The Pucking Wrong Guy - C.R. Jane - ebook
NOWOŚĆ

The Pucking Wrong Guy ebook

C.R. Jane

5,0

94 osoby interesują się tą książką

Opis

Trudno oprzeć się przeszłości w tym gorącym, mrocznym romansie hokejowym bestsellerowej autorki – C.R. Jane.

„Gdybyś była moja, nic nie stanęłoby mi na drodze, by być przy tobie”.

Blake przeprowadziła się do LA, aby rozpocząć nowe życie i odnieść sukces. Pracuje jednak jako kelnerka, a marzenia o karierze modelki wciąż pozostają nieosiągalne. Niespodziewanie przeszłość puka do jej drzwi i zmienia wszystko.

Nie rozpoznaje go przy pierwszym spotkaniu, ale przystojny, wytatuowany hokeista to Ari Lancaster – jej pierwsza miłość – ten sam, który był przy niej w najgorszym momencie życia. Jako dorosły emanuje niezachwianą pewnością siebie i potrafi jednym pocałunkiem wywrócić świat Blake do góry nogami. Nie ma najmniejszego zamiaru znowu jej stracić.

Dziewczyna wie, że powinna oprzeć się pokusie, lecz za każdym razem, gdy Ari skupia na niej swoją przytłaczającą uwagę, wszelkie postanowienia biorą w łeb. Nie da się zaprzeczyć, że żyją w dwóch odmiennych światach, ale to tylko kwestia czasu, gdy Blake zacznie się zastanawiać, czy ten nieodpowiedni mężczyzna, w którym się zakochuje, nie jest przypadkiem tym właściwym.

 

W tej części serii The Pucking Wrong rządzą złamane serce i szczęśliwe zakończenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 389

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



The PuckingWrong Guy

C.R. Jane

Przełożyła Olga Kaczmarczyk

Prolog

LAYLA

Kiedyś

Z ciężkim sercem szłam za opiekunką społeczną w stronę domu dziecka. Szare niebo idealnie odzwierciedlało mój nastrój, a powietrze zdawało się zimniejsze niż zazwyczaj. Minęło tylko kilka tygodni, odkąd straciłam rodziców. To wciąż bolało, otwarta rana już nigdy się nie zagoi. Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe.

Budynek był stary i przytłaczający. Wysokie, ceglane ściany rzucały długi cień na wejście. Przełknęłam głośno i dla odrobiny pocieszenia przytuliłam kurczowo misia. Chciałabym, żeby to wszystko okazało się jedynie koszmarem, bym mogła wrócić do domu i rodziców, którzy czekaliby z otwartymi ramionami.

Pani Thompson, opiekunka społeczna, ścisnęła mi delikatnie rękę. Kobieta miała łagodne oczy i ciepły uśmiech. Nie mogła jednak odpędzić smutku, który przyczepił się do mnie jak rzep.

– Nie martw się, kochanie. Wszystko będzie dobrze – wyszeptała miękkim, łagodnym głosem.

Kiwnęłam głową, ale do końca jej nie wierzyłam.

Trafiłam tam, bo nikt inny mnie nie chciał. Pani Thompson mogła twierdzić inaczej, próbując utrzymać pozytywny, kojący nastrój, ale taka była prawda. Zostałam sama. Nie miałam nikogo.

Gdy weszłyśmy do środka, korytarz sprawiał wrażenie ciągnącego się w nieskończoność. Ściany były beżowe, nad głową brzęczały świetlówki. Unosił się zatęchły zapach starego papieru i środków czyszczących. Przez to wszystko miejsce nie miało gościnnej atmosfery.

Opiekunka poprowadziła mnie do drzwi na końcu korytarza. Nasze kroki odbijały się echem w ciszy.

Weszłyśmy do małego gabinetu. W środku, za biurkiem zawalonym papierami, siedziała surowo wyglądająca kobieta. Siwe włosy spięte miała w ciasny kok, a ramki okularów zwisały jej na końcu nosa.

– Ach, pani Thompson i nasz nowy nabytek – powiedziała krzepkim głosem. Spojrzała w moją stronę i jej oczy na sekundę złagodniały, ale po chwili ponownie nabrały surowości.

Wzrok kobiety wbił się we mnie z intensywnością, od której ciarki przebiegły mi po plecach.

– Tak, to jest Layla – potwierdziła opiekunka tonem pełnym szacunku.

Przestąpiłam nerwowo z nogi na nogę, ściskając misia jeszcze mocniej. Chciałam, by rodzice tu byli. Oni zawsze wiedzieli, jak sprawić, żebym poczuła się bezpiecznie.

Kobiety zaczęły rozmawiać ze sobą szeptem, nic nie słyszałam. Serce waliło mi głośno w uszach, gdy próbowałam cokolwiek wyłapać z tej wymiany zdań. Miałam przeczucie, że mówią o czymś ważnym.

– Wiem o jej rodzicach. Co za tragedia.

– Tak, to jedna z trudniejszych spraw – stwierdziła opiekunka głosem przepełnionym współczuciem.

– Czy wiedzą już, dlaczego ją zabił?

Poczułam gulę w gardle i przestałam słuchać. Rozmawiały o mamie i tacie. Oczy wypełniły mi się łzami. Próbowałam je ukryć. Te kobiety nie powinny widzieć, że płaczę. Nie chciałam też myśleć w ten sposób o rodzicach.

Wreszcie skończyły szeptać. Starsza kobieta wygładziła siwe włosy, choć ani jeden kosmyk nie odstawał z idealnego koka, potem podeszła do mnie i przykucnęła. Jej twarz zrównała się z moją, a rysy odrobinę zmiękły.

– Dzień dobry, Laylo. Nazywam się pani Anderson. Jesteśmy tu, by ci pomóc, rozumiesz? – zapytała, na co kiwnęłam głową, ponieważ nie mogłam wydobyć głosu z zaciśniętego gardła. – Pomogę ci się zadomowić.

Wyciągnęła rękę, więc odruchowo ją złapałam. Była zimna i koścista, nie taka jak mamy. Nikt z obcych, którym zostałam przekazana po tym, jak znaleziono mnie w domu, nie mógł równać się z ciepłem mamy.

Pani Anderson nie marnowała czasu. Wyszłyśmy z gabinetu i ruszyłyśmy pustym korytarzem, w którym odbijało się echo naszych kroków. Szłam za nią, ukradkiem wycierając łzę. Prawie upuściłam misia. Miarowe kroki kobiety dawały odrobinę otuchy, gdy kroczyłam dalej w nieznane. Na ścianach wisiały zdjęcia dzieci, które kiedyś tu mieszkały. Ich uśmiechy na zawsze zatrzymano w czasie. Zastanawiałam się, gdzie są teraz. Czy kiedykolwiek odnalazły szczęście?

Podeszłyśmy do drzwi. Pani Anderson otworzyła je z lekkim skrzypnięciem. Pokój był mały, prosty i zimny. W środku stały dwa łóżka ze schludnie złożonymi kocami, biurko z krzesłem oraz półka z paroma książkami. Zasłony wpuszczały z zewnątrz tylko słabe światło, które pokrywało wszystko szarą poświatą.

– To będzie twój pokój, Laylo – powiedziała łagodnym głosem pani Anderson. – Dzielisz go z Michelle. Zapewne zaraz tu przyjdzie i się poznacie. Masz wolną rękę, możesz udekorować go tak, żeby poczuć się jak u siebie.

Obejrzałam wnętrze, ale nie zauważyłam, aby Michelle urządziła się po swojemu. Ogarnęła mnie jeszcze większa nerwowość. Rozglądając się wokół, poczułam… smutek. To nie był mój stary pokój wypełniony plakatami i znajomym zapachem potraw mamy. Wiedziałam, że powinnam być wdzięczna za to, że tu jestem, skoro i tak nikt mnie nie chciał, ale wszystko było nie tak. Ściany nie miały delikatnego odcienia lawendy, nie wisiały na nich zdjęcia z naszych rodzinnych wycieczek. Łóżko nie tonęło w misiach. Na stoliku nocnym nie stały kwiaty, które tata co tydzień przynosił mnie i mamie.

– Dziękuję – wyszeptałam drżącym głosem.

– Proszę, kochanie. Jeśli będziesz potrzebowała czegokolwiek, pytaj. Przyślę kogoś, kto pokaże ci resztę domu. Kolację jemy o szóstej w głównej sali – powiedziała pani Anderson z delikatnym uśmiechem, starając się zignorować moje cierpienie.

Kiwnęłam tylko głową, nie mogąc wydobyć z siebie słów. Zostawiła mnie w pokoju samą i zamknęła drzwi. Usiadłam na brzegu łóżka, tuląc desperacko misia. Poczułam się samotna. Łzy, które próbowałam tak długo powstrzymywać, teraz swobodnie spływały po policzkach.

Minuty mijały. Emocje kłębiły się jak huragan, którego nie umiałam uspokoić. Ból po stracie i dojmująca samotność uderzyły, zrywając wątłą tamę zbudowaną z opanowania. Miałam wrażenie, że zaraz utonę w oceanie łez. Każdy uciekający z gardła szloch był echem cierpienia schowanego głęboko w środku. Panika wezbrała w piersi jak straszna bestia, która grozi, że wyrwie się na wolność.

Ten pokój, ta nieznana przestrzeń zdawały się pętać jak kaftan, od którego nie sposób uciec. Serce waliło, oddech się rwał. Tańczyłam na krawędzi otchłani. Zakręciło mi się w głowie, świat wirował, nie potrafiłam złapać równowagi.

Dość. Nie mogłam tam zostać. Łapczywie wciągając powietrze, rzuciłam się do drzwi. Wzrok miałam rozmyty przez łzy, miś wypadł mi z rąk. Biegłam korytarzem, próbując wygrać wyścig ze skradającą się paniką. Wypadłam z budynku na trawnik. Zimny wiatr na twarzy ostro kontrastował z pożarem w moim wnętrzu.

Upadłam na trawę, panika zacieśniała już uścisk. Świat się rozpadł, a ja zgubiłam się w ruinach.

Wtedy nagle przez cały ten chaos przedarł się głos.

– Hej, hej, już dobrze. Skup się na oddechu. Jestem przy tobie.

Zamrugałam, próbując skoncentrować wzrok na stojącym przede mną chłopcu. Skoncentrował na mnie swoje zmartwione spojrzenie. Patrzył, jakby naprawdę rozumiał, co się dzieje. W tych ciemnozielonych oczach nie było litości, tak jak u wszystkich innych. Pozbawione były rezygnacji, którą widziałam u pań Thompson i Anderson. Zobaczyłam w nich troskę.

Jego obecność była jak lina ratunkowa podczas sztormu, pozwalająca mi uczepić się czegoś w trakcie paniki. Wzrok miał łagodny, a głos kojący.

– Głęboki wdech, aniele, i powolny wydech. Świetnie ci idzie.

Panika zaczęła ustępować, a ja czułam coraz większy spokój, choć myślałam, że już nigdy go nie zaznam. Szaleństwo na chwilę zniknęło. Świat wokół zamarł, aż została wyłącznie cisza.

Powoli się uspokajałam i wycierałam resztki łez. Spojrzałam w zaciekawieniu na chłopca, czując wdzięczność.

Wyglądał na starszego ode mnie. Jego włosy tworzyły burzę czarnych fal, które zdawały się żyć własnym życiem. Intensywnie zielone oczy błyszczały zadziornie, sprawiały, że moje serce szybciej zabiło. Na policzku zauważyłam smugę brudu. Uśmiechał się szeroko, jakby znał wszystkie sekrety świata i nie mógł się doczekać, aż się nimi podzieli. Z jego twarzy biła naturalna pewność siebie, której nie widziałam u nikogo. Stał tam spokojnie jak gotowy na wszystko władca świata.

– Dziękuję – wydusiłam, gdy uświadomiłam sobie, że się na niego gapię.

Uśmiechnął się nagle szeroko, jakby nie był w stanie się powstrzymać.

– To nic takiego – rzucił.

Jego wzrok wędrował po mojej twarzy, więc wytarłam z policzków resztę łez.

– Mam na imię Ari.

– Layla – powiedziałam niepewnie.

– Layla – powtórzył, wyciągając dłoń, by pomóc mi wstać.

Gapiłam się na nią przez chwilę. Miałam wrażenie, że jeśli przyjmę tę pomoc, zapadnie jakaś poważna decyzja. W końcu złapałam go za rękę, a mój los został przypieczętowany.

Tylko jeszcze o tym nie wiedziałam.

Rozdział 1

BLAKE

– Dostałaś tę cholerną robotę! – krzyczała Kelsey do telefonu.

Skrzywiłam się i odsunęłam słuchawkę od ucha, obawiając się trwałego uszkodzenia słuchu. Waldo zawarczał na ten dźwięk i podniósł głowę z podłogi, na której przysypiał, wygrzewając się w słońcu wpadającym przez okno.

Zajęło mi chwilę, by zakodować, co Kelsey mówi.

– Udało się – wyszeptałam. Ręce zaczęły mi się trząść, dotknęłam ust w niedowierzaniu.

Waldo położył przednie łapy na mojej nodze. Wyczuł narastające napięcie i zaczął piszczeć.

– LA, złotko! – krzyknęła znowu.

Tym razem mnie nie ogłuszyła. Nie zakodowałam tego. Ta wielka rzecz, o której starałam się nie myśleć, nie marzyć, ziściła się. W końcu stała się rzeczywistością.

Nagle przed oczami stanęła mi twarz Clarka. Nie powiedziałam mu o tym, bo nie chciałam ryzykować kłótni o coś, co mogło się w ogóle nie wydarzyć. Ale teraz…

O wilku mowa. Mój telefon zawibrował, sygnalizując połączenie przychodzące od niego.

– Muszę to odebrać – powiedziałam agentce, nie dając jej dojść do słowa, i przełączyłam rozmowę. – Cześć – rzuciłam wysokim głosem.

– Cześć, kochanie. Gotowa na dzisiejszy wieczór? – zapytał ciepłym głosem.

Żołądek mi się skurczył na myśl o imprezie, na której miałam się z nim pojawić. Ci wszyscy patrzący na mnie ludzie… Rzuciłam okiem na wiszące na ścianie lustro i powiodłam spojrzeniem po liniach mojego ciała w odbiciu. Niedoskonałości, które zobaczą. Rzeczy, które pomyślą.

– O siódmej, tak? – powiedziałam, podążając wzrokiem za bliznami na biodrze, i przełknęłam gulę niepokoju.

– Tak. Wysłałem ci suknię. Nie mogę się doczekać, aż cię w niej zobaczę – przyznał.

– Super – wyszeptałam, zaciskając powieki, bo na myśl o tym, jak będę wyglądała, gdy ją włożę, poczułam palący wstyd.

– Muszę lecieć na spotkanie. Kocham cię – wymruczał w taki sposób, że powinnam poczuć w brzuchu motyle.

– Na razie – powiedziałam cicho.

Rozłączyłam się, patrząc przez okno w małym mieszkanku, na które ledwo było mnie stać. Clark też miał tego świadomość i od miesięcy prosił, bym się do niego przeprowadziła. Ale ja zawsze wymyślałam jakąś wymówkę.

Ile mam jeszcze czasu, zanim się nimi zmęczy? Zostanę wtedy sama?

Będę sama w Los Angeles…

Waldo zaszczekał, jakby chciał zaprotestować przeciwko tym myślom. Uklękłam obok niego i zatopiłam twarz w jego miękkim, czarno-białym futrze.

– Nie jestem sama, prawda? – wymruczałam i uśmiechnęłam się delikatnie, gdy zaczął mnie lizać. Pozwoliłam sobie na moment oddechu, pozostając z nim tak przez chwilę, chłonąc jego ciepło.

Wstałam i rozejrzałam się po pokoju.

Zagracone mieszkanie było chaotyczną katastrofą. Całkowite przeciwieństwo życia, które przyszło mi wieść po tym, jak zostałam adoptowana. Po przekroczeniu progu pokoju wpadało się w sam środek tornada kolorów, wzorów i artystycznego bałaganu, nie mający sensu dla nikogo oprócz mnie. Każdy centymetr tej małej przestrzeni zajmowały przedmioty, które odpowiadały mojej eklektycznej osobowości.

Futon oparty o ścianę używałam jako kanapę oraz łóżko. Poduszki były wysiedziane, ale dla mnie wyglądały przytulnie – zwłaszcza porozrzucane i układające się w gniazdo, w które się zanurzałam, gdy czytałam lub chciałam pomarzyć.

Pod następną ścianą stała moja duma, czyli gramofon z kolekcją płyt winylowych znalezionych na pchlich targach czy w sklepach z używaną odzieżą. Centralny element całego wystroju stanowił stolik kawowy upstrzony plamami farby z zaimprowizowanych sesji artystycznych.

Niewielka kuchnia składała się tylko ze zlewu, minilodówki i małego palnika – ledwo mieścił się na nim jeden rondel. Garnki oraz patelnie były chybotliwie poukładane na półkach, a obok widniał cały asortyment niepasujących do siebie kubków i talerzy.

W rogu stała półka grożąca załamaniem się pod ciężarem książek. To była moja biblioteczka pełna zagiętych rogów i podkreślonych zdań, które dotknęły duszy w taki czy inny sposób. Nie miałam szafy, więc ubrania piętrzyły się na stojaku z wieszakami. W kątach leżały buty – każda para znaleziona w ulubionych sklepach z używaną odzieżą.

Clark nienawidził tego mieszkania, jego kolorów i liczby przedmiotów. Nie mógł pojąć, że do domu dziecka trafiłam jedynie z pluszowym misiem pod pachą. Nie potrafił zrozumieć potrzeby otaczania się rzeczami, które są tylko moje.

Rodzice adopcyjni także tego nie rozumieli. Zaoferowali, że zapłacą za penthouse. Byli rozczarowani, gdy odmówiłam i zdecydowałam, iż spróbuję żyć na własną rękę.

Nikt mnie nie rozumiał.

– Krok po kroku, Blake – wymamrotałam do siebie, spychając ciemne myśli w głąb umysłu.

Jeszcze zanim zaczęłam się szykować na wieczór, ruszyłam do łazienki, by połknąć tabletki na zaburzenia lękowe.

*

W windzie wzięłam głęboki oddech. Kolejne piętra migały na wyświetlaczu, a ja czułam, jak ze strachu oblewa mnie coraz zimniejszy pot. Materiał sukienki szeleścił wokół. Clark przysłał dzieło sztuki z bladoróżowej satyny i koronki, które unosiło się jak marzenie.

Suknia była elegancka, ale nie potrafiłam się do takich przyzwyczaić. Przypominała mi o życiu, do którego zostałam wepchnięta – pełnego splendoru, perfekcji i oczekiwań, którym nie sprostałam. Adopcyjna matka naciskała na nieustanne udoskonalanie się, presja w świecie mody również była ogromna.

Teraz czułam się tak, jakbym miała na sobie nie do końca pasujący kostium. Podobnie było prawie każdej nocy. Powinnam się już do tego przyzwyczaić. Czułam się tak, odkąd Shepfieldowie zabrali mnie z domu dziecka, zmienili mi imię, tożsamość, a wraz z tym cały mój świat.

Doskonałość była prawem rządzącym każdym kątem w zimnej posiadłości, do której mnie zabrali. Jedyna niedoskonałość, na którą zezwolono, to ta dotycząca Maury Shepfield. Nie mogła mieć dzieci. Stąd potrzeba posiadania mnie.

Od chwili, gdy wkroczyłam do tego środowiska, jej niemożliwe standardy zaczęły obowiązywać także mnie, kształtując moje jestestwo w mozaikę dokładnie określonych wymagań, które były przeciwieństwem wszystkiego, czego nauczyli rodzice. Wpadłam w sieć utkaną z wizji kobiety na temat tego, jak powinno wyglądać życie.

Maura Shepfield była definicją przepychu. Cechowała ją rozgorączkowana potrzeba posiadania wszystkiego, co najlepsze. W tej kwestii miałam stać się jej lustrzanym odbiciem.

Ubrania, które nosiłam, były dobierane z drobiazgową starannością. Dowolna okazja, nieważne, jak błaha, wymagała perfekcji duszącej jak zbroja, którą musiałam nieustannie nosić.

Nie chodziło tylko o ubrania.

Postawa, sposób mówienia czy trzymania widelca – Maura wytrenowała mnie w taki sposób, bym sunęła przez życie z gotową choreografią do każdego kroku i scenariuszem do wszystkich słów. Wygląd i zachowanie były obrazem, który ją odzwierciedlał. Jakiekolwiek odstępstwo od wymagań spotykało się z rozczarowaniem i cięło głęboko aż do krwi.

W świecie tej kobiety drobinka niedoskonałości tworzyła plamę niszczącą wypolerowaną powłokę, nad którą tak niezmordowanie pracowała. Wierzyła, że życie to misternie przygotowane przedstawienie odgrywane na wielkiej scenie – tu wszyscy są aktorami, a ona reżyserem kierującym precyzyjnie i z determinacją każdą sceną.

To, z jakim uporem wymagała perfekcji, ciążyło mi na barkach od pierwszej chwili, w której Shepfieldowie mnie przygarnęli. Było balastem i pozostawiało mało miejsca na swobodny oddech, potknięcie się czy po prostu istnienie. Pośród przepychu, designerskich sukienek i wystawnych przyjęć często się zastanawiałam, gdzie jest miejsce dla mnie.

U dołu schodów zobaczyłam czekający samochód. Poczułam przenikliwy ból w klatce piersiowej. Nie chciałam się teraz nad nim zastanawiać. Clark stał obok drzwi i rozmawiał przez telefon, a jego wzrok z podziwem przesuwał się po mojej sylwetce. Próbowałam się uśmiechnąć, ale nie znalazłam na to siły. Co widział, gdy tak patrzył? Na pewno nie dostrzegał prawdziwej mnie.

Wyglądał pięknie i wyrafinowanie, jak zawsze. Jedyną rzeczą, która odstawała od normy, były czarne włosy ułożone w kontrolowanym nieładzie. Powiedział mi kiedyś, że układa je dokładnie tak, bo dzięki temu sprawia wrażenie bardziej otwartego. Okazało się, że on także uważa to wszystko za przedstawienie. Jego błyszczące, zielone oczy podążały za mną z tym samym zainteresowaniem jak tamtej nocy, gdy się poznaliśmy. W tej kwestii nie mogłam mu niczego zarzucić.

Widywałam go też z przyjaciółmi. Kiedyś podczas spotkania z nimi poszłam do łazienki, a w drodze powrotnej skradałam się jak jakaś wariatka i podglądałam – śmiał się i błyszczał w ich towarzystwie.

Wyrażał coś innego niż wtedy, gdy przebywał ze mną sam na sam – w takich chwilach uśmiechał się, jakbym stanowiła dla niego ciężar. A może to tylko wytwór mojej wyobraźni. Ostatnio nie mogłam być do końca tego pewna. Możliwe, że przemawiały przeze mnie zaburzenia. Pani Shepfield zawsze mówiła, że tylko głupia kobieta nie chciałaby Clarka.

Miał na sobie idealnie skrojony smoking, który leżał jak druga skóra. W posturze widniało napięcie, delikatna oznaka nerwowości, która mówiła, że ktoś po drugiej stronie telefonu nie robi czegoś tak, jak on by chciał. A Clark zawsze dostawał to, czego pragnął. Nawet mnie.

Przesunął dłoń w dół moich pleców. Poczekał, aż wślizgnę się do limuzyny, by wejść zaraz za mną. Gdy samochód jechał ulicami miasta, obserwowałam go dyskretnie, czując w środku kotłujące się sprzeczne emocje. Kiedyś jego obecność była dla mnie azylem.

Myślałam wtedy, że jest bohaterem, który ratował od ciężaru żądań Shepfieldów. Ale teraz w ciasnej przestrzeni auta… kilka razy otwierałam usta, by powiedzieć o wiadomości, która zmieniła moje życie. Nie potrafiłam jednak wydobyć z siebie słowa.

Samochód zatrzymał się przy The Metropolitan Museum of Art, wyrywając z ponurych myśli. Majestatyczny budynek górował nad nami.

Clark skończył rozmowę. Jego uwaga skupiła się teraz na mnie, nasze spojrzenia się spotkały.

– Już jesteśmy, kochanie – wyszeptał, gdybym sama tego nie zauważyła.

Sięgnął dłonią do mojego policzka. Ton jego głosu był łagodny, ale niósł za sobą przypomnienie, że dzisiejsza gala ma na celu więcej niż tylko wszystkich olśnić. Jego partnerzy biznesowi i wszyscy, którzy liczyli się w mieście, byli tu dzisiaj. Dla mnie to kolejna noc udawania kogoś, kim nie jestem.

Wzrok mężczyzny przesunął się po mojej sylwetce. Jego spojrzenie pociemniało, chłonął każdy szczegół. Nagle poczułam się skrępowana taką uwagą, a kompleksy groziły wypłynięciem na powierzchnię.

– Jesteś najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widziałem – powiedział, gdy skończył mnie lustrować.

Nie poczułam się ani odrobinę piękniejsza.

Szofer Ryan otworzył drzwi i na twarzy Clarka pojawiła się maska z olśniewającym uśmiechem. Oświetlony przez flesze paparazzi gromadzących się tłumnie na takich eventach, wyciągnął dłoń, by pomóc mi wyjść z auta. Jego dotyk był ciepły, a postawa emanowała pewnością siebie i urokiem, kiedy prowadził mnie na schody muzeum.

Wkroczyliśmy w hordę błyskających lamp i chór krzyczących fotografów. Clark przesuwał mnie raz w jedną, raz w drugą stronę, by uchwycono nas pod jak najkorzystniejszym kątem. Ten taniec mieliśmy opanowany do perfekcji – gra uśmiechów i pozowanej elegancji skrywająca prawdziwe emocje czające się w głębi. Z wyćwiczonym wyrazem twarzy patrzyłam na niego, jakby był dla mnie wszystkim. A on dalej reżyserował spektakl.

Każdy nasz ruch został uwieczniony przez aparaty, zatrzymany w czasie dzięki huraganowi fleszy. Każde kliknięcie zaczęło potęgować odczuwaną presję oczekiwań.

Gdy Clark prowadził mnie do środka, ciasno owinął ramię wokół mojej talii, jakby wiedział, że jedyne, czego bym chciała, to stamtąd uciec. Poczułam wzbierające mdłości.

W środku muzeum dokonano niesamowitej metamorfozy. Na rzecz przepychu pozbawiono go atmosfery cichej świątyni sztuki.

Maura przeszła samą siebie.

Balustrada przy schodach aż do wejścia udekorowana była kwiatami spływającymi razem z udrapowanym fioletowo-kremowym materiałem. Sprawiało to wrażenie, jakbyśmy wchodzili do świata ekstrawagancji. Atrium, rozświetlone blaskiem kryształowych żyrandoli, zwisających z sufitu niczym gwiezdny pył, przeistoczyło się w salę balową. Aksamitne zasłony rozwieszone wzdłuż korytarzy poruszały się łagodnie w rytm delikatnej muzyki granej przez zespół, zapraszając gości do tańca i rozmów pośród sztuki. Naukowa fasada muzeum zniknęła, a w jej miejsce pojawiło się żywe, oddychające arcydzieło elegancji.

Wmieszaliśmy się w tłum. Clark rozmawiał z gośćmi, więc stałam obok. Jak dodatek. Jego ręka przez cały czas spoczywała na moich plecach, gdy wymiany zdań ciągnęły się w nieskończoność przy użyciu pustych, fałszywych słów. Był władcą tego świata, a ja…

Usłyszałam znajomy śmiech przypominający dzwoneczki. Skrzywiłam się. Maura. Za zamkniętymi drzwiami nie nazywałam adopcyjnych rodziców mamą i tatą. Tylko publicznie. Jej śmiech wyrażał mieszankę wyrafinowania i poczucia wyższości, na co wzdrygałam się wewnętrznie.

Wzięłam głęboki oddech i czekałam, aż się zbliży. Przerażenie spływało mi wzdłuż kręgosłupa jak kropla potu.

Oto nadchodzili państwo Shepfieldowie.

Wygląd kobiety dopracowano w najdrobniejszych szczegółach, jak zawsze. Wypolerowane piękno hipnotyzowało ludzi jak syreni śpiew. Ani jedna zmarszczka nie skalała jej twarzy, dając wrażenie, że może być pomiędzy dwudziestym a czterdziestym rokiem życia. Każdy kosmyk blond włosów starannie ułożono. Czarna suknia, opinająca ciało w odpowiednich miejscach, była kwintesencją haute couture.

Zaskakująco siebie przypominałyśmy. Pewnej nocy podsłuchałam, jak Shepfieldowie omawiali, że był to jeden z powodów, dla którego nie wybrali małego dziecka. Każdy, kto by nas spotkał, uznałby, że jestem ich córką. Szczęściara ze mnie.

Thomas stojący obok niej ucieleśniał klasyczny urok. Jego szyty na miarę smoking obrazował niewymuszone wyrafinowanie. Srebrne włosy podkreślały naturalną elegancję. Oczy emanowały ciepłem, w kontraście do chłodnej postawy Maury. Wiedziałam jednak, że to tylko powierzchowne.

Gdy zbliżali się do nas, Maura przesunęła po moim ciele oceniające spojrzenie, co automatycznie spotęgowało strach, który szarpał mną od środka.

– Blake, widzę, że nie skorzystałaś z mojego zespołu, który pomógłby ci z makijażem i włosami – powiedziała z wyrachowanym uśmiechem.

Jej słowa były podszyte odrobiną jadu. Komentarz, który mógłby wydawać się nieszkodliwy dla wszystkich wokół, uderzył mnie jak policzek. Ból nim spowodowany kontrastował z radosną atmosferą wokół.

– Ciebie też dobrze widzieć, mamo – odpowiedziałam chłodno, gdy Clark przesunął dłonią po moich plecach, próbując dodać mi otuchy.

Maura z Thomasem gruchali do niego, a on wypluwał z siebie równie idiotyczne uprzejmości. Normalnie umiałam to wytrzymać, jak długo było trzeba, jednak dzisiaj dźwięk ich głosów przyprawiał mnie o dreszcze, jakby armia mrówek wlazła pod skórę.

– Zaraz wrócę – wymamrotałam do Clarka z wymuszonym uśmiechem.

Ignorując zdziwienie i zniesmaczenie na twarzy Maury spowodowane takim brakiem manier, ruszyłam do łazienki. Potrzebowałam chwili, żeby zebrać myśli i naprawić pęknięcia, które groziły rozerwaniem od środka. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich. Rosło to zawsze obecne uczucie, że nigdy nie okażę się wystarczająco dobra dla kogokolwiek.

Na szczęście łazienka była pusta. Stanęłam naprzeciwko lustra, próbując głęboko oddychać. Starałam się utrzymać na wodzy szalejące emocje. Wzrokiem pełnym nienawiści gapiłam się na swoje odbicie. Byłam modelką. Świat nazywał mnie piękną.

A ja nienawidziłam każdej cząstki siebie.

Blond fale okalały twarz kaskadą, którą inni mogli podziwiać, ale ja widziałam tylko niedoskonałości. Kosmyki zdawały się zawsze układać nie tak, jak trzeba. Ciągle w nieładzie, który zderzał się z oczekiwaniami wszystkich. Ciemnoniebieskie, niemalże fioletowe oczy wpatrywały się we mnie. Dostrzegałam tylko siniaki pod nimi, pamiątki po nieprzespanych nocach i dniach pełnych lęku.

Duże usta, przyciągające uwagę, której nigdy nie chciałam. Nienawidziłam sposobu, w jaki się układały, gdy się uśmiechałam, jakby krzyczały o zainteresowanie, zdradzając rosnący dyskomfort zza wiecznie noszonej maski. Odbicie zdawało się ze mnie szydzić. Każdy szczegół atakował pewność siebie, a i tak zawsze mi jej brakowało.

Kiedy patrzyłam na swoje ciało, widziałam wypukłości i ostre kontury podkreślające jedynie niedoskonałości. Dekolt, zamiast dodawać atrakcyjności, za dużo pokazywał, co tylko potęgowało skrępowanie.

Zgarnęłam palcami materiał w talii. W głowie rozbrzmiała symfonia samokrytycznych myśli. Włosy, oczy, usta, całe ciało – wszystko wyglądało źle. Każdy aspekt wyglądu podlegał bezlitosnej ocenie. Chór negatywnych głosów nie cichł nigdy, niezależnie od tego, co robiłam.

Drzwi do łazienki się otworzyły i stanęła w nich Michelle, dziewczyna udająca moją przyjaciółkę. Weszła do środka z pewnością siebie, na którą ja nigdy nie mogłabym się zdobyć. Jej ciemne włosy spływały falami po ramionach, sarnie oczy błyszczały psotliwie, a usta pomalowała odważną, czerwoną szminką.

Czarna suknia podkreślała kształty Michelle. Rozcięcie z boku było głębokie, ale zostawiało pole wyobraźni. Poruszała się z gracją, która przykuwała uwagę i dodawała odrobiny tajemniczości. Emanowała pewnością siebie, co przyciągało do niej ludzi.

– Blake – przywitała się, a w głosie pobrzmiewała mieszanka ciepła i sarkazmu, którą potrafiła uzyskać tylko ona.

Spojrzałam na nią z niepokojem.

– Cześć, Michelle.

Oparła się o blat, jej oczy śledziły mnie z nutą rozbawiania.

– Wow, Blake. Wyglądasz… inaczej.

Westchnęłam na ten komentarz. Można było się tego po niej spodziewać. Próbowałam zignorować te słowa, ale mocno uderzały w moje już i tak delikatne ego.

– Miło to od ciebie usłyszeć – powiedziałam sarkastycznie.

Przy Michelle nie mogłam okazywać słabości. Przypominała rekina w oceanie, który z odległości kilku kilometrów potrafił wyczuć krew.

Od czasu naszego wspólnego pobytu w domu dziecka stałam się jej ulubionym celem. Została zaadoptowana przez przyjaciół Shepfieldów, więc byłam na nią skazana, czy tego chciałam, czy nie. Jej czerwone usta wykrzywiły się w paskudnym uśmiechu i cały czas skupiała oczy na mojej twarzy.

– Nigdy cię nie widziałam w tak mocnym makijażu. Wyglądasz, jakbyś się naprawdę postarała.

Te słowa ubodły mnie, spychając głębiej w spiralę ciemnych myśli. Spuściłam wzrok, nie mogąc wytrzymać jej spojrzenia. Węzeł upokorzenia zawiązał mi się w piersi.

– A ta sukienka… Czy wysłano ci ją w złym rozmiarze?

Zacisnęłam pięści i wbiłam paznokcie w dłoń. Próbowałam powstrzymać wzbierający gniew.

– A ty wyglądasz jak zawsze cudownie – powiedziałam. Odsunęłam się od lustra i przeszłam obok niej.

– Nie bądź taka. Mówię po prostu to, co wszyscy myślą. Warto mieć taką przyjaciółkę. – Wzruszyła ramionami i zaczęła oglądać paznokcie.

Wzięłam głęboki oddech. Spojrzałam jej w oczy, próbując jak najlepiej ukryć ból i frustrację.

– Jasne.

W spojrzeniu Michelle błysnął triumf. Wiedziała, w co uderzyć, by uruchomić odpowiedni kompleks. Była w tym świetna. Odwróciłam się od niej, ale moje odbicie w lustrze zdawało się wszystko potwierdzać.

Porzuciła temat wyglądu i zaczęła gadać o przyjęciu. Jej głos do mnie nie docierał. Nie zauważyła, gdy wyszłam, próbując ukryć słabość. Czułam determinację, by z podniesioną głową wrócić na galę.

Clark uniósł brew, pytając w ten sposób bezgłośnie, czy wszystko okej. Kiwnęłam głową na potwierdzenie. Ujął mnie za łokieć i poprowadził do naszego stolika pośrodku sali. Nie było mniej przytłaczającego miejsca? Stół nakryty został śnieżnobiałym obrusem, stały na nim błyszczące kryształowe kieliszki. Starannie ułożone na talerzach przysmaki wyglądały jak małe dzieła sztuki. Delikatne światło świec rzucało miękki blask na twarze zebranych. To pewne, że jedzenie będzie smakowało wybornie. Gdybym tylko pozwoliła sobie czerpać z niego przyjemność. Czego nie zrobię. Maura wypominałaby mi to do końca życia.

Gdy kelnerzy roznosili dania, weszła na scenę, aby przemówić.

– Panie i panowie, szanowni goście. – Jej głos niósł się po sali. – Zebraliśmy się tu dzisiaj nie tylko po to, by świętować przyjaźń, ale aby wesprzeć szczytny cel. Łącząc siły, jesteśmy w stanie okazać wsparcie dzieciom z nieuprzywilejowanych domów. Każde, niezależnie od środowiska, z którego się wywodzi, powinno mieć szansę na świetlaną przyszłość – mówiła miękko, by nadać wypowiedzi dramatycznego efektu. – Zobowiązując się do poprawy ich losu, nie dokonujemy jedynie czysto filantropijnego czynu. Wzmacniamy także naszą społeczność, łącząc się w empatii wobec najmłodszych.

Patrzyłam na nią, śledząc każdy gest oraz wyraz twarzy. Zdawała się przemawiać szczerze. Wszystkie zdania były nicią gobelinu przedstawienia. Wewnętrznie nie mogłam się powstrzymać od przewrócenia oczami na oklepane frazesy, wygłoszone z odpowiednio wyćwiczoną dramaturgią.

– Kiedy będziemy oddawać się przyjemnościom tego wieczoru, nie zapomnijmy twarzy tych, których los poprawi się dzięki naszej szczodrości – ciągnęła dalej tonem wskazującym na wzburzone emocje. – Nie zapomnijmy o dzieciach, które marzą, mają aspiracje i zasługują na szansę, by wyrwać się z więzów okoliczności.

Mój umysł wędrował, myśli kłębiły się wokół cynizmu, wypływającego z jej kwiecistych słów. Cała ta przemowa pełna fałszywych stwierdzeń próbowała zasłonić nieprzyjemną rzeczywistość. Maura miała w nosie dzieci z mniej uprzywilejowanych domów. Widziałam, jak zwolniła gosposię, bo ta zaszła w ciążę. Nie zapomnę też, jak wylała mrożoną kawę na chłopca, który prosił o pieniądze w Central Parku.

Rozciągała dalej swą iluzję, a kiedy skończyła, wybuchły oklaski osób, które dały się zauroczyć. Nadal rozbrzmiewały, gdy Clark nagle wstał i zastukał delikatnie w kieliszek – dźwięk ten zatrzymał wszystkie rozmowy.

Zmarszczyłam czoło. Nigdy nie wznosił publicznych toastów. Uważał, że jest ponad to.

– Panie i panowie – zaczął. Pewny głos niósł się po sali. – Dzisiejsza noc to nie tylko celebracja szczytnego celu. Chcę z państwem świętować coś zdecydowanie bardziej osobistego, co zmieniło moje życie w sposób, jakiego nie mogłem się spodziewać.

Zamarłam. Nie potrafiłam nawet wziąć oddechu, gdy ton Clarka budował moment, wzmacniając podekscytowanie. Nie spuszczałam z niego wzroku. Próbowałam zrozumieć, o czym mówi.

Zwrócił się ku mnie. Nagle w jego oczach pojawiło się ciepło, którego zawsze tam brakowało.

– Blake, moment, w którym cię spotkałem, zmienił moje życie w sposób, którego nie mogłem przewidzieć. Pokazałaś mi świat mający znaczenie. Świat, którego nigdy nie odkryłbym sam. Jesteś moim początkiem, osobą, która mnie inspiruje i ma moje pełne zaufanie.

Serce chciało wyskoczyć mi z piersi. Ciężar słów powoli osiadał na ramionach. Sala zaczęła zanikać, a cała moja uwaga skupiła się tylko na Clarku.

– Nie mogę sobie wyobrazić bardziej idealnego momentu, by zadać najważniejsze pytanie w życiu. – Głos mu delikatnie drżał.

Od szczerości, która w nim brzmiała, skręcało mnie w środku. Uklęknął na jedno kolano. Wyciągnął małe pudełeczko. Oddech uwiązł mi w gardle. Umysł nie rejestrował do końca tego, co rozgrywało się przed oczami. Świat zaczął lekko wirować. Konsekwencje jego czynów zaczynały zderzać się z moim wewnętrznym niepokojem.

– Wyjdziesz za mnie?

Patrzyłam na Clarka klęczącego przede mną i przez krótki moment chciałam powiedzieć: „Tak”. To byłoby najłatwiejsze.

Ale po chwili przed oczami mignęło mi życie, które chciał, żebym zaakceptowała. Może i by mnie kochał. Może zrobiłby wszystko, bym była szczęśliwa. Niestety to życie wiodłoby do samotności przykrytej luksusem. Załamałabym się pod jego ciężarem. Miałabym sztuczny uśmiech przyklejony do twarzy. Bez końca.

Już zawsze byłabym taka samotna. Nigdy nie przestałabym pragnąć czegoś więcej.

Zacisnęłam dłoń w pięść na widok pierścionka. Wiedziałam, że ciężar tego zimnego kawałka metalu pociągnąłby mnie na samo dno morza rozpaczy.

– Przepraszam – wyszeptałam. Głos miałam wypełniony żalem. Był naprawdę dobrym człowiekiem. To ja okazałam się głupia, bo nie chciałam wziąć tego, co oferował.

– Co? – Na jego twarzy pewna siebie ekscytacja ustąpiła miejsca szokowi.

Nie wiedziałam, że powiem „nie” – aż do tego momentu. Nigdy nawet nie próbowałabym się o to zakładać. Wzięłam oddech, próbując się uspokoić. Z mieszanką bólu wywołanego decyzją spojrzałam mu w oczy.

– Nie mogę za ciebie wyjść. – Słowa zawisły w powietrzu i prysnął czar, który spowił salę.

Zaskoczone westchnienia i szepty wybuchły wokół jak grzmot.

Bez słowa wstałam od stołu i ruszyłam do wyjścia. Stukot obcasów o marmurową posadzkę wyznaczał rytm ucieczki – rozpaczliwego biegu ku wolności czekającej za tymi wystawnymi murami. Przepych przyjęcia rozmył się za mną, gdy wypadłam przez drzwi. Zimne, nocne powietrze przyniosło ulgę od napiętej atmosfery.

Z każdym krokiem ciężar decyzji zdawał się lżejszy. Szepty, które wypełniły salę, cichły. Zaakceptowałam możliwość innej przyszłości, gdzie szczęście było możliwe.

Rozdział 2

Ari

Kali-kurwa-fornia.

Skrzywiłem się na ostre słońce oraz westchnąłem po raz milionowy, odkąd wysiadłem z samolotu. Stałem na parkingu, gapiąc się na budynek przede mną. Trening zaczynał się już za pół godziny, ale ja miałem jeszcze masę pierdół do załatwienia, zanim wejdę na lód.

Zdecydowałem się to wszystko jednak trochę odwlec. Zadzwoniłem do mojego kumpla Lincolna.

– Jak tam w krainie mlekiem i miodem płynącej? – zapytał ospałym tonem.

– Ech, brzmisz na zbyt zadowolonego z siebie. Uprawiałeś przed chwilą seks.

– Tak – potwierdził z radością dupka, który regularnie sypia z bratnią duszą.

– Przekaż mojej przyjaciółce, że mówię „cześć” – parsknąłem do telefonu.

– Ona nie jest twoją przyjaciółką – prychnął. – Monroe ma tylko jednego najlepszego przyjaciela i jestem nim ja – dodał.

Zawsze reagował tak samo, gdy się z nim przekomarzałem, a to naprawdę poprawiało mi humor.

– Stoisz na parkingu, prawda? – zapytał.

– Mhm.

– Szykujesz się na spotkanie z Soto.

– Mhm.

Cisza.

– Ten sezon będzie taki dziwny.

Przełknąłem z trudem. Wybrałbym kiepski moment, gdybym się rozkleił na samą myśl o tym, że porzuciłem wyśnione życie w Dallas, by spędzić rok w Kalifornii.

Żeby zdobyć dziewczynę moich marzeń.

Dobra, było warto.

– Mam zamiar wkurzyć Soto – stwierdziłem, przemilczając to, co powiedział, bo musiałem się trzymać motta, że chłopaki nie płaczą.

– Rozwal system.

– Tylko rok.

– Tylko rok – rzucił i się rozłączył.

Teraz, gdy dostałem motywacyjną gadkę, o której inni mogliby wyłącznie pomarzyć, czas najwyższy wejść do środka.

Ruszyłem do gigantycznego budynku, bo oczywiście LA zawsze musiało przebić skalę. Był smukły i funkcjonalny. Wysokie kolumny okalające wejście odbijały światło słoneczne i pulsującą wokół energię. Wielkie okna, ozdobione w barwy zespołu, dawały zapowiedź tego, co zastanę w środku – arenę pełną niebieskich siedzeń, nieskalany lód czekający na zawodników oraz podekscytowanie, które mogło się wydobyć jedynie z ryczącego tłumu.

Już prawie słyszałem dopingujących kibiców, łyżwy sunące po lodzie i głuchy odgłos krążka trafiającego w cel. Wziąłem głęboki oddech. Powietrze smakowało solą, w oddali słychać było szum miasta. Po raz pierwszy palce aż mrowiły mnie z ekscytacji.

Jedziemy, chłopcy.

Wszedłem do szatni zespołu. Kolory zaatakowały gałki oczne jak wpadka modowa w cyrku. Kto uznał, że fioletowy i złoty do siebie pasują? Mój wewnętrzny krytyk zaprotestował.

Musiałem jednak z niechęcią przyznać, że miejsce nie wyglądało najgorzej. Szafki błyszczały, jakby brały udział w przesłuchaniu do reklamy pasty do zębów. Sprzęt był tak równiutko poukładany, że któryś z pracowników z pewnością miał nerwicę natręctw.

Jakiś entuzjastyczny głos z recepcji opowiadał mi o historii zespołu, ale mózg uznał, że to dobry czas na drzemkę. Stopy zaś wyruszyły na misję i poprowadziły mnie wzdłuż szafek, jakby wiedziały coś, czego nie wiem ja. Może uznały, że na końcu całej tej linii koszulek znajdziemy ukrytą skrzynię z przekąskami.

Do ucha wpadały kawałki przemowy pracownika o dynamice zespołu i nadchodzącym sezonie. Tak, tak, synergia, chemia, bla, bla. Mózg rozważał jednak ważniejsze kwestie, na przykład w jaki sposób, do ciężkiej cholery, trafiłem do tej szatni, otoczony zapachem spoconych jaj i środka do dezynfekcji.

I oto pojawił się on.

John Soto, mój zaciekły rywal, opierał się o jedną z szafek. Wyglądał jak koszmar fryzjera. Po nieudanej metamorfozie kolor włosów przypominał pieprzyk na czyimś lewym pośladku. Jasne, że nie na moim – ten był czystą perfekcją. Ale na czyimś…

– Potrzebuje pan czegoś przed treningiem, panie Lancaster? – zapytał pracownik biura, gdy skończył przemowę.

Patrzył na mnie z nadzieją, jakby po czymś, co było jednym z najnudniejszych doświadczeń w moim życiu, oczekiwał napiwku. Może zaakceptowałby gumę do żucia. To akurat zadziałało u Kevina McCallistera.

– Jak miło z twojej strony, Lancaster, że w końcu zaszczyciłeś nas obecnością – powiedział przeciągle Soto.

Zwrócił tym uwagę na swoją paskudną gębę, a odciągnął od napiwków wypłacanych w gumach do żucia.

Umowa została sfinalizowana parę dni temu, więc ominęła mnie większość treningów przedsezonowych. Ale, do kurwy nędzy, miałem nadzieję, że Layla umie piec ciasteczka, bo należało mi się parę blach za poświęcenie tego roku. Blake, nie Layla. Musiałem zapamiętać, że tak się teraz nazywa.

Soto zaśmiał się, odciągając moje myśli od bratniej duszy.

Zadrżałem z udawanym niesmakiem, patrząc na niego. Jego rudawe włosy widziano pewnie z kosmosu. Nos wyglądał abstrakcyjnie, jakby został zaprojektowany przez Picassa, miał też oczy koloru wodnistej zieleni, a dokładniej zastanej wody w baseniku dziecięcym. Był dziełem masy genetycznych pomyłek.

Wyglądał, jakby los zdecydował wrzucić wszelkie dziwaczne cechy do worka i je wymieszać. W ten sposób powstał Soto, którego nawet karykaturzysta nie chciałby narysować.

Obserwowali nas pozostali członkowie zespołu. Zasalutowałem im delikatnie – pełna klasa z mojej strony.

– Piekło musiało zamarznąć, chłopcy. Ari Lancaster się pojawił – powiedział Soto.

Brzmiał jak alarm samochodowy. Niczym w kreskówkach, gdy postać wdycha hel i zaczyna mówić cienkim, piskliwym głosikiem, jakby brała udział w castingu do chóru wiewiórek. Facet musiał raczyć się helem do śniadania, bo jego głos zawstydziłby nawet Chipa i Dale’a.

– Ktoś musi podnieść wam poziom, chłopcy – powiedziałem, patrząc po ich twarzach.

Przypomniałem sobie, co o nich wiedziałem, kiedy przez te wszystkie lata grałem po przeciwnej stronie.

Najpierw Callum, obrońca, którego nazywali ludzkim murem. Musiałem przyznać, że rozpiętością ramion zdołałby zablokować słońce. Miałby przezwisko „Przejścia nie ma”, gdyby przy swoich umiejętnościach obrońcy nie ruszał się jak lodowiec. Dajcie mu GPS, bo się gubił na lodzie. Gdy dołączyłem do zespołu, został zdegradowany do drugiej linii, jednak nie gapił się na mnie z wściekłością, więc szacun dla niego.

Tommy, snajper. Strzałami z dokładnością pocisku samonaprowadzającego mógłby ściągać satelity. Utrzymywał tak pokerową twarz, że Lady Gaga byłaby z niego dumna. Ale nigdy nie pchał się do bijatyk. Bezpośrednia fizyczna konfrontacja nie figurowała na liście jego priorytetów.

Nie zapominajmy o Frankim, demonie prędkości na łyżwach. Gdyby jeździł jeszcze szybciej niż teraz, zobaczylibyśmy tylko rozmazaną sylwetkę i zniknąłby w innym wymiarze. Koleś zachowywał się jak gepard po kofeinie, szalał na lodzie, jakby był spóźniony na randkę z przeznaczeniem. Jego skupienie brało sobie jednak wolne w którymś momencie meczu. Przysięgam, że potrafił śmigać z jednego końca na drugi, by nagle przerzucić się na jazdę figurową.

Spojrzałem z powrotem na Soto. Nie miał żadnych mocnych stron, tylko słabe. Nie zamierzałem męczyć swojej ślicznej główki, by wymienić je wszystkie.

LA nie było do dupy, tylko nie byli to moi chłopcy z Dallas.

Ale to tylko jeden rok.

– Zawieszenie broni? – westchnął Soto i wyciągnął dłoń w moją stronę.

Ze wszystkich sił próbowałem powstrzymać się od parsknięcia śmiechem, bo… to się nigdy nie wydarzy. Udawałem, że rozważam, co zrobić, zacząłem wyciągać rękę… by nagle ją cofnąć.

– Sorry, Soto. Nie jestem nawet w stanie udawać, że cię lubię.

Wykrzywił twarz ze złości, gdy zrezygnował z utrzymywa­­nia pozorów.

Puściłem mu oczko.

– Pieprz się, Lancaster.

– Postaw mi najpierw kolację. Twój mały kutas nie byłby wart zapamiętania, musiałbym wyciągnąć z tego chociaż steka.

Szatnia wybuchła śmiechem. Zaimponowali mi. Może jednak mieli poczucie humoru.

Zadowolony z przebiegu wydarzeń, podszedłem do szafki, by przygotować się do treningu. Czułem na sobie spojrzenie Soto, laserami z oczu strzelał w moje pośladki.

– Walker Davis – usłyszałem, gdy wyciągałem łyżwy z torby.

Podniosłem głowę. Ach, Walker. Zespołowy przystojniak – przynajmniej do teraz, bo przecież pojawiłem się ja. Amerykański chłopak prosto z plakatów. Gdyby życie było komedią romantyczną, grałby główną rolę – z uśmiechem zdobywającym miliony wyświetleń na Instagramie. Jego włosy z pewnością miały własny fan klub. Linia szczęki nie dawała spać rzeźbiarzom, a oczy błyszczały gotowe do sesji zdjęciowej. Walker ucieleśniał licealną szczeniacką miłość. To pewne, że zamiast budzika co rano budził go chór ptaszków. Oczywiście później pomagały mu się ubrać.

Ja, on i Lincoln w jednym pomieszczeniu i mielibyśmy falę omdleń.

Do dziś figurował też jako jedyny zawodnik wybrany do NHL All-Star. Był zdolniejszy i młodszy od mojego kumpla Bendera. Na lodzie ze mną i Lincolnem nikt by go nie pokonał. Warto się nad tym później zastanowić.

– Ach, Walker. Bramkarz o twarzy piękności, która mogła zwodować tysiąc statków – skomentowałem.

Zaśmiał się i wyciągnął rękę, jakby dawał mi bilet do ekskluzywnego show „Zgarnę Twoją Laskę”.

– Super cię mieć na pokładzie – powiedział z urokiem godnym księcia z bajki.

Uścisnąłem jego dłoń, ledwo się powstrzymując od zapytania, czy wszędzie targa ze sobą wiatrak do wykonywania tej lekkiej bryzy we włosach.

Przebrałem się i poszedłem za nim na trening. Na lodzie po raz pierwszy poczułem się jak w domu, a nie na obcej planecie. Chłód lodowiska i znajomy szum łyżew. Zespół może i był nowy, ale lód się nie zmienia.

Sunąłem po tafli. Przez sekundę mogłem udawać, że jestem w domu w Dallas i zaraz rozłożę Lincolna na łopatki. Wtedy Soto przejechał obok i przypomniałem sobie, dlaczego to miejsce jest do dupy.

Wybrzmiał gwizdek. Czas zacząć trening. Głównym trenerem LA Cobras był Kim Palmer. Przedstawił mnie w taki sposób, że poczułem się jak atrakcja w cyrku.

– Ari Lancaster to człowiek, którego dobrze znacie, odkąd przeciągnął nasz zespół przez piekło. Jest darem od Boga dla hokeja i mamy niesamowite szczęście gościć go u siebie.

Może nie powiedział tego dokładnie w ten sposób, ale prawie.

Trener Kim sam wyglądał jak żywcem wyjęty z rozkładówki. Z włosami przetykanymi siwizną i mocno zarysowaną szczęką był stworzony do wygłaszania przemów w filmiku o sporcie, puszczanym w przerwie meczu. Jego postawa mówiła, że w życiu widział już wszystko, a podczas gry nie moglibyśmy go niczym zaskoczyć, nawet gdybyśmy próbowali. Myślałem, że zaraz zacznie cytować Sztukę wojny Sun Tzu. Tego całkiem niezłego trenera otaczali zawodnicy pozostawiający sporo do życzenia. Niewiele mógł z tym zrobić.

Ćwiczenia stanowiły sedno całego treningu. Jazda, podawanie, strzelanie. Byliśmy jak nieskoordynowany zespół taneczny, tylko z większą liczbą ochraniaczy i mniejszą cekinów. Soto, w swoim niekończącym się stanie lekkiego podniecenia, uznał wbicie się we mnie za genialny pomysł, jakbyśmy toczyli wrestlingową walkę WWE wersja NHL.

– Czyżby to wszystko, na co cię stać, ptasi móżdżku? – zaśmiałem się, odpychając się od band. – Skuteczność na poziomie ust twojej matki wczoraj w nocy.

Poczerwieniał i kolorystycznie jego twarz prawie zlała się z włosami.

– Pieprz się! – krzyknął już dzisiaj drugi raz. Najwyraźniej nic bardziej kreatywnego z niego nie wycisnę.

Znowu ruszył w moim kierunku, ale podjechał do nas Walker z dołeczkami w policzkach i dyplomacją.

– Soto, gdybyś tylko tak mocno wjeżdżał w przeciwników podczas gry.

Dobra, Walker nie okazał się taki zły. John skrzywił się na jego komentarz, ale nie powiedział nic więcej. Prychnął i odjechał. Mrugnąłem do Walkera, a on przewrócił oczami.

Wróciliśmy do treningu, ćwiczenia zlały się ze sobą w znajomy rytm. Po lodzie niosły się echa uderzeń krążków i skrobanie łyżew, ścieżka dźwiękowa wysiłku oraz oczekiwania.

Cały czas coś jednak zgrzytało.

Jeśli chodzi o Lincolna i resztę chłopaków z drużyny, po tylu latach razem z łatwością potrafiłem przewidzieć ich ruchy, zanim je wykonali. Tutaj mogłem jedynie odgadnąć, że Soto da ciała. Jedynym pocieszeniem była nagroda na końcu tej drogi.

Gdy Walker zapytał, czy pójdziemy później na drinka, bez trudu odmówiłem. Chciałem zacząć realizować pierwszy punkt z mojego planu.

Rozdział 3

Blake

Znalazłam się w chaosie zwanym Los Angeles. W tym mieście błysk sławy przysłania najstraszniejsze historie zniszczonych marzeń. Byłam na prostej drodze, by stać się taką historią.

Super robota, która miała zmienić wszystko? Ta, która miała wystrzelić karierę w kosmos? Rozpadła się jak zamek z piasku w starciu z falami.

Miałam wziąć udział w sesji zdjęciowej dla magazynu „Voyage”, jednak redaktor odpowiadający za nią był uwikłany w skandal z molestowaniem seksualnym w tle. Czegoś takiego nie przetrwałby żaden projekt. Na pierwszych stronach gazet toczyło się śledztwo, coraz więcej modelek i pracowników „Voyage” opowiadało przerażające historie.

Może udało mi się uniknąć piekła.

Odnosiłam wrażenie, że staję się powoli bohaterką opowieści ku przestrodze. Ot kolejna dziewczyna chcąca być kimś skończyła jako kelnerka.

Przynajmniej mogłam w końcu oddychać. Pracowałam w renomowanej restauracji – odwiedzali ją celebryci z pierwszych stron gazet. Sączyli wymyślne koktajle przy stole, do którego kobiety aspirujące do roli aktorek i modelek donosiły pełne tace.

Agentka załatwiła mi tę pracę, twierdząc, że przyda się do nawiązywania kontaktów z gwiazdami. Może tak by było, gdybym nie podejrzewała, że zamiast dostać za nią wypłatę, zgłosiłam się na ochotnika do molestowania seksualnego.

Poczułam wibracje na udzie, przyszła wiadomość. Westchnęłam, bo od razu wiedziałam, że od Clarka. Nadal byliśmy razem. Albo przynajmniej tak mi się wydawało.

Odrzucenie oświadczyn go zdruzgotało. Jeszcze gorzej wpłynęło na niego, gdy oznajmiłam, że się wyprowadzam. Stwierdził, że zrobi wszystko, by nasz związek przetrwał, bo mnie kocha i jestem dla niego całym światem.

Takie słowa były zdecydowanie milsze od tego, co powiedzieli Shepfieldowie – przecież wysadziłam w powietrze ich starannie ułożone wobec mnie plany. „Ty niewdzięczna dziewucho! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiliśmy! Co ci daliśmy! Byłaś niczym, córką mordercy, zanim cię znaleźliśmy i daliśmy ci nasze nazwisko! Tak się nam odpłacasz?! Jesteś wiecznym rozczarowaniem! Niczym!”

Córka mordercy. Rozczarowanie. Nic.

Te słowa bez przerwy dzwoniły mi w uszach, łącząc się z wszystkimi, które mówiłam sobie codziennie.

Telefon znowu zawibrował. Rozejrzałam się, czy nikt nie patrzy, i wyciągnęłam go z kieszeni.

Clark:

Kocham Cię. Tęsknię za Tobą. Myślę tylko o Tobie.

Przychodziło mu to tak łatwo. Ja nie umiałam powiedzieć tego nawet w myślach.

Poczucie winy zalało mnie od środka, pozostawiając ciężki, gorzki posmak na języku.

– Twoje zamówienie jest gotowe, dziewczyno – wysyczała mi do ucha Bailey, przechodząc obok.

Jej wypukłe, brązowe oczy rzuciły niespokojne spojrzenie na zniecierpliwioną Daphne. Nasza szefowa kuchni patrzyła na mnie ze złością.

Pospieszyłam po dania. By to zrobić, musiałam przejść przez całą restaurację, która miała współczesny, elegancki wystrój rodem z magazynu wnętrzarskiego. Minimalistyczny, ale wyrafinowany. Z miękkim, lekko przyciemnionym światłem, które sprawiało, że przytulny lokal wręcz zapraszał do środka. Na ścianach wisiały abstrakcyjne obrazy. Blaty stołów były inkrustowane kawałkami wypolerowanego marmuru. Stały przy nich pluszowe fotele o niskich oparciach. To wszystko nadawało pomieszczeniu niewymuszonego luksusu. Marmurowy bar rozciągał się na całej szerokości ściany. Przy nim można było uraczyć się koktajlami, które bardziej przypominały dzieła sztuki niż napoje. Otwarta kuchnia, oddzielona szklanym panelem, pozwalała gościom podglądać kulinarnych mistrzów w akcji. Zdecydowanie nie była to rudera.

Zgarnęłam tacę z daniami, których nazwy ledwo umiałam wymówić. Ruszyłam przez labirynt stolików do mojej części sali wypełnionej ludźmi oczekującymi, że ich rozpoznam.

Hollywood było zdecydowanym przeciwieństwem Nowego Jorku, gdzie bogaci prześcigali się w subtelnej elegancji. Maura skrzywiłaby się z niesmakiem na widok aktorki w limonkowym stroju, ozdobionym piórami, które zdawały się nie na miejscu w porze lunchu. Nie miałam pojęcia, kim ona jest ani w czym występowała. Bailey, restauracyjna królowa plotek, zawsze dbała, bym wiedziała chociaż, z jakiej branży pochodzili goście, których obsługiwałam.

Kobieta nie podziękowała, gdy postawiłam przed nią sałatkę, ale tego można było się spodziewać. Ci ludzie nie zostawiali nawet porządnych napiwków.

Próbowałam nawiązywać kontakty, tak jak radziła mi agentka. I rzeczywiście na przyszły tydzień udało mi się zaplanować kilka castingów do małych kampanii. Mogłam więc odetchnąć pełną piersią. Niezależnie od tego, jak tutaj bywało trudno, nie powinnam o tym zapomnieć.

Drzwi się otworzyły i rozbrzmiał delikatny dzwoneczek. Dziwiło mnie to w tak szykownej restauracji, ale inni twierdzili, że dodaje miejscu uroku oraz swojskości.

Tym razem atmosfera zaczęła iskrzyć z napięcia, jakby ktoś przestawił przełącznik, kierując całą energię i uwagę ludzi na źródło dźwięku. Nie mogłam się powstrzymać, więc zerknęłam przez ramię.

Moje spojrzenie padło na mężczyznę. Świat zatrzymał się w miejscu.

Jego obecność domagała się uwagi, była siłą natury samą w sobie. Kruczoczarne włosy opadające na czoło i przenikliwe zielone oczy podkreślały aurę dominacji, którą roztaczał wokół siebie. Samiec alfa. Drapieżnik wchodzący w świat zdobyczy. Wiedziałam to całą sobą.

Przez ułamek sekundy zapomniałam, jak się oddycha. Jego kuszące spojrzenie usidliło. Byłam bezsilna wobec tego uroku. Oczy ze szmaragdowym połyskiem wbiły się w moje, a intensywność jego spojrzenia mogła wydrzeć każdy mój sekret i pozostawić bezbronną.

Nachylił się do hostessy i coś do niej wymruczał, nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie znałam go, byłam tego pewna. Ale sposób, w jaki patrzył… jakbyśmy się znali.

Gapiłam się na niego, wytrącona z równowagi i zafascynowana jednocześnie. Został zaprowadzony do części restauracji, którą się zajmowałam. Coś niesamowitego właśnie wkroczyło do mojego świata. Czułam to. Sądząc po cichych szeptach dookoła, pozostali także zdawali sobie z tego sprawę. Ale to ja musiałam przyjąć jego zamówienie na lunch.

Starałam się jak najdłużej unikać stolika, przy którym usiadł, zbyt nerwowa, by stanąć twarzą w twarz z jego seksapilem. Donosiłam wodę, przyjmowałam zamówienia, rozkładałam nakrycia. Nie mogłam się jednak powstrzymać przed rzucaniem mu ukradkowych spojrzeń.

Podążał za mną wzrokiem, rozbawiony uśmieszek grał mu na ustach. Dokładnie wiedział, co robię, i z zadowoleniem czekał. Ludzie przystawali przy jego stoliku, jakby chcieli się przez chwilę ogrzać w blasku chwały.

Mogłabym przysiąc, że nie widziałam go nigdy wcześniej, ale każda cząstka mojego DNA krzyczała, że jest najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Na pewno był sławny, wpływowy. Nie znajdowałam innego powodu, dla którego największe gwiazdy podchodziły się z nim przywitać.

Kobieta, którą kojarzyłam z popularnego telewizyjnego show, przystanęła obok niego, gdy uzupełniałam dzbanek z wodą. Powiedziała coś, a on się zaśmiał, odchylając głowę do tyłu. Skręciło mnie w środku, poczułam ukłucie przypominające zazdrość. Chciałam, by ten śmiech należał tylko do mnie. Roztaczał ciepło jak bryza w letni wieczór. Co się ze mną działo, do cholery? Byłam totalnie zauroczona.

Nie mogłam dłużej zwlekać, więc podeszłam przyjąć zamówienie. Taca z dzbankiem pełnym wody trzęsła mi się w rękach. Mężczyzna rozsiadł się wygodnie, biorąc w posiadanie przestrzeń wokół siebie. Im byłam bliżej, tym większe robił na mnie wrażenie.

Zawsze miałam słabość do kolesi z ciemnymi włosami i zielonymi oczami. To z powodu pierwszej miłości jeszcze w domu dziecka. Taki był mój typ i nigdy za daleko od niego nie odbiegłam. Patrz – Clark.

Ten mężczyzna jednak był fantazją na speedzie. Najgorętszym marzeniem, które właśnie się ziściło. Chodzącym ucieleśnieniem pożądania.

Ciemne, rozrzucone w beztroski sposób włosy przypominały nocną burzę. Kontrastowały ze złocistą, muśniętą słońcem skórą. Urzekające zielone oczy świeciły psotnie nutką niebezpieczeństwa.

Nawet pod warstwą ubrań widać było, że jego sylwetka jest niesamowicie – jeśli nie idealnie – wyrzeźbiona. Miał na sobie biały T-shirt z dekoltem w kształcie litery V. Koszulka opinała szeroką klatkę piersiową, podkreślając każdy mięsień i zagłębienie. Nosił naszyjnik z czarnym krzyżykiem, przykuwający uwagę do okolic obojczyków. Bransoletki na nadgarstkach dzwoniły delikatnie, gdy poruszał rękami.

Ciało zareagowało instynktownie na obecność chłopaka. To była pierwotna odpowiedź, której nie potrafiłam kontrolować. Jego spojrzenie z grzesznym błyskiem w zielonych oczach napotkało moje. Sutki stwardniały mi pod ubraniem, wypełniło mnie elektryzujące napięcie. Podbrzusze zmiękło, z każdym uderzeniem serca pulsując bolesną potrzebą. Poczułam wilgoć między udami, niechcianą odpowiedź na przyciąganie.

Dałam się złapać w sieć zaklęcia, po którym zaczęłam pożądać jego dotyku. Zaparło mi dech w piersiach. Boleśnie go pragnęłam. Rozpaczliwie. Ja…

– Cześć – wymamrotał.

Majtki miałam już całkowicie przemoczone. Ten głos brzmiał jak pieszczota – aksamitny szept wywołujący dreszcze na skórze. Otworzyłam usta, próbując odpowiedzieć, ale nie chciałam, by wypadł z nich jęk.

– Cześć – wydukałam w końcu. Skrzywiłam się wewnętrznie. Jak to słabo wypadło.

Telefon zawibrował, co przypomniało mi, że w rzeczywistości mam seksownego, miłego chłopaka. Podejrzewałam, że mężczyzna przede mną mógłby wyrządzić mojemu sercu większą krzywdę, niż Clark kiedykolwiek byłby w stanie. Nie żeby istniała jakakolwiek szansa, że facet takiego kalibru zwróciłby na mnie uwagę. To znaczy… Co mówiłam?

Zorientowałam się, że rozbawienie w jego oczach zmieniło się w niepohamowany głód. Wyglądał, jakby rozbierał mnie wzrokiem, a wyobraźnia podsuwała mu wszystkie sposoby, za pomocą których tu i teraz mógłby zawładnąć moim ciałem.

W niezliczonych romansach czytałam o tego typu mężczyznach. Opisywano ich jako nieosiągalne marzenie, perfekcyjnych samców alfa potrafiących wzbudzić pożądanie tak mocne, że nie pozostaje nic innego, jak rzucić wszystko w diabły i poddać się ich urokowi. Zawsze myślałam, że tacy mężczyźni nie istnieją, są jedynie tworami wyobraźni, postaciami z książek.

Właśnie taki osobnik siedział przede mną. Nieznajomy, o którym wiedziałam, że jedna noc z nim pozostawiłaby mnie bez tchu i mogłaby wywrócić świat do góry nogami.

Masz chłopaka!, wykrzyczał mi głos w głowie. Wiedziałam to… Tylko aktualnie miałam problem, by przypomnieć sobie jego imię.

*

ARI

Była jak uderzenie pioruna, złamała mi serce swoją urodą. Obracałem się za nią nie tylko ja, ale wszyscy mężczyźni i kobiety na sali. Chciałem widelcem wyłupić im oczy. Moja, krzyczało we mnie wszystko, zwłaszcza kutas. Musiałem się porządnie postarać, by utrzymać go na wodzy.

Złote loki okalały jej twarz. A oczy? Porównałbym je do świeżej kawy z rana. Jeden łyk i jesteś całkowicie rozbudzony, gotowy do akcji. To najgorętsza kobieta, jaką kiedykolwiek widziałem. Nie mógłbym przeciwstawić się jej przyciąganiu, nawet gdybym chciał. Ale nie chciałem. Nie byłem idiotą. Pożądanie przypominało pociąg towarowy, ciężki, wielki i nieustępliwy. Stwardniałem tak bardzo, aż się bałem, że rozerwie mi spodnie.

Czułem się tak, jakbym po raz pierwszy potrafił odetchnąć, odkąd zobaczyłem tamten billboard i zrozumiałem, że to ona. Jakbym wstrzymywał oddech od chwili, gdy zniknęła z mojego życia, jeszcze w czasach dzieciństwa.

Wreszcie mogłem wypuścić powietrze.

Jechałem Dallas Road. Miasto rozciągało się na horyzoncie jak labirynt świateł i budynków. Gdy dojeżdżałem do skrzyżowania, wzrok prześlizgnął się po billboardach stojących wzdłuż drogi. Reklamowały wszystko – od fast foodów po luksusowe auta. Walczyły o zainteresowanie mijających je kierowców. Wtedy jedna zwróciła moją uwagę. Zahamowałem gwałtownie, nie wierząc w to, co widzę.

Ona – imponujące ucieleśnienie ponad dekady marzeń i poszukiwań. Wokół niej owinięty był wielki lampart, a spojrzenie miał skierowane na coś poza kamerą. To była reklama jakichś perfum. Od razu ją rozpoznałem. Layla. Dziewczyna, którą straciłem. Jedyna, którą kiedykolwiek kochałem. Rzeka wspomnień wróciła – część z nich już dawno temu zakopałem i próbowałem zapomnieć.

Potrząsnąłem głową, gdy przywołałem w pamięci moment odnalezienia Blake. Porwanie jej i zabranie ze sobą na bezludną wyspę nie wydawało się takim złym pomysłem, ponieważ teraz mogłem znowu oddychać. Wiedziałem, że już nigdy nie spuszczę jej z oczu.

– Jak masz na imię, słoneczko? – zapytałem, zamiast od razu ją złapać i wywieźć. Zasługiwałem za to na jebany medal.

Skrzywiła się. Nie spodobało jej się zdrobnienie. Powinienem nad tym popracować, ale trudno mi się myślało, gdy stała przede mną. Czułem się, jakby po trwającej wieki ulewie promienie słońca wyłoniły się zza chmur. Patrzcie, układam wiersze. Musiałem przypomnieć Lincolnowi, jaki jestem mądry i poetycki.

– Mam na imię Blake i będę dzisiaj twoją kelnerką – powiedziała bardzo profesjonalnym, choć niepewnym tonem.

Uśmiechnąłem się do siebie, bo słoneczko wyglądało, jakbym robił na niej tak duże wrażenie, jak ona na mnie. Znalazłem sobie nowe hobby – słuchanie jej głosu. Zmienił się, odkąd była małą dziewczynką, ale zachował ten urok, który przyciągał od samego początku. To dzięki niemu wiedziałem, że odnalazłem cząstkę magii. Już jako dziecko miałem tego świadomość.

Przygryzła dolną wargę, zanim opowiedziała o daniach specjalnych. Nie interesowało mnie nic z tego, co mówiła, odkąd usłyszałem „taco” i „stek”, ale dalej kiwałem głową. Mógłbym jej słuchać w nieskończoność.

– Proszę pana? – powiedziała, a ja się zorientowałem, że gapię się na nią oszołomiony.

– Czy jest jakaś specjalna pozycja w menu, dzięki której mógłbym zjeść z tobą lunch? – zapytałem, bo najwyraźniej byłem idiotą.

Obserwowałem, jak jej twarz tężeje – odmawiała w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości.

– Nie jestem na sprzedaż – powiedziała i się odwróciła.

Z cieniem uśmiechu patrzyłem, jak odchodzi. Widok z tyłu był tak samo urzekający jak ten z przodu. W porządku. Mogłem się pokajać i okazać skruchę. Musiałem skupić się na planie i zrealizować go tak, by mnie nie znienawidziła po naszym pierwszym spotkaniu. Zazwyczaj byłem bardziej czarujący.

Po zobaczeniu jej na billboardzie rzuciłem się szukać tej reklamy w Google, mając jedynie nadzieję, że nie zwariowałem do cna po tylu latach pobożnych życzeń na temat odnalezienia Layli. Jak tylko zacząłem zarabiać po college’u, rozpocząłem poszukiwania. Nigdy nic na jej temat nie znalazłem. Jakby nie istniała lub umarła. Przez cały czas trzymałem się myśli, że jednak gdzieś jest i wiedzie zdecydowanie lepsze życie niż to w domu dziecka.

Z szybkiego researchu dowiedziałem się, że modelka biorąca udział w tej kampanii to Blake Shepfield. Dziwny detektyw polecony przez Lincolna pomógł mi odkryć, że została adoptowana i mieszka w Nowym Jorku. Jej imię zmieniono podczas adopcji, chociaż detektyw nie dotarł do tego, jak nazywała się wcześniej. To wiele wyjaśniało. Nie da się znaleźć kogoś, kto nie istnieje.

Nawet jeśli nie mogłem odszukać wszystkich informacji, wiedziałem, że to Layla. Nikt nie miał takich oczu. Ten kolor należał wyłącznie do niej, ciemny odcień niebieskiego wpadający w fioletowy, nigdy wcześniej takich nie widziałem. Ich głębia zdawała się nie mieć końca, jak niebo tuż przed świtem. Były zagadkowymi strażnikami tajemnic, otoczonymi przez czarne długie rzęsy, które podkreślały tylko intensywność spojrzenia. Kiedy na mnie patrzyła, czułem się tak, jakby zaglądała mi w głąb duszy. Bałem się wtedy, że odkryje wszystko, zwłaszcza to, iż jestem niewystarczający.

Wyprostowałem się, bo zauważyłem, że na mnie spogląda. W panice zacząłem przeglądać menu, szukając czegoś, co mógłbym zjeść. Restauracja sprawiała wrażenie dość luksusowej. Zawsze czułem się bardziej komfortowo w małych, niepozornych knajpkach niż w miejscach takich jak to.

Ale tutaj była ona, więc i ja się tu znalazłem.

– Zdecydował pan już czy potrzeba więcej czasu? – zapytała chłodnym tonem.