44,99 zł
Gdy królowa włoskich romansów spotyka Jane Austen…
Witajcie w Belvedere in Chianti – urokliwym miasteczku w sercu Toskanii, gdzie każdy zna każdego, a kawalerów można policzyć na palcach jednej ręki. Tutejsze życie toczy się w rytmie festynów, plotek i rodzinnych kolacji. Jednak wszystko się zmienia, gdy w okolicy pojawiają się Charles Bingley – pełen uroku Anglik, który dziedziczy lokalną posiadłość, oraz jego równie atrakcyjny przyjaciel Michael D’Arcy.
Wieść o ich przyjeździe elektryzuje całe Belvedere. Matki już snują plany matrymonialne dla swoich córek. Jedyną osobą, która nie poddaje się tej gorączce serc, jest Elisa – dawna przyjaciółka Charlesa i Michaela. Gdy wszyscy wokół szukają okazji do romansu, ona próbuje odkryć, co tak naprawdę kryje się za nagłym powrotem mężczyzn. Czas dziecięcych zabaw minął, a między Elisą a Michaelem narosły tajemnice, niewypowiedziane słowa i uczucia, których nie da się już dłużej ignorować.
Czy dawni przyjaciele staną się wrogami… Czy też wśród kieliszków chianti, talerzy pappardele i komicznych nieporozumień odkryją, że łączy ich wiele więcej, niż kiedykolwiek przypuszczali?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 434
Data ważności licencji: 7/29/2030
Tytuł oryginałuNon è un paese per single, Felicia Kingsley
Copyright © 2022 Newton Compton Editori srl
This edition published in agreement with the Proprietor through MalaTesta Literary Agency, Milan
Copyright © for the translation by Marta Magdalena Borkowska & Aleksandra Kondrat
Projekt okładkiAleksandra Kosman
Redaktorka nabywającaAleksandra Ptasznik
Redaktorka prowadzącaKatarzyna Homoncik-Gajda
AdiustacjaNatalia Hipnarowicz-Kostyrka
KorektaKarina Bednarska-Markot
Opieka promocyjnaAleksandra Kosman
ISBN 978-83-8427-684-6
Znajdź nas na:TikToku @flow.booksInstagramie @flow_books
Flow Booksul. Kościuszki 37, 30-105 KrakówE-mail: [email protected]
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Nic tak nie rozkręca interesów jak przemyślane małżeństwo.
Jej Królewska WysokośćKrólowa Matka Elżbieta Bowes-Lyon
– Nie przykładam wielkiej wagi do tego, co ktoś mówi o małżeństwie – oświadczyła pani Grant. – Jeśli deklaruje swoją niechęć, to moim zdaniem dlatego, że nie spotkał jeszcze właściwej osoby.
Pastor Grant ze śmiechem gratulował pannie Crawford, że ona przynajmniej nie czuje awersji do tego stanu.
– O, tak, i wcale się tego nie wstydzę. Małżeństwo jest dla każdego, jeśli jest to małżeństwo odpowiednie. Nie jestem za tym, żeby się daremnie poświęcać; trzeba wychodzić za mąż wtedy, kiedy można wyjść za mąż z korzyścią.
Jane Austen, Mansfield Parktłum. Anna Przedpełska-Trzeciakowska
Elisa
Panuje powszechnie przekonanie, że każdy majętny kawaler z pewnością szuka żony.
Nie żyjemy w Hertfordshire w roku tysiąc osiemset dwunastym: Belvedere in Chianti to mała mieścina licząca sobie trzy tysiące dwustu mieszkańców, położona na pograniczu dwóch prowincji: Florencji i Sieny, i mamy dwudziesty pierwszy wiek.
A przynajmniej tak wynika z kalendarza, choć niektóre rozmowy zdają się temu przeczyć.
Na przykład ta tocząca się w piekarni, jak każdego ranka wypełnionej lokalnymi gospodyniami, w którą mimowolnie zostaje wplątana Elisa Benetti.
– Kiedy przyjedzie? – pyta Gilolii Fiorella.
– Ile ma lat? – dopytuje się Viola.
– Muszę natychmiast powiedzieć o tym mojej Sarze! – wykrzykuje Angela i wychodzi tak szybko, że prawie przewraca mnie i moją mamę. – Och, przepraszam, nie zauważyłam was.
– Witaj, Pietro, mogę jak zwykle prosić dwa bochenki? – Mama zwraca się do piekarza, który z rozbawieniem przysłuchuje się pogawędce. – A któż to do nas przybywa? Czyżby nowy proboszcz?
Jest ciekawska, jak pozostałe kumoszki, i gdy dzieje się coś nowego, chce o tym natychmiast wiedzieć.
W naszym miasteczku, w którym nigdy nic się nie dzieje, nawet to uchodziłoby za sensację, o której rozmawiano by jeszcze przez wiele dni.
– Jaki tam proboszcz! Odkąd wnuczka Cateriny zbałamuciła ostatniego, diecezja nie wyśle do nas księdza poniżej pięćdziesiątki. Następny, który obejmie parafię, będzie potrzebował raczej opiekunki niż gosposi!
W Belvedere żaden kawaler nie jest bezpieczny, nawet ci w sutannach nie mogą spać spokojnie. W miejscu, gdzie wybór ogranicza się do garstki nieżonatych panów zbliżających się do emerytury, nie obowiązują żadne świętości: wszystkie matki, babcie, ciotki i córki rozwinęły u siebie precyzyjny radar pozwalający im namierzyć potencjalnego męża w promieniu nawet kilku kilometrów. Moja rodzicielka nie jest tu wyjątkiem.
Don Marzio, świeżak po seminarium, wytrzymał u nas cztery miesiące: Greta, wnuczka Cateriny, adorowała go tak intensywnie i tak obficie dokarmiałapappardelle z dzikiem, że w końcu wpadł w jej sidła.
– No to kto to jest? Ktoś ważny? – pyta zaciekawiona mama.
Co mnie podkusiło, żeby jej obiecać, że przywiozę jej sprawunki na Vespie?
– Jak to?! – Viola aż podskakuje. – Kto jak kto, ale że wy nic nie wiecie? Gianni, notariusz, udał się właśnie po hrabiowskiego krewniaka, który ma odziedziczyć posiadłość!
Ach. To dlatego myślały, że coś wiemy: w końcu mieszkamy i pracujemy w posiadłości Le Giuggiole. Hrabia Umberto Ricasoli umarł miesiąc temu: jego męczącą, wypełnioną nieróbstwem egzystencję w wieku pięćdziesięciu sześciu lat przerwał zawał serca, a my, personel majątku, czekamy na instrukcje od spadkobierców, którzy jeszcze się nie pojawili.
– Pierwsze słyszę – odpowiada urażona mama. – Pojechał do Ricasolich w Poggio a Caiano?
Hrabia Umberto nie miał dzieci i Gianni poszukuje jego najbliższych krewnych. W Toskanii roi się od Ricasolich-Guicciardich, więc jeśli chodzi o spadkobierców, zdecydowanie jest w czym wybierać.
– Moja szwagierka mieszka w Poggio i nic mi nie powiedziała. Może pojechał do tych z Pontassieve? – zastanawia się głośno Giliola.
– W Pizie też jest od groma Ricasolich – dodaje Fiorella.
– Lepszy nieboszczyk w domu niż Pizanin na progu! – wykrzykuje Duccio, lokalny aptekarz, który właśnie wchodzi do piekarni, zostawiwszy rower na chodniku. – Dzieńdoberek, kumoszki! O czym to się gwarzy? Kim jest ten biedak, który przybywa z Pizy?
– Któryś bratanek lub siostrzeniec hrabiego. Ma odziedziczyć Le Giuggiole, ale nikt nie wie, który to – wyjaśnia Pietro.
– Ależ z jakiej Pizy! – wykrzykuje Duccio. – Ja tam wszystko wiem! Powiedziała mi Fernanda, sąsiadka Gianniego, kiedy przyszła po maść na modzele.
Co do tego, że Duccio wie, nie ma wątpliwości – tu ludzie zwierzają się farmaceucie ze wszystkiego. I to dosłownie.
– No to gadaj, kto to taki? – piszczą chórkiem polujące matki.
Duccio, któremu schlebia fakt, że wzbudza takie zainteresowanie, przechadza się dumnie po piekarni w swoim białym fartuchu.
– To prawnuk starego Lanfranca Ricasolego, tego, co mieszka w Londynie. – Lanfranco był ojcem Umberta i poprzednim właścicielem posiadłości. – Syn jego wnuczki, Eleny!
Słowa Duccia zaskakują mnie do tego stopnia, że robię krok do tyłu.
– Masz na myśli Carletta?
W rzeczywistości ma na imię Charles. Jego matka, Elena Ricasoli, poślubiła angielskiego handlarza tkaninami, Richarda Bingleya. W dzieciństwie razem z siostrą bliźniaczką co roku spędzał lato w posiadłości swojego stryjecznego dziadka.
– Oczywiście! – potwierdza Duccio. – Gianni wczoraj wieczorem wyleciał samolotem z Florencji.
Wyciągam rękę po torby z chlebem, ale w tej samej chwili oblega mnie horda wesołych kumoszek z Chianti.
– Czyli ty go znasz? Jest przystojny? – pyta Giliola.
– Bogaty? – chce wiedzieć Fiorella.
– Eligancki? – Spragniona szczegółów Angela, która zdążyła już wyjść, ponownie pojawia się w drzwiach. Jak już wspomniałam, w Belvedere wystarczy, że zawieje testosteronem, a kobiety włączają radar.
– Właściwie to od lat nie mamy kontaktu. – Próbuję opuścić grząski grunt, na który sama weszłam.
– Miejmy tylko nadzieję, że nie woli chłopców, bo panie obejdą się smakiem – żartują Piero i Duccio.
– Jeśli jest homosensualny, to niech już lepiej siedzi w tym Londynie – stwierdza Viola. – Nie będziem tracić czasu.
Z tego, co pamiętam, Carletto wcale nie był „homosensualny”. Przynajmniej piętnaście lat temu.
– Mariano. – Giliola ciągnie moją matkę za rękaw. – Bądź tak miła i powiedz nam, kiedy przyjedzie!
– Powiedzieć? – Mama udaje, że nie rozumie, choć doskonale wie, czego chcą. – Po co?
– Żebyśmy mogły pod jakimś pretekstem przyjechać do Le Giuggiole i się z nim spotkać!
– Świetny pomysł – komentuje Fiorella. – Moja Paola upiecze mu cantucci!
Słynne cantucci Paoli, lepiej znane jest jako „żelbetonki”.
– Ja każę mojej zrobić ptysie! – wtóruje jej Angela.
Najwyraźniej załączył im się tryb „przez żołądek do serca”. Ale bardziej w tym sensie, że jeśli kawaler nie zaprosi ich córek na randkę, wyrwą mu serce gołymi rękami.
– Och, wam to tylko fiu-bździu w głowie. U nas się pracuje, nie mamy czasu na takie głupoty… – Mama usiłuje się wykręcić. Jak ją znam, nie ma ochoty dzielić się z nimi tak cenną informacją.
– Prosimy, Eliso, powiedz mamie, żeby to dla nas zrobiła. Mariana, a ty nie bądź taką egoistką! – domaga się Viola.
– Przekonam ją – kłamię na odczepnego, świadoma, że jeśli się nie zgodzę, nigdy mnie stąd nie wypuszczą.
– Dzięki.
Gdy wychodzimy, mama bierze mnie pod ramię i z zamyśloną miną szepcze mi do ucha:
– Nie puszczaj pary z gęby. Musimy natychmiast wracać i wysprzątać cały dom, pod meblami też, naszykować główną sypialnię, upiec dwa ciasta, nie, lepiej trzy. I musimy powiadomić Giadę, niech zrobi sobie fryzurę… A jej koronkową sukienkę, tę, która podkreśla oczy, trzeba wyprasować! Ty też, Eliso, zrób coś ze sobą, choć raz się ładnie ubierz…
– Mamo, proszę, chociaż ty nie zaczynaj… – wzdycham.
Gdy jesteśmy już jedną nogą na zewnątrz, podfruwa do mnie Fiorella i potajemnie wciska mi w rękę zwinięte w rulon dziesięć euro.
– Powiadom mnie jako pierwszą – rzuca i mruga do mnie porozumiewawczo.
Nie, dłużej tego nie zniosę. To nie dla mnie, te matrymonialne spiski.
Wskakuję na moją niebieską Vespę Rally i nie zapinając kasku, daję gaz do dechy. Trzaskająca rura wydechowa wypluwa z siebie chmurę szarego dymu, w powietrzu rozchodzi się zapach spalonego oleju.
– Święta Zyto, oczadziała! – krzyczą starsi panowie okupujący stoliki przed barem Maria.
– Durna, nie wzięłaś chleba! – woła mama z progu piekarni.
Ja jednak ani myślę zawracać.
Michael
– Mam nadzieję, że to ważne, skoro kazałeś mi przybiec tu z biura, jakby się paliło. – Tak witam Charlesa, mojego najlepszego przyjaciela, gdy dołączam do niego na bieżni.
– Na litość boską, jest sobota, zrelaksuj się trochę!
– Ach, jest sobota? – pytam oszołomiony.
– Jesteś tak uzależniony od pracy, że nawet nie wiesz, jaki jest dzień tygodnia.
W rzeczy samej, byłem przekonany, że to dopiero piątek. To dlatego moja asystentka, Penny, była dziś tak poirytowana, kiedy wyciągnąłem ją z łóżka o siódmej rano, bombardując serią pilnych wiadomości.
– Mam nowego klienta, który miał czas tylko dzisiaj rano.
To w sumie półprawda. O Ernesta Havishama zabiegałem od miesięcy, a wczoraj oficjalnie powierzył on firmie Saxton & D’Arcy zarządzanie swoim bogatym portfelem inwestycyjnym. Rano skorzystałem z okazji, żeby nadgonić z robotą, mimo że Saxton, mój wspólnik i zastępca ojca, surowo zabronił mi przebywać w biurze po dwudziestej pierwszej. I w weekendy. Oraz w święta…
– Dziś mniejsza o twój pracoholizm. Mam niusa.
– Ach tak?
Entuzjazm w jego głosie mnie zaskakuje. Charles ceni sobie rutynę, nie lubi, gdy coś burzy mu plany, i dlatego nie znosi nowości. Nie powiedział mi nic sensacyjnego od czasu, gdy w trzeciej klasie gimnazjum wycięto mu migdałki.
– Pamiętasz mojego pradziadka Lanfranca, tego od willi w Toskanii?
– Oczywiście, że pamiętam.
Rodzice Charlesa stali się opiekunami prawnymi dla mnie i mojego brata, kiedy dwadzieścia dziewięć lat temu zmarli nasi rodzice; ja i George mieszkaliśmy z Bingleyami aż do osiągnięcia pełnoletności. Matka Charlesa pochodziła z Florencji, w domu mówiliśmy płynnie po włosku, uczęszczaliśmy do dwujęzycznego liceum, a wszystkie wakacje spędzaliśmy we Włoszech w willi starego wuja.
– Jego syn zmarł bezpotomnie – wyjaśnia – więc cały majątek przypadł mnie i mojej siostrze.
– Naprawdę?!
– Wczoraj był u mnie notariusz z Belvedere, przywiózł mi dokumenty do przejrzenia.
– Przyjmiesz spadek?
Charles wzrusza ramionami. Oto kolejna rzecz, której nienawidzi i wolałby nie robić: podejmowanie decyzji.
– Nie wiem – pada przewidywalna odpowiedź.
Założę się z diabłem o głowę, że zaraz zapyta: „Gdybyś ty był na moim miejscu, to co byś zrobił?”. Trzy… dwa… jeden…
– Gdybyś ty był na moim miejscu, to co byś zrobił?
Nie jestem jasnowidzem, po prostu znam go jak własną kieszeń.
– Wiedziałem, że zaraz odbijesz piłeczkę do mnie, Bingley-Boggley!
– Nie nazywaj mnie tak, nie jesteśmy już w szkole.
Bingley-Boggley, niezdecydowany Bingley, to przydomek, który nadała mu babka od WF-u, ponieważ stawał na końcu kolejki za każdym razem, gdy trzeba było skakać, biegać, wspinać się albo nurkować.
– A skąd ja mam wiedzieć, co masz zrobić?! Musisz sobie wszystko przekalkulować.
Przyparty do muru Charles głośno wzdycha.
– To piękna nieruchomość, mam z nią wiele miłych wspomnień, sęk w tym, że nie wiem, co miałbym z nią zrobić. Teraz, kiedy ojciec przeszedł na emeryturę, to ja reprezentuję firmę: dziś jestem tutaj, jutro w Nowym Jorku albo w Los Angeles… Płaciłbym wysokie podatki za dom, do którego nie miałbym nawet czasu pojechać.
Charles zatrzymuje bieżnię i opiera prawą rękę na biodrze.
– Boli mnie śledziona. Może teraz ciężary?
Jedną z prawdopodobnych przyczyn bólu śledziony może być fakt, że nie wyraziłem swojej opinii.
Kładziemy się na ławeczkach i zaczynamy rytmicznie podnosić sztangi.
– Powiedziałem notariuszowi, że się zastanowię; jeśli odmówię, muszę wysłać mu formalną rezygnację – dyszy w przerwach między seriami.
– A wtedy do kogo trafi nieruchomość?
– Do dalekich kuzynów z Pontassieve, którzy chyba są bardziej zainteresowani niż ja.
– Na pewno bardziej niż ja – wtrąca kobiecy głos.
Podnoszę wzrok i widzę, że nad nami stoi Caroline, jego siostra bliźniaczka.
– Cześć, Carol – wita ją jej brat między jednym stęknięciem a drugim. – Właśnie zasięgam opinii Michaela na temat posiadłości w Toskanii.
– Doskonale się składa. – Caroline rozpuszcza kok, długie kasztanowe włosy opadają jej na ramiona. – Michaelu, przekonaj go, żeby dał sobie spokój.
– Daj sobie spokój, Charlie – powtarzam jak papuga.
– Nie wyobrażam sobie nic nudniejszego niż wieś – ciągnie Carol. – Penthouse w Nicei, to byłoby coś, najlepiej z widokiem na Promenade des Anglais! Kasyno, bogate życie towarzyskie, śródziemnomorski klimat… Moglibyśmy z niego korzystać przez cały rok. Nie sądzisz, Michael? – zwraca się do mnie ponownie.
– Wolę Hiszpanię – odpowiadam, nie przerywając ćwiczeń.
– Co racja, to racja! – potakuje entuzjastycznie. – We Francji jest zbyt wielu Francuzów, poza tym oni wszystko smarują masłem. Hiszpania to nowe Lazurowe Wybrzeże: Benalmádena, Marbella, Estepona. Idealne do plażowania.
– Wolałbym zobaczyć środkową część kraju – odpowiadam, siadając i wycierając pot.
– Och, hm, tak… środkową część. – Kiwa głową. – Rany, Michael, ta sztanga jest bardzo ciężka, musisz mieć niesamowitą siłę, żeby nią tak machać!
– To tylko czterdzieści kilogramów, tyle samo podnosi Charles – zauważam.
– Tak, ale on nie trenuje tyle co ty.
– Mamy dokładnie ten sam plan treningowy.
– Wielkie dzięki za uznanie, Carol – oburza się Charles. – Ty też wyglądasz na wykończoną treningiem… A, czekaj! Sądząc po szlafroku, właśnie wyszłaś ze spa.
– Wcześniej byłam na aqua aerobiku.
– Uuu, to naprawdę męczące.
Relacja Charlesa i Caroline to wieczna wojna i pokój. Właściwie to częściej wojna niż pokój.
– Hej, Charles! Cześć, Michael! – Zatrzymuje się przy nas jedna z instruktorek.
– Cześć, Zoe. – Kwaśny ton Caroline świadczy o tym, że nie podoba jej się, że została pominięta.
– Och, Carrie, nie zauważyłam cię – odpowiada Zoe. Kto kwasem wojuje, od kwasu ginie. – W przyszły piątek organizujemy jogę pod gwiazdami, a potem relaksujący masaż ciepłym olejkiem. Po wszystkim serwujemy wegańskie przekąski, będzie też degustacja herbat ziołowych – mówi, wręczając bileciki mnie i Charlesowi. – Przyjdziecie?
– A ja to co? – oburza się Caroline.
– Zaproszenia się skończyły – oznajmia Zoe z kwaśnym uśmiechem. – Taras ma ograniczoną pojemność.
– No patrz… Co za pech!
– Brzmi ciekawie – odpowiada Charles.
– Brzmi ciekawie – powtarzam za nim. Nie lubię być niegrzeczny, ale to nie jest impreza dla mnie. – Ale mam już plany.
– Szkoda. – Zoe wygląda na rozczarowaną. – Nie możesz ich przełożyć?
Nie można przełożyć czegoś, co nie istnieje.
– Kolacja służbowa.
Zoe się rozpromienia, a ja zdaję sobie sprawę, że strzeliłem sobie w stopę.
– W piątek wieczorem?! Co za stres! Wiesz, co pomoże ci się zrelaksować? Hot joga. – Nachyla się nade mną i dopisuje coś na moim zaproszeniu, eksponując biust ściśnięty w ciasnym topie. – Prowadzę też prywatne zajęcia, tu masz mój numer. Dzwoń, kiedy chcesz.
Żegna się z nami wszystkimi i na odchodnym puszcza mi oczko.
– Bezczelna – komentuje Caroline. – Nie znoszę takich dziewuch.
– Czyli jakich? – dopytuje Charles. Czasem nie wiem, czy naprawdę jest tak naiwny, czy robi to celowo.
– Takich prostaczek – odpowiada jego siostra. – Boże, Michael! Prawie się na ciebie rzuciła. A jak się ubrała! Założę się, że pod tymi mikroskopijnymi szortami nie nosi majtek.
– Mam to sprawdzić? – Nie mogę się powstrzymać.
– Michael! – Caroline patrzy na mnie z oburzeniem. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że jest w twoim typie?!
Charles chichocze przez zaciśnięte zęby.
– Michael ma wiele typów.
– Wiecie co? Nudzicie mnie. Miłego wieczoru – mruczy Caroline, zbierając się do wyjścia.
– Proszę. – Podaję jej zaproszenie Zoe. – Weź moje, skoro tak ci na tym zależy.
Chwyta je szorstkim ruchem i odchodzi, a chwilę później wyrzuca je do kosza.
– Czy twoja siostra nadal chodzi na terapię kontrolowania złości? – pytam Charlesa.
– Nawet nie zaczęła.
– Ach, to dlatego nie zauważyłem poprawy.
Zmieniamy miejsce i przechodzimy do ćwiczeń na ramiona i plecy.
– Całkiem ładna ta Zoe, czemu nie zaprosisz jej na kolację?
Chryste!
– Charles, jesteś ostatnim z romantyków na świecie. Jej wcale nie chodzi o kolację.
– Ale może przed miałaby ochotę na małą przystawkę i kieliszek wina – podkreśla. – Ach, no tak, przepraszam. Zapomniałem, że nie lubisz zalotów, wstępów i wszystkiego, co przypomina randki na początku związku.
– Dla mnie związek nie jest priorytetem.
– I dlatego spotykasz się z dwiema kobietami naraz? – droczy się. – Z Sheilą i z tą… jak jej tam… Denise?
– Danielle – poprawiam go.
Na każdej oko zawieszę, żadnej serca nie oddam – oto moje motto i jak dotąd świetnie się sprawdza. Sheila jest masażystką w spa w Maida Vale, jest słodka i uczynna i pracuje w nonsensownych godzinach, które uniemożliwiają jej prowadzenie normalnego życia towarzyskiego. Umawiam się z nią, kiedy mam ochotę być rozpieszczany. Danielle jest drugą pilotką w British Airways; widujemy się podczas dwóch dni wolnych, jakie ma w tygodniu, co w praktyce oznacza czterdzieści osiem godzin ciągłego seksu. Z żadną z nich nigdy nie wyszedłem poza próg ich mieszkań. Do siebie natomiast nie zapraszam żadnej. Do siebie i do mojego życia.
– A ja chyba zaczynam czuć się gotowy na słynne: „aż śmierć nas nie rozłączy”.
– Co takiego? – O mało co nie wypuszczam hantli z rąk. – Co?
– Tak, zrozumiałeś doskonale: chciałbym się ożenić, mieć dzieci…
– Labradora, dodatkowy plan emerytalny i Volvo – kpię sobie. – To jakiś absurd!
– Pewnego dnia też obudzisz się z tym uczuciem i wtedy to ja będę stroić sobie żarty.
– Nie toleruję związków z dziewczynami, które nie potrafią mi się przeciwstawić. Nie chcę spędzić całego życia z kobietą, która od rana do wieczora mi schlebia, próbuje mi się przypodobać i traktuje mnie jak swój punkt odniesienia. Jeśli ma to być na zawsze, to chcę być z taką, która nie boi się dyskutować; która zamiast bezrefleksyjnie się ze mną zgadzać, pokłóci się tylko po to, żeby bronić swojego zdania; która sprawi, że będę miał ochotę budzić się każdego ranka, żeby dowiedzieć się, co ma mi do powiedzenia.
– Nie wytrzymałbyś z taką nawet tygodnia. – Charles patrzy na mnie sceptycznie. – Jesteś zbyt dumny, żeby po kłótni pierwszy wyciągnąć rękę, wasza relacja skończyłaby się, zanim zdążyłaby się naprawdę zacząć.
– Zawsze to lepsze niż ten twój lęk pokoleniowy. „Wszyscy kumple ze studiów mają żony i dzieci, a ja wciąż chodzę na obiadki do mamy!”
– Sebastian, Duke i Ashford wydają się całkiem szczęśliwi w małżeństwach. Nawet Harring wkrótce się żeni! A poza tym to wszystko nie wyklucza faktu, że czuję się gotowy.
– Skoro tak czujesz… – zamykam temat.
– Jak myślisz, gdzie są teraz te wszystkie dzieciaki, z którymi spędzaliśmy lato w Toskanii? – pyta niespodziewanie.
– A czemu pytasz?
– Po prostu, są mniej więcej w naszym wieku, chciałbym wiedzieć, jak się potoczyły ich losy. Na przykład Giady.
Oto, do czego zmierzał. I tu cię mam, Charlie!
– Musisz być naprawdę zdesperowany, skoro fantazjujesz o swojej miłości z dzieciństwa.
– Nie fantazjuję, tylko przypomniały mi się te wszystkie wakacje spędzone w Chianti, których była częścią. I tyle.
Oprócz naszej czwórki po terenie posiadłości kręciły się też dzieci pracowników hrabiego, z którymi tworzyliśmy bandę małych chuliganów.
– Nie uwierzę, nawet jeśli przysięgniesz na własne życie.
– Jednak pomimo swojego cynizmu musisz przyznać, że zawsze dobrze się tam bawiliśmy. Pamiętasz Elisę, jej młodszą siostrę?
Klik.
Słowa Charlesa odblokowują dawne wspomnienia.
– Elisa! – wołam nieco zbyt entuzjastycznie.
Ja i ona byliśmy jak Chip i Dale albo jak Tom i Jerry, bez przerwy knuliśmy razem machiaweliczne plany. Nocą zakradaliśmy się na teren sąsiada po arbuzy, przebiegaliśmy pod zraszaczami w warzywniku, bawiliśmy się w weterynarzy, lecząc kury i króliki, sprzedawaliśmy obślizgłe ciasta z błota na straganie, bawiliśmy się w chowanego w stodole. Rozumieliśmy się bez słów: kiedy jedno coś pomyślało, drugie mówiło to na głos, i na odwrót…
– Michael? Michael! Hej! – Charles wyrywa mnie z zamyślenia.
– Co jest?
– Zawiesiłeś się? Nie ćwiczysz od pięciu minut.
– Ja?
– A widzisz tu innych Michaelów?
– Mm, nie… – Wygląda na to, że zagubiłem się w swoich myślach. – Odpoczywałem. A co?
– No i co powinienem zrobić z tym spadkiem? Przyjąć? Odrzucić?
Przyjąć czy odrzucić? Decyzję, która jeszcze pięć minut temu wydawała mi się prosta jak drut i jasna jak słońce, nagle zasnuła mgła wątpliwości.
– Ja… nie mam pojęcia.
Elisa
Wieczory w Le Giuggiole zawsze wyglądają tak samo.
Mama sprząta kuchnię, poleruje nawet wszystkie miedziane garnki wiszące pod sufitem, natomiast Donatella, gosposia doglądająca willi, popija jaśminową herbatę z rumem. Na gardło, a przynajmniej tak twierdzi.
– Mam delikatne struny głosowe. Byłam mezzosopranistką. Opowiadałam wam już, jak śpiewałam w Operze Paryskiej?
Tak, co najmniej dwadzieścia razy.
Obok niej siedzi moja starsza siostra, Giada, tutejsza kosmetyczko-fryzjerko-manikiurzystko-pedikiurzystka, która w tej chwili pracuje nad paznokciami Donatelli.
Na szczycie długiego dębowego stołu siedzi najmłodsza z rodziny, Linda, i odrabia wakacyjne zadania domowe. W dodatku takie, które sama sobie wyznaczyła, ponieważ w przeciwieństwie do swoich rówieśników, którzy zwlekają z tym do ostatniej chwili, ona już w połowie sierpnia skończyła prace zadane przez nauczycieli.
Patrzymy z podziwem, jak ślęczy nad podręcznikiem do łaciny i zmaga się z rosa-rosae-rosae – uczy się sama, żeby uzyskać przewagę w przyszłym roku, kiedy pójdzie do liceum.
To chyba jedyna trzynastolatka na świecie, która wita czerwcowy koniec roku z kwaśną miną.
Ja zajmuję się księgowością winnicy. Donatella z mamą zarządzają wnętrzami, ja natomiast tym, co jest na zewnątrz, a ponieważ zbliża się czas winobrania, moje myśli krążą wyłącznie wokół jednego tematu: terminów zbiorów, stopnia dojrzałości winogron, zawartości alkoholu, butelkowania. Na okrągło sprawdzam pogodę na najbliższe tygodnie, stopień wilgotności, kontroluję analizy mineralizacji gleby oraz prognozowane temperatury dzienne i nocne.
Z dnia na dzień przybywa mi obowiązków i pod wieczór jestem wykończona; siedzę z laptopem na kolanach i oczy same mi się zamykają. Ten fotel jest taki wygodny…
– Oko ci leci, złotko? – woła Donatella swoim afektowanym tonem. Zawsze zwraca się do mnie per „złotko”, „słonko” lub „gwiazdeczko”, bo twierdzi, że tak jest szybciej.
– Co? Nie, wcale nie – odpowiadam, otrząsając się z zamyślenia.
– Gapiłaś się na wygaszacz ekranu – zauważa Linda, przed którą nic się nie ukryje, mimo że ani na moment nie oderwała wzroku od książek.
– Jestem tylko trochę otumaniona… Cały dzień pracowałam w słońcu… – mamroczę, obgryzając skórki.
Nie znoszę, kiedy widać po mnie zmęczenie: mama od razu mi wytyka, że mam wyczerpującą pracę i że powinnam zająć się czymś mniej męczącym, bo to nie jest zajęcie dla kobiet…
– Zrobić ci manicure? – pyta siostra.
– Nie trzeba, dzięki.
– Nie trzeba?! – Giada naturalnie nie podziela mojego zdania. – Spójrz na swoje paznokcie! Nadal je obgryzasz? – pyta mnie surowo.
– Już nie – kłamię. Naprawdę próbuję, ale trudno wyzbyć się starych nawyków.
– Nałożyć ci lakier żelowy? Który wolisz? – nalega, machając mi pod nosem dwoma buteleczkami. – Niebieski „London by night” albo petrolowy „Tamiza”.
Giada ma lekką obsesję na punkcie Londynu. Kiedy miała dziewiętnaście lat, zamiast wsiąść w pociąg do Rosignano, gdzie miała załatwioną pracę w pensjonacie, potajemnie wyjechała właśnie do Londynu, gdzie ukończyła kurs kosmetyczny, opłacając go z tego, co zarobiła, ciężko pracując w winnicy przy zbiorach winogron.
– Żaden, Giado. Poza tym, po co mi lakier? Pracuję przy winoroślach, a nie jako modelka na wybiegu. – Użyłam solidnej argumentacji.
– Lakier nie musi być po coś. – Staje za mną i zaczyna rozmasowywać mi szyję i ramiona. – To sposób na poświęcenie sobie czasu, relaks.
– Tymczasem może dokończysz moją lewą rękę, skarbie? – skrzeczy Donatella.
– Przecież jest skończona – sprzeciwia się Giada.
– Ale różni się od prawej.
– Asymetryczne paznokcie to najnowszy trend w Soho.
Donatella jest przerażona.
– Na oddziałach psychiatrycznych w Soho, chciałaś powiedzieć.
Giada przewraca oczami i prycha.
– Ciągle mnie rozczarowujecie. Ty – wskazuje na mnie – wciąż się zaniedbujesz. A ty – zwraca się do Donatelli – jesteś zawsze złośliwa. Ale teraz wam pokażę. Założę wam profile na MatchMe – woła, wymachując telefonem komórkowym. – Niech tylko złapię zasięg w tej fortecy – mruczy, krążąc po kuchni z telefonem w górze.
Giada ma fisia na punkcie aplikacji randkowej MatchMe: w weekendy jeździ od Lunigiany do Maremmy, żeby spotkać się ze swoimi matches. Poluje zawzięcie, ale nie szuka pierwszych lepszych portek, tylko wielkiej, prawdziwej miłości.
Problem w tym, że szuka księcia, a znajduje same żaby, być może dlatego, że jedynym warunkiem, który stawia, jest to, aby mężczyzna nie pochodził z Belvedere.
– Mamy to! Za lodówką jest jedna kreska. Hej, mam trzy nowe dopasowania! – cieszy się, przeglądając powiadomienia. – Lorenzo z Ceciny… Jacopo z Pizy…
– Na miłość boską! – woła mama.
– O, ten jest niezły: Simone z Viareggio. Szkoda, że zdjęcie profilowe jest trochę rozmyte. Poproszę go na czacie o jakieś lepsze. Nie będę w ciemno jeździć do Viareggio.
– Żeby nie było jak z tym z San Macario in Piano – przypominam jej.
Koleś wcisnął jej zdjęcie jakiegoś modela pobrane z Google’a i od tamtej pory Giada ma się na baczności.
– Ta, cholerny Gherardo – mruczy. – O! Już mi odpowiedział!
– Pokaż! – nakazuje jej Donatella, która ma dość radykalną opinię o mężczyznach: nikt nie spełnia jej standardów.
Giada kaszle z udawanym zakłopotaniem.
– To nie do końca zdjęcie twarzy.
– Pokazuj! – wołamy chórkiem, mama, Donatella i ja.
Gromadzimy się wokół Giady i z niedowierzaniem wpatrujemy się w ekran jej komórki.
– A co to? Słup energetyczny? – dziwi się Donatella.
– To się aplikuje pod znieczuleniem, prawda? – pytam.
– Toż to nie należy do człowieka – zauważa mama. – Prędzej do konia.
– O czym mówicie? – Linda podnosi głowę znad książek.
– O niczym – odpowiadamy zgodnie.
– Mogę zobaczyć? – nalega.
– Ojej, jak już późno. – Załamuję ręce. – Lindo, czas do łóżka.
– Ale jest dopiero dziewiąta – sprzeciwia się.
– Tak, ale gdzieś na świecie jest już późno – odpowiadam.
Ona jednak nie odpuszcza.
– Przecież są wakacje.
– Za trzy tygodnie zaczyna się szkoła, musisz się przyzwyczajać. – Podchodzę do niej i całuję ją w głowę. – Zaraz przyjdę powiedzieć ci dobranoc, dobrze, Misiu?
– Daj spokój, mamo – mruczy. – I nie nazywaj mnie Misią! To przezwisko dla dzieci!
Tak, to ja jestem „mamą”. Z kolei „Misia” to pieszczotliwe przezwisko, którym nazywam ją od zawsze, bo od małego ma swojego ulubionego pluszowego misia, już podartego i zniszczonego, z którym zawsze śpi.
Burcząc pod nosem, Linda zbiera swoje książki i kieruje się w stronę oficyny. Wiem, że tu zanosi się na pikantny temat, i mimo że ma już trzynaście lat, chciałabym jeszcze przez chwilę chronić jej niewinność.
– Trochę przesadzasz, Eliso, przecież mogła zostać – karci mnie Giada. – W końcu prędzej czy później jakiegoś zobaczy.
– Mam nadzieję, że nie natrafi na takiego giganta, bo do końca życia się nie pozbiera. A przynajmniej nie przed osiemnastką.
– Ach, więc jesteś za wprowadzeniem przymusowego celibatu do momentu osiągnięcia pełnoletności? – wtrąca mama.
– Oczywiście, mamo! – oburzam się. – Spójrz na mnie! Gdyby tak było, nie urodziłabym Lindy w wieku siedemnastu lat.
Donatella wzrusza ramionami.
– Tak czy tak, to nieśmiała dziewczyna; gdyby coś takiego zobaczyła, od razu by uciekła.
– No mam nadzieję – dorzucam zbulwersowana. – No dobra… Co odpowiedziałaś temu ogierowi z Dzikiego Zachodu? – pytam Giadę, aby zmienić temat.
– Spytałam, gdzie i kiedy się spotkamy – odpowiada, nie przerywając klikania.
– Kiedy nawet nie wysłał ci zdjęcia twarzy! – obrusza się Donatella.
– Postanowiłam mu zaufać.
– Zaufać? Tak się to teraz nazywa? – droczę się.
– A nie lepiej poszukać kogoś bliżej niż w Viareggio? Zawsze wynajdujesz tych facetów Bóg wie gdzie – zauważa mama.
– A gdzie mam ich szukać? Tutaj? – pyta z przerażeniem Giada. – Tu najbardziej pożądane partie to syn Colliego z zakładu pogrzebowego i Ceccarelli od czyszczenia szamba.
– Nawet w najgorszych czasach ludzie nie przestaną srać ani umierać – wyrokuje mama.
– Belvedere to nie jest kraj dla singli – zgadzam się.
– Właśnie. Poza tym nie zostanę tu na zawsze. Jak tylko zbiorę wystarczająco dużo pieniędzy, wyjadę do Londynu. W mieście liczącym dziewięć milionów mieszkańców mam większe szanse spotkać miłość życia. Każdy, kto miał odrobinę rozumu, przy pierwszej okazji już stąd dawno wyjechał.
– Ekhm, ekhm – protestuję.
– Ma na myśli wszystkich tych, którzy nie zostali rodzicami w okresie dojrzewania, gwiazdeczko – mówi zgryźliwie Donatella.
– W każdym razie, zanim stąd ucieknę, nie widzę powodu, dla którego miałabym w międzyczasie zamykać się w klasztorze.
– Pokaż nam jeszcze raz to zdjęcie – nakazuje Donatella.
Wszystkie pochylamy się nad telefonem Giady, aby ponownie obejrzeć to kuriozalne dzieło Matki Natury.
– Na nabrzmiałą Zytę! – wykrzykuje mama. – Jak myślicie, kiedy tego używa, krew dopływa mu do mózgu czy mdleje?
– I gdzie kupuje takie duże gacie?
– Może szyje na miarę…
Puk, puk, puk.
Pukanie do drzwi to dla nas zaskoczenie. Wzdrygamy się.
– Kogo diabli niesą o tej porze? – burczy mama, zmierzając do drzwi.
– No i? – Na progu stoi Giliola, trzyma pod rękę swoją córkę, Reginę. Nawet nie zadaje sobie trudu, aby powiedzieć „dobry wieczór”.
– Mój Boże – mruczy Donatella z aurą wyższości. – Gdybym wiedziała, że przylezą te wiedźmy, dodałabym do herbaty podwójną porcję rumu.
– No i? – powtarza mama ostrym tonem. Ona i Giliola nie przepadają za sobą; ich rywalizacja w kuchni zdążyła już obrosnąć legendą.
– Przyjechał?
– Kto taki?
– Jak to kto? – bulwersuje się Giliola swoim nosowym głosem. – Wnuk starego Ricasolego!
– Nikogo tu nie było – przerywa mama, pokazując im gestem, że mają sobie iść.
– Jaka szkoda! – wykrzykuje Giliola, ignorując aluzję. Bezceremonialnie obchodzi kuchnię, sondując każdy kąt, podczas gdy Regina z rozczarowaniem spuszcza wzrok na tartę, którą trzyma w ręku.
– Zrobiłaś dżem morelowy? – pyta Giliola podejrzliwie, wskazując na rząd parujących słoików ustawionych na półce.
Mama wzdycha z irytacją.
– A jak myślisz?
– Za długo czekałaś! – krytykuje ją natychmiast Giliola. – Morele były najlepsze w zeszłym tygodniu.
– My zrobiłyśmy w sobotę i dodałyśmy do tarty – dodaje Regina swoim tonem prymuski.
– Tym razem pamiętałaś, żeby użyć cukru, a nie soli? – pyta bez ogródek Donatella. W zeszłym roku podczas loterii z okazji święta patrona pół miasteczka miało przez nią mdłości.
– O czym rozmawiałyście? – dopytuje Giliola, udając, że nie słyszała złośliwości.
– O koniach – odpowiadamy szybko.
Wzrusza ramionami bez większego zainteresowania. Gdyby tylko wiedziała…
– Miejmy nadzieję, że Charles zdąży na Festiwal schiacciaty *. Trzeba powiedzieć komitetowi Pro Loco, żeby go włączyli do jury jako sędziego honorowego.
Festiwal schiacciaty to bezwzględna rywalizacja, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone: akcje sabotażowe względem wyrastającego ciasta, kradzież składników, manipulowanie pokrętłami piekarnika…
Jeszcze pięć lat temu schiacciaty robiło się w domu i przynosiło przed oblicze jury gotowe do degustacji, ale odkąd Giliola oskarżyła moją mamę o to, że swój chleb zakupiła w piekarni, bo wyglądał jej zbyt idealnie jak na domowy, cała procedura odbywa się na głównym placu w miasteczku. Ku wielkiemu rozczarowaniu swojej przeciwniczki mama wygrała również rok później, udowadniając tym samym, że to ona jest mistrzynią schiacciaty.
– Ach, więc to stąd ta niezapowiedziana wizyta – zauważa zgryźliwie Giada. – Założę się, że już nie może się pani doczekać.
– Mężczyźni lubią kobiety, które potrafią gotować – odgryza się Giliola. – Ale co ty, dziewucho, możesz wiedzieć o gotowaniu! Z takimi pazurami! Nie umiałabyś nawet obrać ziemniaków.
– W takim razie mam szczęście, bo obieranie ziemniaków obchodzi mnie tyle samo, co zeszłoroczny śnieg. – Giada odbija piłeczkę, a ja w duchu biję jej brawo.
Puk, puk, puk.
Znów rozlega się pukanie. Giliola ze swoją latoroślą aż kipią z ekscytacji, ale kiedy w otwartych drzwiach ukazują się Angela z córką Sarą i tacą grzanek z wątróbką, na ich twarzach pojawia się grymas rozczarowania.
– Przyjechał? – pyta z niepokojem Angela.
– Nie – odpowiada sucho Donatella.
– Och, myślałyśmy, że o tej porze już tu będzie. Razem z Vannuccim mieli dotrzeć tu pod wieczór.
– Nikt się jeszcze nie pojawił – powtarza mama.
Angela i Sara również wchodzą, wymieniając gniewne spojrzenia z Giliolą i jej córką.
– Ach, i wy tutaj…
– Tak samo jak wy – ripostuje Giliola.
– Jaka miła atmosfera – komentuję ironicznie. – Zaparzyć rumianku? Chcecie coś na uspokojenie? Może bromku?
– A masz tubkę kleju? – pyta Giliola. – Raz na zawsze zakleimy Angeli usta.
– Komu chcesz zamknąć usta? – oburza się druga z kobiet.
– Słyszałaś doskonale. Wiem, że opowiadasz wkoło, że jestem skąpa, ty stara papuciaro.
– Kiedy to prawda! Poprosiłaś mnie o zwrot aluminiowej formy do cannelloni, a kiedy powiedziałam, że ją wyrzuciłam, wkurzyłaś się i zażądałaś, żebym ci ją odkupiła – ripostuje Angela.
– To ja sprezentowałam ci te cannelloni, a teraz jeszcze wychodzę na sknerę!
– A jakże, zrobiłaś je z jajek od moich osobistych kur, które ci dałam!
– Nic mi nie dałaś! – Giliola jest coraz bardziej wojownicza. – Pozbyłaś się ich, bo miałaś ich za dużo, inaczej byś je wyrzuciła.
Donatella wstaje od stołu z filiżanką naparu w dłoni.
– Myślę, że nie zaszkodzi nieco wzmocnić herbatkę.
Puk, puk, puk.
Tym razem w drzwiach stają Fiorella i Paola ze słynnymi ciasteczkami cantucciniwedług uproszczonego przepisu.
Nie mają czasu nawet otworzyć ust, mama z miejsca studzi ich entuzjazm:
– Nie, Charlesa nie ma, jeszcze nie przyjechał. I guzik wiemy.
Fiorella jest wyraźnie rozczarowana. Gdy tylko dostrzega Angelę i Giliolę, zerka na mnie z urazą, jakby chciała powiedzieć: „A ja dałam ci dziesięć euro, żebyś zadzwoniła najpierw do mnie”.
Widać, że w Belvedere na nowo wybuchła matrymonialna gorączka, i nie zdziwiłabym się, gdyby w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin w kiosku wyprzedały się wszystkie numery „Ślubu i Wesela”.
W powietrzu trzaskają estrogeny rywalizujących matek i ich polujących na mężów córek, a nasz kwartet życiowych rozbitków – zrzędliwa wdowa, zgorzkniała stara panna, nastoletnia (kiedyś) matka i puszczalska – obserwuje tę jatkę z dystansu.
Po czwartym „puk, puk, puk” mama jest na skraju załamania nerwowego.
– Teraz ja się tym zajmę – odgraża się, chwytając wałek do ciasta.
Ku naszemu zdumieniu, zamiast kolejnej pary matka-córka, w drzwiach pojawia się notariusz Vannucci.
– Jestem nieuzbrojony. – Na widok mamy i wałka unosi ręce do góry.
– Och, pan Vannucci, w końcu. Mamy tu jeden wielki cyrk na kółkach! Proszę wejść i uspokoić te tygrysice, bo my już nie dajemy rady.
Onieśmielony notariusz wchodzi do kuchni z miną kogoś, kto wolałby być gdzie indziej.
– Dobry wieczór paniom.
Matki i córki zasypują go gradem pytań:
– Gdzie Charles? Czy pan nam go dziś przedstawi? Jadł już kolację?
Vannucci drapie się po głowie, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Właściwie to przyszedłem poinformować panie Donatellę i Elisę, że Charles postanowił zrzec się spadku.
W kuchni zapada pełna niedowierzania cisza. Tylko Giliola, otrząsnąwszy się z pierwszego zdumienia, ma odwagę otworzyć usta.
– Więc nie przyjechał z panem?
– Został w Londynie i zamierza odstąpić posiadłość najbliższym krewnym.
– Wiedziałam! – burczy mama. – Tym jaskiniowcom, Ricasolim z Pontassieve! Cóż, mamy zepsutą bramę, problem z bojlerem i składzikiem, zatkany komin, i tak muszą wyłożyć trochę grosza, bo inaczej wszystko pójdzie na marnację.
Jak na gospodynię z prawdziwego zdarzenia przystało, ma podejście praktyczne i nie myśli o rozczarowanych dziewczętach, które spuściły nos na kwintę i opłakują niespełnione marzenia o zamążpójściu.
– Przykro mi. Na dniach powinienem otrzymać formalną rezygnację. Teraz wybaczcie, ale muszę iść. Dobranoc.
Jednak jego nadzieje na dyskretne wymknięcie się rychło pryskają, bo matki z miejsca podążają za nim, zasypując go pytaniami o to, dlaczego Charles nie przyjął spadku i jak to w ogóle możliwe.
Zostajemy same i w kuchni w końcu zapada cisza, ale zamiast ulgi czuję jakby ukłucie w piersi.
Bo kiedy dowiedziałam się o możliwej wizycie Charlesa, moje myśli natychmiast powędrowały do jego najlepszego kumpla, Michaela. On i jego starszy brat George zawsze przyjeżdżali tu latem z Bingleyami; byliśmy z Michaelem bardzo zżyci. Oboje mieliśmy taki sam talent do pakowania się w rozmaite kłopoty. Nie potrafiliśmy usiedzieć w miejscu, zawsze szukaliśmy nowych wrażeń i wyciągaliśmy biednego Carletta na nasze dzikie eskapady.
I może to głupota – w końcu minęło już piętnaście lat – ale wyobrażałam sobie, że wraz z Charlesem, tak jak w dzieciństwie, przyjedzie również Michael.
* Schiacciata – tradycyjny toskański chleb, zazwyczaj bez soli (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczek).
Michael
Dwa tygodnie później
To, co uznałem za wyjątek, stało się już regułą: budzi mnie dzwonek telefonu i beznamiętny głos mojej asystentki, Penny, która wyrywa mnie ze snu bezosobowym: „Spóźniłeś się. Znowu”.
Wyskakuję z łóżka, wściekły na siebie za to, że nie jestem w stanie usłyszeć budzika. A właściwie budzików – czterech.
Wypijam potrójną kawę, ale to nie przynosi efektu, więc przed wyjściem wrzucam jeszcze do ekspresu czwartą kapsułkę ultramocnej i hiperskoncentrowanej mieszanki, jednocześnie zapinając koszulę.
Nie zdążyłem nawet się ogolić ani zawiązać krawata, a na telefonie mam już sześć wiadomości od Saxtona, z których ostatnia, bardzo lakoniczna, brzmi: „Czekamy na ciebie”.
Podczas krótkiej podróży taksówką z Grosvenor Square do Marylebone zaczynam się denerwować.
– Saxton rozpoczął spotkanie z Bradfordami bez ciebie – informuje mnie Penny od progu. – Są w sali Windsor.
Cudownie, to po przeciwnej stronie budynku. Już mam zrobić w tył zwrot, ale ona chwyta mnie za marynarkę.
– Krawat. Perfumy. Wyglądasz okropnie – stwierdza stanowczo, wręczając mi jedwabny krawat marki Drake’s, który trzymam w biurze; zawiązuję go, a ona spryskuje mnie swoim Eau de Guerlain.
– To kobiecy zapach! – zżymam się.
– Przeżyjesz. Idź już.
Wchodzę do sali Windsor, wywołując poruszenie wśród osób zgromadzonych przy stole z polerowanego mahoniu. Bracia Bradford są zdezorientowani, a Saxton wygląda, jakby chciał mnie zabić.
– Przepraszam, były koszmarne korki – tłumaczę się.
– W porządku, D’Arcy – odzywa się najstarszy z braci. – Praktycznie już skończyliśmy. Lawrence wyjaśnił nam wszystkie wątpliwości związane z inwestycjami dywersyfikacyjnymi dla naszego portfela.
Ach, już skończyli. Chociaż spóźniłem się z własnej winy, jestem zły, że nie poczekali na moje propozycje.
– W wypadku jakichkolwiek wątpliwości dzwońcie bez wahania – odpowiadam, rozpływając się w uprzejmościach.
Żegnają się z nami uściskiem dłoni i wychodzą. Już mam opuścić salę, ale Saxton mnie zatrzymuje.
– Usiądź, Michael. Musimy pogadać.
Posłusznie siadam, udając, że nie ma żadnego problemu.
– Zamieniam się w słuch.
– Tak dłużej nie może być.
– Wydawało mi się, że Bradfordowie byli zadowoleni z mojego planu inwestycyjnego – blefuję.
– Jesteś zbyt inteligentny, żeby nie rozumieć, o czym mówię. – Siada naprzeciwko mnie. – Ale skoro tak ci na tym zależy, to wszystko ci wypunktuję: podczas piątkowego briefingu zasypiałeś.
– Myślałem nad czymś.
– Spałeś, Michaelu.
– Masz rację – przyznaję.
W pracy narzuciłem sobie takie tempo, że trudno mi je utrzymać, i przez to całe zmęczenie tracę formę. Ale nie sądziłem, że aż tak to widać.
– Na spotkaniu z HSBC przedstawiłeś niepoprawiony draft prezentacji.
– I tak świetnie mi poszło – bronię się.
Piorunuje mnie wzrokiem.
– Przestań dyskutować, to mnie irytuje.
Podnoszę ręce w geście poddania się, a on jedzie dalej z listą skarg i zażaleń:
– W tym tygodniu opuściłeś dwa spotkania i… od jak dawna się nie golisz?
– Daję skórze odpocząć.
– Może odpocząć w weekend.
– No dobrze, przyznaję, że ostatnio moje wyniki leciutko spadły, ale mój instynkt biznesowy ma się doskonale.
– Jesteś najlepszy, Michaelu, nawet lepszy od swojego świętej pamięci brata, ale jeśli nie jesteś w szczytowej formie, nie mam z ciebie żadnego pożytku.
Na wzmiankę o bracie zaciskam szczękę. Cały świat sądzi, że porównanie z nim to dla mnie komplement, ale w rzeczywistości uważam to za najgorszą zniewagę.
– Chcesz się mnie pozbyć? – pytam wprost.
– W żadnym wypadku, jesteśmy równorzędnymi partnerami, ale trzeba coś zmienić. – Saxton wstaje, wkłada ręce do kieszeni i zaczyna krążyć wokół stołu. – Mam już swoje lata, chcę się nacieszyć starością, wnukami, pieniędzmi. Może nie powinienem ci tego mówić, ale myślę, że nadszedł czas, żebyś się dowiedział: odchodząc, zamierzam przekazać ci cały swój udział w spółce; staniesz się jedynym właścicielem.
Z zaskoczenia prawie opada mi szczęka.
– Mówisz poważnie? Sax, nie wiem, jak mam ci dziękować, ja…
– Ale nie w tych okolicznościach – przerywa mi poważnym głosem.
– W jakich znów okolicznościach?
– Jesteś uzależniony od pracy, ale nie dasz rady udźwignąć nadludzkiego ciężaru, który na siebie wziąłeś. Jesteś tak obsesyjnie skupiony na firmie, na interesach, że sam już nie wiesz, co robisz: pracujesz wieczorami, pracujesz w weekendy, podczas posiłków, pracujesz nawet podczas snu…
– I dlatego jestem tak cholernie dobry! – oburzam się.
– Nie, dlatego jesteś tak cholernie wyczerpany. Sam wszystkiego nie ogarniesz i jeśli się nie opamiętasz, zacznę się rozglądać za kimś innym, komu przekażę swoje udziały.
– Czy ty mi grozisz?
– Bynajmniej, po prostu chcę cię zachęcić, żebyś o siebie zadbał. Mógłbyś być moim synem, Bóg jeden wie, czy się za niego uważasz, ale jeśli nie rozumiesz, o czym mówię, zmuszasz mnie, żebym podjął decyzję za ciebie.
– Skoro nie chcesz mnie wywalić, to co zamierzasz?
Sax zatrzymuje się tuż przede mną.
– Wysłać cię na wakacje.
Co takiego?
– Nie bardzo rozumiem.
– Od jak dawna nie odpoczywałeś? Kiedy ostatnio byłeś na urlopie?
– Chyba… kilka miesięcy temu? – zgaduję.
Zawsze sobie obiecuję, że zrobię sobie przerwę, ale potem na horyzoncie pojawia się interesująca okazja albo nowy klient, i w końcu odkładam to na później.
– Cztery lata temu – oznajmia Sax. – Sprawdziłem dziś rano w dziale kadr.
– Czas szybko leci, kiedy człowiek się dobrze bawi – komentuję sarkastycznie.
– Tak, uważasz się za niepokonanego; w twoim wieku też tak o sobie myślałem, ale mam złą wiadomość: też jesteś człowiekiem i jak wszyscy potrzebujesz odpoczynku.
– Zmuszasz mnie do wzięcia urlopu?
– Chcę, żebyś potem wrócił i był tu na sto procent, a nie tak jak teraz, na pół gwizdka, zaspany i roztargniony. Twoja dekoncentracja może kosztować naszych klientów miliony funtów, a firmę – reputację. Mam obowiązek zadbać o to, żeby nasza działalność nie była narażona na takie ryzyko.
Ta ojcowska połajanka zaczyna mnie wnerwiać.
– Czy ty aby nie przesadzasz, Sax? Raz się spóźniłem i wielkie halo.
– Być może, ale w wieku sześćdziesięciu lat potrafię rozpoznać problem, kiedy go widzę, a ty jesteś tykającą bombą zegarową. Od dzisiaj masz miesiąc urlopu. To polecenie służbowe, Michaelu.
– Mogę wnieść sprzeciw?
– Nie.
Zrezygnowany, opuszczam wzrok na słoje na powierzchni stołu.
– Zgoda, ale dlatego, że nie mam wyboru, a nie dlatego, że chcę.
– Kiedy przejdę na emeryturę, przekażę ci swoje udziały nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że na to zasługujesz.
– A jak mam na to zasłużyć, skoro nie wpuszczasz mnie do biura? To takie… upokarzające.
– Przestań zachowywać się jak urażony książę i miej na tyle oleju w głowie, żeby przyznać, że nie jesteś w najlepszej formie. Teraz tego nie widzisz, ale uwierz, że w ten sposób ci pomagam. Każ Penny przekazać mi twój terminarz i zmykaj do domu.
– Jak to obowiązkowy urlop? – Siedzimy z Charlesem na lunchu w Nobu, przed sobą mamy talerze z sushi. – I jeszcze narzekasz? Chętnie wezmę wolne za ciebie! Najbardziej zbliżoną do wakacji rzeczą, jaką planuję w najbliższym czasie, jest wyjazd pojutrze do Mediolanu z próbkami dla klientów na przyszły sezon jesienno-zimowy.
– Saxton twierdzi, że jestem zmęczony. – Jakie to irytujące, na samą myśl podnosi mi się ciśnienie. – Serio, powiedz, czy wyglądam na wyczerpanego?
– Nie, wcale. – Uśmiecha się drwiąco.
– I co w końcu postanowiłeś zrobić ze spadkiem? – pytam.
Choć poprosił mnie o radę, nie wypowiedziałem się, jemu pozostawiając decyzję.
– Odrzucę. Bardzo żałuję, ale minusy przeważają nad plusami.
To było do przewidzenia: skoro Charles nie zaplanował posiadania domu w Toskanii w przyszłości, to ów dom nigdy się w jego życiu nie pojawi.
– To rozsądna decyzja… Chwila… – przerywam, bo w mojej głowie kiełkuje opcja, której nie braliśmy pod uwagę. Albo inaczej: to normalne, że Charles jej nie rozważał, zupełnie nie ma smykałki do inwestycji, ale że też mnie nie przyszło to do głowy? Wstyd. Być może Saxton ma rację, potrzebuję urlopu.
– O co chodzi? – pyta mnie przyjaciel z pełnymi ustami.
– Wysłałeś już formalne zrzeczenie się spadku?
– Podpisałem, ale jeszcze nie wysłałem – odpowiada, przeżuwając.
– Nie rób tego – mówię stanowczym tonem.
– Czemu?
– Bo go przyjmujesz.
– Przyjmuję?! – pyta z zaskoczeniem, przełknąwszy kęs. – Ale kiedy właśnie ci powiedziałem, że wady przeważają nad zaletami.
– Przyjmujesz, a potem sprzedajesz posiadłość temu, kto da najwięcej – wołam, chwytając nigiri i celując nim w niego jak bronią. – Posłuchaj: po co oddawać majątek krewnym, których nawet nie znasz? Za to, co zyskasz, sprawisz sobie piękną willę w Primrose Hill, gdzie wychowasz swoje przyszłe dziatki, a Caroline za swoją część kupi sobie ten swój wymarzony penthouse w Nicei i wreszcie zniknie ci z oczu.
– Brzmi sensownie – przyznaje Charles. – Tyle że sprzedaż to też kłopot, którego wolałbym uniknąć: trzeba znaleźć agencję, zainteresowani klienci nagle znikają, miesiące oczekiwań, niekończące się negocjacje…
– Wśród klientów Saxton & D’Arcy jest mnóstwo potencjalnych nabywców posiadłości w Chianti.
– Naprawdę? – pyta z ulgą.
– Naprawdę. Pozwól mi się tym zająć, a znajdę najszybsze i najkorzystniejsze rozwiązanie.
– W takim razie masz wolną rękę, Michaelu. Wiesz, że bez wahania powierzyłbym ci nawet własne życie.
– Jedyne, o co cię proszę, to żebyś zrobił dla mnie wizję lokalną i sprawdził przepisy budowlane, żebyśmy poznali możliwości ewentualnej przebudowy.
– Ja? Zajmuję się tkaninami, a nie inwestycjami w nieruchomości.
– W przyszłym tygodniu będziesz we Włoszech, prawda? Przedłuż trochę podróż i skocz do Toskanii.
– W takim razie leć ze mną! Masz miesiąc urlopu, spędzisz go w posiadłości, a przy okazji sfinalizujesz transakcję. Pomyśl, jakie wrażenie zrobisz po powrocie, jeśli faktycznie znajdziesz mi nabywcę wśród waszych klientów.
– Właściwie… – Już mam zaprotestować, ale trudno mi znaleźć jakiekolwiek minusy jego propozycji. Powód jest ważny, a czasu mi nie brakuje.
– Nie odmawiaj, Michaelu, wiesz, że to dobry pomysł. Czym się przejmujesz? Zanim się zorientujesz, będzie po sprawie. Zawsze szydzisz z mojego przywiązania do rutyny, ale ty też nie potrafisz się oderwać od swoich nawyków. „Przybądź, zobacz i sprzedaj”. I tyle.
Rzeczywiście. W końcu w czym problem? Przybędę, zobaczę i spieniężę. I tyle.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Prolog. Elisa
1. Michael
2. Elisa
3. Michael
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
