14 osób interesuje się tą książką

Opis

Niezłomni, niezastąpieni, nieliczni.

Zegar, tyka. Nikt nie wie, ile czasu zostało do ponownej inwazji na Ziemię. Polskie dowództwo desperacko zbiera wszelkie dostępne siły do kontrofensywy, która zdusiłaby zagrożenie w zarodku.

Elitarne oddziały komandosów w poszukiwaniu nowego przejścia do innego wymiaru toczą mordercze walki z nieprzebranymi hordami Charunów. Jednocześnie pod nosem rosyjskich wojsk toczy się zacięta gra o broń kluczową dla zwycięstwa.

Napięcie, bitwy, niepokojące wyniki eksperymentów, kolejne zagadki piekielnej Arkadii – wszystko to w nowej odsłonie epopei Vladimira Wolffa.

 

W cyklu ukazały się:

#1 Pierwsze starcie

#2 Władcy chaosu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 406

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


VLADIMIR WOLFF

Bramy światów

 

 

© 2019 Vladimir Wolff

© 2019 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Zespół redakcyjny

 

eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, [email protected]

 

Ilustracja na okładce: Tomasz Tworek

 

Wykorzystano fragmenty wierszy:

„Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy” C. Pavese w tł. Jarosława Mikołajewskiego (z tomu „Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy. Verrà la morte e avrà i tuoi occhi. Wybór wierszy. Poesie scelte”, Kraków: Austeria, 2013).

„Stepy Akermańskie” A. Mickiewicza (z tomu „Wybór poezyj” T. 1. Wrocław – Warszawa: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1986).

 

ISBN 978-83-65904-45-4

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Rozdział pierwszy

1:

Lieu­te­nant de va­is­se­au Vin­cent Le­vit­to­ux stał na szczy­cie kio­sku ato­mo­we­go okrę­tu pod­wod­ne­go „Per­le” i przez lor­net­kę ob­ser­wo­wał po­dej­ście do por­tu w Szcze­ci­nie. Na jego ko­ści­stej, asce­tycz­nej twa­rzy gniew mie­szał się ze znu­dze­niem. Ten trzy­dzie­stocz­te­ro­let­ni ofi­cer Ma­ri­ne Na­tio­na­le był jed­nym z pro­wo­dy­rów bun­tu w La Ro­chel­le, któ­ry o mało nie za­koń­czył się roz­le­wem krwi. Le­vit­to­ux chciał zmian. Zmian re­wo­lu­cyj­nych: usta­no­wie­nia Fran­cu­skiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej. Ide­ały so­cja­li­zmu no­sił w ser­cu od za­wsze. Je­den z jego przod­ków wal­czył pod­czas Ko­mu­ny Pa­ry­skiej, a stryj był szy­chą w Con­fédéra­tion généra­le du tra­va­il – CGT – jed­nej z naj­waż­niej­szych kon­fe­de­ra­cji związ­ko­wych w kra­ju nad Lo­arą. To on czy­tał ma­łe­mu Vin­cen­to­wi dzie­ła Mark­sa i Le­ni­na.

Ja­kież było roz­cza­ro­wa­nie ro­dzi­ny, gdy do­brze za­po­wia­da­ją­cy się mło­dy czło­wiek wy­brał Aka­de­mię Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej, a nie pra­wo czy so­cjo­lo­gię na pa­ry­skiej Sor­bo­nie… Tym­cza­sem daw­no za­sia­ne ziar­no wy­da­ło plon. Praw­da, że dość nie­spo­dzie­wa­ny.

Kie­dy bunt w La Ro­chel­le doj­rzał do fazy kon­fron­ta­cji z do­wódz­twem i mi­ni­strem obro­ny, co ła­two mo­gło prze­ro­dzić się co naj­mniej w krwa­we roz­ru­chy, Le­vit­to­ux wy­czuł, że ta lo­kal­na re­be­lia ma nie­wiel­kie szan­se na po­nad­lo­kal­ny suk­ces, na pew­no zaś nie prze­obra­zi się w ogól­no­na­ro­do­wą re­wo­lu­cję. A że nie chciał zgnić w wię­zie­niu lub skoń­czyć z kulą w gło­wie, wy­brał mniej­sze zło i przy­stał na pro­po­zy­cję pol­skie­go ofi­ce­ra, któ­ry aku­rat wte­dy przy­był z wi­zy­tą do bazy: bun­tow­ni­cy będą mo­gli swo­bod­nie od­pły­nąć do Ro­sji, ko­leb­ki świa­to­we­go pro­le­ta­ria­tu. Tam na pew­no zo­sta­ną przy­ję­ci z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi.

Sy­tu­acja, w ja­kiej zna­la­zła się Fran­cja, jak i cały świat, była – de­li­kat­nie mó­wiąc – na­pię­ta. Od in­wa­zji upły­nę­ło le­d­wie parę ty­go­dni. Ar­ma­ge­don przy­szedł nie­spo­dzie­wa­nie i nie­spo­dzie­wa­nie się skoń­czył, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie nie­wy­obra­żal­ne znisz­cze­nia. Z wiel­kich miast po­zo­sta­ły ru­iny, z ludz­ko­ści nie­do­bit­ki.

Vin­cen­to­wi wy­da­wa­ło się, że tra­fi­ła się oka­zja, by unieść gło­wę cało, ale i przy­słu­żyć się spra­wie. Więk­szość ma­ry­na­rzy i pod­ofi­ce­rów była po­dob­ne­go zda­nia. Opór władz nie był zbyt sil­ny. Mi­ni­ster obro­ny, któ­ry miał dość in­nych pro­ble­mów na gło­wie, dość szyb­ko zgo­dził się na to roz­wią­za­nie, dłu­żej za­ję­ło mu prze­ko­na­nie pre­zy­den­ta Re­pu­bli­ki. W koń­cu jed­nak wy­pra­co­wa­no kom­pro­mis i bun­tow­ni­cy mo­gli wy­pły­nąć.

Le­vit­to­ux nie po­tra­fił tyl­ko zro­zu­mieć, dla­cze­go mi­ni­ster uśmie­chał się pół­gęb­kiem, gdy ko­mu­ni­ko­wał im tę ra­do­sną no­wi­nę. Zresz­tą nie­waż­ne, bur­żu­azyj­ni po­li­ty­cy tak mają. Grunt, że re­wo­lu­cyj­ne za­ło­gi wy­rwa­ły się z łap be­stii. Nie­dłu­go za­wi­ną do Le­nin­gra­du. Tam wszy­scy będą bez­piecz­ni.

Pro­ble­mem oka­za­ła się apro­wi­za­cja. Do­wódz­two bazy za nic nie chcia­ło uzu­peł­nić przy­dzia­łów, tłu­ma­cząc się po­wszech­ny­mi bra­ka­mi, a prze­cież na „Per­le” i dru­gim okrę­cie pod­wod­nym „Le Vi­gi­lant” znaj­do­wa­ło się spo­ro gęb do wy­ży­wie­nia. Po dro­dze mu­sie­li za­wi­nąć do przy­ja­zne­go por­tu, aby uzu­peł­nić re­zer­wy. Gdy prze­szli Cieś­niny Duń­skie, osta­tecz­nie skoń­czy­ły się za­pa­sy je­dze­nia. Chcie­li za­wi­nąć do któ­rejś z nie­miec­kich baz Bun­de­sma­ri­ne, ale tam po­dob­no pa­no­wał jesz­cze więk­szy ba­ła­gan niż we fran­cu­skich.

W koń­cu po­szli za radą pol­skie­go at­ta­ché woj­sko­we­go, któ­ry to­wa­rzy­szył im od sa­me­go po­cząt­ku – w cha­rak­te­rze za­kład­ni­ka. Gdy­by ktoś pró­bo­wał ich za­ata­ko­wać, on wy­pad­nie do mo­rza pierw­szy.

Zresz­tą, co im mo­gło gro­zić na Bał­ty­ku? Nie­mal do­tar­li do celu. Oby­ło się bez ucie­czek przed okrę­ta­mi ZOP i sa­mo­lo­ta­mi pa­tro­lo­wy­mi, nikt ich nie ści­gał, ani chy­ba na­wet nie na­mie­rzał. To był je­den z naj­nud­niej­szych rej­sów, ja­kie Le­vit­to­ux od­był.

Po­la­cy to pra­wie Ro­sja­nie i choć są w NATO, krzyw­dy im nie zro­bią. Usta­lo­no, że wła­śnie w Szcze­ci­nie Fran­cu­zi spo­tka­ją się z ro­syj­skim kon­su­lem i do­peł­nią wszel­kich for­mal­no­ści, łą­cząc kwe­stie na­tu­ry po­li­tycz­nej z za­opa­trze­niem.

Le­vit­to­ux cho­dzi­ła już po gło­wie nowa na­zwa dla „Per­le”: „Czer­wo­ny Paź­dzier­nik”. Do­bre, co? A „Le Vi­gi­lant” prze­mia­nu­ją na „Ko­mu­nar­da”. Re­wo­lu­cyj­nie i bo­jo­wo. Raz na za­wsze skoń­czą z bur­żu­azyj­ną re­to­ry­ką.

Na ho­ry­zon­cie za­ma­ja­czy­ły wy­so­kie ko­mi­ny. Z mapy wy­ni­ka­ło, że to kom­pleks za­kła­dów che­micz­nych w Po­li­cach, więc do Szcze­ci­na tyl­ko rzut be­re­tem. Mi­nę­li jed­ną nad­rzecz­ną osa­dę, póź­niej ko­lej­ną. Z por­tu na ich spo­tka­nie wy­szedł ku­ter ka­pi­ta­na­tu. Jed­nost­ki przy­wi­ta­ły się prze­cią­głym gwiz­dem sy­ren okrę­to­wych.

Lieu­te­nant cie­kaw był sa­me­go mia­sta, choć fa­jer­wer­ków się nie spo­dzie­wał. Szcze­cin to nie Pa­ryż Pół­no­cy, ma­low­ni­czo po­ło­żo­ny nad Newą. Może Ro­sja­nie oka­żą się tak mili i po­zwo­lą im za­cu­mo­wać obok „Au­ro­ry”… To by­ło­by pięk­ne zwień­cze­nie tej epic­kiej po­dró­ży. Po­dob­no Le­nin­grad nie ucier­piał tak bar­dzo jak po­zo­sta­łe wiel­kie mia­sta i wciąż urze­kał swą uro­dą. Przy­pły­ną, zo­ba­czą. Nie bę­dzie się mar­twił na za­pas.

Wiel­ka żół­ta suw­ni­ca wska­zy­wa­ła miej­sce, do któ­re­go po­dą­ża­li. Ten pol­ski ofi­cer twier­dził, że kie­dyś znaj­do­wa­ła się tu stocz­nia, ale kto uwie­rzy Po­la­ko­wi. Prze­cież wia­do­mo, że to uro­dze­ni mi­to­ma­ni.

Pirs, do któ­re­go zo­sta­li skie­ro­wa­ni, ulo­ko­wa­no w jed­nym z por­to­wych ba­se­nów. Wi­dać stąd było ko­ściel­ną wie­żę, ja­kieś biu­row­ce i tro­chę miej­skiej za­bu­do­wy. Na pew­no wie­czo­rem od­wie­dzą tu­tej­sze knaj­py i ostro się za­ba­wią. Oglą­da­nie w kół­ko tych sa­mych mord wy­cho­dzi­ło Vin­cen­to­wi bo­kiem. Coś mu się od ży­cia na­le­ża­ło.

Tuż przy na­brze­żu wy­bu­do­wa­no dwa ma­ga­zy­ny, te­raz stał przed nimi rząd cię­ża­ró­wek. Fa­cet w ma­ry­nar­skim mun­du­rze nad­zo­ro­wał pra­cę kil­ku ro­bot­ni­ków w żół­tych i czer­wo­nych ka­skach ochron­nych. Pod­cią­gnię­to trap. Z wnę­trza ma­ga­zy­nu wy­je­cha­ła szta­plar­ka. Zza bu­dyn­ku po­ka­zał się na­wet am­bu­lans. Miło, że go­spo­da­rze po­my­śle­li o wszyst­kim.

Ma­ry­na­rze rzu­ci­li cumy. „Per­le” ła­god­nie do­bił do be­to­no­wej ram­py. Fran­cu­zi po­zwo­li­li so­bie na bra­wa. W koń­cu pierw­szy, naj­trud­niej­szy etap mie­li za sobą. W pew­nej od­le­gło­ści za nimi po­dob­ne ma­new­ry wy­ko­ny­wał „Le Vi­gi­lant”.

Pol­ski at­ta­ché stał na po­kła­dzie i gdy tyl­ko trap po­łą­czył jed­nost­kę ze sta­łym lą­dem, zszedł z okrę­tu i śpiesz­nie po­ma­sze­ro­wał w stro­nę ofi­ce­ra za­wia­du­ją­ce­go pra­ca­mi na na­brze­żu.

Niech so­bie po­ga­da­ją. Na pew­no jest cała masa rze­czy do usta­le­nia.

Le­vit­to­ux zszedł do środ­ka okrę­tu, żeby wy­zna­czyć, kto ma umie­ścić pro­wiant w chłod­ni. Nikt inny tego za nich nie zro­bi. Zna­lazł bos­ma­na i po­go­nił go do ro­bo­ty. Może i „Per­le” był jed­nost­ką z re­wo­lu­cyj­ną za­ło­gą, ale to nie zna­czy, że moż­na lek­ce­wa­żyć dys­cy­pli­nę.

Nu­cąc pod no­sem „Mię­dzy­na­ro­dów­kę”, do­wód­ca ob­szedł okręt i uznał, że wszyst­ko ma pod kon­tro­lą. Do wie­czo­ra po­zo­sta­ło parę go­dzin, ale i tak le­piej upo­rać się z za­ła­dun­kiem jak naj­szyb­ciej.

Przy tra­pie usta­wi­ła się war­ta uzbro­jo­na w FA­MAS-y. Pod­je­cha­ła cy­ster­na, ro­bot­ni­cy pod­pię­li gu­mo­wy wąż do za­wo­ru za­mo­co­wa­ne­go z tyłu. Prze­pom­pu­ją w ten spo­sób słod­ką wodę do zbior­ni­ka w ka­dłu­bie.

Ope­ra­tor, gość wiel­ki jak sto­do­ła i tępy jak but, uparł się, że zro­bi to sam. Jego dys­ku­sja z bos­ma­nem przy­po­mi­na­ła ka­ba­ret. Fran­cuz nie mó­wił po pol­sku, a Po­lak po fran­cu­sku. Ten pa­can spró­bo­wał na­wet wejść na trap, co oczy­wi­ście spo­tka­ło się ze sta­now­czym sprze­ci­wem war­ty, lecz i tak prze­ro­śnię­ty du­reń nie po­zwo­lił so­bie za­brać węża. Czy­sta far­sa.

Vin­cent wie­dział, że każ­dy Po­lak jest głą­bem, ale żeby aż ta­kim?

Na szczę­ście pol­ski ofi­cer skoń­czył dys­ku­sję i od­wró­cił się do Le­vit­to­ux. Na pew­no miał waż­ne wie­ści do prze­ka­za­nia. Vin­cent po­śpie­szył na spo­tka­nie.

Spo­tka­li się w pół dro­gi, na środ­ku tra­pu.

– Nie jest do­brze – oświad­czył Po­lak ze zbo­la­łą miną. – Ro­sja­nie przy­ja­dą do­pie­ro ju­tro.

– Dla­cze­go?

– Mają we­wnętrz­ne trud­no­ści. Jed­ne­go urzę­da­sa od­wo­ła­li, dru­gi jesz­cze nie przy­był. Pan wie, jak to jest. Biu­ro­kra­cja za­wsze górą.

Nie to chciał usły­szeć Fran­cuz, poza tym wy­czuł w tych sło­wach fałsz.

– Może to ja z nimi po­roz­ma­wiam? – za­pro­po­no­wał Vin­cent, spo­glą­da­jąc roz­mów­cy pro­sto w oczy.

– Nie wi­dzę pro­ble­mu. Może fak­tycz­nie pan coś przy­spie­szy. Mu­si­my tyl­ko przejść do biu­ra.

– Kie­dy?

– Na­wet za­raz.

– Je­stem go­to­wy. A ten du­reń… – Vin­cent wska­zał na ro­bot­ni­ka z rurą. – Niech le­piej po­zo­sta­nie tam, gdzie jest.

– A, no tak. Na­le­żą się panu wy­ja­śnie­nia. To po­dob­no nowy pra­cow­nik. Kre­tyn od uro­dze­nia, no, upo­śle­dzo­ny. Nie­ste­ty, ja­kiś ku­zyn bry­ga­dzi­sty i dla­te­go zo­stał za­trud­nio­ny. Prze­cież i u was są kło­po­ty z wy­kwa­li­fi­ko­wa­nym per­so­ne­lem. Za­własz­cza te­raz. Trze­ba za­do­wo­lić się ta­ki­mi im­be­cy­la­mi. – Po­lak po­dra­pał się po po­licz­ku. – Pro­szę go wpu­ścić. Tyl­ko na po­kład oczy­wi­ście. Da­lej to już sami so­bie po­ra­dzi­cie, a on da so­bie spo­kój. Jest nie­groź­ny, ale nie ustą­pi.

Fran­cuz nie­chęt­nie wy­dał od­po­wied­ni roz­kaz. Miał pil­niej­sze spra­wy na gło­wie.

W koń­cu zo­sta­wił za sobą iry­tu­ją­ce­go go idio­tę i już nie zwle­ka­jąc, skie­ro­wał się do przej­ścia po­mię­dzy ma­ga­zy­na­mi.

– Pan oczy­wi­ście wie, że w Ro­sji do­szło do pró­by prze­ję­cia wła­dzy przez ar­mię – po­wie­dział Po­lak, pro­wa­dząc.

– Pierw­sze sły­szę – szcze­rze od­po­wie­dział Le­vit­to­ux.

– Ad­mi­rał Usza­kow pró­bo­wał pod­bu­rzyć swo­ją Flo­tę Pół­noc­ną. Służ­bom bez­pie­czeń­stwa uda­ło się stłu­mić wy­stą­pie­nie, sam Usza­kow zgi­nął. Jak twier­dzą do­brze po­in­for­mo­wa­ni, strze­lił so­bie w gło­wę. Po­dob­no osa­czo­no go w ostat­niej chwi­li.

– Nie­praw­do­po­dob­ne.

Vin­cent od­wró­cił się za sie­bie. Z od­le­gło­ści kil­ku­dzie­się­ciu me­trów wi­dział, jak za­miast do za­wo­rów w bur­cie, rura jest wrzu­ca­na do środ­ka okrę­tu. Ro­bot­nik przy cy­ster­nie prze­krę­cił waj­chę. Ta­kie nie­dbal­stwo nie mie­ści­ło się Vin­cen­to­wi w gło­wie. Chcą za­lać okręt?! To nie­wy­obra…

– Nie pró­buj krzy­czeć – usły­szał sta­now­czy głos Po­la­ka.

Ostrze­że­nie przy­szło w samą porę, bo Le­vit­to­ux wła­śnie na­bie­rał po­wie­trza do płuc. Zer­k­nął w dół na przed­miot wbi­ty w jego bok. Skąd u li­cha at­ta­ché wy­trza­snął pi­sto­let? Pod­czas rej­su z całą pew­no­ścią go nie po­sia­dał. Ta­kie były wy­mo­gi.

Na­le­ża­ło na­tych­miast po­wia­do­mić za­ło­gę o gro­żą­cym jej nie­bez­pie­czeń­stwie.

– Po­wie­dzia­łem, mor­da w ku­beł. Ja nie żar­tu­ję – po­wtó­rzył Osiń­ski.

Przez otwar­te na oścież ma­ga­zy­no­we wro­ta wy­bie­ga­ły po­sta­cie w po­lo­wych mun­du­rach i z bro­nią au­to­ma­tycz­ną wy­ce­lo­wa­ną w za­ło­gę zbun­to­wa­ne­go okrę­tu. Było ich całe mnó­stwo. Po­ja­wi­ły się też dwa ko­ło­we trans­por­te­ry, któ­re pod­je­cha­ły do fran­cu­skich jed­no­stek z ar­ma­ta­mi wy­mie­rzo­ny­mi w ma­ry­na­rzy prze­by­wa­ją­cych na po­kła­dzie.

– Ta zdra­da nie uj­dzie wam na su­cho.

– Już uszła – od­po­wie­dział Po­lak.

War­ta zo­sta­ła obez­wład­nio­na i rzu­co­na na gle­bę. Osi­łek w ka­sku zro­bił to samo z ma­tem, któ­ry stał przy tra­pie. Ak­cja trwa­ła naj­wy­żej parę se­kund.

Zo­sta­li wy­ro­lo­wa­ni.

2:

Szef Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go Woj­ska Pol­skie­go ge­ne­rał Wła­dy­sław Dwor­czyk wy­sko­czył z Black Haw­ka w mo­men­cie, gdy z wnę­trza okrę­tu pod­wod­ne­go wy­no­szo­no uśpio­nych ma­ry­na­rzy. Daw­ka gazu, któ­rą wpom­po­wa­no do środ­ka, wy­star­czy­ła­by do obez­wład­nie­nia sta­da sło­ni. Na ra­zie oby­ło się bez pro­ble­mów, ale na­le­ża­ło dzia­łać bar­dzo szyb­ko i po­prze­no­sić lu­dzi na świe­że po­wie­trze, by udzie­lić im pierw­szej po­mo­cy.

Ko­man­do­si z „For­mo­zy”, jed­nost­ki płe­two­nur­ków Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej, w ma­skach prze­ciw­ga­zo­wych prze­trzą­sa­li „Per­le” od dzio­bu po rufę. W środ­ku nie moż­na było po­zo­sta­wić ni­ko­go, na­to­miast jed­nost­kę na­le­ża­ło prze­jąć nie­na­ru­szo­ną. W przy­pad­ku „Le Vi­gi­lant” nie ba­wio­no się w ta­kie sub­tel­no­ści. Ka­pi­ta­no­wi przy­sta­wio­no splu­wę do gło­wy i zło­żo­no pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia: albo za­ło­ga opu­ści okręt, albo on po­że­gna się z ży­ciem, a za­ło­ga i tak opu­ści okręt.

Prócz ko­man­do­sów w ope­ra­cji wzię­ły udział dwie kom­pa­nie pie­cho­ty i trans­por­te­ry.

Opła­ci­ło się. Oby­ło się pra­wie bez ofiar, tyl­ko je­den ma­ry­narz udu­sił się wła­sny­mi wy­mio­ci­na­mi, a kil­ku in­nych było w cięż­kim sta­nie, lecz le­ka­rze twier­dzi­li, że nie ma za­gro­że­nia ży­cia. Naj­waż­niej­szy był Le­vit­to­ux, sa­mo­zwań­czy do­wód­ca, któ­re­go opór mógł­by do­pro­wa­dzić do nie­po­trzeb­ne­go roz­le­wu krwi.

Całe to­wa­rzy­stwo na­le­ża­ło te­raz od­sta­wić w bez­piecz­ne miej­sce, od­izo­lo­wać i prze­słu­chać. Póź­niej – na mocy umo­wy z fran­cu­ski­mi wła­dza­mi – wy­da­le­ni zo­sta­ną przy­wód­cy bun­tu, zaś resz­ta ofi­cjal­nie bę­dzie in­ter­no­wa­na. Chy­ba że za­czną słu­żyć pod no­wym do­wódz­twem. On ich po­trze­bo­wał i Pol­ska ich po­trze­bo­wa­ła.

To, cze­go się do­pu­ścił, to zdra­da czy Re­al­po­li­tik?

Wo­lał my­śleć, że to dru­gie.

Ko­lej­ny am­bu­lans od­je­chał na sy­gna­le.

Dwor­czyk ro­zej­rzał się po na­brze­żu. Pil­no­wa­ni przez uzbro­jo­nych żoł­nie­rzy Fran­cu­zi sie­dzie­li dłu­gim rzę­dem z rę­ko­ma na ple­cach skrę­po­wa­ny­mi pla­sti­ko­wy­mi opa­ska­mi i cze­ka­li na trans­port. Na miej­scu prze­by­wał już ze­spół spe­cja­li­stów ma­ją­cy za­bez­pie­czyć oba okrę­ty. Jed­no­stek po­dob­nej kla­sy Ma­ry­nar­ka Wo­jen­na Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej ni­g­dy nie po­sia­da­ła. Te­raz to się zmie­ni. Zwłasz­cza po­ci­ski ba­li­stycz­ne na „Le Vi­gi­lant” to zu­peł­nie nowa ja­kość. Nie dys­po­no­wa­li ani do­stę­pem do sys­te­mu na­pro­wa­dza­nia, ani ko­da­mi do ich od­pa­le­nia, ale spo­koj­nie, nie od razu Kra­ków zbu­do­wa­no. Na­wet gdy­by wy­ma­ga­ło to uży­cia nad­zwy­czaj­nych środ­ków, ja­koś so­bie po­ra­dzą.

Roz­my­śla­nia ge­ne­ra­ła prze­rwał je­den z ofi­ce­rów, któ­ry za­trzy­mał się w po­bli­żu. Dwor­czyk zmie­rzył go spoj­rze­niem i przy­wo­łał do sie­bie.

– Ma­jor Fran­ci­szek Osiń­ski – za­mel­do­wał się tam­ten.

– Pan jest ini­cja­to­rem tego za­mie­sza­nia? – Dwor­czyk przy­wi­tał się z czło­wie­kiem, któ­ry wy­my­ślił i w du­żej mie­rze prze­pro­wa­dził tę ak­cję.

– Roz­ka­zy były jed­no­znacz­ne. – Osiń­ski nie dał po so­bie po­znać, czy jest szczę­śli­wy z tego po­wo­du, czy wręcz prze­ciw­nie.

– Nie wiem, jak mam panu dzię­ko­wać. Okrę­ty i ra­kie­ty to dla nas wy­jąt­ko­wa szan­sa.

– Fran­cu­zi w każ­dej chwi­li mogą za­żą­dać zwro­tu swo­jej wła­sno­ści.

– Niech spró­bu­ją.

Brwi Osiń­skie­go po­wę­dro­wa­ły w górę. Nie tak się uma­wia­li. Okrę­ty w myśl po­ro­zu­mie­nia wciąż po­zo­sta­wa­ły w służ­bie Re­pu­bli­ki Fran­cu­skiej, Pol­ska nie mia­ła do nich żad­nych praw. Sko­ro jed­nak szef Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go twier­dzi, że jest ina­czej, to trud­no. Sprze­czać się nie bę­dzie. Na­le­ża­ło szyb­ko za­że­gnać kry­zys, więc Osiń­ski go za­żeg-nał, ma­jąc na­dzie­ję przy oka­zji przy­słu­żyć się oj­czyź­nie. Na ko­niec oka­za­ło się, że wy­ro­lo­wa­no za­rów­no nie­wy­da­rzo­nych re­wo­lu­cjo­ni­stów, jak i fran­cu­ski rząd. W imię wyż­szych ra­cji, oczy­wi­ście. Jed­no nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści: on do Fran­cji już nie wró­ci, a re­la­cje z do­tych­cza­so­wym so­jusz­ni­kiem le­gły w gru­zach.

War­to było? Dla dwóch okrę­tów? Ato­mo­wych co praw­da, ale to tyl­ko okrę­ty.

– Wy­glą­da pan na zmar­twio­ne­go. – Dwor­czyk wy­da­wał się fak­tycz­nie za­in­te­re­so­wa­ny sta­nem pod­puł­kow­ni­ka.

– Jak się wy­tłu­ma­czy­my z tego oszu­stwa? Nie da­ru­ją nam. Zda­je pan so­bie spra­wę, jak te­raz wy­glą­da­my?

Ge­ne­rał nie od­po­wie­dział od razu. Stał na na­brze­żu, z dłoń­mi za­ło­żo­ny­mi na ple­cach, nie kry­jąc uśmie­chu roz­ba­wie­nia.

Ob­ser­wo­wał od­jeż­dża­ją­cą pierw­szą cię­ża­rów­kę za­ła­do­wa­ną in­ter­no­wa­ny­mi ma­ry­na­rza­mi. Ob­słu­ga cy­ster­ny z ga­zem też szy­ko­wa­ła się do wy­jaz­du. Lu­dzie z „For­mo­zy” wy­ko­na­li ka­wał do­brej ro­bo­ty. W cza­sie ak­cji nie padł ani je­den strzał, a mimo to uda­ło im się zro­bić mi­lo­wy krok na­przód. Nor­mal­nie taki nu­mer by nie prze­szedł, lecz w obec­nych wa­run­kach nie­wie­le osób zwró­ci na to uwa­gę. Paru kre­ty­nów oczy­wi­ście się obu­rzy. Będą gro­zić i na­ci­skać. Do cza­su. Do­sta­ną kość, to się uspo­ko­ją. I to nie byle jaką kość.

Pla­ny na ra­zie na­le­ży za­cho­wać w ta­jem­ni­cy. Gdy już pro­jekt zo­sta­nie do­pię­ty na ostat­ni gu­zik, po­dzie­li się in­for­ma­cja­mi i ma­chi­na ru­szy.

– Moja pro­po­zy­cja jest taka – Dwor­czyk prze­niósł wzrok z okrę­tów na roz­mów­cę – na po­czą­tek zo­sta­nie pan skie­ro­wa­ny do Stre­fy.

– Do cze­go?

– Do­wie się pan wszyst­kie­go na miej­scu. – Ge­ne­rał nie wda­wał się w szcze­gó­ły. – Or­ga­ni­zu­je­my spo­re przed­się­wzię­cie i po­trze­bu­je­my za­ufa­nych lu­dzi.

– Czy wią­że się to z ko­lej­nym wy­jaz­dem?

– Tak.

– Da­le­ko?

– Bar­dzo da­le­ko. Poza rze­czy­wi­stość, któ­rą pan zna.

– Au­stra­lia?

– Aku­rat nie to mia­łem na my­śli. Two­rzy­my spe­cjal­ną jed­nost­kę zwia­du da­le­kie­go za­się­gu, je­że­li ko­niecz­nie chce pan wie­dzieć. Wi­dzę w niej miej­sce dla pana. Pro­szę się za­sta­no­wić. Nie musi pan od­po­wia­dać od razu. Wró­ci­my do tego póź­niej.

Osiń­skie­mu nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak za­sa­lu­to­wać i się od­da­lić.

Jed­nost­ka zwia­du? Czy nie tego chciał? Na pew­no mia­ło to zwią­zek z por­ta­lem pod Ko­ni­nem. „Stre­fa”. Brzmia­ło in­te­re­su­ją­co. Praw­do­po­dob­nie się zgo­dzi. Lep­szej ofer­ty szyb­ko nie do­sta­nie.

Dwor­czy­ka dy­le­ma­ty ma­jo­ra nie in­te­re­so­wa­ły. Do­stał, co chciał. Pora wy­ko­nać ko­lej­ny ruch.

Przy­wo­łał ad­iu­tan­ta. Do stocz­ni po­ja­dą sa­mo­cho­dem. Od huku he­li­kop­te­ro­wych sil­ni­ków do­sta­wał bólu gło­wy.

Za na­mo­wą jed­ne­go ze szcze­ciń­skich ofi­ce­rów da­lej zde­cy­do­wał się po­pły­nąć ku­trem por­to­wym, żeby za­osz­czę­dzić nie­co cza­su, jako że do stocz­nio­wych po­chyl­ni było naj­wy­żej kil­ka­set me­trów w li­nii pro­stej.

Ge­ne­rał za­jął miej­sce obok ster­ni­ka i łódź od­bi­ła od lądu. Dwor­czyk nie pa­mię­tał szcze­gó­ło­wych da­nych, ale w okre­sie pro­spe­ri­ty była tu jed­na z naj­więk­szych eu­ro­pej­skich stocz­ni. Wo­do­wa­no w niej całą masę stat­ków – od ma­łych ku­trów po peł­no­mor­skie ma­sow­ce i jed­nost­ki spe­cja­li­stycz­ne.

„Spe­cja­li­stycz­ne”. Sło­wo klucz.

Nie po­trze­bo­wał krą­żow­ni­ków, nisz­czy­cie­li czy fre­gat. Le­piej spraw­dzą się pa­tro­low­ce i małe okrę­ty ra­kie­to­we. Nie da­lej jak wczo­raj roz­po­czę­to pra­ce stu­dyj­ne nad ta­ki­mi wła­śnie jed­nost­ka­mi. Po tym jak znisz­cze­niu ule­gła Stocz­nia Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej w Gdy­ni, Szcze­cin po­zo­stał ostat­nim miej­scem, gdzie moż­na uru­cho­mić pro­duk­cję. Żal ści­skał ser­ce, gdy wi­dzia­ło się ogrom za­nie­dbań, ja­kich do­pusz­czo­no się przez lata.

Iskier­ką na­dziei był prze­ję­ty i przy­sto­so­wa­ny do no­wych za­dań wo­do­lot. Dziś pod­nio­są na nim ban­de­rę.

Sto­ją­cy przy pir­sie stocz­nio­wym „bla­szak” nie ro­bił wiel­kie­go wra­że­nia, ale też nie mu­siał ni­ko­go za­chwy­cać. Skon­stru­owa­no go spe­cjal­nie do pły­wa­nia po wiel­kich rze­kach Ro­sji i wo­dach przy­brzeż­nych. Od tej pory zo­sta­nie jed­nost­ką ba­daw­czą. Nowy na­by­tek jesz­cze dziś od­pły­nie Odrą na po­łu­dnie, a póź­niej War­tą do Ko­ni­na. Tam cze­kał go za­ła­du­nek na ko­ło­wą plat­for­mę i trans­port na „tam­tą stro­nę”. Za trzy dni jed­nost­ka za­si­li ogra­ni­czo­ny kon­tyn­gentw Ar­ka­dii.

Ogra­ni­czo­ny. Do­bre so­bie! Przez kur­ty­nę prze­rzu­co­no już bry­ga­dę za­bez­pie­cza­ją­cą in­te­re­sy i bez­pie­czeń­stwo kra­ju. Szyb­ko oka­za­ło się, że bry­ga­da to zbyt mało. Pil­nie po­trzeb­ne były nowe, wy­spe­cja­li­zo­wa­ne jed­nost­ki. Stąd po­mysł zor­ga­ni­zo­wa­nia od­po­wied­niej gru­py zwia­dow­ców i od­dzia­łu ae­ro­mo­bil­ne­go. Struk­tu­ra po­wo­li się roz­ra­sta­ła. Na­le­ża­ło po­my­śleć o ko­lej­nej bry­ga­dzie, któ­ra w ra­zie po­trze­by za­si­li woj­ska w Ar­ka­dii wraz z od­dzia­ła­mi wspar­cia – lo­gi­stycz­nym, łącz­no­ści, wy­wia­dow­czym. Było lot­nic­two, te­raz doj­dzie kom­po­nent mor­ski.

Prze­mysł pra­co­wał peł­ną parą, ale wszyst­kie­go wciąż było za mało – za mało czoł­gów, za mało trans­por­te­rów, sa­mo­lo­tów, amu­ni­cji, ra­da­rów i lu­dzi. Od­bu­do­wa kra­ju też wy­ma­ga­ła uwa­gi, rąk do pra­cy i sprzę­tu. Nie mo­gli wszyst­kie­go ła­do­wać w Stre­fę. Kosz­ty oczy­wi­ście się zwró­cą, ale do­pie­ro za ja­kiś czas. Nic nie sta­nie się od razu.

Gdy ge­ne­rał po­pa­trzył na za­cu­mo­wa­ną jed­nost­kę, nie po­tra­fił oprzeć się wra­że­niu, że od daw­na nie wi­dział cze­goś rów­nie to­por­ne­go, jak wo­do­lot typu Po­le­sie 11 pro­duk­cji Ho­mel­skiej Stocz­ni Re­mon­to­wo-Pro­duk­cyj­nej. Ten eg­zem­plarz prze­szedł da­le­ką dro­gę z Bia­ło­ru­si do Pol­ski, spro­wa­dzo­ny nie­gdyś przez pry­wat­ne­go ar­ma­to­ra do rej­sów wy­ciecz­ko­wych, a lada mo­ment do­cze­ka się god­niej­sze­go wy­ko­rzy­sta­nia.

Sa­mot­na jed­nost­ka wio­sny nie czy­ni. Po­dob­nych po­trze­bo­wał kil­ku, aby utwo­rzyć z nich eska­drę.

Przed in­wa­zją Cha­ru­nów i Ka­ma­zo­tów po­trze­bo­wał­by na to zgo­dy mi­ni­stra, za­bez­pie­cze­nia środ­ków w bu­dże­cie, po­wo­ła­nia ko­mi­sji, roz­pi­sa­nia prze­tar­gu, roz­strzy­gnię­cia ofert – wcze­śniej trwa­ło to za­zwy­czaj la­ta­mi, pod­czas któ­rych zmie­niał się mi­ni­ster, oka­zy­wa­ło się, że są pil­niej­sze po­trze­by, i w re­zul­ta­cie pro­jekt tra­fiał na pół­kę.

Po in­wa­zji pro­ce­du­ry znacz­nie się upro­ści­ły. Dwor­czyk wska­zy­wał pal­cem na rzecz, któ­rej po­trze­bo­wał, i z re­gu­ły ją do­sta­wał. A po­trze­bo­wał do­słow­nie wszyst­kie­go. O sko­ku tech­no­lo­gicz­nym na ra­zie moż­na za­po­mnieć, na po­czą­tek na­le­ża­ło od­two­rzyć zdzie­siąt­ko­wa­ne bry­ga­dy i puł­ki, wy­peł­nić je tre­ścią. I po­my­śleć, że do nie­daw­na bu­dżet re­sor­tu obro­ny wy­no­sił dwa pro­cent pro­duk­tu kra­jo­we­go brut­to. Co za osza­ła­mia­ją­cy suk­ces! Po­li­ty­cy wy­cie­ra­li tym gębę na pra­wo i lewo.

Dziś na­wet po­ło­wa PKB to mało.

Ro­zu­miał oso­by sto­ją­ce na cze­le pań­stwa. Ar­mii nie moż­na dać wszyst­kie­go. Dla lu­dzi ży­ją­cych na Zie­mi woj­na się skoń­czy­ła i na­le­ży za­jąć się od­bu­do­wą. Cał­ko­wi­ta ra­cja.

Naj­roz­sąd­niej­sze na­wet gło­sy nie uwzględ­ni­ły jed­ne­go: pod­czas ko­lej­ne­go star­cia z ob­cy­mi Zie­mia­nie mogą nie mieć tyle szczę­ścia. Ope­ra­cje wo­jen­ne trze­ba prze­nieść na te­ren wro­ga. Zie­mia to za­ple­cze, Ar­ka­dia – pierw­sza li­nia. Dla­te­go mu­siał zro­bić wszyst­ko, by jego lu­dzie do­sta­li to, co było im po­trzeb­ne. Je­że­li ja­kiś idio­ta bę­dzie na­rze­kał, jak to cięż­ko pra­cu­je i nic z tego nie ma, może się za­cią­gnąć. Drzwi dla chęt­nych były sze­ro­ko otwar­te, przyj­mą każ­de­go. Od kie­row­cy po in­for­ma­ty­ka. Znaj­dzie się za­ję­cie dla geo­lo­gów i far­me­rów. Je­dy­ni zbęd­ni to praw­ni­cy, ban­kow­cy i eko­no­mi­ści. Chy­ba że pój­dą ma­chać ło­pa­tą.

Je­śli bę­dzie kon­se­kwent­ny, to do­pnie swe­go. Wro­go­wie nie byli tacy strasz­ni i nie­zwy­cię­że­ni, jak z po­cząt­ku się wy­da­wa­ło. Znaj­dzie na nich spo­sób. Pora wy­ko­rzy­stać te asy, któ­re ma w rę­ka­wie.

3:

W ży­ciu rzad­ko ukła­da się tak, jak by­śmy chcie­li. To pra­wie za­wsze dro­ga przez mękę. Naj­lep­sze pla­ny bio­rą w łeb. Moż­na sta­nąć na gło­wie, a i tak koń­co­wy re­zul­tat nie za­le­ży tyl­ko od nas. Do­brze, gdy za­mia­ry uda się zre­ali­zo­wać w po­ło­wie, moż­na już wte­dy mó­wić o suk­ce­sie. Re­ali­za­cja jed­nej trze­ciej za­ło­żeń to też nie tra­ge­dia. Do­pie­ro sto pro­cent nie­po­wo­dze­nia spra­wia, że na­le­ży zwe­ry­fi­ko­wać teo­rię i do­pa­so­wać za­mia­ry do moż­li­wo­ści – tego trzy­mał się ge­ne­rał bry­ga­dy Ro­man Cie­pliń­ski, do­wód­ca „ogra­ni­czo­ne­go kon­tyn­gen­tu” w Ar­ka­dii, i jak do­tąd do­brze na tym wy­cho­dził.

Od kie­dy wró­cił z Ela­is, mia­sta Atlan­tów, nie po­tra­fił zna­leźć so­bie miej­sca. No­si­ło go z kąta w kąt.

Przy­czyn było kil­ka. Zna­leź­li so­lid­ny punkt za­cze­pie­nia do dal­szej eks­pan­sji. Ly­zi­me­des, wład­ca Ela­is, oka­zał się tak samo jak Cie­pliń­ski zde­ter­mi­no­wa­ny do wal­ki z Cha­ru­na­mi, Mrocz­ny­mi Wę­drow­ca­mi i tymi z Atlan­tów, któ­rzy zde­cy­do­wa­li się przejść na stro­nę wro­gów.

Sam Ly­zi­me­des nie­wie­le zna­czył, po­trze­bo­wał wspar­cia i oni mu go udzie­lą. Wład­ca sta­nie się wi­zy­tów­ką nad­cho­dzą­cej kam­pa­nii. To upro­ści za­da­nia po­sta­wio­ne przed Cie­pliń­skim. Ge­ne­rał nie mu­siał już oglą­dać się na miej­sco­wych – spra­wy wi­ze­run­ko­we Ly­zi­me­des brał na sie­bie.

Ela­is dys­po­no­wa­ło jesz­cze jed­nym atu­tem, któ­ry praw­do­po­dob­nie prze­ko­nał Dwor­czy­ka, aby wejść w układ z tym ro­dem. Na ra­zie o bio­kap­su­łach i ich dzia­ła­niu wie­dzia­ła je­dy­nie garst­ka osób, i oby tak po­zo­sta­ło jak naj­dłu­żej.

Nie­ste­ty, z pew­no­ścią nie na za­wsze. Nie­zbęd­ne są sze­rzej za­kro­jo­ne ba­da­nia tej tech­no­lo­gii, żeby nie być ska­za­nym na do­my­sły. Pew­ne spra­wy zwią­za­ne z lecz­ni­czym że­lem u nie­jed­nych bu­dzi­ły oba­wy, na­wet Cie­pliń­ski nie był stu­pro­cen­to­wo prze­ko­na­ny do efek­tów, ale od cze­go jest em­pi­ria. Wła­śnie nada­rza­ła się świet­na oka­zja, by po­eks­pe­ry­men­to­wać.

Ge­ne­rał stał przed swo­ją kwa­te­rą i przy­glą­dał się prze­cho­dzą­ce­mu przez por­tal pierw­sze­mu z ro­bo­czych ba­ta­lio­nów, któ­re zor­ga­ni­zo­wa­ło pry­wat­ne kon­sor­cjum za­rzą­dza­ne przez sza­no­wa­ne­go biz­nes­me­na, pry­wat­nie kum­pla sze­fa Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go.

Do ba­ta­lio­nu wcie­lo­no więź­niów, w za­mian ofe­ru­jąc im skró­ce­nie wy­ro­ków. Chęt­nych nie bra­ko­wa­ło. Wszyst­ko pięk­nie, lecz za­cho­dzi­ła oba­wa, że w no­wej rze­czy­wi­sto­ści pry­sną w dzi­kie ostę­py i tyle ich bę­dzie wi­dać. Nie da się po­sta­wić przy każ­dym straż­ni­ka.

Cie­pliń­ski przez kil­ka dni za­sta­na­wiał się nad in­nym roz­wią­za­niem pro­ble­mu niż pierw­sze, któ­re przy­szło mu do gło­wy. Bez­sku­tecz­nie. No to po­łą­czy się po­ży­tecz­ne z po­ży­tecz­nym…

Krót­ki roz­kaz pod­po­rucz­ni­ka nad­zo­ru­ją­ce­go trans­port i przed ge­ne­ra­łem usta­wi­ła się piąt­ka naj­bar­dziej pa­skud­nych ty­pów, ja­kich moż­na so­bie wy­obra­zić. Mor­dy za­ka­za­ne, na­wet dre­li­chy ro­bo­cze le­ża­ły na nich byle jak.

Cie­pliń­ski sta­nął przed pierw­szym z nich, od razu ma­jąc ocho­tę trza­snąć w tę pa­skud­ną gębę.

– Ry­szard Ka­miń­ski, lat czter­dzie­ści osiem, wy­rok do­ży­wot­nie­go wię­zie­nia – wy­re­cy­to­wał ofi­cer, spo­glą­da­jąc na ekran ta­ble­tu trzy­ma­ne­go w dło­ni.

– Za co? – za­py­tał ge­ne­rał.

– Za­ka­to­wał żonę i trój­kę dzie­ci ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem. Po­tem pod­pa­lił miesz­ka­nie, pró­bu­jąc za­trzeć śla­dy.

– Praw­dzi­wy ge­niusz.

Ge­ne­rał po­stą­pił dwa kro­ki w stro­nę na­stęp­ne­go ochot­ni­ka.

– Ze­non Bo­ro­wiec, lat trzy­dzie­ści sie­dem, wy­rok do­ży­wot­nie­go wię­zie­nia.

Cie­pliń­ski przyj­rzał się krzy­wej twa­rzy.

– Na­le­żał do gru­py żo­li­bor­skiej. Po­dwój­ne za­bój­stwo, prze­myt nar­ko­ty­ków, po­bi­cia i roz­bo­je – uzu­peł­nił ofi­cer.

Da­lej.

– Bog­dan Szy­mań­ski, lat pięć­dzie­siąt je­den, do­ży­wo­cie.

– To ten Szy­mań­ski? – Cie­pliń­ski za­ci­snął usta.

– Tak jest, pa­nie, ge­ne­ra­le.

Bog­dan Szy­mań­ski, pier­do­lo­ny mor­der­ca dzie­ci. Miał ich na kon­cie ośmio­ro, w każ­dym ra­zie za tyle go ska­za­no. Chłop­cy i dziew­czyn­ki. Bez róż­ni­cy. Za­bi­jał i gwał­cił. Cia­ła roz­pusz­czał w kwa­sie. Pro­ces był po­szla­ko­wy, ale wina zo­sta­ła udo­wod­nio­na, mimo że ad­wo­kat tej ka­na­lii sta­wał na gło­wie, aby do­wieść nie­win­no­ści klien­ta.

– Miło cię wi­dzieć, Bo­guś.

Szy­mań­ski, ra­czej chu­der­lak, o prze­bie­głych oczach, uśmiech­nął się, po­ka­zu­jąc bra­ki w uzę­bie­niu, lecz nic nie po­wie­dział.

– Wiedz, skur­wy­sy­nu, że je­steś pod moją oso­bi­stą ku­ra­te­lą. – Ge­ne­rał po­kle­pał zwy­rod­nial­ca po po­licz­ku.

Na­stęp­ny.

– Ce­za­ry Ło­ziń­ski vel Cza­ru­ją­cy Cza­ruś. Dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, dwa­dzie­ścia pięć lat wię­zie­nia.

Ko­lej­ny ory­gi­nał. Ło­ziń­ski wy­glą­dał, jak­by do­pie­ro co wy­szedł z re­kla­my środ­ków do pie­lę­gna­cji cia­ła. Mu­sku­lar­ny i przy­stoj­ny. Ban­kier ma­fii. Spec od pra­nia brud­nej for­sy. No­sił wilk razy kil­ka…

Ma­ją­tek Cza­ru­sia oce­nia­no na ja­kieś pięć mi­liar­dów zło­tych. Za­ka­blo­wał go ko­leś, któ­re­mu Ło­ziń­ski był win­ny parę stów. Do­cho­dze­nie, w któ­rym uczest­ni­czył Eu­ro­pol, Urząd Nad­zo­ru Fi­nan­so­we­go i Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go, trwa­ło dłu­go, ale w koń­cu Cza­ru­sia do­pad­nię­to i ska­za­no.

– Ga­briel Tysz­ka, pseu­do­nim Sta­ro­sta, lat sześć­dzie­siąt osiem.

I to na­zwi­sko nie było obce ge­ne­ra­ło­wi. Taki pol­ski Esco­bar. Prze­rzu­cał nar­ko­ty­ki na wiel­ką ska­lę. Ści­ga­ny mię­dzy­na­ro­do­wym li­stem goń­czym. Po­cho­dził z ma­łej miej­sco­wo­ści na Po­mo­rzu, a dzię­ki prze­bie­gło­ści i bez­względ­no­ści od­niósł nie­by­wa­ły suk­ces. Pew­nie nie o ta­kich osią­gnię­ciach syna ma­rzy­li ro­dzi­ce – pra­cow­nik ko­lei i pie­lę­gniar­ka – ale cóż, ży­cie przy­no­si wie­le roz­cza­ro­wań.

Tysz­ka wy­da­wał się znu­dzo­ny, co wy­ra­żał całą swo­ją po­sta­wą. Sta­ry dziad o zwiot­cza­łych mię­śniach, kar­to­fla­nym no­sie i moc­no prze­rze­dzo­nych wło­sach, któ­re far­bo­wał.

Przed Cie­pliń­skim sta­ła praw­dzi­wa par­szy­wa piąt­ka. To­wa­rzy­stwo nie­licz­ne, ale wy­jąt­ko­wo do­bra­ne. Za­mknąć ich w jed­nej celi, a sami się po­za­gry­za­ją. Dla spo­łe­czeń­stwa to czy­sty zysk. Naj­chęt­niej roz­wa­lił­by te in­dy­wi­dua bez zbęd­nych ce­re­gie­li.

Z dru­giej stro­ny, je­że­li eks­pe­ry­ment się po­wie­dzie, to bę­dzie nie­by­wa­ły suk­ces.

– Pod­po­rucz­ni­ku.

– Na roz­kaz. – Mło­dy ofi­cer wy­glą­dał na go­to­we­go do dzia­ła­nia.

– Za­opie­kuj­cie się na­szy­mi go­ść­mi. Wy­la­tu­je­cie za dzie­sięć mi­nut. Więź­nio­wie pod­czas trans­por­tu mają być sku­ci.

– Tak jest.

– W Ela­is już na was cze­ka­ją. Zgło­si­cie się tam do pro­fe­so­ra Se­we­ry­na Za­wadz­kie­go. To on kie­ru­je ba­da­nia­mi.

– Ro­zu­miem.

– Mo­że­cie od­ma­sze­ro­wać.

Cie­pliń­ski przy­glą­dał się, jak cała gro­ma­da od­cho­dzi w stro­nę lą­do­wi­ska. Śmi­gło­wiec, któ­rym mie­li po­le­cieć, już uru­cho­mił sil­ni­ki. Ło­pa­ty wir­ni­ka po­wo­li mie­li­ły cięż­kie od upa­łu po­wie­trze. Cel znaj­do­wał się po­nad ty­siąc ki­lo­me­trów stąd i śmi­gło­wiec nie­zbyt nada­wał się do ta­kich prze­lo­tów, ale nie było wy­bo­ru.

Wkrót­ce to się zmie­ni. Tuż przy por­ta­lu zor­ga­ni­zo­wa­no lą­do­wi­sko, po­dob­ne po­wsta­nie nie­dłu­go opo­dal Ela­is. Do­słow­nie za kil­ka dni uru­cho­mi się re­gu­lar­ne po­łą­cze­nie. Trans­por­to­we M28 Bry­zanada­wa­ły się do ta­kich za­dań ide­al­nie. Nie po­trze­bo­wa­ły be­to­no­we­go pasa star­to­we­go, wy­star­cza­ła im zwy­kła łąka, byle rów­na i su­cha.

Na po­czą­tek wy­star­czy. Z cza­sem po­my­ślą o czymś so­lid­niej­szym. Ela­is to punkt wyj­ścia do dal­szych dzia­łań prze­ciw­ko Cha­ru­nom i ich so­jusz­ni­kom. Od­par­ci spod mia­sta Atlan­tów, roz­pły­nę­li się w głu­szy, a on nie miał dość środ­ków, aby wy­słać za nimi zwiad.

Jak mówi sta­re przy­sło­wie – co się od­wle­cze…

Naj­go­rzej dzia­łać po omac­ku. Do tej pory w Ar­ka­dii spo­tka­li tyl­ko jed­ną hor­dę. Na pew­no jest ich wię­cej. Dużo wię­cej. Do Cha­ru­nów na­le­ża­ło jesz­cze do­dać Ka­ma­zo­tów i re­ne­gac­kich Atlan­tów.

Na samo wspo­mnie­nie Te­reu­sa ge­ne­rał za­zgrzy­tał zę­ba­mi.

Wy­da­wa­ło się, że Atlan­ta jest ich przy­ja­cie­lem. Oso­bą, z któ­rą moż­na dojść do po­ro­zu­mie­nia, a to wła­śnie on pró­bo­wał do­ko­nać po­waż­ne­go sa­bo­ta­żu. Przy oka­zji do­pu­ścił się mor­der­stwa na jed­nym z pod­wład­nych Cie­pliń­skie­go. Parę osób mia­ło z nim oso­bi­ste po­ra­chun­ki. Typa na­le­ża­ło po­wie­sić na ga­łę­zi i zo­sta­wić tak dłu­go, aż cia­ło za­cznie od­cho­dzić od ko­ści.

Je­że­li uda się go poj­mać, na pew­no tak się sta­nie. Co do tego Cie­pliń­ski nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. ■

Rozdział drugi

1:

– Od­puść, gna­ty so­bie po­ła­miesz.

– Spo­koj­nie. Dam radę.

– Chcia­łem po­wie­dzieć, że je­steś sza­lo­ny, ale oka­zu­je się, że to­bie na­praw­dę od­bi­ło.

– Nie prze­sa­dzasz?

– Tyl­ko po­patrz na to by­dlę. Ze­żre cię, jak tyl­ko po­dej­dziesz bli­żej.

Ka­pral Krzysz­tof Zda­no­wicz pseu­do­nim Wen­tyl i star­szy sier­żant Piotr Wie­nia­wa sta­li na skra­ju roz­le­głe­go pola, ob­ser­wu­jąc pa­są­ce się w pew­nym od­da­le­niu od nich sta­do wierz­chow­ców, po­zo­sta­wio­ne przez wo­jow­ni­ków Cha­ru­nów.

Gru­pa geo­de­tów, przy­sła­na tu przez Cie­pliń­skie­go w celu wy­zna­cze­nia ob­sza­ru lą­do­wi­ska, sta­now­czo oświad­czy­ła, że nie przy­stą­pi do pra­cy, za­nim żoł­nie­rze nie prze­pę­dzą ta­bu­nu. Wen­tyl się im nie dzi­wił. Te po­two­ry tyl­ko umow­nie na­zwa­no koń­mi. Każ­dy z nich wa­żył mniej wię­cej pół­to­rej tony i przy­po­mi­nał ra­czej ba­wo­łu. Zda­no­wicz zda­wał so­bie spra­wę, do cze­go są zdol­ne, wi­dział już, jak gry­zły, wierz­ga­ły i tra­to­wa­ły wszyst­ko na swo­jej dro­dze, gdy wpa­dły we wście­kłość.

– Wi­dzisz, tam­ten ma na­wet sio­dło. – Wie­nia­wa wska­zał na ogie­ra więk­sze­go od po­zo­sta­łych. To nie był koń, ale ra­czej mały słoń.

– Ja bym je… – Wen­tyl zdjął au­to­mat z ra­mie­nia. – Wiesz, co mam na my­śli?

– Co na to po­wie­dzą obroń­cy zwie­rząt?

– Wi­dzisz tu któ­re­goś z nich?

Na­le­ża­ło pod­jąć de­cy­zję. Czas na­glił. Im szyb­ciej po­wsta­nie lą­do­wi­sko, tym le­piej. Do tej pory tyl­ko ORP „Ry­zy­kant”, wi­ro­lot prze­ję­ty od wro­ga, od­by­wał re­gu­lar­ne loty.

Aku­rat z tą jed­nost­ką nie było pro­ble­mu, mo­gła wy­lą­do­wać na do­wol­nym frag­men­cie te­re­nu. Sa­mo­lo­ty były bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce. W Ela­is, mie­ście ulo­ko­wa­nym na la­gu­nie, wy­ko­rzy­sta­no już każ­dy skra­wek wol­nej prze­strze­ni, ko­niecz­na za­tem była inna lo­ka­li­za­cja. Po prze­ciw­nej stro­nie ka­na­łu znaj­do­wał się po­rzu­co­ny obóz Cha­ru­nów – całe hek­ta­ry zry­tej zie­mi. Upo­rząd­ko­wa­nie tej po­ła­ci po­trwa mie­sią­ce i nie obę­dzie się bez cięż­kie­go sprzę­tu. Oko­li­ca wy­glą­da­ła jak skrzy­żo­wa­nie cmen­ta­rza z wy­sy­pi­skiem śmie­ci. Same eks­hu­ma­cje po­trwa­ją ty­go­dnia­mi.

Bar­dziej od­po­wied­ni ob­szar znaj­do­wał się pięt­na­ście ki­lo­me­trów da­lej i na­wet je­śli nie był ide­al­ny, na­le­ża­ło przy­naj­mniej spró­bo­wać go wy­ko­rzy­stać.

Jak wia­do­mo, po­cząt­ki za­wsze są trud­ne. Wszyst­ko za­le­ża­ło od de­cy­zji geo­de­tów, a ci na wi­dok stwo­rów z pie­kła ro­dem od­mó­wi­li współ­pra­cy.

Po­mysł ka­pra­la nie przy­padł Wie­nia­wie do gu­stu jako zbyt pro­sty, by nie rzec pro­stac­ki. Jesz­cze zdą­żą wszyst­ko wy­strze­lać.

– Spró­bu­ję go do­siąść – po­wie­dział gło­śno, jak­by sam sie­bie upew­nia­jąc. – Bę­dziesz mnie ase­ku­ro­wał.

– Za­sta­no­wi­łeś się nad kon­se­kwen­cja­mi?

Star­szy sier­żant wzru­szył ra­mio­na­mi. Przez ostat­nie parę mie­się­cy uda­wa­ło im się wyjść obron­ną ręką z naj­bar­dziej na­wet nie­praw­do­po­dob­nych sy­tu­acji. Szczę­ście ewi­dent­nie im sprzy­ja­ło. Je­śli po­skro­mi wierz­chow­ca, od­nie­sie ko­lej­ny suk­ces. Jak spad­nie, też nic nie szko­dzi. Za­pa­ku­ją go do kap­su­ły i po paru dniach bę­dzie jak nowy. W du­chu na­wet li­czył, że tak się wła­śnie sta­nie. Nie miał nic do stra­ce­nia. Wi­dział, jak zde­chla­cy pod­da­ni ku­ra­cji wra­ca­li do peł­ni sił.

Taki Win­kler, pierw­szy z brze­gu. Pi­lot. Roz­bił śmi­gło­wiec, pod­cho­dząc do lą­do­wa­nia. Omal nie wy­kor­ko­wał. A żył i miał się do­brze. Za­wadz­ki – ko­lej­ny. Za­wał teo­re­tycz­nie po­wi­nien go za­bić, fa­cet był za­le­d­wie parę ude­rzeń ser­ca od śmier­ci. Dziś rano, gdy wi­dzie­li się po raz ostat­ni, wy­glą­dał wręcz kwit­ną­co. Co tu dużo mó­wić – Wen­tyl też za­li­czył se­sje w lecz­ni­czym żelu. Czy­li moż­na.

Nie mógł co praw­da wy­klu­czyć, że – po­trak­to­wa­ny ko­py­tem w cze­rep – zej­dzie, za­nim zo­sta­nie umiesz­czo­ny w sar­ko­fa­gu, ale co tam. Jest ry­zy­ko, jest za­ba­wa.

– Po­wiedz mi, czy ty w ogó­le masz po­ję­cie o jeź­dziec­twie? – Wen­tyl pró­bo­wał od­wieść go od wy­głu­pów.

– Prze­sze­dłem szko­le­nie.

– Pi­to­lisz.

– Na­praw­dę. Jak mi nie wie­rzysz, po­ga­daj z Gó­ral­czy­kiem. Sam mnie wy­słał.

– My­ślisz, że ku­cy­ki to to samo, co te ma­sto­don­ty?

– Przy­naj­mniej mam pod­sta­wy.

Sta­do znaj­do­wa­ło się oko­ło sześć­dzie­siąt me­trów od nich. Moż­li­we, że pod­czas od­wro­tu Cha­ru­no­wie nie do­li­czy­li się paru sztuk, lub co bar­dziej praw­do­po­dob­ne, oka­zy, któ­re ob­ser­wo­wa­li, ucie­kły na wol­ność, gdy ich wła­ści­cie­le zo­sta­li za­bi­ci. To tłu­ma­czy­ło­by uprząż i sio­dło na ogie­rze alfa.

Wie­nia­wa już się nie za­sta­na­wiał. Naj­waż­niej­sze to za­cho­wać spo­kój i pew­ność sie­bie. Na wszel­ki wy­pa­dek ści­skał w dło­ni rę­ko­jeść au­to­ma­tu. W ra­zie po­trze­by wy­pru­je se­rię, co może uchro­ni go przed stra­to­wa­niem.

Oby.

Z wi­zyt w staj­ni pa­mię­tał za­pach wier­cą­cy z noz­drzach. Ja­koś nie po­tra­fił się do nie­go przy­zwy­cza­ić. Wo­lał bar­dziej me­cha­nicz­ne wo­nie. Te­raz po­czuł coś po­dob­ne­go, tyl­ko odór był bar­dziej cierp­ki, in­ten­syw­niej­szy, gorz­ki.

Przy­wód­ca sta­da łyp­nął na sier­żan­ta. Nie prze­ja­wiał nie­po­ko­ju. Na­dal sku­bał tra­wę, od­cho­dząc od nie­chce­nia parę kro­ków w bok.

Cał­kiem nie­daw­no Wie­nia­wa wi­dział, jak ta­kie by­dlę szar­żu­je. Do dziś ten ob­raz stał mu przed oczy­ma. Chy­ba nie­po­trzeb­nie stru­gał ko­za­ka. Dy­stans, jaki ich dzie­lił, zwie­rzę po­ko­na w parę se­kund. Póź­niej od­gry­zie mu gło­wę, a resz­tę wdep­cze w gle­bę. Praw­dę mó­wiąc, star­szy sier­żant miał te­raz du­szę na ra­mie­niu.

W stad­ni­nie bar­dziej na­ro­wi­stym ko­niom da­wa­no cu­kier albo jabł­ko. On przy so­bie no­sił je­dy­nie kawę w prosz­ku i cze­ko­la­dę. Może spró­bo­wać? So­lid­ne wkup­ne.

Wy­jął z kie­sze­ni pa­kiet i zdjął opa­ko­wa­nie. Ką­tem oka wi­dział, jak Wen­tyl prze­su­wa się w lewo, aby mieć lep­szy wi­dok.

Wie­nia­wa li­czył, że wierz­chow­ce Cha­ru­nów zo­sta­ły oswo­jo­ne i być może nie oka­żą się tak krwio­żer­cze, jak wcze­śniej przy­pusz­cza­li. Prze­klął wła­sną głu­po­tę. Rów­nie do­brze mógł­by spró­bo­wać za­brać łup wil­ko­wi. Wia­do­mo, jak się skoń­czy.

Per­sze­ron na ste­ry­dach nie­spo­koj­nie za­strzygł usza­mi, par­sk­nął i ude­rzył ko­py­tem w zie­mię, po­chy­liw­szy ma­syw­ny kark.

– I po co się de­ner­wo­wać…

Rów­nie do­brze mógł to tłu­ma­czyć pral­ce elek­trycz­nej. Na­wet je­śli ten zwierz ro­zu­miał ko­men­dy, to prze­cież nie po pol­sku.

Zro­bi­ło się ner­wo­wo, lecz ho­nor już nie po­zwa­lał Wie­nia­wie się wy­co­fać. Za­brnął tak da­le­ko, że uciecz­ka nie wcho­dzi­ła w ra­chu­bę.

Trzy kro­ki i przy­sta­nek.

– Chcesz coś do­bre­go? – Pod­ofi­cer wy­cią­gnął przed sie­bie cze­ko­la­dę.

Ru­mak par­sk­nął po raz ko­lej­ny i ru­szył z ko­py­ta do szar­ży na in­tru­za. Wie­nia­wa wziął nogi za pas.

– Mam strze­lać? – za­krzyk­nął Wen­tyl z bro­nią wy­ce­lo­wa­ną we wście­kłe zwie­rzę.

– Jesz­cze nie!

Mimo olim­pij­skie­go sprin­tu tyl­ko na­gły od­skok o kil­ka me­trów uchro­nił star­sze­go sier­żan­ta przed stra­to­wa­niem.

Mon­strum tym­cza­sem wy­ha­mo­wa­ło i za­wró­ci­ło, by ob­wą­chać po­rzu­co­ny ra­ry­tas. Oglę­dzi­ny naj­wy­raź­niej wy­pa­dły po­zy­tyw­nie, bo cała ta­blicz­ka zo­sta­ła po­chło­nię­ta jed­nym kłap­nię­ciem.

– Swo­ją zja­dłeś? – wy­dy­szał Wie­nia­wa.

– Nie.

– To daj mi ją te­raz.

– Zgłu­pia­łeś?

– Da­waj. Nie dys­ku­tuj. Od­dam ci póź­niej.

Po chwi­li ko­lej­ny ka­wa­łek sma­ko­ły­ku po­fru­nął w kie­run­ku wierz­chow­ca. Te­raz spe­cjał zo­stał po­chwy­co­ny w lo­cie i bły­ska­wicz­nie po­żar­ty.

Wie­nia­wa zde­cy­do­wał się pod­jąć ko­lej­ną pró­bę. Tym ra­zem spo­tkał się z cał­ko­wi­tą obo­jęt­no­ścią zwie­rzę­cia, a może na­wet z lek­ką apro­ba­tą.

– Po­lu­bił cię! – za­wo­łał ka­pral.

– Oby.

Je­śli mie­li­by ob­ła­ska­wić resz­tę sta­da, przyj­dzie im wy­słać do bazy proś­bę o przy­sła­nie więk­szej ilo­ści sło­dy­czy. Kwa­ter­mistrz ich wy­śmie­je i po­stu­ka się pal­cem w czo­ło. I tak już do­sta­wa­li lep­sze przy­dzia­ły od ca­łej resz­ty.

– Do­bry ko­nik… do­bry…

Wie­nia­wa śmie­lej pod­szedł o krok, na­stęp­nie zro­bił jesz­cze je­den, aż w koń­cu przy­sta­nął obok be­he­mo­ta. To jak pró­ba za­przy­jaź­nie­nia się z kro­ko­dy­lem.

– No już.

Po­kle­pał ru­ma­ka po ło­pat­ce, czu­jąc na­pię­te mię­śnie pod krót­ką czar­ną sier­ścią. Ależ po­tę­ga. Nie­okieł­zna­na siła.

Cha­ru­no­wie, do­sia­da­ją­cy tych zwie­rząt, byli o wie­le po­tęż­niej­si od lu­dzi. Nor­mal­na, ziem­ska cha­be­ta dłu­go nie wy­trzy­ma­ła­by ich cię­ża­ru. Na tym zwie­rzę­ciu, któ­re­go te­raz do­ty­kał, sio­dło znaj­do­wa­ło się o wie­le za wy­so­ko, by czło­wiek mógł na nie swo­bod­nie wsko­czyć. Nie­źle się na­gim­na­sty­ko­wał, by wsu­nąć sto­pę w strze­mię. Gdy już się wgra­mo­lił na grzbiet, po­czuł się jak dziec­ko na ży­ra­fie.

Kul­ba­kę uznał za do­brze wy­pro­fi­lo­wa­ną, bo choć zbyt ob­szer­na, da­wa­ła opar­cie sie­dze­niu i ple­com. Strze­mio­na moż­na pod­cią­gnąć. Parę ele­men­tów się wy­rzu­ci, parę do­pa­su­je i bę­dzie git.

Ścią­gnął wo­dze. Zwie­rzę nie za­re­ago­wa­ło. Szarp­nął moc­niej, jed­no­cze­śnie wbi­ja­jąc pię­ty w boki wierz­chow­ca. Ten po­słusz­nie ru­szył do przo­du.

Suk­ces!

Oby tak da­lej.

Wen­tyl przy­glą­dał się kum­plo­wi nie­uf­nie. Wo­bec zwie­rząt za­wsze za­cho­wy­wał da­le­ko po­su­nię­tą re­zer­wę. Kie­dyś, przed wie­ka­mi, po­sia­dał psa. On był wte­dy mały, a przy­gar­nię­ty przez ro­dzi­nę kun­de­lek sta­ry. Krzy­siek wy­je­chał na ko­lo­nie, a gdy wró­cił, psa już nie było. Wów­czas tak bar­dzo nie od­czuł stra­ty, uzna­jąc ją za na­tu­ral­ną ko­lej losu. Prze­cież to tyl­ko pies.

Do­pie­ro póź­niej za­czął od­czu­wać na­pa­dy przy­gnę­bie­nia, że nie od­pro­wa­dził przy­ja­cie­la w ostat­nią dro­gę. Po­wra­ca­ły fa­la­mi. Na­wet te­raz wspo­mnie­nie sta­ło się bo­le­sne. Mu­siał ode­tchnąć głę­biej kil­ka razy, by wró­cić do rów­no­wa­gi.

Za to Wie­nia­wa ra­dził so­bie do­sko­na­le. Wierz­cho­wiec truch­tał po łące, po­słusz­ny jeźdź­co­wi. Mia­ła być ma­sa­kra, a jest po­kaz hip­picz­ny na par­ku­rze. Niby do­brze, ale oby tyl­ko ni­ko­mu nie przy­szło do gło­wy utwo­rzyć szwa­dro­nu ka­wa­le­rii. Ka­dra mie­wa­ła naj­dziw­niej­sze po­my­sły.

– Wen­tyl – za­skrze­cza­ło ra­dio gło­sem Gó­ral­czy­ka – gdzie je­ste­ście?

– Na tej po­la­nie, co ją so­bie upa­trzy­li geo­de­ci.

– Dłu­go wam tam zej­dzie?

– Ra­czej tak.

– Zwi­jaj­cie eki­pę i na­tych­miast wra­caj­cie.

– Tak jest.

Miłe przed­po­łu­dnie dia­bli wzię­li. Zda­no­wicz po­czuł uku­cie nie­po­ko­ju. Ro­zej­rzał się na boki. Nie doj­rzał ni­cze­go po­dej­rza­ne­go. Je­że­li w za­ro­ślach krył się wróg, to do­brze się ma­sko­wał.

Po tylu mie­sią­cach w ar­mii cią­gle nie po­tra­fił przy­zwy­cza­ić się do na­głych zwro­tów sy­tu­acji. Jest do­brze i na­gle łup, czło­wiek do­sta­je pię­ścią mię­dzy oczy. Nie do­słow­nie, oczy­wi­ście. Gdzieś coś na­gle się spier­ni­czy­ło, a ty gnaj, po­ma­gaj, walcz. Wrzo­dów ze stre­su moż­na się na­ba­wić.

Z dru­giej stro­ny, przy­naj­mniej nie na­rze­kał na nudę. Za­ję­cia trwa­ły od rana do wie­czo­ra. Póź­niej, je­że­li nie wy­pa­da­ła war­ta, kładł się i za­sy­piał. Ide­al­ne roz­wią­za­nie dla każ­de­go, kto nie chce za dużo my­śleć.

Już nie wy­obra­żał so­bie ży­cia w cy­wi­lu. Był żoł­nie­rzem i czuł się z tym do­brze.

2:

– To jest re­jon przy­pusz­czal­nej ka­ta­stro­fy. – Ka­pi­tan czar­nym ma­za­kiem za­kre­ślił na ma­pie ob­szar co naj­mniej kil­ku­na­stu ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych na pół­noc od Ela­is.

– A trans­pon­der? – za­py­tał Ro­bot, wier­cąc się nie­spo­koj­nie na krze­śle.

– Zo­stał wy­łą­czo­ny lub uległ znisz­cze­niu, choć to wy­da­je się mało praw­do­po­dob­ne.

W od­pra­wie uczest­ni­czy­ło kil­ka osób – ma­jor Szac­ki, star­szy sier­żant Wie­nia­wa, paru ko­man­do­sów oraz Szy­mon Win­kler, mistrz pod­nieb­ne­go ma­new­ru, któ­ry ostat­nio cier­piał na brak za­ję­cia, gdyż nie miał na czym la­tać. Za­nim warsz­ta­ty na­pra­wią uszko­dzo­ną przez nie­go ma­szy­nę, upły­ną ty­go­dnie. No­wej tak szyb­ko nie do­sta­nie. Tkwił więc w za­wie­sze­niu, nie bar­dzo wie­dząc, co ze sobą po­cząć.

– Wia­do­mo przy­naj­mniej, co za­szło? – za­py­tał Szac­ki z pierw­sze­go rzę­du krze­seł.

– Zni­kli z ra­da­rów zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie. Wcze­śniej nie mel­do­wa­li o trud­no­ściach.

Pierw­sza myśl nie na­stra­ja­ła opty­mi­stycz­nie. Black Haw­ka mu­siał ze­strze­lić dron re­ne­ga­tów. Co praw­da od daw­na ich nie wi­dzie­li, ale to jesz­cze nie ozna­cza­ło, że w po­bli­żu nie po­ja­wi­ły się ja­kieś siły prze­ciw­ni­ka, Cha­ru­no­wie lub ich wspól­ni­cy.

– Za­da­nie jest pro­ste: od­na­leźć miej­sce zda­rze­nia, za­bez­pie­czyć re­jon, udzie­lić po­mo­cy. – Gó­ral­czyk po­wiódł spoj­rze­niem po sie­dzą­cych przed nim ko­man­do­sach. – Ale pa­mię­taj­cie o ostroż­no­ści. Ła­du­nek był spe­cy­ficz­ny.

– My­śla­łem, że to ko­lej­na do­sta­wa bro­ni i amu­ni­cji – zdzi­wił się Szac­ki.

– Nie tym ra­zem, pa­no­wie. Na po­kła­dzie prze­wo­żo­no gru­pę nie­bez­piecz­nych prze­stęp­ców. Nie mu­szę chy­ba mó­wić, w ja­kim celu.

– Czyż­by Za­wadz­ki na po­waż­nie za­bie­rał się do ma­ni­pu­lo­wa­nia ludz­ką psy­chi­ką?

– To pan po­wie­dział, ma­jo­rze, nie ja. Roz­kaz ge­ne­ra­ła Cie­pliń­skie­go.

– Wie­my, jak jest. Kró­li­ki do­świad­czal­ne wy­rwa­ły się na wol­ność, a my mu­si­my je za­gnać do klat­ki.

– Nie mamy na ra­zie pew­no­ści. Być może nikt nie prze­żył ka­ta­stro­fy.

– O ile to ka­ta­stro­fa.

– Wła­śnie. – Gó­ral­czyk wy­krzy­wił usta w gry­ma­sie z grub­sza po­dob­nym do uśmie­chu. – Sztab pro­si o jak naj­szyb­szą in­for­ma­cję zwrot­ną. Le­ci­cie za parę mi­nut. Win­kler…

Za­sko­czo­ny pi­lot wy­żej uniósł gło­wę.

– Wra­casz do służ­by. Ko­niec z opier­da­la­niem się.

– Mam le­cieć na drzwiach od sto­do­ły?

– Nie. Za­sią­dziesz za ste­ra­mi tego UH-60, któ­ry przy­le­ciał tu z wami. Mamy pew­ne prze­ta­so­wa­nia w ze­spo­łach.

– Komu mam po­dzię­ko­wać?

– Ni­ko­mu. Masz naj­więk­sze do­świad­cze­nie w mi­sjach SAR.

– Leci pan z nami, ka­pi­ta­nie? – Szac­ki już stał, przy­go­to­wa­ny do wyj­ścia.

– Nie. Będę was wspo­ma­gał z cen­trum do­wo­dze­nia.

Wen­tyl spoj­rzał na ko­le­gów. Ma­jor, sier­żant, Ro­bot, Słoń i on. Dra­ma­tycz­nie bra­ko­wa­ło im lu­dzi. Uzu­peł­nie­nia pły­nę­ły wą­skim stru­my­kiem. Gru­pę już daw­no na­le­ża­ło zre­or­ga­ni­zo­wać. Wy­kru­sza­li się po­wo­li, lecz sys­te­ma­tycz­nie. Gro­by, któ­ry­mi zna­czy­li szlak, cią­gnę­ły się od Ham­bur­ga po Ela­is.

Przed nimi ko­lej­ny pa­sjo­nu­ją­cy dzień. Kto wie, jak się za­koń­czy?

3:

Roz­cią­ga­ją­ca się przed nimi po­łać lasu zda­wa­ła się nie mieć koń­ca. Nie­mal jak ama­zoń­ska dżun­gla.

Nie­mal.

Pusz­cze po­ra­sta­ją­ce Ar­ka­dię były jesz­cze bar­dziej dzi­kie, peł­ne nie­zna­nej fau­ny i flo­ry. To jak wy­pra­wa w prze­szłość. Tak naj­pew­niej wy­glą­da­ła Eu­ro­pa przed ty­sią­ca­mi lat, w epo­ce pierw­szych lu­dzi, kie­dy po­wsta­wa­ły zrę­by cy­wi­li­za­cji.

Dys­po­no­wa­li już cał­kiem so­lid­ną wie­dzą o tych te­re­nach. Ar­ka­dia może nie była zwier­cia­dla­nym od­bi­ciem Zie­mi, ale obie pla­ne­ty oka­za­ły się nie­zmier­nie po­dob­ne do sie­bie. Góry, rze­ki i li­nia wy­brze­ża Eu­ro­py znaj­do­wa­ły się prak­tycz­nie w tych sa­mych miej­scach. Ela­is to od­po­wied­nik We­ne­cji, a za­tem da­lej roz­cią­gał się Ad­ria­tyk, Mo­rze Śród­ziem­ne, ar­chi­pe­lag więk­szych i mniej­szych wysp, Afry­ka i Azja.

Tak przy­pusz­cza­li. Oczy­wi­ście, te za­ło­że­nia mo­gły oka­zać się błęd­ne. Nikt nie gwa­ran­to­wał, że Au­stra­lia i obie Ame­ry­ki leżą w tych miej­scach, gdzie teo­re­tycz­nie być po­win­ny.

Na­wet Atlan­ci nie wie­dzie­li, co się tam znaj­du­je. Ich wie­dza kon­cen­tro­wa­ła się na ob­sza­rze im naj­bliż­szym. Wen­tyl i po­zo­sta­li nie po­tra­fi­li tego zro­zu­mieć. Jak moż­na zaj­mo­wać się gwiaz­da­mi, nie in­te­re­su­jąc się zbyt­nio wy­glą­dem ma­cie­rzy­stej pla­ne­ty?

W su­mie nie ich cyrk i nie ich mał­py. Atlan­ci byli, de­li­kat­nie mó­wiąc, dziw­ni. Może nie dziw­ni, to nie było od­po­wied­nie sło­wo. Sza­le­ni? Też nie to. Po­ryw­czo­ści w nich za grosz. Za­wsze opa­no­wa­ni. Jesz­cze nie wi­dział, by któ­re­goś po­nio­sły emo­cje. Ra­czej za­pa­trze­ni w sie­bie, jak­by my­śle­li o wyż­szych ce­lach. Spra­wy przy­ziem­ne ich nie in­te­re­so­wa­ły. Dla­te­go też sła­bo wal­czy­li. To Zie­mia­nie od­wa­la­li za nich czar­ną ro­bo­tę.

Je­dy­ną oso­bą twar­do stą­pa­ją­cą po zie­mi był Ly­zi­me­des. Ten przy­naj­mniej wie­dział, cze­go chce.

Śmi­gło­wiec wzbił się nie­co wy­żej. Wśród plą­ta­ni­ny drzew Krzy­siek do­strzegł srebr­ną nit­kę rze­ki. Prze­stra­szo­ne sta­do pta­ków wzbi­ło się w po­wie­trze, od­la­tu­jąc na za­chód. Nikt na ra­zie ich nie na­zwał. Dla bio­lo­gów to bę­dzie ist­ny raj – nie­skoń­cze­nie wie­le ga­tun­ków do zba­da­nia. Pta­ki, pła­zy, gady, ssa­ki, or­ga­ni­zmy jed­no- i wie­lo­ko­mór­ko­we. Na pew­no po­wsta­nie nowa ga­łąź na­uki po­rów­nu­ją­ca fau­nę i flo­rę obu pla­net.

Prze­le­cie­li nad du­żym je­zio­rem o gład­kiej jak szkło ta­fli wody. Oko­li­ca była prze­cud­na. Pew­nie kie­dyś tak wy­glą­da­ły Ma­zu­ry tuż przed se­zo­nem. Tyl­ko z bazą noc­le­go­wą mie­li­by tu pro­blem. Oraz z niedź­wie­dzia­mi, wil­ka­mi i pu­ma­mi. Toż to dzicz nie­tknię­ta ludz­ką sto­pą.

– Pa­no­wie, roz­glą­daj­cie się uważ­nie. To nie wy­ciecz­ka kra­jo­znaw­cza – za­dud­nił w słu­chaw­kach głos Win­kle­ra.

– Jak da­le­ko je­ste­śmy od Ela­is? – za­py­tał Szac­ki.

– Oko­ło sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów.

– To szu­ka­nie igły w sto­gu sia­na.

– Nikt nie obie­cy­wał, że bę­dzie ła­two.

Black Hawk prze­chy­lił się na pra­wą bur­tę, gdy pi­lot wpro­wa­dził ma­szy­nę w cia­sny zwrot. Spoj­rze­nie Zda­no­wi­cza prze­su­wa­ło się to w pra­wo, to w lewo. Sta­rał się prze­pa­trzeć jak naj­więk­szy ob­szar, ale nie po­tra­fił do­strzec ni­cze­go, co od­bie­ga­ło­by choć tro­chę od mo­no­ton­nej zie­le­ni.

Do wy­pad­ku do­szło przed dwo­ma go­dzi­na­mi. Po­żar – je­że­li w ogó­le wy­buchł – naj­wy­raź­niej zgasł, bo ni­g­dzie aż po ho­ry­zont nie do­strze­gli dymu. Ran­ni mo­gli się wy­krwa­wić. Po­zo­sta­nie za­brać zwło­ki i spraw­dzić, czy trans­por­to­wy UH-60 na­da­je się do re­mon­tu. Je­że­li tak, to „Ry­zy­kant” był w sta­nie unieść wrak i prze­trans­por­to­wać go do bazy re­mon­to­wo-tech­nicz­nej. W Ar­ka­dii każ­da sztu­ka sprzę­tu była na wagę zło­ta. Zwłasz­cza he­li­kop­te­ry, któ­re naj­le­piej spraw­dza­ły się na tych bez­lud­nych ob­sza­rach.

Przed nimi po­ja­wi­ło się pa­smo nie­wy­so­kich wzgórz zwień­czo­nych bia­ły­mi wa­pien­ny­mi ska­ła­mi. Z da­le­ka wy­glą­da­ły one ni­czym szkie­let di­no­zau­ra.

Mała po­la­na z uschnię­tym drze­wem na środ­ku uka­za­ła się im zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie. Roz­bi­ty Black Hawk le­żał mię­dzy su­chym ki­ku­tem a skra­jem lasu. Ka­dłub wy­da­wał się cały, lecz wir­nik był po­trza­ska­ny, a tyl­ne śmi­gło w ogó­le urwa­ne.

Win­kler za­to­czył koło nad miej­scem ka­ta­stro­fy. W po­bli­żu nie do­strze­gli ciał. Nikt też nie stał na po­la­nie i nie ma­chał do nich na po­wi­ta­nie. Wen­ty­la ogar­nę­ły złe prze­czu­cia. Spoj­rzał na ma­jo­ra, lecz ten nie zwra­cał na nie­go uwa­gi.

Śmi­gło­wiec za­wisł pięt­na­ście me­trów nad zie­mią. Ni­żej nie dało się zejść bez ry­zy­ka za­ha­cze­nia ro­to­rem o ga­łę­zie.

Wie­dzie­li, co ro­bić. Za­mo­co­wa­li liny de­san­to­we i wy­rzu­ci­li na ze­wnątrz. Po­zo­sta­ło się de­san­to­wać. Krzy­siek wie­le razy zjeż­dżał szyb­ką liną, a mimo to wciąż zże­ra­ła go tre­ma. Sta­rał się nie my­śleć o tym, co się sta­nie, gdy przy­pad­kiem lina wy­msknie się z jego pal­ców lub ktoś go ostrze­la.

Jak zwy­kle wszyst­ko po­szło do­sko­na­le. Pięt­na­ście me­trów to zno­wu nie tak wy­so­ko. Zwłasz­cza jak się pa­trzy z zie­mi na hu­czą­cy ło­pa­ta­mi he­li­kop­ter.

Nie był tu dla za­ba­wy. Moc­niej uchwy­cił ka­ra­bi­nek i po­biegł w stro­nę roz­bi­tej ma­szy­ny. To samo zro­bił Wie­nia­wa. Słoń i Ro­bot ubez­pie­cza­li.

Do­sko­czył do wra­ku pierw­szy, wo­dząc lufą au­to­ma­tu we wszyst­kie stro­ny. W środ­ku na pew­no ktoś był. Wy­raź­nie wi­dział od­wró­co­ne ty­łem cia­ło czło­wie­ka w po­lo­wym uni­for­mie. Pod­kradł się do nie­go i szturch­nął dło­nią w ra­mię. Gość był mar­twy. Zgi­nął, ale nie w wy­ni­ku krak­sy. Ktoś mu za­rzu­cił pę­tlę na szy­ję i udu­sił.

Kur­wa, wie­dział, że będą kło­po­ty. Po pro­stu wie­dział.

Obaj pi­lo­ci zwi­sa­li w uprzę­żach, przy­pię­ci do fo­te­li, i po­dob­nie jak pa­sa­żer z prze­dzia­łu trans­por­to­we­go byli mar­twi. Jed­ne­go po­strze­lo­no, dru­gie­go za­dźga­no. Po­bież­ne oglę­dzi­ny nie wy­ka­za­ły in­nych ob­ra­żeń.

Dwaj pi­lo­ci, trzy oso­by z eskor­ty, pię­ciu więź­niów. Tymi ostat­ni­mi nie za­wra­cał so­bie gło­wy. Te ścier­wa mogą zdy­chać. Lu­dzie z żan­dar­me­rii to zu­peł­nie co in­ne­go.

– Oni nie mogą tu zo­stać – zwró­cił się do Wie­nia­wy, któ­ry wszedł za nim.

– Wiem. Zaj­mie­my się tym za chwi­lę. Znajdź­my po­zo­sta­łych.

Przy kon­wo­jen­cie nie od­na­leź­li bro­ni, co zwia­sto­wa­ło kon­fron­ta­cję ze zde­spe­ro­wa­ny­mi ucie­ki­nie­ra­mi.

Fa­tal­nie. Spo­tka­nie oso­by, któ­ra nie ma nic do stra­ce­nia, za­wsze koń­czy się źle dla któ­rejś ze stron.

Ich czte­rech, bo ma­jor zo­stał w śmi­głow­cu, prze­ciw piąt­ce wy­jąt­ko­wych skur­wy­sy­nów. Co my­ślał je­den z dru­gim, pry­ska­jąc w ta­kiej głu­szy? Że scho­wa się u ma­mu­si pod łóż­kiem? Do por­ta­lu było stąd po­nad ty­siąc ki­lo­me­trów. Szyb­ciej zdech­ną, niż się tam do­sta­ną.

Na ko­lej­ne­go tru­pa na­tknę­li się dzie­sięć me­trów da­lej. Pod­po­rucz­nik żan­dar­me­rii spo­glą­dał na nich szkla­nym wzro­kiem. Dziu­ra w czo­le wska­zy­wa­ła miej­sce, gdzie tra­fił po­cisk. Par­szy­wa śmierć. Da­le­ko od domu z ręki ro­da­ka, któ­re­go pró­bo­wa­no re­so­cja­li­zo­wać.

Wen­tyl czuj­nie przyj­rzał się naj­bliż­sze­mu oto­cze­niu, czu­jąc mro­wie­nie na kar­ku.

– Oni tu są – po­wie­dział ci­cho.

– Je­steś pew­ny?

– Ra­czej tak.

– Ra­czej czy na pew­no? – Wie­nia­wa lu­bił kon­kre­ty.

– Jest przy­naj­mniej je­den.

– Szlag by to.

Od kie­dy Wen­tyl prze­szedł ku­ra­cję, naj­bliż­si kum­ple od­no­si­li się do nie­go ze szcze­gól­ną es­ty­mą, zu­peł­nie jak­by po­siadł ta­jem­ną wie­dzę. Sam nie po­tra­fił tego wy­tłu­ma­czyć, ale ostat­nio mie­wał prze­czu­cia, tak jak te­raz. Spraw­dzi­ło się raz i dru­gi. Dla­cze­go nie mia­ło­by się spraw­dzić i trze­ci.

Tro­pi­cie­la nie po­trze­bo­wa­li. Kie­ru­nek uciecz­ki wska­zy­wa­ła zgnie­cio­na tra­wa, zna­czo­na le­d­wie za­schnię­ty­mi kro­pel­ka­mi krwi. Naj­wy­raź­niej ko­goś tędy prze­cią­gnię­to. Ścia­na lasu znaj­do­wa­ła się za­le­d­wie parę me­trów da­lej. Tam we wgłę­bie­niu po­mię­dzy ko­rze­nia­mi le­żał ostat­ni z kon­wo­jen­tów. Wbi­ty w oko ko­łek wy­raź­nie świad­czył, że śmierć była bo­le­sna.

Wen­tyl po­chy­lił się nad mar­twym czło­wie­kiem i usu­nął tkwią­cy w oczo­do­le przed­miot. Nikt nie za­słu­gi­wał na taki los. Po­dob­ne­go za­cho­wa­nia szyb­ciej spo­dzie­wał­by się po Cha­ru­nach niż po lu­dziach. Jak wi­dać, jed­ni od dru­gich nie róż­ni­li się aż tak bar­dzo.

– Tam jest jesz­cze je­den.

Fak­tycz­nie. Za­le­d­wie dzie­sięć me­trów od straż­ni­ka spo­czy­wa­ły ostat­nie zwło­ki. Ofia­rę dało się zi­den­ty­fi­ko­wać: Bo­guś Szy­mań­ski, pe­do­fil, któ­re­mu nie uda­ło się ujść prze­zna­cze­niu. Wen­tyl nie ża­ło­wał go ani tro­chę. To za­ka­ła spo­łe­czeń­stwa. Uło­że­nie zwłok i kula w po­ty­li­cy świad­czy­ły, że wy­ko­na­no na nim eg­ze­ku­cję.

Gdzie po­zo­sta­ła czwór­ka? Ka­miń­ski, Bo­ro­wiec, Ło­ziń­ski i Tysz­ka? Niech nie my­ślą, że im się upie­cze.

Spra­wie­dli­wość ich do­się­gnie. W ten czy inny spo­sób.

4:

Ga­brie­lo­wi Tysz­ce uda­ło się do­cią­gnąć pra­wie do sie­dem­dzie­siąt­ki, i to w bran­ży, gdzie lu­dzie umie­ra­ją bar­dzo mło­do. Spo­ry suk­ces. Taką oso­bę mu­szą cha­rak­te­ry­zo­wać nie­zwy­kłe ce­chy cia­ła i du­cha oraz nie­praw­do­po­dob­ne wręcz szczę­ście. Za­ma­chów na swo­je ży­cie prze­żył pięć. Bi­ja­ty­ki w wie­ku lat dzie­więt­na­stu, kie­dy to o mało nie do­stał ostrzem pod że­bra, nie li­czył. Zwy­kła awan­tu­ra, tyle że z uży­ciem nie­bez­piecz­ne­go przed­mio­tu. Nie ma o czym mó­wić. Póź­niej było go­rzej. Taka roz­ró­ba w Ber­li­nie, w dziel­ni­cy Lich­ten­berg, peł­nej uchodź­ców z Azji i Afry­ki, kie­dy to pró­bo­wał wy­mu­sić na jed­nym z sze­fów lo­kal­ne­go gan­gu po­słu­szeń­stwo, za­koń­czy­ła się po­strza­łem. Fa­cet, pier­do­lo­ny Kurd z Mo­su­lu, trud­nią­cy się po­śred­nic­twem w han­dlu opium, stru­gał wy­jąt­ko­we­go waż­nia­ka. Każ­dy jest cwa­ny, jak ma do po­mo­cy gru­pę sil­no­rę­kich kum­pli. Ich było czte­rech. Tam­tych dzie­się­ciu. Siły nie­rów­ne, ale on nie pę­kał. Jeb­nął de­bi­la bejs­bo­lem w łeb. Wy­star­czył je­den raz, a tam­ten padł za­mro­czo­ny. Chuj z nim. Ko­le­sie wy­ję­li sprzęt i się za­czę­ło. Do­brze, że jego ochro­niarz w porę się­gnął po pi­sto­let i za­czął strze­lać, ina­czej nie wy­szli­by z tego cało.

Od tam­tej pory nie­na­wi­dził Kur­dów. Każ­dy z nich to bez wy­jąt­ku par­szy­wy pies, nie­god­ny cho­dzić po zie­mi. Jako oso­ba oczy­ta­na i elo­kwent­na wie­dział, że Sa­la­dyn, przy­wód­ca mu­zuł­ma­nów z dwu­na­ste­go wie­ku, też był Kur­dem. I co z tego?

Szko­da, że Sad­dam Hu­sajn nie wy­bił ich wszyst­kich, kie­dy miał ku temu oka­zję. Gdy­by się to opła­ci­ło, to Ga­briel wspo­mógł­by każ­dy tu­rec­ki rząd wal­czą­cy z tymi par­szyw­ca­mi, ale się nie opła­ca­ło. Trud­no, ja­koś to prze­bo­le­je.

Nie­chęć Tysz­ki wo­bec Kur­dów prze­nio­sła się na in­nych wy­znaw­ców Al­la­ha, ze szko­dą dla in­te­re­sów. Nie po­tra­fiąc zna­leźć wspól­ne­go ję­zy­ka z mu­zuł­ma­na­mi, wszedł w ukła­dy z La­ty­no­sa­mi. Ko­ka­ina to nar­ko­tyk przy­szło­ści. Eu­ro­pa jesz­cze się na nim nie po­zna­ła, pre­fe­ro­wa­ła ha­szysz, ma­ri­hu­anę i am­fe­ta­mi­nę.

W Bo­go­cie czy La Paz czuł się rów­nie do­brze jak w Prusz­ko­wie, Wo­ło­mi­nie czy na so­poc­kim Mon­cia­ku.

Wie­dział, że jest ban­dy­tą. Nie zgry­wał świę­tosz­ka. Nie fun­do­wał ka­pli­czek ani wi­tra­ży, żeby od­ku­pić winy. Szcze­rze mó­wiąc, Tysz­ka nie lu­bił lu­dzi, dla­te­go też z czy­stą przy­jem­no­ścią, gdy nada­rza­ła się oka­zja, eks­pe­dio­wał ich na tam­ten świat. Dla ni­ko­go nie miał li­to­ści. Jed­nak cza­sem i jemu zda­rza­ło się zro­bić do­bry uczy­nek, cho­ciaż był su­kin­sy­nem. Szko­da tyl­ko, że mu­siał się spie­szyć, ina­czej Szy­mań­ski po­czuł­by, że umie­ra.

Uciecz­kę za­pla­no­wał w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Nie było to trud­ne, zwłasz­cza że miał po­ło­wę ży­let­ki i wspól­ni­ka w oso­bie Zen­ka Bo­row­ca, z któ­rym już kie­dyś współ­pra­co­wał.

Temu na­dę­te­mu ge­ne­ra­ło­wi oczy­wi­ście wy­da­wa­ło się, że nad wszyst­kim pa­nu­je. Zwy­kły du­reń, a nie ge­ne­rał. Usta­wiać to on mógł swo­ich przy­du­pa­sów, a nie ko­goś, kto nie ma nic do stra­ce­nia.

W trak­cie sza­mo­ta­ni­ny do­łą­czył do nich Ka­miń­ski, któ­ry wal­nął gło­wą jed­ne­go ze straż­ni­ków. Żan­dar­mi byli jak dzie­ci. Nie wy­szko­lo­no ich do eskor­ty więź­niów. Przy sta­rych wy­ja­da­czach nie mie­li naj­mniej­szych szans. Wi­docz­nie ci bar­dziej do­świad­cze­ni wy­gi­nę­li. Nie jego zmar­twie­nie. Pod­sta­wo­wy błąd straż­ni­ków to zgo­da na za­ło­że­nie opa­sek krę­pu­ją­cych dło­nie więź­niów z przo­du. Nie­do­pusz­czal­ne – co ich ob­cho­dzi­ło, że po­zy­cja jest nie­wy­god­na? Nic. Póź­niej in­te­re­so­wa­ły ich wi­do­ki za oknem… Zgi­nę­li przez wła­sną głu­po­tę.

Mimo siód­me­go krzy­ży­ka na kar­ku i na­der skrom­nej po­stu­ry Tysz­ka mógł­by nie­jed­ne­go mło­de­go za­wsty­dzić swo­ją kon­dy­cją. Dzień za­czy­nał i koń­czył se­rią pom­pek, a i póź­niej każ­dą wol­ną chwi­lę po­świę­cał na ćwi­cze­nia. Spraw­ność fi­zycz­na nie­raz uchro­ni­ła go przed naj­gor­szym, wiec dbał o nią. Nie pa­lił, mało pił, dbał o die­tę. Oto cała ta­jem­ni­ca po­wo­dze­nia.

Zdzi­wi­ła go szyb­kość, z jaką woj­sko za­re­ago­wa­ło po ka­ta­stro­fie. Spo­dzie­wał się, że ma wię­cej cza­su, tak ze trzy – czte­ry go­dzi­ny, tym­cza­sem eki­pa po­szu­ki­waw­cza po­ja­wi­ła się już po dwóch. Fra­je­rem nie był. Wie­dział, że ge­ne­rał im nie od­pu­ści. Będą ści­ga­ni do upa­dłe­go.

Sam nie bar­dzo wie­dział, na co li­czył poza wol­no­ścią. Nie miał zresz­tą cza­su na nic się na­sta­wiać. Gdzieś ich mie­li prze­wieźć, ale gdzie i po co? Tego już nie wy­ja­śnio­no. In­for­ma­tor, od któ­re­go do­stał ży­let­kę, był rów­nie za­sko­czo­ny de­cy­zja­mi sze­fo­stwa co i on. Wspo­mi­na­no coś o ja­kimś mie­ście, któ­re­go na­zwa wy­le­cia­ła Ga­brie­lo­wi z gło­wy. Jak jest mia­sto, to są też mniej­sze osa­dy i lu­dzie. Z gło­du nie zgi­ną.

Po paru go­dzi­nach, któ­re tu spę­dził, nie był już tego taki pe­wien. Cała przy­go­da za­czę­ła przy­po­mi­nać tę część „Pre­da­to­ra”, w któ­rej gru­pa przy­pad­ko­wych osób tra­fia na od­le­głą pla­ne­tę, gdzie musi sta­wić czo­ła dra­pież­ni­kom. W od­czu­ciu Tysz­ki to nie był naj­lep­szy epi­zod fil­mo­wej sagi.

5:

– Co ro­bi­my? – spy­tał Wen­tyl.

– Wra­ca­my – zde­cy­do­wał Wie­nia­wa.

– Mamy szan­sę ich do­go­nić.

– Nie bądź na­iw­ny. – Star­szy sier­żant wy­smar­kał nos. – Są już da­le­ko, a my mamy pro­wiant na je­den dzień i po ma­nier­ce wody.

– I cia­ła do od­tran­spor­to­wa­nia. – Słoń wy­pro­sto­wał ple­cy. Rola gra­ba­rza nie bar­dzo przy­pa­dła mu do gu­stu. – Tego Szy­mań­skie­go też za­bie­ra­my?

– Ja­sne. Chcesz go zo­sta­wić pa­dli­no­żer­com?

– Tyl­ko py­ta­łem.

– Póź­niej w ewi­den­cji nie bę­dzie się zga­dza­ło.

Z krą­żą­ce­go nad ich gło­wa­mi UH-60 wy­le­cia­ła lina, do któ­rej przy­cze­pi­li czar­ny wo­rek. Ma­jor ope­ru­ją­cy wy­cią­gar­ką sam bę­dzie mu­siał upo­rać się z nie­ty­po­wym ła­dun­kiem.

Wen­ty­lo­wi nie mie­ści­ło się w gło­wie, że ktoś chciał­by wy­rwać się na wol­ność na ta­kim za­du­piu. Ar­ka­dia to też wię­zie­nie, tyl­ko więk­sze, gdzie tu pójść? Miast mało, mia­ste­czek i wsi żad­nych, cał­ko­wi­ty brak in­fra­struk­tu­ry. Na sklep nie na­pad­ną, ziem­nia­ków z pola nie ukrad­ną. Mają broń, mogą za­po­lo­wać. Za parę dni, naj­wy­żej ty­go­dni, sami za­czną szu­kać kon­tak­tu. Zwłasz­cza Ło­ziń­ski, play­boy i ba­wi­da­mek. Bez fry­zje­ra i ma­ni­kiu­rzyst­ki zgi­nie mar­nie. Może źle go oce­niał i gość ma jaja jak ar­bu­zy, a ta­kie wy­zwa­nie to dla nie­go pest­ka, lecz po­zo­sta­li ja­koś wy­da­wa­li się tward­si. Za­wo­do­wi prze­stęp­cy, kry­mi­na­li­ści jak się pa­trzy…

I tak ko­le­sie za­pę­dzi­li się w kozi róg. Za­słu­ży­li. Po tym, co zro­bi­li pi­lo­tom i kon­wo­jen­tom, po­win­ni wi­sieć. Jesz­cze le­piej, jak zdech­ną z pra­gnie­nia, zo­sta­ną po­żar­ci lub roz­włó­cze­ni po ugo­rach przez Cha­ru­nów.

Wen­tyl ode­tchnął głę­biej. Blu­za le­pi­ła mu się do ple­ców. Ob­li­zał sło­ne usta i otarł pot z czo­ła, mimo to wciąż czuł się nie­źle. Wy­star­czy­ło za to po­pa­trzeć na po­zo­sta­łych, by dojść do wnio­sku, że ta krót­ka wy­pra­wa dała im w kość. Zbli­ża­ło się lato. Już te­raz było go­rą­co, a tem­pe­ra­tu­ry na pew­no pod­sko­czą, więc za parę ty­go­dni bę­dzie jak w pie­kar­ni­ku. I to po­dob­no nie była żad­na ano­ma­lia, tyl­ko nor­ma.

Sko­ro tak, to jaka bę­dzie zima? ■

Rozdział trzeci

1:

Cie­pliń­ski na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy lu­bią do­pil­no­wać wszyst­kie­go oso­bi­ście.

Kwa­te­rę urzą­dził w iście spar­tań­skim sty­lu. Sta­ło tu tyl­ko łóż­ko, sza­fa na ubra­nia i dru­ga na akta, biur­ko i mały sto­lik. Na­wet ad­iu­tan­ci krę­ci­li no­sem na pa­nu­ją­cą tu cia­sno­tę. Dla nich nie było już miej­sca.

Kon­te­ner miesz­kal­ny znaj­do­wał się w alei po­dob­nych kan­cia­stych, po­cią­gnię­tych zie­lo­ną far­bą pu­deł sta­no­wią­cych głów­ną oś bazy. Przez trzy mie­sią­ce, od kie­dy po­sta­wi­li tu po raz pierw­szy sto­pę, spo­ro się zmie­ni­ło.

Naj­waż­niej­szy był sam por­tal. Wy­star­czy­ło wejść w kur­ty­nę, by wró­cić na Zie­mię. Szyb­ko i pro­sto. Tam Zie­mia, tu Ar­ka­dia – miej­sce, któ­re wciąż kry­ło wie­le za­ga­dek. Dziś przy­szła pora na ko­lej­ny akt.

Ge­ne­rał wy­szedł na świe­że po­wie­trze i od razu po­dą­żył w stro­nę lą­do­wi­ska. Z pa­gór­ka, na któ­rym usta­wio­no ba­ra­ki, roz­cią­gał się do­sko­na­ły wi­dok na oko­li­cę. Gdy zna­lazł się tu po raz pierw­szy, do­oko­ła ro­sła ty­siąc­let­nia pusz­cza. Dziś też ro­sła, tyl­ko tro­chę da­lej. Przez kur­ty­nę szedł wła­śnie ko­lej­ny trans­port drew­na. Dzie­sięć za­ła­do­wa­nych po brze­gi cią­gni­ków od­sta­wia­ło ła­du­nek do tar­ta­ku ulo­ko­wa­ne­go w Stre­fie.

Moż­na śmia­ło po­wie­dzieć, że pierw­szy etap prac w za­sa­dzie zo­stał za­koń­czo­ny. Dys­po­no­wa­li po­lo­wym lot­ni­skiem, a nie­dłu­go uzy­ska­ją swo­bod­ny do­stęp do rze­ki. Prze­sie­ka, któ­rą wy­rą­ba­li sa­pe­rzy, mia­ła sześć­dzie­siąt me­trów sze­ro­ko­ści i znaj­do­wa­ła się nie­mal na prze­dłu­że­niu pasa star­to­we­go.

Na rze­ce już pły­wa­ła ich mała flo­tyl­la – parę ku­trów i mo­to­ró­wek. Wo­do­lot, któ­re­go spo­dzie­wa­li się lada mo­ment, da im zu­peł­nie nowe moż­li­wo­ści.

W pro­mie­niu stu ki­lo­me­trów od Punk­tu Zero po­zna­li każ­dą dziu­rę w zie­mi, wznie­sie­nie, uro­czy­sko i ma­tecz­nik, od­strze­li­wu­jąc przy oka­zji całe wa­ta­hy be­stii, któ­re się wśród nich kry­ły.

Czy wy­pa­da li­to­wać się nad niedź­wie­dziem wiel­ko­ści fia­ta pun­to? To nie ta­trzań­ski miś ani na­wet pół­noc­no­ame­ry­kań­ski griz­zly. Tam­te oka­zy przy ar­ka­dyj­skich od­po­wied­ni­kach wy­glą­da­ły jak ma­skot­ki.

Pew­ne­go razu gru­pa re­ko­ne­san­so­wa od­strze­li­ła tura, któ­ry wy­sko­czył z kniei, pró­bu­jąc ich stra­to­wać. Tej góry mię­cha nie dało się na­wet za­brać. Za­do­wo­lo­no się zro­bie­niem se­rii zdjęć i prze­sta­wie­niem ich bio­lo­gom. Ci od razu wpa­dli w eks­ta­zę. Tur czy nie tur? Może wy­ro­śnię­ty żubr? Cie­pliń­ski nie miał do tego gło­wy.

Krót­ko mó­wiąc, z naj­bliż­szej oko­li­cy wy­bi­li lub wy­pło­szy­li wszyst­ko, co bie­ga­ło na czte­rech no­gach bądź po­sia­da­ło skrzy­dła. W tym kró­le­stwie na­stał nowy wład­ca i był nim czło­wiek. Tu­byl­ców, nie li­cząc Atlan­tów w od­le­głym Ela­is, ani śla­du. Cie­pliń­skie­go to nie mar­twi­ło. Ko­ców i ko­ra­li­ków u nich do­sta­tek, w ra­zie ko­niecz­no­ści mogą spre­zen­to­wać parę sztuk dzi­ku­som.

To nie­zły po­mysł: na­le­ży utwo­rzyć od­po­wied­ni de­par­ta­ment do kon­tak­tów z miej­sco­wy­mi. Nie tyl­ko Atlan­tów miał na my­śli w tym przy­pad­ku. Żyły tu róż­ne ludy i wcześ­niej czy póź­niej przyj­dzie na­wią­zać z nimi kon­takt. Le­piej zro­bić to za­wcza­su, a nie dzia­łać na ostat­nią chwi­lę.

W gru­pie na­uko­wej kie­ro­wa­nej przez Paw­łow­ską znaj­dą się od­po­wied­nie oso­by. Do tej pory ich po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną pro­wa­dził Se­we­ryn Za­wadz­ki. Pora z tym skoń­czyć. Fa­cet prze­cho­dził sam sie­bie. Ist­ny pro­rok, alfa i ome­ga. Psia jego mać.

Suk­ce­sów nie moż­na mu od­mó­wić. Wpa­dek też. Jako pierw­szy do­my­ślił się, jak moż­na wy­ko­rzy­stać lecz­ni­cze sar­ko­fa­gi, i prze­cią­gnął wy­słan­ni­ka se­kre­ta­rza sta­nu Asha Mac­Der­mo­ta na ich stro­nę.

Z dru­giej stro­ny, wto­py z Te­reu­sem nie dało się za­mieść pod dy­wan. Nie­któ­rzy dali się za­uro­czyć Atlan­cie, któ­ry zgry­wał ich przy­ja­cie­la, a na ko­niec wy­piął się na nich. OK. Niech bę­dzie, że każ­dy może się po­my­lić.

Tfu… Gdy­by wie­dział, jak się to skoń­czy, ka­zał­by su­kin­sy­no­wi po­ra­cho­wać ko­ści.

Spo­koj­nie. Nie­po­trzeb­nie się zde­ner­wo­wał. Emo­cje nie słu­żą zdro­wiu. Jak tak da­lej pój­dzie, sam nie­ba­wem wy­lą­du­je w że­lo­wej ką­pie­li, któ­rą Atlan­ci na­zy­wa­li me­du­zą.

Me­du­za… Fe­no­me­nal­ne od­kry­cie, przy­szłość ich wszyst­kich. Dziw­ne, że nie przy­wia­ło tu ko­goś z rzą­du, chęt­ne­go, by po­ło­żyć łap­ska na kap­su­łach.

Dwor­czyk miał stu­pro­cen­to­wą ra­cję. In­for­ma­cje o bio­kap­su­łach mu­szą po­zo­stać ta­jem­ni­cą jak naj­dłu­żej. Na­wet dla tych, któ­rzy peł­ni­li służ­bę w Ar­ka­dii. Kon­cer­ny far­ma­ceu­tycz­ne na Zie­mi zro­bią wszyst­ko, aby prze­jąć, a jak się nie da, to znisz­czyć sar­ko­fa­gi. Mi­liar­do­we zy­ski skoń­czy­ły­by się już na za­wsze. Żel pod­wa­ża sens ich ist­nie­nia.

Na ra­zie ba­da­nia i eks­pe­ry­men­ty nie wy­szły poza wstęp­ny etap, a na peł­ną wie­dzę przyj­dzie po­cze­kać naj­pew­niej la­ta­mi. Nie­mniej po­stęp do­ko­ny­wał się na jego oczach.

Spra­wy me­dycz­ne ge­ne­rał odło­żył na póź­niej. Dziś mu­siał skon­cen­tro­wał się na czymś in­nym. Za­ło­ga C-130 już na nie­go cze­ka­ła. Nie mu­siał się z nimi spo­ty­kać, ale wo­lał to zro­bić, by pod­kre­ślić, jak waż­na jest ich mi­sja. Wy­ła­do­wa­ny apa­ra­tu­rą ba­daw­czą Her­cu­les la­tał na na­praw­dę da­le­kie dy­stan­se. Za parę dni będą wie­dzieć, jak wy­glą­da te­ren w pro­mie­niu ty­się­cy ki­lo­me­trów od nich.

Swo­ją dro­gą, ci lot­ni­cy i eki­pa przy kon­so­lach na­le­że­li do naj­tward­szych w Si­łach Po­wietrz­nych. Je­że­li coś się spie­przy i przyj­dzie im wy­lą­do­wać z dala od bazy, nikt nie po­spie­szy im z po­mo­cą. Czy­sty ha­zard z ko­stu­chą. Zresz­tą od­po­wied­ni wi­ze­ru­nek sta­rej se­kut­ni­cy zo­stał wy­ma­lo­wa­ny tuż za ka­bi­ną pi­lo­tów.

„Przyj­dzie śmierć i bę­dzie mia­ła two­je oczy” – ni z tego, ni z owe­go Cie­pliń­skie­mu przy­po­mniał się frag­ment wier­sza.

Zmar­twiał. Mu­sia­ła upły­nąć dłuż­sza chwi­la, za­nim otrzą­snął się z przy­gnę­bie­nia. Ostat­nio ta­kie sta­ny mie­wał co­raz czę­ściej. Nie wie­dział…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej