­lił wy­kręt­nej od­po­wie­dzi. Czy aku­rat te­mu bub­ko­wi mu­siał mó­wić o go­dzi­nach spę­dzo­nych nad Sien­kie­wi­czem? I tak pew­nie na­zwi­sko pi­sa­rza nic agen­to­wi nie po­wie. Fakt, ni­g­dy w Pol­sce nie był. Co wię­cej – nie sta­rał się jej po­znać. Nie czuł ta­kiej po­trze­by. Mi­mo wy­sił­ków oj­ca wo­lał włó­czyć się z dziad­kiem po le­sie. Ni­g­dy by nie był tak do­brym tro­pi­cie­lem, gdy­by nie tam­te wy­pra­wy.

– To zna­czy tak czy nie?

– Ni­ko­go wcze­śniej to nie in­te­re­so­wa­ło – od­burk­nął.

– Za­pew­niam, że mnie in­te­re­su­je.

– Ow­szem, tro­chę – od­po­wie­dział z za­kło­po­ta­niem. – Lecz wciąż nie wiem, dla­cze­go je­stem prze­trzy­my­wa­ny i o co cho­dzi?

– Wi­dzi­cie... – Smith cięż­ko wes­tchnął i za­mknął w koń­cu tecz­kę z do­ku­men­ta­mi. – Do­tar­ła do nas pew­na in­for­ma­cja. Czy na­zwi­sko Ko­strze­wa jest wam zna­ne? – Agent nie cze­kał na od­po­wiedź. – Nie­ja­ki Ra­fał Ko­strze­wa zgi­nął nie­daw­no w Mo­skwie w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach.

W gło­wie Mat­ta wie­le try­bów do tej po­ry nie­uży­wa­nych i naj­wy­raź­niej za­rdze­wia­łych ru­szy­ło z miej­sca. Oczy­wi­ście, wie­dział, kto no­si na­zwi­sko Ko­strze­wa. Tę hi­sto­rię znał aż do znu­dze­nia. Zda­je się, że oj­ciec ni­g­dy nie za­po­mniał o tej ko­bie­cie. Ja­kimś spo­so­bem do­wie­dział się, jak uło­ży­ły się jej dal­sze lo­sy. O Ra­fa­le też sły­szał, lecz te spra­wy nie za­przą­ta­ły je­go uwa­gi.

Opo­wie­ści ta­ty wy­war­ły na nie­go wiel­ki wpływ. Wo­jow­ni­ków spod Lit­tle Big Horn znał rów­nie do­brze jak po­wstań­czych przy­wód­ców znad Wi­sły. Znał – to nie zna­czy, że ce­nił. I jed­ni, i dru­dzy prze­gra­li. Za­wsze wal­czy­li o spra­wę ode­rwa­ną od rze­czy­wi­sto­ści. Z gó­ry ska­za­ni na klę­skę nie­ja­ko wpi­sa­ną w ich ży­cie. Wy­gry­wa­li bi­twy i po­tycz­ki, prze­gry­wa­li woj­ny. Zu­peł­nie od­wrot­nie niż zwy­cięz­cy.

Na­tu­ra Mat­ta bun­to­wa­ła się prze­ciw ta­kie­mu po­stę­po­wa­niu. Już ja­ko na­sto­la­tek, bę­dąc w od­wie­dzi­nach u dziad­ka, wy­brał się na po­lo­wa­nie. Wra­cał z do­rod­nym je­le­niem, co naj­wy­raź­niej nie spodo­ba­ło się jed­ne­mu z ple­mien­nych po­li­cjan­tów. Je­go pro­blem. Krót­ka utarcz­ka i sko­pa­ny fa­cet ru­nął na zie­mię, ję­cząc z bó­lu. Matt wy­cią­gnął nóż i na­ciął ostrzem skó­rę tuż przy li­nii wło­sów fra­je­ra. Strach po­bi­te­go nie­co uspo­ko­ił mło­de­go Pu­la­skie­go. Wte­dy jesz­cze się po­wstrzy­mał, póź­niej róż­nie by­wa­ło.

– Chło­pak nie po­sia­dał bliż­szej czy dal­szej ro­dzi­ny, więc wy­cho­dzi na to, że je­ste­ście je­dy­ną oso­bą na świe­cie, któ­ra ma z nim coś wspól­ne­go.

Smith uniósł ak­ta pa­rę cen­ty­me­trów nad blat biur­ka i po­ło­żył je po­now­nie. 

– Na­sza proś­ba jest na­stę­pu­ją­ca: po­cho­wa­cie go w swo­im i na­szym imie­niu, a my za­po­mni­my o tym, co wy­da­rzy­ło się na par­kin­gu.

– Mo­gę się nie zgo­dzić?

– Ale czy to dla was ja­kiś pro­blem? Pro­ste za­da­nie. Wsko­czy­cie do sa­mo­lo­tu, a po czter­dzie­stu ośmiu go­dzi­nach je­ste­ście z po­wro­tem.

– Do­brze.

– Cie­szę się. – Agent ze­brał się do wyj­ścia.

– Pod jed­nym wa­run­kiem.

Smith wes­tchnął.

– Ależ jest pan upier­dli­wy.

– Chciał­bym wie­dzieć, dla­cze­go rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych wy­sy­ła swo­je­go przed­sta­wi­cie­la pa­rę ty­się­cy ki­lo­me­trów do Eu­ro­py, by ten uczest­ni­czył w po­grze­bie czło­wie­ka, z któ­rym nie łą­czą go żad­ne wię­zy.

– Wie­dzia­łem, że o to za­py­ta­cie, sier­żan­cie. Od­po­wiem, tyl­ko nie miej­cie do mnie pre­ten­sji. Wasz oj­ciec wy­sy­łał do Pol­ski pie­nią­dze. Wi­dać w ja­kiś spo­sób czuł się zo­bo­wią­za­ny do po­mo­cy pierw­szej żo­nie.

Matt na mo­ment prze­stał od­dy­chać. Pierw­szy raz o tym sły­szał.

– To po pierw­sze. A po dru­gie, czu­je­my się zo­bo­wią­za­ni wzglę­dem wa­sze­go oj­ca. O nic wię­cej nie py­taj­cie, bo i tak nie od­po­wiem.

* * *

O ile jed­nym za­le­ży na po­śpie­chu, o ty­le in­ni cza­su chy­ba po­sia­da­ją w nad­mia­rze. Ina­czej ka­pi­tan Ana­to­lij Wła­di­mi­rowcz Kro­pot­kin nie po­tra­fił so­bie te­go wy­tłu­ma­czyć. Pro­ste czyn­no­ści, jak pro­to­ko­ły sek­cji zwłok czy wy­ni­ki z la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­sty­ki do­ty­czą­ce śla­dów zna­le­zio­nych na ubra­niu, z któ­ry­mi biu­ro­kra­tycz­na ma­chi­na wy­dzia­łu za­bójstw mo­skiew­skiej po­li­cji wcze­śniej szyb­ko so­bie ra­dzi­ła, obec­nie grzę­zły wśród nie­istot­nych szcze­gó­łów. Wie­dział o mo­ni­tach pol­skiej am­ba­sa­dy chcą­cej jak naj­szyb­ciej od­zy­skać cia­ło i za­brać do kra­ju, by tam god­nie je po­cho­wać, a bez­dusz­ny mo­loch nic so­bie z te­go nie ro­bił.

Kro­pot­kin uwa­żał się za do­bre­go śled­cze­go. Mo­że nie był bły­sko­tli­wy, lecz spraw­nie wią­zał fak­ty i do­wo­dy w ciąg przy­czy­no­wo-skut­ko­wy. Bez więk­szych pro­ble­mów po­tra­fił wska­zać mo­tyw, co pra­wie za­wsze do­pro­wa­dza­ło do mor­der­cy. Więk­szość ta­kich spraw roz­gry­wa­ła się w nie­wiel­kich śro­do­wi­skach, a spraw­ca­mi naj­czę­ściej oka­zy­wa­li się są­sie­dzi, ko­le­dzy z pra­cy lub naj­bliż­si. Po­ra­chun­ki o ka­sę, sprzecz­ki przy wó­dzie czy zszar­ga­ny ho­nor – w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach cho­dzi­ło wła­śnie o to.

Tym ra­zem by­ło ina­czej. Tu nic się nie kle­iło i nic do sie­bie nie pa­so­wa­ło. Pro­wa­dził wciąż to do­cho­dze­nie, bo nikt in­ny nie chciał się za nie za­brać. Ile­kroć zja­wiał się na ko­mi­sa­ria­cie przy Pskow­skiej, wi­dział współ­czu­ją­ce spoj­rze­nia ko­le­gów. Od­niósł wra­że­nie, że trak­tu­ją go jak za­dżu­mio­ne­go. W ran­kin­gach po­pu­lar­no­ści spadł o kil­ka szcze­bli. Jesz­cze tro­chę, a za­czną go omi­jać sze­ro­kim łu­kiem. Z po­cząt­ku my­ślał, że prze­kro­czył ja­kąś nie­wi­dzial­ną gra­ni­cę, ko­muś się na­ra­ził czy po­peł­nił to­wa­rzy­ską ga­fę. Mi­nę­ło pa­rę dni, za­nim się zo­rien­to­wał, o co cho­dzi. Wszyst­ko przez te­go cho­ler­ne­go tru­po­sza w le­sie.

Ko­lej­ną nie­po­ko­ją­cą rzecz od­krył przy­pad­kiem. Wła­śnie pro­wa­dził roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną z le­ka­rzem ma­ją­cym do­star­czyć ra­port z ana­li­zy skła­du krwi – bo tak so­bie po­my­ślał, że de­li­kwen­to­wi mo­gli coś do­sy­pać do pi­cia lub żar­cia, a w ogó­le war­to wie­dzieć, ile wy­pił na ban­kie­cie – i nim zdą­żył wci­snąć kla­wisz koń­czą­cy roz­mo­wę, usły­szał da­le­kie klik­nię­cie. W nor­mal­nych wa­run­kach nie zwró­cił­by na coś po­dob­ne­go uwa­gi, tyl­ko że w Ro­sji nie by­ło nor­mal­nych wa­run­ków. Tu pa­ra­no­ja cza­iła się za każ­dym ro­giem. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści – był pod­słu­chi­wa­ny, i to przez swo­ich. Co praw­da za­wsze uwa­żał na wszyst­ko, co mó­wi, lecz od tej chwi­li mu­si pil­no­wać się szcze­gól­nie. Nie­wła­ści­wa uwa­ga i po nim. Za­pa­lił pa­pie­ro­sa i przyj­rzał się zdję­ciom zro­bio­nym przez tech­ni­ka. Od­bit­ki 20×30 cen­ty­me­trów, wy­ko­na­ne wy­so­kiej kla­sy sprzę­tem, uka­zy­wa­ły ma­sę de­ta­li. Zbli­że­nia i plan ogól­ny. Prze­rzu­cał je ko­lej­no, nie­kie­dy wra­ca­jąc do już obej­rza­nych. Czu­jąc zbli­ża­ją­ce się kich­nię­cie, odło­żył pa­pie­ro­sa do po­piel­nicz­ki. W sa­mą po­rę. Kro­pel­ki śli­ny po­le­cia­ły na mo­ni­tor kom­pu­te­ra. Niech to szlag tra­fi. Wy­grze­bał z kie­sze­ni chu­s­tecz­kę i prze­tarł ekran. Mu­siał prze­zię­bić się te­go desz­czo­we­go dnia, gdy po­je­cha­li do la­su obej­rzeć zwło­ki.

Wspo­mnie­nie po­ru­szy­ło ja­kąś stru­nę w je­go umy­śle. Szyb­ko wró­cił do zdjęć. Szcze­gó­ły nie by­ły waż­ne, uło­że­nie cia­ła też nie. Waż­ny był kon­tekst.

Po co ktoś za­dał so­bie ty­le tru­du? Rów­nie do­brze tru­pa moż­na wrzu­cić do ka­na­łu, za­cią­gnąć do piw­ni­cy lub na­wet po­zo­sta­wić na uli­cy. Py­ta­nie „kto?” by­ło naj­bar­dziej istot­ne. Jed­na oso­ba czy kil­ka? Mo­że któ­raś z pod­mo­skiew­skich grup prze­stęp­czych? Moż­li­we, choć ma­ło praw­do­po­dob­ne. Po co mie­li­by to ro­bić? Ta­kie sub­tel­no­ści w ich wy­ko­na­niu? Krwa­wa jat­ka to co in­ne­go. Szlach­tu­ją­ce się wza­jem­nie gan­gi nie prze­bie­ra­ły w środ­kach. W To­gliat­ti, gdzie pro­du­ko­wa­no ła­dy, w cią­gu pa­ru mie­się­cy zgi­nę­ło oko­ło pię­ciu­set gang­ste­rów. Pół ty­sią­ca! Ska­la nie­no­to­wa­na gdzie in­dziej. Nie­kie­dy ży­cie tra­cił też ktoś po­stron­ny. Czy tak by­ło i tym ra­zem?

Od­rzu­cił tę teo­rię, nim pa­pie­ros wy­pa­lił się do koń­ca.

Ist­niał je­den gang, któ­ry po­słu­gi­wał się ta­ki­mi me­to­da­mi. Gdy ka­pi­tan już to so­bie uzmy­sło­wił, po­czuł nie­przy­jem­ne swę­dze­nie po­mię­dzy ło­pat­ka­mi. Ow­szem, ist­niał i miał się do­sko­na­le. ■

Rozdział 3

Te­le­fon z MSZ wy­wró­cił do gó­ry no­ga­mi pla­ny na pią­tek. Przy­jął go z za­sko­cze­niem. W fir­mie ra­dzi­li so­bie nie z ta­ki­mi pro­ble­ma­mi, tym­cza­sem wszyst­ko sta­nę­ło na gło­wie. Na je­go gust wy­da­rze­nia to­czy­ły się za szyb­ko. Le­d­wie w ze­szłym ty­go­dniu do­wie­dział się o ist­nie­niu nie­ja­kie­go Mat­ta Ja­so­na Pu­la­skie­go, a dziś na­czel­nik jed­ne­go z de­par­ta­men­tów mi­ni­ster­stwa in­for­mu­je o je­go przy­lo­cie, i to za go­dzi­nę. Prze­cież pro­si­li tyl­ko o usta­le­nie, gdzie ta­ka oso­ba się znaj­du­je. O za­in­te­re­so­wa­niu Pu­la­skie­go Pol­ską na­wet nie chciał wie­dzieć. Po co ko­muś ta­kie­mu in­for­ma­cje, co dzie­je się nad Wi­słą? Nie by­li aż tak waż­ni, by zna­leźć się w cen­trum wy­da­rzeń. No chy­ba że ktoś na­gle po­sta­no­wi ob­ró­cić w gru­zy Pa­łac Kul­tu­ry i Na­uki, to wte­dy sę­py zle­cą się ze­wsząd.

Bart­czak pod­parł gło­wę i przyj­rzał się wszyst­kie­mu, co Oli­wia zna­la­zła na te­mat te­go fa­ce­ta. Praw­dę mó­wiąc, wie­dzie­li nie­wie­le. Naj­wy­żej pięć zdań wszyst­kie­go – gdzie się uro­dził i ja­ką szko­łę skoń­czył. O stu­diach nie by­ło mo­wy. Mo­że to i le­piej. Osta­tecz­nie szyb­ciej do­ga­da się z ja­kimś wsio­wym kmiot­kiem niż z kimś po uni­wer­sy­te­cie, choć to aku­rat nie sta­no­wi­ło re­gu­ły. Do­pie­ro gdy po­pro­sił Ad­ria­na o głęb­sze po­szpe­ra­nie w sie­ci, wy­szły ład­ne kwiat­ki.

Praw­dę mó­wiąc, ten Pu­la­ski w ogó­le mu się nie po­do­bał. Jak się oka­za­ło, od­szedł z ar­mii w at­mos­fe­rze skan­da­lu, mó­wi­ło się o oka­le­cza­niu prze­ciw­ni­ka. Ko­lej­ny sa­dy­sta z Abu Ghra­ib? I ktoś ta­ki ma re­pre­zen­to­wać rząd USA? Przy­naj­mniej nie po­wi­nien spra­wiać kło­po­tu. To je­dy­nie zwy­kły pod­ofi­cer, któ­re­go prze­ło­że­ni na chwi­lę spu­ści­li z oczu.

Się­gnął po słu­chaw­kę te­le­fo­nu i wy­stu­kał trzy­cy­fro­wy we­wnętrz­ny nu­mer.

– Tak – usły­szał za­spa­ny głos Szul­ca.

– Masz pięć mi­nut na do­pro­wa­dze­nie się do po­rząd­ku i zja­wie­nie u mnie.

– Oczy­wi­ście. – Te­raz głos brzmiał już wy­raź­niej.

– Za­bierz ze so­bą Oli­wię. Mam dla was ro­bo­tę.

Po­wi­nien nad­zo­ro­wać spra­wę Ko­strze­wy, a nie zaj­mo­wać się tym ty­pem. Do­cho­dze­nie od po­cząt­ku śli­ma­czy­ło się jak żad­ne. Co oni so­bie my­ślą w tej Mo­skwie? Jak do tej po­ry naj­lep­szym po­my­słem Bart­cza­ka by­ła pro­po­zy­cja wy­sła­nia na miej­sce ko­goś z ko­men­dy sto­łecz­nej lub CBŚ. Prze­ło­że­ni wy­ra­zi­li zgo­dę, wy­ty­po­wa­no od­po­wied­nią oso­bę, zło­żo­no proś­bę do za­stęp­cy am­ba­sa­do­ra i... I nic.

Na ra­zie nie chciał wy­snu­wać zbyt da­le­ko idą­cych wnio­sków, upły­nę­ło do­słow­nie czter­dzie­ści osiem go­dzin, ale już te­raz od­no­sił wra­że­nie, że spra­wa za­wi­sła w próż­ni.

Ode­zwał się in­ter­kom.

– Pa­ni Szcze­pań­ska i pan Szulc.

– Niech wej­dą.

Upił łyk zim­nej ka­wy i po­cze­kał, aż współ­pra­cow­ni­cy zaj­mą miej­sca. Kry­tycz­nie przyj­rzał się wor­ko­wa­tym spodniom dziew­czy­ny. Ob­ci­słe dżin­sy lub spód­nicz­ka zro­bi­ły­by na Ame­ry­ka­ni­nie lep­sze wra­że­nie. Naj­le­piej, jak przez te pa­rę dni po­sie­dzi w ho­te­lu. Nie, nie, by­le nie w ho­te­lu. Po­sia­da­li bez­piecz­ne miesz­ka­nie przy No­wym Świe­cie, aku­rat na ta­kie oka­zje. Oso­bi­ście nie spę­dził­by tam ani jed­nej go­dzi­ny, a to z po­wo­du za­in­sta­lo­wa­nych pod­słu­chów, ale ten cio­łek nie po­wi­nien się zo­rien­to­wać. Po­za tym w to­wa­rzy­stwie Szcze­pań­skiej nie bę­dzie sza­leć. Mu­zeum ta­kie­go nie za­in­te­re­su­je, już bar­dziej ja­kiś dan­cing. Niech tyl­ko trzy­ma się z da­le­ka.

– Za pół­to­rej go­dzi­ny na lot­ni­sku Cho­pi­na wy­lą­du­je sa­mo­lot z pa­nem Pu­la­skim na po­kła­dzie. – Splótł dło­nie na wy­so­ko­ści ust, a kciu­ka­mi pod­parł bro­dę. – Ma­cie go prze­jąć i przy­wieźć tu­taj.

– Jak wy­glą­da?

– Nie­ste­ty, nie dys­po­nu­je­my żad­nym zdję­ciem – po­wie­dział przez za­ci­śnię­te zę­by. – Po tym, co zna­lazł Ad­rian, spo­dzie­wał­bym się ko­goś w ro­dza­ju Mic­keya Ro­ur­ke.

– Kow­boj­ki i dzia­ry od stóp do gło­wy. – Szulc pod­ła­pał kpi­nę prze­ło­żo­ne­go.

– Wła­śnie.

– Co po­tem?

– Jak mó­wi­łem, do­star­czy­cie go tu­taj.

– Czy to ko­niecz­ne?

– Po­ga­dam z nim. Niech wie, że ro­bi­my wszyst­ko, co w na­szej mo­cy. Jak już z nim skoń­czę, od­sta­wi­cie go do punk­tu na No­wym Świe­cie. Chcę wie­dzieć, co ro­bi i z kim ewen­tu­al­nie się spo­ty­ka. W ra­zie ko­niecz­no­ści do­bie­rze­cie so­bie lu­dzi z wy­dzia­łu ope­ra­cyj­ne­go, choć oso­bi­ście uwa­żam, że le­piej bę­dzie, jak zaj­miesz się nim sa­ma.

W sen­nych oczach Szcze­pań­skiej doj­rzał błysk za­in­te­re­so­wa­nia.

– No wiesz, sze­fie – prych­nę­ła.

– Oszczędź mi tych sztu­czek.

– Prze­cież nie jest po­dej­rza­ny.

– Nie, to praw­da, ale nie chcę, by ktoś ta­ki szwen­dał się po War­sza­wie. Kto wie, co mu strze­li do łba. To psy­chol, a mo­że i zbo­cze­niec.

– Czy­li każ­dy psy­chol to...

– Nie łap mnie za sło­wa. – Po­gro­ził pal­cem. – A te­raz do ro­bo­ty.

* * *

Po pa­ru go­dzi­nach spę­dzo­nych w kla­sie eko­no­micz­nej – rząd za­fun­do­wał bi­let, lecz na eks­tra­wa­gan­cję nie by­ło co li­czyć – Mat­ta roz­bo­la­ły ko­la­na, a ca­łe cia­ło mu ze­sztyw­nia­ło. Raz od­był spa­cer do to­a­le­ty. Zdą­żył się przy­zwy­cza­ić do więk­szych nie­wy­gód. Przez la­ta służ­by spę­dził w po­wie­trzu ty­le go­dzin, co prze­cięt­ny pi­lot li­nii lot­ni­czych.

Tro­chę czy­tał. Wziął „Port lot­ni­czy” Ar­thu­ra Ha­ileya, ale za dru­gim ra­zem in­try­ga już tak nie wcią­ga­ła, więc tro­chę też się zdrzem­nął. Gdy już bo­eing 787 LOT-u przy­siadł na pa­sie, przy­jął to z ulgą.

Po­cze­kał, aż więk­szość pa­sa­że­rów znik­nie w wyj­ściu, i sam skie­ro­wał się do rę­ka­wa. Od­pra­wę cel­ną i pasz­por­to­wą prze­szedł dość szyb­ko. Nie mu­siał być by­strza­kiem, by wie­dzieć, że na nie­go cze­ka­ją – fa­cet po trzy­dzie­st­ce oraz blon­dyn­ka o pięk­nych sza­rych oczach, za to w bez­kształt­nych zie­lon­ka­wych bo­jów­kach pa­su­ją­cych do po­lo­we­go mun­du­ru. Gdy pod­szedł bli­żej, dys­kret­nie wy­ję­li le­gi­ty­ma­cje. Rzu­cił okiem. Pa­pie­ry agen­cji fe­de­ral­nych roz­po­zna­wał bez pro­ble­mu, lecz Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go nic mu nie mó­wi­ła. Uznał ich za przed­sta­wi­cie­li tu­tej­szej taj­nej po­li­cji. Póź­niej to spraw­dzi.

– Jak po­dróż? – za­py­tał ele­gan­cik po an­giel­sku.

– Uj­dzie – od­po­wie­dział po pol­sku z wy­raź­nym ob­cym ak­cen­tem.

Wy­mie­ni­li mię­dzy so­bą za­sko­czo­ne spoj­rze­nia.

– Jest pan go­ściem na­sze­go rzą­du. Po­rucz­nik Szulc – przed­sta­wił się ten o wy­glą­dzie pra­cow­ni­ka mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po­ra­cji. – Cho­rą­ży Szcze­pań­ska. – Wska­zał na dziew­czy­nę. – Pro­szę z na­mi.

Sre­brzy­sta te­re­nów­ka Kia sta­ła za­par­ko­wa­na przed ter­mi­na­lem. Za­ła­do­wa­li się do środ­ka. Funk­cjo­na­riu­sze z przo­du, Matt z ty­łu. Po­dróż­ną tor­bę, któ­ra sta­no­wi­ła ca­ły je­go ba­gaż, po­ło­żył na sie­dze­niu obok.

Par­ka przed nim wy­mie­nia­ła tyl­ko zdaw­ko­we uwa­gi, w ro­dza­ju: „Uwa­żaj z le­wej” oraz „Pa­mię­tasz o imie­ni­nach Gra­ży­ny?”, „Któ­ra to?”, „Ta z księ­go­wo­ści”, „Nie znam”, „Le­piej po­znaj, ma cho­dy u sta­re­go”.

Mia­sto za szy­bą wy­da­wa­ło się brud­ne i ni­ja­kie. Mo­że to wi­na po­chmur­ne­go nie­ba, a mo­że na­sta­wie­nia. Od­ci­na­ją­ce się na tle ho­ry­zon­tu wy­so­ko­ściow­ce ro­bi­ły ża­ło­sne wra­że­nie, tak jak­by ar­chi­tek­ci nie po­tra­fi­li się zde­cy­do­wać, co wła­ści­wie chcą bu­do­wać. Pa­rę no­wych biu­row­ców wśród sza­ro-be­to­no­wych blo­ków miesz­kal­nych. Kosz­mar. Na do­da­tek co rusz grzęź­li w kor­kach. Nie­któ­re uli­ce prze­ry­to gi­gan­tycz­nym płu­giem. Zda­je się, że miej­sco­wi za­fun­do­wa­li so­bie me­tro. Le­piej póź­no niż wca­le.

– Prze­pra­sza­my za utrud­nie­nia – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na.

Prze­cież to nie jej wi­na.

– Mnie to nie prze­szka­dza.

– A nam ow­szem – ode­zwał się ele­gan­cik. – To już ko­lej­ny rok ta­kie­go ba­ła­ga­nu.

– Zmień­cie bur­mi­strza.

Krót­kie „eee...” wy­raź­nie wska­zy­wa­ło, że nie tra­fił z su­ge­stią.

Po pa­ru mi­nu­tach klu­cze­nia uli­ca­mi w koń­cu przy­śpie­szy­li, ja­dąc sla­lo­mem po­mię­dzy wol­niej po­ru­sza­ją­cy­mi się po­jaz­da­mi. Szulc miał się za do­bre­go kie­row­cę i po­czuł, że w koń­cu ma oka­zję się wy­ka­zać. Po­chy­liw­szy się w przód, krę­cił gło­wą na pra­wo i le­wo, by kon­tro­lo­wać ruch na skrzy­żo­wa­niach i nie prze­oczyć żad­nej oka­zji. Gaz i przy­śpie­sze­nie wci­ska ich w fo­tel. Ha­mu­lec – i za­wi­sa­ją na pa­sach. Raz o ma­ło nie roz­je­cha­li ko­bie­ty z dziec­kiem. Szyb­ki skręt w ostat­nim mo­men­cie uchro­nił ich od ka­ta­stro­fy. Sa­ma by­ła so­bie win­na. Po co głu­pia kro­wa się pcha­ła?

Z czymś po­dob­nym Mattt nie ze­tknął się na­wet w Bag­da­dzie. Czyż­by tu też prze­bie­ga­ła stre­fa woj­ny, a oni gna­li do zie­lo­nej zo­ny?

Przed bra­mę na Ra­ko­wiec­kiej za­je­cha­li z fa­so­nem. Po­to­czy­li się ostat­nie kil­ka­na­ście me­trów pod głów­ne wej­ście i sta­nę­li.

– Od­sta­wię wóz, Oli­wia pa­na za­pro­wa­dzi.

Po­dzię­ko­wał ski­nie­niem gło­wy, wy­siadł i za­brał ba­gaż.

Por­tier­nię na do­le mi­nę­li, nie za­trzy­mu­jąc się. Naj­wy­raź­niej wy­star­cza­ła sa­ma obec­ność dziew­czy­ny. Da­lej sze­ro­ki­mi scho­da­mi do gó­ry, w pra­wo i ko­ry­ta­rzem łącz­ni­ka. Mi­ja­li za­ję­tych swo­imi spra­wa­mi urzęd­ni­ków, ma­ło kto zwra­cał na nich uwa­gę.

– Pro­szę.

Ano­ni­mo­we drzwi pro­wa­dzi­ły do rów­nie ano­ni­mo­we­go se­kre­ta­ria­tu, w tym mo­men­cie aku­rat pu­ste­go. Zna­leź­li się przed ga­bi­ne­tem Bart­cza­ka.

– Pan wej­dzie, szef cze­ka.

Pro­sto z lot­ni­ska do sie­dzi­by taj­nej po­li­cji. Chy­ba otarł się o ży­cio­wy re­kord.

Zwa­li­sty fa­cet po dru­giej stro­nie biur­ka po­de­rwał się z fo­te­la i z wy­cią­gnię­tą rę­ką skie­ro­wał ku Mat­to­wi.

– Wie­le o pa­nu sły­sza­łem. – Twarz ofi­ce­ra roz­ja­śnił smut­ny uśmiech. – Tak mi przy­kro z po­wo­du pań­skie­go, pań­skie­go...

– Kie­dy po­grzeb?

– No, z tym aku­rat ma­my pro­blem. – Bart­czak po­dra­pał się po no­sie. – Matt to skrót?

– Od Ma­te­usza.

– O, pro­szę.

– Je­den z ewan­ge­li­stów. – Pu­la­ski usiadł na wska­za­nym miej­scu nie­da­le­ko okna, pod pal­mą z sze­ro­ki­mi li­ść­mi, przy nie­wiel­kim sto­li­ku. Obok przy­siadł pod­puł­kow­nik.

– Jak wspo­mnia­łem, jest z tym kło­pot, gdyż wła­dze Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej nie ode­sła­ły jesz­cze cia­ła. Mia­ły to zro­bić we wto­rek, póź­niej mó­wi­ły o czwart­ku, obec­nie prze­su­nę­ły ter­min na po­nie­dzia­łek. Pro­szę zro­zu­mieć na­szą sy­tu­ację. Nie­wie­le mo­że­my zro­bić. Od po­cząt­ku do koń­ca je­ste­śmy zda­ni na ich... do­brą wo­lę.

– Jak wi­dzę, tej do­brej wo­li jest nie­wie­le.

– Nie na­le­ży oce­niać Ro­sjan zbyt su­ro­wo. Pew­ne rze­czy wy­ni­ka­ją z na­ro­do­wej men­tal­no­ści. Jak zo­sta­łem za­pew­nio­ny, do­cho­dze­niem zaj­mu­ją się naj­lep­si lu­dzie.

– Za­pew­ne po­dzie­li­li się wy­ni­ka­mi śledz­twa?

– No, aku­rat nie. – Na­czel­nik wy­dzia­łu zro­bił zbo­la­łą mi­nę. – Głę­bo­ko wie­rzę w do­brą wo­lę na­szych wschod­nich part­ne­rów, nie­mniej tam wszyst­ko to­czy się tro­chę in­nym try­bem.

Je­śli mu za­le­ża­ło, po­tra­fił zro­bić do­bre wra­że­nie. Szczyp­ta współ­czu­cia tu, tro­chę życz­li­wo­ści tam, dzia­ła­my, współ­pra­cu­je­my, sta­ra­my się. Na zde­cy­do­wa­ną więk­szość słu­cha­czy to dzia­ła­ło, lecz im dłu­żej przy­glą­dał się Pu­la­skie­mu, tym bar­dziej był prze­ko­na­ny, że nie po­tra­fi go roz­gryźć. Do tej po­ry Bart­cza­ko­wi wy­star­cza­ła mi­nu­ta i po­tra­fił okre­ślić, co sie­dzi w da­nym czło­wie­ku. No, cza­sem po­trze­bo­wał dwóch mi­nut, ale nie wię­cej. Po tym jan­ke­sie je­go sta­ra­nia spły­wa­ły jak wo­da po kacz­ce. Czar­ne oczy prze­wier­ca­ły go na wy­lot, a z ob­li­cza nie po­tra­fił nic wy­czy­tać. Jak na by­łe­go woj­sko­we­go no­sił dość dłu­gie wło­sy ukła­da­ją­ce się na bok i do ty­łu. Ile on w koń­cu miał lat? Ja­kieś trzy­dzie­ści sześć, przy­po­mniał so­bie szyb­ko. W ta­kim ra­zie wy­glą­dał sta­rzej, niż wy­ni­ka­ło z me­try­ki. I na pew­no nie cha­dzał na so­la­rium, tyl­ko je­go skó­ra by­ła o ton ciem­niej­sza niż prze­cięt­ne­go bia­łe­go oby­wa­te­la. Gdy­by nic o nim nie wie­dział, po­my­ślał­by, że to Cy­gan lub Tu­rek. Cho­ler­ny in­dia­niec. Brak kol­czy­ka w uchu ła­two mógł nad­ro­bić przy pierw­szej wi­zy­cie u ju­bi­le­ra. No­sił fla­ne­lo­wą ko­szu­lę i wy­świech­ta­ną skó­rza­ną kurt­kę, ale Bart­czak gło­wę by dał, że przed­ra­mio­na po­kry­wa­ją ta­tu­aże, pa­miąt­ki z ar­mii po­zo­sta­ją­ce na ca­łe ży­cie. Na ba­bach pew­nie ro­bił wra­że­nie, ale nie z nim te nu­me­ry.

– Mo­ja pro­po­zy­cja jest na­stę­pu­ją­ca: przez na­stęp­ne pa­rę dni za­opie­ku­je­my się pa­nem. Pro­szę się nie czuć skrę­po­wa­nym. Oko­licz­no­ści nie są ła­twe. Ja to ro­zu­miem, pan rów­nież po­wi­nien. Bez­czyn­ność to naj­gor­sze, co mo­że nas spo­tkać.

– Je­że­li to nie kło­pot, pro­sił­bym o wgląd w ak­ta spra­wy – pa­dła za­ska­ku­ją­ca pro­po­zy­cja.

– W za­sa­dzie... ta­kich rze­czy nie prak­ty­ku­je­my... – za­strzegł szyb­ko pod­puł­kow­nik. – Ale dla pa­na je­ste­śmy w sta­nie uczy­nić wy­ją­tek.

– Jak mi mi­ło. – Od­po­wiedź Pu­la­skie­go za­chrzę­ści­ła jak pia­sek w try­bach.

– Ju­tro nie pra­cu­je­my – za­sta­no­wił się Bart­czak. – Mo­że za dwa dni?

– Je­że­li to nie pro­blem, wo­lał­bym...

– Taj­nych ma­te­ria­łów stąd nie wy­no­si­my.

– Mo­że raz po­zwo­li­cie so­bie na pre­ce­dens.

– Nie­zły z pa­na ne­go­cja­tor.

– Ja po pro­stu nie chcę tra­cić cza­su.

– Do­brze, za­sta­nów­my się. Jest moż­li­wość wy­po­ży­cze­nia akt, lecz wszyst­ko pod na­szą kon­tro­lą. Po­pro­szę po­rucz­ni­ka Szul­ca. Nie? Ro­zu­miem. No do­brze, cho­rą­ży Szcze­pań­ska do­star­czy wszyst­ko, co ma­my, do miesz­ka­nia, ja­kie pa­nu zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy.

– Bę­dę zo­bo­wią­za­ny.

– My nie ma­my nic do ukry­cia. Niech się bo­ją ci, któ­rzy na­bro­ili.

* * *

Miesz­ka­nie na No­wym Świe­cie, na pię­trze blo­ku nie­da­le­ko ko­ścio­ła Świę­te­go Krzy­ża wy­glą­da­ło we­dług Mat­ta jak prze­ła­do­wa­ne bi­be­lo­ta­mi lo­kum ja­kiejś sta­rusz­ki. W du­żym po­ko­ju kró­lo­wa­ła me­blo­ścian­ka i re­gał z książ­ka­mi.

Prze­je­chał pal­cem po pół­kach. Ostat­ni raz sprzą­ta­no tu chy­ba na świę­ta. Otwo­rzył okno, przez któ­re mo­men­tal­nie do środ­ka wdarł się ha­łas uli­cy. Mi­mo wszyst­ko tak le­piej. Prze­szedł do kuch­ni i otwo­rzył za­wór z wo­dą, umył rę­ce i ro­zej­rzał się za ręcz­ni­kiem. Te­go ele­men­tu wy­po­sa­że­nia aku­rat nie doj­rzał. W koń­cu strzep­nął kro­ple na pod­ło­gę, a dło­nie wy­tarł o spodnie.

Ko­lej­ną go­dzi­nę za­ję­ło mu do­pro­wa­dza­nie wszyst­kie­go do po­rząd­ku. Sko­ro ma tu spę­dzić pa­rę dni, to przy­naj­mniej w znoś­nych wa­run­kach. Przy oka­zji od­krył coś, cze­go od­kryć nie po­wi­nien. Na wszel­ki wy­pa­dek ni­cze­go nie ru­szał. Le­piej niech my­ślą, że wszyst­ko funk­cjo­nu­je po sta­re­mu.

Nim skoń­czył na do­bre, usły­szał dzwo­nek. Po­szedł otwo­rzyć.

– Moż­na?

Szcze­pań­ska zdą­ży­ła się prze­brać. To, co wcze­śniej na so­bie mia­ła, zu­peł­nie do niej nie pa­so­wa­ło. Tym ra­zem, pa­ra­du­jąc w wą­skich błę­kit­nych spodniach pod­kre­śla­ją­cych dłu­gość nóg, pre­zen­to­wa­ła się znacz­nie atrak­cyj­niej.

– Po­mo­żesz mi?

Ode­brał od niej pa­rę re­kla­mó­wek z za­ku­pa­mi i od­stą­pił w głąb ko­ry­ta­rza, by prze­pu­ścić ją przo­dem. No­gą za­trza­snął drzwi i po­szedł za nią.

– Hm, wi­dzę, że za­czą­łeś się urzą­dzać. – Zaj­rza­ła do sa­lo­nu i skie­ro­wa­ła się do kuch­ni. – Nie wie­dzia­łam, co kon­kret­nie lu­bisz.

– Nie je­stem wy­bred­ny. – Po­sta­wił fo­lio­we pa­kun­ki na bla­cie, a ona za­czę­ła z nich wy­cią­gać róż­ne da­nia na wy­nos. Sma­ko­wi­ty za­pach uniósł się w po­wie­trzu.

– A to na de­ser. – Wrę­czy­ła Mat­to­wi tecz­kę, któ­rą do tej po­ry trzy­ma­ła pod pa­chą. – I to. – Sze­ścio­pak zna­lazł się na sto­le obok je­dze­nia.

– Prze­wi­dzia­łaś wszyst­ko.

– Tak mnie wy­szko­li­li – od­par­ła za­czep­nie. – Po­daj szklan­ki, chy­ba że wo­lisz pić z pusz­ki?

– Ra­czej nie. – Usie­dli, a on na­lał pi­wa do na­czyń. Upi­li po ły­ku i za­bra­li się za je­dze­nie.

– Je­że­li cho­dzi o Ra­fa­ła, to du­żo te­go nie ma – po­wie­dzia­ła, gdy na­sy­ci­ła pierw­szy głód. – Wie­dzia­łeś, że ktoś ta­ki ist­nie­je?

– Oj­ciec nie był zbyt wy­lew­ny – mruk­nął z usta­mi peł­ny­mi ma­ka­ro­nu w so­sie so­jo­wym. – A ja ni­g­dy nie py­ta­łem. Wszyst­ko, co ro­bił wcze­śniej, ma­ło mnie in­te­re­so­wa­ło.

– Ję­zy­ka cię na­uczył.

– To chy­ba je­dy­na rzecz, ja­ką zro­bił – od­po­wie­dział z odro­bi­ną go­ry­czy.

– Nie był do­bry? – Unio­sła brwi do gó­ry.

– Mo­im zda­niem ża­ło­wał wy­jaz­du.

– No, Pol­ska nie by­ła wte­dy ra­jem na zie­mi. – Po­grze­ba­ła wi­del­cem wśród resz­tek na dnie. – Choć znaj­dą się i ta­cy, co po­wie­dzą ina­czej.

– Mo­że dla­te­go, że by­li mło­dzi. – Matt wy­tarł usta ser­wet­ką.

– I głu­pi – wy­pa­li­ła.

– Nie ob­raź się, ale ten pro­blem cie­bie ra­czej nie do­ty­czy. – Otwo­rzył ko­lej­ne pi­wo i roz­lał do szkla­nek. Je­śli chce go na­cią­gnąć na zwie­rze­nia, mu­si się bar­dziej po­sta­rać.

– W tym kra­ju zbyt wie­le spraw za­mie­cio­no pod dy­wan.

– Nie tyl­ko w tym. – W koń­cu się­gnął po tecz­kę i otwo­rzył na pierw­szej stro­nie. Mil­cza­ła, gdy prze­glą­dał ży­cio­rys i po­da­nie o przy­ję­cie do pra­cy. Ze zdję­cia spo­glą­dał sym­pa­tycz­ny mło­dzie­niec nie­ska­la­ny kom­pro­mi­sa­mi. Czy ko­lej­ne la­ta przy­nio­sły­by roz­cza­ro­wa­nie? Nikt te­go nie wie­dział i już się nie do­wie. Nim zdą­żył za­bły­snąć, zo­stał spro­wa­dzo­ny na zie­mię, a wła­ści­wie pod nią.

Da­lej ja­kaś ana­li­za, kil­ka stron wy­kre­sów i ta­bel, opi­nia z pla­ców­ki w Pra­dze, gdzie sta­wiał pierw­sze kro­ki, oce­na pra­cow­ni­ka do­ko­na­na przez służ­bę kontr­wy­wia­du i to w za­sa­dzie wszyst­ko.

– Wi­dzia­łaś? – za­py­tał, wy­cią­ga­jąc ak­ta w jej kie­run­ku.

– Znam to pra­wie na pa­mięć.

– Po­zwól, że za­py­tam wprost: pro­wa­dzi­cie śledz­two, a wszyst­ko, co osią­gnę­li­ście, spro­wa­dza się do tych pa­ru pa­pier­ków?

– Uści­ślij­my: to nie my pro­wa­dzi­my do­cho­dze­nie, tyl­ko Ro­sja­nie. Oni de­cy­du­ją, co prze­ka­zać, a co zo­sta­wić na ja­kąś nie­prze­wi­dzia­ną oko­licz­ność.

– Nie­prze­wi­dzia­ną?

– Pew­ne rze­czy moż­na wy­ko­rzy­stać w przy­szło­ści.

– Ra­fał nic kom­plet­nie nie zna­czył. Prze­ce­nia­cie go.

– Pra­co­wał w dy­plo­ma­cji – nie ustę­po­wa­ła.

– I co z te­go? Przez cie­bie prze­ma­wia pra­cow­nik taj­nych służb, a to pro­wa­dzi do pa­ra­noi.

– A jak ty my­ślisz?

– Ja? – Pod­parł bro­dę. – Jest to dla nich ta­ki sam smród, jak i dla was.

– Wy­bacz, ja tak nie uwa­żam. – Oli­wia wy­glą­da­ła na na­dą­sa­ną. – Tak mię­dzy na­mi, spo­dzie­wa­łam się po to­bie więk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia. W koń­cu nie mu­sia­łeś przy­jeż­dżać.

– Czę­sto nie ma­my wy­bo­ru.

Po raz pierw­szy po­wie­dział czy­stą praw­dę. On fak­tycz­nie nie miał wy­bo­ru. Za­sta­na­wiał się nad tym od sa­me­go po­cząt­ku, wła­ści­wie od pierw­szej mi­nu­ty roz­mo­wy ze Smi­them. Wszyst­ko za­ła­twio­no po­nad je­go gło­wą. Jedź i zrób. Tyl­ko du­reń mógł­by po­my­śleć, że cho­dzi o tę te­czusz­kę, któ­rą Bart­czak ła­ska­wie zgo­dził się udo­stęp­nić. Je­śli znaj­do­wa­ły się w niej istot­ne in­for­ma­cje, zo­sta­ły skrzęt­nie usu­nię­te. Po­zo­sta­ły sa­me pier­do­ły. Sko­ro ta ca­ła ABW pod­rzu­ci­ła ta­ki ochłap, to mu­sia­ła mieć w tym ja­kiś cel. Nikt nie lu­bi dzie­lić się in­for­ma­cja­mi, kie­dy nie ma w tym in­te­re­su.

– Mo­gę je za­trzy­mać?

– Nie – od­par­ła su­cho.

Od nie­chce­nia za­czął prze­glą­dać wszyst­ko od po­cząt­ku. Tym ra­zem zwra­cał uwa­gę na ad­re­sy i da­ty. Jesz­cze nie zde­cy­do­wał, co zro­bi, ale śmierć chło­pa­ka na­pa­wa­ła go mie­sza­ny­mi uczu­cia­mi. Wąt­pił, czy mo­gli­by się za­przy­jaź­nić, lecz nie o to cho­dzi­ło. Przez ca­łe ży­cie Ko­strze­wa nie na­dep­nął ni­ko­mu na od­cisk, aż na­gle zo­stał roz­je­cha­ny przez wa­lec. O ca­łym zda­rze­niu pew­nie ni­g­dy by się nie do­wie­dział, gdy­by nie roz­mo­wa ze Smi­them. Cze­mu ten drań uparł się, że­by go wy­słać do Pol­ski? I czy na pew­no klu­czo­wym ele­men­tem w tej ukła­dan­ce jest Ko­strze­wa? Być mo­że obe­rwał przez przy­pa­dek lub ja­ko świa­dek ja­kie­goś kon­flik­tu? Ta­kie roz­wią­za­nie wy­da­wa­ło się Mat­to­wi naj­roz­sąd­niej­sze. Oczy­wi­ście, na­le­ża­ło zna­leźć spraw­ców, kim­kol­wiek by­li. Zna­leźć i uka­rać, choć do re­ali­za­cji dru­gie­go eta­pu nie­ko­niecz­nie ist­niał od­po­wied­ni kli­mat.

W koń­cu ode­tchnął i odło­żył pa­pie­ry.

– Wiesz, co mi przy­szło do gło­wy? – po­wie­dzia­ła, przy­glą­da­jąc się okład­kom.

– Słu­cham?

– Mo­że on wca­le nie był ta­ki nie­win­ny, jak nam się wy­da­je.

– Masz ja­kieś do­wo­dy na po­par­cie tej teo­rii?

– To zwy­kłe gdy­ba­nie.

– Mów da­lej – za­chę­cił.

– Sam po­myśl. – Szcze­pań­ska za­pa­li­ła się do po­my­słu. – Mło­dy, przy­stoj­ny, bez zo­bo­wią­zań. Ide­al­ny kan­dy­dat do wer­bun­ku.

– Bo ja wiem?

– Mo­że nie jest kimś wy­so­ko po­sta­wio­nym, lecz z cza­sem awan­su­je.

– I sprząt­nę­li go tak po pro­stu? Znu­dził się im, a mo­że prze­stał być po­trzeb­ny? Zu­peł­nie bez sen­su. Prze­cież to in­we­sty­cja, na­le­ży dmu­chać i chu­chać, a na pew­no przy­nie­sie owo­ce.

– Mo­że się po­sta­wił – za­su­ge­ro­wa­ła.

– Ten wa­riant też nie przej­dzie. Jak już się zde­cy­do­wał zmie­nić front, wie­dział, co ro­bi. Nie pstryk­niesz pal­ca­mi i nie po­wiesz: ko­niec, pa­no­wie. Faj­nie by­ło, ale da­lej na mnie nie licz­cie.

– No chy­ba że...

– Ni­by co, po­dwój­ny agent? – Skrzy­wił się nie­znacz­nie. – Wa­sza agen­cja nic o tym nie wie.

– Są in­ne struk­tu­ry.

– Ty znasz się na tym naj­le­piej.

Nie miał po­ję­cia, w ja­kim kie­run­ku zmie­rza ta roz­mo­wa. Wy­glą­da­ło, jak­by na si­łę chcia­ła udo­wod­nić ja­kieś twier­dze­nie, ale ko­lej­ne hi­po­te­zy wy­cią­ga­ła jak ma­gik kró­li­ki z cy­lin­dra.

– Po­mię­dzy agen­cja­mi ist­nie­je kon­ku­ren­cja. In­for­ma­cja to wła­dza, prze­cież o tym wiesz.

Ile oni tu­taj mo­gli mieć tych agen­cji? Pięć, sześć. W Sta­nach sam gu­bił się w ich gąsz­czu. Cza­sa­mi wy­da­wa­ło się, że agent sie­dzi na agen­cie. Wy­wiad ar­mii, flo­ty i lot­nic­twa. Ma­ri­nes też po­trze­bo­wa­li ro­ze­zna­nia. Służb cy­wil­nych to już w ogó­le bez li­ku. Od tych wszyst­kich trzy­li­te­ro­wych ko­dów do­sta­wał kręć­ka – a każ­dy taj­ny i nie­po­wta­rzal­ny.

– I we­dług cie­bie Ra­fa­ła rąb­nę­li... twoi, zrzu­ca­jąc wi­nę na KGB.

– Nie moi – żach­nę­ła się. – I nie KGB, tyl­ko Fe­de­ral­ną Służ­bę Bez­pie­czeń­stwa.

– Dla mnie bez róż­ni­cy. – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ni­by tak, ale – jak mó­wią – w szcze­gó­łach tkwi dia­beł.

– Pew­nie masz ra­cję. – Się­gnął po ko­lej­ną pusz­kę.

– Ja dzię­ku­ję. Bę­dę się zbie­rać. – Wsta­ła i za­bra­ła tecz­kę. – Masz na ju­tro ja­kieś pla­ny?

– Ra­czej nie. Pew­nie ro­zej­rzę się tu i tam.

– Je­że­li bę­dziesz się nu­dził, daj znać. Tu masz nu­mer.

Wziął od niej wi­zy­tów­kę i scho­wał do port­fe­la.

– Jak się zgu­bię, na pew­no się ode­zwę.

– Trzy­mam za sło­wo.

Od­pro­wa­dził dziew­czy­nę do drzwi i prze­krę­cił za nią za­mek. Sprzą­ta­niem ba­ła­ga­nu w kuch­ni nie za­wra­cał so­bie gło­wy. Ju­tro też jest dzień.

* * *

Obu­dził się oko­ło szó­stej ra­no. Na­wy­ki dzia­ła­ły na­wet w cy­wi­lu. Wszyst­ko, co po­zo­sta­ło po wczo­raj­szej ko­la­cji, wrzu­cił do czar­ne­go wor­ka, któ­ry zna­lazł w szu­fla­dzie kre­den­su. Fo­lia spu­chła od nad­mia­ru tek­tu­ro­wych pu­de­łek i kar­to­ni­ków. Na wierzch po­szły alu­mi­nio­we opa­ko­wa­nia po pły­nach. Ubrał się i ze śmie­cia­mi w rę­ce ru­szył po scho­dach na dół.