Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Pełna koszmarów przeszłość jest już za nią. Teraz Ivy Spencer emanuje kobiecą siłą: kruczoczarne włosy, karmazynowe usta i oczy pełne ognia. Praca na ranczu Srebrzyste Sosny to dla niej nowy początek i spełnienie marzenia o trenowaniu rasowych koni - przyszłych zwycięzców prestiżowych gonitw stanu Kentucky. Jej metody treningowe są rewelacyjne. Docenia je nawet szef, Wade Ashby, najbardziej zrzędliwy (i najprzystojniejszy) mężczyzna na południu Stanów.
Wade wciąż nosi w sercu ból po stracie ojca i za wszelką cenę pragnie kontynuować jego dziedzictwo. Chce przygotować konia do startu w Kentucky Derby, najważniejszym wyścigu stanu. A do tego potrzebuje najlepszej trenerki. Problem w tym, że Ivy go irytuje. Byłoby lepiej, gdyby trzymali się na dystans, ale to niemożliwe. Muszą współpracować. A tam, gdzie emocjonalnie iskrzy od pierwszego dnia, eksplozja jest nieunikniona. Zanim jednak pozwolą sobie na uczucie, będą musieli przejść najtrudniejszy trening. Trening zaufania.
Na tym ranczu emocje galopują szybciej niż konie!
Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 535
autor
tytul
podtytul
Tytuł oryginału: Training the Heart (Silver Pines Ranch #2)
Tłumaczenie: Edyta Ładuch
ISBN: 978-83-289-2190-0
Copyright © Paisley Hope, 2024
First published as Training the Heart in 2024 by Century, an imprint of Cornerstone. Cornerstone is part of the Penguin Random House group of companies.
No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790).
Polish edition copyright © 2026 by Helion S.A.
All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Drogi Czytelniku!
Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres
editio.pl/user/opinie/trers2_ebook
Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
Helion S.A.
ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice
tel. 32 230 98 63
e-mail: [email protected]
WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
Dla wszystkich tych, które wciąż szukają swojego zrzędliwego, ale lojalnego i opiekuńczego kowboja, który wytatuuje sobie na dłoni słowo „moja” tylko po to, by pięknie wyglądało oplecione wokół Waszej szyi. Nie traćcie nadziei, kochane, Wasz Wade Ashby gdzieś tam na Was czeka.
W trakcie pracy nad tą książką konsultowałam się ze specjalistami w zakresie zakupu roczniaków, treningu koni wyścigowych oraz przygotowań do derbów w Kentucky, ale pamiętaj, że ta książka jest fikcją literacką, a użyte w niej terminy, wydarzenia, a także droga Wade’a i Ivy do udziału w derbach nie muszą w pełni odzwierciedlać rzeczywistości. W końcu książki mają nas bawić, a opisane w nich zdarzenia pasować do fabuły.
Ostrzeżenia:
Obrazowe sceny seksu, w tym podduszanie, BDSM, seks analny i sprośne rozmowy
Rozmowy o niepłodności
Rozmowy o przemocy psychicznej
Rozmowy o alkoholizmie
Roczniak – koń w wieku od jednego do dwóch lat
Cwał – najszybszy, swobodny galop konia podczas treningu, bez presji ze strony jeźdźca
Młodzik – koń w wieku od dwóch do trzech lat
Wyścig kwalifikacyjny – przygotowawcza gonitwa, która liczy się do klasyfikacji punktowej
Łatwe prowadzenie – określenie pracy konia, który porusza się płynnie, bez wyraźnej pomocy ze strony jeźdźca
Wpuszczenie na padok – zapewnienie koniowi czasu na regenerację i relaks po treningu, zwykle poprzez wyprowadzenie go na wybieg
Lotna zmiana nogi – zmiana prowadzącej przedniej nogi w galopie, wykonywana w ruchu, najczęściej przy zmianie kierunku
https://open.spotify.com/playlist/1UQsaNVH6fgsuQ59UylIrJ?si=a643082d82df4fc5
1. Stone’s Throw – The Red Clay Strays
2. Coming Home – Leon Bridges
3. The Devil Wears a Suit and Tie – Colter Wall
4. Like a Wrecking Ball – Eric Church
5. Spotless – Zach Bryan feat. The Lumineers
6. Sand In My Boots – Morgan Wallen
7. I Feel a Sin Comin’ On – Pistol Annies
8. Heart Like a Truck – Lainey Wilson
9. In Your Love – Tyler Childers
10. Bells of Every Chapel – Sierra Ferrell feat. Billy Strings
11. Son of a Bitch – Jessie Murph
12. forefathers – Stripped Back – Liam St. John
13. Porch Light – Josh Meloy
14. If I Had a Lover – Dylan Gossett
15. Worst Way – Riley Green
Na swoją obronę dodam tylko, że był to najdłuższy slow burn w historii. Zwyczajnie straciłam rachubę czasu, a potem był jeszcze ten objazd i…
Schodzę po frontowych schodach dużego domu, podczas gdy ta ożywiona drobna kobieta u mojego boku trajkocze bez przerwy, próbując z przesadną szczegółowością wyjaśnić, dlaczego spóźniła się na swoją rozmowę kwalifikacyjną.
Błądzę wzrokiem po polu, zastanawiając się, o czym ona właściwie gada i czym, do cholery, jest slow burn.
Papla i papla, streszczając mi fabułę jakiejś książki, a ja wdycham poranne górskie powietrze Kentucky i wiem, że z pewnością zaraz tego pożałuję, ale chcę po prostu, żeby przeszła do sedna.
– Proszę wyjaśnić – rzucam.
– Co mam wyjaśnić? Co to slow burn? Czy jak to się stało, że spóźniłam się przez książkę? – Nie daje mi nawet dojść do głosu. – Slow burn to… No wie pan, takie budowanie napięcia prowadzącego do… tych pikantnych momentów w książce…
Pikantnych?
Czeka może z ułamek sekundy, aż coś powiem, a gdy tego nie robię, znów zaczyna ględzić.
– W każdym razie mój ulubiony bohater wreszcie ją pocałował… Bo ten drugi, z którym była, właśnie skończył… No bo oni byli współlokatorami…
Zatrzymuję się gwałtownie i obracam, kompletnie ją zaskakując. Patrzę na nią z miną, z której na bank może wyczytać, że nie mam bladego pojęcia, o czym ona bredzi.
Mruga i na mnie spogląda, uświadamiając sobie w końcu, że chyba ją trochę poniosło, ale z jakiegoś powodu nie przestaje gadać.
– Chodzi mi o to, że… Teraz miała być jego kolej, żeby się z nią… – Zawiesza głos i spuszcza wzrok na swoje buty, po czym zaczyna od nowa. – Zresztą nieważne… Jestem już na miejscu, więc później się dowiem, który z nich…
O nie.
– Chryste Panie… Wie pani w ogóle, co to profesjonalizm? – pytam, wchodząc jej w słowo, bo coś mi się zdaje, że rozmowa o książce, która brzmi jak jakiś cholerny erotyk, może zostać uznana za molestowanie seksualne. Chociaż to chyba ja jestem tu ofiarą.
Otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk, więc uznaję to za znak, by ruszyć dalej.
– Przepraszam za spóźnienie i za marnowanie pańskiego czasu, panie Ashby – odzywa się dużo bardziej profesjonalnym tonem, jakby uznała, że spisałem ją na straty, zanim rozmowa kwalifikacyjna w ogóle się rozpoczęła. I prawdę mówiąc, przed chwilą tak by było.
Zaciskam zęby. To, z jaką rezygnacją wypowiada moje nazwisko, sprawia, że robi mi się trochę głupio. Może moja rodzina ma rację. Wnioskując po tym, jak zestresowana jest ta kobieta, zaczynam myśleć, że może jednak trochę przesadziłem, w końcu spóźniła się zaledwie sześć minut. Sęk w tym, że brakuje mi cierpliwości i jedyne, czego teraz chcę, to przetrwać ten cholerny dzień i odetchnąć po strasznie długim poranku spędzonym z prawnikami i moją byłą żoną, Janelle.
Zatrzymuję się ponownie i już mam się odwrócić, żeby powiedzieć tej małej choleryczce, że zaczniemy od nowa, tym razem na profesjonalnym poziomie, ale zanim zdążę się odezwać, widzę, że idzie zbyt szybko i nie patrzy przed siebie. Nie zauważa, że przystanąłem, i wpada na mnie z impetem.
– O kurwa… Cholera… Przepraszam – bełkocze, gdy chwytam ją za łokieć, by nie upadła.
– A więc, panno… – Puszczam ją, kiedy odzyskuje równowagę, i staram się za wszelką cenę nie patrzeć w te jej piękne fiołkowe oczy.
– Spencer – rzuca z takim wyrzutem, jakby zapomnienie jej nazwiska było skrajnie nieprofesjonalne. I w sumie ma rację, bo przecież dosłownie pięć minut wcześniej przedstawiła się całej mojej rodzinie.
– A więc, panno Spencer, pozwolę sobie przejść od razu do rzeczy. – Odwracam się i ruszam przed siebie, a ona przyspiesza, by dotrzymać mi kroku. Zmierzamy do mojego biura, a gdy mijamy po drodze dwóch pracowników rancza, dosłownie przerywają oni pracę, żeby się na nią pogapić. Kręcę głową z niedowierzaniem, bo wygląda na to, że na moim ranczu pracuje banda pieprzonych napaleńców. – Zależy mi na kimś z doświadczeniem – mówię. – Nawet jeśli to tylko praca na zastępstwo, nie wyobrażam sobie, żeby miejsce Sam miał zająć ktoś niedoświadczony.
Otwieram drzwi biura i wchodzę, a ona podąża tuż za mną. Przechodzę za biurko, tymczasem ona zatrzymuje się naprzeciwko, ubrana w wytarte dżinsy, idealnie dopasowaną czarną koszulkę i równie czarne kowbojki, z rękoma założonymi pod jędrnymi piersiami. Spotykam się z nią spojrzeniem i uświadamiam sobie, że najwyraźniej powiedziałem coś, co cholernie ją wkurzyło.
– Ach, już rozumiem, czyli jest pan jednym z tych, tak? Wydaje się panu, że skoro jestem młoda, a do tego jestem kobietą, to z pewnością brak mi doświadczenia? – rzuca, a ja zdejmuję kapelusz i ciskam go na biurko.
Kurwa mać, przecież jestem ostatnią osobą, którą można o coś takiego posądzić. Co za pyskata mała…
– Wygląda na to, że najwyraźniej tracę tu tylko czas, spodziewając się po panu czegoś lepszego – dodaje zaczepnie.
Pochylam się, opierając dłonie na biurku, i mówię do niej stanowczym tonem, żeby dać jej do zrozumienia, że nie bawi mnie jej zadziorność, bo, kurwa, to ja tu rządzę, a nie ona.
– To nie ma nic wspólnego z tym, że jest pani kobietą. W tej branży nie brakuje świetnych i szanowanych trenerek. Do cholery, miałaby pani przecież zastąpić inną kobietę.
Jej spojrzenie momentalnie łagodnieje i wygląda na lekko zmieszaną, gdy opuszcza ręce wzdłuż boków.
– Och, założyłam, że skoro ma na imię Sam…
– Samantha – mówię, przerywając jej. – Jeśli będzie się pani kierować założeniami, to z pewnością daleko pani nie zajdzie – dodaję surowo.
Przeczesuję dłonią włosy i siadam, opierając się wygodnie na fotelu. Ma w sobie coś zadziornego, to trzeba jej przyznać, a do tego jest prawdopodobnie najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem od… Cholera, od lat. Jest kurewsko piękna. Tak piękna, że mój penis w sekundę stanął na baczność, gdy przerzuciła swoje długie kruczoczarne włosy przez ramię, a jej buty stuknęły o podłogę.
Ivy Spencer. Wpatruję się w nią, nie mając pojęcia, jakim cudem mogłem zapomnieć jej nazwisko.
Idzie w moje ślady i trochę się rozluźnia, siadając naprzeciwko mnie. Biorę głęboki oddech, zanim znów się odezwę. Nie chciałem, żeby ta rozmowa zaczęła się w tak napiętej atmosferze. Nie jestem dupkiem. Mam po prostu w chuj rzeczy na głowie i zazwyczaj wyrzucam z siebie słowa przesiąknięte frustracją tylko po to, by przejść do kolejnego zadania na niekończącej się liście obowiązków.
– Proszę posłuchać, jeśli mamy być ze sobą szczerzy, to nie da się ukryć, że jest pani bardzo młoda, co oznacza, że ma pani… Ile, z pięć lat doświadczenia?
Ponownie rozpala się w niej ta iskra. Nie widać tego na jej twarzy. Pięknej, w kształcie serca, z wysokimi kośćmi policzkowymi, smukłym, prostym nosem i pełnymi, różowymi ustami; wszystko w idealnej harmonii. Widać to w jej oczach. To one płoną niespokojnym żarem i każą mi się przymknąć, bo jeśli nie, to zaraz ustawi mnie do pionu. Gdybym nie był dziś tak kurewsko zmęczony, mogłoby mnie to nawet rozbawić.
– Właściwie prawie piętnaście, jeśli wliczyć wszystkie godziny stażu. Ale nawet bez tego mogę się pochwalić dyplomem z hipologii na Uniwersytecie Kentucky, zdobytym dzięki pełnemu stypendium, oraz pięcioma latami spędzonymi na ranczu Bellinghamów, gdzie trenowałam konie pełnej krwi angielskiej… – Marszczy brwi, jakby pytała: „Jest pan pod wrażeniem, panie Ashby?”. – Trzy lata pracowałam w Centrum Rehabilitacji Koni w Nottingham. A w liceum i podczas studiów odbyłam też cztery letnie staże w Stowarzyszeniu Hodowców Koni Rasy Quarter American i Pełnej Krwi Angielskiej pod okiem Petera Sampsona. – Wspomina znanego trenera, który pomagał szkolić zwycięzcę Potrójnej Korony w dwa tysiące piętnastym.
O cholera.
– Nie wiem, czy ktoś to panu powiedział, ale jeśli będzie się pan kierować założeniami, to z pewnością daleko pan nie zajdzie – dodaje, a jej śliczne usta rozchylają się w niewinnym uśmiechu, co sprawia, że mam ochotę zrobić wiele wysoce niestosownych rzeczy, by zetrzeć go jej z twarzy.
Chrząkam, a ona nieco się odpręża.
– Jestem naprawdę dobra w tym, co robię, i odznaczam się nowoczesnym podejściem, którego, jak się domyślam, tu nie stosujecie, a które mogłoby się wam przydać, zwłaszcza jeśli myśli pan o starcie w kolejnych derbach – oznajmia.
Patrzę na nią, zastanawiając się, czy dałaby radę przejąć wodze po Sam. Piętnaście lat? Czyli pracuje z końmi, odkąd była… dzieckiem? Kręcę głową, próbując odpędzić myśl pytającą o to, dlaczego tak bardzo interesuje mnie jej historia.
Kobieta wstaje i wskazuje na drzwi.
– Oprowadzi mnie pan po ranczu czy ta rozmowa kwalifikacyjna ma polegać na tym, że będzie pan siedział i mnie w ciszy oceniał?
Jej opryskliwy ton sprawia, że na moment opada mi szczęka, ale szybko się ogarniam i wstaję, wkładając kapelusz na głowę.
– Stajnie są z tej strony – rzucam, pospiesznie ją mijając.
Dwadzieścia minut później stoimy przed największym z wybiegów i obserwujemy, jak jeden z naszych trenerów, Dusty, próbuje opanować nerwowego ogierka. Młodzik jest płochliwy, a nauczenie go, by nie reagował paniką i choć na moment utrzymał uwagę, wydaje się nie lada wyzwaniem.
Ivy bacznie go obserwuje, jakby łączyła ją z tym koniem jakaś telepatyczna więź, i chłonie każdy jego ruch. Ja w tym czasie odpowiadam na pytania trzech pracowników rancza. Z jakiegoś powodu wszyscy nagle uznali, że muszą dziś pracować dokładnie tam, gdzie jestem z Ivy. Jakbym nie wiedział, że stała się dzisiejszą atrakcją.
Jeden z moich pracowników zagaduje Ivy, jakby znali się od lat. Śmieją się, a ja już wiem, że ta kobieta nie może tu pracować. Jest zbyt rozpraszająca, zbyt czarująca. Ci skurwiele nie zdołają się skupić, jeśli będzie kręcić się w pobliżu, a dla mnie liczy się przede wszystkim produktywność rancza. Ostatnie, czego mi trzeba, to kolejny problem na głowie.
– Jak leci, sierżancie? – zagaja Nash, mój wieloletni przyjaciel, klepiąc mnie po plecach, gdy wraca ze śniadania z moją mamą i siostrą w dużym domu.
– Ech – wzdycham.
– Aż tak dobrze? – Śmieje się. – Nie przyszło ci do głowy, że może jesteś dla niej zbyt surowy? Spóźniła się raptem sześć minut.
– Może masz rację. Jej CV jest całkiem niezłe – przyznaję, obserwując, jak kobieta ściąga palcat treningowy ze ściany i bez pytania wchodzi do zagrody.
Wymieniamy z Nashem zaskoczone spojrzenia i ruszamy za nią, kiedy ta otwiera furtkę, upewniwszy się, że może przez nią bezpiecznie przejść.
– Mogę spróbować? – pyta odważnie Dusty’ego.
Dusty mierzy ją wzrokiem, jakby chciał zapytać: „Kim ty, do cholery, jesteś?”, po czym szeroko się uśmiecha.
– Uparty z niego skurczybyk. Nie daje mi żadnej szansy, żebym go pod siebie ustawił.
Ivy kiwa głową i staje pośrodku wybiegu naprzeciw narwanego ogierka.
– Słyszeliście o programie Parelliego? – rzuca do Dusty’ego i do mnie.
– Nie bardzo – odpowiadam, patrząc, jak przejmuje uwiąz od Dusty’ego. To już nie ta sama kobieta, którą roznosiła wściekłość w moim biurze. Teraz jest spokojna, skupiona i widać, że przy tym niespokojnym koniu czuje się jak ryba w wodzie. Przesuwa dłonią po jego nosie i szepcze coś, czego żadnemu z nas nie udaje się usłyszeć.
– To idea naturalnego jeździectwa, czyli opartego na komunikacji, zrozumieniu i zaufaniu, a nie na strachu, zastraszaniu i przemocy – wyjaśnia, po czym unosi bat treningowy i pozwala, by zwisający z jego końca sznurek opadł na grzbiet konia, a następnie delikatnie go z niego zsuwa. Zwierzę reaguje nerwowo, lecz Ivy nie napina uwiązu, tylko podnosi rękę, dając koniowi więcej przestrzeni.
– Nie tak to tutaj robimy – oznajmiam, opierając się o barierkę i obserwując Ivy, jak się porusza, bo oglądanie tej kobiety w jej żywiole jest wręcz hipnotyzujące.
– Ale dlaczego? Dlaczego kierujecie się przestarzałymi metodami? – pyta.
– Bo od zawsze tak było – odpowiadam jak jakiś debil.
Ivy nie przestaje się poruszać, naprzemiennie przeciągając sznurek po grzbiecie konia i kreśląc nim kółka na ziemi. Za każdym razem, gdy zwierzę się płoszy, szepcze mu coś do ucha, a potem skupia jego uwagę, sunąc sznurkiem po jego boku. I niech mnie piorun trzaśnie, ale po około dziesięciu minutach takiego nieustannego ruchu zwierzę w końcu skupia na niej wzrok i podąża za nią spokojnie przez dobre pół minuty, łagodnie ją okrążając.
– Nauczono mnie, że prawdziwa więź z koniem opiera się na zaufaniu, na które trzeba sobie zasłużyć. Przestarzałe tradycyjne metody treningu zwyczajnie nie działają, bo konie przede wszystkim szukają bezpieczeństwa i ochrony. Jeśli im to zapewnimy, obdarzą nas zaufaniem i zostaną naszymi partnerami, ochoczo reagując na nasze sugestie.
– Jak dla mnie brzmi to jak jakieś hippisowskie bzdury – wypalam bez zastanowienia, na co Nash wbija mi łokieć w żebra. Wygląda na to, że to, co robi Ivy, naprawdę działa. Problem w tym, że nie znoszę się mylić ani tracić kontroli, a teraz dzieje się i jedno, i drugie.
Ivy jeszcze kilkukrotnie oprowadza konia po zagrodzie, trzymając się swojej metody, a gdy dochodzi do wniosku, że już wystarczy, odpina uwiąz i puszcza zwierzę luzem. Po wszystkim podchodzi do mnie, wciska mi bat treningowy w klatkę piersiową, spogląda na mnie swoimi fiołkowymi oczami i mówi:
– Zresztą to pan jest tu szefem, a ja dzielę się tylko tym, co sprawdza się w moim przypadku. Z końmi jest jak z ludźmi, na ich szacunek trzeba sobie zasłużyć, a nie tylko go oczekiwać. Dzięki za rozmowę, z chęcią zastąpię Sam na pana rodzinnym ranczu. – Przechodzi między mną a Nashem, zerka na mnie przez ramię i dodaje z uśmiechem: – O ile nie założy pan, że się do tego nie nadaję.
– No nieźle, sierżancie – szepcze Nash. – Coś mi się zdaje, że znalazłeś swoją drugą połówkę.
Krzyżuję ręce na piersi i odprowadzam ją wzrokiem, doskonale wiedząc, że nie tylko będzie sprawiać mi mnóstwo kłopotów, ale też że tak naprawdę… sama się u mnie zatrudniła.
Moje ciało już drży z gotowości, choć mój umysł jeszcze się waha. Chase łapie mnie za kark i wplata palce w moje włosy, gdy jego usta zachłannie pożerają moje…
– Chryste Panie, co to za gówno? – burczę, próbując ściszyć radio w aucie, które nawet do mnie nie należy.
– Chcę, by padł przede mną na kolana. Chcę, żeby utonął w mojej…
– Potrzebujesz pomocy, szefie? – Siedząca obok mnie Ivy chichocze, kiedy udaje mi się w końcu znaleźć właściwe pokrętło i przyciszyć jej audiobooka, zanim narratorka doprowadzi nas wszystkich do orgazmu w drodze na ranczo.
– Radzę sobie – odpowiadam, wsuwając dwie wielkie gumki do włosów na dźwignię zmiany biegów, dzięki czemu mogę wrzucić wsteczny w chevrolecie silverado Ivy.
Jakoś mnie nie dziwi, że muszę walczyć z tymi cholernymi gumkami, żeby robić coś tak prostego jak prowadzenie auta, bo jestem niemal pewien, że odkąd Ivy pracuje na moim ranczu, a minęły zaledwie trzy miesiące, rozsiała je w każdej możliwej szczelinie naszego biura. Już pierwszego dnia zostawiła na moim biurku jedną z nich, a gdy wróciła, by jej poszukać, dowiedziałem się, że ten rodzaj miękkich materiałowych gumek do włosów ma swoją nazwę i jest nią frotka, a Ivy namiętnie je kolekcjonuje. Każda z nich jest w innym kolorze i ma inny wzór, jakby ta szalona kobieta potrzebowała nagle trzydziestu dwóch zapasowych gumek. Na swoim biurku ma ich całą wieżę, we wszystkich odcieniach tęczy i nie tylko. Są jasne i radosne przez całą dobę, zupełnie jak ich właścicielka.
W sumie to wszystko w Ivy jest niezwykle kobiece i promieniste, łącznie z jej autem, które przyszło mi dziś prowadzić. Z lusterka dynda odświeżacz o zapachu piña colady, a w uchwytach na kubki panuje miszmasz balsamów do ust i kremów do rąk. Urządziła tu sobie istny salon piękności na kółkach.
Jej karmazynowe usta wykrzywiają się w łobuzerskim uśmiechu, gdy jawnie szydzę z jej literackiego gustu.
– Taki już los kierowcy babskiego auta. – Ivy się śmieje. – Wiesz przecież, że lubię swoje książki. – Jej duże, migdałowe oczy błyszczą psotą, gdy zakrywa czerwoną sukienkę moją marynarką. Oddałem jej ją, gdy powiedziała, że marznie, a obleśny kumpel Cole’a już się szykował, żeby zaoferować jej swoją. To ja odwożę ją do domu, więc to chyba jasne, że ma na sobie moją. – To kolejny z moich sposobów, by grać ci na nerwach, szefie… Myślałeś, że nie robię tego celowo? – Chichocze, gdy kręcę głową.
Dobrze wiem, że tak jest. Od jej pierwszego dnia na ranczu sprawdza moje granice i raz za razem wytrąca mnie z równowagi. Nie da się jednak ukryć, że zatrudnienie jej na zastępczym stanowisku głównej trenerki było świetną decyzją. Muszę przyznać, że zaimponowała mi podczas rozmowy kwalifikacyjnej, a jej mentor ze stowarzyszenia nie szczędził jej pochwał, gdy zadzwoniłem do niego po referencje.
Pracuję z nią codziennie od ładnych kilku tygodni i dobrze wiem, o czym mówił. Ivy jest genialna. Ma dar do uspokajania koni i nawiązywania z nimi tak niezwykłej więzi, jakiej jeszcze nigdy nie widziałem. Do tego nigdy nie traci cierpliwości, niezależnie od tego, czy pracuje z najbardziej niesfornymi ogierkami, czy z powolnymi jak ślimaki starymi wierzchowcami.
Ale trzeba też przyznać, że cholernie działa mi na nerwy. Co nie jest oczywiście jej winą, tylko moją, bo z każdym dniem coraz trudniej jest mi ignorować to, że rozbraja mnie swoją urodą, a im lepiej ją poznaję, tym bardziej dociera do mnie, że nie ma zielonego pojęcia, jaka jest śliczna i jak bardzo działa na ludzi swoim zadziornym urokiem. A to oznacza, że nie widzi nic złego w tym, że każdy pracownik rancza, w tym i ja, zrywa się skoro świt, żeby przynieść jej kawę albo odciążyć ją w porannych obowiązkach. Te łajzy nigdy nie przychodziły do pracy przed czasem, a teraz pałętają się po stajni przed pianiem kogutów i są z tego powodu szczęśliwe jak dzieci.
Ivy jest zachwycona, że wszyscy są tu „tacy mili”, jak zdarza jej się powtarzać, co każe mi sądzić, że mimo całego swojego doświadczenia w branży jest jednak trochę naiwna, jeśli chodzi o facetów.
A to sprawia, że nieustannie mam ją na oku, ale też uważam, żeby nie dać się na tym przyłapać. Na razie jakoś mi się to udaje, ale minęło dopiero kilka tygodni i przysięgam, że przez ten czas postarzałem się co najmniej o dekadę.
Salutuję mojemu młodszemu bratu Cole’owi przez szybę, wyjeżdżając z parkingu naszego miejskiego baru. Stoi w drzwiach Horse and Barrel i szczerząc się jak głupek, patrzy, jak odjeżdżam autem Ivy.
Dziś robię za jej szofera, bo moja siostra CeCe i jej przyjaciółki wzięły Ivy pod swoje skrzydła, żeby uczcić zaręczyny CeCe w iście diabelskim stylu. Co w praktyce oznacza: picie do upadłego i tańczenie do utraty tchu na parkiecie w Horse and Barrel. Więc oto jestem, za kółkiem samochodu z naklejką „Kowbojki chcą się po prostu dobrze zabawić” na zderzaku.
Zerkam na nią i po jej zadowolonym uśmieszku wnioskuję, że myśli, iż jej książka wprawiła mnie w zakłopotanie.
– Przepraszam, że moja powieść romantyczna sprawiła, że zaróżowiły ci się policzki – mruczy, a w jej tonie nie ma ani krzty skruchy. Rozwiązuje włosy, a ja kątem oka obserwuję, jak opadają falami na jej ramiona.
– Pierwszy lepszy erotyk nie ma szans mnie zawstydzić – rzucam.
Ivy momentalnie robi obrażoną minę.
– To romans, nie erotyk! I dopiero co się rozkręcał, kiedy podjeżdżałam pod bar. Czekałam cały wieczór, żeby posłuchać dalszego ciągu w drodze do domu. Nie spodziewałam się, że będziesz mnie odwoził. – Parska śmiechem bez cienia zażenowania.
Nie umknęło mi, że nie tylko czyta te książki przy każdej nadarzającej się okazji, ale również jeździ po miasteczku, słuchając dumnie tych erotyków na cały regulator. Jestem za tym, by kobieta czuła się dobrze w swoim ciele i czerpała z seksu jak najwięcej przyjemności, ale że jestem swoim najgorszym wrogiem, szydzę z tego, że uważa to za romans, i robię to na tyle głośno, że zgarniam za to kuksańca.
Wybucha śmiechem po zbyt wielu drinkach na cześć zaręczyn Nasha i CeCe.
– No cóż, nie każdy musi być takim zrzędliwym świętoszkiem jak ty, więc wybacz, że lubię się delektować porządnym romansem – rzuca z przekąsem.
Wolę się już nie odzywać, bo jestem chyba ostatnią osobą, którą mogłaby posądzić o świętoszkowanie. Tak naprawdę uważam, że w sferze seksu nie powinno być żadnych ograniczeń. Powstrzymywanie się w tym zakresie to istne marnotrawstwo, w końcu to jedyna okazja, żeby w pełni się w czymś zatracić.
A więc… Zrzędliwy? Jasne, bywam. Ale świętoszek to ze mnie, kurwa, marny.
– O nie, nie waż się nawet siedzieć teraz cicho. Dociekliwe umysły chcą wiedzieć, co sprawia, że tak ciężko wzdychasz i robisz te osądzające miny. Masz coś do mojego gustu literackiego? – Rzuca mi wyzwanie, po czym dodaje: – Mowę ci odjęło?
Przejeżdżam dłonią po twarzy. Nadal nie przywykłem do tej drobnej, zadziornej petardy i tego, z jaką łatwością zachodzi mi za skórę.
– No dalej, wyrzuć to z siebie – mówi, unosząc brew.
Rzucam jej szybkie spojrzenie, po czym znów skupiam się na drodze.
– Jak na moje, to ta książka nie ma, kurwa, nic wspólnego z miłością czy romansem – oznajmiam beznamiętnie, wskazując na radio.
– A właśnie że ma – spiera się ze mną Ivy, udając obrażoną, a następnie dodaje: – Przecież oni ją kochają. Każdy na swój własny sposób.
Oni? Ja pierdolę.
– No dobra, powiedz mi w takim razie, jaki tytuł ma ta książka – mówię, mijając znak z nazwą miasteczka i wjeżdżając w ciemne przedmieścia.
– Jak tytuł ma ta książka? – powtarza, przygryzając dolną wargę.
– Dokładnie tak. Jaki tytuł ma ten gorący romans, którego tak zaciekle bronisz? – Spoglądam na nią, odliczając upływające sekundy. – No co jest? Ten erotyczny tytuł odjął ci mowę?
Ivy krzywi się nieznacznie.
– Nie… Chodzi o to, że tytuł nie brzmi zbyt romantycznie.
Czuję się zaintrygowany.
Pomimo panującego wokół mroku widzę, jak spuszcza wzrok na paznokcie, jakby rozpaczliwe potrzebowały jej uwagi.
– No dalej, Kłopocie. Jak nazywa się ta książka? – pytam ponownie.
Ivy wzdycha ciężko i wbija wzrok w szybę.
– Plugawi władcy grzechu – szepcze prawie niesłyszalnie.
Kiwam głową.
– Ach, no tak, mój błąd. Przecież to brzmi w chuj romantycznie.
Ivy prycha, ale nie mówi nic więcej i nie odrywa też wzroku od szyby.
No i dziękuję, kurwa, nie mam więcej pytań.
Nie dręczę jej już jednak, tylko przełączam na stację radiową, a z głośników płynie głos Coltera Walla. Gdy oswajam się z panującą między nami ciszą, Ivy znów się odzywa, bo przecież ta kobieta nie potrafi zbyt długo usiedzieć w ciszy.
– Piękne były te zaręczyny, prawda? Nash i CeCe są taką słodką parą. Wiem, że jestem tu od niedawna, ale naprawdę polubiłam twoją rodzinę. Wszyscy są tacy mili.
– Ta, są świetni – rzucam, co brzmi dużo bardziej sarkastycznie, niż planowałem, dlatego dodaję: – Nie sądziłem, że Nash w końcu się ustatkuje.
Ten facet od przeszło dwudziestu lat jest moim najlepszym przyjacielem, a niedługo zostanie też moim szwagrem. Kiedy latem dowiedziałem się, że w tajemnicy spotyka się z CeCe, byłem, delikatnie mówiąc, zaskoczony. Ale gdy jakoś to przetrawiłem i zdałem sobie sprawę, że jego intencje są szczere, wiedziałem, że idealnie do siebie pasują. I mimo że ich ciągłe migdalenie się sprawia, że zbiera mi się na wymioty, cieszę się, że Nash i moja siostrzyczka są szczęśliwi i być może zdejmą tę cholerną klątwę Ashbych, przez którą każde z naszej trójki nie miało zbyt dużo szczęścia, jeśli chodzi o związki.
– Ale jest jedna rzecz, która nie daje mi spokoju, i muszę o nią zapytać, więc wybacz, jeśli zabrzmi to zbyt personalnie – ciągnie Ivy.
No i masz, kurwa, babo placek.
– Nie bawię się w takie rzeczy – rzucam.
– Serio? – Jej głos ocieka sarkazmem. – Obiecuję, że nie będzie to nic nieprzyjemnego. Po prostu jestem ciekawa. – Milczę, co uznaje chyba za zgodę, więc mówi: – Nie bardzo orientuję się w historii twojej rodziny, mógłbyś mi ją przybliżyć?
Zerkam na nią, nie mając bladego pojęcia, do czego właśnie pije.
– Chodzi mi o to, że oni wszyscy są tacy mili, otwarci i wyglądają na całkiem szczęśliwych, dlatego zastanawiam się, czy nie byłeś przypadkiem adoptowany. A może dorastałeś w innym domu, co? Bo zachowujesz się jak jakiś zaginiony brat, który wciąż żywi urazę do świata.
Odwracam głowę, by na nią spojrzeć. W jej fiołkowych oczach migoczą kłopoty, po których otrzymała swoje przezwisko. Czuję, że z każdą sekundą moje brwi ściągają się coraz bardziej, gdy Ivy pokłada się ze śmiechu ze swojego średnio śmiesznego żartu.
– No bo… Czy twoja twarz potrafi wyrażać jakieś inne emocje poza ciągłym fochem? – zastanawia się, gdy wjeżdżam na podjazd prowadzący do Srebrzystych Sosen, mojego rodzinnego rancza i centrum treningowego koni. Mojego domu. Mojej odpowiedzialności.
Mijam swoją chatkę, jadąc starą szutrową drogą, by podwieźć Ivy pod jej domek. Ze wszystkich pięciu dostępnych dla pracowników chatek wybrała tę o nazwie Blue Eyes. Tę najbliżej mojej. I mimo że mogła wybrać każdą, którą tylko chciała, zdecydowała się na tę z dwóch powodów, o czym nie omieszkała mnie oczywiście poinformować. Po pierwsze, bo ma niebieskie oczy, co moim zdaniem jest dużym niedopowiedzeniem, bo jej oczy są tak niebieskie, że momentami wydają się wręcz fiołkowe, niczym niebo w mroźny, bezchmurny dzień… Czy coś w tym stylu.
A po drugie, bo taras Blue Eyes wychodzi na północny las, co, jak twierdzi, zapewnia jej prywatność, którą sobie ceni.
Chodzi pewnie o to, że może się tam do woli zaczytywać w swoich erotycznych romansidłach.
– Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – oznajmia, zerkając na mnie z uśmiechem. – Dzięki za podwózkę, Kapitanie Radość. Świetnie się dziś bawiłam… No, może pomijając ostatnie piętnaście minut.
Odpowiadam jej jedynie burknięciem, po czym wysiadam z auta i obchodzę je, żeby pomóc jej wysiąść. Ivy zdejmuje moją marynarkę, odsłaniając zgrabną sylwetkę, i mi ją podaje.
– Już się rozgrzałam, dzięki – rzuca, gdy ją od niej odbieram i wręczam jej kluczyki do auta.
To, jak nad nią góruję, dość bardzo rzuca się w oczy, gdy stoję zaledwie kilka centymetrów od niej. Nawet w szpilkach ledwo sięga mi do ramienia. Czekam, aż ruszy do siebie, ale zamiast tego słyszę, jak mamrocze coś, że nie wytrzyma już ani sekundy dłużej, po czym nieporadnie zaczyna ściągać czarne szpilki, stojąc na trawie.
– Och… Jak przyjemnie – mruczy, co sprawia, że z trudem przełykam ślinę. – Cały wieczór chciałam to zrobić – dodaje, chichocząc niewinnie, gdy zrzuca drugi but i momentalnie odejmuje sobie kilka dodatkowych centymetrów. Podnosi głowę, by obdarzyć mnie szerokim uśmiechem.
Odwracam wzrok, próbując pozbyć się z głowy tych wszystkich dźwięków, które z siebie wydaje, a ona nie przestaje mruczeć pod nosem o tym, jak cudownie jest czuć trawę pod stopami, jak przyjemnie ją to uziemia, podczas gdy ja wskazuję gestem na drzwi od jej chatki. Spogląda w ich stronę, a potem rzuca mi spojrzenie, które zdaje się mówić coś w stylu: „Poważnie?”.
– Chyba dam sobie radę, szefie. Możesz już wracać do domu. W końcu z twojego ganku widać mój. – Macha ręką w stronę mojej chatki, oddalonej o jakieś pięćdziesiąt metrów.
Kręcę głową.
– Pójdę do siebie, gdy będziesz już bezpieczna w środku.
Wybucha tak gwałtownym śmiechem, że aż odchyla głowę do tyłu, po czym rusza w stronę drzwi.
– To było naprawdę dobre – rzuca przez ramię. – Ale jestem dużą dziewczynką i to, że wypiłam kilka drinków, nie znaczy, że nie zdołam o własnych siłach dojść do domu. – Klepie swoją torebkę. – W razie czego mam gaz na niedźwiedzie.
Nie, no jasne, pewnie, że ma przy sobie gaz na niedźwiedzie. Chociaż założę się, że w ogóle by jej się nie przydał, bo gdyby spotkała niedźwiedzia, pewnie tak by się zaprzyjaźnili, że mogłaby go karmić z tarasu.
– Dobranoc, szefie, do zobaczenia o świcie – ćwierka radośnie i zamyka za sobą drzwi, a ja stoję na jej ganku i kręcę głową, nie dowierzając w to, jak szaloną kobietą jest ta cała Ivy Spencer.
Przerzucam sobie marynarkę przez ramię i ruszam do swojej chatki, do Bluegrass.
To największy z domków, choć nie tak duży jak mój dom rodzinny, duży dom. Moja chatka to tak zwana chatka szefa, jedyna z dwiema sypialniami i dwiema łazienkami. W końcu udało mi się urządzić ją po swojemu po tym, jak wróciłem do niej po rozwodzie. Większość prac przy remoncie kuchni zrobiłem sam, z niewielką pomocą Cole’a.
Wchodzę do środka i włączam światło. Wzdycham z ulgą. To moje miejsce. Ciemne, drewniane ściany, podłogi z surowego drewna, wszystko ma ten charakterystyczny rustykalny klimat. Wciąż unosi się tu słaby zapach skóry i tytoniu po poprzednich lokatorach. Niewielka kuchnia wyposażona jest w nowe szafki z drewna orzechowego i urządzenia ze stali nierdzewnej.
Po lewej znajduje się przestronny salon z kamiennym kominkiem sięgającym sufitu i wielkimi oknami wychodzącymi na duży dom oraz widoczne w oddali stajnie. To idealne miejsce, żeby usiąść wieczorem ze szklaneczką whisky i posłuchać ulubionych płyt winylowych. To także jedyne miejsce, w którym nie muszę nikim kierować, martwić się ranczem, moją starzejącą się mamą, próbami dorównania ojcu, Janelle ani przeszłością.
To moja przestrzeń, w której mogę być po prostu Wade’em, cokolwiek to, kurwa, teraz znaczy. Trudno znaleźć czas na autorefleksję, gdy ma się na barkach całe ranczo i presję przyszłorocznych derbów.
Rozwiązuję krawat i ściągam te piekielnie niewygodne buty. W myślach układam już plan na jutro, kiedy coś lekkiego upada mi na stopę. Odwieszam marynarkę, schylam się i podnoszę to coś z podłogi.
Ivy miała na sobie moją marynarkę może z dwadzieścia minut, a ja i tak przytykam materiał do nosa, by zaciągnąć się tym słodkim zapachem, który po sobie zostawiła. Jest kurewsko rozkoszny. Odruchowo wrzucam czarną satynową frotkę do koszyczka na lodówce i ruszam pod prysznic.
Znalezione, nie kradzione.
NASH
Dzień dobry, panowie. @Sierżancie, dzięki za pomoc i odwiezienie Ivy do domu. Zanim wróciłem do siebie, sprawdziłem jeszcze, czy zamknąłeś auto. Jak chcesz, mogę po ciebie później podjechać, żebyś mógł je odebrać.
NASH
Wiesz może, czy dobrze się bawiła? Rae nie może przestać o niej nawijać.
WADE
Bawiła się aż za dobrze, bo ta rodzina nie ma pojęcia, gdzie leżą granice profesjonalizmu.
COLE
@Nash, olej go. Wkurwia się, bo musiał siedzieć od niej zaledwie kilka centymetrów i udawać, że nie widzi, jak świetnie wyglądała w tej czerwonej sukience.
WADE
To moja pracownica.
NASH
Pracownica, powiadasz? Wydaje mi się, że powiedziałem kiedyś coś podobnego. Im bardziej nie wolno, tym bardziej się chce, nie?
COLE
Ja pierdolę. Ile razy mamy o tym gadać, co? Wrzuć w końcu na luz.
NASH
Ej no, nic nie poradzę, że jesteście moimi jedynymi kumplami.
NASH
Nie zauważyłem nawet, kiedy się zwinęliście. Gdy wróciłem z biura, już was nie było.
WADE
Szukaliśmy cię, ale okazało się, że wraz z CeCe zaginęliście w akcji i woleliśmy nie wiedzieć dlaczego.
COLE
No i znów wracacie do tematu, o którym wolę nie myśleć podczas porannej kawy. Jezu.
NASH
Bez komentarza. A tak w ogóle to dzięki, panowie, za wczoraj. Nadal nie mogę uwierzyć, że się zaręczyłem. Odlot!
COLE
Najlepsze jest to, że on nie ma zielonego pojęcia, co go czeka.
WADE
Dokładnie! Żadnego, kurwa, pojęcia.
NASH
O czym wy pierdolicie?
COLE
Szykuj się, stary.
NASH
Na co mam się szykować? Na życie wypełnione szczęściem?
Uśmiecham się szeroko, bo dobrze wiem, o co chodzi Cole’owi.
WADE
Na planowanie ślubu z CeCe. Przypomnij sobie, jaka jest w biurze, a teraz pomnóż to razy milion.
NASH
Oj tam, przesadzacie. Będzie dobrze. W końcu ślub to okazja do świetnej imprezy.
COLE
Narrator: W tym momencie zrozumiał, że ma przejebane.
NASH
Kurwa mać.
WADE
Dobrego dnia, panowie. 👍
Chowam telefon do kieszeni i wyglądam przez okno. Słońce wschodzi właśnie nad szczytami pasma górskiego Sugarland, kiedy zakręcam kubek termiczny z kawą i ruszam pieszo z Bluegrass do głównych stajni. Normalnie podjechałbym tam autem, by mieć je cały dzień pod ręką, ale z racji tego, że mój samochód nadal stoi na parkingu przed Horse and Barrel, muszę polegać na swoich nogach. I szczerze mówiąc, nie mogę się już doczekać, by ten krótki spacer przewietrzył mi trochę głowę.
Moje myśli jak zwykle wędrują do taty. Nie ma go z nami już od ponad dziesięciu miesięcy, co czasem wydaje mi się wiecznością, a czasem mam wrażenie, jakbym go widział zaledwie wczoraj. Chyba tak właśnie wygląda żałoba. Wszystko, co robię na ranczu, robię z nadzieją, że on zrobiłby to samo. Tego lata udało nam się w końcu dobrze zarobić. Wszystkie boksy są zajęte, znowu prowadzimy lekcje i oferujemy treningi.
W zeszłym roku nie było nam łatwo. Tata bardzo chorował, ja byłem w trakcie rozstania z Janelle i wiele spraw związanych z ranczem zwyczajnie zeszło na dalszy plan. Dopiero teraz czuję, że odzyskałem równowagę i znów działam na pełnych obrotach. Coraz poważniej myślę też o tym, czego chcą moja mama i rodzeństwo, czyli o tym, bym wykorzystał pobyt Ivy na ranczu i poszukał rocznego źrebaka, którego moglibyśmy przygotować do przyszłorocznych wyścigów kwalifikacyjnych do derbów. To będzie proces i zajmie nam on pewnie co najmniej z półtora roku, a nawet wtedy nie będzie gwarancji, że nam się powiedzie. Derby w Kentucky nie są może najbardziej dochodowym wyścigiem, ale to szczyt marzeń każdego, symbol prestiżu. A skoro chcę pójść w ślady taty, wystawienie konia w tej gonitwie wydaje się po prostu nieuniknione.
W końcu mamy na to czas i środki, musimy jednak znaleźć odpowiedniego konia, żeby jak najszybciej rozpocząć jego treningi. Będzie mnie to z pewnością kosztowało mnóstwo pracy oraz niemałej fortuny, a także będę musiał skorzystać z ogromnej pomocy ze strony Ivy, ale biorąc pod uwagę, że dzięki wsparciu Nasha i dużo lepszemu sezonowi nasza sytuacja finansowa w końcu się poprawia, myślę, że to może się udać. Muszę tylko wziąć Ivy pod swoje skrzydła, trochę ją podszkolić i odseparować od moich zdesperowanych pracowników, którzy dosłownie nie mogą oderwać od niej wzroku.
– Dzień dobry, szefie – mówi Ivy z uśmiechem, gdy wchodzę do stajni. Wygląda świeżo i promieniście. Jej kruczoczarne włosy są zebrane wysoko w duży, niedbały kok, a kilka niesfornych kosmyków okala jej pozbawioną makijażu twarz. Ma na sobie jedną ze swoich niezliczonych par levisów, które opinają jej kształty jak druga skóra, oraz białą, idealnie dopasowaną koszulkę z trasy koncertowej Erica Churcha, z głębokim dekoltem, któremu jej pełne piersi stawiają niemały opór.
Tak, wiem, że to moja pracownica, ale jestem tylko facetem i musiałbym być martwy, żeby nie zauważyć takiej kobiety jak Ivy.
– Nie wyglądasz najgorzej, biorąc pod uwagę te wszystkie margarity, które wczoraj wypiłaś – rzucam.
– Pewnie dlatego, że przyniosłem jej już kawę z dużego domu – odzywa się Haden, moja prawa ręka na ranczu, wychylając się zza jednego z boksów. Nie, no jasne. Oczywiście, że przyniósł jej kawę, i oczywiście, że akurat teraz jej pomaga, choć powinien dowodzić ekipą, która miała dziś czyścić wszystkie boksy. Taki z niego oddany pracownik. – Domyśliłem się, że dobrze jej ona zrobi po wczorajszym wieczorze – dodaje z uśmiechem.
Ivy odwzajemnia mu się tym samym, racząc go olśniewającym uśmiechem, który sprawia, że zaciskam zęby. Haden jest ostatnią osobą, jaką chciałbym widzieć w jej towarzystwie.
– Nie da się ukryć, że twoja rodzina umie się bawić – stwierdza Ivy, zamykając za sobą boks, w którym pracowała.
– Mhm – burczę w odpowiedzi.
Haden parska śmiechem na moją lakoniczną odpowiedź, ale Ivy nic sobie z tego nie robi, bo chyba zdążyła się już do tego przyzwyczaić.
– A, wydrukowałam ci informacje o rejestracji na Nashville i zostawiłam je na twoim biurku, jeśli chciałbyś na nie zerknąć. Aukcja ma się odbyć dwudziestego siódmego. Miałeś czas się nad tym zastanowić? – pyta.
No tak, coroczna aukcja hodowlana w Nashville. Najlepsza okazja na zakup roczniaka.
– Tak, myślałem o tym – przyznaję, pocierając żuchwę. – Potrzebujemy dżokeja i cholernie dużo czasu na treningi. Musiałbym odpuścić wiele rzeczy, żeby się w to w pełni zaangażować.
Ivy przytakuje. Oswoiła się już chyba również z moim niezdecydowaniem, bo odkąd do nas dołączyła, nieustannie kręcimy się wokół tego tematu.
– Jestem gotów pomóc Ivy w każdy możliwy sposób, szefie – wtrąca się Haden, przeskakując wzrokiem między mną a Ivy. – Mogę towarzyszyć jej podczas treningów, wziąć na siebie dodatkowe obowiązki, cokolwiek tylko będzie trzeba. Mogę nawet pojechać do Nashville… i zabrać ze sobą Ivy, jeśli jesteś za bardzo zajęty, a chciałbyś znać jej opinię.
Ivy spogląda na niego z nadzieją w oczach, po czym przenosi wzrok z powrotem na mnie.
– Jest to jakieś rozwiązanie, jeśli nadal się wahasz – mówi.
Po moim trupie! Haden wpatruje się w nią jak w obrazek, od kiedy tylko przekroczyła próg rancza, i choć jest świetnym kowbojem, może nawet najlepszym, jakiego mam, jest też podręcznikowym babiarzem. Przeleciał więcej dziewczyn z Laurel Creek niż ktokolwiek inny, nawet Cole. I właśnie dlatego myśl, że miałby spędzać z Ivy więcej czasu sam na sam, jest dla mnie zupełnie nie do przyjęcia. Nie ma takiej, kurwa, opcji.
Odchrząkuję, a w mojej głowie kiełkuje impulsywna decyzja.
– Nie, dzięki, już to sobie przemyślałem. Ale potrzebuję cię, Haden, chcę, żebyś wziął na siebie trochę więcej obowiązków. Będziesz mnie zastępował, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba, i uważnie wszystkiego doglądał.
Co ja, do cholery, wyprawiam?
Zdejmuję kapelusz i przeczesuję dłonią włosy, podczas gdy stojąca przede mną dwójka wyczekująco się we mnie wpatruje.
– Zarezerwowałem nam już hotel w Nashville – kłamię. – Pojedziemy, obejrzymy konie i zobaczymy, co uda nam się znaleźć.
– Nam? – pyta Ivy, unosząc brwi.
Spoglądam na nią i kiwam głową.
– Tak, w końcu to ty jesteś teraz naszą główną trenerką i jeszcze przez kilka miesięcy będziesz mogła wyrazić w tej kwestii swoje zdanie – mówię nieco niezręcznie.
Ivy piszczy z radości i kompletnie mnie zaskakuje, wtulając się we mnie swoim drobnym ciałkiem i oplatając mnie rękoma w pasie.
– O tak, szefie. Nie zawiodę cię, obiecuję. Tak wyszkolę tego konia, że do wiosny będzie pędził jak burza – nawija mi podekscytowana do ucha. Jej głos jest miękki i lekko ochrypły. I nie, nie próbuje brzmieć seksownie. Taka po prostu jest. Jej dłonie na moich plecach, jej ciepłe ciało wtulone we mnie i ten głos… To wystarcza, żeby mój penis postanowił się obudzić i sprawdzić, co dobrego się tu dzieje.
Uspokój się, wielkoludzie, nie czas na ciebie.
Delikatnie odklejam od siebie jej ręce i cofam się o krok.
– No to dobrze. Jest sporo spraw do ogarnięcia, więc jak tu skończysz, to wpadnij do mojego biura. Zaczniemy planować.
Przytakuje, patrząc na mnie, jakby chciała mnie przeprosić za to, że mnie przytuliła.
– Jasne, brzmi świetnie – odpowiada, przełączając się na tryb profesjonalistki.
Haden śmieje się gdzieś w boksie, a ja mam nieodpartą ochotę mu przywalić, ale zamiast tego odwracam się i ruszam do swojego biura.
Czas naprawdę zarezerwować jakieś cholerne pokoje.
Nie pokładałam nigdy zbyt dużej wiary w ludziach. I nie chodzi o to, że ich nie lubię, bo lubię, ale jakoś od zawsze wolałam się trzymać od nich na dystans. Dużo lepiej odnajduję się w towarzystwie zwierząt, zwłaszcza koni, z którymi pracuję. Ludzie bardzo często zmieniają zdanie i nieustannie mnie zawodzą lub odchodzą, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Tyczy się to zwłaszcza mężczyzn. Z doświadczenia wiem, że nietrudno ich rozszyfrować. Wszyscy ci, których spotkałam na swojej drodze, lub ci, którzy pracowali ze mną przez lata, dzielili się na dwie grupy: tych, którzy się mnie bali, i tych, którzy byli gotowi zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby mnie wyruchać, zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Większość mężczyzn nie traktuje mnie poważnie i prawie zawsze wydaje im się, że wszystko wiedzą ode mnie lepiej. Branża, w której działam, czyli jeździectwo, pełna jest tego typu mężczyzn, więc dość szybko udaje mi się odczytać ich intencje i ocenić, na czym stoję.
Ten system świetnie się sprawdzał, dopóki nie poznałam Wade’a Ashby’ego. Wade na bank się mnie nie boi, ale nie patrzy też na mnie tak, jakby chciał mnie przelecieć. Do tego jest pierwszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek spotkałam, który nigdy się nie uśmiecha, a mimo to jakimś dziwnym trafem pracuje mi się z nim dużo lepiej niż z kimkolwiek innym, bo Wade to zupełnie inna liga.
Jest silny, profesjonalny, inteligentny jak diabli, pełen szacunku do innych i tak cholernie opanowany, że zastanawiam się, czy kiedykolwiek pozwala sobie wrzucić na luz. Na pierwszy rzut oka wydaje się skromny i tajemniczy, niczym ten seksowny aktor, Henry Cavill, gdyby tylko Henry miał metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, grał rolę ranczera i chodził ciągle ze skwaszoną miną.
Gdy tylko Wade Ashby otworzył usta, dość szybko zrozumiałam, że nie jest typem, który dopuszcza do siebie innych. Odkąd się tu pojawiłam, próbuję nadążyć za jego dwoma głównymi nastrojami: zrzędliwym i cholernie zrzędliwym. To, jak co rano marszczy brwi nad tymi swoimi głęboko zielonymi oczami, które zdają się przeszywać mnie na wylot, mówi mi wszystko, co muszę wiedzieć o nadchodzącym dniu. Jedno jest pewne, prawie zawsze patrzy na mnie z dezaprobatą. Wade nie lubi zmian i na każdym kroku daje mi do zrozumienia, że moje nowoczesne metody treningowe są zupełnie nie w jego stylu.
Ponieważ obiecałam sobie niedawno, że nie pozwolę już nikomu pogrywać sobie ze mną i z moimi uczuciami, przez większość czasu odpłacam mu się pięknym za nadobne, co, o dziwo, zdaje się mu odpowiadać. Zwykle nastrój Wade’a jest dość przewidywalny. Ale dziś? Dziś po raz pierwszy naprawdę mnie zaskoczył.
Nie wiem, dlaczego zdecydował się tak mocno zaangażować w znalezienie nowego konia wyścigowego dla Srebrzystych Sosen, ale szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi. Ważne jest to, że będę mogła wziąć w tym udział. Mam dwadzieścia dziewięć lat i będę trenować konia na derby. Kto by w to uwierzył? To zupełnie inna rzeczywistość niż ta, z której się wyrwałam, czyli osiedla przyczep kempingowych Winding Eagles w Jellico. To moja szansa, żeby naprawdę zaistnieć jako trenerka.
Od dnia, w którym mnie zatrudnił, miałam cichą nadzieję, że pod tą szorstką powierzchownością kryje się choć niewielki duch przygody, nie spodziewałam się jednak cudów. Tymczasem za niecałe dwa tygodnie zabiera mnie na zakupy… Konne zakupy. Jestem tak podekscytowana, że mam ochotę wykrzyczeć to całemu miasteczku.
Kontynuuję trening z moim nowym końskim kumplem, Gałką, docierając do rozsądnej części jego mózgu. To jego poznałam podczas pierwszego dnia na ranczu. Przeszedł długą drogę i jest obecnie ulubionym koniem siedmioletniej bratanicy Wade’a, Mabel. Jakoś mnie to nie dziwi.
Mój tata był weterynarzem, ale zajmował się głównie końmi i wierzył, że tak jak inne zwierzęta mają swoje bratnie dusze. Patrząc na Gałkę i Mabel, trudno byłoby się z nim nie zgodzić, bo oboje są rozbrykani, pełni energii i wiecznie gotowi do zabawy. Staram się, by Gałka trochę ochłonął, gdy czuję wibrację telefonu w kieszeni. Ignoruję to przez kilka minut, po czym wpuszczam Gałkę do zagrody i sięgam po komórkę.
CECE
Ogromnie ci dziękuję, że tak pięknie zagrałaś dla nas wczoraj na gitarze. Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś.
Wspominałam już, że pomijając mojego marudnego szefa, uwielbiam jego rodzinę? Wszyscy są dla mnie tak kochani, że gdy Nash poprosił mnie, bym zagrała dla CeCe jej ulubioną piosenkę Shani Twain podczas wczorajszych oświadczyn, od razu się zgodziłam. Każdy tutaj jest dla mnie naprawdę miły; oprócz Wade’a, ale nie biorę sobie jego humorów do serca, bo on na wszystkich patrzy tak, jakby szlag go trafiał, że nie może w pojedynkę ogarnąć całego rancza.
IVY
Cała przyjemność po mojej stronie. I świetnie się bawiłam. Diablice wiedzą, jak się dobrze bawić.
CECE
O tak, i bardzo dobrze nam to wychodzi.
IVY
Nie jestem jednak pewna, jak dobrze bawił się twój brat, bo nie wyglądał na zadowolonego, gdy odwoził mnie wczoraj do domu.
CECE
On nigdy nie wygląda na zadowolonego, więc mówię wszystkim, że taka już jego uroda.
IVY
Nawet mi tak nie mów! Wydaje się wkurzony z powodu samej wizji startu w derbach, co moim zdaniem jest superekscytujące i stanowi świetną okazję do świętowania. Czy on zna w ogóle takie słowo jak „świętowanie”?
CECE
Na serio zdecydował się na start w derbach?
O cholera. Piszę, po czym się rozmyślam. I znowu zaczynam pisać.
IVY
No chyba tak, bo wybieramy się niedługo na aukcję. Nie słyszałaś o tym?
CECE
Musiałam najwyraźniej przegapić moment, w którym to ogłaszał.
IVY
Ups, coś mi się zdaje, że właśnie się wygadałam, więc udawaj zaskoczoną, gdy ci o tym powie, okej?
CECE
Spokojnie, nie puszczę pary z ust. Zresztą niezależnie od tego, co go do tego przekonało, cieszę się, że podjął taką decyzję. Będziemy trzymać za was kciuki i w razie potrzeby pamiętajcie, że możecie na nas liczyć.
IVY
Bardzo ci dziękuję za zachowanie tego w tajemnicy i za wsparcie.
CECE
Nie ma za co. My, dziewczyny, musimy trzymać się razem.
Tego się nie spodziewałam. Wade zaskakuje mnie dziś już po raz drugi. Dlaczego nie powiedział o tym swojej rodzinie, skoro zarezerwował nam już pokoje w hotelu?
Mój telefon odzywa się ponownie, ale tym razem nie jest to siostra Wade’a, tylko siostra mojego byłego.
CHELSEA
Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale Brad nie chce mi dać spokoju i cały czas mówi, żebym do ciebie napisała. Nie chcę się wtrącać, ale tęsknię za tobą i mam nadzieję, że wszystko u ciebie dobrze.
Wzdycham i wsuwam telefon z powrotem do kieszeni. Nie dziś, Lucyferze.
Minęły trzy miesiące, odkąd opuściłam ranczo Bellinghamów i samego diabła wcielonego, czyli Brada. Kiedyś odpisywałam jeszcze jego siostrze, Chelsea, i jego matce, bo przez chwilę czułam się nawet częścią ich rodziny. Obecnie staram się nie mieć im tego za złe. Wiem, jak przekonujący potrafi być Brad, gdy czegoś naprawdę chce.
Dlatego ostatnimi czasy po prostu je ignoruję, gdy próbują się ze mną skontaktować. Tak naprawdę przydałyby mi się nowy numer i nowy telefon. Mój obecny jest już strasznie stary, ale tylko na taki mnie stać, biorąc pod uwagę wszystkie zobowiązania finansowe, które ciążą mi na barkach. Na początku próbowałam zablokować numer Brada, ale wtedy zaczął kombinować i wysyłać mi wiadomości z telefonów swoich bliskich albo dzwonił do mnie z rancza. Cały czas powtarzam sobie, że niedługo sobie odpuści, w końcu Brad nie radzi sobie zbyt dobrze, gdy jest sam. Liczyłam, że znajdzie sobie kogoś nowego i da mi wreszcie święty spokój. Na razie nie wie, gdzie jestem, i mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowie.
Idę po Gałkę i prowadzę go do jego boksu, po raz setny zadając sobie pytanie, jakim cudem dałam się Bradowi tak zmanipulować. Bo nie tylko dałam się nabrać na jego sztuczki, ale w nie wręcz uwierzyłam. To istny książę rancza Bellinghamów, typowy przedstawiciel old money. Na pierwszy rzut oka robi świetne wrażenie, ale to tylko fasada, bo pod maską skrywa dużo mroczniejsze oblicze.
Choć początkowo tego nie widziałam, Brad okazał się klasycznym narcyzem. Do tego takim, który potrafi być naprawdę okrutny, co boleśnie odkryłam w ciągu ostatnich kilku lat. Dorastałam, słysząc, że „nie mogę pozwolić, żeby mężczyzna źle mnie traktował”, że „muszę znać swoją wartość”. Miałam cudownego tatę, który nauczył mnie, jak być silną i odważną. Ale Brad działał powoli i bardzo metodycznie. Nawet się nie zorientowałam, kiedy całkowicie mnie sobie podporządkował. Im bardziej byłam zależna od niego i jego rancza, tym mniej się krył ze swoimi zagrywkami. Wykorzystywał moją niepewność, aż w końcu wmówił mi, że jest moją jedyną szansą na bezpieczeństwo i stabilność.
Będąc z Bradem przez te wszystkie lata, zatraciłam siebie oraz kwintesencję tego, na kogo mnie wychowano. Patrząc wstecz, wierzę, że tata spoglądał na mnie z góry i w jakiś sposób pomógł mi stamtąd odejść. Kiedy człowiek, którego znałam od dziecka, mój mentor w Stowarzyszeniu Hodowców Koni Rasy Quarter American i Pełnej Krwi Angielskiej oraz jeden z najlepszych przyjaciół taty, powiedział, że na ranczu Srebrzyste Sosny poszukują nowego trenera, usłyszałam w myślach słowa: „To twoja szansa. Wykorzystaj ją”.
I niełatwo było mi się tu dostać, ale dałam radę.
A teraz, o ile uda mi się przez kilka następnych miesięcy powstrzymywać mojego nowego szefa przed wybuchem czystą, niefiltrowaną złością, mam dom i pracę, którą naprawdę kocham, nie wspominając o świetnym dodatku do CV, kiedy nadejdzie moment, żeby się pożegnać.
Zapinam kantar i uwiąz z przodu boksu Gałki, zamykam go i wzdycham, spoglądając na rozciągające się za stajnią góry. Brad Bellingham nie popsuje mi dziś nastroju. Nikt mi go nie popsuje, ponieważ Ivy Grace Spencer będzie trenować konia do derbów!
HADEN
Sierżant wygląda, jakby miał zaraz eksplodować. Czeka na ciebie i kręci się w kółko, nawijając przez telefon jak opętany.
HADEN
Lepiej się pospiesz, bo zaraz się rozmyśli w sprawie zakupu nowego konia.
Uśmiecham się szeroko.
IVY
To może go przytul, co? Zdaje się tego potrzebować.
HADEN
Zapomnij. Za bardzo lubię swoje ręce, by ryzykować ich złamaniem.
Mogłeś po prostu zaznaczyć teren moczem, sierżancie, obsikując jej kostki, jak na prawdziwego samca przystało, zamiast zobowiązywać się do wydania setek tysięcy dolarów na nowego konia – mówi Haden z szerokim uśmiechem, oparty o framugę drzwi mojego biura i z rękami skrzyżowanymi na piersi. Znam go, odkąd miał trzynaście lat, i to sprawia, że bywa dużo bardziej pyskaty niż reszta moich pracowników. – Wszyscy znamy zasady panujące na ranczu. A zgodnie z nimi ona jest poza naszym zasięgiem – dodaje.
– Na litość boską, Haden. – Ściągam kapelusz i rzucam go na biurko. – Moja decyzja nie ma z nią nic wspólnego – warczę. Moja cierpliwość już dawno się wyczerpała, bo od godziny obdzwaniam hotele w Nashville, próbując zarezerwować jakieś pokoje. Oczywiście mam takie szczęście, że aukcja koni wypada w ten sam weekend co miejski maraton, więc nie ma szans na znalezienie czegoś online. Dlatego wydzwaniam po hotelach jak skończony debil, licząc, że może ktoś się zlituje. Jak dotąd nie zarezerwowałem noclegów na wyjazd, który podobno zaplanowałem z wyprzedzeniem. Właśnie z tego powodu nie robię nigdy nic na spontanie.
– No to skoro ona nie ma nic wspólnego z twoją decyzją, to nie będziesz miał pewnie nic przeciwko, żebym zabrał jej zgrabny tyłeczek na kolację, prawda? A może do kina? Żeby poobściskiwać się trochę w ostatnim rzędzie? – Haden się szczerzy.
Rzucam mu ostrzegawcze spojrzenie, które zna aż nazbyt dobrze.
– Przeginasz, Haden. I doskonale o tym wiesz. – Prędzej padnę, niż pozwolę mu zabrać ją na kolację. – Dopiero co przyznałeś, że znasz zasady. Uwierz mi, że ostatnie, czego mi teraz trzeba, to szukanie nowego trenera, po tym jak odpalisz swój urok ruchacza – dodaję.
Haden parska śmiechem i unosi kapelusz, żeby otrzeć czoło.
– Spokojnie, szefie, tylko sobie pogrywam. A w ogóle to gratki za decyzję o powrocie do wyścigów. Twój tatko byłby z ciebie dumny – mówi poważnie. – I na serio, jakby co, to możesz na mnie liczyć.
W odpowiedzi kiwam jedynie głową. Choć wkurza mnie niemożebnie, wiem, że mogę na nim polegać.
W korytarzu rozlega się echo chrapliwego głosu Ivy. Jeszcze jej nie widzę, ale już słyszę, jak śpiewa kawałek Sierry Ferrell, i brzmi to całkiem nieźle. No dobra, brzmi zajebiście. Wpada do swojego biura, które mieści się dokładnie naprzeciwko mojego.
Momentalnie przykuwa naszą uwagę i wraz z Hadenem wpatrujemy się w nią przez szybę dzielącą nasze biura, kiedy zdejmuje wiśniową frotkę z długich, gęstych włosów. Lśniące fale opadają jej na ramiona, są niczym woda rozbijająca się o brzeg. Haden przełyka głośno ślinę. I wtedy Ivy nachyla się, sięgając po coś do torby i tym samym odsłaniając przed nami swój oszałamiający dekolt, częściowo przysłonięty zwiewną kurtyną jej włosów. Po raz drugi tego dnia staje mi w najmniej odpowiednim momencie.
– O kurwa – szepcze Haden, wyrywając mi to z ust. Strzelam go w ramię za to, że się na nią gapi. – Nie no, sorry, ale musiałeś zatrudniać najgorętszą trenerkę koni na świecie i kazać nam wszystkim trzymać się od niej z daleka? To nieludzkie!
– Wydaje mi się, że masz już wystarczająco trofeów w swojej sypialni – odpowiadam, obserwując kątem oka, jak jej krągłe piersi płynnie przechodzą w smukłą talię, którą z pewnością zdołałbym objąć dłońmi, gdybym…
– Może nadszedł wreszcie czas, żebyś wybrał się z Cole’em na panienki do Lexington, by móc trzymać się swoich własnych zasad. – Haden cicho się śmieje, ściskając dłonią moje ramię.
Chrząkam, wkurzając się, że zauważył, jak na nią patrzę, a przecież powinienem świecić im wszystkim przykładem.
– Jak tam, szefie? – pyta Ivy, pukając w futrynę i wsuwając głowę do biura, czym momentalnie ucisza Hadena.
Młody odchrząkuje i staje obok mojego biurka.
– Miałeś chwilę, żeby zerknąć na zasady rejestracji? – Ivy zerka na telefon, po czym rusza w naszą stronę.
Jestem na tyle wysoki, że z łatwością mogę zajrzeć jej w dekolt, co w żadnym razie nie pozwala mojemu penisowi się ogarnąć. Odwracam wzrok, ale muszę przyznać, że dopasowane koszulki z głębokim dekoltem to jedna z największych słabości mężczyzny.
– Mam jeszcze godzinę, zanim przyjedzie szkolna wycieczka, więc jak chcesz, mogę ci pomóc – dodaje.
Odwracam się do Hadena, który szczerzy się tak, jakby przejrzał mnie na wylot.
– Jasne, możemy się tym zająć – rzucam, nie odrywając wzroku od Hadena, by upewnić się, że nie zagląda jej w dekolt, bo wiem, że gdybym nie patrzył, na bank by to zrobił. – Haden i tak już wychodził, ma obornik do ogarnięcia.
Niecałą godzinę później jesteśmy już zarejestrowani i mamy wszystkie formalności dopięte na ostatni guzik. Przejrzeliśmy też prospekty obiecujących roczniaków. Konie startujące w derbach muszą mieć dokładnie trzy lata, co oznacza, że czeka nas rok pełen treningów i kwalifikacji.
Zerkam na Ivy znad swoich notatek.
– Jest kilka koni, którym z chęcią przyjrzę się w Nashville. – No wiesz, w tym mieście, w którym będziemy spać w moim aucie, jeśli nie uda mi się znaleźć nam hotelu.
Ivy jest pełna energii i nadziei, gdy opowiada o planach i innowacyjnych metodach treningowych, które chce wdrożyć w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Będziemy musieli w pełni się w to zaangażować, co oznacza, że Srebrzystymi Sosnami zajmie się napalony Haden.
– Ojciec tego ogierka startował w derbach, a jego matką jest ta oto klacz – wyjaśnia Ivy, wskazując smukłym palcem na ekranie imiona, które absolutnie nic mi nie mówią. Jej fiołkowe oczy wpatrują się we mnie z wyczekiwaniem. – Nie masz pojęcia, co to za konie, prawda? – pyta, na co kręcę głową.
– Nie byłem nigdy pilnym uczniem – przyznaję.
Wywraca oczami i nawet to sprawia, że nie mogę oderwać od niej wzroku.
– Ojciec tego ogierka, Książę z Amarillo, zajął czwarte miejsce w derbach w dwa tysiące szesnastym, a jego matka, Perła Nocy, ścigała się dwa lata temu w OAKS, czyli gonitwie trzyletnich klaczy pełnej krwi angielskiej – tłumaczy. – Będziemy musieli stworzyć listę koni, które nas interesują, ale ten zapowiada się naprawdę dobrze. – Znów wskazuje na ekran mojego komputera. – Szumiący Wiatr. To może być nasz zwycięzca. Zobacz, jaki jest piękny. Zobacz, jaki ma rodowód.
Jej ekscytacja jest zaraźliwa, a po kręgosłupie przebiega mi niespodziewany dreszcz, gdy tylko myślę o powrocie do wyścigów. Lubiłem to. A właściwie kurewsko to uwielbiałem. Dobrze pamiętam tamte lata z tatą na trybunach. To podekscytowanie, to napięcie. To wtedy czułem, że naprawdę żyję.
– Te roczniaki są tak silne i mają tak świetne rodowody, że jestem gotowa zaangażować się w to na całego. Mogę je trenować dniami i nocami. Serio, tak jestem zdeterminowana.
– No to chyba nic więcej nam do szczęścia nie trzeba – rzucam z przekąsem.
– Dokładnie. – Ivy unosi brew. – Musisz wiedzieć, że jeśli czegoś bardzo chcę, to zawsze to dostaję.
Z jakiegoś powodu w ogóle mnie to nie dziwi. Widać po niej, że swoje przeszła i jakoś się z tego wykaraskała.
– Zobaczymy, jak nam pójdzie – stwierdzam, po czym zbieram papiery z biurka i chowam je w skoroszycie. Dużo ryzykuję, planując coś takiego na ostatnią chwilę, liczę jednak, że tego nie pożałuję. Słyszę w głowie głos taty, mówiący mi, żebym trochę odpuścił i dał się temu porwać, tak jak on to kiedyś robił.
– Jeśli mogę, Wade, pozwolę sobie na osobistą dygresję i powiem ci, że kiedyś namiętnie oglądałam wyścigi z moim tatą. To on nauczył mnie jeździć konno, nauczył, jak nawiązywać kontakt z końmi i jak je trenować, zanim jeszcze zdążyłam dorosnąć. – Na moment zamyśla się, zatapiając wzrok w odległym wspomnieniu, po czym jej fiołkowe oczy wracają do moich. – Od zawsze marzyłam, żeby wziąć udział w czymś takim, ale wcześniej jakoś nie miałam ku temu okazji, więc… Dziękuję, że mi ją dałeś.
Kładzie delikatną dłoń na moim przedramieniu. Zerkam na jej rękę, zanim ją cofa. To tylko przyjacielski gest, a mimo to jej dotyk zostawia niewidzialny ślad na mojej skórze.
– Och, przepraszam, szefie. – Uśmiecha się przepraszająco. – Jestem przylepą i obawiam się, że nic już na to nie poradzę.
Słysząc to i czując bliskość jej ciała, zaciskam zęby i odwracam wzrok. Może Haden miał rację i wypad z Cole’em do Lexington rzeczywiście by mi się przydał.
Uśmiecha się i jakby nigdy nic zmienia temat, bo taka już jest.
– Naprawdę nie mogę się doczekać tych kilku najbliższych miesięcy. Jeśli się zakwalifikujemy, to będzie to świetny marketing dla rancza. Czekają nas nowe wyzwania. Zobaczysz, będzie super. – Spogląda za mnie, w stronę dużego, okrągłego wybiegu, gdzie zaczynają się już schodzić dzieciaki na zaplanowaną na południe szkolną wycieczkę.
Może to wpływ jej pozytywnego nastawienia, a może tej chwili albo połączenia jednego i drugiego, ale przez ułamek sekundy czuję, że się uśmiecham, gdy jej energia i podekscytowanie łączą się z moimi.
Potrafię być spontaniczny i może to nowe wyzwanie jest dokładnie tym, czego mi teraz trzeba.
– Skoro tak, to wiesz co? Walić wszystko, robimy to – rzucam.
Ivy podnosi na mnie wzrok, a jej usta otwierają się na sekundę, po czym parska śmiechem i wstaje.
– Tak trzymaj, szefie – mówi i zaczyna zbierać swoje rzeczy z biurka. Chwilę później zagląda do nas Haden i zadaje jej jakieś pytanie.
Mój spontaniczny nastrój momentalnie się ze mnie ulatnia, gdy zerkam na telefon i widzę, jak rozświetla się przez wiadomość od mojej mamy.
O cholera.
SZEFOWA
Kiedy zamierzasz mi wyjaśnić, dlaczego to od Hadena Brooksa dowiaduję się, że kupujemy nowego konia na derby?
To z nią pierwszą powinienem to omówić. Nie lubi być pomijana i z pewnością przez najbliższe kilka tygodni będzie mi to wypominać przy każdej możliwej okazji.
WADE
Wiedziałaś przecież, że to rozważam. Czy to nie tego ode mnie chcieliście?
SZEFOWA
Niby tak, ale nie lubię dowiadywać się o takich sprawach ostatnia. I to na własnym ranczu.
SZEFOWA
Zaproś dziś Ivy do nas na wieczór. Będziecie mogli nam o wszystkim opowiedzieć.
WADE
