Toksyczni - Tomasz Duszyński - ebook

49 osób właśnie czyta

Opis

Młody gangster

Emerytowany glina

Teczki, które wstrząsną Polską

"Zbyt wiele spraw nakładało się na siebie, właśnie tu, w miejscu, w którym od dziesięcioleci nie działo się nic niezwykłego. To nie mógł być przypadek. Janek nie łączył w tej chwili tych spraw, nie miał do tego podstaw, ale mimowolnie czuł, że wszystko jest systemem naczyń połączonych. Trzy trupy niecały kilometr od miejsca, w którym prokurator Wilczyński schował coś bardzo ważnego".

Poznajcie Sebę, lokalnego wrocławskiego gangstera. Płotkę. Drobne haracze, handel prochami, wyrównywanie rachunków przy pomocy pięści - to jego codzienność.

Seba nie miał większych zmartwień, do czasu, gdy szef zabrał go jako ochronę podczas tajemniczej transakcji.

Wtedy wszystko się skomplikowało.

Prokurator Wilczyński tuż przed śmiercią wymusza na zaprzyjaźnionym emerytowanym glinie, Nowickim, zniszczenie pewnych dokumentów.

Sejf jednak okazuje się pusty, a z pobliskiego jeziora policja właśnie wyłowiła samochód.

Ze zwłokami w bagażniku.

Porywający i wstrząsający kryminał o gangsterskich porachunkach oraz skorumpowanej policji.

W kręgu toksycznych nikt nie może czuć się bezpiecznie.

Czy odważysz się spotkać z nimi oko w oko?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO PRAWDZIWYCH POSTACI I ZDARZEŃ JEST PRZYPADKOWE

PROLOG

ŚRODA, 21.50

Jak to się, kurwa, stało?

Maks w krótkich, bolesnych przebłyskach świadomości wciąż nie potrafił zrozumieć, że to się dzieje naprawdę. Że cały ten szajs dotyczy jego osoby, jego połamanych gnatów. Miał wrażenie, że ogląda jeden z tych popieprzonych filmów, w których stylizowani na twardzieli frajerzy odgrywają napakowaną adrenaliną scenkę. Kolesie zajechali mu drogę, a potem wyciągnęli z samochodu. Dostał bejsbolem w brzuch, potem poprawili po kulasach. Usłyszał chrzęst w rzepce kolanowej, ten dźwięk przypominał mu niedzielny obiad u teściów, gdy żona dogryzała chrząstki, żeby dostać się do szpiku.

Ból był piekielny, ale do niego można się przyzwyczaić. Gorzej ze świadomością, że coś poszło strasznie nie tak, że skończy nawet nie na OIOM-ie, ale w cholernej jesionce z krzyżykiem na wieku.

– Gdzie walizka?!

Maks opierał się plecami o maskę samochodu, półleżąc, popatrzył w górę.

Nie znał tego karka. Młody, może około trzydziestki. Miał już zmarszczki, ale podobne bruzdy zdobiły ryje wielu takich jak on, przerzucających żelastwo na siłowniach. Maks niemal widział go, jak wyciska ponad setkę złomu z wytrzeszczem w oczach i żyłami buzującymi na łysej czaszce.

– Gdzie to masz, złamasie?!

Spod bluzy wyskoczył złoty łańcuszek z Jezusem na krzyżu. Zakołysał się nad głową Maksa, a ten wpatrywał się w krucyfiks jak sparaliżowany, z szeroko otwartą gębą. Miał wrażenie, że Jezus właśnie w tej chwili mu pogroził, nie tyle palcem, ile całym sobą.

– Nie udawaj, że nie słyszysz, skurwielu!

Bulwiaste paluchy zacisnęły się na tchawicy Maksa. Na wierzchu dłoni karka zobaczył tatuaż: ogarniające całą rękę płomienie, do tego napis: „Modlitwa za umierających”.

Krew eksplodowała w czaszce. Chciałby kopnąć tamtego, ale nogę miał wyjętą z życiorysu.

– Mam! Spadła pod fotel, możemy spierdalać.

Trzasnęły drzwiczki samochodu Maksa. Przed chwilą jeden z tych cweli wygramolił się z tylnego siedzenia.

W sumie było ich czterech. Wszyscy wpatrywali się teraz w niego z jakąś tępą fascynacją, patrzyli jak na wymierający gatunek. Maks wiedział, że będą wracać do tej chwili wiele razy, poczuli krew, tuczniki. Kto wie, może posmakują w tym bardziej niż w kolejnych sesjach na siłowni.

Zrobiło mu się żal, swojej kochanki, apartamentu, na który dał zaliczkę miesiąc wcześniej, dzieciaków, które żona miała mu urodzić. Nawet pieprzonego hibiskusa, którego dostał na urodziny, a który miał stanąć w jego salonie.

Wiedział, czym ryzykuje, ale przecież na co dzień nie myśli się o najgorszym. Pracował dla rekina, a w oceanie, w którym pływali tacy jak on, było wiele innych żarłocznych ryb. Był głupi, jeśli wydawało mu się, że samo nazwisko szefa wszystkich odstraszy. Koleś trząsł połową Wrocławia, kurwa, on rozdawał karty na rynkach finansowych w Polsce i za granicą. Kto byłby na tyle głupi, żeby z nim zadzierać? Kto? Maks odnalazł nagle w tej konkluzji ziarnko nadziei.

– Wy chyba, kurwa, nie wiecie, kogo…

– Stul ryja!

Zęby zazgrzytały na lufie. Górna warga pękła jak dojrzały owoc, a jedynka ukruszyła się niczym porcelanowy bibelot. Odchylił głowę do tyłu, ale to tylko pogorszyło sprawę. Muszka rozcięła podniebienie. Maksem wstrząsnął odruch wymiotny, pociągnęło go żółcią.

– Co, nie brałeś do buzi?

Ten wyglądał na przywódcę tych złamasów. Wysoki jak tyczka koleś, nienaturalnie rozrośnięty pod skórzaną kurtką. Krzywił się coraz bardziej. Wyszarpnął broń i odsunął się z obrzydzeniem, jakby się bał, że ofiara zarzyga mu wypasione sportowe buty. Potem pochylił się i uderzył. Stal obiła kość policzkową i rozorała skórę Maksa.

Opadł na bok. Dłonie przejechały po miękkiej ziemi. Ogarnęła go słabość, ledwie zapanował nad zwieraczami. W kilka sekund policzek wypełnił się osoczem i napuchł. Pod okiem wyrósł guz większy od piłeczki pingpongowej i przysłonił mu widok. Nie żeby było co oglądać.

– Otwieraj pierdoloną walizkę, słyszysz? Otwieraj ją, trupie!

Kurwa. Dlaczego wciąż wierzył, że to przypadek, cholerny pech. Oni wiedzieli, kogo zatrzymują, musieli wiedzieć, co wiezie. Tylko skąd, kto puścił parę?

Maks starał się zebrać myśli, ale były w strzępach, jakby ktoś przemielił je w niszczarce. Co mógł zrobić? Działaj Maks, mów coś.

Powinni wiedzieć, że wdepną w gówno po czubki uszu, że nikt nie zostawi tak tej sprawy. On sam nie jest wart funta kłaków, ale był czyjąś własnością, psem na posyłki. Psa, który ma właściciela, nie zabija się ot tak.

– Zastanów się, co robisz. – Maks, wypowiadając te słowa, czuł jeszcze metaliczny smak gnata. – Kurwa, nas się nie rusza…

– Gówna się nie rusza!

Jeden z tych obleśnych typów zaśmiał się nerwowo jak przygłup. Maks popatrzył w jego stronę. Musiał zmrużyć oczy. Światła reflektorów starego mercedesa wdarły się do mózgu niczym rozżarzone pręty. Z mózgu zrobiły wodnistą breję.

– Odejdziecie… zostawimy tę sprawę. Pomyłki się zdarzają.

Maks zdał sobie sprawę, że sepleni, zrobiło mu się żal ukruszonej jedynki.

– Zabierajmy walizkę i spadajmy.

Któryś zaczynał się łamać. Maks splunął na ziemię. Sprawy się spierdoliły, ale wszystko mogło się jeszcze odwrócić. Powinien grać na czas. Miał się pojawić na tym zadupiu z obstawą. Tamci jednak się spóźniali. Pół godziny temu dali znać, że mają trudności na A4. Kontakt nie mógł czekać. Maks miał faceta na celowniku już kilka miesięcy, urabiał go groźbą i szmalcem. W końcu gość zadzwonił, że ma pewne informacje, znalazł to, na czym zależało szefowi. Musiał jednak wyciągnąć to cholerstwo od razu, z marszu. Szybka akcja. Maks zazwyczaj nie lubił działać w pośpiechu, ale to nie była zwyczajna sytuacja. Szef dał mu wyraźne instrukcje, miał przejąć towar za wszelką cenę, zanim skurwiel od transakcji zacznie kombinować. Postanowił, że będzie miał go na oku. Umówili się na tym cholernym zadupiu. Widział, jak tamten znika w budynku. Po kilkunastu minutach gość wyszedł i doszło do wymiany. Frajer się odmeldował, a Maks został. Jak głupi czekał na ochronę. I wtedy wszystko się popierdoliło, zamiast wsparcia pojawili się tamci.

Znów uderzenie z płaskiej dłoni w głowę. To ten, którego Maks w myślach nazwał bossem.

– Muszę mieć pewność, że w środku jest kasa, kod do zamka, już.

– Po prostu ją rozpierdol. Ten chuj nic nie powie.

Przydupas wysokiego rzucił walizkę na polną drogę. Przez chwilę pastwił się nad neseserem, jednak sportowe laczki szybko poległy.

– Kurwa. To ścierwo się nie otworzy.

– Kamień.

Maks patrzył na tę scenę, jakby był przypadkowym widzem. Wpatrywał się beznamiętnie w kolesia, który w dziwnych kaczych podskokach zbiegł z polnej dróżki i po chwili przytachał głaz, ledwie obejmując go łapskami. Złapał się na tym, że niemal tamtemu kibicował.

Zamach. Kark stęknął z wysiłku i kamień spadł z góry na neseser. Waliza podskoczyła jak jo-jo.

– Mocniej, kurwa!

Osiłek spróbował jeszcze raz. Zamek nawet nie drgnął. Obudowa za to wygięła się w kilku miejscach. W srebrnym poszyciu powstały kratery jak na powierzchni Księżyca.

– Podaj kod, złamasie – powiedział boss.

– Nie znam go.

Nike to porządne buty. Powinny być miękkie, wygodne, idealne do rekreacyjnego biegania czy grania w sporty zespołowe, a nie do kopania w głowę.

Zawył z bólu. Ten kutas złamał mu szczękę. Dziw nad dziwy, że mózg nie odciął prądu. Adrenalina nie pozwoliła mu stracić przytomności.

– Czekaj, mam pomysł.

Jeden z osiłków wskoczył do mercedesa. Wycofał, dodał gazu. Silnik ryknął jak zwierz. Żwir wytrysnął spod buksujących kół. Korekta kursu. Samochód podskoczył do góry, coś stuknęło, podwozie wydało przejmujący zgrzyt.

Wydarli się jak wataha wilków. Mercedes zatrzymał się. Dwóch podbiegło do walizki. Jakimś cudem się otworzyła, wyglądała niczym przejrzały małż.

– Trzymaj go na muszce, jak się ruszy, zajeb!

Wydziarany wyrwał walizkę z dłoni kolegi. Zaczął w niej grzebać.

– Tylko tyle? Ja pierdolę!

Maks czuł żal. Cholernie niezrozumiałe uczucie. Tak, kończył mu się czas. Debili z obstawy wciąż nie było. Skąd się wzięli ci frajerzy? Kurwa, zupełnie jakby się urwali z choin­ki. Maks patrzył, jak kark wyciąga zwitek kilkuset euro, resztki z transakcji, którą przeprowadził jakiś kwadrans temu. A potem obserwował, jak ta bezrozumna, spocona bestia ugina kolana, bierze zamach i wyrzuca neseser w las. Srebrna walizka rozbłysła na ułamek sekundy niczym meteor spalający się w atmosferze, a potem niemal bezgłośnie spadła w krzaki.

Maks zaczął się śmiać, obłędnie. Zależało im na kasie? Durnie, nie wiedzieli, co było w środku. Banda amatorów. Kto mógł to zaplanować, po jaką cholerę?

– Co z nim?

– To już trup.

– Ja trup, ale wy też jesteście trupami…

Piekielny ból szczęki. Maks ledwie zrozumiał własne słowa, ale było mu już wszystko jedno. Wystarczyło, że do nich dotarło. Dwóch popatrzyło na siebie nerwowo. Głupkowate uśmiechy gdzieś się rozpłynęły, zaczęli się pocić jak świnie.

– Wy wracajcie na adres… macie jeszcze robotę – wysapał wytatuowany. – Odezwę się do was później.

Dwaj stali w hierarchii niżej, nie dyskutowali, wpakowali się do mercedesa. Jeden, chudszy, zanim otworzył drzwiczki, przykucnął na ścieżce. Wyglądało, jakby zawiązywał buta. Potem wpakował się na siedzenie. Spojrzenia kierowcy i Maksa zbiegły się na ułamek sekundy. Tamten odwrócił głowę i wcisnął pedał gazu.

– Tutaj to robimy?

– Tutaj.

Maks zebrał się w sobie. Próbował złapać najbliższego za nogi i przewrócić, ale tamten okazał się szybszy. Znów kopnięcie w głowę. Maks z ulgą przyjął fakt, że traci przytomność i już jej nie odzyska.

NOWICKI

ŚRODA, 11.00

Przy cmentarzu na wrocławskich Osobowicach trudno było o miejsce parkingowe. Jan Nowicki przejechał ulicą kilkukrotnie tam i z powrotem. W końcu znalazł jakąś boczną osiedlową uliczkę i tam zaparkował. Przez chwilę siedział w samochodzie, nie wyłączając silnika. Postanowił odczekać kilkanaście sekund na schłodzenie turbiny diesla. Tak radził mu jeden ze znajomych mechaników. Podobno w ten sposób miał wydłużyć żywotność silnika. Janek czuł, że ten silnik prędzej przeżyje jego samego. Mimo to kluczyk przekręcił dopiero po minucie. W ten sposób dał także czas na schłodzenie turbiny we własnej głowie. Sześćdziesięcioletnia machina ukryta w czaszce warczała i huczała na wysokich obrotach od wielu dni.

Wyszedł z samochodu, trzasnął drzwiami i się rozejrzał. Dostrzegł blaszak z warzywami, do boku którego przytuliła się budka z kwiatami. Przy ulicy piętrzył się stos zniczy. Tutaj zaparkował, zapamięta. Ułożył kolejny schemat w głowie. Cmentarz, buda ze zniczami. Może tym razem przechytrzy to kurewstwo, które zżerało mu mózg. Obejdzie się bez kolejnego ataku paniki i wstydu.

Przepuścił samochód nadjeżdżający z prawej i przeszedł przez ulicę. Było chłodno, jakby wiosna wciąż nie mogła się zdecydować, czy nadeszła pora na jakiekolwiek zmiany. Potem ruszył w stronę głównego wejścia wzdłuż zmurszałego muru otaczającego cmentarz.

Zbierało się coraz więcej ludzi. Niektórzy zbijali się w ciasne grupki, jakby to miało im zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Jakby oczekiwali wspólnoty w trudnej, traumatycznej chwili. Przyjrzał się tym, którzy stali najbliżej. Wysoka blondynka w ciemnym płaszczu i drogich okularach przeciwsłonecznych. Paliła papierosa. Wokół niej wianuszek facetów. Chyba czekali, aż skończy ostatniego, chciwego macha. Żartowali, być może któryś opowiedział wcześniej czerstwy kawał. Wpatrzeni w nią jak w obrazek czekali na sygnał szefowej.

Wyminął ich bez słowa, choć wydawało mu się, że kobieta popatrzyła na niego z zainteresowaniem. Przez chwilę odniósł wrażenie, że skądś ją zna. Kiedyś miał pamięć do twarzy. W głowie, w niezliczonych szufladkach, zarchiwizował setki, a może tysiące notowanych i tych, których spotkał na swojej drodze. Już kilka lat po przejściu na emeryturę baza danych wyczyściła się samoistnie.

– Dzień dobry, komisarzu…

Janek ukłonił się odruchowo.

– Cześć, Młody – odpowiedział krótko i uścisnął dłoń Cezarego Stasiaka.

– Już nie taki młody, komisarzu.

Czarek uśmiechnął się – miał cholernie żółte zęby, cały był pożółkły, jakby ktoś naciągnął na jego skórę wiekowy pergamin. Po przystojnym gliniarzu, który potrafił zawrócić w głowie niejednej kobiecie, pozostało wspomnienie. Wyglądał na dziesięć lat starszego, niż był w rzeczywistości. Czas nikomu nie dawał forów. Bujna czupryna Czarka przerzedziła się, potem posiwiała. Zmarszczki wokół oczu pogłębiły się, a on sam przygarbił, jakby rosnący w postępie geometrycznym brzuch ciągnął go ku ziemi. Nie wiadomo, dlaczego przez te wszystkie lata pozostał „Młodym”.

– Ile się nie widzieliśmy, komisarzu? Siedem lat?

– Pewnie tak – zgodził się Nowicki.

– Dobrze wyglądasz. Nic się nie zmieniłeś. Cały czas biegasz?

Przekroczyli bramę cmentarza. Nowicki czuł jakiś dyskomfort, rozmawiając z dawnym kolegą z pracy.

– Tak.

Skłamał. Nie chciał ciągnąć wątku. Za chwilę Stasiak zacząłby się spoufalać i zafundowałby mu jakiś marny dowcip.

– Janek, bo wiesz, chciałbym zasięgnąć twojej opinii w jednej sprawie…

– Masz zamiar biegać? – Nowicki obrzucił krytycznym wzrokiem sylwetkę Czarka.

– Nie mam zamiaru, jeszcze nie zgłupiałem – zaśmiał się cicho i machnął ręką. – Chodzi o sprawę, którą prowadzę. Nie mogę udowodnić facetowi morderstwa…

– Za szybko uciekł z miejsca zbrodni?

– Gorzej, skurwiel ma żelazne alibi. W momencie gdy masakrowali młotkiem jego żonę, był na swojej cośrodowej przebieżce. Widziało go sporo osób.

– W czym miałbym niby pomóc? Myślisz, że na swoich cośrodowych przebieżkach morduję upierdliwych sąsiadów i opowiem ci, jak to robię?

– Daj spokój, znajdź po prostu dla mnie kiedyś czas. Pójdziemy na jakieś piwko. Jeśli nie o sprawie, to po prostu pogadamy i powspominamy.

Nowicki nie był ciekawy, co u Stasiaka, tym bardziej nie miał ochoty z nim niczego wspominać. Już to spotkanie na cmentarzu było mu nie na rękę. Nie chciało mu się ani gadać, ani witać ze starymi znajomymi. Nic mu się nie chciało.

Na szczęście Stasiak przestał go męczyć. Przeszli w głąb cmentarza. Po chwili znaleźli się przed kaplicą. Przez szeroko otwarte drzwi zobaczyli trumnę i siedzącą na krzesełkach rodzinę zmarłego. Sporo osób stało na schodach prowadzących do budynku. Reszta żałobników ustawiła się półkolem na owalnym placyku, który Nowickiemu kojarzył się z rondem. Większość zebranych rozmawiała teraz szeptem. Ubrani w ciepłe płaszcze, z wiązankami i bukietami w dłoniach. Widać bezpośrednia bliskość zmarłego łagodziła obyczaje.

Janek bywał na wielu pogrzebach, taki miał kiedyś zawód. Przychodził na ostatnie pożegnanie ofiar związanych ze sprawami, które prowadził. Czy miało to wtedy większy sens? Po tylu latach wciąż nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Miał świadomość, że wiele morderstw popełniali bliżsi i dalsi znajomi ofiar. Swego czasu obserwował żałobników, próbując wytypować potencjalnych morderców. Nigdy jednak nie zdarzyło mu się, żeby po takim pogrzebie wskazał, kto zabił, a kto skłamał podczas przesłuchań. Nawet nie chodziło tu o grę czy przejrzenie kamuflażu. Po prostu ludzie różnie reagują na śmierć. Gdyby miał oceniać tylko na podstawie obserwacji z pogrzebu, musiałby przedstawić zarzuty przynajmniej połowie zgromadzonych.

Ten pogrzeb był inny. Chowano dziś człowieka, którego uważał za swojego przyjaciela. Prokurator Marek Wilczyński, jego mentor, zmarł w hospicjum na raka i nie trzeba było szukać żadnych morderców.

Dlaczego więc Nowicki wciąż się rozglądał?

Zobaczył ją na schodach. Tamtą kobietę, którą wcześniej dostrzegł przed cmentarzem. Jej adoratorzy odsunęli się, teraz utworzyli półkole przed kaplicą. Trwali w bezruchu, w milczeniu, przypominali odłączone od prądu marionetki.

Kobieta odwróciła się, jakby chciała objąć wzrokiem wszystkich żałobników. Zatrzymała dłużej spojrzenie na Nowickim. Ukłoniła mu się, on nie zdążył zareagować na pozdrowienie, rozpłynęła się w kaplicy niczym duch.

– Niezła laska z córki Wilczyńskiego, nasza wrocławska pani prokurator – rzucił Stasiak. – Niedaleko pada jabłko od jabłoni, kto by pomyślał?

Nowicki skinął nieznacznie głową. Nie rozpoznał jej. Sabina Wilczyńska. Teraz nawet przypomniał sobie jej imię. Na swoje usprawiedliwienie miał tylko to, że nie widział jej ponad piętnaście lat. W wieku lat dwudziestu opuściła rodziców i przeprowadziła się do stolicy, najwidoczniej musiała jakiś czas temu wrócić do Wrocławia. Po śmierci matki utrzymywała z ojcem jedynie sporadyczne kontakty. Nie pałali do siebie miłością, trudno było ją nazwać córeczką tatusia.

– Są nasi!

Nowicki podążył za spojrzeniem Stasiaka. Stara paczka. Ignacy Widelski szedł pierwszy. Kanciasty chłop o szerokiej twarzy i przekrzywionym nosie, który wyglądał jak wskazówka godzinowa oznajmiająca wybicie siódmej. Za nim, w odległości dziesięciu metrów, kilku innych z dawnej służby. Tamci musieli przyjechać wynajętym busem. Widelski na pewno dotarł tu na własną rękę. Trzymał się z dala od byłych kolegów z pracy. Zawsze zachowywał się tak, jakby nikomu nie ufał. Informatyk o wyglądzie największego zakapiora w dzielnicy. Nie nosił okularów, wzrok nie popsuł mu się od ślęczenia przy komputerach. Był specjalistą w swoim fachu, wygrał kilka konkursów informatycznych, choć karierę zaczynał na jakimś Elwro czy Spectrum. W komendzie nadano mu ksywkę Haker, mimo że nie wyglądał na wirtuoza wirtualnej rzeczywistości. Paluchy miał wielkie niczym precle. Wydawało się, że nie umie nawet jak należy operować zwykłą klawiaturą. Odludek. Widelski najbardziej lubił komputery, kiedyś kolegował się tylko z Nowickim.

– Janek, dobrze cię widzieć. – Ignacy uśmiechnął się i zaraz zamilkł, jakby zaskoczony własną wylewnością.

Podeszli kolejni. Już na pierwszy rzut oka widać było, że gliniarze. Pozostawiali za sobą tę kwaśną, gęstą zawiesinę. Kilka klepnięć w plecy. Mocne uściski dłoni. Nowicki nie potrafił się uśmiechnąć. W żołądku ciążył mu coraz większy kamień. Morozow, Zawiślak, Pietrucha. Oni też byli na emeryturze. Musieli się jednak zgadać z chłopakami i przyjechali wszyscy razem.

– Dobrze wyglądasz.

Sonia Pasteur, emerytowana pani prokurator.

– To ty dobrze wyglądasz – skłamał. Każde bez wyjątku było obrazem nędzy i rozpaczy, grupa znajomych na ostatnim zjeździe tetryków.

Sonia uśmiechnęła się, ujęła go pod ramię i mocno uścis­nęła, a potem pocałowała w policzek. Nie opierał się.

Przyciągali wzrok zgromadzonych. Janek nie lubił być w centrum uwagi. Na szczęście ksiądz zaczął mszę.

– Szkoda Marka. Nie zdążyłam się z nim pożegnać…

Nowicki skinął głową. Wilczyński umierał kilka miesięcy. Nie powiedział jej jednak, że nie miała już sporo czasu, żeby do niego przyjechać.

– Starałam się go odwiedzić przynajmniej raz w tygodniu.Ostatnio byłam u Wilka w przeddzień jego śmierci. Wydawało mi się, że czuje się nawet lepiej, nie spodziewałam się, że odejdzie kilkanaście godzin później…

Janek zagryzł policzek od środka, jakby chciał się ukarać za własne myśli.

– Nie wspominał mi, że go odwiedzasz.

– Byliście do siebie tacy podobni. Małomówni i tajemniczy. Czasem zastanawiałam się, jak to możliwe, że przesiadujecie ze sobą po kilka godzin, a niekiedy całe noce. Dwaj milczkowie. Wiesz, wiele bym dała, żeby zobaczyć jedną z waszych sesji.

Nowicki się uśmiechnął, szczerze, po raz pierwszy od dawna.

– Byłem u niego w zeszłym tygodniu. Też się z nim nie pożegnałem.

– Wydawał się nieśmiertelny, nie sądzisz?

– W pewien sposób wciąż jest.

Skinęła głową.

– Myślałam, że to jeszcze potrwa. Rozmawiałam z lekarzem prowadzącym. – Sonia ściszyła głos. – Takich spraw się nie porusza, zostawia się, jak jest… ale nie wiem, czy Wilczyński nie poprosił o skrócenie cierpień.

– Co? Co ty mówisz? Kogo?

– Któregoś z pielęgniarzy.

Nowicki potrząsnął głową.

– Niemożliwe.

– Gdybym była w takim stanie jak on, chyba poprosiłabym o przedawkowanie morfiny.

Zamilkli, wpatrzyli się w kapliczkę i zamkniętą trumnę. Nowicki bezwiednie powrócił w myślach do ostatniej rozmowy z Wilczyńskim.

Prokurator siedział w fotelu szczelnie okryty kocem. Kościste, chude kolana wystawały z puszystego materiału. Wyglądało to tak, jakby obca istota chciała zawładnąć wychudzonym ciałem. Szlafrok wydawał się kilka numerów za duży. Kroplówka podawała lekarstwo niesamowicie wolno, Nowicki miał wrażenie, że za każdym razem przegapia spadającą z dozownika kroplę.

 – Mogłoby się wydawać, że to upokarzające, to miejsce… hospicjum – powiedział do niego Wilk.

Nowicki milczał. Przyjaciel został sam, jego żona odeszła, a Sabina nie za bardzo interesowała się ojcem. Wpatrywał się w karty, które trzymał w dłoniach, jakby potrafił z nich wróżyć niczym z tarota. Nie lubił takich rozmów, nie wiedział, do czego zmierza Marek. Coś w głosie Wilczyńskiego spowodowało, że Janek musiał na niego popatrzeć.

– Może to kara za pychę. Człowiek myślał, że kontroluje świat, bliskich, że życie toczyć się będzie według scenariusza, który sam napisze.

– Twoje życie mogłoby służyć za inspirację do scenariuszy fimowych i chyba nie musisz tego żałować.

Wilczyński popatrzył na niego uważnie i po chwili zaśmiał się chrapliwie.

– Tania sensacja dla maluczkich. Obaj jesteśmy przewidywalni i nudni do bólu.

– Tego bym nie powiedział, przynajmniej o tobie.

Prokurator się zamyślił.

– Mam swoje trupy w szafie. Wiele spraw zostało zamiecionych pod dywan. Już nikt się do nich nie dokopie. Umrą wraz ze mną.

– Aż tyle ich jest? Tych trupów?

– Szaf, mój drogi. Jest ich więcej, niż myślisz. – Wilczyński się skrzywił. Zadrżał, nie wiadomo, czy pod wpływem własnych słów, czy powracającego bólu.

– Trup w szafie znalazłby się u każdego.

Prokurator patrzył na niego długo, uważnie.

– Chciałbym, żeby to się wreszcie skończyło, Janek… Patrzę w lustro i wiem, że ta walka trwa zbyt długo. Momentami sam chciałbym to zakończyć, ale po chwili zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę ta choroba, ten ból sprawiają, że moje myśli są klarowne jak nigdy. Poruszam się na wózku, ciało odmawia posłuszeństwa, ale mózg działa, analizuje, trawi każdą sekundę minionego życia. W takich chwilach chciałbym nawet, żeby ten stan trwał jak najdłużej.

Nowicki milczał.

– Janek. – Prokurator poruszył niespokojnie rękami. Butla z płynem zakołysała się nerwowo. – Są pewne sprawy, o których musimy porozmawiać.

Wilczyński rozkaszlał się, chwilę trwało, zanim odzys­kał głos.

– Nigdy nie zadawałeś zbędnych pytań, zawsze ceniłem to w tobie. Jednak sprawy, którymi się zajmowałem, miały swój ciężar…

– Po co do tego wracasz?

– Zabezpieczyłem się, Janek. Zabezpieczałem się, jak mog­łem, całe życie. Gdyby nie to, już dawno skończyłbym po tamtej stronie. Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił. Tylko tobie ufam.

Nowicki nie chciał dalej słuchać prokuratora. Jednak nie potrafił mu przerwać ani tym bardziej wyjść z pokoju.

– To, co gromadziłem przez wszystkie lata, chroniło mnie i moją rodzinę, także moich współpracowników.  – Tu zrobił przerwę, ale Janek nie zareagował. – Ale gdy umrę, może się obrócić przeciwko moim bliskim. Chciałbym, żebyś pojechał w jedno miejsce i zniszczył pewne dokumenty. Ja za długo zwlekałem…

– Marek, skończymy tę rozmowę. – Nowicki spojrzał na karty. Obaj trzymali je przez cały ten czas w dłoniach, a żaden z nich nie był świadomy, jakie ma rozdanie. – Ja już dla ciebie nie pracuję.

– Janek, jeśli te dokumenty znajdą się w niewłaściwych rękach… Trzeba po sobie posprzątać, zostawić uporządkowany świat, biurko… szafy…

– Nie chcę mieć z tym wszystkim nic wspólnego, rozumiesz?

Nowicki podniósł głos. Zdał sobie z tego sprawę dopiero w chwili, kiedy w drzwiach pojawiła się patrząca na niego z wyrzutem pielęgniarka.

– Ale musisz.

Wilczyński mówił tym samym tonem. Spokojnie, jakby przewidział reakcję Nowickiego dużo wcześniej, jakby kilkukrotnie przeanalizował scenariusze tej rozmowy i wybrał ten, który uznał za najlepszy. I Janek zdał sobie sprawę, że tak właśnie było.

– To nie może ujrzeć światła dziennego. Inaczej wiele rzeczy się… skomplikuje.

– Wszystko w tym kraju się pieprzy, może wreszcie komuś wyjdzie to na zdrowie.

– Jeśli dokumenty wypłyną, uderzy to w wiele osób. Także w ciebie.

Nowicki zacisnął szczęki, z trudem się opanował.

– Janek, pojedziesz tam, otworzysz skrytkę i zniszczysz to, co w niej znajdziesz. To proste.

– Jeśli nawet teraz się zgodzę, skąd wiesz, że dotrzymam słowa? Może uznam, że warto zrobić z tymi twoimi trupami z szaf jakiś pożytek?

– Nie zrobisz tego. Dlatego proszę o to właśnie ciebie. Nikomu innemu nie mogę zaufać.

– Skończyliśmy na dziś – oznajmił lodowatym tonem Nowicki i podniósł się z fotela.

– Proszę cię, przemyśl to. Ze wzglądu na dawną przyjaźń.

Nowicki się zawahał.

– Przemyślę – odpowiedział. Przed oczami zawirowały mu ciemnoczerwone plamy, ciśnienie uderzyło do głowy.

Kąciki ust Wilczyńskiego ledwie zauważalnie uniosły się do góry.

– Dziękuję.

Stary prokurator uznał to oświadczenie Nowickiego za zgodę, Janka ta myśl mocno wzburzyła. Wilczyński znał go lepiej niż on sam siebie. Zacisnął szczęki. Uświadamiał sobie, że przyjaciel potrafił manipulować nim całe życie. Nawet teraz, gdy wydawało się, że ich drogi się rozeszły. Janek wziął głęboki oddech, nie chciał, żeby w ostatniej chwili z gardła wydobyły się słowa, które cisnęły mu się na usta. Nie chciał kończyć w ten sposób trzech dekad znajomości.

– Miałem nadzieję, że zdążę jeszcze pojechać z tobą na ryby – przerwał ciszę Wilk. – Jak już tam będziesz, proszę, rozsyp nad stawem moje prochy.

– Stary dureń, na melodramaty mu się zebrało – tylko tyle wykrztusił z siebie Janek.

Rzucił karty na stolik. Nie popatrzył już na Wilczyńskiego. Z ulgą wyszedł z pokoju, w którym umierał prokurator.

To był ostatni raz, kiedy się widzieli.

Msza dobiegła końca, z kapliczki zaczęli wychodzić ludzie. Janek dołączył do konduktu żałobnego w towarzystwie milczącej Soni i kolegów. Kiedy patrzył na trumnę, zdał sobie sprawę, że nie spełni ostatniej prośby przyjaciela. Prokurator nie zdążył nikomu przekazać, że chciałby, aby jego zwłoki zostały skremowane. Może to właśnie należało do Nowickiego? Jeśli tak, przyjaciel popełnił błąd. Sam był sobie winny, nie powinien powierzać takich spraw komuś z przeoranym alzheimerem mózgiem.

Gdy opuszczono trumnę, a potem zakryto dół drewnianym rusztowaniem i zieloną wykładziną, Janek poczuł ulgę. Nie rozumiał tego, co czuje, ale nie walczył z tym.

– Czas na nas – oznajmił nagle Morozow.

Dawni koledzy żegnali się z Nowickim jeden po drugim. Ściskał dłonie niczym automat. Nie patrzyli sobie w oczy. Siedem lat bez kontaktu. W takich chwilach ludzie uświadamiają sobie, że nie łączyło ich nic oprócz pracy. Jedynie Stasiak miał wciąż jakieś stadne zapędy.

– Nie zapominaj o starych znajomych. Będę cię męczył w sprawie tego biegacza. I pozdrów ode mnie Irenę.

Nowicki zawahał się, w końcu jednak skinął głową.

„Pozdrowię – pomyślał – już niedługo”.

Popatrzył jeszcze na miejsce pochówku Wilka, jakby chciał zapamiętać, gdzie szukać grobu. Wiedział jednak, że nigdy tu nie wróci.

Sabina Wilczyńska przyjmowała kondolencje. Bez zbędnych słów, konkretnie. Wydawało się, że powstrzymuje się, żeby nie spoglądać niecierpliwie na zegarek.

Nowicki ruszył w stronę wyjścia za grupką, która pospiesznie przemieszczała się cmentarnymi ścieżkami. Odnalazł blaszak z warzywami, obok budkę z kwiatami i stos zniczy. Przez dłuższą chwilę szukał za to kluczyków, które zawieruszyły się gdzieś pośród niezliczonych kieszeni płaszcza, marynarki i spodni. W końcu wsiadł do samochodu.

Zanim odpalił silnik, ktoś zastukał w szybę. Nowicki poczuł przypływ paniki. Nie wiedział, gdzie się znajduje. Popatrzył na postać, rozpoznał ją dopiero po chwili i uchylił szybę.

– Boże, Janek, przepraszam…

To był Stasiak. Pochylony przy oknie. Cały czerwony na twarzy. Musiał biec.

– Ja naprawdę nie wiedziałem… – Młody wyglądał na roztrzęsionego, rzecz do niego zupełnie niepodobna. – Przykro mi z powodu twojej żony.

Nowicki zacisnął palce na kierownicy. Nic tak bardzo nie uświadamiało mu straty Ireny jak wyrazy współczucia, których nie chciał słuchać. Przypomniał sobie Sabinę Wilczyńską, przyjmującą uściski dłoni od osób, które znała, i tych, które po raz pierwszy widziała na oczy.

– Wiem – wychrypiał w końcu. – Nikogo nie powiadomiłem… Nie chciałem obcych na pogrzebie.

Stasiak miał lekko otwarte usta, jakby sens słów dotarł do niego z opóźnieniem.

– Trzymaj się – powiedział. – Naprawdę mi przykro.

– Mnie też. – Nowicki włączył silnik i zasunął okno.

Wyjechał z osiedlowej uliczki i skręcił w lewo, w stronę wyjazdu z Wrocławia. Miał przed sobą kilkadziesiąt kilometrów drogi do Strzelina.

Nowicki przekręcił w zamku klucz z różową nakładką, jej klucz. Po śmierci Ireny wszystko się zmieniło, nawet zapach domu. Stał się piwniczny, wypełniony kurzem i wilgocią. Często zapominał otwierać okna, żeby przewietrzyć pokoje. Zresztą sam czuł się teraz we własnym domu jak gość. Na piętro nie zaglądał. Nie wchodził do ich pokoju, nie spał na ich łóżku, omijał z daleka garderobę. Tak jakby ta przestrzeń przestała dla niego istnieć. Czasem przystawał przy schodach, niezdecydowany, wydawało mu się, że jeśli ją zawoła, to Irena odpowie, przynajmniej odkrzyknie, żeby zrobił jej herbatę.

Zajął kanapę w salonie, wystarczyły mu poduszka i gruby koc. Nieraz budził się w nocy z mocno bijącym sercem, bo wydawało mu się, że ktoś wstał z łóżka na górze, przeszedł do łazienki, otworzył drzwi i zamknął je cicho, jakby nie chciał budzić domowników… jednego domownika.

Ten dom był dla niego za duży, nie zdecydował się jednak, żeby go sprzedać.

Usiadł ciężko w fotelu. Chciał zadzwonić do córki. To był impuls, któremu nie potrafił się oprzeć. Widywali się rzadko, ostatni raz na pogrzebie Ireny. Robił wszystko, żeby odbudować więź z córką. Spróbować ułożyć ich relacje na nowo, nie chciał tego spieprzyć jak Wilczyński. Było jednak coś w nim, a może w niej, co wciąż ich odpychało od siebie. Za swoją największą porażkę uważał to, że zaledwie kilka razy widział wnuczkę.

Wybrał numer. Po kilku sygnałach włączyła się automatyczna sekretarka.

Nie wiedział, co powiedzieć. Rozłączył się.

Odłożył komórkę i wstał z fotela. Musiał coś ze sobą zrobić. Wprawić ciało w ruch, wiedział, że jeśli tego nie zrobi, będzie siedział do zmierzchu, gapiąc się w pustą przestrzeń, a potem zaśnie i rano nie będzie miał ani krzty motywacji, żeby znów wstać.

Wytarł kurze. Potem wyciągnął odkurzacz i posprzątał parter. Dopiero po chwili dotarło do niego, że ktoś dzwoni do drzwi.

Stała na wycieraczce i zaciągała się papierosem. Uśmiechnęła się nieznacznie na jego widok i odgoniła dłonią dym, który przysłonił jej twarz.

– Długo pan nie otwierał, musiałam zapalić… – Unios­ła papierosa sztorcem do góry i rozejrzała się, jakby szukała popielniczki. – Słyszałam odkurzacz, więc postanowiłam zaczekać z kolejnym dzwonieniem. Mogę wejść?

Skinął głową i odsunął się, wpuszczając ją do środka.

– Może pani palić – powiedział. – Jeśli to pomaga…

Zaśmiała się.

– Co panią sprowadza, pani Sabino?

Nie odpowiedziała od razu. Weszła do salonu w szpilkach i rozejrzała się, ściągając przy tym płaszcz. W tym czasie papieros znów powędrował do jej wąskich, szarych ust. Pokiwała głową, jakby akceptując wystrój wnętrza. Okrycie położyła na fotelu z takim gestem, jakby robiła to już wiele razy wcześniej.

– Co panią sprowadza? – powtórzył.

– Może najpierw usiądziemy? Ma pan popielniczkę?

– Zaraz przyniosę.

Przeszedł do kuchni i wyciągnął z szuflady pokrywkę od słoika. Gdy wrócił do salonu, siedziała już na kanapie przy ławie. Nie okazała zdziwienia, przejmując niecodzienny pojemnik na popiół. Zgasiła w nim papierosa i od razu sięgnęła po kolejnego.

– Chodzi o śmierć mojego ojca.

Nowicki usiadł naprzeciwko niej. Przypatrzył się Sabinie Wilczyńskiej. Szarość ust przeniosła się dziwnym sposobem na całą cerę. W mysich włosach dało się dostrzec srebrne nitki. Na jej twarzy malowała się powaga, wyzuta ze złudzeń i ludzkich uczuć. Nie budziła sympatii. Jednocześnie była w niej jakaś siła, którą widział także w jej ojcu. Magnetyczne spojrzenie, mowa ciała i aura, która wypełniała przestrzeń. Była jednym z najbardziej cenionych wrocławskich prokuratorów. Nie dziwiło go to.

– Przykro mi z powodu pani ojca.

– Niech pan przestanie. Wiem, że panu przykro. Znał go pan lepiej niż ja… – Zaciągnęła się dymem, jakby chciała wciągnąć w płuca właśnie wypowiedziane słowa.

Nie odpowiedział. Czekał. To ona do niego przyszła.

– Nigdy nie byłam z nim blisko. Nie mówiłam do niego „tato”, tylko „prokuratorze”. Uwierzy pan?

Popatrzyła na Nowickiego świdrującym spojrzeniem. Ci, których przesłuchiwała, nie mieli łatwego życia. Wcześniej jej wzrok przesuwał się od przedmiotu do przedmiotu, a następnie prześlizgiwał się po meblach, jakby szukała myśli, które rozbiegły się po salonie.

– Dał mi coś dla pana, komisarzu.

– Napije się pani kawy? Herbaty? – zapytał.

Kobieta zawahała się, jej dłoń sięgająca do kieszeni zastygła. Po chwili strzepnęła z nogawek niewidoczny pyłek.

– Poproszę kawę. Czarną, niesłodzoną.

Wbrew sobie uciekł przed jej spojrzeniem i przeszedł do kuchni. Wstawił wodę w czajniku i otworzył szafkę. Miał nadzieję, że została jeszcze kawa. Sam jej nie pił, nie przyszło mu do głowy, żeby uzupełnić zapasy.

W czajniku zaczęło bulgotać. Nowicki odnalazł opakowanie rozpuszczalnej tchibo. Wtedy usłyszał trzaśnięcie drzwiami, a po chwili zobaczył prokurator na ścieżce prowadzącej w stronę furtki.

Wrócił do salonu. Sabina pozostawiła po sobie jedynie zapach tytoniowego dymu i klucz z wymyślnym breloczkiem, który leżał teraz na blacie szklanej ławy.

ULTRAS

ŚRODA, 23.30

Seba wciągnął w nozdrza znajomy zapach. Stęchlizna, piwo, pot, testosteron i aromat drogich perfum. Dziewczyny wiedziały, co jest na topie, nie szczędziły pieniędzy rodziców i klientów na zakupy w douglasach i innych seforach. Klub wypełniała mieszanka wybuchowa, uderzała w nozdrza mocniej niż działka śniegu. Dubstepowy bit wstrząsał salą. Długi, właściciel „Weny”, zainwestował w nowe nagłośnienie i światła. Wszystko wyglądało ekstra, ale ludzie się zmieniali. We Wrocławiu kluby powstawały jak grzyby po deszczu i trudno było utrzymać w nich zadowalającą frekwencję. Poza tym młócka, którą tu grali, sprowadzała jeden typ klienta: kolesi, którzy nie śmierdzieli kasą i wygrzebywali drobne na zupki chińskie i marne piwo.

Być może Seba powinien sobie odpuścić, jak to mówią: nie jego cyrk, nie jego małpy, ale czuł się w tym klubie jak w domu. To była jego druga meta, a załoga stąd jak rodzina. Wprowadzał powoli plan zmiany. W Długim miał słabe oparcie, ponieważ boss zajmował się innymi biznesami. „Wena” była zabawką, pralnią, eksperymentem. W ostatnim kwartale jednak rozkręciła się na tyle, że Seba dostawał coraz częściej wolną rękę na wdrażanie własnych pomysłów. To mu odpowiadało. Realizował się.

– Siema, Ultras!

Seba błysnął uzębieniem. Uniósł dłoń, uścisnął dłoń Krisa. Chwilę się siłowali ze śmiechem. Seba przyciągnął łapę kolegi do piersi – zawsze wygrywał.

Kris w koszulce z przydługim napisem: POLICE OFFICER BECAUSE BADASS ISN’T AN OFFICIAL JOB TITLE. Do tego skórzana kurtka, w której nosił się, jakby była ze złota. Kołnierz postawił do góry, brakowało mu tylko papierosa w kąciku ust, żeby pozować na gwiazdę z Hollywood z lat siedemdziesiątych. Trochę łysiał, nie tracił jednak pewności siebie.

– Myślałem, że macie dzisiaj z Toudim wolne? W ogóle was tu nie widziałem.

Kris poklepał się po brzuchu, a zaraz potem po tyłku. Koleś miał jakieś dziwne natręctwa. Seba przyzwyczaił się do tego. Jeśli Kris tak lubił, mógł się klepać, gdzie chciał, ważne, że płacił na czas za towar, który potem rozprowadzał wśród klientów.

– To może do okulisty idź. – Seba znów wyszczerzył zęby. – Cały czas na posterunku. Musieliśmy obgadać coś w kanciapie. Nowa strategia na trudne czasy!

– No pięknie! Szefowie poza budą, to harcujecie w biurze? Laseczki były?

Ultras miał na końcu języka ciętą ripostę, ale właśnie doczłapał się do nich Toudi. Burknął coś do Krisa na przywitanie. Kumpel wciąż był nie w sosie po rozróbie sprzed dwóch godzin. Ultras za to emanował siłą spokoju, był ulepiony z innej gliny. Zrzucił z siebie wszystko już po kwadransie. Cała ta sprawa znad stawu spłynęła po nim jak woda po kaczce. Był pewny, że tylko z takim nastawieniem można się uchować od wrzodów albo – co gorsza – od pieprzonego raka.

– Jak sprawy, Toudi? – zapytał Seba.

– Znów pedalstwo w kiblu, czuć materiałem genetycznym. Bartuś się nimi zajmuje…

– Bartuś zawsze to lubił – zaśmiał się Kris.

– Długi mówił, żeby ich nie odstraszać. Zostawiają więcej pieniędzy niż te łosie z orientacją hetero. Gejlandia się tutaj zrobi. – Toudi skrzywił się, jakby ktoś zaatakował go dildo od tyłu. – Jeśli chcecie znać moje zdanie, to bym ich wszystkich stąd wypieprzył.

– Interesy to interesy – zauważył przytomnie Kris. – Kasa nie śmierdzi.

– Od kiedy z ciebie taki biznesmen? – Ultras uderzył dilera pięścią w ramię. Wiedział, że Kris tego nie lubi, ale nie zależało mu na jego psychicznym komforcie.

– Jaki tam znowu biznesmen, raczej biedny żuczek próbujący zarobić do dziesiątego. – Diler szybko zmienił temat. – Ty lepiej, Ultras, się pochwal. Słyszałem, że trenujesz do zawodów w Pradze, normalnie zagraniczna liga. Team Fighting Championships? – Kris popisywał się kalekim angielskim. – Tak się to nazywa?

– Tak, dokładnie.

– Jedziesz z chłopakami ze Śląska? Ty? Stary Wiślak? Przecież już od dawna nie ma zgody między waszymi klubami.

– Mam pozwolenie od swoich ze względu na stare układy…

– Stara miłość nie rdzewieje?

Seba wzruszył ramionami. Nie mógł tłumaczyć Krisowi, jak było naprawdę. Ultras był na banicji. Mógł wspomóc miejscowych ze względu na specyficzny układ jego klubu z Długim.

– Może pomyślisz o wspomaganiu? Dla ciebie znajdą się w promocji jakieś warpy. Podbijesz formę przed zawodami.

Kris zaśmiał się obłędnie. Był fanem Star Treka. Dopalacze nazywał warpami, zupełnie jak prędkość, z którą poruszał się filmowy statek. Nawet je stopniował od kopa, jakiego dają. Podobno przy siedmiu warpach wpadało się w czarną dziurę, z której można było się wydostać jedynie nogami do przodu.

– Dzięki za dobre chęci Kris, ale nie skorzystam. Gdybym czegoś potrzebował, uderzyłbym bezpośrednio do Długiego. Poza tym jestem czysty…

– W porządku, Seba, ty pewnie będziesz czysty, ale dla mnie to frajerstwo. Założę się, że ruscy kibole koksują się na tę ustawkę już od kilku miesięcy.

– A co mnie obchodzą ruscy? Patrzę na siebie, poza tym mam rozum. Towar potrafi tak zryć beret, że nie można po nim pozbierać myśli.

– Dokładnie – potwierdził ochoczo Toudi. Wreszcie zaczynał się ogarniać. Istniała szansa, że wróci do świata żywych przed porankiem. – Moi kumple podczas zjazdu zaliczają masakryczną psychodelę… Deprecha taka, że tylko się pociąć.

– Może biorą za dużo naraz? – Kris wyglądał na autentycznie zmartwionego. – Wiesz, że nie można przesadzić.

– Wiem. – Toudi przesunął dłonią po rudej, ostrzyżonej na jeża czuprynie i ziewnął rozdzierająco. – Ale sam po ostatnim cracku czułem się jak po lobotomii. Poza tym możesz zapomnieć o śnie i seksie…

– Tylko nie powtarzajcie tego przy klientach. – Kris zaśmiał się i znów przełączył się na tryb biznesmena. – Zepsujecie interesy Długiemu i Mini.

Seba nie miał zamiaru niczego psuć szefom. Długi i Mini prowadzili wiele wspólnych biznesów. Do nich należała agencja ochrony, w której zatrudnili jego i innych chłopaków. Do tego nie gardzili dystrybucją dopalaczy i innych dragów. Ultras nie miał się na co skarżyć. Długi zarabiał niezłą kasę na ochronie klubów i burdeli we Wrocławiu, mamonę z interesów prał w „Wenie”. Przy okazji trochę spływało na lojalnych pracowników. Poza tym Seba wiele zawdzięczał szefowi. Długi wziął go pod skrzydła w trudnym momencie. Ultras był spalony w rodzinnym mieście, zaledwie pół roku temu znalazł azyl i dobrą robotę we Wrocławiu.

– A co z tym kolesiem, który w zeszłym miesiącu dostał korby i latał po mieście, udając wampira? – rzucił Toudi.

Ultras zaśmiał się pod nosem, bo kumpel lubił prowokować Krisa.

– On wcale nie udawał – sprostował Seba. – To był pierdzielony Dracula we własnej osobie! Pogryzł kilku kolegów w klubie, a potem wyleciał na ulicę i zaczął skakać po samochodach. Chciał się zmienić w nietoperza i popylać ponad miastem. Nie zdążyliśmy go złapać. Skrzydła mu podcięło i wpadł pod citroëna na Kazimierza.

– Znam przypadek. – Kris wyglądał na dotkniętego ich uwagami. – Nie brał od nas. Koleś wylądował w szpitalu. Mało nie zszedł, ale jego kumple przyznali się, że ściągnęli towar od jakiegoś studencika z Poznania.

– Tyle dobrze. – Toudi stracił zainteresowanie tematem, kiedy podążył wzrokiem za blondyną, która przeszła obok nich, przesadnie kołysząc biodrami.

– U nas wiedzą, że jak wezmą za dużo, mają zakaz wejścia do klubu. Do takich tematów nie dopuszczamy.

– I klawo – zgodził się pojednawczo Ultras, patrząc ukradkiem na zegarek. – Kris, nie obraź się, ale mamy trochę roboty. Sprawdzimy, co z chłopakami. Potem robimy jeszcze objazd po mieście.

– Takim to dobrze. Podupczycie przynajmniej trochę, co?

– Nie mieszamy interesów z przyjemnościami – rzucił Toudi, który znów zaliczał psychodelę, zupełnie jak po towarze od Krisa.

Pożegnali się i ruszyli na obchód. Ultras był jak zwykle czujny. Przyuważył dwóch kolesi, którzy wyraźnie szukali wrażeń. Rozpoznawał takich na kilometr. W oczach mieli magnes przyciągający kłopoty. Teraz to Seba siłował się z jednym wzrokiem. Widział minę tamtego, jego szczęki rozwarły się i zacisnęły. Nie przypominali żelbojów, którzy stanowili większość stałych bywalców klubu. Byli starsi, niedomyci. Jechało od nich wódą, piwem i sosem czosnkowym po kebabie. Dobrze wiedzieli, że nie pasują tutaj i nikt ich tu nie chce. Z powodu tych różnic kolesie tym bardziej chcieli pokazać, że w całej tej menażerii oni powinni być większością, że ta inność szczypiorów dookoła powinna być tępiona dla przykładu. Seba w sumie myślał podobnie, z politowaniem patrzył na kolesi, którym spodnie wisiały w kroku, jakby w nie narobili. Jednak jemu było wolno w tym klubie myśleć, co chciał, tym podpitym palantom nie.

Drżenie na policzku. Ten, który szukał zaczepki, w końcu odpuścił. Spojrzenie Ultrasa było ostrzeżeniem. Seba uznał, że powinien być z nimi spokój.

– Jak twoja Marta? – zapytał Toudi.

Ultras w pierwszej chwili nie dosłyszał. Nocki w klubie odbijały się na jego słuchu. Kiedyś poważnie rozważał, czy nie powinien zażądać od Długiego rekompensaty za szczególnie szkodliwe warunki pracy.

– Że co?

– Jak Mary?

Zmiana tematu. Pitolenie o głupotach. Toudi miał problem ze skupieniem się na czymkolwiek, zarzucał jedną historyjkę po drugiej. Ultras zastanawiał się, co odpowiedzieć. W sumie z rudzielcem, jak mało z kim, mógł się zdobyć na szczerość, ale czy tego chciał? Przecież sam nie wiedział, jak określić swój związek z Martą. Była cholernie ładna, typ modelki, ale z czymś więcej w głowie niż te pustaki, które przychodziły do klubu. Niby same plusy, jednak było coś jeszcze. Zawsze musiało być jakieś cholerne „ale”. Dziewczyna miała ze sobą bagaż, który zaczynał mu doskwierać. Rozwódka, pięcioletni bachor, z którym on za cholerę nie potrafił się dogadać. Trudno, żeby kobietka z dzieckiem nie miała wymagań, a obowiązki, którymi próbowała go obarczać, były ponad jego siły. Ultras nie był typem, który wynosi śmieci, jedzie na zakupy do Biedronki, a potem ogląda z rodzinką Taniec z gwiazdami.

– Jak Mary?! – Toudi rozdarł się teraz na cały regulator.

– Spoko – odpowiedział wreszcie Seba. – Dziewczyna zajebista.

Toudi skinął głową, sprawiał wrażenie, jakby odpowiedź Ultrasa wcale go nie interesowała. Pokręcili się jeszcze chwilę po klubie. Porozmawiali z chłopakami z bramki i sali. Przed wejściem nie było już kolejki. Co jakiś czas jedna lub druga para umawiała się z bramkarzami i wychodziła na chwilę z klubu, żeby przejść się w stronę fosy. Seba nie musiał się domyślać, co tam robili. Wszystko wydawało się w porządku. Żadnej rozróby, o której warto wspominać. Nie mieli nic do roboty.

Toksyczni

Copyright © by Tomasz Duszyński 2019

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2019

Redakcja – Paweł Wielopolski

Korekta – Marta Pustuła

Projekt typograficzny i skład – Natalia Patorska

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Grafika na I stronie okładki – Chanthanee / shutterstock.com

Grafika na IV stronie okładki – MPSPhotography / shutterstock.com

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część́ nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2019

ISBN EPUB: 978-83-8129-483-6ISBN MOBI: 978-83-8129-482-9

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w wydanie książki Toksyczni:

PRODUKCJA: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa

DESIGN I GRAFIKA: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka

PROMOCJA: Piotr Stokłosa, Łukasz Próchno, Gabriela Matlak, Aldona Liszka, Szymon Gagatek

SPRZEDAŻ: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga, Karolina Żak

E-COMMERCE: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Łukasz Szreniawa, Marta Tabiś

ADMINISTRACJA i finanse: Klaudia Sater, Monika Płuska, Honorata Nicpoń, Ewa Bieś

ZARZĄD: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Toksyczni
Epilog
Podziękowania
Strona redakcyjna