Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
255 osób interesuje się tą książką
Dark romance autorki bestsellerowej powieści Elita!
Katherine Grant po śmierci rodziców przeprowadza się do wujka mieszkającego w Forks. Tym miasteczkiem niedawno wstrząsnęła tragedia. Jedna ze studentek została zrzucona z pobliskiego klifu, a mordercy do tej pory nie znaleziono.
Dziewczyna trafia do tego samego elitarnego college’u, w którym uczyła się ofiara. Jakby tego było mało, otrzymuje szafkę po zmarłej tragicznie Beverly Chambers, co sprawia, że od razu przyciąga uwagę uczniów. Zaczynają się zastanawiać, dlaczego dołączyła do klasy w środku roku i z jakiego powodu zjawiła się tuż po śmierci jednej z ich koleżanek.
Wkrótce Katherine zwraca też uwagę czterech braci, a w szczególności Harrisona Hardinga. Oboje od samego początku okazują sobie wrogość. Chłopak i trójka jego rodzeństwa są bogaci, popularni i nie mają problemu z łamaniem wszelkich zasad. Dziewczyna przekonuje się o tym na własnej skórze.
Wkrótce zostaje przez nich wciągnięta do mrocznego, tajemniczego świata i może stać się pionkiem w ich pozbawionej zasad grze.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 455
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Natalia Antczak
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Joanna Błakita
Korekta: Aleksandra Krasińska, Agnieszka Zwolan, Monika Baran
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-637-4 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Ostrzeżenie
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Epilog
Bracia Harding
Playlista
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Książka zawiera motywy morderstwa, manipulacji i wątpliwych moralnie decyzji, w związku z czym jest przeznaczona dla osób pełnoletnich.
Ufam też, iż moi czytelnicy bardzo dobrze wiedzą, że tworzona przez autora fabuła służy rozrywce i że nie wszystkich bohaterów literackich należy traktować jako wzór do naśladowania.
– Spójrz na mnie. – Radosny, pełen rozbawienia głos dotarł do moich uszu, gdy od śmierci dzielił mnie jeden krok.
Obróciłam się i spojrzałam prosto w oko kamery. Zmarszczyłam delikatnie brwi, bo tego się nie spodziewałam. Osoba, która ją trzymała, wyglądała jednak na zadowoloną.
– Będziesz mnie nagrywać? – spytałam cicho.
– Oczywiście, że tak. Muszę uwiecznić każdą sekundę.
Szczerość w głosie tej osoby sprawiła, że poczułam ciepło rosnące w klatce piersiowej. Wyszczerzyłam zęby do obiektywu i odgarnęłam z twarzy ciemne włosy. Jedynym minusem pogody był wiatr, który szarpał kosmykami, a ja nie potrafiłam sobie z nimi poradzić.
– Uśmiechnij się szerzej, Beverly. Szerzej. Chcę zobaczyć twój uśmiech. Chcę, żeby było doskonale.
Pokręciłam z rozbawieniem głową i z powrotem odwróciłam się w stronę rozpościerającego się przede mną widoku. Choć od kilku godzin powinnam siedzieć na uczelni, wcale nie żałowałam tych wagarów. Pierwszy raz od wielu dni poczułam wszechogarniający spokój.
– Czy to nagranie na pamiątkę? – parsknęłam, spoglądając przez ramię.
Nadal byłam nagrywana.
– Będę je odtwarzać na okrągło, Beverly.
– Więc może powinnam się przedstawić? Chciałabym zostać dobrze zapamiętana.
– Bez wątpienia zostaniesz.
Tym razem uśmiechałam się nie tylko ja. To wtedy poczułam ucisk w klatce piersiowej.
Niektórzy nazywają to złym przeczuciem. W tamtej chwili w ogóle o tym nie myślałam. Nie powiązałam tego z cichym ostrzeżeniem mojego organizmu, ponieważ jak sądziłam, nie miałam się czego bać. Byłam naiwną idiotką, wpatrzoną w towarzyszącą mi osobę. Nie czułam zagrożenia i to był ostatni błąd, jaki popełniłam.
– Cześć, z tej strony Beverly Chambers. Mamy piękny, jesienny dzień, dokładnie dwudziesty trzeci września. Od rana powinnam być na uczelni, ale zamiast tego spędzam czas na wolności i w końcu nie przejmuję się żadnymi zasadami. Słyszycie? Pieprzyć reguły! – Z mojego gardła wyrwał się cichy chichot.
– Powtórz to.
– Nie nagrało się? – spytałam zaskoczona, a mój uśmiech na moment zbladł.
– Jeszcze raz. – Ponaglił mnie mój towarzysz. – Uśmiechnij się, Beverly. Uśmiechaj się, do cholery!
Drugie ostrzeżenie również zignorowałam. Uniesienie kącików ust okazało się łatwiejsze. Uśmiechnęłam się, poprawiłam włosy i cofnęłam o niecały krok. Przebywanie na skraju przepaści dodawało mi adrenaliny.
– Cześć, z tej strony Beverly Chambers…
– I to mój ostatni dzień życia.
Uśmiech zniknął z mojej twarzy. Ten, kto spędzał ze mną czas, ruszył w moją stronę.
– Co to ma znaczyć? – wydukałam.
To trwało zaledwie ułamek sekundy. O ułamek sekundy za długo. Wyciągnął dłonie. W moich oczach pojawił się strach.
Kamera nadal mnie nagrywała.
Nawet wtedy, gdy zostałam zepchnięta prosto w przepaść.
Harrison
– Czy możemy skończyć ten cyrk? – Moje pytanie zawisło w powietrzu i nie doczekało się odpowiedzi.
Zniecierpliwiony wbiłem mocniej plecy w oparcie krzesła i odchyliłem się do tyłu. Od siedzenia tyle godzin w jednym pomieszczeniu chciało mi się rzygać.
– Nic nie wiem na temat śmierci Beverly Chambers. Tak się składa, że mam niezłe alibi, ponieważ wszyscy – podkreśliłem ostatnie słowo – widzieli mnie wtedy w szkole. Jeśli chcecie, spytajcie moich braci. Byli razem ze mną. Żaden z nas nie jest zamieszany w zabójstwo, do jasnej cholery!
Tym razem napięcie zostało podkręcone przez mój wkurwiony ton i huk, który rozległ się w pokoju, kiedy uderzyłem otwartą dłonią w blat białego stołu. Ciężko wypuściłem powietrze z płuc i z zaciśniętymi zębami patrzyłem na dwoje detektywów, którzy siedzieli przede mną i nawet nie wyglądali na zdziwionych moim wybuchem.
Jebane durnie.
– Tak się składa, że być może nie miałeś z nią styczności w dniu jej śmierci, za to byłeś z nią całkiem blisko jeszcze tydzień wcześniej – odpowiedziała blondynka, siedząca po lewej stronie.
Miała burzę jasnych włosów, przenikliwe spojrzenie i zaciśnięte w wąską kreskę usta. W dłoni trzymała czarny notatnik, w którym przez ostatnią godzinę nie napisała nic sensownego, bo nie dostała ode mnie żadnej konkretnej informacji.
– Co to znaczy „całkiem blisko”? – burknąłem, ledwo powstrzymując się od pokręcenia głową z dezaprobatą.
Ja pierdolę. Czy żadne z nich naprawdę nie widziało, że to przesłuchanie nie ma sensu?
– „Całkiem blisko” oznacza fakt, że spotykałeś się z nią na nocne jebanie, jak to kulturalnie określił twój brat – rzucił szorstko drugi detektyw, nadęty buc z ciemnobrązowymi, lekko zmierzwionymi włosami.
Nie miałem ochoty na niego patrzeć, a w ciągu całego przesłuchania odezwał się może trzy razy. Traciłem resztki cierpliwości.
– Muszą państwo wybaczyć, przekażę mojemu drogiemu bratu, by w końcu nauczył się wyrażać jak człowiek – odparłem z fałszywie miłym uśmiechem.
– Dość tego! – Facet stracił cierpliwość.
Ciekawe, ponieważ odkąd tutaj wszedłem, obstawiałem, że jako pierwsza polegnie ta pani detektyw, która teraz wierciła się niespokojnie na krześle, jakby była zła, że nie może nic ze mnie wyciągnąć.
– Myślisz, że jesteś bezkarny, bo twoi rodzice wyłożą za ciebie kupę kasy i przez to staniesz się nietykalny?! Pracowałem z wieloma dzieciakami jak ty i uwierz, że przynajmniej połowa z nich gnije teraz za kratkami, więc zacznij współpracować, bo nie skończy się to dla ciebie dobrze!
Znudzony zlustrowałem go wzrokiem.
– To pan tak powiedział. O moich rodzicach – mruknąłem. – Ja jeszcze nie pochwaliłem się kasą.
– Dość! – warknął ponownie, a ja lekko przechyliłem głowę i wziąłem wdech.
Siedziałem wygodnie rozparty na krześle, co najmniej jakbym przyjechał na weekend do dziadków, by wypić z nimi herbatkę.
– Jeżeli się z nią spotykałeś, mogła na przykład ci powiedzieć, że kogoś się obawia lub ktoś nie daje jej spokoju – wyjaśniała pani detektyw, stukając długopisem o notatnik.
– Czy pani naprawdę sądzi, że w trakcie, jeszcze raz wrócę do tego określenia, nocnego jebania miałaby mi opowiadać o tym, kogo się boi? Czy pani się słyszy? – prychnąłem.
Pieprzona Beverly Chambers. Zawsze były z nią same problemy.
– Zejdź z tonu – ostrzegł mnie znowu mężczyzna.
– Ale to pan jak na razie się drze.
– Słucham?
– Czy możemy skończyć to cholerne przesłuchanie? Powiedziałem już wszystko, co wiedziałem. Zacznijcie szukać prawdziwego mordercy i przestańcie marnować na mnie czas – powiedziałem, nie odrywając wzroku od przepełnionych gniewem oczu detektywa.
Mężczyzna wydał ciche westchnienie i zerknął na zegarek, który miał na ręce.
– Pięć minut przerwy – zadecydował w końcu, a mi opadły ramiona.
Odprowadziłem ich wzrokiem, gdy wstali i ruszyli do wyjścia. Z mojego gardła uciekło ciche przekleństwo, kiedy z trzaskiem zamknęli drzwi. Odchyliłem głowę do tyłu i przymknąłem powieki. Przywitałem ciszę z ulgą. Była zdecydowanie lepsza od dwojga policjantów, którzy darli pyski jak najęci.
Żałowałem, że nie mam przy sobie telefonu, by skontaktować się z braćmi. Byłem ciekawy, który z nich puścił parę z ust i wspomniał, że przez jakiś czas spotykałem się z Beverly. Obecnie cieszyłem się, że nie łączyło mnie z nią nic poważnego, bo gdyby naprawdę zaczęli mnie podejrzewać, miałbym kompletnie przejebane.
Pięć minut dłużyło się w nieskończoność, ale gdy drzwi ponownie się otworzyły, zauważyłem, że detektywi byli jeszcze bardziej niezadowoleni niż wcześniej. Z zaciekawieniem uniosłem brew i skrzyżowałem ramiona na klatce piersiowej.
– Jesteś wolny – mruknęła kobieta.
– W końcu! – prychnąłem i nie czekając na pozwolenie, zerwałem się na nogi, aż głośno szurnąłem krzesłem. Obrzuciłem ich jeszcze jednym szybkim spojrzeniem. – Oby nie do zobaczenia – dodałem i bez słowa pożegnania ruszyłem do wyjścia.
Przeczesałem dłonią niesforne włosy i z ulgą powitałem ponury korytarz na komisariacie. Miło było spojrzeć na coś innego niż ich cholerne twarze.
Dopiero gdy znalazłem się przy wyjściu, zorientowałem się, dlaczego wreszcie zdecydowali się mnie wypuścić. Przy szklanych drzwiach stał mój brat.
Obrzuciłem go szybkim spojrzeniem. Ubrany był w długi, czarny płaszcz. Ciemne włosy zaczesał do tyłu i cały czas rozmawiał przez telefon. Minę miał zaciętą i wyglądał, jakby zamierzał zaraz komuś solidnie wpierdolić. Prawda jest taka, że James Harding zawsze wyglądał, jakby był groźny i niezadowolony zarazem. Gdy jego zimny wzrok padł na mnie, przewróciłem oczami i trąciłem go ramieniem.
– Zmywajmy się stąd – powiedziałem, bo nie miałem zamiaru spędzić tutaj ani minuty dłużej.
James powiedział kilka słów pożegnania do telefonu, ale nim się rozłączył, zdążyłem już wyjść na zewnątrz. Westchnąłem z ulgą, gdy poczułem na twarzy promienie popołudniowego słońca. Rozejrzałem się po parkingu i zauważyłem czarnego SUV-a zaparkowanego przy chodniku. Z dłońmi wciśniętymi do granatowych garniturowych spodni skierowałem się w tamtą stronę.
– Stój. – Ostre, chłodne polecenie brata było jak kubeł lodowatej wody wylanej prosto na twarz.
Nim zdecydowałem się zrobić coś, czego później bym żałował, zacisnąłem zęby i powoli odwróciłem się w jego stronę. James już szedł w moim kierunku, choć jak zawsze się nie spieszył. Wystarczyło, że nawiązał ze mną kontakt.
Zawsze taki był. Władczy, jakby uważał, że ma wszystko w garści. Bez dwóch zdań odziedziczył to po ojcu, a przez to, że był najstarszy, miał prawo do rozstawiania nas po kątach. Cieszyłem się, że z pozostałej dwójki naszego rodzeństwa to ja byłem tym najstarszym, tuż po nim. Inaczej miałbym przechlapane.
– James, śmierdzę komisariatem, mam na sobie wczorajsze ubrania i uwierz, że bardzo chciałbym wrócić do domu. Nie zrobiłem nic złego, to nie moja wina, że policja zwariowała na punkcie sprawy Beverly i próbuje przesłuchać każdego, kto tylko się napatoczy – mówiłem, krzyżując z nim spojrzenie.
Z jakiegoś powodu na Jamesie nie zrobiło to wrażenia, a ja zorientowałem się, że tym razem mam przeprowadzić z nim rozmowę jak człowiek, a nie jak brat z taryfą ulgową.
– Gdybym nie wkroczył do akcji, zamknęliby cię w areszcie – zwrócił mi uwagę. Zatrzymał się tuż przede mną i ledwo zauważalnie pokręcił głową. – Już wystarczy, że muszę ogarniać tych dwóch gamoniów młodszych od ciebie. Coś ty narobił, że zainterweniowali i postanowili się wtrącić?
Kącik moich ust drgnął.
– Zapytaj któregoś z tych gamoni. Na pewno ci powiedzą – prychnąłem, ale James nadal nie wyglądał na rozbawionego.
Wręcz przeciwnie. Zacisnął zęby mocniej, bo jego szczęka stała się jeszcze bardziej wyraźna.
– Nie wydurniaj się – wycedził w końcu, a mi opadły ramiona.
– Przecież nic złego się nie stało. Nie przejmuj się.
– Nie przejmuję się, daję ci tylko należny opierdol za to, że znowu coś odjebałeś – syknął. – Ile razy mam ci powtarzać, żebyście robili, co chcecie, tylko nie łamali przy tym prawa i nie zwracali na siebie uwagi?
– Wiesz, biorąc pod uwagę, że z tobą jest nas czwórka, niezwracanie na siebie uwagi jest dość trudne – przypomniałem mu, na co wypuścił powoli powietrze z płuc, zapewne by w ten sposób wykrzesać z siebie jeszcze odrobinę cierpliwości. – Wracajmy do domu, nie będziemy się kłócić przed komisariatem – dodałem polubownie.
– Kim jest ta dziewczyna? – zapytał w końcu, gdy obaj zapakowaliśmy się do auta, a James uruchomił silnik.
Zerknął w lusterko, jakby chciał skontrolować, czy nikt nas nie śledzi, ale tuż za nami jechał jedynie wynajęty przez naszych rodziców ochroniarz. Był kompletnie zbędny, ponieważ tak się składało, że potrafiliśmy o siebie zadbać – w dobrym i złym tego słowa znaczeniu.
– Taka jedna – mruknąłem. – Kleiła się do nas na jakiejś imprezie, no i teraz mam. – Wzruszyłem ramionami.
– To nic niespotykanego, że detektywi przesłuchują każdego, kto miał z nią kontakt.
– Wiem, James – westchnąłem w końcu. – Przecież nie mam nic do ukrycia.
Znów poczułem na sobie jego spojrzenie, ale utrzymałem nieprzenikniony wyraz twarzy.
– Wiesz, że nie mogę przebywać tutaj przez cały tydzień i was nadzorować. Jesteście już dorośli – przypomniał mi brzmiąc jeszcze bardziej jak nasz ojciec. – Nie mówię już o chłopakach, tylko o tobie, bo jesteś z nich najstarszy. Proszę, zadbaj o to, by to, co stworzyli nasi rodzice, nie poszło na marne.
– Mam ci przypomnieć, jak zachlałeś w ostatnim miesiącu?
– Zamknij mordę – odpowiedział od razu i wbił wzrok w drogę przed sobą.
Uśmiechnąłem się i byłem przekonany, że kąciki jego ust również zadrżały. Mógł mi udzielać reprymend jak ojciec, ale nic nie zmieniało tego, że był moim bratem i o pewnych rzeczach wiedzieliśmy tylko my.
– Zostajesz na dłużej czy wyjeżdżasz?
Dopiero to pytanie sprawiło, że zerknął na mnie z politowaniem. Nie musiał się odzywać, już znałem odpowiedź.
– Proszę, tylko nie rozwalcie chaty do weekendu w połowie października. Rodzice organizują wtedy ten swój bal charytatywny i zjedzie się cała śmietanka. Musimy chociaż stwarzać pozory, że jesteśmy ogarnięci, dobra? – mruknął poważnie.
– I właśnie za to jesteś moim ulubionym bratem. – Uśmiechnąłem się pod nosem. – Zapraszasz kogoś?
– Czy to kolejne głupie pytanie?
– Ach, zapomniałem, że jesteś tym złym starszym bratem, który zawsze wszystkich trzyma na dystans.
– Teraz to ty się zapominasz – ostrzegł mnie, na co uniosłem kącik ust. – Wynocha – dodał, bo zatrzymał się właśnie przed bramą, która prowadziła do naszej rezydencji.
– Nie zostaniesz nawet na herbatkę?
– Nawet na herbatkę z prądem, którą ostatnio zrobił Adrian i myślał, że się nie zorientuję – odpowiedział.
– Tchórz.
– Won, powiedziałem.
– Po prostu jesteś już za stary i boisz się, że upijesz się jednym kieliszkiem – prychnąłem.
– Zejdź mi z oczu, Harrison.
– Do zobaczenia za tydzień, braciszku. – Cmoknąłem, na co pokazał mi środkowy palec.
Z cichym śmiechem wysiadłem z samochodu i zatrzasnąłem drzwi. Dopiero gdy odjechał, resztki uśmiechu zniknęły z mojej twarzy. Znowu poczułem gniew, tym razem silniejszy niż wcześniej. Wziąłem wdech, by nieco się uspokoić, i ruszyłem szerokim chodnikiem w stronę dwupiętrowego domu. Przed garażem nie stało ani jedno auto, dlatego podejrzewałem, że bracia jeszcze siedzieli na zajęciach. Pierwszy raz od dawna sam miałem ochotę tam być, zamiast musieć marnować pół dnia na durne przesłuchanie.
Wszedłem do domu. Powitał mnie widok jasnego marmuru, sztukaterii i kryształowych żyrandoli. Z jakiegoś powodu to wnętrze nigdy mi się nie podobało. Było zbyt luksusowe jak na mój gust.
– Ja pierdolę, Gideon – syknąłem, gdy wszedłem do salonu, a na białej kanapie ujrzałem w połowie rozebranego brata.
Nie miałem pojęcia, kim jest laska, która właśnie siedziała mu na kolanach, ale nawet nie musiałem tego sprawdzać. Tak to już było, że Gideon zmieniał dziewczyny częściej niż własne majtki.
Brat wyszczerzył się do mnie, kompletnie wyluzowany. Nie miał w sobie za grosz wstydu, dlatego jedynie szepnął coś na ucho swojej nowej zdobyczy i wskazał jej drogę do własnej sypialni. Nieznajoma nawet się ze mną nie przywitała, natychmiast uciekła na górę.
– Wybacz, nie wiedziałem, że będziesz tak wcześnie – mruknął i przeczesał palcami potargane czekoladowe włosy. Zarzucił na ramiona zieloną koszulę w różowe palemki i wsadził między wargi przygotowanego wcześniej skręta.
– Mógłbyś choć odrobinę szanować własność naszych rodziców i nie ruchać się na ich kanapie?
– Rany, brzmisz jak James – jęknął i zapalił zioło. – Wyluzuj. Co ty taki nerwowy?
– Nie jestem nerwowy.
– Jeżeli potrzebujesz trochę się odstresować, poznałem dzisiaj fajne koleżanki tej, co właśnie poszła na górę. Zainteresowany? – zapytał i już wysunął z kieszeni telefon.
– Nie, idioto. Nie jestem zainteresowany.
– Jeszcze chwila i skończysz jak smutny i gburowaty James.
– Nie wkurwiaj mnie – odpowiedziałem i w dwóch krokach podszedłem do niego.
Uniósł brew zaciekawiony i prychnął z rozbawieniem, gdy wyrwałem mu skręta i sam się nim zaciągnąłem.
– Policja mnie przesłuchiwała.
Gwizdnął.
– Mam być zaskoczony? Myślałem, że robią to przynajmniej raz w tygodniu – odparł, na co z niedowierzaniem pokręciłem głową i wypuściłem dym z płuc.
Czułem się nabuzowany. Miałem ochotę nerwowo kręcić się w kółko, choć wiedziałem, że w ten sposób nie znajdę rozwiązania tej sytuacji.
– To ty się wygadałeś, że spałem z Beverly?
– A spałeś z nią? Bez przesady, ledwo zapamiętuję laski, z którymi sam kończę w łóżku. Skąd mam wiedzieć, z kim spałeś ty? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
Miał rację. Oczywiście, że by tego, kurwa, nie pamiętał.
Opadłem na kanapę i odchyliłem głowę do tyłu. Gideon dołączył do mnie bez wahania.
– Sądzę, że potrzebujesz czegoś na rozluźnienie – stwierdził i nachylił się w moją stronę. – Chyba wiem, czego ci potrzeba.
Z powrotem się wyprostowałem, po czym spojrzałem na niego z zainteresowaniem. Zaciągnąłem się używką, gdy Gideon zerknął na ekran swojego telefonu.
– Jest środek tygodnia – upomniałem go jedynie, gdy zaczął do kogoś pisać.
Kącik jego ust drgnął w łobuzerskim uśmiechu.
– Kto bogatemu zabroni?
W taki właśnie sposób skończyliśmy z najazdem tabunu ludzi na rezydencję, a przy okazji upiłem się na tyle, że połowy z tej nocy nie pamiętam.
Jednak nawet po procentach nie mogłem pozbyć się z głowy pytania, czy ktoś naprawdę mógł uznać nas za morderców.
Katherine
Złapałam za jasny kosmyk moich włosów i ucięłam go nożyczkami jednym, płynnym ruchem.
Pasmo wpadło do umywalki, a ja przyjrzałam się swojemu odbiciu. Zapaliłam wszystkie światła w łazience, więc doskonale widziałam moją bladą twarz, zarysowane kości policzkowe i ciemnozielone oczy. Nie miałam makijażu, więc cienie pod oczami również były widoczne. Przełknęłam ślinę i zerknęłam na włosy, które leżały w porcelanowej umywalce.
Odłożyłam nożyczki na pralkę. Zegarek w telefonie wskazywał piątą trzydzieści pięć, kiedy złapałam za pudełko z farbą. Producent na opakowaniu informował, że po użyciu jego specyfiku można było uzyskać lśniący czekoladowy brąz, i miałam szczerą nadzieję, że nie kłamał. Wyciągnęłam z kartonika tubkę i plastikowe rękawiczki, po czym drugą ręką przeczesałam swoje kosmyki do tej pory w odcieniu jasny blond. Niespełna pięć minut później miałam już na nich ciemnobrązową maź.
Z mokrymi od farby włosami weszłam do sypialni. Wujek smacznie spał w pokoju obok, a ja w tym czasie zaczęłam przeglądać ubrania, które wciąż znajdowały się w kartonach. Jeszcze nie zdążyłam się rozpakować. Do Forks przyjechaliśmy raptem wczoraj, w środku nocy, a po podróży byłam tak padnięta, że od razu położyłam się spać.
W tych pudłach zamierzałam znaleźć idealny strój na pierwszy dzień na nowej uczelni. Powiedzieć, że się stresowałam, to jak nic nie powiedzieć. Odkąd wstałam, czułam w piersi bolesny ucisk, który z każdą chwilą jedynie się powiększał. Chciałam wypaść jak najlepiej, a jednocześnie – uniknąć zamieszania. Zakładałam, że pojawienie się w tym budynku miesiąc po rozpoczęciu roku akademickiego mogło wzbudzić małą sensację – tego jak najbardziej chciałam uniknąć.
Z kartonu przy pustej szafie wygrzebałam czarną bluzkę z długimi rękawami, kołnierzykiem i dekoltem w serek. Znalazłam też czarną spódniczkę i tego samego koloru rajstopy. Przy drzwiach od pokoju stały moje adidasy, które również planowałam włożyć. Wstępną stylizację już miałam, ale co z tego, skoro nawet to nie pomogło mi się uspokoić.
Zaczęłam przeglądać powiadomienia na telefonie, ale nie odpisałam na te kilka wiadomości od znajomych ze starej szkoły. Nim wyjechałam z rodzinnego miasta, dobitnie dałam im znać, że tamto życie zamierzam oddzielić grubą kreską. Przeprowadzka miała być nowym początkiem.
Na podstawie ciszy panującej w dwupiętrowym domu zakładałam, że wujek nadal spał i nie przebudziły go odgłosy mojej krzątaniny. Spomiędzy ust uciekło mi ciche westchnienie. Wróciłam do łazienki, zamknęłam za sobą drzwi i pod prysznicem spłukałam farbę. Ciemny kolor uwydatnił moje granatowe oczy. Przeczesałam kosmyki szczotką i zaczęłam je suszyć.
Kiedy skończyłam, było po szóstej. Na makijaż zeszło mi kolejne kilkanaście minut, dlatego ubrałam się ekspresowo i znowu przejrzałam w lustrze. Dekolt w serek podkreślał moje piersi, a czarna spódniczka ładnie opinała biodra. Obecnie brązowe włosy delikatnie zakręciłam, więc sięgały do żeber. Usta podkreśliłam czerwoną szminką i założyłam jeszcze złotą biżuterię. Prezentowałam się całkiem nieźle, przynajmniej w moim mniemaniu. Nie miałam już jednak czasu na poprawki. Akurat gdy spakowałam do torebki zeszyt i długopis, usłyszałam na schodach ciężkie kroki wujka.
Zasunęłam torebkę, schowałam do kieszeni telefon i w końcu wyszłam z pokoju. W domu panował półmrok, głównie przez to, że słońce dopiero zaczynało wschodzić. Poczułam nieprzyjemny chłód, który jednocześnie mógł być wynikiem pogody i emocji towarzyszących mi w pierwszym dniu szkoły.
Ostrożnie zeszłam na dół, a schody zaskrzypiały pod moimi stopami. Nie potrafiłam się przyzwyczaić do tego domu. Wydawał się obcy.
Jakby kryło się w nim coś, co dopiero miałam znaleźć.
Wujek Ben stał w kuchni i właśnie wlewał do kubka gorącą wodę. Usłyszał mnie i obejrzał się przez ramię. Był pięćdziesięcioletnim mężczyzną o jasnej karnacji, brązowych oczach i kilkudniowym zaroście na twarzy. Już miał na sobie policyjny mundur. Mój wzrok automatycznie zjechał na broń, którą trzymał w kaburze przy biodrze.
– Cześć, Kate – powiedział i zmusił się do słabego uśmiechu.
Również uniosłam kąciki ust, choć w moim przypadku prawdopodobnie wyszedł z tego krzywy grymas. Nie umknęło mi, że wujek zaczął się przyglądać moim świeżo pofarbowanym włosom, ale na szczęście nie skomentował tego w żaden sposób. Mimo wszystko nie znałam go dobrze i trochę się bałam, że każe mi je natychmiast znowu przefarbować, choć pewnie powrót do poprzedniego odcienia nie byłby tak szybko możliwy.
– Cześć – powiedziałam i usiadłam przy stole, pokrytym zieloną ceratą.
Na moment między nami zapadła niezręczna cisza.
– Idziesz do pracy? – zagadnęłam głupio, bo to oczywiste, że skoro miał na sobie mundur, to wybierał się do pracy.
Wyprostowałam się, ściągnęłam łopatki i położyłam dłonie na blacie, bo nie wiedziałam, co z nimi zrobić. Wyjrzałam przez okno na podwórko. Niedawno musiało padać, ponieważ droga była mokra, ale nie dostrzegłam, by z nieba spadały jeszcze krople deszczu. Przy podjeździe stał stary samochód wujka. Miał niebieski kolor, rdza zjadała mu progi, a na zderzaku odznaczało się spore wgłębienie. Nijak tego nie skomentowałam. Byłam przyzwyczajona do takich widoków.
Cieszyłam się, że po wszystkim, co się stało, miałam jeszcze dach nad głową. Wujek Ben, brat mojej mamy, o dziwo, postanowił mnie przygarnąć.
– Kawy? – Pomachał dłonią, w której trzymał pudełko z kawą rozpuszczalną.
Sztywno skinęłam głową i znowu zapadła cisza.
– Przepraszam, że nie mogę spędzić z tobą więcej czasu. – Wujkowi chyba zrobiło się głupio przez tę napiętą atmosferę, bo zaczął pospiesznie mówić. – Powinienem oprowadzić cię po mieście i pokazać centrum, ale w pracy nie dostałem wolnego i dzisiaj muszę się pojawić w komisariacie. Postaram się jednak być cały czas pod telefonem, więc gdybyś chciała o coś zapytać, dzwoń śmiało. Masz mój numer?
Znów skinęłam głową, a on postawił przede mną kubek parującej kawy, więc cicho podziękowałam. Nie podał mi ani cukru, ani mleka, jednak nie dopytywałam, gdzie je znajdę. Nie wiedziałam jeszcze, co gdzie leżało w tej kuchni, ale byłam pewna, że niedługo się tego wszystkiego nauczę.
– Podrzucę cię na zajęcia – dodał i tym razem to na jego twarzy wymalował się grymas.
Delikatnie zmarszczyłam brwi i upiłam łyk gorącej kawy, która sparzyła mi język. Była gorzka i kwaśna.
– I przepraszam, że mówię ci to na ostatnią chwilę, ale mam dobry kontakt z dyrektorką tej placówki, do której pojedziemy. Trochę porozmawialiśmy i powiedziałem jej, że będziesz teraz u mnie mieszkać, a ona zaproponowała, że dopisze cię do listy studentów.
– Czyli nie pójdę do college’u, o którym mówiłeś na początku?
– Oczywiście, że możesz tam iść, ale ta prywatna placówka to dobra okazja, jeśli wiesz, co mam na myśli. Nie chodzi tam byle kto, a dyrektorka w zasadzie sama zaoferowała, byś tam uczęszczała – wytłumaczył.
– Za darmo? – mruknęłam.
Byłam nauczona, że nic nigdy nie dostawało się za darmo. Poczułam też falę niepokoju, która urosła w moim gardle, i mocniej ścisnęłam kubek. Już przygotowałam się na to, że pójdę na uczelnię, o której wujek wspominał, kiedy poprzedniego dnia odebrał mnie z lotniska.
– Mówiłem, że mam z nią dobry kontakt – odparł i znowu się uśmiechnął. – Jeśli jednak wolisz iść do tej szkoły, o której rozmawialiśmy wcześniej…
Mówił dalej, ale ja już się wyłączyłam. Zaczęłam wszystko pospiesznie analizować. Korzyści, pomyślałam. Skup się na korzyściach. Jeśli to miał być dla mnie lepszy start, jeśli w ten sposób mogłam zapewnić sobie lepszą przyszłość… dlaczego miałabym nie spróbować.
– W porządku – przerwałam wywód wujkowi.
Tym razem to on wziął łyk kawy, cały czas mi się przyglądając.
– Mogę iść do tego college’u, który zaproponowała ci pani dyrektor – dodałam potulnie i nawet lekko się uśmiechnęłam.
Wujek Ben dyskretnie odetchnął z ulgą; wyraźnie widziałam, że się rozluźnił.
– Świetnie. W takim razie zawiozę cię, a później będziemy się zdzwaniać – stwierdził, a ja pokiwałam głową.
Pospiesznie dopiłam kawę, by na mnie nie czekał.
– Nie zjesz śniadania? – spytał z wyraźnym zdziwieniem, kiedy zerwałam się na nogi.
– Zjem coś w stołówce – odparłam i złapałam za torebkę.
Mężczyzna nie protestował. Zabrał ode mnie pusty kubek i wsadził obydwa do zlewu. W tym czasie podeszłam do wyjścia i wcisnęłam na stopy adidasy, które wcześniej zniosłam z góry. Na wieszaku wisiała moja szeroka skórzana kurtka. Narzuciłam ją na ramiona i gotowa obróciłam się w stronę wujka, który zgarnął ze stołu jeszcze kilka swoich rzeczy.
– Chodźmy – powiedział i znowu zmusił się do uśmiechu.
Wyszedł na zewnątrz jako pierwszy, a ja ruszyłam za nim. Po zamknięciu drzwi od razu skierowaliśmy się do samochodu, ale zimny wiatr i tak zdążył przedrzeć się przez warstwy moich ubrań. Wzdrygnęłam się i wsiadłam do środka, gdy tylko otworzył auto pilotem.
Silnik pojazdu zaskoczył dopiero za drugim razem, ale pozostawiłam to bez komentarza. Przez całą drogę wyglądałam przez okno. Obserwowałam migające za szybą gęste lasy i liście, które spadały z drzew. Przez chmury co chwilę przedzierały się słabe promienie słońca i byłam pełna nadziei, że tego dnia już nie spadnie deszcz. Ciszę w samochodzie Ben zagłuszył radiem, które trochę podgłośnił.
Zdziwiłam się, kiedy nagle skręciliśmy w wąską uliczkę otoczoną kolejnym gęstym lasem. Uważnie rozglądałam się na boki, ale wokół nie dostrzegłam żadnych budynków. Kilka sekund później moim oczom ukazał się wysoki ceglany mur. Był ciemny, a brama przy wjeździe – szeroko otwarta. Przejechaliśmy przez nią i mój wzrok zatrzymał się na trzypiętrowym college’u.
Budynek był duży i również wzniesiony z ciemnej cegły. Miał dwie wieże po bokach i to nadawało mu charakteru średniowiecznego zamczyska. Dodatkowo na środku placu znajdowała się fontanna z posągiem stojącego smoka. Po prawej rozciągało się ogromnych rozmiarów boisko, które składało się z kilku części. Zakładałam, że każda z nich służyła do uprawiania innej dyscypliny sportowej.
Poczułam nagły ucisk w żołądku, gdy uświadomiłam sobie, że kręcący się wokół nieliczni studenci mieli na sobie mundurki w burgundowym kolorze. Nie dość, że rozpoczynałam naukę w środku roku szkolnego, to jeszcze tak cholernie się wyróżniałam.
Wszystko szło niezgodnie z planem.
Dopiero po sekundzie uświadomiłam sobie, że wujek Ben również nie pasował tutaj ze swoim rdzewiejącym, zniszczonym samochodem. Zrozumiałam, że znajdowaliśmy się na terenie naprawdę renomowanej placówki i od tej chwili każdy mój krok będzie obserwowany.
Szczególnie że uczniowie już zaczęli posyłać spojrzenia w naszą stronę.
– Dalej nie wjadę – oznajmił wujek. – Gdybym miał więcej czasu, zaprowadziłbym cię do środka i odnalazł panią Green, ale bardzo mi się spieszy. Przepraszam, Kate.
– Nic się nie stało – mruknęłam wypranym z emocji głosem. Mięśnie mi się napięły, jakbym szykowała się do ucieczki. – Poradzę sobie – dodałam.
– Zajęcia prawdopodobnie będziesz mieć na pierwszym piętrze – poinformował.
– Pójdę już. Dziękuję za podwózkę.
Nim mężczyzna dodał coś jeszcze, wysiadłam na zewnątrz i założyłam na twarz idealną maskę. Zrobiłam to automatycznie, nawet o tym nie myśląc. Torebkę zarzuciłam na ramię, zadarłam podbródek i pod czujnym wzrokiem uczniów ruszyłam do środka. Weszłam po kilku schodkach i otworzyłam ciężkie dwuskrzydłowe drzwi. Po przekroczeniu progu otoczył mnie półmrok.
Na korytarzu kręciło się trochę ludzi, na pewno więcej niż na zewnątrz. Dopiero co musiała się rozpocząć przerwa, ponieważ niektórzy jeszcze wychodzili z sal. W tym momencie naprawdę odczułam, że ten college jest prywatny.
I chyba właśnie dlatego nie zdziwiły mnie szepty i rzucane mi spojrzenia. Jeżeli nie było tutaj dużo studentów, tak jak to bywa w normalnej szkole, prawdopodobnie większość dobrze się znała.
Odgarnęłam włosy na plecy i pomaszerowałam do sekretariatu, który znajdował się na końcu korytarza. Duży, biały napis dostrzegłam nawet stąd.
Zapukałam do drzwi i weszłam do środka. Przy ciemnym dębowym biurku siedziała starsza kobieta, która na mój widok podsunęła okulary z czubka nosa, by mi się przyjrzeć.
– Słucham? – spytała i od razu wyprostowała plecy.
– Przyszłam w sprawie planu lekcji. Mój wujek Ben Barnes…
– Ben Barnes? Ach, a więc to ty, kochaniutka. Siadaj.
Szeroki uśmiech, który pojawił się na twarzy kobiety, wyraźnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się tak ciepłego przyjęcia w renomowanej placówce. Z reguły takie elitarne miejsca kojarzyły mi się z oziębłością i wyrachowaniem.
Wykonałam polecenie i mocniej ścisnęłam torebkę.
– Wujek już o tobie mówił. Jesteś na drugim roku, prawda?
Kiwnęłam głową.
– W porządku. Tutaj jest twój plan lekcji. Ten tydzień będzie dla ciebie adaptacyjny, ale pamiętaj, że później nie ma taryfy ulgowej. Każdy z naszych studentów musi zapisać się także na zajęcia dodatkowe, listę przekaże ci przewodniczący twojej klasy. Najważniejsza zasada w naszej placówce to kulturalne zachowanie i przestrzeganie zasad zapisanych w regulaminie. Na stronie internetowej znajdziesz jego kopię i byłoby świetnie, gdybyś jak najszybciej się z nim zapoznała – trajkotała jak najęta. Po chwili znowu zlustrowała mnie wzrokiem.
– Nie mam mundurka – powiedziałam to, co prawdopodobnie właśnie chodziło jej po głowie.
– Nie przejmuj się, przewodniczący również ci go przekaże. Jeśli będziesz chętna, możesz zostać dzisiaj po lekcjach i zajrzeć na któreś z zajęć dodatkowych. Wliczają się w to również dyscypliny sportowe. Czy potrzebujesz jeszcze czegoś, moja droga?
Zamrugałam, gdy podsunęła mi pod nos plan lekcji i kluczyk do szafki.
– Nie, to chyba wszystko. Dziękuję – bąknęłam i wstałam.
– W razie jakichkolwiek pytań znajdziesz mnie tutaj każdego dnia od ósmej do szesnastej. Zapraszam – zaćwierkotała, a ja uśmiechnęłam się do niej miło i szybko pożegnałam.
Z mocno bijącym sercem wyszłam na korytarz i przycisnęłam plan do klatki piersiowej.
Dobrze, pomyślałam. Pierwszy etap za mną.
Skierowałam się w stronę szafek i zerknęłam na kluczyk z numerkiem trzynaście. Kącik moich ust drgnął. Jeżeli miała to być zapowiedź czekającego mnie pecha, to początek w tej szkole rysował się interesująco.
Stanęłam przed szafką z odpowiednim numerem i przekręciłam kluczyk w zamku, by otworzyć drzwiczki. Kiedy to zrobiłam, zaczęłam wsadzać do środka rzeczy z torebki, których na razie nie potrzebowałam. W tym momencie dotarło do mnie zamieszanie, jakie rozpoczęło się wokół. Zamarłam z dłonią zaciśniętą na metalowych drzwiczkach i spojrzałam przez ramię.
– Czy to szafka Beverly? – spytała niezbyt cicho jedna z obcych mi dziewczyn.
Moje czujne spojrzenie zatrzymało się na grupce, która również stanęła przy mnie. A raczej bezczelnie mnie otoczyła.
– Dlaczego teraz ona ją ma?
Kim była Beverly i dlaczego, do cholery, ludzie patrzyli na mnie tak, jakbym ją zabiła?
Spojrzałam z powrotem do wnętrza szafki i upewniłam się, że zostawiłam wszystko, co chciałam. Dopiero wtedy zamknęłam drzwiczki i schowałam kluczyk do kieszonki w spódniczce. Kiedy obróciłam się na pięcie, by ruszyć do sali, w której za chwilę miały się rozpocząć pierwsze zajęcia, prawie na kogoś wpadłam. Moje spokojne, obojętne spojrzenie padło na drobną dziewczynę o sięgających do ramion, kruczoczarnych włosach.
– Cześć, jestem Paige. Jesteś tutaj nowa, prawda?
Zacisnęłam palce na pasku torebki. Szum, jaki zrobił się wokół mnie, wydawał się irracjonalny i od razu poczułam kiełkujący w moim wnętrzu gniew.
– Tak – mruknęłam i zmusiłam się do uniesienia kącików ust. – Katherine – dodałam po chwili ciszy i wyciągnęłam do niej dłoń.
Uścisnęła ją lekko.
– Wybacz, że nachodzę cię tak znienacka, ale nasza przewodnicząca się rozchorowała i pani Green kazała mi przekazać ci mundurek – wyjaśniła i dopiero wtedy mój wzrok padł na złożone ubrania, które trzymała w dłoniach.
– Dziękuję. – Uśmiechnęłam się do niej lekko i odebrałam swoje rzeczy.
– Masz szafkę Beverly – dodała, a ja ponownie usłyszałam imię dziewczyny, o której wcześniej wspomniała nadal gapiąca się na mnie dziewczyna.
– Beverly?
– Takiej jednej – szepnęła niepewnie i rozejrzała się na boki. – Muszę już spadać na zajęcia. Powodzenia – dodała i nim zdołałam cokolwiek dodać, ulotniła się w ułamku sekundy.
Wzięłam wdech i przepchnęłam się przez zgromadzony tłumek, by przedostać się do sali.
Według tego, co powiedział mój wujek, zajęcia dla drugiego roku odbywały się na pierwszym piętrze, więc tam też się skierowałam. Oczywiście nie znałam jeszcze rozkładu budynku, dlatego za pierwszym razem otworzyłam nie te drzwi, co powinnam, i moim oczom ukazał się małych rozmiarów składzik.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby w środku nikogo nie było. Zamarłam z dłonią zaciśniętą na klamce, gdy dostrzegłam odwróconego do mnie tyłem chłopaka. Miał luźno zarzuconą na ramiona białą koszulę, ale nie to zwróciło moją uwagę.
Przykuły ją krople krwi na podłodze. Z powrotem uniosłam wzrok na nieznajomego.
– Wszystko w porządku? – zapytałam, bo tylko takie pytanie przyszło mi do głowy.
W tej samej chwili chłopak odwrócił się w moją stronę.
Był przystojny. Miał nieco przydługie włosy w odcieniu ciemny blond i granatowe oczy. Przez to, że mocno zaciskał zęby, jego szczęka była wyraźnie zarysowana. Nie dostrzegłam jednak ust, ponieważ przyciskał dłoń do nosa, wyraźnie próbując zatamować krwawienie.
Zlustrował mnie wzrokiem.
– Wyjdź stąd.
Wydał polecenie za późno, ponieważ już zdążyłam wślizgnąć się do środka.
– Mam chusteczki – powiedziałam.
Zmarszczył brwi.
– Nie mam pojęcia, kim jesteś, ale wyjdź stąd – powtórzył.
– Nie powinieneś iść do pielęgniarki?
– Głucha jesteś?
– A ty ślepy? Zaraz pobrudzisz krwią całą podłogę – prychnęłam i najwyraźniej to stwierdzenie bardzo go zirytowało.
Jednak jako osoba mająca duże pokłady cierpliwości jakby nigdy nic wyciągnęłam z torebki chusteczki i podałam mu opakowanie.
– Jeśli mogę zapytać…
– Nie możesz – przerwał mi ostro.
– Dlaczego z rozwalonym nosem chowasz się w składziku? – dokończyłam.
Dopiero wtedy zjechałam wzrokiem na jego rozpiętą koszulę, którą również miał pobrudzoną. Tylko na ułamek sekundy zatrzymałam spojrzenie na jego wyrzeźbionym brzuchu. Nie ma co, chłopak musiał w wolnych chwilach ostro trenować, by tak wyglądać.
– Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.
– Okej, okej, tak tylko pytam. Z ciekawości. – Mój szorstki ton głosu chyba dał mu do myślenia, bo przestał mieć tak naburmuszoną minę.
Westchnął tylko, pokręcił głową i kiwnięciem wskazał mi drzwi.
– Jesteś nowa – stwierdził w końcu głosem podszytym niezadowoleniem.
– A ty krwawisz.
Przewrócił oczami.
– Gdybyś nie była nowa, wiedziałabyś, że nie powinnaś ze mną rozmawiać – dodał.
– To ostrzeżenie?
Oparł się o ścianę, a ja skrzyżowałam ramiona na klatce piersiowej i spoglądałam na niego z wyzwaniem w oczach.
– A jak myślisz? To ostrzeżenie? – powtórzył.
Coś w wyrazie jego twarzy podpowiadało mi, że nie był tak przewidywalny, jak myślałam, i nie zamknął się w składziku tylko dlatego, że ktoś walnął go w nos.
– Dostałeś kosza od dziewczyny? – spytałam, a on zamrugał zaskoczony. – Albo z nią zerwałeś i dlatego dała ci w twarz?
– Dlaczego ty tu w ogóle…
– Czyli tak? – Wydęłam usta. – Przykro mi.
Wcale nie było mi przykro. Może sobie zasłużył.
– Idź stąd już, cholerna nieznajomo – mruknął wkurzony.
– Masz rację. Jeśli się wykrwawisz, tylko ja będę wiedzieć, że tu jesteś.
– Próbujesz właśnie poczuć się ważna?
– Ja jestem ważna – poprawiłam go. – No to cześć. – Zasalutowałam mu.
Odwróciłam się i nacisnęłam klamkę. Moje serce na moment zamarło, gdy drzwi ani drgnęły. Spojrzałam w dół w poszukiwaniu zamka, który być może przez przypadek przekręciłam. Nie było go. Serce zabiło mi mocniej. Znowu szarpnęłam za klamkę.
– Pożegnałaś się, więc dlaczego nadal tu stoisz? – Do moich uszu dotarło kolejne pytanie chłopaka.
– Ty się nie pożegnałeś – zwróciłam mu uwagę.
– Nie żegnam się.
– Nie? – Obejrzałam się przez ramię.
Kącik jego ust drgnął.
– Mam wrażenie, że to nie ostatnie nasze spotkanie.
Zaśmiałam się cicho. Nerwowo.
– Naprawdę? Też mam takie wrażenie – odpowiedziałam i być może trochę zbiłam go tym z tropu.
– Też masz takie wrażenie? – powtórzył.
– Niestety. Drzwi się zacięły. Jesteś na mnie skazany.
Uśmiechnęłam się fałszywie, a jego wzrok spoczął na klamce, którą właśnie puściłam. Na szczęście już przestała mu lecieć krew z nosa. Ruszył w moją stronę i gdy się nachylił, poczułam ostry zapach jego perfum. Pachniały ładnie i męsko. Nieznajomy szarpnął za klamkę i nawet naparł na drzwi, ale te ani drgnęły.
– Chyba sobie, kurwa, żartujesz.
Nie żartowałam.
