Kryptonim Burza - Vladimir Wolff - ebook
Opis

We wrześniu 1939 roku nie doszło do wojny. Wybuchła dopiero dwa lata później, ze zdwojoną siłą. W 1941 roku Związek Radziecki napada na Polskę. Najpotężniejsza armia w nowożytnych dziejach świata gotowa jest ponieść sztandar rewolucji aż na brzeg Atlantyku. Cztery miliony żołnierzy, dziesiątki tysięcy samolotów, czołgów, pojazdów pancernych i dział. Przeciwko czerwonym zagonom wroga wyruszają jednak znakomicie przygotowane szwadrony czołgów 7TP, wspierane przez Hurricane'y z biało-czerwoną szachownicą. Nowa książka Vladimira Wolffa obfituje w ostre walki wywiadów i spektakularne bitwy. Czy tym razem to armia radziecka będzie potrzebowała cudu? Cudu nad Wołgą.  Tom II "Operacja Pętla.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 289

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


VladimirWolff

Kryptonim Burza

Odległe Rubieże

Krzyk jeden pomknął wzdłuż granicy

I zanim zmilkł, zagrzmiały działa.

To w bój z szybkością nawałnicy

Armia Czerwona wyruszała.

Jacek Kaczmarski, Ballada wrześniowa

Mapa

PROLOG MONACHIUM

Lubił to miasto. Nie tak, jak darzy się sentymentalnym uczuciem krajobrazy z odległej przeszłości, najczęściej z dzieciństwa, będące tłem dla błahych przyjemności, które urastają po latach do szczytu wyrafinowania, a pamięć przechowuje je jak najbardziej drogocenne klejnoty. Akurat w jego przypadku nic z tych rzeczy. Jednak je lubił. Po prostu Monachium to jedno z centrów kraju, jak Berlin, Hamburg czy Drezno. Może odrobinę bardziej istotne, bo tam zaczęła się jego droga na szczyt.

Teraz z chodników, okien i trotuarów nieprzeliczone tłumy sympatyków i wyznawców narodowego socjalizmu pozdrawiały go stojącego w opancerzonym trzyosiowym mercedesie, z jakiego korzystał przy podobnych okazjach, a on wracał pamięcią do tamtych przełomowych chwil. Wówczas, podczas puczu w 1923 roku, nie wiedział, jak to się skończy. To znaczy wiedział – cel został przecież wyznaczony, należało wybrać tylko jedną z dróg wiodących do tego, czym miał stać się dla Niemiec i dla świata. Teraz był pewien, że wybrał dobrze. Już osiągnął to, o czym zawsze marzył, lecz kroczył dalej we właściwym kierunku, bo tezy zawarte w „Mein Kampf” wciąż czekały na realizację. Jej kolejny etap nastąpi już wkrótce, dlatego na obchody wielkiego partyjnego święta wyjątkowo wybrał sierpień, a nie tradycyjnie listopad.

Myśli znowu odpłynęły ku przeszłości. Jakoś nie chciał się przyznać sam przed sobą, że podjęte wówczas działania były absurdalne. Z pozoru mieli duże szanse. Komunistyczne pucze i spiski wpychały raczkującą republikę w otchłań nieustających walk, rebelii i czerwonego terroru. Wystarczyło zebrać odpowiednią grupę zdeterminowanych osób i uderzyć. To właśnie jego pomysłem było podjęcie „marszu na Berlin” wzorowanego na czynach włoskich faszystów Mussoliniego, by ustanowić silną centralną władzę. Zapleczem w tym przypadku miała być Bawaria. Pod pretekstem ulicznej demonstracji chciał zgromadzić oddziały SA, by szybko obsadzić nimi ważniejsze punkty miasta – dworzec, pocztę, mosty i dowództwo okręgu wojskowego. Plan był dobry, tylko – jak zawsze w tego typu wypadkach – wszystko poszło nie tak. Całą akcję przyśpieszono, korzystając z przemówienia Gustava von Kahra, samozwańczego generalnego komisarza Bawarii, dążącego do oderwania tego kraju związkowego od centrum. Spotkanie odbyło się w wielkiej, mieszczącej dobrze ponad trzy tysiące ludzi piwiarni Bürgerbräukeller. Z początku wszystko szło dobrze. Porwali ludzi za sobą i wyciągnęli ich na ulicę, stając na czele tak zwanej rewolucji narodowej. Nie przewidzieli jednego – reakcji policji. Na placu Odeon zagrodzono im drogę. Padły strzały. Zginęło szesnastu narodowosocjalistycznych męczenników. To wówczas chrzest bojowy przeszedł Sztandar Krwi – chorągiew traktowana odtąd jak relikwia.

Dojeżdżali już do Bürgerbräukeller. Odniósł wrażenie, że historia zatoczyła koło. Znalazł się w punkcie wyjścia. Chociaż nie. Był znacznie dalej.

Mercedes stanął tuż przy wejściu. Jeszcze raz pozdrowił tłum na ulicy, unosząc lewą rękę w pozdrowieniu. Odpowiedział mu aplauz. Zachował nieprzenikniony wyraz twarzy i chmurne spojrzenie. Niech wiedzą, że nie ulega emocjom tak łatwo. Odwrócił się i w asyście najwierniejszych z wiernych wkroczył do środka.

Wewnątrz harmider był o wiele większy. Z tysięcy gardeł wyrwało się entuzjastyczne „Heil!” na jego cześć. Tutaj nie bał się niczego. Był wśród swoich. Kilka razy przystanął, witając się z dawno niewidzianymi towarzyszami. Nad salą rozległy się pierwsze tony „Badenweilera”. Członkowie SA i SS utworzyli szpaler wiodący wprost do mównicy. Czuł się odurzony. Ani alkohol, ani narkotyki nie mogły wywołać podobnych emocji. Z tej przyczyny nie widział potrzeby używania ani jednego, ani drugiego.

Kiedy już wszedł po stopniach na podwyższenie, ponownie uniósł dłoń na znak pozdrowienia i jednoczesnej prośby o ciszę.

– Przybyłem do was na kilka godzin, by w waszym gronie wspominać ów dzień, który dla nas, dla ruchu, a tym samym dla całego naszego wielkiego narodu był dniem o najwyższym znaczeniu.

Entuzjazm bojowników narodowego socjalizmu sięgnął zenitu. Drżało wszystko – a najbardziej jego serce. Wiedział bowiem coś, o czym oni nie mieli bladego pojęcia. Powód, dla którego listopadowe uroczystości przeniesiono na sierpień, był jeden: jesienią nie będzie już na nie czasu. Za parę dni Wehrmacht przekroczy polską granicę. I w tej wojnie nie będzie sam. W Moskwie zapadały ostatnie ustalenia. Piastujący urząd sekretarza generalnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Józef Wissarionowicz Stalin nad wyraz chętnie przymierzał się do sojuszu. Pierwsze jaskółki wzajemnego zrozumienia przyniosła wiosna. On zrezygnował z antysowieckiej i antykomunistycznej retoryki, a Moskwa nie naciskała zbyt mocno na rozmowy z delegacją Wielkiej Brytanii.

Dosłownie wczoraj zawarto niemiecko-sowiecki układ handlowy, a wizyta ministra spraw zagranicznych Joachima von Ribbentropa miała przypieczętować trwałe porozumienie. Kiedy już do niego dojdzie, nowy podział Europy stanie się faktem. Jak na razie wszystko na to wskazywało. Stalin nie pozostawał obojętny na umizgi i aluzje. Wiedział równie dobrze jak on, że pokoju nie da się utrzymać wiecznie. Zresztą, co znaczy pokój? Nic innego, jak tylko stan przejściowy pomiędzy jednym konfliktem a drugim. Do tej pory wygrywał dzięki żelaznej zasadzie: nie ustępował, parł do przodu jak taran, zmiatając pomniejsze przeszkody z drogi. Austria, Sudety, Czechosłowacja – to dopiero początek. Wojna z Polską da odpowiedź na zasadnicze pytanie – jak przygotowana jest niemiecka armia. Te wszystkie nowinki wdrażane przez generałów, począwszy od nowych rodzajów sprzętu po zupełnie nowatorską doktrynę wojenną... No cóż, zobaczymy, co z tego wyniknie.

Od dawna trapił go – i nie tylko jego – problem ze wskazaniem właściwego przeciwnika na początek: Polska czy Francja? Wybór tylko na pozór był prosty. Paryż wydawał się o wiele większym zagrożeniem. Z nowoczesną, zmotoryzowaną armią i rozbudowanym lotnictwem, zapewne okazałby się trudnym rywalem. Nagły i niespodziewany atak stawiał co prawda Wehrmacht w lepszej pozycji, jednak wiadomo było, że Francuzów wesprze Warszawa. Polacy nie usiedzą w miejscu, o nie. Związani z Paryżem sojuszem wojskowym, na pewno przystąpią do działania. Od dawna słyszał pogłoski, że chcą to zrobić wręcz prewencyjnie, ale na konkretne informacje jego ludzie jakoś nigdy się nie natknęli. Wniosek płynął z tego jeden – albo konkrety znała jedynie garstka osób, albo ich w ogóle nie było. Jakoś nie miał ochoty sprawdzać tych plotek i ostrzeżeń, więc na pierwszy ogień musiała pójść Polska. Zobaczymy, jakie działania podejmie Paryż i Londyn, by wesprzeć sojusznika...

Podjął przerwany wątek, uderzając w podniosły ton:

– Walczymy o bezpieczeństwo naszego narodu, o naszą przestrzeń życiową, o to, żebyśmy nie musieli słuchać gdakania innych. Wojna może trwać, ile będzie trzeba. Niemcy nie skapitulują nigdy! Pokażemy tym panom, do czego jest zdolny osiemdziesięciomilionowy naród. Pokażemy naszą potęgę!

Jeszcze kończył zdanie, a salą już wstrząsnął burzliwy aplauz. Pozwolił sobie na lekki uśmiech. Prawie dobrnął do końca. Jeszcze mocna pointa i pora wracać do Berlina, gdzie czekały niedokończone sprawy. Nabrał powietrza do płuc, kiedy wskazówki zegara dobiły do 21.20. Tego, co chciał powiedzieć, już nie dokończył. Jakaś straszliwa siła cisnęła nim o mównicę i sterczące z niej mikrofony, bo przemówienie transmitowało na żywo niemieckie radio. Zanim zdołał zasłonić twarz rękoma, zmiotło go z podium razem z deskami, kablami, pulpitem i kawałkami gruzu. Przez głowę przeszła mu myśl, by spojrzeć za siebie, gdzie udrapowana krwiście czerwona flaga z białym kołem i wpisaną w środek swastyką kryła filar piwiarni. Nie zdążył. Ważący tonę fragment stropu oraz balkon, na którym zasiadali starzy bojownicy, runął z łoskotem, grzebiąc Führera tysiącletniej Rzeszy i jego sny o potędze.

1 WARSZAWA

Do środka dochodziło mało światła – tyle tylko, ile przedarło się przez niewielkie prostokątne otwory pod sufitem. Niektóre z nich otwarto, dwa czy trzy wybite pełniły funkcję dodatkowych wywietrzników, a i tak zaduch panujący w pomieszczeniu był trudny do wytrzymania. Resztę przestrzeni oświetlały gołe żarówki zwisające na kablach. Bez nich mrok okryłby piwniczne katakumby, a widzowie niewiele by dostrzegli. W takich warunkach trudno mówić o przytulności, lecz nie o nią tutaj chodziło. Bo czy można wyobrazić sobie walkę sezonu toczoną w klimatyzowanej sali przy widzach ubranych w najlepsze świąteczne ubrania i wymieniających ciche uwagi? Nie. Jego wyobraźnia nie sięgała tak daleko. Zresztą, co by to była za przyjemność. Prawdziwe emocje pojawiały się pomiędzy odrapanymi i pokrytymi liszajami ścianami, skąd wyniesiono na zewnątrz większość szaf i sprzętów, aby zrobić więcej miejsca dla koneserów tego najbardziej szlachetnego ze wszystkich sportów.

– Lewym go! Lewym i unik!

Dobre rady latały w powietrzu niczym najnowsze osiągnięcia polskich konstruktorów lotniczych. Stojąc pośród nich, można było odnieść wrażenie, że entuzjaści boksu są najbardziej krwiożerczymi stworzeniami na ziemi.

– Unik, mówię! Ehm...

Otyły jegomość w kaszkiecie i wyświechtanej kamizelce nagle poderwał obie ręce do góry. Elegant w płaszczu z laseczką w porę odchylił się do tyłu, przestawiając nogę tak nieszczęśliwie, że nadepnął kogoś stojącego za nim.

– No coś pan...

Bąknął niewyraźne przeprosiny, starając się nic nie uronić z obserwowanego widowiska.

Tłum zafalował, kiedy jeden z zawodników przyparł drugiego do narożnika i obsypał gradem ciosów.

– Dobij go! Dobij go!

Sympatia około pięciuset widzów wyraźnie znajdowała się po stronie miejscowego osiłka i dotychczasowego czempiona warszawskiego Powiśla. Jego przewaga była widoczna już na pierwszy rzut oka. Cięższy o dobre kilka kilogramów, imponował potężnymi ramionami wyrobionymi od dźwigania cegieł na budowach, chociaż sięgające kolan spodenki skrywały cieniutkie nóżki. Pod koszulką na ramiączkach wyraźnie rysował mu się brzuch, którego mięśnie najwyraźniej nie chroniły korpusu, ale nie było to potrzebne – jak dobrze pójdzie, wykończy przeciwnika w trzeciej rundzie i zostanie głównym pretendentem do tytułu mistrza stolicy.

Niestety. Gong obwieścił koniec rundy i zawodnicy rozeszli się do narożników, to znaczy dryblas oderwał się w końcu od maltretowanej ofiary. Rozdając całusy i pozdrowienia szalejącej publiczności, zrobił triumfalne kółko po ringu, a chłopiec do bicia tymczasem powlókł się w stronę trenera i sekundantów. Nie patrzył na nikogo. Z twarzy ściekał mu pot. Zlepione ciemne włosy opadały strąkami na czoło. Kiedy już wypluł ochraniacze na zęby, przy okazji rozbryzgując kropelki krwi, widać było potworne zmęczenie. Brał baty. To zdecydowanie nie był przeciwnik dla niego. Wyglądał na studencika o większym zacięciu do książek niż do boksu. Ściągnięte cierpieniem oblicze nie pozostawiało wątpliwości, jak to wszystko się zakończy.

– Już po walce – zawyrokował grubasek, odwróciwszy się do eleganta, którego chwilę wcześniej o mało nie znokautował.

– Tak pan myśli? – odparł elegant bardziej z grzeczności niż z chęci podtrzymania rozmowy.

– Panie, nie takie walki oglądałem.

– Naprawdę?

– Kogo oni tu przysłali? – biadolił dalej właściciel kamizelki i kaszkietu. – Aż dziw, że ustał tyle.

– Dobrze pracuje na nogach – ostrożnie stwierdził elegant.

– A co mu to da? Tu, panie, trzeba mieć cios. Rozumiesz pan? Bez tego ani rusz.

– Rozumiem.

Dalsze dywagacje przerwało wezwanie do walki.

Sędzia w białej koszuli i czarnej muszce pod szyją dał znak i przeciwnicy skoczyli ku sobie. Miejscowy, wykorzystując dobrą passę, postanowił definitywnie zniszczyć studencika. Od początku nastawiony na atak, znowu ruszył jak szarżujący buhaj. Pracował głównie lewym prostym. Po paru ciosach, kiedy już zdawało się, że to koniec, mocno poobijany adwersarz nieoczekiwanie przystąpił do kontrataku. Za cel wybrał korpus. Parę trafień w otłuszczony brzuch wystarczyło, żeby garda osiłka odruchowo zjechała w dół, chroniąc bolące miejsce. Przeciwnik natychmiast to wykorzystał. Prawy sierpowy uderzył z siłą młota raz i drugi. To jeszcze dało się wytrzymać, ale lewego prostego w szczękę już nie. Dla zawodnika Powiśla światła zgasły. Ciało osunęło się na deski z głuchym stęknięciem.

Publika początkowo zamarła. Nie do wszystkich od razu dotarło, co się stało. Musiała upłynąć dobra chwila, zanim nieliczne ciche wiwaty przeszły w pozbawione entuzjazmu brawa, zagłuszane gwizdami zawiedzionych. Walka była niczego sobie, tylko pechowy koniec nie pozwalał w pełni się nią cieszyć. Sędzia ogłosił wynik. Ręka studenta, wciąż jeszcze w rękawicy, poszybowała do góry w geście ostatecznego zwycięstwa.

Elegancik zmrużył oczy, łagodnie uśmiechając się pod nosem. Wynik pojedynku jakoś szczególnie go nie zaskoczył. Dziwne raczej, że trwało to aż tak długo. Przewidziane pięć rund większości wydawało się trochę na wyrost, bo prawie we wszystkich zakładach stawiano na miejscowego pięściarza. To jednak był boks i wszystko mogło się zdarzyć, czego nie potrafiło zrozumieć kilku z tych, którzy stracili pieniądze, ani miejscowa żulia wciąż domagająca się zmiany werdyktu.

Przeciwnicy zeszli w końcu z podestu i znikli pomiędzy sekundantami i trenerami. Widzowie powoli ruszyli w drugą stronę. Na zewnątrz prowadziły tylko jedne drzwi i chcąc nie chcąc, tłum skłębił się jeszcze bardziej. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Zwłaszcza lepkie palce kieszonkowców potrafiły wyczyniać cuda, a szansa na odzyskanie utraconego portfela czy zegarka była bliska zeru.

Szykowny koneser boksu przepchnął się w końcu przez ciżbę i wyszedł na ulicę. Znalazł się na Kasztelańskiej. W najbliższym sąsiedztwie ciągnęły się wyłącznie magazyny, dopiero po kilkuset metrach przechodzące w dziewiętnastowieczne czynszowe kamienice. O złapaniu dorożki w takim miejscu nie było co myśleć. Ruszył żwawo w kierunku centrum, pozostawiając za sobą większość towarzystwa. Podkute blaszkami zelówki stukały miarowo o bruk, podobnie jak laska, którą energicznie wymachiwał – ze stalowym okuciem na końcu i srebrną rączką w kształcie głowy orła.

Doszedł do pierwszej kamienicy, zastanawiając się nad najlepszym skrótem. Przez Karową powinien szybko dojść do bardziej zaludnionych okolic.

– Przepraszam, szanowny pan ma ogień?

Za dnia, i to o wczesnej porze – dopiero dochodziła szesnasta – dwóch obwiesiów stało w mroku pomiędzy ścianami domów. Elegant spojrzał za siebie – nikogo. Przed nim tak samo.

– Akurat tak się składa, że nie – zaryzykował odpowiedź.

– Nie szkodzi, weźmiemy co łaska – odrzekł wyższy z meneli.

W końcu wyszli z cienia. W brudnych marynarkach i poplamionych spodniach wyglądali na świeżo oderwanych od prac interwencyjnych organizowanych przez premiera Składkowskiego. Wokół nich unosił się alkoholowy odór przemieszany ze smrodkiem niemytych ciał. Ich wiek był trudny do określenia. Zarośnięte twarze mogły należeć zarówno do trzydziestolatków, jak i do osób o dwadzieścia lat starszych. Na dobrą sprawę, gdyby teraz zaczął biec, nawet by nie spróbowali pościgu. Wyglądali na takich, co wolą przestraszyć ofiarę samym swoim wyglądem, niż gonić ją po opłotkach. Rozważył pomysł wręczenia obu drobnej kwoty, ale zaraz przyszła refleksja – po pierwsze: dlaczego miałby to robić, po drugie: kto powiedział, że parę złotych wystarczy. Uciekać również nie chciał. To absolutnie nie leżało w jego charakterze.

– Najlepiej będzie, jak już pójdę.

– Zaraz, zaraz. Nie tak szybko.

Wyższy stanął przed nim, a kurduplowaty odciął mu drogę odwrotu.

– Chcecie wylądować u przewodnika?

– Nie strasz.

W dłoniach stojącego przed nim mężczyzny błysnął rzeźnicki nóż.

– Wyskakuj...

Reszta zdania zamarła w gardle bandyty, kiedy laska użyta jako pałka trafiła go w skroń, momentalnie pozbawiając agresora przytomności. Nóż poleciał w błoto, a tuż za nim jego właściciel. Zwód w bok i okucie ze świstem poszybowało w górę.

– Ładnie tak nagabywać obcych? – zapytał niższego z dwójki napastników.

Na paskudnej gębie odbiło się zdumienie. Gardło wychrypiało coś niezrozumiałego, pomiędzy „uhmm” a „ehhyy”.

– No, mów – zachęcił go elegancik.

– Nic.

– Tak mi się wydawało.

Pastwienie się nad słabszym to równie paskudna cecha charakteru jak ubliżanie bliźnim.

– Idź już i zabierz kolegę.

Odwrócił się, nie spodziewając ataku. I tu popełnił błąd. Widać miłosierdzie powinno mieć granice. Pchnięcie w plecy sprawiło, że poleciał do przodu, ledwie łapiąc równowagę. Nie docenił zasrańca. Dla pewności skoczył w przód, by zachować dystans. Kurdupel próbował podciąć mu nogi. O nie, bratku, nic z tego. Laska ponownie zaśpiewała pieśń bólu i trafiła w środek głowy napastnika. Teraz stanął pewnie na obu nogach i poprawił, waląc na odlew przez grzbiet, aż stęknęło. Podobna przygoda spotkała go dawno temu, jeszcze... No, nieistotne. Na wspominki przyjdzie pora później.

Przejrzał kieszenie obu nieprzytomnych mężczyzn w poszukiwaniu dokumentów. Istniała szansa, co prawda niewielka, że to nie zwykli kryminaliści, ale ludzie przez kogoś nasłani, chociaż żenująco amatorski poziom napadu na razie nie wskazywał na jakichś zleceniodawców. Niestety, nie znalazł nic poza paroma złotymi w bilonie, lepiącym się od brudu grzebieniem i wyszczerbioną brzytwą. Zostawił wszystko obok nieprzytomnych napastników. W przelocie sprawdził godzinę na chronometrze przytwierdzonym misterną dewizką i ukrytym w kieszonce kamizelki. Jak na tak wczesną porę, sporo dzisiaj widział i zrobił.

W końcu otrzepał dłonie i nieco utykając na lewą nogę, poszedł przez siebie. Rwący ból kostki odezwał się zupełnie niespodziewanie. Chyba krzywo stanął, na co w trakcie walki nie zwrócił uwagi. Trudno. I tak wykpił się tanim kosztem. Dobrnął w końcu w bardziej cywilizowane rejony i rozejrzał się za środkiem transportu. Oczywiście, jak na złość, nic nie jechało. Na dodatek pomiędzy rzucającymi głęboki cień murami zrobiło się nieprzyjemnie zimno. Po długiej i nad wyraz mroźnej zimie przełomu 1940 i 1941 roku wiosna jakoś nie chciała przyjść. Tych parę ciepłych dni sprawiło jedynie, że spod śniegu usypanego w wielkie pryzmy zaczęła się sączyć woda, tworząc gigantyczne, zamarzające nocą kałuże. Z dachów jak stalaktyty zwisały olbrzymie sople lodu, grożąc natychmiastową śmiercią każdemu, kto nieopatrznie stanie pod nimi, kiedy będą z trzaskiem spadać.

Przez bójkę nie zauważył zaschniętych plam błota na płaszczu. Wielka szkoda, że tak upaćkał okrycie. Wanda znów będzie miała pretensje. Jak on to u niej lubił... Co najmniej jakby to ona sama wykonywała wszystkie domowe prace, a nie gosposia. Ach, Wanda... Jako nowoczesna kobieta przez jakiś czas piastowała stanowisko redaktorki najstarszego polskiego czasopisma dla pań „Bluszcz”. Znała się na tym, ale prawie zawsze robiła coś zupełnie przeciwnego, niż powinna. To niesamowite, jak szybko potrafiła zmieniać zdanie. Podobne zachowanie w jego fachu uznano by za skrajnie nieodpowiedzialne. Przez nią o mało nie stracił posady. To znaczy właściwie ją stracił, lecz przywrócono go do służby, kiedy wszyscy zaczęli trząść portkami ze strachu. Do obrażonej żony ministra Becka dotarł w końcu prosty fakt, że osobiste animozje muszą zostać odsunięte na bok w sytuacji, gdy stawką jest los całego państwa i niezawisłość kraju. Cokolwiek by mówić, urazy pozostały i odbijały się czkawką podczas spotkań towarzyskich. Obie panie unikały się jak ognia i obgadywały ile wlezie na wszelkiego rodzaju rautach i balach, obu zaś mężom – skoro nie byli w stanie nic z tym zrobić – pozostało tylko zachowywać stoicki spokój.

W końcu zauważył dorożkę i gwizdnął na fiakra.

– Moniuszki 8.

– Jak łaskawy pan każe.

Świsnął bat i zabiedzona szkapina truchtem pociągnęła brukowanymi ulicami kolebiącą się na resorach dryndę. Stukot podków o bruk usypiał i gdyby nie zimno wciskające się za poły płaszcza, gotów był usnąć na wytartej kanapie. Przez chwilę chciał poprosić woźnicę o postawienie budy, ale w końcu zarzucił ten pomysł. Jeszcze kilkaset metrów i będą na miejscu.

Przed wejściem do Adrii kręciło się niewiele osób.

– Tadeusz! Tutaj!

Najwyraźniej już na niego czekano. Wręczył dorożkarzowi pięć złotych i zszedł na chodnik, gdzie od razu wpadł w objęcia kolegi.

– Władek, witaj!

– Jak było?

– Widziałem jednego z twoich orłów w akcji.

– Bagińskiego?

– Tylko on dzisiaj walczył.

– Dał radę?

– Dopiero w trzeciej rundzie.

Pomaszerowali w kierunku wejścia do lokalu, nie przerywając ożywionej rozmowy.

– W trzeciej? – w głosie Władysława Kalkusa zabrzmiało rozczarowanie. – Myślałem, że jest lepszy.

– Moim zdaniem to tylko taka poza – wyjaśnił elegant. – Trochę pobawię się z przeciwnikiem, a kiedy już utwierdzę go w przekonaniu, że jest dobry, spuszczę mu łomot, aż miło.

– A jednak... – Kalkus nie wyglądał na przekonanego. – Po co to wszystko?

– Taktyka. Czasami się przydaje. No, chyba że jesteś zwolennikiem frontalnego ataku.

– Stolik mamy w kącie, tak jak chciałeś – kiedy już przeszli przez szatnię, Kalkus pociągnął towarzysza w odpowiednim kierunku.

Przed nimi rozpostarło się obszerne wnętrze Adrii, ulubionej restauracji warszawskiej socjety, przepełnione blaskiem philipsowskich lamp, gwarem rozmów i śmiechów, kłębami szarosinego dymu z papierosów, cygaretek, fajek i cygar. Przebili się skrajem głównej sali pomiędzy stolikami, gdzie zabawa trwała już w najlepsze, a pustymi miejscami z oznaczeniem rezerwacji.

Spotkanie w takim lokalu nie miało w sobie nic z konspiracji, po prostu chciał pogadać, najlepiej nieformalnie. Oczywiście, mógł zaprosić do swojego biura zarówno generała brygady Władysława Kalkusa, dowódcę polskiego lotnictwa w Ministerstwie Spraw Wojskowych, jak i generała brygady Józefa Zająca, inspektora lotnictwa i naczelnego dowódcę lotnictwa i obrony przeciwlotniczej, jednak w tym przypadku wolał rozmowę na zupełnie prywatnym gruncie.

Obaj lotnicy, przybyli do Adrii prosto ze swoich urzędów, zadawali szyku pełnym umundurowaniem. Tylko on występował po cywilnemu, chociaż również miał stopień generalski. Awans otrzymał zupełnie niedawno, zaledwie pół roku wcześniej.

Przywitał się z inspektorem lotnictwa, wymieniając mocny uścisk dłoni.

– Nie wyglądasz najlepiej – Zając pierwszy zaobserwował lekkie podenerwowanie organizatora spotkania, Tadeusza Pełczyńskiego, szefa Oddziału II Sztabu Głównego, czyli wywiadu i kontrwywiadu.

– Mała przygoda.

– O czym mówisz?

– Napadli mnie, gdy wracałem z walki – nie chciał wchodzić w szczegóły. – Trzy wódki – to do kelnera.

– Zameldowałeś, komu trzeba?

– Po co?

– To może być sprawa polityczna – Kalkus nie mógł usiedzieć na miejscu.

– Daj spokój, Władek – Pełczyński machnął ręką, wodząc wzrokiem po parkiecie. – Niedługo byle bijatykę podciągniemy pod wybryk natury politycznej.

– Swoją drogą, sprawcom należy się kara.

– Już ją odebrali.

Garson, zręcznie balansując tacką, przyniósł i postawił przed każdym z nich mocno zmrożone kieliszki z wódką Baczewskiego. Za nim przyszedł kierownik sali i wręczył im menu, wychodząc ze słusznego założenia, że nie przyszli tutaj wyłącznie na pogawędkę.

– Służę uprzejmie.

– Jeszcze raz to samo – zaproponował Kalkus.

– Pewnie – ochoczo podchwycili pozostali. – Nad resztą się zastanowimy – na razie zbyli kelnera.

– A teraz powiedz, po co ci Bagiński? – zapytał inspektor. – Chcesz nam podebrać chłopaka, a to prawdziwy zdolniacha.

– Właśnie takiego potrzebuję – Pełczyński podsunął sobie popielniczkę, drugą ręką szukając papierosów. – Jest dobrym zawodnikiem...

– Raczej nie dlatego. Podobnych możesz mieć na kopy – nie dał mu dokończyć Zając.

– Skończył politechnikę z czołową lokatą i Szkołę Podchorążych Lotnictwa. Specjalizacja – silniki lotnicze. Taki młody, a zdążył już wziąć udział w próbach dokończenia nieszczęsnego silnika Foka i w pracach studyjnych nad motorami Waran czy Legwan, a po godzinach jeszcze przynosił herbatę konstruktorom turbiny gazowej do silnika Cirrus – szef wywiadu znakomicie orientował się w zawiłościach lotniczego żargonu. Sprawnie się nim posługiwał, co nieraz wprawiało rozmówców w zakłopotanie.

– Trochę o tym słyszałem – odparł niepewnie generał Zając.

Tłokowy silnik Foka do zabudowy na PZL-38 Wilk niestety nie stanowił przełomu, gorzej – okazał się kompletną klapą. W dodatku garbata konstrukcja płatowca najwyraźniej była za ciężka jak na ten napęd. Kilka latających egzemplarzy myśliwca pościgowego, jak sklasyfikowano maszynę, mogło tylko stać się materiałem wyjściowym dla kolejnych konstrukcji. Z tego, co pamiętał, nosiły one nazwy Lampart i Ryś. Jednak nie to stanowiło główny przedmiot zainteresowania szefa wywiadu. Od 1932 roku w Warsztatach Doświadczalnych Państwowych Zakładów Inżynierii „Ursus” zespół konstruktorów prowadził prace nad pulsacyjnym silnikiem odrzutowym. Eksperymenty to wszczynano, to przerywano, w zależności od funduszy. Faktem było jednak, że młody Bagiński brał w nich czynny udział. Co prawda jako pomocnik, ale zawsze. Tę wiedzę można było wykorzystać zupełnie gdzie indziej. Od paru miesięcy do II Wydziału docierały pogłoski o próbach w locie samolotu o wyjątkowych parametrach – i to skąd? Ano z samej Moskwy. Zdecydowanie należało się przyjrzeć tej sprawie z bliska. Rzecz w tym, że pierwszy lepszy wywiadowca bez odpowiedniego przygotowania technicznego na pewno nie sprostałby zadaniu. Co innego specjalista pokroju Bagińskiego. Akurat nadarzała się znakomita okazja – do polskiej ambasady w Moskwie miał zostać oddelegowany nowy attaché. Poprzednika Sowieci odesłali jeszcze w 1940 roku pod zarzutem – jakżeby inaczej – szpiegostwa. Po konsultacjach i namysłach zdecydowano się na olimpijczyka i kawalerzystę majora Henryka Dobrzańskiego, wychodząc z założenia, że koniarz, na dodatek tak utytułowany, znajdzie wspólny język z „czerwonymi specjalistami od szabli” Budionnego. Od nich już tylko krok do kremlowskiej wierchuszki. No, zobaczymy. W każdym razie nic nie stało na przeszkodzie – przynajmniej taką miał nadzieję – aby Dobrzańskiemu wysłać małą pomoc w osobie podporucznika Marka Bagińskiego. Chłopak miał łeb na karku i silne pięści, co właśnie udowodnił. Na dodatek doskonale znał język dzięki niańce, która pochodziła z Kijowa, skąd wyszła z polskim wojskiem w 1920. Jeżeli nie on, to kto? Nikt inny nie przychodził Pełczyńskiemu do głowy.

Orkiestra Petersburskiego zagrała pierwszy tego wieczoru utwór, rozmowy nieco przycichły, a na obrotowej scenie rozpoczęły się występy. Zupełnie nie miał głowy do takich rzeczy. Ledwie trawił smętne tony zawodzącej artystki, nawet słynna pieśń Ordonówny zapewniająca, że „miłość ci wszystko wybaczy”, szlagier już kilku sezonów, pozostawiała go obojętnym. Za to obaj lotnicy, wręcz przeciwnie, zamarli zasłuchani i wpatrzeni w pieśniarkę.

Nie chciał im przerywać. Obracając w palcach pusty kieliszek, odpłynął myślami do gorącego sierpnia 1939 roku. Ciekawe, jak by to się wszystko skończyło, gdyby nie Georg Elser i mechanizm zegarowy, który ten stolarz umieścił w filarze pewnej monachijskiej piwiarni. Wszyscy byli zgodni co do jednego – wojna wisiała wtedy na włosku. Mimo że nie pełnił wówczas funkcji szefa wywiadu, czasowo odsunięty na boczny tor, wiedział, jak ogromne siły zostały skoncentrowane na granicy. Nie wykonuje się takich ruchów wyłącznie w celu przestraszenia przeciwnika. Musiało iść za tym coś więcej. Naczelny wódz Śmigły-Rydz rozważał przeprowadzenie powszechnej mobilizacji, która miałaby odstraszyć Hitlera. Na dodatek z drugiej strony, ze wschodu, dochodziły wyraźne sygnały, że Sowieci mają zamiar przyłączyć się do ataku. Stalin, jakikolwiek by był, wyglądał na zręcznego polityka lubiącego wyciągać kasztany z ognia cudzymi rękoma. Po śmierci niemieckiego Führera nieco się przyczaił, ale z jego strony wciąż trzeba było się spodziewać najgorszego. Na szczęście w świadomości polskich polityków również dokonał się przełom. Przyznane kredyty przekazano na zakup sprzętu dla armii i lotnictwa. To dzięki temu udało się sfinalizować umowę na dostarczenie stu sześćdziesięciu myśliwskich maszyn Morane-Saulnier MS.406 i stu lekkich bombowców Fairey Battle, co wydatnie wzmocniło siły powietrzne. Pierwsze transze przekazano jednostkom już w połowie września. III Dywizjon Brygady Pościgowej uzbrojono w nowe myśliwce Hawker Hurricane. Testowano również angielskie maszyny typu Supermarine Spitfire. Jeszcze jesienią zdecydowano się kupić kolejnych kilka sztuk i jednego, i drugiego typu. Akurat na tych kwestiach znał się słabo. Prawdziwi specjaliści siedzieli obok, zasłuchani w rzewne rzępolenie. Na takie tematy mogli rozmawiać godzinami. To głównie od nich zależało wycofanie z linii niespełniających wymagań P.7 oraz zatrzymanie w kraju części przygotowanych na eksport PZL P.24. Całkowicie zrezygnowano z przestarzałych LWS-4 Żubr, Fokkerów F VII i sporej części PZL-23 Karaś, na ich miejsce wprowadzając Fairey Battle i nowe typy Łosi. Jeżeli dodać do tego przyśpieszenie prac nad lekkim bombowcem PZL-46 Sum, myśliwskim Jastrzębiem i obserwacyjną Mewą, to polskie lotnictwo właśnie zyskiwało zupełnie nową jakość. I nie chodziło tutaj o pojedyncze latające prototypy, lecz o rozpoczynającą się produkcję seryjną. Natomiast aż do sierpnia 1939 roku nie było najmniejszych szans, żeby zdążyć ze wszystkim. Frachtowce „Lassell” i „Clan Menzies”, które już wyszły z Liverpoolu, w związku z napiętą sytuacją skierowano do Rumunii, biorąc pod uwagę możliwość zablokowania przez Kriegsmarine portu w Gdyni.

Mimo buńczucznych zapowiedzi w stylu „Silni, zwarci, gotowi!”, „Swego nie damy, wroga zwyciężymy!” czy piosenki:

Marszałek Śmigły-Rydz,

Nasz dzielny, drogi wódz.

Nikt nam nie zrobi nic,

Nikt nam nie weźmie nic,

Bo z nami Śmigły, Śmigły

Marszałek Śmigły-Rydz

prawda była taka, że dostalibyśmy w tyłek po paru tygodniach. Nikt nie chciał słuchać głosów rozsądku, chociażby zastępcy szefa Sztabu Głównego pułkownika Jaklicza. Panowała atmosfera tryumfu, jakbyśmy co najmniej już wdeptali Wehrmacht w piach, a polskie jednostki stały u bram Berlina. Sam marszałek nawet w poufnych rozmowach kreślił nader optymistyczny scenariusz wydarzeń, zakładający zmasowany atak Niemców i być może niekorzystną pierwszą fazę wojny, po której jednak zaraz nastąpi silna riposta zmobilizowanej do tego czasu Francji i sojuszniczej Anglii. W teorii może i brzmiało to realistycznie, praktyka jednak wyglądała zupełnie odmiennie.

Pieśniarka w końcu zakończyła występ, żegnana gromkimi brawami, a obaj dowódcy lotnictwa wrócili na ziemię z obłoków emocji, w których przed chwilą bujali.

– Niesamowita... – westchnął naczelny inspektor obrony powietrznej. Kalkus tylko przewrócił oczami. Pełczyński wolał sprowadzić rozmowę z powrotem na bardziej rzeczowe tory, przynajmniej na te parę minut, nim orkiestra znowu nie zacznie grać.

– Nie interesują was postępy Sowietów w dziedzinie silników lotniczych?

Pytanie natychmiast przyciągnęło uwagę pilotów.

– Mamy rzucić Bagińskiego na pożarcie? – westchnął generał Zając.

– Po pierwsze – nikt go nie zna. Pochodzi spoza środowiska, co jest atutem...

– I tak, i nie – generał Kalkus zmarszczył brwi. – Większość sztuczek, które dla ciebie są abecadłem, dla takiego oficerka może się okazać zupełnie nowa. Pewnie da się wrobić w pierwszą lepszą prowokację.

– Posłuchaj, Władek... – Pełczyński powstrzymał dalsze obiekcje kolegi. – Zanim wyszkolę specjalistę o podobnej wiedzy, upłyną miesiące, a druga taka okazja nieprędko się zdarzy. Sowiety to nie jest normalny kraj.

– Eee...

– Nie machaj mi tu ręką. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że tam nawet w ruchu wewnętrznym obowiązują paszporty! Ma to na celu powstrzymanie napływu chłopów do miast, lecz skutek jest taki, że każda nowa osoba jest od razu zauważana, a jej obecność odnotowuje policja i NKWD.

– Nie jest chyba aż tak źle?

Nie bardzo wiedział, co na to odpowiedzieć. Na samym początku sam z niedowierzaniem przyjmował meldunki napływające do Referatu Wschód. Wiedział, że Rosja sowiecka to państwo totalitarne jak żadne inne, gdzie wszystko odbywa się pod ścisłą kontrolą partii bolszewickiej. Nawet Niemcy Göringa nie mogły się z nią równać, chociaż potrafił wskazać wiele podobieństw. Gdyby nie śmierć poprzedniego Führera, sprawy w III Rzeszy zaszłyby pewnie znacznie dalej, a tak Niemcy co prawda dalej gotują się w sosie narodowego socjalizmu, jednak teraz ma on oblicze dobrotliwego premiera Prus, marszałka Luftwaffe, a obecnie kanclerza. Z nim przynajmniej daje się jakoś porozumieć.

Pełczyński doskonale pamiętał wizytę czeskiego prezydenta Emila Háchy w Warszawie podczas gorącego lata 1939 roku, kiedy to pod naciskiem Francji zdecydowaliśmy się w końcu związać sojuszem z Pragą. Po niespodziewanej śmierci Hitlera poczuliśmy się na tyle silni, by zdecydowanie tupnąć nogą. Czesi co prawda nie odzyskali tego, co utracili w 1938, ale mając za plecami przyjazną im Polskę, usztywnili stanowisko wobec Berlina.

Sojusz z Pragą nie wychodził nam jednak na dobre i odbijał się czkawką. Szczególnie Budapeszt, jeden z naszych najlepszych partnerów, przyjął z niesmakiem zbliżenie Warszawy z kolejnym po Rumunii państwem należącym do antywęgierskiej Małej Ententy. Na szczęście – albo i na nieszczęście, jak twierdzili niektórzy – Polska stała się jednym z głównych rozgrywających w tej części świata i wszyscy musieli się z nią liczyć. Wskutek jej zabiegów zaczęło powstawać coś na kształt wymarzonej przez Piłsudskiego federacji. Zaczynając od Estonii i Łotwy na północy – pomijając Litwę – poprzez Czechy, Słowację, Węgry i Rumunię, powoli i w wielkich bólach, pomimo wielkich wzajemnych animozji, tworzył się jeden organizm federacyjny z Polską jako liderem. Następna dekada miała okazać się decydująca dla funkcjonowania owego eksperymentalnego jeszcze tworu.

– Trudności, jakie napotykamy, starając się zinfiltrować rosyjskie społeczeństwo lub chociażby do niego przeniknąć, są olbrzymie. W zaufaniu powiem, że wysłaliśmy w ciemno paru agentów... Sami ochotnicy – zastrzegł zaraz Pełczyński. – Wszelki słuch po nich zaginął. Rozumiecie? Nie mamy żadnego sygnału, co się z nimi stało. Czy są w więzieniu, czy gryzą piach. Nic, absolutnie nic nie wiadomo.

Obaj lotnicy nie zdawali się szczególnie przejęci. Te problemy zupełnie ich nie dotyczyły. Co tam gra wywiadów, skoro w głowach mieli modernizację sił powietrznych, która czasami przekraczała siły i zdolności i jednego, i drugiego.

– Jeżeli chłopakowi coś się stanie... – zastrzegł Kalkus.

– Niczego nie obiecuję. Zresztą, o ile wiem, w Dęblinie produkujecie takich na pęczki.

– Dopiero co udowadniałeś, że ten jest wyjątkowy. Zresztą, od kiedy szkolimy naszych przyjaciół – Kalkus wymownie zerknął na kolegę – unikam wizyty w tamtych okolicach.

– Tłok?

– Stare sale dydaktyczne przestały wystarczać. Jest taki ścisk, że nie masz pojęcia.

– Kursanci z zagranicy chyba płacą za naukę?

– Owszem, płacą, ale nie na wszystko starcza, a postawienie nowego budynku koszarowego nie jest tanie – Kalkus niczym buchalter zaczął wyliczać koszty. – Samoloty, szkolenie, instruktorzy, paliwo. Wszyscy chcą być pilotami, gorzej z obsługą radia, nawigatorami, bombardierami, strzelcami pokładowymi, o mechanikach nie wspomnę. Popularne czasopisma napędzają koniunkturę. Zresztą sam wiesz, co ci będę mówił.

Pełczyński powoli skinął głową. Problemy, o których mówił generał, wpisywały się w smutną prawdę, że ciągniemy cały ten wózek. Chcieliśmy? To mamy. Na dłuższą metę ekonomicznie nie damy rady, chociaż kto wie. Minister Kwiatkowski w każdym razie był dobrej myśli, a podczas przemówień tryskał optymizmem i dobrym humorem, zagrzewając wszystkich do wytężonej pracy.

Powoli robiło się sennie. Alkohol i ciepło panujące wewnątrz lokalu usypiały bardzo skutecznie, prawie tak samo jak laudanum. Pora wracać do domu. Wytargował, co chciał. Dalej wszystkim mieli pokierować odpowiedni ludzie z dyplomacji. Jeżeli nada bieg sprawie teraz, w połowie marca, to za tydzień, góra dwa Bagiński powinien trafić do Moskwy. Jak na razie sam zainteresowany nic o tym nie wiedział. Dowie się jutro i raczej nie zrezygnuje, usłyszawszy propozycję nie do odrzucenia. Jeżeli osiągnie sukces i sprawdzi się w polu, czeka go awans i dobre stanowisko. Jeśli nie – płakać po nim nie będą. Wróci do latania bądź dłubania w motorach, ewentualnie dalej w ramach sportowej pasji będzie obijał głowy na bokserskich ringach.

2 WARSZAWA–GRODNO

– Dobra, co my tutaj mamy...

Nieład panujący na biurku dowódcy 111 Eskadry Myśliwskiej kapitana Gustawa Sidorowicza przywodził na myśl stajnię Augiasza. Dokumenty, gazety i tekturowe segregatory, spiętrzone w chybotliwe stosy, w każdej chwili groziły rozsypaniem się po podłodze.

Bagiński obserwował krzątaninę, starając się, by na jego twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień. Ubrany w skórzany, nieco workowaty lotniczy kombinezon, w lewej ręce trzymając pilotkę i gogle, wodził wzrokiem za gwałtownymi ruchami kapitana, który z typową dla nerwusów ekspresją przerzucał papiery.

– Zrobili z nas gońców.

– Tak jest, panie kapitanie.

Sidorowicz przerwał krzątaninę, by lepiej przypatrzeć się podporucznikowi. Wzrost ledwo pod 1,70 m, waga – tu już lepiej, walczył w końcu w średniej, co przekładało się na prawie 72 kilogramy mięśni, kości, ścięgien i co tam jeszcze człowiek ma w środku. Twarz – nad tym już nie chciał się rozwodzić. Ostatecznie żona bardzo polubiła Bagińskiego, na którego wpadła niby przypadkiem podczas niespodziewanej wizyty na lotnisku. Taa... Siniaki pod oczami nadawały Bagińskiemu wygląd osoby cierpiącej na chroniczne kłopoty ze zdrowiem, a było przecież zupełnie inaczej. Stał przed nim okaz zdrowia. Zwycięzca co najmniej czternastu walk, z których osiem wygrał przed czasem. I słusznie. Jak jest dobry, to mu się należy. Na szczęście na posiniaczonym obliczu młodego pilota nie znalazł ani krzty kpiny.

– Na razie to będzie wasz ostatni lot.

– Nie rozumiem?

Po raz pierwszy w postawie podporucznika dało się wyczuć niepokój.

– A tak – Sidorowicz nie potrafił ukryć złośliwego uśmieszku. – Zostajecie przeniesieni.

Bagiński zmarszczył czoło.

Odpowiedź kapitana zupełnie nie przypadła mu do gustu. Co prawda wiedział, że zmiany nie są złe, a odmiana prawie zawsze okazuje się lepsza od stagnacji, ale wolał sam planować własne życie. I w ogóle jak to możliwe, że wcześniej o tym nie słyszał? Do awansu na pełnego porucznika zgodnie z rozdzielnikiem brakowało mu jeszcze kilku miesięcy. I nie chciał opuszczać Warszawy. Jak na tym ucierpi jego kariera? Wysłany na prowincję, nie da rady pogodzić wszystkiego, nie mówiąc o kłopotach ze znalezieniem sparingpartnera na odpowiednim poziomie.

– Ja tam nic nie wiem – zastrzegł Sidorowicz. – Wszystko zostało załatwione ponad moją głową. Jedno, co mogę wam zaproponować, to wycieczka do Grodna i z powrotem. Jak już załatwicie sprawę pakietu dla Dowództwa Okręgu Korpusu, macie się zgłosić w Departamencie Spraw Osobowych. Na razie to wszystko. Możecie odejść.

Bagiński przyjął postawę zasadniczą.

– Aaaa, jeszcze oczywiście to... – kapitan wziął do ręki leżący tuż przed nim pakiet w kształcie koperty, owinięty w brązowy papier. – Jeżeli nie zdążycie dzisiaj wszystkiego załatwić, to możecie wracać jutro rano.

– Rozkaz.

Pakiet powędrował pod lewą pachę.

– Miłego lotu.

– Dziękuję.

Nie mówiąc nic więcej, wykonał obrót w tył i wyszedł z biura, uważając, by mimo poirytowania nie trzaskać drzwiami. Już na zewnątrz rozpiął kombinezon i schował kopertę do wewnętrznej kieszeni. Lubił latać, inaczej wcale by się za to nie zabierał, jednak wycieczka w otwartej kabinie poczciwej „jedenastki”, czyli PZL P-11c, kilkaset kilometrów w jedną stronę przy mocno szarym niebie z podstawą chmur gdzieś na tysiącu metrach i w temperaturze około ośmiu stopni, to nic przyjemnego.

Nie potrafił się oprzeć wrażeniu, że Sidorowicz zrobił to specjalnie, a wszystko z tak błahego powodu! A on najzwyczajniej w świecie nie wiedział, kim jest dama napotkana przy wejściu na teren lotniska. Chciał być uprzejmy, nic więcej. Zapytał, co tu robi i czy przypadkiem nie pomyliła drogi, bo tak atrakcyjna osoba jak ona zupełnie nie pasuje do tego otoczenia. Żart wyraźnie rozbawił kobietę – na oko trzydziestoletnią, trochę przy kości, wciąż jednak niczego sobie. Z wystudiowaną elegancją wyciągnęła z torebki papierosy i kazała sobie podać ogień. Kiedy stanął obok, owiał go ciężki zapach wody kwiatowej, aż poczuł zawrót głowy. Benzynowa zapalniczka za żadne skarby nie chciała odpalić i o mały włos nie wyszedł na durnia. W końcu wesoły ognik zatańczył na wietrze. Sytuacja wyglądała na uratowaną. Przysunął się o pół kroku bliżej, przystawiając zapalniczkę do papierosa umocowanego w długiej szklanej fifce. Uniósł wzrok do góry, napotykając uważne spojrzenie. Raczej nie był święty. Uganiać się za kobietami również nie musiał. Leciały na niego, zwabione opinią świetnego sportowca i nieustraszonego pilota. Przez sekundę rozważał niepokojącą myśl. I w zasadzie już się zdecydował, kiedy z tyłu dotarło do jego uszu znaczące chrząknięcie. Jeżeli to któryś z kolegów...

Uśmiechnął się do damy i ostentacyjnie odwrócił głowę.

– O, pan kapitan...

– Owszem.

– Pan pozwoli... – chciał przedstawić stojącą obok damę. – To jest...

– Mojej żony nie musicie mi przedstawiać.

– Właśnie – powiedział zupełnie bez sensu, zaciskając usta.

Krótka wymiana zdań kosztowała Bagińskiego wiele nerwów i wciąż żywił wobec Sidorowicza podejrzenia, że wyciąga konsekwencje z tego zajścia. Mści się, sukinsyn, choć nie ma za co. Nic się przecież nie stało. No, ale widać tak już jest świat urządzony. Pewnie maczał palce w tym przeniesieniu. Kto wie, czy to nie jego pomysł. Jeżeli nawet nie, to i tak pozbędzie się go z eskadry z czystą przyjemnością.

W czasie marszu skrajem pasa startowego tęsknym spojrzeniem obrzucił hangar, wewnątrz którego przez rozsuwane potężne wrota dawało się dostrzec myśliwce Morane-Saulnier MS.406 i Hawker Hurricane. Lot czymś takim to prawdziwa frajda. Kryte kabiny zapewniały komfort prawie jak w samolocie pasażerskim. Niestety, maszyny stały dobrze ukryte, nawet przed własnymi pilotami. Wyciągano je z hangarów tylko na specjalne okazje, okresowe szkolenia i przeglądy. Nie daj Boże, drogocenny sprzęt uległby zniszczeniu i trzeba by było wyasygnować dewizy na zakup następnych lub wymianę części. Czy te pacany w sztabie nie wiedzą, że tylko kiedy się lata, można dobrze poznać i wyczuć samolot? W czasie ostatniego roku zrobił na MS.406 najwyżej dziesięć godzin nalotu, a i to pod czujnym okiem Sidorowicza.

Na banalną wyprawę do Grodna musiała wystarczyć mocno zdezelowana szkapa przygotowywana przez mechaników przy drodze do kołowania.

– Coś pan, panie Marku, dziś nie w sosie.

Odpowiedzialny za przygotowanie nieco już wiekowej „jedenastki” starszawy mechanik z sumiastym wąsem szlachciury i w poplamionym roboczym drelichu kończył sprawdzać ostatnie detale.

Bagiński z trudem stłumił wściekłość.

– Od rana się człowieka czepiają – odparł wykrętnie.

– Normalka. Nie zdążyłem pogratulować walki.

– Widział pan?

– Pewnie – mechanik przejechał szmatą po kołpaku śmigła. – Chociaż parę razy mało brakowało... – pokręcił głową – Zwłaszcza z początku. Po co się pan tak odkrywał?

– Taktyka.

– Do dupy taka taktyka. Bardziej doświadczony przeciwnik i nokaut w pierwszej rundzie, ale nie dla pana, tylko dla niego.

– Mało prawdopodobne.

– Z boku to wszystko wygląda inaczej – mechanik wetknął szmatę do kieszeni, przeszedł pod skrzydłem i zaczął sprawdzać stery.

– Z mojej perspektywy również.

– Owszem. Jeszcze jedno panu powiem, panie Marku – więcej pracować na nogach. Zwód, unik i cios.

– Taki z was specjalista?

– Kiedyś, dawno... – rozmarzył się nieoczekiwanie starszy pan. – W dziewiętnastym, jak wprowadzaliśmy Albatrosy, pamięta pan? Taki ówczesny cud techniki.

– Jasne, że pamiętam – przytaknął trochę na wyrost.

Przypomniał sobie kształt maszyn i wysokie wycie silników z dzieciństwa, kiedy to pierwszy raz zobaczył samolot na własne oczy. Albatrosy D. III przejęte na podpoznańskim lotnisku w Ławicy stanowiły w pierwszych latach niepodległości trzon polskich sił powietrznych, toteż ich przeloty na paradach i pokazach stanowiły niebywałą atrakcję dla wszystkich.

– To właśnie wtedy był taki jeden w pułku, zwał się Liebermann, ale przezywali go Grabarz. Piąchę miał jak bochen chleba i potrafił mocno uderzyć. Liczył wyłącznie na siłę ramion – tu na ogorzałym obliczu zagościł uśmiech rozmarzenia. – No i znalazł się w końcu taki, co nie dał mu się przestraszyć. Nabiegał się biedny Grabarz, a trafić nie mógł. Gdzieś tak w piątej, o ile dobrze pamiętam, tak, w piątej...

Bagiński wcisnął na głowę skórzaną pilotkę, dopiął kombinezon i założył rękawice.

– No mówię, już prawie nie nadążał, a wtedy... To co, odpalamy?

– Jasne, panie Felicjanie.

Wspiął się do kabiny.

Gaźnik strzelił kilka razy, zanim zaskoczył na dobre. Podporucznik poruszył drążkiem, sprawdzając wychylenie klap. Stopy oparte na orczyku. Dobra, wszystko gra. Dał znak, mocniej otwierając przepustnicę. Młodzi pomocnicy mechanika usunęli klocki oporowe spod kół podwozia i samolot potoczył się do przodu, by ustawić się na początku pasa. Oficer odpowiedzialny za ruch machnął białą chorągiewką i maszyna nabrała rozpędu. Najpierw uniósł się do góry ogon, później cała konstrukcja poszybowała w powietrze.

Na trzystu metrach, jeszcze podczas wznoszenia obrał kurs na północny wschód. Nawet bez wyciągania z silnika całej mocy przelot powinien zająć około godziny. No, chyba że dostanie czołowy wiatr, to i z półtorej będzie mało. Powoli wspiął się na pięćset metrów. Gdzieniegdzie przez warstwę oparu przebijały słoneczne promienie, przez co odnosił wrażenie brodzenia w świetlistej zawiesinie. Widoczność nie przekraczała trzech kilometrów, to jednak w zupełności wystarczało do najprostszej nawigacji według punktów orientacyjnych na ziemi. Musiał tylko co chwila porównywać mapę z charakterystycznymi miejscami, by wiedzieć, dokąd leci.

Być może dzień nie będzie stracony, jak na to wcześniej wyglądało. Dostał do dyspozycji dwa dni, a taką okazję należało przyzwoicie wykorzystać. Sidorowicz bynajmniej nie nakazywał mu wracać zaraz po zdaniu pakietu. Najlepsze, co może zrobić, to wynająć pokój w hotelu i zapoznać się z nocnym życiem Grodna. Jakieś towarzystwo na pewno się znajdzie. Może to i nie stolica, ale dziura zabita dechami też nie. Odetchnął głębiej. Więc postanowione. Jemu też należało się coś od życia.

Sprawa przeniesienia przestała mu ciążyć jak kamień. Stało się, trudno. Nie pora rozważać, czy dowódca eskadry maczał w tym palce, czy nie. Czuł się podobnie jak przed walką. Uczucie niepewności próbujące zdominować świadomość czaiło się tuż obok, gotowe wypełnić jaźń niechcianymi emocjami. Musiał, po prostu musiał sobie z tym poradzić. Im więcej myśli kłębiących się pod czaszką, tym ciężej na sercu. Przełknął w końcu ślinę i chrząknął. Przeniósł wzrok ze szklanej owiewki na przyrządy, następnie spojrzał przez burtę w dół na zieloną płachtę lasu poprzetykaną a to szarą krechą drogi, a to burym wygonem pola. Od dawna żaden lot nie ciągnął się mu tak bardzo jak ten. Wreszcie w oddali pojawiła się wieża kościoła Bernardynów, zwiastująca bliski koniec udręki. Maleńki samolocik gładko zszedł na lotnisko, co w tym wypadku oznaczało w miarę równy pas trawiastej łąki.

Do Dowództwa Okręgu Korpusu nr III dojechał motorem, jaki oddano mu do dyspozycji na lotnisku. W kancelarii zdał pakiet, podbił rozkaz wyjazdu i w zasadzie był wolny. Długimi krokami przemierzył korytarze sztabu i już skręcał na schody, gdy wpadł na wchodzącego po nich oficera.

– Niech mnie, Zygmuś, to ty!

– Nic się nie zmieniłeś, Mareczku.

Zygmunt Rayski wyglądał jak ucieleśnienie wszelkich żołnierskich cnót. Znacznie wyższy od Marka, w mundurze nie tak pogniecionym jak ten, który miał na sobie lotnik, z jasną blond czupryną, takąż bródką i wąsikami. Niebieskie oczy śmiały się wesoło do dawnego, choć od dłuższego czasu niewidzianego kumpla ze szkolnych lat.

– Co cię tu sprowadza?

– Służba.

– Na długo? – zapytał Rayski.

– Dlaczego pytasz?

– Musimy to uczcić!

Jak się zdawało, problem popołudnia i wieczoru właśnie sam się rozwiązał.

– Nie chciałbym robić ci kłopotu... – zastrzegł się Bagiński dla porządku.

– O czym ty mówisz? Poczekaj, zostawię papiery i zaraz możemy iść.

Zygmunt przyjacielsko klepnął go po ramieniu, mrugnął okiem i podążył do tej samej kancelarii, którą przed chwilą opuścił kolega. Wrócił stamtąd po jakiejś minucie, ujął pilota pod łokieć i pociągnął schodami do wyjścia z gmachu.

Najbliższa knajpa znajdowała się na rogu. Wspólnie uznali, że to lepsze rozwiązanie od wizyty w kasynie.

– Mów, co u ciebie? – pierwszy przepytywanie rozpoczął Rayski. – Z tego, co wiem, idziesz w górę. No, no. Kiedy zostaniesz mistrzem Polski? Masz spore szanse.

– W mojej wadze chodzi jeszcze kilku niezłych zawodników – wykręcił się od odpowiedzi Bagiński.

– Nie dasz im rady?

– Próbowałeś stoczyć chociaż jedną walkę?

Zygmunt pokręcił głową, robiąc na stoliku miejsce dla karafki i kieliszków.

– Znam przyjemniejsze sposoby spędzania wolnego czasu. – wyjął korek i nalał alkohol do naczyń z cienkiego szkła. – Widzisz, jestem odpowiedzialny za pobór koni do brygady. Jako pierwszy oglądam najlepsze okazy. Sam Podhorski przychodzi popatrzeć, co mamy na stanie.

– Zygmuś, motor to jest przyszłość, nie szkapa.

– Yyyy... Jak to mówią u nas: na zachód od linii Wisły to jak najbardziej, masz rację. Ale w tej okolicy dróg jest niewiele i nie najlepszej jakości. Im bardziej na wschód, tym gorzej. Ja wiem, z góry tego nie widać...

– Przesadzasz.

– Gdyby było inaczej, nie wygadywałbyś takich bzdur. Koń to przeżytek? Też coś.