To nie jest kraj dla singli - Felicia Kingsley - ebook + audiobook + książka

To nie jest kraj dla singli audiobook

Kingsley Felicia

4,7
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Gdy królowa włoskich romansów spotyka Jane Austen…

Witajcie w Belvedere in Chianti – urokliwym miasteczku w sercu Toskanii, gdzie każdy zna każdego, a kawalerów można policzyć na palcach jednej ręki. Tutejsze życie toczy się w rytmie festynów, plotek i rodzinnych kolacji. Jednak wszystko się zmienia, gdy w okolicy pojawiają się Char­les Bingley – pełen uroku Anglik, który dziedziczy lokalną posiadłość, oraz jego równie atrakcyjny przyjaciel Michael D’Arcy.

Wieść o ich przyjeździe elektryzuje całe Belvedere. Matki już snują plany matrymonialne dla swoich córek. Jedyną osobą, która nie poddaje się tej gorączce serc, jest Elisa – dawna przyjaciółka Charlesa i Michaela. Gdy wszyscy wo­kół szukają okazji do romansu, ona próbuje odkryć, co tak naprawdę kryje się za nagłym powrotem mężczyzn. Czas dziecięcych zabaw minął, a między Elisą a Michaelem narosły tajemnice, niewypowiedziane słowa i uczucia, których nie da się już dłużej ignorować.

Czy dawni przyjaciele staną się wrogami… Czy też wśród kieliszków chianti, talerzy pappardele­ i komicznych nieporozumień odkryją, że łączy ich wiele więcej, niż kiedykolwiek przypuszczali?

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 17 min

Lektor: Felicia Kingsley

Data ważności licencji: 7/29/2030

Oceny
4,7 (9 ocen)
7
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
martyna_orlos

Całkiem niezła

3,5 Jak do tej pory chyba najlepsza pod względem klimatu, winnica serio dowozi. Nie podobają mi się te dramy końcowe u Kingsley, są bardzo powtarzalne. Bohaterowie mają fajną dynamikę między sobą, ale to już nie to co "Central Park". Z każdą kolejną książka Felicii uprawniam się tylko, że do mojej ukochanej Sarah Adams to nie dobije poziomem.
00
Eszarunia

Nie oderwiesz się od lektury

fajna lekturka na lato.
00
pacia004
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowicie zabawna historia, słucha się całkiem przyjemnie. Polecam. Obejrzałam film na podstawie książki i cóż ... Film nie dorasta do pięt książce
00
Krecik78

Nie oderwiesz się od lektury

cudowana, porywajaca a zarazem lekka! plakalm przy niej ze smichu a mimo to liczne zwroty akcji do konca trzymały mnie w napiecu. kiedy myslisz, ze to juz TEN rodział... oj nic bardziej mylnego ;) Miłego czytania !P.s.Polecam calym sercem, czekam na wicej !
00
Atramentowe1321

Nie oderwiesz się od lektury

cudowana, porywajaca a zarazem lekka! plakalm przy niej ze smichu a mimo to liczne zwroty akcji do konca trzymały mnie w napiecu. kiedy myslisz, ze to juz TEN rodział... oj nic bardziej mylnego ;) Miłego czytania !P.s.Polecam calym sercem, czekam na wicej !
00



Tytuł oryginałuNon è un paese per single, Felicia Kingsley

Copyright © 2022 Newton Compton Editori srl

This edition published in agreement with the Proprietor through MalaTesta Literary Agency, Milan

Copyright © for the translation by Marta Magdalena Borkowska & Aleksandra Kondrat

Projekt okładkiAleksandra Kosman

Redaktorka nabywającaAleksandra Ptasznik

Redaktorka prowadzącaKatarzyna Homoncik-Gajda

AdiustacjaNatalia Hipnarowicz-Kostyrka

KorektaKarina Bednarska­-Markot

Opieka promocyjnaAleksandra Kosman

ISBN 978-83-8427-684-6

Znajdź nas na:TikToku @flow.booksInstagramie @flow_books

Flow Booksul. Kościuszki 37, 30-105 KrakówE­-mail: [email protected]

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Nic tak nie rozkręca interesów jak przemyślane małżeństwo.

Jej Królewska WysokośćKrólowa Matka Elżbieta Bowes-Lyon

– Nie przykładam wielkiej wagi do tego, co ktoś mówi o małżeństwie – oświadczyła pani Grant. – Jeśli deklaruje swoją niechęć, to moim zdaniem dlatego, że nie spotkał jeszcze właściwej osoby.

Pastor Grant ze śmiechem gratulował pannie Crawford, że ona przynajmniej nie czuje awersji do tego stanu.

– O, tak, i wcale się tego nie wstydzę. Małżeństwo jest dla każdego, jeśli jest to małżeństwo odpowiednie. Nie jestem za tym, żeby się daremnie poświęcać; trzeba wychodzić za mąż wtedy, kiedy można wyjść za mąż z korzyścią.

Jane Austen, Mansfield Parktłum. Anna Przedpełska­-Trzeciakowska

Prolog

Elisa

Panuje powszechnie przekonanie, że każdy majętny kawaler z pewnością szuka żony.

Nie żyjemy w Hertfordshire w roku tysiąc osiemset dwunastym: Belvedere in Chianti to mała mieścina licząca sobie trzy tysiące dwustu mieszkańców, położona na pograniczu dwóch prowincji: Florencji i Sieny, i mamy dwudziesty pierwszy wiek.

A przynajmniej tak wynika z kalendarza, choć niektóre rozmowy zdają się temu przeczyć.

Na przykład ta tocząca się w piekarni, jak każdego ranka wypełnionej lokalnymi gospodyniami, w którą mimowolnie zostaje wplątana Elisa Benetti.

– Kiedy przyjedzie? – pyta Gilolii Fiorella.

– Ile ma lat? – dopytuje się Viola.

– Muszę natychmiast powiedzieć o tym mojej Sarze! – wykrzykuje Angela i wychodzi tak szybko, że prawie przewraca mnie i moją mamę. – Och, przepraszam, nie zauważyłam was.

– Witaj, Pietro, mogę jak zwykle prosić dwa bochenki? – Mama zwraca się do piekarza, który z rozbawieniem przysłuchuje się pogawędce. – A któż to do nas przybywa? Czyżby nowy proboszcz?

Jest ciekawska, jak pozostałe kumoszki, i gdy dzieje się coś nowego, chce o tym natychmiast wiedzieć.

W naszym miasteczku, w którym nigdy nic się nie dzieje, nawet to uchodziłoby za sensację, o której rozmawiano by jeszcze przez wiele dni.

– Jaki tam proboszcz! Odkąd wnuczka Cateriny zbałamuciła ostatniego, diecezja nie wyśle do nas księdza poniżej pięćdziesiątki. Następny, który obejmie parafię, będzie potrzebował raczej opiekunki niż gosposi!

W Belvedere żaden kawaler nie jest bezpieczny, nawet ci w sutannach nie mogą spać spokojnie. W miejscu, gdzie wybór ogranicza się do garstki nieżonatych panów zbliżających się do emerytury, nie obowiązują żadne świętości: wszystkie matki, babcie, ciotki i córki rozwinęły u siebie precyzyjny radar pozwalający im namierzyć potencjalnego męża w promieniu nawet kilku kilometrów. Moja rodzicielka nie jest tu wyjątkiem.

Don Marzio, świeżak po seminarium, wytrzymał u nas cztery miesiące: Greta, wnuczka Cateriny, adorowała go tak intensywnie i tak obficie dokarmiałapappardelle z dzikiem, że w końcu wpadł w jej sidła.

– No to kto to jest? Ktoś ważny? – pyta zaciekawiona mama.

Co mnie podkusiło, żeby jej obiecać, że przywiozę jej sprawunki na Vespie?

– Jak to?! – Viola aż podskakuje. – Kto jak kto, ale że wy nic nie wiecie? Gianni, notariusz, udał się właśnie po hrabiowskiego krewniaka, który ma odziedziczyć posiadłość!

Ach. To dlatego myślały, że coś wiemy: w końcu mieszkamy i pracujemy w posiadłości Le Giuggiole. Hrabia Umberto Ricasoli umarł miesiąc temu: jego męczącą, wypełnioną nieróbstwem egzystencję w wieku pięćdziesięciu sześciu lat przerwał zawał serca, a my, personel majątku, czekamy na instrukcje od spadkobierców, którzy jeszcze się nie pojawili.

– Pierwsze słyszę – odpowiada urażona mama. – Pojechał do Ricasolich w Poggio a Caiano?

Hrabia Umberto nie miał dzieci i Gianni poszukuje jego najbliższych krewnych. W Toskanii roi się od Ricasolich­-Guicciardich, więc jeśli chodzi o spadkobierców, zdecydowanie jest w czym wybierać.

– Moja szwagierka mieszka w Poggio i nic mi nie powiedziała. Może pojechał do tych z Pontassieve? – zastanawia się głośno Giliola.

– W Pizie też jest od groma Ricasolich – dodaje Fiorella.

– Lepszy nieboszczyk w domu niż Pizanin na progu! – wykrzykuje Duccio, lokalny aptekarz, który właśnie wchodzi do piekarni, zostawiwszy rower na chodniku. – Dzieńdoberek, kumoszki! O czym to się gwarzy? Kim jest ten biedak, który przybywa z Pizy?

– Któryś bratanek lub siostrzeniec hrabiego. Ma odziedziczyć Le Giuggiole, ale nikt nie wie, który to – wyjaśnia Pietro.

– Ależ z jakiej Pizy! – wykrzykuje Duccio. – Ja tam wszystko wiem! Powiedziała mi Fernanda, sąsiadka Gianniego, kiedy przyszła po maść na modzele.

Co do tego, że Duccio wie, nie ma wątpliwości – tu ludzie zwierzają się farmaceucie ze wszystkiego. I to dosłownie.

– No to gadaj, kto to taki? – piszczą chórkiem polujące matki.

Duccio, któremu schlebia fakt, że wzbudza takie zainteresowanie, przechadza się dumnie po piekarni w swoim białym fartuchu.

– To prawnuk starego Lanfranca Ricasolego, tego, co mieszka w Londynie. – Lanfranco był ojcem Umberta i poprzednim właścicielem posiadłości. – Syn jego wnuczki, Eleny!

Słowa Duccia zaskakują mnie do tego stopnia, że robię krok do tyłu.

– Masz na myśli Carletta?

W rzeczywistości ma na imię Charles. Jego matka, Elena Ricasoli, poślubiła angielskiego handlarza tkaninami, Richarda Bing­leya. W dzieciństwie razem z siostrą bliźniaczką co roku spędzał lato w posiadłości swojego stryjecznego dziadka.

– Oczywiście! – potwierdza Duccio. – Gianni wczoraj wieczorem wyleciał samolotem z Florencji.

Wyciągam rękę po torby z chlebem, ale w tej samej chwili oblega mnie horda wesołych kumoszek z Chianti.

– Czyli ty go znasz? Jest przystojny? – pyta Giliola.

– Bogaty? – chce wiedzieć Fiorella.

– Eligancki? – Spragniona szczegółów Angela, która zdążyła już wyjść, ponownie pojawia się w drzwiach. Jak już wspomniałam, w Belvedere wystarczy, że zawieje testosteronem, a kobiety włączają radar.

– Właściwie to od lat nie mamy kontaktu. – Próbuję opuścić grząski grunt, na który sama weszłam.

– Miejmy tylko nadzieję, że nie woli chłopców, bo panie obejdą się smakiem – żartują Piero i Duccio.

– Jeśli jest homosensualny, to niech już lepiej siedzi w tym Londynie – stwierdza Viola. – Nie będziem tracić czasu.

Z tego, co pamiętam, Carletto wcale nie był „homosensualny”. Przynajmniej piętnaście lat temu.

– Mariano. – Giliola ciągnie moją matkę za rękaw. – Bądź tak miła i powiedz nam, kiedy przyjedzie!

– Powiedzieć? – Mama udaje, że nie rozumie, choć doskonale wie, czego chcą. – Po co?

– Żebyśmy mogły pod jakimś pretekstem przyjechać do Le Giuggiole i się z nim spotkać!

– Świetny pomysł – komentuje Fiorella. – Moja Paola upiecze mu cantucci!

Słynne cantucci Paoli, lepiej znane jest jako „żelbetonki”.

– Ja każę mojej zrobić ptysie! – wtóruje jej Angela.

Najwyraźniej załączył im się tryb „przez żołądek do serca”. Ale bardziej w tym sensie, że jeśli kawaler nie zaprosi ich córek na randkę, wyrwą mu serce gołymi rękami.

– Och, wam to tylko fiu­-bździu w głowie. U nas się pracuje, nie mamy czasu na takie głupoty… – Mama usiłuje się wykręcić. Jak ją znam, nie ma ochoty dzielić się z nimi tak cenną informacją.

– Prosimy, Eliso, powiedz mamie, żeby to dla nas zrobiła. Mariana, a ty nie bądź taką egoistką! – domaga się Viola.

– Przekonam ją – kłamię na odczepnego, świadoma, że jeśli się nie zgodzę, nigdy mnie stąd nie wypuszczą.

– Dzięki.

Gdy wychodzimy, mama bierze mnie pod ramię i z zamyśloną miną szepcze mi do ucha:

– Nie puszczaj pary z gęby. Musimy natychmiast wracać i wysprzątać cały dom, pod meblami też, naszykować główną sypialnię, upiec dwa ciasta, nie, lepiej trzy. I musimy powiadomić Giadę, niech zrobi sobie fryzurę… A jej koronkową sukienkę, tę, która podkreśla oczy, trzeba wyprasować! Ty też, Eliso, zrób coś ze sobą, choć raz się ładnie ubierz…

– Mamo, proszę, chociaż ty nie zaczynaj… – wzdycham.

Gdy jesteśmy już jedną nogą na zewnątrz, podfruwa do mnie Fiorella i potajemnie wciska mi w rękę zwinięte w rulon dziesięć euro.

– Powiadom mnie jako pierwszą – rzuca i mruga do mnie porozumiewawczo.

Nie, dłużej tego nie zniosę. To nie dla mnie, te matrymonialne spiski.

Wskakuję na moją niebieską Vespę Rally i nie zapinając kasku, daję gaz do dechy. Trzaskająca rura wydechowa wypluwa z siebie chmurę szarego dymu, w powietrzu rozchodzi się zapach spalonego oleju.

– Święta Zyto, oczadziała! – krzyczą starsi panowie okupujący stoliki przed barem Maria.

– Durna, nie wzięłaś chleba! – woła mama z progu piekarni.

Ja jednak ani myślę zawracać.

1

Michael

– Mam nadzieję, że to ważne, skoro kazałeś mi przybiec tu z biura, jakby się paliło. – Tak witam Charlesa, mojego najlepszego przyjaciela, gdy dołączam do niego na bieżni.

– Na litość boską, jest sobota, zrelaksuj się trochę!

– Ach, jest sobota? – pytam oszołomiony.

– Jesteś tak uzależniony od pracy, że nawet nie wiesz, jaki jest dzień tygodnia.

W rzeczy samej, byłem przekonany, że to dopiero piątek. To dlatego moja asystentka, Penny, była dziś tak poirytowana, kiedy wyciągnąłem ją z łóżka o siódmej rano, bombardując serią pilnych wiadomości.

– Mam nowego klienta, który miał czas tylko dzisiaj rano.

To w sumie półprawda. O Ernesta Havishama zabiegałem od miesięcy, a wczoraj oficjalnie powierzył on firmie Saxton & D’Arcy zarządzanie swoim bogatym portfelem inwestycyjnym. Rano skorzystałem z okazji, żeby nadgonić z robotą, mimo że Saxton, mój wspólnik i zastępca ojca, surowo zabronił mi przebywać w biurze po dwudziestej pierwszej. I w weekendy. Oraz w święta…

– Dziś mniejsza o twój pracoholizm. Mam niusa.

– Ach tak?

Entuzjazm w jego głosie mnie zaskakuje. Charles ceni sobie rutynę, nie lubi, gdy coś burzy mu plany, i dlatego nie znosi nowości. Nie powiedział mi nic sensacyjnego od czasu, gdy w trzeciej klasie gimnazjum wycięto mu migdałki.

– Pamiętasz mojego pradziadka Lanfranca, tego od willi w Toskanii?

– Oczywiście, że pamiętam.

Rodzice Charlesa stali się opiekunami prawnymi dla mnie i mojego brata, kiedy dwadzieścia dziewięć lat temu zmarli nasi rodzice; ja i George mieszkaliśmy z Bingleyami aż do osiągnięcia pełnoletności. Matka Charlesa pochodziła z Florencji, w domu mówiliśmy płynnie po włosku, uczęszczaliśmy do dwujęzycznego liceum, a wszystkie wakacje spędzaliśmy we Włoszech w willi starego wuja.

– Jego syn zmarł bezpotomnie – wyjaśnia – więc cały majątek przypadł mnie i mojej siostrze.

– Naprawdę?!

– Wczoraj był u mnie notariusz z Belvedere, przywiózł mi dokumenty do przejrzenia.

– Przyjmiesz spadek?

Charles wzrusza ramionami. Oto kolejna rzecz, której nienawidzi i wolałby nie robić: podejmowanie decyzji.

– Nie wiem – pada przewidywalna odpowiedź.

Założę się z diabłem o głowę, że zaraz zapyta: „Gdybyś ty był na moim miejscu, to co byś zrobił?”. Trzy… dwa… jeden…

– Gdybyś ty był na moim miejscu, to co byś zrobił?

Nie jestem jasnowidzem, po prostu znam go jak własną kieszeń.

– Wiedziałem, że zaraz odbijesz piłeczkę do mnie, Bingley­-Boggley!

– Nie nazywaj mnie tak, nie jesteśmy już w szkole.

Bingley­-Boggley, niezdecydowany Bingley, to przydomek, który nadała mu babka od WF­-u, ponieważ stawał na końcu kolejki za każdym razem, gdy trzeba było skakać, biegać, wspinać się albo nurkować.

– A skąd ja mam wiedzieć, co masz zrobić?! Musisz sobie wszystko przekalkulować.

Przyparty do muru Charles głośno wzdycha.

– To piękna nieruchomość, mam z nią wiele miłych wspomnień, sęk w tym, że nie wiem, co miałbym z nią zrobić. Teraz, kiedy ojciec przeszedł na emeryturę, to ja reprezentuję firmę: dziś jestem tutaj, jutro w Nowym Jorku albo w Los Angeles… Płaciłbym wysokie podatki za dom, do którego nie miałbym nawet czasu pojechać.

Charles zatrzymuje bieżnię i opiera prawą rękę na biodrze.

– Boli mnie śledziona. Może teraz ciężary?

Jedną z prawdopodobnych przyczyn bólu śledziony może być fakt, że nie wyraziłem swojej opinii.

Kładziemy się na ławeczkach i zaczynamy rytmicznie podnosić sztangi.

– Powiedziałem notariuszowi, że się zastanowię; jeśli odmówię, muszę wysłać mu formalną rezygnację – dyszy w przerwach między seriami.

– A wtedy do kogo trafi nieruchomość?

– Do dalekich kuzynów z Pontassieve, którzy chyba są bardziej zainteresowani niż ja.

– Na pewno bardziej niż ja – wtrąca kobiecy głos.

Podnoszę wzrok i widzę, że nad nami stoi Caroline, jego siostra bliźniaczka.

– Cześć, Carol – wita ją jej brat między jednym stęknięciem a drugim. – Właśnie zasięgam opinii Michaela na temat posiadłości w Toskanii.

– Doskonale się składa. – Caroline rozpuszcza kok, długie kasztanowe włosy opadają jej na ramiona. – Michaelu, przekonaj go, żeby dał sobie spokój.

– Daj sobie spokój, Charlie – powtarzam jak papuga.

– Nie wyobrażam sobie nic nudniejszego niż wieś – ciągnie Carol. – Penthouse w Nicei, to byłoby coś, najlepiej z widokiem na Promenade des Anglais! Kasyno, bogate życie towarzyskie, śródziemnomorski klimat… Moglibyśmy z niego korzystać przez cały rok. Nie sądzisz, Michael? – zwraca się do mnie ponownie.

– Wolę Hiszpanię – odpowiadam, nie przerywając ćwiczeń.

– Co racja, to racja! – potakuje entuzjastycznie. – We Francji jest zbyt wielu Francuzów, poza tym oni wszystko smarują masłem. Hiszpania to nowe Lazurowe Wybrzeże: Benalmádena, Marbella, Estepona. Idealne do plażowania.

– Wolałbym zobaczyć środkową część kraju – odpowiadam, siadając i wycierając pot.

– Och, hm, tak… środkową część. – Kiwa głową. – Rany, Michael, ta sztanga jest bardzo ciężka, musisz mieć niesamowitą siłę, żeby nią tak machać!

– To tylko czterdzieści kilogramów, tyle samo podnosi Charles – zauważam.

– Tak, ale on nie trenuje tyle co ty.

– Mamy dokładnie ten sam plan treningowy.

– Wielkie dzięki za uznanie, Carol – oburza się Charles. – Ty też wyglądasz na wykończoną treningiem… A, czekaj! Sądząc po szlafroku, właśnie wyszłaś ze spa.

– Wcześniej byłam na aqua aerobiku.

– Uuu, to naprawdę męczące.

Relacja Charlesa i Caroline to wieczna wojna i pokój. Właściwie to częściej wojna niż pokój.

– Hej, Charles! Cześć, Michael! – Zatrzymuje się przy nas jedna z instruktorek.

– Cześć, Zoe. – Kwaśny ton Caroline świadczy o tym, że nie podoba jej się, że została pominięta.

– Och, Carrie, nie zauważyłam cię – odpowiada Zoe. Kto kwasem wojuje, od kwasu ginie. – W przyszły piątek organizujemy jogę pod gwiazdami, a potem relaksujący masaż ciepłym olejkiem. Po wszystkim serwujemy wegańskie przekąski, będzie też degustacja herbat ziołowych – mówi, wręczając bileciki mnie i Charlesowi. – Przyjdziecie?

– A ja to co? – oburza się Caroline.

– Zaproszenia się skończyły – oznajmia Zoe z kwaśnym uśmiechem. – Taras ma ograniczoną pojemność.

– No patrz… Co za pech!

– Brzmi ciekawie – odpowiada Charles.

– Brzmi ciekawie – powtarzam za nim. Nie lubię być niegrzeczny, ale to nie jest impreza dla mnie. – Ale mam już plany.

– Szkoda. – Zoe wygląda na rozczarowaną. – Nie możesz ich przełożyć?

Nie można przełożyć czegoś, co nie istnieje.

– Kolacja służbowa.

Zoe się rozpromienia, a ja zdaję sobie sprawę, że strzeliłem sobie w stopę.

– W piątek wieczorem?! Co za stres! Wiesz, co pomoże ci się zrelaksować? Hot joga. – Nachyla się nade mną i dopisuje coś na moim zaproszeniu, eksponując biust ściśnięty w ciasnym topie. – Prowadzę też prywatne zajęcia, tu masz mój numer. Dzwoń, kiedy chcesz.

Żegna się z nami wszystkimi i na odchodnym puszcza mi oczko.

– Bezczelna – komentuje Caroline. – Nie znoszę takich dziewuch.

– Czyli jakich? – dopytuje Charles. Czasem nie wiem, czy naprawdę jest tak naiwny, czy robi to celowo.

– Takich prostaczek – odpowiada jego siostra. – Boże, Michael! Prawie się na ciebie rzuciła. A jak się ubrała! Założę się, że pod tymi mikroskopijnymi szortami nie nosi majtek.

– Mam to sprawdzić? – Nie mogę się powstrzymać.

– Michael! – Caroline patrzy na mnie z oburzeniem. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że jest w twoim typie?!

Charles chichocze przez zaciśnięte zęby.

– Michael ma wiele typów.

– Wiecie co? Nudzicie mnie. Miłego wieczoru – mruczy Caroline, zbierając się do wyjścia.

– Proszę. – Podaję jej zaproszenie Zoe. – Weź moje, skoro tak ci na tym zależy.

Chwyta je szorstkim ruchem i odchodzi, a chwilę później wyrzuca je do kosza.

– Czy twoja siostra nadal chodzi na terapię kontrolowania złości? – pytam Charlesa.

– Nawet nie zaczęła.

– Ach, to dlatego nie zauważyłem poprawy.

Zmieniamy miejsce i przechodzimy do ćwiczeń na ramiona i plecy.

– Całkiem ładna ta Zoe, czemu nie zaprosisz jej na kolację?

Chryste!

– Charles, jesteś ostatnim z romantyków na świecie. Jej wcale nie chodzi o kolację.

– Ale może przed miałaby ochotę na małą przystawkę i kieliszek wina – podkreśla. – Ach, no tak, przepraszam. Zapomniałem, że nie lubisz zalotów, wstępów i wszystkiego, co przypomina randki na początku związku.

– Dla mnie związek nie jest priorytetem.

– I dlatego spotykasz się z dwiema kobietami naraz? – droczy się. – Z Sheilą i z tą… jak jej tam… Denise?

– Danielle – poprawiam go.

Na każdej oko zawieszę, żadnej serca nie oddam – oto moje motto i jak dotąd świetnie się sprawdza. Sheila jest masażystką w spa w Maida Vale, jest słodka i uczynna i pracuje w nonsensownych godzinach, które uniemożliwiają jej prowadzenie normalnego życia towarzyskiego. Umawiam się z nią, kiedy mam ochotę być rozpieszczany. Danielle jest drugą pilotką w British Airways; widujemy się podczas dwóch dni wolnych, jakie ma w tygodniu, co w praktyce oznacza czterdzieści osiem godzin ciągłego seksu. Z żadną z nich nigdy nie wyszedłem poza próg ich mieszkań. Do siebie natomiast nie zapraszam żadnej. Do siebie i do mojego życia.

– A ja chyba zaczynam czuć się gotowy na słynne: „aż śmierć nas nie rozłączy”.

– Co takiego? – O mało co nie wypuszczam hantli z rąk. – Co?

– Tak, zrozumiałeś doskonale: chciałbym się ożenić, mieć dzieci…

– Labradora, dodatkowy plan emerytalny i Volvo – kpię sobie. – To jakiś absurd!

– Pewnego dnia też obudzisz się z tym uczuciem i wtedy to ja będę stroić sobie żarty.

– Nie toleruję związków z dziewczynami, które nie potrafią mi się przeciwstawić. Nie chcę spędzić całego życia z kobietą, która od rana do wieczora mi schlebia, próbuje mi się przypodobać i traktuje mnie jak swój punkt odniesienia. Jeśli ma to być na zawsze, to chcę być z taką, która nie boi się dyskutować; która zamiast bezrefleksyjnie się ze mną zgadzać, pokłóci się tylko po to, żeby bronić swojego zdania; która sprawi, że będę miał ochotę budzić się każdego ranka, żeby dowiedzieć się, co ma mi do powiedzenia.

– Nie wytrzymałbyś z taką nawet tygodnia. – Charles patrzy na mnie sceptycznie. – Jesteś zbyt dumny, żeby po kłótni pierwszy wyciągnąć rękę, wasza relacja skończyłaby się, zanim zdążyłaby się naprawdę zacząć.

– Zawsze to lepsze niż ten twój lęk pokoleniowy. „Wszyscy kumple ze studiów mają żony i dzieci, a ja wciąż chodzę na obiadki do mamy!”

– Sebastian, Duke i Ashford wydają się całkiem szczęśliwi w małżeń­stwach. Nawet Harring wkrótce się żeni! A poza tym to wszystko nie wyklucza faktu, że czuję się gotowy.

– Skoro tak czujesz… – zamykam temat.

– Jak myślisz, gdzie są teraz te wszystkie dzieciaki, z którymi spędzaliśmy lato w Toskanii? – pyta niespodziewanie.

– A czemu pytasz?

– Po prostu, są mniej więcej w naszym wieku, chciałbym wiedzieć, jak się potoczyły ich losy. Na przykład Giady.

Oto, do czego zmierzał. I tu cię mam, Charlie!

– Musisz być naprawdę zdesperowany, skoro fantazjujesz o swojej miłości z dzieciństwa.

– Nie fantazjuję, tylko przypomniały mi się te wszystkie wakacje spędzone w Chianti, których była częścią. I tyle.

Oprócz naszej czwórki po terenie posiadłości kręciły się też dzieci pracowników hrabiego, z którymi tworzyliśmy bandę małych chuliganów.

– Nie uwierzę, nawet jeśli przysięgniesz na własne życie.

– Jednak pomimo swojego cynizmu musisz przyznać, że zawsze dobrze się tam bawiliśmy. Pamiętasz Elisę, jej młodszą siostrę?

Klik.

Słowa Charlesa odblokowują dawne wspomnienia.

– Elisa! – wołam nieco zbyt entuzjastycznie.

Ja i ona byliśmy jak Chip i Dale albo jak Tom i Jerry, bez przerwy knuliśmy razem machiaweliczne plany. Nocą zakradaliśmy się na teren sąsiada po arbuzy, przebiegaliśmy pod zraszaczami w warzywniku, bawiliśmy się w weterynarzy, lecząc kury i króliki, sprzedawaliśmy obślizgłe ciasta z błota na straganie, bawiliśmy się w chowanego w stodole. Rozumieliśmy się bez słów: kiedy jedno coś pomyślało, drugie mówiło to na głos, i na odwrót…

– Michael? Michael! Hej! – Charles wyrywa mnie z zamyślenia.

– Co jest?

– Zawiesiłeś się? Nie ćwiczysz od pięciu minut.

– Ja?

– A widzisz tu innych Michaelów?

– Mm, nie… – Wygląda na to, że zagubiłem się w swoich myślach. – Odpoczywałem. A co?

– No i co powinienem zrobić z tym spadkiem? Przyjąć? Odrzucić?

Przyjąć czy odrzucić? Decyzję, która jeszcze pięć minut temu wydawała mi się prosta jak drut i jasna jak słońce, nagle zasnuła mgła wątpliwości.

– Ja… nie mam pojęcia.

2

Elisa

Wieczory w Le Giuggiole zawsze wyglądają tak samo.

Mama sprząta kuchnię, poleruje nawet wszystkie miedziane garnki wiszące pod sufitem, natomiast Donatella, gosposia doglądająca willi, popija jaśminową herbatę z rumem. Na gardło, a przynajmniej tak twierdzi.

– Mam delikatne struny głosowe. Byłam mezzosopranistką. Opowiadałam wam już, jak śpiewałam w Operze Paryskiej?

Tak, co najmniej dwadzieścia razy.

Obok niej siedzi moja starsza siostra, Giada, tutejsza kosmetyczko­-fryzjerko­-manikiurzystko­-pedikiurzystka, która w tej chwili pracuje nad paznokciami Donatelli.

Na szczycie długiego dębowego stołu siedzi najmłodsza z rodziny, Linda, i odrabia wakacyjne zadania domowe. W dodatku takie, które sama sobie wyznaczyła, ponieważ w przeciwieństwie do swoich rówieśników, którzy zwlekają z tym do ostatniej chwili, ona już w połowie sierpnia skończyła prace zadane przez nauczycieli.

Patrzymy z podziwem, jak ślęczy nad podręcznikiem do łaciny i zmaga się z rosa­-rosae­-rosae – uczy się sama, żeby uzyskać przewagę w przyszłym roku, kiedy pójdzie do liceum.

To chyba jedyna trzynastolatka na świecie, która wita czerwcowy koniec roku z kwaśną miną.

Ja zajmuję się księgowością winnicy. Donatella z mamą zarządzają wnętrzami, ja natomiast tym, co jest na zewnątrz, a ponieważ zbliża się czas winobrania, moje myśli krążą wyłącznie wokół jednego tematu: terminów zbiorów, stopnia dojrzałości winogron, zawartości alkoholu, butelkowania. Na okrągło sprawdzam pogodę na najbliższe tygodnie, stopień wilgotności, kontroluję analizy mineralizacji gleby oraz prognozowane temperatury dzienne i nocne.

Z dnia na dzień przybywa mi obowiązków i pod wieczór jestem wykończona; siedzę z laptopem na kolanach i oczy same mi się zamykają. Ten fotel jest taki wygodny…

– Oko ci leci, złotko? – woła Donatella swoim afektowanym tonem. Zawsze zwraca się do mnie per „złotko”, „słonko” lub „gwiazdeczko”, bo twierdzi, że tak jest szybciej.

– Co? Nie, wcale nie – odpowiadam, otrząsając się z zamyślenia.

– Gapiłaś się na wygaszacz ekranu – zauważa Linda, przed którą nic się nie ukryje, mimo że ani na moment nie oderwała wzroku od książek.

– Jestem tylko trochę otumaniona… Cały dzień pracowałam w słońcu… – mamroczę, obgryzając skórki.

Nie znoszę, kiedy widać po mnie zmęczenie: mama od razu mi wytyka, że mam wyczerpującą pracę i że powinnam zająć się czymś mniej męczącym, bo to nie jest zajęcie dla kobiet…

– Zrobić ci manicure? – pyta siostra.

– Nie trzeba, dzięki.

– Nie trzeba?! – Giada naturalnie nie podziela mojego zdania. – Spójrz na swoje paznokcie! Nadal je obgryzasz? – pyta mnie surowo.

– Już nie – kłamię. Naprawdę próbuję, ale trudno wyzbyć się starych nawyków.

– Nałożyć ci lakier żelowy? Który wolisz? – nalega, machając mi pod nosem dwoma buteleczkami. – Niebieski „London by night” albo petrolowy „Tamiza”.

Giada ma lekką obsesję na punkcie Londynu. Kiedy miała dziewiętnaście lat, zamiast wsiąść w pociąg do Rosignano, gdzie miała załatwioną pracę w pensjonacie, potajemnie wyjechała właśnie do Londynu, gdzie ukończyła kurs kosmetyczny, opłacając go z tego, co zarobiła, ciężko pracując w winnicy przy zbiorach winogron.

– Żaden, Giado. Poza tym, po co mi lakier? Pracuję przy winoroś­lach, a nie jako modelka na wybiegu. – Użyłam solidnej argumentacji.

– Lakier nie musi być po coś. – Staje za mną i zaczyna rozmasowywać mi szyję i ramiona. – To sposób na poświęcenie sobie czasu, relaks.

– Tymczasem może dokończysz moją lewą rękę, skarbie? – skrzeczy Donatella.

– Przecież jest skończona – sprzeciwia się Giada.

– Ale różni się od prawej.

– Asymetryczne paznokcie to najnowszy trend w Soho.

Donatella jest przerażona.

– Na oddziałach psychiatrycznych w Soho, chciałaś powiedzieć.

Giada przewraca oczami i prycha.

– Ciągle mnie rozczarowujecie. Ty – wskazuje na mnie – wciąż się zaniedbujesz. A ty – zwraca się do Donatelli – jesteś zawsze złośliwa. Ale teraz wam pokażę. Założę wam profile na MatchMe – woła, wymachując telefonem komórkowym. – Niech tylko złapię zasięg w tej fortecy – mruczy, krążąc po kuchni z telefonem w górze.

Giada ma fisia na punkcie aplikacji randkowej MatchMe: w weekendy jeździ od Lunigiany do Maremmy, żeby spotkać się ze swoimi matches. Poluje zawzięcie, ale nie szuka pierwszych lepszych portek, tylko wielkiej, prawdziwej miłości.

Problem w tym, że szuka księcia, a znajduje same żaby, być może dlatego, że jedynym warunkiem, który stawia, jest to, aby mężczyzna nie pochodził z Belvedere.

– Mamy to! Za lodówką jest jedna kreska. Hej, mam trzy nowe dopa­sowania! – cieszy się, przeglądając powiadomienia. – Lorenzo z Ceciny… Jacopo z Pizy…

– Na miłość boską! – woła mama.

– O, ten jest niezły: Simone z Viareggio. Szkoda, że zdjęcie profilowe jest trochę rozmyte. Poproszę go na czacie o jakieś lepsze. Nie będę w ciemno jeździć do Viareggio.

– Żeby nie było jak z tym z San Macario in Piano – przypominam jej.

Koleś wcisnął jej zdjęcie jakiegoś modela pobrane z Google’a i od tamtej pory Giada ma się na baczności.

– Ta, cholerny Gherardo – mruczy. – O! Już mi odpowiedział!

– Pokaż! – nakazuje jej Donatella, która ma dość radykalną opinię o mężczyznach: nikt nie spełnia jej standardów.

Giada kaszle z udawanym zakłopotaniem.

– To nie do końca zdjęcie twarzy.

– Pokazuj! – wołamy chórkiem, mama, Donatella i ja.

Gromadzimy się wokół Giady i z niedowierzaniem wpatrujemy się w ekran jej komórki.

– A co to? Słup energetyczny? – dziwi się Donatella.

– To się aplikuje pod znieczuleniem, prawda? – pytam.

– Toż to nie należy do człowieka – zauważa mama. – Prędzej do konia.

– O czym mówicie? – Linda podnosi głowę znad książek.

– O niczym – odpowiadamy zgodnie.

– Mogę zobaczyć? – nalega.

– Ojej, jak już późno. – Załamuję ręce. – Lindo, czas do łóżka.

– Ale jest dopiero dziewiąta – sprzeciwia się.

– Tak, ale gdzieś na świecie jest już późno – odpowiadam.

Ona jednak nie odpuszcza.

– Przecież są wakacje.

– Za trzy tygodnie zaczyna się szkoła, musisz się przyzwyczajać. – Podchodzę do niej i całuję ją w głowę. – Zaraz przyjdę powiedzieć ci dobranoc, dobrze, Misiu?

– Daj spokój, mamo – mruczy. – I nie nazywaj mnie Misią! To przezwisko dla dzieci!

Tak, to ja jestem „mamą”. Z kolei „Misia” to pieszczotliwe przezwisko, którym nazywam ją od zawsze, bo od małego ma swojego ulubionego pluszowego misia, już podartego i zniszczonego, z którym zawsze śpi.

Burcząc pod nosem, Linda zbiera swoje książki i kieruje się w stronę oficyny. Wiem, że tu zanosi się na pikantny temat, i mimo że ma już trzynaście lat, chciałabym jeszcze przez chwilę chronić jej niewinność.

– Trochę przesadzasz, Eliso, przecież mogła zostać – karci mnie Giada. – W końcu prędzej czy później jakiegoś zobaczy.

– Mam nadzieję, że nie natrafi na takiego giganta, bo do końca życia się nie pozbiera. A przynajmniej nie przed osiemnastką.

– Ach, więc jesteś za wprowadzeniem przymusowego celibatu do momentu osiągnięcia pełnoletności? – wtrąca mama.

– Oczywiście, mamo! – oburzam się. – Spójrz na mnie! Gdyby tak było, nie urodziłabym Lindy w wieku siedemnastu lat.

Donatella wzrusza ramionami.

– Tak czy tak, to nieśmiała dziewczyna; gdyby coś takiego zobaczyła, od razu by uciekła.

– No mam nadzieję – dorzucam zbulwersowana. – No dobra… Co odpowiedziałaś temu ogierowi z Dzikiego Zachodu? – pytam Giadę, aby zmienić temat.

– Spytałam, gdzie i kiedy się spotkamy – odpowiada, nie prze­rywając klikania.

– Kiedy nawet nie wysłał ci zdjęcia twarzy! – obrusza się Donatella.

– Postanowiłam mu zaufać.

– Zaufać? Tak się to teraz nazywa? – droczę się.

– A nie lepiej poszukać kogoś bliżej niż w Viareggio? Zawsze wynajdujesz tych facetów Bóg wie gdzie – zauważa mama.

– A gdzie mam ich szukać? Tutaj? – pyta z przerażeniem Giada. – Tu najbardziej pożądane partie to syn Colliego z zakładu pogrzebowego i Ceccarelli od czyszczenia szamba.

– Nawet w najgorszych czasach ludzie nie przestaną srać ani umierać – wyrokuje mama.

– Belvedere to nie jest kraj dla singli – zgadzam się.

– Właśnie. Poza tym nie zostanę tu na zawsze. Jak tylko zbiorę wystarczająco dużo pieniędzy, wyjadę do Londynu. W mieście liczącym dziewięć milionów mieszkańców mam większe szanse spotkać miłość życia. Każdy, kto miał odrobinę rozumu, przy pierwszej okazji już stąd dawno wyjechał.

– Ekhm, ekhm – protestuję.

– Ma na myśli wszystkich tych, którzy nie zostali rodzicami w okresie dojrzewania, gwiazdeczko – mówi zgryźliwie Donatella.

– W każdym razie, zanim stąd ucieknę, nie widzę powodu, dla którego miałabym w międzyczasie zamykać się w klasztorze.

– Pokaż nam jeszcze raz to zdjęcie – nakazuje Donatella.

Wszystkie pochylamy się nad telefonem Giady, aby ponownie obejrzeć to kuriozalne dzieło Matki Natury.

– Na nabrzmiałą Zytę! – wykrzykuje mama. – Jak myślicie, kiedy tego używa, krew dopływa mu do mózgu czy mdleje?

– I gdzie kupuje takie duże gacie?

– Może szyje na miarę…

Puk, puk, puk.

Pukanie do drzwi to dla nas zaskoczenie. Wzdrygamy się.

– Kogo diabli niesą o tej porze? – burczy mama, zmierzając do drzwi.

– No i? – Na progu stoi Giliola, trzyma pod rękę swoją córkę, Reginę. Nawet nie zadaje sobie trudu, aby powiedzieć „dobry wieczór”.

– Mój Boże – mruczy Donatella z aurą wyższości. – Gdybym wiedziała, że przylezą te wiedźmy, dodałabym do herbaty podwójną porcję rumu.

– No i? – powtarza mama ostrym tonem. Ona i Giliola nie przepadają za sobą; ich rywalizacja w kuchni zdążyła już obrosnąć legendą.

– Przyjechał?

– Kto taki?

– Jak to kto? – bulwersuje się Giliola swoim nosowym głosem. – Wnuk starego Ricasolego!

– Nikogo tu nie było – przerywa mama, pokazując im gestem, że mają sobie iść.

– Jaka szkoda! – wykrzykuje Giliola, ignorując aluzję. Bezceremonialnie obchodzi kuchnię, sondując każdy kąt, podczas gdy Regina z rozczarowaniem spuszcza wzrok na tartę, którą trzyma w ręku.

– Zrobiłaś dżem morelowy? – pyta Giliola podejrzliwie, wskazując na rząd parujących słoików ustawionych na półce.

Mama wzdycha z irytacją.

– A jak myślisz?

– Za długo czekałaś! – krytykuje ją natychmiast Giliola. – Morele były najlepsze w zeszłym tygodniu.

– My zrobiłyśmy w sobotę i dodałyśmy do tarty – dodaje Regina swoim tonem prymuski.

– Tym razem pamiętałaś, żeby użyć cukru, a nie soli? – pyta bez ogródek Donatella. W zeszłym roku podczas loterii z okazji święta patrona pół miasteczka miało przez nią mdłości.

– O czym rozmawiałyście? – dopytuje Giliola, udając, że nie słyszała złośliwości.

– O koniach – odpowiadamy szybko.

Wzrusza ramionami bez większego zainteresowania. Gdyby tylko wiedziała…

– Miejmy nadzieję, że Charles zdąży na Festiwal schiacciaty *. Trzeba powiedzieć komitetowi Pro Loco, żeby go włączyli do jury jako sędziego honorowego.

Festiwal schiacciaty to bezwzględna rywalizacja, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone: akcje sabotażowe względem wyrastającego ciasta, kradzież składników, manipulowanie pokrętłami piekarnika…

Jeszcze pięć lat temu schiacciaty robiło się w domu i przynosiło przed oblicze jury gotowe do degustacji, ale odkąd Giliola oskarżyła moją mamę o to, że swój chleb zakupiła w piekarni, bo wyglądał jej zbyt idealnie jak na domowy, cała procedura odbywa się na głównym placu w miasteczku. Ku wielkiemu rozczarowaniu swojej przeciwniczki mama wygrała również rok później, udowadniając tym samym, że to ona jest mistrzynią schiacciaty.

– Ach, więc to stąd ta niezapowiedziana wizyta – zauważa zgryźliwie Giada. – Założę się, że już nie może się pani doczekać.

– Mężczyźni lubią kobiety, które potrafią gotować – odgryza się Giliola. – Ale co ty, dziewucho, możesz wiedzieć o gotowaniu! Z takimi pazurami! Nie umiałabyś nawet obrać ziemniaków.

– W takim razie mam szczęście, bo obieranie ziemniaków obchodzi mnie tyle samo, co zeszłoroczny śnieg. – Giada odbija piłeczkę, a ja w duchu biję jej brawo.

Puk, puk, puk.

Znów rozlega się pukanie. Giliola ze swoją latoroślą aż kipią z ekscytacji, ale kiedy w otwartych drzwiach ukazują się Angela z córką Sarą i tacą grzanek z wątróbką, na ich twarzach pojawia się grymas rozczarowania.

– Przyjechał? – pyta z niepokojem Angela.

– Nie – odpowiada sucho Donatella.

– Och, myślałyśmy, że o tej porze już tu będzie. Razem z Vannuccim mieli dotrzeć tu pod wieczór.

– Nikt się jeszcze nie pojawił – powtarza mama.

Angela i Sara również wchodzą, wymieniając gniewne spojrzenia z Giliolą i jej córką.

– Ach, i wy tutaj…

– Tak samo jak wy – ripostuje Giliola.

– Jaka miła atmosfera – komentuję ironicznie. – Zaparzyć rumianku? Chcecie coś na uspokojenie? Może bromku?

– A masz tubkę kleju? – pyta Giliola. – Raz na zawsze zakleimy Angeli usta.

– Komu chcesz zamknąć usta? – oburza się druga z kobiet.

– Słyszałaś doskonale. Wiem, że opowiadasz wkoło, że jestem skąpa, ty stara papuciaro.

– Kiedy to prawda! Poprosiłaś mnie o zwrot aluminiowej formy do cannelloni, a kiedy powiedziałam, że ją wyrzuciłam, wkurzyłaś się i zażądałaś, żebym ci ją odkupiła – ripostuje Angela.

– To ja sprezentowałam ci te cannelloni, a teraz jeszcze wychodzę na sknerę!

– A jakże, zrobiłaś je z jajek od moich osobistych kur, które ci dałam!

– Nic mi nie dałaś! – Giliola jest coraz bardziej wojownicza. – Pozbyłaś się ich, bo miałaś ich za dużo, inaczej byś je wyrzuciła.

Donatella wstaje od stołu z filiżanką naparu w dłoni.

– Myślę, że nie zaszkodzi nieco wzmocnić herbatkę.

Puk, puk, puk.

Tym razem w drzwiach stają Fiorella i Paola ze słynnymi ciasteczkami cantucciniwedług uproszczonego przepisu.

Nie mają czasu nawet otworzyć ust, mama z miejsca studzi ich entuzjazm:

– Nie, Charlesa nie ma, jeszcze nie przyjechał. I guzik wiemy.

Fiorella jest wyraźnie rozczarowana. Gdy tylko dostrzega Angelę i Giliolę, zerka na mnie z urazą, jakby chciała powiedzieć: „A ja dałam ci dziesięć euro, żebyś zadzwoniła najpierw do mnie”.

Widać, że w Belvedere na nowo wybuchła matrymonialna gorączka, i nie zdziwiłabym się, gdyby w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin w kiosku wyprzedały się wszystkie numery „Ślubu i Wesela”.

W powietrzu trzaskają estrogeny rywalizujących matek i ich polujących na mężów córek, a nasz kwartet życiowych rozbitków – zrzędliwa wdowa, zgorzkniała stara panna, nastoletnia (kiedyś) matka i puszczalska – obserwuje tę jatkę z dystansu.

Po czwartym „puk, puk, puk” mama jest na skraju załamania nerwowego.

– Teraz ja się tym zajmę – odgraża się, chwytając wałek do ciasta.

Ku naszemu zdumieniu, zamiast kolejnej pary matka­-córka, w drzwiach pojawia się notariusz Vannucci.

– Jestem nieuzbrojony. – Na widok mamy i wałka unosi ręce do góry.

– Och, pan Vannucci, w końcu. Mamy tu jeden wielki cyrk na kółkach! Proszę wejść i uspokoić te tygrysice, bo my już nie dajemy rady.

Onieśmielony notariusz wchodzi do kuchni z miną kogoś, kto wolałby być gdzie indziej.

– Dobry wieczór paniom.

Matki i córki zasypują go gradem pytań:

– Gdzie Charles? Czy pan nam go dziś przedstawi? Jadł już kolację?

Vannucci drapie się po głowie, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

– Właściwie to przyszedłem poinformować panie Donatellę i Elisę, że Charles postanowił zrzec się spadku.

W kuchni zapada pełna niedowierzania cisza. Tylko Giliola, otrząsnąwszy się z pierwszego zdumienia, ma odwagę otworzyć usta.

– Więc nie przyjechał z panem?

– Został w Londynie i zamierza odstąpić posiadłość najbliższym krewnym.

– Wiedziałam! – burczy mama. – Tym jaskiniowcom, Ricasolim z Pontassieve! Cóż, mamy zepsutą bramę, problem z bojlerem i składzikiem, zatkany komin, i tak muszą wyłożyć trochę grosza, bo inaczej wszystko pójdzie na marnację.

Jak na gospodynię z prawdziwego zdarzenia przystało, ma podejście praktyczne i nie myśli o rozczarowanych dziewczętach, które spuściły nos na kwintę i opłakują niespełnione marzenia o zamążpójściu.

– Przykro mi. Na dniach powinienem otrzymać formalną rezygnację. Teraz wybaczcie, ale muszę iść. Dobranoc.

Jednak jego nadzieje na dyskretne wymknięcie się rychło pryskają, bo matki z miejsca podążają za nim, zasypując go pytaniami o to, dlaczego Charles nie przyjął spadku i jak to w ogóle możliwe.

Zostajemy same i w kuchni w końcu zapada cisza, ale zamiast ulgi czuję jakby ukłucie w piersi.

Bo kiedy dowiedziałam się o możliwej wizycie Charlesa, moje myśli natychmiast powędrowały do jego najlepszego kumpla, Michaela. On i jego starszy brat George zawsze przyjeżdżali tu latem z Bingleyami; byliśmy z Michaelem bardzo zżyci. Oboje mieliśmy taki sam talent do pakowania się w rozmaite kłopoty. Nie potrafiliśmy usiedzieć w miejscu, zawsze szukaliśmy nowych wrażeń i wyciągaliśmy biednego Carletta na nasze dzikie eskapady.

I może to głupota – w końcu minęło już piętnaście lat – ale wyobrażałam sobie, że wraz z Charlesem, tak jak w dzieciństwie, przyjedzie również Michael.

* Schiacciata – tradycyjny toskański chleb, zazwyczaj bez soli (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczek).

3

Michael

Dwa tygodnie później

To, co uznałem za wyjątek, stało się już regułą: budzi mnie dzwonek telefonu i beznamiętny głos mojej asystentki, Penny, która wyrywa mnie ze snu bezosobowym: „Spóźniłeś się. Znowu”.

Wyskakuję z łóżka, wściekły na siebie za to, że nie jestem w stanie usłyszeć budzika. A właściwie budzików – czterech.

Wypijam potrójną kawę, ale to nie przynosi efektu, więc przed wyjściem wrzucam jeszcze do ekspresu czwartą kapsułkę ultramocnej i hiperskoncentrowanej mieszanki, jednocześnie zapinając koszulę.

Nie zdążyłem nawet się ogolić ani zawiązać krawata, a na telefonie mam już sześć wiadomości od Saxtona, z których ostatnia, bardzo lakoniczna, brzmi: „Czekamy na ciebie”.

Podczas krótkiej podróży taksówką z Grosvenor Square do Maryle­bone zaczynam się denerwować.

– Saxton rozpoczął spotkanie z Bradfordami bez ciebie – informuje mnie Penny od progu. – Są w sali Windsor.

Cudownie, to po przeciwnej stronie budynku. Już mam zrobić w tył zwrot, ale ona chwyta mnie za marynarkę.

– Krawat. Perfumy. Wyglądasz okropnie – stwierdza stanowczo, wręczając mi jedwabny krawat marki Drake’s, który trzymam w biurze; zawiązuję go, a ona spryskuje mnie swoim Eau de Guerlain.

– To kobiecy zapach! – zżymam się.

– Przeżyjesz. Idź już.

Wchodzę do sali Windsor, wywołując poruszenie wśród osób zgromadzonych przy stole z polerowanego mahoniu. Bracia Bradford są zdezorientowani, a Saxton wygląda, jakby chciał mnie zabić.

– Przepraszam, były koszmarne korki – tłumaczę się.

– W porządku, D’Arcy – odzywa się najstarszy z braci. – Praktycznie już skończyliśmy. Lawrence wyjaśnił nam wszystkie wątpliwości związane z inwestycjami dywersyfikacyjnymi dla naszego portfela.

Ach, już skończyli. Chociaż spóźniłem się z własnej winy, jestem zły, że nie poczekali na moje propozycje.

– W wypadku jakichkolwiek wątpliwości dzwońcie bez wahania – odpowiadam, rozpływając się w uprzejmościach.

Żegnają się z nami uściskiem dłoni i wychodzą. Już mam opuścić salę, ale Saxton mnie zatrzymuje.

– Usiądź, Michael. Musimy pogadać.

Posłusznie siadam, udając, że nie ma żadnego problemu.

– Zamieniam się w słuch.

– Tak dłużej nie może być.

– Wydawało mi się, że Bradfordowie byli zadowoleni z mojego planu inwestycyjnego – blefuję.

– Jesteś zbyt inteligentny, żeby nie rozumieć, o czym mówię. – Siada naprzeciwko mnie. – Ale skoro tak ci na tym zależy, to wszystko ci wypunktuję: podczas piątkowego briefingu zasypiałeś.

– Myślałem nad czymś.

– Spałeś, Michaelu.

– Masz rację – przyznaję.

W pracy narzuciłem sobie takie tempo, że trudno mi je utrzymać, i przez to całe zmęczenie tracę formę. Ale nie sądziłem, że aż tak to widać.

– Na spotkaniu z HSBC przedstawiłeś niepoprawiony draft prezentacji.

– I tak świetnie mi poszło – bronię się.

Piorunuje mnie wzrokiem.

– Przestań dyskutować, to mnie irytuje.

Podnoszę ręce w geście poddania się, a on jedzie dalej z listą skarg i zażaleń:

– W tym tygodniu opuściłeś dwa spotkania i… od jak dawna się nie golisz?

– Daję skórze odpocząć.

– Może odpocząć w weekend.

– No dobrze, przyznaję, że ostatnio moje wyniki leciutko spadły, ale mój instynkt biznesowy ma się doskonale.

– Jesteś najlepszy, Michaelu, nawet lepszy od swojego świętej pamięci brata, ale jeśli nie jesteś w szczytowej formie, nie mam z ciebie żadnego pożytku.

Na wzmiankę o bracie zaciskam szczękę. Cały świat sądzi, że porównanie z nim to dla mnie komplement, ale w rzeczywistości uważam to za najgorszą zniewagę.

– Chcesz się mnie pozbyć? – pytam wprost.

– W żadnym wypadku, jesteśmy równorzędnymi partnerami, ale trzeba coś zmienić. – Saxton wstaje, wkłada ręce do kieszeni i zaczyna krążyć wokół stołu. – Mam już swoje lata, chcę się nacieszyć starością, wnukami, pieniędzmi. Może nie powinienem ci tego mówić, ale myślę, że nadszedł czas, żebyś się dowiedział: odchodząc, zamierzam przekazać ci cały swój udział w spółce; staniesz się jedynym właścicielem.

Z zaskoczenia prawie opada mi szczęka.

– Mówisz poważnie? Sax, nie wiem, jak mam ci dziękować, ja…

– Ale nie w tych okolicznościach – przerywa mi poważnym głosem.

– W jakich znów okolicznościach?

– Jesteś uzależniony od pracy, ale nie dasz rady udźwignąć nadludzkiego ciężaru, który na siebie wziąłeś. Jesteś tak obsesyjnie skupiony na firmie, na interesach, że sam już nie wiesz, co robisz: pracujesz wieczorami, pracujesz w weekendy, podczas posiłków, pracujesz nawet podczas snu…

– I dlatego jestem tak cholernie dobry! – oburzam się.

– Nie, dlatego jesteś tak cholernie wyczerpany. Sam wszystkiego nie ogarniesz i jeśli się nie opamiętasz, zacznę się rozglądać za kimś innym, komu przekażę swoje udziały.

– Czy ty mi grozisz?

– Bynajmniej, po prostu chcę cię zachęcić, żebyś o siebie zadbał. Mógłbyś być moim synem, Bóg jeden wie, czy się za niego uważasz, ale jeśli nie rozumiesz, o czym mówię, zmuszasz mnie, żebym podjął decyzję za ciebie.

– Skoro nie chcesz mnie wywalić, to co zamierzasz?

Sax zatrzymuje się tuż przede mną.

– Wysłać cię na wakacje.

Co takiego?

– Nie bardzo rozumiem.

– Od jak dawna nie odpoczywałeś? Kiedy ostatnio byłeś na urlopie?

– Chyba… kilka miesięcy temu? – zgaduję.

Zawsze sobie obiecuję, że zrobię sobie przerwę, ale potem na horyzoncie pojawia się interesująca okazja albo nowy klient, i w końcu odkładam to na później.

– Cztery lata temu – oznajmia Sax. – Sprawdziłem dziś rano w dziale kadr.

– Czas szybko leci, kiedy człowiek się dobrze bawi – komentuję sarkastycznie.

– Tak, uważasz się za niepokonanego; w twoim wieku też tak o sobie myślałem, ale mam złą wiadomość: też jesteś człowiekiem i jak wszyscy potrzebujesz odpoczynku.

– Zmuszasz mnie do wzięcia urlopu?

– Chcę, żebyś potem wrócił i był tu na sto procent, a nie tak jak teraz, na pół gwizdka, zaspany i roztargniony. Twoja dekoncentracja może kosztować naszych klientów miliony funtów, a firmę – reputację. Mam obowiązek zadbać o to, żeby nasza działalność nie była narażona na takie ryzyko.

Ta ojcowska połajanka zaczyna mnie wnerwiać.

– Czy ty aby nie przesadzasz, Sax? Raz się spóźniłem i wielkie halo.

– Być może, ale w wieku sześćdziesięciu lat potrafię rozpoznać problem, kiedy go widzę, a ty jesteś tykającą bombą zegarową. Od dzisiaj masz miesiąc urlopu. To polecenie służbowe, Michaelu.

– Mogę wnieść sprzeciw?

– Nie.

Zrezygnowany, opuszczam wzrok na słoje na powierzchni stołu.

– Zgoda, ale dlatego, że nie mam wyboru, a nie dlatego, że chcę.

– Kiedy przejdę na emeryturę, przekażę ci swoje udziały nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że na to zasługujesz.

– A jak mam na to zasłużyć, skoro nie wpuszczasz mnie do biura? To takie… upokarzające.

– Przestań zachowywać się jak urażony książę i miej na tyle oleju w głowie, żeby przyznać, że nie jesteś w najlepszej formie. Teraz tego nie widzisz, ale uwierz, że w ten sposób ci pomagam. Każ Penny przekazać mi twój terminarz i zmykaj do domu.

– Jak to obowiązkowy urlop? – Siedzimy z Charlesem na lunchu w Nobu, przed sobą mamy talerze z sushi. – I jeszcze narzekasz? Chętnie wezmę wolne za ciebie! Najbardziej zbliżoną do wakacji rzeczą, jaką planuję w najbliższym czasie, jest wyjazd pojutrze do Mediolanu z próbkami dla klientów na przyszły sezon jesienno­-zimowy.

– Saxton twierdzi, że jestem zmęczony. – Jakie to irytujące, na samą myśl podnosi mi się ciśnienie. – Serio, powiedz, czy wyglądam na wyczerpanego?

– Nie, wcale. – Uśmiecha się drwiąco.

– I co w końcu postanowiłeś zrobić ze spadkiem? – pytam.

Choć poprosił mnie o radę, nie wypowiedziałem się, jemu pozostawiając decyzję.

– Odrzucę. Bardzo żałuję, ale minusy przeważają nad plusami.

To było do przewidzenia: skoro Charles nie zaplanował posiadania domu w Toskanii w przyszłości, to ów dom nigdy się w jego życiu nie pojawi.

– To rozsądna decyzja… Chwila… – przerywam, bo w mojej głowie kiełkuje opcja, której nie braliśmy pod uwagę. Albo inaczej: to normalne, że Charles jej nie rozważał, zupełnie nie ma smykałki do inwestycji, ale że też mnie nie przyszło to do głowy? Wstyd. Być może Saxton ma rację, potrzebuję urlopu.

– O co chodzi? – pyta mnie przyjaciel z pełnymi ustami.

– Wysłałeś już formalne zrzeczenie się spadku?

– Podpisałem, ale jeszcze nie wysłałem – odpowiada, przeżuwając.

– Nie rób tego – mówię stanowczym tonem.

– Czemu?

– Bo go przyjmujesz.

– Przyjmuję?! – pyta z zaskoczeniem, przełknąwszy kęs. – Ale kiedy właśnie ci powiedziałem, że wady przeważają nad zaletami.

– Przyjmujesz, a potem sprzedajesz posiadłość temu, kto da najwięcej – wołam, chwytając nigiri i celując nim w niego jak bronią. – Posłuchaj: po co oddawać majątek krewnym, których nawet nie znasz? Za to, co zyskasz, sprawisz sobie piękną willę w Primrose Hill, gdzie wychowasz swoje przyszłe dziatki, a Caroline za swoją część kupi sobie ten swój wymarzony penthouse w Nicei i wreszcie zniknie ci z oczu.

– Brzmi sensownie – przyznaje Charles. – Tyle że sprzedaż to też kłopot, którego wolałbym uniknąć: trzeba znaleźć agencję, zainteresowani klienci nagle znikają, miesiące oczekiwań, niekończące się negocjacje…

– Wśród klientów Saxton & D’Arcy jest mnóstwo potencjalnych nabywców posiadłości w Chianti.

– Naprawdę? – pyta z ulgą.

– Naprawdę. Pozwól mi się tym zająć, a znajdę najszybsze i najkorzystniejsze rozwiązanie.

– W takim razie masz wolną rękę, Michaelu. Wiesz, że bez wahania powierzyłbym ci nawet własne życie.

– Jedyne, o co cię proszę, to żebyś zrobił dla mnie wizję lokalną i sprawdził przepisy budowlane, żebyśmy poznali możliwości ewentualnej przebudowy.

– Ja? Zajmuję się tkaninami, a nie inwestycjami w nieruchomości.

– W przyszłym tygodniu będziesz we Włoszech, prawda? Przedłuż trochę podróż i skocz do Toskanii.

– W takim razie leć ze mną! Masz miesiąc urlopu, spędzisz go w posiadłości, a przy okazji sfinalizujesz transakcję. Pomyśl, jakie wrażenie zrobisz po powrocie, jeśli faktycznie znajdziesz mi nabywcę wśród waszych klientów.

– Właściwie… – Już mam zaprotestować, ale trudno mi znaleźć jakiekolwiek minusy jego propozycji. Powód jest ważny, a czasu mi nie brakuje.

– Nie odmawiaj, Michaelu, wiesz, że to dobry pomysł. Czym się przejmujesz? Zanim się zorientujesz, będzie po sprawie. Zawsze szydzisz z mojego przywiązania do rutyny, ale ty też nie potrafisz się oderwać od swoich nawyków. „Przybądź, zobacz i sprzedaj”. I tyle.

Rzeczywiście. W końcu w czym problem? Przybędę, zobaczę i spieniężę. I tyle.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Prolog. Elisa

1. Michael

2. Elisa

3. Michael

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji