Doktryna Wolffa - Vladimir Wolff - ebook
Opis

Dramatyczny finał wielkiej wojny


Czas niepewności: jak nie przegrać wygranej wojny, gdy przybywa niechcianych sojuszników? Jak uciec przed własnym narodem i wszechobecnymi wrogami? Jak pokonać największe państwo na świecie, by tego świata nie pogrążyć w chaosie? To pytania prezydentów, premierów i generałów.
Jak dożyć do jutra, jak nie dać się roznieść na strzępy czołgom, szturmowcom, bombom, rakietom i pociskom? To pytania dziesiątek tysięcy żołnierzy i cywilów.


W brawurowym finale krwawej epopei rozpoczętej Stalową Kurtyną niezrównany Vladimir Wolff jak zawsze oddaje głos im wszystkim, a nam pozwala być świadkami tryumfów polskiego oręża i poczuć smak dziejowej sprawiedliwości.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 650

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Vladimir Wolff

DOKTRYNA WOLFFA

© 2014 Vla­di­mir Wolff

© 2014 WAR­BO­OK Sp. z o.o.

Re­dak­tor se­rii: Sła­wo­mir Brud­ny

Re­dak­cja i ko­rek­ta ję­zy­ko­wa: Ze­spół re­dak­cyj­ny

eBo­ok, re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ty­po­gra­fia:

Ilo­na i Do­mi­nik Trze­biń­scyDu Châte­aux, ate­lier@du­cha­te­aux.pl

Ilu­stra­cja na okład­ce: To­masz Two­rek

ISBN 978-83-64523-15-1

Ustroń 2014

Wy­daw­ca: War­bo­ok Sp. z o.o.

ul. Bład­nic­ka 65

43-450 Ustroń, www.war­bo­ok.pl

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i sy­tu­acji rze­czy­wi­stych jest jak naj­bar­dziej za­mie­rzo­ne.

PROLOG

Mło­dy igla­sty las w tym miej­scu był szcze­gól­nie gę­sty. Wy­so­ka, zbi­ta ścia­na zie­le­ni cią­gnę­ła się jak okiem się­gnąć. Mia­ło to swo­je do­bre stro­ny – w tym la­bi­ryn­cie ła­two by­ło znik­nąć. Pa­li­sa­da ru­dych pni wo­kół ogra­ni­cza­ła wi­docz­ność do kil­ku­na­stu me­trów, a nie­wy­so­kie pa­gór­ki da­wa­ły złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Tyl­ko wszech­obec­ne ga­łę­zie i ga­łąz­ki za­ha­cza­ły o mun­du­ry i opo­rzą­dze­nie, co upo­dab­nia­ło marsz do prze­dzie­ra­nia się przez nie­koń­czą­ce się kol­cza­ste krza­ki.

Ten las od in­nych róż­ni­ło jesz­cze coś. Ka­pi­tan Ti­mo­thy Walsh za­uwa­żył to, gdy tyl­ko de­san­to­wał się ze swo­imi zwia­dow­ca­mi z Black Haw­ka UH-60. Wszyst­ko wy­glą­da­ło na mar­twe. Nie wi­dział i nie sły­szał pta­ków, o obec­no­ści dzi­kich zwie­rząt nie wspo­mi­na­jąc. W po­wie­trzu uno­sił się swąd spa­le­ni­zny, che­mi­ka­liów i cze­goś, co ka­pi­ta­no­wi ko­ja­rzy­ło się z pro­sek­to­rium.

Walsh i sied­miu je­go lu­dzi nie by­li żół­to­dzio­ba­mi. Ja­ko zwia­dow­cy 62 MEU (Jed­nost­ki Eks­pe­dy­cyj­nej Pie­cho­ty Mor­skiej) wi­dzie­li nie­jed­no, zwłasz­cza w prze­cią­gu ostat­nich pa­ru ty­go­dni.

Nie­któ­rym aż trud­no by­ło uwie­rzyć, że jest do­pie­ro 20 ma­ja. Jesz­cze 9 ma­ja nic nie wska­zy­wa­ło na wy­buch świa­to­we­go kon­flik­tu. Nie­mniej ter­ro­ry­ści, któ­rzy opa­no­wa­li ro­syj­skie wy­rzut­nie ra­kiet ba­li­stycz­nych, wie­dzie­li, co ro­bią. Je­den po­cisk spadł na Mo­rze Kar­skie wprost na no­we po­la wy­do­byw­cze ro­py i ga­zu, nisz­cząc przy oka­zji luk­su­so­wy wy­ciecz­ko­wiec z ty­sią­ca­mi lu­dzi na po­kła­dzie, wśród któ­rych zna­lazł się pre­mier Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej Dmi­trij Mie­dwie­diew. Dru­gi, któ­ry pró­bo­wa­no ze­strze­lić do­pie­ro tuż nad Mo­skwą, wy­wo­łał w sto­li­cy efekt elek­tro­ma­gne­tycz­ny o nie­spo­ty­ka­nej do tej po­ry ska­li. Da­lej wszyst­ko po­szło już szyb­ko. Ro­sja za­czę­ła pę­kać w szwach, Wła­di­mi­ra Pu­ti­na nie prze­ko­na­ły za­pew­nie­nia, że Sta­ny Zjed­no­czo­ne nie ma­ją z tym nic wspól­ne­go, a pa­rę nie­prze­my­śla­nych po­su­nięć po­sta­wi­ło spra­wy po­mię­dzy mo­car­stwa­mi na ostrzu no­ża.

Idą­cy w szpi­cy zwia­dow­ca przy­sta­nął. Gdy znie­ru­cho­miał, z uczer­nio­ną twa­rzą i w ka­mu­fla­żu, stał się zu­peł­nie nie­wi­docz­ny. Resz­ta po­szła za je­go przy­kła­dem, po­szu­ka­ła ukry­cia i sto­pi­ła się z te­re­nem.

– O co cho­dzi? – za­py­tał Walsh przez ra­dio.

– We­dług GPS-a już pra­wie do­tar­li­śmy – usły­szał w od­po­wie­dzi.

Ka­pi­tan zer­k­nął na wła­sny heł­mo­wy HUD i spraw­dził po­zy­cję. Ka­pral miał ra­cję. Znaj­do­wa­li się naj­wy­żej pięć­dzie­siąt jar­dów od dro­gi bę­dą­cej ce­lem mi­sji. Ro­zej­rzał się po­now­nie, by doj­rzeć nie­bez­pie­czeń­stwo. Ci­sza jak wcze­śniej. Na­wet naj­lżej­szy wia­te­rek nie szu­miał po­mię­dzy ga­łę­zia­mi, je­dy­nie smród wy­raź­nie się na­si­lił. Ob­ró­cił się i do­strzegł wbi­tych w nie­go sześć par oczu. Lu­dzie za­cho­wy­wa­li spo­kój, choć czu­ło się na­pię­cie.

– Na­przód.

Przed nim z za­cho­du na wschód roz­cią­gał się garb te­re­nu. Walsh za­trzy­mał wszyst­kich i sam się na nie­go wspiął. Mniej wię­cej w po­ło­wie pa­gór­ka sku­lił się w so­bie, opadł na ko­la­na i po­ło­żył na brzu­chu. Ostat­ni od­ci­nek po­ko­nał, od­py­cha­jąc się tyl­ko sto­pa­mi. Wy­sta­wił do gó­ry ka­ra­bi­nek M4 z za­in­sta­lo­wa­ną ka­me­rą. Na wy­świe­tla­czu zo­ba­czył, co znaj­du­je się za wznie­sie­niem. Prze­łknął śli­nę – wła­śnie cze­goś po­dob­ne­go się spo­dzie­wał. Uniósł się, przy­ło­żył au­to­mat do ra­mie­nia i sam spoj­rzał na po­bo­jo­wi­sko. Przed nim roz­cią­gał się wi­dok jak z sen­ne­go kosz­ma­ru. Pod­czas nie­daw­nej ofen­sy­wy wojsk Fe­de­ra­cji w tym wła­śnie miej­scu zo­sta­ła zbom­bar­do­wa­na ro­syj­ska bry­ga­da. Co naj­mniej kil­ka­set wra­ków czoł­gów, bo­jo­wych wo­zów pie­cho­ty, po­jaz­dów zwia­dow­czych i cię­ża­ró­wek za­śmie­ca­ło szo­sę wio­dą­cą z Psko­wa do Võru w Es­to­nii.

To zgru­po­wa­nie na­wet nie zdą­ży­ło po­wal­czyć. Su­per Hor­ne­ty i Fal­co­ny do­rwa­ły je tuż za gra­ni­cą. Na­lo­ty po­wta­rza­ły się aż do skut­ku, to jest do cza­su zu­peł­ne­go wy­klu­cze­nia go z dzia­łań. Nie trwa­ło to dłu­go – po obez­wład­nie­niu sys­te­mów prze­ciw­lot­ni­czych przy­szła ko­lej na od­dzia­ły pan­cer­ne i zme­cha­ni­zo­wa­ne. Amu­ni­cja ka­se­to­wa czy­ni­ła ogrom­ne spu­sto­sze­nie. Więk­szość żoł­nie­rzy po­le­gła w swo­ich po­jaz­dach, za­pew­ne na­wet nie zda­jąc so­bie spra­wy, co się dzie­je.

Ka­pi­tan wstał z ko­lan. Przez chwi­lę przy­glą­dał się wra­kom we wszyst­kich moż­li­wych sta­diach de­struk­cji. Nie­któ­re spło­nę­ły do­szczęt­nie, in­ne wy­glą­da­ły je­dy­nie na lek­ko uszko­dzo­ne. Nie­spo­dzie­wa­nie żo­łą­dek pod­je­chał mu do gar­dła. Hek­to­li­try spa­lo­ne­go pa­li­wa nie zdo­ła­ły za­ma­sko­wać mdła­wej wo­ni roz­kła­du. Czuć ją by­ło wszę­dzie. Kaszl­nął raz i dru­gi. Szyb­ko roz­wi­nął pa­sek mię­to­wej gu­my do żu­cia i wsu­nął do ust.

Z miej­sca, w któ­rym stał, szo­sa wy­glą­da­ła tak, jak­by jej środ­kiem prze­szło ogni­ste tor­na­do, po­zo­sta­wia­jąc na obrze­żach kosz­mar­ne, po­czer­nia­łe zło­mo­wi­sko. Spo­ro ma­szyn po­wbi­ja­ło się w in­ne, two­rząc upior­ne rzeź­by. Nie­któ­re sta­ły z da­la od po­zo­sta­łych, tam gdzie do­pa­dło je prze­zna­cze­nie.

Walsh szyb­ko się zo­rien­to­wał, że to nie set­ki, lecz ty­sią­ce wra­ków tkwią na tej strasz­nej dro­dze. Po­jaz­dy woj­sko­we mie­sza­ły się z cy­wil­ny­mi i bu­dow­la­ny­mi. Na­wet z au­to­ka­ra­mi. Je­den z nich le­żał tuż przed nim. Ame­ry­ka­nin zmu­sił się, by spraw­dzić, co jest w środ­ku. Szkie­let był cał­ko­wi­cie ogo­ło­co­ny z szyb, zaś z opon i pla­sti­ków zo­sta­ły czar­ne smu­gi na bla­chach ka­ro­se­rii. Przód był zmiaż­dżo­ny, więc ka­pi­tan skie­ro­wał się do ty­łu. M4 wy­ce­lo­wał przed sie­bie. Im bli­żej, tym bar­dziej nie­swo­jo się czuł. Wła­ści­wie, cze­go się bał? Chy­ba je­dy­nie te­go, co zo­ba­czy.

Zaj­rzał do środ­ka, lecz nie­wie­le do­strzegł. Roz­su­wa­ne drzwi by­ły otwar­te. Na stop­niach spo­czy­wał woj­sko­wy ka­masz. Trą­cił go bu­tem. Do­pie­ro gdy pod­niósł wzrok wy­żej, do­strzegł cia­ło, a wła­ści­wie to, co z nie­go zo­sta­ło. Nie chciał już wcho­dzić, zro­bił jesz­cze tyl­ko pa­rę kro­ków wzdłuż bo­ku po­jaz­du. Na­tych­miast te­go po­ża­ło­wał.

Na­lot za­sko­czył pa­sa­że­rów za­pcha­ne­go do gra­nic moż­li­wo­ści au­to­ka­ru – ich zwę­glo­ne szcząt­ki wy­peł­nia­ły szkie­let ma­szy­ny. Frag­men­ty spa­zma­tycz­nie po­wy­krzy­wia­nych rąk, mo­że głów, wy­sta­wa­ły po­nad kra­wę­dzie okien. Walsh wie­dział, że ten wi­dok po­zo­sta­nie w je­go pa­mię­ci do koń­ca ży­cia.

Za­wró­cił i zo­ba­czył roz­trza­ska­ny BMP. W otwar­tych drzwiach de­san­to­wych tło­czy­ły się po­czer­nia­łe cia­ła. Jed­ne­mu żoł­nie­rzo­wi na­wet uda­ło się wy­sko­czyć. Le­żał te­raz przy gą­sie­ni­cy z sze­ro­ko roz­rzu­co­ny­mi ra­mio­na­mi, spa­lo­ny na wę­giel.

W to miej­sce do­wódz­two po­win­no wy­słać nie zwia­dow­ców, a dru­ży­ny gra­ba­rzy. I to naj­le­piej kil­ka od ra­zu. Pra­cy dla nich by­ło tu w nad­mia­rze.

Wy­co­fał się w miej­sce wol­ne od zwłok i wra­ków. Nie wszy­scy pod­ko­mend­ni tak do­brze znie­śli wi­dok zma­sa­kro­wa­nych ciał, jak on. Je­den z sier­żan­tów ku­cał, oparł­szy dło­nie na reszt­kach Ka­ma­za, tar­ga­ny gwał­tow­ny­mi tor­sja­mi. Te­go po­jaz­du nie po­trak­to­wa­no ka­se­tów­ką, ra­czej se­ria­mi z dzia­łek po­kła­do­wych. Pod po­szar­pa­ną plan­de­ką kłę­bi­ła się ster­ta ciał i ro­jo­wi­sko much.

Walsh sta­nął za nim i klep­nął go w ple­cy, ge­stem na­ka­zu­jąc zejść na po­bo­cze. Mło­dy czło­wiek pod­niósł się nie­pew­nie i rę­ka­wem blu­zy wy­tarł nit­ki gę­stej śli­ny, zwi­sa­ją­ce mu z ust.

– Nie przej­muj się. Każ­de­mu mo­że się zda­rzyć.

Ka­pi­tan przy­wo­łał wszyst­kich do sie­bie i od­dział po­now­nie za­głę­bił się w las, ma­sze­ru­jąc na wschód. We­dług wska­zań GPS-a znaj­do­wa­li się nie­ca­ły ki­lo­metr od gra­ni­cy z Fe­de­ra­cją Ro­syj­ską. Je­że­li nic nie sta­nie na prze­szko­dzie, po­win­ni tam do­trzeć w kwa­drans. Każ­dy z nich li­czył się z moż­li­wo­ścią na­po­tka­nia Ro­sjan, lecz do tej po­ry nie na­tknę­li się na ani jed­ne­go – ży­we­go. Po­le­gli się nie li­czy­li. Pięć­set me­trów da­lej Walsh za­trzy­mał gru­pę, wy­sta­wił ubez­pie­cze­nie i z dwo­ma naj­tward­szy­mi, jak mu się wy­da­wa­ło, zwia­dow­ca­mi po­now­nie skie­ro­wał się na mię­dzy­na­ro­do­wą szo­sę.

W tym miej­scu ucier­pia­ła nie tyl­ko sa­ma jezd­nia z po­bo­czem. Po jej obu stro­nach cią­gnął się pas wy­pa­lo­nej zie­mi o sze­ro­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu me­trów. Ze spo­rej czę­ści drzew po­zo­sta­ły nad­pa­lo­ne ki­ku­ty pni. Dla­cze­go nie spa­li­ły się do koń­ca? Być mo­że przy­szedł deszcz i zga­sił po­żar. Tak pod­po­wia­da­ła lo­gi­ka. Wo­lał za­sta­na­wiać się nad ta­ki­mi szcze­gó­ła­mi, gdy przy­szło mu po­ru­szać się wśród tych zglisz­czy. Po­za tym szlak wy­glą­dał po­dob­nie do dro­gi na Võru, któ­rą szli nie­daw­no – okop­co­ny, po­gię­ty złom tkwił na dro­dze i po­bo­czach. Przy każ­dym kro­ku spod bu­tów wzbi­jał się sza­ry kłąb lot­ne­go po­pio­łu. Oko­li­ca wy­glą­da­ła jak plan fil­mu ka­ta­stro­ficz­ne­go. Ty­le że to nie był film.

– Sze­fie. – Stłu­mio­ny głos jed­ne­go z sier­żan­tów wy­rwał ka­pi­ta­na z odrę­twie­nia.

– Co jest?

Ten nie od­po­wie­dział, tyl­ko pal­cem wska­zał kie­ru­nek. Kon­cen­tra­cja po­wró­ci­ła mo­men­tal­nie. Da­le­ko na pra­wo krę­ci­li się ja­cyś lu­dzie.

Wszy­scy wie­dzie­li, co ro­bić. Pierw­szy ze zwia­dow­ców skrył się w przy­droż­nym ro­wie i omiótł oko­li­cę lu­fą ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go M249 SAW. Dru­gi zna­lazł się za roz­bi­tym cię­ża­ro­wym ZiŁ-em 131. Śla­dy nie­wiel­kie­go krzy­ża w ja­śniej­szym tle na ka­ro­se­rii po­zwa­la­ły roz­po­znać w wo­zie mo­bil­ny punkt sa­ni­tar­ny. Walsh przy­kuc­nął za wy­pa­lo­ną do cna sko­ru­pą UAZ-a.

Zza kra­wę­dzi ma­ski wy­sta­wił ka­ra­bi­nek, usta­wia­jąc po­krę­tłem ogni­sko­wą ka­me­ry na zbli­że­nie. Chwi­lę trwa­ło, za­nim zlo­ka­li­zo­wał miej­sce wska­za­ne przez sier­żan­ta.

Ob­cy nie wy­glą­da­li na żoł­nie­rzy, mi­mo iż by­li uzbro­je­ni. Na­li­czył ich co naj­mniej dzie­się­ciu, w nie­kom­plet­nych sor­tach mun­du­ro­wych, spod któ­rych wy­sta­wa­ły czę­ści cy­wil­nej gar­de­ro­by. Im dłu­żej się im przy­glą­dał, tym mniej wie­dział, co o nich są­dzić. Nie za­cho­wy­wa­li się jak hie­ny cmen­tar­ne roz­sza­bro­wu­ją­ce reszt­ki oca­la­łe­go mie­nia. Z dru­giej stro­ny, co ro­bi­li w tym za­po­mnia­nym przez wszyst­kich miej­scu? Ni­g­dy się nie do­wie, je­śli nie po­dej­dą bli­żej.

Dał znak i wy­co­fa­li się po wła­snych śla­dach. Te­raz, już znacz­nie ostroż­niej, roz­po­czę­li pod­cho­dy. Ośmiu prze­ciw­ko dzie­się­ciu, nie da­wał tam­tym naj­mniej­szych szans. Pod­cho­dze­nie prze­ciw­ni­ka opa­no­wa­ne mie­li do per­fek­cji. Zna­li już te­ren, a sa­mi gra­san­ci uła­twi­li spra­wę, roz­cho­dząc się na wszyst­kie stro­ny, wy­mie­nia­jąc uwa­gi i pa­ląc pa­pie­ro­sy. Walsh szyb­ko zo­rien­to­wał się, że to nie Ro­sja­nie, tyl­ko Es­toń­czy­cy. Ode­tchnął, lecz wciąż po­zo­sta­wał czuj­ny.

Pod­kradł się do czło­wie­ka wy­glą­da­ją­ce­go na przy­wód­cę. Za­szedł nie­szczę­śni­ka od ty­łu, gdy ten roz­ma­wiał z jed­nym ze swo­ich lu­dzi – wy­so­kim, mło­dym męż­czy­zną o po­stu­rze si­ła­cza. Ci­cho gwizd­nął, zwra­ca­jąc ich uwa­gę. Na je­go wi­dok star­szy otwo­rzył usta. Pa­pie­ros spadł na zie­mię. Wy­ce­lo­wa­ny au­to­mat ro­bił wra­że­nie.

– Cze­go tu szu­ka­cie? – za­py­tał Ame­ry­ka­nin. Je­że­li fak­tycz­nie by­li Es­toń­czy­ka­mi, to pa­rę słów po an­giel­sku wy­du­ka­ją. – Ro­sja­nie?

– Nie – szyb­ko od­po­wie­dział młod­szy.

– To wszyst­ko, co ma­cie do po­wie­dze­nia?

– My­śle­li­śmy, że je­ste­śmy sa­mi. – W gło­sie star­sze­go brzmia­ła nu­ta nie­po­ko­ju.

Walsh opu­ścił nie­co lu­fę M4. Nie ce­lo­wał już w gło­wę, tyl­ko w pierś.

– Je­ste­śmy z Võru, z tam­tej­szej jed­nost­ki Li­gi Obro­ny. Ka­za­no nam roz­po­znać ten te­ren.

– I ro­bi­cie to tak nie­fra­so­bli­wie?

– Nikt nie wi­dział tu Ro­sjan od pa­ru dni.

– Da­li­ście im so­lid­ne­go łup­nia. Już nie wró­cą – do­dał młod­szy.

– Nie był­bym te­go ta­ki pe­wien.

Es­toń­czy­cy po­de­szli bli­żej, ota­cza­jąc roz­ma­wia­ją­cych krę­giem. Dla nich ame­ry­kań­scy żoł­nie­rze by­li bo­ha­te­ra­mi ra­tu­ją­cy­mi oj­czy­znę przed ko­lej­ną in­wa­zją. Jak za­pew­ne są­dzi­li, ko­niec woj­ny był bli­ski, Mo­skwa zo­sta­ła upo­ko­rzo­na, a ich kraj cze­ka­ła świe­tla­na przy­szłość. Walsh nie miał nic prze­ciw­ko te­mu, jed­nak nie przy­sła­no go tu, by po­dzi­wiał wi­do­ki. Prze­stał mie­rzyć do Es­toń­czy­ka i obej­rzał się wstecz.

– Gdzie przej­ście?

– O, tam­ten wy­pa­lo­ny ba­rak.

Mi­mo wy­raź­nej wska­zów­ki miej­sca nie spo­sób by­ło do­strzec. Jak okiem się­gnąć, prze­strzeń za­le­ga­ły wy­pa­lo­ne wra­ki i zwę­glo­ne zwło­ki. Trakt w głąb Fe­de­ra­cji wy­glą­dał tak sa­mo jak szo­sa po tej stro­nie gra­ni­cy.

Coś mó­wi­ło Wal­sho­wi, że pa­nu­ją­cy wo­kół spo­kój jest je­dy­nie chwi­lo­wy. Wkrót­ce za­pew­ne nad­cią­gną pierw­sze jed­nost­ki ma­ri­nes i być mo­że po­zo­sta­łe jed­nost­ki II Kor­pu­su. Wa­ha­dło prze­mo­cy jesz­cze nie znie­ru­cho­mia­ło. Tyl­ko kto uprząt­nie ten ba­ła­gan? Zer­k­nął przez ra­mię. Zda­je się, że tu­tej­szą Li­gę Obro­ny i od­dzia­ły in­ży­nie­ryj­ne cze­ka­ła ma­sa ro­bo­ty. ■

CZĘŚĆ PIERWSZALU­DZIE Z CIE­NIA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

PE­TERS­BURG – FE­DE­RA­CJA RO­SYJ­SKA | 22 ma­ja, go­dzi­na 09:11

– Ze­bra­li­śmy już ca­ły ma­te­riał do­wo­do­wy. Pra­gnę za­pew­nić, że po­sta­ra­my się za­gwa­ran­to­wać pa­nu w peł­ni nie­za­leż­ne po­stę­po­wa­nie są­do­we. Pro­szę się nie krzy­wić, do­sko­na­le wiem, o czym pan my­śli, i wca­le się nie dzi­wię. Pań­skie za­cho­wa­nie od po­cząt­ku do koń­ca wska­zy­wa­ło na nie­prze­jed­na­nie nie­przy­chyl­ną po­sta­wę wo­bec na­sze­go pań­stwa. Drob­na uwa­ga: wszel­kie pró­by za­prze­cza­nia zo­sta­ną źle ode­bra­ne przez sąd. Le­piej od ra­zu do wszyst­kie­go się przy­znać i wy­ra­zić skru­chę. Sąd to też lu­dzie. Ta­ka po­sta­wa mo­że im się spodo­bać. Mo­że, ale nie mu­si – za­strzegł śled­czy. – Wte­dy wy­rok bę­dzie od­po­wied­nio mniej­szy i spę­dzo­ny w ła­god­niej­szych wa­run­kach. No i na ko­niec... Mię­dzy na­mi... Po co pa­nu to by­ło? Skąd ta­ka wro­gość wo­bec nas? Wią­zać się z wy­wia­dem trze­cie­go pań­stwa na szko­dę kra­ju, któ­ry nic pa­nu nie zro­bił? Nic z te­go nie ro­zu­miem. Ale to już jak pan chce. Po­da­ne mo­ty­wy nie wy­da­ją się lo­gicz­ne. – Męż­czy­zna skoń­czył przy­dłu­gą prze­mo­wę, rów­no­cze­śnie prze­glą­da­jąc ak­ta. Pa­ra­fo­wał do­ku­men­ty w od­po­wied­nich miej­scach, opa­trzył da­ta­mi i pie­cząt­ka­mi. – Z mo­jej stro­ny to w za­sa­dzie wszyst­ko.

– Kto oprócz mnie znaj­dzie się na ła­wie oskar­żo­nych? – Nor­ton She­pard nie spusz­czał spoj­rze­nia z ob­li­cza Ro­sja­ni­na.

– Roz­pra­wa bę­dzie pu­blicz­na, lecz bez na­gło­śnia­nia w me­diach. Tyl­ko ty­le, ile trze­ba – burk­nął śled­czy. – I do­ty­czy wy­łącz­nie pa­na.

– A po­zo­sta­li?

– Ich obej­mie od­ręb­ne po­stę­po­wa­nie.

– Te­raz to z ko­lei ja was nie ro­zu­miem. – Nor­ton pod­niósł do gó­ry obie sku­te kaj­dan­ka­mi dło­nie i po­dra­pał się za uchem. – Na po­cząt­ku stra­szy­cie pro­ce­sem po­ka­zo­wym, a koń­czy­cie zwy­kłą roz­pra­wą.

– Nam to wy­star­czy.

– Świad­ko­wie oczy­wi­ście wy­stą­pią?

– Ma­my ze­zna­nia. Oso­bi­sta obec­ność nie jest wy­ma­ga­na.

Na­dzie­ja, że uj­rzy So­nię, pry­sła jak bań­ka my­dla­na. Przy­naj­mniej zaj­rzał­by tej su­ce w oczy, a naj­chęt­niej je wy­dra­pał. Go­rą­cą mi­łość za­stą­pi­ła rów­nie go­rą­ca nie­na­wiść. Nie lu­bił, gdy ktoś ba­wił się je­go emo­cja­mi. Ni­g­dy nic do­bre­go z te­go nie wy­ni­ka­ło.

– Od po­cząt­ku wszyst­ko wy­glą­da na far­sę – prych­nął.

– Tyl­ko w pa­na mnie­ma­niu – od­parł Ro­sja­nin. – My trak­tu­je­my to po­waż­nie. Śmier­tel­nie po­waż­nie. – Do­bro­tli­wy uśmie­szek ustą­pił miej­sca nie­przy­jem­ne­mu gry­ma­so­wi.

Umysł She­par­da pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Wie­le rze­czy nie pa­so­wa­ło do ca­ło­ści. W koń­cu w sie­dzi­bie anar­chi­stów za­trzy­ma­no kil­ka osób: pa­ru miej­sco­wych, je­go i Wir­skie­go. Je­den z Po­la­ków zgi­nął za­strze­lo­ny przez So­nię. Te­go szkli­ste­go spoj­rze­nia An­drze­ja nie za­po­mni ni­g­dy.

Sko­ro ak­cja za­koń­czy­ła się tak wiel­kim suk­ce­sem, dla­cze­go nie chcą jej wy­ko­rzy­stać? Przy­naj­mniej na po­cząt­ku ta­kie by­ły za­ło­że­nia – wiel­ka po­ka­zów­ka udo­wad­nia­ją­ca ca­łe­mu świa­tu, jak nik­czem­ni i per­fid­ni są wro­go­wie Fe­de­ra­cji. Po pa­ru dniach zmie­nio­no kon­cep­cję. Osta­tecz­nie zo­stał tyl­ko on, i to w ja­kimś pod­rzęd­nym pro­ce­sie. Cie­ka­we, co się za tym kry­ło? Naj­prost­sze wy­ja­śnie­nie, że Ame­ry­ka­nie pró­bo­wa­li do­ga­dać się w je­go spra­wie, wy­da­wa­ło mu się ma­ło praw­do­po­dob­ne. Al­bo spra­wy dla sa­mych Ro­sjan przy­bra­ły fa­tal­ny ob­rót, al­bo... aż uśmiech­nął na tę myśl.

– Wir­ski wam zwiał – po­wie­dział gło­śno, bacz­nie przy­pa­tru­jąc się roz­mów­cy.

– Te­go aspek­tu śledz­twa nie bę­dzie­my po­ru­szać. – Ro­sja­nin nie spu­ścił wzro­ku.

– Zwiał wam! – Nort za­niósł się śmie­chem. Naj­bar­dziej ba­wi­ła go po­wa­ga ofi­ce­ra.

– Ci­sza! – Pięść wal­nę­ła w biur­ko z ca­łej si­ły, lecz ma­syw­ny me­bel stłu­mił ude­rze­nie. – Po­tra­fię so­bie po­ra­dzić z ta­kim gno­jem jak ty.

She­pard po­wo­li się uspo­ka­jał. Coś trzesz­cza­ło w wiel­kiej biu­ro­kra­tycz­nej ma­chi­nie. Zresz­tą do­ty­czy­ło to ca­łe­go kra­ju, do cze­go – jak usil­nie sta­ra­no się to udo­wod­nić – wła­śnie on się przy­czy­nił. No, no...

– Pro­ces od­bę­dzie się w cią­gu pa­ru dni, ale nie tu­taj, tyl­ko w Mo­skwie. – Śled­czy roz­po­czął wy­peł­nia­nie w kom­pu­te­rze od­po­wied­nie­go for­mu­la­rza.

– Czym so­bie za­słu­ży­łem na ta­kie wy­róż­nie­nie?

– Ni­czym. Uzna­li­śmy, że tak bę­dzie le­piej.

– Do­brze wie­cie, że je­stem nie­win­ny.

– Do­wo­dy mó­wią co in­ne­go.

– Więk­szość z nich zo­sta­ła spre­pa­ro­wa­na.

– Do­praw­dy? Pro­szę mnie nie roz­śmie­szać. Ta­ka tak­ty­ka obro­ny jest do ni­cze­go, a wła­ści­wie... – Ofi­cer prze­rwał wy­peł­nia­nie ko­lej­nej ru­bry­ki. – Do­sta­nie pan ad­wo­ka­ta.

– Z urzę­du?

– Nie. Z FSB. – Tym ra­zem po­czu­ciem hu­mo­ru wy­ka­zał się śled­czy. – Pro­szę go­dzić się na to, co za­pro­po­nu­je, ta­ka mo­ja do­bra ra­da. No, go­to­we. – Ro­sja­nin na­ci­snął en­ter, pusz­cza­jąc do­ku­ment w obieg. – Ja­kieś py­ta­nia?

– Ra­czej proś­ba.

– Słu­cham.

– Chciał­bym do­stać ja­kieś książ­ki.

– Zo­ba­czę, co da się zro­bić, oczy­wi­ście ni­cze­go nie obie­cu­ję. Jesz­cze coś?

– Ra­czej nie.

– Otrzy­mał pan na­ucz­kę. Pro­szę wy­cią­gnąć z niej wnio­ski. – Ofi­cer uniósł słu­chaw­kę te­le­fo­nu i rzu­cił krót­kie: „Mo­że­cie go za­brać”, po czym zło­żył dło­nie jak do mo­dli­twy. – Że­gnam, bo już ra­czej się nie zo­ba­czy­my.

– Kto wie – od­po­wie­dział She­pard. – Świat jest pe­łen ta­jem­nic.

An­drzej Wir­ski wes­tchnął. Po­zwo­lił so­bie na ty­le i aż ty­le. Bark pro­mie­nio­wał bó­lem, ale znacz­nie mniej­szym niż ten, któ­ry od­czu­wał pa­rę dni wcze­śniej. Po­strzał oka­zał się groź­ny, nie­mniej nie za­gra­żał ży­ciu. Tro­skli­wa opie­ka Ta­ma­ry czy­ni­ła cu­da. Opie­ko­wa­ła się nim le­piej od nie­jed­ne­go le­ka­rza.

Mia­ła w tym wpra­wę – kie­dyś stu­dio­wa­ła me­dy­cy­nę, a przy oka­zji do­ra­bia­ła ja­ko pie­lę­gniar­ka.

– Jak to wy­glą­da? – za­py­tał sie­dzą­cą za nim dziew­czy­nę.

– Oby tak da­lej.

Czuł chłod­ny do­tyk pal­ców na ple­cach.

– W no­cy bo­la­ło.

– Mó­wi­łam, że­byś spał na brzu­chu, ina­czej szwy pusz­czą.

– Na brzu­chu nie lu­bię.

– Twój pro­blem.

W drew­nia­nej da­czy na da­le­kich przed­mie­ściach Pe­ters­bur­ga każ­de skrzyp­nię­cie sta­rej kon­struk­cji by­ło do­sko­na­le sły­szal­ne. Oso­ba po­ko­nu­ją­ca scho­dy nie śpie­szy­ła się, mi­mo że po­ko­ny­wa­ła po dwa stop­nie na­raz. W koń­cu sta­nę­ła pod drzwia­mi i roz­le­gło się pu­ka­nie.

– Tak?

Gło­wę do po­ko­ju wsu­nął je­den z agen­tów CIA, z któ­rym Wir­ski ostat­nio współ­pra­co­wał.

– Jeff ma dla cie­bie ja­kąś nie­spo­dzian­kę.

– Już scho­dzę.

Wcią­gnął na grzbiet ko­szu­lę i od­wró­cił się do Ta­ma­ry.

– Sa­ma wi­dzisz, co się dzie­je.

– Nic nie mó­wi­łam.

Po­ca­ło­wał ją de­li­kat­nie w usta.

– Za­raz wra­cam.

– Nie obie­cuj ni­cze­go, cze­go nie bę­dziesz w sta­nie do­trzy­mać.

Wy­szedł z po­ko­ju, ci­cho do­my­ka­jąc drzwi. Na do­le przy pa­ru kom­pu­te­rach pra­co­wał czło­wiek, któ­re­go znał pod imie­niem Jeff. Z ob­li­cza trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nie­go za­stęp­cy dy­rek­to­ra de­par­ta­men­tu zaj­mu­ją­ce­go się spra­wa­mi Fe­de­ra­cji wy­zie­ra­ło zmę­cze­nie. Po kil­ku dniach nie­prze­rwa­nej pra­cy nie mo­gło być ina­czej. Wy­czer­pa­nie wy­ostrzy­ło se­mic­kie ry­sy twa­rzy funk­cjo­na­riu­sza tej jed­nej z naj­więk­szych agen­cji wy­wia­dow­czych na świe­cie.

– Nie mów, że sie­dzisz tu ca­łą noc – za­gad­nął Po­lak.

– Ca­łą nie. Har­ry mi po­ma­gał i patrz, na co tra­fi­li­śmy.

An­drzej po­chy­lił się nad mo­ni­to­rem, by od­czy­tać tekst.

– Dmi­trij się ode­zwał.

– No.

Z ha­ke­rem pra­cu­ją­cym wcze­śniej dla ge­ne­ra­ła Sko­ko­wa w taj­nej in­for­ma­tycz­nej jed­no­st­ce przy­go­to­wu­ją­cej woj­nę w cy­ber­prze­strze­ni utra­ci­li kon­takt kil­ka dni wcze­śniej. Z po­wo­du zdra­dy So­nii wpa­dli wte­dy wszy­scy bio­rą­cy udział w ak­cji. Z łap Sko­ko­wa zdo­łał ujść tyl­ko on. Za­wdzię­czał to Ta­ma­rze i jej przy­ja­ciół­ce, do­pie­ro póź­niej na­wią­za­li z nim kon­takt przed­sta­wi­cie­le CIA. Wia­do­mość Ro­sja­ni­na brzmia­ła la­ko­nicz­nie: „Ży­ję. Nic mi nie jest” – ale lep­sza ta­ka od głu­che­go mil­cze­nia.

– Kie­dy zo­sta­wi­łeś wia­do­mość na kon­cie?

– Wczo­raj wie­czo­rem, oko­ło 22:30.

– A od­po­wie­dział dziś, dzie­sięć go­dzin póź­niej. My­ślisz, że Sko­kow wcią­gnął go do pro­jek­tu?

– Cał­kiem praw­do­po­dob­ne, po­trze­bu­je jak naj­wię­cej lu­dzi. – Jeff otarł chu­s­tecz­ką wil­got­ne czo­ło. – Praw­dę mó­wiąc, nie wie­rzy­łem, że zdo­ła od­po­wie­dzieć. Już raz zdra­dził. Ge­ne­rał pew­nie pil­nu­je, by znów cze­goś nie zma­lo­wał.

– Za­py­taj, gdzie jest. Zo­ba­czy­my, co od­po­wie.

Ame­ry­ka­nin wy­słał wia­do­mość i się wy­lo­go­wał.

– Nie spo­dzie­wam się od­ze­wu przed wie­czo­rem.

An­drzej po­my­ślał o tym sa­mym. Od ostat­nie­go spo­tka­nia na pew­no wie­le się wy­da­rzy­ło. Agen­ci ge­ne­ra­ła szan­ta­żem bądź prze­mo­cą mo­gli zmu­sić ha­ke­ra do współ­pra­cy. Wy­star­czy­ła zwy­kła obiet­ni­ca da­ro­wa­nia ży­cia. Kto nie ule­gnie ta­kiej po­ku­sie? Być mo­że ten, z któ­rym te­raz się kon­tak­to­wa­li, to wca­le nie Dmi­trij, tyl­ko pod­sta­wio­ny czło­wiek. Na tym eta­pie nie mie­li moż­li­wo­ści spraw­dze­nia, jak jest w isto­cie. Pra­gnął tyl­ko wie­rzyć, że sprzęt Ame­ry­ka­nów jest od­po­wied­nio za­bez­pie­czo­ny i psy łań­cu­cho­we Sko­ko­wa nie zo­sta­ną spusz­czo­ne z uwię­zi.

Na myśl o po­now­nym wpad­nię­ciu im w ła­py przez grzbiet Wir­skie­go prze­szedł dreszcz. Prę­dzej pal­nie so­bie w łeb. Cho­ciaż te­go aku­rat już nie był ta­ki pew­ny. Obie­cał, że uchro­ni Ta­ma­rę przed naj­gor­szym. Ta­kie­go przy­rze­cze­nia nie­po­dob­na zła­mać. Prę­dzej da się po­kro­ić na ka­wał­ki.

– To nie wszyst­ko. – Jeff prze­szedł do ko­lej­nej nie­spo­dzian­ki. – Prze­chwy­ci­li­śmy jesz­cze coś.

– „My” to zna­czy kto?

– Lan­gley, Fort Me­ade... czy to waż­ne? Do­sta­łem od­po­wiedź na mo­je py­ta­nie. Ktoś się po­sta­rał, więc są wy­ni­ki. – Agent wzru­szył ra­mio­na­mi, a je­go pal­ce po­now­nie za­tań­czy­ły na kla­wia­tu­rze.

– Cze­go do­ty­czy?

– Two­je­go... kum­pla, a na­sze­go ro­da­ka.

Krót­ka prze­rwa na za­sta­no­wie­nie po­mię­dzy sło­wa­mi „two­je­go” a „kum­pla” nie uszła uwa­gi Wir­skie­go. Czy wie­dzie­li, że był je­go ofi­ce­rem pro­wa­dzą­cym? Py­ta­nie wciąż po­zo­sta­wa­ło otwar­te. Na pew­no do­my­śla­li się te­go i owe­go, to nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, jed­nak czy przej­dą do po­rząd­ku dzien­ne­go nad wer­bun­kiem ame­ry­kań­skie­go oby­wa­te­la? Nie wszyst­kim ta­kie po­stę­po­wa­nie mu­si się po­do­bać. Mo­ty­wa­cje i uwa­run­ko­wa­nia mo­gą nie­wie­le zna­czyć. Al­bo jest się na­szym szpie­giem, al­bo cu­dzym. Nor­ton był cu­dzym, czy­li je­go – ni­by so­jusz­ni­ka, ale...

– Gdzie jest Nort?

– Zu­peł­nie nie­da­le­ko. Sie­dzi w aresz­cie na Le­bie­die­wa. W cią­gu pa­ru dni ma zo­stać prze­nie­sio­ny do Mo­skwy. Po­wo­li... – Jeff po­wstrzy­mał go dło­nią. – Też o tym po­my­śla­łem.

– Wiesz, co mu gro­zi? – za­py­tał Wir­ski, spo­dzie­wa­jąc się od­po­wie­dzi w ro­dza­ju: „Prze­cież to two­ja ro­bo­ta”.

– Nie na­ci­skaj. To nie ta­kie pro­ste.

– Je­że­li nie chcesz, przyj­rzę się te­mu sam.

– Z tą dziu­rą w ple­cach nie­wie­le zro­bisz.

– Jak dasz mi Har­ry’ego i Hu­ge’a do dys­po­zy­cji, to szan­se wzro­sną.

– Na­wet oni nie są cu­do­twór­ca­mi. – Ame­ry­ka­nin po­zo­sta­wał nie­wzru­szo­ny.

– Jak ro­zu­miem, chcesz sie­dzieć na tył­ku i cze­kać?

– Mniej wię­cej.

– W ta­kim ra­zie po co szop­ka z tym wszyst­kim?

– Roz­pa­tru­ję róż­ne opcje.

– Na przy­kład ja­kie?

– Pa­mię­tasz mo­ją pro­po­zy­cję?

Zda­je się, że wró­ci­li do punk­tu wyj­ścia. Cał­kiem nie­daw­no już o tym roz­ma­wia­li. Ko­lej­ne na­po­mknię­cie o tym sa­mym wzbu­dzi­ło nie­po­kój u An­drze­ja. Spra­wa za­ha­cza­ła o szan­taż: po­mo­że­my She­par­do­wi, jak ty po­mo­żesz nam. Tak jak­by Nor­ton nie był oby­wa­te­lem ich pań­stwa. Dla CIA mo­że to dro­biazg, on pod tym wzglę­dem był bar­dziej lo­jal­ny.

– Słu­chaj, Jeff, przy­mus na mnie nie dzia­ła.

– Czy ja cię do cze­goś przy­mu­szam? – pra­wie szcze­rze zdzi­wił się agent. – Jak wspo­mnia­łem, nic nie jest prze­są­dzo­ne.

– Już i tak ro­bi­cie spo­ro szu­mu – za­uwa­żył Po­lak. – Ile masz ze­spo­łów do dys­po­zy­cji? Co naj­mniej kil­ka, mam ra­cję? Zro­bi­my ta­ką ak­cję, że bę­dą nas wspo­mi­nać przez dzie­się­cio­le­cia.

– Jak mó­wi­łem, to nie ta­kie pro­ste.

– Czy ja mó­wię, że jest?

– Do tej po­ry wszyst­ko ro­bi­li­śmy na na­szych wa­run­kach, a ty naj­wy­raź­niej chcesz za­ata­ko­wać agen­tów służ­by fe­de­ral­nej.

– To nie FBI, tyl­ko FSB, nie za­po­mi­naj.

– Ni­cze­go nie obie­cu­ję. Ro­bię to dla­te­go, że nu­mer z Dmi­tri­jem wy­da­je się sen­sow­ny. Chciał­bym, że­byś o tym pa­mię­tał.

22 BRY­GA­DA PAN­CER­NA NA WSCHÓD OD GUL­BE­NE – ŁO­TWA | 22 ma­ja, go­dzi­na 11:38

Ostat­nia do­ba upły­nę­ła spo­koj­nie. Aż za spo­koj­nie, jak na gust pod­po­rucz­ni­ka To­ma­sza Ma­cie­jew­skie­go. Cią­gle spo­dzie­wał się na­lo­tu lub przy­naj­mniej ata­ku po­ci­ska­mi ra­kie­to­wy­mi krót­kie­go za­się­gu, ta­ki­mi jak Tocz­ka. W ży­ciu nie był tak zde­ner­wo­wa­ny, pod­ska­ki­wał na każ­dy wy­strzał i bez­u­stan­nie spo­glą­dał za sie­bie.

Resz­ta za­łóg prze­ży­wa­ła po­dob­ne ka­tu­sze. Po­za nie­licz­ny­mi we­te­ra­na­mi żoł­nie­rze 22 Bry­ga­dy nie wą­cha­li pro­chu, do­pie­ro star­cie pod Iwasz­ka­mi po­ka­za­ło, ile są war­ci. Po­bi­li wów­czas Ro­sjan i Bia­ło­ru­si­nów pró­bu­ją­cych za­mknąć więk­szą część sił II Kor­pu­su w ko­tle. Nikt nie spo­dzie­wał się aż ta­kie­go suk­ce­su – nie­ostrze­la­ni re­kru­ci, wspar­ci gru­pą in­struk­to­rów oraz zu­peł­nie no­wym sprzę­tem, któ­ry do­pie­ro przy­szło im po­zna­wać, spi­sa­li się nad­spo­dzie­wa­nie do­brze.

Nikt nie ocze­ki­wał od nich he­ro­izmu, a jed­nak za­mie­ni­li pra­wie pew­ną klę­skę w za­ska­ku­ją­ce zwy­cię­stwo. Nie­mniej suk­ces od­czu­li na wła­snej skó­rze. Po­le­gli i ran­ni to koszt każ­dej bi­twy. Do­dat­ko­wo po ci­chu od­sy­ła­no na ty­ły tych, któ­rzy nie mo­gli wy­peł­niać obo­wiąz­ków z po­wo­du za­bu­rzeń psy­chicz­nych. Nie każ­dy nada­wał się na żoł­nie­rza, na­wet ochot­nik. Osta­tecz­ną cen­zu­rę wy­sta­wia­ła sa­ma wal­ka, po niej każ­dy tra­cił nie­win­ność.

Gdy by­ło już po wszyst­kim, naj­chęt­niej wy­ka­so­wał­by pa­rę ostat­nich dni z pa­mię­ci. Ile­kroć przy­my­kał oczy, wi­dział nie­sa­mo­wi­cie oka­le­czo­ne zwło­ki, cia­ła po­roz­ry­wa­ne eks­plo­zja­mi przez de­to­nu­ją­cą amu­ni­cję, spa­lo­ne i ta­kie, któ­rym śmierć za­da­no na sto in­nych spo­so­bów. Wi­dział rów­nież lu­dzi nie­ma­ją­cych wi­docz­nych ran, lecz i tak mar­twych. Na­wet nie chciał do­szu­ki­wać się przy­czyn. Przez ostat­ni ty­dzień po­sta­rzał się o dzie­sięć lat. Co gor­sza, za­po­wia­da­ło się, że ich prze­ży­cia to le­d­wie pre­lu­dium do dal­szych wy­pad­ków.

Prze­rzut 22 Bry­ga­dy na pół­noc zor­ga­ni­zo­wa­no spraw­nie. Abram­sy za­ła­do­wa­no na plat­for­my, im pod­sta­wio­no au­to­ka­ry. Praw­dę mó­wiąc, wo­lał je­chać czoł­giem, za­wsze to pan­cerz nad gło­wą i odro­bi­na wię­cej wy­go­dy. Tu na­wet nie moż­na by­ło wy­cią­gnąć nóg przed sie­bie – wszy­scy sie­dzie­li stło­cze­ni jak sar­dyn­ki w pusz­ce. Do te­go do­cho­dzi­ło wy­po­sa­że­nie i broń oso­bi­sta, po­upy­cha­ne pod no­ga­mi, w przej­ściu i gdzie się da­ło. Je­den plus, że sie­dział z przo­du, więc ob­ser­wo­wał szo­sę.

Je­cha­li ca­łą noc, zry­wa­mi, czę­sto sta­jąc na po­bo­czach lub dla od­mia­ny pę­dząc na zła­ma­nie kar­ku przez dłuż­sze od­cin­ki dro­gi. Mi­ni Be­ryl, czy­li wer­sja ka­ra­bin­ka ze skró­co­ną lu­fą, ca­ły czas spo­czy­wał na ko­la­nach. Tak na wszel­ki wy­pa­dek. Chodź spo­ro grup spec­na­zu zo­sta­ło już wy­bi­tych, to nie zna­czy­ło, że wszyst­kie. Z każ­dej stro­ny do­cho­dzi­ły in­for­ma­cje o po­tycz­kach i za­sadz­kach. Spa­do­chro­nia­rze 101 Dy­wi­zji oraz lo­kal­na sa­mo­obro­na za­cie­kle tę­pi­li Ro­sjan, a i tak po­dob­no je­den z od­dzia­łów do­tarł pod sa­mą kwa­te­rę głów­ną wojsk ko­ali­cyj­nych w Ry­dze i do­pie­ro tam zo­stał roz­bi­ty. Po­dob­nie rzecz się mia­ła z ba­zą ma­ry­nar­ki w Tal­li­nie i lot­ni­ska­mi mię­dzy­na­ro­do­wy­mi w sto­li­cach wszyst­kich nad­bał­tyc­kich państw, o po­mniej­szych ce­lach nie wspo­mi­na­jąc.

Prze­czu­cie go nie my­li­ło. Pa­rę mi­nut po pią­tej ra­no mi­nę­li punkt kon­tro­l­ny opo­dal ło­tew­skiej Dau­ga­vpils. Po­nu­rzy żan­dar­mi i rząd co naj­mniej dwu­dzie­stu ciał już za­pa­ko­wa­nych w bre­zen­to­we wor­ki świad­czy­li o sto­czo­nej nie­daw­no wal­ce. Bo­jo­wy AH-64 Apa­che jesz­cze krę­cił się w po­bli­żu. Po­trza­ska­ny Hu­mvee wciąż stał, tyl­ko ze­pchnię­ty na po­bo­cze. Au­to­bus przy­śpie­szył, ale Ma­cie­jew­ski jesz­cze zdą­żył za­uwa­żyć żoł­nie­rzy z psa­mi tro­pią­cy­mi zni­ka­ją­cych w po­bli­skim le­sie. Gdy­by prze­jeż­dża­li go­dzi­nę wcze­śniej, to sa­mo, co za­ło­dze Hu­mvee, mo­gło przy­tra­fić się wła­śnie im.

Pa­rę go­dzin póź­niej zje­cha­li z głów­nej szo­sy na bocz­ny trakt. Ko­lej­ne pół ki­lo­me­tra i by­li na miej­scu.

Ma­cie­jew­ski wy­siadł ja­ko pierw­szy, za­rzą­dził zbiór­kę i za­czął za­sta­na­wiać się, gdzie ulo­ko­wać lu­dzi. Nic nie zo­sta­ło przy­go­to­wa­ne. Przed ni­mi roz­cią­gał się ka­wał po­la nad je­zio­rem oto­czo­nym la­sem. Obóz za­pew­ne do­pie­ro był w pla­nach. Zży­mał się na brak sprzę­tu i pa­nu­ją­cy cha­os. Nikt nic nie wie­dział, łącz­nie z sa­mym Ste­fań­skim, do­wód­cą ba­ta­lio­nu. Ko­lej­ne go­dzi­ny upły­nę­ły na ocze­ki­wa­niu, do­pie­ro wi­dok ośmio­ko­ło­we­go cięż­kie­go trans­por­te­ra Hi­po­po­tam tro­chę roz­wiał drę­czą­ce go oba­wy. Pa­rę po­jaz­dów zje­cha­ło po ła­god­nym sto­ku i za­par­ko­wa­ło tuż nad wo­dą. Za ni­mi wy­ło­ni­ły się znacz­nie mniej­sze Ro­so­ma­ki i cię­ża­rów­ki. Od kie­row­cy Jel­cza usły­szał o utknię­ciu kon­wo­ju z Abram­sa­mi gdzieś pod Kow­nem.

Za­klął. Cho­ler­ny pech.

– Wi­dzia­łeś to oso­bi­ście czy ktoś prze­ka­zał przez ra­dio? – za­py­tał szo­fe­ra.

– Skie­ro­wa­no nas ob­jaz­dem – przy­znał tam­ten nie­chęt­nie. – Ale tam ko­rek na co naj­mniej dzie­sięć ki­lo­me­trów. Da­ję sło­wo.

– Cał­kiem moż­li­we. – Kie­row­cę po­parł Ste­fań­ski, któ­ry wy­glą­dał na rów­nie zde­ner­wo­wa­ne­go, ty­le że trzy­mał fa­son i nie oka­zy­wał iry­ta­cji.

– Skąd pan wie? – za­in­te­re­so­wał się Ma­cie­jew­ski.

– Wi­dzia­łem z po­wie­trza. Za­tor mo­że nie na dzie­sięć, ale na dwa ki­lo­me­try na pew­no.

Przy oka­zji się wy­ja­śni­ło, w ja­ki spo­sób ka­pi­tan do­łą­czył tak pręd­ko, mi­mo że nie wy­ru­szył ra­zem z ni­mi.

– Jak pan my­śli, dłu­go tu za­ba­wi­my?

– Prze­szli­śmy pod roz­ka­zy II Kor­pu­su. Po­dob­no ge­ne­rał Ray­mond Co­oper jest na­mi za­chwy­co­ny – od­parł za­gad­nię­ty.

– Brak mu wła­snych lu­dzi? – Pod­po­rucz­nik wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie o to cho­dzi. Nie przy­je­cha­li­śmy tu po to, by po­dzi­wiać wi­do­ki.

– A po co?

Py­ta­nie pa­dło od nie­chce­nia, ale od­po­wiedź po­zwa­la­ła przy­go­to­wać się na naj­bliż­szą przy­szłość. Z grub­sza wie­dział, o co cho­dzi, nie był aż ta­kim igno­ran­tem, szu­kał tyl­ko po­twier­dze­nia wła­snych prze­my­śleń. Ci, któ­ry­mi do­wo­dził, też nie by­li idio­ta­mi, za­da­wa­li py­ta­nia i ocze­ki­wa­li sen­sow­nych od­po­wie­dzi.

Ste­fań­ski nie śpie­szył się, po­pra­wił pas i spraw­dził, czy pi­sto­let tkwi w ka­bu­rze.

– Co­oper nie dys­po­nu­je wie­lo­ma cięż­ki­mi jed­nost­ka­mi, o czym za­pew­ne wiesz. 3 Dy­wi­zja Pie­cho­ty to za ma­ło, tym bar­dziej że ostat­nio po­nio­sła stra­ty.

– Za ma­ło do cze­go?

– No po­myśl – za­chę­cił Ste­fań­ski.

– Więc jed­nak...

– To je­dy­ne lo­gicz­ne roz­wią­za­nie.

Ma­cie­jew­skie­mu za­krę­ci­ło się w gło­wie, gło­śno prze­łknął śli­nę i po­tarł skro­nie. Ame­ry­kań­ska po­moc za pa­rę mi­liar­dów nie by­ła prze­cież bez­in­te­re­sow­na. Je­że­li ktoś chciał wie­dzieć, co Po­la­cy bę­dą mu­sie­li dać w za­mian, to wła­śnie się do­wie­dział. Do­sta­li­śmy Abram­sy i Bra­dleye, a w re­wan­żu weź­mie­my udział w ofen­sy­wie. Mo­że nie wszyst­ko by­ło ta­kie pro­ste, jed­nak dla nie­go do te­go się spro­wa­dza­ło.

– Kie­dy?

– Te­go nie wiem, lecz spo­dzie­wam się, że w cią­gu naj­bliż­szych sie­dem­dzie­się­ciu dwóch go­dzin.

Pod pod­po­rucz­ni­kiem ugię­ły się no­gi. Tem­po za­wrot­ne. Ni­by wie­dział, cze­go ocze­ki­wać, ale sło­wa ka­pi­ta­na zmie­sza­ły go.

– Tak szyb­ko...

– Do­pil­nuj, by wszy­scy do­brze wy­po­czę­li. Jak zja­wią się na­sze Abram­sy, za­tan­ku­je­my i uzu­peł­ni­my amu­ni­cję. Na­le­ży wy­ko­nać wszyst­kie drob­ne na­pra­wy, na któ­re star­czy cza­su – uciął do­wód­ca.

– Tak jest.

– Nie wiem, co pla­nu­je Co­oper i ca­ła resz­ta ja­jo­gło­wych z je­go szta­bu oraz Pen­ta­gon. Do­my­ślam się tyl­ko, że cho­dzi o szyb­ką ope­ra­cję i za­koń­cze­nie te­go ca­łe­go ba­ła­ga­nu, za­nim bę­dzie za póź­no.

Ma­cie­jew­ski zwi­jał się jak w ukro­pie, krą­żąc po wciąż roz­ra­sta­ją­cym się obo­zie. Trud­no to na­wet by­ło na­zwać obo­zem. Po pro­stu w ca­łej oko­li­cy szyb­ko za­czę­ło przy­by­wać po­jaz­dów i żoł­nie­rzy, a że nie za­no­si­ło się na dłu­gi po­stój, to ca­ło­kształt zdo­mi­no­wa­ła im­pro­wi­za­cja w ra­mach kon­tro­lo­wa­ne­go ba­ła­ga­nu.

Pod­po­rucz­nik ode­tchnął do­pie­ro po po­łu­dniu, na wi­dok pierw­sze­go cią­gni­ka sio­dło­we­go i ni­sko­po­dwo­zio­wej plat­for­my. Za­ło­gi za­krząt­nę­ły się przy wo­zach. Wkrót­ce pierw­sze Abram­sy za­par­ko­wa­no, za­cho­wu­jąc prze­pi­so­we, co naj­mniej stu­me­tro­we od­le­gło­ści po­mię­dzy ma­szy­na­mi. Na­stęp­nie na­le­ża­ło spraw­dzić wszyst­kie sys­te­my i przy­go­to­wać czoł­gi do wal­ki.

M1A­2SEP, w któ­rym pod­po­rucz­nik pro­wa­dził pierw­szą bi­twę, swo­je już prze­szedł. Dłu­ga kre­cha i nad­pa­lo­na far­ba na pan­ce­rzu wie­ży wy­raź­nie wska­zy­wa­ły miej­sce, gdzie obe­rwa­li. Wte­dy się uda­ło, pan­cerz oka­zał się moc­ny, ina­czej Ma­cie­jew­ski nie stał­by tu i nie po­dzi­wiał kan­cia­stej kon­struk­cji.

– Ma­ka­ła, od­pal tur­bi­nę.

Me­cha­nik znikł we wnę­trzu. Po­nad otwór wła­zu wy­sta­wa­ła je­go gło­wa w heł­mo­fo­nie, co wy­glą­da­ło dość eg­zo­tycz­nie – ame­ry­kań­ski pan­cerz i ro­syj­ska grze­bie­nia­sta ochro­na gło­wy. Wcze­śniej ja­koś te­go nie za­uwa­żył. Sil­ni­ki za­sko­czy­ły od ra­zu przy zgod­nym wes­tchnie­niu za­ło­gi. Ło­skot pra­cu­ją­ce­go sil­ni­ka za­głu­szył echo od­le­głej de­to­na­cji. Upły­nął uła­mek se­kun­dy, za­nim pod­po­rucz­nik zi­den­ty­fi­ko­wał ha­łas i ob­ró­cił się za sie­bie, re­je­stru­jąc wy­da­rze­nia.

Po­nad la­sem rósł słup dy­mu, pod­trzy­my­wa­ny przez po­ma­rań­czo­we pło­mie­nie. Ma­cie­jew­ski pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć, kto znaj­do­wał się w tam­tym miej­scu, od­le­głym o ja­kiś ki­lo­metr, i nie po­tra­fił. Na nie­bie wy­raź­nie wi­dać by­ło jesz­cze sre­brzy­stą plam­kę ucho­dzą­ce­go na wschód sa­mo­lo­tu. Ko­la­na od­ru­cho­wo zgię­ły się jak do pa­du, na szczę­ście szyb­ko do gło­su wró­cił roz­są­dek. Czoł­gi­sta ze­rwał się do bie­gu i wsko­czył na pan­cerz. Nie po­trze­bo­wał po­mo­cy – przy­trzy­maw­szy się ob­łe­go prze­dmu­chi­wa­cza w po­ło­wie lu­fy, wspiął się na wie­żę, od­bez­pie­czył wu­ka­em, spraw­dził ta­śmę z pół­ca­lo­wy­mi po­ci­ska­mi i prze­su­nął dźwi­gnię od­bez­pie­cze­nia bro­ni.

Gdzie ten su­kin­syn? Prze­su­nął lu­fę z le­wa na pra­wo, lecz prze­ciw­nik znaj­do­wał się już da­le­ko od miej­sca na­lo­tu. Co praw­da w ślad za nim rzu­cił się ja­kiś od­rzu­to­wiec znaj­du­ją­cy się w po­bli­żu, ale czy sztur­mo­wiec zo­sta­nie ze­strze­lo­ny, nie by­ło to pew­ne.

Na ra­zie po­ja­wił się je­den sa­mo­lot prze­ciw­ni­ka, jed­nak gdy nad­le­ci wię­cej, roz­nio­są ich na ka­wał­ki. Czy do­wódz­two zdo­ła zor­ga­ni­zo­wać obro­nę prze­ciw­lot­ni­czą? Jak do­tąd jej nie do­strze­gał. Tyl­ko głu­piec mógł­by są­dzić, że Ro­sja­nie pod­ku­lą ogon i spo­koj­nie po­cze­ka­ją na nie­unik­nio­ne.

Zsu­nął się do wnę­trza wie­ży na swo­je sta­no­wi­sko i spraw­dził, co z po­zo­sta­ły­mi wo­za­mi kom­pa­nii. Zda­je się, że ba­ta­lion nie ucier­piał, ale za­wsze le­piej się upew­nić. Od jed­ne­go z do­wód­ców czoł­gów do­wie­dział się, co za­szło – znisz­cze­niu ule­gła cy­ster­na ob­słu­gu­ją­ca Bra­dleye pie­cho­ty, przy czym ża­den BWP nie zo­stał tra­fio­ny. Pa­ru po­pa­rzo­nych już od­tran­spor­to­wa­no do szpi­ta­la, kie­row­ca nie­ste­ty nie prze­żył.

Wy­gra­mo­lił się i usa­do­wił na ze­wnątrz. Z jed­nej stro­ny, chciał, że­by już by­ło po wszyst­kim, a z dru­giej stro­ny, bał się te­go, co przy­nie­sie przy­szłość.

3 KI­LO­ME­TRY NA WSCHÓD OD GRA­NI­CY ES­TO­NII Z FE­DE­RA­CJĄ RO­SYJ­SKĄ  | 22 ma­ja, go­dzi­na 17:03

Po­zy­cja w nie­wiel­kim za­gaj­ni­ku wy­da­wa­ła się do­bra. Wi­dzie­li stąd szo­sę i zjazd na pół­noc, a co naj­waż­niej­sze, od Pe­ters­bur­ga dzie­li­ło ich naj­wy­żej trzy­sta ki­lo­me­trów. Na sa­mą myśl o tym Walsh czuł dreszcz emo­cji. W swo­im ży­ciu od­wie­dził wie­le państw, i to nie za­wsze w ma­sku­ją­cym kom­bi­ne­zo­nie i z ka­ra­bin­kiem w dło­niach. Roz­gra­bio­ne mu­zeum sta­ro­żyt­no­ści w Bag­da­dzie do tej po­ry przy­pra­wia­ło go o ból ser­ca. Je­że­li Er­mi­taż zo­sta­nie po­trak­to­wa­ny w ten sam spo­sób, nie tyl­ko Ro­sja­nie utra­cą wie­le za­byt­ków o de­cy­du­ją­cym dla kul­tu­ry zna­cze­niu, ale on sam też już nie zo­ba­czy tych wspa­nia­ło­ści na wła­sne oczy. Za­miast ory­gi­na­łów – tyl­ko bla­de cie­nie w prze­wod­ni­kach bądź al­bu­mach.

Chy­ba je­dy­nie on mar­twił się tym, co na­stą­pi. Resz­ta dru­ży­ny nie wy­bie­ga­ła my­śla­mi da­lej niż pa­rę go­dzin na­przód, co naj­wy­żej ocze­ku­jąc koń­ca mi­sji i tych chwil od­po­czyn­ku przed ko­lej­ną wy­pra­wą. Pi­wo i ham­bur­ge­ry by­ły bliż­sze ich ser­com niż ho­len­der­skie ma­lar­stwo z koń­ca XVII wie­ku.

Nie sa­my­mi ma­rze­nia­mi czło­wiek ży­je. Już wkrót­ce ssa­nie w żo­łąd­ku sta­ło się do­tkli­we, a po­lo­we ra­cje nie wzbu­dza­ły w ka­pi­ta­nie en­tu­zja­zmu. Że­by nie my­śleć o je­dze­niu, skon­cen­tro­wał się na dro­dze. Na tym od­cin­ku już nie do­strze­ga­li aż ty­lu roz­bi­tych po­jaz­dów. Ow­szem, by­ło ich spo­ro, ty­le że nie w ta­kiej ma­sie, jak po es­toń­skiej stro­nie gra­ni­cy. Kil­ka nad­pa­lo­nych BTR-ów rdze­wia­ło na po­bo­czu. Kie­ru­nek jaz­dy wska­zy­wał na wschód, czy­li zo­sta­ły znisz­czo­ne już po głów­nym na­lo­cie. Ja­kiś gor­li­wy pi­lot urzą­dził so­bie strze­lec­ki tor prze­szkód, nie od­pusz­cza­jąc ucie­ki­nie­rom. Wła­ści­wie to do­brze, że ich wte­dy tu nie by­ło. Przy pręd­ko­ściach się­ga­ją­cych sied­miu­set wę­złów lot­nik wa­lił do wszyst­kie­go, co po­de­szło, a Walsh od uro­dze­nia był przy­wią­za­ny do każ­dej ze swo­ich koń­czyn.

Za­gaj­nik znaj­do­wał się da­le­ko od wra­ków i smród roz­kła­da­ją­cych się zwłok do nich nie do­cho­dził, tyl­ko raz noz­drza ka­pi­ta­na wy­chwy­ci­ły słod­ka­wy odór, gdy za­wia­ło z tam­tej stro­ny. Do te­go aspek­tu woj­ny nie przy­zwy­czai się ni­g­dy. Cia­ła po­win­ny już daw­no zo­stać za­bra­ne. Ro­syj­skie dru­ży­ny gra­ba­rzy nie wy­ka­za­ły się pil­no­ścią, mo­że by­ły da­le­ko od fe­ral­ne­go miej­sca. Zresz­tą trud­no mieć o to pre­ten­sje, gra­barz też czło­wiek, a wszyst­ko dzia­ło się w za­wrot­nym tem­pie.

Nie uwa­żał się za pro­ro­ka, ale je­śli wszyst­ko po­to­czy się zgod­nie z je­go przy­pusz­cze­nia­mi, to do­tych­cza­so­we wy­da­rze­nia bę­dą tyl­ko przy­gryw­ką do te­go, co ich cze­ka. Do nie­daw­na nikt nie spo­dzie­wał się ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy. Jesz­cze w tym ro­ku na ćwi­cze­niach czy pry­wat­nie spo­ro mó­wi­ło się o Da­masz­ku bądź Te­he­ra­nie, na­to­miast Pe­ters­burg al­bo Mo­skwa wy­da­wa­ły się mia­sta­mi, do któ­rych ni­g­dy nie za­wi­ta­ją.

Cho­le­ra, ale się po­pie­przy­ło. Eu­ro­pej­skie­go te­atru dzia­łań wo­jen­nych już od daw­na nie bra­no pod uwa­gę, w Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej upa­tru­jąc ra­czej prze­ciw­wa­gi mo­gą­cej zneu­tra­li­zo­wać choć część is­lam­skich ru­chów z Azji Środ­ko­wej. Po wyj­ściu NA­TO z Afga­ni­sta­nu spo­dzie­wa­no się nie­po­ko­jów od Tur­kie­sta­nu po Kir­gi­stan i nie po­my­lo­no się. Z ko­mu­ni­ka­tów ra­dio­wych pły­nął jed­no­znacz­ny prze­kaz – mu­zuł­ma­nie wy­ko­rzy­stu­ją oka­zję. Od­kąd za­bra­kło pro­tek­to­ra, do­tych­cza­so­we re­żi­my chwia­ły się w po­sa­dach, lecz nikt nie kwa­pił się wy­ro­ko­wać, co wy­ło­ni się z te­go ty­gla nie­na­wi­ści. Jed­ni mó­wi­li o no­wym ka­li­fa­cie, dru­dzy o afga­ni­za­cji Za­kau­ka­zia. Zda­niem Wal­sha tak do­brze nie bę­dzie. Ogrom­ne za­so­by su­row­ców na­tu­ral­nych w koń­cu przez ko­goś zo­sta­ną za­go­spo­da­ro­wa­ne, a jak znał ży­cie – zy­ski za­si­lą fun­dusz wal­ki z nie­wier­ny­mi, czy­li w kon­se­kwen­cji z ni­mi, Ame­ry­ka­na­mi. Przez naj­bliż­sze pa­rę lat nie zo­sta­ną ode­sła­ni na ty­ły, więc o pra­cę mógł być spo­koj­ny. Mar­na to po­cie­cha, cho­ciaż są gor­sze za­ję­cia. Na przy­kład nie chciał­by się zna­leźć w skó­rze pre­zy­den­ta: jed­na błęd­na de­cy­zja i wszyst­ko się sy­pie. Cie­ka­we, czy po wy­sła­niu ty­lu lu­dzi na rzeź moż­na wie­czo­rem usiąść w fo­te­lu przed te­le­wi­zo­rem, za­grze­cho­tać lo­dem w szklan­ce wy­peł­nio­nej whi­sky i obej­rzeć skut­ki wy­da­nych wcze­śniej po­le­ceń. Przy czymś ta­kim je­go wła­sne za­da­nie zda­ło się ka­pi­ta­no­wi ła­twe jak ko­bie­ty.

Zmie­nił po­zy­cję, że­by oprzeć się ple­ca­mi o pień mo­drze­wia. Naj­chęt­niej przy­mknął­by oczy i od­pły­nął da­le­ko. Po­trzą­snął gło­wą i roz­tarł po­wie­ki. Odro­bi­nę po­mo­gło. Ci­śnie­nie sko­czy­ło, gdy na szo­sie do­strzegł opan­ce­rzo­ne­go Ti­gra i BTR-90. Dla­cze­go nikt o tym nie za­mel­do­wał? Po­spa­li się czy co?

– Uwa­ga, Char­lie, w za­się­gu wzro­ku.

Au­to­mat po­wę­dro­wał do ra­mie­nia, za­mon­to­wa­na na nim lu­ne­ta po­zwa­la­ła bli­żej przyj­rzeć się go­ściom.

Kie­row­ca Ti­gra je­chał po­wo­li, omi­ja­jąc z da­le­ka wszel­kie moż­li­we nie­bez­pie­czeń­stwa. W koń­cu wóz się za­trzy­mał, a ze środ­ka wy­sko­czy­li zwia­dow­cy.

Czy­li ktoś w koń­cu się ock­nął i na­ka­zał spraw­dzić, co też po­ra­bia­ją jan­ke­si. Zo­ba­czy­my, co sta­nie się da­lej, po­my­ślał. Ten zwiad to jesz­cze nic ta­kie­go. Go­rzej, jak za ni­mi pój­dzie resz­ta. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że Ro­sja­nie nie dys­po­nu­ją już re­zer­wa­mi i wszyst­ko, co po­sia­da­li, utra­ci­li pod­czas ostat­niej ofen­sy­wy. No, mo­że nie wszyst­ko, ale ci, któ­rzy uszli z ży­ciem, nie sta­no­wi­li ja­kiejś zna­czą­cej si­ły bo­jo­wej. Do­ty­czy­ło to za­rów­no od­dzia­łów ata­ku­ją­cych od wscho­du, jak i Bia­ło­ru­si­nów wspie­ra­ją­cych ofen­sy­wę od po­łu­dnia. Roz­gro­mio­no trzy bry­ga­dy, dwie ko­lej­ne po­nio­sły do­tkli­we stra­ty, na­to­miast ci tu­taj wy­glą­da­li na no­wych. Znaj­do­wa­li się za da­le­ko, by zi­den­ty­fi­ko­wać ozna­cze­nia na po­jaz­dach, o ile wcze­śniej nie zo­sta­ły za­ma­lo­wa­ne, mi­mo to ła­two by­ło do­strzec w nich za­wo­dow­ców. Wy­star­czy­ło spoj­rzeć, jak się po­ru­sza­ją, wy­szu­ku­jąc osło­ny. Znaj­do­wa­li się na wła­snym te­ry­to­rium i nic nie świad­czy­ło o obec­no­ści prze­ciw­ni­ka, a jed­nak wpo­jo­ne na­wy­ki po­wo­do­wa­ły, że za­cho­wy­wa­li da­le­ko po­su­nię­tą ostroż­ność. Na­le­że­li do eli­ty, tak jak chłop­cy Wal­sha.

Na tym od­cin­ku Ro­sja­nie dys­po­no­wa­li tyl­ko jed­ną ta­ką jed­nost­ką – 76 Pskow­ską Dy­wi­zją Po­wietrz­no-Sztur­mo­wą, wscho­dzą­cą w skład sił szyb­kie­go re­ago­wa­nia. Z te­go, co pa­mię­tał, jej szlak bo­jo­wy wy­glą­dał na­der in­te­re­su­ją­co – Afga­ni­stan, Cze­cze­nia, Gru­zja... W swo­im cza­sie po­szedł kon­tro­lo­wa­ny prze­ciek, że for­ma­cja jest szy­ko­wa­na do in­ter­wen­cji w Sy­rii, oczy­wi­ście po stro­nie Ba­sza­ra al-Asa­da. Ka­pi­ta­no­wi nie chcia­ło się w to wie­rzyć, choć kto wie, co Wła­di­mi­ro­wi Wła­di­mi­ro­wi­czo­wi cho­dzi­ło po gło­wie. W su­mie ro­syj­skie si­ły po­wietrz­no­de­san­to­we dys­po­no­wa­ły znacz­nym po­ten­cja­łem, ba... jak się nad tym głę­biej za­sta­no­wić, nikt in­ny nie mógł­by się z ni­mi rów­nać. Po­dob­nie jak do ma­ri­nes, tra­fia­li tam naj­lep­si lu­dzie – ko­goś, kto nie chciał słu­żyć w de­san­cie, nie da się zmu­sić do sko­ku ze spa­do­chro­nem. Za­wsze wy­so­ko umo­ty­wo­wa­ni, w prze­ci­wień­stwie do ko­le­gów z jed­no­stek zme­cha­ni­zo­wa­nych, da­dzą z sie­bie wszyst­ko.

Przez ple­cy ka­pi­ta­na prze­biegł dreszcz. Nikt nie twier­dził, że bę­dzie ła­two. Wia­do­mo, że prze­szko­dy bę­dą się pię­trzyć wraz z po­su­wa­niem się w głąb Fe­de­ra­cji, a pierw­sza wła­śnie zma­te­ria­li­zo­wa­ła się w po­sta­ci tych spa­do­chro­nia­rzy. Prze­su­nął lu­ne­tę wzdłuż gi­ną­cej w od­da­li szo­sy. Na ra­zie nic nie za­po­wia­da­ło sił po­stę­pu­ją­cych za pa­tro­lem. I do­brze, ci w zu­peł­no­ści wy­star­czą. Co praw­da jed­na ra­kie­ta z sa­mo­lo­tu czy Pre­da­to­ra roz­wią­zy­wa­ła pro­blem, a ta­kie wspar­cie w ra­zie ko­niecz­no­ści otrzy­mał­by w cią­gu pa­ru mi­nut, ale ktoś w koń­cu za­in­te­re­su­je się za­gi­nio­nym pa­tro­lem, a le­piej, że­by prze­ciw­nik na ra­zie nie zwra­cał uwa­gi na tę oko­li­cę.

Uznał, że wy­star­czy te­go do­bre­go, uru­cho­mił ra­dio i wy­słał wia­do­mość. Niech mą­drzej­si od nie­go po­sta­no­wią, co z tym fan­tem zro­bić.

PEN­TA­GON, AR­LING­TON, WIR­GI­NIA – USA | 22 ma­ja, go­dzi­na 08:04

– Ak­tu­al­nie na­po­ty­ka­my je­dy­nie spo­ra­dycz­ne trud­no­ści. Ge­ne­rał Co­oper jest do­brej my­śli. Jak za­pew­nia, w cią­gu na­stęp­nych dwu­na­stu go­dzin bę­dzie go­to­wy do dzia­ła­nia. – Ofi­cer re­fe­ru­ją­cy bar­dzo się sta­rał, by wy­po­wiedź za­brzmia­ła rze­czo­wo i uspo­ka­ja­ją­co.

– Co­oper tak po­wie­dział? – prych­nął ko­men­dant Kor­pu­su Pie­cho­ty Mor­skiej ge­ne­rał Alan Pre­ston.

– To je­go sło­wa. – Ka­pi­tan nie do koń­ca wie­dział, jak od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie.

– Alan, chciał­byś go kimś za­stą­pić? – Prze­wod­ni­czą­cy Ko­le­gium Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów Ja­mes Wil­son zwró­cił się do Pre­sto­na.

– Pa­ru mo­ich lu­dzi ma­rzy o tym.

– Nie mó­wię o two­ich pod­wład­nych, tyl­ko o do­wód­cach sił lą­do­wych. – Wil­son do­pre­cy­zo­wał py­ta­nie.

– Dla­cze­go nie mo­że być to ktoś od nas?

– Bo na ra­zie ja je­stem tu­taj sze­fem – wark­nął prze­wod­ni­czą­cy.

Obaj do­sko­na­le wie­dzie­li, o co cho­dzi – ofi­ce­ro­wie ma­ri­nes sły­nę­li z agre­syw­no­ści. Tak ich szko­lo­no: wy­lą­do­wać, za­jąć te­ren i już ni­ko­mu nie ustą­pić. Ci z sił lą­do­wych mu­sie­li dwa ra­zy za­sta­no­wić się nad pod­ję­ciem de­cy­zji i kon­se­kwen­cja­mi, ja­kie przy­nio­są. Co­oper nie był wy­jąt­kiem, w bi­twie obron­nej po­ra­dził so­bie nie naj­go­rzej. A je­śli wy­ka­że się w na­tar­ciu, to doj­dzie do Pe­ters­bur­ga w czter­dzie­ści osiem go­dzin.

Prze­klę­te mia­sto spę­dza­ło Wil­so­no­wi sen z po­wiek. Zda­wa­ło się tak bli­sko, a jed­nak sta­no­wi­ło wy­zwa­nie. W swo­jej nie­daw­nej hi­sto­rii ar­mia Sta­nów Zjed­no­czo­nych to­czy­ła pa­rę bi­tew o po­dob­nym cha­rak­te­rze, wy­star­czy­ło wspo­mnieć o ofen­sy­wie Tet czy za­ję­ciu Bag­da­du, wsze­la­ko w po­rów­na­niu z Pe­ters­bur­giem tam­te ope­ra­cje wy­glą­da­ły na po­tycz­ki.

Oczy­wi­ście mi­ło by­ło się łu­dzić – wej­dą do mia­sta bez jed­ne­go wy­strza­łu i zo­sta­ną przy­wi­ta­ni kwia­ta­mi. Być mo­że zwy­kli miesz­kań­cy zro­zu­mie­ją, że nie są ich wro­ga­mi. Po­na­wia­ne pro­po­zy­cje współ­pra­cy, ma­ją­ce roz­wią­zać kon­flikt środ­ka­mi po­li­tycz­ny­mi, od­bi­ja­ły się od mu­rów Krem­la. Ba, Pu­tin ro­bił wszyst­ko, by ta­ką współ­pra­cę znisz­czyć w za­rod­ku. Po za­to­pie­niu lot­ni­skow­ca USS „Ro­nald Re­agan” Ame­ry­ka­nie stra­ci­li cier­pli­wość. Tar­ga­na we­wnętrz­ny­mi kon­flik­ta­mi Fe­de­ra­cja sła­bła z dnia na dzień. Jej sys­tem do­wo­dze­nia zo­stał na­ru­szo­ny, a na­wet naj­więk­szy kraj na świe­cie nie był w sta­nie pro­wa­dzić dzia­łań na wszyst­kich fron­tach rów­no­cze­śnie – ata­ko­wa­li Ja­poń­czy­cy i se­pa­ra­ty­ści sy­be­ryj­scy na Da­le­kim Wscho­dzie, mu­zuł­ma­nie w Azji Środ­ko­wej i na Kau­ka­zie, do te­go do­szedł ba­ła­gan na Da­le­kiej Pół­no­cy i nie­uda­na ofen­sy­wa w pań­stwach bał­tyc­kich, pod­czas któ­rej wy­tra­co­no wie­le cięż­kich bry­gad z za­chod­nie­go kie­run­ku ope­ra­cyj­ne­go.

Jak tak da­lej pój­dzie, do koń­ca mie­sią­ca Fe­de­ra­cja sta­nie się tru­pem. Wil­son wciąż nie po­tra­fił zro­zu­mieć, ja­ką lo­gi­ką kie­ro­wał się Pu­tin. Z ze­wnątrz wy­glą­da­ło to tak, jak­by za wszel­ką ce­nę pró­bo­wał za­prze­pa­ścić ca­ły do­tych­cza­so­wy wy­si­łek wło­żo­ny w mo­der­ni­za­cję pań­stwa. Nie tra­fia­ły do nie­go żad­ne ar­gu­men­ty, jak sza­le­niec trwał na daw­no utra­co­nych po­zy­cjach. Czy on na­praw­dę wy­obra­żał so­bie, że mo­że za­ata­ko­wać Ame­ry­ka­nów i ich so­jusz­ni­ków i wy­grać tę woj­nę ma­łym kosz­tem al­bo prze­grać bez żad­nych kon­se­kwen­cji?

Wil­son nie zga­dzał się z po­my­słem, któ­ry lan­so­wał wi­ce­pre­zy­dent Joe Bi­den i je­go frak­cja, by po­prze­stać na prze­ję­ciu kon­tro­li nad ob­sza­ra­mi stra­te­gicz­ny­mi, głów­nie ty­mi za­sob­ny­mi w ro­pę i gaz – bo co z resz­tą?

Każ­dy la­ik wi­dział jed­no – Ro­sji pod­cię­to no­gi. Kraj pa­dał, a jak już upad­nie, wstrzą­sy ro­zej­dą się z nie­by­wa­łą si­łą po ca­łym świe­cie. Już od­czu­wa­li te­go skut­ki, a bę­dzie zde­cy­do­wa­nie go­rzej. De­struk­cja gro­zi­ła nie tyl­ko Fe­de­ra­cji, ale rów­nież Ukra­inie i Bia­ło­ru­si, o ta­kich pań­stwach jak Ka­zach­stan czy Turk­me­ni­stan nie wspo­mi­na­jąc. Na do­brą spra­wę glo­bal­ny po­rzą­dek zno­wu ule­gnie prze­mo­de­lo­wa­niu. Dzie­siąt­ki mi­lio­nów lu­dzi na mi­lio­nach ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych te­re­nu znaj­dą się po­za wszel­ką kon­tro­lą. Kosz­mar­na per­spek­ty­wa. Ide­al­ne miej­sce dla wszel­kie­go ro­dza­ju na­wie­dzio­nych i po­li­tycz­nych hochsz­ta­ple­rów oraz ter­ro­ry­stów i ban­dy­tów wszel­kiej ma­ści. Mo­że le­piej, że Ja­poń­czy­cy usa­do­wią się we Wła­dy­wo­sto­ku, a Chiń­czy­cy zaj­mą in­te­re­su­ją­ce ich ob­sza­ry. Przy­naj­mniej spró­bu­ją za­pro­wa­dzić tam po­rzą­dek – ten ar­gu­ment sil­nie lan­so­wa­ny przez ko­lej­ną po­li­tycz­ną frak­cję, sku­pio­ną przy se­kre­ta­rzu sta­nu, rów­nież uzna­wał za nie­do­rzecz­ny.

Naj­bar­dziej lo­gicz­ne wy­da­wa­ło się za­stą­pie­nie obec­nej eki­py za­sia­da­ją­cej na Krem­lu in­ną, któ­ra by­ła­by go­to­wa do współ­pra­cy i po­tra­fi­ła ze­rwać z nie­chlub­ną prze­szło­ścią, przez co mia­ła­by moż­li­wość wy­pro­wa­dze­nia kra­ju na pro­stą. Przy mak­sy­mal­nym wy­sił­ku obu stron mo­że by coś z te­go wy­szło. I tu do­cho­dził do ko­lej­ne­go wy­zwa­nia – wca­le nie dys­po­no­wa­li ta­ki­mi moż­li­wo­ścia­mi, jak by chcie­li. Co praw­da wie­lu twier­dzi­ło, że woj­sko­wym za­wsze wszyst­kie­go by­ło za ma­ło, ale w ob­li­czu za­dań, ja­kie na nie­go cze­ka­ły, oba­wiał się naj­gor­sze­go: utkną gdzieś da­le­ko od gra­ni­cy, unie­ru­cho­mie­ni na ol­brzy­miej prze­strze­ni, we wro­gim śro­do­wi­sku, aż zo­sta­ną stra­to­wa­ni przez hor­dy głod­nych i zde­spe­ro­wa­nych lu­dzi.

Dy­wi­zje, któ­ry­mi dys­po­no­wał, przed­sta­wia­ły ol­brzy­mią si­łę bo­jo­wą, jed­nak roz­pro­szo­ne na pa­ru fron­tach nie bę­dą już tak sku­tecz­ne. Wie­lu za­gad­nień z nim nie kon­sul­to­wa­no, sta­wia­jąc ce­le po­li­tycz­ne po­nad mi­li­tar­ny­mi. Mo­że to i do­brze, choć roz­ka­zu za­ję­cia dru­gie­go co do wiel­ko­ści mia­sta Ro­sji do koń­ca nie ro­zu­miał. Je­że­li już ata­ko­wać, to na­le­ża­ło kie­ro­wać się ku ser­cu Fe­de­ra­cji, czy­li na Mo­skwę. Opa­no­wa­nie Pe­ters­bur­ga mia­ło­by sens tyl­ko wte­dy, gdy­by chcia­no tam usta­no­wić osob­ny ośro­dek wła­dzy po­zo­sta­ją­cy w opo­zy­cji do do­tych­cza­so­we­go pre­zy­den­ta. Pod­czas naj­bliż­sze­go spo­tka­nia z Cra­igiem po­ru­szy ten te­mat. Jak na ra­zie usta­no­wie­nie rzą­du al­ter­na­tyw­ne­go wo­bec Pu­ti­na nie po­ja­wi­ło się w dys­ku­sjach, a na­wet w plot­kach. Wcze­śniej czy póź­niej ta­ka in­for­ma­cja tra­fi­ła­by do je­go uszu, a prze­cież któ­raś z agen­cji mu­sia­ła nad ta­kim sce­na­riu­szem pra­co­wać. A je­że­li nie, to mo­że zle­cić opra­co­wa­nie go wła­snym służ­bom?

Le­d­wo za­ło­żył no­gę na no­gę, a le­wy ło­kieć po­ło­żył na bla­cie sto­łu i za­czął ana­li­zo­wać tę kwe­stię, gdy do sa­li kon­fe­ren­cyj­nej do­star­czo­no ka­wę. Ład­na blon­dyn­ka w gra­na­to­wej ma­ry­nar­ce i spód­ni­cy się­ga­ją­cej ko­lan wy­glą­da­ła na za­kło­po­ta­ną wi­do­kiem ty­lu gwiaz­dek w jed­nym po­miesz­cze­niu. W kon­se­kwen­cji wy­co­fa­ła się tak szyb­ko, że wie­lu z ze­bra­nych nie zwró­ci­ło na pa­nią po­rucz­nik naj­mniej­szej uwa­gi.

Na pa­ru wiel­kich ekra­nach zaj­mu­ją­cych le­wą ścia­nę na bie­żą­co wy­świe­tla­no in­for­ma­cje z ca­łe­go świa­ta oraz dzien­ni­ki nada­wa­ne przez naj­więk­sze sie­ci te­le­wi­zyj­ne. Już sa­mo mo­ni­to­ro­wa­nie me­diów wy­ma­ga­ło pra­cy ca­łej eki­py ana­li­ty­ków. Świat nie stał w miej­scu, rów­no­le­gle z wy­da­rze­nia­mi w Ro­sji w po­zo­sta­łych czę­ściach glo­bu do­cho­dzi­ło do więk­szych i mniej­szych kry­zy­sów. Do więk­szo­ści z nich w ja­koś spo­sób mu­sie­li się usto­sun­ko­wać, raz czy dwa po­gro­zić pal­cem, a na­wet po­pro­sić am­ba­sa­do­ra ja­kie­goś kra­ju na dy­wa­nik do se­kre­ta­rza sta­nu, tak jak to się sta­ło z przed­sta­wi­cie­lem Ar­gen­ty­ny.

Bu­enos Aires od za­wsze twier­dzi­ło, że po­wró­ci na Fal­klan­dy-Mal­wi­ny i – jak się wy­da­wa­ło – z je­go punk­tu wi­dze­nia by­ła ku te­mu ide­al­na oka­zja. Oczy wszyst­kich zwró­co­ne by­ły w dru­gą stro­nę, an­giel­ski prze­ciw­nik za­an­ga­żo­wał się w Eu­ro­pie, więc co sta­ło na prze­szko­dzie? Oczy­wi­ście bry­to­le nie pusz­czą te­go pła­zem, za­re­agu­ją na pew­no, to jed­nak osła­bi ko­ali­cję na głów­nym fron­cie. Zresz­tą, co tam ja­kieś wy­spy na po­łu­dnio­wym Atlan­ty­ku. Je­że­li Pe­kin ude­rzy na Taj­wan, USA nie bę­dą w sta­nie te­mu się prze­ciw­sta­wić. Na szczę­ście pań­stwo sko­śno­okich ro­bot­ni­ków i chło­pów wią­za­ło swo­ją przy­szłość, przy­naj­mniej naj­bliż­szą, z zu­peł­nie in­nym re­gio­nem.

– John, po­wiesz, co o tym my­ślisz?

Ad­mi­ra­ło­wi Joh­no­wi Col­lin­so­wi, sze­fo­wi ope­ra­cji mor­skich, w ostat­nich dniach przy­by­ło si­wych wło­sów, za­czął się lek­ko gar­bić i stra­cił swój do­tych­cza­so­wy en­tu­zjazm.

– Na Bał­ty­ku da­je­my ra­dę. I tak więk­szą część ro­bo­ty od­wa­la­ją za nas Szwe­dzi, Po­la­cy i Fi­no­wie.

– A co z tym Ki­lo, któ­ry roz­wa­lił nam kon­wój nie­da­le­ko Born­hol­mu?

– Po­szedł na dno na pół­noc od Ru­gii – od­parł ad­mi­rał. – Wspól­na ro­bo­ta Po­la­ków i Duń­czy­ków.

– Mam ro­zu­mieć, że pa­nu­je­my nad ca­łym akwe­nem?

– Na wo­dzie i pod wo­dą nic nam nie za­gra­ża, rów­nież udział lot­nic­twa Fe­de­ra­cji zo­stał ogra­ni­czo­ny do mi­ni­mum. Obec­nie kon­cen­tru­je­my się na ob­sza­rze od Mo­rza Kar­skie­go do Mo­rza Ba­rent­sa. Ma­my na­mie­rzo­ne dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent jed­no­stek, ja­ki­mi jesz­cze dys­po­nu­je. Wła­ści­wie do pierw­sze­go eta­pu ope­ra­cji „Miecz Tho­ra” wszyst­ko jest przy­go­to­wa­ne. Już wcze­śniej Ro­sja­nie po­no­si­li do­tkli­we po­raż­ki. – Col­lins roz­ło­żył rę­ce. – Część jed­no­stek zo­sta­ła unie­ru­cho­mio­na w ba­zach w Sie­wie­ro­mor­sku, Ar­chan­giel­sku i Mur­mań­sku oraz w Am­der­mie. Aku­rat w tym ostat­nim przy­pad­ku cho­dzi o stat­ki po­moc­ni­cze bio­rą­ce udział w ak­cji ra­tun­ko­wej.

– Po­wiedz, John, mo­gą nam jesz­cze za­szko­dzić?

– Wszyst­kie bo­ome­ry ma­my pod kon­tro­lą – od­po­wie­dział ad­mi­rał. – Al­bo po­wiem ra­czej tak: sta­ra­my się mieć. Jak do­pi­sze nam szczę­ście...

– Aku­rat na to le­piej nie li­czyć. Je­że­li choć je­den z nich wy­strze­li ra­kie­ty, znik­nie pa­rę na­szych naj­więk­szych miast.

– Zro­bi­my to tak, by nam się nic nie sta­ło, a przy­naj­mniej się po­sta­ra­my.

– Więk­szość mo­ich lu­dzi jest zda­nia, że Pu­tin nie zde­cy­du­je się na atak – po­wie­dział po­waż­nie Ralph Lo­vell, do­wo­dzą­cy lot­nic­twem.

– Już raz to zro­bił.

– W ska­li tak­tycz­nej – od­parł lot­nik. – Zma­so­wa­ne ude­rze­nie nu­kle­ar­ne na Sta­ny... Chry­ste Pa­nie, na­wet nie chcę my­śleć o skut­kach. Co praw­da go­dzi­nę póź­niej zo­sta­nie z nich ra­dio­ak­tyw­ny pył, ale mi­mo wszyst­ko...

– Już sa­mo pro­wa­dze­nie dzia­łań środ­ka­mi kon­wen­cjo­nal­ny­mi przy­no­si do­syć cier­pień. Włą­cze­nie do ak­cji bro­ni nie­kon­wen­cjo­nal­nej spo­wo­du­je, że po woj­nie zo­sta­ną sa­me ru­iny. Ja nie chcę brać cze­goś po­dob­ne­go na wła­sne su­mie­nie. – Col­lins wstał i zro­bił pa­rę kro­ków po po­miesz­cze­niu.

– A jak nie bę­dzie­my mie­li wy­bo­ru? – Ko­men­dant kor­pu­su ma­ri­nes wbił spoj­rze­nie w ad­mi­ra­ła.

– Za­re­agu­je­my ade­kwat­nie do sy­tu­acji. – Col­lins przy­sta­nął. – My­ślisz, że mnie jest ła­two po tym, co te by­dla­ki zro­bi­ły na Mo­rzu Pół­noc­nym? Ni­g­dy nie po­dej­rze­wa­łem ich o ta­ki tu­pet.

– Uzna­li, że tak bę­dzie naj­le­piej.

– Pies ich... – żach­nął się ad­mi­rał.

– Ow­szem, masz ra­cję. – Wil­son przy­chy­lił się do zda­nia Col­lin­sa. – Z dru­giej stro­ny, na­sza ad­mi­ni­stra­cja od daw­na nie mia­ła tak wy­so­kie­go po­par­cia. Dzie­więć­dzie­siąt dwa i pół pro­cen­ta! Przed biu­ra­mi wer­bun­ko­wy­mi stoi co naj­mniej dwie­ście ty­się­cy chło­pa­ków i dziew­cząt. – Wska­zał pal­cem na je­den z ekra­nów, gdzie dzien­ni­karz wska­zy­wał na kłę­bią­cy się za nim tłum mło­dych lu­dzi. Tu i ów­dzie po­wie­wa­ły fla­gi. Miej­sca, gdzie do­ko­ny­wa­no za­cią­gu, w ogó­le nie da­wa­ło się do­strzec.

– Za pa­rę ty­go­dni stra­cą za­pał – po­nu­ro prze­po­wie­dział Pre­ston. – Pierw­szy szok mi­nie, jak tyl­ko sta­cje za­czną pre­zen­to­wać słup­ki strat. Wy­star­czy jed­na po­grą­żo­na w roz­pa­czy ro­dzi­na i zo­sta­nie­my za­sy­pa­ni py­ta­nia­mi w ro­dza­ju: „Co my tam, do cho­le­ry, ro­bi­my?”. Zo­ba­czy­cie. Ci lu­dzie nie my­ślą ra­cjo­nal­nie, za­raz wszel­kiej ma­ści le­wa­cy za­czną mó­wić o spi­sku ma­ją­cym na ce­lu pod­bój świa­ta. Gdy­by w tej chwi­li na­szym pre­zy­den­tem był re­pu­bli­ka­nin, roz­szar­pa­no by go na strzę­py.

– Bę­dzie­my kon­tro­lo­wać prze­pływ in­for­ma­cji.

– A co to da? – wy­buch­nął Pre­ston. – Nikt już nie roz­ma­wia przez sta­cjo­nar­ne te­le­fo­ny, dzien­ni­karz wci­śnie się wszę­dzie, nie upil­nu­je­my wszyst­kich. Po­za tym Ro­sja­nie wie­dzą, jak waż­ne są me­dia, i wy­ko­rzy­sta­ją każ­dą spo­sob­ność do przed­sta­wie­nia swo­ich ra­cji.

– Za­blo­ku­je­my Rus­sia To­day – za­pro­po­no­wał Lo­vell.

Aku­rat pod­gląd tej sta­cji nie­wie­le da­wał, bo wła­śnie za­koń­czył się je­den z re­por­ta­ży o dziel­nych ener­ge­ty­kach na­pra­wia­ją­cych ostat­nią ze­psu­tą trans­for­ma­to­row­nię w ob­wo­dzie mo­skiew­skim i za­raz pusz­czo­no ko­lej­ny o eki­pie ko­le­jo­wej uwi­ja­ją­cej się przy uszko­dzo­nym mo­ście na Woł­dze. Wil­son wła­ści­wie się nie zdzi­wił. Do więk­szo­ści miesz­kań­ców Fe­de­ra­cji przy­kra praw­da do­cie­ra­ła z tru­dem i spo­ro jesz­cze bra­ko­wa­ło, by od­czu­li ją na wła­snej skó­rze.

– Nie za­po­mi­naj­my o za­da­niu, ja­kie stoi przed na­mi – mruk­nął głów­no­do­wo­dzą­cy.

– Wszyst­kie zna­ki na nie­bie i zie­mi w tej chwi­li wska­zu­ją na jed­no: ru­szy­li 76 De­san­to­wą z Psko­wa. Je­że­li chcą nią za­tkać dziu­rę na dro­dze do Pe­ters­bur­ga, to nie jest naj­lep­szy po­mysł.

– Niem­cy za­ty­ka­li spa­do­chro­nia­rza­mi prze­rwa­ne przez So­wie­tów li­nie fron­tu.

– To mo­gą być naj­dziel­niej­si lu­dzie, tyl­ko że nie spro­sta­ją na­szym Abram­som. Zresz­tą dla­cze­go ma mnie to mar­twić? – Ko­men­dant kor­pu­su ma­ri­nes za­tarł rę­ce.

– Nie śpiesz się tak z de­fi­la­dą. W obro­nie są rów­nie sku­tecz­ni, co w ata­ku.

– A naj­sku­tecz­niej­si w roz­pę­dza­niu cy­wi­li sa­per­ka­mi. Pod tym wzglę­dem nie ma­ją so­bie rów­nych – nie ustę­po­wał Pre­ston.

– Nie do­ce­niasz ich – ostrzegł Wil­son. – Je­że­li my­ślisz, że po­dej­mą wal­kę z czo­łów­ka­mi pan­cer­ny­mi, to się my­lisz. Ja ob­sta­wiam szar­pa­nie na­szych ty­łów. Za­miast na­cie­rać, za­cznie­my ochra­niać na­sze kon­wo­je i w koń­cu sta­nie­my, bo wo­zom za­brak­nie pa­li­wa bądź amu­ni­cji. Nie za­po­mi­naj o naj­waż­niej­szym: to ich te­ren, zna­ją tam każ­dy ka­mień, la­sek i stru­myk. Na ćwi­cze­niach prze­mie­rzy­li ca­ły ob­szar nie­zli­czo­ną ilość ra­zy.

– A ja­kie to ma zna­cze­nie? – wy­buch­nął Pre­ston. – Je­że­li chce­cie mnie na­stra­szyć przy­kła­dem Na­po­le­ona czy Hi­tle­ra, to je­ste­ście w błę­dzie. To lu­dzie ta­cy sa­mi jak my, a nie nad­przy­ro­dzo­ne isto­ty, jak sta­ra­cie się ich przed­sta­wić. Ni­by co po­tra­fią ta­kie­go, cze­go my nie po­tra­fi­my? – Ge­ne­rał po­cze­kał chwi­lę, ale nikt się nie ode­zwał, więc kon­ty­nu­ował: – Pod­le­ga­ją ta­kim sa­mym ogra­ni­cze­niom, co wszy­scy. My­śli­cie, że nie czu­ją gło­du i zmę­cze­nia? Po­wiem wam, w czym tkwi ich eli­tar­ność: są po pro­stu le­piej zmo­ty­wo­wa­ni od ca­łej resz­ty.

– Nie­dłu­go przyj­dzie nam zwe­ry­fi­ko­wać po­gląd na tę spra­wę – po­wie­dział Lo­vell. – Tyl­ko nie po­peł­niaj­my tych sa­mych błę­dów, co w Ira­ku.

– Chcesz ich prze­cią­gnąć na na­szą stro­nę? – za­py­tał głów­no­do­wo­dzą­cy.

– Jak już po­za­bi­ja­my więk­szość z nich, a resz­tę ode­śle­my do do­mu z dzie­się­cio­ma do­la­ra­mi w kie­sze­ni? Nic do­bre­go z te­go nie wy­nik­nie.

– Te spra­wy po­zo­sta­ją w ge­stii czyn­ni­ków po­li­tycz­nych.

– Chy­ba nie do koń­ca. – Ad­mi­rał zmru­żył oczy. – Za­sta­nów się do­brze, Ja­mes. Ma­my wy­ko­nać brud­ną ro­bo­tę, a w kwe­stiach po­li­tycz­nych sie­dzieć ci­cho? Le­piej, jak tym ra­zem nas po­słu­cha­ją. Mo­że bę­dzie ła­twiej, je­śli już te­raz za­cznie­my prze­ma­wiać im do ro­zu­mu.

– Przy­naj­mniej nie ma dwóch nie­na­wi­dzą­cych się wza­jem­nie stron – pod­su­nął Lo­vell.

– Je­że­li my­ślisz, że z te­go po­wo­du szyb­ciej się do­ga­da­my, to się my­lisz – od­parł Col­lins. – Na­wet bol­sze­wi­cy mie­li z tym pro­blem. Chłop­skie bun­ty zła­ma­ła do­pie­ro ko­lek­ty­wi­za­cja.

– Więk­szość z tych chło­pów prze­nio­sła się do miast.

– Co nie zwal­nia nas z od­po­wie­dzial­no­ści za zna­le­zie­nie roz­wią­za­nia.

– To nie jest je­dy­ny pro­blem, ja­ki ma­my. – Wil­son po­wstrzy­mał roz­wi­ja­ją­cą się sprzecz­kę. – Pierw­sze gru­py chiń­skich zwia­dow­ców prze­kro­czy­ły ro­syj­ską gra­ni­cę w kil­ku­na­stu miej­scach. Do­szło do pa­ru po­ty­czek, lecz jak za­pew­ne wie­cie, od­dzia­ły wier­ne Mo­skwie są za sła­be do po­wstrzy­ma­nia otwar­tej in­ter­wen­cji. To, co w zu­peł­no­ści wy­star­czy­ło do po­ko­na­nia se­ce­sjo­ni­stów, w przy­pad­ku obec­ne­go za­gro­że­nia co naj­wy­żej umoż­li­wi ewa­ku­ację naj­więk­szych ośrod­ków miej­skich i znisz­cze­nie sie­ci ko­mu­ni­ka­cyj­nej. Bez zde­cy­do­wa­ne­go wspar­cia z po­wie­trza nie ma­ją co my­śleć o obro­nie.

– A to wspar­cie za­pew­nić mo­że­my tyl­ko my – po­wie­dział do­wo­dzą­cy lot­nic­twem.

– Tak to wy­glą­da.

Nikt nie po­tra­fił prze­wi­dzieć, na co zde­cy­du­je się Pe­kin. Prze­miesz­cze­nie od­dzia­łów w stro­nę gra­ni­cy z Fe­de­ra­cją moż­na by­ło od­czy­tać je­dy­nie ja­ko chęć za­bez­pie­cze­nia się przed tym, co dzia­ło się na pół­no­cy, lecz człon­ko­wie Ko­le­gium Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów aż ta­ki­mi opty­mi­sta­mi nie by­li. Dla nich za­mysł był ja­sny: po co pła­cić za coś, co znaj­do­wa­ło się na wy­cią­gnię­cie rę­ki, a na do­da­tek na­le­ża­ło do po­li­tycz­ne­go tru­pa? Sa­ma Sy­be­ria to jed­no, daw­ne re­pu­bli­ki środ­ko­wo­azja­tyc­kie to dru­gie. Tam, co praw­da, do­mi­no­wa­li mu­zuł­ma­nie – jak na ra­zie za­ję­ci so­bą, ale w ra­zie po­trze­by nie po­zo­sta­ną bier­ni. Mi­mo to – sła­bi po­li­tycz­nie i mi­li­tar­nie – nie spro­sta­ją Chiń­czy­kom. Doj­ście do wy­zna­czo­nych ce­lów zaj­mie pie­chu­rom z lu­do­wo-wy­zwo­leń­czej ar­mii naj­wy­żej pa­rę dni. Po­la wy­do­byw­cze zo­sta­ną za­bez­pie­czo­ne wcze­śniej przez od­dzia­ły de­san­to­we i spe­cjal­ne, a Ame­ry­ka­nie nie bę­dą w sta­nie te­mu za­po­biec. Pu­tin, głu­chy na ja­ki­kol­wiek kom­pro­mis, wo­lał się trzy­mać stra­co­nych po­zy­cji, niż pod­jąć roz­mo­wy.

Na sa­mym po­cząt­ku wy­da­wa­ło się, że wszyst­ko pój­dzie do­brze. Wspól­na ak­cja ra­tun­ko­wa na Mo­rzu Kar­skim sta­no­wi­ła krok w do­brym kie­run­ku, aż na­gle coś za­czę­ło się psuć. Nikt nie prze­wi­dział, że spi­ra­la prze­mo­cy na­krę­ci się w tak nie­praw­do­po­dob­nym tem­pie. Cha­os ogar­niał ko­lej­ne pań­stwa, rów­nież te, któ­re do tej po­ry znaj­do­wa­ły się na obrze­żach głów­ne­go nur­tu wy­da­rzeń. Na­wet Sta­ny Zjed­no­czo­ne, dys­po­nu­ją­ce naj­więk­szym po­ten­cja­łem mi­li­tar­nym na świe­cie, nie mo­gły prze­ciw­dzia­łać wszyst­kie­mu. Już pod­czas nie­daw­ne­go kry­zy­su ukra­iń­skie­go jed­ność So­ju­szu Pół­noc­no­atlan­tyc­kie­go oka­za­ła się mi­tem. Każ­dy więk­szy kraj re­ali­zo­wał wła­sne za­ło­że­nia, bez oglą­da­nia się na po­zo­sta­łych. Zresz­tą, kto pod­czas wciąż nie­wy­ga­słe­go kry­zy­su chciał­by do­dat­ko­wo ła­do­wać się w dzia­ła­nia zbroj­ne da­le­ko od wła­snych gra­nic?

Wil­son nie miał im te­go za złe. Do­brze, że mógł jesz­cze po­le­gać na spraw­dzo­nych so­jusz­ni­kach. Oni nada­wa­li ton, lecz wia­do­mo by­ło, że nie­be­zin­te­re­sow­nie. Oczy­wi­ście naj­gło­śniej bę­dą krzy­czeć obroń­cy swo­bód oby­wa­tel­skich i ci wszy­scy, któ­rym oka­zja prze­szła ko­ło no­sa.

– Li­sta ce­lów w Chi­nach. – Lo­vell uprze­dził po­zo­sta­łych i na jed­nym z mo­ni­to­rów wy­świe­tlił ze­sta­wie­nie wszyst­kich obiek­tów prze­zna­czo­nych do uni­ce­stwie­nia w pierw­szej ko­lej­no­ści. Cen­tra do­wo­dze­nia, łącz­no­ści i wszyst­ko, co wią­za­ło się z te­le­ko­mu­ni­ka­cją, sys­te­my obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej oraz ośrod­ki zwią­za­ne z pro­duk­cją bro­ni ma­so­we­go ra­że­nia. Szcze­gól­ny na­cisk po­ło­żo­no na zneu­tra­li­zo­wa­nie bro­ni ato­mo­wej. Do­ty­czy­ło to w rów­nym stop­niu skła­dów i wy­rzut­ni lą­do­wych, jak i prze­no­szą­cych ją okrę­tów pod­wod­nych.

W przy­pad­ku tak du­że­go kra­ju wy­kaz zda­wał się nie koń­czyć, a to i tak był tyl­ko wstęp do dal­szych bom­bar­do­wań. Wal­ki na lą­dzie nikt na ra­zie nie prze­wi­dy­wał, mo­że oprócz nie­wiel­kich dzia­łań sił spe­cjal­nych. Oczy­wi­ście, wa­riant si­ło­wy bra­ny był pod uwa­gę ja­ko osta­tecz­ność, gdy wy­czer­pa­ne zo­sta­ną wszyst­kie po­zo­sta­łe moż­li­wo­ści. Ta kon­fron­ta­cja przy­nio­sła­by cier­pie­nia więk­sze niż wszyst­ko, co się do tej po­ry wy­da­rzy­ło, a cze­goś po­dob­ne­go chy­ba nikt nie chciał.

ROZDZIAŁ DRUGI

PE­TERS­BURG – FE­DE­RA­CJA RO­SYJ­SKA | 23 ma­ja, go­dzi­na 06:54

– Ej, Lo­sza, Lo­sza, aleś się wpier­do­lił. – Dim­ka Mi­lu­tin po­kle­pał przy­ja­cie­la po ra­mie­niu.

Z jed­nej stro­ny, chcia­ło mu się śmiać, a z dru­giej, pła­kać nad lo­sem Alo­szy Ano­di­na. Ile to on ra­zy sły­szał tekst „ja ją ko­cha­łem, a ona mnie nie...”? No, mo­że nie set­ki, za to dzie­siąt­ki ra­zy na pew­no. Gdy­by za każ­dym ra­zem do­sta­wał za wy­słu­cha­nie ru­bel­ka na wód­kę, to już daw­no po­padł­by w al­ko­ho­lizm, a tym­cza­sem nie – trzy­mał się do­brze, bo co zna­czy ćwiart­ka przed obia­dem i dru­ga po nim, w koń­cu wiek ma swo­je pra­wa, a on do­bie­gał sześć­dzie­siąt­ki. Upra­gnio­na eme­ry­tu­ra cza­iła się za ho­ry­zon­tem, lecz jak zwy­kle do wszyst­kie­go wmie­szał się los i od­su­nął spo­koj­ną sta­rość w bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­ną przy­szłość. A wra­ca­jąc do Lo­szy: że też drug mu­siał so­bie wziąć ta­ką su­kę za żo­nę. Ba­ba pusz­cza­ła się na pra­wo i le­wo, a z chło­pa po­zo­stał le­d­wie strzęp czło­wie­ka. Kum­ple do­brze ra­dzi­li – za­strzel szma­tę, a jak sam nie dasz ra­dy, po­mo­że­my. Nie­ste­ty, wszyst­ko skoń­czy­ło się wy­jąt­ko­wo nie­for­tun­nie. Sam Ano­din le­d­wie uszedł śmier­ci spod ko­sy, gdy żo­necz­ka w przy­pły­wie wście­kło­ści, czy ra­czej w pi­jac­kim amo­ku, rzu­ci­ła w mę­ża ku­chen­nym no­żem. Ostrze prze­cię­ło ra­mię, kar­ma­zy­no­we kro­ple krwi zro­si­ły pod­ło­gę, a po­szko­do­wa­ny w cięż­kim szo­ku uciekł z miesz­ka­nia.

Da­lej by­ło jesz­cze go­rzej, bo oka­za­ło się, że na Bo­gu du­cha win­nym Ano­di­nie cią­ży nie­spła­co­ny kre­dyt z od­set­ka­mi ro­sną­cy­mi jak sza­lo­ne. W koń­cu ofia­ra nie­wy­ży­tej ko­bie­ty zde­cy­do­wa­ła się pójść po ro­zum do gło­wy i prze­rwać to błęd­ne ko­ło. Pierw­szą roz­pra­wę roz­wo­do­wą wy­zna­czo­no na ze­szły po­nie­dzia­łek. I co? Oczy­wi­ście nic, ja­ko że kraj sta­nął na kra­wę­dzi prze­pa­ści, pry­wat­ne pro­ble­my oby­wa­te­li zo­sta­ły od­su­nię­te na bok, a chwa­tów ta­kich jak oni – Mi­lu­tin i Ano­din – po­trze­bo­wa­no w pierw­szej ko­lej­no­ści. Służ­ba kon­wo­jo­wa to nie by­le co! Do niej oj­czy­zna po­trze­bo­wa­ła nad wy­raz od­po­wie­dzial­nych osób, ta­kich, co to ani ła­pów­ki nie we­zmą, ani więź­nia z do­bro­ci ser­ca nie wy­pusz­czą. Na­wet pro­ku­ra­tor to co in­ne­go. Ta­ki urzęd­nik kie­ro­wał się ko­dek­sem i wła­sną in­tu­icją. Oni w każ­dych oko­licz­no­ściach po­zo­sta­wa­li wier­ni przy­się­dze.

Mi­lu­tin pod­pi­sał pod­su­nię­ty for­mu­larz prze­ka­za­nia więź­nia. Za każ­dym ra­zem na wszel­ki wy­pa­dek ro­bił tak sa­mo – z ba­zgro­łów nie da­wa­ło się od­czy­tać ni­cze­go – i zu­peł­nie od­ru­cho­wo scho­wał po­ży­czo­ny dłu­go­pis do wła­snej kie­sze­ni. Straż­nik wię­zien­ny chrząk­nął zna­czą­co i wy­cią­gnął rę­kę.

– Aha. – Dłu­go­pis, ni­by nie­chcą­cy, spadł na be­ton wię­zien­ne­go dzie­dziń­ca. – Chodź, Lo­sza, zo­ba­czy­my, ja­kie­go ga­gat­ka przyj­dzie nam kon­wo­jo­wać. – Po­pra­wił czap­kę na gło­wie. Po­tnik le­pił się do skó­ry czo­ła, a do­cho­dzi­ła do­pie­ro siód­ma ra­no.

Wię­zień mru­żył oczy od słoń­ca, sto­jąc przed bu­dyn­kiem ad­mi­ni­stra­cyj­nym. Wy­glą­dał na ka­wał chło­pa, prze­ra­stał kon­wo­jen­tów co naj­mniej o pół gło­wy. Po­nu­re spoj­rze­nie po­tra­fi­ło prze­pa­lić na wy­lot, lecz na nich nie ro­bi­ło to wra­że­nia.

Mi­lu­tin pod­szedł bli­żej i spraw­dził kaj­dan­ki spi­na­ją­ce kost­ki i nad­garst­ki aresz­tan­ta. Wszyst­ko gra­ło, po­dob­nie jak łań­cuch przy­cze­pio­ny do me­ta­lo­wych bran­so­let. W swo­jej ka­rie­rze Dim­ka wi­dział set­ki czy na­wet ty­sią­ce po­dob­nych do nie­go. Bun­tow­ni­ków ni­g­dy nie bra­ko­wa­ło. Ta­kich zresz­tą lu­bił naj­mniej, bo mor­der­cy czy de­wian­ci wca­le mu nie prze­szka­dza­li, o ile nie wcho­dzi­li w dro­gę. W kon­wo­ju zda­rza­ły się naj­róż­niej­sze rze­czy, nie raz i nie dwa po­tra­fił wy­pro­sto­wać ta­kie­go, któ­ry zgry­wał zbyt­nie­go choj­ra­ka. Kto raz wpadł w ła­py sys­te­mu, był mie­lo­ny sys­te­ma­tycz­nie i bez li­to­ści.

– Taa... czym pod­padł? – za­py­tał straż­ni­ka sto­ją­ce­go obok.

– Szpie­go­stwo.

– Gdzie się ta­ka gni­da ucho­wa­ła? No jak, Losz­ka, pa­ku­je­my to­war i je­dzie­my. Na lot­ni­sku nie bę­dą cze­ka­li.

Prze­ro­bio­ny UAZ po­tra­fił zmie­ścić na pa­ce kil­ku ta­kich jak ten, lecz tym ra­zem prze­trans­por­tu­ją tyl­ko jed­ne­go. Prze­waż­nie ro­bi­li to w trzech, nie­ste­ty, ich kum­pel Ła­zar roz­cho­ro­wał się na­gle po zje­dze­niu przy­dzia­ło­wej kon­ser­wy. Ni­ko­mu nic nie by­ło, tyl­ko on zwi­jał się w bó­lach. Po­dej­rza­na spra­wa. Mi­lu­tin so­len­nie obie­cał so­bie, że po po­łu­dniu od­wie­dzą Ła­za­ra i spraw­dzą, co tak na­praw­dę do­le­ga przy­ja­cie­lo­wi.

Chwy­ci­li aresz­tan­ta pod łok­cie i po­wle­kli ku bu­dzie. Tuż przed nim Dim­ka zła­pał więź­nia za kark i przy­du­sił ku zie­mi. Szyb­ki ruch i osob­nik wy­lą­do­wał w środ­ku.

– Tak dla pew­no­ści. – Mi­lu­tin po­na­glił Ano­di­na.

Ze sta­lo­we­go prę­ta przy­spa­wa­ne­go tuż pod su­fi­tem wy­sta­wa­ła do­dat­ko­wa pa­ra kaj­da­nek. Alo­sza wy­cią­gnął klu­czy­ki i ka­zał pod­opiecz­ne­mu unieść rę­ce do gó­ry, po czym spiął nad­garst­ki ob­rę­cza­mi.

– Wy­star­czy tych piesz­czot.

Tyl­ne drzwicz­ki zo­sta­ły za­trza­śnię­te, a blo­ka­da zam­ka prze­krę­co­na.

Mi­lu­tin za­siadł za kie­row­ni­cą i prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyj­ce. Sil­nik za­sko­czył od ra­zu. UAZ wol­no pod­je­chał do bra­my. Wro­ta się roz­su­nę­ły i wy­to­czy­li się na uli­cę. Wóz skrę­cił w le­wo i po­je­chał w stro­nę naj­bliż­sze­go skrzy­żo­wa­nia.

– Nie masz cze­go ża­ło­wać – Dim­ka wró­cił do prze­rwa­ne­go wąt­ku. – Po­bo­li i przej­dzie, tak to już jest.

W od­po­wie­dzi usły­szał wes­tchnie­nie Alo­szy.

– Ma­ło to bab na świe­cie? Wi­dzia­łeś tę no­wą z kadr? No mó­wię, miód nie ko­bi­ta. Czy­sty ogień w oczach, a ja­ka po­staw­na! Ha, z ta­ką to i...

Pró­ba za­ga­da­nia Ano­di­na nie przy­nio­sła efek­tu, więc Mi­lu­tin w koń­cu za­milkł i włą­czył ra­dio. Niech mi­ła mu­zycz­ka uroz­ma­ici prze­jażdż­kę. Nic z te­go, za­miast re­lak­su­ją­cych dźwię­ków ode­zwał się po­waż­ny głos spi­ke­ra, przy­po­mi­na­ją­cy z ca­łą bru­tal­no­ścią o nie­we­so­łej rze­czy­wi­sto­ści:

In­for­ma­cje prze­ka­za­ne ze szta­bu 58 Ar­mii po­twier­dza­ją jed­no­znacz­nie, że jej od­dzia­ły od­par­ły wro­ga i po­wró­ci­ły na zaj­mo­wa­ne do tej po­ry po­zy­cje. Jed­no­cze­śnie chwi­lo­wo zo­sta­ła prze­rwa­na łącz­ność ze szta­bem 201 Dy­wi­zji Zme­cha­ni­zo­wa­nej w Du­szan­be, wsze­la­ko – jak twier­dzą źró­dła woj­sko­we – po kil­ku­dnio­wych nie­po­ko­jach w sto­li­cy Ta­dży­ki­sta­nu pa­nu­je względ­ny spo­kój...

– Słu­chaj, Lo­sza, ci do­pie­ro ma­ją kło­po­ty. – Dim­ka wrzu­cił pra­wy kie­run­kow­skaz i po­cze­kał, aż roz­kle­ko­ta­ny KrAZ przed nim zje­dzie na bok.

– Nic do­bre­go z te­go nie wy­nik­nie – po­wie­dział Ano­din.

Cho­ler­ny za­wa­li­dro­ga przed ni­mi ani my­ślał ustą­pić miej­sca. Dim­ka de­li­kat­nie skrę­cił kie­row­ni­cą w le­wo, chcąc wy­prze­dzić cię­ża­rów­kę. Nic z te­go, z prze­ciw­ka nad­jeż­dżał ko­lej­ny po­jazd.

– Masz ci los – mruk­nął pod no­sem.

Tym­cza­sem KrAZ su­nął tak wol­no, jak­by chciał sta­nąć w miej­scu, co też wkrót­ce na­stą­pi­ło.

– Lo­sza...

– Tak?

– Coś mi tu...

Gang­ster­skie na­pa­dy w środ­ku mia­sta nie zda­rza­ły się w Pe­ters­bur­gu od daw­na. To nie Ame­ry­ka, lecz spo­koj­ny kraj cięż­ko pra­cu­ją­cych lu­dzi. Zer­k­nął we wstecz­ne lu­ster­ko. Z ty­łu pod­jeż­dżał zie­lon­ka­wy Da­ewoo, nie­chyb­nie przy­wie­zio­ny na la­we­cie z Pol­ski, i za­trzy­mał się tuż za ni­mi. Wszy­scy sta­li tak bli­sko sie­bie, że nie moż­na by­ło wy­ko­nać żad­ne­go ma­new­ru. Mi­lu­tin się­gnął do ka­bu­ry. Nie że­by się wy­stra­szył, co to, to nie, ale – jak mó­wią – strze­żo­ne­go Mat­ka Bo­ska Ka­zań­ska chro­ni. W osta­tecz­no­ści po­pro­si przez ra­dio o wspar­cie. W po­bli­żu znaj­do­wa­ło się dość pa­tro­li, by do­trzeć w pa­rę mi­nut. Jak na ra­zie zwle­kał. Nie chciał ścią­gnąć na sie­bie kpin ko­le­gów, je­śli po­pro­si o po­moc, a wszyst­ko oka­że się zbie­giem oko­licz­no­ści.

Prze­by­wał w tym kra­ju od nie­daw­na, więc wszyst­ko, co dzia­ło się do­oko­ła, no­si­ło dlań zna­mio­na eg­zo­ty­ki. Wcze­śniej pra­co­wał w po­łu­dnio­wej Eu­ro­pie, tro­chę w Tur­cji. Trud­no mó­wić, że był no­wi­cju­szem, a mi­mo to – choć wi­dział wie­le – Ro­sja wciąż po­tra­fi­ła go za­dzi­wić. Jed­ne­go nie wie­dział – ja­ki układ za­warł Jeff z tym Po­la­kiem, lecz praw­dę mó­wiąc, nie­wie­le go to ob­cho­dzi­ło. On był od ro­bo­ty, i to ta­kiej, w któ­rej nie­wie­lu lu­dzi chcia­ło się ba­brać.

Po­dob­no więk­szość osób ma pro­ble­my z za­bi­ciem ko­goś z nie­wiel­kiej od­le­gło­ści. On wprost prze­ciw­nie. Nóż czy pi­sto­let, wszyst­ko jed­no, czym się po­słu­gi­wał. W obu przy­pad­kach był bli­ski do­sko­na­ło­ści, eli­mi­no­wał wro­gów jak­by od nie­chce­nia.

Nie­raz się za­sta­na­wiał, co z nim jest nie tak – żad­nych wy­rzu­tów su­mie­nia i twa­rzy śnią­cych się o trze­ciej nad ra­nem. Na­wet ni­g­dy nie pró­bo­wał po­li­czyć osób, któ­re za­bił. Ni­by w ja­kim ce­lu? To nie tro­fea wie­sza­ne nad ko­min­kiem. Po pro­stu ktoś to mu­siał zro­bić i ty­le. Psy­chia­tra, u któ­re­go prze­cho­dził ru­ty­no­we ba­da­nia, nic nie po­wie­dział i ode­słał go z po­wro­tem do ze­spo­łu. Że­by wszyst­ko by­ło ja­sne: tor­tu­ry wzbu­dza­ły w nim od­ra­zę. Te spra­wy po­zo­sta­wiał Har­ry’emu, ma­ją­ce­mu mniej opo­rów w tym wzglę­dzie. Oczy­wi­ście, do­koń­cze­nie ro­bo­ty przy­pa­da­ło je­mu, ale sko­ro ina­czej się nie da...

Wci­snął ha­mu­lec do opo­ru. Wy­wrot­ka KrAZ, któ­rą kie­ro­wał, sta­nę­ła z gło­śnym sap­nię­ciem, z ty­łu pod­je­chał żół­ty UAZ, a za nim zie­lo­na oso­bów­ka. Zda­je się, że by­li w kom­ple­cie.

Ner­wy miał na­pię­te jak po­stron­ki. Wła­ści­wie w ogó­le nie po­wi­nien tu­taj prze­by­wać. Awan­tu­ra, ja­ką zro­bi­ła Ta­ma­ra, wpra­wi­ła An­drze­ja w zdu­mie­nie. Zo­stał wy­zwa­ny od nie­wdzięcz­ni­ków i... – o tym aku­rat wo­lał za­po­mnieć – i że jesz­cze nie jest do koń­ca wy­ku­ro­wa­ny, a już się na­ra­ża. Oczy­wi­ście usły­szał, że jak wyj­dzie, ma już nie wra­cać. Lo­gicz­ne ar­gu­men­ty zda­wa­ły się na nią nie dzia­łać. Oczy ci­ska­ły pło­mie­nie, a od krzy­ku pę­kła ża­rów­ka pod su­fi­tem. Scho­dząc na dół, na­po­tkał współ­czu­ją­ce spoj­rze­nie Jef­fa, Har­ry zaś po­krę­cił gło­wą i czym prę­dzej ulot­nił się z da­czy.

Co też ją opę­ta­ło? Prze­cież wszyst­ko do­brze się ukła­da­ło. Ta­ki tem­pe­ra­ment nie zda­rzał się czę­sto, w do­dat­ku Ta­ma­ra wy­glą­da­ła na spo­koj­ną dziew­czy­nę. Nie­ste­ty, jak się oka­zu­je – po­zo­ry my­lą.

Sa­ma ak­cja opie­ra­ła się na czy­stej im­pro­wi­za­cji. Mniej wię­cej zna­li tra­sę prze­jaz­du z aresz­tu przy uli­cy Le­bie­die­wa na lot­ni­sko. Uda­ło im się do­wie­dzieć, że Nor­to­na od­sy­ła­no do Mo­skwy zwy­kłym woj­sko­wym trans­por­tem, a nie spe­cjal­nym sa­mo­lo­tem w to­wa­rzy­stwie agen­tów fe­de­ral­nych. KrAZ-a skra­dli z pla­cu bu­do­wy go­dzi­nę te­mu. Nada­wał się ide­al­nie: wiel­ka wy­wrot­ka, w ra­zie po­trze­by mo­gą­ca sta­ra­no­wać do­wol­ny sa­mo­chód, ja­ki sta­nie na dro­dze. Da­ewoo pod­pro­wa­dzi­li wcze­śniej z ja­kie­goś osie­dla na po­łu­dniu Pe­ters­bur­ga.

Do­świad­cze­nie mó­wi­ło im, że dzia­ła­nie bez wcze­śniej przy­go­to­wa­ne­go pla­nu czę­sto koń­czy się jat­ką po­stron­nych i wpa­ko­wa­niem się w kło­po­ty, ale nie mie­li wy­bo­ru. Je­dy­nej szan­sy upa­try­wa­li w szyb­ko­ści – je­że­li w pół mi­nu­ty nie upo­ra­ją z pro­ble­mem, to zna­czy, że nie na­da­ją się do tej ro­bo­ty.

Hu­ge wy­sko­czył z szo­fer­ki pierw­szy, od nie­chce­nia kop­nął w opo­nę i w bez­rad­nym ge­ście roz­ło­żył rę­ce. Z ty­łu do UAZ-a pod­szedł Wir­ski, ob­rzu­ca­jąc za­wa­li­dro­gę ste­kiem prze­kleństw. Hu­ge nie po­zo­stał dłuż­ny, wy­zwi­ska la­ta­ły w po­wie­trzu jak pla­sti­ko­we fris­bee, gdy pod­cho­dzi­li do sie­bie z na­prze­ciw­ka.

Kon­wo­jen­ci wy­glą­da­li na roz­ba­wio­nych ca­łą sy­tu­acją – dwóch ner­wo­wych kie­row­ców ob­rzu­ca­ło się epi­te­ta­mi na środ­ku dro­gi. Tyl­ko po co jed­ne­mu z nich no­ży­ce do cię­cia me­ta­lu?

Uli­ca pu­sta, do dzie­ła.