Punkt zwrotny - Vladimir Wolff - ebook
Opis

Czego potrzeba, żeby nasza cywilizacja pogrążyła się w niebycie? Niezbyt wielu czynników – kilku milionów imigrantów, straszliwej broni i zdeterminowanych wykonawców egzekucji.

Kiedy już się wydaje, że Europa ocalała – nie dotknęła jej epidemia, która rzuciła USA na kolana, ani nie zdobyły armie islamistycznej Turcji – do akcji wkracza charyzmatyczny komendant polowy z Syrii i oddany wierze Proroka Artur Sznajder.

Przeciw nim Polska wysyła najlepszych z najlepszych. 

Czy zdążą uratować nasz świat i zmienić bieg historii? Czy ich misja okaże się punktem zwrotnym?

Cykl Armagedon (Metalowa burza, Hydra, Trzecia siła) to historia świata, w którym Polska odgrywa jedną z najważniejszych ról nie tylko w Europie, ale i w skali globalnej.

Każdy z tomów można czytać oddzielenie, choć największą przyjemność z pewnością zapewni poznanie całego cyklu.

Vladimir Wolff zadziwia śmiałymi i jakże często sprawdzającymi się geopolitycznymi scenariuszami swoich powieści. Autor przewidział Arabską Wiosnę oraz destabilizację polityczną i wojnę na Ukrainie.

Mamy nadzieję, że tym razem najbardziej tajemniczy autor WarBooka opowiada o wydarzeniach, wobec których pozostaniemy wyłącznie widzami, a nie uczestnikami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


VLADIMIR WOLFF

Punkt zwrot­ny

 

 

© 2018 Vladimir Wolff

© 2018 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Zespół redakcyjnyWszystkie cytaty z Koranu w tłumaczeniu J. Bielawskiego (Warszawa: PIW, 1986).

 

eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, [email protected]

 

Projekt okładki: Paweł Gierula

Ilustracja na okładce: Jan Jasiński

 

 

ISBN 978-83-65904-06-5

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

 

Suk­ce­sem bywa i to, że jesz­cze od­dy­chasz.

Je­że­li ko­muś wy­da­je się, że jest wy­jąt­ko­wy, to bar­dzo się myli. Bo co to niby zna­czy i co czy­ni nas wy­jąt­ko­wy­mi w na­szych wła­snych oczach?

Spo­ro za­ra­biasz, znasz ję­zy­ki, two­je pro­gra­my śmi­ga­ją jak żad­ne inne, pły­wasz jak mistrz olim­pij­ski i po­tra­fisz roz­wią­zać za­da­nia z dwie­ma nie­wia­do­my­mi. Cała resz­ta przy to­bie to ba­ra­ny.

A może po­sia­dłeś wie­dzę nie­do­stęp­ną dla in­nych? To jesz­cze lep­sze. Zro­zu­mia­łeś za­sa­dy, we­dług któ­rych funk­cjo­nu­je świat, a to spra­wia, że po­tra­fisz w mia­rę po­praw­nie prze­wi­dzieć, co się wy­da­rzy za dzień, za mie­siąc czy rok. Wiesz, kto wy­gra wy­bo­ry, a kto prze­pad­nie z kre­te­sem, wbrew wszel­kim son­da­żom, czy na gieł­dach bę­dzie hos­sa, czy bes­sa i czy two­ja ulu­bio­na dru­ży­na zdo­bę­dzie pu­char. Na­wet je­śli wszyst­ko jest ru­let­ką, to ty wiesz, jak odejść od sto­łu z for­są.

Ra­szid, Ja­mal i Mu­ham­mad też wie­rzy­li w to, że są wy­jąt­ko­wi, zaś ich ofia­ra nie pój­dzie na mar­ne.

Znał ich do­brze, byli prze­cież jego to­wa­rzy­sza­mi bro­ni, z Ja­ma­lem słu­żył na­wet w jed­nym od­dzia­le. Chło­pak może i miał nie­rów­no pod su­fi­tem, ale je­że­li cho­dzi o re­li­gij­ną gor­li­wość, nikt mu nie był w sta­nie do­rów­nać.

A te­raz przy­szła na nich pora.

Nikt ich do tego nie zmu­szał. Każ­dy z tej trój­ki zgło­sił się do za­da­nia na ochot­ni­ka, prze­ko­na­ny, że przy­bli­żą w ten spo­sób chwi­lę osta­tecz­ne­go zwy­cię­stwa. Ostat­ni uścisk, po­kle­pa­nie po ple­cach i sło­wa otu­chy dla resz­ty, któ­ra po­zo­sta­wa­ła na tym świe­cie. Sza­chi­dzi już sta­li u pro­gu raju i do­brze o tym wie­dzie­li. W koń­cu wsie­dli do sa­mo­cho­dów i ru­szy­li w dro­gę bez po­wro­tu.

Ar­tur Sznaj­der zo­stał. Czuł, że miej­sce, w któ­rym się znaj­du­je, jest w mia­rę bez­piecz­ne.

Bez­piecz­ne? Tyl­ko co to mia­ło zna­czyć? Tu­taj każ­dy ko­lej­ny dzień był jak gra w ro­syj­ską ru­let­kę. Ci, któ­rzy od­je­cha­li, przy­naj­mniej wie­dzie­li, gdzie i kie­dy zgi­ną. Na woj­nie każ­dy w koń­cu ma do­syć – i albo zro­bi krok w tył, albo pój­dzie na ca­łość. A oni się ni­g­dy nie co­fa­li.

Sznaj­der do­tknął ma­ni­pu­la­to­ra i ski­nął na po­moc­ni­ka. Dron był go­to­wy, aku­mu­la­to­ry na­ła­do­wa­ne na full, a za­in­sta­lo­wa­na wcze­śniej mała ka­me­ra prze­szła po­myśl­nie wszyst­kie pró­by. Nic, tyl­ko star­to­wać. Wle­pił spoj­rze­nie w mo­ni­tor, cał­ko­wi­cie skon­cen­tro­wa­ny na mi­sji.

Dron szyb­ko osią­gnął pu­łap pięć­dzie­się­ciu me­trów. Wi­dok z góry przy­po­mi­nał jed­ną z tych ni­sko­bu­dże­to­wych pro­duk­cji fil­mo­wych, któ­re krę­co­no przed laty – sze­ro­ki plan, sza­ro-brą­zo­wa pu­sty­nia i bia­łe domy oto­czo­ne mu­ra­mi cią­gną­cy­mi się na pół­noc i za­chód. Na ekra­nie wi­dział to po czę­ści mia­sto, a po czę­ści gi­gan­tycz­ny obóz uchodź­ców, w ja­kim przy­szło funk­cjo­no­wać dzie­siąt­kom ty­się­cy ucie­ki­nie­rów, schwy­ta­nych w pu­łap­kę okrut­nej woj­ny, któ­ra od lat tra­wi­ła Bli­ski Wschód. Wal­ki trwa­ły w Sy­rii, Ira­ku, na Sy­na­ju i w sa­mym Egip­cie, a tak­że w Je­me­nie. Mimo ko­tło­wa­ni­ny wo­kół gra­nic z Izra­elem nie było prak­tycz­nie żad­nych szans na ich prze­kro­cze­nie. Po­dob­nie rzecz się mia­ła z Li­ba­nem. Bo­jow­ni­cy dzia­ła­ją­cy na po­gra­ni­czu wciąż pro­wo­ko­wa­li po­tycz­ki. W na­lo­tach od­we­to­wych prze­waż­nie gi­nę­li cy­wi­le, a to od nowa na­krę­ca­ło spi­ra­lę nie­na­wi­ści. Licz­ba or­ga­ni­za­cji i bo­jó­wek pro­pa­gu­ją­cych ideę świę­tej woj­ny szła w set­ki. Nie­któ­re gru­py wal­czy­ły ze sobą, inne łą­czy­ły się w ko­ali­cje. Chy­ba nikt nie wie­dział, kto to­czy tam woj­nę i z kim. Zmie­nia­ła się sy­tu­acja, zmie­nia­ły lo­kal­ne so­ju­sze i prze­ciw­ni­cy, do­wód­cy wie­lo­krot­nie za­bi­ja­ni wciąż jesz­cze żyli lub na od­wrót: byli od daw­na mar­twi wbrew do­nie­sie­niom o ich ak­tu­al­nych zwy­cię­stwach. Do tego mniej lub bar­dziej chi­me­rycz­ne in­ter­wen­cje wojsk Za­cho­du, Tur­cji, Ro­sji... Trud­no było po­wie­dzieć, czym się to wszyst­ko skoń­czy.

Izra­el, w któ­rym cał­kiem nie­daw­no zna­la­zło się ja­kieś pół­to­ra mi­lio­na Ame­ry­ka­nów, nie mógł od­pu­ścić i stąd po­ja­wia­ły się re­gu­lar­ne eks­pe­dy­cje kar­ne ma­ją­ce tyl­ko je­den cel: zli­kwi­do­wa­nie jak naj­więk­szej licz­by wo­jow­ni­ków Al­la­ha i od­su­nię­cie za­gro­że­nia jak naj­da­lej od wła­snych gra­nic. Do tego nie wy­star­cza­ło samo lot­nic­two. Siły lą­do­we też mia­ły swój udział w dzia­ła­niach pre­wen­cyj­nych. Za­pusz­cza­ły się nie­raz na kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów od te­ry­to­rium Izra­ela, żeby z tym­cza­so­wych baz prze­pro­wa­dzać ata­ki na nie­po­kor­nych sy­nów pu­sty­ni. Ofi­cjal­ne wła­dze Sy­rii czy Li­ba­nu mo­gły co naj­wy­żej za­pro­te­sto­wać w te­le­wi­zji i na tym ko­niec. Nikt się już nimi nie przej­mo­wał. Na otwar­tą kon­fron­ta­cję nie mia­ły ocho­ty, bo czym­że ata­ko­wać naj­le­piej uzbro­jo­ną ar­mię świa­ta?

Oni ta­kich obiek­cji nie mie­li. Choć­by na jed­ne­go za­bi­te­go Żyda mia­ło przy­pa­dać stu wier­nych, nie za­mie­rza­li się ugiąć. Kie­dyś wy­gra­ją, tak mó­wi­ła aryt­me­ty­ka, a że woj­na po­trwa la­ta­mi, to bez zna­cze­nia. W koń­cu do­pną swe­go, a sztan­dar Pro­ro­ka za­ło­po­cze na gru­zach Tel Awi­wu.

Szyb­ko zlo­ka­li­zo­wał prze­miesz­cza­ją­ce się po­jaz­dy. Zie­lo­ne­go do­staw­cze­go peu­ge­ota pro­wa­dził Ra­szid i to on miał do wy­ko­na­nia naj­trud­niej­sze za­da­nie. Blo­ka­da przy wjeź­dzie na te­ren po­lo­we­go lą­do­wi­ska śmi­głow­ców była nie­zwy­kle szczel­na. Be­to­no­we blo­ki zda­wa­ły się two­rzyć za­po­rę nie do po­ko­na­nia, a ża­den cy­wil­ny sa­mo­chód nie mógł pod­je­chać bli­żej niż na kil­ka­dzie­siąt me­trów. Do­brze, że obok prze­bie­ga­ła pu­blicz­nie do­stęp­na szo­sa. Je­że­li Al­lah bę­dzie sprzy­jał Ra­szi­do­wi, być może uda się znisz­czyć choć je­den z trans­por­te­rów usta­wio­nych przy punk­cie kon­tro­l­nym. W koń­cu pół tony ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych to spo­ro.

Dron, a pre­cy­zyj­niej mó­wiąc kwa­dro­kop­ter, prze­le­ciał ko­lej­ne sto me­trów. Sznaj­der ner­wo­wo ob­li­zał usta. Peu­ge­ot to sta­wał, to ru­szał, cią­gnąc się w dłu­gim sznu­rze sa­mo­cho­dów. Nim do­trze w po­bli­że dro­gi do­jaz­do­wej, mi­nie co naj­mniej dzie­sięć mi­nut. Ani kie­row­cy, ani Sznaj­de­ro­wi co praw­da się nie spie­szy­ło, ale każ­dy z nich miał ner­wy na­pię­te jak po­stron­ki, nie­za­leż­nie od miej­sca, w któ­rym sie­dział: za kie­row­ni­cą sa­mo­cho­du czy też przed mo­ni­to­rem.

Uwa­gę Sznaj­de­ra zwró­cił ruch u góry ekra­nu. Bazę Izra­el­czy­ków opusz­czał wła­śnie kon­wój cię­ża­ró­wek i ubez­pie­cza­ją­cych je po­jaz­dów. Ta­kiej oka­zji nie moż­na było prze­pu­ścić.

Peu­ge­ot pod­je­chał ko­lej­ne pięć­dzie­siąt me­trów.

– Ra­szid, po­sta­raj się skró­cić dy­stans – rzu­cił do te­le­fo­nu, w na­pię­ciu ob­ser­wu­jąc dal­sze po­czy­na­nia za­ma­chow­ca.

Wóz wy­krę­cił na po­bo­cze i wy­raź­nie przy­spie­szył, co z pew­no­ścią nie spodo­ba­ło się kie­row­com wciąż tkwią­cym w kor­ku. Pew­nie ten i ów na­ci­snął klak­son, ale tego dron nie prze­ka­zał – do Sznaj­de­ra do­cie­rał wy­łącz­nie ob­raz, nie sły­szał żad­ne­go dźwię­ku.

Do wjaz­du na te­ren bazy Ra­szi­do­wi zo­sta­ło do­bre dwie­ście me­trów. Moż­na by po­wie­dzieć, że tyle dzie­li go od raju. Obo­jęt­nie, co się sta­nie, już za chwi­lę przej­dzie przez jego bra­mę.

Pierw­sze izra­el­skie wozy za­czę­ły wy­ta­czać się na dro­gę do­jaz­do­wą do szo­sy. Ide­al­na oka­zja, by ude­rzyć.

– Ra­szid, w imię Boga mi­ło­ści­we­go…

– Za­praw­dę, moja mo­dli­twa, moje prak­ty­ki re­li­gij­ne, moje ży­cie i moja śmierć – na­le­żą do Boga, Pana świa­tów!

– Niech cię Al­lah pro­wa­dzi, przy­ja­cie­lu.

Sznaj­der z tru­dem prze­łknął wiel­ką gulę, któ­ra uro­sła mu w gar­dle.

Peu­ge­ot za­czął pę­dzić na czo­ło­wy po­jazd ko­lum­ny, mi­no­od­por­ny MRAP. Wśród war­tow­ni­ków wy­bu­chło za­mie­sza­nie. Więk­szość z nich już do­my­śla­ła się dal­sze­go prze­bie­gu wy­pad­ków. Kto tyl­ko mógł, otwo­rzył ogień z bro­ni au­to­ma­tycz­nej. Ra­szi­do­wi do po­ko­na­nia zo­sta­ło naj­wy­żej sto me­trów. Przy obec­nej pręd­ko­ści ude­rzy we wro­ga za parę se­kund. Sznaj­der za­marł przed mo­ni­to­rem. Jego usta szep­ta­ły bez­gło­śną mo­dli­twę, z któ­rej do­sły­szeć się dało tyl­ko jed­no po­wta­rza­ją­ce się sło­wo: „kur­wa”. Na nic in­ne­go nie po­tra­fił się zdo­być.

Gdy już się wy­da­wa­ło, że Ra­szid do­pnie swe­go, peu­ge­ot zwol­nił, a na­stęp­nie cał­kiem się za­trzy­mał. De­to­na­cja ro­ze­rwa­ła fur­go­net­kę do­słow­nie se­kun­dę póź­niej. Z wiel­kie­go ob­ło­ku pyłu, jaki za­krył wi­dok, wzbił się w nie­bo słup bru­nat­ne­go dymu. Oko­li­ca pra­wie znik­nę­ła w ku­rza­wie. Sznaj­der po­czuł ukłu­cie za­wo­du w ser­cu. Cel nie zo­stał osią­gnię­ty. Któ­raś z wy­strze­lo­nych kul mu­sia­ła do­się­gnąć Ra­szi­da wcześ­niej. Szko­da. To by­ło­by pięk­ne roz­po­czę­cie ak­cji, a tak je­dy­nie wzmo­gli czuj­ność Izra­el­czy­ków i ich jan­ke­skich po­plecz­ni­ków. Po Ra­szi­dzie nie po­zo­stał na­wet ślad. Był czło­wiek i nie ma czło­wie­ka. Pora się ogar­nąć. To jesz­cze nie ko­niec. Bóg jest z tymi, któ­rzy są cier­pli­wi!

Te­raz ko­lej na Mu­ham­ma­da. Tym ra­zem obiek­tem, któ­ry na­le­ża­ło znisz­czyć, był po­ste­ru­nek ko­la­bo­ru­ją­cej z wro­giem chrze­ści­jań­skiej mi­li­cji, usta­wio­ny tuż przy wjeź­dzie do dziel­ni­cy za­miesz­ka­łej przez lud­ność nie­mu­zuł­mań­ską.

Mu­zuł­ma­nie nie­na­wi­dzi­li tej for­ma­cji szcze­gól­nie. Przed kil­ko­ma de­ka­da­mi, a do­kład­niej w 1982 roku, wła­śnie tacy lu­dzie wy­mor­do­wa­li w obo­zach Sa­bra i Sza­ti­la ty­sią­ce pa­le­styń­skich star­ców, ko­biet i dzie­ci. Wier­ni ni­g­dy o tym nie za­po­mnie­li. Resz­ta świa­ta ow­szem, bo opraw­cy byli chrze­ści­ja­na­mi, a nie krwio­żer­czy­mi is­la­mi­sta­mi.

Mu­ham­mad pro­wa­dził bia­łe­go sa­aba, la­wi­ru­jąc w wą­skich ulicz­kach. Z miej­sca kie­row­cy nie­wie­le wi­dział, ale zda­wał so­bie spra­wę, że je­śli utknie w blo­ka­dzie, całe pla­no­wa­nie szlag tra­fi.

Sznaj­der kciu­kiem zna­lazł ko­lej­ny nu­mer na smart­fo­nie.

– Skręć w lewo.

Same su­che fak­ty. Sku­pie­nie przede wszyst­kim.

– Dwie prze­czni­ce pro­sto.

Saab su­nął jak po sznur­ku.

– Zwol­nij.

Z bocz­nej ulicz­ki wy­je­chał jeep na­le­żą­cy do He­zbol­la­hu. Co do tego Ar­tur nie miał wąt­pli­wo­ści. Znał całą flo­tę po­jaz­dów bo­jow­ni­ków świę­tej woj­ny. I choć He­zbol­lah był or­ga­ni­za­cją szy­itów, to dziś im się upie­cze. Tym he­re­tyc­kim psom wy­mie­rzy spra­wie­dli­wość in­nym ra­zem.

– Do­bra, da­waj do przo­du, ale po­wo­li.

Na uli­cach po­ja­wia­ło się co­raz wię­cej prze­chod­niów, wśród któ­rych do­mi­no­wa­ły dzie­ci. Przy tego typu ope­ra­cjach za­wsze ist­nia­ło ry­zy­ko, że któ­reś z nich zo­sta­nie po­szko­do­wa­ne. Może na­le­ża­ło po­wie­dzieć ina­czej – one za­wsze sta­wa­ły się ofia­ra­mi, w ten czy inny spo­sób, ale tak się dzia­ło.

Nikt się tym szcze­gól­nie nie przej­mo­wał i on też nie za­mie­rzał. Wie­rzył głę­bo­ko, że każ­dy umie­ra wte­dy, kie­dy przy­cho­dzi na nie­go pora. Ktoś żyje sto lat. Pięk­nie. A pięć czy dzie­sięć? Trud­no. Taka wola Al­la­ha.

– Te­raz w pra­wo.

Jesz­cze dwie prze­czni­ce i saab znaj­dzie się przy po­ste­run­ku. Sznaj­der pod­cią­gnął dro­na wy­żej, żeby le­piej wi­dzieć plą­ta­ni­nę ulic. Szyb­ko się zo­rien­to­wał, że prze­jaz­du na te­ren osie­dla pil­nu­ją trzy opan­ce­rzo­ne Hu­mvee i trans­por­ter V-150 Com­man­do. Le­piej być nie mo­gło. Byle tego nie spie­przyć.

– Zwol­nij.

Mu­ham­mad wlókł się naj­wy­żej dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Do­brze. Tyle wy­star­czy. Nie ma co sza­leć. Bo­jów­ka­rze przy blo­ka­dzie już pew­nie wie­dzą, co się wy­da­rzy­ło parę mi­nut wcze­śniej, i sta­li się czuj­niej­si. I co z tego? Nic im to nie po­mo­że.

Przed sa­abem ostat­ni za­kręt i naj­wy­żej trzy­dzie­ści me­trów pro­stej. Straż­ni­cy na­wet się nie zo­rien­tu­ją, o co cho­dzi.

Ludz­kie fi­gur­ki na ekra­nie były nie­wie­le więk­sze od ro­ba­ków i Sznaj­de­ro­wi trud­no było od­róż­nić uzbro­jo­nych lu­dzi od cy­wi­lów. Przed punk­tem kon­tro­l­nym na pew­no sta­ła ko­lej­ka tych, któ­rzy pró­bo­wa­li do­stać się do bez­piecz­nej en­kla­wy. Kie­dy Mu­ham­mad do­je­dzie na miej­sce, zo­sta­ną z nich je­dy­nie strzę­py.

Nie­spo­dzie­wa­nie pro­wa­dzo­ny przez za­ma­chow­ca VBIED, czy­li Ve­hic­le-Bor­ne Im­pro­vi­sed Explo­si­ve De­vi­ce, za­trzy­mał się.

– Co się sta­ło?

– Nic.

– Do celu masz je­dy­nie parę me­trów.

– Wiem.

– Te­raz jest naj­lep­szy mo­ment.

Od­po­wiedź nie na­de­szła.

– Mu­ham­mad, po­słu­chaj mnie… – chciał po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale szyb­ko zo­rien­to­wał się, że roz­mo­wa zo­sta­ła prze­rwa­na. – Kur…

Ten skoń­czo­ny idio­ta w ostat­nim mo­men­cie wy­miękł. Za­miast za­krę­cić kie­row­ni­cą i wci­snąć gaz do de­chy, kre­tyn pew­nie na­ro­bił w spodnie. Za­raz wy­sią­dzie i pój­dzie opo­wie­dzieć wszyst­ko Izra­el­czy­kom. Wró­cić prze­cież nie może – tu do­rwą go i za­tłu­ką jak psa. Ina­czej być nie mo­gło.

Na­gle sa­mo­chód ru­szył. Kie­dy wy­ło­nił się zza za­krę­tu, sto­ją­cy naj­bli­żej za­czę­li ucie­kać, do­my­śla­jąc się, jaki jest jego cel.

Ser­ce w pier­si Sznaj­de­ra sta­nę­ło, by po chwi­li ru­szyć z głu­chym ło­mo­tem. Wy­da­rze­nia po­to­czy­ły się bły­ska­wicz­nie. Zda­je się, że tam­ci nie pod­ję­li naj­mniej­szej pró­by obro­ny. VBIED eks­plo­do­wał na­tych­miast, gdy wy­rżnął w opan­ce­rzo­ny po­jazd. Efekt był spek­ta­ku­lar­ny. Zmio­tło wszyst­ko w pro­mie­niu kil­ku­na­stu me­trów. Po­ste­ru­nek ob­ró­cił się gru­zy. Chwa­ła niech bę­dzie Naj­wyż­sze­mu! Mu­ham­mad speł­nił swój obo­wią­zek. Ofiar za­ma­chu mu­sia­ły być dzie­siąt­ki, do tego sprzęt: V-150 i Hu­mvee na złom. Taki suk­ces, i to za spra­wą jed­nej sta­rej oso­bów­ki, spo­rej ilo­ści tro­ty­lu i od­da­ne­go spra­wie czło­wie­ka. Bi­lans zy­sków był zde­cy­do­wa­nie ko­rzyst­ny. Przy­wód­cy na pew­no będą za­do­wo­le­ni.

Na ko­niec po­zo­stał Ja­mal. Ten z ko­lei cze­kał w po­wgnia­ta­nym nie­bie­skim fia­cie uno.

Po­lak skie­ro­wał dro­na na nową po­zy­cję.

– No, Ja­mal, te­raz two­ja ko­lej.

– Zro­zu­mia­łem.

Sznaj­der uśmiech­nął się pod no­sem. Tym ra­zem obiekt ata­ku znaj­do­wał się w ru­chu – były nim po­jaz­dy pa­tro­lu re­gu­lar­nie do­ko­nu­ją­ce­go ob­jaz­dów oko­licz­nych te­re­nów. Je­że­li roz­wa­lą choć je­den, za­blo­ku­ją ruch na szo­sie, a wte­dy ukry­ci w po­bli­żu bo­jow­ni­cy otwo­rzą ogień do znaj­du­ją­cych się na otwar­tej prze­strze­ni żoł­nie­rzy. Naj­waż­niej­sze to zgrać wszyst­ko w cza­sie. Pro­blem w tym, że na pa­trol na­le­ża­ło za­cze­kać. Mun­du­ro­wi po­ja­wia­li się nie­re­gu­lar­nie, co utrud­nia­ło dzia­ła­nie.

Kon­wój mógł nad­je­chać ze wscho­du lub z pół­no­cy, ko­lum­ną roz­cią­gnię­tą na kil­ka­set me­trów. Wozy pie­cho­ty, trans­por­te­ry Eitan, po­jaz­dy za­bez­pie­cze­nia tech­nicz­ne­go. W su­mie oko­ło dwu­dzie­stu ma­szyn, a w nich do osiem­dzie­się­ciu Ży­dów i ich ame­ry­kań­skich po­plecz­ni­ków. Nad nimi krą­żyć będą sztur­mo­we Apa­che, go­to­we roz­wa­lić każ­de­go, kto zro­bi krok w ich kie­run­ku.

Krót­ka in­for­ma­cja od jed­ne­go z da­lej wy­su­nię­tych ob­ser­wa­to­rów nie za­sko­czy­ła Sznaj­de­ra. Kon­wój nad­jeż­dżał z pół­no­cy. Dron po­now­nie zmie­nił po­zy­cję. Po­ziom na­ła­do­wa­nia aku­mu­la­to­ra wciąż był wy­so­ki. Tym Ar­tur nie mu­siał się przej­mo­wać. Wy­star­czy­ło nie­znacz­nie po­krę­cić ma­ni­pu­la­to­rem i oto na mo­ni­to­rze da­wa­ło się do­strzec dwa bi­ją­ce w nie­bo gę­ste słu­py dymu. Je­den suk­ces i jed­na po­raż­ka. Zo­ba­czy­my, co te­raz.

– Ja­mal, ru­szaj. Twoi to­wa­rzy­sze są już mę­czen­ni­ka­mi.

– Al­la­hu Ak­bar.

Fiat, ukry­ty do tej pory w cie­niu ogrom­nych cię­ża­ró­wek, wy­strze­lił w peł­ne słoń­ce i po chwi­li zmie­nił się w pę­dzą­cy ob­łok pyłu.

– Da­waj w lewo.

Nie było sen­su pchać się za­kor­ko­wa­ną szo­są. Tyl­ko bocz­ne dro­gi da­wa­ły szan­se na wy­mi­nię­cie za­to­ru.

– Pro­sto aż do skrzy­żo­wa­nia.

Oko ka­me­ry zo­sta­ło skie­ro­wa­ne na pół­noc, gdzie już wkrót­ce mia­ły po­ja­wić się po­jaz­dy wro­ga.

Ko­lum­na naj­czę­ściej omi­ja­ła bazę sze­ro­kim łu­kiem, pra­wie za­wsze obie­ra­jąc kie­ru­nek na za­chód, w stro­nę izra­el­skiej gra­ni­cy. Dziś pew­nie bę­dzie po­dob­nie.

– Ja­mal, już są.

Te­raz nie­wie­le za­le­ża­ło od nie­go. Chło­pak za pół mi­nu­ty sam uj­rzy prze­miesz­cza­ją­cy się od­dział, a wów­czas nie po­zo­sta­nie nic in­ne­go, jak…

– Cze­kaj.

Uwa­gę Sznaj­de­ra zwró­cił au­to­bus po­ru­sza­ją­cy się mniej wię­cej w środ­ku ko­lum­ny. O co tu mo­gło cho­dzić? Na pew­no nie było w nim żoł­nie­rzy, bo tych upcha­no by w trans­por­te­rach. Je­że­li jest au­to­bus, to w środ­ku mogą być je­dy­nie cy­wi­le. Tyl­ko jacy? Na pew­no waż­ni. Pierw­szy­mi lep­szy­mi nie za­wra­ca­no by so­bie gło­wy.

– Ja­mal, je­że­li jest to moż­li­we, ce­luj w au­to­bus. Je­dzie jako szó­sty w kon­wo­ju. Zro­zu­mia­łeś?

– Tak.

Nie miał pew­no­ści, czy robi do­brze. Chciał je­dy­nie wy­ko­rzy­stać nada­rza­ją­cą się oka­zję.

Na­brał po­wie­trza w płu­ca i po­wo­li je wy­pu­ścił. W tym cza­sie fiat pro­wa­dzo­ny przez Ja­ma­la wy­mi­nął su­ną­cą po­wo­li cy­ster­nę i na­bie­rał pręd­ko­ści.

Sznaj­der wy­re­gu­lo­wał ob­raz. Dron ope­ro­wał na wy­so­ko­ści trzy­stu pięć­dzie­się­ciu me­trów, a to po­zwa­la­ło ob­jąć ka­drem dość duży ob­szar bez ko­niecz­no­ści czę­ste­go ma­new­ro­wa­nia. Sieć dro­go­wa była w tym re­jo­nie cał­kiem do­brze roz­wi­nię­ta. Sza­re kre­chy prze­ci­na­ły się w paru miej­scach, two­rząc coś na kształt ol­brzy­miej plan­szy. Nie­któ­re ze szla­ków były za­tło­czo­ne, inne nie. Wszyst­ko za­le­ża­ło od tego, do­kąd pro­wa­dzi­ły. Trakt, któ­rym po­dą­żał pa­trol, wy­da­wał się aku­rat naj­mniej uczęsz­cza­ny. Sko­ro ostat­ni cel zo­stał na­mie­rzo­ny, nie­co ob­ni­żył pu­łap kwa­dro­kop­te­ra, żeby cała ak­cja była le­piej wi­docz­na na na­gra­niu. Wy­star­czy póź­niej od­po­wied­nio zmon­to­wać, pod­ło­żyć dźwięk i pu­ścić ca­łość w In­ter­ne­cie – bę­dzie ko­lej­ny hit. Nich Ży­dzi wie­dzą, z kim za­dar­li.

Sa­mo­chód Ja­ma­la rwał do przo­du, co rusz wy­mi­ja­jąc wol­niej­szych użyt­kow­ni­ków dro­gi. Nie­po­trzeb­nie zwra­cał w ten spo­sób na sie­bie uwa­gę.

– Nie pędź tak.

Ja­mal, na­wet je­że­li usły­szał we­zwa­nie, nie od­po­wie­dział.

– Po­słu­chaj…

Dal­sze prze­mo­wy nie mia­ły więk­sze­go sen­su. Izra­el­ski kon­wój był już na wy­cia­gnię­cie ręki.

A oto i żół­ty, szkol­ny au­to­bus wy­róż­nia­ją­cy się wśród woj­sko­wych po­jaz­dów jak pu­del na po­ka­zie psów obron­nych.

Je­że­li się nie my­lił, to fiat nie­co zwol­nił, gdy zna­lazł się na wy­so­ko­ści pierw­sze­go wozu eskor­ty.

Sznaj­der ner­wo­wo prze­łknął śli­nę. Nie raz i nie dwa za­sta­na­wiał się jak to jest za kie­row­ni­cą VBIED-a albo z pa­sem sza­hi­da na so­bie, gdy cze­ka się na od­po­wied­nią oka­zję. Wie­rzył, że Al­lah przyj­mie go do raju, ale… No, wła­śnie, to małe „ale”, gdy roz­wa­żał wszyst­kie za i prze­ciw. W wal­ce, choć­by naj­bar­dziej krwa­wej, za­wsze są ja­kieś szan­se. W tym przy­pad­ku nie. Zgi­nie tak czy ina­czej. Ze swo­imi wąt­pli­wo­ścia­mi wo­lał się nie zdra­dzać. Co po­wie imam, gdy pój­dzie do nie­go z ta­kim pro­ble­mem? Na­wet nie chciał o tym my­śleć.

– Przed tobą.

Nie mu­siał tego mó­wić. Ja­mal nie był prze­cież śle­py. Fiat prze­ciął li­nię od­dzie­la­ją­cą oba pasy dro­gi i wbił się pod ką­tem w szkol­ny we­hi­kuł. Jego kie­row­ca nie zdą­żył na­wet za­re­ago­wać. Z obu ma­szyn po­zo­sta­ły ro­ze­rwa­ne wra­ki. Wy­gry­wa­li 2:1. Chwa­ła Naj­wyż­sze­mu.

Nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak wy­lą­do­wać dro­nem w naj­bliż­szym miej­scu, z któ­re­go bę­dzie go moż­na za­brać. On swo­je zro­bił, uni­ce­stwia­jąc dziś całą masę wro­gów. Nikt nie mógł po­wie­dzieć, że było ina­czej. Za­praw­dę; Bóg nie mi­łu­je na­jeźdź­ców! Czas na po­łu­dnio­wą mo­dli­twę.

***

Ram­zan Sza­mi­lew cięż­ko wes­tchnął. Ten czter­dzie­sto­ośmio­let­ni męż­czy­zna z ogo­lo­ną na łyso gło­wą i dłu­gą ciem­ną bro­dą prze­pla­ta­ną si­wy­mi nit­ka­mi nie dzi­wił się już ni­cze­mu. Na tym świe­cie żył do­sta­tecz­nie dłu­go, wi­dział nie­jed­no, sły­szał wie­le i był na tyle roz­sąd­ny, by wie­dzieć, że wszyst­ko, do cze­go do­szedł, za­wdzię­cza Naj­wyż­sze­mu.

Po­cho­dził z Ka­za­nia, gdzie skoń­czył szko­łę po­wszech­ną i ko­ra­nicz­ną, a na­stęp­nie wy­je­chał na stu­dia do Ara­bii Sau­dyj­skiej. Dla osób tak uzdol­nio­nych jak on wład­ca pu­styn­ne­go kró­le­stwa fun­do­wał spe­cjal­ne sty­pen­dia, a Ram­zan za­ła­pał się na nie bez naj­mniej­szych trud­no­ści. Przez dwa lata cięż­ko pra­co­wał. Ry­so­wa­ły się przed nim pięk­ne per­spek­ty­wy. Był mło­dy i zdol­ny. Z ta­kim każ­dy chce współ­pra­co­wać.

Gdy wy­siadł z sa­mo­lo­tu w Mo­skwie i ode­tchnął po­wie­trzem ro­dzin­ne­go kra­ju, zo­stał za­trzy­ma­ny i zre­wi­do­wa­ny. Funk­cjo­na­riu­sze Fe­de­ral­nej Służ­by Bez­pie­czeń­stwa obe­szli się z nim do­syć ob­ce­so­wo. Z go­tów­ki za­bra­li po­ło­wę, wy­ja­śnia­jąc, że to na po­czet opłat lot­ni­sko­wych. Parę pa­mią­tek, w tym dy­wa­nik mo­dli­tew­ny, też zmie­ni­ło wła­ści­cie­la. Prze­łknął znie­wa­gę, za­cho­wu­jąc spo­kój. Naj­waż­niej­sze, że wró­cił do domu.

Ostrzej­sze szy­ka­ny spa­dły na nie­go parę mie­się­cy póź­niej, gdy już zdo­był gro­no zwo­len­ni­ków. Miał ra­dy­kal­ne po­dej­ście do re­li­gii. Nie było w nim miej­sca na ja­kie­kol­wiek niu­an­se. Uzna­wał wa­ha­bizm wy­łącz­nie w naj­czyst­szej po­sta­ci – i może dla­te­go nie spo­tkał się z do­brym przy­ję­ciem władz. Raz i dru­gi wy­lą­do­wał w aresz­cie. Ja­sną, acz de­li­kat­ną su­ge­stię, by się w koń­cu uspo­ko­ił, pu­ścił mimo uszu. Był prze­cież gło­sem Boga. Byle urzęd­ni­czy­na ust mu nie za­mknie. Wte­dy po raz pierw­szy zo­stał po­bi­ty. Na­pa­dli go zwy­kli miej­sco­wi ban­dy­ci na usłu­gach po­li­cji czy też służ­by bez­pie­czeń­stwa. W szpi­ta­lu wy­lą­do­wał na trzy ty­go­dnie. To wy­star­cza­ją­co dużo cza­su na prze­my­śle­nia. Zła­ma­na szczę­ka i nos były wy­raź­niej­szym ostrze­że­niem. Je­śli nie od­pu­ści, na­stęp­ne­go razu nie prze­ży­je. Miał to jak w ban­ku.

Przez ko­lej­ne mie­sią­ce nie ru­szał się bez ochro­ny. I tak to się wła­ści­wie za­czę­ło. Naj­bliż­si współ­pra­cow­ni­cy, oczy­wi­ście wraz z nim, zo­sta­li wkrót­ce oskar­że­ni o stwo­rze­nie nie­le­gal­nej, eks­tre­mi­stycz­nej or­ga­ni­za­cji, ma­ją­cej na celu oba­le­nie pra­wo­wi­tych władz. Pro­ces za­koń­czył się po ty­go­dniu, a Sza­mi­lew do­stał pół­to­ra roku ko­lo­nii kar­nej.

Ko­muś, kto nie zna re­aliów, mo­gło­by się wy­da­wać, że to nic ta­kie­go. W rze­czy­wi­sto­ści to obóz pra­cy z sa­dy­stycz­ny­mi straż­ni­ka­mi i współ­więź­nia­mi ma­ją­cy­mi ocho­tę uto­pić czło­wie­ka w łyż­ce wody.

O dzi­wo, Ram­zan wy­szedł z tego do­świad­cze­nia wzmoc­nio­ny. Je­że­li wcze­śniej my­ślał, że jego wia­ra jest go­rą­ca, to obóz po­ka­zał mu, jak bar­dzo się my­lił. I ukształ­to­wał go na nowo. Sta­ry Sza­mi­lew od­szedł, na­ro­dził się nowy, no­szą­cy w ser­cu czy­stą nie­na­wiść. Wróg zo­stał ja­sno okre­ślo­ny. Mało kto zda­je so­bie spra­wę, że to nie me­dre­sy two­rzą re­li­gij­nych fa­na­ty­ków, a wła­śnie wię­zie­nia i ko­lo­nie jak ta, w któ­rej zamk­nię­to Ram­za­na. Prze­moc kró­lo­wa­ła w nich na każ­dym kro­ku, przy czym mu­zuł­ma­nów szy­ka­no­wa­no szcze­gól­nie moc­no. Spo­sób uciecz­ki przed tym był tyl­ko je­den – na­le­ża­ło przy­łą­czyć się do ja­kieś gru­py, a wte­dy bez oba­wy dało się iść pod prysz­nic. Licz­ba wy­znaw­ców Al­la­ha była w ko­lo­nii na tyle duża, że pra­wo­sław­ni omi­ja­li ich z da­le­ka, a na­wet po­dzi­wia­li – oni nie byli tak zgra­ni. Nie­któ­rym na­wet spodo­ba­ły się za­sa­dy wia­ry i prze­cho­dzi­li na is­lam. To wła­śnie spo­śród kon­wer­ty­tów wy­wo­dzi­li się naj­bar­dziej za­ja­dli wro­go­wie Krem­la. Od dziec­ka przy­zwy­cza­je­ni do bru­tal­no­ści, pod wpły­wem Ko­ra­nu sta­wa­li się dżi­ha­dy­sta­mi. Ich bez­na­dziej­ne ży­cie w koń­cu na­bie­ra­ło sen­su. Ram­za­no­wi uda­ło się prze­ko­nać wie­le ta­kich za­gu­bio­nych du­szy­czek.

Po od­siad­ce wy­je­chał z Ro­sji. Ni­g­dzie dłu­go nie za­grzał miej­sca. Wie­dział, w czym jest do­bry. Miał dar. Tego aku­rat był pew­ny. Mało kto po­tra­fił tak pięk­nie mó­wić o Bogu jak on.

W koń­cu po­je­chał na woj­nę i wal­czył z nie­wier­ny­mi w Sy­rii i Ira­ku. Nie zwią­zał się z Pań­stwem Is­lam­skim, tyl­ko z Fron­tem al-Nu­sra, któ­ry wkrót­ce prze­kształ­cił się w Ha­jat Tah­rir asz-Szam.

Jako ko­men­dant po­lo­wy nie wy­róż­niał się ni­czym nad­zwy­czaj­nym, ale też i nie do­znał spek­ta­ku­lar­nej po­raż­ki. Wkrót­ce stał się na tyle moc­ny, że za­czął two­rzyć wła­sny od­dział, je­dy­nie for­mal­nie pod­po­rząd­ko­wa­ny Al-Ka­idzie.

Oprócz Sy­ryj­czy­ków i Ira­kij­czy­ków w jego sze­re­gi wstę­po­wa­li miesz­kań­cy Tu­ne­zji, Egip­tu, Pa­ki­sta­nu, a wca­le licz­ną gru­pę two­rzy­li przy­by­sze z Eu­ro­py Za­chod­niej i Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej. Nie bra­ko­wa­ło Cze­cze­nów, In­gu­szów, Uz­be­ków i Ta­ta­rów – ist­na mię­dzy­na­ro­dów­ka. Po­nad ty­siąc bo­jow­ni­ków oraz sto czoł­gów i po­jaz­dów pan­cer­nych, nie li­cząc po­zo­sta­łe­go sprzę­tu, w wa­run­kach sy­ryj­skiej woj­ny do­mo­wej sta­no­wi­ło zna­czą­cą siłę. Szyb­ko po­ja­wi­li się so­jusz­ni­cy, ale za­cie­kłych wro­gów też nie za­bra­kło. Do tych ostat­nich za­li­czyć moż­na było szy­ic­kie mi­li­cje współ­pra­cu­ją­ce z Ba­sza­rem al-Asa­dem i woj­ska sa­me­go pre­zy­den­ta. Da­esz zra­zu chciał je so­bie pod­po­rząd­ko­wać, a gdy się to nie uda­ło, do­szło na­wet do paru zbroj­nych in­cy­den­tów, jed­nak wo­bec nie­po­wo­dzeń is­la­mi­stów na fron­cie wkrót­ce za­nie­cha­no ta­kich prak­tyk. W koń­cu Sza­mi­lew też był dżi­ha­dy­stą, wca­le nie mniej fa­na­tycz­nym od Al-Ba­gh­da­die­go.

Praw­dzi­wy prze­łom na­stą­pił do­pie­ro wte­dy, gdy z woj­ny wy­co­fa­ła się ko­ali­cja państw za­chod­nich. Na pla­cu boju po­zo­sta­ły Tur­cja i Iran. Kon­flikt w Sy­rii nie wy­gasł, choć stra­cił na in­ten­syw­no­ści. Wy­glą­da­ło na to, że jego uczest­ni­cy zbie­ra­ją siły przed osta­tecz­ną kon­fron­ta­cją. Bez wspar­cia Ro­sji Al-Asad prak­tycz­nie nie miał szans na zdła­wie­nie re­be­lii, a bun­tow­ni­cy byli zbyt sła­bi, aby do­paść Ba­sza­ra. An­ka­ra za to po­czu­ła wiatr w ża­glach. Taka oka­zja mo­gła się już nie po­wtó­rzyć. Jed­nym ude­rze­niem zmiaż­dży­ła Gre­cję, od­wiecz­ne­go ry­wa­la. Tyl­ko po co? Gre­cja nic nie zna­czy­ła, a jej oku­pa­cja może do­pro­wa­dzić do nie­po­trzeb­ne­go roz­pro­sze­nia sił. Wcze­śniej na po­łu­dniu na­le­ża­ło roz­gro­mić Kur­dów. Ram­zan po­tra­fił prze­wi­dzieć, co zro­bi tu­rec­ki przy­wód­ca Su­lej­man Dżab­bar. Naj­pierw na ce­low­ni­ku znaj­dzie się PPK i YPG, póź­niej ro­po­no­śne pola Baku, a na ko­niec albo Izra­el, albo Ro­sja. Tyl­ko czy Dżab­bar wie, że to zbyt wiel­ki ka­wa­łek tor­tu jak dla nie­go? Może go ugryźć, ale ra­czej nie prze­łknie.

W su­mie nie jego pro­blem. Ja­kieś kro­ki wcze­śniej czy póź­niej Tur­cy po­dej­mą, zaś ar­ma­ge­don, jaki wów­czas na­stą­pi, spra­wi, że ru­nie cały do­tych­cza­so­wy po­rzą­dek świa­ta.

Ram­zan z uwa­gą śle­dził wy­da­rze­nia po­li­tycz­ne, wie­dząc, że nie­po­ko­je w jed­nym kra­ju na­tych­miast od­bi­ja­ją się na in­nych. Na przy­kład nie­daw­na in­ter­wen­cja Pol­ski w Ru­mu­nii spra­wi­ła, że Ber­lin na­gle spu­ścił z tonu. Mo­gło­by się wy­da­wać, że bę­dzie od­wrot­nie. Ram­zan nie do koń­ca wie­dział, o co w tym cho­dzi­ło, ale ja­kieś prze­ło­że­nie ist­nia­ło. Afe­ra na pół Eu­ro­py, nie­mniej War­sza­wa twar­do trzy­ma­ła się swo­jej wer­sji wy­pad­ków, a wła­dze ru­muń­skie więk­sze­go au­to­ry­te­tu nie mia­ły. Zresz­tą to, co zro­bi­li Po­la­cy, było wła­ści­wie ni­czym w po­rów­na­niu z tym, co dzia­ło się tuż pod bo­kiem Ram­za­na i w czym sam brał udział.

Ostat­nia ak­cja prze­ciw­ko Ży­dom nie za­koń­czy­ła się ta­kim suk­ce­sem, jak po­win­na. Ugo­dzi­li do­tkli­wie, z tym że… nie do koń­ca o to cho­dzi­ło. Spra­wa roz­wa­le­nia szkol­ne­go au­to­bu­su bę­dzie się za nimi cią­gnąć mie­sią­ca­mi. Jak ofi­cjal­nie po­da­no, ewa­ku­owa­no nim dzie­ci wraz z opie­ku­na­mi z sie­ro­ciń­ca opo­dal Sab­sa­by. W za­ma­chu zgi­nę­ło osiem­na­ścio­ro z nich i co gor­sza, nie były to dzie­ci ży­dow­skie, ale arab­skie, prze­wo­żo­ne do stre­fy za­mknię­tej. Wy­szło na to, że za­bi­li nie tych, co trze­ba. Per­fid­ni Ży­dzi!

Czło­wiek, któ­ry na­pro­wa­dzał sza­hi­dów, chciał jak naj­le­piej. To do­świad­czo­ny bo­jow­nik, je­den z tych, któ­rzy nie cof­ną się przed ni­czym. Po­dob­no te­raz od­wa­li­ło mu jesz­cze bar­dziej. Nie­wy­klu­czo­ne, że sam usią­dzie za kie­row­ni­cą VBIED-a i po­gna w stro­nę wro­ga. Jak się wy­da­wa­ło, to po­czu­cie winy było jego głów­ną siłą na­pę­do­wą.

Jak on się na­zy­wał? Sznaj­der. Po­dob­no był Po­la­kiem. Dziw­ne. Na­zwi­sko ra­czej wska­zy­wa­ło na Niem­ca. Zresz­tą i z jed­ny­mi, i z dru­gi­mi trud­no dojść do ładu. Nie­waż­ne, nie jego spra­wa.

Ram­zan po­tarł za­ro­śnię­ty po­li­czek. Może jed­nak nie do koń­ca było tak, jak my­ślał. Chęt­nych do sa­mo­bój­czych ata­ków ni­g­dy nie bra­ko­wa­ło. Ara­bów miał na pęcz­ki, ale nie­wie­lu z nich po­sia­da­ło po­ten­cjał Po­la­ka. Szko­da mar­no­wać taki ta­lent do nic nie­zna­czą­cej ak­cji. Paru mar­twych Ży­dów ni­cze­go tu nie zmie­ni.

Sza­mi­lew róż­nił się od in­nych dżi­ha­dy­stów tym, że do Ży­dów i Ame­ry­ka­nów nie czuł za­pie­kłej nie­na­wi­ści. Ow­szem, byli wro­ga­mi, któ­rych na­le­ża­ło znisz­czyć, to zro­zu­mia­łe, ale pa­stwie­nie się nad ran­ny­mi czy jeń­ca­mi? Tego nie to­le­ro­wał. Naj­więk­szą nie­chęć ży­wił do Ro­sjan. To prze­cież oni wy­gna­li go z kra­ju.

Na myśl o tym mu­siał wstać i zro­bić parę kro­ków, aby się nie­co uspo­ko­ić. Kie­dyś wró­ci i wte­dy im po­ka­że. Set­ki tych, któ­rzy dziś są wraz z nim, pój­dą na nową woj­nę. Obec­ny pre­zy­dent Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej był za­le­d­wie cie­niem po­przed­ni­ka. Ma­jąc na gło­wie masę in­nych pro­ble­mów, moc­no zre­du­ko­wał wy­dat­ki na woj­sko. Zresz­tą cze­go by nie zro­bił, i tak kraj pę­kał w szwach. Na dłuż­szą metę ta­kie­go gi­gan­ta nie da­wa­ło się utrzy­mać w do­tych­cza­so­wych gra­ni­cach. W koń­cu się roz­le­ci. A on, Sza­mi­lew, bę­dzie jed­nym z re­ży­se­rów tego spek­ta­klu.

***

– Nie są­dzi pan, że to dość ry­zy­kow­ne po­su­nię­cie? – Ma­jor Avram Yacow­lew ko­lej­ny raz prze­glą­dał ze­staw zdjęć lot­ni­czych na lap­to­pie. – Tu wszę­dzie są obiek­ty cy­wil­ne. Jak to bę­dzie wy­glą­dać w te­le­wi­zji? Znów po­wie­dzą, że za­bi­ja­my ko­bie­ty i dzie­ci.

– Mar­twi to pana?

– Tro­chę. – Yacow­lew uniósł wzrok. Nie prze­pa­dał za ty­pa­mi z wy­wia­du, a ten su­kin­syn wy­da­wał się wy­jąt­ko­wo wred­ny. – Tyle się ostat­nio mó­wi­ło o no­wym pro­ce­sie po­ko­jo­wym – wes­tchnął. – Jak moi pi­lo­ci wy­sy­pią ła­dun­ki, nie po­zo­sta­nie tam ka­mień na ka­mie­niu.

– Pan w to wie­rzy?

– W co?

– W ten pro­ces po­ko­jo­wy. Któ­ry to już z ko­lei? – Ga­briel Lip­schitz się­gnął po pacz­kę pa­pie­ro­sów tkwią­cą w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki, wy­jął jed­ne­go i od­pa­lił za­pal­nicz­kę.

– Stra­ci­łem ra­chu­bę.

– Sam pan wi­dzi. – Na twa­rzy Lip­schit­za dało się do­strzec cień uśmie­chu. – Per­spek­ty­wy nie są do­bre. Wła­ści­wie to z kim mamy roz­ma­wiać? Z ja­ki­miś wa­taż­ka­mi? Ci i tak ni­g­dy nie sią­dą z nami do sto­łu ro­ko­wań. Ba­szar kom­plet­nie nic nie zna­czy. Wszyst­ko po­mię­dzy Da­masz­kiem a Bag­da­dem to je­den wiel­ki syf. Jor­da­nia trzy­ma się na sło­wo ho­no­ru, po­dob­nie jak Egipt.

Ob­łok aro­ma­tycz­ne­go dymu po­szy­bo­wał do góry.

– Na po­łu­dniu mamy Sau­dów. Bro­da­cze ko­cha­ją nas tak bar­dzo, że naj­chęt­niej za­du­si­li­by w uści­sku. Da­lej Afga­ni­stan, Pa­ki­stan, do wy­bo­ru do ko­lo­ru.

– A jaki ma to zwią­zek z na­lo­tem?

– W za­sa­dzie ża­den. – Ofi­cer wy­wia­du na­dal uśmie­chał się iro­nicz­nie. – Oni i tak nas nie­na­wi­dzą. Więk­szość ma­ga­zy­nów bro­ni, obo­zów woj­sko­wych i cen­trów do­wo­dze­nia tych tak zwa­nych bo­jow­ni­ków ulo­ko­wa­no w szko­łach i szpi­ta­lach. Zresz­tą po co ja to panu mó­wię. Sam pan wie, ma­jo­rze, jak jest. Oni to ro­bią spe­cjal­nie. Do nie­daw­na mia­ło to na­wet sens. Li­be­ral­ni dzien­ni­ka­rze tyl­ko cze­ka­li na ta­kie zda­rze­nie. Te­raz nie ob­cho­dzi­my pra­wie ni­ko­go. Ni­ko­go. Cały Za­chód ma w du­pie Izra­el. Nie­wie­lu nas lubi, więk­szość nie­na­wi­dzi, boją się pra­wie wszy­scy, a to dla­te­go, że dys­po­nu­je­my od­po­wied­nią siłą. Oni… – Lip­schitz wska­zał pal­cem za okno. – Obo­jęt­nie, czy w Da­masz­ku, Ka­irze czy Ri­ja­dzie wie­dzą, że w ra­zie ko­niecz­no­ści po­tra­fi­my moc­no przy­wa­lić. Może i nie bę­dzie Tel Awi­wu, ale z ich kra­jów tak­że nic nie zo­sta­nie. A cy­wi­le? Kogo oni tak na­praw­dę ob­cho­dzą?

– Nie­mniej dla mnie i dla nie­któ­rych mo­ich pi­lo­tów to pro­blem.

– Pan się za bar­dzo przej­mu­je.

– Może.

– Wszyst­ko, co panu po­ka­za­łem, ma dru­go­rzęd­ne zna­cze­nie. – Lip­schitz jed­nym ru­chem pal­ca za­mknął zdję­cia na ekra­nie i wy­świe­tlił nowy plik. – Wie pan, kto to jest?

– Nie.

– Na­zy­wa się Ram­zan Sza­mi­lew. Z po­cho­dze­nia jest Ta­ta­rem. Wie pan, to taka na­cja…

– Moja ro­dzi­na po­cho­dzi z Ro­sji, więc może pan so­bie da­ro­wać te dy­gre­sje.

– Oczy­wi­ście, prze­pra­szam. Są­dzi­my, że ten czło­wiek jest od­po­wie­dzial­ny za atak na kon­wój woj­sko­wy pod Bajt Dżinn, trzy dni temu.

– Na­praw­dę?

– To nie­bez­piecz­ny fa­na­tyk.

– Jak bar­dzo?

– Tak bar­dzo, że bar­dziej się już nie da. – Lip­schitz omal nie zgrzyt­nął zę­ba­mi. – Jest z tej no­wej ge­ne­ra­cji ter­ro­ry­stów, któ­rzy nie zwa­ża­ją na kosz­ty, a ży­cie ludz­kie jest dla nich war­te mniej niż splu­nię­cie. To już nie są de­ta­li­ści śmier­ci. Dzie­się­ciu za­bi­tych nie­wie­le dla nich zna­czy. Stu, albo i dwu­stu, to jest od­po­wied­nia ska­la. Pan pa­mię­ta lata sie­dem­dzie­sią­te? – Py­ta­nie było czy­sto re­to­rycz­ne. – Taka RAF bądź Czer­wo­ne Bry­ga­dy skła­da­ły się z naj­wy­żej kil­ku­na­stu ban­dzio­rów, któ­rzy strze­la­li i pod­kła­da­li bom­by. Cała resz­ta zaj­mo­wa­ła się lo­gi­sty­ką, chro­niąc tył­ki tym na­praw­dę groź­nym su­kin­sy­nom. Dziś mamy do czy­nie­nia z ca­ły­mi ar­mia­mi. Bra­ku­je im tyl­ko lot­nic­twa, choć nie­dłu­go może i to się zmie­ni. Nie mó­wię tu o sa­mo­lo­tach bo­jo­wych, ale śmi­głow­ce czy ma­szy­ny spor­to­we są w ich za­się­gu.

– A pi­lo­ci?

– Tym moż­na za­pła­cić. Na­jem­ni­ków prze­cież nie bra­ku­je. Ilu jest w Eu­ro­pie bez­ro­bot­nych go­to­wych brać pie­nią­dze od is­la­mi­stów?

– No nie wiem.

– Ty­sią­ce.

– Pi­lo­tów? Tu pan chy­ba lek­ko prze­sa­dził.

– Wiem, co mó­wię. – Lip­schitz od­chy­lił się do tyłu. – Nie da­lej jak w ze­szłym ty­go­dniu zo­sta­łem za­pro­szo­ny do Lon­dy­nu.

Twarz lot­ni­ka stę­ża­ła. On też pa­mię­tał Lon­dyn. Trzy lata temu był tam z żoną. Wy­da­wa­ło mu się, że są szczę­śli­wą parą. Pół roku póź­niej jego mał­żeń­stwo le­gło w gru­zach. Sa­rah naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ode­szła do in­ne­go. Ze wszyst­kich przy­krych słów, ja­kie wów­czas pa­dły, te, że jest nud­ny i że cią­gle nie ma go w domu, na­le­ża­ły do naj­ła­god­niej­szych. Roz­wód prze­żył bar­dzo źle, wła­ści­wie do tej pory czuł go­rycz w ser­cu. Za­wsze był dla niej wy­ro­zu­mia­ły, po­zwa­la­jąc w za­sa­dzie na wszyst­ko. Miał inne wyj­ście? Jak skoń­czo­ny kre­tyn wciąż no­sił jej zdję­cie w port­fe­lu.

– Czy pan mnie słu­cha?

– Prze­pra­szam. Za­my­śli­łem się.

Już po sa­mej mi­nie pi­lo­ta Lip­schitz po­znał, że coś jest nie tak. U ofi­ce­ra tej ran­gi wa­ha­nia na­stro­ju nie były do­brym zna­kiem. Fa­ce­ta ewi­dent­nie tra­pił ja­kiś pro­blem. Nie­ste­ty, z akt nic nie wy­ni­ka­ło. Ta­kich jak on na świe­cie są mi­lio­ny. Na swój spo­sób Lip­schitz też się do nich za­li­czał.

– Przed­sta­wio­no sta­ty­sty­ki. – Ga­briel wró­cił do prze­rwa­ne­go wąt­ku. – Nie te ofi­cjal­ne, gdzie prze­stęp­stwa o cha­rak­te­rze ra­so­wym i re­li­gij­nym pró­bu­je się za­mieść pod dy­wan, ale te praw­dzi­we.

– I co z nich wy­ni­ka­ło?

Lip­schitz wes­tchnął.

– Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent wszyst­kich prze­stępstw do­ko­nu­ją wy­znaw­cy Al­la­ha. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent, pan to ro­zu­mie? An­glia już nie na­le­ży do An­gli­ków, tyl­ko do mu­zuł­ma­nów. Po­dob­nie wy­glą­da to we Fran­cji, Wło­szech, Au­strii czy Szwe­cji. Za pięć­dzie­siąt lat chrze­ści­ja­nie zo­sta­ną wy­tę­pie­ni.

– Te twier­dze­nia są tro­chę na wy­rost. Mówi się o tym od daw­na, ale nie może być aż tak źle.

– W rze­czy­wi­sto­ści jest jesz­cze go­rzej. – Tym ra­zem to Lip­schitz spo­chmur­niał. – Kwe­stia naj­wy­żej paru lat, kie­dy to wszyst­ko pier­dol­nie.

– Co pan chce przez to po­wie­dzieć?

Ga­briel mil­czał, cięż­ko od­dy­cha­jąc, zu­peł­nie jak­by był pod­łą­czo­ny do re­spi­ra­to­ra.

– Do­brze, nie będę na­ci­skał.

– Eli­mi­na­cja ta­kich osób jak Sza­mi­lew jest szcze­gól­nie waż­na. – Ofi­cer wy­wia­du w koń­cu się ode­zwał. – Ci lu­dzie pa­trzą da­lej i wi­dzą tam rze­czy, o któ­rych my nie mamy po­ję­cia.

Fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ją­ca wa­taż­kę była nie­ostra. Sza­mi­le­wa ozna­czo­no na niej czar­nym kół­kiem, tak aby wy­róż­nić go spo­śród kil­ku in­nych sto­ją­cych obok lu­dzi.

– To świe­że zdję­cie?

– Sprzed dwóch lat. Przy­pad­ko­wo zro­bił je pe­wien dzien­ni­karz, cho­dzi­ło mu o ko­goś zu­peł­nie in­ne­go. Do­pie­ro pod­czas ana­li­zy oka­za­ło się, że jest tu parę in­te­re­su­ją­cych po­sta­ci. Na przy­kład ten... – Lip­schitz wska­zał na bro­da­cza w czar­nej dża­la­bi­ji. – Wy­sa­dził się parę mie­się­cy póź­niej w Alep­po, za­bie­ra­jąc ze sobą ze trzy­dzie­stu żoł­nie­rzy Asa­da. Ten po le­wej – sie­dzi. Przy­mknę­li go Fran­cu­zi, gdy pla­no­wał atak na elek­trow­nię ato­mo­wą we Fla­ma­nvil­le.

– In­te­re­su­ją­ce.

– Praw­da?

– A gdzie ukry­wa się ten…?

– Sza­mi­lew? Ma bazę w po­bli­żu Kafr Ha­war i to wła­śnie bę­dzie pań­ski cel.

Ko­lej­ne zdję­cie przed­sta­wia­ło za­bu­do­wa­nia wśród nie­wy­so­kich wzgórz po­kry­tych drzew­ka­mi oliw­ny­mi. Do domu i bu­dyn­ków go­spo­dar­czych do­cho­dzi­ła tyl­ko jed­na dro­ga.

– Tu mie­ści się sztab. Tu albo za­raz obok.

– Oni mają ja­kąś na­zwę czy to zwy­kła przy­bu­dów­ka Al-Ka­idy?

– Świa­tłość Dnia.

– Słu­cham? – Po raz pierw­szy od dłuż­szej chwi­li Yacow­lew wy­ka­zał za­in­te­re­so­wa­nie.

– Dziw­ne, praw­da?

– I to jesz­cze jak.

– Prze­waż­nie to ja­kaś Ar­mia Pod­bo­ju czy też pro­ste od­wo­ła­nie do re­li­gii. Tych po­nio­sło bar­dziej niż po­zo­sta­łych.

– Te­ren wy­da­je się do­syć roz­le­gły.

– Po­mysł jest taki, aby nie ude­rzać kon­wen­cjo­nal­ny­mi bom­ba­mi.

– A czym?

– CBU-55.

***

Wła­ści­wie wszyst­ko jest funk­cją cza­su i prze­strze­ni. Ma­jor Avram Yacow­lew wie­dział o tym do­brze, ina­czej nie mógł­by peł­nić funk­cji do­wód­cy eska­dry ude­rze­nio­wych F-15 Ra’am.

Je­że­li na­lot się uda, wy­eli­mi­nu­ją groź­ne­go ter­ro­ry­stę wraz z licz­nym gro­nem współ­pra­cow­ni­ków.

Za­kła­da­jąc, że wy­wiad do­brze wy­ko­nał swo­je za­da­nie. Cał­kiem praw­do­po­dob­ne, że w sze­re­gach or­ga­ni­za­cji był agent.

Fa­na­ty­ków ta­kich jak Sza­mi­lew na­le­ża­ło eli­mi­no­wać, za­nim ci wy­tną ja­kiś grub­szy nu­mer. Pod tym wzglę­dem Yacow­lew cał­ko­wi­cie zga­dzał się z Lip­schit­zem. Sko­ro wy­wiad twier­dził, że jest groź­ny, to zna­czy, że tak jest.

Ra’am ode­rwał się od pasa star­to­we­go lot­ni­ska Ra­mat Da­wid nie­ca­łe dwie mi­nu­ty wcze­śniej. Od celu dzie­li­ło go ja­kieś dwie­ście ki­lo­me­trów. Po­waż­nych pro­ble­mów się nie spo­dzie­wa­no. Sy­ryj­skie lot­nic­two znaj­do­wa­ło się w roz­syp­ce. Więk­szość ma­szyn bo­jo­wych zo­sta­ła uzie­mio­na z po­wo­du bra­ku czę­ści za­mien­nych, a te, któ­re wciąż mo­gły utrzy­mać się w po­wie­trzu, ra­czej nie sta­no­wi­ły za­gro­że­nia. Wcze­śniej, gdy nad Sy­rią ope­ro­wa­li Ro­sja­nie, było się cze­go bać. Eska­dry Su-30 prze­ci­na­ły nie­bo, po­lu­jąc na wro­gów Ba­sza­ra al-Asa­da. Na szczę­ście ten okres mi­nął już bez­pow­rot­nie. Obec­nie sy­ryj­skie siły po­wietrz­ne li­czy­ły naj­wy­żej kil­ka śmi­głow­ców i sa­mo­lo­tów. Do tego ra­kie­ty prze­ciw­lot­ni­cze, i to te krót­sze­go za­się­gu. Na sys­te­my obron­ne z praw­dzi­we­go zda­rze­nia ala­wi­tów od daw­na nie było stać, a spe­cja­li­stów od nich wcie­lo­no do pie­cho­ty i pew­no już gryź­li piach.

F-15 wspię­ły się na prze­wi­dzia­ną wy­so­kość. Małe sza­re ob­łocz­ki po­dob­ne do kłacz­ków pie­rza spo­wi­ły nie­bo na po­łu­dniu. Poza nimi nic nie przy­sła­nia­ło wi­do­ku. Tem­pe­ra­tu­ra na zie­mi wkrót­ce doj­dzie do czter­dzie­stu stop­ni. Cel­sju­sza, nie Fah­ren­he­ita.

Przy­naj­mniej w po­wie­trzu Yacow­lew czuł się wol­ny. Tu obo­wią­zy­wa­ły spe­cy­ficz­ne re­gu­ły gry. Wy­gry­wał lep­szy lub dys­po­nu­ją­cy no­wo­cze­śniej­szym sprzę­tem. Dla ama­to­rów nie prze­wi­dzia­no tu miej­sca.

Ma­jor był by­strza­kiem i w za­sa­dzie ni­g­dy się nie my­lił. No, pra­wie. Każ­dy może się kie­dyś odro­bi­nę roz­mi­nąć z rze­czy­wi­sto­ścią. Do­ty­czy to za­rów­no rze­czy bła­hych, jak i tych istot­nych. Avram nie wie­dział wszyst­kie­go. Nie­ste­ty, po­my­lił się nie tyl­ko on.

Aman, izra­el­ski wy­wiad woj­sko­wy, po­dob­nie jak i Mos­sad, sły­nął ze swo­jej sku­tecz­no­ści. Od tego za­le­żał los pań­stwa. Raz skre­wi, a kon­se­kwen­cje mogą oka­zać się ka­ta­stro­fal­ne. Bom­ba w au­to­bu­sie w Je­ro­zo­li­mie to śmierć co naj­mniej kil­ku­na­stu oby­wa­te­li. Gdy­by ta­kie akty ter­ro­ru po­wta­rza­ły się co parę dni, wię­zy spo­łecz­ne ule­gły­by roz­luź­nie­niu, a bu­do­wa­ny z tru­dem sza­cu­nek do pań­stwa ru­nął­by jak do­mek z kart. Tak więc pra­cow­ni­cy Ama­nu i Mos­sa­du byli do­brzy. Ale nie do­sko­na­li. Nie da się prze­cież zaj­rzeć pod każ­dy ka­mień i wczoł­gać w każ­dą dziu­rę.

Ba­te­ria sys­te­mu prze­ciw­lot­ni­cze­go S-400 po­zo­sta­wio­na Al-Asa­do­wi przez Ro­sjan w pre­zen­cie wła­śnie dziś mia­ła od­nieść swój naj­więk­szy try­umf. Dwie ra­kie­ty po­mknę­ły w nie­bo, cią­gnąc za sobą bia­łe pió­ro­pu­sze dymu. Ope­ra­to­rzy może nie byli zbyt do­świad­cze­ni, ale też nie­wie­le mu­sie­li zro­bić. Po­ci­ski sa­mo­na­pro­wa­dza­ją­ce się ra­da­rem ak­tyw­nym mknę­ły z za­wrot­ną pręd­ko­ścią, nie da­jąc Avra­mo­wi i jego skrzy­dło­we­mu zbyt wie­le cza­su na re­ak­cję. Kła­dze­nie ma­szyn w cia­sne zwro­ty nic nie po­ma­ga­ło, bo­wiem prze­śla­dow­cy byli w sta­nie ma­new­ro­wać z prze­cią­że­nia­mi rzę­du 20 G, nie­osią­gal­ny­mi dla żad­ne­go czło­wie­ka.

Yacow­lew pró­bo­wał za­cho­wać spo­kój, lecz pa­ni­ka po­wo­li za­czę­ła brać nad nim górę. Sys­te­my obron­ne zda­wa­ły się nie dzia­łać na po­dą­ża­ją­ce za F-15 po­ci­ski. Do celu po­zo­sta­ła naj­wy­żej mi­nu­ta lotu, a oni mu­sie­li sal­wo­wać się uciecz­ką. Roz­brzmie­wa­ją­cy w słu­chaw­kach sy­gnał o za­gro­że­niu do­pro­wa­dzał Avra­ma do sza­łu.

W koń­cu sta­ło się to, co stać się mu­sia­ło. Gło­wi­ca ra­kie­ty de­to­no­wa­ła za­le­d­wie parę me­trów od pra­we­go skrzy­dła sa­mo­lo­tu. Set­ka ostrych jak brzy­twa odłam­ków po­szat­ko­wa­ła pła­to­wiec, któ­ry na­tych­miast utra­cił ste­row­ność i ru­nął na zie­mię.

Yacow­lew nie zgi­nął od razu. Na po­cząt­ku, kie­dy krew prze­sta­ła do­pły­wać do jego mó­zgu, tyl­ko utra­cił przy­tom­ność, ale sta­ło się to tak szyb­ko, że nie zdą­żył po­cią­gnąć za uchwyt ka­ta­pul­ty.

Lot ku zie­mi trwał se­kun­dy. Jesz­cze przed ude­rze­niem ka­dłu­ba w grunt ode­rwa­ło się dru­gie skrzy­dło oraz nos od­rzu­tow­ca.

Po­dob­ny los spo­tkał rów­nież dru­gą z ma­szyn – roz­pa­dła się w po­wie­trzu na mi­lion ka­wał­ków, gdy odłam­ki do­się­gły zbior­ni­ka z pa­li­wem.

Izra­el­skie lot­nic­two od daw­na nie po­nio­sło tak spek­ta­ku­lar­nej po­raż­ki. Wszyst­ko przez nie­do­ce­nie­nie prze­ciw­ni­ka. Ra­kiet mia­ło nie być, a były. Co z tego, że jesz­cze tego sa­me­go dnia ba­te­ria sta­ła się ce­lem dla F-35 Adir. Pi­lo­tom ze­strze­lo­nych ma­szyn nikt ży­cia nie wró­ci, a mi­sja za­bi­cia Sza­mi­le­wa nie zo­sta­ła wy­ko­na­na.

Co dla jed­nych było tra­ge­dią, in­nym zda­wa­ło się man­ną z nie­ba.

***

Ram­zan drze­mał, gdy po­czuł de­li­kat­ne po­trzą­śnię­cie ra­mie­niem. Z tru­dem otwo­rzył oczy. Obu­dził się już ja­kąś go­dzi­nę wcze­śniej i miał za­miar wstać, ale or­ga­nizm upo­mniał się o swo­je. Wszyst­ko przez stres. Za­wsze mógł wziąć pro­chy, ale wo­lał ich uni­kać, do­pó­ki się dało. Ran­ki po nich nie na­le­ża­ły do naj­przy­jem­niej­szych.

– Co się dzie­je?

– Izra­el­czy­cy.

Ad­re­na­li­na spra­wi­ła, że ser­ce w pier­si Sza­mi­le­wa od razu ży­wiej za­bi­ło.

– Gdzie?

Ad­iu­tant uśmiech­nął się nie­pew­nie, wska­zu­jąc pal­cem do góry.

– Już idę.

Na­lot był jed­ną z tych kom­pli­ka­cji, któ­rych oba­wiał się naj­bar­dziej. Nim dźwi­gnął się na nogi, się­gnął jesz­cze po woj­sko­wą kurt­kę i za­rzu­cił ją na grzbiet. Za­miast bu­tów no­sił zwy­kłe san­da­ły. W tym kli­ma­cie to wy­go­da. Zmru­żył po­wie­ki, gdy wy­szedł na za­la­ny słoń­cem plac. Jego straż przy­bocz­na, skła­da­ją­ca się z naj­bar­dziej od­da­nych mu ochot­ni­ków, li­czy­ła nie­speł­na pięć­dzie­się­ciu męż­czyzn. Wszy­scy sta­li, wpa­tru­jąc się w nie­bo, po­szedł więc za ich przy­kła­dem.

Nie trze­ba było eks­per­tów, by do­my­ślić się, co za­szło. Bia­łe kre­chy smug kon­den­sa­cyj­nych i ciem­niej­sze ob­ło­ki w miej­scu wy­bu­chu ra­kiet nie zdą­ży­ły się jesz­cze roz­wiać. Szcząt­ki sa­mo­lo­tów spa­dły za­pew­ne parę ki­lo­me­trów od miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­li.

Wszyst­kie miej­sca ka­ta­strof wy­glą­da­ły po­dob­nie. Tro­chę blach i wy­pa­lo­na zie­mia, a do tego smród che­mi­ka­liów, od któ­re­go Ram­za­no­wi ro­bi­ło się nie­do­brze. W su­mie nic cie­ka­we­go.

Sza­mi­lew już chciał wró­cić do sie­bie, kie­dy wpadł na pe­wien po­mysł. Je­że­li sa­mo­lo­ty na­le­ża­ły do…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej