The Ruins -  - ebook
NOWOŚĆ

The Ruins ebook

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Apokalipsa to tylko moment. Prawdziwy horror zaczyna się później.

W tych historiach świat już upadł czasem gwałtownie, czasem niemal niezauważalnie. Po wszystkim zostają ruiny i zgliszcza: miast, systemów, relacji. Wirus , wojna, eksperymenty, żywioły i zaraza to tylko różne drogi do tego samego końca.

" The Ruins " to antologia opowieści rozgrywających się w świecie po katastrofie pośród zniszczonych przestrzeni i porzuconych zasad. To historie, w których największym zagrożeniem nie jest sam kataklizm, lecz ludzie bez zasad. To książka o konsekwencjach. O decyzjach podejmowanych w ruinach dawnego porządku. Bo gdy nie ma już nic do stracenia, maski spadają.

Autorzy: Alexandra Claire, Anna Tuziak, Dawid Dyczko, Anna Kucharska, Dominika Saletnik, Krzysztof D. Dąbrowski, Katarzyna Muszyńska, Kamila Malec, Małgorzata Brodzik, Patrycja Żurek, Paula Uzarek, Szymon Jabłoński, Piotr Kudłak, Paulina Grabara, Ewa Zwonarz, Natalia Hermansa.

Książka wydana nakładem wydawnictwa Ailes, Hm... zajmuje się dystrybucją.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 385

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



The Ruins®

© Wydawnictwo Ailes

© for the Polish edition by Wydawnictwo Hm…

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt

jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środowiskach masowego

przekazu wymaga pisemnej zgody twórcy.

Wydanie pierwsze

Wojkowice 2026

ISBN E-BOOK: 978-83-68695-35-9

Redakcja: Anna Kucharska

Korekta: Katarzyna Muszyńska

Projekt grafi czny okładki: Justyna Knapik

(justynaes.portfoliobox.net)

Ilustracje na końcu książki: Kacper Zieliński

Skład: Marcin Halski

WYDAWNICTWO AILES

Wydawnictwo Ailes

Email: [email protected]

Adres: ul. Sobieskiego 225/9, 42-580 Wojkowice

Wersja papierowa dostępna na:

www.wydawnictwoailes.pl

Ostatnia noc przed świtem

Anna Tuziak

Ivory przekroczyła próg pensjonatu późną nocą. Deszcz tłukł o dachówki, jakby chciał zmyć świat z powierzchni ziemi, a powietrze było ciężkie, przepełnione wilgocią i odorem martwego ciała. Drzwi ustąpiły z jękiem, jak gdyby sprzeciwiały się jej obecności. Pachniało kurzem i gnijącym drewnem. Pensjonat był stary i zrujnowany, ale miał dach, ściany i zamykane drzwi – luksus w tym nowym świecie. Ivory weszła do korytarza. Jej przemoczone buty zostawiały brudne ślady na zbutwiałej podłodze. Latarka, którą trzymała w ręku, dawała słabe światło, jednak wystarczające, by dostrzec ladę recepcji, pokrytą kurzem i pajęczynami. Złuszczona farba na ścianach, stare, samotne ramy obrazów, drzwi z numerami ledwo widocznymi spod warstwy brudu. Szła powoli, stawiając ostrożnie kroki.

Pierwsze drzwi po lewej – otwarte. Zajrzała do środka. Pokój był opustoszały, łóżko połamane, materac przesiąknięty wilgocią. Drugie drzwi – zamknięte. Przyłożyła do nich ucho. Cisza, ale zbyt idealna. Chłód przeszedł ją po kręgosłupie. Otworzyła delikatnie, gotowa w każdej chwili zabrać dłoń. Wnętrze było porzucone; rozbite meble, puste okno bez szyby. Wycofała się po cichu. W trzecim pomieszczeniu panował względny ład. Być może ktoś jeszcze niedawno tu przebywał. Na łóżku leżała lalka z urwaną głową. Pokój nadawał się do użytku, lecz coś w tym miejscu nie pozwalało jej się rozluźnić. Mogła szukać dalej, ale była na to zbyt zmęczona. Zamknęła za sobą drzwi, zablokowała je krzesłem i głośno odetchnęła. Była szczęśliwa, że tę noc spędzi pod dachem i będzie mogła trochę odpocząć. Marzyła tylko o tym, żeby zasnąć.

Od dwóch dni była w drodze. Bez snu. Bez jedzenia – jeśli nie liczyć jednej puszki brzoskwiń, które smakowały jak zepsuta mięsna konserwa, i paczki pokruszonych herbatników. Uciekała przed stadem zainfekowanych. Ich ciała były rozdarte, gnijące, z ranami otwartymi jak stare pęknięcia w murze. Skóra wisiała płatami, mięśnie były sine i śliskie od rozkładu. Niektórzy mieli puste oczodoły, inni szczęki rozwalone jakby po upadku. Ruszali się szarpanym ruchem, niezdarnie, ale z zaskakującą szybkością.

Wydawali z siebie dźwięki przypominające śmiech – ochrypły, urywany, jakby coś w ich wnętrzu zadrwiło z życia. Niczym echo obłędu odbijające się w rozkładającym się ciele. Jak gdyby pamięć człowieka, którym kiedyś byli, wykrzywiała się teraz w bluźnierczej karykaturze radości. I śmiali się – w sposób, jakiego nikt nie powinien słyszeć, bo ten dźwięk wdzierał się pod skórę, zostawiając tam ślad niepokoju i strachu, który nie znikał.

Świat skończył się trzy lata temu. Nie przez bombę atomową, nie przez wojnę religijną ani zmianę klimatu. Wystarczyła jedna nieudana mutacja szczepionki.

Eksperymentalny projekt rządowy, testowany po cichu na ochotnikach w odizolowanej bazie wojskowej na Alasce. Preparat miał zrewolucjonizować medycynę – bioinżynieryjna terapia nowotworowa, która powinna rozkładać komórki rakowe od środka, wykorzystując system odpornościowy jako broń. Obiecywali uzdrowienie. Zamiast tego przynieśli śmierć. Nie od razu. Na początku objawy były łagodne: gorączka, halucynacje, nadwrażliwość skóry. Potem przyszły napady agresji, niepokój, bezsenność. Ochotnicy przestali mówić, zaczęli gryźć. Ich ciała nie chciały się poddać śmierci, a gdy w końcu umarli, nie przestali się poruszać.

Nie wiadomo, jak wirus wydostał się z bazy. Może przez jednego z naukowców, może przez żołnierza, który nie poczuł jeszcze objawów, gdy wrócił do domu, a może przez powietrze albo wodę. To było teraz nieistotne. Liczyło się tylko, że w ciągu dwóch miesięcy zarażonych były już miliony, a w ciągu pół roku cywilizacja przestała istnieć. Rządy upadły. Miasta stały się grobowcami. Ludzie chowali się w kanałach, pustostanach, lasach, bunkrach. Każdy dzień był walką o przetrwanie, a każda noc testem dla psychiki.

Wirus nie zabijał. On wypaczał. Zamieniał człowieka w coś, co nie powinno mieć prawa istnieć. W coś, co czuje twój zapach z kilkuset metrów.

Co nie śpi.

Co porusza się, choć nie ma części nogi.

Co śmieje się… jakby pamiętało, że kiedyś miało twarz.

A najgorsza była samotność. Jak rdza wżerała się powoli, dzień po dniu, aż zostawała tylko cisza i pustka. Ivory nie bała się już śmierci. Bała się tego, że nikt nie będzie pamiętał, że żyła. Od miesięcy rozmawiała tylko ze sobą, z echem w ruinach i martwymi oczami tych, którzy nie mieli już dusz. Czasem śmiała się bez powodu, czasem płakała bez dźwięku. I tylko noc była zawsze taka sama – zimna, ciemna, obojętna. I samotna.

Ivory przetrwała, bo musiała. Bo ciało to tylko mechanizm, da się je poskładać, jeśli zna się zasady, a ona studiowała medycynę i zanim to wszystko się stało, odbywała staż na ostrym dyżurze.

Rok wcześniej nie była sama. Wraz z mężem dołączyli do grupy, w której było kilku groźnych ludzi. Nie mieli wyboru – samotność była równoznaczna ze śmiercią. Już pierwszej nocy zrozumiała jednak, że w tej wspólnocie przetrwanie miało swoją cenę. Mężczyźni z bronią patrzyli na nich jak na ciężar, jak na słabsze ogniwo. Czuła to przy każdym spojrzeniu, przy każdym niedopowiedzianym słowie. Wszyscy mieli w oczach coś, co przypominało głód – nie tylko ten fizyczny. Wiedziała, że to nie jest miejsce dla nich, ale na zewnątrz było tylko zimno, głód i cisza pełna kroków, które nie należały do ludzi. A później wystarczył jeden atak zainfekowanych i trzymała męża za rękę, naiwnie jeszcze licząc na cud. Jego oddech był płytki, dłoń coraz chłodniejsza. Znała ten proces. Znała każdą jego fazę. Nie płakała. To przyszło później, gdy całkiem sama stała przy płytkim grobie, w który wbiła prowizoryczny krzyż zrobiony na szybko z dwóch patyków. Bez nagrobka, bez żadnej tabliczki z informacją, kto spoczywa w mogile. I tak nigdy już nie zamierzała tu wrócić.

Z mężem dzieliła kiedyś zwykłe życie – listy zostawiane na lodówce, niedopite kawy, plany na przyszłość, która nigdy nie nadeszła. Ale wirus nie zostawił miejsca na wspomnienia. Tylko ślady, które się zabiera ze sobą dalej. Teraz nie ufała już nikomu. To nie była słabość – to był instynkt. I w samotności szła dalej. Zawsze dalej. Bo zatrzymać się znaczyło umrzeć.

Pokój był mały, zapach stęchlizny zdążył wgryźć się w tapety i tkaniny. Łóżko stało pod ścianą, sprężyny wybijały się przez cienki materac. Na stoliku stała zakurzona szklanka. Na ścianie wisiało lustro.

Ivory zrzuciła mokrą kurtkę i opadła na łóżko z ciężkim westchnieniem. Plecak odłożyła w zasięgu ręki. Nie zdejmowała butów. Zasnęła niemal natychmiast, ale sen nie trwał długo. Organizm zwolnił dosłownie na moment. Coś ją wybudziło; leżała na boku, patrząc w jedno miejsce – na lustro. Coś w nim nie grało. Nie wiedziała, co dokładnie, ale poczuła, jak napina się każdy mięsień, jak serce zaczyna bić nierówno. I wtedy to usłyszała.

Cichy dźwięk. Skrzypnięcie podłogi. Może dwa kroki. Gdzieś na korytarzu. Podniosła się powoli, nie robiąc hałasu. Dłoń powędrowała do plecaka i sięgnęła po nóż, który zawsze trzymała na wierzchu. Nasłuchiwała. Cisza. Ten pokój miał dach i zamykane drzwi, lecz to nie znaczyło, że był bezpieczny.

Odruchowo zerknęła znowu na lustro. I wtedy poczuła, jak wszystko w niej zamarza. Odbicie patrzyło na nią, ale nie ruszało się synchronicznie. Ręce zwisały luźno, głowa przechylona, usta wykrzywione w karykaturalnym uśmiechu. Wstrzymała oddech z przerażenia. Tętno uderzało o uszy.

– Co jest kurwa… – wyszeptała.

Zrobiła krok w tył. Odbicie nie zrobiło nic. Po prostu patrzyło. Zamrugała. Przetarła oczy dłońmi i spojrzała znowu. Lustro było puste.

Zadziałała instynktownie. Odepchnęła się od łóżka i w jednej chwili była przy drzwiach. Krzesło przewróciło się z głuchym łoskotem, a drzwi otworzyły z trzaskiem. Wybiegła na korytarz, który teraz wydawał jej się dłuższy niż wcześniej. Ciemniejszy. Biegła, nie patrząc za siebie, i wtedy się z czymś zderzyła. Zareagowała bez zastanowienia – uderzyła pięścią. Raz, potem drugi. I wówczas ktoś złapał jej nadgarstek silnym chwytem. Mężczyzna, żywy, wbijał w nią uważne spojrzenie. Latarka, którą nieznajomy miał przypiętą do paska, rzucała przytłumione, ciepłe światło. Zarys jego twarzy ukazał się w smugach – kilkudniowy zarost, czoło lekko zmarszczone, niemal czarne oczy, uważnie lustrujące jej sylwetkę. Miał mokre włosy, sięgające karku, które przylepiały się do twarzy i szyi, jakby dopiero wrócił z deszczu. Mimo gwałtownego zajścia oddychał spokojniej niż ona. Nadal trzymał jej nadgarstek, ona natomiast stała z nożem przystawionym do jego szyi. Na jej czole perlił się pot, a zielone oczy wpatrywały czujnie w przeciwnika.

Mężczyzna pierwszy przerwał ciszę.

– Masz zamiar poderżnąć mi gardło czy tylko wyglądasz, jakbyś tego chciała?

– Zależy, czy dasz mi powód. – Jej głos był chropawy, zmęczony, ale nie było w nim wahania.

– Mógłbym spytać o to samo. Wpadłaś na mnie jak granat z wyciągniętą zawleczką.

– Może jestem granatem? Może zostały ci tylko sekundy życia?

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Potem brunet powoli uniósł ręce.

– Nie mam żadnych złych intencji. Szukałem schronienia, a to miejsce wyglądało względnie stabilnie.

– Do czasu, aż nie spojrzysz w lustro – rzuciła sucho.

Uniósł brew zdezorientowany.

– To jakieś poetyckie ostrzeżenie?

– Raczej praktyczne. Pokój numer trzy. Nie polecam.

Mężczyzna opuścił ręce, ale nie ruszył się z miejsca.

– Masz imię, granacie?

– Ivory. A ty?

– Marco.

Zapadła cisza. Ivory odsunęła nóż od jego gardła, lecz nie schowała go. Ich cienie kołysały się na ścianach w rytm ich oddechu.

– Świetnie. Znamy swoje imiona. Teraz możemy sobie nawzajem nie ufać z większym wyrafinowaniem – mruknęła cynicznie.

Kącik jego ust uniósł się lekko.

– Masz cięty język.

– Lepiej mieć cięty język niż podcięte gardło.

Wymienili spojrzenia. Coś w niej zadrgało – nie strach, ale instynkt. Nie ufała mu. Jeszcze nie. Ale nie wyglądał na zainfekowanego. Nie zachowywał się jak zagrożenie. I był jedynym żywym człowiekiem, jakiego widziała od tygodni.

Marco odwrócił głowę w kierunku korytarza.

– Możemy pójść do jednego z pokoi, tu nie jest bezpiecznie – zaproponował.

Ivory zmrużyła oczy.

– I zamknąć się w czterech ścianach z nieznajomym? Dzięki, ale nie jestem aż tak zdesperowana.

– Recepcja?

– Lepsza opcja. Przynajmniej zobaczę, jeśli postanowisz sięgnąć po coś ciężkiego.

– Albo odwrotnie – odparł przekornie.

Ruszyli wolno. Korytarz skrzypiał pod ich stopami. Ivory szła krok za nim, nie spuszczając go z oczu.

Recepcja była zaniedbana, ale nie całkiem zniszczona. Za kontuarem wciąż leżało kilka podartych gazet, przysypanych kurzem i drobnym gruzem z sufitu. Na uboczu, częściowo osłonięta przez roztrzaskane półki, stała stara, sprana kanapa z poszarpanym obiciem. Usiedli na niej w milczeniu.

Deszcz wciąż uderzał w dach. Teraz brzmiał inaczej – głuchy, stłumiony przez grube mury. Marco położył latarkę na ladzie, światło odbiło się od zakurzonego drewna i rozlało na ich twarze. Ivory siedziała z nożem w dłoni, ale już nie zaciskała na nim palców. Oddychała głęboko, lecz nierówno.

– Długo jesteś sama? – zapytał Marco, przerywając ciszę.

Milczała przez moment.

– Długo.

– Zanim to się zaczęło… kim byłaś?

Uśmiechnęła się krzywo.

– Pracowałam na ostrym dyżurze.

– Lekarka?

– Bystry jesteś – zadrwiła. Uśmiechnął się. – A ty? – dodała z wahaniem.

Marco spojrzał w bok, jakby nie był pewien, czy odpowiedzieć.

– Zanim wszystko się rozpadło… byłem kimś, kto nie miał pojęcia, co znaczy przetrwać.

– Brzmi filozoficznie.

– Brzmi szczerze.

Zapadła cisza. Taka, której nie przerywa się pochopnie.

Ivory spoglądnęła na niego spod zmrużonych powiek. Rysy twarzy, cień zarostu, linia szczęki. Coś w nim wydawało się znajome. Zbyt znajome. Jak echo z miejsca, w którym była dawno temu. Czyżby się kiedyś znali? Nie zapytała. Po prostu obserwowała. Na razie.

– Masz ten zadziorny błysk w oczach. Nie boisz się niczego, co? – wypalił nieoczekiwanie.

– Boję się wielu rzeczy. Ale nie ciebie.

Roześmiał się cicho.

– Jesteś głodna? – zapytał, zerkając kątem oka.

Ivory parsknęła cicho.

– Głodna? Nie pamiętam, jak to jest być najedzoną.

Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął coś zmiętego, owiniętego w podarte opakowanie. Rzucił jej to ostrożnie. Obróciła w palcach batonik. Napisy były starte. Ślina napłynęła jej do ust, ale czuła niepewność. Cholera wie, co to było. Może zatrute? Marco ujrzał jej wahanie.

– Zjadłem jeden i żyję – poinformował z rozbawieniem.

Odwinęła papier i ugryzła. Smak eksplodował na języku – słodki, o tłustej konsystencji, z czymś przypominającym orzechy. Przymknęła oczy i westchnęła cicho, niemal bezwiednie, jakby przez moment wszystko inne przestało istnieć. Marco roześmiał się.

– Moja żona nie była tak zachwycona nawet wtedy, gdy dostała pierścionek z diamentem.

Ivory otworzyła oczy i uśmiechnęła się pierwszy raz od dłuższego czasu.

– Może diament był za mały – rzuciła zadziornie.

– Możliwe – powiedział, wzruszając ramionami. – Chciała więcej, niż mogłem jej dać – wyznał, trochę tym zaskoczony. Od dawna nie zdobył się na taką szczerość.

– Przykro mi – wyszeptała.

– Nie ma powodu. Ktoś inny dał jej więcej. Rozwiedliśmy się jeszcze zanim to wszystko się zaczęło.

– Zdradziła cię? – spytała nieco ciszej. Ich rozmowa stawała się bardziej intymna.

– Z sąsiadem. Stereotypowo, prawda? – usłyszał, jak Ivory wzdycha. Czuł się przy niej wyjątkowo rozluźniony. – Zniknęła, zanim świat zdążył się rozpaść. Może żyje, a może nie. Nie wiem i nie chcę wiedzieć – podsumował.

Nie odpowiedziała od razu. Przełknęła kolejny kęs. Odłożyła nóż obok, ale nadal w zasięgu dłoni.

– Mój mąż został ugryziony. Rok temu. – Marco odwrócił głowę i spojrzał na nią uważniej. Czekał. Wiedział dokładnie, co teraz mu powie, lecz nie naciskał. – Tak, zrobiłam to, nie miałam wyjścia. Zanim się przemienił… – Zamilkła na chwilę, wpatrzona w ciemność recepcji. – Nie chciałam, żeby cierpiał.

– Przykro mi – powiedział cicho. Bez zbędnych słów, bez taniego współczucia. Szczerze.

– Mnie też. Ale nie tak, jak kiedyś. Z czasem po prostu boli inaczej. I chcę, by bolało, bo wtedy jeszcze coś czuję. – Jej głos lekko się łamał.

Zamilkli.

Marco przesunął spojrzenie wzdłuż jej sylwetki. Była drobna, szczupła, ale jej postawa zdradzała siłę. Długie, ciemne włosy miały w sobie dzikość, niesforność, która nie pasowała do wojskowej kurtki. Zielone oczy obserwowały uważnie i spokojnie, choć gdzieś pod tym chłodem tliło się coś jeszcze – upór, gniew, resztki ciepła.

Podobała mu się. Ale nie jak kobieta spotkana w lepszych czasach. Raczej jak ogień, przy którym można się ogrzać; jeśli się go nie dotknie za szybko.

Ivory odetchnęła głęboko. Już bez spięcia. Już nie aż tak ostrożna. Mimo wszystko speszona wyznaniem, którego nie planowała, a które uznała za przejaw słabości. Ten mężczyzna dziwnie na nią działał. Pomimo że budził w niej obawy, zwierzała się mu jak komuś, kogo znała od dawna. Tak nie powinno być. Nie chciała czuć tej słabości.

– Rano ruszę dalej. Sama – powiedziała ze źle ukrywanym wahaniem. Nie chciała, żeby wziął ją za kogoś, kto potrzebuje opieki. Za słabą jednostkę. Stereotypową damę w opałach. Nie była nią.

Marco nie odpowiedział, tylko kiwnął głową, i była mu za to wdzięczna. Jakimś przedziwnym sposobem wyczuwał jej potrzeby. Mówił to, co powinien, był taki, jak powinien. To ją dezorientowało. Nie chciała tego, lecz widziała, że coś między nimi już się zaczęło. I bała się tego.

Siedzieli przez dłuższą chwilę w ciszy. Deszcz tłukł jednostajnie o dachówki, jakby próbował zagłuszyć wszystko, co między nimi niewypowiedziane. Ivory oparła się lekko o zniszczone oparcie kanapy, dłonie złożyła na kolanach, wzrok wbiła w ciemność recepcji. Marco siedział blisko, ale nie za blisko – tak, by mogła się odsunąć, gdyby chciała. Ale się nie odsunęła. Ich spojrzenia spotkały się przypadkiem. A może nie przypadkiem?

Jej oczy przyciągały go jak magnez, zielone, głębokie, zmęczone – ale żywe. W jego czarnych coś drgnęło. Może był to cień wspomnienia dawnego świata, może głód bliskości, do którego nikt już nie przyznawał się, że czuje. Zbliżyli się do siebie o milimetry. W milczeniu, bez planu, bez słów. W zawieszeniu. W jego spojrzeniu było pytanie. W jej – niepewna zgoda. Ivory odchyliła się nieco w jego stronę, Marco zrobił to samo. Ich oddechy splatały się w jednej, krótkiej chwili zapomnienia. Usta dzielił ułamek sekundy.

I wtedy to usłyszeli. Szelest. Skrzypnięcie? Cichy dźwięk, niepasujący do ciszy nocy.

Oderwali się od siebie gwałtownie, jakby coś parzyło ich skórę. Oboje spojrzeli w kierunku źródła odgłosu, napięci, czujni. Ich ciała w jednej chwili wróciły do trybu przetrwania. Kalejdoskop emocji przeciął powietrze między nimi jak nóż – zawstydzenie, lęk, adrenalina, niedopowiedzenie.

Marco sięgnął po latarkę, powoli obracając ją w stronę ciemności. Ivory już trzymała nóż w dłoni.

W kącie recepcji, tam, gdzie cień był najgęstszy, coś stało. Maleńka sylwetka. Czarna. Nieruchoma. Ze zdziwieniem odkryli, że to królik. Siedział w jednym miejscu, w tej samej pozycji i gapił się na nich pewnym wzrokiem. Nawet nie drgnął. Tylko jego oczy błyszczały dziwnie, złowieszczo. Marco podniósł kawałek deski i rzucił nią w zwierzaka, lecz ten nie ruszył się z miejsca.

– Co to kurwa jest? – mruknął pod nosem.

Ivory patrzyła na zwierzątko oszołomiona. Powietrze jakby zgęstniało.

– Marco… – zaczęła cicho, z wahaniem. – Muszę ci coś powiedzieć. Tylko… nie chcę, żebyś pomyślał, że zwariowałam.

Odwrócił się do niej powoli. Jego spojrzenie było uważne, spokojne.

– Mów – zachęcił.

Zacisnęła usta na sekundę, po czym wypuściła powietrze.

– W tym pokoju, z którego przyszłam… Tam jest lustro. Wydawało mi się… jestem prawie pewna, że moje odbicie się nie ruszało tak jak ja. Że patrzyło na mnie inaczej – wyznała niepewnie.

Przez chwilę milczał.

– I co zrobiłaś?

– Uciekłam. Po prostu uciekłam.

Marco podrapał się po karku, spojrzał jeszcze raz na królika.

– Wiesz – powiedział wolno – skoro świat, w którym żyjemy, pozwala trupom chodzić, to nie sądzę, żeby istniała już jakaś granica. Przecież ten królik też nie zachowuje się jak normalna istota.

Popatrzyła na Marco z wdzięcznością.

– Czyli nie uważasz, że powinnam się martwić o zdrowie psychiczne?

– Myślę, że powinnaś się martwić tylko wtedy, gdybyś zaczęła twierdzić, że to wszystko ma sens.

Zapadła cisza. Królik nadal tkwił w tym samym miejscu, nieruchomy, nierealny.

– Coś jest nie tak z tym pensjonatem. – Zniżyła głos do szeptu. Marco skinął głową. Nie musiał nic dodawać. Ivory zauważyła, że wciąż wpatruje się w tego cholernego królika. – Może ma wściekliznę? – zgadywała. – Albo ugryzł go jakiś zainfekowany i teraz on też jest zarażony?

– Nie można tego wykluczyć, ale do tej pory nie słyszałem, żeby działo się to również ze zwierzętami. Cokolwiek by to nie było, nie zamierzam tego sprawdzać. – Wstał z kanapy i wyciągnął do niej rękę. – Chodź, idziemy stąd.

Ivory bez słowa ujęła jego dłoń. Była szorstka, ciepła, pewna. Przez ułamek sekundy ich palce złączyły się mocniej, niż było to konieczne. Potem ruszyli szybkim, pośpiesznym krokiem w stronę korytarza, zostawiając za sobą nieruchomego królika i złowrogą ciszę recepcji.

Szli zdecydowanie. Ich kroki dudniły w pustym budynku, a skrzypiąca podłoga zdradzała ich obecność przy każdym ruchu. Marco przeklął pod nosem, Ivory instynktownie przyciszyła oddech, ale było za późno.

Coś zaskrzypiało. Rozległ się dźwięk uchylających się wolno drzwi. Z jednego z bocznych pokojów wyłoniła się pierwsza sylwetka – zainfekowany. Szczupły, z poszarpanym gardłem, błędnym spojrzeniem i zaskakującą szybkością ruszył w ich stronę. A za nim kolejni. Dwóch, trzech… pięciu.

– Kurwa. – Marco odepchnął Ivory za siebie i wyciągnął nóż, który trzymał za pasem.

Dziewczyna wysunęła się do przodu, z nożem w dłoni i gniewem, który zapłonął w niej jak ogień. Pierwszy zainfekowany został powalony jej błyskawicznym ruchem – cios w krtań, szybki obrót, drugi nóż wbity w skroń. Marco nie był gorszy; szarpał się z dwoma naraz, jednego odepchnął na ścianę, drugiemu wbił ostrze głęboko pod żuchwę, aż ten zawył i osunął się na podłogę. Ich walka była surowa, brutalna, fizyczna. Żadnej finezji, tylko instynkt i doświadczenie. Dźwięk ostrzy rozcinających mięso mieszał się z charczeniem potworów. Krew chlapała na podłogę i ściany, a mimo to żadne z nich nie przestawało się poruszać.

Ivory zsunęła się pod kolejnym ciosem zainfekowanego, przecinając mu ścięgna pod kolanem. Marco złapał drugiego za głowę i roztrzaskał ją o framugę drzwi.

– Jeszcze dwóch! – krzyknął, ostrzegając, choć jego głos ledwie przebił się przez huk i ryk potworów.

Kobieta zdołała podciąć jednego, ale wtedy jej but trafił na rozlaną krew. Zachwiała się i upadła ciężko na bok. Krzyknęła z bólu, gdy coś w nodze zgrzytnęło nienaturalnie. Marco odwrócił się gwałtownie.

– Ivory!

Nie zdążyła się podnieść, kiedy jeden z zainfekowanych rzucił się na nią z rozwartą szczęką i obłędem w oczach. Dzieliło ich tylko kilka centymetrów. Ivory podniosła nóż, ale ręce jej zadrżały.

Marco doskoczył, uderzając zainfekowanego z całej siły – tak mocno, że ten poleciał w bok, zahaczył o framugę i z impetem runął na ścianę. Marco nie czekał. Dopadł go i jednym, brutalnym ruchem wbił ostrze pod ucho, aż ten zadrżał i zwiotczał. Szybki oddech. Cisza. Martwi znowu byli martwi.

Marco spojrzał na Ivory.

– Jesteś ranna? – zapytał, klękając obok niej.

– Noga – syknęła, zaciskając zęby.

Ostrożnie dotknął łydki. Rana była głęboka, ale czysta.

– Rozcięcie. Na szczęście to nie zęby – powiedział z wyraźną ulgą.

Ivory opadła na plecy, dysząc ciężko.

– Gdybyś się spóźnił o sekundę…

– Ale się nie spóźniłem – przerwał, patrząc jej prosto w oczy. – I nie zamierzam się spóźnić. Nigdy.

Ich spojrzenia znów się spotkały. Tym razem nie było w nich zapomnienia, tylko zaufanie. Czyste, brutalnie wywalczone wśród krwi i strachu.

Do ich uszu dotarł hałas. Kolejny jęk, wyraźniejszy, a potem głośniejsze kroki. Nie byli już sami. Zainfekowani nadchodzili.

– Słyszysz? – zapytał ostro.

Ivory skinęła głową, z trudem podnosząc się z podłogi. Utykała. Rana na nodze zaczynała pulsować gorącym bólem, ale zacisnęła zęby.

– Jest ich więcej – powiedziała.

Marco już to wiedział. Mieli sekundy, nie minuty.

– Nie damy rady, jeśli zostaniemy tutaj – rzucił i bez dalszego tłumaczenia podniósł ją na ręce.

– Co ty robisz… – zaczęła, ale nie protestowała. Była zbyt słaba. I w jakiś sposób bezpieczna w jego ramionach.

– Ratuję ci życie. Znów – odpowiedział przez zaciśnięte zęby.

Biegł korytarzem, stopy uderzały o drewnianą podłogę. Byli głośni. Zbyt głośni. Skrzypienie, echo, własny oddech – wszystko brzmiało jak krzyk w tej ciszy. Za nimi słyszeli coraz więcej odgłosów. Marco nacisnął pierwsze lepsze drzwi i pchnął je barkiem. Weszli do niewielkiego pokoju. Zatrzasnął drzwi, szybko przestawił ciężką komodę pod klamkę i dopchnął ją biodrem.

– Połóż się – powiedział stanowczo, kładąc Ivory na łóżku. – Muszę opatrzyć ci nogę.

– Marco… – zaczęła, nagle niepewna.

– Rozbierz się, muszę mieć dostęp do rany.

Zawahała się. Przez chwilę tylko leżała, wpatrując się w sufit, jakby tam szukała odwagi. W końcu zsunęła nogawkę spodni. Czuła, jak policzki palą ją ze wstydu, ale nie miała siły protestować. Marco już klęczał przy łóżku, rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby opatrzyć ranę. Dostrzegł plecak i sięgnął po niego. Szarpnął za suwak tak mocno, że niemal cała zawartość rozsypała się po podłodze. Jego oczy natrafiły na metalowe pudełko i gdy je sprawdził, ujrzał zestaw do szycia. To musiał być jej plecak. Poczuł ulgę. Miała tam jeszcze dwie butelki wody i coś, co przypominało gaziki.

Musi wystarczyć, pomyślał.

– Będzie bolało – uprzedził.

– Wiem – wyszeptała.

Zacisnęła palce na prześcieradle, kiedy poczuła chłód płynu. Jęknęła, ale nie drgnęła. Marco działał szybko, pewnie. Miał wprawę. Delikatnie dotykał skóry wokół rany, badał głębokość. Było blisko mięśnia, ale na szczęście nie doszło do jego przerwania.

– Dobra, trzymaj się czegoś – mruknął.

Wbił igłę. Ivory syknęła i przymknęła oczy. Działał sprawnie, spokojnie, niemal bez emocji – ale tylko z zewnątrz. Wewnątrz czuł jej napięcie. Każde drgnięcie jej mięśni, każdą reakcję na ból. Nie chciał, żeby cierpiała, ale nie było innego wyboru.

Kiedy skończył, ściągnął własną koszulę i bez słowa oderwał z niej rękaw. Starannie owinął ranę, mocując prowizoryczny bandaż. I wtedy ona to zobaczyła. Tatuaż. Smukła, ciemna linia wytatuowanego kruka z rozpostartymi skrzydłami, tuż pod ramieniem. Niby zwykły symbol, ale dla niej znajomy. Zamarła.

– Marco… – szepnęła. – Już się spotkaliśmy.

Spojrzał na nią. Uśmiechnął się lekko.

– Tak. Rozpoznałem cię, jak tylko wpadłaś na mnie w tamtym korytarzu. A potem… gdy zaczęłaś mówić. Masz zadziorny charakter. Tego się nie zapomina.

Wciągnęła głębiej powietrze, jakby coś się w niej otworzyło. Zalały ją wspomnienia.

* * *

Weszła do gabinetu, zerkając na kartę chorego. Wypadek samochodowy – przeczytała. Na łóżku siedział mężczyzna z rozcięciem przy łuku brwiowym. Na ramieniu miał niegroźną ranę. Obok niego stała kobieta w drogim płaszczu, z torebką za kilka tysięcy.

– To pan jest ranny czy pański samochód? – zażartowała Ivory.

Kobieta odwróciła się z oburzeniem.

– On może sobie mieć nawet wstrząs mózgu! Ale moje BMW jest w stanie katastrofalnym!

– Nie naprawiam aut, leczę ludzi. Jeśli ma pani problem z samochodem, proszę poszukać warsztatu. Ja w tym czasie zajmę się moim pacjentem – rzuciła złośliwie Ivory.

– Jest pani bezczelna! – oburzyła się kobieta.

– Proszę zamknąć za sobą drzwi.

Nieznajoma otworzyła usta, ale spojrzenie Ivory było spokojne. Wyszła, trzaskając drzwiami. Na twarzy mężczyzny pojawił się lekki uśmiech.

– Żona nie lubi, gdy się ją ucisza.

– Chętnie polecę jej dobrego psychiatrę, przepisze coś na uspokojenie, a pan będzie miał spokój – odparła, przemywając mu ranę.

– Marco – przedstawił się. Przez chwilę milczała. Przejście na ty byłoby nieprofesjonalne.

– Pani doktor – stwierdziła przekornie. Mężczyzna roześmiał się. – Ivory – rzuciła, nie dowierzając, że przekracza granicę.

– Fajne imię – oznajmił, spoglądając w jej oczy. A ona, speszona, zaczęła przemywać ranę na ramieniu.

– Fajny tatuaż – odpowiedziała, przyglądając się wytatuowanemu krukowi.

– Błędy młodości – skwitował.

– Rana nie jest głęboka. Na szczęście nie jesteś w stanie katastrofalnym, jak twój samochód. – Nie mogła powstrzymać się od uszczypliwości skierowanej w stronę jego żony.

– Przesadzała. To zwykły pościg, lekka stłuczka. Zapewniam, że ten drugi wyglądał gorzej.

Zmarszczyła czoło, przypominając sobie drugiego pacjenta, którego przyjął inny lekarz. Facet miał na rękach kajdanki.

– Jesteś policjantem?

– Byłem. Ale żonie nie odpowiadały zarobki.

– Dlaczego mnie to nie dziwi – wymamrotała.

– Wolała, żebym zarabiał jak jej ojciec. Ma agencję detektywistyczną. Pieniądze nie są dużo większe, ale lubię działać na własnych zasadach.

– Praca detektywa bywa niebezpieczna.

– Na ostrym dyżurze pewnie też.

– I właśnie dlatego kocham ten zawód – zaśmiała się. – Adrenalina, szybkie decyzje. Człowiek czuje, że żyje.

– Pasujemy do siebie – powiedział półżartem.

– Być może. Jednak nasi partnerzy byliby innego zdania – powiedziała, kończąc opatrywać ranę. W jej głosie był jakiś smutek.

Zerknął na jej rękę i ujrzał obrączkę. Później przeniósł wzrok na jej oczy. Piękne, zielone. Spotkali się spojrzeniem i coś przeskoczyło. Coś niewypowiedzianego.

– Może spotkamy się w innym życiu – powiedział, zanim wyszedł.

* * *

– To byłeś ty. Miałeś rozcięty łuk brwiowy i ranę na ramieniu – wyszeptała, a następnie zachichotała. Spoglądnął na nią zdezorientowany. – Pamiętam też twoją żonę, to faktycznie zołza.

– Mhm. Nie zmieniła się.

– Powiedziałeś wtedy…

– Że może w innym życiu – wtrącił, kończąc owijanie bandaża.

– I tu jesteśmy.

– Może to właśnie to życie.

Ich spojrzenia zderzyły się w ciszy. Marco nie odsunął się. Jego dłoń nadal spoczywała na jej kolanie. Niewinny gest, ale napięcie między nimi było wyczuwalne. Ivory czuła, jak jej serce bije szybciej. Oczy Marco nie odrywały się od jej twarzy, jakby szukał tam odpowiedzi, której sam nie umiał jeszcze nazwać. Ivory oddychała szybciej – może przez ból, może przez świadomość, jak blisko był. Wciąż czuła ciepło jego dłoni na swoim kolanie. I nagle nie miała ochoty, żeby ją cofał. Zbliżył się powoli, bez gwałtowności, jakby dając jej czas, by wstała, zaprotestowała, odwróciła głowę. Ale Ivory tego nie zrobiła. Pozostała nieruchoma, śledząc go wzrokiem, aż poczuła jego oddech tuż przy swojej skórze. Ich czoła niemal się stykały. Przez długą sekundę byli zawieszeni w bezruchu, milcząc, jak gdyby czekali na znak. Wreszcie Ivory poruszyła się pierwsza; nieznacznie, lecz wystarczająco, by ich usta się spotkały.

To nie był gwałtowny pocałunek. Wręcz przeciwnie – ostrożny, miękki, przesiąknięty wstrzymywanym napięciem. Jakby każde z nich bało się, że to sen, i wystarczy jeden nieostrożny ruch, by zniknął. Usta Marco były ciepłe i zdecydowane, ale wciąż delikatne, jakby czekał, aż ona go zatrzyma. Nie zrobiła tego. Odpowiedziała mu powoli, coraz bardziej świadomie. Ból rany zniknął gdzieś na drugim planie, przesunięty przez lawinę emocji, które spadały na nią niespodziewanie – ulga, czułość, tęsknota. Ile lat minęło, odkąd ktoś trzymał ją w ten sposób? Nie jako ciężar, obowiązek, towarzysza przetrwania, ale jako kobietę?

Marco oderwał się pierwszy, z ledwo wyczuwalnym ruchem. Ich czoła znów się stykały.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Nie powinienem.

– Nie przepraszaj. Ja tego chciałam.

Uśmiechnął się lekko. W jego oczach pojawiło się coś miękkiego, łagodnego. Przesunął dłonią po jej włosach, odgarniając pasmo z jej policzka. Była blada, zmęczona, z potem na czole i poszarzałą skórą – a mimo to widział w niej coś, co nie dawało mu spokoju.

– Odkąd cię wtedy zobaczyłem, wiedziałem, że jeszcze się spotkamy – oznajmił. – Ale nie myślałem, że w takich okolicznościach.

– Ja też nie – odparła.

Zapadła cisza. Po drugiej stronie drzwi coś zaszurało. Odległy dźwięk, ledwie słyszalny – lecz przypomniał im, gdzie są. I w jakim świecie przyszło im żyć.

Ivory poruszyła się ostrożnie. Marco cofnął się na moment, by dać jej przestrzeń. Wciąż byli blisko, ale napięcie między nimi już nie było tak ostre, niepewne – przybrało głębszą, spokojniejszą formę. Jakby oboje wiedzieli, że coś się właśnie zmieniło. Może nie od razu. Może nie dziś. Jednak coś zostało wypowiedziane, nawet bez słów.

– Jeśli przeżyjemy tę noc… – zaczęła Ivory, nie kończąc zdania.

Marco spojrzał na nią z uwagą.

– To co?

Uniosła gwałtownie głowę, wzrok błądził po pokoju. Nagle zesztywniała.

– Marco… – szepnęła, ale głos jej zadrżał.

– Co się dzieje?

Spojrzała na plecak, który leżał nieopodal. Rozpięty. To z niego wyciągnął nici, igłę, wszystko, co potrzebne.

– Ten pokój… – Jej spojrzenie stało się nieobecne, szkliste. – To mój pokój. Zostawiłam tu plecak. Znowu tu jesteśmy. Lustro… ono jest za mną.

Marco powiódł wzrokiem za jej ramieniem. Przez moment nic nie powiedział. Dziewczyna oddychała płytko, zaczęła się szarpać, jakby chciała uciec, odsunąć się od czegoś, czego nie widziała, ale czuła obecność całym ciałem. Oczy miała rozszerzone w panice.

– Nie! Nie tu! Nie chcę tu być! – W głosie nie było logiki, tylko czysty, zwierzęcy lęk.

Marco próbował ją zatrzymać, objąć, ale wymykała się, nieprzewidywalna w tym chaosie emocji. W końcu przyciągnął ją gwałtownie do siebie, przycisnął do piersi i zanim zdążyła znów się wyrwać – pocałował ją.

Zrobił to bez namysłu, jakby tylko ten jeden gest miał moc uciszenia furii; jakby tylko tak potrafił dotrzeć do niej przez warstwy strachu. Jej ciało zesztywniało… a potem zmiękło. Usta odpowiedziały. Ramiona osłabły. W jego objęciach znów była Ivory – ta sama, ale spokojniejsza. Gdy pocałunek się zakończył, wciąż ją trzymał.

– Hej. Spójrz na mnie. – Ujął jej twarz w dłonie. – Wiem, że to miejsce nie jest dobre. Że coś z tym lustrem jest nie tak. Ale nie możemy teraz wyjść.

Za drzwiami coś zaszurało. Potem rozległ się drugi dźwięk, bliższy – kroki, ciężkie i nieregularne, obijające się o ściany ciała, głuchy łomot w drewno.

– Słyszysz ich, prawda? – szepnął.

Ivory skinęła głową. Była blada, ale już nie histeryczna.

– Jesteś ranna. A ja… – Marco odetchnął głęboko. – Jestem zmęczony. Jeśli teraz stąd wyjdziemy, nie zajdziesz daleko bez mojej pomocy. A przecież ktoś będzie musiał zająć się tą gromadą umarlaków. Tu przynajmniej mamy ściany. Drzwi. Czas.

– Musimy odpocząć – przyznała mu rację.

Milczał, przyglądając się jej z bliska. Potem dodał cicho:

– Nie chcę, żebyś się już bała. Jeśli mi pozwolisz, chcę się tobą opiekować. Nie tylko dziś. Póki potrafię. Póki żyjemy.

Oczy Ivory napełniły się łzami, które nie spłynęły. Westchnęła. Pochyliła głowę i pozwoliła mu przytulić się mocniej. Nie protestowała.

– Chciałabym, żebyś został – powiedziała.

– Zostanę.

Wstał i pomógł jej ostrożnie położyć się z powrotem. Kiedy już leżała, ułożył się obok, blisko, ale z poszanowaniem granicy. Odwrócili się plecami do lustra, jakby samo to ustawienie miało moc zatrzymania tego, co w nim tkwiło. Po chwili Marco przesunął się bliżej. Jego klatka piersiowa oparła się lekko o jej plecy, a ramię objęło ją ostrożnie w talii.

Deszcz nasilał się, bębniąc o dach, jakby świat próbował się wypłakać. Odgłosy z korytarza powoli stawały się tłem, niepokojącym, ale oddalonym.

– Śpij – wyszeptał jej do ucha. – Ja będę czuwał.

Ivory nie odpowiedziała. Oddychała spokojniej, niemal równo z nim. I choć ciało wciąż ją bolało, a lęk czaił się na granicy świadomości – pierwszy raz od miesięcy zasypiała z poczuciem, że nie jest sama. Zasypiała, słysząc miarowe bicie jego serca. I deszcz.

* * *

Gdy obudziła się rankiem, poczuła ciepło jego ciała za plecami, ramię obejmujące ją w naturalnym, pewnym geście. I to wystarczało. Na chwilę, na oddech, na początek nowego dnia. Marco poruszył się pierwszy. Przeciągnął się cicho, nieco sztywno, ale nie naruszył przestrzeni między nimi.

– Już ranek? – zapytała szeptem, wciąż z zamkniętymi oczami.

– Niestety tak – mruknął.

Odwróciła się do niego powoli. Ich spojrzenia się spotkały. Już nie było między nimi dystansu. Było coś… ciepłego. Oczywistego.

– Nie chcę już być sama, Marco – powiedziała bez wahania.

Uśmiechnął się delikatnie.

– To dobrze. Bo ja też nie chcę już być sam. Znajdziemy coś. Cokolwiek. Wystarczy dach nad głową i trochę spokoju.

Zaczęli się zbierać. Ivory zapakowała plecak, sprawdziła broń, po czym usiadła na moment, by zawiązać buty. Gdy się podniosła, jej wzrok padł na taflę „lustra”.

Widząc odbicie, zamarła. Znów. Lecz tym razem była wyspana i dostrzegła coś, co wtedy jej umknęło. To wcale nie było lustro. Zbliżyła się powoli, podniosła rękę i dotknęła tafli. Szkło. Widziała odbicia, lecz inne. Nie swoje. Za oknem. To było okno, za którym poruszali się zainfekowani. Nocą, w ciemnościach, uznała to za lustro i swoje odbicie.

– To cholerne okno – powiedziała półgłosem, z niedowierzaniem.

Marco, który już zakładał plecak, popatrzył w jej stronę.

– Całkiem „nieżywe” to twoje odbicie w lustrze – rzucił z uśmiechem.

Ivory posłała mu spojrzenie, lecz nie odpowiedziała. Czuła się głupio, ale też lekko. Przestraszyła się własnego umysłu. Tego, jak łatwo w nowej rzeczywistości można pomylić prawdę z lękiem.

Ruszyli do wyjścia. Marco torował drogę – ostrożnie, ale pewnie. Po drodze natknęli się na trzech zainfekowanych. Reszta odeszła, gdy spali. Marco zabił ich sprawnie i szybko, zanim zdążyli choćby wydać dźwięk.

Szli korytarzem, mijając ciała tych, którzy niegdyś byli ludźmi. Ivory starała się nie oddychać zbyt głęboko. Odór gnijącego mięsa był nie do zniesienia. Pragnienie kąpieli stało się obsesją. Pragnienie zapachu czystych ubrań. Szamponu. Ręcznika. Mydła. Czasem marzyła tylko o tym, by przez pięć minut poczuć się czysta. By wyjść spod prysznica i nie bać się, że coś czai się za zasłoną.

Przechodząc obok recepcji, ujrzeli, że królik nadal tam był. Siedział dokładnie tak samo – nieruchomo, niezmiennie, jak zaklęty w czasie.

Marco zmarszczył brwi. Ivory podeszła pierwsza. Kucnęła i dotknęła go.

– Jest plastikowy – powiedziała z uśmiechem. – Dlatego się nie ruszał.

Marco przyjrzał mu się z niezadowoleniem, jakby czuł się oszukany.

– Świetnie. Dziwaczna zabawka doprowadziła mnie do stanu paranoi.

Ivory zaśmiała się.

– Całkiem „żywy” ten twój królik.

Marco zmrużył oczy, ale w jego kącikach pojawił się cień uśmiechu. I nagle, wbrew wszystkiemu, oboje wybuchli śmiechem. Prawdziwym. Nie nerwowym. Śmiechem ludzi, którzy przez chwilę nie musieli myśleć o śmierci.

Potem Marco objął ją, a Ivory wtuliła się w niego.

– Gotowa? – zapytał.

– Gotowa.

Wziął ją za rękę. Otworzyli drzwi pensjonatu. Świat na zewnątrz był mokry, błotnisty, ponury. Ale był ich.

– Wiesz… – zaczęła Ivory. – Dobrze, że się spotkaliśmy. Ale… to też oznacza, że teraz nie chodzi już tylko o mnie. Że będę się bać o ciebie. Cały czas.

Marco spojrzał na nią z boku.

– Też o tym myślałem – przyznał cicho. – Samemu jest prościej. Ale gdy jesteśmy razem… to przynajmniej ma jakiś sens.

– Jak przeznaczenie – powiedziała po chwili.

– Mhm. Przegapiliśmy nasz moment kiedyś, ale może świat musiał się skończyć, żebyśmy mogli go znaleźć.

Szli dalej. Razem. I to wystarczało.

Spis treści

Ostatnia noc przed świtem

Guide

Okładka