Cień proroka - Vladimir Wolff - ebook
Opis

Nie jest odpowiednie dla Proroka, aby brał jeńców, dopóki on nie dokona całkowitego podboju ziemi.
 
Zastraszająca ekspansja tzw. Państwa Islamskiego i fala zamachów na Zachodzie zmuszają przywódców UE do wspólnych działań przeciwko terrorystom.
Kiedy polska dyplomacja świętuje sukces, a w Szczecinie ma zostać podpisany Europejski Układ Antyterrorystyczny, agent Matt Pulaski staje przed nowym wyzwaniem, którego stawką jest przyszłość kontynentu.
Każdy może stać się zamachowcem i chętnych na pewno nie zabraknie. Byle było ich mniej niż nabojów w magazynku.
Wiadomo, że wróg uderzy. Nie wiadomo tylko, gdzie i kiedy. Oby nie tu i nie teraz.
 
O proroku! Pobudzaj wiernych do walki! Jeśli wśród was jest dwudziestu cierpliwych, to zwyciężą dwustu; a jeśli jest stu wśród was, to oni zwyciężą tysiąc niewiernych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


VLADIMIR WOLFF

Cień pro­ro­ka

© 2015 Vladimir Wolff

© 2015 WARBOOK Sp. z o.o.

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja i korekta językowa: Zespół redakcyjny Wszystkie cytaty z Koranu w tłumaczeniu J. Bielawskiego (Warszawa: PIW, 1986).

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik TrzebińscyDu Châteaux, atelier@duchateaux.pl

Okładka: HEVI

ISBN 978-83-64523-42-7

Ustroń 2014

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Apostoł Allaha powiedział: „Wiedz, że Raj leży w cieniu mieczy”.

Hadis Bukhari 52, werset 65

Rozdział 1

Le­d­wie zdą­żył scho­wać gło­wę w ra­mio­nach, gdy nad­la­tu­ją­cy po­cisk z hau­bi­cy M109 ro­ze­rwał się nie­speł­na sto me­trów na pra­wo od gru­py bo­jow­ni­ków. Od huku de­to­na­cji dzwo­ni­ło w uszach, a tu­man pyłu skrył spo­ry ka­wa­łek te­re­nu za nie­prze­nik­nio­ną za­sło­ną.

Przy­mknął oczy i zmó­wił krót­ką mo­dli­twę, dzię­ku­jąc Naj­wyż­sze­mu, że i tym ra­zem ni­ko­mu nic się nie sta­ło. Irac­kim ar­ty­le­rzy­stom spo­ro bra­ko­wa­ło do sku­tecz­no­ści sta­rych wy­ja­da­czy z US Ma­ri­ne Corps czy na­wet ze zwy­kłe­go ba­ta­lio­nu ame­ry­kań­skiej ar­mii, któ­rych parę razy oglą­dał w ak­cji.

Na szczę­ście – bo w in­nym przy­pad­ku nie po­zo­stał­by po nich naj­mniej­szy ślad. Ci za­srań­cy wa­li­li gdzie po­pad­nie, nie oglą­da­jąc się na nic. Dla nich znisz­cze­nie przy­pad­ko­we­go domu z ko­bie­ta­mi i dzieć­mi w środ­ku nie sta­no­wi­ło pro­ble­mu. To były je­dy­nie skut­ki ubocz­ne. Wła­śnie dla­te­go stra­ty wśród cy­wi­lów w tej fa­zie woj­ny oka­za­ły się tak ogrom­ne. Mu­zuł­ma­nie gi­nę­li ca­ły­mi set­ka­mi pod ogniem ar­mat i w na­lo­tach lot­ni­czych. Ko­ali­cja państw za­chod­nich, ce­lo­wo i nie prze­bie­ra­jąc w środ­kach, do­pro­wa­dzi­ła do tej ka­ta­stro­fy. Czy tym cho­ler­nym Ame­ry­ka­nom, An­gli­kom, Fran­cu­zom i Au­stra­lij­czy­kom wy­da­je się, że mogą zu­peł­nie bez­kar­nie de­cy­do­wać o lo­sach in­nych na­ro­dów? Ja­kim pra­wem łżą w żywe oczy, skła­da­jąc ob­łud­ne de­kla­ra­cje i wma­wia­jąc ca­łe­mu świa­tu, że to wła­śnie oni mają ra­cję? Nic po­dob­ne­go. Ra­cję ma tyl­ko Naj­wyż­szy. On jest Pa­nem nie­bios i zie­mi, i tego, co jest mię­dzy nimi. Jego jest zie­mia i mo­rze, i wszyst­ko, co za­lud­nia ten świat. Jak­że za­śle­pio­nym trze­ba być czło­wie­kiem, żeby tego nie do­strze­gać? Czy ża­den z tych aro­gan­tów nie pró­bo­wał od­po­wie­dzieć so­bie szcze­rze, we wła­snej du­szy, na pod­sta­wo­we py­ta­nia – co tu robi i w któ­rą stro­nę po­dą­ża? Żą­dza wła­dzy zu­peł­nie ode­bra­ła im ro­zum. Za­sła­nia­jąc się wyż­szy­mi ra­cja­mi, nio­są śmierć i znisz­cze­nie, znie­wa­la­ją na­ro­dy, prze­mie­nia­ją w po­piół i kurz dzie­dzic­two in­nych cy­wi­li­za­cji.

A prze­cież nie ma Boga nad Al­la­ha, a Ma­ho­met jest Jego Pro­ro­kiem. Po arab­sku brzmi to jesz­cze le­piej – La ila­ha illa Llah wa Mu­ham­mad ra­sul Al­lah.

Po­wie­dzia­no: jest Dom Po­ko­ju – Dar al-Sa­lam i Dom Woj­ny – Dar al-Harb. Wier­ni mu­szą zro­bić wszyst­ko, by obro­nić Dar al-Sa­lam przed kno­wa­nia­mi nie­wier­nych.

Zmie­nił po­zy­cję, prze­su­wa­jąc się nie­co w lewo. Wiatr znad pu­sty­ni roz­wiał już dym­ną za­sło­nę. Wi­dział przed sobą sza­ro-żół­te wzgó­rza po­ro­śnię­te ską­pą ro­ślin­no­ścią i dro­gę wi­ją­cą się po­mię­dzy nimi. Na ra­zie pu­stą, ale to już dłu­go nie po­trwa.

Mia­stecz­ko za jego ple­ca­mi daw­no za­mie­ni­ło się w bez­kształt­ne gru­zo­wi­sko, z któ­re­go wy­sta­wa­ło je­dy­nie kil­ka wyż­szych bu­dyn­ków zbu­do­wa­nych za Sad­da­ma Hu­saj­na. Obec­nie tyl­ko stra­szy­ły – nad­gry­zio­ne ostrza­łem i wy­pa­lo­ne do cna. Na je­den z nich po­sła­no czło­wie­ka z lor­net­ką i ra­diem. Ro­bił za oczy i uszy ca­łe­go od­dzia­łu. Do­pó­ki nie zo­sta­nie zdję­ty przez snaj­pe­ra lub w blok nie tra­fi ar­mat­ni po­cisk, będą dys­po­no­wać w mia­rę do­kład­ny­mi in­for­ma­cja­mi na te­mat wszyst­kie­go, co się do nich zbli­ża.

Zresz­tą nie ma po­wo­du mar­twić się na za­pas. Bę­dzie, co da Al­lah. Prze­cież nie dla­te­go tu się znaj­do­wał, że chciał prze­żyć eks­cy­tu­ją­cą przy­go­dę. Wal­czył o spra­wę. Jak trze­ba bę­dzie, to zgi­nie. Za­praw­dę, do Al­la­ha na­le­ży­my, i za­praw­dę do Nie­go wró­ci­my. Nie­zba­da­ne są Jego wy­ro­ki i za­my­sły. Osta­tecz­nym ce­lem jest dżan­nah – raj. On jako czło­wiek jest tyl­ko ma­łym try­bi­kiem w ma­chi­nie, wier­nym słu­gą Naj­wyż­sze­go.

Spraw­dził, czy ma wszyst­ko, co po­trze­ba: AK z czte­re­ma do­dat­ko­wy­mi ma­ga­zyn­ka­mi, gra­nat – w tym przy­pad­ku ame­ry­kań­ski M67 przy­po­mi­na­ją­cy zie­lo­ne jabł­ko – i trzy­ki­lo­gra­mo­wy ła­du­nek wy­bu­cho­wy w bre­zen­to­wej tor­bie na ple­cach. Do tego dłu­gi za­krzy­wio­ny nóż przy boku, mały pod­nisz­czo­ny eg­zem­plarz Ko­ra­nu w kie­sze­ni na pier­si i sub­ha – mu­zuł­mań­ski ró­ża­niec.

Ni­cze­go wię­cej nie po­trze­bo­wał. Po­sia­dał wszyst­ko, co ko­niecz­ne za­rów­no do do­bre­go ży­cia, jak i do przej­ścia na tam­ten świat.

Bał się, to oczy­wi­ste, ale nie w stop­niu od­bie­ra­ją­cym zdol­ność ra­cjo­nal­ne­go my­śle­nia. Wszyst­kie­go się nie prze­wi­dzi, ale nad pew­ny­mi spra­wa­mi pa­no­wał wręcz do­sko­na­le – ręce nie drża­ły, a cia­ło nie po­ci­ło się jak za­zwy­czaj w tego typu sy­tu­acjach, par­cie na pę­cherz umiar­ko­wa­ne, ad­re­na­li­na nie za­le­wa­ła cia­ła, do­pro­wa­dza­jąc do tor­sji. Ow­szem, czuł lek­ką eu­fo­rię przed zbli­ża­ją­cą się bi­twą, ale nic po­nad­to. Od kie­dy się na­wró­cił, pew­ne spra­wy i wy­da­rze­nia prze­sta­ły go przy­tła­czać. Pa­ra­li­żu­ją­ca oba­wa przed śmier­cią lub – co gor­sza – przed kom­pro­mi­ta­cją w oczach ko­le­gów nie ist­nia­ły. Sam wy­brał miej­sce i czas. Wróć, to nie on wy­brał, to Naj­wyż­szy wy­brał za nie­go.

Po­now­nie zdmuch­nął pył z oksy­do­wa­ne­go zam­ka au­to­ma­tu. Nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści broń musi lśnić. To jego na­rzę­dzie. Przy jej po­mo­cy da wol­ność in­nym lu­dziom i przy­nie­sie za­gła­dę wro­gom is­la­mu.

Ko­lej­ny po­cisk ro­ze­rwał się w ru­inach mia­stecz­ka. Ilu tu kie­dyś miesz­ka­ło lu­dzi – dzie­sięć–pięt­na­ście ty­się­cy, a może wię­cej? Trud­no mu było oce­nić. Po­zo­sta­ły naj­wy­żej dwa–trzy ty­sią­ce. Resz­ta ucie­kła lub zgi­nę­ła, o czym świad­czył cmen­tarz znaj­du­ją­cy się na po­łu­dnio­wym skra­ju za­bu­do­wań, tam gdzie do nie­daw­na ro­sły dak­ty­lo­we pal­my, a obec­nie cią­gnę­ły się rzę­dy gro­bów.

Na­stęp­ny wy­buch. Ka­wał­ki gru­zu spa­dły cał­kiem bli­sko. Czar­na chu­s­ta przed ta­kim za­gro­że­niem nie uchro­ni. Tu po­trze­ba heł­mu na gło­wie i ka­mi­zel­ki na grzbie­cie, a nie ja­kichś szma­tek. Tyle że oni nie byli żoł­nie­rza­mi, lecz wo­jow­ni­ka­mi dżi­ha­du. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach, o ile na woj­nie moż­na mó­wić o nor­mal­nych oko­licz­no­ściach, oko­pa­li­by się na tym spła­chet­ku grun­tu, tuż za nie­wiel­kim ka­mien­nym mur­kiem, i po­cze­ka­li­by na wspar­cie. Pro­blem w tym, że grunt był tu ska­li­sty, a oni nie po­sia­da­li ani wspar­cia, ani ca­łej po­tęż­nej ma­chi­ny, jaka stoi za każ­dą współ­cze­sną ar­mią. Dys­po­no­wa­li za to czymś znacz­nie waż­niej­szym: nie­za­chwia­ną wia­rą we wszyst­ko, co ro­bią.

Gru­pa bo­jow­ni­ków li­czy­ła po­nad osiem­dzie­się­ciu lu­dzi, głów­nie Ara­bów, choć nie bra­ko­wa­ło przy­by­szów z od­le­glej­szych stron świa­ta. Do­wo­dził Cze­czen, któ­re­go twarz po­kie­re­szo­wał ro­syj­ski gra­nat moź­dzie­rzo­wy w cza­sie dru­giej woj­ny kau­ka­skiej. Blizn na ły­sej czasz­ce nie ukry­wał, w prze­ci­wień­stwie do tych na szczę­ce i po­licz­kach, któ­re za­sła­nia­ła dłu­ga, far­bo­wa­na hen­ną bro­dą. Na­zy­wa­li go „Li­sem”, bo nikt nie po­tra­fił tak jak on po­dejść wro­ga i roz­pra­wić się z nim raz na za­wsze. Na wła­snej skó­rze od­czu­li to Ro­sja­nie i Ira­kij­czy­cy oraz gru­pa sau­dyj­skich ko­man­do­sów, któ­ra prze­kro­czy­ła gra­ni­cę, pró­bu­jąc ura­to­wać pi­lo­ta sa­mo­lo­tu bo­jo­we­go ze­strze­lo­ne­go prze gru­pę „Lisa”. Zo­sta­li wy­bi­ci do nogi, za­nim zdą­ży­li się zo­rien­to­wać, co za­szło.

Jego za­stęp­ca, Abu Zajj, przy­był z Egip­tu. Z ra­cji wie­ku – miał pra­wie sześć­dzie­siąt­kę na kar­ku – wy­da­wał się zu­peł­nie nie pa­so­wać do resz­ty. Ma­jąc tyle lat, my­śli się ra­czej o wnu­kach i spo­koj­nej sta­ro­ści, a nie bie­ga z ka­ra­bi­nem po pu­sty­ni. By­łe­mu sier­żan­to­wi egip­skich sił spe­cjal­nych nie o taką przy­szłość cho­dzi­ło. Wi­zja wej­ścia do raju z bro­nią w ręce prze­ma­wia­ła do nie­go moc­niej od tej, w któ­rej trze­ba zno­sić męki znie­do­łęż­nie­nia.

Sta­now­czo­ści im nie bra­ko­wa­ło. Po­sia­da­li coś jesz­cze, mia­no­wi­cie cha­ry­zmę, któ­ra ścią­ga­ła pod ich skrzy­dła co­raz to no­wych stra­ceń­ców szu­ka­ją­cych oka­zji do gwał­tow­nej śmier­ci. Do ta­kich na­le­żał mło­dy Pa­le­styń­czyk, Idrys, nie­speł­na osiem­na­sto­la­tek ze zde­for­mo­wa­ną od uro­dze­nia nogą. Idry­so­wi wcze­śniej się wy­da­wa­ło, że nie jest oso­bą god­ną uczest­ni­cze­nia w dżi­ha­dzie, lecz zmie­nił zda­nie, gdy w ostrze­la­nym przez izra­el­ską ar­mię domu zgi­nę­ła jego mat­ka i dwie sio­stry, a on sam nie­mal nie stra­cił zdro­wej nogi. Od­kąd do nich przy­stał, przed każ­dą bi­twą za­kła­dał pas sza­hi­da. Nie mógł bie­gać, więc uciecz­ka od­pa­da­ła. W ra­zie ko­niecz­no­ści uru­cho­mi za­pal­nik i ro­ze­rwie się, po­cią­ga­jąc w ot­chła­nie pie­kła całą masę wro­gów. Poj­mać na pew­no się nie po­zwo­li. Te­raz znaj­do­wał się gdzieś z tyłu, w ocze­ki­wa­niu na „mi­sję spe­cjal­ną”. Je­śli wszyst­ko uło­ży się po jego my­śli, już wkrót­ce do­łą­czy do tych, któ­rzy zgi­nę­li z imie­niem Al­la­ha na ustach.

Ostrzał osłabł. Je­że­li to wszyst­ko, na co stać irac­kich ar­ty­le­rzy­stów, to nie ma się cze­go oba­wiać. Być może w ogó­le ich się tu nie spo­dzie­wa­no. Wszak do­pie­ro nad ra­nem za­ję­li swo­je po­zy­cje, przy­byw­szy z za­cho­du, z Ir­bi­lu.

Na tym od­cin­ku fron­tu już od paru ty­go­dni pa­no­wał nie­mal cał­ko­wi­ty spo­kój. Je­dy­ne wy­tłu­ma­cze­nie, ja­kie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy, to przy­go­to­wa­nia do ja­kiejś więk­szej ope­ra­cji. Być może sztab w Bag­da­dzie, za­miast po­wo­li wy­py­chać bo­jow­ni­ków z zaj­mo­wa­ne­go te­re­nu, chciał ich od­ciąć od za­ple­cza i za­mknąć w ko­tle. Te szy­ic­kie psy za­po­mi­na­ją, z kim mają do czy­nie­nia. To­ną­cy brzy­twy się chwy­ta, a po zmia­nach w naj­wyż­szym do­wódz­twie i paru dy­mi­sjach może przy­szła pora na ja­kie­goś bar­dziej ener­gicz­ne­go ge­ne­ra­ła.

Tyl­ko skąd wie­dzie­li o tym „Lis” i Abu Zajj?

Nie­mal uśmiech­nął się pod no­sem. To Wschód. Tu nic nie jest ta­kie, jak się wy­da­je. Tu rzą­dzą ukła­dy, zna­jo­mo­ści i pra­wo sil­niej­sze­go. Za od­po­wied­nio wy­so­ką opła­tę mo­żesz uzy­skać wszyst­ko, na­wet sto­pień ge­ne­ra­ła.

Mu­siał prze­rwać bez­pro­duk­tyw­ne roz­my­śla­nia, bo oto na wznie­sie­niu uka­zał się irac­ki Hu­mvee, a za­raz po nim dru­gi i trze­ci. Na ra­zie znaj­do­wa­ły się za da­le­ko, by mógł doj­rzeć wię­cej szcze­gó­łów. Naj­waż­niej­sze, że zbli­żał się dłu­go wy­cze­ki­wa­ny mo­ment. Ro­zej­rzał się w pra­wo i w lewo, roz­po­zna­jąc ak­tu­al­ne po­zy­cje naj­bliż­szych bo­jow­ni­ków. Do­strzegł tyl­ko trzech lub czte­rech. Resz­ta, zgod­nie z roz­ka­zem, po­wła­zi­ła w ja­kieś dziu­ry i uak­tyw­ni się, gdy wróg po­dej­dzie bli­żej.

Zer­k­nął na Fa­ra­dża, swo­je­go naj­bliż­sze­go kum­pla. Ten sie­dział z przy­mknię­ty­mi ocza­mi, opar­ty ple­ca­mi o mur. Wy­da­wa­ło się, że śpi. W rze­czy­wi­sto­ści się mo­dlił. Usta drga­ły w bez­gło­śnej li­ta­nii. W koń­cu uniósł po­wie­ki, a jego ciem­ne oczy omio­tły oko­li­cę. Wy­glą­dał wręcz po­są­go­wo. Sma­gła twarz z krót­ką czar­ną bro­dą ide­al­nie ze sobą har­mo­ni­zo­wa­ły. Wy­so­ki, do­sko­na­le zbu­do­wa­ny, o znie­wa­la­ją­cym uśmie­chu i uj­mu­ją­cym spo­so­bie by­cia Fa­radż mógł z po­wo­dze­niem zo­stać mo­de­lem, gwiaz­dą te­le­wi­zyj­ną lub fil­mo­wą. Za ta­ki­mi jak on ko­bie­ty sza­la­ły. Lecz Fa­radż nie szedł na ła­twi­znę, wy­brał zu­peł­nie inną dro­gę – pro­stą dro­gę tych, któ­rych Al­lah ob­da­rza do­bro­dziej­stwa­mi. Smu­kły, czar­ny snaj­per­ski Dra­gu­now, le­żą­cy do tej pory na jego ko­la­nach, wy­da­wał się naj­od­po­wied­niej­szą bro­nią dla ta­kie­go czło­wie­ka. Ope­ro­wał nim z praw­dzi­wym mi­strzo­stwem.

Uśmiech­nął się, gdy ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły.

W ci­szę pa­nu­ją­cą od dłuż­sze­go cza­su wdarł się nowy dźwięk – coś po­mię­dzy pra­cu­ją­cym sil­ni­kiem od­rzu­to­wym a wi­zgiem prze­la­tu­ją­ce­go śmi­głow­ca.

Wy­chy­lił się nie­znacz­nie. Na dro­dze po­ja­wił się czołg. Wiel­ka, kan­cia­sta wie­ża i obły prze­dmu­chi­wacz na lu­fie, czy­li Abrams M1A1. Tro­chę ma­szyn tego typu Ira­kij­czy­cy od­ku­pi­li od Ame­ry­ka­nów i skie­ro­wa­li prze­ciw­ko Pań­stwu Is­lam­skie­mu, ale nie za­wsze z do­brym dla sie­bie skut­kiem.

Za dwo­ma pierw­szy­mi Abram­sa­mi je­chał gą­sie­ni­co­wy BMP-2, któ­re­go wie­życz­ka z dział­kiem ka­li­bru 30 mi­li­me­trów ob­ra­ca­ła się we wszyst­kie stro­ny. Za bo­jo­wym wo­zem pie­cho­ty su­nął ko­lej­ny czołg. Trud­no było po­wie­dzieć, z ilu po­jaz­dów skła­da się ko­lum­na, al­bo­wiem jej tył gi­nął w pyle, któ­ry wznie­ci­ła na tra­sie prze­mar­szu, a zza wzgó­rza wciąż wy­jeż­dża­ły na­stęp­ne ma­szy­ny. Na pew­no nie było to mniej niż ba­ta­lion zme­cha­ni­zo­wa­ny pie­cho­ty w asy­ście kom­pa­nii pan­cer­nej.

To, co wi­dział, nie ro­bi­ło na nim wra­że­nia. Wróg wie­dział, że tu są, więc ar­ty­le­ria po­now­nie przy­stą­pi do ostrza­łu, jak tyl­ko czo­ło­we od­dzia­ły na­po­tka­ją opór. Na pew­no tak się sta­nie, co do tego nie miał wąt­pli­wo­ści.

Fa­radż mru­gnął do nie­go, a może tyl­ko tak mu się zda­wa­ło.

Tym­cza­sem pierw­sze czoł­gi i trans­por­te­ry zna­la­zły się nie­speł­na sto pięć­dzie­siąt me­trów od nich. Na ra­zie wszyst­ko prze­bie­ga­ło zgod­nie z pla­nem. Przy­mknął oczy i po­dob­nie jak Fa­radż zmó­wił krót­ką mo­dli­twę. Na ko­niec o mało się nie prze­że­gnał. Ależ­by strze­lił gafę. Jak wi­dać, nie­któ­rych od­ru­chów nie da­wa­ło się tak ła­two po­zbyć. Ode­tchnął, od­bez­pie­czył broń i moc­no ści­snął rę­ko­jeść.

Od na­ra­sta­ją­ce­go ło­sko­tu gą­sie­nic drża­ła zie­mia. Ostat­nie chwi­le przed wal­ką za­wsze były naj­trud­niej­sze. Wie­dział, że stą­pa wte­dy po cien­kiej li­nii od­dzie­la­ją­cej ży­cie od raju. Mimo że pra­gnął prze­kro­czyć tę osta­tecz­ną gra­ni­cę, wciąż się wa­hał. Po­dzi­wiał de­ter­mi­na­cję in­nych, idą­cych w bój z nie­za­chwia­ną pew­no­ścią sie­bie, lecz sam od­kła­dał de­cy­zję na póź­niej, za­cho­wu­jąc się wstrze­mięź­li­wie, a na­wet ase­ku­ranc­ko. W nor­mal­nej ar­mii za taką po­sta­wę już daw­no do­stał­by awans i garść od­zna­czeń za wy­jąt­ko­we mę­stwo i od­wa­gę. W ar­mii Pań­stwa Is­lam­skie­go li­czy­ły się jed­nak inne za­słu­gi.

Po­tęż­ny huk eks­plo­zji o mało nie ro­ze­rwał mu bę­ben­ków w uszach. To pierw­szy z Abram­sów na­je­chał na pięć­dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wy ła­du­nek pod­ło­żo­ny na le­wym skra­ju dro­gi. Cze­goś po­dob­ne­go nie był w sta­nie prze­trzy­mać ża­den po­jazd. M1A1 pod­sko­czył i za­legł z boku trak­tu.

Groź­na do nie­daw­na ma­szy­na bo­jo­wa prze­mie­ni­ła się w złom. Je­że­li na­wet w środ­ku ktoś prze­żył, to na pew­no stra­cił przy­tom­ność. Je­śli szyb­ko sam nie wy­peł­znie ze środ­ka, to już na za­wsze po­zo­sta­nie w tej trum­nie.

Fala ude­rze­nio­wa, po­wsta­ła w wy­ni­ku eks­plo­zji, ro­ze­szła się po oko­li­cy. Bo­la­ła go gło­wa i zęby, a uno­szą­cy się pył utrud­niał od­dy­cha­nie. Po­draż­nio­ne uszy sła­bo re­ago­wa­ły na bodź­ce. Jak przez nie cał­kiem szczel­ną ko­ta­rę do­cho­dzi­ły do nie­go dźwię­ki ka­ra­bi­no­wych strza­łów i ko­lej­nych, już nie tak po­tęż­nych, eks­plo­zji.

Przez se­kun­dę ob­ser­wo­wał Fa­ra­dża, jak ten przez lu­ne­tę Dra­gu­no­wa wy­bie­ra cele, a na­stęp­nie z mor­der­czą pre­cy­zją za­czy­na je li­kwi­do­wać.

Wiatr zwie­wał sza­ry dym na po­łu­dnie. Dru­gi w sze­re­gu Abrams pró­bo­wał się wy­co­fać. Ma­newr pra­wie się udał. Na prze­szko­dzie sta­nął BMP-2, na któ­rym sku­pił się ogień gra­nat­ni­ków. Pierw­szy, dru­gi i w koń­cu trze­ci po­cisk do­się­gły celu, do­ko­nu­jąc ma­sa­kry znaj­du­ją­cej się w środ­ku pie­cho­ty i za­ło­gi. Spa­ni­ko­wa­ny kie­row­ca czoł­gu ude­rzył w bur­tę trans­por­te­ra. Gą­sie­ni­ce za­czę­ły miaż­dżyć sta­lo­we pu­dło. Wy­da­wa­ło się, że sły­chać krzy­ki pa­lą­cych się i ma­sa­kro­wa­nych lu­dzi.

Me­cha­nik w koń­cu po­ła­pał się, w czym rzecz, ale na ma­newr już nie wy­star­czy­ło cza­su. Ko­lej­ny ku­mu­la­cyj­ny gra­nat z RPG-7 ro­ze­rwał gą­sie­ni­cę M1A1, przy oka­zji uszka­dza­jąc koło na­pę­do­we. W tej sy­tu­acji po­móc mógł je­dy­nie wóz za­bez­pie­cze­nia tech­nicz­ne­go, któ­ry by od­ho­lo­wał wrak w spo­koj­niej­sze miej­sce, ale zda­je się, że Ira­kij­czy­cy nie dys­po­no­wa­li ta­kim sprzę­tem.

Obie stro­ny zwar­ły się w śmier­tel­nych zma­ga­niach. Dy­stans po­mię­dzy wal­czą­cy­mi wy­no­sił ja­kieś sie­dem­dzie­siąt–osiem­dzie­siąt me­trów. Z jed­nej stro­ny dzia­ła i au­to­ma­tycz­ne dział­ka, z dru­giej gra­nat­ni­ki i wy­rzut­nie ppk. Abram­sy wbrew po­wszech­nym prze­ko­na­niom nie były nie­znisz­czal­ne. To może i wer­sja M1A1, ale bez ura­no­wej wkład­ki wzmac­nia­ją­cej pan­cerz, a irac­cy pan­cer­nia­cy moc­no od­sta­wa­li od za­łóg ame­ry­kań­skich bądź bry­tyj­skich. Do za­wo­dow­ców im da­le­ko, i nic dziw­ne­go – czoł­gi­ści z praw­dzi­we­go zda­rze­nia już daw­no sczeź­li w swo­ich ma­szy­nach pod­czas ko­lej­nych wo­jen w Za­to­ce. Ich spad­ko­bier­com da­le­ko do gwar­dzi­stów Sad­da­ma roz­bi­ja­ją­cych ata­ki irań­skich Chie­fta­inów czy też gro­mią­cych zbun­to­wa­nych szy­itów na po­łu­dniu albo Kur­dów na pół­no­cy.

Zresz­tą, ja­kie to te­raz mia­ło zna­cze­nie? Fa­radż jak na­tchnio­ny od­da­wał strzał za strza­łem, eli­mi­nu­jąc ko­lej­nych prze­ciw­ni­ków. On się ni­g­dy nie mę­czył. Może pre­cy­zyj­niej na­le­ża­ło po­wie­dzieć: on się ni­g­dy nie mę­czył za­bi­ja­niem. Lufa Dra­gu­no­wa wy­ko­ny­wa­ła nie­wiel­kie ru­chy, po nich na­stę­po­wał strzał, zmia­na celu, po­now­ne na­pro­wa­dza­nie lufy i na­ci­śnię­cie spu­stu. Szyb­ko i pre­cy­zyj­nie, jak w grze kom­pu­te­ro­wej.

On sam przy­mie­rzył się do po­sta­ci wy­czoł­gu­ją­cej się z pierw­sze­go Abram­sa. Wy­glą­da­ło na to, że ma ona zdru­zgo­ta­ne nogi, bo prze­su­wa­ła się mo­zol­nie do przo­du, wbi­ja­jąc pal­ce w zie­mię. I tak mi­li­metr po mi­li­me­trze, co­raz da­lej od kra­te­ru wy­rwa­ne­go eks­plo­zją miny.

Wy­mie­rzył zu­peł­nie jak na szko­le­niu, wstrzy­mał od­dech i zgrał przy­rzą­dy. Mu­snął spust, nie zwa­ża­jąc na pa­nu­ją­ce do­oko­ła pie­kło. Ka­ra­bi­nem szarp­nę­ło. Syl­wet­ka znie­ru­cho­mia­ła. Nie od­czuł sa­tys­fak­cji, ra­czej znie­chę­ce­nie.

Przyj­rzał się ro­ze­rwa­ne­mu trans­por­te­ro­wi, lecz w tym przy­pad­ku wi­dok za­sła­niał M1A1 i czar­ny, tłu­sty dym. Musi odejść bar­dziej na pra­wo, ina­czej bę­dzie tu tkwić do sąd­ne­go dnia i nic nie ustrze­li. Prze­mknął chył­kiem za chro­nią­cym go mur­kiem. Za­trzy­mał się tyl­ko raz, gdy po­cisk ro­ze­rwał ścia­nę domu obok. Już są­dził, że po nim. Fala mdło­ści prze­szy­ła cia­ło. Upadł na ko­la­na i zwy­mio­to­wał. Do płuc na­pły­nę­ła smro­dli­wa, lep­ka woń. Omal nie stra­cił przy­tom­no­ści. Krę­ci­ło mu się w gło­wie i nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a upadł­by na piach z pal­ca­mi za­ci­śnię­ty­mi na gar­dle. Ja­koś się opa­no­wał. Oczy łza­wi­ły, nie­wie­le wi­dział i drżał przy tym jak w fe­brze. Zro­bił krok, a po nim dru­gi. Da­lej po­szło samo. Cze­goś ta­kie­go do­świad­czył pierw­szy raz w ży­ciu. Opie­ra­jąc się na dło­niach, prze­sko­czył po­nad mur­kiem i opadł po dru­giej stro­nie. Upły­nę­ła do­bra chwi­la, za­nim do­szedł do sie­bie.

– Al­la­hu ak­bar – wy­szep­tał.

Zna­lazł się w miej­scu, przez któ­re – gdy­by nie fu­gas – wła­śnie w tej chwi­li prze­miesz­cza­ła­by się ko­lum­na zmo­to­ry­zo­wa­na. Miał ją tro­chę z le­wej stro­ny.

Wróg otrzą­snął się już z za­sko­cze­nia. Te­raz pró­bo­wał na­wią­zać wal­kę, wy­ko­rzy­stu­jąc znacz­ną prze­wa­gę. Lufy czoł­gów raz po raz zia­ły ogniem przy wtó­rze dzia­łek i ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Na­tę­że­nie ostrza­łu przy­pra­wia­ło o za­wrót gło­wy i nie świad­czy­ło naj­le­piej o ko­or­dy­na­cji dzia­łań. Gdzie pie­cho­ta ma­ją­ca osła­niać Abram­sy? Ze swo­je­go miej­sca nie wi­dział naj­le­piej, ale zda­je się, że na­stęp­ny BMP wy­le­ciał w po­wie­trze. W każ­dym ra­zie dy­mił na środ­ku jezd­ni. Je­den czołg się co­fał, a dru­gi pró­bo­wał ukryć się za kop­cą­cym wra­kiem. Ar­ty­le­ria ode­zwa­ła się po­now­nie, lecz tym ra­zem po­ci­ski prze­no­si­ły po­nad po­zy­cja­mi dżi­ha­dy­stów. Wiel­ce praw­do­po­dob­ne, że bali się tra­fić w swo­ich. Nie bę­dzie to trwa­ło wiecz­nie. W koń­cu zo­rien­tu­ją się i skró­cą ogień. Jego wzrok po­wę­dro­wał w stro­nę wzgó­rza. Zda­je się, że stam­tąd do­wo­dzo­no bi­twą. Co naj­mniej pięć­set–sześć­set me­trów, trzy wozy, dzie­wię­ciu do dwu­na­stu lu­dzi. Sam nie da rady. Mimo ry­zy­ka dźwi­gnął się na nogi. Fa­radż wła­śnie wy­mie­niał ma­ga­zy­nek. Gwizd­nął na nie­go i mach­nął ręką. To cud, że w tym ha­ła­sie zo­stał usły­sza­ny.

– Ah­med, przy­ja­cie­lu, obyś miał do­bry po­wód, żeby ściąg­nąć mnie tu­taj. – W ką­ci­kach ust bo­jow­ni­ka ze­bra­ła się śli­na, któ­rą wy­tarł rę­ka­wem kurt­ki.

– Po­patrz tam – wska­zał na wzgó­rze. – Sek­cja do­wo­dze­nia. Jak ich zdej­mie­my, resz­ta pój­dzie w roz­syp­kę.

Oczy Ara­ba za­ja­śnia­ły.

– Wiesz, jak to zro­bić?

– Wiem.

U stóp pa­gór­ka znaj­do­wał się ma­ga­zyn. Dach dziu­ra­wej jak sito hali po­kry­wa­ły ar­ku­sze bla­chy fa­li­stej – z ta­kie­go sa­me­go ma­te­ria­łu wy­ko­na­no ścia­ny i ogro­dze­nie. Na­wet stąd było wi­dać, że jest to ra­czej umow­ne za­bez­pie­cze­nie, a nie so­lid­ny płot ogra­dza­ją­cy te­ren. Im to wy­star­cza­ło.

Kule śmi­ga­ły ze­wsząd i w każ­dą stro­nę, ale aku­rat do nich nikt chy­ba nie strze­lał. Wy­sko­czy­li zza mur­ku i po­bie­gli sku­le­ni w stro­nę ma­ga­zy­nu. Jak się oka­za­ło, była to ja­kaś fa­brycz­ka, może warsz­tat sa­mo­cho­do­wy, a może mała roz­lew­nia pa­li­wa. Na ze­wnątrz wa­la­ły się becz­ki, czę­ści sa­mo­cho­dów i po­rdze­wia­ły złom. Ah­med nie przy­glą­dał się in­wen­ta­rzo­wi zbyt do­kład­nie. Naj­waż­niej­sze, że znik­nę­li z oczu tym, co na wzgó­rzu. Resz­ta była nie­istot­na. Ka­no­na­da jak­by osła­bła, a przy­naj­mniej nie pro­wa­dzo­no jej z taką za­ja­dło­ścią jak wcze­śniej.

Bieg nie­spo­dzie­wa­nie go wy­czer­pał. Usta i gar­dło za­schły na amen. Pró­bo­wał ję­zy­kiem zwil­żyć war­gi, lecz nic to nie dało. W koń­cu za­trzy­mał się, sa­piąc, i łyk­nął wody z pla­sti­ko­wej bu­tel­ki. Fa­radż przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu.

– Idzie­my.

Prze­do­sta­li się przez ogro­dze­nie na koń­cu warsz­ta­tu. Po­zo­sta­ło naj­trud­niej­sze dwie­ście me­trów ni­czym nie­osło­nię­tej prze­strze­ni. Wy­star­czy, że któ­ryś z żoł­nie­rzy po­pa­trzy w bok. Wiel­kie jak kciuk po­ci­ski z Brow­nin­ga M2 zmio­tą ich w parę se­kund. Trud­no – naj­wy­żej się nie uda. Z dru­giej stro­ny jed­nak, dla­cze­go nie? Al­lah jest prze­cież z nimi.

Pierw­sze me­try prze­by­li na czwo­ra­kach, po­ko­nu­jąc ła­god­ną krzy­wi­znę zbo­cza. Na szczę­ście nikt się nimi nie za­in­te­re­so­wał. Tyl­ko tak da­lej. Jesz­cze ka­wa­łek w bok, tak do­brze, wię­cej nie trze­ba. Byli te­raz nie­mal wprost za ple­ca­mi Ira­kij­czy­ków.

Fa­radż bły­snął bia­ły­mi zę­ba­mi. Nikt ich nie za­trzy­ma. Roz­łą­czy­li się tak, że po­wsta­ła po­mię­dzy nimi dzie­się­cio­me­tro­wa luka. Ru­szy­li truch­tem. Dal­sze kry­cie się było po­zba­wio­ne sen­su.

– Al­la­huak­bar!

Wrzask Ara­ba wy­dał mu się zbęd­ny. Już chciał go zbesz­tać i krzyk­nąć, żeby za­mknął mor­dę, gdy snaj­per od­dał pierw­szy strzał i roz­wa­lił fa­ce­ta wy­da­ją­ce­go roz­ka­zy przez ra­dio. Tam za­sko­cze­nie zu­peł­ne. A tu – fala ra­do­ści wy­peł­nia­ła jego cia­ło i du­szę. Za­czął krzy­czeć zu­peł­nie jak to­wa­rzysz.

Zło­żył się do strza­łu i umilkł, bo­wiem wy­dzie­ra­nie się jed­nak prze­szka­dza­ło w ce­lo­wa­niu. Wy­mie­rzył w trzech znie­ru­cho­mia­łych jak ba­ra­ny żoł­nie­rzy wro­ga. Trzy­strza­ło­we se­rie roz­nio­sły się echem. Tra­fie­nie z tej od­le­gło­ści nie sta­no­wi­ło żad­ne­go pro­ble­mu. Zli­kwi­do­wał ich w parę se­kund. Lufa w lewo, tam wła­śnie po­chy­lał się ja­kiś gość w czar­nych prze­ciw­sło­necz­nych oku­la­rach. Zdjął go jed­nym strza­łem. Tam­ten upadł, sze­ro­ko roz­rzu­ca­jąc ręce. Brow­ning umilkł w tym sa­mym mo­men­cie. Jego strze­lec wpadł do wnę­trza Hu­mvee, gdy kula Fa­ra­dża utkwi­ła w jego mó­zgu.

Po­zo­sta­li do­pie­ro te­raz ock­nę­li się z ma­ra­zmu. Je­den pod­niósł ręce, bła­ga­jąc o li­tość, lecz tu nie było na nią miej­sca. Strze­lił i tra­fił w szy­ję. Z ro­ze­rwa­nej tęt­ni­cy try­snę­ła krew. Już nic cię nie ura­tu­je, czło­wie­ku. Ża­łuj za grze­chy, może Al­lah oka­że się mi­ło­sier­ny.

Ci, któ­rzy prze­ży­li, rzu­ci­li się do uciecz­ki. Wa­li­li do nich jak do ka­czek. Wy­bi­li wszyst­kich, nim tam­ci zdą­ży­li po­ko­nać choć­by dwa­dzie­ścia me­trów.

Po­czuł ulgę i ra­dość. Zwy­cię­stwo. Chwa­ła Al­la­ho­wi, Panu świa­tów; i bło­go­sła­wień­stwo i po­kój dla na­sze­go Pro­ro­ka Mu­ham­ma­da i jego Ro­dzi­ny i To­wa­rzy­szy.

Po­strze­lo­ny w szy­ję gość żył jesz­cze, stop­nio­wo się wy­krwa­wia­jąc. Zo­sta­wił go jego lo­so­wi. Waż­niej­szy był ten przy ra­diu. Le­żał na boku tuż przy bur­cie po­jaz­du. Fa­radż pod­szedł z dru­giej stro­ny, przy­glą­da­jąc się, jak Ah­med ob­ra­ca ran­ne­go na ple­cy.

Zie­lo­ny be­ret zsu­nął się z za­krwa­wio­nej gło­wy, przez cia­ło prze­bie­ga­ły ja­kieś skur­cze. Wą­sa­ta, sma­gła twarz zu­peł­nie jak u ofi­ce­rów Sad­da­ma. Taki sznyt. Ten tu­taj to puł­kow­nik. Pew­nie do­wód­ca roz­gnia­ta­ne­go w mia­stecz­ku ba­ta­lio­nu.

Dla ni­ko­go nie było ta­jem­ni­cą sła­be przy­go­to­wa­nie irac­kich żoł­nie­rzy do pro­wa­dze­nia dzia­łań bo­jo­wych. Ci, na któ­rych się na­tknę­li, to ja­kiś ewe­ne­ment. Wal­czy­li, choć już daw­no po­win­ni iść w roz­syp­kę. Na­wet od­dzia­ły czę­sto okre­śla­ne jako eli­tar­ne rzu­ca­ły broń i ucie­ka­ły po pierw­szych strza­łach. Nie po­ma­ga­ło naj­no­wo­cze­śniej­sze wy­po­sa­że­nie do­star­cza­ne przez za­chod­nie mo­car­stwa. Na ra­zie. Pie­nią­dze i upór zro­bią swo­je. Re­kru­ci na­uczą się w koń­cu, jak wal­czyć, o ile po­ży­ją do­sta­tecz­nie dłu­go. Praw­dzi­wym pro­ble­mem było na­to­miast lot­nic­two. Przed bom­bar­do­wa­niem nic nie uchro­ni. Gdy­by nie to, już daw­no pa­ra­do­wa­li­by pod czar­ny­mi fla­ga­mi po Bag­da­dzie, Da­masz­ku, a kto wie, czy i nie po Ka­irze oraz Am­ma­nie.

Pod­szedł do miej­sca, gdzie spo­czy­wał fa­cet w oku­la­rach. Hełm za­bi­te­go po­to­czył się na bok. To na pew­no nie­tu­tej­szy. Uklęk­nął przy nim i zdjął prze­ciw­sło­necz­ne ray bany. Wsu­nął je na wła­sny nos. Pa­so­wa­ły ide­al­nie.

Te­raz z ko­lei przyj­rzał się twa­rzy. Bez wąt­pie­nia do­rad­ca. An­gol, Ame­ry­ka­nin? Cał­ko­wi­cie stan­dar­do­we wy­po­sa­że­nie nie po­zwa­la­ło tego okre­ślić. Ka­ra­bi­nek M4, ka­mi­zel­ka ku­lo­od­por­na, pa­kiet me­dycz­ny i cał­kiem do­bre buty, zu­peł­nie nie­po­dob­ne do kom­plet­nie zno­szo­nych pod­ró­bek adi­da­sa, któ­re Ah­med miał na no­gach. Sprzęt się przy­da. Ta ka­mi­zel­ka to ist­ne cudo. Po­le­głe­mu aku­rat nie po­mo­gła, bo po­cisk z ka­ła­sza tra­fił w krtań i wy­szedł z tyłu czasz­ki, ale jemu przy­da się na pew­no.

Od­piął rze­py i zdarł zdo­bycz z tru­pa. Dżi­had dżi­ha­dem, nie­mniej ochro­na jest waż­na. To zdo­bycz wo­jen­na i miał do niej cał­ko­wi­te pra­wo. Przy oka­zji nie za­szko­dzi do­wie­dzieć się, kim był tam­ten. Wszel­kie in­for­ma­cje są na wagę zło­ta. Pew­nie ni­cze­go przy so­bie nie ma, ale nie za­szko­dzi spraw­dzić.

Bez po­wo­dze­nia ob­ma­cał kie­sze­nie kurt­ki. Te­raz dół – tu le­piej. Zna­lazł te­le­fon, do­syć sta­ry mo­del, co go nie­zmier­nie roz­ba­wi­ło. Prze­su­nął kciu­kiem do góry, żeby od­blo­ko­wać apa­rat. Na wy­świe­tla­czu na­tych­miast po­ja­wi­ła się in­for­ma­cja o bra­ku za­się­gu. Ha­sła na wej­ściu też brak, su­per. Wszedł w menu: li­sta kon­tak­tów… ja­kiś An­drzej… Mar­cin i Grze­gorz, po­ni­żej Agniesz­ka. Wpa­try­wał się w ekra­nik szar­pa­ny emo­cja­mi. Spo­dzie­wał się cho­ler­ne­go jan­ke­sa czy par­szy­we­go an­go­la, a tra­fił… Gło­śno prze­łknął śli­nę i cof­nął się o parę kro­ków.

Ka­no­na­da nie­mal uci­chła. Ira­kij­czy­cy ucie­kli, po­rzu­ciw­szy sprzęt. Gdy za­bra­kło wy­raź­nych po­le­ceń pły­ną­cych z do­wódz­twa, zro­bi­li to, co zwy­kle w ta­kich przy­pad­kach: zde­zer­te­ro­wa­li. Byle da­lej od żąd­nych krwi is­la­mi­stów. Trud­no się dzi­wić – wie­dzie­li, co im gro­zi, gdy do­sta­ną się w ręce bo­jow­ni­ków: ma­so­we eg­ze­ku­cje były na po­rząd­ku dzien­nym. Roz­strze­li­wa­no każ­de­go, kto pró­bo­wał szko­dzić ka­li­fa­to­wi. Tak na­ka­zy­wał Pro­rok (po­kój z nim): „Za­bi­jaj­cie bał­wo­chwal­ców, tam gdzie ich znaj­dzie­cie; chwy­taj­cie ich, ob­le­gaj­cie i przy­go­to­wuj­cie dla nich wszel­kie za­sadz­ki!”.

W po­ścig za ucho­dzą­cy­mi rzu­ci­ło się kil­ku­na­stu mu­dża­he­di­nów na pick-upach. Ta­kie po­jaz­dy z usta­wio­ny­mi na plat­for­mach wiel­ko­ka­li­bro­wy­mi ka­ra­bi­na­mi ma­szy­no­wy­mi bądź wy­rzut­nia­mi ra­kiet zwa­no te­chi­ka­la­mi. Po­słu­gi­wa­no się nimi po­wszech­nie w kon­flik­tach od za­chod­niej Afry­ki po del­tę Ty­gry­su i Eu­fra­tu.

Ar­ty­le­ria mil­cza­ła. Pew­nie ob­słu­ga dział po­rzu­ci­ła sta­no­wi­ska i wzo­rem ko­le­gów z pie­cho­ty czmych­nę­ła z pola bi­twy.

Ko­lej­na wy­gra­na w tej nie­koń­czą­cej się ba­ta­lii. ■

Rozdział 2

Dwu­dzie­stu wzię­tych do nie­wo­li żoł­nie­rzy wy­glą­da­ło jak ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy. Wszy­scy ran­ni i kon­tu­zjo­wa­ni, po­rzu­ce­ni przez ko­le­gów i po­zo­sta­wie­ni na pa­stwę bo­jow­ni­ków przez na­czel­ny sztab w Bag­da­dzie. Nikt się nimi nie za­in­te­re­su­je, bo i po co. Nie wpły­nie okup i nie na­pi­szą o nich świa­to­we agen­cje. Dwu­dzie­stu – co to zna­czy przy set­kach, któ­re roz­strze­li­wa­li dla przy­kła­du.

Abu Zajj przyj­rzał się każ­de­mu z nich do­kład­nie i wy­py­tał o po­cho­dze­nie. Jed­ne­mu dał szan­sę. Znał jego bra­ta, wal­czą­ce­go od daw­na w sze­re­gach is­la­mi­stów. Ten przy­łą­czył się skwa­pli­wie.

Tym, któ­rzy mo­gli, ka­za­no klęk­nąć. Na cię­żej ran­nych eg­ze­ku­cję wy­ko­na­no na le­żą­co. Prze­ka­zał bo­wiem Pro­rok (po­kój z nim): „Nie jest od­po­wied­nie dla Pro­ro­ka, aby brał jeń­ców, do­pó­ki on nie do­ko­na cał­ko­wi­te­go pod­bo­ju zie­mi”.

Naj­waż­niej­sza była zdo­bycz. Abram­sy aku­rat nie wcho­dzi­ły w grę. Na cięż­ki sprzęt dżi­ha­dy­stów za­ja­dle po­lo­wa­ły siły po­wietrz­ne. Poza tym pa­li­wo­żer­ne, trud­ne w eks­plo­ata­cji i utrzy­ma­niu czoł­gi bar­dziej prze­szka­dza­ły, niż po­ma­ga­ły w wal­ce.

Co naj­mniej trzy czoł­gi i je­den trans­por­ter uda­ło się uru­cho­mić od ręki. BMP-2 włą­czo­no do wła­sne­go par­ku ma­szyn, na­to­miast czoł­gi pod­pa­lo­no. Efekt pro­pa­gan­do­wy w sie­ci mu­ro­wa­ny.

Znacz­nie cen­niej­sza niż cięż­kie ma­szy­ny była prze­ciw­pan­cer­na broń pie­cho­ty. Ja­ve­li­ny i AT-4 to praw­dzi­wy dar Al­la­ha. Taka broń da­wa­ła znacz­ną prze­wa­gę nad prze­ciw­ni­kiem, obo­jęt­nie czy cho­dzi­ło o Ira­kij­czy­ków, żoł­nie­rzy Basz­sza­ra al-Asa­da czy od­dzia­ły Wol­ne­go Pań­stwa Sy­ryj­skie­go.

Nie zdo­by­li bro­ni prze­ciw­lot­ni­czej, ale aku­rat tego na­le­ża­ło się spo­dzie­wać. Prze­cież Pań­stwo Is­lam­skie nie po­sia­da­ło ani jed­ne­go sa­mo­lo­tu czy śmi­głow­ca, z czym­że więc słu­gu­sy Bag­da­du mia­ły­by wal­czyć?

Na Hu­mvee sek­cji do­wo­dze­nia wy­wie­szo­no czar­ne fla­gi z wer­se­ta­mi Ko­ra­nu. Niech wszy­scy wie­dzą, do kogo te­raz na­le­żą.

Obec­nie w skład gru­py bo­jo­wej Cze­cze­na wcho­dzi­ły: gą­sie­ni­co­wy MTLB, je­den BMP-2, trzy Hum­me­ry oraz po kil­ka pick-upów i cię­ża­ró­wek.

Wkrót­ce do­łą­czą do niej nowi ochot­ni­cy. Spo­ro się o tym mó­wi­ło. Naj­czę­ściej tych mło­dych, peł­nych za­pa­łu bo­jow­ni­ków wy­sy­ła­no na pra­wie sa­mo­bój­cze mi­sje. Ale ina­czej niż w ar­miach nie­wier­nych nie trak­to­wa­no ich jak mię­sa ar­mat­nie­go, po pro­stu od­da­wa­no ich los w ręce Al­la­ha – On sam de­cy­du­je, kto i kie­dy do­stą­pi za­szczy­tu mę­czeń­skiej śmier­ci. Umie­jęt­no­ści i do­świad­cze­nie o ni­czym nie prze­są­dza­ły. Z dru­giej stro­ny, wiel­kim po­wa­ża­niem cie­szy­li się ci, któ­rzy już wcze­śniej bra­li udział w dżi­ha­dzie. Do ta­kich na­le­że­li Cze­cze­ni i al­gier­scy sa­la­fi­ci z Is­lam­skiej Gru­py Zbroj­nej, jak rów­nież Bo­śnia­cy i przy­by­sze z re­pu­blik środ­ko­wo­azja­tyc­kich oraz kasz­mir­scy par­ty­zan­ci. Tacy lu­dzie za­wsze byli w ce­nie. Ni­cze­go nie mu­sia­no ich uczyć. Wie­dzie­li, że pod­sta­wą jest dys­cy­pli­na. Bez niej nie osią­gną zwy­cię­stwa.

Nie­opie­rze­ni mło­dzień­cy z za­chod­niej Eu­ro­py byli przy nich ama­to­ra­mi. Tu nie wy­star­czy­ło po­praw­ne re­cy­to­wa­nie wer­se­tów Ko­ra­nu. Chcąc do­rów­nać naj­lep­szym, mu­sie­li stać się no­wy­mi ludź­mi, bez­względ­nie po­słusz­ny­mi ka­li­fo­wi – Abu Ba­kro­wi al-Ba­gh­da­die­mu – i swo­je­mu do­wód­cy.

Słoń­ce mi­nę­ło naj­wyż­szy punkt nie­bo­skło­nu i wol­no roz­po­czę­ło dal­szą wę­drów­kę. Naj­wyż­sza pora wy­no­sić się stąd.

Już chciał wdra­pać się na plat­for­mę jed­nej z cię­ża­ró­wek, gdy Cze­czen przy­wo­łał go do sie­bie. Pod­szedł z oba­wą. Praw­dę mó­wiąc, bał się tego czło­wie­ka. Wy­so­ki i chu­dy, z go­re­ją­cym spoj­rze­niem ko­goś, kto chce je­dy­nie do­stą­pić raju, onie­śmie­lał. Na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­nał zwy­kłe­go żoł­nie­rza w wy­so­kich bu­tach i pla­mia­stym mun­du­rze i tyl­ko dłu­ga bro­da opa­da­ją­ca na blu­zę wska­zy­wa­ła, że jest kimś in­nym. Mógł mieć rów­nie do­brze trzy­dzie­ści, jak i pięć­dzie­siąt lat. Tam, skąd po­cho­dził, ży­cie nie roz­piesz­cza­ło.

Od kie­dy Ah­med zna­lazł się w od­dzia­le, nie przy­po­mi­nał so­bie, by do­wód­ca kie­dy­kol­wiek wpadł w złość. Cie­szył się sła­wą i wiel­kim au­to­ry­te­tem.

– Chcesz mi coś po­wie­dzieć?

Ski­nął gło­wą. Fa­radż do­niósł, gdzie trze­ba.

– Co wiesz o czło­wie­ku po­ma­ga­ją­cym na­szym wro­gom?

– Nie­wie­le. – Od cza­su bi­twy nie po­tra­fił prze­stać my­śleć o za­bi­tym do­rad­cy. – Zna­la­złem przy nim to i po tym po­zna­łem… – Wy­cią­gnął ko­mór­kę i wrę­czył do­wód­cy. Nie bar­dzo wie­dział, co po­wie­dzieć.

Cze­czen od razu wy­jął ba­te­rię i kar­tę. Od tej pory przez ko­mór­kę ich nie na­mie­rzą. Przez nie­do­pa­trze­nie tego gi­nę­li lu­dzie. Dżo­char Du­da­jew, pierw­szy pre­zy­dent nie­pod­le­głej Icz­ke­rii, był tego wy­mow­nym przy­kła­dem. Zgi­nął, gdy na­pro­wa­dza­na przez na­daj­nik te­le­fo­nu ra­kie­ta wy­bi­ła w zie­mi pa­ro­me­tro­wy kra­ter tuż pod jego no­ga­mi. Na­wet nie było cze­go zbie­rać. Nie­wie­lu chcia­ło wie­rzyć w to, co zo­ba­czy­li. To wów­czas po­wsta­ła le­gen­da, we­dle któ­rej Dżo­char wca­le nie po­legł, tyl­ko się ukrył i cze­ka, by po­now­nie sta­nąć do wal­ki. „Lis” zbyt wie­le wi­dział i do­świad­czył, by ta­kie gad­ki tra­fi­ły do jego prze­ko­na­nia. Tech­ni­ka bo­jo­wa po­tra­fi być strasz­na, obo­jęt­nie, kto się nią po­słu­gu­je.

Wy­star­czy­ła chwi­la i do­wód­ca do­szedł do ta­kich sa­mych wnio­sków, jak jego pod­wład­ny. Gła­dził przy tym bro­dę i marsz­czył brwi. Raz czy dwa par­sk­nął, wy­dy­ma­jąc usta.

– Wszyst­kie­go się spo­dzie­wa­łem, lecz nie tego.

Te­raz „Lis” miał inny pro­blem na gło­wie. Czło­wiek za­strze­lo­ny na wzgó­rzu pew­nie nie był je­dy­nym. Naj­czę­ściej na da­nym te­re­nie dzia­ła­ło kil­ku do­rad­ców. Jed­no nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści – na pew­no będą go szu­kać, a gdy już znaj­dą, spró­bu­ją wy­tro­pić tych, któ­rzy od­po­wia­da­li za jego śmierć.

– Za­bie­raj się z resz­tą – na­ka­zał Ah­me­do­wi. Mu­siał w sa­mot­no­ści prze­my­śleć parę spraw.

Ko­lum­na ru­szy­ła dro­gą przez pu­sty­nię, kie­ru­jąc się na pół­noc w stro­nę Sy­rii. Na­le­ża­ło jak naj­szyb­ciej znik­nąć. Ci w Bag­da­dzie w koń­cu przej­rzą na oczy. Pew­nie już ner­wo­wo prze­bie­ra­li no­ga­mi, nie mo­gąc na­wią­zać łącz­no­ści z wy­su­nię­tym ba­ta­lio­nem. Nie­dłu­go po­ja­wią się śmi­głow­ce, po­tem sa­mo­lo­ty. Być może dro­ny już kie­ru­ją się nad mia­stecz­ko.

Przez na­stęp­ne go­dzi­ny kon­wój mo­zol­nie po­ko­ny­wał ko­lej­ne ki­lo­me­try. Bali się, że ich po­zy­cję mogą zdra­dzić kłę­by pyłu wy­do­by­wa­ją­ce się spod kół i gą­sie­nic. Uspo­ko­ili się po ja­kiejś go­dzi­nie, gdy już na do­bre od­sko­czy­li od miej­sca za­sadz­ki.

Pod wie­czór na przed­mie­ściach Mo­su­lu na­tknę­li się na inną gru­pę bo­jow­ni­ków. Li­czy­ła do­brze po­nad ty­siąc bo­jow­ni­ków uzbro­jo­nych w czoł­gi T-55 i po­dwój­ne dwu­dzie­sto­trzy­mi­li­me­tro­we dział­ka na sa­mo­cho­dach. Cze­czen znał jej przy­wód­cę Ha­mi­da al-Ha­ma­da­nie­go i – co tu dużo mó­wić – nie pa­łał do nie­go sym­pa­tią. Łą­czy­ła ich wspól­na wal­ka, ale nie po­gląd na rze­czy­wi­stość. Cze­czen nie był aż tak ra­dy­kal­ny. Al-Ha­ma­da­ni ko­ja­rzył mu się z ana­kon­dą, któ­rą kau­ka­ski gó­ral kie­dyś ob­ser­wo­wał w mo­skiew­skim zoo. Tak samo opla­tał prze­ciw­ni­ka, by go w koń­cu za­du­sić i po­łknąć w ca­ło­ści. Na­wet z wy­glą­du przy­po­mi­nał węża. Wy­łu­pia­ste oczy skry­wał za moc­ny­mi oku­la­ra­mi w pla­sti­ko­wych opraw­kach, był wręcz cho­ro­bli­wie szczu­pły i miał nie­zdro­wą cerę oraz rzad­ką bro­dę pra­wo­wier­ne­go mu­zuł­ma­ni­na. Mó­wio­no, że cho­ru­je na ner­ki. Ile w tym było praw­dy – nikt nie wie­dział.

Mo­gli się nie lu­bić, lecz po­zo­ry na­le­ża­ło za­cho­wać, przy­wi­ta­li się za­tem jak sta­rzy zna­jo­mi, wy­mie­nia­jąc po­zdro­wie­nia i ży­cze­nia po­myśl­no­ści.

– Wi­dzę, że je­steś stra­pio­ny, przy­ja­cie­lu. – Głos al-Ha­ma­da­nie­go brzmiał jak od­su­wa­na na­grob­na pły­ta. – Nie cie­szy cię zwy­cię­stwo?

– Jak naj­bar­dziej – od­parł Cze­czen z wy­mu­szo­nym uśmie­chem.

– Już wiem. – Ha­mid kla­snął w dło­nie. – Ka­lif, niech Al­lah ma go w swo­jej opie­ce, nie do­strze­ga two­ich za­sług. Szep­nę mu sło­wo, mo­żesz na mnie li­czyć.

Go­spo­darz nie był tak wy­bit­nym stra­te­giem lub tak­ty­kiem, jak moż­na by są­dzić po wiel­ko­ści jego od­dzia­łu. Za­miast woj­ny pre­fe­ro­wał po­li­ty­kę. Znał się na tym jak mało kto. Jako współ­pra­cow­nik jed­ne­go z do­rad­ców al-Ba­gh­da­die­go czę­sto spo­ty­kał się z ka­li­fem i, zda­je się, po­sia­dał na nie­go ja­kiś wpływ.

We­szli do jed­ne­go z bu­dyn­ków, nie­gdyś za­pew­ne urzę­do­we­go. Te­raz była to kwa­te­ra po­lo­wa al-Ha­ma­da­nie­go. Wspię­li się scho­da­mi na pię­tro, a na­stęp­nie skie­ro­wa­li na pra­wo, do ob­szer­nej sali. Jej ścia­ny i pod­ło­gi zdo­bi­ły dy­wa­ny i ko­bier­ce. Usie­dli na po­dusz­kach po­kry­tych je­dwab­ną ma­te­rią. Ko­bie­ty w ni­ka­bach przy­nio­sły wodę w mi­sach, by mo­gli ob­myć dło­nie. Chwi­lę póź­niej po­da­ły her­ba­tę i owo­ce.

Cze­czen i wy­strój, i ce­re­mo­nię uwa­żał za prze­sad­ne. W koń­cu byli na woj­nie, to nie pora i miej­sce na zbyt­ki. Naj­wy­raź­niej jed­nak amir wie­dział, jak się urzą­dzić. A spo­ra gru­pa bo­jow­ni­ków krę­cą­ca się w po­bli­żu była ty­leż gwa­ran­cją jego bez­pie­czeń­stwa, co mo­gła przy­cią­gnąć uwa­gę wro­ga. Wcze­śniej czy póź­niej zo­sta­ną na­mie­rze­ni, a całe to bo­gac­two zmie­cio­ne. Taka osten­ta­cja za­wsze zwró­ci uwa­gę. Na­wet ka­lif, niech Bóg mu to wy­na­gro­dzi, nie opły­wał w taki do­sta­tek.

– Mów – za­chę­cił al-Ha­ma­da­ni.

Cze­czen opo­wie­dział całą hi­sto­rię – zra­zu po­wo­li, lecz z każ­dym ko­lej­nym sło­wem spraw­niej. Nie bi­twa była tu waż­na. Po­dob­nych było i bę­dzie wie­le. Cho­dzi­ło o tego czło­wie­ka ze wzgó­rza. Jego po­ja­wie­nie się ozna­cza­ło jed­no: ko­lej­ny kraj czyn­nie włą­czał się do wal­ki z Pań­stwem Is­lam­skim.

– Je­steś pew­ny jego na­ro­do­wo­ści?

– Tak – od­parł. – Pasz­por­tu nie po­sia­dał, ale to na pew­no Po­lak. Ah­med może to po­twier­dzić.

Ha­mid się za­sę­pił.

– Wiesz, że mu­si­my być ostroż­ni.

– Więc co ro­bić?

– Mo­że­my wszyst­ko zo­sta­wić, jak jest. Ni­cze­go to nie zmie­ni. – Al-Ha­ma­da­ni zmarsz­czył brwi. – Prze­wa­ga na­szych wro­gów jest ogrom­na. Cie­szą się z każ­de­go na­sze­go po­tknię­cia...

Te­ry­to­rium ka­li­fa­tu po­wo­li, lecz nie­ustan­nie się kur­czy­ło. Kur­do­wie wspo­ma­ga­ni przez pań­stwa za­chod­nie kon­se­kwent­nie po­stę­po­wa­li do przo­du. Po­dob­nie rzecz się mia­ła na po­łu­dniu. Dziś od­nie­śli zwy­cię­stwo, ju­tro mogą po­nieść klę­skę. Nikt nie chciał po­wie­dzieć tego na głos, ale do­wód­cy zda­wa­li so­bie spra­wę, że wcze­śniej czy póź­niej ich woj­ska zo­sta­ną zmiaż­dżo­ne, co oczy­wi­ście nie ozna­cza­ło za­nie­cha­nia wal­ki. Po pro­stu prze­nio­są się gdzie in­dziej. Być może ko­lej­nym po­lem bi­twy sta­nie się Fe­de­ra­cja Ro­syj­ska, na co „Lis” w głę­bi du­szy miał na­dzie­ję. Na ra­zie po­zo­sta­wa­ła smut­na świa­do­mość zbli­ża­ją­cej się prze­gra­nej.

– Ale mo­że­my też… – Al-Ha­ma­da­ni za­czął mó­wić ci­cho, ni­skim gło­sem, w któ­rym bar­dzo uważ­ny słu­chacz po­tra­fił­by wy­ło­wić pra­gnie­nie od­we­tu. – Daj mi parę dni. Wszyst­ko prze­my­ślę. We­zwę cię, gdy już do­wiem się wszyst­kie­go. ■

Rozdział 3

Le­żą­cy na pół­no­cy Ira­ku Mo­sul do nie­daw­na li­czył pra­wie dwa mi­lio­ny miesz­kań­ców i znaj­do­wał się w stre­fie od­da­nej Kur­dom po pierw­szej woj­nie w Za­to­ce. Zdo­by­cie go przez bo­jow­ni­ków Pań­stwa Is­lam­skie­go po szyb­kim raj­dzie ich sił w po­ło­wie 2014 roku od­bi­ło się sze­ro­kim echem w me­diach ca­łe­go świa­ta. Wszy­scy za­da­wa­li jed­no py­ta­nie: jak to się sta­ło? Mno­ży­ły się spe­ku­la­cje i do­mnie­ma­nia. Tyl­ko nie­licz­ni po­tra­fi­li wska­zać na istot­ne przy­czy­ny pod­ję­tej przez is­la­mi­stów ofen­sy­wy, któ­ra o mały włos nie za­koń­czy­ła­by się nie tyl­ko za­ję­ciem Mo­su­lu, ale też i sa­me­go Bag­da­du.

Waż­nym czyn­ni­kiem ich zwy­cię­stwa oka­za­ła się chwiej­ność wła­dzy w sa­mym Ira­ku. Rząd nie cie­szył się po­par­ciem swo­ich oby­wa­te­li – poza tym bo­wiem, że w struk­tu­rach ad­mi­ni­stra­cyj­nych tra­dy­cyj­nie kró­lo­wa­ła głu­po­ta, ła­pów­kar­stwo i ne­po­tyzm, to jesz­cze szy­ic­ki pre­mier upo­rczy­wie mar­gi­na­li­zo­wał sun­nic­ką mniej­szość w kra­ju. W ta­kim ukła­dzie nikt nie bę­dzie umie­rał za garść wy­świech­ta­nych fra­ze­sów. Ira­kij­czy­cy, jak zde­cy­do­wa­na więk­szość Ara­bów, już od daw­na kie­ro­wa­li się za­sa­dą: naj­pierw ro­dzi­na, po­tem klan, do­pie­ro na koń­cu pań­stwo.

W 2014 roku Irak jako pań­stwo wy­da­wał się tru­pem bez szans na prze­trwa­nie. Z cha­osu sko­rzy­sta­ło ISIL, czy­li Is­lam­skie Pań­stwo w Ira­ku i Le­wan­cie. Za­gar­nia­ło ko­lej­ne te­ry­to­ria, prze­kształ­ca­ją­ce te zdo­by­cze w nowy twór – ka­li­fat – od­ro­dzo­ne, jed­no, wspól­ne pań­stwo i cel wszyst­kich mu­zuł­ma­nów na świe­cie. ISIL nie wzię­ło się z po­wie­trza, sta­no­wi­ło kon­glo­me­rat co naj­mniej trzech sił: daw­nych po­plecz­ni­ków Sad­da­ma, re­ne­ga­tów z Al-Ka­idy i lo­kal­nych mi­li­cji ple­mien­nych. Ob­ser­wa­to­rzy oce­nia­li, że w szczy­to­wym okre­sie swej po­tę­gi or­ga­ni­za­cja mo­gła wy­sta­wić do wal­ki na­wet sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy bo­jow­ni­ków. Jak na wa­run­ki woj­ny par­ty­zanc­kiej, któ­rą wów­czas pro­wa­dzo­no, to bar­dzo dużo.

Po­cząt­ki or­ga­ni­za­cji się­ga­ły dru­giej woj­ny w Za­to­ce. Nie­ja­ki Abu Mu­sab az-Za­rka­wi zgro­ma­dził wo­kół sie­bie naj­bar­dziej zde­ter­mi­no­wa­nych i fa­na­tycz­nych ter­ro­ry­stów sun­nic­kich w Ira­ku i za­ło­żył gru­pę uzna­ją­cą się za część glo­bal­nej Al-Ka­idy. Or­ga­ni­za­cja bły­ska­wicz­nie ro­sła w siłę, uwia­ry­god­nia­jąc się w świe­cie mu­dża­he­di­nów dzie­siąt­ka­mi za­ma­chów bom­bo­wych w Ira­ku, mor­da­mi na szy­itach i suk­ce­sa­mi w par­ty­zanc­kiej wal­ce z woj­ska­mi USA. Czę­ścio­wo roz­bi­ta przez Ame­ry­ka­nów, od­ro­dzi­ła się po ich wyj­ściu z Ira­ku i wzno­wi­ła woj­nę z szy­ita­mi w tym kra­ju. Wkrót­ce nada­rzy­ła się oka­zja do roz­sze­rze­nia pola dzia­łań. Pań­stwo Is­lam­skie w Ira­ku wy­sła­ło swo­ich bo­jow­ni­ków do są­sied­niej Sy­rii, gdzie trwa­ła woj­na do­mo­wa. Sun­nic­cy eks­tre­mi­ści przy­ję­li na­zwę Is­lam­skie Pań­stwo w Ira­ku i Le­wan­cie (ISIL) i roz­po­czę­li świę­tą woj­nę ze wszyst­ki­mi: ar­mią pre­zy­den­ta al-Asa­da, umiar­ko­wa­ną Wol­ną Ar­mią Sy­rii, a na­wet z in­ny­mi is­la­mi­sta­mi. Sta­li się tak sil­ni, że wy­po­wie­dzie­li po­słu­szeń­stwo Al-Ka­idzie i ze­pchnę­li do na­roż­ni­ka jej sy­ryj­ską od­no­gę, czy­li or­ga­ni­za­cję Dża­bhat an-Nu­sra. Wie­lu coś po­dob­ne­go nie mie­ści­ło się w gło­wie. Ist­nie­nie dwóch rów­nie ra­dy­kal­nych ru­chów wy­da­wa­ło się sprzecz­ne z lo­gi­ką, a jed­nak to ISIL tra­fi­ło do serc i umy­słów spo­rej gru­py wy­znaw­ców Al­la­ha. Jak wi­dać, ści­na­nie głów i ma­so­we za­bój­stwa po­sia­da­ły ma­gicz­ną siłę przy­cią­ga­nia. Stru­mień środ­ków i lu­dzi za­czął pły­nąć z za­gra­ni­cy. W sze­re­gach zna­la­zły się ty­sią­ce mło­dych Fran­cu­zów, Bel­gów, Niem­ców i An­gli­ków, miesz­kań­ców Ro­sji i Skan­dy­na­wii. Wy­jaz­dy na dżi­had w pew­nych krę­gach sta­ły się wręcz mod­ne.

Głos ima­mów na­wo­łu­ją­cych do świę­tej woj­ny był gło­śny i wy­raź­ny. Je­cha­li mu­zuł­ma­nie od po­ko­leń, jak i kon­wer­ty­ci, któ­rych do­pie­ro nie­daw­no oświe­ci­ła mą­drość pu­styn­ne­go pro­ro­ka.

Wszyst­ko to dzia­ło się w cza­sie, gdy sa­mo­lo­ty ko­ali­cji USA i wie­lu kra­jów, tak­że arab­skich, roz­po­czę­ły bom­bar­do­wa­nia te­re­nów za­ję­tych przez is­la­mi­stów. Roz­po­czę­ła się czwar­ta – po woj­nie irac­ko-irań­skiej, tej z 1991 i oku­pa­cji Ira­ku z 2003 roku – woj­na w Za­to­ce. Mimo wy­sił­ków ko­ali­cji ope­ra­cja się prze­cią­ga­ła, a suk­ces od­da­lał.

Po­wo­dów tego sta­nu rze­czy było bez liku. Nikt nie wie­dział, co zro­bić z do­tych­cza­so­wym pre­zy­den­tem Sy­rii Basz­sza­rem al-Asa­dem. Nie­wąt­pli­wie był krwa­wym dyk­ta­to­rem, ale to wła­śnie on trzy­mał za pysk re­li­gij­nych fun­da­men­ta­li­stów. Umiar­ko­wa­na opo­zy­cja w po­sta­ci Wol­nej Ar­mii Sy­rii oka­za­ła się zbyt sła­ba, by oba­lić jego rzą­dy. Przez dłu­gi czas żad­na ze stron nie po­tra­fi­ła zdo­być zde­cy­do­wa­nej prze­wa­gi. Z po­cząt­ku Asad po­sia­dał przy­gnia­ta­ją­cą prze­wa­gę i wy­da­wa­ło się, że pro­te­sty w Da­masz­ku i Alep­po u za­ra­nia tak zwa­nej Arab­skiej Wio­sny zo­sta­ną uto­pio­ne w mo­rzu krwi. Ku zdzi­wie­niu wie­lu tak się nie sta­ło. Zgi­nę­ły ty­sią­ce osób, a pro­te­sty wciąż trwa­ły. Do cy­wi­lów do­łą­czy­li woj­sko­wi, więc wal­ki sta­ły się bar­dziej za­cię­te i krwa­we. Wkrót­ce do­szło do pierw­szych za­ma­chów sa­mo­bój­czych. W jed­nym z nich zgi­nę­li mi­ni­ster obro­ny Daud Ra­dża, mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych Ibra­him esz-Sza­ar, szwa­gier pre­zy­den­ta Asef Szaw­kat i szef biu­ra bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go Hi­szam Ich­ti­jar.

Choć wte­dy mo­gło się wy­da­wać, że sza­la zwy­cię­stwa prze­chy­li­ła się na stro­nę bun­tow­ni­ków, to z upły­wem ty­go­dni siły rzą­do­we przy wspar­ciu Ro­sji i Ira­nu stop­nio­wo od­zy­ski­wa­ły stra­co­ne po­zy­cje. Po­ja­wi­ły się gło­sy, że to już dłu­go nie po­trwa – mie­siąc, dwa i bę­dzie po wszyst­kim. Co­raz czę­ściej za­czę­ło do­cho­dzić do walk po­mię­dzy róż­ny­mi odła­ma­mi opo­zy­cji, aż wresz­cie ma­so­wą wy­obraź­nią za­wład­nę­li po­nu­rzy żni­wia­rze z ISIL.

Wy­glą­da­ło na to, że nic nie jest w sta­nie im spro­stać. Gwał­tow­na ofen­sy­wa z koń­ca 2013 roku za­pro­wa­dzi­ła ich pra­wie do wrót Bag­da­du. Do­pie­ro mo­bi­li­za­cja sił i środ­ków wie­lo­na­ro­do­wej ko­ali­cji na cze­le z USA za­trzy­ma­ła dżi­ha­dy­stów sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od ro­ga­tek sto­li­cy.

Roz­le­głe ob­sza­ry w Sy­rii i Ira­ku opa­no­wa­ne przez Is­lam­skie Pań­stwo w Ira­ku i Le­wan­cie zo­sta­ły prze­isto­czo­ne w IS – Pań­stwo Is­lam­skie o am­bi­cjach glo­bal­nych, a Abu Bakr al-Ba­gh­da­di sa­mo­zwań­czo mia­no­wał sie­bie ka­li­fem pa­nu­ją­cym jak Ibra­him Ibn Aw­wad.

Wpro­wa­dzo­no sza­riat – is­lam­skie pra­wo ko­ra­nicz­ne re­gu­lu­ją­ce wszel­kie prze­ja­wy ży­cia pu­blicz­ne­go, nisz­czo­no ko­ścio­ły i me­cze­ty-mau­zo­lea, bo jak twier­dzo­no, nie mogą one ist­nieć we­wnątrz me­cze­tów. Przez po­mył­kę wier­ni mo­gli­by kie­ro­wać mo­dły do osób tam po­cho­wa­nych, a nie do Al­la­ha, choć tyl­ko Naj­wyż­szy za­słu­gi­wał na taki za­szczyt.

Mor­do­wa­no wła­ści­wie wszyst­kich – nie tyl­ko chrze­ści­jan, ży­dów, ja­zy­dów i in­nych nie­wier­nych, ale też he­re­tyc­kich szy­itów, a na­wet tych sun­ni­tów, któ­rzy nie dość en­tu­zja­stycz­nie pod­da­li się no­wym wła­dzom.

Oprócz tego ogra­bio­no ban­ki, wpro­wa­dzo­no nowe po­dat­ki, przy­go­to­wa­no się do bi­cia wła­snej mo­ne­ty i uru­cho­mio­no ra­fi­ne­rie. To z ich dzia­łal­no­ści czer­pa­no naj­więk­sze do­cho­dy.

Wkrót­ce Pań­stwo Is­lam­skie sta­ło się naj­za­moż­niej­szą or­ga­ni­za­cją ter­ro­ry­stycz­ną na świe­cie. Trze­ba przy­znać, że mimo wiel­kich zy­sków ze sprze­da­ży ropy naf­to­wej i ma­so­we­go han­dlu zra­bo­wa­ny­mi dzie­ła­mi sztu­ki wy­dat­ki też były ogrom­ne. In­ży­nie­rów, in­for­ma­ty­ków czy in­nych spe­cja­li­stów przy­by­łych z za­gra­ni­cy trze­ba było so­wi­cie wy­na­gro­dzić. Bez ich po­mo­cy ist­nie­nie i funk­cjo­no­wa­nie by­ło­by bez wąt­pie­nia trud­niej­sze, a nie­od­po­wied­nie ich trak­to­wa­nie mo­gło­by znie­chę­cić ko­lej­nych.

Lo­kal­ną siłą Pań­stwa Is­lam­skie­go byli od­da­ni, licz­ni i do­brze uzbro­je­ni bo­jow­ni­cy, a świa­to­we jego zna­cze­nie bu­do­wa­ła pro­fe­sjo­nal­na pro­pa­gan­da. To wła­śnie na tym fron­cie IS od­no­si­ło naj­więk­sze suk­ce­sy. Zło­to­uści ka­zno­dzie­je roz­sia­ni na wszyst­kich kon­ty­nen­tach przy­cią­ga­li jak ma­gnes, obo­jęt­nie, czy na­wo­ły­wa­li do udzia­łu w dżi­ha­dzie przez In­ter­net, czy też wy­stę­po­wa­li w me­cze­tach – ich głos do­cie­rał do dzie­sią­tek ty­się­cy za­in­te­re­so­wa­nych. Wśród nich za­wsze znaj­do­wał się ktoś, kto ar­gu­men­ty du­chow­ne­go prze­wod­ni­ka przyj­mo­wał bez za­strze­żeń i uzna­wał, że dro­ga świę­tej woj­ny z nie­wier­ny­mi jest je­dy­ną słusz­ną. Po ja­kie li­cho masz być śmie­cia­rzem czy zwy­kłym po­py­cha­dłem, sko­ro mo­żesz zo­stać wo­jow­ni­kiem Al­la­ha.

***

Ah­med roz­ma­so­wał bo­lą­ce ko­la­no, nie przy­spa­rza­ło mu ono jed­nak zbyt du­żych pro­ble­mów. Naj­bar­dziej da­wa­ły mu się we zna­ki buty. Ja­kieś źle skle­jo­ne i zszy­te pod­rób­ki re­no­mo­wa­nej fir­my, któ­re nie­daw­no ku­pił na ba­za­rze we wschod­niej Tur­cji za parę do­lców, już się roz­la­ty­wa­ły. Nie­dłu­go po­de­szwa zu­peł­nie się od­klei. Jak ma wal­czyć, sko­ro w każ­dym mo­men­cie może ru­nąć jak dłu­gi? Mu­siał je wy­mie­nić na inne, i to jesz­cze dziś, póki jest w mie­ście. Ża­ło­wał, że nie za­brał bu­tów tru­po­wi ze wzgó­rza. Im dłu­żej o tym my­ślał, tym bar­dziej był na sie­bie zły. Wziął oku­la­ry i ka­mi­zel­kę, co szko­dzi­ło za­brać rów­nie po­trzeb­ne obu­wie? Oka­zja może nie­pręd­ko się nada­rzyć. Za­ga­pił się przez tę ko­mór­kę. Gdy tak prze­mie­rzał uli­ce Mo­su­lu z Fa­ra­dżem u boku, nie po­tra­fił ode­gnać my­śli, że za­wa­lił spra­wę. Złość na­ra­sta­ła w nim tak, że nie­wiel­ki ka­myk, któ­ry do­stał się za cho­lew­kę, prze­lał cza­rę go­ry­czy. Ah­med za­klął.

– Dzi­wię się, że mogę wy­trzy­mać z ta­kim bar­ba­rzyń­cą jak ty – wes­tchnął Fa­radż. – Co dzień pro­szę Naj­wyż­sze­go o ła­skę dla cie­bie, a ty tak mi się od­pła­casz?

– Je­stem tyl­ko czło­wie­kiem. Cza­sem trud­no wy­zbyć się daw­nych przy­zwy­cza­jeń.

– To żad­ne wy­tłu­ma­cze­nie. Bierz przy­kład ze mnie. – Nim do­koń­czył, po­nad mia­stem roz­legł się grzmot. Zda­je się, że wy­bu­rza­no ko­lej­ny ko­ściół.

– Bio­rę, przy­ja­cie­lu, bio­rę. Bez cie­bie już daw­no zgi­nął­bym mar­nie.

Za­uwa­żył, że po­chleb­stwo mile za­sko­czy­ło Ara­ba, któ­ry umilkł.

Uli­ca­mi prze­my­ka­ły tyl­ko po­je­dyn­cze oso­by. Nie było się cze­mu dzi­wić. Po tym, jak za­ka­za­no wszel­kich roz­ry­wek, le­piej było sie­dzieć w domu i cze­kać, aż się to wszyst­ko skoń­czy. Ogra­ni­cze­nia do­ty­czy­ły głów­nie ko­biet. Nad ich przy­zwo­itym za­cho­wa­niem czu­wa­ła żeń­ska bry­ga­da al-Chan­sa. Na­le­ża­ło prze­cież do­pil­no­wać, by całą syl­wet­kę skry­wał hi­dżab, a twarz ni­kab. Na­wet po­je­dyn­czy ko­smyk wło­sów trze­ba było do­kład­nie za­sło­nić. Wszel­kie uchy­bie­nia ka­ra­no chło­stą.

Uli­cą prze­mknę­ła ka­wal­ka­da pół­cię­ża­ró­wek, w każ­dej co naj­mniej sze­ściu–sied­miu uzbro­jo­nych męż­czyzn. Je­cha­li gdzieś na wschód. Trud­no było po­wie­dzieć, do ja­kiej gru­py na­le­że­li i co tu ro­bi­li.

Ah­med z Fa­ra­dżem mi­nę­li wy­pa­lo­ny wrak T-72, któ­re­go ni­ko­mu nie chcia­ło się usu­nąć, i zna­leź­li się przy tar­gu. Od­no­sił wra­że­nie, że to je­dy­ne żywe miej­sce w tym na wpół wy­mar­łym mie­ście. Znał ba­za­ry w wie­lu mu­zuł­mań­skich kra­jach. Tu od razu da­wa­ło się od­czuć uno­szą­cy się po­nad wszyst­kim strach. Wszy­scy – nie­za­leż­nie od tego, co aku­rat ro­bi­li – wy­glą­da­li, jak­by na coś cze­ka­li. Był to­war, za to ku­pu­ją­cych jak na le­kar­stwo. Nie­licz­ni snu­li się po­mię­dzy stra­ga­na­mi, jak­by bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż z ko­niecz­no­ści.

Wy­ro­by z mie­dzi ich nie in­te­re­so­wa­ły, po­dob­nie jak dy­wa­ny czy ser­wi­sy do her­ba­ty.

Za­trzy­ma­li się w czę­ści, gdzie han­dlo­wa­no bro­nią. Na sto­łach le­ża­ły całe ster­ty Ka­łasz­ni­ko­wów wszel­kich od­mian, ro­dza­jów i pro­duk­cji. Uwa­gę przy­cią­ga­ły pi­sto­le­ty ma­szy­no­we – od cze­skich Skor­pio­nów po tu­rec­kie wer­sje HK – ce­low­ni­ki optycz­ne, za­sob­ni­ki do czysz­cze­nia bro­ni, ba­gne­ty i noże, amu­ni­cja zwy­kła i spe­cjal­na. Od ręki moż­na było do­stać wszyst­ko, co po­trzeb­ne – er­ka­emy i RPG – o zwy­kłej bro­ni krót­kiej nie wspo­mi­na­jąc.

Fa­radż za­trzy­mał się przy jed­nym ze sto­isk, przy­glą­da­jąc się mi­ster­nie zdo­bio­ne­mu kin­dża­ło­wi w po­chwie in­kru­sto­wa­nej zło­tym i srebr­nym dru­tem. Nie­któ­rzy uwiel­bia­li ta­kie przed­mio­ty.

– Pięk­ny. – Arab się­gnął po broń. Ostrze za­lśni­ło w słoń­cu.

– Wy­jąt­ko­wo – Ah­med mu­siał się z nim zgo­dzić. – Chcesz go ku­pić?

Fa­ra­dżo­wi za­bły­sły oczy. Spraw­dził wy­gię­tą klin­gę i parę razy mach­nął kin­dża­łem w po­wie­trzu.

– Patrz, jaki ostry. – Na kciu­ku po­ja­wi­ła się ru­bi­no­wa kro­pla.

Wła­ści­ciel za­rzu­co­ne­go śmier­cio­no­śny­mi przed­mio­ta­mi sto­iska, tę­ga­wy han­dlarz w tur­ba­nie na gło­wie i z ob­wi­sły­mi, nie­ogo­lo­ny­mi po­licz­ka­mi, stał obok z przy­mil­nym uśmie­chem. W cie­niu ukry­li się po­moc­ni­cy i nie byli to by­naj­mniej chłop­cy na po­sył­ki. Zda­je się, że cały ba­zar po­dzie­li­li po­mię­dzy sie­bie po­lo­wi ko­men­dan­ci czer­pią­cy zy­ski z jego dzia­łal­no­ści. Ja­kiś przed­miot wpadł ci w oko, pro­szę, mo­żesz wziąć, ale jed­nak mu­sisz za­pła­cić. Bo­jow­ni­ków ta za­sa­da do­ty­czy­ła rów­nież.

– Zo­bacz, jak leży w dło­ni – do­dał Fa­radż.

Fak­tycz­nie, nic się nie śli­zga­ło. Wprost ide­al­ny do wal­ki wręcz.

– To skó­ra re­ki­na, pa­nie – ku­piec w koń­cu zde­cy­do­wał się roz­po­cząć ne­go­cja­cje w spra­wie ceny.

– Ach tak – wes­tchnął Fa­radż. – Ile?

Pa­dła wy­gó­ro­wa­na kwo­ta, i to w do­la­rach. Tyl­ko ame­ry­kań­ska wa­lu­ta po­sia­da­ła tu war­tość.

– Dużo.

– Nic lep­sze­go nie znaj­dzie­cie. Wy­star­czy jed­no cię­cie i gło­wa nie­wier­ne­go psa spa­da z kar­ku. Wszyst­ko wy­ko­na­no we­dle sta­rych wzo­rów.

– Za dro­go.

– Wi­dzę, że tra­fi­łem na znaw­cę, więc wy­jąt­ko­wo mogę po­my­śleć o nie­wiel­kim opu­ście.

Ah­med wzniósł oczy ku nie­bu. Ta­kie ne­go­cja­cje z re­gu­ły trwa­ły i trwa­ły. Trans­ak­cja nie­ko­niecz­nie mu­sia­ła zo­stać za­war­ta dzi­siaj. Może ju­tro, a może do­pie­ro po­ju­trze. Naj­waż­niej­sze, aby obie stro­ny były za­do­wo­lo­ne.

Od­szedł da­lej, po­zo­sta­wia­jąc za ple­ca­mi tar­gu­ją­ce­go się przy­ja­cie­la, bo oto uj­rzał zrzu­co­ne na ster­tę woj­sko­we ka­ma­sze, a obok pię­trzą­ce się obu­wie spor­to­we oraz po­pu­lar­ne na Po­łu­dniu san­da­ły.

To, co zo­sta­ło zdar­te z nóg po­le­głych żoł­nie­rzy, po­mi­nął. Na pierw­szy rzut oka było wi­dać, że buty są uży­wa­ne. Nie­któ­re co praw­da w cał­kiem przy­zwo­itym sta­nie, lecz sko­ro ma te­raz al­ter­na­ty­wę, to wo­lał so­bie je da­ro­wać. San­da­ły od­pa­da­ły rów­nież, choć wie­lu bo­jow­ni­ków mia­ło pod tym wzglę­dem od­mien­ne zda­nie. On od ma­łe­go nie lu­bił po­dob­nych udziw­nień. Wy­star­czy­ło, że raz za­ha­czył czub­kiem o kra­wędź chod­ni­ka i ru­nął jak dłu­gi. Póź­niej już nikt i nic nie było w sta­nie go prze­ko­nać do ta­kie­go roz­wią­za­nia. Awer­sja po­zo­sta­ła na za­wsze.

Chiń­skiej tan­de­ty pię­trzą­cej się w ko­szu nie za­szczy­cił na­wet spoj­rze­niem.

Przy­sta­nął przed stra­ga­nem z bo­gat­szą ofer­tą. No do­bra, co tu mamy. Ge­ne­ral­nie naj­róż­niej­sze nic­ki, re­eabac­ki i ad­di­dy. Z tych idio­tycz­nych nazw da­wa­ło się zło­żyć cały słow­nik.

Bia­łe wy­glą­da­ły idio­tycz­nie, mimo że sam Abu Mu­sab az-Za­rka­wi, li­der irac­kiej Al-Ka­idy, cho­dził w po­dob­nych, co póź­niej wy­ko­rzy­sta­ła ame­ry­kań­ska pro­pa­gan­da, by go dys­kre­dy­to­wać. Bo jak to tak: wiel­ki wódz i bia­łe adi­da­sy w trak­cie dżi­ha­du? Ob­ciach ja­kich mało.

Wy­brał ja­kieś czar­ne, któ­re wy­glą­da­ły w mia­rę so­lid­nie. Spraw­dził po­de­szwę. Gru­ba, ale to było kom­plet­nie bez zna­cze­nia. Pęk­nie za naj­wy­żej dwa ty­go­dnie.

Obok po­ja­wił się wła­ści­ciel.

– W czym mogę po­móc?

W brud­nym za­wo­ju na gło­wie, ja­kiś taki po­krę­co­ny, przy­po­mi­nał czy­ści­cie­la ulic, a nie kup­ca.

– Pa­trzę.

– Może te?

– Bądź, czło­wie­ku, po­waż­ny. – Se­le­dy­no­wo-po­ma­rań­czo­wa para po­wę­dro­wa­ła na bok.

– A może…

– Sam so­bie po­ra­dzę. – Się­gnął po zwy­kłe gra­na­to­we te­ni­sów­ki. Wy­rób z Ban­gla­de­szu. Przy­mie­rzył. Sza­łu nie ma. Zro­bił parę kro­ków.

– Wiel­moż­ny pa­nie… – Han­dlarz naj­wy­raź­niej się bał, że odej­dzie, nie pła­cąc.

– Za­mknij się. – Wziął od razu dwie pary i wy­su­płał bank­not pię­cio­do­la­ro­wy.

– Ależ…

– Nic nie mów. – Przy­ło­żył pa­lec wska­zu­ją­cy do ust. – Wi­dzisz? Tam jest mój przy­ja­ciel. – Ku­piec po­ki­wał gło­wą. – Wła­śnie ku­pu­je kin­dżał. Bę­dzie nim uci­nał gło­wy. Two­ja może być pierw­sza. Ro­zu­miesz?

– Aaa…

– Al­lah z tobą – do­koń­czył za nie­go i od­szedł, nim tam­ten zdą­żył od­po­wie­dzieć. ■

Rozdział 4

Je­że­li wstęp­ne do­nie­sie­nia zo­sta­ną po­twier­dzo­ne, to bez wąt­pie­nia wy­buch­nie skan­dal. Pra­sa, wy­wę­szyw­szy świe­żą krew, na pew­no nie od­pu­ści. Za­czną się py­ta­nia, na któ­re nie­wie­lu zna od­po­wiedź. Me­dia tego nie lu­bią. Ci by­strzej­si za­czną drą­żyć te­mat. I po co to komu? Są spra­wy, któ­re le­piej, żeby po­zo­sta­ły ta­jem­ni­cą.

Ma­jor Jan Zda­no­wicz, na co dzień ema­nu­ją­cy spo­ko­jem, czuł, że tym ra­zem po­no­szą go ner­wy. Po­wi­nien jak naj­szyb­ciej zdo­być wia­ry­god­ne in­for­ma­cje o przy­czy­nach, prze­bie­gu wy­da­rzeń i od­po­wie­dzial­nych za nie, a na tej pod­sta­wie wy­zna­czyć taki spo­sób po­stę­po­wa­nia, któ­ry za­po­bie­gnie po­dob­nej sy­tu­acji w przy­szło­ści.

Oczy­wi­ście, jako szef mi­sji nie miał kogo spy­tać o radę lub po­pro­sić o po­moc. Na­wy­wi­ja­łeś, radź so­bie sam. Na­to­miast kie­dy po­ja­wia­ły się suk­ce­sy, chęt­nych do ich ce­le­bra­cji znaj­do­wa­ło się co nie mia­ra. Mniej wię­cej tak to dzia­ła­ło.

Raz jesz­cze przej­rzał mel­dun­ki, za­sta­na­wia­jąc się, co ro­bić. Pol­ska mi­sja woj­sko­wa w Bag­da­dzie skła­da­ła się z pięt­na­stu osób. Na nim cią­żył obo­wią­zek do­pil­no­wa­nia, aby wszy­scy ter­mi­no­wo, cali i zdro­wi wró­ci­li do domu. Już wie­dział, że za­wiódł. Pod­po­rucz­nik Da­niel Gra­bow­ski wró­ci wcze­śniej. Nie­ste­ty, nie z me­da­lem na pier­si, tyl­ko w trum­nie jako ko­lej­na ofia­ra tej cią­gną­cej się la­ta­mi kam­pa­nii. Ni­ko­go nie bę­dzie ob­cho­dzić, że sam się pchał na pierw­szą li­nię fron­tu. Mó­wił, że jak ma być żoł­nie­rzem, to tyl­ko spraw­dzo­nym w boju. Pierw­sza ak­cja i za­raz taki pech. Kula po­dob­no tra­fi­ła w krtań. Na­wet na­tych­mia­sto­wa po­moc le­ka­rza na nic by się nie zda­ła.

A obie­cy­wał ma­jo­ro­wi, że nie bę­dzie się pchał w sam śro­dek pierw­szej bi­twy. Taki był mą­dry. Mnie nic złe­go nie spo­tka. Je­stem ze sta­li i ty­ta­nu. Na sam mój wi­dok dżi­ha­dy­ści uciek­ną. I co? Zgi­nął, nim zdą­żył wy­strze­lić. Jak twier­dzi­li irac­cy ko­man­do­si, któ­rzy jako pierw­si do­tar­li na miej­sce, sztab zo­stał ostrze­la­ny od tyłu. Ira­kij­czy­cy, któ­rzy ucie­kli wcze­śniej, nie­wie­le mie­li do po­wie­dze­nia. Nic nie wi­dzie­li. Strze­la­no, ale skąd i w kogo – kto to może wie­dzieć?

Jako do­rad­ca Gra­bow­ski zu­peł­nie się nie spraw­dził. Kto wy­my­ślił i kto za­twier­dził taki par­tac­ki plan? Stra­co­no cały ba­ta­lion, pię­ciu­set lu­dzi wiatr roz­wiał po pu­sty­ni. Sześć­dzie­siąt po­jaz­dów, w tym dzie­więć Abram­sów, szlag tra­fił. Klę­ska ja­kich mało. W ten spo­sób woj­na z is­la­mi­sta­mi po­trwa dzie­się­cio­le­cia.

Po­czuł tępe pul­so­wa­nie z tyłu gło­wy. Trud­no za­wy­ro­ko­wać, kto dał dupy. Gra­bow­ski zgi­nął na polu wal­ki, więc po­zo­sta­nie bo­ha­te­rem i nic tego nie zmie­ni. A że ktoś musi być win­ny, to wła­śnie ma­jo­ra we­zmą w ob­ro­ty. Dla cwa­niacz­ków z mi­ni­ster­stwa to oka­zja. Paru na pew­no bę­dzie chcia­ło się wy­ka­zać. Za­rzut nie­kom­pe­ten­cji ma jak w ban­ku.

Dal­sze roz­my­śla­nia prze­rwał zgrzyt drzwi.

– Pro­si­łem, żeby mi nie prze­szka­dzać – rzu­cił pod ad­re­sem ka­pi­ta­na Osi­ki, swo­je­go za­stęp­cy.

– Ma pan go­ści. – Ofi­cer wy­da­wał się lek­ko po­de­ner­wo­wa­ny.

– Proś – po­wie­dział Zda­no­wicz zbo­la­łym gło­sem.

We­szli ge­ne­rał Mu­ham­mad Raaf i puł­kow­nik Pe­ter Tem­ple – pierw­szy z irac­kie­go mi­ni­ster­stwa obro­ny, dru­gi jako do­rad­ca pró­bo­wał utrzy­mać w kar­bach ten efe­me­rycz­ny twór, ja­kim była irac­ka ar­mia. Po­de­szli bli­żej i wy­cią­gnę­li dło­nie do po­wi­ta­nia. Obaj w mun­du­rach, z tym że ten na Ame­ry­ka­ni­nie le­żał do­sko­na­le. Ira­kij­czyk nie przy­wią­zy­wał do wy­glą­du aż ta­kiej wagi.

Zda­no­wicz za­pro­wa­dził go­ści w kąt po­miesz­cze­nia, gdzie usta­wio­no nie­wy­so­ki sto­lik i parę cał­kiem wy­god­nych fo­te­li. Bę­dąc sam na sam z puł­kow­ni­kiem, pew­nie chlap­nę­li­by coś moc­niej­sze­go. Obec­ność mu­zuł­ma­ni­na wy­klu­cza­ła ta­kie roz­wią­za­nie. Nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak po­now­nie żło­pać kawę, któ­rej, praw­dę mó­wiąc, miał po dziur­ki w no­sie. To chy­ba nie była for­mal­na wi­zy­ta, lecz i tak nie po­tra­fił wy­zbyć się pew­nej sztyw­no­ści w za­cho­wa­niu. Ła­two się pe­szył, a ta­ble­tek na taką do­le­gli­wość jesz­cze nie wy­my­ślo­no.

Roz­po­czął Raaf krót­kim przy­po­mnie­niem wie­lo­let­niej przy­jaź­ni łą­czą­cej oba na­ro­dy, by szyb­ko przejść do sed­na. Jego an­gielsz­czy­zna była cał­kiem zno­śna, co nie po­win­no dzi­wić, sko­ro ukoń­czył West Po­int z jed­ną z czo­ło­wych lo­kat.

– Pod­po­rucz­nik Gra­bow­ski po­zo­sta­nie w na­szej pa­mię­ci na za­wsze. Mało jest osób ta­kich jak on, tak bez­in­te­re­sow­nych i wa­lecz­nych – cią­gnął Ira­kij­czyk bez naj­mniej­sze­go po­tknię­cia. Prze­mo­wę mu­siał prze­ćwi­czyć wcze­śniej. Być może wy­my­ślił ją ja­kiś czas temu, a te­raz tyl­ko do­pa­so­wy­wał do oko­licz­no­ści. W ten spo­sób za­miast Gra­bow­skie­go za­wsze da­wa­ło się wsta­wić ko­goś in­ne­go.

– Czy wia­do­mo, jak do tego do­szło?

– Wcze­śniej­sze in­for­ma­cje nie wska­zy­wa­ły na obec­ność ter­ro­ry­stów w tym re­jo­nie. Za­sadz­ka zo­sta­ła przy­go­to­wa­na per­fek­cyj­nie, co świad­czy o tym, z jak prze­bie­głym prze­ciw­ni­kiem przy­szło nam wal­czyć.

– Przy­naj­mniej wia­do­mo, któ­ry z ko­men­dan­tów jest za to od­po­wie­dzial­ny?