Terapeutka - Nicole Trope - ebook + audiobook + książka

Terapeutka ebook i audiobook

Trope Nicole

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Lana uwielbia swoją pracę terapeutki, w której wysłuchuje zmartwień, obaw i sekretów swoich pacjentów. Stara się jednak nigdy nadmiernie do nich nie zbliżać. Aż do momentu, gdy poznaje Sandy, której piękne zielone oczy – dziwnie znajome – wypełniają się łzami, gdy kobieta opowiada o swoim mężu Mike'u. Przysięga, że siniak na jej twarzy znalazł się tylko przypadkiem. Jednak kiedy Sandy opuszcza gabinet, Lana zauważa dziwne ślady na chusteczce, którą ocierała oczy. Wyglądają jak resztki po makijażu. Ale to przecież niemożliwe, żeby siniak Sandy był fałszywy, prawda?
Pewnego dnia Sandy znika, a Lana zostaje oskarżona o udział w tym zdarzeniu.
Jedyną osobą, która może znać prawdę, jest mąż Sandy. Mike zapewnia, że również poszukuje odpowiedzi i chce odnaleźć swoją żonę, zanim będzie za późno.
Ale kto kłamie? Mąż ze złamanym sercem? Zaginiona żona? A może terapeutka, która zna wszystkie ich sekrety?
Niezwykle wciągający thriller psychologiczny.
 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 303

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 40 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Olga Żmuda

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Weronika1423

Oceń książkę

Strata czasu
00
aneszna

Oceń książkę

spoko
00
MMoniLegimi

Oceń książkę

Nie taki thriller jak go malują. Emocje owszem, pojawiają się, rodzina i dramat też. Boli jednak postawa głównej bohaterki, która jako terapeutka nie radzi sobie z własnymi problemami...
00
marcelakoscianczuk

Oceń książkę

Według mnie to świetna książka psychologiczna, dla fanów Yaloma czy Lorie Gottlieb. Mało w niej jest wątku thillerowego, ale przynosi pogłębioną refleksję nad źródłem zła. Wnosi też wiele w rozumienie terapii psychodynamicznej i terapii traumy. To też książka o trudnym rodzicielstwie...
00



Tytuł oryginału: The Therapist

Copyright © Nicole Trope, 2025.

First published in Great Britain in 2025 by Storyfire Ltd trading as Bookouture.

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Michał Grosicki

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Sławomir Wierzbicki

ISBN: 978-83-8441-307-4

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Dla D.M.I i J

PROLOG

Obecnie – środa wieczorem

Krzyk nie może dochodzić z moich ust, a jednak tak się dzieje.

Kiedy kucam na ziemi, kołysząc się na piętach i słysząc zbliżające się z każdą sekundą syreny, czuję, że jakaś część mnie się wycofuje.

Weź się w garść, słyszę lepszą wersję siebie. Ogarnij się.Jesteś terapeutką, więc zachowuj się odpowiednio.

Ale ta część mnie nie jest tak silna, jak ta, która słyszy syreny, która czuje metaliczny zapach krwi w zimnym powietrzu, która patrzy na ciało leżące na ziemi. Ta część nie może kontrolować tego, co się tutaj dzieje.

Miałam pomagać i to właśnie robię. W moim gabinecie konsultacyjnym pacjenci przychodzą do mnie ze swoimi zmartwieniami, lękami i tajemnicami, a ja staram się ich pchnąć na właściwe tory. Trzymam ich sekrety blisko siebie, zachowując je nawet wtedy, gdy mnie niepokoją, ponieważ na tym polega moja praca. Staram się, by wszystkim było lepiej.

Ale teraz doprowadziłam do tego, że jest gorzej, o wiele gorzej – jest ciało, krzyki i syreny. Nie udało mi się zachować czyjegoś sekretu. Zamiast tego straciłam kontrolę nad prawdą i oto jestem tutaj.

Wtedy rozlega się krzyk kogoś innego.

– Odłóż broń! – wrzeszczy mężczyzna. – Odłóż to, natychmiast!

Odrywam wzrok od ciała i podążam za głosem. Na jego twarzy maluje się gniew i coś jeszcze… czyżby strach?

On się mnie boi.

– Rzuć to! – krzyczy ponownie, a ja wodzę wzrokiem wzdłuż swojej ręki. Trzymam w niej broń. To tego się boi. Ale on też trzyma broń.

Moja różni się jednak od tej, którą posiada mężczyzna, ponieważ jego wiąże się z mundurem i autorytetem.

Ja nie mam tu żadnego autorytetu. W ogóle nie powinno mnie tu być.

Próbowałam pomóc, chciałam to wyjaśnić, ale jego nie obchodzi nic poza pistoletem w mojej dłoni.

Podchodzi o krok bliżej i świeci mi latarką prosto w twarz.

– Odłóż to, odłóż broń.

Unoszę rękę trzymającą pistolet i w końcu udaje mi się wydobyć z siebie głos.

– Nie chciałam, żeby do tego doszło – mówię. – Próbowałam tylko mu pomóc.

Szlochałam, mając nadzieję, że mi uwierzy. Naprawdę potrzebuję, by uwierzył w moją wersję wydarzeń. Musi mi uwierzyć.

1

Sześć tygodni wcześniej – lipiec

Lana

Zamykam drzwi za Natalią, moją ostatnią klientką tego dnia, po czym biorę głęboki oddech, mając nadzieję, że to pomoże na ból głowy, ale tak się nie dzieje.

Zdecydowanie nie powinnam była tak wypełniać swojego dnia wizytami, ale nie potrafiłam nikomu odmówić. Wzięłam dwa tygodnie wolnego z myślą o wakacjach szkolnych w lipcu, a teraz, gdy mój syn, Iggy, wrócił do szkoły, muszę uporać się z zaległościami wobec pacjentów, którzy czekali na mój powrót, za co jestem im naprawdę wdzięczna. Rozwinięcie praktyki zajęło mi trochę czasu i wiem, że każdy klient, który przechodzi przez te drzwi, to kolejna okazja, by komuś pomóc. Kolejna osoba, która pokłada we mnie zaufanie.

Jestem ponownie w pracy dopiero od dwóch dni i wciąż wspominam z rozrzewnieniem wspaniałe wakacje na Bali, gdzie Iggy i ja rozkoszowaliśmy się ciepłem i słońcem w pięknym kurorcie, który dla nas zarezerwowałam. Zdjęcia jasnego, błękitnego nieba i lśniącej wody basenu wypełniły galerię mojego telefonu, dzięki czemu mogę je przeglądać i cieszyć się nimi w ciemne, wilgotne dni.

Zima w Australii nie powinna być wyjątkowo mroźna i przez większość jej trwania da się wytrzymać w ciągu dnia – temperatury spadają do zera tylko w nocy. Ale w tym roku deszcz jest uporczywy i mam świadomość, że przyczynia się to do smutku, z którym wszyscy pacjenci przechodzą przez te drzwi. Duże okno mojego gabinetu wychodzi na park po przeciwnej stronie ulicy i zwykle wpada przez nie dużo światła, ale dzisiaj musiałam pozostawić włączone górne lampy przez cały dzień, które rozpraszały cienie, zarówno dosłowne, jak i metaforyczne. Jestem przekonana, że przyczyniło się to również do mojego bólu głowy.

Czuję się winna, że zostawiłam moich pacjentów i pozwoliłam sobie na wakacje z synem, ale przecież musiałam naładować baterie, poświęcić choć odrobinę czasu sobie. Sama w końcu zalecam takie coś własnym pacjentom.

Kiedy ludzie zmagają się z trudnościami, paskudna pogoda, taka jak dzisiejszy deszcz, może przyczynić się do uczucia melancholii. Nawet teraz uderza o szybę, a poniżej studzienki kanalizacyjne są już przepełnione. Powrót do domu w korkach będzie koszmarem dla każdego. Kierowcy w godzinach szczytu są bardziej agresywni, gdy pada deszcz, ale ja wciąż trzymam się wakacyjnej energii, więc zamierzam jej użyć, aby podnieść poziom cierpliwości wszystkim innym na drodze.

Deszcz nie był jedynym powodem, dla którego zdecydowałam się zafundować sobie i mojemu synowi wakacje. Może i mam kwalifikacje oraz umiejętność wskazywania ludziom drogi przez wszelkie emocjonalne dylematy, które mogą ich dręczyć, ale czasami w moim własnym życiu jest zupełnie inaczej.

Mój były mąż Oliver ponownie wziął ślub pół roku temu. Jego nowa żona jest tylko o kilka lat młodsza ode mnie, ale jest instruktorką fitness, świetną kucharką i ma niezmiennie pogodne spojrzenie na świat. Kiedy przedzieraliśmy się przez całe miesiące własnej terapii, próbując uratować nasze małżeństwo – zanim Oliver sprawił, że stało się ono naprawdę nie do naprawienia – mąż często podkreślał moją tendencję do nadmiernego analizowania wszystkiego, do rozbierania na kawałki jego myśli, aż do tego stopnia, w którym sam kwestionował swoje pomysły. Uważał to za jedną z moich najgorszych cech. „Dlaczego nie możemy po prostu usiąść na kanapie i czegoś obejrzeć, nie robiąc z tego intelektualnego ćwiczenia lub nie wywołując dyskusji na temat moich ludzkich wad?”, pytał. Oprócz tego mówił wiele innych rzeczy: „Dlaczego nie potrafisz przyjąć komplementu bez zastanawiania się, dlaczego go powiedziałem?”. „Dlaczego nie możesz odpuścić, kiedy patrzę na inną kobietę – to tylko spojrzenie, tak robią mężczyźni”. „Dlaczego nie próbujesz kontrolować swojej zazdrości?”.

Jeśli nigdy więcej nie usłyszę tych słów, będę szczęśliwa.

Becky, nowa żona Olivera, jest dokładnie tym, czego oczekiwał. Jej idealne ciało i promienną skórę uzupełniają gęste, kasztanowe włosy i błękitne oczy. Iggy ją uwielbia.

– Robi najlepsze ciasteczka i lubi budować ze mną miasta z klocków Lego – poinformował mnie po tym, jak ją poznał. – Tata mówi, że dzięki niej odczuwa spokój. Co to znaczy?

– Po prostu, że ją lubi – odpowiedziałam. Znaczyło to tylko tyle, że ja nigdy nie zapewniłam Oliverowi żadnego spokoju.

Ale byłam taka przez większość życia, zawsze obserwując, zawsze czekając, aż wydarzy się coś złego, aż coś pójdzie nie tak. Nie mogę za to winić rodziców, są cudowni. Moje obawy zaczęły się w szkole, kiedy uświadomiłam sobie, że nie tylko nie będę uwielbiana przez wszystkich, ale stanę się jednym z tych dzieci, które z jakiegoś powodu są po prostu nielubiane. Drażniłam ludzi, nawet nie mając świadomości, że to robię. Z wiekiem ta wiedza mnie ukształtowała, czyniąc nieśmiałą, ostrożną, wiecznie zmartwioną.

„Postaraj się dobrze bawić”, powtarzała moja matka, gdy jako nastolatka zostałam zaproszona na imprezę, co zdarzało się niezwykle rzadko. Może w ramach samoobrony stałam się introwertyczką i to jest coś, co zaakceptowałam. Przebywanie wśród ludzi jest dla mnie czasami męczące, dlatego długie dni z pacjentami zdarzają się mnie wyczerpywać, ale jednocześnie jestem zmuszona pomagać ludziom i jest to najlepszy sposób, jaki znam. Widziałam, co może się stać z osobą, która nie ma z kim porozmawiać, która czuje, że nie może się do nikogo zwrócić o pomoc, gdy najbardziej jej potrzebuje.

I chociaż nie znoszę luźnych pogaduszek ani bezsensownych pogawędek, zawsze fascynowały mnie rzeczy, które ludzie ukrywają przed światem. Kim są tak naprawdę za swoimi maskami? Kto wie, może ukończyłam studia z tego samego powodu, co wielu psychologów: chciałam się wyleczyć. Myślę, że aktywnie szukałam, kim sama jestem za własną maską, planowałam poznać powody, dla których ludzie mnie nie lubili. Co we mnie widzieli? Kim była osoba, którą pokazywałam światu i jak bardzo różniła się ona od prawdziwej mnie? Dorastanie trochę mi pomogło, podobnie jak zostanie matką, ale i tak jestem pełna blizn po latach kształtowania samej siebie i dobrze o tym wiem.

Matka zawsze mi powtarzała, że okres dorastania to najlepszy czas: „Dużo wolności i zero prawdziwej odpowiedzialności”, mawiała z uśmiechem. Z rzeczy, które mi opowiedziała o swoim życiu, wiem, że jej nastoletnie lata bardzo różniły się od moich. Ona chodziła na imprezy, umawiała się na randki, eksperymentowała z modą i uprawiała każdy możliwy sport. Ja pozostawałam w cieniu i ukrywałam się w bibliotece z nadzieją, że jeśli zostanę zauważona, to nie przez kogoś, kto chce ze mnie uczynić obiekt swojej rozrywki. Byłam prześladowana od pierwszej klasy podstawówki, ale to szkoła średnia była miejscem, w którym osiągnęło to niewyobrażalny poziom. A i tak wytrwałam do samego końca. „Możesz zmienić szkołę”, matka wielokrotnie powtarzała na przestrzeni lat, ale ja wiedziałam, że do każdej nowej placówki zabiorę ze sobą dokładnie tę samą Lanę. Było we mnie coś, chyba w moim wyglądzie i zachowaniu, co czyniło mnie naturalnym celem. Miałam nadzieję, że na uniwersytecie będzie inaczej, ponieważ będą tam nie setki, lecz tysiące różnych ludzi i znalezienie podobnie myślących dusz okaże się łatwiejsze. I tak też się stało. Moje życie potoczyło się dalej, ale nigdy nie zapomnę tamtych lat.

Przypuszczam, że niewielu ludzi w dzieciństwie nie ucierpiało w jakiś sposób.

Becky nigdy nie była prześladowana. Wiem o tym, choć nigdy nie zadałam jej tego pytania. Jestem pewna, że była jedną z tych popularnych dziewczyn w szkole, zawsze otoczona przyjaciółmi i za każdym razem zapraszana na imprezy. A teraz jest nową żoną Olivera.

Przynajmniej nie jestem już w nim zakochana. Kiedy w końcu przyznaliśmy się przed sobą nawzajem, że naszego małżeństwa nie da się już uratować – częściowo z jego winy, należy to podkreślić – mój były mąż i ja uzgodniliśmy, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby ułatwić tę rewolucję Iggy’emu, który miał wtedy zaledwie trzy lata. I trzymaliśmy się tego postanowienia, pozostając w przyjaźni i demonstrując naszemu synowi, że nadal się lubimy. Wymagało to trochę pracy z mojej strony, ale Iggy jest połączeniem mnie i jego ojca – odziedziczył oliwkową skórę i ciemniejszą wersję moich brązowych włosów oraz zielone oczy i uśmiech Olivera. Kiedy na niego patrzę, widzę byłego męża, którego nigdy nie mogłabym znienawidzić, właśnie z powodu tego, jak bardzo kocham moje dziecko. Nadal jednak czuję złość do Olivera. Jego małżeństwo z Becky, z tą piękną Becky, która tak swobodnie czuje się w swojej skórze, wpłynęło na mnie bardziej, niż chciała- bym. Nienawidził mojej zazdrości o inne kobiety, a ja nienawidziłam tego, jak wiele uwagi im poświęcał. Ale nie to najbardziej mnie martwi w jego nowym małżeństwie, lecz to, jak bardzo Iggy ją lubi. Nikt nie chce zostać zastąpiony, zwłaszcza przez własne dziecko, a mój syn wydaje się uwielbiać Becky. Jest sympatyczna, wesoła i zawsze znajduje czas, by się z nim pobawić, czego samotnie pracujący rodzic raczej nie ma pod dostatkiem.

Nie bądź śmieszna, karcę samą siebie. Jesteś jego matką, a on kocha cię bardziej niż kogokolwiek innego. Ciesz się, że się z nią dogaduje, bo to oznacza, że Oliver spędza z nim jak najwięcej czasu.

Bycie wdzięczną przychodziło tak łatwo w balijskim słońcu po obfitym śniadaniu złożonym z egzotycznych owoców i naleśników. W dniu, kiedy deszcz bębni o okno mojego biura od ostatnich pięciu godzin, trudno jest przypomnieć sobie, że powinnam wiele rzeczy docenić, ale naprawdę się staram. Oliver jest w Europie, gdzie panuje lato, z Becky, która ubiera się w mini spódniczki i obcisłe topy. Organizują sobie wielką wycieczkę, na którą on i ja zamierzaliśmy wybrać się na naszą dziesiątą rocznicę. Rocznicę, do której nigdy nie dotrwaliśmy.

Wracaj do pracy. Skończ z tymi rozmyślaniami, nakazuję sobie.

Iggy ma zapewnioną opiekę pozaszkolną do siedemnastej, więc mam jeszcze pół godziny, zanim będę musiała po niego wyjść, nawet biorąc pod uwagę dodatkowy czas, który powinnam doliczyć ze względu na pogodę. Siadam za biurkiem, łykam kilka tabletek Panadolu z jednej z szuflad i popijam wodą. Jeśli uda mi się teraz zrobić kilka notatek, nie będę musiała pracować, kiedy Iggy położy się spać.

Czekając, aż lek zacznie działać, czytam notatki, które sporządziłam w trakcie sesji z Natalią. To młoda kobieta, która jest oddaną pielęgniarką, ale zmaga się z niezdolnością mentalnego opuszczenia pracy. Wiem, jak trudno jest to zrobić, więc chyba trochę rozumiem jej problemy.

Ból głowy stopniowo ustępuje, więc włączam komputer, ale gdy zaczynam wprowadzać notatki, rozlega się pukanie do drzwi.

– Proszę! – wołam, wiedząc, że to może być tylko Ben. Nikogo innego nie ma w biurze, ponieważ Kirsty, nasza recepcjonistka, poprosiła dziś o wcześniejsze wyjście w związku z wizytą u lekarza. Nie wygląda na chorą, ale może to tylko badanie kontrolne.

– Hej – mówi Ben, otwierając drzwi. – Masz chwilę?

Jego gładki, brytyjski akcent nigdy nie przestaje wywoływać uśmiechu na mojej twarzy.

– Wkrótce wyjeżdżam po Iggy’ego – odpowiadam, starając się ze wszystkich sił nie martwić, że moje czarne włosy leżą bezwładnie na ramionach, że ciemne cienie pod brązowymi oczami będą bardziej widoczne teraz, gdy mój makijaż praktycznie znikł pod koniec dnia, i że mam na sobie najbardziej elastyczne spodnie, jakie udało mi się znaleźć po zjedzeniu wszystkiego, czego chciałam spróbować na wakacjach z Iggym. Czuję się jak nieprofesjonalna katastrofa.

Ben jak zwykle prezentuje się nieskazitelnie. Jego brązowe włosy to plątanina idealnych loków, do tego dochodzi lekki zarost. Przygląda mi się bladoszarymi oczami zza schludnych okularów bez oprawek, a ja poprawiam się na krześle, czując się niekomfortowo przez sposób, w jaki na mnie patrzy. Jest młodszy tylko o dwa lata – skończył trzydzieści cztery, ale wygląda na młodszego o co najmniej dekadę. Nigdy nie był żonaty i nie ma dzieci. Nigdy nie wspominał o dziewczynie, choć jestem pewna, że rzadko bywa sam. Widziałam już, jak świecą się oczy Kirsty, kiedy on wchodzi do biura i trochę się martwię o to, co może się między nimi wydarzyć.

Recepcjonistka ma dwadzieścia sześć lat, mniej więcej tyle samo co moja pacjentka Natalia, ale cechuje ją zupełnie inne podejście do życia. Jest ładna, ma ciemne włosy i piwne oczy, a na jej biurku często leżą kwiaty od młodych mężczyzn – z tego, co wiem, za każdym razem innych. Przez kilka tygodni wspomina o Jacku, Svenie lub Oscarze, a potem imię się zmienia. Uważa, że zasługuje na to, by jak najlepiej bawić się w swoim życiu, więc pomimo ukończenia studiów biznesowych, poświęciła kilka lat na podróże po świecie i czuje się szczęśliwa w naszej recepcji, dopóki nie będzie chciała poczuć presji związanej z pracą w swojej branży. Podziwiam jej podejście, chociaż sama nigdy nie byłabym w stanie zrobić czegoś takiego. Wszystko, czego kiedykolwiek pragnęłam, to mój tytuł z psychologii klinicznej, który pozwolił mi prowadzić własną praktykę. Odnoszę wrażenie, że odkąd rozpoczęłam studia, pracowałam bez przerwy, robiąc tylko sześciomiesięczną przerwę, kiedy urodziłam Iggy’ego. Za każdym razem, gdy odpoczywam, poczucie winy klepie mnie czule po ramieniu, zwłaszcza teraz, gdy jestem samotną matką. Mam trzydzieści sześć lat i zaczynam naprawdę odczuwać upływ czasu.

Otrząsam się z tych przemyśleń i skupiam uwagę na Benie.

– Zawsze jest ciężko pierwszego dnia po powrocie do pracy. – Uśmiecha się, a ja lekko się czerwienię, świadoma, że rzeczywiście wyglądam na tak zmęczoną, jak mi się wydaje.

– Cóż, za miłe wakacje trzeba zapłacić – odpowiadam z uśmiechem.

Ben i ja dzielimy przestrzeń biurową i oboje dokładamy się do pensji Kirsty, ale jesteśmy zasadniczo odrębnymi podmiotami, choć oboje pracujemy pod szyldem mojej kliniki – Calm Minds. Najpierw wynajęłam lokal, a następnie umieściłam ogłoszenie o chęci współpracy z innym terapeutą, który zająłby drugi gabinet i pomógł mi w opłaceniu czynszu. W ciągu ostatnich ośmiu lat miałam trzech takich współnajemców – Ben jest pierwszym mężczyzną. Pracuje tu od sześciu miesięcy.

Nawiązaliśmy nieśmiałą przyjaźń, z czego się cieszę. Jest atrakcyjnym, a nawet bardzo atrakcyjnym mężczyzną, i trzeba przyznać, że trudno mi tego nie zauważyć lub nie martwić się o to, jak wyglądam, gdy go widzę. Myślę, że coś takiego jest zakodowane w każdej kobiecie. Ale na szczęście nie ma mowy o jakichkolwiek innych uczuciach poza przyjaźnią i zawodowym zaufaniem.

– Co się dzieje? – pytam.

Ben wchodzi do mojego gabinetu i siada na granatowej sofie, z której korzystają pacjenci, po czym kładzie długie ramię na oparciu.

– Chciałbym poprosić cię o przysługę.

Wyłączam komputer.

– W czym mogę ci pomóc?

– Jest pewna pacjentka… – waha się.

Terapeuta nigdy nie rozmawia o swoich pacjentach, chyba że z własnym terapeutą, którego każdy z nas musi regularnie odwiedzać. Mnie prowadzi kobieta o nazwisku SueEllen Granger. Była moją mentorką, gdy przez dwa lata odbywałam staż. Jest o dziesięć lat starsza ode mnie i uważam ją za jedną z najmądrzejszych osób, jakie znam. Spotykamy się raz na sześć tygodni, nawet jeśli nie czuję takiej potrzeby. To ona nadaje problemom odpowiednią perspektywę, zarówno w moim życiu, jak i moich pacjentów. Ben mówi niewiele o swojej terapeutce „Nancy” i nie chcę go naciskać, by powiedział mi dokładnie, kim ona jest. Myślę jednak, że pochodzi z Wielkiej Brytanii, gdzie Ben mieszkał przez ostatnie trzydzieści lat po tym, jak jego rodzina przyjechała tam z Australii, gdy miał cztery lata.

Prawda jest taka, że Ben i ja czasami rozmawiamy o naszych pacjentach, jeśli któremuś z nas zależy na uzyskaniu natychmiastowej opinii.

– Mów dalej – zachęcam go.

– Myślę, że ją pociągam.

Reaguję śmiechem.

– Cóż, to nie byłby pierwszy raz, Ben.

Coś takiego nazywa się przeniesieniem i dochodzi do tego wówczas, gdy klient przekierowuje swoje uczucia związane z kimś w swoim życiu na terapeutę. Miałam już kilku pacjentów, którzy mi oznajmili, że są we mnie zakochani, co naprawdę człowiekowi schlebia. To dlatego, że słuchamy, współczujemy, robimy wszystko, czego oczekują od określonych osób w ich życiu. A zadaniem terapeuty jest pomóc klientowi zrozumieć, że jego uczucia wobec niego nie są prawdziwe i wykorzystać tę sytuację do zagłębienia się w życie pacjenta, aby zidentyfikować, dlaczego takie emocje się pojawiają. W ostateczności, jeśli nie da się tego problemu wyeliminować, nieuniknionym rozwiązaniem jest zakończenie relacji poprzez skierowanie pacjenta do innego specjalisty.

– Wiem – mówi, pocierając szczękę. – Rozmawialiśmy o tym i ona wydaje się to rozumieć, ale prawda jest taka, że…

– Że?

– Właściwie to też mnie do niej ciągnie, choć oczywiście jej o tym nie powiedziałem. Widzę jednak, że to może pójść w złym kierunku. Nigdy nie znalazłem się w sytuacji, w której pociągałaby mnie klientka.

– Jesteś w trudnym położeniu – przyznaję. Czuję w sobie niechcianą falę zazdrości. Chciałabym potrafić to kontrolować, ale nie mogę, więc po prostu akceptuję ten fakt. Nigdy nie byłam piękna ani nawet ładna i w każdym dotychczasowym związku byłam świadoma obecności innych kobiet wokół mnie. Mimo tego wyglądam zupełnie inaczej niż w liceum. Inaczej do tego stopnia, że pewnego razu Iggy zachichotał, wskazał stare zdjęcie w domu mojej matki i zapytał: „Kim jest ta dziwna dziewczyna?”.

Odpowiedziałam mu, że to ja, wpatrując się w fotografię, na której stałam na scenie, trzymając nagrodę za najwyższą ocenę z angielskiego w ostatniej klasie szkoły. Chciało mi się płakać z powodu tej niezręcznej nastolatki, wciąż noszącej aparat ortodontyczny w wieku siedemnastu lat. Moi koledzy i koleżanki byli bardziej zainteresowani uroczystą szkolną potańcówką, ale ja nie zostałam na nią zaproszona i powiedziałam tylko mamie: „I tak nie chcę tam iść”.

Moje zęby zostały naprawione, mysie brązowe włosy przefarbowane na kruczoczarny kolor, straciłam też sporo na wadze. Chociaż zaszalałam trochę na Bali, teraz będę musiała być czujna, aby wrócić do wagi docelowej, nad którą pracowałam przez lata.

Zmieniłam się, ale brak pewności siebie pozostał. Przypuszczam, że to właśnie on pozwala mi tak dobrze komunikować się z moimi pacjentami. Rozumiem ich zmartwienia i lęki, ponieważ jestem tak samo ludzka jak oni, tak samo złożona jak oni, i wiem, że każde z nas codziennie toczy własne bitwy, łącznie ze mną.

Upijam łyk wody z kubka stojącego na biurku, skupiając się na tym, czego potrzebuje Ben.

– Prawdopodobnie powinieneś skierować ją do kogoś innego – sugeruję.

– Wiem, ale…

– O co chodzi, Ben? – pytam, zaciekawiona. Zazwyczaj nie widuję go takiego niezdecydowanego.

– Ona tkwi w paskudnym związku ze swoim mężem, naprawdę paskudnym, a ja nie chcę jej odsyłać na spotkanie z kimś innym. Otwarcie się przede mną zajęło jej całe miesiące i dopiero niedawno mi wyjawiła, co tak naprawdę się dzieje. Obawiam się, że jeśli będzie musiała pójść do kogoś innego, nie otrzyma pomocy, której potrzebuje.

– Chcesz mi po prostu powiedzieć, że jesteś gotów dalej się z nią spotykać, tak? Bo jeśli tak, to po co przychodzisz i mi o tym mówisz? Wiesz przecież, że uznam to za fatalny pomysł.

Ben westchnął.

– Tak… Wiem o tym dobrze, ale po prostu musiałem się wygadać.

– Rozumiem. To trudne, gdy zaczynasz kwestionować samego siebie.

– W rzeczy samej – przyznał.

Rozumiem, że Ben chciał przedyskutować swoją decyzję związaną z tą pacjentką, ale moim zdaniem chce powiedzieć mi coś więcej.

Wpatruje się w beżowy dywan w moim gabinecie.

– Nie chcę wysyłać tej kobiety w świat bez żadnej pomocy – dodaje. – Zależy mi na tym, żeby była w stanie komuś zaufać.

Prostuję się na krześle i splatam dłonie. Za kilka minut muszę wyjść po Iggy’ego.

– Co próbujesz mi przez to powiedzieć, Ben?

– Czy mogłabyś ją przyjąć? Jeśli się zgodzisz, wyjaśnię jej, że… Nie wiem, coś wymyślę, ale przynajmniej nie będę musiał czuć się winny, że już jej nie widuję.

Biorę głęboki oddech i pocieram skronie, w których wciąż utrzymuje się ból.

– Nie, Ben, nie… Nie mogę tego zrobić. Mam już pełną listę pacjentów i naprawdę nie dam rady, zwłaszcza kiedy powiedziałeś mi to, co powiedziałeś. To wpłynie na mój osąd.

– Proszę, byłbym naprawdę wdzięczny.

Kręcę głową, wstaję i zabieram torbę.

– Wiem o tym, ale to i tak nie jest dobry pomysł. Wybacz pośpiech, ale muszę pójść po Iggy’ego. Mogę pomyśleć o kilku nazwiskach, o najlepszym możliwym specjaliście, do którego mógłbyś ją skierować, ale ja nie mogę jej przyjąć, Ben. Wiem już zbyt wiele i nie sądzę, by było to dobre i dla mnie, i dla niej. A jeśli będziesz ją tu widywał, czekającą na spotkanie ze mną, to też nie będzie niczym dobrym dla ciebie.

– No dobrze, dobrze. – Wzdycha i powtarza „dobrze”, wstając. – Do zobaczenia jutro.

– Przepraszam cię, Ben. Nie próbuję cię zdenerwować…

– Wiem o tym. Właśnie dlatego cię zapytałem. Masz w sobie uczciwość, którą naprawdę szanuję, Lano. Wiedziałem, że podejmiesz właściwą decyzję.

Kiedy Angela, ostatnia terapeutka, która wynajmowała tu gabinet, oznajmiła mi, że bierze rok wolnego, aby zaopiekować się dzieckiem, rozmawiałam z trzema innymi specjalistkami, samymi kobietami, zanim pojawił się Ben.

Zastanawiam się, dlaczego wynajęłam pomieszczenie właśnie jemu, a nie jednej z nich. Wszyscy mamy te same podstawowe kwalifikacje, ale Ben spędził lata praktyki w Wielkiej Brytanii, więc pewnie pomyślałam, że wniesie nieco inną perspektywę. A może tak naprawdę spodobał ci się jego uśmiech. Nienawidzę kwestionować samej siebie. Moja zdolność do utrzymywania kontroli nad wszystkim jest źródłem dumy. Nawet podczas rozwodu zachowałam pełny spokój, potrafiłam logicznie komunikować się z moim prawnikiem i negocjować z Oliverem pomimo tego, co zrobił.

– Chodzi o to, że… – Ben wsuwa dłonie do kieszeni i zatacza koło po gabinecie, przyglądając się kilku przedmiotom, które mam na półkach. Jest tam drewniana miska, wypełniona suchymi, lekko pachnącymi płatkami róż oraz szklany wazon pełen wielokolorowych kulek. To przedmioty, które dodają trochę radości, ale nie mogą nikogo zdenerwować ani urazić.

– Że..?

– Naprawdę się o nią martwię. – Czuję, że jest w tym coś więcej, niż mówi mi Ben, jakiś inny powód, dla którego nie chce powiedzieć tej kobiecie, żeby znalazła sobie innego terapeutę. Niestety nie mam teraz czasu, by się w to z nim zagłębiać.

Huk grzmotu sprawia, że odwracam się w stronę okna i po cichu przeklinam deszcz. Wiem, że marnuję teraz cenny czas jazdy, która mnie czeka.

– Rozumiem – odpowiadam Benowi. – Ale i tak nie sądzę, żeby to było właściwe postępowanie.

Kiwa głową na zgodę i się uśmiecha.

– I tak dziękuję, że mnie wysłuchałaś – mówi, po czym wychodzi i wraca do siebie.

Pokonuję schodami sześć pięter naszego budynku, żeby choć odrobinę poćwiczyć, a kiedy wsiadam do mojego samochodu na parkingu, łapię się na myśleniu o klientce, która tak pociąga Bena.

Zastanawiam się, jak ona wygląda. Jestem pewna, że jest naprawdę ładna, a nawet piękna.

Szybko wyrzucam tę myśl z głowy, ponieważ nie mogę jej pomóc. To oczywiście byłby bardzo zły pomysł.

2

Sandy

Nikt nigdy mi nie powiedział, że starzenie się będzie najgorszym doświadczeniem w moim życiu.

Każdego ranka, kiedy wstaję z łóżka i idę do łazienki, by spojrzeć w lustro, staję blisko jego tafli i badam uważnie swoją twarz, szukając oznak zepsucia. Z mikroskopijną intensywnością sprawdzam skórę pod względem zmarszczek i wszelkich nowych śladów, a ciało pod kątem obwisłych części. Walczę z czasem i grawitacją. Doprowadza mnie to do wściekłości, ale nie tego najbardziej nienawidzę w procesie starzenia się.

Dziś widzę, że zmarszczka między moimi oczami zrobiła się trochę głębsza i trochę bardziej widoczna. Bez wątpienia zawdzięczam to wczorajszej pijackiej kłótni z nim. Widzę nas dwoje, mnie popijającą wino i jego ze swoim piwem, krzyczących i plujących nienawiścią do siebie. Pochylam się bliżej i naciągam skórę palcami. Czy lifting twarzy by pomógł? Botoks? Wypełniacze? To wszystko jest takie drogie.

Ale to nie zanik fizycznego piękna jest najgorszy. Najgorszą rzeczą w starzeniu się jest utrata nadziei, oczekiwań i wyborów. W wieku szesnastu lat miałam wspaniałą brzoskwiniową skórę i jędrne ciało. Byłam dziewczyną, która zwracała na siebie uwagę, gdziekolwiek się pojawiła. Chłopcy tańczyli tak, jak im zagrałam, a ja mogłam się nimi bawić, wykorzystywać ich, odrzucać, niszczyć, kiedy tylko miałam taki kaprys.

Świat był w moim zasięgu. Zamierzałam robić wszystko, wszędzie się pojawić. Pragnęłam zostawić za sobą moją małą egzystencję i podbić świat. Resztę życia postrzegałam jako większą wersję szkoły, w której wygląd otwierał każde drzwi i dawał mi to, co chciałam.

Ale potem skończyłam siedemnaście, osiemnaście i dziewiętnaście lat i zrozumiałam, że podbój świata wcale nie jest tak łatwy, jak mogłoby się wydawać, ponieważ piękne dziewczyny są wszędzie.

Musiałam podjąć się przyziemnej pracy, żeby przeżyć. Pieniądze są nudne, choć bardzo potrzebne. Ale w wieku dziewiętnastu i dwudziestu lat, a nawet dwudziestu pięciu, wciąż miałam nadzieję na wspaniałe życie. Czekałam, aż ręka losu da mi wszystko, czego pragnęłam.

A potem przyszło zauroczenie. Nie mogę powiedzieć, że to była miłość, bo tego nie czułam. Nie jestem do tego zdolna. Pociągało mnie jednak jego fizyczne piękno, więc muszę przyznać, że trochę straciłam czujność. To było głupie. A potem zaszłam w ciążę i dałam mu się przekonać, że to coś wspaniałego. I tkwię tutaj z dwójką dzieci i „mężem”. Jesteśmy dwojgiem pięknych ludzi, którzy uczynili siebie brzydkimi, pozostając razem w toksycznym tańcu małżeńskim.

Kiedy się z nim nie kłócę, czuję się uwięziona i znudzona i skupiam się na obserwowaniu, jak zmarszczki pojawiają się na mojej twarzy. A kiedy się awanturujemy, jestem przepełniona wściekłością oraz jadem i nienawidzę siebie tak samo jak jego.

Czy to dziwne, że potrzebuję rozrywki, że szukam sposobów, by się zabawić? Jaki mam inny wybór, skoro tkwię w tym małym domu, przywiązana do rodziny, którą w ogóle nie jestem zainteresowana?

Patrzę na mężczyznę, którego poślubiłam, który stara się, jak tylko może, by mnie uszczęśliwić, a potem atakuje, gdy widzi, że zawiódł. To sprawia, że się uśmiecham, widząc, jak się miota. Podoba mi się to.

Jeszcze kilka miesięcy temu coś takiego przynajmniej trzymało mnie przy życiu. Ale potem to już nie wystarczało. Potrzebowałam kogoś spoza mojego życia, kogoś obcego, kogoś, kto wysłucha tego, co będę miała do powiedzenia i poświęci mi całą swoją uwagę. Pragnę jej, skupionej i czystej. Coś takiego odżywia mnie niczym woda, która nawilża roślinę. Znam siebie samą w sposób, w jaki niewielu ludzi to potrafi. Wiem doskonale, kim jestem i czego potrzebuję.

W końcu znalazłam idealną osobę. Terapeutę. Kto lepiej wysłucha, kto mi powie, że jestem idealna, że świat wokół mnie jest zbrukany, a ludzie, którymi się otaczam, są rozczarowaniem? Weszłam do jego gabinetu z przygotowaną historią i założoną maską.

– Sandy, Sandy! – Słyszę, jak mój mąż, moje brzemię, mnie woła, a ja reaguję jękiem, odchodząc od lustra, by zejść na dół.

– Możesz się nim zająć? Muszę iść do pracy. Przestań płakać, Felix, po prostu przestań! – krzyczy, a żołądek skręca mi się w reakcji na chaos, który panuje w kuchni. Mojemu siedmioletniemu synowi cieknie z nosa i jest ubrany tylko do połowy.

– Pan Misio idzie dziś do szkoły – oznajmia nam córka, próbując włożyć dużą fioletową zabawkę do plecaka.

– Nie, nie idzie – odpowiadam. Ta pięciolatka to prawdziwa mała dama. Za każdym razem, gdy otwiera usta, widzę samą siebie i muszę oprzeć się pokusie powiedzenia jej, że mała dziewczynka może być jedna, tylko jedna.

– Pan Misio idzie dzisiaj do szkoły – powtarza Lila, a w jej zielonych oczach widać czystą determinację.

– Na miłość boską – mruczy mój mąż.

A potem wstaje i odbiera córce pluszaka. Czekam i obserwuję, ciekawa, jak to się dla niego skończy. Wiem, że chciałby się obudzić w cichej kuchni z dwojgiem anielskich dzieci siedzących przy stole i jedzących śniadanie. Marzy o tym, żebym była bardziej zaangażowana, częściej obecna. Ale nie można mieć wszystkiego. Ma mnie i powinien być z tego powodu zachwycony każdego dnia.

Bierze pluszaka i zanosi go do pokoju Lili, a moja córka zaczyna płakać.

– Świetnie, po prostu świetnie – wołam i zauważam, jak spinają się jego ramiona. Pogarsza sytuację, a potem próbuje obwiniać mnie za powstały chaos. Gdyby zaakceptował fakt, że poranki są głośne i bałaganiarskie, byłoby znacznie łatwiej, ale on wciąż próbuje wszystko naprawiać. Nienawidzę poranków i staram się go zostawiać, aby to on sobie z nimi radził.

– Zamknij się – mówi, górując nade mną, a ja czuję, jak moje serce przyspiesza. Nie mogę posunąć się za daleko. Jest zbyt duży, zbyt silny i naprawdę mógłby mnie skrzywdzić. Wiem o tym. Ale wiem również, że gdyby to zrobił, znalazłby sposób, abym to ja została obarczona winą, ponieważ wszystko jest z założenia moją winą. A może to prawda? To część tego toksycznego tańca: kłamstwo. On kłamie, ja kłamię – ale kto kłamie bardziej?

Wczoraj spędziłam popołudnie na robieniu hamburgerów, przykładając się do tego domowego zadania z takim entuzjazmem, jaki tylko zdołałam z siebie wykrzesać, choć nie było go zbyt wiele.

– Dlaczego to jemy? – zapytał, kiedy zasiadł przy kuchennym stole, po tym jak dzieci ulokowały się na kanapie przed telewizorem i w domu zapanowała błogosławiona cisza.

– Tego właśnie chciałeś – odpowiedziałam. – Poprosiłeś mnie o zrobienie burgerów, kiedy rozmawialiśmy przez telefon. Zadzwoniłeś z pracy.

– Gówno prawda – warknął. – Mówiłaś, że zjemy makaron. – Wściekł się z powodu wyboru posiłku, a ja nie miałam wątpliwości, że nie miało to nic wspólnego z jedzeniem.

Już w momencie, kiedy wszedł do domu spięty, z zaciśniętymi zębami, wiedziałam, że szuka czegoś, o co mógłby się pokłócić. Wybrał sobie jednak tak absurdalną rzecz, że aż się roześmiałam, ale potem musiałam zamilknąć, bo widziałam, jak bardzo był wściekły. Wymyśliłam ten telefon i rozmowę o burgerach, żeby go wkurzyć. Czasami tak robię.

Ale w zeszłym tygodniu ubzdurał sobie historię o tym, że zgodziłam się zabrać samochód do serwisu, choć nigdy bym na coś takiego nie poszła, chyba że byłabym pijana, a w takim przypadku nie powinien w ogóle mnie o coś takiego prosić i zaczekać, aż będę trzeźwa i skoncentrowana. Może lubię go denerwować, ale on nie pozostaje mi dłużny. Mój mąż ma swoją wersję danej historii, a ja swoją. Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku, ale może w ogóle jej w tym nie ma.

– Po prostu jedz – odpowiedziałam i tak też zrobił, nawet gdy pił jedno piwo za drugim, wiedząc doskonale, że nie pozostawię tego bez komentarza i doprowadzi to do kłótni.

– Jesteś alkoholikiem – krzyknęłam na niego zeszłego wieczoru.

– Zabawne, że akurat ty coś takiego mówisz. – Zaśmiał się, wskazując mój pełny kieliszek wina. Alkohol przytępia zmysły, a ja potrzebuję, by moje były jak najbardziej przytępione, skoro mam to wszystko przetrwać.

– Zamknij się – powtarzam i wstrzymuję oddech w brudnej kuchni. Opuszczam wzrok, kiedy macha na mnie palcem, a pluszak w jego drugiej dłoni wydaje się wręcz niedorzeczny.

Odsuwa się ode mnie i gwałtownie wrzuca zabawkę do plecaka. Nie ma jeszcze ósmej, a ja już wiem, że chciałby zakończyć ten dzień i wrócić do łóżka. Lila przestaje nagle płakać w sposób, w jaki tylko ona to potrafi, a następnie siada na podłodze i poklepuje misia schowanego w torbie, wkładając kciuk do ust.

Wygląda zupełnie jak ja – oczywiście nie jest taka ładna, ale to może się zmienić z biegiem lat. Ma złotobrązowe włosy, twarz w kształcie serca i te same zielone oczy. Felix przypomina jego – jest blondynem z niebieskimi oczami i kwadratową szczęką. Wygląda dokładnie jak ojciec, a ja nie mogę znieść jego płaczu, a może po prostu nie mogę znieść tego chłopca, który mnie tu uwięził, którego pierwszy oddech oznaczał koniec mojego życia takim, jakim chciałam, żeby było.

„Jesteście taką cudowną rodziną”, mówią nam obcy ludzie w parku, gdy spacerujemy tam wszyscy razem. Muszę przyznać, że mnie to bawi. Jesteśmy cudowni. Idealni pod każdym względem.

Ale wystarczy zeskrobać odrobinę tego uroku z powierzchni i widać rzeczy, których nikt nie chciałby zobaczyć.

Szkoda, że tacy nie jesteśmy i może gdybyśmy znaleźli sposób na bycie lepszymi ludźmi, wszystko by się ułożyło. Po kilku kieliszkach wina zawsze czuję nadzieję, że możemy się zmienić, a życie może stać się bajką, którą przecież miało być. A potem trzeźwieję, a on krzyczy lub kłamie na jakiś temat i cała ta nadzieja wydaje się chybiona.

– Muszę się stąd wydostać – mówi, podnosząc teczkę, po czym wychodzi do pracy, gdzie będzie siedział za biurkiem i próbował przekonywać ludzi do zakupu gównianych materaców, produkowanych przez jego firmę. Nie odnosi sukcesów. Wiem, że mu się to nie udaje. Chodzą słuchy o zamknięciu firmy, co jest dla mnie tematem do przemyśleń. Ja nie pracuję. Opieka nad dziećmi i domem, trzymanie się tego, co piękne, jest dla mnie wystarczającym zajęciem. Z każdym mijającym rokiem wymagam więcej ćwiczeń, bardziej skomplikowanych zabiegów i wysiłku, aby wyglądać tak, jak kiedyś. I przegrywam tę bitwę.

Odwracając się od dzieci, nalewam sobie filiżankę kawy i upijam łyk. Ile kosztowałby mnie lifting twarzy? Ile dokładnie?

Słyszę dźwięk zamykanej bramy garażowej i wiem, że już go nie ma. Odjechał.

Odstawiając z hukiem kubek na blat, krzyczę:

– Ubierajcie się i pędem do samochodu, oboje!

A oni słuchają. Zawsze słuchają, kiedy go nie ma. Choć jest taki duży i przerażający, dzieci go uwielbiają, chcą z nim przebywać i przekraczają granice, wiedząc, że podda się w kwestii czasu spędzanego przed telewizorem i ilości smakołyków. Ja taka nie jestem.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji