Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
205 osób interesuje się tą książką
Historia przyjaciół Osli i Kierana.
Donna Valentine ma w życiu tylko jeden cel: otworzyć własną kwiaciarnię. Bez wsparcia rodziny i po wielu miłosnych niepowodzeniach nie interesują ją głębsze relacje. Dobrze wie, że może liczyć tylko na siebie i najbliższą przyjaciółkę Oslę.
Kiedy do Donny zaczyna wypisywać Dennis Godfrey, którego poznała podczas jednej z imprez w mieszkaniu Kierana, dziewczyna nie zwraca na to szczególnej uwagi. W końcu Dennis jest hokeistą znanym z agresywnej gry i unikania jakichkolwiek zobowiązań. Lecz z jakiegoś powodu nie potrafi wyrzucić dziewczyny z głowy.
Dopiero gdy jej samochód się psuje, a Osla nie jest w stanie jej pomóc, Donna przypadkowo wplątuje w swoje kłopoty Dennisa.
On widzi w tym szansę, by zbliżyć się do dziewczyny tak bardzo zaprzątającej jego myśli. Ogarnia go determinacja, by udowodnić, że jest kimś więcej, kimś, kto może zostać przy niej na dłużej. Brak wiary najbliższych i wątpliwości Donny sprawiają, że ich relacja staje się prawdziwym wyzwaniem.
Czy dziewczyna zdecyduje się otworzyć i zaufać Dennisowi? Czy towarzyszący jej lęk okaże się silniejszy?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 413
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Natalia Antczak
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Joanna Błakita
Korekta: Kinga Jaźwińska-Szczepaniak, Kamila Grotowska, Aga Dubicka
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Ilustracja na okładce: Aleksandra Monasterska
ISBN 978-83-8418-886-6 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Donna
Byłam kompletnie rozczarowana tym, że w lutym znowu padał śnieg.
Nienawidziłam tej białej brei. Moje ukochane czarne kozaki przeciekały, przez co skarpetki zdążyły przemoknąć, nim na dobre wsiadłam do auta. Dodatkowo, gdy tylko płatki opadały na moje kasztanowe włosy, magicznie sprawiały, że w ciągu pięciu minut kosmyki puszyły się tak bardzo, iż ratunkiem mogło być jedynie pójście do fryzjera i ogolenie się na łyso.
Śnieg miał jeszcze jedną wadę: kiedy było go za dużo, samochód grzęzł w nim na amen.
Właśnie w takiej sytuacji się znajdowałam – na środku bocznej drogi, jakieś pół godziny od mojego rodzinnego domu. O poranku zrobiłam wszystko, aby ten dzień, przynajmniej pozornie, był idealny. Nie zaspałam, umyłam włosy, wysuszyłam je i ułożyłam w perfekcyjne fale. Pomalowałam się i zrobiłam kreski, których, ku mojemu zaskoczeniu, nie musiałam ani razu poprawiać. Włożyłam najbardziej eleganckie ubrania, jakie znalazłam w szafie, spryskałam się ulubionymi perfumami i wyszczotkowałam porządnie zamszowe kozaki, by nikt mi nie zarzucił, że są brudne. Z domu wyszłam, o dziwo, z lekkim uśmiechem na ustach, bo wierzyłam, że nie będzie tak źle.
A teraz stałam tu. W kompletnej dziurze, z zasypanym samochodem i wycieraczkami, które ledwo nadążały ze zbieraniem tej białej brei z szyby.
W pierwszym odruchu chciałam sięgnąć po telefon i wybrać numer mamy. Po sekundzie jednak przypomniałam sobie, jaka byłaby jej reakcja, gdyby się dowiedziała, że ugrzęzłam na środku drogi.
Nic dziwnego, że przydarzyło się to tobie, Donna.
Spójrz na swoją siostrę. Ona jakoś potrafiła przyjechać na czas.
Skrzywiłam się z niesmakiem i natychmiast odepchnęłam od siebie myśl, by do niej zadzwonić. Moją ostatnią deską ratunku była Osla, na którą mogłam liczyć zawsze. Choć nie sądziłam, że potrafiłaby wydostać moje auto z tej cholernej zaspy, to zapewne wydostałaby mnie i przy okazji zawiozła punktualnie na comiesięczne spotkanie rodzinne.
Problem jednak w tym, że akurat dzisiaj Kieran postanowił zabrać ją do galerii handlowej i kupić jej wszystko, na co tylko by spojrzała. Prawdopodobnie zajadała się ciepłymi pączkami i piła kolejny kubek gorącej czekolady.
Pewnie także Precel załapał się na kilka specjalnych smaczków.
Ja nawet o psich przysmakach mogłam zapomnieć.
Z cichym westchnieniem opadłam na fotel i przez moment obserwowałam poruszające się w równym tempie wycieraczki. Sprawy nie ułatwiał fakt, że powoli robiło się ciemno.
Silnik nadal pracował, więc złapałam za kierownicę i raz jeszcze nacisnęłam pedał gazu. Samochód zakołysał się lekko, ale nie ruszył.
W przypływie desperacji wysiadłam i odgarnęłam nieco śniegu spod opon. Nawet pchnęłam auto, licząc na to, że dzięki temu ruszy choćby o centymetr. W zamian moje włosy spuszyły się od mokrego puchu jeszcze bardziej. Sfrustrowana przeklęłam pod nosem, po czym ponownie wsiadłam do pojazdu. Zatrzasnęłam drzwi i podkręciłam ogrzewanie, bo na zewnątrz było okropnie zimno.
W tej samej chwili na mój telefon przyszło powiadomienie. Sięgnęłam po komórkę i przewróciłam oczami, gdy zobaczyłam, od kogo dostałam wiadomość.
Od D jak Dureń:
Niebieska czy szara?
„D jak Dureń” wzięło się stąd, że imię chłopaka zaczynało się na tę literę. Ustawiłam ten nick Dennisowi Godfreyowi, kiedy napisał po raz pierwszy. W końcu był najlepszym przyjacielem Kierana, nie pasowało do niego nic innego.
Do D jak Dureń:
Co?
Od D jak Dureń:
Wybieram koszulkę w sklepie. Zastanawiam się, który kolor będzie bardziej pasować.
Do D jak Dureń:
I postanowiłeś zapytać o to mnie?
Od D jak Dureń:
Twoje zdanie jest dla mnie ważne w każdej sprawie.
Do D jak Dureń:
Czy nie ustaliliśmy przypadkiem, że masz zakaz podrywania mnie, bo moja odpowiedź i tak brzmi „nie”?
Niesamowite, ile ten człowiek miał samozaparcia. Kiedy Osla zaczęła się spotykać z Kieranem, myślałam, że tylko z tego względu coś będzie mnie łączyć z hokeistami. Tymczasem jego najlepszy przyjaciel okazał się wrzodem na tyłku i nie dawał mi spokoju, a ja nawet nie wiedziałam, czy tego chłopaka lubię.
Od D jak Dureń:
Zakazy są po to, żeby je łamać.
Zdecydowanie go nie lubiłam. Jeszcze raz przewróciłam oczami i wygasiłam ekran, po czym ponownie skupiłam wzrok na ponurym widoku przed sobą. Może cieszyłabym się z tego śniegu, gdybym siedziała w mieszkaniu, pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty i książką na kolanach. Wtedy na pewno byłabym zadowolona.
W samochodzie niekoniecznie.
Mój telefon znowu zawibrował.
Od D jak Dureń:
Tak długo zastanawiasz się nad właściwym dla mnie kolorem?
Westchnęłam i zaczęłam stukać w klawiaturę.
Do D jak Dureń:
Obecnie zastanawiam się, jak usunąć śnieg z całego świata.
Od D jak Dureń:
Też mi czasami przeszkadza.
Jak byłem mały, to dziadek zabrał mnie na sanki i puścił z tak wysokiej góry, że nie potrafiłem zahamować, więc wjechałem w drzewo i kompletnie się w tym śniegu zakopałem. Odgrzebywał mnie dobre pięć minut. Ale nie płakałem. Byłem całkiem dzielny jak na siedmiolatka.
Do D jak Dureń:
Może mi też przydałyby się sanki.
Od D jak Dureń:
Też potrzebujesz, żeby ktoś cię uratował?
Do D jak Dureń:
Tak, nawet zdążyłam sobie zbudować igloo i wypatruję rycerza na białym koniu, który mnie z niego uratuje.
Od D jak Dureń:
Nie mam białego konia, ale rycerzem mogę być.
Wystarczy, że jesteś idiotą, pomyślałam z rozbawieniem, ale nie napisałam mu tego, bo zapewne wykłócałby się, że to nieprawda.
Od D jak Dureń:
Gdzie jesteś?
Do D jak Dureń:
W samochodzie.
Od D jak Dureń:
I nie prowadzisz?
Do D jak Dureń:
Mówiłam, że ugrzęzłam. W śniegu.
Nagle wiadomości przestały przychodzić. Przez kilka sekund patrzyłam na ekran, ale Dennis nie odpisał. Zdecydowałam się odłożyć smartfon do torebki, jednak w tej samej chwili urządzenie się rozdzwoniło. Przymknęłam na moment powieki, gdy dostrzegłam znajomy pseudonim.
– Po piętnastej nie przyjmuję telefonów. Proszę spróbować jutro. Albo nigdy – powiedziałam na przywitanie.
– Gdzie jesteś?
Moja wesołość całkowicie zniknęła, kiedy usłyszałam pełen powagi głos Dennisa. Był całkowicie inny od tego, którym chłopak posługiwał się na co dzień. Zabrakło w nim znajomej lekkości albo choćby nutki rozbawienia.
– Nadal w samochodzie – odparłam krótko. – Puściłam wycieraczki, żeby ruszały się w rytm moich ulubionych piosenek. Niestety dosyć słabo tańczą na szybie.
– Donna – upomniał mnie ostrzegawczo.
– Mam też ogrzewanie i torebkę z kosmetykami, niczego mi nie brakuje – zapewniłam.
– Ugrzęzłaś w śniegu? Samochodem? Sama?
Przygryzłam usta. Przez ciszę z mojej strony wyraźnie usłyszałam jakiś trzask, a po chwili wychwyciłam dźwięk, jakby Dennis zapinał kurtkę. Nie było sensu się wymigiwać od odpowiedzi.
– Tak. – Żeby odrobinę rozładować napięcie, uśmiechnęłam się lekko, jakby mógł to zobaczyć. – Jechałam do rodziców na comiesięczne spotkanie i nawet się cieszyłam, że będę punktualnie, ale teraz to już… – zaczęłam tłumaczyć i wzruszyłam ramionami, choć tego również nie widział.
– Gdzie jesteś? – Kolejne konkretne pytanie.
– Pół godziny od ich domu. Nie wiem, jaka to ulica – przyznałam szczerze.
– Wyślij mi swoją lokalizację. – I nie mówiąc nic więcej, po prostu się rozłączył.
Niepewnie odsunęłam telefon od ucha i spojrzałam na ekran. Zawsze mi się wydawało, że oprócz Osli nie mam nikogo, na kim mogłabym polegać, a teraz…
Pokręciłam głową, ale posłusznie wysłałam Dennisowi pinezkę. Z dwojga złego wolałam, żeby to on mnie odebrał. Chyba nie zniosłabym po raz kolejny oceniającego spojrzenia mamy.
Od D jak Dureń:
Będę za dwadzieścia minut.
To by było na tyle, jeśli chodzi o trzymanie na dystans hokeisty z niezdrowym poczuciem humoru, syndromem samouwielbienia i głupimi gadkami.
Nim chłopak przyjechał, na dworze zdążyło się zrobić całkowicie ciemno. Oparta o fotel wpatrywałam się w śnieg, który wycieraczki wciąż odgarniały z szyby. Jakimś cudem tą drogą nadal nikt nie przejechał, więc byłam zdana na własne towarzystwo.
Do momentu aż w lusterku dostrzegłam reflektory samochodu. Spięłam się. Dennis podjechał czarnym SUV-em i zatrzymał się obok. Wysiadł, zobaczyłam jego cień. Jednym ruchem otworzył drzwi od mojego pojazdu.
– Wyskakuj – rzucił natychmiast, gdy skrzyżował ze mną spojrzenie. Wzrok miał skupiony. – Zamówiłem już lawetę, odstawi twoje auto pod dom. Chodź do mojego, zawiozę cię, gdzie trzeba – zadeklarował. Na jego blond włosy opadały płatki śniegu. Nachylił się i wyciągnął do mnie dłoń w czarnej rękawiczce.
Zerknęłam na nią z wahaniem.
– Nie musiałeś przyjeżdżać – mruknęłam.
– Masz rację, należało pozwolić, żebyś zamarzła tutaj na amen lub, co gorsza, szła w tym śniegu do rodziców – odpowiedział.
– W aucie mam ogrzewanie – przypomniałam szybko.
– A ja mam auto niezakopane w śniegu – odburknął prędko, na co zadarłam podbródek. – Jestem twoim prywatnym rycerzem, tyle że w czarnym samochodzie zamiast na białym koniu – dodał i się uśmiechnął, puszczając przy tym oczko.
Uniosłam brew.
– I co jeszcze? – Patrząc na niego przez cały czas, zgasiłam silnik.
– W moim nazwisku pojawia się słowo „God”, więc równie dobrze możesz nazywać mnie Bogiem – prychnął.
– Pojawia się tam też litera f jak frajer, jeśli już jesteśmy tacy uważni.
Zmrużył z irytacją oczy, ale nie cofnął wyciągniętej w moją stronę dłoni. Uśmiechnęłam się niewinnie i w końcu ją ujęłam.
– Muszę jeszcze zgarnąć torebkę. Dziękuję.
Dennisowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nim zdążyłam zareagować, zamknął drzwi, obszedł pojazd, otworzył go z drugiej strony, wyciągnął moją torebkę i jakby nigdy nic przewiesił ją sobie przez ramię. Wrócił po mnie, znowu złapał za moją rękę i pociągnął do SUV-a.
Musiałam zaciskać usta, by się z niego nie śmiać. Wyglądał uroczo w czarnej, puchowej kurtce i z moją brązową, zamszową torebką.
Jak na dżentelmena przystało, podtrzymał mnie, bym sprawnie wsiadła do środka od strony pasażera. Gdy zajęłam miejsce na jasnym, skórzanym fotelu, delikatnie położył mi torebkę na kolanach i zatrzasnął drzwi. W środku pachniało skórą i miętą.
Akurat wtedy podjechała laweta. Widziałam, że chłopak zamienił z kierowcą kilka słów i oddał mu kluczyki.
Wrócił sekundę później.
– Auto będzie stało pod twoim domem – zadeklarował.
– Ile muszę zapłacić? – spytałam od razu.
Zerknął na mnie z lekkim uśmiechem majaczącym na ustach. Musiał być świeżo po goleniu, bo jego policzki były całkowicie gładkie, doskonale widziałam też ostrą linię szczęki.
– Powiedzmy, że zamiast kwiatów tym razem zafundowałem ci lawetę – oznajmił całkowicie poważnie.
– Bez przesady, Dennis – ostrzegłam go. – Nie możesz za mnie płacić. A poza tym ostatnim razem kwiatki ukradłeś Kieranowi.
– Te najlepsze, jeśli już wchodzimy w szczegóły – parsknął.
Zmrużyłam oczy.
Dennis ruszył SUV-em, jakby kompletnie nie dostrzegał mojej irytacji.
– Dokąd jedziemy? – zapytał z ciekawością. Wyglądał na zaangażowanego, jakby to była co najmniej nasza wspólna wycieczka.
– Planowałam jechać do mamy.
– To wiem, potrzebuję adresu – uściślił.
Patrzyłam, jak pewnie prowadzi, i zastanawiałam się, jakim cudem nasze drogi cały czas się przecinają, skoro tak usilnie odpycham od siebie tego chłopaka.
– Chyba nie chcę już tam jechać. Mama nie toleruje spóźnień, a poza tym będzie u niej moja siostra, która niedługo bierze ślub. Jeszcze tego brakuje, żeby zaczęła wypytywać, dlaczego znowu przyjechałam bez partnera. Nim rano wsiadłam do auta, pomyślałam nawet, że zapłaciłabym jakiemuś znajomemu, by poudawał mojego chłopaka, ale zaczęłam odśnieżać samochód i zabrakło mi czasu – paplałam. Czasami zdecydowanie zapominałam ugryźć się w język.
– Chciałaś do kogoś napisać, żeby poudawał twojego chłopaka? I nie napisałaś do mnie? – Dennis obrócił na moment głowę w moją stronę i posłał mi pełne niedowierzania spojrzenie. – Chyba czuję się urażony.
– To byłoby niemiłe po tym, jak dałeś mi kwiaty – przypomniałam szybko.
– A czy ty kiedykolwiek jesteś dla mnie miła? – Uniósł wymownie brew.
– No właśnie walczę o twój honor – odparłam.
Znów na siebie spojrzeliśmy.
– Godności nie mam, po co mi honor? – wymamrotał pod nosem.
– Co prawda, to prawda – mruknęłam.
– Przestań być niemiła – zwrócił mi uwagę.
– Przecież sam mówiłeś, że zawsze taka jestem! – zawołałam. – Zresztą nieważne. Jedźmy do domu. Oddam ci pieniądze i będziemy rozliczeni.
– Rozliczony to ja będę z twoimi rodzicami, kiedy wejdę i im powiem, że jestem twoim super chłopakiem – prychnął.
– Udawanym chłopakiem – podkreśliłam. – I nie, nie powiesz tak.
– Daj adres.
– Nie.
– Daj adres – powtórzył.
– Nie ma szans – uparłam się.
Znów na mnie spojrzał.
– Skoro teraz potrzebujesz udawanego chłopaka, to zapewne na ślub siostry również by ci się przydał, mam rację?
Dopiero tym pytaniem zamknął mi usta. Już czułam na sobie świdrujące spojrzenia całej rodziny. Babcia Hannah pewnie znów plułaby jadem na prawo i lewo, że coś ze mną nie tak.
Ramiona opadły mi z rezygnacją.
– Słuchaj, możemy pomóc sobie nawzajem. Też mam ważne spotkanie, na którym fajnie by było pojawić się z drugą połówką. Ja pójdę z tobą do twojej rodziny, a ty potowarzyszysz mnie – zaproponował już spokojniej.
– Bo na pewno wszyscy uwierzą, że się spotykamy – burknęłam niechętnie.
– Ja jestem całkiem dobrym aktorem, to ty musisz się postarać – powiedział.
– Chyba wolałabym iść ze swoim kotem – westchnęłam.
– Kot nie ukradłby dla ciebie bukietu. Podaj adres – powtórzył.
Po chwili ciszy podyktowałam mu nazwę ulicy, a potem wymieniłam z nim porozumiewawcze spojrzenie.
Dennis
Cisza w samochodzie robiła się coraz bardziej napięta.
Z jakiegoś powodu Donna nie odzywała się ani słowem. Nie patrzyła także w moją stronę, a wręcz przeciwnie – uparcie wbijała wzrok w szybę, chowając ręce między kolanami.
Jej kasztanowe włosy układały się w fale i podkreślały zaróżowione policzki. Usta co chwilę przygryzała tak, jakby się czymś denerwowała. Odnosiłem wrażenie, że swoją rodzinę odwiedza jak za karę, choć istniała również szansa, że nie podobało jej się to, iż jechałem tam z nią także ja.
Nie miałem tego w planach. Lubiłem zwracać na siebie uwagę tej dziewczyny, bo już podczas imprezy u Kierana wpadła mi w oko, ale potrafiłem przyjmować odmowę. Kiedy zgodziła się na ten cały układ, wydawała się z tego powodu zadowolona, ale im bliżej jej domu byliśmy, tym bardziej była nerwowa.
– Jest ślisko, dlatego nie mogę jechać szybciej – odezwałem się jako pierwszy, bo zauważyłem, że zaczęła podrygiwać nogą.
Pokiwała głową zamyślona.
– Wiesz co, może ja po prostu sama odbębnię to spotkanie, nie ma potrzeby, żebyś tam siedział i się nudził. I tak po mnie przyjechałeś, więc pójdę z tobą na tę imprezę w ramach… rekompensaty – oznajmiła i spojrzała niepewnie w moim kierunku, by sprawdzić moją reakcję.
– Boisz się, że powiem coś głupiego na twoim spotkaniu rodzinnym? – Zerknąłem na nią rozbawiony.
Specjalnie nie dociekałem, dlaczego tak bardzo jej na tym zależy, wiedziałem, że na tym etapie pewnie i tak nie wyzna prawdy.
– Ty zawsze mówisz głupie rzeczy. – Zmrużyła wymownie oczy, na co zaśmiałem się pod nosem.
– Więc może tym razem cię zaskoczę i przez całe spotkanie będę poważny – zaoferowałem.
Znów przygryzła usta. Musiałem szybko oderwać od niej wzrok, bo inaczej moim autem również byśmy do nich nie dojechali. Istniało prawdopodobieństwo, że gdybym wgapiał się w nią przez cały czas, skończylibyśmy na przydrożnym drzewie.
– Naprawdę uważam, że nie powinieneś się fatygować…
– W porządku. Daj znać, kiedy spotkanie się skończy, wtedy po ciebie przyjadę – zadeklarowałem jak gdyby nigdy nic.
Donna poruszyła się niespokojnie.
– To… naprawdę nie jest potrzebne. Wrócę taksówką.
– Mogę być twoim prywatnym taksówkarzem.
– Już rower byłby lepszy…
– Jeśli chcesz, przyjadę limuzyną.
Spojrzała na mnie sceptycznie.
– Limuzyna może być, ale poproszę bez kierowcy.
– Kto powiedział, że to ja będę kierować? Szofer wszystkim się zajmie, wtedy ja będę mógł posiedzieć z tobą z tyłu i się na ciebie napatrzeć – wyjaśniłem.
Pokonana, z cichym westchnieniem opadła na fotel. Uśmiechnąłem się. Nasza rozmowa dobiegła końca, ponieważ zza drzew wyłonił się dom jej mamy. Donna znieruchomiała, kiedy go zobaczyła. Podjechałem pod sam ganek.
– Wystarczy, że napiszesz wiadomość, a po ciebie przyjadę – obiecałem.
Spojrzała na swój telefon.
– Zapisałam cię jako Dureń w kontaktach, bo twoje imię zaczyna się na D – mruknęła, spoglądając na mnie.
– Wymażę z pamięci to, co właśnie powiedziałaś, po czym i tak przyjadę.
– Myślę, że czasami masz coś z masochisty. – Znów wymownie uniosła brew. – Nie przyjeżdżaj. Wrócę taksówką.
– Inaczej będę tu czekać, dopóki nie wyjdziesz ze środka.
Popatrzyła na mnie przez dłuższą chwilę.
– Każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, że przyjaźń z Oslą jest bez sensu, bo gdyby nie ona, nigdy bym cię nie poznała.
– To prawie jak komplement. – Kącik moich ust powędrował do góry.
– To nie miał być komplement i dobrze o tym wiesz – prychnęła.
– Gdyby nie Osla, i tak byśmy się poznali – odparłem pewnie. – Dwie bratnie dusze zawsze się odnajdą.
– Odnaleźć to ty możesz wyjazd z tej posesji – zakończyła dobitnie rozmowę i tym razem to ja przygryzłem wargę, by się nie roześmiać.
W tej samej chwili drzwi domu otworzyły się, a ze środka wyszła średniego wzrostu kobieta o takich samych kasztanowych włosach jak te dziewczyny, tylko spiętych w elegancki kok.
Donna zamarła.
– Nie, nie, nie – wymamrotała pod nosem i złapała pospiesznie za klamkę auta.
Otworzyła drzwi. Do środka wpadło zimne powietrze, a ja usłyszałem piskliwy głos:
– No w końcu jesteś! Och, nie przyjechałaś sama.
Donna aż zastygła, kiedy jej mama, jak się domyślałem, spostrzegła, że ktoś przywiózł jej córkę.
– To twój chłopak? – spytała.
– Może jednak uciekniemy tą limuzyną natychmiast? Chyba nie jestem na to gotowa. – Dziewczyna posłała mi pełne paniki spojrzenie.
Kobieta ruszyła w naszą stronę i zamaszyście otworzyła drzwi samochodu na całą szerokość.
– Cześć. – Uśmiechnęła się do mnie. – Donna nie wspominała, że przyjedzie z…
– Z kolegą, mamo. Z kolegą. – Próbowała uratować sytuację.
– Nie wiedziałam, że tak teraz nazywa się przystojnych chłopaków. Jestem Penelope. Wychodźcie, chcę się porządnie przywitać.
Zawahałem się i zerknąłem na Donnę. Wyglądała, jakby chciała się zapaść pod ziemię. Wzruszyła jednak ramionami, kiedy zauważyła, że się zastanawiam, czy powinienem zgasić silnik.
W końcu przekręciłem kluczyk w stacyjce.
Moja towarzyszka wysiadła i pocałowała mamę w policzek, a ta natychmiast wbiła wzrok we mnie. Również wysiadłem i uścisnąłem dłoń, którą wyciągnęła pani domu.
– Miło panią poznać.
– Mnie również. To takie niespodziewane, że nasza Donna w końcu kogoś przyprowadziła. Uwierz, byłam przekonana, że na zawsze zostanie starą panną z kotami. Już ma jednego, to zły znak, naprawdę – trajkotała jak najęta.
– Mamo, nie wciągaj w to Puszka, proszę cię – zaoponowała od razu dziewczyna. – Może wejdziemy do środka. Jest zimno – zaznaczyła.
Śnieg sypał w najlepsze, ale Penelope chyba dopiero to sobie uzmysłowiła, bo podskoczyła przestraszona.
– Bardzo cię przepraszam – powiedziała w moją stronę. – Chodźcie, chodźcie, w domu jest o wiele cieplej.
Ruszyła po schodkach na ganek, a nas zostawiła w tyle. Nachyliłem się do Donny, która nadal stała przy aucie.
– Nie wydaje się taka straszna – szepnąłem ostrożnie.
– Mhm – mruknęła.
Nie patrząc na mnie, podążyła za mamą. Nie uszło mojej uwadze, że kiedy tylko przekroczyła próg budynku, przygasła.
Wnętrze było utrzymane w ciepłym, pełnym drewna stylu. W holu zdjęliśmy buty i powiesiliśmy kurtki. Donna wygładziła czarną spódniczkę i bordowy sweter. Z salonu usłyszałem śmiech.
– Na pewno chcesz, żebym tu był? – dopytałem jeszcze.
Spojrzała na mnie i niepewnie pokiwała głową.
– Już i tak nie ma odwrotu – westchnęła.
– Donna, no chodź już! – zawołała Penelope.
Dziewczyna chwyciła moją rękę. Miała zimną dłoń, ale to nie przez chłód poczułem dreszcz spływający po plecach. Zerknąłem na nią i uścisnąłem pocieszająco. Dopiero wtedy ruszyła przodem.
Zatrzymała się jednak ponownie, tym razem w progu salonu.
Po lewej stronie znajdowała się duża, skórzana sofa. Na stoliku leżały magazyny modowe, książka i stały dwa kieliszki z winem. Obok mebla znajdował się kominek, w którym wesoło trzaskał ogień. Po prawej dostrzegłem stół, przy którym wcześniej ktoś musiał jeść obiad, zapewne matka i… odrobinę starsza od Donny kobieta, która teraz zajmowała miejsce na kanapie.
– Och, siostro, znowu się spóźniłaś.
Nie lubiłem zbyt szybko oceniać ludzi, ale gdy usłyszałem podobny ton, co u Penelope, ledwo się powstrzymałem przed skrzywieniem. Donna nawet nie drgnęła.
– Julie, jaka miła niespodzianka – wydukała.
Nadal się nie poruszyła, więc dzielnie stałem przy jej boku i obserwowałem sytuację. Trzeba było być ślepym, by nie dostrzec napięcia pomiędzy siostrami.
– W końcu kogoś przyprowadziłaś? – Zdanie, które wypowiedziała Julie, bardziej przypominało prychnięcie.
Miała włosy tego samego koloru, co Donna, ale ostrzejsze rysy twarzy. Musiała mieć koło trzydziestki. Trzymała się prosto, dłonie złożyła na kolanach. Była ubrana w czarną ołówkową sukienkę, która podkreślała szczupłą sylwetkę.
Donna zignorowała pytanie siostry. Zamiast tego w końcu przekroczyła próg salonu.
– Poznajcie Dennisa. Dennis, to moja mama Penelope i siostra Julie. – Wskazała na nie grzecznie ręką, po czym rzuciła mi przepraszające spojrzenie.
Podszedłem i uścisnąłem dłoń Julie. Młoda kobieta obserwowała mnie uważnie, sztucznie się przy tym uśmiechając.
– To aż dziwne, że moja siostra w końcu sobie kogoś znalazła.
– To samo powiedziałam – poparła ją szybko matka. – Napijecie się wina?
– Ja dziękuję, prowadzę – odrzekłem.
– Ja również muszę odmówić – wtrąciła Donna.
Miałem wrażenie, że kiedy tylko przekroczyła próg pomieszczenia, przestała oddychać. Usiadła przy stole i zerknęła na mnie, by sprawdzić, czy nie mam ochoty uciec z tego domu.
Ale ja zamierzałem zostać tutaj tyle, ile będzie potrzebowała.
– Więc, Dennis, czym się zajmujesz na co dzień? – zapytała Penelope i upiła łyk wina.
Donna wzięła wdech.
– Jestem hokeistą. Gram zawodowo – odpowiedziałem najskromniej, jak potrafiłem.
– Och, czyli jesteś sportowcem? – zagadnęła Julie i również sięgnęła po kieliszek.
– I to nie byle jakim – dodała Donna.
Ten komplement odrobinę mnie zaskoczył. Wyglądało na to, że chce uniknąć przytyku ze strony rodziny. Rozparłem się wygodnie na krześle. Byłem ostatnią osobą, która przejmowałaby się czyjąś opinią, więc zaczynał się bardzo interesujący wieczór.
– Julie jest bestsellerową autorką. W internecie mówią o niej wszyscy. Niedawno zaręczyła się ze swoim wybrankiem, właścicielem banku – oznajmiła z dumą Penelope i spojrzała z satysfakcją na starszą córkę.
– A Donna uczy się na florystkę, pewnie już to wiesz? – zachichotała Julie. – Od dawna jej mówimy, że ten zawód nie ma najmniejszego sensu, ale jeśli ktoś nie ma ambicji, to właśnie w ten sposób kończy, nie uważasz?
Donna zacisnęła zęby.
– Pisanie książek to też raczej niestabilny zawód, prawda? – zauważyłem.
Uśmiech zniknął z twarzy Julie.
– Jeśli czytają cię wszyscy w kraju, to raczej nie masz się czym martwić – rzekła szorstko. – Więc ganiasz za krążkiem? – dodała wymownie.
– Tak, i nieźle na tym zarabiam. Przy okazji mam też świetną formę i raczej nie muszę się martwić o przyszłość – zaznaczyłem pewnie, nie spuszczając z niej wzroku.
Penelope upiła łyk wina.
– Przyniosę lody – zdecydowała.
– O, Donna, a ty kiedy zajmiesz się swoją przyszłością? Zamierzasz coś zrobić w tym temacie? – zagadnęła bezczelnie Julie.
Chyba zaczynałem rozumieć, dlaczego młodsza z nich była taka nerwowa. Pewnie nie chciała, żebym zobaczył, jakie podejście mają jej bliscy.
– Świetnie mi idzie, dziękuję za troskę – odparła szorstko.
Julie spojrzała na mnie, jakby się zastanawiała, co widzę w jej siostrze. Czasami nie lubiłem tego, że jestem porywczy, a teraz wyraźnie czułem rosnącą w moim wnętrzu złość.
– Jak się poznaliście? – dopytała jeszcze, co najmniej tak, jakbyśmy brali udział w wywiadzie.
– Na imp…
– U kumpla, który swoją drogą też jest hokeistą. Donna od razu zwróciła moją uwagę. Jest dobra, zabawna i troskliwa. Potrafi się odnaleźć w każdym towarzystwie. Nic dziwnego, że mi się spodobała. Jest niesamowita – mówiłem powoli i wyraźnie, aby Julie zrozumiała każde słowo.
– Doprawdy? Nie wydaje mi…
– To raczej nie ty powinnaś ją oceniać – przerwałem i się uśmiechnąłem, ale uśmiech nie sięgnął moich oczu.
Kobieta w końcu zamilkła i ze złością zacisnęła palce na kieliszku. Pokręciła głową, a potem spojrzała na kominek. Najwyraźniej oznaczało to koniec rozmowy.
– Proszę bardzo, kochani. – Do salonu wróciła Penelope, która postawiła przed nami pucharki z czekoladowymi lodami. Po ich podaniu z powrotem zasiadła na kanapie. – Wiecie, że w przyszłym tygodniu Julie razem ze swoim narzeczonym wyjeżdża na Bahamy? Jestem taka dumna, że tak świetnie jej się wiedzie. – Westchnęła rozmarzona.
– Wyjeżdżamy na dwa tygodnie. Oczywiście, mamo, prześlę ci mnóstwo zdjęć – zapewniła prędko Julie i szeroko się uśmiechnęła.
Donna złapała za łyżeczkę, by nabrać odrobinę lodów. Chyba nie wiedziała, co zrobić z rękami.
– Powinnam jednak dbać o linię, więc na wakacjach będziemy jeść zdrowo.
Musiałbym być głupi, by nie zrozumieć, że to aluzja skierowana do Donny. Cały się zjeżyłem i już otwierałem usta, by ponownie stanąć w obronie swojej towarzyszki i zwrócić uwagę tej idiotce, ale wtedy dziewczyna położyła dłoń na moim udzie i wbiła w nie paznokcie.
Zamarłem i zerknąłem w jej stronę, jednak ona uparcie wpatrywała się w siostrę.
Ugryzłem się w język.
– Pyszny deser, mamo.
Podziwiałem, z jaką łatwością uniosła kąciki ust i uśmiechnęła się do Penelope.
– Na bazie mleka owsianego. Takie podobno powinno się jeść w twoim wieku, żeby dbać o linię. – Wymownie zlustrowała córkę wzrokiem.
Poruszyłem się, Donna jeszcze mocniej wbiła paznokcie w moje udo. Nawet jeśli zabolało, kompletnie nie zwróciłem na to uwagi.
Posłała mi ostrzegawcze spojrzenie. Wyraźny znak, żebym milczał.
Starsza z sióstr wróciła do opowiadania o swojej kolejnej książce, a młodsza wreszcie się rozluźniła, kiedy uwaga przeniosła się na tę pierwszą.
Korzystając z tego, nachyliłem się do dziewczyny i szepnąłem do ucha:
– Jeśli tylko będziesz chciała wyjść, powiedz. Zabiorę cię stąd jak najszybciej.
Pokiwała lekko głową. Nie uszło mojej uwadze, że odłożyła łyżeczkę, a czekoladowe lody topniały teraz w pucharku.
Nadal trzymała jednak dłoń na moim udzie. Nie dotknąłem jej, bo sprawiała wrażenie, że sobie tego nie życzy. Bez słowa wpatrywała się w mamę i siostrę.
– To co z tą twoją kwiaciarnią, Donna? – zagadnęła Penelope, ponownie skupiając wzrok na córce.
– Kiedyś na pewno ją otworzę – zapewniła chłodno.
– Kiedyś niedługo czy kiedyś za paręnaście lat? – zakpiła Julie.
– Kiedyś, kiedy będę mogła zrobić bukiet na zakończenie twojej kariery, Julie. Dennis, wychodzimy – zdecydowała Donna i podniosła się gwałtownie z miejsca.
Julie pomrugała z niedowierzaniem.
– Jak śmiesz? – prychnęła oburzona.
– Jeśli będzie trzeba, złożę najszczersze kondolencje. – Puściłem oczko do Julie i ruszyłem za Donną, która kierowała się do wyjścia.
Wściekłym ruchem ściągnęła z wieszaka płaszcz i zarzuciła go na ramiona.
– Powinnaś odwiedzać nas częściej, Donna. Znowu wpadłaś na tak krótko – westchnęła za moimi plecami jej matka. – I przyprowadź jeszcze kiedyś Dennisa, wydaje się super chłopakiem. Nie zmarnuj tego.
Ta nadal milczała. Ja także. Zaciskałem zęby tak mocno, że bolały mnie szczęki.
Również włożyłem kurtkę.
– Dziękujemy za zaproszenie – powiedziałem jedynie, choć już się nie uśmiechałem.
– Cześć – rzuciła sucho Donna i jak najszybciej wyszła z domu.
Zamknąłem za nami drzwi. Odblokowałem samochód, a dziewczyna pospiesznie do niego wsiadła. Obszedłem auto, po czym zająłem miejsce kierowcy. Odpaliłem silnik i włączyłem ogrzewanie, bo choć odwiedziny u jej rodziny nie były długie, wewnątrz zdążyło się zrobić zimno.
Wyjeżdżając na główną ulicę, czułem na sobie spojrzenia Penelope i Julie, które z zaciekawieniem wyglądały przez okno. Pewnie już nas obgadywały.
– Przepraszam za nie – szepnęła Donna, kiedy opuściliśmy posesję. – Właśnie dlatego wolałam, żebyś w tym nie uczestniczył.
– Jeśli chcesz pogadać…
Pokręciła głową. Nie patrzyła na mnie. Zrezygnowana, uparcie wbijała wzrok w drogę przed sobą.
– Proszę, po prostu zawieź mnie do domu.
Donna
Do Osla:
Był w moim rodzinnym domu.
Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.
Od Osla:
Kto?
Do Osla:
Ten, którego imienia nie wolno wymawiać.
Od Osla:
DENNIS?!???
¿ ¿ ¿
Zaraz chyba wyślę znak zapytania pod skosem.
Dennis Godfrey był w twoim domu rodzinnym, A TY NIC MI NIE POWIEDZIAŁAŚ?!
Westchnęłam i złapałam za telefon, żeby jej odpisać.
Do Osla:
To nie było planowane.
Od Osla:
Zdziwiłabym się, gdyby było.
Dennis też by się zdziwił.
Do Osla:
Zakopałam się w śniegu, nie mogłam ruszyć, a ty byłaś wtedy na spotkaniu z Kieranem.
Od Osla:
Przecież bym przyjechała.
Zawsze przyjadę.
Do Osla:
Wiem, ale jakoś głupio było mi do ciebie dzwonić.
Od Osla:
Niech ci teraz będzie głupio za to, że nie zadzwoniłaś.
Znów westchnęłam i przymknęłam na moment powieki. Kiedy przypominałam sobie rozmowę ze swoimi bliskimi, i to jeszcze ze świadomością, że słuchał tego wszystkiego Dennis, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Albo pod śnieg, tak jak mój durny samochód, który swoją drogą stał już pod moim mieszkaniem, bo Dennis załatwił wszystko, tak jak obiecał.
I nie wziął ode mnie nawet dolara.
Mój pełen bezsilności jęk został przerwany przez dzwoniący telefon. Uniosłam głowę jedynie po to, by zobaczyć na ekranie imię przyjaciółki.
– Nie każ mi opowiadać o tym jeszcze raz i po raz kolejny spłonąć ze wstydu – sapnęłam, kiedy tylko odebrałam.
– Mogę wiedzieć, dlaczego jestem informowana o tym fakcie dopiero następnego dnia? Bo jak rozumiem, gościliście u twojej mamy wczoraj? – W głosie Osli nie wybrzmiała złość, lecz teatralna pretensja.
– Bo wczoraj z tego wstydu nie mogłam spojrzeć na siebie w lustrze – wymamrotałam bardziej w pościel niż do telefonu, więc nie wiedziałam, czy dziewczyna zrozumiała.
– Było aż tak źle?
Moje milczenie musiało być wystarczającą odpowiedzią, bo usłyszałam westchnienie, tym razem jej.
– Na pewno są jakieś plusy – próbowała mnie pocieszyć.
Znów cisza.
– Julie wyśmiała moją kwiaciarnię. Przy nim – szepnęłam po dłuższej chwili.
– Och – wymknęło jej się równie cicho.
– A on stanął w mojej obronie – dodałam jeszcze. – A potem wyszliśmy, odwiózł mnie do domu i od wczoraj nie rozmawialiśmy, więc jest bardzo duża szansa na to, że już nigdy, przenigdy nie będziemy mieć kontaktu. Ale nie wiem, chyba nadal jakoś mi przykro i głupio. Wszystko poszło tam nie tak.
Tak już miałam, że kiedy coś przeżywałam, nie potrafiłam we właściwym momencie ugryźć się w język. Osla jednak dzielnie słuchała tej gadaniny i nawet nie zwróciła mi uwagi, że plotę trzy po trzy. Chyba właśnie dlatego tak bardzo ją kochałam. Nigdy, nieważne, co się działo, mnie nie oceniała.
– Mam plan – wtrąciła w końcu, więc grzecznie ucichłam, choć wiele słów cisnęło mi się jeszcze na usta. – Przyjadę po ciebie za pół godziny. Chłopaki grają dzisiaj u siebie, więc jeśli się postaramy, zdążymy na rozgrzewkę.
– Nie – odpowiedziałam od razu.
– Donna…
– Nie ma szans, że spojrzę mu w oczy – oznajmiłam z przekonaniem.
– To Dennis, on pewnie nawet nie pamięta, o czym twoja mama czy siostra gadały. A poza tym jedynymi osobami, które powinny się wstydzić, są one same. Będę za pół godziny. Pa.
Rozłączyła się, nim zdążyłam po raz kolejny zaprotestować. Uważałam, że na co dzień bardzo się od siebie różnimy, ale łączyła nas wspólna cecha – upór. Wiedziałam, że Osla nie odpuści. Nie byłam jednak pewna, czy przeżyję kolejne spotkanie z Dennisem.
Może będzie tak skupiony na grze, że mnie nie zauważy?
Z sapnięciem odrzuciłam telefon na kołdrę i pozbawiona sił obróciłam się na plecy. Wbiłam wzrok w sufit. Akurat wtedy poczułam, że materac delikatnie się zapada, a chwilę później szary kocur wszedł na mój brzuch i wygodnie się na nim usadowił.
– Puszek, chociaż ty mnie rozumiesz, prawda? – Wsunęłam palce w jego miękkie futro i uniosłam kąciki ust, a Puszek zamruczał zadowolony i się wtulił. – Wybacz, skarbie, ale nie mamy czasu na leżenie. Ciocia Osla chce, żebym umarła dzisiaj ze wstydu – mruknęłam do niego i ku jego niezadowoleniu podniosłam się z miejsca. Miauknął i spojrzał na mnie oskarżycielsko, gdy odłożyłam go na łóżko. – Kupię ci dodatkowe smaczki, jeśli przeżyję dzisiejszy wieczór – zadeklarowałam, drapiąc go za uchem, i wstałam.
Podeszłam do szafy, otworzyłam ją i zaczęłam wgapiać się w ubrania na wieszakach.
Czy to możliwe, że nie znajdę nic, w co mogłabym się ubrać? Przygryzłam wargę. Miałam pół godziny, nieułożone włosy i resztki poczucia wstydu, które zignorowałam jako pierwsze. Złapałam za sztruksową, bordową spódniczkę ze złotymi guzikami i beżowy sweter. Pod czujnym okiem Puszka zaczęłam się przebierać.
Wciągnęłam też czarne, grubsze rajstopy, bo na dworze nadal było nieprzyjemnie zimno, i wygrzebałam z szafy brązowy płaszcz.
Przyszła pora na włosy. Gdy zobaczyłam, jak są napuszone i pofalowane we wszystkie strony, zwątpiłam. Sięgnęłam po szczotkę i przeczesałam je pospiesznie, marszcząc przy tym gniewnie brwi. W końcu spięłam je klamrą i wyszłam z sypialni. Puszek pobiegł za mną.
– Dostaniesz kolację, jak wrócę – poinformowałam go, bo już przysiadł przy swojej miseczce i zamiauczał błagalnie.
Popatrzył na mnie, jakbym co najmniej go obraziła. Nie miałam jednak czasu na kłócenie się z nim, dlatego szybko włożyłam płaszcz, czarne botki na wysokim obcasie i wcisnęłam do torebki telefon razem z błyszczykiem. Komórka rozdzwoniła się akurat, kiedy wpadłam na chwilę do łazienki, by spryskać się perfumami.
W pośpiechu wyszłam z domu, przekręciłam klucz i popędziłam po schodach, żeby nie tracić czasu na przyjazd windy.
Osla czekała na mnie w samochodzie Kierana.
– To nie było pół godziny! – rzuciłam oskarżycielsko, kiedy tylko otworzyłam drzwi.
Spojrzała w moim kierunku z rozbawieniem. Prezentowała się idealnie w beżowym, długim płaszczu i białych nausznikach. Włosy miała pofalowane, policzki zaczerwienione, a spojrzenie, niezmiennie odkąd poznała Kierana, błyszczące i radosne.
– Dokładnie dwadzieścia dwie minuty, ponieważ na drogach nie było żadnych korków – odrzekła usatysfakcjonowana. Ruszyła, nim zdążyłam zapiąć pasy. – Włożyłam koszulkę z logo drużyny chłopaków.
– Dobrze, że ja nie mam takiej w swojej szafie – westchnęłam z ulgą.
– Mam drugą w torebce. I szalik – wyznała zadowolona.
Mnie za to ramiona opadły z rezygnacją.
– Dlaczego mi to robisz? – wymamrotałam pod nosem, wyglądając przez okno.
– Ponieważ uważam, że nie ma co chować głowy w piasek. Musisz się spotkać z Dennisem, żeby zrozumieć, że piekło musiałoby zamarznąć, by on przestał cię lubić. Choć wtedy też pewnie zabrałby cię tam na łyżwy, więc jak mówiłam, nie masz się czym martwić.
Po tych słowach przymknęłam powieki.
– Kiedy on nawet nie ma za co mnie lubić – podkreśliłam. – Jestem dla niego okropna.
– To twoje zdanie – odparła. – Spodobałaś się Dennisowi, przykro mi.
– Mnie też jest przykro – poparłam ją, na co ona przewróciła oczami. – O nie, moja droga, czy ja mam ci przypomnieć, co się działo, kiedy Kieran zabujał się w tobie? – Pokazałam na nią oskarżycielsko palcem.
– Nie kojarzę takiego etapu w swoim życiu, od początku byłam w nim zakochana – odpowiedziała kpiąco i uśmiechnęła się pod nosem, bo dobrze wiedziała, że na nią patrzę.
Zmrużyłam groźnie oczy.
– Przerażające jest to, co ten facet z tobą zrobił – fuknęłam.
– Lepiej mu podziękuj, bo gdybyśmy obie tak siedziały i marudziły, to nie wyniknęłoby z tego nic dobrego.
– Kiedy ja nie mam…
– Marudzisz – przerwała mi. – O, popatrz, już jest dużo ludzi. I dojechałyśmy przed czasem, zdążymy na rozgrzewkę.
Zapadłam się w fotel. Rozgrzewka? Czy to oznaczało jeszcze więcej czasu na stadionie? Byłam tak zrezygnowana, że nawet nie chciało mi się mówić.
To nie tak, że czułam się niezadowolona z wyjścia na mecz. Nie miałam nic przeciwko, naprawdę, ale kiedy myślałam o tym, w jaki sposób mama i siostra zachowywały się w towarzystwie Dennisa, natychmiast ogarniał mnie wstyd. Jeszcze nie zdążyłam porządnie mu podziękować.
Osla zaparkowała najbliżej stadionu, jak się tylko dało, bo parking szybko się zapełniał. Na ostatnich meczach podobno mieli komplet kibiców. Wiedziałam o tym, bo Dennis chwalił się na prawo i lewo, a ja mimo wszystko go słuchałam.
– Dlaczego jeździsz samochodem Kierana? I czym on przyjechał na mecz? – zapytałam zaintrygowana.
– Luke go zgarnął. Odblokowaliśmy nowy etap w związku, ufa mi już na tyle, że pozwala jeździć swoim ukochanym dzieckiem. Obawiam się, że jeśli kiedyś faktycznie będziemy mieli dzieci, to mechaniczne dziecko i tak będzie jego ulubionym. – Przewróciła oczami, przejeżdżając dłonią po kierownicy, a po tym, jak wysiadłyśmy, zamknęła z trzaskiem drzwi.
Czasami mnie fascynowało i jednocześnie przerażało to, na jak bardzo różnych etapach się znajdowałyśmy. Kiedy ona układała sobie już idealne życie z chłopakiem i kończyła studia, ja nie miałam choćby stałej pracy, nie wspominając o związku. Często czułam się tak, jakbym była o wiele bardziej w tyle niż moi rówieśnicy. Gdy oni odnosili kolejne sukcesy, ja stałam w miejscu. Żyłam marzeniami. Wierzyłam, że kiedyś coś osiągnę, ale to coś nigdy nie nadchodziło.
Z chłopakami miałam podobnie. Kręciłam z wieloma, weszłam nawet w stały związek, ale to wiecznie nie było to. Choć jeszcze jakiś czas temu wydawało się, że miłość jest jedyną rzeczą, która może dać mi szczęście, teraz nie znajdowała się na liście moich priorytetów.
Nie chciałam nikogo szukać. Nie nadawałam się do tego.
Weszłyśmy na stadion. Ochrona już rozpoznawała Oslę; dziewczyna pojawiała się tu na tyle często, że jej obecność nie wywołała żadnego zaskoczenia. Jeden z zaprzyjaźnionych ochroniarzy poprowadził nas do sekcji VIP – kolejny przywilej, gdy miało się chłopaka hokeistę.
Przecisnęłyśmy się przez tłum i weszłyśmy na trybuny. Dotarłyśmy na tyle wcześnie, że na lodzie jeszcze nikogo nie było, rozgrzewka też się jeszcze nie zaczęła. Chciałam usiąść w kącie i poobserwować z daleka, ale Osla nawet o tym nie pomyślała.
– Chodź, tam będzie lepszy widok.
Wzięłam wdech i ruszyłam za nią.
Oparłyśmy się o bandę i przez moment obserwowałyśmy lodowisko.
– Może jednak usiądziemy… – urwałam zdanie w połowie, ponieważ na lód zaczęli wjeżdżać zawodnicy.
Szybko odnalazłam wzrokiem Luke’a z numerem dwadzieścia cztery na koszulce. Zaraz za nim pojawił się Kieran z numerem czternaście i nawet nie musiałam patrzeć na Oslę, by wiedzieć, że się uśmiechnęła. Chłopak od razu na nią spojrzał i puścił oczko.
Na widok Dennisa z numerem sześć zastygłam w bezruchu. Blondyn najpierw skupił się na krążku, który zgarnął z tafli jednym pewnym ruchem. Popatrzyłam na jego zarysowaną szczękę i pełne usta. Dłońmi w rękawiczkach pewnie trzymał kij. Poruszał się sprawnie, szybko wymierzył w stronę bramki i zawrócił.
Dopiero wtedy zerknął w naszą stronę. Gdy zauważył, że stoję obok Osli, jego twarz rozjaśnił uśmiech. Zacisnęłam palce na bandzie. Obejrzał się przez ramię, jakby chciał skontrolować, czy trener ich obserwuje. Kiedy się upewnił, że nie, ruszył w naszą stronę.
Spojrzałam na Oslę, ale okazało się, że ta już nie stoi obok. Zamiast tego szła w kierunku Kierana, który okrążał lodowisko, aby choć na moment się do niej zbliżyć. Nie miałam więc przy sobie żadnego ratunku. Miałam za to Dennisa. Wzięłam wdech i zadarłam podbródek, gdy chłopak zatrzymał się naprzeciwko.
– Cześć – rzuciłam cicho i zmusiłam się do uniesienia kącików ust.
Chłopak oparł się o bandę.
– Ktoś cię zmusił, żebyś tutaj przyszła? – spytał z ciekawością, na co pokręciłam szybko głową. – Osla?
Milczałam.
– W takim razie muszę jej podziękować, bo dzięki niej znowu mogę cię zobaczyć.
Posłał mi spojrzenie pełne radości, tak bardzo niezgodne z wizją, którą tworzyłam w wyobraźni. Byłam przekonana, że nie będzie chciał ze mną rozmawiać.
– Widzieliśmy się wczoraj – przypomniałam mu.
– Całe dwadzieścia cztery godziny osobno – westchnął dramatycznie.
Zamrugałam.
– Umierałam ze wstydu przez wczorajsze spotkanie – przyznałam.
– A ja z tęsknoty – odparł całkowicie poważnie. Nachylił się i przyjrzał mojej twarzy. – Pisałem.
– Ze wstydu zablokowałam twój numer – wymamrotałam.
– Z tęsknoty prawie wysłałem ci list gołębiem – odbił sprawnie piłeczkę.
Nie miałam pojęcia, jak to się działo, ale Dennis znajdował ripostę na każdy mój komentarz.
– Twój gołąb zostałby pożarty przez mojego kota.
– Ale list by dotarł. – Uśmiechnął się. – Pozwól, że wrócę do treningu, bo czuję już na sobie wzrok trenera. Nawet Precel przestał na niego działać. Do zobaczenia po meczu.
Mrugnął i odjechał, a ja chyba dopiero wtedy mogłam wypuścić z płuc wstrzymywane powietrze.
Przez całą rozgrzewkę nie potrafiłam oderwać od Dennisa wzroku. Nie przyznałabym się do tego nikomu, ale nie umknął mi żaden szczegół. Kodowałam w głowie, w jaki sposób porusza się na lodzie. Obserwowałam jego pracujące ciało, wzrok skupiony na krążku. A co do krążków…
Chłopacy zaczęli zbierać je do woreczka, kiedy rozgrzewka dobiegła końca. Byłam przekonana, że po prostu te krążki odłożą, ale Dennis spojrzał na mnie, uśmiechnął się i rzucił jeden w moją stronę. Złapałam go i uniosłam pytająco brwi.
Nie umknął mi fakt, że Kieran swój krążek podał do Osli.
– Po co nam to? – zapytałam zmieszana, jednak nim przyjaciółka zdążyła otworzyć usta, Dennis rzucił mi kolejny.
Tego nie złapałam, ale podniosłam z podłogi i obróciłam w palcach.
– Nie sądzę, że chcesz znać odpowiedź na to pytanie – mruknęła.
Popatrzyłam na nią.
– Chcę.
– To podobna zasada co z koszulkami, wiesz, hokeiści lubią podkreślać, które dziewczyny się im spodobały.
Po tych słowach gwałtownie odłożyłam na bandę trzymane przez siebie krążki. Nic to jednak nie dało, ponieważ w tej samej chwili Dennis do nas podjechał.
Spojrzał na krążki, złapał za nie i wcisnął do woreczka.
– Osla, potrzebny ci ten krążek? – zagadnął jakby nigdy nic.
Blondynka zmrużyła oczy.
– Już jeden bukiet ukradłeś Kieranowi – przypomniała.
– Było ich trzydzieści, co za różnica, jeden więcej czy mniej…
– Tych krążków też jest jakieś trzydzieści – parsknęła od razu.
Dennis zajrzał do worka. Po chwili namysłu wyciągnął rękę, po czym mi go podał.
– Tylko nie zgub. – Zasalutował i odjechał, jakby nic się nie stało.
A ja stałam. Z trzydziestoma krążkami, chociaż według tego, co powiedziała Osla, hokeista podarowywał jeden dziewczynie, która mu się spodobała.
