Hydra - Vladimir Wolff - ebook
Opis

Amerykę unicestwił zabójczy wirus. Rosja drży w posadach, a jedność europejska utonęła w fali uchodźców...

Polska przejęła europejskie struktury wojskowe USA i niemal z dnia na dzień stała się supermocarstwem.

Przybywa jej także wrogów, a niespodziewany, nadchodzący atak może pogrzebać nasze wielkie plany.

 

– Może się w końcu dowiem, co to za najście? Jak na razie żyjemy w demokratycznym państwie i takie incydenty nie powinny mieć miejsca. – Marszałek senatu RP był wściekły.

– Niech pan włączy telewizor. – Szczepańska nie zamierzała opowiadać wszystkiego.

– Słucham?

– Telewizor.

Bielawa posłusznie powędrował do salonu i uruchomił odbiornik. Na wszystkich kanałach zobaczyli to samo – dym nad Krakowskim Przedmieściem, formujący się kordon, rozbite samochody, wozy służb porządkowych uformowane w długie kolumny na centralnych ulicach Warszawy, para dyżurnych F-16 zataczająca kręgi nad miastem, Humvee stołecznego garnizonu.

– Jezus Maria… – jęknął wstrząśnięty marszałek.

– Zgadzam się całkowicie.

– Wybuchła wojna?

– Można tak powiedzieć...

 

Śmiałe i jakże często prorocze wizje Vladimira Wolffa przerażają jak nigdy dotąd. Czy zasługujący na miano wieszcza autor tym razem się myli? Z tą nadzieją oddajemy Państwu w ręce jego najnowszą powieść. Wolff otworzył „Metalową burzą‟ nowy cykl – Armagedon. „Hydrą‟ otwiera puszkę Pandory!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 481

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


VLADIMIR WOLFF

Hydra

 

 

© 2016 WARBOOK Sp. z o.o.

© 2016 Vladimir Wolff

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Emilia Grzeszczak

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Ilustracja na okładce: Jan Jasiński

 

 

ISBN 978-83-64523-70-0

Ustroń 2016

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Hydra

Spo­tka­li się na Ma­riensz­ta­cie.

To za­cisz­ne osie­dle znaj­du­je się w sa­mym cen­trum War­sza­wy. Wszę­dzie stąd bli­sko, na Kra­kow­skie Przed­mie­ście, Sta­re Mia­sto czy też do mo­stu Ślą­sko-Dą­brow­skie­go umoż­li­wia­ją­ce­go prze­pra­wę przez Wi­słę wprost na le­wo­brzeż­ną Pra­gę. Mimo to szla­ki tu­ry­stycz­ne, a z nimi tłu­my, szczę­śli­wie omi­ja­ją tę oko­li­cę. Ni­skie ka­mie­nicz­ki i dość luź­na za­bu­do­wa spra­wia­ją, że ca­łość wy­glą­da tro­chę jak za­dba­ne, lecz sen­ne pro­win­cjo­nal­ne mia­stecz­ko prze­nie­sio­ne w ca­ło­ści do ser­ca me­tro­po­lii.

Ża­den z kil­ku­na­stu mło­dych męż­czyzn, któ­rzy spo­tka­li się na ma­riensz­tac­kim ry­necz­ku, nie miał pro­ble­mów, żeby tu do­trzeć.

Po­stron­ne oso­by mo­gły na­wet nie za­uwa­żyć, że sta­no­wią oni zor­ga­ni­zo­wa­ną gru­pę. Wy­da­wa­li się ra­czej spa­ce­ro­wi­cza­mi szu­ka­ją­cy­mi od­po­czyn­ku od wiel­ko­miej­skie­go ha­ła­su.

Ob­sie­dli ław­ki i dwie oko­licz­ne knajp­ki. Czu­li się nad wy­raz swo­bod­nie, co w przy­pad­ku nie­któ­rych z nich mo­gło dzi­wić. I to bar­dzo.

Taki star­szy sier­żant Tho­mas Cook, a przy­naj­mniej oso­ba, któ­ra do nie­daw­na po­słu­gi­wa­ła się do­ku­men­ta­mi na to na­zwi­sko, de­zer­ter z 12 Bry­ga­dy Zme­cha­ni­zo­wa­nej, czy też Ja­sper Fi­sher, czło­wiek, o któ­rym mó­wio­no, że z pół­to­ra ki­lo­me­tra po­tra­fi tra­fić kulą pre­cy­zyj­nie mię­dzy oczy czło­wie­ka.

Oczy­wi­ście Cook czy Fi­sher to nie były ich praw­dzi­we na­zwi­ska. Cook tak na­praw­dę na­zy­wał się Cy­rus Par­ker i był… No wła­śnie – po­dob­nie jak jego ko­le­dzy na pew­no był wy­so­kiej kla­sy spe­cja­li­stą, i to w dzie­dzi­nie, o któ­rej więk­szość lu­dzie nie ma zie­lo­ne­go po­ję­cia.

Ta­kich jak ci dwaj było tu wię­cej – snaj­pe­rzy, ope­ra­to­rzy bro­ni prze­ciw­pan­cer­nej i prze­ciw­lot­ni­czej, in­for­ma­ty­cy, ra­tow­ni­cy me­dycz­ni, sa­pe­rzy, sło­wem wszy­scy, dla któ­rych wo­jacz­ka sta­no­wi­ła chleb po­wsze­dni.

Do­wo­dził nimi bar­czy­sty pięć­dzie­się­cio­la­tek o si­wych wło­sach, cal dłuż­szych niż prze­wi­dzia­ne re­gu­la­mi­nem dla re­kru­tów. Mó­wi­li na nie­go „Papa”, a on się nie ob­ra­żał. Był dla nich jak oj­ciec, po­tra­fi­li to do­ce­nić.

Cy­rus Par­ker za­marł na chwi­lę, gdy od stro­ny alei „So­li­dar­no­ści” do­biegł go dźwięk pę­dzą­ce­go wozu na sy­gna­le. Nie trwa­ło to dłu­go. Wkrót­ce wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my, na któ­rą skła­da­ły się zwy­kłe od­gło­sy tęt­nią­ce­go ży­ciem mia­sta.

Jak na ko­niec kwiet­nia było wy­jąt­ko­wo cie­pło, tem­pe­ra­tu­ra do­cho­dzi­ła do dwu­dzie­stu pię­ciu kre­sek po­wy­żej zera i tyl­ko chłod­niej­sze po­dmu­chy wia­tru uświa­da­mia­ły, że to jesz­cze astro­no­micz­na i ka­len­da­rzo­wa wio­sna.

Par­ker za­pa­lił pa­pie­ro­sa i przy­glą­dał się oto­cze­niu. Ma­riensz­tat miał swój urok. Ni­g­dy jesz­cze tu nie był, lecz od razu po­czuł się do­brze. Nie były to co praw­da roz­le­głe rów­ni­ny Da­ko­ty Po­łu­dnio­wej ani też dłu­gie uli­ce No­we­go Jor­ku, ale gdzieś, do cho­le­ry, trze­ba żyć.

Po prze­ciw­nej stro­nie pla­cu twa­rzą do słoń­ca wy­cią­gnę­ło się dwóch lu­dzi z ze­spo­łu Par­ke­ra. Jed­ne­go z nich, ka­pra­la Ja­me­sa Ap­pel­to­na, na­zy­wa­li Piłą. Nikt tak jak on nie ra­dził so­bie z M240. Żeby utrzy­mać to cho­ler­stwo w dło­niach, a przy tym cel­nie strze­lać, na­le­ża­ło dys­po­no­wać siłą ba­wo­łu. Ap­pel­ton, z po­zo­ru mi­ło­śnik piwa i fast fo­odów, po­tra­fił spro­stać wy­zwa­niu jak nikt inny.

Sie­dzą­cy obok sier­żant Pa­blo Or­tiz Ca­stil­lo, z po­cho­dze­nia Por­to­ry­kań­czyk, spe­cja­li­zo­wał się w elek­tro­ni­ce, a zwłasz­cza w sys­te­mach zwia­dow­czych. Obaj męż­czyź­ni wy­mie­nia­li wła­śnie uwa­gi, któ­rych Par­ker mógł się tyl­ko do­my­ślić. Byli tak po­chło­nię­ci roz­mo­wą, że nie zwra­ca­li kom­plet­nie uwa­gi na prze­cho­dzą­cą opo­dal sza­tyn­kę z obłęd­nie dłu­gi­mi no­ga­mi. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach nie po­zo­sta­wi­li­by tego bez ko­men­ta­rza, ale dziś… Dziś nie był nor­mal­ny dzień.

W prze­ci­wień­stwie do nich Par­ker nie spusz­czał z sza­tyn­ki spoj­rze­nia. Ta la­ska z po­wo­dze­niem mo­gła star­to­wać w kon­kur­sach Miss World czy Miss Uni­ver­se. Ubra­na w bia­łą bluz­kę i gra­na­to­wą spód­nicz­kę się­ga­ją­cą ko­lan wy­glą­da­ła jak urzęd­nicz­ka, któ­ra urwa­ła się z biu­ra na wcze­śniej­szy lunch. Prze­cho­dzą­cy obok niej brzu­cha­ty gość w szor­tach i klap­kach śli­nił się jak pies na jej wi­dok.

Star­sze­mu sier­żan­to­wi za­chcia­ło się śmiać.

– Cześć, Yvon­ne. – Par­ker wstał, gdy po­de­szła bli­żej.

– Cześć. – Dziew­czy­na nad­sta­wi­ła po­li­czek, któ­ry on mu­snął war­ga­mi. Jej ma­ki­jaż był zbyt do­sko­na­ły, aby po­psuć go ja­kimś bar­dziej spon­ta­nicz­nym wy­ra­zem emo­cji. – Są wszy­scy?

– Tak.

Przy­trzy­mał jej dłoń i po­mógł usiąść. Yvon­ne za­ło­ży­ła nogę na nogę, a z to­reb­ki wy­cią­gnę­ła lu­ster­ko. Przej­rza­ła się w nim, po­pra­wia­jąc wło­sy.

Per­fek­cja była jej dru­gim imie­niem. Gdy­by jej tak do­brze nie znał, nie­wy­klu­czo­ne, że padł­by przed nią na ko­la­na, skom­ląc o mi­nu­tę za­in­te­re­so­wa­nia.

– Papa jest zły? – za­py­ta­ła, wska­zu­jąc bro­dą na ich do­wód­cę po­chło­nię­te­go lek­tu­rą po­ran­nej ga­ze­ty. „The War­saw Vo­ice” z mie­sięcz­ni­ka stał się ga­ze­tą co­dzien­ną, wciąż bę­dąc pe­rio­dy­kiem nu­mer je­den wśród an­glo­sa­skiej eli­ty za­miesz­ka­łej nad Wi­słą.

– Nie, on tak za­wsze. – Par­ker zga­sił pa­pie­ro­sa, bo­wiem Yvon­ne nie to­le­ro­wa­ła ty­to­nio­we­go dymu. – Daw­no cię nie wi­dzia­łem.

– Tro­chę po­dró­żo­wa­łam.

– Da­le­ko?

Ro­ze­śmia­ła się.

– A po co ci to wie­dzieć?

– Tak tyl­ko py­tam – uśmiech­nął się.

Na­szła go wiel­ka ocho­ta do­tknąć ra­mie­nia dziew­czy­ny i przy­cią­gnąć ją bli­żej. Wie­dział, że nie wy­pa­da, jed­nak nie wszyst­kie emo­cje da­wa­ło się kon­tro­lo­wać. Za­ci­snął pal­ce na opar­ciu krze­sła, cze­ka­jąc, aż ro­zej­dzie się fala go­rą­ca prze­szy­wa­ją­ca jego umysł. Od tak daw­na był sam. Od­dział, kum­ple to jed­no, a on po pro­stu po­trze­bo­wał zro­zu­mie­nia, któ­re dać mo­gła tyl­ko ko­bie­ta.

– Czymś się mar­twisz? – za­py­ta­ła Yvon­ne, spo­glą­da­jąc uważ­nie spod dłu­gich rzęs.

– Sam nie wiem.

– Bę­dzie do­brze.

– Chciał­bym w to wie­rzyć.

Na Wę­grzech w ze­szłym roku też mia­ło być do­brze. Tak twier­dzi­li wszy­scy – od po­li­ty­ków po do­wód­cę ba­ta­lio­nu. Ży­cie szyb­ko zwe­ry­fi­ko­wa­ło te twier­dze­nia. Moż­na po­wie­dzieć, że na­wet za szyb­ko.

Zresz­tą, co tu dużo mó­wić, cały ze­szły rok był do dupy. Wca­le nie chciał zna­leźć się w Pol­sce.

Naj­pierw prze­rzu­ci­li ich spod Rzy­mu do bazy Avia­no, po­tem do Ram­ste­in w Niem­czech, a na ko­niec tu­taj. Był żoł­nie­rzem, nie kwe­stio­no­wał roz­ka­zów. Jak więk­szość chciał wra­cać do kra­ju, ale prze­ło­że­ni po­sta­no­wi­li ina­czej.

Ile­kroć się­gał pa­mię­cią do tam­tych wy­da­rzeń, nie po­tra­fił po­go­dzić się z tym, co się sta­ło: śmierć pre­zy­den­ta oraz po­zo­sta­łych przy­wód­ców G7, za­ra­za, któ­ra spu­sto­szy­ła USA, i woj­na na Bał­ka­nach.

W nie­speł­na parę ty­go­dni z su­per­mo­car­stwa zo­sta­li spro­wa­dze­ni do pań­stwa trze­ciej ka­te­go­rii.

Wie­lu nie przyj­mo­wa­ło tego do wia­do­mo­ści, stąd przez ame­ry­kań­ski kon­tyn­gent sta­cjo­nu­ją­cy w Eu­ro­pie prze­szła fala sa­mo­bójstw.

Trud­no po­wie­dzieć, co było gor­sze – świa­do­mość, że kraj, w któ­rym się uro­dzi­li, zo­stał uni­ce­stwio­ny, czy też ostra­cyzm, jaki ich spo­tkał. Nikt ich nie chciał, a nie­mal wszy­scy nimi po­gar­dza­li. Tak się nie da­wa­ło żyć.

Rów­no­wa­gę od­zy­ska­li do­pie­ro w Pol­sce, acz nie na dłu­go. Bał­ka­ny dały im moc­no w kość. Woj­na grec­ko-tu­rec­ka oży­wi­ła sta­re re­sen­ty­men­ty i roz­po­czę­ła woj­nę pod­jaz­do­wą każ­de­go z każ­dym. Ate­ny do tej pory nie po­tra­fi­ły zmon­to­wać ko­ali­cji. Dłu­go trwa­ło, za­nim do­ga­da­ły się z Bel­gra­dem. Sko­pje po­sta­no­wi­ło się trzy­mać na ubo­czu, za to Ti­ra­na mu­rem sta­nę­ła za An­ka­rą. Buł­ga­ria sama nie wie­dzia­ła, co ma zro­bić, staw­szy się na­gle kra­jem fron­to­wym. Niby zo­sta­ła w NATO, tym no­wym, skar­la­łym, pod prze­wod­nic­twem War­sza­wy, ale wciąż ze­zo­wa­ła w stro­nę Mo­skwy.

Gru­py dy­wer­syj­ne i ter­ro­ry­ści wszel­kiej ma­ści prze­cho­dzi­li gra­ni­cę, gdzie i jak chcie­li. Wy­bu­cha­ły bom­by, a wy­so­cy urzęd­ni­cy i zwy­kli oby­wa­te­le gi­nę­li we wła­snych łóż­kach lub na uli­cy. Tyl­ko Wę­grzy i Ru­mu­ni unik­nę­li ogól­ne­go cha­osu.

Trze­ba po­wie­dzieć otwar­cie – to była brud­na woj­na, lecz przy­naj­mniej wi­dzie­li sens tego, co ro­bią. Bez nich cała Eu­ro­pa mo­gła wkrót­ce wy­glą­dać jak te za­py­zia­łe kra­iki na Bał­ka­nach.

Papa w koń­cu zło­żył ga­ze­tę i wrzu­cił ją do ko­sza, po czym spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła dzie­wią­ta trzy­dzie­ści rano. Prze­cią­gnął się. Kil­ka­na­ście par oczu śle­dzi­ło każ­dy jego ruch. Zda­je się, że na­de­szła pora.

Wsta­wa­li po­je­dyn­czo i ru­sza­li za Papą, naj­pierw So­wią, by po kil­ku­dzie­się­ciu me­trach skrę­cić w pra­wo w Bed­nar­ską, pną­cą się stro­mo do góry.

Po­mię­dzy ka­mie­ni­ca­mi Par­ke­ro­wi zro­bi­ło się chłod­no. Może to ze stra­chu? Sam nie wie­dział dla­cze­go.

Do prze­cho­dzą­cej gru­py przy­łą­czy­ło się kil­ku ko­lej­nych pod­ko­mend­nych Papy. W su­mie było ich już dwu­dzie­stu. Kra­kow­skie Przed­mie­ście znaj­do­wa­ło się tuż-tuż.

***

Ge­ne­rał Emil Ba­nach, szef Agen­cji Wy­wia­du – a jak twier­dzi­li nie­któ­rzy, co bar­dziej zło­śli­wi dzien­ni­ka­rze i za­zdro­śni o swo­je urzęd­ni­cze stoł­ki przed­sta­wi­cie­le ad­mi­ni­stra­cji, sza­ra emi­nen­cja pol­skie­go rzą­du – prze­glą­dał ostat­nie do­ku­men­ty.

Na tyl­nym sie­dze­niu służ­bo­we­go sa­mo­cho­du było dość miej­sca, aby roz­ło­żyć się ze wszyst­kim.

Wie­dział, że spo­ro ze zgro­ma­dzo­ne­go ma­te­ria­łu bę­dzie mu­sia­ło po­cze­kać na prze­czy­ta­nie w bar­dziej sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach. Mu­siał po­prze­stać na tym, co naj­waż­niej­sze, a więc na pierw­szy ogień szły do­nie­sie­nia agen­tu­ry z An­ka­ry i sto­lic państw bał­kań­skich. Tam raz po raz woj­ska Gru­py Wy­szeh­radz­kiej wcho­dzi­ły w kon­takt bo­jo­wy z ar­mią tu­rec­ką. Tu sa­mo­lot, tam śmi­gło­wiec czy gru­pa re­ko­ne­san­so­wa prze­kra­cza­ły gra­ni­cę Wę­gier bądź Ru­mu­nii. Mimo sta­rań War­sza­wy, a po­dob­no też szta­bu wojsk Tu­rec­kiej Re­pu­bli­ki Is­lam­skiej, in­cy­den­tom nie uda­wa­ło się za­po­biec. On sam po­wo­li za­czy­nał się w tym gu­bić. Tur­cja ob­ra­ła ra­dy­kal­ny mu­zuł­mań­ski kurs, od­wo­łu­jąc się do tra­dy­cji daw­ne­go Im­pe­rium Osmań­skie­go, lecz nie wszyst­kim mu­zuł­ma­nom było z nimi po dro­dze. Ci bar­dziej ra­dy­kal­ni ne­go­wa­li przy­wódz­two Su­lej­ma­na Dżab­ba­ra. W Bo­śni dzia­ła­ła cała masa or­ga­ni­za­cji is­la­mi­stycz­nych idą­cych wła­sną dro­gą. Dla nich nie­do­ści­głym wzo­rem było wciąż nie­do­bi­te Pań­stwo Is­lam­skie.

O bur­de­lu pa­nu­ją­cym na Bli­skim i Środ­ko­wym Wscho­dzie Ba­na­cho­wi na­wet nie chcia­ło się my­śleć. Chy­ba prze­sta­wał ogar­niać ten świat. Obo­jęt­nie, na jaki re­jon nie spoj­rzeć, wszę­dzie pię­trzy­ły się trud­no­ści.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Ka­na­dzie po epi­de­mii z ze­szłe­go roku i na sku­tek po­wi­kłań po in­nych cho­ro­bach oraz z po­wo­du bra­ku od­po­wied­niej opie­ki le­kar­skiej zmar­ły ko­lej­ne mi­lio­ny lu­dzi. Róż­ne sza­cun­ki okre­śla­ły obec­ną po­pu­la­cję Ame­ry­ki Pół­noc­nej na osiem­dzie­siąt do stu pięć­dzie­się­ciu mi­lio­nów oby­wa­te­li. I komu tu wie­rzyć?

Głów­ny wi­no­waj­ca wciąż nie zo­stał uka­ra­ny. Kim Dzong Un oko­pał się w swo­im pań­stwie-twier­dzy, przy­glą­da­jąc się efek­tom wła­snych dzia­łań. Za­pew­ne za­cie­rał dło­nie z za­do­wo­le­nia, wi­dząc, że naj­więk­szy wróg zo­stał po­ko­na­ny. Je­śli zde­cy­du­je się na zbroj­ną kon­fron­ta­cję z Ko­reą Po­łu­dnio­wą, to roz­pę­ta woj­nę o nie­prze­wi­dy­wal­nych kon­se­kwen­cjach. Pew­nie jej nie wy­gra, ale na­ro­bi ta­kich szkód, że efek­ty będą od­czu­wal­ne przez dzie­się­cio­le­cia. Ko­lej­ny w mia­rę sta­bil­ny re­gion roz­pad­nie się na wo­ju­ją­ce ze sobą ko­ali­cje. Chi­ny kon­tra so­jusz po­zo­sta­łych państw. Ba­nach na­wet nie chciał wie­dzieć, co z tego wy­nik­nie. Za wszel­ką cenę na­le­ża­ło utrzy­mać spo­kój. Niech Kim my­śli, że wszyst­ko ro­ze­szło się po ko­ściach. Przyj­dzie kie­dyś dzień za­pła­ty, a wów­czas nie obro­ni go ani mi­lio­no­wa ar­mia, ani ra­kie­ty z gło­wi­ca­mi ją­dro­wy­mi.

Ko­lej­ny nie­roz­wią­za­ny pro­blem to kwe­stia uchodź­ców. Przy­by­wa­ło ich z roku na rok. Już nie tyl­ko Niem­cy czy Szwe­cja sta­no­wi­ły cel wy­praw, ale ja­ki­kol­wiek eu­ro­pej­ski kraj, byle sta­bil­ny, byle na gło­wę nie spa­da­ły bom­by i po­ci­ski.

Bie­żą­cy rok pod tym wzglę­dem miał szan­se oka­zać się re­kor­do­wy. Od po­cząt­ku stycz­nia już po­ja­wi­ło się czte­ry­sta ty­się­cy lu­dzi. Do grud­nia może ich być ze dwa mi­lio­ny, jak nie le­piej. A ile w przy­szłym? Trzy, czte­ry czy pięć? Wciąż było ich wię­cej i wię­cej. Na miej­sce każ­de­go ode­sła­ne­go od razu znaj­do­wa­ło się dzie­się­ciu ko­lej­nych.

Pcha­li się ze­wsząd – od Hisz­pa­nii po pół­noc­ną Nor­we­gię. Ro­sja, któ­ra wcze­śniej my­śla­ła, że w ten spo­sób uda się jej ro­ze­grać po­li­tycz­nie po­szcze­gól­ne za­chod­nio­eu­ro­pej­skie pań­stwa, sama grzę­zła w za­le­wie uchodź­ców. Na jej gra­ni­cach nie spo­sób było wy­bu­do­wać pło­tu, bo i gdzie – na gra­ni­cy z Ka­zach­sta­nem? Pa­ki­stań­czy­kom, miesz­kań­com Ban­gla­de­szu, In­dii, Afga­ni­sta­nu czy Fi­li­pin wszyst­ko jed­no, któ­rę­dy po­ja­dą – przez Tur­cję czy od razu na pół­noc, szla­kiem przez Asta­nę i Asz­cha­bad. Na ra­zie to tyl­ko skrom­ny po­czą­tek, dwie­ście – dwie­ście pięć­dzie­siąt ty­się­cy rocz­nie, ale i to się szyb­ko zmie­ni. Je­śli do­li­czyć ro­dzi­mą rze­szę wy­znaw­ców Pro­ro­ka, któ­rych licz­ba się­gnę­ła dwu­dzie­stu pię­ciu pro­cent ogó­łu po­pu­la­cji kra­ju, na Krem­lu mie­li twar­dy orzech do zgry­zie­nia.

Jed­no nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści – bę­dzie go­rzej.

Klu­czem do roz­wią­za­nia spra­wy mi­gra­cji były dwa sło­wa – po­pu­la­cja i kli­mat. Po­pu­la­cja kra­jów Trze­cie­go Świa­ta wciąż ro­sła. Tam ni­ko­mu nie moż­na na­rzu­cić, ile ma mieć dzie­ci. To, co kie­dyś mia­ło sens, sta­no­wiąc choć­by za­bez­pie­cze­nie na sta­rość, obec­nie tra­ci­ło ra­cję bytu. Ilu jesz­cze oby­wa­te­li może wy­ży­wić taka, daj­my na to, Ni­ge­ria? Już te­raz kraj li­czył sto sześć­dzie­siąt mi­lio­nów miesz­kań­ców, co się sta­nie, gdy ta licz­ba wzro­śnie do dwu­stu mi­lio­nów? Pew­nie nic nad­zwy­czaj­ne­go, ale dwie­ście pięć­dzie­siąt? Trud­no po­wie­dzieć. A trzy­sta? Ka­ta­stro­fa. A nie była to wca­le fan­ta­sty­ka. Do­da­jąc do tego zmie­nia­ją­cy się kli­mat, a co za tym idzie pu­styn­nie­nie użyt­ków rol­nych, klę­ski ży­wio­ło­we – czy to w po­sta­ci su­szy, czy też nad­mier­nych opa­dów, któ­re nisz­czą zbio­ry i wy­bi­ja­ją sta­da by­dła – fala bie­do­ty ru­szy na pół­noc. Zmia­na ko­lej­ne­go rzą­du w La­gos bądź gdzie­kol­wiek in­dziej nic tu nie po­mo­że.

De­cy­zje, któ­re na­le­ża­ło pod­jąć na­tych­miast, przy­nio­są efek­ty naj­szyb­ciej po paru la­tach. A kie­dy już bę­dzie le­piej i każ­dy do­sta­nie mi­skę ryżu dzien­nie, to co – znów wię­cej dzie­ci? Prze­cież to błęd­ne koło.

Ba­nach pa­mię­tał jesz­cze, jak nie­daw­no prze­wi­dy­wa­no na­pływ do Eu­ro­py pięć­dzie­się­ciu mi­lio­nów imi­gran­tów w per­spek­ty­wie pół­wie­cza. Te­raz mó­wi­ło się już o ta­kiej licz­bie przy­by­szy w cią­gu dwu­dzie­stu pię­ciu lat, a i te pro­gno­zy zda­wa­ły się zbyt opty­mi­stycz­ne. Nikt nie wie­dział, jak Eu­ro­pa bę­dzie wy­glą­dać za pięć lat, a co tu mó­wić o de­ka­dach.

Sa­mo­chód zwol­nił przed świa­tła­mi. Już byli spóź­nie­ni. Trud­no, nie pierw­szy raz i pew­nie nie ostat­ni.

Ze­bra­nie Rady Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go sta­no­wi­ło waż­ny punkt dnia. Wszy­scy waż­niej­si lu­dzie w pań­stwie będą mo­gli przed­sta­wić wła­sną oce­nę sy­tu­acji. Dziś do­dat­ko­wo miał się sta­wić pre­mier, nie­obec­ny ostat­nim ra­zem. Spo­tka­nie po­trwa do po­łu­dnia. Ge­ne­rał nie spo­dzie­wał się wią­żą­cych de­cy­zji, ale kto wie. Pod­czas ta­kich na­rad wszyst­ko było moż­li­we.

Ba­nach w my­ślach po­pę­dzał kie­row­cę. Za­raz znaj­dą się na No­wym Świe­cie. Stąd już tyl­ko ka­wa­łek do Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go.

Wes­tchnął i wci­snął się głę­biej w ka­na­pę, jed­no­cze­śnie wy­glą­da­jąc przez ku­lo­od­por­ną szy­bę. Ko­lum­na, w któ­rej się po­ru­szał, skła­da­ła się je­dy­nie z dwóch aut: jego li­mu­zy­ny bmw i po­prze­dza­ją­ce­go ją te­re­no­we­go mer­ce­de­sa z ob­sta­wą. Nie czuł się za­gro­żo­ny, ale li­cho nie śpi, a on chciał umrzeć we wła­snym łóż­ku, i to nie­ko­niecz­nie w naj­bliż­szym cza­sie.

Gra­na­to­wa to­yo­ta hi­lux z czte­re­ma pa­sa­że­ra­mi od razu nie spodo­ba­ła się ge­ne­ra­ło­wi. Je­den z sie­dzą­cych w niej męż­czyzn przyj­rzał się bmw z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy, zu­peł­nie jak­by roz­po­znał wóz, któ­rym po­ru­szał się szef pol­skie­go wy­wia­du.

Ba­nach po­czuł się nie­swo­jo. Stał się prze­wi­dy­wal­ny, a w jego fa­chu to nie­bez­piecz­ne. Na­le­ża­ło szyb­ko prze­or­ga­ni­zo­wać cały sys­tem za­bez­pie­czeń, po­więk­szyć ochro­nę, nie tyl­ko wła­sną, ale i po­zo­sta­łych osób ze świecz­ni­ka oraz czę­ści pla­có­wek.

To­yo­ta za­sy­gna­li­zo­wa­ła zjazd w pra­wo. Po chwi­li bmw zo­sta­ło od­dzie­lo­ne od niej bia­łym oplem astrą z mło­dą ko­bie­tą za kie­row­ni­cą i dzie­cię­cym fo­te­li­kiem z tyłu.

Ode­tchnął. Strach ma wiel­kie oczy. Nie­po­trzeb­nie się prze­jął. Mimo wszyst­ko ze spo­tka­nia na­le­ża­ło wy­cią­gnąć wnio­ski.

Prze­je­chał dło­nią po spo­co­nym czo­le. Musi scho­wać pa­pie­ry do tecz­ki, nie mogą się tak wa­lać.

– A ten gdzie się tak pcha?

Mruk­nię­cie kie­row­cy po­now­nie skie­ro­wa­ło uwa­gę Ba­na­cha na jezd­nię. To­yo­ta wy­ko­rzy­sta­ła wol­ny lewy pas, prze­mknę­ła obok bmw i zrów­na­ła się z te­re­nów­ką ochro­ny.

To, co póź­niej na­stą­pi­ło, Ba­nach za­pa­mię­ta do koń­ca ży­cia. Hi­lux wy­rżnął w mer­ce­de­sa i za­czął go spy­chać w stro­nę chod­ni­ka. Wi­dok był tak za­ska­ku­ją­cy, że ge­ne­rał nie po­tra­fił ode­rwać odeń wzro­ku. Od razu do gło­wy przy­szło mu co naj­mniej kil­ka ra­cjo­nal­nych wy­tłu­ma­czeń tego fak­tu – kie­row­ca to­yo­ty za­słabł lub też na­wa­lił układ kie­row­ni­czy.

Kie­dy do zgrzy­tu me­ta­lu do­łą­czył huk se­rii z bro­ni ma­szy­no­wej, nie mógł już się łu­dzić. To nie wy­pa­dek, to za­mach.

Nie je­cha­li szyb­ko, naj­wy­żej trzy­dziest­ką, blo­ko­wa­ni przez po­zo­sta­łych użyt­kow­ni­ków ru­chu. Kie­row­cy nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak jesz­cze zwol­nić, żeby nie ude­rzyć w mer­ce­de­sa przed nimi. Nie­opan­ce­rzo­na ka­ro­se­ria i szy­by te­re­nów­ki zo­sta­ły prze­dziu­ra­wio­ne w co naj­mniej kil­ku­dzie­się­ciu miej­scach.

Wóz to­czył się bez­wład­nie, od­bił od kra­węż­ni­ka i w koń­cu za­trzy­mał. Ze środ­ka nikt nie wy­sko­czył ani nie padł ża­den strzał. Ochro­na zo­sta­ła wy­eli­mi­no­wa­na – albo nie żyli, albo zo­sta­li cięż­ko ran­ni. W każ­dym ra­zie na nich nie moż­na już było li­czyć, sami po­trze­bo­wa­li po­mo­cy.

To­yo­ta rów­nież się za­trzy­ma­ła. Ba­nach uj­rzał dwój­kę za­ma­chow­ców. Je­den z MP5, a dru­gi z M4 w dło­niach.

Im­puls po­pły­nął do mó­zgu ge­ne­ra­ła. Nie po­zwo­li się za­szlach­to­wać jak bez­bron­na owca.

– Da­waj!

Kie­row­ca, któ­ry po raz pierw­szy zna­lazł się w ta­kiej sy­tu­acji, wci­snął gaz do de­chy. Wóz sko­czył do przo­du, wy­krę­ca­jąc wprost na chod­nik. Na szczę­ście wszyst­ko dzia­ło się tak szyb­ko, że w po­bli­żu nie zdą­żył zgro­ma­dzić się jesz­cze tłum ga­piów.

Ci, któ­rzy po­lo­wa­li na Ba­na­cha, nie tra­ci­li cza­su. Pierw­sze po­ci­ski ude­rzy­ły w bmw uła­mek se­kun­dy póź­niej. W prze­ci­wień­stwie do mer­ce­de­sa li­mu­zy­na była opan­ce­rzo­na, nie­mniej i tak bocz­na szy­ba po­kry­ła się sia­tecz­ką pęk­nięć.

Tuż przed przej­ściem dla pie­szych mu­sie­li zwol­nić. Lu­dzie pierz­cha­li na wszyst­kie stro­ny. Ja­kiś męż­czy­zna wszedł pod koła in­ne­go ru­sza­ją­ce­go sa­mo­cho­du. Cud praw­dzi­wy, że ni­ko­go nie po­trą­ci­li.

Za­pie­ra­jąc się rę­ka­mi o fo­tel przed nim, Ba­nach obej­rzał się wstecz. O w mor­dę… To­yo­ta ich go­ni­ła. Je­den z ban­dzio­rów wy­chy­lił się z bocz­ne­go okien­ka, śląc w ich stro­nę se­rię za se­rią. Ry­ko­sze­ty mało kogo ob­cho­dzi­ły.

Ty su­kin­sy­nu…

– Szyb­ciej!

Po­now­nie zna­leź­li się na jezd­ni, gdy wje­cha­li w Nowy Świat. Ba­nach ze zdzi­wie­niem za­uwa­żył, że prze­stał się bać. Czuł czy­ste wkur­wie­nie. Oso­bi­ście do­pil­nu­je eg­ze­ku­cji tych dra­ni, pod wa­run­kiem, oczy­wi­ście, że do­cią­gną do pro­ce­su.

Co za wred­ne gno­je. Śro­dek mia­sta pe­łen po­li­cji, służb miej­skich i ka­mer, a oni nie bali się strze­lać. Ta pew­ność sie­bie za­sta­na­wia­ła. Je­że­li już chcie­li go sprząt­nąć, to mo­gli pod do­mem lub w ja­kimś ustron­nym miej­scu, dys­kret­nie, a nie tak na wi­do­ku.

Na pew­no po­zo­sta­wi­li po so­bie całą masę śla­dów. Jak ich do­rwie, skoń­czą na ha­kach.

Bmw gna­ło peł­ną mocą sil­ni­ka. Lu­dzie w hi­lu­xie nie od­pusz­cza­li. Co za wred­ne typy.

To­yo­ta raz po raz pró­bo­wa­ła ich wy­mi­nąć, to z le­wej, to z pra­wej stro­ny. Tyl­ko cud spra­wił, że jesz­cze nie rąb­nę­li w ża­den inny wóz. Gdzie, do cięż­kiej cho­le­ry, jest po­li­cja? Śpią czy co? Już on so­bie po­ga­da z ko­men­dan­tem. Prze­cież to jaw­ne lek­ce­wa­że­nie obo­wiąz­ków.

Na­głe ha­mo­wa­nie rzu­ci­ło ge­ne­ra­łem do przo­du. Para prze­chod­niów gru­bo po osiem­dzie­siąt­ce nie była dość szyb­ka, by przejść na dru­gą stro­nę jezd­ni przed pę­dzą­cy­mi sa­mo­cho­da­mi.

Bmw po­now­nie zna­la­zło się na chod­ni­ku. Po­mnik Ko­per­ni­ka i ko­ściół pod we­zwa­niem Świę­te­go Krzy­ża tyl­ko mi­gnę­ły za okna­mi li­mu­zy­ny. Wszę­dzie peł­no prze­chod­niów. Dla­cze­go ci lu­dzie nie sie­dzą w pra­cy, tyl­ko szwen­da­ją się po mie­ście? Stu­den­ci nie mają za­jęć?

Z prze­ciw­ka nad­je­chał ra­dio­wóz, lecz nim po­li­cjan­ci zde­cy­do­wa­li się na in­ter­wen­cję, zo­sta­li w tyle. Może to i le­piej. Tru­py ko­lej­nych funk­cjo­na­riu­szy nie były ni­ko­mu po­trzeb­ne.

Przy­naj­mniej ci za nim prze­sta­li strze­lać.

Ba­nach zer­k­nął do tyłu, pró­bu­jąc zo­rien­to­wać się w sy­tu­acji.

Było nie­źle. Zy­skał prze­wa­gę. To­yo­ta nie na­dą­ża­ła lub – co bar­dziej praw­do­po­dob­ne – za­ma­chow­cy so­bie od­pu­ści­li. Znaj­do­wa­li się bli­sko ho­te­lu Bri­stol. Jak nie po­li­cja, to inni kie­row­cy za­blo­ku­ją im dal­szy prze­jazd.

Wy­ma­cał w kie­sze­ni te­le­fon. Nim uzy­skał po­łą­cze­nie, upły­nę­ły cen­ne se­kun­dy.

– Ofi­cer dy­żur­ny…

Czas wpro­wa­dzić ma­chi­nę pań­stwa w ruch. Za go­dzi­nę dra­nie będą sie­dzieć w po­ko­jach prze­słu­chań, śpie­wa­jąc cie­niut­ki­mi gło­sa­mi, a po­tem ło­pa­ty i niech ko­pią so­bie gro­by. Pod­ję­li ry­zy­ko, po­win­ni się li­czyć z kon­se­kwen­cja­mi.

***

Cho­rą­że­mu Ola­fo­wi Ni­tec­kie­mu strasz­nie chcia­ło się zie­wać. Po­wi­nien się po­ło­żyć spać o go­dzi­nę wcze­śniej, ale po­sta­no­wił obej­rzeć film do koń­ca. Na­gry­war­ka się po­psu­ła, więc mu­siał cze­kać do póź­na na tę po­wtór­kę po­wtór­ki. Ob­raz nie za­li­czał się co praw­da do dzieł wy­bit­nych, ale gra­ła w nim jego ulu­bio­na ak­tor­ka, na któ­rą za­wsze lu­bił so­bie po­pa­trzeć. Ile by dał, żeby za­mie­nić na nią swo­ją obec­ną part­ner­kę. Kaś­ka nie była zła, tyl­ko cze­goś jej bra­ko­wa­ło – oby­cia, szny­tu, pew­no­ści sie­bie. I nic dziw­ne­go, jak się przy­je­cha­ło z Ra­dzy­mi­na, z ca­łym dla Ra­dzy­mi­na sza­cun­kiem.

O, i zno­wu. Le­d­wo po­wstrzy­mał dol­ną szczę­kę przed opad­nię­ciem. Na służ­bie, i to na wi­do­ku, nie wy­pa­da. To w koń­cu za­szczyt i obo­wią­zek. Bar­dziej za­szczyt czy obo­wią­zek? Pew­nie i jed­no, i dru­gie. Nie wni­kał w szcze­gó­ły. Wraz z ko­le­gą stał przed wej­ściem do Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go z groź­ną miną od­stra­sza­ją­cą wszel­kich upier­dliw­ców, na­wie­dzo­nych i oszo­ło­mów. Jak zie­wać w ta­kich wa­run­kach? Ktoś zo­ba­czy, sfo­to­gra­fu­je, do­nie­sie i po­ja­dą po pre­mii. Gębę to moż­na roz­dzia­wiać poza go­dzi­na­mi służ­by, w domu, a nie w miej­scu, gdzie po­sta­wi­ła go oj­czy­zna.

Gdzieś z le­wej od stro­ny No­we­go Świa­tu do­bie­gły go od­gło­sy strza­łów z bro­ni au­to­ma­tycz­nej. Nie mógł w to uwie­rzyć. Strze­la­ni­na w War­sza­wie? To prze­cież nie­moż­li­we. Jak już to pe­tar­dy lub gaź­nik mo­to­cy­kla. Nie­mniej dłoń sama po­wę­dro­wa­ła w stro­nę ka­bu­ry z Gloc­kiem 17.

– Oli, sły­sza­łeś?

– Tak.

Ni­tec­ki ode­rwał się od ka­mien­ne­go lwa, o któ­re­go opie­rał się przez chwi­lę, i po­stą­pił krok do przo­du, by ro­zej­rzeć się po uli­cy. Znaj­du­ją­ca się nie­da­le­ko dwój­ka funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji w po­lo­wych mun­du­rach i se­le­dy­no­wych ka­mi­zel­kach spo­glą­da­ła w jego stro­nę z za­in­te­re­so­wa­niem.

Zno­wu. Tym ra­zem nie było mowy o po­mył­ce. Ka­no­na­da jak na strzel­ni­cy.

– Ma­riusz…

Na ra­zie in­cy­dent nie miał z nimi nic wspól­ne­go, ale jak to mó­wią, le­piej dmu­chać na zim­ne.

Od­gło­sy na­si­la­ły się, lecz brzmia­ły ja­koś dziw­nie, a na do­da­tek do­cho­dzi­ły już z prze­ciw­nej stro­ny. Co jest, do cięż­kiej cho­le­ry?

Obej­rzał się w samą porę, by zo­ba­czyć, jak je­den z po­li­cjan­tów pada na chod­nik z sze­ro­ko roz­rzu­co­ny­mi ra­mio­na­mi. W po­bli­żu dzia­ło się coś wy­jąt­ko­wo nie­do­bre­go.

Pi­sto­let trzy­mał przed sobą, te­raz na­le­ża­ło go jesz­cze w ko­goś wy­mie­rzyć. Tyl­ko w kogo?

Od stro­ny skwe­ru Mic­kie­wi­cza biegł ja­kiś fa­cet, ale Ni­tec­kie­mu trud­no się było zo­rien­to­wać, ja­kie ten czło­wiek ma za­mia­ry.

Wy­cią­gnął broń przed sie­bie i… umarł, gdy po­cisk Pa­ra­bel­lum do­się­gnął jego czasz­ki. Zgi­nął na po­ste­run­ku. Nie on ostat­ni. Naj­gor­sze mia­ło do­pie­ro na­dejść.

***

Dla Cy­ru­sa Par­ke­ra tra­fie­nie w gło­wę czło­wie­ka z dwu­dzie­stu me­trów to ża­den szcze­gól­ny wy­czyn. Star­szy sier­żant nie był w sta­nie zli­czyć, ilu za­bił lu­dzi. Za­bi­jał już od pięt­na­stu lat i nic nie wska­zy­wa­ło na to, że szyb­ko z tym skoń­czy. Wszyst­ko dla pań­stwa, któ­re prze­sta­ło ist­nieć. Dziw­ne, a jed­nak.

O trzy kro­ki za nim biegł Or­tiz Ca­stil­lo i Yvon­ne.

Gli­niarz, któ­ry pró­bo­wał ra­to­wać po­strze­lo­ne­go ko­le­gę, na ich wi­dok rzu­cił się do uciecz­ki. Nie zdą­żył prze­biec na­wet me­tra, gdy do­stał kul­kę w ple­cy i za­raz dru­gą dla pew­no­ści.

Po­zo­stał ostat­ni z bo­row­ców. Par­ker sko­czył w bok, scho­dząc z li­nii strza­łu. Po­cisk prze­le­ciał nad jego gło­wą. Ame­ry­ka­ni­no­wi ser­ce za­mar­ło w pier­si. Po­waż­nie li­czył się z tym, że ko­lej­na kula do­się­gnie celu.

Nie­po­trzeb­nie. Fi­sher, któ­ry za­jął po­zy­cję po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy, po­ło­żył straż­ni­ka ze sztur­mo­we­go M4 z ce­low­ni­kiem optycz­nym. Dla tak do­świad­czo­ne­go żoł­nie­rza to ża­den dy­stans. Co zna­czy te kil­ka­dzie­siąt me­trów wo­bec prze­strze­ni Afga­ni­sta­nu czy Ira­ku?

Par­ker po­now­nie ze­rwał się do bie­gu. Te­ren z tej stro­ny zo­stał za­bez­pie­czo­ny. Nim zja­wią się po­sił­ki, oni będą w środ­ku. I tak nie wszyst­ko po­szło zgod­nie z pla­nem, ta strze­la­ni­na na No­wym Świe­cie… Nie wie­dział, o co cho­dzi, do­wie się w swo­im cza­sie.

Nie­da­le­ko za­trzy­ma­ła się po­obi­ja­na to­yo­ta, z któ­rej wy­sia­dła gru­pa ma­ją­ca ubez­pie­czać te­ren od stro­ny No­we­go Świa­tu. Je­den ope­ra­tor krwa­wił z roz­cię­tej ręki, dru­gi z roz­bi­tej gło­wy. In­nych strat Par­ker nie za­uwa­żył. Wszy­scy po­bie­gli w stro­nę wej­ścia do pa­ła­cu.

W po­bli­żu mo­men­tal­nie zro­bi­ło się pu­sto, tyl­ko ksią­żę Pepi przy­glą­dał się wy­da­rze­niom bez­na­mięt­nym wzro­kiem.

Pa­łac Pre­zy­denc­ki przy Kra­kow­skim Przed­mie­ściu 46/48 to naj­więk­szy pa­łac w War­sza­wie. Trzy­pię­tro­wy cen­tral­ny bu­dy­nek, ogród na ty­łach i dwa pię­tro­we skrzy­dła, w któ­rych miesz­czą się biu­ra Kan­ce­la­rii Pre­zy­den­ta, Biu­ra Ochro­ny Rzą­du i po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze. W kom­plek­sie pra­co­wa­ło czter­dzie­ści osób ob­słu­gi – kel­ne­rów, ku­cha­rzy, sprzą­ta­czek – oraz dwu­dzie­stu ofi­ce­rów ochro­ny. Do nie­daw­na było ich je­dy­nie dzie­się­ciu, ale po­dwo­jo­no tę licz­bę, by le­piej strzec gło­wę pań­stwa przed za­gro­że­nia­mi.

Tuż za ogro­dze­niem pa­ła­co­we­go ogro­du, od stro­ny uli­cy Ka­ro­wej, pod nu­me­rem 10, znaj­do­wa­ło się Biu­ro Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go, gdzie sie­dem­dzie­się­ciu urzęd­ni­ków zaj­mo­wa­ło się zbie­ra­niem i ana­li­zo­wa­niem dla pre­zy­den­ta in­for­ma­cji ma­ją­cych wpływ na stan bez­pie­czeń­stwa pań­stwa. Na obec­nym eta­pie nie na­le­ża­ło się nimi przej­mo­wać. Po­tra­fi­li tyl­ko stu­kać w kla­wi­sze i prze­glą­dać In­ter­net. Nie po­sia­da­li żad­nych umie­jęt­no­ści mo­gą­cych wpły­nąć na re­zul­tat ak­cji. Co naj­wy­żej, jak ko­niecz­nie chcą, mogą rzu­cić się do sa­mo­bój­cze­go ata­ku i po­lec z ho­no­rem.

Ury­wa­ne od­gło­sy z bro­ni au­to­ma­tycz­nej do­cho­dzi­ły jesz­cze od stro­ny ogro­du, gdzie na­cie­ra­ła dru­ga gru­pa pod oso­bi­stym do­wódz­twem Papy.

– Ty i ty. – Par­ker wska­zał na tych, któ­rzy przy­je­cha­li hi­lu­xem. – Zo­sta­je­cie. Wie­cie, co ro­bić.

Cała resz­ta prze­mknę­ła do bocz­ne­go skrzy­dła, nie­mal od razu na­ty­ka­jąc się na ko­lej­ne­go agen­ta ochro­ny. Męż­czy­zna z pe­emem w dło­niach przy­mie­rzał się do strza­łu. Zgi­nął, bo wa­hał się o uła­mek se­kun­dy za dłu­go. Mógł być świet­nie wy­szko­lo­ny, za­bra­kło mu jed­nak bo­jo­we­go oby­cia. Każ­dy za­wa­ha się przed za­bi­ciem ob­cej oso­by. Za­dzia­ła­ły od­ru­chy, lecz za­bra­kło woli. Nie wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia. Par­ker w tej roz­gryw­ce był bez­względ­ny. Dla nie­go za­bi­ja­nie było jak dla in­nych od­dy­cha­nie. Strza­łem w pierś i w gło­wę de­fi­ni­tyw­nie za­koń­czył spra­wę, prze­sko­czył nad pa­da­ją­cym cia­łem i po­biegł da­lej.

Ko­ry­tarz pro­wa­dził pro­sto. Pod ścia­ną za­trzy­ma­ła się ko­bie­ta z ser­wi­sem do kawy usta­wio­nym na srebr­nej tacy. Jej okrą­głe ze zdu­mie­nia oczy wpa­try­wa­ły się w Cy­ru­sa z prze­ra­że­niem.

– Aaa… – Otwo­rzy­ła usta.

Nie wie­dział, czy chce o coś za­py­tać, czy to był wy­raz prze­stra­chu. Nie jego spra­wa. Może żyć, zo­sta­nie za­kład­nicz­ką. I tak nie uciek­nie, wyj­ście było pil­no­wa­ne, chy­ba że wy­sko­czy oknem, je­śli star­czy jej od­wa­gi. Prze­biegł obok, nie za­wra­ca­jąc so­bie gło­wy jej dy­le­ma­ta­mi.

Da­lej mie­ści­ły się biu­ra, a to już go­rzej. Za­wsze znaj­dzie się ja­kiś wy­ryw­ny gość, któ­ry bę­dzie chciał po­ka­zać, że się nie boi.

Wła­śnie otwo­rzy­ły się drzwi i z ga­bi­ne­tu wy­szedł urzęd­nik w oku­la­rach o gru­bych szkłach na no­sie ugi­na­ją­cy się pod cię­ża­rem na­rę­cza se­gre­ga­to­rów. Zda­je się, że do­tych­cza­so­wa pal­ba na uli­cy i w środ­ku pa­ła­cu nie do­tar­ła do nie­go.

– Pań­stwo mogą tu prze­by­wać? – za­py­tał, wi­dząc uzbro­jo­ną gro­ma­dę.

Yvon­ne, któ­rej ob­ca­sy prze­szka­dza­ły w bie­ga­niu, zdzie­li­ła oku­lar­ni­ka rę­ko­je­ścią pi­sto­le­tu w gło­wę. Ten osu­nął się na ko­la­na, lecz nie stra­cił przy­tom­no­ści. Do­ku­men­ty roz­sy­pa­ły się po dy­wa­nie.

– Chy­ba za­szło ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie.

Za­baw­ny gość – po­my­ślał Par­ker i jed­nym szarp­nię­ciem po­sta­wił go na nogi.

– Ilu was jest?

– Kogo?

– W biu­rach?

– Ale ja­kich?

No nie, praw­dzi­wy de­bil. Kogo oni tu za­trud­nia­ją?

– Na pię­trze?

– Tyl­ko ja.

– Nikt inny?

– Ja i moi pra­cow­ni­cy.

Cy­rus z wiel­kim tru­dem po­wstrzy­mał się przed zno­kau­to­wa­niem fa­ce­ta.

– Wy­gar­nia­my wszyst­kich.

Spraw­dza­li po­miesz­cze­nie po po­miesz­cze­niu, to­a­le­ty, schow­ki na szczot­ki i po­miesz­cze­nia so­cjal­ne. Par­ke­ra roz­ba­wił mło­dzie­niec za słu­chaw­ka­mi na uszach i z za­mknię­ty­mi ocza­mi wy­bi­ja­ją­cy per­ku­syj­ny rytm na kse­ro­ko­piar­ce. Gdy po moc­niej­szym szturch­nię­ciu wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści, bar­dzo się zdzi­wił.

– Ale o co cho­dzi? – Chło­pak wy­ba­łu­szył oczy.

Ze słu­cha­wek do­bie­gał ło­skot he­avy­me­ta­lo­wej ka­pe­li. Zda­niem Cy­ru­sa było to „Dre­am Evil”, ale mógł się my­lić. Ma­rzą ci się bo­ha­te­ro­wie, woj­na i śmierć, chłop­ta­siu? No pro­blem.

– Wy­łącz to gów­no.

– Pan wie, kim ja je­stem?

– Nie i gów­no mnie to ob­cho­dzi.

Tłu­mek na ko­ry­ta­rzu li­czył już dzie­sięć osób. Wszy­scy fa­ce­ci pod kra­wa­ta­mi, a ko­bie­ty w gar­son­kach za­pię­tych na ostat­ni gu­zik. Żad­nej par­ki mi­zia­ją­cej się na boku, w ki­blu czy na ka­na­pie sto­ją­cej na za­ple­czu? Ależ nud­ne to­wa­rzy­stwo. Sami po­rząd­nic­cy. Nie lu­bił ta­kich. Pie­prze­ni hi­po­kry­ci.

Za­sła­nia­jąc się oku­lar­ni­kiem jak tar­czą, po­pro­wa­dził wszyst­kich w stro­nę głów­ne­go gma­chu. Praw­dzi­wa zdo­bycz prze­by­wa­ła wła­śnie tam. Papa już ich pew­nie zgar­nął.

Par­ke­ro­wi w udzia­le przy­pa­dły płot­ki. Każ­de­mu we­dług za­sług, każ­de­mu we­dług moż­li­wo­ści.

***

Po­li­cyj­ny So­kół W-3 za­ta­czał po­wol­ne krę­gi czte­ry­sta me­trów po­nad ron­dem Wa­szyng­to­na. Pi­lo­ci ob­ser­wo­wa­li ruch wzdłuż alei Zie­le­niec­kiej i mo­stu Po­nia­tow­skie­go. Zero pro­ble­mów, żad­nych kor­ków. O tej po­rze wszy­scy już do­je­cha­li do pra­cy. Do­pie­ro w se­zo­nie wa­ka­cyj­nym go­dzi­ny szczy­tu się wy­dłu­żą, ale to jesz­cze dwa mie­sią­ce. Je­dy­ny wy­pa­dek w cią­gu ostat­niej go­dzi­ny miał miej­sce na Pa­ry­skiej, gdzie kie­ru­ją­cy spor­to­wą hon­dą mo­to­cy­kli­sta nie za­cho­wał na­le­ży­tej ostroż­no­ści i ude­rzył w tył au­to­bu­su li­nii nu­mer 117. Ka­ret­ka już za­ję­ła się ran­nym, a dro­gów­ka do­ko­na­ła oglę­dzin miej­sca wy­pad­ku.

Pod Sta­dio­nem Na­ro­do­wym też nuda. Szły tam ja­kieś wy­ciecz­ki i po­je­dyn­czy tu­ry­ści. To wszyst­ko. Do to­wa­rzy­skie­go me­czu Pol­ska–Niem­cy zo­sta­ły trzy ty­go­dnie. Wte­dy do­pie­ro się za­cznie. Z góry bę­dzie co oglą­dać, a jak jesz­cze do­ko­pie­my zła­ma­som, to ho, ho…

– 1212, zgłoś się. – W słu­chaw­kach pi­lo­ta za­brzmiał głos ope­ra­to­ra.

Nie da­dzą czło­wie­ko­wi po­ma­rzyć.

– Tu 1212, baza, słu­cham cię.

– Jest zgło­sze­nie z Alei Je­ro­zo­lim­skich.

– W któ­rym miej­scu? – Pi­lot Ar­ka­diusz Wój­cik usta­wił ma­szy­nę bo­kiem, sta­ra­jąc się zlo­ka­li­zo­wać miej­sce do­mnie­ma­nej ko­li­zji.

– Przy wjeź­dzie w Nowy Świat.

Ron­do Char­les’a de Gaul­le’a znaj­do­wa­ło się po dru­giej stro­nie Wi­sły. Tram­wa­jem sie­dem mi­nut, śmi­głow­cem nie­ca­łe pół. Te­raz, gdy wie­dział już gdzie, wy­ko­nał zwrot i przy­śpie­szył.

– Jest in­for­ma­cja o strze­la­ni­nie.

– Baza, mo­żesz po­wtó­rzyć? – Wój­ci­ko­wi ostrze­że­nie nie mie­ści­ło się w gło­wie. Strze­la­ni­na w sto­li­cy? Prze­cież to bez sen­su. War­sza­wa to nie Bej­rut, Da­ma­szek czy Stam­buł, na­wet nie Pa­ryż czy Bruk­se­la. Tu nie dzia­ły się ta­kie rze­czy. – Baza, mogę pro­sić o wię­cej szcze­gó­łów?

– 1212, po­cze­kaj. – Ope­ra­tor za­czął z kimś ga­dać, lecz Wój­cik nic z tego nie ro­zu­miał.

So­kół śmi­gnął po­nad przy­czół­ka­mi mo­stu, a pi­lot tro­chę ob­ni­żył lot. Na lewo wi­dział bry­łę Mu­zeum Woj­ska Pol­skie­go, a za nią Mu­zeum Na­ro­do­we­go. Parę dłu­gich tram­wa­jo­wych skła­dów prze­ta­cza­ło się w obu kie­run­kach, ale ron­do już za­czę­ło się kor­ko­wać.

– 1212, zmia­na pla­nów.

– Co tym ra­zem? – za­py­tał mało re­gu­la­mi­no­wo.

– Na No­wym Świe­cie trwa go­ni­twa sa­mo­cho­do­wa. Nie­wy­klu­czo­ne, że ma to coś wspól­ne­go z tą strze­la­ni­ną, o któ­rej było wcze­śniej.

Naj­pierw strze­la­ni­na, po­tem go­ni­twa, wszyst­ko jak w ame­ry­kań­skim fil­mie. Tfu… żeby nie po­my­ślał tego w złą go­dzi­nę.

O ja­sny gwint, tam fak­tycz­nie ruch zo­stał za­blo­ko­wa­ny, a ga­pie gro­ma­dzi­li się przy ja­kimś SUV-ie. Zda­je się, że ze środ­ka za­czę­li ko­goś wy­no­sić. Nie wy­glą­da­ło to do­brze. Służ­by miej­skie nie zdą­ży­ły jesz­cze za­re­ago­wać. Do zda­rze­nia mu­sia­ło dojść do­słow­nie przed chwi­lą.

Wój­cik moc­niej uchwy­cił drą­żek ste­ro­wy. Być może uda się na­mie­rzyć tych raj­dow­ców, któ­rzy po­mknę­li No­wym Świa­tem.

Przy skrzy­żo­wa­niu ze Świę­to­krzy­ską ko­lej­ny wy­pa­dek. Lu­dzie, co się z wami dzie­je? Na mó­zgi się wam rzu­ci­ło, czy jak? Zbie­go­wi­sko przy Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kim zu­peł­nie mu się nie spodo­ba­ło. Tam, gdzie za­wsze usta­wia­ła się ko­lej­ka chęt­nych do zwie­dza­nia, te­raz kłę­bił się tłum. Spo­ro lu­dzi za­glą­da­ło do ja­kie­goś pick-upa sto­ją­ce­go na chod­ni­ku.

– Baza, tu 1212… – Wój­cik ni­cze­go wię­cej nie zdą­żył po­wie­dzieć. Smu­ga bia­łe­go dymu po­ja­wi­ła się nie­spo­dzie­wa­nie z pra­wej stro­ny. Nie słu­żył w woj­sku, tyl­ko w po­li­cji, ale wie­dział, że ten wi­dok zwia­stu­je nie­szczę­ście. Zdą­żył wy­ko­nać ostry zwrot, gdy tuż obok sil­ni­ków eks­plo­do­wa­ła gło­wi­ca po­ci­sku zie­mia–po­wie­trze. Odłam­ki ostre jak brzy­twa cię­ły we wszyst­kich kie­run­kach. Parę z nich uszko­dzi­ło prze­wo­dy pa­li­wo­we, co do­pro­wa­dzi­ło do na­tych­mia­sto­we­go wy­bu­chu wy­so­ko­ok­ta­no­wej ben­zy­ny.

Na­wet wte­dy Wój­cik nie stra­cił na­dziei, że uda mu się po­sa­dzić ma­szy­nę na skraw­ku wol­nej prze­strze­ni.

Je­dy­ny ra­tu­nek to wy­łą­cze­nie sil­ni­ków i wpro­wa­dze­nie So­ko­ła w kon­tro­lo­wa­ną au­to­ro­ta­cję.

He­li­kop­ter za­czął wi­ro­wać wo­kół wła­snej osi. Ob­ro­ty sta­wa­ły się co­raz szyb­sze.

– Chry­ste…

Ta­bli­ca przy­rzą­dów pło­nę­ła na czer­wo­no. Włą­czy­ły się chy­ba wszyst­kie kon­tro­l­ki. Pi­lot de­spe­rac­ko wal­czył o od­zy­ska­nie wpły­wu na spa­da­ją­cy śmi­gło­wiec, nic to jed­nak nie dało. Spa­dał w dół jak ka­mień i w koń­cu ude­rzył w zie­mię nie­da­le­ko Mu­zeum Ka­ry­ka­tu­ry. Ma­szy­na roz­pa­dła się na set­ki czę­ści. Ode­rwa­ny ka­wa­łek ło­pa­ty ro­to­ru śmi­gnął po­nad chod­ni­kiem i ude­rzył w ko­bie­tę spa­ce­ru­ją­cą z wóz­kiem. Naj­bliż­si prze­chod­nie zo­sta­li zbry­zga­ni krwią. Nie­któ­rzy tra­fi­li do szpi­ta­la w sta­nie szo­ku.

Kłę­by czar­ne­go, tłu­ste­go dymu unio­sły się po­nad za­bu­do­wa­nia­mi. Miej­sce ka­ta­stro­fy wy­glą­da­ło jak z hor­ro­ru. W koń­cu śmi­gło­wiec roz­trza­skał się w sa­mym cen­trum mia­sta. Nikt nie był bez­piecz­ny.

In­for­ma­cja o wy­pad­ku roz­nio­sła się lo­tem bły­ska­wi­cy. Tyl­ko nie­licz­ni wie­dzie­li, co się sta­ło na­praw­dę. War­sza­wa zo­sta­ła za­ata­ko­wa­na. W jej dłu­giej hi­sto­rii to nie pierw­szy taki przy­pa­dek, jed­nak tym ra­zem wróg ukry­wał się w cie­niu.

***

– Co już wie­my? – Ba­nach prze­mie­rzał dłu­gi­mi kro­ka­mi ko­ry­ta­rze Cen­trum Za­rzą­dza­nia Kry­zy­so­we­go, po­wo­li gro­ma­dząc naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków. Część jesz­cze do­jeż­dża­ła, in­nych wy­cią­ga­no z łó­żek po noc­nej służ­bie. Za­nim wszy­scy, któ­rych po­trze­bo­wał, zja­wią się i przy­stą­pią do pra­cy, może upły­nąć ko­lej­ne czter­dzie­ści mi­nut albo i dłu­żej. Na taką stra­tę cza­su nie mógł so­bie po­zwo­lić, za­tem mu­sie­li wy­star­czyć ci, któ­rzy już znaj­do­wa­li się na miej­scu.

– Na chwi­lę obec­ną wie­my nie­wie­le, wciąż gro­ma­dzi­my in­for­ma­cje. – Ofi­cer dy­żur­ny ze­brał ra­por­ty, a te­raz pró­bo­wał je prze­kształ­cić w jed­ną spój­ną wy­po­wiedź. – Na pew­no spo­tka­nie roz­po­czę­ło się o wy­zna­czo­nej go­dzi­nie. Oprócz pre­zy­den­ta i pre­mie­ra bra­li w nim udział mi­ni­ster obro­ny, spraw za­gra­nicz­nych, fi­nan­sów, go­spo­dar­ki…

– A Ję­drycz­ko? – Ba­na­cho­wi cho­dzi­ło o sze­fa Mi­ni­ster­stwa Spraw We­wnętrz­nych i Ad­mi­ni­stra­cji.

– Nie do­tarł, po­dob­no cho­ry.

– Wczo­raj był zdro­wy.

– Tego nie wiem. – Po­li­cjant w bia­łej ko­szu­li i czar­nym kra­wa­cie wzru­szył ra­mio­na­mi. Spraw­dza­nie sa­mo­po­czu­cia mi­ni­stra nie znaj­do­wa­ło się w za­kre­sie jego obo­wiąz­ków.

– Sta­siu… – Ba­nach zwró­cił się do jed­ne­go ze swo­ich za­stęp­ców, któ­ry aku­rat pod­szedł.

– Tak, pa­nie ge­ne­ra­le?

– Sprawdź, o co cho­dzi z tą cho­ro­bą.

– Ję­drycz­ki? Oczy­wi­ście.

– Tyl­ko szyb­ko, je­steś mi po­trzeb­ny.

Ge­ne­rał zwol­nił, aby po­li­cjant po­now­nie zrów­nał z nim krok.

– Do­brze. I co da­lej?

– Zo­sta­ła od­cię­ta łącz­ność z kan­ce­la­rią.

– Czy­li co? – Ge­ne­rał za­sta­no­wił się gło­śno. – Gru­pa za­ma­chow­ców wcho­dzi do Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go i bie­rze jako za­kład­ni­ków gru­pę naj­waż­niej­szych osób w pań­stwie. To się w gło­wie nie mie­ści.

– Skąd wie­dzie­li o na­ra­dzie?

– To do­bre py­ta­nie. – Umysł Ba­na­cha pra­co­wał na peł­nych ob­ro­tach. Je­że­li coś prze­oczą, bę­dzie to tyl­ko jego wina. – Ob­sta­wić cały te­ren w pro­mie­niu ki­lo­me­tra.

– Za­kor­ku­je­my mia­sto na amen.

– Ra­cja, ale kwar­tał Kra­kow­skie Przed­mie­ście, Bed­nar­ska, Ka­ro­wa i…

– Fur­mań­ska – po­śpie­szył z po­mo­cą po­li­cjant.

– Tak, Fur­mań­ska. Musi zo­stać od­cię­ty.

– Już się robi. Czy mo­że­my li­czyć na po­moc woj­ska?

To było waż­ne py­ta­nie. Za­an­ga­żo­wa­nie jed­no­stek pod­le­głych Mi­ni­ster­stwu Obro­ny Na­ro­do­wej w po­dob­nych sy­tu­acjach re­gu­lo­wa­ła spe­cjal­na usta­wa, a pra­ce nad no­we­li­za­cją trwa­ły nie­mal od cza­su jej wej­ścia w ży­cie. Pew­ne spra­wy nie za­le­ża­ły od nie­go, ale może uda się wy­ko­rzy­stać cho­ciaż żan­dar­me­rię albo i od­dzia­ły gar­ni­zo­nu war­szaw­skie­go.

Żan­dar­me­ria, żan­dar­me­ria… Ge­ne­ra­ło­wi za­czę­ło coś się ko­ła­tać po gło­wie, lecz myśl była na ra­zie na tyle nie­ja­sna, że ule­cia­ła w na­tło­ku pil­nych kwe­stii.

– Pa­nie ge­ne­ra­le…

– Co tam, Sta­siu? Do­wie­dzia­łeś się, co po­ra­bia mi­ni­ster Ję­drycz­ko?

– Jesz­cze nie.

– To na co cze­kasz?

– Wła­śnie przy­szła in­for­ma­cja o mar­szał­ku Woj­cie­chow­skim.

Za­pi­sa­ne w kon­sty­tu­cji za­sa­dy suk­ce­sji pre­zy­denc­kiej w Pol­sce ja­sno wska­zy­wa­ły, że kie­dy pre­zy­dent z róż­nych wzglę­dów nie może spra­wo­wać swo­je­go urzę­du, jego obo­wiąz­ki przej­mu­je mar­sza­łek Sej­mu. Cho­dzi­ło o za­cho­wa­nie cią­gło­ści wła­dzy.

– Słu­cham. Mów, ni­cze­go nie po­mi­ja­jąc.

– Zna­le­zio­no go mar­twe­go w domu. Zda­je się, że szy­ko­wał się do śnia­da­nia.

– Chcesz po­wie­dzieć… – Ge­ne­rał dzi­wił się wła­sne­mu spo­ko­jo­wi.

– Tak, pa­nie ge­ne­ra­le: mar­sza­łek Woj­cie­chow­ski nie żyje.

– Hmm…

Ci, któ­rzy prze­trzy­my­wa­li pre­zy­den­ta, ostrze­la­li jego sa­mo­chód, wy­eli­mi­no­wa­li mar­szał­ka Sej­mu i ze­strze­li­li he­li­kop­ter, na pew­no nie za­li­cza­li się do ama­to­rów, a sko­ro tak, to na­le­ża­ło ocze­ki­wać ko­lej­nych nie­mi­łych nie­spo­dzia­nek. Z dru­giej stro­ny, pa­ra­dok­sal­nie, mo­gło to jed­no­cze­śnie tro­chę upro­ścić spra­wę – sko­ro są pro­fe­sjo­na­li­sta­mi, to ich żą­da­nia będą re­al­ne. Pew­nie uda się szyb­ko dojść z nimi do po­ro­zu­mie­nia. Do­ga­da­ją się jak za­wo­do­wiec z za­wo­dow­cem.

Atak był bru­tal­ny i sku­tecz­ny, co do tego nie było wąt­pli­wo­ści. Zgi­nę­li ci, co mie­li zgi­nąć, są też stra­ty wśród cy­wi­lów, zgo­da, ale to nie­unik­nio­ne. W przy­pad­ku starć z mniej spraw­ną gru­pą ofiar by­ło­by kil­ka­krot­nie wię­cej.

Za­wo­dow­cy nie za­bi­ją pre­zy­den­ta i po­zo­sta­łych ofi­cje­li bez wy­raź­ne­go po­wo­du. Na pew­no ich żą­da­nia będą mia­ły cha­rak­ter po­li­tycz­ny. Na po­cząt­ku po­ka­za­li, że się nie cof­ną przed ni­czym. Być może roz­wa­ląjesz­cze któ­re­goś z mi­ni­strów, po­tem pod­da­dzą wła­dze pre­sji cza­su za po­mo­cą ul­ti­ma­tum w ro­dza­ju „ma­cie trzy go­dzi­ny na speł­nie­nie po­stu­la­tów, a jak nie, to zgi­nie ko­lej­ny za­kład­nik”. Wte­dy też moż­na spo­dzie­wać się pró­by na­wią­za­nia bar­dziej bez­po­śred­nie­go kon­tak­tu. Zo­ba­czy­my, co z tego wyj­dzie. Dzia­ła­jąc po­wo­li i roz­waż­nie, na pew­no uda się za­że­gnać kry­zys.

Swo­ją dro­gą, nie przy­po­mi­nał so­bie, by kie­dyś już za­szło coś po­dob­ne­go. Czy ja­ki­kol­wiek pre­zy­dent bądź pre­mier zo­sta­li za­kład­ni­ka­mi? Chy­ba nie. Ci, ow­szem, by­wa­li ce­lem za­ma­chow­ców i gi­nę­li od kul, ale do­tąd nie wpa­dli żywi w łapy ta­kim wred­nym ty­pom.

Atak już na­stą­pił, pora na zmo­bi­li­zo­wa­nie wła­snych sił. Już od paru mi­nut w miej­scu kon­fron­ta­cji znaj­do­wa­ły się dzie­siąt­ki, o ile nie set­ki po­li­cjan­tów. Być może na te­re­nie kra­ju na­le­ża­ło wpro­wa­dzić stan wy­jąt­ko­wy, tyl­ko kto miał­by to zro­bić – pre­zy­dent i pre­mier znaj­do­wa­li się na ra­zie poza pro­ce­sem de­cy­zyj­nym. Kto jest na­stęp­ny w ko­lej­no­ści? Mar­sza­łek Se­na­tu Ry­szard Bie­la­wa. Miły fa­cet, acz tro­chę upier­dli­wy.

Do jego ochro­ny Ba­nach po­trze­bo­wał ko­goś by­stre­go i bez­względ­ne­go, a przy tym nie­rzu­ca­ją­ce­go się w oczy. Zda­je się, że znał taką oso­bę. Nie na­my­ślał się wie­le. Oby nie było za póź­no.

– Sta­siu, łącz ze Szcze­pań­ską, mam dla niej ro­bo­tę.

***

Całe ży­cie miesz­kał na Sa­skiej Kę­pie. Na sta­rość nie bę­dzie się wy­pro­wa­dzał, bo i po co? Z prze­pro­wadz­ka­mi są tyl­ko kło­po­ty, a on ich nie szu­kał. Dom to oaza spo­ko­ju, a nie are­na do okła­da­nia się pię­ścia­mi. Co in­ne­go dzia­łal­ność po­li­tycz­na, tam nie obo­wią­zu­ją żad­ne re­gu­ły.

Auć… Bę­dzie mu­siał ku­pić nowe ży­let­ki, bo te, któ­ry­mi się go­lił, zro­bi­ły się już cał­kiem tępe. Tak tępe jak jego po­li­tycz­ni opo­nen­ci. Ile­kroć my­ślał o tych kmiot­kach, od razu pod­no­si­ło mu się ci­śnie­nie. Gdy­by wszy­scy ci, któ­rzy bra­li go za mi­łe­go, wiecz­nie uśmiech­nię­te­go i tro­chę sa­fan­du­ło­wa­te­go wu­jasz­ka, do­wie­dzie­li się, ja­kie my­śli krą­żą po gło­wie mar­szał­ka Se­na­tu, na pew­no prze­stał­by peł­nić tę za­szczyt­ną funk­cję już po paru mi­nu­tach. On to całe nie­do­ro­bio­ne to­wa­rzy­stwo…

Dzwo­nek do drzwi prze­rwał tok my­śli Bie­la­wy. Zda­je się, że musi pójść i otwo­rzyć, taki to już jego los, żona jesz­cze spa­ła, a ochro­na BOR-u w sa­mo­cho­dzie na dole nie ru­szy tył­ków.

Swo­ją dro­gą, co za kre­tyn śmie go na­cho­dzić o tej po­rze?

Dziś był luź­niej­szy dzień, spo­tka­nia w pod­ko­mi­sjach, parę roz­mów bar­dziej to­wa­rzy­skich niż służ­bo­wych, po­tem mała wó­decz­ka z wi­ce­mi­ni­strem rol­nic­twa, daw­nym kum­plem ze stu­diów.

Gong za­brzmiał po­now­nie.

– Idę, już idę. – Reszt­ki pia­ny wy­tarł ką­pie­lo­wym ręcz­ni­kiem i ru­szył w stro­nę ko­ry­ta­rza.

Za­trzy­mał się na chwi­lę przed du­żym lu­strem. Gdzie się po­dział daw­ny Ry­siek? Zdzia­dział, no, zdzia­dział… Wy­ły­siał i się roz­tył… Ale nie tak jak nie­któ­rzy ko­le­dzy. W do­dat­ku chy­ba nikt nie bę­dzie wy­ma­gał od sie­dem­dzie­się­cio­let­nie­go dziad­ka ro­bie­nia brzusz­ków na si­łow­ni. Na cho­le­rę mu ta­kie idio­ty­zmy. Waż­ne, że wciąż nie musi w nocy wsta­wać do to­a­le­ty, gdy wy­pi­je o jed­no piwo za dużo. Nie jest źle.

Prze­je­chał dło­nią po rzed­ną­cych wło­sach. Kie­dyś to miał czu­pry­nę! Jak był mały, fry­zjer­ki mó­wi­ły, że im się no­życz­ki tę­pią na jego wło­sach. Chry­ste, co się z nim sta­ło, gdzie się po­dzia­ły te wszyst­kie lata?

Gong ode­zwał się po raz trze­ci.

Te­raz to już opier­do­li de­li­kwen­ta na mak­sa. Czy oni nie ro­zu­mie­ją, że mar­sza­łek nie bę­dzie pod­ska­ki­wał jak mło­da kóz­ka?!

– No i…

À pro­pos kó­zek: ta mała mo­gła być jego wnucz­ką. Nie, nie, tyl­ko nie wnucz­ką, już szyb­ciej… No czym? Może asy­stent­ką, naj­le­piej oso­bi­stą, albo ma­sa­żyst­ką, ech… Po­wo­li, Ry­siu, po­wo­li, za­czy­na cię po­no­sić.

– Pani…

– Oli­wia Szcze­pań­ska. – Dziew­czy­na mach­nę­ła mu przed ocza­mi le­gi­ty­ma­cją służ­bo­wą. Agen­cja Wy­wia­du? A co oni mają do nie­go?

– Czy mogę? – Chciał się­gnąć po le­gi­ty­ma­cję i przyj­rzeć się jej bli­żej, ale blon­dy­necz­ka oka­za­ła się szyb­sza.

– Nie.

– Dro­ga pani…

– Kto jest jesz­cze w domu oprócz pana?

– Nikt, to zna­czy żona.

– Po­zwo­li pan, że spraw­dzę.

Szcze­pań­ska nie cze­ka­ła na za­pro­sze­nie i wła­do­wa­ła się do ko­ry­ta­rza obok zdez­o­rien­to­wa­ne­go mar­szał­ka.

– Tak nie moż­na.

– Pro­szę za­mknąć drzwi.

– To już bez­czel­ność.

– Rób, co mó­wię.

Sło­wa agent­ki zszo­ko­wa­ły Bie­la­wę. Nikt tak nie zwra­cał się do nie­go od lat. Kie­dyś Kryś­ka, ale to było… Na wi­dok Wal­the­ra P99 w jej dło­niach zdę­biał zu­peł­nie.

– Dro­ga pani, ja wie­le ro­zu­miem…

– Wejdź do ki­bla i prze­stań ga­dać.

– Ja już so­bie po­roz­ma­wiam z pani prze­ło­żo­nym.

– O ni­czym in­nym nie ma­rzę.

Z wy­cią­gnię­tym pi­sto­le­tem Oli­wia po­bie­gła przed sie­bie.

– Tam śpi moja żona.

– Po­sta­ram się jej nie za­strze­lić.

Mu­sia­ła spraw­dzić, czy w miesz­ka­niu nie ukrył się za­bój­ca. Bo­row­ców już wy­sła­ła, by obej­rze­li oko­li­cę – ogró­dek, ko­mór­ki na gra­ty, ga­raż i po­dwór­ko. Nie cier­pia­ła ta­kich za­dań, ale roz­ka­zów na­le­ży słu­chać, zwłasz­cza tych wy­da­nych przez Ba­na­cha. Ma chro­nić Bie­la­wę i wy­ko­na za­da­nie, choć­by mia­ła zgi­nąć.

Zaj­rza­ła wszę­dzie, gdzie się dało, nie wy­łą­cza­jąc sy­pial­ni, tam w sze­ro­kim łożu fak­tycz­nie wy­le­gi­wa­ła się star­sza ko­bie­ta. W oku­la­rach na no­sie prze­glą­da­ła ja­kieś ko­lo­ro­we pi­smo. Może cze­ka­ła, aż mąż zro­bi jej śnia­da­nie? Na wi­dok Oli­wii unio­sła brwi, ale nie ode­zwa­ła się ani sło­wem.

Szcze­pań­ska wy­co­fa­ła się na ko­ry­tarz, gdzie cze­kał na nią Bie­la­wa.

– Może się w koń­cu do­wiem, co to za naj­ście? Jak na ra­zie ży­je­my w de­mo­kra­tycz­nym pań­stwie i ta­kie in­cy­den­ty nie po­win­ny mieć miej­sca.

– Niech pan włą­czy te­le­wi­zor. – Za­nim wy­tłu­ma­czy temu dzia­dy­dze, o co cho­dzi, upły­ną cen­ne mi­nu­ty.

– Słu­cham?

– Z usza­mi też są pro­ble­my?

– Ale…

– Te­le­wi­zor.