Gdzie jesteś, synku? - Trope Nicole - ebook
NOWOŚĆ

Gdzie jesteś, synku? ebook

Trope Nicole

4,1

108 osób interesuje się tą książką

Opis

Wczoraj całowałaś go na dobranoc.
A dziś twojego małego synka już nie ma.
Co wydarzyło się tamtego dnia?

Gdzie on jest? Gdzie jest moje ukochane dziecko?
Proszę, niech będzie bezpieczny.

– Twój syn zaginął – mówią, a życie, które znałam, skończyło się.
– Dokąd mógł pójść? – pyta policja.
– Gdzie może być? – pyta z błaganiem w głosie moja córka.

Serce łomocze mi w piersi, gdy w mojej głowie pojawiają się obrazy. Domek, który wynajmujemy każdej jesieni. Podniesione głosy. Łzy. Rozpadające się małżeństwo. I najgorsze z tego wszystkiego – mój mąż, mówiący naszemu synowi, Theo, żeby uciekał.
Po tym w mojej głowie pojawia się czarna dziura.
Nie tak to miało wyglądać. To miał być cudowny rodzinny czas, z planszówkami, spacerami po górach i naleśnikami na śniadanie.
Zamiast tego zaginął mój synek.
– Szukają go – powiedziała pielęgniarka. – Ale deszcz wszystko spowalnia.
Policja uważa, że Theo wie, co się stało, że wie, dlaczego nasza rodzina się rozpadła. Ale ja nie mam pojęcia, gdzie jest. Nie wiem, czy jest bezpieczny. I to przeraża mnie najbardziej…
Chwytająca za serce, zapierająca dech książka, która pokazuje, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami i jak sekrety mogą zniszczyć rodzinę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (36 ocen)
18
8
7
3
0
Sortuj według:
Malwi68

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka. Mądra i skłaniająca do myślenia a zarazem thriller/ kryminał na wysokim poziomie. Polecam.
00
aannaa_czyta

Nie oderwiesz się od lektury

„Gdzie jesteś synku” to moje pierwsze spotkanie z piórem autorki i muszę napisać ze bardzo udane. A to, co zasadniczo jawi się w mojej głowie zaraz po skończonej lekturze książki – to świat widziany oczami dziecka autystycznego. Już na samym początku autorka zabiera nas do lasu. Zaczyna padać deszcz, który przeradza się w ulewę, brak zasięgu i niecodzienny widok kobiety trzymającej w ręku zakrwawiony nóż. Uwierzcie mi, że po tym fragmencie trudno jest zamknąć książkę i położyć się spać… A to dopiero początek… Książkę czyta się szybko i z zaciekawieniem przechodzi do kolejnych rozdziałów. I choć teoretycznie wiemy, że życie z autystycznym dzieckiem naznaczone jest trudnościami czy wręcz problemami skrywanymi najczęściej w domowym zaciszu, ta książka obrazuje nam jak te sekrety mogą zniszczyć rodzinę. Jak powoli dotykają poszczególnych członków, jak ich przytłaczają i jak krok po kroku ograniczają normalne funkcjonowanie w świecie.  Gorąco polecam ten tytuł Waszej uwadze i mam nadziej...
00
kasiafoss

Nie oderwiesz się od lektury

Tytuł jest kretyński, ale książka znakomita. Polecam
00
Zaczytana40

Nie oderwiesz się od lektury

Gorąco polecam,ciekawie napisana☺️
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla D.M.I.J.

 

 

 

Rozdział pierwszy

 

Sobotnie popołudnie

 

 

 

Amber nie planowała się zgubić.

Nie zamierzała znaleźć się wśród drzew gumowych, których powykręcane gałęzie zahaczały o jej włosy i ubrania. Jest po piętnastej, a na jesiennym niebie gromadzą się ciemne chmury. Zanosi się na burzę. „Suma miesięcznych opadów w ciągu jednego dnia”, ostrzegały media. Amber drży ubrana w bluzę z kapturem. Powinna mieć ze sobą płaszcz, czapkę i plecak ze wszystkimi rzeczami potrzebnymi, w razie gdyby się zgubiła. Ale ona naprawdę nie chciała się zgubić.

Poszła tylko na spacer do buszu, opuszczając na dwadzieścia minut tę piękną chatkę o idealnej nazwie „Marzenie” z podłogami z piaskowca i miękkimi skórzanymi kanapami, żeby poznać choć trochę okolicę, zanim zacznie padać.

Planowała iść dziesięć minut w jedną stronę i dziesięć minut z powrotem, żeby wrócić do domku, a tam otworzyć butelkę naprawdę drogiego wina, które kupiła, zrobić sobie SPA i patrzeć, jak deszcz zalewa wąwóz, w którym drzewa porastały czerwone i pomarańczowe liście, tworząc wielokolorowe piękno. Zostały dwa tygodnie jesieni i wiedziała, że wkrótce drzewa stracą liście, a jedynym roślinnym akcentem pozostaną dumnie pnące się ku górze wiecznie zielone gatunki. Zimowy chłód już do nich dotarł. Kobieta nasuwa rękawy bluzy na zziębnięte dłonie, zdając sobie sprawę, jak głupio postąpiła, idąc w takim ubraniu na spacer.

Po powrocie do domku miała też przygotować talerz cienkich wafli z serkiem brie. A gdyby zmęczyła się widokami, skończyłaby sesję SPA i zrobiła sobie maraton z jakimś zabawnym serialem na Netfliksie.

Wszystko to miało wynagrodzić jej fakt, że w planie nie było samotnego pobytu. Miała przyjechać z Finnem, świętować z nim ich drugą rocznicę związku. Może nastąpiłyby też zaręczyny.

Teraz, gdy o tym myśli, czuje się bardzo naiwna.

Finn – niebieskooki blondyn, popularny i zabawny Finn – jest teraz z Melody. Melody, która pracuje w dziale IT w firmie zajmującej się reklamą, gdzie zatrudniona jest cała ich trójka. Melody, cicha, wrażliwa, złodziejka facetów.

Gdy stąpa po grubej warstwie zielonych i brązowych mokrych liści, życzy im obojgu przewlekłego przeziębienia. Zatrzymuje się jeszcze raz i rozgląda dookoła, ale nie widzi żadnych oznak życia, choć słyszy szelest liści i ruch w podszyciu. Czuje się źle przez to, że życzy Finnowi choroby, ale tylko przez chwilę. Złamał jej serce, a ona wyszła z chatki na zimne powietrze tylko dlatego, że myślała, iż dzięki temu przestanie płakać. Na początku rzeczywiście tak było, ale teraz zabłądziła i czuje, że łzy wzbierają w jej oczach, a z nosa cieknie.

– Dlaczego jedziesz tam sama? – zapytała jej przyjaciółka Martha. – Będzie ci tylko gorzej.

Ale Amber nie chciała odpuszczać. Ten wyjazd był prezentem urodzinowym dla Finna i już zapłaciła za pobyt. Uznała, że dobrze jej zrobi czas spędzony poza domem. Teraz już nie była tego taka pewna.

Robi kilka kroków przed siebie, rozsuwając kolanami liście paproci, a gdy widzi niewielki prześwit między koronami drzew figowych, unosi telefon w górę, ale nadal nie może złapać zasięgu.

Zboczyła z czegoś, co wyglądało jak dobrze wydeptana ścieżka, żeby obejrzeć liście klonu palmowego, które w popołudniowym świetle wydawały się bardziej różowe niż czerwone, i nie udało jej się odnaleźć drogi powrotnej. Stało się to tak szybko, jakby krzaki rozrosły się za nią, zakrywając ścieżkę, przez co była zmuszona błądzić, by wrócić do domku.

Wie, że nie może być daleko od zabudowań swojego ośrodka, albo od innych, rozsianych po Mount Watson w australijskich Górach Błękitnych.

Sprawdza telefon jeszcze raz, gdy nagle zrywa się wiatr, rozdmuchując luźne kosmyki włosów, które wpadają jej do buzi. Wypluwa je, zirytowana.

– Pomocy – mówi. Nie krzyczy, bo jest jej wstyd.

Idzie jeszcze jakiś czas, chmury opadają coraz niżej, a dźwięki otoczenia ją irytują. Wie, że dookoła są węże. I nie wiadomo, co jeszcze... chociaż przy takim zimnie mogą to wcale nie być węże. Tyle że nie ma pojęcia, co innego mogłoby wytwarzać dźwięki, które słyszy. Przyspiesza kroku, robiąc więcej hałasu niż stworzenia dookoła niej, i nagle skręca w prawo, w zupełnie innym kierunku, niż zamierzała.

Gdy mija wielkie drzewo figowe, widzi krawędź dachu. Z ulgi aż chichocze. Ma nadzieję, że kogokolwiek tam zastanie, ten ktoś jej pomoże. Może w środku będzie telefon stacjonarny i zdoła się skontaktować z właścicielką domku, który wynajęła, i uprosi kogoś, by ją stąd odebrał.

Gdy dociera do budynku, zdaje sobie sprawę, że to część jej ośrodka. Chciała nawet wynająć ten domek, ale był już zajęty.

– Termin zarezerwowali stali bywalcy – powiedziała jej Irene, właścicielka. Brzmiała, jakby zirytowało ją samo pytanie o rezerwację. – Poza tym tam są trzy sypialnie, a pani chce opłacić pobyt dla dwóch osób. – Na końcu rozległ się dźwięk zasysania. Amber jest pewna, że kobieta zaciągała się papierosem. Odkąd tu przyjechała, widziała Irene dwa razy, a ta za każdym razem praktycznie nie odrywała od niego ust. Dziewczyna cieszy się, że właścicielka zostawiła informację o tym, że wyjeżdża na kilka dni. „Proszę zostawić klucze w skrzynce przed głównym budynkiem. Nie będzie mnie tu. Proszę się upewnić, że domek zostanie posprzątany, w przeciwnym razie doliczę pani dodatkowe pięćdziesiąt dolarów do rachunku”. Irene zdecydowanie wybrała zły zawód. Zdaje się nienawidzić turystów. Amber kręci głową – Irene nie przyjedzie po nią, nawet jeśli dodzwoni się do recepcji. Może jednak ktoś odbierze telefon albo turyści wskażą jej drogę.

Amber robi krok nad zwaloną dużą gałęzią i kieruje się do domku.

To śliczny dwupoziomowy drewniany budynek z małym oknem na dwuspadowym dachu. Przed wejściem znajdują się skrzynki wypełnione banksjami w kolorze różowym, czerwonym i pomarańczowym. Domek pomalowano ciemnoczerwoną farbą, która łapie ostatnie promienie słońca, a Amber na ten widok przychodzi na myśl krew. Na podjeździe stoi czarny mercedes kombi.

Kobieta wchodzi na drewniany ganek i puka. Gdy stuka knykciami o drewno, czuje, jak drzwi ustępują pod lekkim naporem.

– Przepraszam! – woła przez uchylone drzwi. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale zgubiłam się i nie jestem pewna, którędy mam wrócić do swojego domku.

Czeka, ale odpowiada jej cisza, a ze środka dolatuje do niej ciepłe powietrze pachnące cedrami. Może powinna odejść i znaleźć inny domek. Na pewno szybko dotarłaby do kolejnego. Ale wtedy ogląda się za siebie i widzi, jak coraz bardziej się ściemnia, a odległe grzmoty informują ją o zbliżającej się burzy. Niedługo tu dotrze. Nie chce błąkać się nocą po buszu, po ciemku i w deszczu. Nie ma przy sobie latarki, w dodatku już trzęsie się z zimna.

Puka jeszcze raz, przez co drzwi otwierają się szerzej.

– Może poszli na spacer – mruczy. Uznaje, że zamiast czekać na zewnątrz, może wkraść się do środka i skorzystać z telefonu stacjonarnego, który na pewno tam jest, bo sama ma taki w domku, który wynajęła.

Zerka na komórkę i widzi, że złapała zasięg, ale niewystarczający, by dokądkolwiek zadzwonić. Wiatr porusza suchymi liśćmi wokół jej nóg, gdy otwiera drzwi i wchodzi do części dziennej domku.

W pierwszej chwili skupia się na kominku, w którym płonie ogień, a potem zerka na lekko wysłużone skórzane kanapy ozdobione mosiężnymi guzikami. Zaczyna się rozglądać za telefonem i wtedy dostrzega to, co znajduje się za kanapą.

Na czerwono-kremowym dywanie – później dowie się, że dywan pierwotnie był jedynie kremowy – klęczy kobieta.

Oczy ma szeroko otwarte, a gdy patrzy na Amber, ta widzi jedynie czerń jej rozszerzonych źrenic. Skórę ma bladą, włosy nienaturalnie czarne. Pochyla się nad leżącym na podłodze mężczyzną. W ręce trzyma wielki nóż kuchenny, który wygląda, jakby z łatwością przecinał mięso i warzywa. Z ostrza kapie ciemnoczerwona krew. Mężczyzna ma na sobie jasnoniebieską koszulę, na jego piersi rozrasta się krwawa plama. Jego oczy są zamknięte.

Amber czuje, że jej usta otwierają się i zamykają. Nie jest w stanie uwierzyć w to, co widzi. Robi krok w tył, gotowa uciekać. Serce bije jej szybciej, skóra ją mrowi, oddech ma przyspieszony, jakby już biegła. Jej ciało wie, że musi stąd uciekać.

Ogląda się na kobietę, która klęczy kompletnie nieruchomo, sprawiając wrażenie osoby pozującej do zdjęcia.

– Czy pani… co… wi… witam – duka Amber drżącym głosem, ale kobieta ani drgnie. Do dziewczyny dociera, że to nie gra ani żart, że to, co się przed nią rozgrywa, nie jest czymś, z czym mogłaby sobie poradzić. Że nie ma pojęcia, co zrobić. Potrzebuje pomocy.

Cofa się w stronę otwartych drzwi, przez które wpada do środka zimne powietrze. Amber unosi telefon i z ulgą zauważa, że w końcu ma zasięg. Ręka jej się trzęsie, gdy wybiera numer alarmowy. Klęcząca na podłodze kobieta wciąż tkwi nieruchomo, przypominając posąg. Nóż trzyma uniesiony, jakby chciała go pokazać, ale Amber zaczyna się zastanawiać, czy ona w ogóle oddycha.

Amber wychodzi na zewnątrz i potyka się na schodach. Chce oddalić się od tej kobiety najbardziej, jak to możliwe, ale wie, że musi zostać w pobliżu domku, żeby nie stracić zasięgu.

– Pomocy – chrypi, gdy po drugiej stronie słyszy dyspozytora, i pada na kolana, rozbryzgując błoto. – Pomocy.

Wiatr gwiżdże dookoła niej, poruszając mokrymi liśćmi. Ich zapach dociera do Amber, a ona walczy, by nie zwymiotować. Rosnące nieopodal drzewo figowe jęczy, uginając się pod wpływem wiatru.

Wie, że nigdy nie pozbędzie się tego obrazu z głowy – kobiety, krwi na nożu i leżącego na podłodze mężczyzny. Wie, że to zmieni ją na zawsze.

– Proszę się oddalić – mówi głos z telefonu. Jakby w ogóle planowała wrócić do środka. – Proszę niczego nie dotykać.

– Ale ta kobieta, ona trzyma nóż – odpowiada, z trudem łapiąc oddech.

– Proszę się tam nie zbliżać – instruuje ją dyspozytor. – Pomoc jest w drodze. Jest pani bezpieczna? Czy ta kobieta pani grozi?

– Nie, nie rusza się z miejsca. W ogóle się nie rusza.

– Pomoc jest w drodze – powtarza mężczyzna.

Mija zaledwie kilka minut i Amber słyszy syreny zbliżających się radiowozów oraz ambulansu, a także łopot śmigieł helikoptera, przebijający się przez grzmoty. Niedługo potem ktoś owija ją kocem, a wszędzie roi się od policji. Funkcjonariusze poruszają się szybko, krzyczą i trzymają w rękach broń. Amber patrzy, jak prowadzą do radiowozu kobietę, której wzrok utkwiony jest w czymś, co widzi tylko ona sama. Za nią idzie policjantka z wielką brązową torbą – pewnie w środku znajduje się zakrwawiony nóż.

 

 

 

Rozdział drugi

 

Theo, lat 11

 

 

 

Biegnę, biegnę, biegnę. Zimne powietrze, zimne powietrze. Biegnę, biegnę, biegnę.

Mogę biec. Zawsze mogę biec.

– On lubi biegać – powtarza mama. – Bieganie lubi bardziej niż cokolwiek innego.

Używam ciała, żeby biec, ale bieganie sprawia też, że uciekam od swojego ciała. Dzięki bieganiu oddalam się od wszystkiego. Mój mózg chce, żeby moje ciało biegało. Mój mózg jest autystyczny. Mój mózg jest inny. Mój mózg to ja, a ja mogę biec.

Biegnę w zimnie, wiatr świszczy mi w uszach, jest głośniejszy niż mój oddech.

Depczę po liściach, wbiegam w błoto, łamię patyki. Liście, błoto, patyki, liście, błoto, patyki, liście, błoto, patyki. Czuję coś pod nogą, ale dalej biegnę.

Muszę biec. Nie mogłem zostać.

– Biegnij – powiedział tata. – Biegnij!

Grzmi. Nie ma słońca.

Są liście i drzewa, dźwięki i ból. Boli, gdy biegnę. Nie mam butów. Nie mam butów.

– Gdzie twoje buty, Theo? – Mama zawsze o to pyta. – Proszę, załóż buty. Lubisz swoje niebieskie buty, prawda?

Mama nie rozumie tego o butach. One bolą i uciskają. Nie mogę nosić butów.

– Niebezpiecznie jest iść samemu do buszu, Theo. Zostań w środku. Zostań tam, gdzie jest bezpiecznie. – Mama chce, żebym był bezpieczny. Ale z nią nie byłem bezpieczny. Musiałem biec.

– Biegnij – powiedział tata. – Sprowadź pomoc.

Zatrzymuję się. Wdech i wydech, wdech i wydech, powoli. Nie mogę już biec. Bum, bum,słyszę, jak bije mi serce. Widzę niebo. Czuję swój oddech. Zimno. Zatrzymuję się. Chrzęst, szum, warknięcie. Chrzęst, szum, warknięcie. Coś jest w zaroślach, coś żywego, coś, co gryzie albo drapie. W buszu żyją węże, gryzonie i kangury. Są pająki i insekty. Za dużo. Za dużo. Biegnę.

Ale tam jest domek. Czy tam będzie pomoc? Nie wiem, czy będzie. Bum, bum, bum. Za dużo dźwięków. Za dużo.

Tutaj. Tutaj mogę się schować, wczołgać pod spód. Na chwilę. Nie mogę już biec. Powinienem poczekać. Tata przyjdzie po mnie. Czekam.

– Schroń się w bezpiecznym miejscu, Theo. Wiesz, co to znaczy? To znaczy, że gdy jesteśmy w domku, a ty się kiedykolwiek zgubisz, po prostu czekaj. Znajdź bezpieczne miejsce i czekaj, żebyśmy mogli cię znaleźć. Znajdź schronienie, Theo. Jeśli się zgubisz, musisz znaleźć schronienie. – Mama powiedziała, żeby znaleźć schronienie, tata powiedział, żeby znaleźć schronienie, ale potem tata powiedział, żeby biec. Nie wiem, co robić. Biegłem, ale teraz szukam schronienia.

To jest miejsce. Miejsce, gdzie mogę się schronić. Stare drewno, popękane i połamane, kupka cegieł i zapach dymu. Mały domek z dziurą pod spodem. Liście, brud, patyki i kamienie. Mogę się tu schronić.

Wczołguję się pod spód. Ruszam nogami, a pająk ucieka. Hałasuję, żeby odstraszyć gryzące istoty.

Zimno, zimno, zimno. Mój sweter się rozciąga, drapie, drapie.

– Theo, nie naciągaj swetra na kolana, rozciągnie się.

Mój sweter się rozciąga.

Nad głową słyszę tup, tup, tup.

– Cicho, wstręciuchy – krzyczy rozgniewany głos. Boję się rozgniewanego głosu. Nie ruszam się, żeby nie mógł mnie znaleźć i złapać.

Kołyszę się, kołyszę się, kołyszę się. Do mojego bezpiecznego miejsca wkrada się ciemność. Jest noc.

– Już noc, Theo, czas spać. Tu jest twój kocyk.

Mój kocyk jest miękki, miękki, miękki. Gdzie jest mój kocyk? Gdzie moje łóżko? Gdzie mama? Gdzie tata? Tata powiedział:

– Biegnij, Theo, sprowadź pomoc.

Nie mogę zamknąć oczu. Boję się dźwięków, boję się ciemności, boję się rozgniewanego głosu.

Kołyszę się w ciemności i zakrywam uszy. Ale wtedy słyszę śpiew. Odkrywam uszy i słucham słów. Słyszę piosenkę, moją piosenkę, naszą piosenkę, piosenkę mamy.

„Moje małe światełko, pozwolę mu świecić”…

Mama mi śpiewa. Jestem jej małym światełkiem. Jestem tym małym światełkiem. Ale to nie mama. Głos mamy jest miękki, niski i cichy. Głos mamy jest spokojny i łagodny. Ten głos trzeszczy. Ten głos jest wysoki. To nie jest głos mamy. Ale to nasza piosenka.

Moje powieki stają się coraz cięższe. Jestem mały, jestem małą kulką. Jestem kulką w bańce. Jestem kulką i jestem bezpieczny. Zakrywam uszy, ale nadal słyszę piosenkę. Wszystko inne jest cicho. Oczy mi się zamykają, zamykają. Jestem w bańce, mojej bańce. Nikt mnie nie może dotknąć w mojej bańce. Nie może do mnie dotrzeć żaden dźwięk, w uszach słyszę tylko naszą piosenkę. Jestem w bezpiecznej bańce i jestem małym światełkiem. Jestem…

 

 

 

Rozdział trzeci

 

Rose, lat 85

 

 

 

– Kolejna sprawa – mruczy Rose do zdjęcia swojej siostry Mary, stojącego na wypolerowanym drewnianym kredensie. – Mam dość tych miastowych ludzi, którzy kręcą się po mojej ziemi. Znalazłam dwójkę dzisiaj rano. „To prywatna posesja”, powiedziałam, a jeden z nich, mały w niebieskiej czapce, po prostu mnie wyśmiał. „Jezu, sorry”, wymruczał. „Myśleliśmy, że to opuszczony dom. Tu nie ma żadnego ogrodzenia!” Arogancki gnojek. Szybko ich zauważyłam, pomachałam na nich grabiami, a oni uciekli.

Stawia kubek z herbatą na wielkim dębowym stole i podnosi z niego ręczne lusterko. Ten sam stół znajdował się w domu, w którym dorastała, w środku miasta, z wielką kuchnią i trzema małymi sypialniami. Stół był jedyną rzeczą, którą zabrała jej rodzina, gdy musieli przeprowadzić się do tego domku, w którym czynsz wynosił na tyle mało, że mogła sobie na niego pozwolić samotna matka z trójką dzieci. Stół zajmuje niemal całą powierzchnię, ale Rose nie chce nic mniejszego. Cały jest w śladach od przypaleń po garnku i obdrapany przez jej brata Lionela. Lionel czasami się złościł, nad czym nie panował, a gdy nikt go nie powstrzymywał, sięgał po nóż i szedł do stołu. Drewno było wystarczająco mocne, by wytrzymać jego napady gniewu, gniewu na wszystko, czego nie rozumiał i nie potrafił kontrolować przez to, jak funkcjonował jego mózg.

Rose dotyka głębokiego wyżłobienia i przypomina sobie twarz swojego brata. Każdego dnia tęskni za nim i za Mary. Część stołu Rose wypolerowała do czysta szmatką, bo podczas jedzenia zawsze siedzi w tym samym miejscu. Siedziała tam nawet jako dziecko, kiedy ledwie była w stanie spojrzeć ponad krawędź mebla. Przy tym samym stole siadali wszyscy razem do jedzenia, i to przy tym stole razem z Mary odrabiały lekcje. Jego wielkie wygięte nogi wciąż są mocne i piękne, choć lakier dawno się starł.

Rose pamięta pierwszy raz, gdy ze swoją rodziną obejrzeli ten domek. Miała osiem lat, Mary trzynaście, a Lionel cztery. Ich mama płaciła za dom w mieście tak długo, jak była w stanie, ale czynsz przekraczał jej możliwości finansowe. Ich ojciec uciekł do Sidney, bo uznał, że problematyczny syn to dla niego za dużo. Mama Rose, Dorothy – Dot dla tych, którzy ją znali i kochali – przywiozła tu ich trójkę pewnego słonecznego popołudnia w grudniu, tuż przed świętami.

Rose pamięta, jak jej mama uśmiechnęła się do nich smutno, oprowadzając ich po małym domku w górach, bo rozumiała, że nie będzie to miało nic wspólnego z oczekiwaniami dzieci.

Mieli jeden pokój z malutką sypialnią z boku. Piec był stary i poczerniały, ale przynajmniej łazienka była blisko, więc docierało do niej ciepło. Podłoga gniła i były w niej dziury, przez które do środka dostawało się zimno.

– Dobrze, pisklaki – powiedziała jej mama, zwracając się do dzieci. – Urządzę domek tak, że będzie tu ładnie. Zobaczycie. Vincent z miasteczka przyjedzie i wszystko ponaprawia, żebyśmy mieli mocny dach i podłogę. – Vincent był okoliczną złotą rączką, potrafił naprawić i zbudować niemal wszystko. Nie żyje od dawna. Większość ludzi, których Rose znała jako młoda dziewczyna, już dawno nie żyje. Najtrudniej zniosła utratę rodzeństwa.

– Mogę uszyć zasłonki, mamo – powiedziała Mary, zawsze wprowadzająca spokój, a Rose w tym czasie przesunęła ręką po wyłożonej panelami ścianie, wyczuwając pod opuszkami drzazgi i odpryskującą farbę. – Zrobię dla siebie i Rose mały pokój, a ty będziesz miała trochę miejsca dla siebie. Lionel może spać pośrodku. Wszystko będzie dobrze.

Rose starała się uśmiechać przez łzy, ale wiedziała, że będzie tęsknić za małym pokojem z bawełnianymi zasłonami w różową kratę, który dzieliła z siostrą. Będzie tęskniła za gaszeniem światła bez potrzeby martwienia się, czy w generatorze jest benzyna, i że będzie jej brakowało wody płynącej z kranu, bo w domku wodę brali ze zbiornika, który trzeba było napełniać, a to był bardzo, bardzo suchy rok.

Udało im się sprawić, że domek stał się przytulny. Vincent pracował dla nich za darmo, bo znał ich sytuację finansową; naprawił podłogę, wzmocnił dach, a nawet wydzielił pokój dla Rose i Mary. Łazienka została obudowana, a z uporem Mary i mamy zamienili tę chatkę w dom. Nim się obejrzała, Rose nie wyobrażała już sobie, by móc żyć gdziekolwiek indziej.

Teraz głaszcze tył lusterka. Uwielbia jego chłodną i błyszczącą powierzchnię. Lusterko z tyłem pokrytym masą perłową, mieniące się kolorami, to najpiękniejsza rzecz, jaką Rose kiedykolwiek miała. Zerka w nie i wybucha śmiechem. Potrafi sobie wyobrazić, że ten młody mężczyzna, którego wcześniej wystraszyła, mógł ją wziąć za wiedźmę, zważywszy na jej skołtunione i opadające na plecy włosy oraz krzywe zęby. Nigdy nie zależało jej na pięknym wyglądzie. Ale gdy się uśmiecha, w jej bladoniebieskich oczach wciąż pojawia się iskra, więc jest w niej jeszcze życie. Zakłada kosmyk włosów za ucho i unosi głowę, prostując szyję.

– Kiedyś byłam ślicznotką, prawda, Mary?

Jej uwagę zwraca szuranie pod domkiem. Pewnie oposy się obudziły. Rumor w oddali świadczy o tym, że niedługo zacznie padać, a wkrótce mokra ziemia utrudni jej wyjście na zewnątrz. Ale nie zamierza żałować farmerom tego, czego potrzebują.

Pod domem rozlega się jeszcze więcej dźwięków, szuranie i szelesty.

– Lepiej stamtąd wyjdźcie, zanim zacznie padać – woła do oposów. Jeszcze trochę i zaczną biegać po dachu i zsuwać się po rynnach, żeby szukać jedzenia i się bawić. Dalsze zamieszanie pod domkiem irytuje ją, dlatego wstaje i chwyta miotłę.

– Cicho, wstręciuchy! – krzyczy, by pokazać im, że to jej dom, i kilka razy miotłą stuka w podłogę. – Hmm. – Kiwa głową. – Tak lepiej – mówi, gdy zapada cisza.

– Głupie oposy – śmieje się. – I nie mów mi, że powinnam być milsza także dla tych chłopców, którzy weszli na moją posesję, Mary. To nie moja wina, że jakby w ciągu jednej nocy dookoła powyrastały te domki i teraz zjeżdżają się tu miastowi, niezależnie od pory roku. – Rose kiwa głową, od czasu do czasu zerkając na zdjęcie swojej siostry, jakby jej uwieczniona na fotografii twarz mogła się zmieniać w reakcji na usłyszane słowa. Na zdjęciu są Mary i jej mąż Bart, a także dzieci, William i Nancy. Zostało zrobione, gdy Mary skończyła sześćdziesiąt lat, i nie należy do tych, które Rose uwielbia, tak jak te niepozowane, na których Mary się śmieje albo robi coś w ogrodzie. Ale jest oprawione w śliczną ramkę, a Rose lubi na nie patrzeć i wspominać Mary, z jej schludnie przyciętymi, brązowymi włosami i sympatycznym uśmiechem.

– Tęsknię za tobą, kochana – szepcze tak samo jak każdego dnia przez ostatnie pięć lat, odkąd Mary odeszła z tego świata. Gdy zmarła, była otoczona dziećmi i wnukami, tak jak zawsze chciała. Rose trzymała swoją siostrę za rękę, gdy ta leżała w wielkim łóżku z metalową ramą, które dzieliła z Bartem przez całe małżeństwo, i w którym wypuściła ostatni oddech. Rose czuła, jak po jej ramionach przebiega chłód, i wiedziała, że to Mary się z nią żegna.

Dzieci Mary płakały, ale Rose powstrzymała łzy. Ból był zbyt wielki, by płakać. Tak wielki, że odbierał jej dech. Siedziała przez godzinę, trzymając siostrę za rękę. Była wdzięczna dzieciom Mary, że zostawiły je same na tych parę ostatnich, cennych chwil.

Mary odeszła szybko, tak jak tego pragnęła. Wstała w nocy, poszła do łazienki i tam dostała udaru. Zabrali ją do szpitala, ale gdy dotarli na miejsce, jej ciało uznało, że już wystarczy. Budziła się i zasypiała, ale mimo to zdołała wyszeptać do Williama: „Zabierz mnie do domu, kochany”. Tak też zrobili. Leżała w łóżku przez cały dzień, a potem odeszła. Rose cieszyła się, że jej siostra mogła usłyszeć śpiew kokabury i poczuć letni wiatr na twarzy. To była dobra śmierć.

Teraz Rose sama czeka na koniec swych dni – nie z rozrzewnieniem, raczej jest pogodzona z losem. Lubi życie, ale śmierć jej nie przeraża, zwłaszcza teraz, gdy odeszła jej ukochana Mary. Znowu patrzy w lusterko. Za młodu jej włosy były orzechowe, skórę miała gładką, a niebieskie oczy duże i jasne, ale nie przysporzyło jej to niczego dobrego. Jej piękny wygląd przyniósł jej smutek i ból, więc teraz nie ma nic przeciwko temu, że wygląda jak starucha. Ludzie mają w zwyczaju zostawiać starych w spokoju.

Rose drży i podchodzi do kominka, żeby dorzucić do niego kolejny kawałek drewna. Pod szarymi workowatymi spodniami ma już ciepłą bieliznę, bo wie, że tegoroczna zima będzie mroźna.

– Proszę, zamieszkaj z nami, ciociu Rose – błagał ją William, kiedy zmarła Mary. William to dobry człowiek. Gdy miał dwadzieścia pięć lat, zamieszkał ze swoim ukochanym przyjacielem, Grahamem. A przynajmniej Mary nazywała go „przyjacielem”, ale Rose nie była w ogóle zaskoczona, gdy dwa lata temu dostała zaproszenie na ich ślub. Wesele zorganizowali w pubie, a na przyjęcie przyszli wszyscy mieszańcy miasteczka. To była świetna „potańcówka”, jakby powiedziała jej mama, a Rose starała się nie smucić tym, że Mary nie doczekała tego wyjątkowego dnia.

– Czułam, że tam byłaś, Mary, zwłaszcza gdy tańczyłam z Williamem – mówi do zdjęcia swojej siostry.

Lubi odwiedzać Williama i Grahama. Gdy u nich jest, zawsze robią pysznego pieczonego kurczaka. Zwykle zostaje u nich na noc, w pokoju, który przygotowali specjalnie dla niej, ale za każdym razem cieszy się z powrotu do domu. Dom to miejsce, w którym w powietrzu czuć wspomnienia. Nie lubi myśleć o tym, że miałaby je zostawić za sobą.

– Nie masz porządnej elektryczności, Rose, jedynie generator, w dodatku nie posiadasz komórki. Jesteś tam sama, a naziemną linię telefoniczną wciąż zrywa wiatr. Martwimy się o ciebie.

– Zostanę tam, dopóki będę w stanie, William – odpowiada za każdym razem.

Rose pociera biodro, które w zimnie bardzo jej dokucza. Tak naprawdę woli trzymać się jak najdalej od miasteczka. To nie jest dobre miejsce. Zło przenosi się tam z pokolenia na pokolenie – tak po prostu jest. Słyszała różne rzeczy. Rzeczy, o których wolałaby nie myśleć, gdyby miała na to jakiś wpływ.

Po ogrzaniu rąk nad ogniem włącza światło i słyszy, jak uruchamia się generator. W sumie się cieszy, że ma nowy, choć William powiedział, że musiał przyprzeć ją do muru, żeby ją przekonać. Miło jest, gdy w zimne miesiące działają światło i kuchenka. Latem lubi gotować na zewnątrz, w małym garnuszku, ale jesienne noce w górach bywają chłodne. Zima jest intensywna i mściwa, a ona czasami tygodniami nie wychodzi na zewnątrz na spacer po buszu.

– Może zjem trochę tego gulaszu, który przyniósł William, Mary – mówi do pustego pomieszczenia. Wyjmuje gulasz z lodówki i wlewa go do garnka, po czym miesza go, aż robi się ciepły, a pokój wypełnia mięsny zapach. Kawałki mięsa są miękkie, a sos bogato doprawiony winem, więc to naprawdę wyśmienita kolacja. Gdy sprząta po posiłku, a na zewnątrz zapada ciemność, czuje dopadający ją smutek. Robi to, co zawsze, gdy boli ją serce – zaczyna śpiewać.

– „Moje małe światełko, pozwolę mu świecić, moja małe światełko…”

To jej ulubiona melodia z dzieciństwa. Śpiewała jej tę pieśń mama, a gdy ta przedwcześnie umarła, nuciła ją Mary.

Rose pamięta kościół, do którego chodziła jako młoda dziewczyna, ekscytujący i wyjątkowy moment każdej niedzieli ze względu na wszystkich chłopców z okolicznych farm, którzy uczęszczali na nabożeństwo. Pamięta, jak razem z Mary siedziały obok siebie na wąskiej, drewnianej ławce, szepcząc do siebie o kolejnych chłopcach. Tęskni za kościołem, ale może chwalić Pana nawet ze swojego małego domu. On ją usłyszy. Gdy śpiewa, czuje obecność siostry, a w jej głowie pojawiają się radosne wspomnienia, odganiając te złe.

– „Moje małe światełko, pozwolę mu świecić”…

 

 

 

Rozdział czwarty

 

Cecelia, lat 46

 

 

 

Nie otwiera oczu, czuje jedynie ruch policyjnego wozu.

– Nigdy nie widziałam czegoś takiego. – Słyszy, jak funkcjonariuszka rozmawia ze swoim kolegą.

– Hmm – odpowiada jej współpracownik.

W samochodzie czuje nieprzyjemny zapach, lekką woń spoconego ciała, którą nasila wpadające do środka gorące powietrze z nawiewu. Cecelia i tak drży. Nie pozwolili jej się przebrać, dali jej tylko niebieski papierowy strój, który miała narzucić na swoje rzeczy.

– Musisz to założyć. To zabezpieczy dowód – powiedziała jej policjantka. W jej jasnoniebieskich oczach Cecelia dostrzegła podejrzliwość. Jedną rękę trzymała na kaburze z bronią, jakby prowokując Cecelię, by wykonała jakiś ruch.

Funkcjonariuszka wykrzykiwała polecenia, bo przeszkadzało jej milczenie zatrzymanej, to, że nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Potem pokazała na migi, że powinna założyć ubranie ochronne, jakby uznała, że kobieta, którą znaleźli, jest głucha. Nóż zniknął w brązowej torbie, na którą Cecelia patrzyła szeroko otwartymi oczami.

Co się stało? Nick? Theo? Co się stało? Pytania powtarzają się w jej głowie. Chciałaby otworzyć usta i zapytać, ale nie jest w stanie tego zrobić. Mimo prób, nie potrafi wydobyć z siebie dźwięku.

Rozczapierza palce, patrzy na swoje dłonie. Lepią się od krwi, której metaliczny zapach miesza się z nieprzyjemną wonią w samochodzie, aż robi jej się niedobrze. Czyja to krew? Moja?

Wiozą ją do szpitala. Powiedzieli jej to dwa razy. Pod domkiem stał ambulans, ale do środka zabierali kogoś innego. Nick był w ambulansie,mówi w myślach. To krew Nicka. Dlaczego jestem pokryta krwią Nicka?

Nick był zły.

– Dlaczego wszystko kręci się wokół niego? Czy kiedykolwiek będzie w tym czas na nas? – powiedział.

Nick nie rozumiał.

– Wiesz co, to twój wybór. Mam tego dość. Nie wzruszyłoby tobą, nawet gdybym odszedł. Jedyne, co by cię obchodziło, to że nie będziesz miała pieniędzy. Tylko tym dla ciebie jestem! Bankomatem. Ale nie spędzę tak reszty życia. Nie mogę i tego nie zrobię. Nie zdołamy tego przepracować. Potrzebuję czasu z dala od ciebie i tego wszystkiego.

Pamięta niebieskie oczy swojego męża, zmrużone i kipiące złością, rękę, którą przeczesywał włosy, jego coraz bardziej uniesiony głos.

To krew Nicka.

Cecelia podnosi dłonie do twarzy i czuje, że jej policzki są mokre od łez. Był na nią taki zły, taki sfrustrowany. A ona rozumiała, że tym razem mówił poważnie. Tym razem naprawdę zamierzał odejść. Miał rację, bała się, że nie będzie miała pieniędzy, by móc zająć się Theo. Z tym miał rację, ale nadal jest dla niej czymś więcej niż bankomatem.

Czy na pewno?

Co się stało? Co się stało?

Kręci jej się od tego wszystkiego w głowie.

Czuje, że samochód się zatrzymuje. Docierają do szpitala, a policjantka chwyta ją za ramię i pomaga wysiąść. Jest jej wdzięczna. Nogi jej się trzęsą. Nie patrzy na tego drugiego policjanta, tylko na swoje nogi. Krew Nicka jest dowodem. Jestem pokryta dowodem… Ale co się stało?

W pokoju w szpitalu rozbierają ją ubranie po ubraniu, sprawdzając wszystko. Zatrzymują się, gdy zostaje w bieliźnie. Nie wiecie czegoś bardzo ważnego.Chce to powiedzieć, ale nie jest w stanie się odezwać. Nie jest w stanie mówić, nie może. Czuje to podświadomie. Chce powiedzieć pielęgniarce, żeby spojrzała na nią, żeby spojrzała na uszkodzoną skórę. Widzisz to zadrapanie na moim brzuchu? Widzisz je? Rano go nie było. Zimne powietrze w pokoju szpitalnym sprawia, że szczypie, ale tylko trochę. Jest jeszcze więcej do pokazania, ale wie, że wszystko mogło się skończyć o wiele gorzej. Nie ma pojęcia, skąd to wie, ale tak właśnie jest.

Gdzie jest Nick? I Theo? Gdzie jest mój malutki chłopczyk z niebieskimi oczami, identycznymi z oczami jego ojca, i jasnymi lokami?

– Biegnij – powiedział Nick do Theo, więc ich syn pobiegł. Ale gdzie on teraz jest? Chce im powiedzieć, że muszą szukać jej dziecka, ale co, jeśli go znajdą? Co wtedy? Theo za dużo widział. Stojąc w samej bieliźnie, drży tak mocno, że aż szczęka zębami. Na ścianie wisi małe lustro, a ona robi kilka kroków w jego stronę, ale szybko się odwraca. Na brodzie i ustach ma krew. Jestem Królewną Śnieżką. Czarne włosy, blada skóra, czerwone usta.

Przypomina sobie, jak dotknęła twarzy, zakrywając dłonią usta, żeby nie krzyknąć. Dociera do niej, że ma na wargach krew Nicka.

Gdzie jest Nick?

Gdzie jest Theo?

Czy w buszu, w górach jest bezpieczniejszy?

Chce jej się szlochać ze strachu i rozpaczy, ale nie wydaje z siebie żadnego dźwięku.

W piątkowy poranek, zaledwie wczoraj, zapakowali rzeczy do samochodu, a podekscytowanie zimowym wyjazdem sprawiało, że jedenastoletni Theo był rozkojarzony i nerwowy. Zmiany nie są dla niego łatwe, ale lubi ten domek, lubi wyjeżdżać na wakacje. Czekał na to.

– Weź swoje samochodziki, Theo. Znajdź swój kocyk – powtarzała, gdy skakał na jednej nodze, a potem na trampolinie, żeby pozbyć się nadmiaru energii. Oni wszyscy lubią ten domek. Granie w planszówki, spacery po buszu i spokój. Żadnych telefonów, nikt im tam nie przeszkadza, a ona i Nick mogą popracować nad relacjami małżeńskimi. Mieli nad nimi popracować.

Gdzie jest Theo?

Proszę, niech będzie bezpieczny,błaga. Proszę, proszę, niech będzie bezpieczny. Jej chłopiec jest zdany sam na siebie.

– Chodź, zaprowadzę cię pod prysznic – mówi łagodnie pielęgniarka, sprowadzając Cecelię z powrotem do zimnego, kwadratowego, białego pokoju, w którym stoi tylko łóżko, plastikowe krzesło i metalowa szafka nocka z dwiema szufladami. Wygląda przez okno i wbija spojrzenie w czerwone liście klonów w ogrodzie otaczającym szpital. Jest jesień, na dworze jest zimno. Theo ma na sobie tylko sweter. Musi się bać i panikować. Musi być zmarznięty i zdezorientowany. Cecelia drży.

– Chodź, skarbie – powtarza pielęgniarka. Jest starsza, pewnie po sześćdziesiątce, siwe włosy ma związane w kucyk, a jej czerwona szminka rozmazała się, wypełniając bruzdy dookoła ust, ale jej szmaragdowe oczy emanują spokojem i współczuciem. Cecelia myśli, że mogłaby z nią porozmawiać, wyjaśnić jej, co się stało, a przynajmniej powiedzieć to, co pamięta. Otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Pielęgniarka ją obserwuje, czeka, po czym mówi łagodnie:

– Musisz wziąć prysznic i odpocząć, wtedy wszystko będzie… prostsze.

Co będzie prostsze?

W Cecelii coś jest, coś jakby napierającego na mur. Prawda stara się wydostać. Wie, że rano zrobiła naleśniki dla Theo, usmażyła ich co najmniej dziesięć, żeby dać mu cztery idealnie okrągłe, bo jej synek je tylko idealnie okrągłe naleśniki. Wie, że razem z Nickiem zjedli pozostałe z bekonem. Theo i Nick byli w domu podczas śniadania, a potem poszli na spacer. Zbliżała się burza, a oni chcieli się przejść, zanim się rozpada. Wrócili z zaczerwienionymi z zimna policzkami. Theo trzymał wielki patyk. Musiała przekonać synka, żeby zostawił ten kij na zewnątrz, a potem zrobiła mu na lunch kanapki z masłem orzechowym.

– Zjedz – powiedziała, a potem czekała, gdy dokładnie oglądał zawartość talerza. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył, że trójkąty są wycięte idealnie i że marchewki były właściwie położone. A później jej mąż i syn poszli na ryby, ona poszła na zakupy i… Na zewnątrz zapanowała ciemność, noc przyszła tak szybko, jakby ktoś zgasił światło.

Wie, że problematyczne są ostatnie godziny dnia. Nie potrafi przypomnieć sobie, co się wtedy stało.

Znowu wygląda przez okno. Rozlega się grzmot i słychać w nim gniew. To będzie straszna nawałnica.

„Największa w tym roku”, mówili w telewizji dzisiaj rano.

Pielęgniarka chwyta Cecelię za łokieć, prowadząc ją do łazienki.

– Chodź. Wejdź do środka. Potrzebujesz pomocy? Czy mam ci pomóc?

Cecelia nie wie. Czy potrzebuję pomocy? Pyta samą siebie.Myśli, że może jej potrzebować.

Pielęgniarka odkręca kurek, sprawdza temperaturę, po czym wskazuje na mydło i zapakowaną w folię myjkę.

– Zaczekam tu na ciebie – mówi, zamykając drzwi łazienki.

Cecelia patrzy na odbicie swojej twarzy w lustrze, które wisi nad białą wanną, i natychmiast odwraca wzrok. Zdejmuje bieliznę i wchodzi pod prysznic. Szybko otwiera myjkę i wylewa na nią mydło. Trze skórę na twarzy i ciele, mocno szoruje zadrapanie na brzuchu. Na tyle mocno, że czuje pieczenie. Trze, trze i trze.

Odchyla głowę, by opłukać twarz letnią wodą. Czuje, jak ta płynie po jej ustach. Nie jest wystarczająco ciepła, a ona czuje, że potrzebuje bardzo gorącej wody, żeby być czysta. Kręci kurkami, odkręcając ciepłą wodę i zakręcając zimną, ale nadal nie jest wystarczająco gorąca.

Gdyby tylko mogła znaleźć Nicka i Theo, wtedy wszystkie wspomnienia by wróciły i nie miałaby tak wielkiej luki w pamięci. Pamięta, że dała Theo lunch, pamięta, jak dotykała chleba, pamięta wielki nóż, którym kroiła marchewkę. Sama też musiała coś zjeść, ale nie pamięta co. Potem coś się stało w ich domku, coś strasznego. To musiało być straszne, w przeciwnym razie Nick nie kazałby Theo biec.

„Biegnij, Theo”. Pamięta, że to mówił. Słyszała ta słowa. „Biegnij, Theo” Ale przed czym miał uciekać jej syn?

 

 

 

Rozdział piąty

 

Kaycee, lat 19

 

 

 

Kaycee parska i chichocze.

– Dawaj następnego, Kace! – krzyczy jej chłopak Adam, a Kaycee posłusznie napełnia kieliszek jabłkową wódką i wypija wszystko na raz, nie kaszląc ani się nie krztusząc. Jej gardło już od dawna jest nawilżone od wszystkich tych szotów, które do tej pory wypiła.

– Chyba wystarczy – mówi, gdy czuje, jak skręca ją w żołądku, na co Adam wybucha śmiechem, klepiąc ją po plecach.

– Dla ciebie nigdy nie jest wystarczająco – mówi, po czym robi rundkę po barze i krzyczy. – Kaycee mówi, że ma już dość!

Ludzie reagują, krzycząc: „nieprawda”, „nie, Kaycee” oraz „Kaycee nigdy nie ma dość”.

Kaycee uśmiecha się i przygryza wargę, ale nawet tego nie czuje. Wie, że jeśli teraz wstanie i wróci do kampusu, da radę się zdrzemnąć. A gdy później przebudzi się o trzeciej w nocy, skacowana i z suchością w ustach, będzie mogła wykorzystać ten czas, by dokończyć pracę na poniedziałek. W barze jest ciepło, za ciepło, a wszystko to przez grzejniki na ścianie. Jest dziewiętnasta, a ona powiedziała Adamowi, że chce zajść do baru, żeby wypić kilka drinków, zanim pójdą na kolację.

– Tak, tak – odparł, posyłając jej zawadiacki uśmiech, a dołeczki w jego policzkach jak zwykle ją rozproszyły. Wiedział, że nie zostanie tylko na jednego drinka. Planowali sprawdzić nową włoską restaurację w Newtown – popularnej dzielnicy Sydney, pełnej ciekawych restauracji i sklepów. Mieli złapać autobus i stanąć w kolejce, bo nie dało się tam rezerwować miejsca. Przejrzała menu umieszczone w internecie i wiedziała już, że zamówi spaghetti calabrese, o bogatym smaku, słone, z oliwkami i chorizo. Choć raz w sobotni wieczór mieli porobić coś innego niż upić się, z trudem wrócić do kampusu, żeby tam zjeść kiepskie żarcie na wynos i uprawiać kiepski seks. Wie, że teraz Adam już nigdzie nie pójdzie. Jest wśród ludzi, opowiada historie, jego głos przebija się ponad lecącą z głośników muzyką. Otoczył się fanami – ślicznymi dziewczynami zachwyconymi jego blond włosami i dużymi brązowymi oczami, a także chłopakami, którzy uważają, że jest mądry i zabawny. Dzisiaj nie wyjdzie z tego baru i Kaycee wie, że powinna go po prostu zostawić, opuścić to miejsce i wrócić do pokoju w akademiku.

Mimo to stuka kieliszkiem i uśmiecha się do uroczego barmana z rudymi lokami. Nie mieszka na kampusie tak jak ona, Adam i większość osób, które aktualnie spędzają czas w barze. Wie, że dwukrotnie mówił jej dziś, jak ma na imię, ale ona nie pamięta. Znowu dotyka zdrętwiałych warg i nienawidzi tego, że takie są. Mówi sobie, że musi przestać to robić, naprawdę. W tym samym czasie barman nalewa jej szota.

– Może ten powinien być ostatni? – mówi. Ma kanciastą szczękę z trzydniowym zarostem i zielone oczy, w które Kaycee nie może przestać się wpatrywać.

– Nie mów jej, ile ma pić – warczy Adam, a jego spojrzenie ciemnieje ze złości. Kaycee podnosi na niego wzrok, zastanawiając się, kiedy oddalił się od tłumu, w którym przebywał. Jak dużo czasu minęło? Patrzy na wiszący na ścianie zegarek, mrużąc oczy. Jest po dwudziestej. Kiedy to się stało? Przyszli tu o siedemnastej.

– Ktoś musi – odpowiada barman. Staje, prostuje się i porusza ramionami, żeby Adam widział, o ile większy jest od niego.

– A zresztą – mówi Adam i odchodzi na przeciwległą stronę pomieszczenia, gdzie znajduje się kolejna grupa ludzi. Powinien być z Kaycee jako jej chłopak, ale ona wie, że tak naprawdę nie jest nią szczególnie zainteresowany. Lubi patrzeć, jak się upija, lubi uprawiać z nią pijacki seks, ale poza tym tak naprawdę nie spędzają ze sobą czasu. To nie jest fajny facet. Kaycee wie o tym i wie, że zdradził dwie swoje poprzednie dziewczyny. I ma niemal pewność, że ją także zdradza. Ale dobrze wygląda i jest czarujący, a gdy pierwszy raz zaprosił ją na randkę, bez zastanowienia się zgodziła. Nie jest pewna, dlaczego po pięciu miesiącach nadal są ze sobą, ale obawia się, że z jej strony może być to kwestia zobojętnienia. Szczerze mówiąc, nie ma siły, by z nim porozmawiać, nie zależy jej na tyle. W sumie na niczym jej szczególnie nie zależy, poza tym, żeby dotrwać do siedemnastej i iść do baru, a tam wypić drinka.

Przesuwa palcem po kropli wódki rozlanej na łuszczącym się drewnianym blacie, rozprowadzając ją po obdrapanym lakierze. Jej rodzice byliby przerażeni tym, co wyprawia. Mniejsza z tym.

Znowu stuka kieliszkiem o blat, by barman wiedział, że ma jej dolać.

Odwraca się i rozgląda po pomieszczeniu, patrzy na te wszystkie okrągłe stoliki i krzesła obite imitacją skóry, po czym wzdycha. Myśli o tym, że nie tak wyobrażała sobie swoje życie na uniwersytecie, gdy dwa lata temu rozpoczynała tu naukę. Owszem, myślała, że będzie imprezować, ale wyobrażała sobie też, że nawiąże wieloletnie przyjaźnie, spotka partnera na całe życie i że otworzy się przed nią całkiem nowy świat, pełen informacji i pomysłów.

Tak naprawdę jej studenckie życie to jeden wielki niewypał. Ledwie zalicza egzaminy. Powinna być na prostej drodze do zdobycia dyplomu. Powinna być o krok od rozpoczęcia pracy w Instytucie Garvan, od prowadzenia badań nad rakiem mózgu. Miała osiągnąć wiele, a jednak nic jej z tego nie wyszło. Najczęściej jest po prostu pijana i smutna.

Kaycee wyprowadziła się z domu w nadziei, że w końcu będzie mogła żyć bez wiecznie wtrącających się w jej sprawy rodziców i bez wiecznej konieczności skupiania się na bracie. Chciała po prostu być. A przynajmniej taki miała plan.

Patrzy na alkohol, który nalał jej rudowłosy barman, i odwraca wzrok. Po prostu wstań i stąd wyjdź,mówi sobie. Zrób to. Zostaw Adama, zostaw ich wszystkich, wracaj do pokoju i się prześpij.

Wzdycha. Nie ma pojęcia, co przyciąga ją do tego baru i tych ludzi, którym w ogóle na niej nie zależy. Nie po raz pierwszy żałuje, że tak bardzo nalegała na wyprowadzkę.

– Przecież mieszkamy czterdzieści minut drogi od uniwersytetu – powiedziała wtedy mama. – Możesz dojeżdżać.

– Obiecałaś, że będę mogła zostać w kampusie, jeśli tego będę chciała – odparła Kaycee.

– Gdybyś miała uczyć się w Melbourne, owszem, ale nie kiedy zostajesz w Sydney.

– Już dobrze, Cecelio – powiedział jej tata, wtrącając się. – Stać nas na to, poza tym obiecaliśmy. Kaycee dobrze zrobi wyprowadzka, będzie miała czas na to, by rozwinąć skrzydła.

– Dobrze… poddaję się – powiedziała jej mama. Pomogła Kaycee się spakować i kupiła jej wszystkie potrzebne rzeczy, ale nigdy, ani razu nie powiedziała, że się cieszy. – Będziemy za tobą tęsknić – rzekła w dniu, gdy Kaycee zapakowała do samochodu rzeczy, które miała ze sobą zabrać. Ale nawet wtedy spojrzenie jej mamy skupione było na Theo kucającym na podjeździe i obserwującym mrówki niosące martwego żuka.

– Pa, Theo – zawołała do niego siostra.

Spojrzał na nią, zrobił rękami „pa, pa”, po czym wrócił do obserwowania mrówek.

– Będzie bardzo za tobą tęsknił – powiedziała jej mama, skupiona na synu.

– Wrócę w piątek na obiad, mamo – odpowiedziała z pełnym irytacji westchnieniem Kaycee. Desperacko pragnęła odjechać, być wolna. Nie wyobrażała sobie jednak, że ta wolność będzie wyglądać właśnie tak.

Myśli, że powinna była pojechać ze swoją rodziną do domku letniskowego, który wynajmowali jesienią każdego roku, ale nie miała ochoty spędzić dwóch tygodni na zadupiu w Górach Błękitnych, nieopodal małego, nieznanego miasteczka. Nie potrafiła wyobrazić sobie czegoś nudniejszego.

– Mam kilka prac do dokończenia – skłamała podczas rozmowy z mamą. Mogła to przecież zrobić gdziekolwiek i wysłać przez internet. Wszędzie poza barem uniwersyteckim.

– Masz, co chciałaś – mruczy do siebie.

– Co powiedziałaś?

Kaycee odchyla się na stołku barowym, żeby spojrzeć w zielone oczy barmana.

– Och, nic takiego.

– Twój telefon dzwoni – mówi mężczyzna, wskazując na komórkę, która leży na barze i jest mokra od wódki.

Kaycee przeciera ekran dłonią, ale nie rozpoznaje numeru telefonu. I tak odbiera.

– Halo?

– Czy rozmawiam z Kaycee Somerton? – Głos mężczyzny po drugiej stronie telefonu jest oficjalny, co każe jej usiąść prosto.

– Tak… – odpowiada ostrożnie, ale wtedy przypomina sobie, że jest sobota. Nie ma opcji, żeby dzwonił do niej korepetytor albo któryś z profesorów.

– Z tej strony posterunkowy Emmerson. Jestem funkcjonariuszem policji w Mount Watson. Obawiam się, że twoi rodzice byli uczestnikami wypadku.

Kaycee czuje, jak wzburza się zawartość jej żołądka, a jej głowa robi się tak lekka, że mogłaby odlecieć. Zakrywa usta dłonią, bo boi się, że może zwymiotować.

– Wy… wypadku? – jąka. – Co to znaczy?

– Trudno to wyjaśnić, ale…

– A Theo?

– Theo? – pyta mężczyzna po drugiej stronie telefonu.

– Theo to mój brat, ma jedenaście lat. Był z nimi w domku. Czy wszystko z nim dobrze?

– Och… nie wiedzieliśmy, że był z nimi. Nie widzieliśmy go. Zapomniałem o Theo.

– Co? – Kręci głową z nadzieją, że to pozwoli jej się skupić, ale zamiast tego bar zaczyna wirować. Zaraz zwymiotuje.

– Uważam, że powinnaś przyjechać, żeby… – mówi posterunkowy. – Powinnaś przyjechać. Twoi rodzice są w szpitalu.

Kaycee mocno zaciska zdrętwiałe wargi i upuszcza telefon. W ostatniej chwili dobiega do toalety.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Tytuł oryginału: Bring Him Home

 

Copyright © Nicole Trope, 2021

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo FILIA

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Zdjęcie na okładce: © Yolande de Kort / Arcangel

 

Redakcja: Katarzyna Smardzewska / panbook.pl

Korekta: Kamila Sowińska / panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8195-787-8

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna strona

mrocznastrona.pl