Moje wielkie greckie morderstwo - Tomasz Duszyński - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Moje wielkie greckie morderstwo ebook i audiobook

Tomasz Duszyński,

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

152 osoby interesują się tą książką

Opis

To miało być niezapomniane, greckie wesele. Nikt nie spodziewał się, że z trupem w tle…

Wakacyjna sielanka, antyczne kolumny i pisarz kryminałów wplątany w grecką tragedię…

W pensjonacie Zorba ginie Kostas Papadopoulos. Jego zwłoki odnajdują goście, którzy przylecieli do Grecji na ślub Katarzyny Masłowskiej. Wśród uczestników tych wydarzeń są między innymi: autor kryminałów, ksiądz i emerytowana aktorka.

Grecka policja zdaje się lekceważyć morderstwo. Pisarz wraz żoną, córką i skonsternowanymi bohaterami zostaje zmuszony do przeprowadzenia śledztwa na własną rękę. Trudno jednak odnaleźć mordercę, gdy zbliża się ślub i wesele, a goście panny młodej mają sporo do ukrycia.

Gdy do pensjonatu przybywa Nikolaos Katastropoulos – nietuzinkowy inspektor znany z zamiłowania do białych garniturów, słomkowych kapeluszy i chodzenia boso, wydaje się, że śledztwo jest w dobrych rękach. Sprawy jednak wymykają się spod kontroli… a weselnicy zaczynają się obawiać o własne życie.

To pełna zwrotów akcji i poczucia humoru komedia kryminalna, w której tak jak w Grecji… wszystko jest możliwe! Opa!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 411

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 42 min

Oceny
4,2 (9 ocen)
4
3
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
angeljoy

Nie oderwiesz się od lektury

Uśmiałam się. Najlepsze są sceny z kozłem- lektor oddał je cudownie! Sama historia ciekawa, wciągająca.
00
gabusia1

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjnie się czytało, super się bawiłam. Polecam
00
gkolek1

Nie oderwiesz się od lektury

książka fantastyczna dawno się tak nie bawiłam czytając kolejne rozdziały a mój śmiech było słychać w całym domu . Czekam na kolejne morderstwo i zabawną puentę
00
Warmia55

Dobrze spędzony czas

Przeczytałam z przyjemnością 😁 I chętnie poczytam kolejne komedie 😆
00
Edytalm1

Nie oderwiesz się od lektury

kryminał z humorem
00

Popularność




Re­dak­cjaMał­go­rzata Sta­ro­sta
Ko­rektaJa­nusz Si­gi­smund
Pro­jekt gra­ficzny okładkiAgnieszka Kie­lak
Skład i ła­ma­nieŁu­kasz Slo­torsz
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2024 © Co­py­ri­ght by To­masz Du­szyń­ski, War­szawa 2024
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83294-87-2
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Mo­nice i Blance, za Pa­nią Żonę i Pannę Córkę ;)

PRO­LOG

Ko­stas Pa­pa­do­po­ulos sie­dział w fo­telu, w gu­stow­nie urzą­dzo­nej ja­dalni, wpa­tru­jąc się w sto­jące na ko­minku zdję­cie. Owa fo­to­gra­fia wy­da­wała się bar­dziej go in­te­re­so­wać niż mo­no­log to­wa­rzy­szą­cej mu Le­oka­dii Ma­ślak, która, tak jak i on, za­wi­tała do pen­sjo­natu Zorba za­le­d­wie dzień wcze­śniej.

Le­oka­dia, jako że nie wi­działa Ko­stasa od wielu lat, opo­wia­dała mu ze szcze­gó­łami wszyst­kie wy­da­rze­nia, o któ­rych za­pewne nie wie­dział. Po dwóch kwa­dran­sach do­tarła za­le­d­wie do końca ubie­głego wieku, kiedy to jej ta­lent roz­bły­snął na sce­nach kra­jo­wych, a także jed­nej za­gra­nicz­nej, w cze­skiej miej­sco­wo­ści, Náchod. Pew­nie Pa­pa­do­po­ulosa za­in­te­re­so­wałby ten mo­no­log, gdyby był w sta­nie go wy­słu­chać. Cho­ciaż nie, gdyby sprawy po­to­czyły się ina­czej, za­przą­ta­łyby go te­raz zu­peł­nie inne kwe­stie. Nie prze­wi­dział jed­nak, że grecka tra­ge­dia, któ­rej był ogrom­nym ad­mi­ra­to­rem, ro­ze­gra się do­słow­nie na jego oczach i do­pro­wa­dzi do nie­uchron­nej ka­ta­strofy.

Le­oka­dii Ma­ślak za­schło w gar­dle od mó­wie­nia. Su­che, go­rące po­wie­trze, które do­cie­rało nad tę część Pe­lo­po­nezu po­dobno aż z Afryki, wy­su­szało jej spo­jówki, gar­dło, a na­wet dziurki w no­sie. Miała wra­że­nie, że marsz­czy się jak ro­dzynka z każdą go­dziną po­bytu tu­taj i nie po­może jej na­wet pi­cie kilku li­trów wody.

Mu­siała jed­nak przy­znać, że spo­tka­nie Ko­stasa było dla niej do­świad­cze­niem nie­spo­dzie­wa­nym i nie­zwy­kłym. Oboje po­znali się po­nad trzy­dzie­ści lat temu w tym sa­mym pen­sjo­na­cie, choć w oko­licz­no­ściach zgoła od­mien­nych. Wa­ka­cyjny ro­mans, który wtedy prze­żyli, był krótki i burz­liwy, ale Le­oka­dia wspo­mi­nała go z nutką no­stal­gii. Nie raz za­sta­na­wiała się, co by było, gdyby do­ko­nała in­nego wy­boru i zo­stała wtedy w Gre­cji, tak jak bła­gał ją Ko­stas. Przez te wszyst­kie lata nie­jed­nej nocy wy­obra­żała so­bie, że Pa­pa­do­po­ulos za­biera ją w rejs ja­kąś łajbą, że lą­dują na zło­ci­stej plaży i... w wy­obraźni Le­oka­dii działo się na­prawdę wiele. Na­wet te­raz, nie prze­ry­wa­jąc mo­no­logu, wi­zu­ali­zo­wała so­bie ten pik­nik na plaży. W my­ślach na­wet wy­piła kie­li­szek wina, choć źle re­ago­wało z przyj­mo­wa­nymi le­kami przy­pi­sa­nymi jej przez le­ka­rza. Wino miało ją ośmie­lić do tańca wo­kół wiel­kiego, się­ga­ją­cego nieba ogni­ska. Ko­stas oczy­wi­ście w tej wi­zji był bez ko­szuli. Co działo się póź­niej? Mój Boże, dzieci już z tego co prawda być nie mo­gło, ale Le­oka­dia wi­działa się u boku tego męż­czy­zny prze­mie­rza­jącą bez­kres grec­kich wód i wysp.

Dziś rano, gdy po bez­sen­nej nocy ze­szła do ja­dalni, szu­ka­jąc chłodu, zo­ba­czyła sie­dzą­cego w fo­telu Ko­stasa. Uznała to za bo­ski znak i po­my­ślała, że ścią­gnął ją tu my­ślami. Wy­glą­dało, jakby na nią cze­kał, choć jej przyj­ście wy­da­wało się, przy­jął chłodno. Ma­śla­kowa nie zra­ziła się jed­nak, wzięła to za­cho­wa­nie na karby roz­ża­le­nia po tym, jak kie­dyś od­rzu­ciła jego awanse.

Le­oka­dia usia­dła w fo­telu obok Ko­stasa i prze­jęła ini­cja­tywę, ra­cząc męż­czy­znę co cie­kaw­szymi aneg­dot­kami ze swo­jego ży­cia. W trak­cie roz­mowy niby przy­pad­kiem do­tknęła jego dłoni, a po­nie­waż była zimna, to pró­bo­wała mu ją ogrzać.

Go­rąca krew Le­oka­dii tro­chę z cza­sem osty­gła, bo sie­dzący obok niej Ko­stas wy­da­wał się nie­obecny i za­my­ślony. Miał ta­jem­ni­czą minę, jakby za­mie­rzał zwie­rzyć się ko­bie­cie z ja­kichś głę­boko skry­wa­nych se­kre­tów. Le­oka­dia tknięta prze­czu­ciem po­sta­no­wiła odło­żyć na ja­kiś czas myśl o ro­man­sie, przy­naj­mniej do­póki się nie upewni, że Ko­stas nie ma pro­ble­mów fi­nan­so­wych lub żony, o któ­rej nie wspo­mniał.

– Cio­ciu, co cio­cia tak po ciemku?

Do sa­lonu we­szła Re­natka. Le­oka­dia za­brała rękę z dłoni Ko­stasa. Uśmiech­nęła się do sio­strze­nicy. Pa­trzyła, jak ta od­suwa za­słony i otwiera okno, żeby wpu­ścić do po­koju tro­chę słońca. Wpu­ściła przede wszyst­kim po­pi­ski­wa­nia har­pa­gana plu­ska­ją­cego się w ba­se­nie, syna Ro­wiń­skich, i po­dmuch z afry­kań­skiego pie­kar­nika.

– My tylko tu sie­dzimy i roz­ma­wiamy. – Le­oka­dia po­czuła się zo­bo­wią­zana, by wy­ja­śnić Re­natce, dla­czego po ciemku sie­dzi z ob­cym męż­czy­zną. Nie omiesz­kała jed­nak spło­nić się na po­licz­kach jak pa­nienka, która ma coś na su­mie­niu.

Re­nata Bo­ro­wik unio­sła brwi, spoj­rzała na Ko­stasa, a po­tem otwo­rzyła sze­roko usta. Le­oka­dia po­my­ślała, że dźwięk z gar­dła sio­strze­nicy wy­do­był się ze spo­rym opóź­nie­niem. A był to krzyk o tak du­żej in­ten­syw­no­ści i czę­sto­tli­wo­ści, że wszystko wo­kół uci­chło, na­wet plu­ska­jący się w ba­se­nie Ja­siek.

Le­oka­dia spoj­rzała na Ko­stasa, ten jed­nak nie re­ago­wał na krzyk jej sio­strze­nicy. Stra­ciła o nim do­bre zda­nie. Może by­łaby dla niego bar­dziej wy­ro­zu­miała, gdyby zo­rien­to­wała się, że męż­czy­zna nie żyje od po­nad pół go­dziny.

WSTĘP DO KA­TA­STROFY

Ka­ta­strofa. To słowo za każ­dym ra­zem przy­pra­wia mnie o gę­sią skórkę. Nie wiem, czy się nad tym za­sta­na­wia­li­ście, ale ka­ta­strofa brzmi bar­dzo, ale to bar­dzo po grecku. Nic dziw­nego, to słowo po­cho­dzi prze­cież z greki. Co wię­cej, ka­ta­strofa to nie­ro­ze­rwalna część tra­ge­dii, a sama tra­ge­dia, o czym nie każdy wie, zro­dziła się na Pe­lo­po­ne­zie i stam­tąd do­piero za­wę­dro­wała do Aten! Ten ciąg przy­czy­nowo-skut­kowy wy­daje się w tej chwili zu­peł­nie po­zba­wiony sensu, ale rę­czę, że tak nie jest!

Mu­szę przy­znać, że Grecy już od za­ra­nia dzie­jów po­tra­fili na­zwać rze­czy po imie­niu. Gdy­bym wie­dział, że to wszystko cze­kać nas bę­dzie w tym – jakże pięk­nym – kraju oli­wek, wina i słońca, ni­gdy nie wsia­dał­bym do sa­mo­lotu. Ba, nie po­zwo­lił­bym wsiąść do tego sa­mo­lotu Pani Żo­nie i Pan­nie Córce. Sy­mu­lo­wał­bym kon­tu­zję, omdle­nie, a na­wet po­ważną cho­robę za­kaźną. Po prze­my­śle­niu, wy­daje mi się, że nie­wiele by to dało. Po pierw­sze nie je­stem del­ficką wy­rocz­nią, która ostrze­głaby sama sie­bie przed nad­cho­dzą­cym nie­szczę­ściem, po dru­gie Pani Żona i tak po­le­cia­łaby beze mnie.

Na­szą grecką ka­ta­strofę roz­po­czę­li­śmy zu­peł­nie nie­po­zor­nie, w mo­men­cie, gdy do­tarło do nas za­pro­sze­nie na we­sele. Nie, nie ścier­pła mi wtedy skóra na karku, nie za­drżało serce, nie po­ja­wiło się żadne prze­czu­cie. Zo­ba­czy­łem, jak mał­żonka zmie­rza w moim kie­runku, trzy­ma­jąc w unie­sio­nej dłoni otwartą ko­pertę, i po­trząsa biało-nie­bie­skim za­pro­sze­niem, wy­krzy­ku­jąc peł­nym emo­cji to­nem:

– Le­cimy!

– Do­kąd?

– Le­cimy do Gre­cji, na we­sele mo­jej ku­zynki! Na Pe­lo­po­nez!

Te­raz już ro­zu­mie­cie, skąd ten ciąg przy­czy­nowo-skut­kowy?

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

W któ­rym po­zna­jemy pierw­szych po­dej­rza­nych, choć prze­cież nie ma jesz­cze żad­nego mor­der­stwa, a wśród nich Pa­nią Żonę i Pannę Córkę oraz pi­ja­nego księ­dza

– Cud, że zdą­ży­li­śmy! – Pani Żona wa­chlo­wała się ogrom­nym ka­pe­lu­szem, który ku­piła spe­cjal­nie na ten wy­jazd. Było tego ze dwa me­try kwa­dra­towe. Fala po­wie­trza, którą wy­wo­ły­wała tym ru­chem, do­cie­rała za­pewne do ostat­nich rzę­dów, bo ja­kaś ko­bieta za­częła gło­śno na­rze­kać na kli­ma­ty­za­cję, a tej jesz­cze w sa­mo­lo­cie nie włą­czyli.

– Ważne, że się udało! – po­wie­dzia­łem.

Uśmiech­ną­łem się do księ­dza, który za­jął miej­sce w rzę­dzie obok. Na ogło­szoną przez Pa­nią Żonę wieść o cu­dzie po­pa­trzył na nas z życz­li­wym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Le­d­wie, le­d­wie. Mó­wi­łam, że­byś omi­nął ob­wod­nicę. Wciąż ją re­mon­tują.

Na­sza Córka nie miała ochoty słu­chać tej kon­wer­sa­cji. Wes­tchnęła ciężko, za­ło­żyła słu­chawki i za­nu­rzyła się w lek­tu­rze ja­kiejś po­wie­ści. Była świad­kiem wielu po­dob­nych roz­mów i wie­działa, jak się od­ciąć od że­nu­ją­cych kłótni swo­ich sta­rych.

– Cud, że zmie­ści­łaś wszystko do wa­li­zek i cud, że wra­ca­li­śmy tylko raz, po twój ka­pe­lusz.

Pani Żona po­pa­trzyła na mnie zja­dliwe. Ksiądz ob­da­rzył nas już mniej życz­li­wym spoj­rze­niem, może liczba cu­dów na metr kwa­dra­towy nieco go przy­tło­czyła.

Sie­dzący za mną ba­chor za­czął ko­pać w mój fo­tel, ko­muś z przodu od­biło się czosn­kową kieł­basą. Mał­żeń­stwo w po­bli­skim rzę­dzie wy­mie­niło kilka szorst­kich zdań, za­pewne pod­de­ner­wo­wa­nie zwią­zane z wy­lo­tem mocno da­wało się im we znaki. Za­wsze dzi­wiło mnie, że lu­dzie, wy­jeż­dża­jąc na wa­ka­cje, nie po­tra­fią się wy­lu­zo­wać.

Ste­ward po­ka­zał pa­sa­że­rom, jak się nie udu­sić w przy­padku spadku ci­śnie­nia w ka­bi­nie, i wy­star­to­wa­li­śmy.

Kiedy po­zwo­lono nam od­piąć pasy, Pani Żona przy­pu­ściła szturm na to­a­letę. Przy­zwy­cza­iłem się do tego, cho­ciaż wciąż nie poj­mo­wa­łem tego, że zna­jąc sła­bość swo­jego pę­che­rza, za­wsze wy­bie­rała sie­dze­nie przy oknie. Spo­dzie­wa­łem się, że w ciągu naj­bliż­szych go­dzin kilka razy bę­dzie się prze­dzie­rać przez nogi moje i Panny Córki. Waż­niej­sze było dla niej ro­bie­nie zdjęć niż kom­fort pisz­czeli i ko­lan współ­pa­sa­że­rów.

Po­pa­trzy­łem na na­szą na­sto­let­nią la­to­rośl. Lek­tura po­chło­nęła ją cał­ko­wi­cie. Nie chcia­łem jej prze­szka­dzać. Wi­dzia­łem, jak marsz­czy brwi. Po­my­śla­łem, że czyta wła­śnie ja­kąś szcze­gól­nie emo­cjo­nu­jącą scenę, ale uświa­do­mi­łem so­bie, że za­pewne cho­dzi ra­czej o woń czosn­ko­wej kieł­basy, która znowu do­tarła z sie­dze­nia przed nami.

Kop­nię­cie w fo­tel wbiło mi za­głó­wek w po­ty­licę. Mam szczę­ście do ta­kich sy­tu­acji.

– Prze­suń się.

Wró­ciła Pani Żona. Ope­ra­cja „prze­suń się” wy­ma­gała nieco za­chodu. Żona cze­kała cier­pli­wie, aż uniosę swoje stu­ki­lo­gra­mowe ciel­sko z fo­tela i wy­pro­stuję sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­trów zmal­tre­to­wa­nego ciała.

– Mo­nia? Mo­nia, to ty?

Ko­bieta sie­dząca obok czosn­ko­wego pa­sa­żera od­wró­ciła się do nas gwał­tow­nie. Zro­biła wiel­kie oczy na wi­dok Pani Żony, a sze­roki uśmiech prze­dzie­lił jej okrą­głą twarz.

– Ró­zia?

Cho­lera, zna­łem ją. Róża Zię­tek, ko­le­żanka mo­jej mał­żonki jesz­cze z cza­sów pod­sta­wówki. Nie wi­działy się szmat czasu. Zię­tek się­gała mo­jej żo­nie do ra­mie­nia, te­raz klę­czała na fo­telu, żeby nas le­piej wi­dzieć. Ciemne krę­cone włosy opa­dały jej na czoło, luźny ko­smyk wdzie­rał się do oka, więc prze­su­nęła go za­ma­szy­ście za ucho. Ja­kim zrzą­dze­niem bo­gów mu­siały się spo­tkać wła­śnie dzi­siaj? Zię­tek była okropną ga­dułą i plot­karą, a gdy się do ko­goś przy­kle­iła, to na­wi­jała mu ma­ka­ron na ucho, do­póki nie padł tru­pem.

– Cześć – po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się unieść ką­ciki ust i nie oka­zy­wać jej nie­chęci.

– Cześć – od­po­wie­działa. Za­trzy­mała spoj­rze­nie na mnie przez ja­kąś mi­li­se­kundę. Znów zwró­ciła się do Pani Żony. – Je­stem tu z moim Stasz­kiem. Mi­siu, przy­wi­taj się.

Miś naj­wi­docz­niej mu­siał zo­stać za­anon­so­wany. Nie mo­gło być ina­czej. Stasz­kiem był ten fa­cet od czosn­ko­wej kieł­basy. Niedź­wie­dzia góra mięsa ob­ra­cała się w na­szą stronę bar­dzo po­woli, nie­mal ma­je­sta­tycz­nie. W końcu jed­nak ob­ja­wiły nam się wielka, okrą­gła twarz i ra­miona szer­sze niż ko­nary dębu Bar­tek.

Umię­śnione ra­mię wy­su­nęło się w moją stronę.

– Graba. Stach je­stem.

– To­mek.

– Ty to ten pi­sarz, co? Ró­zia mi ostat­nio o to­bie mó­wiła.

– Chyba tak... – Nie po­wie­dzia­łem nic wię­cej, bo za­sta­na­wia­łem się, czy po­wróci mi jesz­cze kie­dyś krą­że­nie w dłoni.

Mo­głem wy­glą­dać na wzru­szo­nego tym po­wi­ta­niem, ale uśmie­cha­łem się przez łzy.

– A to jest nasz Hen­ryk! Prawda, że przy­stoj­niak?

Łapa pu­ściła moją dłoń. Nie są­dzi­łem, że szok może być jesz­cze więk­szy. Spo­mię­dzy oparć wy­ło­niła się twarz, do któ­rej po­do­bień­stwa nie mo­gła się wy­przeć ani Ró­zia, ani Sta­chu. Ob­li­cze po­śred­nie i po­śled­nie, na­lane, po­kryte czer­wo­nymi prysz­czami za­czo­po­wa­nymi żół­ta­wym na­lo­tem. Prysz­cze się za­czer­wie­niły. Gdy młody niedź­wiedź spoj­rzał na moją córkę, by­łem prze­ko­nany, że wul­kany eks­plo­dują. Mru­gną­łem, bo wy­dało mi się, że coś pry­sło mi w oko. Na szczę­ście lub nie­szczę­ście, to był tylko Stach, który rzę­ził jak wie­kowy roz­rusz­nik, plu­jąc i roz­sie­wa­jąc czosn­kową woń. Wi­dać, do­strzegł za­in­te­re­so­wa­nie swo­jej la­to­ro­śli moją.

– Bę­dziesz miał z kim po­ga­dać, He­niu! He, he...

Hen­ryk wpa­try­wał się w moje dziecko jak sroka w gnat. To było obrzy­dli­wie lep­kie spoj­rze­nie, pod któ­rym dziew­czyna za­częła wta­piać się w fo­tel. Mia­łem na­dzieję, że chło­pa­kowi nie przyj­dzie do głowy po­da­wa­nie mo­jej córce ręki na przy­wi­ta­nie. Mia­łem prze­czu­cie, że była rów­nie lepka jak cały Hen­ryk.

– Po­patrz, Mo­niś, może też będą przy­ja­ciółmi, jak my w ich wieku...

– Z tym róż­nie bywa – po­wie­dzia­łem, żeby ostu­dzić za­pał Zię­tek i Hen­ryka, któ­remu za­bły­sły oczy.

– No róż­nie, róż­nie, he, he.

Bar­dzo mi się nie po­do­bał śmiech Staszka.

– Na wa­ka­cje je­dzie­cie? – Ró­zia ba­daw­czo spoj­rzała na Pa­nią Żonę.

– Na we­sele.

– Nie mów, Ka­sia cie­bie też za­pro­siła? Na­prawdę?

Oho, po­my­śla­łem, stą­pasz po kru­chym lo­dzie, Różo Zię­tek. Wi­dzia­łem, jak w Pani Żo­nie się za­ko­tło­wało. Ja w ta­kich mo­men­tach zwy­kłem się ewa­ku­ować. Zięt­kowa wiel­kiego pola do ewa­ku­acji nie miała. Cho­ciaż... za­wsze mo­gła pró­bo­wać wy­sko­czyć z sa­mo­lotu bez spa­do­chronu.

Po­bla­dłem, gdy do­tarło do mnie, o czym tak na­prawdę mowa. Zięt­ko­wie le­cieli na to samo we­sele co my? Mia­łem na­dzieję, że to sen, że przy­sną­łem pod­czas lotu i ja­kiś skrzep ze zdrę­twia­łych nóg do­stał się do mó­zgu.

– To się bę­dzie działo! – Wielka łapa Staszka prze­su­nęła się nad fo­te­lem i klep­nęła mnie w ra­mię. – Wie­czór ka­wa­ler­ski nas czeka, sły­sza­łeś?

– Czy ja do­brze zro­zu­mia­łem? – Ksiądz z fo­tela obok na­chy­lił się w na­szą stronę. – Po­zwól­cie pań­stwo, że się przed­sta­wię, Zdzi­sław Roz­wa­dow­ski. Le­ci­cie Pań­stwo na ślub do Ka­ta­rzyny Ma­słow­skiej?

– No tak! – Ró­zia kla­snęła w dło­nie. – Ksiądz też? Bę­dzie im ksiądz udzie­lał ślubu?

– No nie. – Za­pał księ­dza tro­chę osłabł. – Prze­jęli to biedne dziecko pra­wo­sławni. Ale to świet­nie, że wła­śnie z pań­stwem będę się ba­wił na jed­nym we­selu!

– I na ka­wa­ler­skim – do­dał, re­cho­cząc, Sta­chu.

Ba­chor z tyłu znów kop­nął w sie­dze­nie.

– Mamo, mamo ten łysy też je­dzie na ślub!

Za­mkną­łem oczy. Po­czu­łem, jak palce córki za­ci­skają się na moim łok­ciu. Panna Córka mu­siała po­czuć to co ja; bra­ko­wało mi po­wie­trza, czu­łem się osa­czony. Przy­szło mi do głowy, żeby uda­wać za­wał. Czy pi­lot za­wró­ciłby wtedy do Wro­cła­wia? Zna­jąc moje szczę­ście...

– Na­prawdę je­dzie­cie na ślub Kasi? Ro­wiń­scy, miło nam. Je­ste­ście Kasi ro­dziną?

– A pani? – Róża przy­glą­dała się ko­bie­cie nieco po­dejrz­li­wie.

– Przy­ja­ciółką Ka­ta­rzyny. Kie­dyś, za­nim otwo­rzy­łam z mę­żem wła­sną firmę, pra­co­wa­ły­śmy ra­zem. Ka­ro­lina Ro­wiń­ska, a to mój mąż Bog­dan i syn Jaś.

Gdy wi­ta­łem się z Bog­da­nem, dzię­ko­wa­łem Bogu, że ten miał uścisk me­duzy. Po­czu­łem lekki, ko­jący okład na skó­rze. Sta­szek na­chy­lił się nade mną, zio­nąc kieł­basą i roz­sie­wa­jąc woń prze­po­co­nej ko­szulki, bo też mu­siał przy­wi­tać się z Ro­wiń­skim. Mia­łem je­dy­nie sa­tys­fak­cję, że Bog­dan pi­snął jak mysz, gdy niedź­wiedź Zię­tek zgniótł mu bez­kostną dłoń.

Przez chwilę wszy­scy ga­dali je­den przez dru­giego. Ksiądz znów wy­sko­czył z tek­stem: „toż to bę­dziemy się ba­wić na jed­nym we­selu”, a po­tem po­gnał do ła­zienki.

Ba­chor z tyłu przy­dzwo­nił w moje sie­dze­nie ko­la­nem, od­bi­ja­jąc mi nerkę.

– Tego księ­dza to ja znam – wy­szep­tała do wszyst­kich Róża. – Prze­no­sili go czę­sto z pa­ra­fii na pa­ra­fię.

– Ta? – włą­czył się Stach. – To ci, jak im tam, Se­kiel­scy, po­winni się nim za­in­te­re­so­wać.

– Po­waż­nie? – Ro­wiń­ska była au­ten­tycz­nie za­cie­ka­wiona. Nie usły­szała jed­nak nic wię­cej, bo obok nas za­trzy­mała się ste­war­desa.

– Czy ży­czą so­bie pań­stwo coś z na­szego ser­wisu?

– Łi­ska­cza! Razy trzy, ja sta­wiam pa­no­wie. – Stach naj­wy­raź­niej wszedł w tryb im­pre­zowy. Wi­dzia­łem, jak Róża szczy­pie go w bi­ceps, ale mógł tego na­wet nie po­czuć. – Po­dwójne, droga pani, żeby nie miała pani pu­stego prze­biegu. Ja­sne, że z colą...

– Ja po­dzię­kuję...

– Co po­dzię­kuję, co po­dzię­kuję, pa­nie pi­sarz! – prze­rwał mi Stach. – Po­dzię­ku­jesz, jak wy­pi­jesz. Trzeba się roz­luź­nić i tro­chę po­znać, lody prze­ła­mać, prze­cie spę­dzimy ze sobą tro­chę czasu.

– Boże – jęk­nęła Panna Córka.

Wró­cił ksiądz. Wy­szep­tał coś ste­war­de­sie na ucho. Chyba też lu­bił z colą. Mszal­nego nie mieli. Wy­glą­dał, jakby za ko­lo­ratkę nie wy­le­wał.

Te­raz Hen­ryk po­gnał do ła­zienki. Przy­szło mu to z tru­dem. Wciąż wy­trzesz­czał gały na moją córkę.

– No to opo­wiedz­cie coś o so­bie, pań­stwo Ro­wiń­scy – za­ga­iła Róża.

– Za­pra­co­wani, z tru­dem zna­leź­li­śmy czas, żeby wy­je­chać na te kilka ty­go­dni.

Pani Żona spoj­rzała na mnie zna­cząco. Nam udało się wy­rwać z ro­boty le­d­wie na kilka dni. Wzru­szy­łem ra­mio­nami i za­ją­łem się swoim whi­ska­czem.

Po­cie­cha Ro­wiń­skich gło­śno do­ma­gała się uwagi.

– Mamo, bajkę! Spon­ge­Boba!

– Żad­nych ba­jek, Ja­siu! Mó­wi­łam ci prze­cież! Wy­bacz­cie. – Ro­wiń­ska spoj­rzała na nas prze­pra­sza­jąco. – Sta­ramy się od­zwy­czaić synka od prze­sia­dy­wa­nia przed ekra­nem. Ten wy­jazd ma mu uświa­do­mić, że są inne, cie­kaw­sze rze­czy do ro­bie­nia.

Na przy­kład ko­pa­nie w mój fo­tel, po­my­śla­łem.

– Wra­ca­jąc jed­nak do nas. – Ro­wiń­ska wes­tchnęła. – Bog­dan jest in­for­ma­ty­kiem w Go­ogle’u, a ja mam swoją li­nię odzie­żową z ko­le­żanką.

– A jak się marka na­zywa? – za­py­tała Pani Żona.

– Od na­szych na­zwisk. Ro­wiń­ska i Ekerd.

– Czyli? – do­cie­kał Stach.

– Ro­wek – do­dał.

Za­krztu­si­łem się whi­ska­czem, Pani Żona od­biła mi lewe płuco, pa­trząc na mnie zna­cząco. Par­sk­nęła także Panna Córka, ale dla niej matka miała wię­cej li­to­ści. Sta­szek wył jak ko­była, Róża mru­gała po­wie­kami z czę­sto­tli­wo­ścią tro­pi­kal­nego mo­tyla pod­da­wa­nego elek­trow­strzą­som, a Ro­wiń­scy chyba się mocno ob­ru­szyli, bo dziw­nie za­mil­kli. Je­dy­nie Ja­siek dał znak, że żyje, ko­piąc w mój fo­tel. Po­łowa łi­ska­cza wy­lą­do­wała na mo­ich spodniach.

– Uuu, bę­dzie tro­chę pie­kło – za­drwił ze mnie Stach. – Tylko żeby nie prze­lało się do rowka.

Zię­tek miał na szczę­ście tyle taktu, że ostat­nie słowo wy­szep­tał.

Pani Żona po­dała mi chu­s­teczki, wy­tar­łem, co mo­głem, i wsta­łem, żeby przejść do ła­zienki. Mia­łem ochotę po dro­dze na­dep­nąć na nogę Jaśka, który pa­trzył na mnie i się szcze­rzył. Na­prawdę mu­sia­łem użyć ca­łej siły woli, żeby po­wstrzy­mać ten od­ruch. Nie lu­bię dzieci. Ro­bię wy­ją­tek tylko dla swo­jego.

Nie było mi dane przejść w spo­koju na­wet kilku kro­ków.

– Pan To­masz?

Po­bla­dłem, zna­łem ten skrze­czący głos. Stara skle­ro­tyczka Le­oka­dia Ma­ślak za­po­mi­nała swo­jego wła­snego imie­nia, a moje, jak na złość, za­wsze pa­mię­tała. Upły­nęło kilka ład­nych lat, od­kąd ją ostat­nio wi­dzia­łem, a ta od razu mnie wy­pa­trzyła. Tak w ogóle, to by­łem w szoku, że zde­cy­do­wała się na lot sa­mo­lo­tem, bo od lat nie opusz­czała swo­jego sta­no­wi­ska przy oknie w miesz­ka­niu. Nie wie­dzia­łem, do kogo po­wi­nie­nem mieć pre­ten­sje. Mo­ni­to­ring osie­dlowy, cho­lera, po­wi­nien być prze­cież sta­cjo­narny!

– O rany... – wy­du­si­łem. Szybko się zo­rien­to­wa­łem, że ton mo­jego głosu nie brzmi zbyt ra­do­śnie. – A cóż pani tu robi?

Za­da­jąc to py­ta­nie, w ja­kiś nie­po­jęty spo­sób prze­czu­wa­łem, jaką otrzy­mam od­po­wiedź. Star­sza pani wy­sta­wiła w moją stronę przy­pu­dro­wane po­liczki i cmok­nęła gło­śno krwi­stymi od szminki ustami.

– Le­cimy na we­sele! Ależ się ucie­szy­łam, że pan też jest na li­ście go­ści, pa­nie To­ma­szu! Choć mu­szę po­wie­dzieć, że po­cząt­kowo pana nie było. To chyba było ja­kieś prze­ocze­nie, jak można było po­mi­nąć tak sław­nego pi­sa­rza! Na­pra­wiono to całe faux-pas za­raz po mo­jej in­ter­wen­cji!

Mia­łem na­dzieję, że Pani Żona ni­gdy się nie do­wie, iż wy­pad do Gre­cji za­wdzię­cza Le­oka­dii Ma­ślak i jej sła­bo­ści do mnie.

– Na­prawdę? – Nie­mrawo uda­łem nie­wy­sło­wioną ra­dość.

– Tak, tak – po­twier­dziła współ­pa­sa­żerka Le­oka­dii, która wbiła we mnie cie­kaw­skie spoj­rze­nie ogrom­nych oczu po­więk­szo­nych przez so­czewki okrą­głych oku­la­rów. Kru­czo­czarne włosy miała spięte w ku­cyk, we­soło po­dry­gu­jący w takt po­wietrz­nych tur­bu­len­cji. – Cio­tuchna zro­biła kar­ko­łomną awan­turę o pana. Gdyby tylko pan to sły­szał...

– Oj tam, oj tam, có­reczko...

– Sio­strze­nico – oku­lar­nica po­pra­wiła swoją ciotkę i wy­cią­gnęła w moją stronę szczu­płą, bladą jak wapno dłoń. Mo­gła mieć ja­kieś czter­dzie­ści lat. Dziwne, że wcze­śniej jej nie spo­tka­łem. Może jej ro­dzina nie żyła zbyt bli­sko ciotki Le­oka­dii. – Re­nata Bo­ro­wik.

– Nie Ma­ślak? – za­py­ta­łem od­ru­chowo.

– Bo­ro­wiki są smacz­niej­sze, pro­szę pana. Przy­naj­mniej tak uznała moja ma­mu­sia, wy­cho­dząc za Bo­ro­wika. – Re­nata za­śmiała się we­soło. – I tak z tej ma­ślaczko-bo­ro­wi­ko­wej krzy­żówki po­wsta­łam ja!

– Gra­tu­luję – po­wie­dzia­łem szcze­rze, prze­no­sząc wzrok z grzy­bo­wej hy­brydy na Le­oka­dię.

– Drogi pa­nie To­ma­szu, nie omiesz­ka­łam nam za­ła­twić wspól­nego sto­lika na we­sel­nym przy­ję­ciu. Wy­ba­wimy się za wszyst­kie czasy. Mamy tyle do po­ga­da­nia, że ho, ho!

Ho, ho... hooo. Na sy­mu­lo­wa­nie za­wału było sta­now­czo za późno, cho­ciaż nie by­łem pewny, czy za­raz nie przy­da­rzy mi się ja­kieś au­ten­tyczne za­słab­nię­cie.

– Na ra­zie pa­nie po­że­gnam, był mały wy­pa­dek z na­po­jem i...

Po­czu­łem na so­bie wzrok Re­naty Bo­ro­wik. Unio­sła jej się jedna brew, gdy po­szu­ki­wała wzro­kiem plamy albo cze­goś in­nego w oko­li­cach zamka u mo­ich spodni.

– Lecę – po­wie­dzia­łem szybko i ru­szy­łem w wia­do­mym kie­runku.

Przy to­a­le­cie wy­mi­ną­łem się z prysz­cza­tym. Miał po­dej­rza­nie błogą minę i nie szedł, ale le­wi­to­wał po­mię­dzy fo­te­lami. Lżej­szy może nie o kilka kilo, a przy­naj­mniej o litr. Wo­la­łem nie my­śleć o tym, co ro­bił w ła­zience, bo wszystko się tu kle­iło. Po­sta­no­wi­łem mieć na tę hor­mo­nalną bryłę mięsa baczną uwagę. Je­śli miał się do cze­goś na tych wa­ka­cjach przy­kleić, to nie do mo­jej córki.

Wró­ci­łem na miej­sce kilka mi­nut póź­niej i od­nio­słem wra­że­nie, że wpa­dłem w dziurę cza­sową, przez co bar­dzo dużo mnie omi­nęło. Księ­żulo, na­chy­la­jący się nad moim fo­te­lem, oka­zał się chyba du­szą to­wa­rzy­stwa, bo sy­pał żar­tami jak z rę­kawa. W kul­mi­na­cyj­nym mo­men­cie żartu skła­dał dło­nie jak do mo­dli­twy, a po­tem, przy pu­en­cie gwał­tow­nie je od­dzie­lał i wy­rzu­cał ra­miona na boki. Roz­ru­szał na­wet ob­ra­żo­nych Ro­wiń­skich. Je­dy­nie Panna Córka wci­snęła się tak głę­boko w fo­tel, że le­d­wie było ją wi­dać.

Te­raz doj­rzał mnie Stach.

– Pro­szę księ­dza! – Zię­tek nie miał opo­rów przed ga­da­niem na cały re­gu­la­tor. – A wie ksiądz, że mamy na po­kła­dzie kry­mi­na­li­stę? Halo... – Stach złą­czył dło­nie w trąbkę i ob­wie­ścił no­winę w naj­bliż­szych rzę­dach. – Kry­mi­na­li­sta na po­kła­dzie...

Cho­dziło mu oczy­wi­ście o au­tora kry­mi­na­łów. Tak piesz­czo­tliwe na­zy­wamy się z ko­le­gami i ko­le­żan­kami po pió­rze.

– Stach, weź prze­stań, bo nas za­mkną. – Róża Zię­tek uszczyp­nęła go w bi­ceps.

– Prze­cież nie mó­wię, że ter­ro­ry­stę, który ma bombę w ple­caku – ob­ru­szył się czosn­kowy he­rold.

– Czy pań­stwu cze­goś trzeba? – Zni­kąd po­ja­wiła się ste­war­desa pcha­jąca przed sobą wó­zek z wik­tu­ałami. Po­dejrz­li­wie spoj­rzała na Sta­cha, prze­chy­liła głowę, jakby cze­ka­jąc na po­twier­dze­nie tego, co usły­szała wcze­śniej.

– Ow­szem, bo...

– Nie, ni­czego – prze­rwała mę­żowi Ró­zia. Miała wi­dać tro­chę roz­sądku. – Mąż za­chwala tego whi­ska­cza, że taki wy­strza­łowy... zna­czy się do­bry. Prawda, mi­siu?

Stach udał, że za­myka usta na za­mek i za­kłada na nie kłódkę. Mimo tylu za­bez­pie­czeń wciąż je­chało mu z gęby.

Chcia­łem usiąść w swoim fo­telu, ale ksiądz chyba nie miał za­miaru się ru­szyć i blo­ko­wał mi przej­ście. W su­mie nie było czego ża­ło­wać, bo Ja­siek stał na swoim fo­telu i wy­ży­wał się na za­główku mo­jego.

– À pro­pos tego ate­isty, co go mamy na po­kła­dzie – za­czął ksiądz, wy­cią­ga­jąc ra­miona ku gó­rze. Za­sta­no­wiło mnie, czy jest wsta­wiony i źle do­sły­szał, czy tak zręcz­nie od­wró­cił kota ogo­nem od kry­mi­na­li­stów, ter­ro­ry­stów i bomb. – Święty Piotr przy­cho­dzi do Boga i mówi: Pa­nie Boże, do bram nieba puka ate­ista. Co mam zro­bić? Co mam po­wie­dzieć, temu nie­szczę­śni­kowi? – Ksiądz złą­czył dło­nie, co nie­chyb­nie świad­czyło o zbli­ża­niu się do pu­enty. – A Święty Piotr mu od­po­wiada: Po­wiedz, mu, że mnie nie ma.

Roz­po­starł ra­miona tak za­ma­szy­stym ru­chem, że przy­dzwo­nił Jaś­kowi pro­sto w cze­rep. Do­sta­łaby i ste­war­desa, ale mu­siała być szko­lona w si­łach spe­cjal­nych, bo od­chy­liła się i zro­biła unik, ja­kiego nie po­wsty­dziłby się Mike Ty­son w la­tach świet­no­ści. Śmia­łem się tro­chę dłu­żej niż inni z dow­cipu księ­dza, jesz­cze przez tę drobną chwilę, gdy Ja­siek darł się jak za­rzy­nany cie­lak.

Ste­war­desa sta­nęła na wy­so­ko­ści za­da­nia. W jej dłoni po­ja­wił się wo­re­czek z lo­dem, który przy­ci­snęła do po­liczka po­szko­do­wa­nego nie­let­niego.

– Bar­dzo mi przy­kro, na­prawdę, nie chcia­łem. – Ksiądz wzbu­rzył czu­prynę nieco oszo­ło­mio­nego chło­paka i ku mo­jej uldze wró­cił na swoje miej­sce.

Ja­siek na­wet nie zwró­cił uwagi na du­chow­nego. Nie wiem dla­czego, ale pa­trzył mor­der­czym wzro­kiem na mnie. Wy­glą­dało na to, że to do mnie miał pre­ten­sje. Może wy­czuł, że spro­wa­dzi­łem na niego to nie­szczę­ście my­ślami.

– Bę­dzie do­brze, Jaś! – po­wie­dzia­łem. – Twardy chło­pak z cie­bie.

Nic nie od­po­wie­dział, nic gło­śno w każ­dym ra­zie, cho­ciaż opuch­nięta warga wy­raź­nie się po­ru­szyła. Nie są­dzi­łem jed­nak, żeby ten ma­luch znał tak pa­skudny ze­staw prze­kleństw.

Usia­dłem wresz­cie obok Panny Córki. Wciąż była spięta. Wy­star­czyło, że spoj­rza­łem po­mię­dzy fo­tele przed nami, by wy­czuć, skąd ten na­strój. Prysz­czaty pa­trzył na nią, w ogóle przy tym nie mru­ga­jąc. Prze­su­ną­łem głowę tak, że mu­siał mieć mnie na li­nii wzroku. Po­ru­szy­łem ustami w iden­tyczny spo­sób jak wcze­śniej Ja­nek. Prysz­czaty zro­bił wiel­kie oczy i znik­nął.

Roz­sia­dłem się z uśmie­chem sa­tys­fak­cji i spo­koj­nie przy­ją­łem ko­lano Janka wbi­ja­jące mi się w krę­go­słup.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki