Wydawca: Wydawnictwo Ender Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Operacja Pętla - Vladimir Wolff

Tom II Cyklu "Odległe Rubieże". Pierwszy tom "Kryptonim Burza".

W ciągu zaledwie kilku ostatnich lat ukształtowała się polska szkoła fikcji militarnej. Cyklem „Odległe Rubieże” Vladimir Wolff udowadnia, że nie jest już uczniem w tej szkole. Stał się nauczycielem.
Kamil M. Śmiałkowski, krytyk, publicysta, badacz kultury popularnej

Nareszcie dalszy ciąg wojny z Sowietami! Akcja toczy się nie tylko na lądzie i w powietrzu, ale także na wodach Morza Bałtyckiego. Gratka dla każdego pasjonata drugiej wojny światowej i historii alternatywnej.
Maciej Szopa, Polska Zbrojna

Kawał dobrej, militarnej literatury ze świetną i wciągającą fabułą. Doskonała inspiracja do poznawania historii.
Grzegorz Chojnacki, Historia.org.pl

We wrześniu 1939 roku nie doszło do wojny. Wybuchła ze zdwojoną siłą dopiero dwa lata później, gdy w 1941 roku Związek Radziecki napadł na Polskę. Choć Niemcy nie przyłączyły się do wojny w pierwszej jej fazie, to z ich strony również grozi nam niebezpieczeństwo.

Główna linia obrony na wschodzie nie została jeszcze sforsowana, ale nikt nie potrafi przewidzieć, jak długo wytrzyma obrona, kiedy oba skrzydła sowieckiej ofensywy zacisną się na podobieństwo kleszczy, definitywnie zgniatając wycofujące się oddziały Armii „Wilno” i Armii „Podole”.

Związek Radziecki wysyła na front wciąż nowe eszelony, ale prawdziwy niepokój budzi wzmożony atak Sowietów na Finów i odblokowanie Cieśniny Fińskiej. Ogromna flota pod banderą czerwonej gwiazdy wypływa z Kronsztadu, by odciąć Polskę od dostaw zapewnianych przez zachodnich sojuszników i otworzyć nowy front.

Rozpoczyna się bitwa o Bałtyk.

 

Opinie o ebooku Operacja Pętla - Vladimir Wolff

Fragment ebooka Operacja Pętla - Vladimir Wolff

VLADIMIR WOLFF

Operacja Pętla

Copyright © Vladimir Wolff, 2012

Copyright © ENDER Sławomir Brudny, 2012

www.Wolff.warbook.pl

Redakcja i korekta:

Dobry Book

dobrybook@dobrybook.pl

Ilustracje:

Grzegorz Nawrocki

ISBN 978-83-62730-31-5

Wydawca:

ENDER Sławomir Brudny

ul. Bładnicka 65, 43-450 Ustroń

www.enderbook.pl

Redakcja techniczna, plik ePub:

PROLOG

– Peryskopowa – komandor podporucznik Władysław Salamon, czterdziestoparoletni szczupły mężczyzna, poczekał, aż komenda zostanie powtórzona przez oficera wachtowego.

– Jest peryskopowa – do uszu komandora doszła odpowiedź marynarza obsługującego stery głębokości.

Salamon postąpił krok naprzód, gdy rura peryskopu wyjechała w górę. Przesunął granatową czapkę na tył głowy i chwycił boczne uchwyty w dłonie, jednocześnie przybliżając oczy do osłony okularu. Skierował wizjer najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo, dokonując tym razem pełnego obrotu. Niczego nie zobaczył. Horyzont wydawał się pusty, nie licząc białych postrzępionych chmur odbijających blask zachodzącego słońca i paru mew pikujących za zdobyczą.

– Do wynurzenia.

Po dwunastu godzinach spędzonych w stalowej trumnie załoga potrzebowała łyku świeżego powietrza. Należało przewietrzyć pomieszczenia i podładować akumulatory. Komandor nie lubił nic pozostawiać przypadkowi. W końcu dowodził jednym z dwóch największych okrętów podwodnych, jakimi dysponowała Marynarka Wojenna Rzeczypospolitej Polskiej.

ORP „Sęp” był jednostką bardzo młodą. Do służby wszedł w 1939 roku, zaraz po zwodowaniu w holenderskiej stoczni De Schelde. Długi na 84 metry, szeroki na 6,7 metra, stanowił chlubę eskadry okrętów podwodnych. Wraz z niemal bliźniaczym ORP „Orzeł” potrafił sparaliżować żeglugę na Bałtyku, pod warunkiem oczywiście, że znajdował się w dobrych rękach. Władysław Salamon uważał zatem, że okrętowi się poszczęściło – na lepszego specjalistę nie mógł trafić.

„Sęp” łagodnie wypłynął na powierzchnię, tylko nieznacznie mącąc spokojne wody przy wejściu do Zatoki Fińskiej. Parę mil na południowy wschód stąd znajdowało się wybrzeże sojuszniczej Estonii. Znacznie dalej na północ – Finlandia, a na wprost przed dziobem…

Przez plecy komandora przebiegł dreszcz. Nie wiedział, czy to z chłodu, czy na myśl o przeciwniku przyczajonym na końcu długiego worka, jakim była zatoka. Jak do tej pory intensywne działania wojenne prowadzono jedynie na lądzie – tutaj na morzu wciąż panował złudny spokój.

Od kiedy decyzją Kierownictwa Marynarki Wojennej został wysłany w ten daleki patrol, a nastąpiło to 7 lipca, Salamon był pełen najgorszych przeczuć. Spodziewał się wszystkiego, nawet setek wypływających z Kronsztadu okrętów otoczonych chmarą samolotów. A tu jak do tej pory nic takiego nie nastąpiło. Spokój. Pełen napięcia i fałszywych alarmów, ale jednak spokój. Teoretycznie tylko pozazdrościć. Aktywność Sowietów sprowadzała się do paru patroli powietrznych. Większość floty handlowej podążyła do bezpiecznych portów jeszcze przed wybuchem wojny. Bałtyk przemierzały obecnie tylko nieliczne statki – albo prowadzone przez desperatów, i to bardzo dobrze opłaconych, albo z nie całkiem cywilnymi misjami.

Nawet kiedy tak stał na szczycie potężnego kiosku „Sępa”, gdzie z przodu w kazamacie tkwiło 105-milimetrowe działo, otoczony wachtą z morskimi lornetami przepatrującymi niebo, nie potrafił pozbyć się dławiącego gardło uczucia niepewności. Czekanie nie wiadomo na co wykańczało nie tylko jego. Dotyczyło to całej załogi – od oficerów po zwykłych marynarzy.

– Dym na horyzoncie.

Dłonie same zacisnęły się na lornetce. Spojrzał we wskazanym kierunku. Na tle granatowego nieba smużka dymu ledwie odcinała się ciemniejszą barwą.

– Idzie na zachód.

Jakim cudem wachtowy potrafił to wyczytać, skoro wypatrzył jednostkę zaledwie parę sekund wcześniej?

Kapitan marynarki Justyn Karpiński, zastępca Salamona, przeszedł z prawej strony komandora na lewą, jakby te kilkadziesiąt centymetrów miało jakieś znaczenie. Najwidoczniej jednak miało, bo zaraz orzekł:

– Trochę ponad dwie mile od nas. Trudno powiedzieć, ale nie wygląda na wojenny – Karpiński chrząknął, oczyszczając gardło. – Podejdziemy bliżej?

Skierowane wprost do komandora pytanie zawisło w powietrzu.

Zmrużył oczy i spojrzał ponownie. Dowódca wciąż niewiele widział. Jedynie dym był bardziej intensywny. Niewyraźny kształt pojawił się na chwilę i zaraz znikł. Wyglądało na to, że Karpiński miał rację – to najprawdopodobniej jakiś przybrzeżny tramp. Tylko co robił w takim miejscu, gdzie wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo? Salamon co prawda nie słyszał jak do tej pory o zatopieniu jakiejkolwiek jednostki, jednakże to mogło się bardzo szybko zmienić. Jeśli nie podpłyną bliżej, nigdy się nie dowiedzą, kto zacz.

– Kurs zero-sześć-pięć. Dziesięć węzłów.

Kiedy silniki zwiększyły obroty, dało się odczuć drgania przechodzące przez kadłub „Sępa”. Okręt obrał nowy kierunek łagodnym łukiem, z działem skierowanym w przeciwnika jak grot włóczni. Dziesięć węzłów to ledwie połowa z tego, co potrafił osiągnąć na powierzchni. Jedyne ograniczenie, jakie komandor musiał brać pod uwagę, to konieczność oszczędzania paliwa. Co prawda w razie potrzeby mogli wpłynąć do któregoś z sojuszniczych portów – Helsinek, Tallina czy Rygi – i pewnie nie odmówiono by im pomocy, lecz zdecydowanie wolał tego nie robić. Każde przycumowanie do nabrzeża wystawiało ich na niebezpieczeństwa, którym potrafił stawić czoła. Sytuacja polityczna mogła prędko ulec zmianie. Do tego unieruchomiony stawał się łatwym celem dla bombowców. Nie. Zdecydowanie wolał pozostać, gdzie był, i oszczędnie gospodarować zapasami.

– Przyśpieszył – w głosie Karpińskiego dało się wyczuć napięcie.

Zostali zauważeni, a tramp podjął próbę ucieczki. Szanse miał duże. Jeżeli tylko był szybszy, a to prawdopodobne, mógł się wymknąć i skryć w zapadających ciemnościach.

– Piętnaście węzłów – rzucił Salamon. Nie chciał pozwolić, by mu uszli. Jeśli mają czyste sumienie, nic im nie grozi.

Napięcie udzieliło się wszystkim.

– Zająć stanowiska bojowe – zastępca wyręczył komandora w kolejnym rozkazie.

Z tyłu kiosku ze specjalnej rury wyjechały dwa sprzężone przeciwlotnicze działka kalibru 40 mm. Zawsze to lepsze od karabinów maszynowych i w każdej chwili pozwala dać do zrozumienia, że żarty już dawno się skończyły.

Sylwetka ściganego statku teraz była wyraźnie widoczna. Niewiele dłuższy od „Sępa”. Najwyżej o dwadzieścia metrów. Niskie burty z wyższą dziobnicą i nadbudówką. Mocno przecenili osiągi frachtowca. Płynął najwyżej z prędkością 12 węzłów, odchodząc stopniowo na północ. W końcu ich kursy się przetną, chyba że tamten zatoczy koło i popłynie kursem powrotnym.

– Cała naprzód.

Nie chciał bezsensownie spalać paliwa, ale przy zbyt wolnym podchodzeniu zużyją go o wiele więcej. Pruli teraz gładkie jak stół morze, doganiając uciekiniera.

Salamon w zasadzie nie odrywał wzroku od jednostki. Widział rufę i część lewej burty. Komin frachtowca wyrzucał w powietrze o wiele więcej dymu niż poprzednio. Widać wyciskali z maszyn wszystko.

– Nie ma bandery – zauważył Karpiński.

Faktycznie, nad poobijaną rufą nie powiewała żadna flaga. Nazwę też ciężko było dostrzec spod rdzawych zacieków. Zresztą patrzyli pod dużym kątem, więc i tak stanowiłoby to problem.

– Wejdziemy na pokład? – spytał zastępca.

– Zobaczymy – komandor czemuś nie chciał podejmować decyzji już teraz.

Kolejne minuty upływały w milczeniu. Ucieczka tego cholernika tylko utrudniała sprawę. Zamiast zastopować maszyny i poddać się kontroli, uciekał, niepotrzebnie wymuszając pościg. No chyba że ma coś do ukrycia, wtedy będzie uciekał do upadłego, ale to oznacza tylko jedno – konfrontację.

Byli już całkiem blisko. Można było dostrzec detale konstrukcji. Brakowało natomiast jednego – ludzi.

– Statek widmo – powiedział wachtowy.

– Zauważyłem – odparł Salamon, zły na siebie.

Brak bandery, brak załogi i zapadające ciemności. Wszystko sprzysięgło się przeciw nim.

– Nadać sygnał. Mają wyłączyć maszyny.

Nic. Sygnał świetlny został zignorowany.

– Nie odpowiadają.

– Powtórzyć.

Kolejna sekwencja dłuższych i krótszych znaków nie spotkała się z żadnym odzewem. W tej sytuacji pozostawało niewiele możliwości.

– Wystrzelcie z działa sto metrów przed dziobem i nadajcie komunikat, że jak nie staną, to ich zatopimy.

– Rozkaz.

– Zaraz… – jakaś postać wybiegła ze środka podejrzanego frachtowca i skierowała się w stronę sterówki. Dosłownie sekundy później parę kolejnych osób rozbiegło się po całym pokładzie.

Pozostawało mieć nadzieję, że ich nieźle wystraszył, chociaż… Nie ogarniał wszystkiego, ale nie wyglądało to na chęć opuszczenia statku. Kiedy w końcu znikł jeden z pokrowców przysłaniających dwa sprzężone Maximy i pierwsza seria pocisków poszła w ich stronę, stracił wszelką nadzieję.

Komandor odruchowo przykucnął i skrył się za szybą stanowiącą górną krawędź kiosku. Przeszło obok. Chciał wyprostować plecy i spojrzał do tyłu. Jeden z wachtowych, skulony, szeroko otwartymi ustami gwałtownie chwytał powietrze. Salamon nie usłyszał nawet odgłosu padającego ciała. Po upiornej chwili ciszy wydał rozkaz.

– Ognia!

Marynarz przy działku tylko czekał na komendę. Za pierwszym razem ze zdenerwowania przestrzelił. Obniżył celownik wprost w stanowisko cekaemów. Tym razem wszystko odbyło się zgodnie z założeniami. Maximy i ich obsługa zostali zdmuchnięci. Ogień z ich strony urwał się tak samo niespodziewanie, jak się zaczął.

– Wal w sterówkę.

Marynarzowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Salamon nawet bez lornetki widział, jak z drewnianej nadbudówki pryskały drzazgi. Wszyscy w środku musieli zginąć. Pociski z działek bez problemu rozprułyby pancerz czołgu, a tamtych chroniły tylko deski i farba.

– Komandorze… – Karpiński, który znikł przed chwilą, stał obok, chowając głowę w ramionach. – Ten sukinsyn nadaje wezwanie o pomoc. Radio dopiero teraz złapało ich pasmo. Zaraz możemy spodziewać się towarzystwa.

Przeoczenie tak oczywistego zagrożenia nie świadczyło o nim najlepiej. Pozostawały najwyżej minuty do pojawienia się sowieckich samolotów, a wtedy to oni będą tak bezbronni jak ten wywiadowczy stateczek.

– Do zanurzenia.

Działo jeszcze parę sekund prowadziło ostrzał, zanim umilkło na dobre.

– A co z nim? – kapitan Karpiński wskazał na wciąż wolno płynącego trampa. – Na taki wrak szkoda torped.

– Ma pan rację – Salamon klepnął w ramię zastępcę i skierował się ku zejściu do wnętrza okrętu.

Pierwszy granat „Sępa” trafił tuż nad linią wodną, wybijając sporych rozmiarów dziurę w poszyciu. Drugi już na stałe uciszył wzywającą pomocy radiostację, uśmiercając operatora i kilku marynarzy w pobliżu. Trzeci eksplodował w maszynowni, którą zaczęły zalewać tony wody. Następny był czystą formalnością.

Po niecałych dziesięciu minutach stateczek przechylił się na burtę i zsunął w głąb morza. Z całej 35-osobowej załogi przeżyło dziewięciu marynarzy, którzy w porę opuścili tonącą łajbę na ostatniej sprawnej szalupie.

„Sęp” zszedł pod wodę na pięć minut przed tym, jak para Iliuszynów DB-3 Floty Bałtyckiej przeleciała nad miejscem zdarzenia. Obserwatorzy dostrzegli jedynie łodzie z rozbitkami i trochę pływających szczątków. Informacja o utracie „Komunarda” nie wpłynęła dobrze na samopoczucie dowództwa floty. W końcu to ta jednostka została wysłana z zadaniem monitorowania szlaków żeglugowych przy wyjściu z zatoki oraz sprawdzenia, jak wygląda sytuacja na Wyspach Alandzkich. Głupi przypadek sprawił, że spoczęła na dnie, nie wypełniwszy tego zadania.

CZĘŚĆ 1

Operacja Pętla

Rozdział 1

WARSZAWA

Nikt nie potrafił dać jednoznacznej odpowiedzi, jak długo to potrwa. To znaczy – kiedy oba skrzydła sowieckiej ofensywy zacisną się na podobieństwo kleszczy, definitywnie zgniatając wycofujące się krok po kroku oddziały Armii „Wilno” i Armii „Podole”.

Za każdym razem podczas odpraw u naczelnego wodza rozpatrywano najróżniejsze warianty postępowania – od dalszego odwrotu na zachód po przystąpienie do kontrofensywy. Pomiędzy tymi skrajnościami rozpościerał się cały wachlarz najróżniejszych pomysłów, z których prosta idea jak najdłuższego wytrwania na dotychczasowych pozycjach miała najwięcej zwolenników.

Główna linia obrony wciąż nie została sforsowana. Co prawda na północy Sowieci dochodzili do Obozu Warownego „Wilno”, a na południu widziano ich pod Stryjem, jednak to jeszcze nie był powód, by wpadać w panikę. Najważniejsze, że w pasie działania Armii „Baranowicze” i „Wołyń” sytuacja wyglądała na ustabilizowaną. Przynajmniej na razie.

Niepokój Pełczyńskiego budziło natomiast parę innych spraw – informacje o stopniowym przesuwaniu drugiego rzutu strategicznego napływały ze wszystkich stron i nie ograniczały się wyłącznie do terenów Ukrainy. Tyle samo eszelonów Sowieci skierowali na Smoleńsk i Mińsk, a to oznaczało, że zwiększy się nacisk na skrzydła. Z tego, co wiedział, równie potężne siły rzucono na północ, aby pokonać Finów i odblokować wyjście z Zatoki Fińskiej na szerokie wody Bałtyku.

Wypuszczenie Floty Bałtyckiej to gwarancja odcięcia sojuszników od najszybszej formy pomocy oraz, no właśnie… Brytyjczycy i Francuzi gwarantowali pomoc Polsce tylko pod jednym warunkiem – zabezpieczenia swobodnej żeglugi do Gdyni. Kiedy na horyzoncie pojawią się okręty z czerwoną gwiazdą, transporty z bronią ustaną błyskawicznie. Ani Londyn, ani Paryż nie będą chciały ryzykować utraty cennych statków i porzucą Warszawę już bez żadnych skrupułów. Po drugie, dwuznaczna była postawa Berlina. Niby Niemcy pozostawali na uboczu i deklarowali neutralność wobec tego konfliktu, lecz Pełczyński był pewien, że tylko czekają na okazję. Czy zaatakują w porozumieniu z Sowietami, czy wbrew nim, zależało wyłącznie od rozwoju sytuacji, nie od pryncypiów. Dla generała jedni i drudzy nie odróżniali się od siebie niczym istotnym, co najwyżej paroma drugorzędnymi szczegółami. Jedni głosili walkę klasową, drudzy wojnę rasową i głównie to ich różniło. Kiedy czytał te sterty opracowań, nie potrafił wyjść ze zdumienia, jak można wszystko skomplikować i jak wiele bzdur da się o tym napisać. Intelektualiści, psia ich mać, salonowi wyjadacze. Jak przyjdzie co do czego, to nie uświadczysz takiego w okopie z karabinem czy w ułańskim siodle.

Wysiłkiem woli stłumił przemożną chęć ziewnięcia. Zawsze tak reagował, ilekroć odprawa przeciągała się ponad godzinę. Za to szef Sztabu Głównego generał Wacław Stachiewicz był w swoim żywiole.

– Jestem umiarkowanym optymistą – usłyszał Pełczyński podsumowujące zdanie Stachiewicza. – Jeżeli, podkreślam: jeżeli nie zajdzie nic takiego, co zasadniczo odwróci bieg spraw, to jestem dobrej myśli – podkreślił wcześniejszą opinię.

– A z czego wysuwa pan podobny wniosek? – zapytał naczelny wódz. – Z tego, co wiem, poszczególni dowódcy armii raportują o dramatycznej sytuacji. Już wcześniej sam pan powiedział, że każda nasza wielka jednostka musi sprostać dwóm lub trzem podobnym sowieckim. Generał Pełczyński mówił o znacznie większym nasyceniu bronią maszynową i artylerią dywizji strzeleckich w porównaniu do naszych, a o oddziałach motorowych w ogóle nie ma co wspominać. Zdaje się, że górują nad nami w każdym rodzaju broni oraz liczebnością. Czyż nie tak? – Śmigły popatrzył na szefa IIOddziału.

– Powiem więcej. Nasze kalkulacje okazały się… hm… mocno niedoszacowane. Wiedzieliśmy w ogólnym zarysie, jakie siły są w stanie wystawić. Tymczasem już na chwilę obecną doliczyliśmy się prawie trzysta pięćdziesiąt sformowanych dywizji strzeleckich. W bezpośredniej walce z nami i Finami zaangażowali sto dwadzieścia, sto trzydzieści dywizji, z rezerwą 25–30%. Czyli zaledwie połowę tego, co do tej pory zmobilizowano.

– A jakie ponieśliśmy straty?

– Rozbiliśmy lub zdziesiątkowaliśmy około dwudziestu dywizji lub brygad. Sami straciliśmy o połowę mniej, ale przy takiej dysproporcji sił nie wiem, jak długo jesteśmy w stanie prowadzić działania – powiedział pułkownik Józef Jaklicz, zastępca szefa sztabu.

– Strategia, jaką opracowaliśmy – odparł Stachiewicz – wynika z innych przesłanek. W ostatnim tygodniu widzieliśmy wyraźnie, do czego dążą Sowieci: do jak najszybszego opanowania terenu. Rzucają na przeciwnika masę wojsk, żeby go zmiażdżyć. Panowie, przecież wiecie nie od dziś, że wojny nie da się wygrać w tydzień bądź dwa. Zobaczymy, co będzie się działo za trzy miesiące, jesienią. Przed wojną nasze zasoby określaliśmy jako wystarczające na pół roku prowadzenia działań bojowych. Wiem, że obecnie zużywamy je o wiele szybciej, ale i tak co najmniej do początku października nie musimy się zanadto ograniczać. Przez te cztery miesiące może się wiele wydarzyć.

– Oby miał pan rację – Śmigły przesunął dłonią po łysej, jajowatej głowie. – W takim razie, co z punktu widzenia sztabu jest rzeczą najważniejszą?

– Utrzymanie statyczno-manewrowego charakteru walk. Bronimy się do upadłego i kontratakujemy przy każdej nadarzającej się sposobności z wykorzystaniem związków szybkich.

– Jeżeli mogę… – Pełczyńskiemu nie dawała spokoju myśl o zupełnie odsłoniętej północnej flance. Państwa nadbałtyckie nie zostały jeszcze wciągnięte w wir prowadzonych działań, co dla niego stanowiło zupełne kuriozum – jaki problem przy pomocy niewielkich przecież sił zająć te trzy niewielkie kraje? Wtedy Polacy musieliby się wycofać z otoczonego z trzech stron występu litewskiego. Zagrożone stawały się Suwałki, Augustów i Grodno. Linia frontu przebiegałaby wzdłuż Szczary i Niemna. Przepadało Wilno i wszystko, co na północ od Nowogródka. Zgroza ogarniała go na myśl, jak blisko jest z Grodna do Białegostoku.

– Słuchamy, generale.

– Nie zastanowiło panów, dlaczego Sowieci są tak mało aktywni na północy?

– Wiążą ich Finowie.

– To tylko część wytłumaczenia.

– Sugestie? – poprosił Śmigły.

– No właśnie żadnych. Bardzo nad tym boleję.

– Jeżeli to będzie możliwe, proszę się temu przyjrzeć bliżej.

Przyjrzeć bliżej. Ba, tylko jak? Może i był szefem wywiadu, ale nie cudotwórcą. Referat „Wschód” miał w Leningradzie swoich ludzi, lecz kontakt – i tak bardzo trudny w warunkach wojennych – teraz zanikł zupełnie.

Drugie co do wielkości miasto Rosji aż kusiło bliskością, ale równie dobrze mogło znajdować się na księżycu. Niby na wyciągnięcie ręki, a kompletnie nieosiągalne. Przynajmniej metodami, jakie preferował do tej pory.

Śmigły nie trzymał ich dłużej. Sam wyglądał na zmęczonego. Oficerowie rozeszli się do własnych zajęć. Mieli ich tyle, że nie wiedzieli, w co ręce włożyć. Na dobrą sprawę nie opuszczali pomieszczeń Pałacu Saskiego. Tylko czasami, jadąc do domu, widział, jak Warszawa przygotowuje się do obrony, ale też, że ruch na ulicach chyba się nie zmienił, otwarta była większość lokali i kin. Do stolicy dopiero zaczynała docierać rzesza uchodźców ze wschodu, co powoli przekładało się na jakość życia, w dodatku ceny w sklepach osiągnęły już niebotyczne wysokości. Rząd oczywiście zapowiedział walkę ze spekulanctwem i wszelkiego rodzaju nadużyciami, policja wypisywała mandaty. To wszystko każdy mógł zauważyć. On zaś dodatkowo zdawał sobie sprawę z drugiego krwiobiegu, tętniącego pod powierzchnią normalnego życia. Sam wiedział o kilku siatkach szpiegowskich, jakie w ostatnich tygodniach uaktywniły się w stolicy. Zresztą nie tylko tutaj, bo również i w innych miastach. Pewnie o co najmniej takiej samej liczbie nie wiedział. Do tego dochodzili różnego rodzaju niezadowoleni – nacjonalistycznie nastawieni Ukraińcy, reszta niewyłapanych wcześniej członków Komunistycznej Partii Polski i Kominternu, no i jeszcze jedno… W samej Warszawie mieszkało przeszło trzysta tysięcy Żydów, w przeważającej części lojalnych obywateli, ale ile spośród nich, gnębionych nieustannymi szykanami ONR-u, pójdzie za głosem głoszącym wolność klasową i internacjonalizm? No właśnie, ilu? Kilkuset czy kilka tysięcy zdecyduje się na ruchawkę zainicjowaną przez komunistów? W tej sytuacji wieloetniczne państwo to szczęście i przekleństwo w jednym.

Sporą część czerwonych agitatorów udało się pochwycić. Przejęto tysiące ulotek i setki plakatów wzywających do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Policja i kontrwywiad dwoiły się i troiły, rozbijając kolejne grupy i grupki, ale nie łudził się – przez te sieci przechodziły nawet grube ryby, a co dopiero płotki.

Nie poszedł do siebie. W dyżurce zażądał samochodu i wyszedł przed gmach. Zapalił papierosa. Wysoko na niebie przemknęła para Hurricane’ów i pognała na wschód. Nie ogłoszono alarmu, co jeszcze wcale nie znaczyło, że kilka maszyn bombowych nie przerwało blokady i nie zrzuci ładunków gdzieś na przedmieściach. Na razie panował spokój.

Wsiadł do podstawionego citroëna. Szofer, młody podporucznik w cywilnym ubraniu, ruszył z piskiem opon. Jechali w stronę Piaseczna, gdzie przebywał jeden z więźniów Brześcia. W znośnych warunkach, bo czy był to jeszcze więzień, czy już współpracownik – tego Pełczyński wciąż nie był pewien. Wszystko zależało od uzgodnienia wspólnego zdania. Wiedział, że zarówno on, jak i Rosjanin będą musieli pójść na ustępstwa w wielu kwestiach. Jeżeli zaangażuje się wystarczająco mocno, to w dalszej perspektywie cały układ może ulec zmianie.

Przytrzymał się przedniego fotela, kiedy samochód brał gwałtowny wiraż. Już chciał skarcić kierowcę, ale w końcu machnął ręką. Jeśli jest wolny przejazd, trzeba korzystać. Na miejsce dotarli szybciej, niż się spodziewał. Z szosy skręcili w iglasty las, gdzie w cieniu drzew rozrzucone były poszczególne posesje. Ta, do której zdążali, znajdowała się dobre sto pięćdziesiąt metrów od drogi, ukryta za solidnym murem.

Citroën skręcił i zatrąbił. Bramę otwarto z cichym zgrzytem zawiasów. Dwukondygnacyjny budynek stał w głębi. Zamiast wybrukowanego podjazdu wiódł ku niemu szutrowy trakt.

Wkoło nie widać było ludzi, co Pełczyńskiego ucieszyło. W tłumie zawsze ktoś mógł zwrócić na niego uwagę, a w jego fachu to niepotrzebne. Wysiadł. Dopiero wtedy z wnętrza wyszedł dowodzący placówką oficer.

– Czołem.

– Dzień dobry, panie generale. Proszę – wskazał drzwi do środka.

Pełczyński ruszył długimi krokami. Po schodach wszedł na piętro i skierował się w prawo. Minął krótki korytarz i przystanął dopiero w sporych rozmiarów salonie. Siedzący w fotelu tyłem do niego mężczyzna drgnął i powoli wstał. Przez głowę szefa II Oddziału przeszła myśl, że bardziej pasował do grupy zawodowych zapaśników niż pracowników Głównego Zarządu Wywiadowczego Armii Czerwonej.

Siemion Jefremowicz Tychenko faktycznie znacznie odbiegał wyglądem od obiegowego wizerunku agenta. Był potężny. Do tego łysa, owalna głowa i gładko wygolona twarz z malującym się na niej nieuchwytnym rysem okrucieństwa już na wstępie mówiły o osobowości przywykłej do przemocy. Nawet teraz, ubrany w przykrótką białą koszulę i szare flanelowe spodnie na szelkach, wyglądał na człowieka, który w żadnych okolicznościach nie rozmawia z byle kim. Tyle tylko, że Pełczyńskiego trudno było nazwać byle kim.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. W końcu Tychenko rozciągnął usta w uśmiechu i przyjacielsko skinął głową.

– Prawdę mówiąc, nie jesteście mi tak obcy, jak się wam może wydawać – w przeciwieństwie do sylwetki głos miał miły i melodyjny.

– Doprawdy?

– Widziałem was na zdjęciach w czasie odpraw dla wyższych oficerów.

– Czym sobie zasłużyłem na taki zaszczyt?

– Przecież sami wiecie najlepiej – dopiero teraz Rosjanin przysunął się bliżej generała, ale jak do tej pory żaden nie zdecydował się wyciągnąć dłoni na powitanie.

– Usiądźmy – zaproponował Pełczyński.

Spojrzeli na siebie jak dwaj starzy znajomi.

– Doskonale wiecie, w jakim celu się tutaj pofatygowałem…

Tychenko milczał.

– W szkicu, jaki sporządziliście w Brześciu, twierdzicie, że niezadowolenie w szeregach RKKA osiągnęło niespotykane wcześniej rozmiary – sondował Pełczyński.

Tychenko ponownie kiwnął głową, jakby ze wstydem.

– Z tego wysuwacie następny wniosek o słabych fundamentach władzy naczelnej zbudowanej na przymusie, a nie na poczuciu obowiązku – ubrał to w słowa najlepiej, jak potrafił. Nie chciał zrażać pułkownika ostrymi osądami, chociaż same cisnęły mu się na usta.

– Komunizm… – zaczął Rosjanin, międląc przez chwilę słowa – to oszustwo.

– Dobrze powiedziane, tylko jak dotąd nic z tego nie wynika.

– Wiecie, czym się zajmowałem?

Pełczyński przytaknął.

– Jestem w stanie zrobić to samo na Ukrainie czy gdziekolwiek chcecie.

– Jakoś u nas niczym szczególnym się nie wykazaliście – powiedział, patrząc Tychence prosto w oczy.

Ten wytrzymał spojrzenie, tylko jego policzki pokrył delikatny rumieniec.

– Wypadek przy pracy – stwierdził wreszcie.

– Ach tak. A teraz chcecie, byśmy wam zawierzyli i odesłali z powrotem jedynie z mglistymi propozycjami walki partyzanckiej na zapleczu. Sami przyznajcie, że nie wygląda to najlepiej. Wy, wzorowy bolszewik, członek partii, i to nie pierwszy lepszy łach. Chlubna i zaszczytna służba, a na koniec co? – zadał retoryczne pytanie.

– Zawsze najpierw byłem Rosjaninem, dopiero później komunistą.

– Słyszałem to już tyle razy w najróżniejszych wersjach.

– Nie wierzycie mi?

– A wy byście uwierzyli?

Pięść Tychenki z głuchym łomotem wylądowała na blacie stołu, a on sam odpowiedział radosnym śmiechem.

– Zostaliście ujęci podczas nielegalnego przekroczenia granicy jako przywódca grupy zbrojnej mającej na celu… no, mniejsza z tym. Za takie postępowanie jest tylko jedna kara. Sami wiecie, jaka.

– Jakoś nie spieszyliście się z wykonaniem wyroku.

– Nasze państwo nie mści się na biernych wykonawcach czyichś poleceń. Wolelibyśmy uderzyć gdzieś wyżej.

– To jednak mamy wspólne cele – Tychenko założył kciuki za szelki i przekrzywił głowę. – Doskonale nadaję się na narzędzie zemsty.

– W to nie wątpię – wpadł mu w słowo Pełczyński.

– Pozwólcie mi działać. Efekty przerosną najśmielsze marzenia.

– Albo rozwalą was już pierwszego dnia.

– Ryzyko zawodowe.

Generał ściągnął usta w wąską kreskę. Poszło łatwiej, niż się spodziewał. W tej sytuacji ryzykował niewiele. Takich lub podobnych do Tychenki pojmali już kilku. Jeden pułkownik więcej lub mniej nie stanowi różnicy. Nawet jeśli zaraz po przekroczeniu frontu zgłosi się do NKWD czy swoich, najprawdopodobniej zapłaci głową. W najlepszym razie zostanie kolejny raz „nawrócony” i Sowieci spróbują podjąć grę wywiadowczą, ale na zbyt daleko idący udział polskiego wywiadu w tym przedsięwzięciu Pełczyński nie chciał pozwolić. Tychenko i jego ludzie zostaną wyposażeni jedynie w minimalnym stopniu. Na resztę będą musieli zapracować sami. W razie powodzenia zyski zrekompensują jakiekolwiek ewentualne straty.

– Czego będziecie potrzebowali? – zapytał z pozornie znudzoną miną.

– Paru dni i większej swobody.

– Może i dobijemy targu.

Rozmawiali jeszcze godzinę, uzgadniając szczegóły. Plan, który wyłuszczył mu Tychenko, brzmiał bardzo podobnie do tego, który przeczytał w raporcie, ale co innego przeczytać, a co innego usłyszeć.

Na pożegnanie w końcu uścisnęli sobie dłonie.

– Wydam odpowiednie dyspozycje – Pełczyński przebiegł w myślach listę oficerów, którzy nadawali się do tegp zadania, starając się szybko znaleźć najbardziej odpowiedniego. W końcu postanowił zrzucić to na swojego adiutanta. W razie czego będzie miał do niego szybki dostęp. – Nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy, więc zawczasu życzę powodzenia.

–Spasiba.

Pełczyński wyszedł z salonu i zszedł na dół, gdzie obsada placówki w osobach pięciu wywiadowców poderwała się na jego widok.

– Spocznij.

Skinął na szefa, kierując się jednocześnie w stronę wyjścia.

– Miejcie na niego oko, kapitanie.

– Oczywiście, panie generale.

– Jeżeli cokolwiek wzbudzi waszą podejrzliwość, proszę meldować – podkreślił na odchodnym. – Niedługo dostaniecie kilku ludzi do pomocy. Macie gdzie ich zakwaterować?

– Poradzimy sobie.

– To dobrze.

Pełczyński wsiadł do samochodu, zerkając na zegarek. Zdecydowanie zmitrężył zbyt dużo czasu. Już powinien być w Warszawie. Zaraz zaczną go szukać, zaniepokojeni przedłużającą się nieobecnością. Niestety, pewnych rzeczy nie dawało się przeskoczyć.

Powrócił w myślach do rozmowy z Tychenką. Czyżby to wszystko sprowadzało się do tak prostej sprawy jak kolektywizacja? Wystarczy rzucić hasło powszechnego uwłaszczenia i już? Chłopi pójdą za każdym, kto odda ziemię zrabowaną przez kołchozy, a robotnicy przejmą fabryki? Żywił co do tego wątpliwości, ale nie zaszkodzi spróbować, zwłaszcza że całą robotę odwalą sami Rosjanie.

Na koniec została ostatnia niewiadoma w tej układance – co porabia Flota Bałtycka i jak się do niej dobrać w razie konieczności. Nad Bałtyk i z powrotem to kawał drogi, a on chciał wszystko wiedzieć natychmiast. Jedyny sposób to samolot. Szybki zwiad. Teraz wylot, a za parę godzin raport i zdjęcia na biurku. Będzie musiał pomówić z Kalkusem. Sukces pod Kijowem nie przeszedł bez echa, chociaż zrobiono wiele, by go nie nagłaśniać. Mosquito okazały się idealną bronią odwetową – szybkie i o ogromnym zasięgu – dlatego dowództwo lotnictwa nie będzie chyba miało obiekcji przed wypożyczeniem jednej lub dwóch maszyn na planowaną akcję. Idealne rozwiązanie to takie, w którym nie musiałby nikogo prosić i sam dysponował odpowiednimi środkami.

Jak okoliczności pozwolą, pomyśli i o tym.

Rozdział 2

MOSKWA

Josif Wissarionowicz nabił fajkę starannymi, oszczędnymi ruchami i w końcu pstryknął zapałką, którą niespiesznie przytknął do cybucha. Wciągnął dym do płuc i wypuścił otwartymi ustami. Kiwnął dłonią raz i drugi, chcąc zgasić zapałkę. Cholerstwo jak na złość paliło się dalej. Ponowił próbę. Wreszcie wciąż płonące drewienko wylądowało w popielniczce.

Kto zrobił to dziadostwo i kogo trzeba będzie ukarać – ministra przemysłu czy wystarczy tego kmiotka zajmującego się lasami? A może bezpośredniego winowajcę: dyrektora zakładów zapałczanych? Ich przyszłość zawisła na cieniutkim włosku. Na szczęście nikt z zasiadających przy stole narkomów nie zdobył się nawet na cień uśmiechu. Wszyscy mieli miny jak na pogrzebie. Tym szczególnym, bo własnym.

– No, Siemionie, co macie do powiedzenia?

Ludowy komisarz obrony Siemion Konstantynowicz Timoszenko nieznacznie uniósł głowę do góry.

– Dysponujemy jakimś planem, który przełamie impas i pchnie nasze dywizje do przodu? – ciągnął niezrażony. Nie lubił tchórzy, więc lepiej jak Timoszenko nie da pretekstu do zdjęcia go ze stanowiska i wysłania na pierwszą linię w celu odpokutowania przewin. Narkoma ratowało jedno – w poprzedniej wojnie był dowódcą dywizji w Armii Konnej, co zostawiało mu pewne pole manewru. Niewielkie, ale jednak.

Ludowy komisarz wyglądał na spokojnego, ba – wręcz rozluźnionego.

– Myślałem nad tym od dawna, towarzyszu Stalin – zaczął z delikatnym patosem. – Nie widzę potrzeby przebijania się przez linie umocnień Polaków, skoro dysponujemy wystarczającymi silami nie tylko do obejścia obrony, ale również do ataku na głębokim zapleczu. Pytaniem pozostaje skala operacji, jaką chcemy zrealizować.

Stalin wypuścił dym przez nos dwoma strumieniami, przez co wyglądał jak rozwścieczony byk. Prawą rękę z fajką oparł o podłokietnik i wbił nieruchome spojrzenie w Timoszenkę.

– Czym teraz nas zaskoczycie?

Wszyscy jeszcze mieli świeżo w pamięci fiasko operacji powietrznodesantowej. Stracili cały korpus. Pal go licho, było takich kilka, ale przy okazji długo przygotowywana ofensywa poniosła sromotną klęskę. Wytracono najlepsze jednostki i wiele sprzętu. Efekt okazał się katastrofalny. Zamiast atakować Lwów, RKKA została odepchnięta na wschód. Jeżeli teraz Timoszenko wyjedzie z czymś podobnym, skończy jak ten od zapałek.

– Słuchamy uważnie.

– Konsultowałem sprawę z admirałem Władimirem Tribucem. Otóż twierdzi on, że przy obecnym układzie sił jesteśmy w stanie wyprowadzić flotę z Zatoki Fińskiej i wraz z silnym konwojem doprowadzić ją… hmm – w tym momencie narkom zakrztusił się śliną.

– Chcecie wylądować na polskim wybrzeżu – Stalin był pod wrażeniem. – Odważne.

– Myśleliśmy raczej o Windawie lub Lipawie. Atakując od tyłu, zmusimy Polaków do cofnięcia się i skrócenia frontu. Już samo ryzyko takiego uderzenia skłoni Warszawę do większej ostrożności. W końcu i tak Litwa czy Łotwa nie przetrzymają długo bez ich pomocy. Estonię zgnieciemy w jeden, góra dwa dni.

Prawdę mówiąc, plan nie był nowy. Jaki pożytek z floty, która rdzewiała przy nabrzeżu. Należało znaleźć dla jakieś uzasadnienie dla jej istnienia. Timoszenko wiedział, że uderzył w czuły punkt Stalina. Nakłady i środki, jakie przeznaczano na marynarkę wojenną, przedstawiały się jak zwykle imponująco. No, przecież tysiące pojazdów pancernych i samolotów to tylko część tego, co chciano wystawić. W siłach morskich i oceanicznych widziano miejsce dla dwóch lotniskowców (a co!), szesnastu pancerników z artylerią główną 406 mm typu Sawietskij Sajuz oraz kolejnych szesnastu krążowników liniowych, dwudziestu ośmiu krążowników, dwudziestu dużych niszczycieli, zwanych liderami i stu czterdziestu zwykłych niszczycieli. Wspomóc je miało przeszło czterysta okrętów podwodnych. To wszystko chciano wodować jeszcze przed 1946 rokiem. Wcześniej po prostu nie było takiej konieczności, ale kiedy chce się zanieść płomień rewolucji w najdalsze zakątki globu, to najlepiej tam wygodnie dopłynąć, a dopiero później stoczyć bitwę, jeżeli to w ogóle będzie konieczne.

Nawet to, czym dysponowali już obecnie, nie wyglądało źle. Przy odpowiednim kierownictwie zrobią swoje. Od polskiego wybrzeża dzieliła ich odległość około pięciuset mil. Do Kłajpedy czy Rygi było znacznie bliżej. Żadne z państw nadbałtyckich, a nawet Finlandia, nie dysponowało dużym potencjałem morskim. Ich siły przedstawiały się symbolicznie, a tych parę polskich okręcików potopią pułki lotnicze Floty Bałtyckiej. Marynarze też w końcu muszą przejść chrzest bojowy. Nie mogą ciągle siedzieć zamknięci pod pokładami, bo wszystko skończy się podobnie jak podczas ostatniej wojny w marynarce Niemiec. Zresztą, co tam buntujący się Niemcy. Przykład Kronsztadu z 1921 roku działał na wyobraźnię do dziś. Co tu dużo mówić, plan wyglądał na śmiały i zarazem prosty. Nie szkodzi spróbować.

– Kiedy chcecie zacząć?

– Potrzebujemy jeszcze tylko paru dni na uzgodnienie ostatnich szczegółów – odparł Timoszenko pewnym siebie głosem.

Stalin wycelował w niego ustnik fajki.

– Lepiej, jak tym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Rozdział 3

FLOTYLLA PIŃSKA

Nie lubił takich zadań, ale jak rozkaz to rozkaz. Właściwie wszystko poszłoby o wiele sprawniej, gdyby zajęła się tym eskadra wywiadowcza, przecież w tym właśnie celu ją zorganizowano. Niestety, jak często bywa, wodnosamoloty przebazowano gdzie indziej i teraz wykonują zadania na rzecz zupełnie innego zgrupowania. Przecież w pasie obrony Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” nic się nie działo. Tkwili tu – jako wysunięty na wschód występ obrony – nieatakowani i pozostawieni sami sobie. Nie było to aż takie dziwne, bo drogi wiodące w głąb Polski w tym rejonie ograniczały się wyłącznie do dwóch szlaków – kolejowego z węzłem w miejscowości Łuniec, gdzie przecinały się tory wiodące z zachodu na wschód i z północy na południe – oraz drogi wodnej, jaką właśnie była rzeka Pina.

Rozkaz dostarczenia pakietów otrzymał w Pińsku w dowództwie flotylli, przeszło sto kilometrów od granicy, a właściwie przygranicznego jeziora Zobot, gdzie zajął stanowiska I Dywizjon Monitorów. Parę kilometrów za nim, w bazie wysuniętej Nyrcza, u ujścia rzek Łań i Horyń do Prypeci stacjonował II Dywizjon. III Dywizjon bronił Mostów Wolańskich.

Oprócz flotylli rzecznej w linii stała 30 Dywizja Piechoty i rezerwowa 32 Dywizja Piechoty. Więcej nie dawało się wyskrobać na ten zapomniany przez Boga rejon kraju.

Podchorąży Mieczysław Arenfeld, świeżo zmobilizowany absolwent Zakładu Geografii Uniwersytetu Warszawskiego, zszedł po stromej skarpie w stronę przystani. Buty uwalał błotem, przy okazji ochlapując sobie nogawki spodni. Głowa wciśnięta w hełm piechoty i plecy objuczone wyposażeniem, do tego karabinek Mausera dawały przedsmak tego, co go czeka. Co chwila odruchowo sprawdzał, czy raportówka przypięta z boku jest na swoim miejscu. Całą resztę pal diabli, ale pakiety schował właśnie tam. A może lepiej przełożyć pakunek do kieszeni kurtki? Przynajmniej nie wyląduje w odmętach Piny. Chyba że on sam wpadnie do wody, co wcale nie wyglądało na niewykonalne.

Arenfeld poślizgnął się, ale w porę złapał równowagę. Nie będzie łatwo. Poszukał wzrokiem okrętu, który mu przydzielono. Bez rezultatów. Po chwili się zreflektował. To musi być łódka, przed którą właśnie stał. Ciekawe, czy jego pancernik ma silnik, czy przyjdzie mu wiosłować?

Kuter KS, długa na 12 metrów łódź z cekaemem i pancerzem bocznym, wyglądała na przerośniętą motorówkę, którą w zasadzie była.

Poszedł na geografię, by podróżować i odkrywać dalekie lądy. Zamiast egzotycznych wypraw szykował się do wyjazdu w najbardziej dziką część własnej ojczyzny. Kiedy w końcu stanął na deskach pomostu, pierwszy odcinek ekspedycji mógł uznać za zaliczony. Pewnym krokiem podszedł do kutra.

Podoficer i trzech marynarzy stanowiących obsadę jednostki spojrzało na młodego podchorążego.

– Bosmanie?

– Tak jest.

– Rozkazem dowódcy flotylli mam przejąć…

– Tak jest – podoficer nie pozwolił skończyć Arenfeldowi. – Zapraszamy do nas.

Wszyscy wyglądali na starszych od niego, a już na pewno sierżant. Przynajmniej dziesięć lat różnicy, chyba że praca na wodzie tak postarza. Ostrożnie stawiając kroki, zszedł na pokład.

– Bosman Morgała. Zaraz ruszamy. Otrzymałem stosowne rozkazy.

Może nie będzie tak źle, jak myślał. Odłożył karabinek, plecak i hełm we wskazanym miejscu. Na głowę wsunął furażerkę. Zdecydowanie lepiej.

Jeden z marynarzy zapuścił silnik, drugi odcumował krypę. Morgała stał przy sterze, wydając polecenia. On sam nie bardzo wiedział, gdzie ma się podziać. Poszedł w końcu na sam tył i przysiadł na ławeczce. Trzeci z załogi, zręcznie manewrując bosakiem, odepchnął ich od pomostu. W końcu ruszyli, a zabudowania Pińska z błotnistymi uliczkami zaczęły stopniowo znikać z horyzontu.

Rozpiął górny guzik munduru. Na razie było całkiem przyjemnie. Około południa zrobi się za to gorąco, żeby nie powiedzieć – parno. Zupełnie nieregulaminowo za pierwszym guzikiem poszły następne. Kto go tutaj zobaczy? Już teraz marynarze paradowali w samych koszulach, tylko bosman stał przy sterze w pełnym rynsztunku jak pomnik marynarza.

Jak obliczył, późnym popołudniem osiągną rejon Mostów Wolańskich. Tam zda pierwszy z pakietów. Jeden problem mniej. Z resztą nie pójdzie tak szybko. Sprawę zakończy najprędzej jutro rano. Później doba na powrót lub nowe wytyczne. Całe zadanie coraz bardziej kojarzyło mu się z wyprawą Amazonką. Zamiast Indian tutejsi Poleszucy, zresztą wcale tak bardzo nieodbiegający od tamtych stylem i sposobem życia. Widział ich nawet teraz, jak przepływają w długich łodziach, a zamiast wioseł używają długich drągów do odpychania się od dna.

Wolna przestrzeń po jednej i drugiej stronie szybko ustąpiła leśnej gęstwinie. Brzeg całkiem stracił zarys, przechodząc w grząskie bagnisko. Pierwotna puszcza rozciągała się z obu stron rzeki. Otaczający Arenfelda ludzie i krypa, na której płynął, stanowili ostatnie ogniwo łączące go z cywilizacją. A przecież wiedział, że dalej będzie gorzej. Nadbrzeżne wioseczki znikną, podobnie jak inne świadectwa ludzkiej bytności. To nie to samo, co wskoczyć do tramwaju i pojechać z placu Unii Lubelskiej na Marymont. Nawet nie miał z kim pogadać. Morgała sterował i nie wypadało mu przeszkadzać. Marynarze zajęli się własnymi sprawami. Wszyscy mieli zajęcie oprócz niego. Zdaje się, że to będą bardzo długie dni.

Rozdział 4

LUBLIN

– Dostał… O, właśnie w tym miejscu. Poszły przekładnie… – mechanik wskazał uszkodzenie. – Wytoczenie nowych potrwa, bo oczywiście części nie ma.

– Te od Fairey Battle nie będą pasowały?

– No, coś pan – oburzenie mechanika nie miało granic.

– Chciałem pomóc.

– To idź pan, panie Marku, do kantyny i nie przeszkadzaj.

Podporucznik Marek Bagiński poklepał krawędź skrzydła czułym gestem. Oberwali i nic na to nie poradzi. Jeszcze w powietrzu czuł, że silnik szwankuje. Nie dawał pełnej mocy, najwyżej połowę, co go bardzo irytowało. Jeżeli teraz ten DH.98 trafi do naprawy, to w eskadrze zostaną raptem dwie maszyny, bo właśnie wczoraj stracili tę prowadzoną przez porucznika Fereta. Marek nawet nie wiedział dokładnie, co się stało. Po prostu Mosquito skrzydłowego dowódcy eskadry nagle znikł z pola widzenia lecącego nieco dalej Bagińskiego. Przy nawrocie zobaczył jedynie dymiące szczątki i ogon samolotu wbity w ziemię.

Jak do tego doszło? Mieli tylko ostrzelać kolumnę pancerną pod Tarnopolem. Podczas nalotu na węzeł kolejowy zginął Jaś Puławski. Teraz jedna maszyna została zniszczona, a druga, pilotowana przez niego, uszkodzona. Jak na cztery dni prowadzonych działań to sporo. Dowodzący zespołem major Alfred Peszke na pewno nie będzie zachwycony.

Marek krok po kroku powlókł się w stronę zabudowań. Chciał to mieć za sobą. Majora nie musiał długo szukać. Z daleka słyszał jego głos, dochodzący z pokoju, gdzie zamontowano telefon. Z tonu wywnioskował, że dowódca sili się na spokój, choć wewnątrz aż kipi od gniewu.

– Tak… tak… – po chwili kolejne – tak.

Ołówek bębnił po książce lotów.

– Tak. Ja to rozumiem. Oczywiście, że tak.

Może i rozumiał, ale niekoniecznie się z tym zgadzał.

– Jeżeli takie są polecenia, to nie mam innego wyjścia.

Tym razem cisza trwała nieco dłużej.

– Nie mam pełnego wglądu, ale… Dobrze.

– Właśnie miałem po was posłać – powiedział na widok Marka. Odłożył słuchawkę zdecydowanym ruchem. Ledwo pohamował przekleństwa cisnące się na usta. Nie wypadało mu się pieklić jak pierwszemu lepszemu cholerykowi.

– Tak?

– Zostaliście oddelegowani na czas nieokreślony.

Przez ostatnie parę miesięcy Marek zdążył się do tego przyzwyczaić. Gdzie on to nie był? Warszawa, Grodno, Moskwa, Londyn, teraz Lublin. Podświadomie już oczekiwał czegoś podobnego. Nigdzie nie mógł zagrzać miejsca. Ciekawe, z czego wynikały przenosiny – istotnie był taki dobry czy też brakowało chętnych?

– Ja oczywiście nie wiem, o co chodzi – zastrzegł Peszke. – Telefonowali w waszej sprawie z Warszawy. Pewnie jakaś ekstraakcja.

Aż bał się zapytać, gdzie ma się zgłosić.

– Więc tak: wy i podchorąży Szymański najpóźniej w ciągu paru godzin macie odlecieć do Pucka.

O ile pamiętał, Puck to miejsce najbardziej oddalone od obecnie prowadzonych działań wojennych. Na razie nie musiał wiedzieć, co ma tam robić. Ważniejsze, jak się tam dostać.

– Mam uszkodzony silnik. Z tego, co mówią mechanicy, naprawa potrwa jakiś czas.

– Dlaczego nic o tym nie wiem?

– To świeża sprawa.

Major Alfred Peszke wstał i założył ręce do tyłu.

– W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak zameldować o wszystkim Warszawie. Na razie wybierzcie sobie maszynę z tych, które mamy do dyspozycji. Dowolną.

Pozostał wyłącznie Mosquito jeden i cztery. Wybór niewielki, wziąwszy pod uwagę, że jedynka należała do majora, a czwórka do skrzydłowego Marka.

– Wezmę czwórkę.

– Jak chcecie – Peszke obrzucił Marka uważnym spojrzeniem. – Powodzenia.

Major usiadł i ponownie chwycił za słuchawkę telefonu.

– Połączcie mnie z Warszawą. Z biurem generała… Proszę.

Baza Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku przywitała ich wakacyjną pogodą. Zeszli gładko nad prawie opustoszałe lotnisko i przysiedli mniej więcej w połowie pasa. Z prawej strony stało parę RWD i patrolowa Mewa. Chciał do nich podkołować, kiedy zauważył podjeżdżającego Łazika i wyskakującego ze środka sierżanta.

Zamachał do nich. Wskazali mu, żeby zjechał na lewo. Merliny zawyły na zwiększonych obrotach i Mosquito podjechał do skraju pasa, gdzie przystanął. Ledwo zdążyli wysiąść, gdy obsługa naziemna odtoczyła samolot w stronę rozpiętej siatki maskującej.

Bagiński rozpiął lotniczą kurtkę. Na ziemi panowała temperatura trudna do wytrzymania. Nie zdążył nawet dobrze rozprostować kości, bo od razu zostali skierowani do murowanego budynku stanowiącego siedzibę dowództwa dywizjonu.

Już raz tu był, zaledwie parę dni wcześniej, gdy przyprowadził eskadrę z Anglii. Nic się nie zmieniło. Wkoło wciąż te same widoczki – umocnione workami z piaskiem stanowiska dział przeciwlotniczych i karabinów maszynowych. Ostatnim razem było chyba więcej maszyn, ale mógł się mylić.

Wraz z Szymańskim minęli wartę przy otwartych na oścież szerokich drzwiach i weszli do środka. Teraz tylko znaleźć jakiegoś oficera.

– Podporucznik Bagiński? – usłyszał od strony dyżurki.

– Tak jest.

– Proszę za mną, a wy, chorąży, możecie poczekać.

Władek Szymański, kolejny drugi pilot Marka po MacDonaldzie i Puławskim, zdążył już przywyknąć do myśli, że jest dopiero materiałem na pełnowartościowego oficera. Jako lotnik równie utalentowany co Bagiński, nie podzielał jego zamiłowania do sportu, a przynajmniej do tego sprowadzającego się do wzajemnego okładania się pięściami po twarzy. Wolał podręcznik mechaniki i instrukcje obsługi silników. Z zapamiętaniem studiował tabliczki znamionowe i broszury reklamowe urządzeń elektrycznych.

– Nie zawracajcie sobą mną głowy – powiedział i odszedł w stronę, skąd dochodził zapach przypalonej kaszy i kawy zbożowej.

– Skoro już nic nie stoi na przeszkodzie, to chodźmy – ponaglił dyżurny.

Zeszli kondygnację w dół. Z jednej strony schron, z drugiej pomieszczenia dowództwa. Ponury nastrój piwnicy aż nadto kontrastował z piękną, słoneczną pogodą, z drugiej strony chłód podziemia na pewno działał ożywczo po skwarze na zewnątrz.

Pokój, do którego go zaprowadzono, był większy, niż się spodziewał. W kącie dostrzegł nawet umywalkę za białym parawanem i polowe łóżko. Właśnie nad umywalką stał niewysoki, korpulentny mężczyzna bez kurtki mundurowej, w samej tylko koszuli, i mył ręce.

– Podporucznik…

– Wiem, kim jesteście – gospodarz przejechał wilgotną dłonią po karku, a następnie opłukał twarz. W końcu sięgnął po czysty biały ręcznik i przyłożył go do czoła.

– Bardzo was chwalą.

– Nie wiedziałem – bąknął.

– No, to już wiecie.

Przez oparcie krzesła przewieszono górę munduru. Marek dostrzegł gwiazdki i belki na pagonach.

– Czasowo zostaliście oddelegowani pod moją komendę – pułkownik w końcu przeszedł do sedna. – Już się zapewne domyślacie, że dowodzę całym tym cyrkiem tutaj.

– Tak…

– Pozwólcie mi skończyć – nowy przełożony wykonał uspokajający ruch ręką. – Podobno jesteście jedną z niewielu osób w naszej armii mającą odpowiednie doświadczenie w wykonywaniu takich misji.

Tego się spodziewał. Nie kazano by mu przecież lecieć na drugi koniec Polski bez wyraźnego powodu. Jest zadanie i musi je wykonać. Pytanie tylko, czy wyniesie z tego głowę cało. Bez mrugnięcia okiem wpatrywał się w pułkownika.

– W ogólnym zarysie… Zaraz, gdzie ja to mam… – pułkownik poszukał wśród papierów leżącej na stoliku morskiej mapy, jak się zdawało, dość szczegółowo odzwierciedlającej wszelkie geograficzne detale zatoki głęboko wcinającej się w ląd.

– O, widzicie? Tutaj. O to nam chodzi – wskazał palcem dość rozległy rejon u ujścia jakiejś rzeki. – Podejdźcie bliżej. Stamtąd chyba nic nie widać.

Czegóż teraz od niego chcą? Zobaczmy.

Zrobił parę kroków i pochylił się nad płachtą. W natłoku poziomic i cyferek trudno mu było się nawet zorientować, gdzie jest ląd, a gdzie morze. Zresztą sam zarys linii brzegowej nic by mu nie powiedział, żeglarstwo to nie jego pasja. Zaraz, zaraz…

– Dobrze widzicie, poruczniku, to Kronsztad.

– Co ja niby mam zrobić? – zapytał, chociaż już się domyślał, czego od niego oczekują. Równie dobrze mogliby go wysłać wprost w lwią paszczę.

– Polecicie, zrobicie kilka fotek i wrócicie – pułkownik nie silił się na frazesy, bo doskonale wiedział, z jakim ryzykiem przyjdzie zmierzyć się załodze. Dlatego dodał po chwili: – Dobrze was rozumiem. Możecie odmówić. Poleci kto inny.

– Chwileczkę, nie powiedziałem przecież: nie.

– To dla nas bardzo istotne. Naprawdę. Przy poprzedniej generacji samolotów o takiej operacji w ogóle nie dałoby się pomyśleć. Dopiero Mosquito, o ile jest tak dobry, jak słyszałem, przedrze się przez obronę. To jak?

Swoje szanse szacował jako pół na pół. Tam pewnie aż roi się od myśliwców obrony i dział przeciwlotniczych. DH.98 był szybki, owszem, ale nie tak, by wyprzedzić pocisk wystrzelony w jego kierunku.

– Ile przelotów?

Pułkownik wzruszył ramionami.

– Tyle, ile będzie konieczne. Zainstalujemy wam kamery, więc myślę, że wystarczy jeden, góra dwa. Lotnisko zapasowe w Tallinie bądź Rydze.

– Co potem?

– Zobaczymy.

Właściwie i tak wszystko już zostało zorganizowane. Czy poleci on, czy ktoś inny, nie miało większego znaczenia.

Trasę zaplanował tak, aby w sowieckiej przestrzeni powietrznej przebywać jak najkrócej. Kurs wykreślony na mapie wiódł nad Lipawą, przecinał Zatokę Ryską, dalej prowadził na Dorpad i jezioro Pejpus. Stamtąd już tylko jeden skok do celu. Ogółem trochę ponad 800 kilometrów w jedną stronę. Trzy i pół godziny bez specjalnego żyłowania silników.

Zaplanowany na godzinę 17.00 wylot opóźnił się przez kamery, które nie mieściły się w podkadłubowym stelażu. Przeróbka zajęła więcej czasu niż sam montaż. W desperacji wycięto w poszyciu nieco większy otwór na obiektyw.

Bagińskiego najbardziej irytowało co innego – że całe to cholerne ustrojstwo poddane przeciążeniom zacznie żyć własnym życiem i ostatecznie odpadnie, nie daj Boże, uszkadzając idące tuż obok cięgna sterowania lotkami. Jak mu na koniec powiedziano, obiektywy udało się ustawić pod takim kątem, że powinny pokrywać też znaczny obszar przed samolotem, tak żeby nie musiał przelatywać nad każdym obiektem. Miał zamiar dla pewności zrobić pętlę lub dwie, jednak świadomość, że nie jest to bezwzględnie konieczne, jakoś pomagała.

Wystartowali z czterdziestominutowym opóźnieniem, więc od razu ostro nabrał wysokości. Żadnych subtelności. Szybka akcja i równie szybki powrót do bazy.

– Pytałem o tego pułkownika – powiedział Szymański. – Podobno równy chłop. Bardzo go tutaj chwalą.

– Taaa…

– Za parę tygodni zostanie generałem.

– Jeszcze jeden?

– Jesteś uprzedzony.

– Lepiej sprawdź temperaturę oleju.

– Wciąż na takim samym poziomie – podchorąży dotknął palcami wskaźnika, jakby w ten sposób chciał namacalnie się o tym przekonać.

– Jak podskoczy, powiedz.

– Nie omieszkam, a wracając… – Szymański nie przestawał mleć ozorem.

– Władek, litości.

Marek najbardziej lubił latać sam. Niestety, DH.98 zaprojektowano jako maszynę dwuosobową. Kłopot ze współzałogantami polegał jeszcze na tym, że bardzo często się zmieniali. Nim zdążył przywyknąć do jednego, zaraz pojawiał się kolejny i wszystko zaczynało się od początku.

Z informacji zasięgniętych przed wylotem wyłaniał się obraz umiarkowanej aktywności Sowietów nad rejonem polskiego wybrzeża. Raz myśliwce eskadry pościgowej rozpędziły wyprawę bombową ciągnącą nad Gdynię. Parę bomb poszło nawet w doki, uszkadzając przy okazji kilka handlowców. Taka akcja już się nie powtórzyła, za to parę razy widziano samoloty zwiadowcze. Osobna sprawa to kilka nalotów na idącego ze Sztokholmu „Robura VII”. W końcu kapitan zawrócił do Szwecji, mając na pokładzie poturbowaną sporą część załogi. Wiadomością z ostatniej chwili była plotka o zatopieniu rosyjskiego frachtowca, który w rzeczywistości okazał się czymś zgoła innym. Jeżeli to prawda, to jeden zero dla Polaków.

Niedługo potem rwali pełną mocą silników nad jeziorem stanowiącym granicę Estonii z komunistycznym molochem. Gdyby nie miejsce i okazja, ten krajobraz w miękkim świetle wczesnego wieczoru zupełnie rozkleiłby Bagińskiego.

– Obiekt na trzeciej – po raz pierwszy od godziny usłyszał w słuchawkach interkomu głos podchorążego.

Szybko zerknął we wskazanym kierunku. Ledwo dostrzegł jednosilnikową maszynę dobre tysiąc pięćset metrów niżej. Sokół mógł pozazdrościć wzroku Szymańskiemu. Na tle ciemnozielonego lasu sylwetka samolotu stanowiła prawie niezauważalną plamę.

Delikatnie obrał kurs bardziej na wschód. Nic się nie stanie, jak wlecą nad ujście Newy od południa. Parę chwil później dokonał korekty. Wystarczy. Marka zupełnie nie interesował Leningrad. Jakoś nie czuł potrzeby oglądać stolicy postawionej na bagnach przez cara Piotra I, za to bazę floty jak najbardziej.

Zamazany kontur lądu przechodził w szarogranatową taflę wody. Miejscowość na dole to prawdopodobnie Peterhof, chociaż nie, to Oranienbaum leżący naprzeciwko wydłużonego kawałka lądu, wprost u ujścia rzeki do zatoki.

– Kamery – warknął na Szymańskiego, przesuwając manetkę gazu w przód.

Mosquito drżał, lecąc z maksymalną prędkością. Teraz rzucał się w oczy podłużny, nieznacznie wygięty kształt wyspy Kotlin, na której wschodnim cyplu zlokalizowano forty Floty Bałtyckiej, a przy nich port marynarki wojennej.

Pochylił nos maszyny. Zaczęli schodzić w dół płytkim ślizgiem. Nawet jeżeli kamery szlag trafi, to i tak już wiedział, co zameldować – na jego oko Sowieci szykowali niezgorszą operację, bo przed wzrokiem Marka roztaczał się widok na co najmniej kilkadziesiąt jednostek różnej wielkości.

– Widzisz to, widzisz?! – podchorąży nie potrafił ukryć emocji.

– Jest gorzej, niż myślałem.

Dłonie zacisnął na drążku sterowym tak mocno, jakby od tego zależało jego życie. Zwrot przez prawe skrzydło i przed nimi w odległej perspektywie zamajaczył Siestroneck po drugiej stronie ujścia Newy. Poczekał, aż miasto przesunie się na lewo od nich, i gwałtownie skręcił w drugą stronę. Właśnie tego, że takie manewry zwrócą w końcu czyjąś uwagę, bał się najbardziej.

Zatoczyli prawie pełne koło, kiedy na zbieżnym kursie dostrzegł punkcik.

– To ten sam drań co przed chwilą. Nie odpuścił – w głosie Szymańskiego usłyszał całkowitą pewność, pozostało mu się zgodzić.

Już myślał, że przeszli niezauważeni, a tu taka niespodzianka. Kciuk mimowolnie podważył blokadę spustu działek i karabinów maszynowych. Dysponował dostateczną siłą ognia, by zdmuchnąć z nieba każdą wrogą maszynę. W ostateczności. Przecież nie przyleciał się tu bić. Wystarczy nieznaczne uszkodzenie Mosquito, przygodne lądowanie i wszystko trzeba będzie zaczynać od początku. Ci z II Oddziału dostaną piany na ustach. Już mieli to, czego chcieli. Wystarczy dowieźć cało głowę do domu i po zabawie.

Pilot sowieckiego samolotu miał inne wytyczne lub podobny temperament. Nabierał wysokości, kierując się dokładnie na DH.98. Tylko patrzeć, jak pojawi się więcej jego kolesi. Jeden pocisk z działka – taka pokusa i obawa jednocześnie nie dawała spokoju Markowi.

Lecieli teraz z szybkością 600 kilometrów na godzinę. Więcej nie da rady. W normalnych warunkach Rosjanin zobaczyłby co najwyżej szybko oddalający się ogon z biało-czerwoną szachownicą, ale jak na złość akurat ten nadciągał z naprzeciwka, również pędząc z ogromną prędkością.

Skoro tak chce… Marek pchnął drążek sterowy minimalnie w lewo, ustawiając wrogi samolot w przeziernikowym celowniku. Zawsze miał niezłą parę w ramionach, dodatkowo wspartą ćwiczeniami, ale teraz czuł fizyczny ból promieniujący z pleców ku palcom zaciśniętym na wyprofilowanym uchwycie drążka.

Rosjaninowi pierwszemu puściły nerwy. Krawędzie natarcia skrzydeł rozjarzyły się białymi ognikami.

Nic z tego, przyjacielu. Za wcześnie.

Za optymalne uznawano krzyżowanie serii jakieś 200 metrów przed samolotem. Marek nie wiedział, jak przeciwnik ma wyregulowane karabiny. Może tak jak wszyscy, a może inaczej. Nieistotne. Obaj wiedzieli, że każdy z nich ma tylko jedną szansę.

W momencie, kiedy tamten przestał strzelać, nacisnął spust i przytrzymał przez trzy sekundy.

Zwrot.

Przez ułamek sekundy zobaczył boczną sylwetkę tamtego. Już wiedział, dlaczego sowiecki pilot tak szarżował. Ił-2 zdecydowanie nie nadawał się do walki manewrowej. To nie leżało w jego naturze. Przeznaczono go do zupełnie innych zadań.

Nie wyglądało, by któryś z nich doznał uszkodzeń. Marek, zbyt zajęty manewrowaniem, już nie zdołał zobaczyć, jak szturmowiec po dłuższej chwili przechodzi w coraz bardziej strome pikowanie i w końcu roztrzaskuje się niedaleko jednego z trałowców. To wszystko zostało gdzieś za nim, a tymczasem rwał na południe, stopniowo nabierając wysokości. Nie mógł wiedzieć, że on i Szymański nie są jedynymi polskimi żołnierzami na tym obszarze.

Kapitan marynarki Bogusław Krawczyk, dowódca podwodnego stawiacza min ORP „Wilk”, stał na pomoście bojowym i odmierzał czas. Równo co dziesięć sekund z rufowych aparatów jednostki schodziła jedna z trzydziestu ośmiu wypełniających ładownię min typu SM-5. Trzydzieści osiem sztuk mogło wyglądać na niewiele, ale „Wilk” nie był sam. Półtorej mili za nim operował ORP „Ryś”. Trzecia z jednostek, „Żbik”, jak na razie pozostawała w rezerwie i Krawczyk nie wiedział, kiedy wejdzie do akcji.

Płynęli z prędkością dwóch węzłów, więc chwilami wydawało się, że stoją w miejscu. Dopiero co zaczęli, a 54-osobowej załodze czas już dłużył się niemiłosiernie, dowódcy zresztą również. Stan techniczny okrętu budził wiele wątpliwości. „Wilk” miał już swoje lata – zwodowany w 1929 roku, przez wszystkie te lata wytrwale pełnił służbę. Kiedy już należało raczej myśleć o zastąpieniu go przez nowocześniejszą jednostkę niż o remontach, przyszedł rozkaz wykonania zadania bojowego, do którego został stworzony.

– Ster lewo piętnaście – wydał polecenie kapitan.

Pierwsza partia min już znalazła się na torze wodnym wiodącym do Kronsztadu. Teraz zwrot i kolejna wyląduje za burtą zaledwie pięć mil morskich od największej na Bałtyku sowieckiej bazy morskiej.

– Ster zero.

Pora rozpocząć wszystko od początku.

Krawczyk przyłożył usta do końcówki rury głosowej.

– Przedział minowy zaczynać.

Ponownie spojrzał na stoper, odliczając czas do końca. Jak pozbędzie się min, zostanie mu ostatni argument – sześć wyrzutni torpedowych kalibru 550 mm. To całkiem sporo. Jedna salwa wystarczyłaby na któryś z liniowców bądź krążowników, jeżeli takowy bezpiecznie przeszedłby przez zagrody i wszedł mu na celownik.

Mimo wszystkich wad okrętu Krawczyk uważał go za szczęśliwy, a właściwie wierzył, że taki niebawem się stanie.

Rozdział 5

WARSZAWA

– Przecież mówię wyraźnie: jak najszybciej. Tak. Łącznie z opisem, nie jestem specjalistą.

Tak to jest, jak próbuje się złapać trzy sroki za ogon jednocześnie. Właściwie to nie powinien mieć żalu do nikogo – chciał wiedzieć, to pewnie zaraz się dowie. Chodziło wyłącznie o to, że informacje nie były tego rodzaju, jakich by sobie życzył. Zaraz otrzyma potwierdzenie i pozostanie mu jedynie nadzieja, że ci, którym ją przekaże, staną na wysokości zadania.

Marynarka Wojenna realizowała własny program, którego celem było niewypuszczenie Sowietów z saka. Jeśli dostarczone przez Bagińskiego fotografie chociaż w części wykażą wzrost aktywności Floty Bałtyckiej, to czeka ich niezła jazda. Na działaniach morskich znał się słabo, jedynie tyle, by wiedzieć, jak taka operacja może wyglądać – sieć zagród minowych rozciągnięta przez podwodne stawiacze min. Jeżeli to nie zniechęci przeciwnika, pozostawał ORP „Gryf”, największy ofensywny okręt polskiej marynarki. Na jego pokładzie składowano dość ładunków, by postawić gęstą zaporę przy wyjściu z Zatoki Fińskiej.

Trudno powiedzieć, jak zdesperowany będzie dowodzący operacją admirał – jeżeli zdecyduje się kontynuować akcję, to torpedy i lotnicze bomby powinny dokończyć dzieła, ale jak wiadomo na wojnie, jak to na wojnie, wszystko może się wydarzyć. Jeśli przejdą i to, pozostanie im tradycyjna bitwa morska na podejściach do Zatoki Gdańskiej.

Blokada wybrzeża to koniec jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Konwoje z Anglii i Francji ustaną całkowicie, chociaż i tak zaopatrzenie płynęło wąską strużką. Rejsy naokoło, przez Morze Śródziemne i Czarne do Konstancy w Rumunii, wydłużą czas dostaw. W dodatku ten szlak funkcjonowałby tylko dopóty, dopóki Sowieci nie zdecydowaliby się zablokować czarnomorskich portów, co przyszłoby im zdecydowanie łatwiej niż na Bałtyku.

Zwykłe porównanie sił nic tu nie dawało. Obecnie wszelkie atuty były po ich stronie. Chciałoby się powiedzieć, że w tej konkretnej sytuacji trzymali Rosjan za gardło. Niemniej jak już przeciwnicy przystąpią do działania i z uporem zaczną przebijać się w kierunku zachodnim, dysproporcja sił będzie wyraźnie widoczna.

Adiutant delikatnie zapukał do drzwi.

– Tak?

– Jest pan proszony na dół.

– Już idę.

Szybciej, niż zamierzał, zbiegł po schodach. Sala projekcyjna na parterze jeszcze świeciła pustkami. Przynajmniej tak się zdawało generałowi.

– Nie wiedziałem, że pan jest w Warszawie.

Kontradmirał Jerzy Świrski, szef Kierownictwa Marynarki Wojennej, sztywno odkłonił się Pełczyńskiemu.

– To panu zawdzięczam ten pokaz?

– Poniekąd – wymijająco odparł szef II Oddziału. – Pan nie jest ciekaw, co też szykują nasi przyjaciele? – dodał złośliwie.

Świrski, pięćdziesięcioletni mężczyzna o nijakiej twarzy, jakby nie zauważył przytyku. Najzwyczajniej w świecie usiadł w pierwszym rzędzie foteli i założył nogę na nogę.

Pełczyński stanął przed wyborem – szybki papieros czy towarzystwo mrukliwego kontradmirała.

Wyjrzał na korytarz. Dylemat rozwiązał się sam, bo od strony głównego holu zbliżał się marszałek Śmigły-Rydz w towarzystwie gwardii przybocznej – szefa sztabu generała Wacława Stachiewicza i jego zastępcy, pułkownika Józefa Jaklicza.

– Zawsze pierwszy – powiedział naczelny wódz przy powitaniu.

– Tym razem jednak nie.

Na widok Śmigłego Świrski wstał, wyprężył sylwetkę, lecz nic nie powiedział.

– Właśnie chciałem po pana posłać.

– W takim razie zaczynamy – Stachiewicz zamknął drzwi i pstryknął palcami.

Przygasły światła, a projektor rozpoczął pracę. Zaczęło się jak zwykle – cyfry odliczające czas do rozpoczęcia filmu, puste klatki i w końcu to, o co chodziło.

– Nasi technicy zmontowali całość z nagrań pochodzących z dwóch kamer – wyjaśnił operator. – Panowie zobaczą końcowy efekt.

Pełczyński, zamiast wygodnie rozwalić się w fotelu jak Stachiewicz czy zachować powściągliwy umiar jak Śmigły, najchętniej przyłożyłby nos do samego ekranu, analizując każdy szczegół.

Z początku wszystko drgało, nie pozwalając dojrzeć detali. Tu ziemia, tu morze, a tu niebo – wszystko w najróżniejszych odcieniach szarości. Obraz ustabilizował się dopiero po dłuższej chwili. Wyświetlany pod kątem, dawał znakomitą perspektywę. Na dole ujście Newy widziane na wschód. Na wodzie w większości sama drobnica. Głowy nie da, ale dwadzieścia kilometrów dalej rozpościerał się Leningrad. Po chwili to samo, tylko z drugiej strony. Ten materiał zdecydowanie nadawał się do szczegółowego zbadania.

Uwagę zwracały pancerniki „Marat” i „Oktiabrskaja Rewolucja” zacumowane przy pirsach. Oba jeszcze sprzed poprzedniej wojny. Coś tam przy nich robiono – próbowano modernizować, ale ponoć bez większego efektu. Co innego krążownik „Kirow”. Ten był znacznie nowszy, bo wybudowany w 1938 roku. Dziewięć dział kalibru 180 mm przedstawiało pokaźną siłę ognia. Również duże niszczyciele „Leningrad” i „Mińsk” nie odstawały tak bardzo od „Groma”. Siły lekkie z tego, co wiedział Pełczyński, to niszczyciele typu Gniewnyj oraz typu Nowik. Tych jednostek zupełnie nie potrafił wskazać, ale już widział dyskusję, gdy specjaliści dorwą się w końcu do filmu. Równie niewiele wiedział o sowieckich okrętach podwodnych, oprócz tego, że było ich dużo. Znacznie więcej, niż mogli wystawić oni. Szacunki mówiły o jakiejś czterdziestce, i to na samym Bałtyku. Ogólnie we wszystkich flotach pełniło służbę sto sześćdziesiąt pięć okrętów wszystkich typów i rodzajów – od małych przybrzeżnych M, po typ L jak Leniniec – lub, jak kto woli, po typ SZCZ jak Szczuka i pełnomorskie K i B.

Wartość tej całej zbieraniny określano różnie, w zależności od tego, kto sporządzał konkretną analizę: od mało przydatnej po w pełni sprawną siłę bojową.

Obejrzeli jeszcze raz to samo, z tym że widok zabudowań wyspy Kotlin był tym razem dużo wyraźniejszy. Baza aż kipiała od ludzi i sprzętu, co nikomu nie poprawiło humoru. W końcu szarość na ekranie obwieściła koniec projekcji. Zapalono światła.

– Co panowie o tym myślą? – pierwszy przerwał ciszę marszałek.

– Moim zdaniem zagrożenie z tej strony jest przesadzone – obwieścił Stachiewicz.

– Jest pan pewien? – zapytał Śmigły.

– To czysta dezinformacja. Chcą odwrócić naszą uwagę od naprawdę ważnego terenu, a ten, jak wiemy, znajduje się w pasie działania Armii „Podole” i „Wołyń”.

– Pan się zgadza z tą opinią? – naczelny wódz popatrzył na Świrskiego.

– Flota wykonuje zadania zgodnie z założonym planem – odparł, jakby czytał z kartki.

– Co jeszcze nie zwalnia z obowiązku myślenia – dorzucił swoje Pełczyński.

– Panie generale, wypraszam sobie.

– Panowie… – Śmigły podniósł głos o oktawę. – Mamy podjąć decyzję, co z tym zrobić, a nie kto ma rację.

– Materiał, jaki obejrzeliśmy, należy poddać obróbce. Sam nie czuję się upoważniony do wysuwania daleko idących wniosków, które powinny zależeć od opinii fachowców – szef sztabu wymownie spojrzał na szefa wywiadu.

– Akurat z tym jestem w stanie się zgodzić. Brakuje nam doświadczenia.

– Właśnie. Widzieliśmy same jednostki bojowe. Do próby wyjścia z Kronsztadu to wystarczy. Panowie zgadzają się ze mną? – Stachiewicz przerwał wywód, ale nikt nie powiedział ani słowa. – Nie widzieliśmy za to motorowców z desantem ani tym bardziej próby ich załadowania. Nic z tych rzeczy. Zwykły ruch w porcie, że tak powiem.

– Zapytam wprost – Śmigły oparł podbródek na pięściach. – Czy nasze szlaki żeglugowe są zagrożone? Panowie wiedzą, że przez Sund idą kolejne transportowce i nie chciałbym zostać zaskoczony informacją o ich powrocie.

– Z całą mocą mogę stwierdzić, że na obecnym etapie nasze interesy na morzu nie są zagrożone – odparł szef Kierownictwa Marynarki Wojennej. – Mniej więcej od wysokości Kolbergu staramy się tworzyć pas ochronny. Na razie zdaje egzamin.

– Jeżeli mogę zapytać, co to za siły?

– „Wicher” i „Grom”, a na podejściach do niemieckiej bazy w Swinemünde „Orzeł”.

– Czy to nie zbyt ryzykowne?

– Komandor Kłoczkowski jest doskonałym dowódcą.

– Nie o to pytałem.

– Panie marszałku, ryzyko istnieje zawsze. O wiele ważniejszy jest bilans naszych zysków i strat.

O misji „Orła” Pełczyński nie wiedział zgoła nic, a oświadczenie Świrskiego zupełnie go zaskoczyło. Chyba za bardzo skupił się na wrogu, ignorując własne podwórko, a przecież rejs okrętu podwodnego w tamte okolice to niezrównany materiał wywiadowczy weryfikujący informacje napływające z pozostałych źródeł. Musiał przyznać, że nie mieli tego za wiele. Polska komórka wywiadowcza Bombaj, zainstalowana w Stettinie, nie obejmowała tak ważnego punktu, jakim był port i baza Kriegsmarine w nieodległym Swinemünde. Niby coś tam wiedzieli. Nic nie jest zupełnie szczelne, ale to mało. Postawa Świrskiego rozczarowywała. Czy on aby zdaje sobie sprawę z niewykorzystanej możliwości? Na usta Pełczyńskiemu cisnęły się ostre słowa, kiedy zupełnie nic niewyrażająca twarz kontradmirała obróciła w stronę, gdzie siedział generał.

– Zapewne jest pan zainteresowany tym, co zostało przez nas zdobyte. Z wiadomych względów jednostka nie komunikuje się z nami, tego jest pan świadom, mam nadzieję.

Pełczyński nie chciał wyjść na durnia, więc jedynie przytaknął.

– Odpowiednie materiały zostaną panu przedstawione. W swoim czasie, oczywiście, ale z tego, co widzę, i bez naszej pomocy radzi pan sobie doskonale – Świrski wskazał na projektor.

– Proponuje pan powtórkę nad Swinemünde?

– Doskonale pan wie, że to nie jest możliwe. Nie zajrzymy tam, gdzie oni nie pozwolą.

– Co nam pozostaje?